_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asyż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asyż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2011

Problemy z Asyżem


Benedykt XVI już w 2008 roku pisał, że „w sensie ścisłym dialog międzyreligijny nie jest możliwy, natomiast tym bardziej potrzebny jest dialog międzykulturowy” – przypomina publicysta


środa, 2 listopada 2011

J.Vennari: Pierwsza relacja z Asyżu III.

"Już zapowiedź trzeciego międzyreligijnego spotkania w Asyżu, że nie będzie ono sprzyjało obojętności religijnej zawiera w sobie sprzeczność. To tak jak zaprosić znajomych na imprezę na basenie i obiecać, że nikt nie będzie mokry.

Sam charakter przyjęcia z basenem jest gwarancją, że wszyscy uczestnicy będą mokrzy. A spotkanie przedstawicieli światowych religii, w większości pogańskich, jest wspieraniem obojętności religijnej i relatywizmu.

[...]

Jedynym sposobem na uniknięcie indyferentyzmu religijnego na spotkaniach międzyreligijnych jest nie organizowanie ich."

Źródło informacji: http://www.oltyn.org

Bóg nie ześle pokoju, jeśli modli się o niego Hindus


‎- Spotkanie w Asyżu wysyła w świat przekaz, że wszystkie religie - tak naprawdę za bardzo się nie różnią

Robaczewski o spotkaniu w Asyżu: Tylko Chrystus daje pokój

- To wierność Chrystusowi, Prawdzie Jedynej, rodzi pokój, a nie deklaracje i mityngi - dzisiejsze zgromadzenie w Asyżu komentuje dla portalu Fronda.pl Arkadiusz Robaczewski, prezes Instytutu Summorum Pontificum.

Żyjemy w świecie, który jest przesycony relatywizmem i który wyrugował spośród swoich pojęć prawdę i dobro, jako stałe punkty odniesienia i drogowskazy ludzkiego działania. Właśnie w takim świecie żyjemy i musimy stawiać sobie pytanie, czy tego rodzaju inicjatywy, jak zwoływanie przywódców religijnych do Asyżu, nie umacniają tego relatywizmu i tego chaosu, który nam towarzyszy i który jest bez wątpienia przyczyną współczesnego kryzysu moralnego. Dlatego katolik stawia sobie pytanie: czy Kościół, będąc depozytariuszem jedynej prawdy, i Ojciec Święty, będąc Wikariuszem Jezusa Chrystusa - przez Którego jedynie pokój na świat przychodzi - zwołując takie wydarzenie, nie rezygnuje z szansy ukazania Chrystusa, jako tej jedynej Prawdy, prowadzącej do pokoju i do zbawienia?

Mam nadzieję, że tak nie będzie tym razem, bo niewątpliwie wydarzenia sprzed 25 lat, do których nawiązaniem jest to dzisiejsze zgromadzenie, taki skutek przyniosły - tzn. w wielu katolikach zasiały bardzo zatrute ziarno indyferentyzmu, w wielu ludziach, i tak obojętnych religijnie, utwierdziły przekonanie, że to w zasadzie wszystko jedno, w co się wierzy, byleby tylko być dobrym człowiekiem i pragnąć pokoju. Istnieje zatem obawa, czy dzisiejsze wydarzenie nie będzie umocnieniem tych bardzo złych dla świata i zapewne przez Kościół niechcianych skutków, które zrodził Asyż sprzed 25 lat.

Nie znam jeszcze szczegółów tegorocznego spotkania, ale liczę na to, że Benedykt XVI - którego pontyfikat, co widać wyraźnie, bardzo różni się od pontyfikatu jego poprzednika i który sam niejednokrotnie deklarował, że trzeba unikać wszelkich pozorów synkretyzmu religijnego oraz, jeszcze jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, inicjował dokumenty dające nadzieję na powrót do jasności doktrynalnej, utraconej po Soborze Watykańskim II - jednak stał się w jego trakcie autorem jakiegoś gestu czy wyraźnej wypowiedzi, podkreślającej, że to Kościół katolicki jest depozytariuszem prawdy, że tylko w nim jest zbawienie oraz że tylko Chrystus i wierność Jego nauce, której Kościół strzegł przez wieki, może zawrócić świat z drogi do otchłani i uratować dusze, które dziś się zatracają. Bez tego na pewno będziemy świadkami dalszego rozmywania jasności doktrynalnej, jasności przekazu, które prowadzi do kompletnej dezorientacji i analfabetyzmu religijnego pośród wiernych. To wierność Chrystusowi, Prawdzie Jedynej, rodzi pokój, a nie deklaracje i mityngi.

Papież Benedykt XVI - dowodzą tego jego dotychczasowe gesty, takie jak przywrócenie praw tradycyjnej liturgii czy postawa wobec Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X - takiemu Chrystusowemu pokojowi chce służyć. Tym bardziej dziwi jego udział w inicjatywie asyskiej. Pozostaje pytanie, na które trudno dziś dać odpowiedź, na ile on sam jest jej inicjatorem?

Not. MO

Źródło informacji: FRONDA.pl

Asyż 2011: Hermeneutyka sprzeczności


Zapowiedź uczestnictwa Ojca Świętego Benedykta XVI w kolejnym spotkaniu międzyreligijnym w Asyżu stanowiła dla obserwatorów i komentatorów życia religijnego olbrzymie zaskoczenie. Swej radości nie kryli kościelni moderniści, a sile ich entuzjazmu dorównywało tylko zdumienie i rozczarowanie tradycyjnych katolików.

W noworoczne południe, po odmówieniu wraz z wiernymi modlitwy Angelus Domini, Ojciec Święty powiedział: „W orędziu na dzisiejszy Światowy Dzień Pokoju[1] miałem możność podkreślić, że wielkie religie mogą stanowić ważny czynnik jedności i pokoju dla rodziny ludzkiej i w związku z tym przypomniałem, że w bieżącym, 2011 roku przypadnie 25. rocznica Światowego Dnia Modlitwy o Pokój, jaki wolą czcigodnego Jana Pawła II odbył się w Asyżu w roku 1986. (…) Dlatego w październiku tego roku — kontynuował papież — udam się z pielgrzymką do miasta świętego Franciszka, zachęcając do przyłączenia się do tej wędrówki braci chrześcijan rozmaitych wyznań, przedstawicieli światowych tradycji religijnych oraz symbolicznie wszystkich ludzi dobrej woli, w celu wspomnienia tego historycznego gestu mego poprzednika i uroczystego odnowienia zaangażowania wiernych wszystkich religii w przeżywanie własnej wiary religijnej jako służby sprawie pokoju”.

Równoważenie skrajności

W ciągu kilku lat, przez które zasiada na Tronie Piotrowym, Ojciec Święty Benedykt XVI zdążył przyzwyczaić katolickich konserwatystów, wciąż wiążących z jego osobą nadzieje na istotny zwrot ku Tradycji, do mniejszych lub większych niespodzianek. Niemal normą stało się „równoważenie” decyzji określanych przez komentatorów jako „ukłony wobec tradycjonalistów” gestami, które postępowe media zrazu i z entuzjazmem określały „kontynuacją linii poprzedniego pontyfikatu”. Autor deklaracji Dominus Iesus powraca do zarzuconej po soborze idei uniatyzmu, przyjmując do Kościoła całe zorganizowane wspólnoty anglikanów, prowadzi rozmowy doktrynalne z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, wydaje motu proprio Summorum Pontificum oraz poddaje mahometanizm wyważonej, lecz dobitnej krytyce. — Jednocześnie składa kolejne wizyty w meczetach i synagogach, zmienia tekst wielkopiątkowej modlitwy wzywającej nawrócenia Żydów, bierze udział w nabożeństwach sprawowanych w protestanckich zborach i śle orędzia na kolejne spotkania międzyreligijne organizowane przez wspólnotę św. Idziego…

Dwoistość ta jest niezwykle zastanawiająca, przywodzi bowiem na myśl słowa encykliki św. Piusa X Pascendi Dominici gregis. Święty papież pisał w niej o religijnym modernizmie jako zasadzie ewolucyjnej, o starciu nurtów postępowego i zachowawczego, co w rezultacie prowadzi do równoważenia skrajności i osiągnięcia jakiegoś umiarkowanego stanowiska. Spoglądając zatem przez pryzmat słów św. Piusa X, można w linii obecnego pontyfikatu rozpoznać rys charakterystyczny dla modernizmu.

Tym razem jednak zaskoczenie papieską decyzją było o wiele większe, gdyż w powszechnej pamięci zapisał się rok 1986 i nieobecność kard. Józefa Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, podczas pierwszego spotkania w Asyżu. Miała to być jedna z licznych demonstracji dystansu „pancernego kardynała” wobec ekstrawaganckich inicjatyw papieża Jana Pawła II. „Lojalna przyjaźń między nimi — pisał Wiktor Messori — która szybko przekształciła się w przywiązanie, nie przeszkadzała kardynałowi w wyrażaniu wątpliwości wobec niektórych przedsięwzięć, takich jak synkretyczne parady w Asyżu, prośby o przebaczenie win nieżyjących, mnożenie podróży kosztem codziennego zarządzania Kościołem, nadmiar beatyfikacji i kanonizacji, nadawanie widowiskowego charakteru wydarzeniom religijnym, a nawet obecność gwiazd rocka na papieskim podium i wybór szat liturgicznych zgodnie ze wskazówkami telewizyjnych reżyserów”[2].

