______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

sobota, 30 lipca 2011

Zapomniane prawdy c.d.

"Kościół zawsze potrzebuje ludzi, których skromność, pokora i posłuszeństwo idą w parze z miłością prawdy, a nie pochlebców chwalących zastany już status quo. Kościół bardziej potrzebuje ludzi, którzy swoją miłość do Chrystusa cenią więcej od pomyślności własnej kariery życiowej".

Joseph kard. Ratzinger

Inkwizycja. Prawda i mity!

Panel dyskusyjny: red. Piotr Doerre, ks. prof. Józef Pater, Grzegorz Górny

Moderator – Roman Konik

INKWIZYCJA

Prawdy i mity!

Wrocław, Kościół Uniwersytecki Imienia Jezus

25 VI 2010 r.

Do pobrania i odsłuchania w formacie MP3

MP3 (18MB)

Pobierz

Watykański kardynał: duchownych, którzy nie sprzeciwiają sie aborcji i homoseksualizmowi spotka kara Boża

– Duchowni, którzy nie przeciwstawią się polityce antyrodzinnej i psuciu moralności zostaną potępieni przez Boga – przestrzegł kard. Robert Sarah.

W kazaniu wygłoszonym do seminarzystów Wspólnoty św. Marcina, tuż przed udzieleniem święceń kapłańskich ks. kard. Sarah napominał swoich słuchaczy: – Jeśli będziemy się obawiać głoszenia prawdy ewangelicznej, jeśli będziemy się wstydzić wskazywać na poważne odstępstwa od moralności, jeśli w jakikolwiek sposób przyczynimy się do utrwalania moralnego rozluźnienia i relatywizmu religijnego oraz etycznego we współczesnym świecie, jeśli będziemy się bać energicznie potępiać odrażające przepisy odnoszące się do różnych form małżeństwa, rodziny, aborcji, jeśli będziemy się bać potępiać prawa, które są sprzeczne z prawami natury i Boga, a które są nachalnie propagowane przez zachodnie państwa i ich kulturę za pomocą środków masowego przekazu oraz siły ekonomicznej, to prorocze słowa Ezechiela spełnią się i spotka nas wielka kara.

Kard. Sarah zacytował proroctwo Ezechiela: „Synu człowieczy, prorokuj o pasterzach Izraela, prorokuj i powiedz im, pasterzom: Tak mówi Pan Bóg: Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi”. (Ez 34, 2-4).

Watykański hierarcha przypomniał, że obowiązkiem duchownych jest napominanie błądzących. Zobowiązali się oni bowiem przed Bogiem do zabiegania o dobro duchowe wszystkich ludzi. – Nie można się znęcać nad duszami, pozbawiając je prawdziwego nauczania doktryny o Bogu, dotyczącej człowieka i podstawowych wartości ludzkiej egzystencji – przekonywał kardynał.

Ks. kard. Sarah został powołany na przewodniczącego Papieskiej Rady Cor Unum w 2010 roku. Sprawuje obecnie kontrolę nad restrukturyzacją międzynarodowych programów pomocowych realizowanych przez Kościół katolicki. Jeszcze do niedawna osoby odpowiedzialne za ich realizację ignorowały potrzeby duchowe odbiorców, często promując wartości sprzeczne z doktryną katolicką np. wspierały legalizację aborcji i związków homoseksualnych.

Pod koniec maja, kard. Sarah wygłosił przemówienie do członków międzynarodowej Caritas, w którym zwrócił uwagę na "poważną moralną regresję i stopniową milczącą apostazję w świecie zachodnim”. Zauważył również, że pomoc zagraniczna katolików nie polega wyłącznie na udzielaniu pomocy humanitarnej w celu złagodzenia pewnego rodzaju niepokoju, ale także i przede wszystkim wiąże się z promowaniem antropologii, obejmującej religijny wymiar osoby ludzkiej.

Hierarcha skrytykował obecne pomieszanie wartości i błędne uznawanie za dobre tego, co jeszcze niedawno uchodziło za złe. Kardynał podkreślił, że szczególnie dzisiaj, kiedy panuje taki zamęt kapłani, pasterze i przewodnicy Ludu Bożego powinni stale koncentrować się na nauce Chrystusa i pozostawać jej wierni. – Konieczne jest, aby stale dążyć do osiągnięcia takiego stanu wrażliwości sumień wiernych, by szanowali oni dogmaty i moralność, które stanowią depozyt wiary oraz wspólnego dziedzictwa Kościoła Chrystusowego – mówił hierarcha.

LifeSiteNews.com, AS

Źródło informacji: http://www.piotrskarga.pl

Aberracje liturgiczne cz. 47 - Sisisisisi Signorrrr..




Sisisisisi Signorrrr...

O wersach biblijnych, które "wypadły"

Kilka dni temu odebrałem list od pewnego czcigodnego księdza, który właśnie zapoznał się z moją książką "Według Boga czy według świata?". Oto fragment:
Pisze Pan, że słowa o niegodnym przyjmowaniu Ciała Pańskiego "rzadko się pojawiają" (str. 95). One w 7 tomach lekcjonarza nigdy się nie pojawiają, mimo że wersy od 27 do 30 nie są nową myślą, z poprzednimi słowami łączy je spójnik "dlatego".Swego czasu powiedziałem o tym p. ......., a ta Janowi Pawłowi II, który się tym bardzo strapił. To było krótko przed encykliką Ecclesia de Eucharistia. Może dlatego znalazły się w niej dramatyczne słowa Ojca Świętego o grzechu świętokradztwa.Mamy w 7 tomach lekcjonarza przeróżne często bardzo trudne teksty ze Starego Testamentu (np. nierozważny ślub Jeftego), często są to "tasiemcowe" czytania przerastające możliwości percepcji. Nie ma natomiast tak ważnego tekstu jakim jest 1 Kor 11, 27-30, choć rzeczywiście tak wielu katolików jest duchowo chorych i umarłych.
Niezwykłe, prawda? Teraz ja jestem winny kilka słów wyjaśnienia. Otóż jest prawdą, że nagrywając swój wywiad-rzekę o liturgii i wierze, powiedziałem po prostu, że tego fragmentu w nowym lekcjonarzu nie ma, że dziwnym trafem akurat on "wypadł". Jednak gdy przyszło do ostatniej redakcji tekstu, zawahałem się - ktoś zwrócił mi uwagę, że chyba przesadziłem. Sam pomyślałem, że to chyba jednak niemożliwe - żeby Słowo Boże tak zostało ocenzurowane. Wiedziałem na pewno, że fragment ten zniknął z czytań Bożego Ciała, że nie ma go w kilku innych miejscach gdzie byłby bardzo a propos... Ale może, podobnie jak wiele innych "niewygodnych" elementów liturgii, został przesunięty gdzieś na dalszy plan? Sprawdziłem czytania niedziel i świąt - nie było... Nie miałem już czasu, aby zaglądać do szczegółowych wykazów z dni powszednich, więc nie mając absolutnej pewności zmieniłem kształt swojego zdania, osłabiłem jego kategoryczność. Widzę jednak, że pamięć mnie nie myliła - cytowany fragment listu doświadczonego duszpasterza utwierdza mnie ponadto w spostrzeżeniu, że jest to sprawa ważna. Mały fragment - a sprawa ważna!

Chodzi przecież o naukę św. Pawła - bodaj jedyny fragment w Piśmie Świętym, w którym tak wyraźnie określa się warunki przystępowania do stołu Pańskiego. Na zakopńczenie zacytuję ten tekst św. Pawła, z podkreśleniem fragmentu, który "wypadł":
Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem*, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb 24 i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: «To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę». 25 Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: «Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę»*. 26 Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. 27 Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej*. 28 Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. 29 Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie]*, wyrok sobie spożywa i pije. 30 Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło.
Mamy więc obecnie trzy lata czytań - zamiast cyklu jednorocznego. Mamy "czytania lepiej dobrane" przez sztab biblistów - zamiast cyklu czytań ułożonego przez wieki. Okazuje się jednak, że "więcej" i "lepiej" oznacza czasami: skasowano, deleted.

Paweł Milcarek

Źródło informacji: http://milcarek.blogspot.com

Duch misyjny a soborowy ekumenizm


Rzym nadal brnie w dwuznaczności, ponieważ nie wydaje się przywiązywać specjalnego znaczenia do tego, czy coś jest wewnętrznie sprzeczne, czy też nie.

14 grudnia 2007 r. Kongregacja Nauki Wiary opublikowala notę doktrynalną O pewnych aspektach ewan­gelizacji. Uprzednio — a dokładnie 10 lipca 2007 r. — ta sama dykasteria ogłosiła dokument zatytułowany Odpowiedzi na pytania do­tyczące niektórych aspek­ów nauki o Kościele. Inten­cją obu tekstów było wyja­śnienie nauczania II Soboru Watykańskiego w kwestii ekumenizmu oraz wolności religijnej, co stanowiło de facto przyznanie, że doku­menty soborowe nie są, sa­me w sobie, jednoznaczne.

Nota z czerwca ma — we­dle słów jej autorów — za zada­nie „dać odpowiedź na przed­stawione wątpliwości, precyzu­jąc autentyczne znaczenie nie­których wyrażeń eklezjologicz­nych Magisterium Kościoła, które w dyskusji teologicznej mogłyby stać się źle zrozumia­ne”. Jej głównym celem jest odniesienie się do kontrowersji powstałej wokół stwierdzenia Vaticanum II (Lumen gentium 1, 8), że „Kościół Chrystusowy trwa (subsistit in) w Kościele katolickim”. Z kolei celem do­kumentu z grudnia 2007 r. było „wyjaśnienie pewnych aspektów związku pomiędzy misyjnym nakazem Zbawi­ciela a szacunkiem wobec sumienia i wolności religij­nej wszystkich ludzi”.

Wyjaśnienia te pozostają w zgodzie z „hermeneutyką ciągłości”, głoszoną przez Benedykta XVI od początku jego pontyfikatu, po raz pierwszy przy okazji prze­mówienia do członków Ku­rii Rzymskiej 22 grudnia 2005 r. Zgodnie z tą inter­pretacją dokumenty Vaticanum II nie stanowią zerwa­nia z tradycyjnym naucza­niem Kościoła. Jak stwier­dził papież: „II Sobór Waty­kański, uznając i przyjmu­jąc za własną w deklaracji o wolności religijnej Digni­tatis humanae podstawową za­sadę współczesnego państwa, wydobył w ten sposób na światło dzienne najgłębsze dzie­dzictwo Kościoła”. Benedykt XVI powołał się tu na chrześci­jańskich męczenników, odma­wiających oddawania czci bo­skiej cesarzom rzymskim.

Przykład ten wzbudził jednak pewien sceptycyzm — jeśli bo­wiem pierwsi chrześcijanie od­mawiali oddawania czci boskiej cesarzom, czynili to przede wszystkim dlatego, że chcieli dać świadectwo Bóstwu Chry­stusa, a kult cesarza uważali całkiem słusznie za przejaw bałwochwalstwa. Z historycz­nego punktu widzenia trudno jest uznać, że męczennicy prze­ciwstawiali się religii państwo­wej w imię wolności sumienia. (…)

Pomimo zamiaru wykazania ciągłości pomiędzy Tradycją a Vaticanum II noty doktrynal­ne Kongregacji Nauki Wiary nie dowodzą jednak w przeko­nujący sposób, że soborowe koncepcje ekumenizmu oraz wolności religijnej nie stanowią zerwania z tradycyjnym na­uczaniem katolickim. Zatrzy­majmy się w tym miejscu na chwilę przy nocie opublikowa­nej w grudniu zeszłego roku.

Nota o ewangelizacji

Autorzy tekstu przyznają, że związek pomiędzy wolnością religijną a koniecznością ewan­gelizacji nie jest jasny. Ozna­cza to, że w umysłach wielu wiernych jedno wyklucza dru­gie: „Dzisiaj jednak narastające zamieszanie powoduje, że wie­lu ludzi nie słucha i nie wypeł­nia misyjnego polecenia Pana (por. Mt 28, 19). Często uważa się, że wszelkie próby przeko­nywania innych w sprawach religijnych są ograniczaniem wolności. Uprawnione byłoby jedynie prezentowanie wła­snych poglądów i zachęcanie innych, aby postępowali w zgo­dzie z własnym sumieniem, bez zabiegania o ich nawrócenie do Chrystusa i na wiarę katolicką; twierdzi się, że wystarczy pomagać ludziom, aby byli bar­dziej ludźmi lub wierniejsi wła­snej religii, że wystarczy budo­wać wspólnoty zdolne zabiegać o sprawiedliwość, wolność, po­kój i solidarność. Niektórzy utrzymują ponadto, że nie na­leży głosić Chrystusa tym, któ­rzy Go nie znają, ani też nakła­niać ich do przystąpienia do Kościoła, ponieważ można rze­komo zostać zbawionym nawet nie znając Chrystusa i nie nale­żąc formalnie do Kościoła”.

Przypominając o konieczno­ści głoszenia Ewangelii, nota usiłuje obronić również wol­ność religijną promowaną przez II Sobór Watykański, któ­ry: „stwierdziwszy najpierw, że każdy człowiek ma obowiązek i prawo poszukiwać prawdy w sprawach religijnych, dodaje: «Prawdy zaś należy szukać w sposób odpowiadający god­ności osoby ludzkiej i jej spo­łecznej naturze, mianowicie przez wolne dociekania, przez nauczanie i wychowanie, wy­mianę myśli i dialog, przez co jedni drugim przedkładają prawdę, którą znaleźli albo są­dzą, że znaleźli, aby pomagać sobie nawzajem w jej zgłębia­niu». Tak czy inaczej, «prawda narzuca się sumieniu tylko siłą siebie samej». Dlatego uczciwe pobudzanie rozumu i wolności człowieka do spotkania z Chry­stusem i Jego Ewangelią nie jest bezprawną ingerencją w je­go sprawy, ale uprawnioną pro­pozycją i przysługą, dzięki któ­rej relacje między ludźmi mogą stać się bardziej owocne”.

Autorom noty doktrynalnej ów cytat z deklaracji Dignitatis humanae o wolności religijnej nie wydaje się sprzeczny z mi­sją ewangelizacyjną Kościoła. Niech nam będzie wolno w tym miejscu przypomnieć słowa abp. Marcelego Lefebvre’a, któ­ry w „wolnym poszukiwaniu prawdy” oraz w dialogu z nie­katolikami dostrzegał bez­sprzeczny objaw „śmierci du­cha misyjnego”.

„II Sobór Watykański kano­nizował w istocie poszukiwanie prawdy w swej deklaracji o wolności religijnej: «Prawdy zaś należy szukać w sposób od­powiadający godności osoby ludzkiej i jej społecznej natu­rze, mianowicie przez wolne dociekania, przez nauczanie i wychowanie». Sobór stawia poszukiwanie na pierwszym miejscu — przed pouczaniem i edukacją! Rzeczywistość jest jednak inna: dzieci nabywają silnych przekonań religijnych poprzez solidną edukację ­ a skoro zostaną one już nabyte i zakorzenione w umysłach oraz wyrażone w kulcie religij­nym, po co poszukiwać czegoś więcej? Ponadto «wolne docie­kanie» bardzo rzadko prowadzi do religijnej i filozoficznej prawdy. Sam wielki Arystote­les nie był zabezpieczony przed błędami. Rezultatem filozofii wolnego dociekania jest Hegel. A jak to wygląda w odniesieniu do prawd nadprzyrodzonych? Oto, co pisze św. Paweł o poga­nach: «Jak uwierzą temu, którego nie słyszeli? A jak usłyszą bez przemawiającego? Lecz jak będą nauczać, jeśliby nie byli posłani?». To nie badanie musi Kościół głosić, ale potrzebę mi­sji: «Idźcie i nauczajcie wszyst­kie narody» (Mt 28, 19); to je­dyny nakaz dany przez Zbawi­ciela. Ile dusz będzie w stanie odnaleźć prawdę, wytrwać w prawdzie, bez pomocy Magi­sterium Kościoła? To wolne do­ciekanie jest całkowicie ode­rwane od rzeczywistości, to krańcowy naturalizm. Co w istocie odróżnia wolnego ba­dacza od wolnomyśliciela?”.

I dalej emerytowany arcybi­skup Dakaru odnosi się do kwestii dialogu z niekatolika­mi: „«Prawdy zaś należy szukać w sposób odpowiadający god­ności osoby ludzkiej i jej spo­łecznej naturze, mianowicie przez wolne dociekania, przez nauczanie i wychowanie, wymianę myśli i dialog, przez co jedni drugim przedkładają prawdę, którą znaleźli albo są­dzą, że znaleźli, aby pomagać sobie nawzajem w jej zgłębia­niu». A więc również wierzący, podobnie jak niewierzący, po­winien nieustannie poszuki­wać prawdy. Jednak św. Paweł gromił fałszywych nauczycieli, «zawsze się uczących, a nigdy do poznania prawdy nie docho­dzących»! A obecnie twierdzi się, że niewierzący powinien wzbogacić wierzącego w ele­menty prawdy, których temu ostatniemu brakuje! Święte Oficjum w Instrukcji o ruchu ekumenicznym z 20 grudnia 1949 r. potępiło jednak ten błąd i mówiąc o powrocie odłą­czonych chrześcijan do Kościo­ła katolickiego, stwierdziło: «Należy jednak wystrzegać się mówienia o tych sprawach w taki sposób, który powraca­jących do Kościoła mógłby utwierdzać w fałszywym prze­konaniu, że wzbogacają go o jakieś istotne elementy, któ­rych mu aż dotąd brakowało». Kontakty z niekatolikami mo­gą wzbogacić jedynie nasze lu­dzkie doświadczenie, nie mogą jednak wnieść żadnych nowych wartościowych elementów dok­trynalnych!”.

Nieustraszony misjonarz do­strzegał w duchu soborowym błąd perspektywy, wypaczający samą naturę katolickiej ewan­gelizacji: „Sobór znacznie zmie­nił stanowisko Kościoła wobec innych religii, zwłaszcza nie­chrześcijańskich. Podczas roz­mowy, jaką przeprowadziłem z sekretarzem biskupa Fran­ciszka Nestora Adama z Sion 13 września 1975 r., zgodził się on ze mną: przyznał, że coś się zmieniło w misyjnym nasta­wieniu Kościoła. Jak jednak dodał: «Zmiana ta była koniecz­na». Powiedział do mnie: «Sta­ramy się na przykład doszuki­wać elementów dobra u nie­chrześcijan i ludzi odłączonych od Kościoła. Próbujemy do­strzec w wartościach, które wyznają, zarodki ich zbawie­nia». Oczywiście każdy błąd ma swój prawdziwy, pozytywny aspekt, nie ma czegoś takiego jak czysty błąd, tak jak nie ist­nieje absolutne zło. Zło polega na deformacji rzeczy dobrych, błąd jest deformacją prawdy (…). Istnieje jednak ogromne niebezpieczeństwo w opieraniu się na pozostałościach prawdy, jakie zachowały się w błędzie. Co pomyślelibyśmy o lekarzu, który wezwany do łóżka chore­go, stwierdziłby: «Na wiele chorób przecież nie zachorował — nie jest z nim więc jeszcze tak źle!». Nie byłoby sensu mó­wić mu: «Ależ proszę przyjrzeć się objawom choroby. Czy nie widzi pan, że on jest chory?». Odpowiedziałby: «Nie jest z nim jeszcze tak źle. Poza tym, moja metoda leczenia polega na niezwracaniu uwagi na cho­roby moich pacjentów — to myślenie negatywne — ale na poszukiwaniu w nich pozosta­łości zdrowia» (…). To tak, jak­by powiedzieć: pozostawmy chorych, by poumierali na swe wspaniałe choroby! Mówiąc niekatolikom i niechrześcija­nom: «Najważniejsze, że macie prawe sumienia, że macie pew­ne środki zbawienia», dopro­wadzamy ich do przekonania, że nie są chorzy. I jak mamy ich potem nawrócić? (…) Duch ten nigdy nie był duchem Ko­ścioła. Duch misyjny był za­wsze szczery — ukazywał cho­rym ich ułomności, aby ich ule­czyć, by dostarczyć im lekarstw, których potrzebują. Zatajanie wobec niechrześci­jan, że potrzebują oni religii chrześcijańskiej, że mogą być zbawieni jedynie przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, jest nieludzkim okrucieństwem. Na początku prywatnej rozmowy uprawnione jest — na znak captatio benevolentiae — po­chwalenie tego, co rzeczywi­ście jest dobrego w ich religii. Jednak czynienie z tego zasady doktrynalnej to błąd, to zwo­dzenie dusz! «Zbawcze wartości innych religii» to herezja! Czy­nienie z tego podstawy aposto­latu misyjnego oznacza de fac­to wolę utrwalenia dusz w błę­dzie! Ten «dialog» jest w najwyższym stopniu antymisyjny! Zbawiciel nie posłał Apostołów po to, by prowadzili dialog, ale aby nauczali! Ponieważ duch wolnego dialogu zaszczepiony został od czasu soboru kapła­nom oraz misjonarzom, łatwo zrozumieć, dlaczego Kościół soborowy całkowicie utracił gorliwość misyjną, będącą sa­mą duszą Kościoła!”.