Zapewne trudno całkowicie odmówić racji włoskiemu publicyście, ale trzeba też pamiętać, że w roku 2002, podczas kolejnej — by użyć jego słów — synkretycznej parady, Benedykt XVI był już obecny (choć nie pełnił tam pierwszoplanowej roli). Jeśli to jego interwencjom można zawdzięczać, że podczas tego spotkania nie doszło do podobnie gorszących scen jak te, które miały miejsce w roku 1986, gdy wyznawcy lamaizmu oddawali pokłony posążkowi Buddy ustawionemu na tabernakulum jednego z ołtarzy, a afrykańscy animiści mieli w bazylice pw. Św. Klary złożyć ofiarę z pary kurczaków [3], to oczywiście bardzo dobrze. Jest to jednak potwierdzenie tezy, że przyszłemu papieżowi nie chodziło o odstąpienie od samej idei Asyżu, lecz o kompromisowe równoważenie skrajności: „Asyż tak, wypaczenia nie”.

Kamień milowy czy węgielny?

Tym razem jednak papieska deklaracja, inaczej niż za czasów Jana Pawła II, spotkała się z o wiele silniejszym sprzeciwem konserwatywnych środowisk katolickich. W Italii grono intelektualistów wystosowało do papieża Benedykta apel, w którym wyrażono głębokie zaniepokojenie zapowiedzią udziału Następcy Św. Piotra w spotkaniu, które jest powszechnie odczytywane jako akt religijnego synkretyzmu[4]. „Boimy się, że cokolwiek Ojciec Święty powie, gwoli wyjaśnienia, do prostych wiernych, takich jak my — pisali sygnatariusze listu — do całego świata dotrze jeden fakt: Namiestnik Chrystusa nie tylko rozmawia, dyskutuje, prowadzi dialog z przedstawicielami innych religii, ale także modli się z nimi. Zupełnie jakby sposób i cel modlitwy były obojętne. I wielu niesłusznie uwierzy, że Kościół poszedł na kompromis, że uznał — zgodnie z myślą New Age — iż modlitwa zanoszona do Chrystusa, Allaha, Buddy czy Manitu jest w gruncie rzeczy tym samym. Że animistyczna i muzułmańska poligamia, hinduskie kasty czy politeistyczny spirytualizm animistyczny mogą iść w parze z chrześcijańską monogamią, prawem miłości i przebaczenia oraz Bogiem Trójjedynym”.

Także w Polsce, gdzie do niedawna każda, nawet najbardziej konstruktywna krytyka działań papieża równała się niemal świętokradztwu, podniosły się głosy sprzeciwu. Paweł Lisicki, redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”, w tekście zatytułowanym Chętnie pojadę do Asyżu[5] pisał: „Gotów jestem zapalić kadzidełko, świeczkę, uderzyć w bęben i tamburyn. Wystarczy, że ktokolwiek z moich oponentów znajdzie i przedstawi choć jeden przykład zaczerpnięty czy to z Biblii, czy to z dziejów Kościoła — nie obstaję, by był to czas apostołów, wyznawców i męczenników, którzy odmawiali udziału w oficjalnym kulcie pokojowym cesarstwa, niech to będzie inny okres Kościoła przednicejskiego, pokonstantyńskiego, wschodniego lub zachodniego — przykład pochwały wspólnych publicznych modlitw najpierw Izraelitów, a później chrześcijan z wyznawcami innych religii. Jeden przykład proszę i jadę” [6].

Wobec takiego postawienia sprawy przez Pawła Lisickiego zapewne próżno będzie w październiku wypatrywać go w mieście św. Franciszka. Podejmowano już bowiem wielokrotnie próby dowodzenia, że Kościół katolicki prowadził „dialog międzyreligijny” (a przynajmniej był gotowy do jego prowadzenia) na długo przed II Soborem Watykańskim — ale były to próby wielce karkołomne, ośmieszające jedynie ich autorów. Ośmieszające tym bardziej, gdy wychodziły spod piór tradycyjnych katolików, za wszelką cenę chcących bronić papieskich decyzji[7].

Jedną z takich prób, zakrojoną na wielką skalę i bliską sukcesu, jest fałszywe przedstawienie postaci i dziejów Franciszka z Asyżu, który został na nowo „wymyślony” przez swych dzisiejszych współbraci do spółki z ekologami, pacyfistami oraz katolickimi ekumenistami i dialogistami. Zamierzano w ten sposób uczynić postać tego niezwykle popularnego świętego i — jak pisał o nim profesor Franciszek Cardoni — „najbardziej reprezentatywnego i ortodoksyjnego owocu Kościoła czasu wypraw krzyżowych” uzasadnieniem dla tezy, że dialog międzyreligijny nie był soborową nowinką, nieznaną dotąd katolicyzmowi i z nim sprzeczną. Jednym słowem — że soborowa deklaracja Nostra ætate była kamieniem milowym na drodze tego dialogu, a nie jego kamieniem węgielnym.

Soborowy przewrót

Tuż przed Bożym Narodzeniem 1949 r. Kongregacja Świętego Oficjum wydała instrukcję De motione œcumenica (‘O ruchu ekumenicznym’). Dokument odwoływał się do nauczania Piusa XI zawartego w wydanej dwie dekady wcześniej encyklice Mortalium animos. Papież wyraźnie pouczał w niej katolików o błędach i zagrożeniu dla wiary stwarzanym przez synkretystów. „Tak, istnieje grupa ludzi, pozbawionych całkowicie zmysłu religijnego, którzy (…) urządzają kongresy, spotkania (…) z niewierzącymi wszelkiego rodzaju (…) jak i też z tymi, którzy odrzucili Chrystusa. Wyznają oni błędny pogląd, że wszystkie religie są mniej lub więcej dobre i chwalebne. (…) Wyznawcy tej idei nie tylko są w błędzie i łudzą się, lecz odstępują również od prawdziwej wiary, wypaczając jej pojęcie i krok po kroku popadają w naturalizm i ateizm. Z tego jasno wynika, że od religii przez Boga nam objawionej, odstępuje zupełnie ten, ktokolwiek podobne idee i usiłowania popiera”.

Opierając się na dotychczasowym Magisterium i encyklice, która po okresie nieśmiałych (jak na dzisiejsze graniczące z szaleństwem standardy)[8] eksperymentów „ekumenicznych” na trzy dekady zabezpieczyła Kościół przed zgubnym wpływem religijnego liberalizmu i synkretyzmu, Święte Oficjum wydało instrukcję powtarzającą kilka kapitalnych prawd dotyczących Kościoła i pojmowania jego jedności. Potwierdzono jasno, że Kościół katolicki, jedyny prawdziwy Kościół Chrystusowy, cieszy się jednością i nie ma żadnej potrzeby jakiegoś jej udoskonalania, szczególnie przez przyswajanie doktryn różnych wyznań czy adaptowanie do nich katolickich dogmatów[9]; że wszyscy, którzy niegdyś utracili jedność z Kościołem, mogą ją odzyskać poprzez powrót do niego[10]. Nie utracą przez to nic z prawdy, której poszczególne elementy zapewne znajdują się w wyznawanych przez nich doktrynach – po nawróceniu otrzymają ją jednak pełną i nienaruszoną.

Instrukcja De motione œcumenica okazała się łabędzim śpiewem ortodoksji. Szesnaście lat później, 28 października 1965 roku, podczas kończącego się już II Soboru Watykańskiego ogłoszono najkrótszy bodaj, bo liczący zaledwie pięć punktów soborowy dokument. Deklaracja Nostra ætate, bo o niej mowa, stanowiła doktrynalny wstrząs w dziedzinie eklezjologii, w praktyce niemal odrzucając misyjny charakter Kościoła. W dokumencie wzywającym m.in. do braterstwa między ludźmi, sprzeciwiania się wszelkim formom dyskryminacji i prześladowań religijnych, w kolejnych punktach analizowano sytuację świata współczesnego (łac. nostra ætate, ‘nasz wiek’), zwracając szczególną uwagę na zachodzące w nim procesy globalizacyjne. Nie znalazła się tam jednak żadna szczególna zachęta, by wykorzystać sytuację do wzmożenia misji, lecz — paradoksalnie — postulowano rewizję stosunku Kościoła do innych religii. Po raz pierwszy, w punkcie dotyczącym hinduizmu, buddyzmu oraz „innych istniejących w świecie religii” (bez wskazywania ich z nazwy), w katolickich dokumentach tej rangi znalazło się pozytywne odniesienie do pogaństwa, utrzymującego przecież w mrokach zabobonu poważną część ludzkości. Na dodatek połączono je ze stwierdzeniem, że Kościół „nic nie odrzuca z tego, co w tych religiach jest prawdziwe i święte”, oraz z wezwaniem do katolików, by „przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturowe, które u tamtych się znajdują”. W stosunku do mahometanizmu wzywano do wymazania z pamięci urazów przeszłości, pracy nad wzajemnym zrozumieniem oraz strzeżeniem i rozwijaniem — w interesie całej ludzkości — sprawiedliwości społecznej, dóbr moralnych oraz pokoju i wolności.

Jednak najobszerniejszym i według komentatorów najistotniejszym punktem deklaracji był fragment dotyczący stosunku Kościoła do judaizmu. Stwierdzono w nim, że przymierze Boga z Izraelem nigdy nie zostało zerwane[11], odrzucono pogląd o winie Żydów za śmierć Pana Jezusa[12] oraz potępiono wszelkie przejawy antysemityzmu.