Konsekwencją przywiązywa­nia nadmiernego znaczenia do częściowych prawd obecnych w innych religiach — bez do­strzegania w nich ich ducha błędu i negacji — oraz pamięta­nia jedynie o tym, co łączy, a nie o tym, co dzieli, jest indy­ferentyzm religijny, a nawet synkretyzm. Przyznaje to na­wet Renat Raymond, którego nie można w żaden sposób po­dejrzewać o tradycjonalizm. Ów liberalny chrześcijanin, mówiąc o idei „bardzo silnie za­kotwiczonej we współczesnej mentalności, idei, wedle której żadna religia nie posiada całej prawdy”, przyznaje otwarcie: „Sam Kościół przyczynia się do tego w miarę, jak okazuje sza­cunek innym wyznaniom, zwłaszcza od czasu ostatniego soboru. Tradycje niechrześci­jańskie nie są już utożsamiane z błędem. W rezultacie znikło to, co przez tak długi czas chroniło tożsamość katolików: przekonanie o absolutnej nie­możności pogodzenia prawdy i błędu”. Raymond wyciąga z tego logiczny wniosek: „Do­minująca obecnie opinia nie jest zbyt odległa od idei, że naj­rozmaitsze tradycje religijne posiadają równą wartość. Dla­czego więc nie rozglądać się gdzie indziej w poszukiwaniu tego, czego nam samym braku­je, uprawiając coś w rodzaju turystyki duchowej? Doprowa­dziłoby to do pewnego rodzaju synkretyzmu”.

Nota Kongregacji Nauki Wiary podkreśla, że wolność religijna nie wyklucza miłości i prawdy oraz gorliwości misyj­nej: „Poszanowanie wolności religijnej i jej obrona «nie po­winny nas nigdy czynić obojęt­nymi na prawdę i dobro. Sama miłość bowiem skłania uczniów Chrystusa do głosze­nia wszystkim ludziom zba­wiennej prawdy»”. Stwierdze­nie to powtórzone jest kilka ra­zy, jednak bez żadnego odniesienia do faktów, czyli bez uwzględnienia konkretnych skutków, jakie na mentalności i zachowaniu wiernych wywie­rają spotkania międzywyzna­niowe w rodzaju dnia modlitw w Asyżu. Można by się zastana­wiać, czy dyskusja ignorująca do tego stopnia wymowę fak­tów nie jest w istocie dyskusją ideologiczną, utopią całkowicie oderwaną od rzeczywistości.

Nota o ewangelizacji usiłuje udowodnić, w zgodzie z „her­meneutyką ciągłości”, że nie ma rozdźwięku pomiędzy tra­dycyjnym nauczaniem Kościoła a soborowym ekumenizmem, nie czyni jednak żadnego od­niesienia do jakiegokolwiek dokumentu sprzed Vaticanum II (…). Na próżno doszukiwać się w niej jakiegoś cytatu z Mortalium animos Piusa XI czy Mystici corporis Piusa XII, ani Instrukcji o ruchu ekumenicznym ogłoszonej przez Święte Oficjum w 1949 r. Z drugiej strony cytuje się bar­dzo obficie II Sobór Watykań­ski, gdyż — jak przyznają auto­rzy — nota „opiera się na cało­ści katolickiego nauczania o ewangelizacji, obszernie przedstawionego w Magiste­rium Pawła VI i Jana Pawła II”. Czy ma to oznaczać, że dopiero po ostatnim soborze Kościół uzmysłowił sobie swój związek z innymi religiami, a wcześniej miał w tej kwestii całkowicie błędny pogląd?

Tydzień po opublikowaniu wspomnianej noty, w przemó­wieniu do Kurii Rzymskiej z 21 grudnia 2007 r., Benedykt XVI potwierdził konieczność pogo­dzenia katolickiej ewangelizacji z soborowym ekumenizmem. Odnosząc się do swej wizyty w Brazylii w maju 2007 r. oraz do dokumentu opublikowanego z tej okazji w Aparecida: Disci­ples and Missionaries of Jesus Christ („Uczniowie i misjonarze Chrystusa”), papież oświadczył: „Uczeń Jezusa Chrystusa, jak mówi nam dokument, musi być również «misyjny», musi być głosicielem Ewangelii. W tym właśnie miejscu pojawia się kontrowersja: czy «ewangeliza­cja» jest dziś wciąż uzasadnio­na? Czyż wszystkie religie świata oraz koncepcje [filozo­ficzne] nie powinny raczej współistnieć w pokoju i starać się pracować dla ludzkości, każ­da na swój własny sposób? Fakt, że musimy wszyscy współistnieć i współpracować w tolerancji oraz wzajemnym szacunku, nie podlega dyskusji. Kościół katolicki jest w ten proces aktywnie zaangażowany i dał tego widoczny wyraz, organizując dwa spotkania w Asyżu, a w bieżącym roku spotkanie w Neapolu. Chciał­bym w tym miejscu wspomnieć o uprzejmym liście, jaki otrzy­małem 13 października od 138 przywódców muzułmańskich, wyrażającym ich wspólne zaan­gażowanie dla sprawy budowy światowego pokoju. Odpowie­działem im z radością, wyraża­jąc moje uznanie dla takich szlachetnych intencji, i podkre­śliłem naglącą potrzebę osią­gnięcia trwałego porozumienia, które byłoby w stanie zabezpie­czyć wartości wzajemnego sza­cunku, dialogu i współpracy. Wspólne uznawanie przez nas istnienia jednego Boga, wszechwiedzącego Stwórcy i Sędziego uczynków wszyst­kich ludzi, stanowi podstawę dla wspólnego działania w obronie poszanowania god­ności każdej osoby ludzkiej oraz budowania bardziej spra­wiedliwego i zgodnego społe­czeństwa”.

Wspomniawszy dwa spotkania międzywyznaniowe w Asyżu i tegoroczne — orga­nizowane w tym samym duchu — spotkanie w Neapolu oraz przypomniawszy to, co w jego opinii łączy katolików i muzuł­manów, Benedykt XVI mówił też o misyjnym charakterze Kościoła: „Czy jednak z tego pragnienia dialogu i współpra­cy nie wynika równocześnie, że nie możemy już przekazywać przesłania Jezusa Chrystusa, że nie ma potrzeby przedsta­wiania ludzkości i światu tego wezwania i nadziei, które z niej wypływa? Ci, którzy poznali wielką prawdę czy też doświad­czyli wielkiej radości, muszą się nią dzielić; absolutnie nie wolno im zachowywać jej wy­łącznie dla siebie. Tak wielkie dary nie są nigdy przeznaczone dla jednej tylko osoby. W Jezu­sie Chrystusie zaświeciła nam wielka światłość: nie możemy chować jej pod korcem, musimy umieścić ją w latarni, aby dawała światło wszystkim (por. Mt 5, 15). Św. Paweł odbywał wiele podróży, niestrudzenie głosząc Ewangelię. Czuł się na­wet w pewien sposób «przymu­szony» do jej głoszenia (por. 1 Kor 9, 16) — nie tyle dlatego, by obawiał się o zbawienie ja­kiejś nieochrzczonej osoby, która jeszcze nie została ubo­gacona przez Ewangelię, co z tego powodu, że był świado­my, iż historia jako całość nie mogłaby zostać dopełniona, za­nim Ewangelia nie będzie gło­szona pełnej liczbie (pleroma) narodów (Rz 2, 25). By osiągnąć ową pełnię, trzeba, by Do­bra Nowina głoszona była wszystkim narodom, wszyst­kim mężczyznom i kobietom (por. Mk 13, 10)”.

Papież wydaje się jednak nie zauważać, że międzywyznanio­we spotkania, takie jak w Asyżu i Neapolu czy też modlitwa w Błękitnym Meczecie w Stam­bule w 2006 r., niosą w sobie — niezależnie od osobistych inten­cji — praktyczną naukę, sprzeczną z misyjnym posłannictwem Kościoła. A nauka taka przemawia do ludzi znacznie głośniej niż wszystkie wyjaśnie­nia Kongregacji Nauki Wiary.

Przejdźmy teraz do noty opublikowanej w lipcu ubiegłe­go roku.

Odpowiedzi dotyczące nauki o Kościele (10 lipca 2007 r.)

Pierwsza odpowiedź zapre­zentowana w tym dokumencie zawiera się w stwierdzeniu, że „II Sobór Watykański ani nie zamierzał zmieniać, ani fak­tycznie nie zmienił tejże nauki, a jedynie rozwinął ją, pogłębił i szerzej wyłożył”. Odnośnie do nowego wyrażenia subsistit in nota dostarcza następującego wyjaśnienia: „W konstytucji do­gmatycznej Lumen gentium, n. 8, trwanie (subsistentia) to nie­zmienna historyczna ciągłość i obecność wszystkich elemen­tów ustanowionych przez Chrystusa w Kościele katolic­kim, w którym rzeczywiście trwa Kościół Chrystusa na tej ziemi”. Innymi słowy, Kościół Chrystusowy odnaleźć można w konkretny sposób w Kościele katolickim, co wydaje się wyra­żać identyczność obu tych rze­czywistości. Jednak to samo wyjaśnienie zawiera stwierdze­nie, że o ile pojęcie „«trwa» (subsistit) może być przypisane wyłącznie Kościołowi katolic­kiemu, można jednak «w praw­dzie powiedzieć, że Kościół Chrystusowy jest obecny i działa w Kościołach i Wspól­notach kościelnych niebędą­cych w pełnej komunii z Ko­ściołem katolickim — dzięki elementom uświęcenia i praw­dy, które są w nich obecne», zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II zawartym w Ut unum sint (§ 11)”.