Paweł VI i rabin Heschel

Przyczyn tak szczególnego potraktowania religii żydowskiej można oczywiście upatrywać w dużo silniejszych związkach łączących chrześcijaństwo z judaizmem niż z jakąkolwiek inną religią. Jednak nie bez znaczenia pozostają osobiste wpływy prominentnych wyznawców judaizmu w Kurii Rzymskiej i u samego papieża. Jednym ze współautorów deklaracji Nostra ætate okazał się bowiem… rabin Abraham Jeszua Heschel. Ten warszawski Żyd[13], syn chasydzkiego rabina, absolwent berlińskiego Uniwersytetu Fryderyka Wilhelma i Hochschule für Wissenschaft des Judentums (Wyższej Szkoły Nauk Judaistycznych) oraz wykładowca etyki i mistycyzmu w nowojorskim Jewish Theological Seminary, skierował wraz z członkami Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego memorandum do Ojców soborowych. Dokument zawierał postulaty „akceptacji Żydów jako żydów”, docenienia wartości religii żydowskiej, uznania antysemityzmu za grzech, wzmożenia wysiłków na rzecz wzajemnego poznania się wyznawców judaizmu i chrześcijan oraz ustanowienia ciała kolegialnego zajmującego się relacjami katolicko-żydowskimi. Treść memorandum trafiła do uczestników soboru za sprawą kard. Augustyna Bei, którego Heschel znał jeszcze z czasów studiów w Niemczech. To właśnie kardynał Bea był jednym z głównych, jeśli nie najważniejszym architektem dekretu o ekumenizmie, deklaracji o wolności religijnej i deklaracji Nostra ætate. Dzięki niemu Heschel poznał kard. Jana Willebrandsa — przewodniczącego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, któremu później podlegała także Komisja ds. Stosunków Wyznaniowych z Żydami — i zawarł z nim serdeczną przyjaźń. Również dzięki poparciu kard. Bei Heschel był wielokrotnie przyjmowany przez Pawła VI. Energiczne starania Heschela i poparcie obu kardynałów rychło przyniosło owoce — komisje soborowe uwzględniły wszystkie postulaty zawarte we wspomnianym memorandum.

Sam rabin mówił zresztą później o niezwykłej otwartości papieża na prośby przedstawicieli Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego. „Przeprowadziłem rozmowy z papieżem Pawłem VI — napisał Heschel w swoich wspomnieniach. — Nie jest to już tajemnicą. Tajemnicą było, iż jednym z zagadnień, o które walczyłem w przygotowaniu planu dotyczącego Żydów, było wyeliminowanie na zawsze idei misji wśród Żydów. Jednym z największych skandali w historii Kościoła była próba zrobienia z Żydów chrześcijan. W obecnych czasach chrześcijaństwo jest religią, dla której mam wiele szacunku. Ale muszę przypomnieć, iż fakt, że jestem Żydem jest dla mnie tak święty, iż jestem gotów oddać za to swoje życie. Udało mi się przekonać nawet papieża, głowę Kościoła, który osobiście skreślił paragraf odnoszący się do nawrócenia lub misji wśród Żydów”[14].

W jaki sposób rabin Heschel znalazł taki posłuch u papieża i czołowych kardynałów ery soborowej? Być może zbliżył ich liberalny stosunek do religii, który (jak się zdaje) cechował wszystkich uczestników wspomnianych wydarzeń. „Być może jest wolą Boga, aby w obecnej epoce istniała wielość form oddawania Mu czci i wyznawania Go. Różnorodność religii w obecnej epoce jest wolą Boga”[15] — takie poglądy Heschela zapewne bliskie były poglądom części katolickich modernistów, ale wzbudzały krytykę ze strony współwyznawców rabina. Głosy krytyczne szybko jednak umilkły, bo Heschel osiągnął to, co przez setki lat wydawało się dla Żydów zaledwie mrzonką — faktyczne ustanie wśród nich katolickich misji[16].

Historia „dialogu międzyreligijnego” w ramach Kościoła katolickiego jest więc niezwykle krótka i sięga zaledwie lat 20. XX wieku, a próby jego prowadzenia od razu spotkały się z bardzo ostrym papieskim sprzeciwem. Wymowa rewolucyjnej (w najgorszym tego słowa znaczeniu, bo ignorującej wcześniejsze Magisterium i Tradycję) pod tym względem soborowej deklaracji Nostra ætate została jeszcze wzmocniona encykliką Pawła VI Ecclesiam suam, w której papież wyniósł prowadzenie dialogu niemal do rangi najważniejszego zadania Kościoła, również w sferze relacji z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, a nawet innymi religiami. Ostatnia, trzecia część encykliki została poświęcona tylko temu zagadnieniu i była pełna zachęt do nawiązania dialogu ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, do których papież zaliczył praktycznie całą ludzkość. W ten sposób Paweł VI uznał dialog za nakaz dany Kościołowi, wskazując, że jego celem powinno być „wzajemne zrozumienie, poznanie, nieustanne i coraz głębsze wsłuchiwanie się w to, co jedna religia ma drugiej do powiedzenia”. Stwierdzenia zawarte w encyklice dodatkowo deprecjonowały misyjne zadanie Kościoła. Autor nie pisał bowiem o „dialogu” jako nawet swego rodzaju sposobie propagowania wiary i nawracania tych, z którymi dialog jest prowadzony, ale jako o działaniu mającym wartość bez względu na okoliczności. Dodatkowo słowa papieża o tym, że „dialog (…) należy uważać jakby za pewien sposób wypełnienia obowiązku apostolskiego”, zdają się udzielać duchowieństwu i wiernym ogólnej absolucji od tradycyjnego obowiązku prowadzenia misji.

O dialogu jako wartości samej w sobie można także przeczytać expressis verbis w wydanym przez Sekretariat ds. Jedności Chrześcijan w 1967 i 1970 roku Dyrektorium ekumenicznym, które owszem, zachęca chrześcijan, by wobec wyznawców innych religii dawali świadectwo chrześcijańskiego życia i wiary, ale także — co niezwykle ważne — poleca „współpracę (…) w nawiązaniu dialogu ściśle religijnego”.

„Dialog ściśle religijny”

Wspomniana zachęta i jej praktyczna realizacja są fundamentem wszystkiego, co doprowadziło do smutnych wydarzeń, jakie miały miejsce w Asyżu w roku 1986, a później także w roku 2002. „Modlitwa o pokój” stanowi bowiem realizację postulatu zawartego w dyrektorium. Wprawdzie komentatorzy polityczni i religijni przy okazji każdego takiego spotkania przypominają o złożonej sytuacji międzynarodowej, która miała lec u podstaw papieskiej decyzji o zwoływaniu do Asyżu „przywódców i przedstawicieli różnych religii” — w roku 1986 miał to być tzw. kryzys libijski, przedłużająca się wojna pomiędzy Irakiem a Iranem oraz rzekome niepowodzenie rozmów rozbrojeniowych prowadzonych w Rejkiawiku przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana, a w roku 2002 chodziło o zamachy terrorystyczne dokonane rok wcześniej na terytorium Stanów Zjednoczonych — to nie ignorując wcale tych wydarzeń, trzeba mieć świadomość, że żadne z nich nie zagrażało wybuchem światowego konfliktu. Warto również pamiętać, że rok 1986 został ogłoszony przez Organizację Narodów Zjednoczonych „Światowym Rokiem Pokoju”. Wydarzenie w Asyżu było więc kolejną spośród organizowanych przy tej okazji, głośnych, acz niewiele wnoszących „imprez”. Trudno przecież sobie wyobrazić, by spotkanie, w których nie brał udziału nikt (nie licząc papieża), kto miałby choć najmniejszy wpływ na bieżącą politykę mocarstw, mogło przynieść jakieś realne skutki jako polityczna inicjatywa pokojowa. Wydaje się nawet, że mogło być wręcz przeciwnie, gdy weźmie się pod uwagę nerwową reakcję chińskiego MSZ spowodowaną udziałem w asyskich spotkaniach dalajlamy[17], przywódcy Tybetańczyków (otwarte pozostaje pytanie, jaki to miało wpływ na los prześladowanych chińskich katolików).

Jednym słowem: wszelkie dywagacje, jakoby spotkania w Asyżu mogły mieć jakiekolwiek znaczenie dla światowej polityki i mogły zostać wykorzystane przez watykańską dyplomację, należy włożyć między bajki. Asyż miał wymiar jedynie religijny, z czego w Rzymie znakomicie zdawano sobie sprawę. I na tym polega problem.

„Promienie prawdy”

Organizacja Dnia Modlitw o Pokój stanowiła znakomity pretekst do wykonania kolejnego kroku w dziedzinie „dialogu międzyreligijnego”, będącego głośną medialną manifestacją odejścia Kościoła katolickiego od dotychczasowego nauczania w dziedzinie swych relacji z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, a przede wszystkim stosunku do innych religii. Chodziło o zaakcentowanie zmiany w tych relacjach, polegającej na tym, że jedności nie pojmuje się już i nie buduje w ramach Kościoła katolickiego, ale przez zbliżanie wyznań do siebie i do Boga. Chrystus ma być rzekomo obecny w każdym spośród tych wyznań, ale w żadnym (także w katolicyzmie!) w pełni, która zostanie osiągnięta dopiero po ostatecznym tryumfie tak pojmowanego ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. „Jest tylko jeden Kościół, który jest osią zbieżności, jeden Kościół, w którym wszystkie kościoły powinny się zjednoczyć” — jak stwierdził Paweł VI w swoich rozmowach z Janem Guittonem.

To z kolei implikowało zmiany w koncepcji działalności misyjnej. Religie niechrześcijańskie powinny odtąd również stanowić element religijnie zjednoczonej rodziny ludzkiej, albowiem „wszyscy wierzący — jak głosi Gaudium et spes — jakąkolwiek wyznawaliby religię, zawsze w mowie stworzeń słyszeli głos i objawienie Stwórcy”. I podobnie jak w ekumenizmie nie idzie już o to, by bracia odłączeni[18] przyjęli katolicyzm, tak też celem dialogu międzyreligijnego nie ma już być nawrócenie pogan i przyjęcie przez nich chrześcijaństwa. W ten sposób niemal utożsamiono oba pojęcia: ekumenizm i dialog międzyreligijny. Podstawę jedności rodziny ludzkiej ma odtąd stanowić objawienie pierwotne, a oczekiwane powszechne zjednoczenie ma nastąpić drogą zgłębienia przez pogan tego w ich religii, co stanowi odbicie „promieni prawdy”, „tego, co — jak mówi deklaracja Nostra ætate — w tych religiach jest prawdziwe i święte”[19], tak jakby katolicyzm nie miał im do zaoferowania niczego, czego by już nie posiadali, nawet o tym nie wiedząc.

W tej sytuacji trudno oczekiwać, by kolejne spotkanie modlitewne w Asyżu różniło się radykalnie od poprzednich. Owszem, zapewne mocno odciśnie na nim swoje piętno osobowość papieża Benedykta XVI i w ramach równoważenia skrajności nie dojdzie do spektakularnych skandali, mogących zgorszyć „szeregowych” katolickich wiernych, ale spotkanie to nie przybierze również formy dyplomatycznych konsultacji, których uczestnicy mieliby debatować, jak wyznawcy poszczególnych religii mogą wspólnie wpływać na rządy światowych mocarstw, aby te poczuły się w obowiązku przedkładać pokój ponad inne dobra.

Tegoroczny Asyż także został zwołany pod pretekstem „napiętej sytuacji międzynarodowej”. Odniesienie się przy tej okazji przez Ojca Świętego do cierpień zadawanych chrześcijanom w różnych rejonach świata przez wyznawców innych religii budzi jednak w wyznawcach Chrystusa wątpliwości, w jaki sposób propagowanie doktryny „wolności religijnej” i samo spotkanie miałoby ulżyć ich cierpieniom. „Sądzimy, że nowy Asyż 1986 — piszą we wspomnianym już apelu włoscy intelektualiści — nie przyczyni się do uratowania ani jednego chrześcijanina na Wschodzie: ani w komunistycznych Chinach, ani w Korei Północnej, ani w Pakistanie czy w Iraku (…). Wielu wiernych natomiast nie pojmie, dlaczego właśnie w tych krajach w dalszym ciągu ludzie giną męczeńską śmiercią, by nie wyrzec się spotkania nie z jakąś religią, ale z Chrystusem. Tak samo jak apostołowie”. Bo Asyż 2011 również będzie miał charakter na wskroś religijny, tym razem stanowiąc syntezę ortodoksyjnej tezy i soborowej antytezy — zgodnie z przenikliwymi słowami św. Piusa X o modernizmie.

Jakub Pytel

Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Zawsze wierni w numerze 3/2011 (142)


PRZYPISY:

[1] Dzień 1 stycznia, Oktawa Bożego Narodzenia (do 1960 r. święto Obrzezania Pańskiego), został ustanowiony Światowym Dniem Pokoju przez papieża Pawła VI w 1968 r. Rok później podczas reformy kalendarza na ten dzień przeniesiono święto Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, ustanowione w 1931 r. przez papieża Piusa XI (z okazji 1500¬ lecia Soboru w Efezie i uchwalenia dogmatu o Bogarodzicy) i obchodzone dotąd 11 października.

[2] Cytat pochodzi z artykułu Wiktora Messoriego la Paziente Ricerca di Papa Ratzinger (‘Cierpliwe poszukiwania papieża Ratzingera’) zamieszczonego 20 kwietnia 2009 r. w dzienniku „Corriere della Sera”.

[3] Informacje o świętokradztwach i nadużyciach, do jakich doszło podczas modłów przedstawicieli różnych religii, są dobrze udokumentowane fotograficznie i pochodzą od wiarygodnych świadków, wśród których znalazł się m. in. kard. Sylwiusz Oddi. Choć franciszkanie opiekujący się asyską bazyliką konsekwentnie podważają prawdziwość niektórych medialnych relacji (m.in. o zbezczeszczeniu ołtarza w kościele pw. Św. Klary), faktem jest, że już w pierwszych miesiącach swego pontyfikatu papież Benedykt XVI poddał ich duszpasterstwo ściślejszej kontroli biskupa miejsca i Kurii Rzymskiej.

[4] Pod apelem podpisali się: Robert de Mattei — pisarz i redaktor naczelny „Radici Christiane”, Konrad Gnerre — znany włoski teolog oraz pisarze i dziennikarze Kamil Langone, Wawrzyniec Bertocchi, Franciszek Agnoli, Aleksander Gnocchi i Mariusz Palmaro.

[5] P. Lisicki, Chętnie pojadę do Asyżu, „Rzeczpospolita”, 19 stycznia 2011. Artykuł ten powstał jako odpowiedź na teksty polemiczne autorstwa ks. I. Solera (Opus Dei) i ks. A. Bonieckiego MIC, opublikowane po ukazaniu się artykułu P. Lisickiego Moje kłopoty z Asyżem („Rzeczpospolita”, 14 stycznia 2011).

[6] Ibid.

[7] Wiosną 2002 r. ks. Ksawery Garban, przełożony francuskiego dystryktu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piotra, napisał m.in., że papież Pius XI zapowiedział to, co Jan Paweł II uczynił w Asyżu. „A więc w roku 1937 — pisał ks. Garban — papież Pius XI w swej encyklice Divini Redemptoris pisał: «Żywimy niezłomną nadzieję, że do walki przeciw mocom ciemności, usiłującym wyrwać z serc ludzkich nawet pojęcie Boga, staną obok świadomych chrześcijan mężnie także ci wszyscy, a jest to ogromna większość ludzkości, którzy wierzą w Boga i cześć Mu oddają». Pius XI nie zapraszał nikogo na spotkanie, ale idea jest ta sama”(Do Przyjaciół Bractwa Świętego Piotra nr 81, kwiecień 2002). Tak oto kapłan zgromadzenia odwołującego się do Tradycji dzięki wyrwaniu z kontekstu poszczególnych zdań z przedsoborowych encyklik uzyskał „dowód” na ortodoksyjny charakter asyskich spotkań.

[8] Pius XI z niepokojem obserwował włączanie się katolików i próby angażowania autorytetu Kościoła do takich przedsięwzięć, jak zorganizowana w 1925 r. w Sztokholmie I Światowa Konferencja Kościołów ds. Praktycznego Chrześcijaństwa oraz dwa lata później, w Lozannie, I Światowa Konferencja „Wiara i Ustrój”.

[9] „(…) do Stolicy Apostolskiej, powiadamy, do korzenia i Matki Kościoła katolickiego niechaj zbliżą się synowie odłączeni, nie w tej myśli i nadziei, że Kościół (…) poświęci czystość wiary i ścierpi ich błędy, lecz po to, by oddać się w opiekę Jego urzędu nauczycielskiego i Jego kierownictwa” (Pius XI, Mortalium animos).

[10] „Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli (Pius XI, Mortalium animos).

[11] „Według świadectwa Pisma świętego Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Razem z Prorokami i z tymże Apostołem [św. Pawłem] Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i «służyły Mu ramieniem jednym»” (Nostra ætate, 4).

[12] „A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego. Niechże więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego nie nauczali niczego, co nie licowało z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym” (ibid.).

[13] Abraham Joszua Heschel (1907–1972) urodził się w Warszawie. Jego rodzice pochodzili ze słynnych rodów rabinów chasydzkich. Gimnazjum ukończył w Wilnie. Jesienią 1927 r. opuścił Polskę i udał się na wyższe studia do Berlina. Pracę doktorską pt. Proroctwo obronił w 1933 r. trzy tygodnie po dojściu Hitlera do władzy. Z powodu panującego w Niemczech oficjalnego antysemityzmu wydał ją z pomocą Polskiej Akademii Umiejętności. W 1937 r. został następcą Martina Bubera na stanowisku dyrektora Jüdische Lehrhaus we Frankfurcie nad Menem. Rok później został deportowany do Polski, gdzie wykładał filozofię i biblistykę w Instytucie Studiów Żydowskich. W lecie 1939 r. Heschel wyjechał do Anglii, a stamtąd po sześciu miesiącach do Stanów Zjednoczonych. Od 1945 r. do śmierci był profesorem żydowskiej etyki i mistycyzmu w Jewish Theological Seminary w Nowym Jorku. Do grona bliskich i przyjaciół Heschela należeli m. in. tacy katoliccy intelektualiści, jak T. Merton, G. Weigel i benedyktyński opat z Vermont o. L. Rudolf. Gdy umarł, wydawane przez jezuitów pismo „America” poświęciło mu cały numer.

[14] Cytat za: „Tygodnik Katolicki Niedziela”, Przed 100 laty urodził się Abraham Heschel — pionier dialogu międzyreligijnego,12 stycznia 2007.