Kongregacja Nauki Wiary usprawiedliwia używanie okre­ślenia „trwa w” zamiast „jest” w następujący sposób: „Użycie tego wyrażenia, które oznacza pełną identyczność Kościoła Chrystusowego z Kościołem katolickim, nie zmienia doktry­ny o Kościele, a swoją prawdzi­wą motywację znajduje w tym, że jaśniej wyraża fakt, iż poza jego organizmem znajdują się «liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy», «które jako właściwe dary Kościoła Chrystusowego nakłaniają do jedności katolic­kiej (…). Dlatego Kościoły i Wspólnoty odłączone, choć w naszym przekonaniu podle­gają brakom, wcale nie są po­zbawione znaczenia i wagi w ta­jemnicy zbawienia. Duch Chry­stusa nie wzbrania się przecież posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których to moc po­chodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościo­łowi katolickiemu»”. W komen­tarzu dołączonym do tego do­kumentu kongregacja przyzna­je, że „intencją ojców soboro­wych było jedynie uznanie we wspólnotach niekatolickich obecności elementów eklezjal­nych właściwych dla Kościoła Chrystusowego. Wynika z tego, że ani identyfikacja Kościoła Chrystusowego z Kościołem katolickim nie jest już czymś nieaktualnym, ani poza Kościo­łem katolickim nie występuje całkowity brak elementów ekle­zjalnych, rodzaj «pozakościel­nej próżni»”. Jak więc widzimy, nota mająca rzekomo wyjaśnić niejasności, w istocie wcale te­go nie czyni. Prawdziwym po­wodem, dla którego subsistit in zastąpiło est, była chęć „zaak­centowania większej otwartości na ekumeniczne żądanie uzna­nia prawdziwie eklezjalnych cech i wymiarów we wspólno­tach chrześcijańskich, niebędą­cych w pełnej komunii z Ko­ściołem katolickim, ze względu na obecne w nich «liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy». Konsekwentnie, chociaż jest tylko jeden Kościół, który «trwa» w jednym, wyjątkowym i historycznym podmiocie, ist­nieją jednak poza jego widzial­nymi granicami prawdziwe rze­czywistości eklezjalne”.

W dalszej części komentarz dodaje, że nota, daleka od kwe­stionowania ekumenizmu pro­mowanego przez Vaticanum II, „oferuje wartościowe wskaza­nia dla przyszłości dialogu ekumenicznego. Dialog ten po­zostaje jednym z priorytetów Kościoła katolickiego, jak to potwierdził Benedykt XVI w swym pierwszym przesłaniu do Kościoła z 20 kwietnia 2005 r. oraz przy wielu innych okazjach, zwłaszcza podczas swej wizyty apostolskiej w Tur­cji (28 listopada — 1 grudnia 2006 r.).

Od paradoksu do dwuznaczności, od dwuznaczności do sprzeczności

Najbardziej znamienny frag­ment komentarza brzmi jednak następująco: „Katolicki ekume­nizm mógłby wydawać się, na pierwszy rzut oka, czymś nieco paradoksalnym. II Sobór Waty­kański użył terminu «subsistit in», usiłując pogodzić dwa twierdzenia doktrynalne: z jed­nej strony podkreślił, że pomi­mo wszystkich podziałów mię­dzy chrześcijanami Kościół Chrystusowy nadal istnieje w sposób pełny jedynie w Ko­ściele katolickim, z drugiej na­tomiast uznał, że liczne ele­menty uświęcenia i prawdy ist­nieją poza widzialnymi grani­cami Kościoła katolickiego, czy to w poszczególnych Kościo­łach, czy wspólnotach kościel­nych, niebędących w pełnej komunii z Kościołem katolickim. Z tego powodu ten sam dekret II Soboru Watykańskiego o ekumenizmie (Unitatis redin­tegratio) wprowadził termin «pełnia (jedności/katolicko­ści)», aby pomóc w lepszym zrozumieniu tej nieco paradok­salnej sytuacji”.

Osoby czytające owo „wyja­śnienie”, które przyznaje otwarcie, że jest „nieco para­doksalne”, są niewątpliwie „nieco” zdezorientowane. Niejasności, które miały zostać wyjaśnione, zostały de facto za­stąpione paradoksem, przez który sobór chciał pogodzić dwa twierdzenia: „Kościół Chrystusowy jest Kościołem katolickim” oraz „odłączone wspólnoty, niebędące w pełnej komunii z Kościołem, nie są wcale «próżnią pozakościelną», ponieważ zawierają wiele ele­mentów uświęcenia i prawdy”, które, według Vaticanum II, są elementami eklezjalnymi.

Rodzi się jednak pytanie: je­śli skutkiem prób pogodzenia tych twierdzeń jest paradoks, czy są one w praktyce możliwe do pogodzenia? Czy nie są wza­jemnie sprzeczne? Czy próba pogodzenia ich nie jest po pro­stu próbą zawieszenia zasady niesprzeczności? (…) Warto w tym miejscu przypomnieć tradycyjną definicję odłączo­nych wspólnot. Oto, co pisał na ten temat abp Lefebvre w książce Oni Jego zdetronizowali: „Sobór znajdował upodo­banie w wysławianiu wartości zbawczych czy też po prostu wartości innych religii. Mó­wiąc o niekatolickich religiach chrześcijańskich, Vaticanum II naucza, że «choć w naszym przekonaniu podlegają bra­kom, wcale nie są pozbawione znaczenia i wagi w tajemnicy zbawienia». To herezja! Jedynym środkiem zbawienia jest Kościół katolicki. O tyle, o ile są one odłączone od jedności prawdziwej wiary, wspólnoty protestanckie nie mogą być na­rzędziami Ducha Świętego. Może On oddziaływać jedynie bezpośrednio na dusze lub czy­nić użytek ze środków (np. chrztu), które same w sobie nie noszą znamienia odłączenia. Można być zbawionym w prote­stantyzmie, ale nie przez prote­stantyzm!”.

„Podczas soboru odbyła się wielka debata, czy Kościół Chrystusowy jest tożsamy z Kościołem katolickim. Wielu ojców soboru skorygowało ten pogląd i dziś mówi się, że Kościół Chrystusa subsisit in. Substistit in Ecclesia Romana Catholica. To znaczy istnieje tam, ale także jest obecny gdzie indziej” (Jan Kung).

Bp Bernard Fellay w wywia­dzie dla „The Remnant” sko­mentował publikację dokumen­tu Kongregacji Nauki Wiary w sposób następujący: „To do­skonała ilustracja tego, o czym mówimy przez sześć ostatnich lat. Rzym nadal brnie w dwu­znaczności, ponieważ nie wy­daje się przywiązywać specjal­nego znaczenia do tego, czy coś jest ze sobą sprzeczne, czy też nie. Dokument ten wydaje się nie wyjaśniać niczego, ale jedynie potwierdzać po raz ko­lejny, że «tak» oznacza «nie»”.

Brian Mershon1, poproszony o podanie przykładu takiego zachowania, odpowiedział: „Przykładem może być właśnie kwestia subsistit. [Pytanie brzmi:] Dlaczego używać wyra­żenia subsistit in zamiast est? Czytasz odpowiedź i nadal nic nie rozumiesz. Tłumaczy się nam, że oznacza to w istocie est i że między Kościołem Chrystu­sowym a Kościołem katolickim zachodzi identyczność, że nie ma zmiany w doktrynie (…). Próbuje się nas przekonać, że nie ma sprzeczności pomiędzy doktryną Kościoła w przeszło­ści a nauką Vaticanum II. My natomiast upieramy się przy twierdzeniu, że Vaticanum II pozostaje w niezgodzie ­ w sprzeczności — jest nawet nauczaniem błędu sprzecznego z tradycyjnym nauczaniem, zwłaszcza w kwestii ekumeni­zmu. Tu natomiast [w doku­mencie KDW] oba elementy zo­stały połączone: tradycyjna doktryna i Vaticanum II (…)

Tekst ten stanowi potwier­dzenie zasadności wszystkich naszych zarzutów dotyczących dwuznaczności soborowych i posoborowych dokumentów. Jest doskonałym przykładem dwuznaczności i być może ni­gdy dotąd nie posunięto się tak daleko w usiłowaniu połącze­nia tego, czego połączyć się nie da, przez sugerowanie, że nie sposób wyrazić tego w sposób jasny i jednoznaczny. (…)

Dwuznaczność oznacza, że istnieją co najmniej dwie moż­liwości rozumienia czy też in­terpretacji danego tekstu. Nie­bezpieczeństwo jest w tym przypadku tym większe, że chodzi o tekst najwyższej rangi doktrynalnej, dokument sobo­ru powszechnego. To wielka tragedia. Dwuznaczności te, trzeba ze smutkiem przyznać, znajdujemy niemal wszędzie. Poza tymi trzema najpoważ­niejszymi błędami: ekumeni­zmem, wolnością religijną oraz kolegializmem, niejasności można napotkać na każdym kroku. To nie jest duch katolic­ki, to współczesny duch postę­pu, potępiony częściowo przez Benedykta XVI, ale równocze­śnie zasadniczo przez niego aprobowany. To błędne koło. Muszę powtórzyć raz jeszcze: dokument ten jest doskonałą ilustracją owych dwuznaczno­ści i sprzeczności”.

Cztery lata temu, 6 stycznia 2004 r., z okazji 25-lecia ponty­fikatu Jana Pawła II, bp Ber­nard Fellay przesłał wszystkim kardynałom Kurii Rzymskiej analizę zatytułowaną Od eku­menizmu do milczącej aposta­zji2. Towarzyszył jej list, w któ­rym czytamy: „Sam papież w ekshortacji apostolskiej Ecc­lesia in Europa uznaje, że w obecnych czasach «milczącej apostazji» dominuje «praktycz­ny agnostycyzm i obojętność religijna, wywołująca u wielu Europejczyków wrażenie, że żyją bez duchowego zaplecza, niczym spadkobiercy, którzy roztrwonili dziedzictwo pozo­stawione im przez historię». Trudno jednak nie dostrzec wśród głównych przyczyn tego tragicznego stanu rzeczy wła­śnie ekumenizmu, oficjalnie za­inicjowanego przez Vaticanum II i promowanego przez Jana Pawła II. Pod pretekstem budowania nowej jedności pod ha­słem «dostrzegania raczej tego, co nas łączy, niż tego, co nas dzieli», usiłuje się łagodzić, re-interpretować czy nawet skazy­wać na zapomnienie specyficz­nie katolickie elementy doktry­ny, które rzekomo generują te podziały. Jest to przejaw po­gardy wobec stałego i nie­zmiennego nauczania Tradycji, które uczy, że Mistycznym Cia­łem Chrystusa jest tylko Ko­ściół katolicki, poza którym nie ma zbawienia”.

Kardynałowie, do których rozesłane zostało wspomniane studium, nigdy nie zareagowa­li. Wątpliwe też, by przekonują­cą na nie odpowiedzią mogły być dwie ostatnie noty wyja­śniające Kongregacji Nauki Wiary.

ks. Alan Lorans, FSSPX

Za serwisem DICI tłumaczył To­masz Maszczyk.