[15] Ibid.

[16] Jednym ze zgromadzeń, których charyzmatem było nawracanie żydów na wiarę katolicką, było Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Syjońskiej założone w 1843 r. przez nawróconego francuskiego Żyda, ks. Marię Teodora Ratisbonne’a. Po II Soborze Watykańskim charyzmat ten został porzucony.

[17] Tenzin Gjaco, XIV dalajlama, polityczny i duchowy przywódca narodu tybetańskiego wziął udział w spotkaniu w 1986 r., a 2002 r. przysłał swego osobistego przedstawiciela. Dalajlama od upadku antychińskiego powstania w Tybecie w 1959 r. przebywa na emigracji w Indiach, gdzie w Dharamsali kieruje emigracyjnym rządem swojego kraju, który jest obecnie częścią Chińskiej Republiki Ludowej.

[18] Warto zwrócić uwagę, że terminu „bracia odłączeni” w stosunku do heretyków i schizmatyków po raz pierwszy użył papież Leon XIII (w encyklikach Præclara gratulationis i Satis cognitum).

[19] Jean Guitton (1901–1999), francuski filozof i teolog (zasłynął tym, że był pierwszym świeckim audytorem Vaticanum II), pisząc w „L’Osservatore Romano” z 19 listopada 1979 r. o takim postrzeganiu realizacji misji apostolskiej Kościoła, stwierdził, że „różnorodność jest bogactwem i nikt nie musi niczego poświęcać”.

Assyż 2011: indyferentyzm zamiast synkretyzmu

Ojciec Święty Benedykt XVI oraz przedstawiciele fałszywych religij spotykają się dziś w Assyżu, by upamiętnić pierwsze spotkanie międzyreligijne, zorganizowane przez Jana Pawła II AD 1986 i ponowić „refleksję, dialog i modlitwy o pokój i sprawiedliwość na świecie”. Wprawdzie nie dojdzie do wspólnych modlitw do nieokreślonego (?) boga, wprawdzie bałwochwalcy nie będą mieli użyczonych kaplic katolickich (uprzednio pozbawionych naszych symboli religijnych), by w nich sprawować fałszywy kult, ale spotkanie nie zostanie też wykorzystane do złożenia świadectwa o jedyności zbawczej Kościoła Chrystusowego ani do odróżnienia pokoju Chrystusowego przynależnego ludziom dobrej woli od idej pacyfistycznych i irenistycznych.

Okoliczności spotkania są inne niż poprzednio, w latach 1986 i 2002. Tym razem Ojciec Święty nie jest inicjatorem spotkania, lecz, jak stwierdził w prywatnej korespondencji skierowanej do pastora Piotra Beyerhausa, jego uczestnikiem, który nie zamierza odejść od misji polegającej na umacnianiu w wierze w Jezusa Chrystusa swych braci i sióstr. Tyle, że będzie niemym świadkiem Chrystusa, tak jak pozostali uczestnicy będą niemymi świadkami fałszywych bogów.

Choć poganie nie postawią dziś na katolickim ołtarzu swojego idola, upamiętniającego Buddę i nie będą go wychwalać, to w naszych katechizmach pozostają zapisy przypominające o grzechach cudzych:

1. Namawiać kogoś do grzechu.
2. Nakazywać grzech.
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.

Bez wątpienia, dzisiejsze spotkanie stanie się paliwem do podtrzymania ogólnoświatowej praktyki spotkań międzyreligijnych, w których uczestniczą katolicy – świeccy, duchowni, w tem najwyżsi hierarchowie. Trudno byłoby skreślić którykolwiek z powyższych dziewięciu punktów z listy bardzo prawdopodobnego ryzyka i konsekwencyj dzisiejszego spotkania z Benedyktem XVI.

Czy powinniśmy się cieszyć, że tegoroczny skandal związany z Assyżem jest mniejszy niż poprzednio?

A czy cieszylibyśmy się, gdyby pożerający dziewice smok postanowił zadowalać się jedynie mężatkami lub w drodze szczególnej łaski – wdowami? Czy wyobrażacie sobie baśń, w której stan ten byłby zaakceptowany przez króla, rycerzy, poddanych?

Jeśli chcemy pozostać katolikami, musimy trzymać się nauki wyłożonej w Mirari vos Grzegorza XVI, Syllabusie Piusa IX oraz w Mortalium animos Piusa XI. Dołączmy się do intencyj tradycjonalistycznych wspólnot kapłańskich takich jak Bractwo Kapłańskie św. Piusa X czy Instytut Matki Bożej Dobrej Rady, które apelują do katolików o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za obrazę i grzechy wyrządzone Bogu poprzez dzisiejsze spotkanie w Assyżu.

Źródło informacji: http://przedsoborowy.blogspot.com

czwartek, 27 października 2011

Modlitewna krucjata lefebrystów przeciwko Asyżowi

"Niech Pan zdejmie zasłonę z serc ludzi Kościoła, aby uznali, że jedyny możliwy pokój między ludźmi, to pokój Chrystusowy, w Królestwie Chrystusa" - stwierdza krótko przed planowanym na 27 października dniem refleksji i modlitwy w Asyżu komunikat włoskich lefebrystów. Będzie ono związane z 25-leciem historycznego spotkania, które odbyło się w Asyżu pod przewodnictwem bł. Jana Pawła II.

Jak zauważa na łamach portalu Vatican Insider Andrea Tornielli, pomimo że komunikat włoskiego dystryktu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie wymienia wprost Benedykta XVI, słowa o "zdejmowaniu zasłony z serc ludzi Kościoła" kierowane są pod adresem Ojca Świętego. Jednocześnie przypomina, że program tego spotkania i jego struktura znacznie różnią się od tego sprzed ćwierć wieku: mowa tu nie tyle o modlitwie, ile raczej wspólnej pielgrzymce do miasta św. Franciszka. Jednocześnie przypomina, że niedługo minie wyznaczony przez Stolicę Apostolską termin odpowiedzi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X na preambułę doktrynalną wręczoną lefebrystom 14 września.

Komunikat włoskiego dystryktu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X ogłasza na 27 października dzień modlitwy i pokuty. Jako zadośćuczynienie Bogu w jego domach ma się odbyć adoracja Najświętszego Sakramentu, odmawiany ma być różaniec, a członkowie bractwa mają pościć.

"Zachęcamy wszystkich wiernych i przyjaciół do włączenia się w tę modlitwę i post w trzech intencjach: (1) zadośćuczynienia Bogu za wydarzenie historyczne, które bardziej niż jakiekolwiek inne upokorzyło Oblubienicę Chrystusa, stawiając ją na tej samej płaszczyźnie jak fałszywe religie; (2) aby Chrystus, Nasz Pan zdjął zasłonę z serc ludzi Kościoła, aby uznali, że jedyny możliwy pokój między ludźmi, to pokój Chrystusowy, w Królestwie Chrystusa. Pax Christi in Regno Christi; (3) aby Nasz Pan ugasił narastające ogniska wojny w świecie, które wydają się Jego odpowiedzią na inicjatywę pokojową Asyżu" - czytamy w komunikacie włoskich lefebrystów. Podpisał go ich przełożony, ks. Davide Pagliarani.

Natomiast Adrea Tornielli zauważa, że dokument włoskich lefebrystów zdaje się przypisywać Bożej woli narastające w świecie konflikty, które miałby by być ich zdaniem odpowiedzią Boga na spotkania w Asyżu - donosi Katolicka Agencja Informacyjna.

Warto odnotować, że od szczegółów przebiegu spotkania w Asyżu lefebryści uzależniają dalsze postępy w procesie regulowania swojej relacji z Rzymem. Pytanie tylko, czy będą na siłę doszukiwać się synkretyzmu tam, gdzie - według zapowiedzi płynących z Watykanu - ma go nie być, czy też okażą zaufanie wobec działań papieża, nawet jeśli te, patrząc na historię Kościoła, stanowią kontynuację trendu, którego na próżno szukać przed Soborem Watykańskim II?

MO/KAI

Źródło informacji: FRONDA.pl

wtorek, 25 października 2011

ks. Régis de Cacqueray FSSPX: Asyż: Wypaczony pokój Chrystusowy

Image Image

Image Image Image Image Image

Proszę kliknąć na skan, to powiększy się do czytania w nowym oknie

Źródło informacji: http://www.traditia.fora.pl

środa, 12 października 2011

Asyż: nie będzie wspólnych modlitw


Przywódcy religijni, którzy przybędą 27 października do Asyżu na zaproszenie Benedykta XVI z okazji ćwierćwiecza historycznej inicjatywy Jana Pawła II, nie będą modlić się ani razem, ani osobno - podał dziennik "Il Messaggero".

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

John Cotter - Nowe spojrzenie na Asyż


Przedruk za "The Remnant" z dnia 15 lutego 1987.

Nota redakcyjna

Dokonujemy przedruku niniejszego tekstu za The Remnant z lutego 1987 celem przypomnienia reakcji środowisk tradycyjnie katolickich, jaka nastąpiła tuż po pierwszym międzyreligijnym spotkaniu modlitewnym w Asyżu w roku 1986. Okazja po temu jest oczywista: za kilka miesięcy, w październiku, będziemy świadkami podobnego – jakże smutnego dla większości z nas – wydarzenia. Tekst ś.p. J. Cottera wydaje się w związku z powyższym nader aktualny, a uwagi w nim zaprezentowane – ciągle ważne.

ONZ

19 czerwca 1955, w ramach obchodów 10 rocznicy powstania Organizacji Narodów Zjednoczonych, w San Francisco Cow Palace zorganizowano Festiwal Wszystkich Wiar (ang. U.N. Festival of All Faiths). “Nabożeństwo” stało się amalgamatem religii, w trakcie którego reprezentowane były judaizm, islam, buddyzm, bahaizm, a także prawie wszystkie odłamy chrześcijaństwa - za wyjątkiem dwóch. Te dwa wyjątki to luteranie i Rzymscy Katolicy. Obecnie, 27 października 1986, do podobnego spotkania doszło we włoskim Asyżu, przy czym zwołał je sam papież. Co więcej: papież postąpił krok dalej, sprowadził bowiem afrykańskich animistów. Co więc stało się z Kościołem w trakcie tych 31 lat? Zmienia się? A może został zmieniony? A jeśli tak – to przez kogo?

Gdy we wrześniu 1984 papież odwiedził Kanadę, staraniem wielebnego Briana Clougha, rektora największego anglojęzycznego seminarium św. Augustyna w Toronto, przygotowano dla niego dwa „spotkania ekumeniczne”. O. Clough włączył w nie większość tych samych kościołów oraz wyznań, jak wspomniane wyżej: „buddyści, autochtoni, hindusi, bahaiści, sikhowie, muzułmanie i zoroastrianie” – wyliczał Toronto Sun z dnia 12 czerwca 1984. Sam o. Clough, tuż przed przybyciem papieża, został zresztą pośpiesznie zwolniony ze stanowiska rektora z uwagi na swój zbyt pobłażliwy stosunek do homoseksualizmu w seminarium, niemniej jednak jego spotkania ekumeniczne pozostawiono. W trakcie ich trwania Ojciec Święty zupełnie zignorował obecność nie-chrześcijan i poprowadził „nabożeństwo ekumeniczne” tak, jak gdyby było czysto chrześcijańskie – a więc zgodnie z tradycyjnym rozumieniem słowa ekumenizm. Nawet najsłynniejszy rabin Kanady, dr. W. Gunther Plaut, przyznał, że “jest to - rzecz jasna - uprawnione i akceptowalne znaczenie pojęcia ekumeniczny”. Za swoje postępowanie papież został natomiast poddany krytyce prasy – wystarczy wspomnieć artykuł w Globe & Mail z 18 września 1984, w którego nagłówku czytamy: „Nie-chrześcijanie czuli się jak obcy przy recepcji”. Później do grona krytyków miał jeszcze dołączyć kardynał Carter, który stwierdził, że „z perspektywy czasu dostrzega lepszą organizację nabożeństwa międzyreligijnego w anglikańskim kościele św. Pawła, gdzie zezwolono na większy udział reprezentacji nie-chrześcijan, w szczególności przywódców żydowskich” (Toronto Sunday Sun z dnia 15 września 1985).

W tamtym czasie wszystko, co zrobił papież, sprowadziło się do interpretacji ekumenizmu jako jedności chrześcijan. Kilka miesięcy wcześniej Światowa Rada Kościołów (World Council of Churches, WCC) zwołała swoje 6 walne zgromadzenie w Vancouver. Zdefiniowano wówczas ekumenizm jako mający dotyczyć „całego zamieszkanego świata” (od greckiego oikumenous, oznaczającego właśnie „cały zamieszkany świat”). Dziś, w Asyżu, w roku 1986 papież zaakceptował interpretację ekumenizmu zaproponowaną przez WCC, którą przebywając w Kanadzie, wcześniej odrzucił! Raz jeszcze musimy zadać pytanie: czy Kościół Rzymskokatolicki zmienia się? Czy też jest zmieniany, a jeśli tak – to co za tym stoi?

Światowa Rada Kościołów

Czy Kościół Katolicki dołączy teraz do WCC? Miejmy na uwadze, że organizacja ta (rzecz jasna reprezentowana w Asyżu) mknie w stronę synkretyzmu z szybkością wprost zawrotną. Na obrady jej 5 w kolejności walnego zjazdu w Nairobi, w roku 1975, zaproszono przedstawicieli religii nie-chrześcijańskich i pozwolono im wygłosić krótkie odczyty; w Vancouver, w czerwcu 1984, uczestniczyli oni w posiedzeniach już nie jako zwykli obserwatorzy, ale pełnoprawni członkowie! Co więcej: WCC jest dziś nieomal w całości komunistyczna. Time z 21 sierpnia 1983 w artykule zatytułowanym „Zastanawiająca polityka ekumenizmu” pisze: „dla Światowej Rady Kościołów sowieci są bezgrzeszni”. Tak więc grzech pierworodny nie dotyczy komunistów… Watykan rozważa poza tym liturgię WCC z Limy, stworzoną w styczniu 1982 w stolicy Peru przez 120 teologów, przede wszystkim protestanckich, wliczając też 12 katolickich, pod ogólnym przewodnictwem protestanta – Maxa Thuriana z ekumenicznej ‘wspólnoty zakonnej’ z Taize.

Istotnie - barka piotrowa kieruje się na przerażające morza!

Asyż

Głównym organizatorem spotkania był Roger kardynał Etchegaray, przewodniczący dalece lewicowej Komisji Sprawiedliwości i Pokoju, wspierany przez działającą pod auspicjami ONZ Światową Konferencję Religii i Pokoju (World Conference for Religion and Peace, WCRP). Wzięło w nim udział 155 przywódców reprezentujących 12 największych religii: chrześcijan, muzułmanów, buddystów, Żydów, hindusów, zoroastrian, afrykańskich animistów (w tym czcicieli kultu węża), Sikhów, kapłanów shinto z Japonii, dżinistów, dwóch północnoamerykańskich Indian (jeden z nich był szamanem plemienia Crow), ponadto bahaisów (wierzących, że Chrystus był tylko jednym z 9 niebiańskich posłańców, zresztą nie najważniejszym). W skład delegacji chrześcijan wchodzili m. in. Robert Runcie – arcybiskup Canterbury, Dr. Emilio Castro, obecny Sekretarz Generalny Światowej Rady Kościołów, a także patriarchowie kościołów ortodoksyjnych z Rosji, Bułgarii oraz Czechosłowacji i patriarcha Konstantynopola. Nie zabrakło wygnanego z Tybetu Dalaj Lamy. Na jego temat New York Times z 28 października 1986 napisał m. in.: „Dzień przyniósł pewne nietypowe wydarzenia kulturalne. Dla przykładu: buddyści pod przewodnictwem Dalaj Lamy, szybko przeobrazili ołtarz w kościele św. Piotra, umieszczając na tabernakulum małą figurkę Buddy, ustawiając zwoje modlitewne oraz zapalając dookoła kadzidła. Buddyści odwrócili się potem tyłem do Najświętszego Sakramentu, pozostawionego w bocznej kaplicy”.

Dlaczego w czasie trwania spotkania, rzekomo poświęconego “modlitwie o pokój”, Bóg miałby wysłuchać modlitw tych, którzy czczą innych bogów? Papież Jan Paweł II mógł sam nie złamać Pierwszego Przykazania, mówiącego o czci oddawanej obcym idolom, jednak to on zwołał do Asyżu zjazd, na którym obecnych było wielu wiernych z całego świata i który to zjazd cieszył się niemal zupełną przychylnością mediów. Niektórzy ‘bogowie’ byli zresztą dość dziwaczni. „To trudny do zmierzenia skandal bez precedensu” – jak określił rzecz Arcybiskup Lefebvre. Św. Paweł mówi: „Nie ciągnijcie wespół z niewiernymi w jarzmie, które wam jest obce. Jakaż jest łączność między sprawiedliwością a nieprawością? Cóż wspólnego ma światłość z ciemnością? Jakaż być może harmonia między Chrystusem a Belialem? Co ma wierzący wspólnego z niewierzącym? Jakiż jest stosunek świątyni Boga do bałwanów?” (II Kor VI, 14-16).

Odpowiedzialność Soboru Watykańskiego II

Zacytujmy Canadian Catholic Register z 10 stycznia 1987 (za NC News Service): „Jedność pokazana przez światowych przywódców religijnych, modlących się o pokój w Asyżu w październiku 1986, była widzialną ilustracją wezwania II Soboru Watykańskiego do ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego – powiedział papież Jan Paweł II. Jego słowa przeplecione były cytatami z dokumentów soborowych, co – jak stwierdził, pokazało, że tak wspaniałe wydarzenie stało się owocem nauczania Soboru”. Mamy tu więc źródło - Sobór Watykański II, co do którego z pewnością nie ma mowy o nieporozumieniu, skoro tak właśnie interpretuje go sam Papież. Jednak nasz Pan nie wzywał do „ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego”. Mówi On: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody chrzcząc je w Imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego”.

Św. Pawła definicja istoty wojny

Spotkanie w Asyżu miało miejsce w celu odprawienia modłów o pokój. Jakkolwiek na świecie rozgorzało obecnie wiele drastycznych konfliktów, wszystkie inspirowane przez Sowietów (np. Afganistan), zobaczmy jak św. Paweł definiuje dlaczego tak się dzieje: „Bo nie z ciałem i krwią staczamy bój, lecz z mocami i potęgami, ponurymi władcami tego świata, ze złymi duchami, które unoszą się w przestworzach” (Ef VI, 12).