PRZYPISY:

1 Znany tradycyjny publicysta ka­tolicki z USA, piszący m.in. w dwuty­godniku „The Remnant” — przypis red. ZAWSZE WIERNI.

2 Bractwo Św. Piusa X w Polsce wysłało ten dokument wszystkim pol­skim biskupom — uwaga red. ZAWSZE WIERNI.

Źródło informacji: BIBULA.com

piątek, 29 lipca 2011

Kard. Canizares: Komunia Święta powinna być przyjmowana na klęcząco i do ust

Hiszpański kardynał Antonio Canizares Llovera zaapelował do katolików, by przyjmowali Komunię Świętą do ust i na klęcząco. – Trzeba sobie uświadomić, że stajemy przed samym Bogiem i że On przychodzi do nas, a my nie jesteśmy nawet tego godni – mówił ostatnio podczas wizyty w Peru prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Przyjmowanie Komunii w ten sposób, zdaniem watykańskiego hierarchy, „jest znakiem adoracji, do której trzeba powrócić na nowo”. Kardynał powiedział wprost, że „cały Kościół powinien przyjmować Komunię na klęcząco”. Dodał, że „jeśli ktoś przyjmuje Komunię na stojąco, to powinien przynajmniej przyklęknąć lub uczynić głęboki ukłon, co jednak się nie dzieje”.

Hierarcha tłumaczył, że jeśli będzie się lekceważyć Komunię Świętą, wówczas lekceważyć będzie się wszystko. Komunia Święta jest bardzo ważną chwilą, podczas której obecny jest sam Chrystus, Bóg, który jest miłością.

W odpowiedzi na pytanie o nadużycia liturgiczne, które często występują, kard. Canizares powiedział, że muszą one być „skorygowane, zwłaszcza poprzez właściwą formację seminarzystów, kapłanów, katechetów i wszystkich wiernych”. Taka formacja powinna się koncentrować na zapewnieniu celebracji liturgicznej, która będzie zgodna z normami ustalonymi przez Kościół.

Hierarcha dodał, że „biskupi ponoszą szczególną odpowiedzialność” za właściwą formację liturgiczną i korygowanie wszelkich nadużyć.

CAN, AS

Źródło informacji: http://www.piotrskarga.pl

czwartek, 28 lipca 2011

Warto zobaczyć

„Obłudnik Powszechny” błądzi bardziej niż x. Natanek

W zaledwie pięć dni po opublikowaniu dekretu J. Em. Stanisława kard. Dziwisza suspendującego x. Piotra Natanka pojawił się w drukowanym „Tygodniku Powszechnym” tekst p. Tomasza Ponikły pt. „Fałszywy prorok”. Artykuł ten nie wnosi nic do sprawy, może co najwyżej poprawić samozadowolenie krakowskich kurialistów, którzy zapewne chętnie sięgają po to „lub czasopismo”.

Cóż zatem pisze p. Ponikło ?

„Zgodnie z przepisami prawa kanonicznego [suspendowany] ksiądz ma zakaz sprawowania wszelkich czynności kapłańskich i wykonywania władzy związanej z obowiązkami duszpasterza. Jednak ks. Natanek już następnego dnia oraz w niedzielę w pustelni w Grzechyni odprawił – nieważne, bo sprawowane niegodnie – Msze”.

Msze kapłana suspendowanego są ważne, ale niegodziwe, co dość jasno i całkiem trafnie wyjaśnił x. Natanek w swojej odpowiedzi po zasuspendowaniu.


Drugi cytat z „Obłudnika”:

„Nie tylko nie podjął możliwych starań o cofnięcie kary, ale wybrał drogę, na której z punktu widzenia Kościoła kolejnym krokiem może być przeniesienie do stanu świeckiego”

Nie. Po suspensie za działania przeciw jedności Kościoła może być nałożona exkommunika. Laicyzacja jest decyzją, karą stosowaną w kontekście przestępstw przeciwko celibatowi. W ostatnich latach nałożono ją po zagrożeniu suspensą i obłożeniu exkommuniką na byłego arcybiskupa Lusaki Emmanuela Milingo, po tem jak ów związał się z sektą Moona, zawarł w niej małżeństwo oraz wyświęcał prezbiterów i biskupów dla wspólnot niezależnych. Nie znam jakichkolwiek przesłanek wskazujących na konieczność czy choćby możliwość laicyzowania x. Piotra Natanka.

Trzeci cytat, najmocniejszy:

„Nikt nie przerwał Mszy, które ks. Natanek odprawiał niegodnie. A do tego, co wyjaśnił metropolita w komunikacie dla diecezjan, zobowiązani są wierni poinformowani, że kapłan jest suspendowany”.

Metropolita i opracowujący jego komunikaty nie są na szczęście aż takimi ignorantami jak p. Ponikło. Nikt na świecie nie jest upoważniony do przerywania trwającej Mszy świętej, jeśli kapłan rozpoczął modlitwy Offertorjum. W kontekście tej konkretnej sytuacji: świadomi wierni po prostu opuściliby pustelnię w Grzechyni i nie uczestniczyliby w sakramentach sprawowanych przez suspendowanego xiędza. Przy zadeklarowanej personalnie suspensie nie stosuje się bowiem art. 1335 KPK zawieszającego cenzurę, ilekroć wierny prosi o sakrament lub sakramentalia bądź o akt rządzenia; wolno zaś o to prosić z jakiejkolwiek słusznej przyczyny.

Swoją drogą, zapamiętajmy sobie: jeśli w Polsce dojdzie kiedykolwiek do zakłócenia sprawowania obrzędów niekatolickich, to pierwszym podejrzanym o sprawstwo, a przynajmniej o podżeganie, powinien być p. Tomasz Ponikło i redakcja „TP”. Pomysł, ażeby wierni przerywali jakiekolwiek nabożeństwo sprawowane niegodnie winien być z całą mocą piętnowany. Bowiem nawet w religji fałszywej to kapłan odpowiada za sacrum, a nie ludzie postronni. Wyjątki przeciw tej regule byłyby niezwykle rzadkie obejmując np. mordy rytualne lub inne obrzędy satanistyczne, np. prostytucję sakralną. Że też trzeba takie rudymenty wyjaśniać awangardzie dialogu akukumenicznego i międzyreligijnego !

Druga połowa („większa”) tekstu p. Ponikły nie robi już takiego wrażenia jak początek. Choć może wychodzi tu moja znieczulica. Albowiem reporter „Obłudnika” kwalifikuje do szuflady pt. „schorowana wyobraźnia” informację, iż x. Natanek według własnej relacji dostępuje prywatnych objawień. Oczywiście i to jest możliwe, ale niepokój budzi, że nominalnie katolicki dziennikarz nie rozważa nawet możliwości, że objawienia te mają miejsce i mogą być prawdziwe lub fałszywe.

Tymczasem dla mnie jako obserwatora sytuacji, od chwili, gdym się dowiedział o owych mniemanych objawieniach, stają się one centrum dramatu x. Natanka i muszą być zweryfikowane. Jeśli ktoś zechce mu pomódz, od tego powinien zacząć. Oczywiście mam na myśli wyłącznie duchownych. Rozpoznawanie objawień prywatnych nie jest obszarem, w którym powinni się udzielać świeccy.

Istotą dobrej dezinformacji jest pomieszanie 90 % prawdy i 10 % fałszu. Zwróćmy uwagę, że wszystkie znane fałszywe objawienia przekazują zasadniczo treści promujące prawowierny katolicyzm i praktyki pobożnościowe. Nawet w Medjugorju nie promuje się Komunji na rękę, kapłaństwa kobiet czy pobłażliwości dla aborcji. Diabeł nie traci na to czasu ni zasobów. Nie musi udawać Boga, by to promować, skoro ma w tych zakresach wielu gorliwych ziemskich sług. Natomiast bardzo często łączy w ten sposób większość rzeczy dobrych z punktu widzenia swoich przeciwników (opowiadanie się przeciw deformom posoborowym, przeciw Komunji na stojąco itp.) z jakimś aspektem antykatolickim. Polecam lekturę tekstu nt. fałszywych objawień w Garabandal, jaki kilkanaście lat temu opublikowano w „Zawsze Wiernych”.

Jeśli ktoś chce przekonać wiernych ufających x. Natankowi, że tkwi w błędzie, musi przeprowadzić analogiczną argumentację jak o. Warszawski TJ w Garabandal. Wielokrotne powtarzanie „ks. Natanek błądzi, ks. Natanek nieposłuszny, ks. Natanek zdradził” nic posoborowcom nie da. Muszą się wznieść ponad swoje ograniczenia intelektualne, jeśli faktycznie chcą uniknąć rozłamu w Kościele krakowskim.

Źródło informacji: MŁOT NA POSOBOROWIE

Z księgarskiej półki c.d.

Matka Angelica

MATKA ANGELICA ODPOWIADA


Wydawnictwo Klub Książki Katolickiej, Poznań 2008
format: 134x212, ss. 424, oprawa: twarda, cena 29,00 zł
do nabycia w księgarni internetowej KMT.pl

To książkowa wersja telewizyjnego talk show, w którym prosta zakonnica udziela prostych odpowiedzi na najbardziej skomplikowane pytania: o życie i śmierć, o miłość i nienawiść, o zbawienie i potępienie, niebo i piekło. Receptury duchowe autorki najsłynniejszego katolickiego talk show, oglądanego przez 105 milionów widzów w 126 krajach świata.

Dialog posoborowo - katolicki we włoskiej Toskanji

Portal Rorate Caeli doniósł wczoraj o bardzo smutnym ekscesie, jaki miał miejsce we włoskiej Toskanji: oto miejscowy posoborowiec pobił proboszcza, bo ów był dlań zbyt tradycyjny! Ponieważ ostrzeżenia słowne nie robiły wrażenia na duchownym, bandyta przeszedł do rękoczynów i poturbował kapłana.


Xiądz Ferdynand Garcias Pardo z parafji pw. św. Michała w Ronta, gm. Borgo San Lorenzo naraził się wiernemu (?) następującemi grzechami:

- odprawiał Mszę trydencką,
- udzielał Komunji Świętej na język, wymagając, aby wierni przyjmowali ją w pozycji klęczącej,
- wypędził gitary z kościoła, w ich miejsce przywracając chorał gregoriański.

Módlmy się o szybki powrót do zdrowia dla czcigodnego proboszcza. A także o silnego ciałem i duchem wikarego, który mógłby mu pomódz w porządkowaniu spustoszonej winnicy Pańskiej.