Nawet chcąc wykazać jak najwięcej dobrej woli musimy przyznać, że muzułmanie, hindusi, zoroastrianie, bahaisi, afrykańscy animiści i inne tego typu religie nie akceptują faktu, że Chrystus jest Bogiem. Skoro odmawiają mu boskości, to – znów nawet przy najlepszych chęciach – muszą być uważane za anty-chrześcijańskie, a wiec także za anty-boskie.

Jak zatem ich modlitwy mogą pomóc w prawdziwej wojnie, tej zdefiniowanej przez św. Pawła, której wojny mające miejsce na ziemi są jedynie odbiciem, a nie przyczyną? Jezus mówi: „Jakże to może szatan wypędzać szatana?” (Ewangelia św. Marka III, 23). Pamiętajmy: “wojny to kara za grzechy” – jak zapowiedziała Nasza Pani w Fatimie. Kto zaś wpędza nas w grzech i tym samym powoduje wojny przyczyniające się do naszych cierpień i szerzenia się strachu na ziemi? „Moce i potęgi, ponurzy władcy tego świata”. Papież w swoim niewątpliwie szczerym pragnieniu pokoju powinien raczej posłuchać naszego Pana, który rzekł: „Jeżeli mocą Ducha Bożego wypędzam czarty, wówczas już przyszło do was królestwo Boże”.

Synkretyzm zaprzeczony

“To, co stanie się w Asyżu, z pewnością nie będzie religijnym synkretyzmem” – powiedział papież Jan Paweł II 22 października 1986. W jego przekonaniu różnica polega na tym, że zebrani tam nie przybyli „modlić się razem” lecz „przybyli razem by się modlić”. Dobrze znany komentator religijny wpływowej gazety Toronto Star, Tom Harper, napisał po Asyżu: „było zbyt wiele obaw, że różne grupy mogły by być postrzegane lub uważane za modlące się razem, jak również sugerujących, że postrzegają się wzajemnie za równe w prawdzie. Dlatego właśnie papież Jan Paweł II cały czas nalegał, by nie przybywali modlić się razem, lecz by przybyli razem, aby się modlić. I co z tego?” (Toronto Star z 9 listopada 1986). Właśnie, w tym sęk: i co z tego? Kto zauważy te niezbędne, wysublimowane uwagi, stanowiące w zasadzie kwestię czysto semantyczną? Mogło by się wydawać, że jakaś oszczercza ręka stojąca za papieżem jest zdeterminowana do pchnięcia katolików w stronę synkretyzmu, równocześnie nie chcąc mieszać w to papieża.

Nie może być inaczej, odkąd papież Paweł VI potępił synkretyzm w swojej encyklice Evangelii Nuntiandi z 8 grudnia 1975. Ale Bóg nie jest czymś sztucznym. Spora ilość katolików może teraz wybiec w stronę synkretyzmu lub pewnych egzotycznych religii – jak bahaizm, kulty hinduistyczne, zoroastryzm, etc. – albo też wpaść w obrzydzenie do fundamentalizmu. Popularny amerykański lider fundamentalistów, dr Carl McIntyre [co prawda protestant – przyp. tłum.], nazwał Asyż „największym pojedynczym ohydztwem w dziejach Kościoła”. To te same odczucia, jakie wyraził Arcybiskup Marcel Lefebvre, który nazwał go „szczytem mistyfikacji, najwyższą obrazą Naszego Pana”, i dalej: „z mojego punktu widzenia był to akt diaboliczny”.

Synkretyzm zdefiniowany

“Zadziwiająca różnorodność zaproszonych grup również wzbudziła podejrzenia wśród niektórych chrześcijan, że Asyż stanowił heretycki krok w stronę synkretyzmu, amalgamatu wielu skonfliktowanych religii” (Time z 10 listopada 1986). Co wyjaśnia, dlaczego papież wcześniej powiedział, że „To, co stanie się w Asyżu, z pewnością nie będzie religijnym synkretyzmem”. Poczyńmy zatem w tym miejscu krótką dygresję, która pozwoli określić to, czym jest synkretyzm.

Najlepszą definicję (co w sumie dość ironiczne) podał swego czasu pierwszy Sekretarz Generalny Światowej Rady Kościołów (1948 -1966), Dr W. A. Visser’t Hooft, w swojej książce pt. No Other Name: The Choice between syncretism and Christian Universalism (Philadelphia 1963; Londyn 1963). Na stronie 11 pisze on: “Słowo synkretyzm powinno być zarezerwowane dla innego rodzaju nastawienia, zasługującego na swoją własną nazwę z uwagi na to, że jest ono ważnym, uporczywym i ogólnoświatowym zjawiskiem religijnym. Jest to pogląd, który utrzymuje, że w dziejach nie zaistniało jedno unikalne objawienie, że istnieje zatem wiele dróg do osiągnięcia boskiej rzeczywistości, że wszystkie sformułowania prawd religijnych są w istocie nieadekwatnymi wyrażeniami samej prawdy, dlatego też ważne jest zharmonizowanie wszystkich idei i doświadczeń religijnych w stopniu tak dalekim, jak to możliwe, by móc stworzyć jedną uniwersalną religię dla całej ludzkości”.

Na stronie 10 dr Hooft zapisał: „Wielu najlepszych spośród nas zaniepokojonych jest niezdolnością rodziny ludzkiej, obecnie zmuszonej na dobre i złe do życia w bliższym kontakcie, do znalezienia wspólnego etosu i standardu więzi międzyludzkiej. Zdano sobie sprawę, że etos taki musi być głęboko zakorzeniony we wspólnych przekonaniach co do najwyższych kwestii dotyczących naszego życia. Czyż nie implikuje to konieczności zmuszenia jakoś liderów religijnych do osiągnięcia porozumienia i rozwoju w kierunku jednej uniwersalnej religii światowej? Czy synkretyzm nie jest zatem czymś nieuniknionym?”

To właśnie ten jakże przekonujący, racjonalnie niemal rozumiały sam przez się, charakter odpowiedzi synkretyzmu na światowe potrzeby czyni z niego wyzwanie dla Kościoła znacznie poważniejsze niż to, które prezentuje ateizm.

Jest nader niefortunnym, że w ostatnich miesiącach papież, wliczając tu spotkanie w Asyżu, kilkukrotnie wzywał do jak najbliższej współpracy z ONZ, bezbożną i masońską organizacją, obecnie coraz bardziej popadającą pod kontrolę Związku Radzieckiego. W rzeczy samej Asyż został zwołany dla „podkreślenia rangi Międzynarodowego Roku Pokoju ONZ”. WCRP odbyła jak na razie 4 posiedzenia: w Kyoto (Japonia) w roku 1970; w Louvain (Belgia) w 1974; w Princeton (U.S.A.) w 1979; i ostatnie – w Nairobi (Kenia) w sierpniu 1984. Hołubiony przez media kardynał Desmond Tutu, podejrzewany o anglikanizm, został wybrany przewodniczącym WCRP. Jej obecnym sekretarzem generalnym jest dr John B. Taylor, były dyrektor Wydziału ds. Dialogu z Ludźmi Żywych Wiar i Ideologii Światowej Rady Kościołów (DFI), który oświadczył, że “Światowa Konferencja Religii i Pokoju przy ONZ wspierała spotkanie w Asyżu od samego początku i została w nie włączona już na etapie planowania” (Toronto Star z 18 października 1986). Cytowano też inną wypowiedź dra Taylora: „Patronat ludzi takich, jak papież i arcybiskup Canterbury, jest w stanie zachęcić nieco tych, którzy wahają się lub mają jakieś uprzedzenia co do zbierania się razem na poziomie lokalnym” (Star z 18 października 1986). To dokładnie to, czego się obawialiśmy.

Papieskie podróże sprzyjają synkretyzmowi

Podstawową zasadą leżącą u podstaw synkretyzmu jest przeświadczenie, że wszystkie religie mają tę samą wartość. Papież oczywiście nie wypowiada takich osądów, ale jego pochwały i bezkrytyczna obrona pogan, religii stanowiących dzieło człowieka, a także judaizmu, z całą pewnością stanowić będą nośnik w/w pryncypium, a jego nieustanne podróże służyć będą dalszemu umacnianiu synkretyzmu Asyżu. Zważmy: w trakcie swojej wizyty w Kanadzie w roku 1984 papież palił słodką trawę tamtejszymi Indianami. W tym samym roku odwiedził buddyjską świątynię w Tajlandii. W roku 1985 przepraszał muzułmanów w trakcie swojej podróży do Maroka i obsypywał ich pochwałami. Następnie odwiedził święty las niedaleko Lohomay (Togo), a jego towarzyszem był niejaki Arseno, Wielki Kapłan Świętego Lasu.