Źródło informacji: MŁOT NA POSOBOROWIE

O wychowaniu chrześcijańskim

W Grzechynii bez zmian




Był wczesny ranek, kiedy po Grzechynii rozeszła się wieść o suspensie księdza Piotra Natanka. O decyzji Metropolity Krakowskiego gospodarz tego miejsca dowiedział się telefonicznie od zaprzyjaźnionego księdza, który z kolei przeczytał informację zamieszczoną w Internecie.

Zawiniła gorliwość gospodarza Grzechynii – nie złe uczynki. Tak przynajmniej twierdzą księża - przyjaciele księdza Piotra Natanka i inne osoby przebywające w Grzechynii. Kiedy zapytasz ich o zdanie na temat ostatnich wydarzeń, jedni powiedzą, że „księdza Piotra niszczy się za to, że jest autentyczny w tym co robi i w sposób bezkompromisowy mówi prawdę”. - „Zadecydowała postawa Metropolity, który podlegał licznym naciskom, by coś zrobić z niepokornym kapłanem” - zripostują inni. Jedni i drudzy już zgodnie dodadzą, że tak naprawdę decyzja księdza Piotra Natanka o wypowiedzeniu posłuszeństwa swojemu biskupowi ma swoje określenie w psychologii: altruistyczna, to znaczy dla dobra innych.

Musicie od siebie wymagać

Grzechynia - mała miejscowość nieopodal Makowa Podhalańskiego. Kręte, górskie dróżki prowadzą do pustelni "Niepokalanów". O tym, że jest to miejsce poświęcone Bogu i umiłowaniu polskości świadczą widoczne z daleka znaki - liczne kapliczki, pomniki, ikony z tajemnicami różańcowymi, oraz olbrzymia biało-czerwona flaga zawieszona na drewnianej baszcie.

Sama pustelnia, to miejsce niezwykłe. Najpierw jest brama. Potem trawiasty dziedziniec z miejscem na grill, boisko do siatkówki i znów brama. Dalej liczne dwupiętrowe drewniane budynki uwieńczone basztami, opatrzone czerwonymi napisami na białym tle, odwołującymi się ku historii Polski, wartościom patriotycznym i umiłowaniu Boga. Widać, że tu kocha się i Boga i Ojczyznę. Ludzie, których tu przyjeżdżają też są niezwykli, bo - normalni. Przyjeżdżają z Polski i całego świata, bogaci i biedni, prości oraz intelektualiści, mieszkający na wsiach i w wielkich metropoliach. Wystarczy kilka godzin, by spotkać profesora jednego z uniwersytetów, bardzo znanego dziennikarza, grupę osób z Francji i z Austrii, pielgrzymkę z Kanady. I tak jest niemal każdego dnia. Przyjeżdżają z Włoch, Stanów Zjednoczonych.

Myliłby się więc ten, kto by zaklasyfikował działalność księdza Piotra Natanka, twórcę owej pustelni, jedynie do wąskiego grona "moherowych babć", czy rolników. Przybywających tutaj i wspierających księdza nie da się zamknąć w jakimkolwiek getcie. Kapłani z różnych stron świata, rodziny z maluchami, mnóstwo dzieci. Do tego liczne grupy młodzieży. Te ostatnie mogą zaskakiwać, bo po tak nagłośnionych w Internecie wypowiedziach (sprowadzonych jedynie do tekstów o paznokciach i żelu na włosach) mogłoby się wydawać, że młodzi ludzie winni omijać Grzechynię szerokim łukiem. A nie omijają… (jeszcze jeden argument dla tzw. nowoczesnych socjologów i pedagogów którym wydaje się, że młodzież jest szczęśliwa, jeśli może zakolczykować się od stóp do głów, wytatuować oraz ubrać, jak tylko jej to przyjdzie do głowy).

- Stawiając mocne wymagania młodym, na przekór modom i poprawnościom, ksiądz Piotr jest wiernym uczniem tego, który wzywał na Westerplatte w 1987 roku: „musicie od siebie wymagać, nawet jeżeli inni od was nie wymagają" – mówi krótko opiekun jednej z grup. Mała kaplica (pozwolenie na tabernakulum dał swego czasu sam Kardynał Stanisław Dziwisz, który był w Grzechyni i gorąco chwalił duszpasterskie zaangażowanie gospodarza) pęka w szwach. Przed wejściem plakat z wizerunkiem Jezusa, przedstawiający dwie grupy ludzi: modlących się w strojach bardziej pasujących do plaży niż do świątyni oraz ubranych w strój świąteczny. Plakat opatrzony jest napisem: „Przyjacielu, czyż nie zasługuję na szacunek?” Mieszkańcy, dzieci, młodzież i liczni goście z całego świata znają odpowiedź na to pytanie. Wszyscy, wszystko jedno starsi panowie czy młodzi chłopcy, odmawiając tradycyjne modlitwy (w oczekiwaniu na Mszę Świętą) ubrani są w eleganckie spodnie, takież koszule (przeważnie białe), obowiązkowe krawaty. Podobnie kobiety - żadnych spodni, wyłącznie suknie i długie spódnice. Po tak powszechnym widoku t-shirtów w świątyniach to musi wywierać wrażenie. Wrażenie wywiera także sama Msza. Nie trwa krótko, jak w zwyczajnych parafiach, przeciwnie - trzy, a nawet cztery godziny. Kazanie jest wielowątkowe, z dygresjami, cytatami. Części stałe liturgii przeplatane są specjalnym komentarzem, dłuższą chwilą adoracji, pieśnią. Na koniec Mszy długa procesja. O dziwo - nikt jednak nie wzdycha, nie marudzi, że długo. Słuchają. Śpiewają. Modlą się.

Natankowe rycerstwo Chrystusa

Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Czemu nie zostaną w swoich świątyniach? Czego nie daje im Kościół tam, gdzie żyją, że coś każe im gnać do tej podhalańskiej wioski? Czym przyciąga kapłan, tak wyszydzony przez media, atakowany przez duchownych i obłożony karami kościelnymi przez długoletniego sekretarza polskiego papieża? Licznie przybywający tu duchowni prawie bez wyjątku nie chcą się wypowiadać, co w obliczu decyzji Arcybiskupa Stanisława Dziwisza wydaje się zrozumiałe. („ Proszę pana, czy to coś zmieni? Czy odwróci od księdza Piotra suspensę ?”) „Prawie”, bo na wypowiedź daje się namówić jeden z księży. Prosi o anonimowość.

- Co można powiedzieć o wspaniałym człowieku i księdzu, który właśnie wypowiedział posłuszeństwo swojemu przełożonemu? Że był świetnym kapłanem, że wszystko, co czynił, czynił dla Boga, Ojczyzny i innych ludzi nie myśląc o sobie, ale zgrzeszył, bo nie potrafił sobie poradzić z niesprawiedliwością i zakłamaniem? Ludzie nie powinni księdza Piotra ostro osądzać, bo to dobry człowiek i kapłan, którego jedyną winą była gorliwość – tłumaczy. - Dziś brakuje ludzi, którzy jak ksiądz Piotr, wierząc w prawdę, mają odwagę ją mówić i nią żyć. Wielu katolików poszukując swej tożsamości powraca do tradycji - łacińskiej Mszy, kultu świętych, sakramentaliów. Wielu (także - o dziwo - młodych) odmawia litanie, nosi różaniec, modli się nowennami, czy koronkami. Wielu szuka przewodników duchowych, którzy umieją jasno rozgraniczyć dobro i zło zaplątane w dzisiejszym świecie. Wielu czeka, aby ktoś pokazał im jak mają się zaangażować w obronie najważniejszych dla nich wartości. Skądś przecież bierze się te kilka tysięcy osób tworzących Natankowe Rycerstwo Chrystusa Króla, których charakterystycznym emblematem są czerwone płaszcze z orłem i twarzą Jezusa! Nie ma już chyba uroczystości, na której by ich nie było - nawet na pogrzebie abpa Życińskiego nie zabrakło przedstawicieli Rycerstwa. To nie są fanatycy, czy szaleńcy - to ludzie, którzy zapragnęli radykalnie i na serio dać siebie w walce, poprzez modlitwę i świadectwo. Skądś biorą się ci, którzy obiecują, że będą do Komunii św. przystępować wyłącznie na kolanach, jak ich przodkowie. Czynią to, aby dać innym katolikom czytelny sygnał - tu jest świętość, którą mam prawo uczcić. Skądś przyjeżdżają te dzieci, które rodzice w zaufaniu powierzają księdzu Natankowi na czas turnusów wakacyjnych. Czemu nie otrzymują wsparcia od swych pasterzy? Owszem, można odnieść wrażenie, że ksiądz Natanek świadomie i niejako na zimno przesadził z wieloma swoimi tezami, i do przesady wyakcentował pewne znaki czy gesty. Jak z polskich kościołów coraz bardziej znika poczucie sacrum, tak jego polowa kaplica jest obwieszona obrazami świętych. Jak powszechnie na Zachodzie przyjmuje się Komunię do ręki, tak u niego trzeba iść metr na kolanach, aby przystąpić do tego sakramentu. Jak powszechnie księża odprawiają Mszę "sprawnie", czyli byle szybciej, tak on poniżej półtorej godziny nie zejdzie w dzień powszedni. Jak duchowni niemalże wstydzą się pokropień wodą święconą, czy używania kadzidła, tak u niego stoją baniaki z egzorcyzmowaną wodą, solą i oliwą. Że wygląda to momentami przaśnie i śmiesznie? A nie żałośniej wygląda katolicki ksiądz, który twierdzi, że nie będzie używał wody święconej, bo ktoś z pokropionych się obrazi? Natankowa przesada jest odpowiedzią na wkradający się do Kościoła i serca współczesnego człowieka olbrzymi brak czytelności i klarowności. Na powszechne, katolickie, odcięcie się od własnych korzeni, czemu próbuje przeciwdziałać obecny papież. Na zachowania tych duszpasterzy, którym łatwiej znaleźć wspólny język z wyznawcami odłamów chrześcijaństwa, czy nawet innych religii, aniżeli z braćmi należącymi do tego samego Kościoła. Na słowa hierarchów, którzy kompletnie zatracili tak charakterystyczną dla wielkich polskiego Kościoła umiejętność czytania w duszach ludzkich. Ludowa pobożność, którą wspiera ks. Natanek, była przecież naszą siłą, tak umiejętnie wykorzystaną przez Prymasa Tysiąclecia i Papieża Polaka. Dziś się z niej kpi i odkłada do lamusa historii. A przecież to nie tylko sztandary, feretrony i obrazy - to potężna moc zdolna poruszyć ludzkie serca ku zmianom! W sobie i dookoła siebie. Ksiądz Piotr Natanek wypowiedział posłuszeństwo swemu ordynariuszowi. Trudno powiedzieć, że jest to najbardziej roztropne wyjście z tej sytuacji. Ale trudno także powiedzieć, że roztropnie postąpił Kardynał Dziwisz (za którego ksiądz Natanek obiecał modlitwę i post), tak naprawdę nie podając przyczyn swej suwerennej decyzji. Papier jest cierpliwy i wszystko zniesie, a oskarżenie o szerzenie nauki wypaczającej przesłanie Kościoła może oznaczać wszystko. Jeśli nie będzie więcej świeckich, kapłanów, biskupów traktujących serio swoją wiarę i nie obawiających się wyznawać ją publicznie, w zgodzie z tradycją Kościoła i Narodu oraz dążących za wszelką cenę do prawdy - będzie więcej suspens, dekretów, nieposłuszeństw i rozdarć. I nie chodzi tu o straszenie kogokolwiek, lecz logiczną konsekwencję. Brak dóbr jakie potrzebują dusze ludzkie jest wystarczającym powodem. A przecież dobro dusz jest najważniejszym prawem Kościoła.

Na pytanie, czy o księdzu Natanku trzeba mówić wyłącznie w czasie przeszłym? - ksiądz zastanawia się tylko przez chwilę. - Z pewnością nie – odpowiada krótko.

Co widzą hierarchowie?

Długie lata ks. Piotr Natanek był głównie historykiem. Doktorat i habilitację zrobił na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Szlify naukowe zdobywał pod kierunkiem słynnego polskiego historyka ks. prof. Jerzego Myszora. Nie dał się jednak zamknąć w haśle "ksiądz profesor". Mimo wykładów na kilku uczelniach, zajęć z klerykami, prowadzenia seminarium naukowego znajdował czas na duszpasterstwo. Grupy modlitewne, Oaza, letnie turnusy dla dzieci i młodzieży w Grzechyni, publikacje, liczne rekolekcje. Nawet nieprzychylni ks. Piotrowi mówią, że gorliwości nie można mu odmówić.

Pierwszy moment, w którym ksiądz zaczął jeszcze radykalniej pojmować swoje powołanie wiązał się z wykładem monograficznym, jaki prowadził dla swoich studentów. Temat - Mowa Boga do Kościoła w XIX wieku. Mówił o wizjach św. Jana Bosko, o objawieniach św. Małgorzaty Alacoque, o Cudownym Medaliku. Zaczął także czytać pisma świątobliwych osób żyjących w czasach nam bliższych - Kundusi Siwiec, Zofii Nosko, Wandy Malczewskiej. Z grozą odkrywał jak wiele z zapowiadanych przez nie wydarzeń spełniło się w ciągu XX wieku. Pojawiały się pierwsze pytania. Wszystko nabrało tempa od współpracy z kościelną komisją przygotowująca proces beatyfikacyjny Rozalii Celakówny, krakowskiej służącej i pielęgniarki, współczesnej św. Siostrze Faustynie. Objawienia te są podstawą dla polskiego ruchu domagającego się uznania Chrystusa jako Króla Polski. Zapoznawszy się z pismami kandydatki na ołtarze, ksiądz Piotr zaczął głosić obecne w jej zapiskach treści, stając się jednym z filarów ruchu intronizacyjnego. Zobaczył, że Polska jest na krawędzi duchowej i moralnej, bo nie chce zgodzić się na prawa Chrystusa Króla. Że ta zgoda na działanie Boga, która miałaby przenikać życie społeczne i osobiste chrześcijańskiego skądinąd narodu nie jest nikomu na rękę - ani politykom, ani hierarchom, ani zwykłym wiernym, przygaszonym wszechobecnym konsumpcjonizmem i letniością swych duszpasterzy.

Gdy w 2007 roku, ksiądz Natanek wygłosił rekolekcje na temat intronizacji do grupy polskich parlamentarzystów, kuria krakowska zareagowała natychmiast. Upomnieniem kanonicznym. Rzekomo za upolitycznienie objawień Celakówny. Ale przecież wiara musi prowadzić do świadectwa w przestrzeni publicznej, także politycznej. Ksiądz Natanek nie owija w bawełnę. Góralski temperament, charyzma i krytycyzm do post-nowoczesności, także tej kościelnej, sprawiają, że jego słowa (mimo przejęzyczeń, naleciałości gwary, szybkiego formułowania myśli, swoistych związków frazeologicznych) porażają autentyzmem. W sytuacji, w której ludzie Kościoła zrywają z tradycyjnym nauczaniem, a dawne formy katolickiej pobożności są obśmiewane nawet przez wysokich rangą duchownych (przypomina się pewien arcybiskup, który całkiem niedawno zastanawiał się publicznie, czemu młodzi ludzie chodzą na łacińskie Msze, skoro trwają dwa razy dłużej niż te posoborowe), grzechyńska kaplica staje się enklawą duchową i miejscem, w którym można usłyszeć parę słów mocnej prawdy. Owszem, często wydaje się, że ksiądz Natanek staje na granicy kiczu, dewocji, czy fideizmu. Niektórzy, za kurią krakowską, powiedzą że ową granicę dawno przekroczył. Ale czyż pewnych granic nie przekraczają tacy kapłani, jak bp Tadeusz Pieronek, czy dowcipkujący o pomniku Chrystusa Króla z prezydenckim doradcą (czy będę się smażył w piekle, bo nie mówię o tym na kolanach? To będzie nas dwóch, jakoś sobie poradzimy - uśmiech) w TVN 24 ksiądz Kazimierz Sowa? Czy granic nie przekracza o. Jacek Prusak, jezuita, gdy publicznie opowiada się za szkolną seks-edukacją, lub nazywa obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia "opętanymi"? Czy ktoś wyciąga z ich wypowiedzi wnioski o charakterze prawym?

- Tak, jak młodzież w głębi siebie, nie chcąc potakiwaczy i ulepszaczy życia, szuka ludzi, którzy chcą stawiać wymagania, tak polscy katolicy potrzebują kapłanów, którzy nie będą celebrytami, nie ulegną modom, nie odwrócą się od tradycji, nie wykpią ludowej pobożności i mają odwagę mówić prawdę nawet - a może przede wszystkim - wielkim tego świata. Ta potrzeba umysłów i serc ludzkich jest faktem. Czy widzą ja hierarchowie? - pyta retorycznie ksiądz Piotr Natanek.

Z Grzechynii - Wojciech Sumliński, ksiądz GJ
*zdjęcie: Rafał Biegun

Źródło informacji: FRONDA.pl

Zapomniane prawdy c.d.

Biada kapłanowi, który nie pomny na obietnice Boże okaże się "chciwy zysku szkaradnego" (Tyt. I, 7) i zmiesza się z tłumem i upodobni się do świeckich ludzi, na których słowami Apostoła tak Kościół się użala: "Wszyscy swego szukają, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa" (Filip II, 21). W ten bowiem sposób nie tylko sprzeniewierzyłby się obowiązkom swoim, ale stałby się też przedmiotem pogardy dla powierzonego pieczy swej ludu; zauważyłby on bowiem niewątpliwie, że życie jego nie zgadza się z owymi zasadami Ewangelii, które Mistrz Boży jasno obwieścił, a on ludowi ma głosić: "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie sól i rdza niszczą i gdzie złodzieje wykopują i kradną, ale gromadźcie sobie skarby w niebie" (Mat. VI, 19, 20). Jeśli rozważymy, że niska chciwość, jak o tym z żalem opowiadają Ewangeliści, doprowadziła Judasza, jednego z apostołów Chrystusa, "jednego z dwunastu", do upadku i zguby, zrozumiemy łatwo, ile niezmiernych szkód wyrządziła ta chciwość Kościołowi w ciągu wieków. Chciwość bowiem, którą Duch Święty nazywa "korzeniem wszelkiego złego" (I Tym. VI. 10), może człowieka doprowadzić do najgorszej zbrodni; a chociażby kapłan nie posunął się tak daleko, jednak pod wpływem zgubnej tej namiętności stanie w jednym szeregu z wrogami Boga i Kościoła i świadomie czy nieświadomie dopomoże do urzeczywistnienia niecnych ich zamiarów.

Natomiast prawdziwa i szczera powściągliwość wobec dóbr ziemskich pozyska kapłanowi wszystkie serca; tym więcej, że serce kapłańskie, oderwane od świata i moc swą czerpiące z wiary, przepełnione jest wielkim miłosierdziem ku wszystkim nieszczęśliwym i cierpiącym. Miłosierdzie to czyni go naprawdę ojcem ubogich. Pamiętając na słowa Jezusa Chrystusa: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili" (Mat. XXV ,40), otacza ubogich i obejmuje miłością samego Zbawiciela.

papież Pius XI, encyklika "Ad catholici sacerdotii"

środa, 27 lipca 2011

Cristeros – wojownicy Chrystusa

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, lecz miecz.”
Mt 10,34.

- Viva Cristo Rey! Niech żyje Chrystus Król! - krzyczeli idąc do boju, a także patrząc w lufy plutonów egzekucyjnych. Dla rewolucyjnych władz Meksyku z lat 1926-1935 byli zmorą. Ich krwawe zagony mocno wstrząsnęły podstawami ateistycznego państwa. Mówili o sobie: „obrońcy”, „wyzwoliciele”, „ci z ludu”, („defensores”, „libertadores”, „populares”), lecz najbardziej przylgnęło do nich miano „cristeros” – „chrystusowcy”.

***
Praźródeł ich konfliktu z władzami szukać należy w 1813 roku, gdy północnoamerykańska masoneria (Wielka Loża Luizjany) rozpoczęła aktywną infiltrację środowisk politycznych Meksyku, wówczas jeszcze hiszpańskiej kolonii. Wpływy wolnomularstwa w Meksyku wzrastały w miarę upływu lat, a jego antychrześcijańskie działania przybierały na agresywności. Ukoronowaniem ich było uchwalenie konstytucji z 1917 roku, nomen omen – w dwusetną rocznicę powstania masonerii.

Konstytucja podporządkowywała Kościół władzom państwowym, ograniczała posługi religijne tylko do terenu świątyni, w dodatku – pod ścisłą kontrolą. Zakonnikom zabraniano składania ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, liczbę duchownych ustalać miało państwo. Prowadzone przez Kościół szkoły zamknięto, w całym zaś szkolnictwie, tak państwowym, jak i prywatnym, zakazano nauczania religii. Własność kościelna uległa konfiskacie, zaś duchownym odebrano prawa cywilne.

***
Nie było łatwe wprowadzenie powyższych przepisów w kraju, w którym katolicy stanowili większość społeczeństwa. Dopiero w 1926 roku poważył się na to prezydent P. E. Calles, mason i fanatyczny antyklerykał. Wobec opornych zastosował represje.

Papież Pius XI opłakiwał wkrótce wiernych, którzy „ponieśli okrutną śmierć na wielu ulicach i miejscach publicznych, często na progach kościołów„.

Meksykański Kościół zszedł do podziemia, nabożeństwa odprawiano potajemnie w domach. Wśród czterech tysięcy kapłanów zanotowano tylko jedno odstępstwo. Dwa miliony katolików podpisało petycję do władz, żądając uchylenia konstytucji. Gdy wyczerpały się pokojowe metody walki – pojawili się cristeros.

***
Znamienne, że większość bojowników Kontrrewolucji Meksykańskiej stanowili chłopi. Od początku najżywiej reagowali na państwową politykę ateizacji, na zamykanie kościołów i mordowanie księży. Obce im były subtelne dylematy intelektualistów, nie wahali się nazywać zła po imieniu. To oni pierwsi chwycili za broń.

***
Na trzy lata Meksyk stał się krainą śmierci. Cristeros, których liczba w 1929 roku doszła do 50.000, w szaleńczych atakach rozbijali, liczniejsze nieraz, oddziały rządowe, pozostawiali za sobą zniszczone wojskowe posterunki i trupy znienawidzonych, ateistycznych nauczycieli. Przeciwnik, niezbyt sprawny w boju, nadrabiał brutalnością wobec ludności cywilnej, sprzyjającej insurekcji. Palono całe wsie, na masową skalę profanowano świątynie.

Obie strony ogarnął szał zabijania, okrzykom „Viva Cristo Rey!” torturowanych cristeros odpowiadały „Viva Grande Diablo!” rozstrzeliwanych masonów. Zginął w walce E. Gorostieta, wódz powstania. Na polach bitew padło 12 generałów i 70 pułkowników sił reżimowych. W 1928 roku w stołecznej restauracji „La Bombilla” młody intelektualista katolicki Jose de Leon Toral zastrzelił następcę Callesa, A. Obregona, prezydenta Meksyku i masońskiego mistrza. W morderczych walkach lat 1926 – 1929 zginęło 90.000 Meksykanów.

***
W 1929 roku rząd zawarł ugodę z Episkopatem, ogłaszając amnestię dla cristeros i zwrot części zagrabionego majątku kościelnego. Na krótko zapanował pokój. Władze nie dotrzymały jednak warunków porozumienia. Rychło zamknięto większość świątyń. W kraju rozszalał się terror lewicowych bojówek – „czerwonych koszul”. Do szkół wprowadzono „wychowanie socjalistyczne”, w ramach którego m. in. upaństwowiono dzieci powyżej pięciu lat (!). Na wzór rewolucji francuskiej ogłoszono koniec ery chrześcijańskiej, wprowadzając pogański kalendarz, Boga zaś, mocą urzędowych postanowień, skazano na nieistnienie.


Odpowiedzią katolików były masowe demonstracje i reaktywowanie partyzantki cristeros.

***
Ogół obywateli USA z niepokojem przyjmował doniesienia o prześladowaniach religijnych za południową granicą. Mimo to amerykańskie bombowce atakowały pozycje powstańców (1929 r.).

W 1935 roku senator W. Borah z Idaho zażądał śledztwa w związku z sytuacją w Meksyku. Poparła go ponad połowa członków Izby Reprezentantów. Inicjatywy te zablokował ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych – F. D. Roosevelt. Ów członek Masonerii Rytu Szkockiego (32-gi stopień wtajemniczenia) czuł widać silną więź z meksykańskim reżimem. Liczne organizacje społeczne, jak Rycerze Kolumba, alarmowały go doniesieniami o rzeziach, o zabijaniu kapłanów i wiernych, ale późniejszy współgrabarz Polski pozostał obojętny.

***
Konflikt rozładował dopiero L. Cardenas, stosunkowo umiarkowany polityk meksykański, który bezkrwawym przewrotem z 1935 roku obalił rządy fanatyków Callesa.

Natychmiast rozwiązano organizację „czerwonych koszul”, podjęto rozmowy z Episkopatem. I chociaż trzeba było jeszcze przełamywać opory władz stanowych, choć dopiero w 1937 roku zakazano prześladowań katolików, to jednak normalizacja stała się faktem. Cristeros mogli złożyć broń, tym razem – ostatecznie. Zbrojny wysiłek katolickich rebeliantów nie poszedł na marne.

***
Prowadzona od przeszło dwóch wieków ofensywa sił Antychrześcijańskiej Rewolucji napotyka czasem na niespodziewany opór. Na jej drodze stawają wciąż nowe zastępy wojowników. Armia Katolicka z Wandei i Żołnierze Cudu nad Wisłą, frankistowska „krucjata przeciw synom Kaina” i meksykańscy cristeros…

W bezpardonowej walce z siłami zła, wierni tradycji obrońców przedmurza chrześcijaństwa, współcześni krzyżowcy nieugięcie trwali na zagrożonych rubieżach Cywilizacji Łacińskiej.

„Najwyższy Czas!” 9.03.1996

Źródło informacji: http://cristeros1.w.interia.pl

o. Seraphin Rose - Nihilizm

o. Seraphin Rose

NIHILIZM

Źródło rewolucji czasów współczesnych

__________


__________

Piękno tradycyjnej liturgii c.d.









Zdjęcia pochodzą z facebook'owego profilu TRUE RESTORATION

Kościół a masoneria

Kongregacja Nauki Wiary

DEKLARACJA O STOWARZYSZENIACH MASOŃSKICH

Zwrócono się z zapytaniem, czy uległa zmianie opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego (w przeciwieństwie do poprzedniego) zagadnienie nie zostało wprost poruszone.

Święta Kongregacja Nauki Wiary może odpowiedzieć, że taka okoliczność jest podyktowana kryterium redakcyjnym, co dotyczy także innych stowarzyszeń podobnie nie wspomnianych, ujmowanych w szerszych kategoriach.

Pozostaje jednak niezmieniony negatywna opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ ich zasady zawsze były uważane za niezgodne z nauką Kościoła i dlatego przynależność do nich pozostaje zakazana. Wierni, którzy należą do stowarzyszeń masońskich, są w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przystępować do Komunii Świętej.

Nie należy do lokalnego autorytetu eklezjalnego wypowiadanie się o naturze stowarzyszeń masońskich sądem, który implikowałby uchylenie tego, co wyżej ustalono, i to, co jest zawarte w Deklaracji Świętej Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 lutego 1981 r. (AAS 73 [1981] 240-241).

W czasie audiencji, udzielonej niżej podpisanemu Kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość Jan Paweł II zatwierdził niniejszą Deklarację, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji i nakazał jej opublikowanie.

Rzym, w siedzibie Świętej Kongregacji Nauki Wiary, 26 listopada 1983 r.

JOSEPH Kard. RATZINGER Prefekt+
JÉRÔME HAMER OP Abp tyt. Loreny Sekretarz

_______________

Kongregacja Nauki Wiary

DEKLARACJA O EKSKOMUNICE, KTÓREJ PODLEGAJĄ KATOLICY NALEŻĄCY DO SEKT MASOŃSKICH LUB PODOBNYCH STOWARZYSZEŃ

19 lipca 1974 r. Święta Kongregacja Nauki Wiary skierowała do niektórych Konferencji Episkopatów list na temat interpretacji Kan. 2335 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który zabrania katolikom, pod karą ekskomuniki, przynależności do stowarzyszeń masońskich i im podobnych1 .

Ponieważ wspomniany List, stawszy się własnością publiczną, dał okazję do błędnych i tendencyjnych interpretacji, Kongregacja Nauki Wiary, nie chcąc uprzedzać ewentualnych dyspozycji nowego Kodeksu, stwierdza i precyzuje:

1) w żaden sposób nie została zmodyfikowana aktualna dyscyplina kanoniczna, która pozostaje w pełnej mocy;
2) nie została zniesiona ekskomunika ani inne przewidziane kary;
3) o ile wspomniany List dotyczy interpretacji nadanej Kanonowi, powinien być rozumiany tak, jaka była intencja Kongregacji, a więc wyłącznie tylko jako przypomnienie zasad ogólnych interpretacji prawa karnego dla rozwiązania przypadków poszczególnych osób, które mogą być poddane osądowi Ordynariusza. Nie było natomiast intencją Kongregacji zwrócenie się do Konferencji Episkopatów o publiczne wydanie sądu, mającego charakter ogólny, o naturze stowarzyszeń masońskich, co zakładałoby odwołanie wspomnianych norm.

Rzym, w siedzibie Świętej Kongregacji Nauki Wiary, 17 lutego 1981 r.

FRANJO Kard. ŠEPER Prefekt+
JÉRÔME HAMER Abp tyt. Loreny Sekretarz

Przypisy

1 Eminencjo, wielu Biskupów zwróciło się do Świętej Kongregacji Nauki Wiary z zapytaniem o wartość i interpretację Kan. 2335 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który pod karą ekskomuniki zabrania katolikom przynależności do stowarzyszeń masońskich lub do innych tego typu.

Stolica Święta po długiej analizie tego problemu wielokrotnie konsultowanego z Konferencjami Episkopatów szczególnie zainteresowanymi tym przypadkiem, by lepiej poznać naturę i obecną działalność tych stowarzyszeń, zasięgała zdania Biskupów.

Wielka rozbieżność opinii, która wyraża różne sytuacje w zależności od narodu, nie pozwala Stolicy Świętej na zmianę prawodawstwa ogólnego dotychczas obowiązującego, które z tego powodu pozostaje w mocy aż do chwili, gdy nowe prawo kanoniczne stanie się prawem publicznym po przygotowaniu przez kompetentną Komisję Papieską do spraw Rewizji Kodeksu.

W rozpatrywaniu poszczególnych przypadków należy uwzględniać, by prawo karne było interpretowane w sensie ścisłym. Dlatego można z pewnością nauczać i stosować opinię tych autorów, którzy przyjmują, że wspomniany Kan. 2335 dotyczy tylko tych katolików, którzy należą do stowarzyszeń, działających przeciw Kościołowi. Pozostaje jednak w każdym przypadku zakaz przynależności do stowarzyszeń masońskich kapłanów, zakonników i członków instytutów świeckich.

Przekazując niniejszy List, zapewniam o moim szacunku i pozostaję oddany w Panu.

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.