W trakcie wizyty na Togo papież spotkał się też z wyznawcami kultu węża, którzy następnie weszli w skład reprezentacji zebranych w Asyżu. W roku 1986 odwiedził najważniejszą synagogę Rzymu – na warunkach i w postawie zupełnej akceptacji równouprawnienia starego [zastąpionego już przez nowe] Przymierza z Żydami. W roku 1986, podróżując po Indiach, zezwolił na oznaczenie przez lokalnych kapłanów jego czoła tilakiem – znakiem wykonywanym przy pomocy pasty z drzewa sandałowego. Gdziekolwiek się udał, cytował teksty hinduskich świętych ksiąg, a także był obecny przy odprawianiu pogańskich rytów. Wychwalał hinduskiego synkretystę, Ghandiego, pod niebiosa. Ghandi stwierdził niegdyś: „Jestem chrześcijaninem i hindusem, i muzułmaninem, a także Żydem”, co więcej: przy realizacji filmu o Ghandim doradzali wyznawcy bahaizmu. Papież recytował ponadto tzw. modlitwę o pokój, “asothama satgamaya”, tę samą, której wprowadzenie w Anglii przez kardynała Humea próbował powstrzymać wielki Hamish Fraser. Jakie jednak miał on szanse, skoro w/w modlitwy używał sam papież? W Suva (archipelag Fiji), w trakcie wizyty mającej miejsce w listopadzie 1986, [Jan Paweł II] pił też napój zwany kava, niegdyś oficjalnie potępiony jako element [lokalnego] kultu demonów. Papież wychylił go jednym haustem.

Przyzwolenie Hansa Kunga

Hans Hung, w roku 1979 pozbawiony statusu katolickiego teologa, jest gorącym zwolennikiem inicjatyw z Asyżu. Cytujemy za Catholic Register (Toronto) z dnia 19 kwietnia 1986: „O. Hans Kung, urodzony w Szwajcarii profesor teologii, który oskarżył Jana Pawła II o mentalność sprzed Soboru Watykańskiego II, chwalił papieża za jego niedawne kontakty z chrześcijańskimi i nie-chrześcijańskimi liderami religijnymi. ‘W tym aspekcie papież jest zgodny z Vaticanum II’ – powiedział Kung. ‘Wielu uważa mnie za stojącego w opozycji do papieża we wszystkim. To fałsz’ – dodał. ‘Jestem szczęśliwy widząc, że papież przemawia mając na uwadze dialog z innymi religiami i czuje się zobowiązany do przychylności wobec nich w trakcie swoich podróży’ – dodał. W zakresie dialogu z religiami niechrześcijańskimi ważne jest, by ‘unikać każdego impulsu, mogącego sugerować, że za tymi nowymi inicjatywami stoi stary duch rzymskiego imperializmu’ (innymi słowy – żadnych nawróceń)… ‘Mam nadzieję, ze wydarzenia z Asyżu będą spotkaniem zrównania w godności, nie zaś manifestacją papieskiego triumfalizmu’. ‘Papież Jan Paweł II, domagając się zunifikowanej modlitwy ludzi wielu religii ukazuje swoją wiarę w ich wspólny fundament’ – powiedział”.

Obawiamy się, że Hans Kung miał na myśli tzw. złotą regułę – wrócimy do niej za chwilę. Winno się mieć na uwadze, że Kung, epatował zgniłą wonią synkretyzmu będąc jeszcze profesorem wizytującym na Uniwersytecie Toronto; mówił wówczas: „Niech oni (biskupi katoliccy) pracują nad osiągnięciem zrozumienia między kościołami chrześcijańskimi, ponadto zaś nad wolnym od uprzedzeń dialogiem z Żydami, muzułmanami oraz innymi religiami” (za Globe & Mail z 5 października 1985).

Złota Reguła

Dziękując delegatom za przebycie długich nieraz dystansów i poświęcenie poniesione celem wzięcia udziału w spotkaniu zwołanym do Asyżu, wyraził pogląd, że ‘złota reguła’, której miał nauczać również Chrystus, by „traktować inne religie tak, jak chciałoby się być traktowanym przez nie”, stanowi fundament pokoju między religiami (Our Sunday Visitor z 16 listopada 1986)[1]. Jest prawdą, że „złota reguła” da się odnaleźć we wszystkich kultach i wyznaniach. Istnieje zresztą dowód, że także ONZ zechce proklamować ją jako duchową podstawę projektowanej synkretycznej światowej religii, mającą nosić miano Świata Powszechnego Braterstwa. Dzięki czemu Związek Sowiecki w szczególności a komunizm generalnie, podbijając świat poprzez zdradę, stosowanie kruczków – głównie prawnych, a także bezzasadną agresję, będzie w stanie cytować złotą regułę gwoli uzasadnienia swoich rojeń. Coś jak nawrócony złodziej, który stosuje 7 przykazanie (Nie kradnij!) by chronić łup, który wcześniej zagrabił.

Obecnie złota reguła jest przykładem religijnego indyferentyzmu par excellence. Czy naprawdę chcemy, by to właśnie ów religijny indyferentyzm stanowił duchową podstawę planowanego światowego superpaństwa? Należy pamiętać, że wraz ze złotą regułą wcale nie musimy dostać Chrystusa. Równie dobrze może to być Kriszna, Zoroaster, Konfucjusz lub Hillel.

Żydzi najczęściej przypisują jej powstanie Hillelowi[2], chociaż pojawia się w Leviticusie (19:18). Hillel był przewodniczącym Sanhedrynu i zmarł około 10 roku n.e. Jest dziś bardzo poważany m. in. przez B’Nai B’Rith. Biskup Fulton Sheen w swojej książce Life of Christ zapisał, że „Hillel mógł być obecny w świątyni i uczestniczyć w dyskusji o Bożym Dziecięciu”. W A Catholic Dictionary z roku 1949 stwierdzono też, że “w ujęciu pisarzy żydowskich i tych reprezentujących nurt modernistyczny Hillel jest wysuwany jako rywal Chrystusa…”.

Blisko 80 lat temu The Catholic Encyclopedia, wydana w roku 1910 w Nowym Jorku, musiała stwierdzić, że „Hillel z uwagi na charakter osobisty, walory duchowe oraz długotrwały wpływ, jaki wywarł, nie może być w żadnym stopniu porównywany (…) z Chrystusem, Światłem i Zbawicielem Świata”.

Chrystus zatem (a nie złota reguła) musi być duchową podstawą przyszłego porządku świata. Z Chrystusem bowiem zyskujemy ją niejako automatycznie, nie zaś vice versa. Papież Piux XII ujął jedyne rozwiązanie dla naszego umęczonego świata tak: „Świat słyszy dziś wołanie o odnowę i lament za powstaniem – chrześcijańskim powstaniem. Świat będzie musiał być odbudowany w Jezusie!”.

Św. Franciszek z Asyżu

Zobaczmy jeszcze jak sam św. Franciszek podszedł do tego samego problemu przy okazji VI Krucjaty w roku 1219. A jakże: on też chciał pokoju i był nastawiony ekumenicznie! Po wielu trudnościach i wśród niemałego ryzyka, święty dotarł w końcu do sułtana. Cytat, który teraz zaprezentujemy, pochodzi z Lives of the Saints Butlera:

„W międzyczasie Św. Franciszek, płonąc chęcią nawrócenia Saracenów, zapragnął przejść do ich obozu, dla Chrystusa nie lękając się żadnych niebezpieczeństw. Otoczyli go zwiadowcy niewiernych, do których zawołał: ‘Jestem chrześcijaninem, prowadźcie mnie do waszego pana’. Postawiony przed obliczem sułtana i zapytany o sprawę, z którą przybył, odrzekł ze wspaniałą odwagą i zapałem: ‘Zostałem posłany, ale nie przez ludzi, a przez najwyższego Boga, by pokazać tobie i twojemu ludowi drogę zbawienia głosząc Ci prawdę Ewangelii’. Sułtan wydawał się poruszony i zaprosił go, by z nim został. Mąż Boży odparł: „jeżeli ty i twoi ludzie wysłuchacie Słowa Bożego, zostanę z wami. Jeżeli jednak wahasz się między Chrystusem a Mahometem, każ rozpalić wielki ogień, ja zaś przejdę przez niego z twoimi imamami, byś zobaczył która wiara jest prawdziwa”. Sułtan odrzekł, że nie wierzy, by któryś z imamów wyrazi wolę przejścia przez ogień lub znoszenia cierpień za wiarę, zaś on sam nie może przyjąć warunków Franciszka z uwagi na obawę przed buntem”.

Ocena Asyżu

Arcybiskup Lefebvre powiedział o Asyżu: „Z mojego punktu widzenia był to akt diaboliczny” oraz “szczyt mistyfikacji, najwyższa obraza Naszego Pana”. Mamy przeczucie, że Asyż może być powtarzany cyklicznie, gdyż w swoim dorocznym Orędziu Bożonarodzeniowym w roku 1986 papież powiedział: „Wydarzenie w Asyżu może być uważane za widzialną ilustrację, lekcję z faktów, katechizm zrozumiały dla każdego, mówiące o tym, co znaczy i co zakłada zobowiązanie ekumeniczne i obowiązek dialogu między religiami” (Globe and Mail z 24 grudnia 1986).

Papież Jan Paweł II jest naszym papieżem, my zaś musimy modlić się za niego jak nigdy przedtem. Winniśmy przy tym bez ustanku wzywać imienia Błogosławionej Dziewicy Maryi, Lilii Izraela, bacząc na jej tytuły: „Zwyciężczyni Heretyków”, „Królowej Zwycięstwa” i „Królowej Pokoju”.

Tłum. Mariusz Matuszewski

[1] Było to zresztą jawne nadużycie słów Chrystusa. W Ewangelii św. Łukasza odnośny fragment brzmi: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy wam złorzeczą; módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeżeli cię kto w policzek uderzy, nadstaw mu i drugi; a jeśli ci ktoś płaszcz zabierze, nie wzbraniaj mu także tuniki. Daj każdemu, kto cię prosi. Od tego, kto zabiera co twoje, nie żądaj zwrotu. Jak chcecie, żeby wam czynili ludzie, tak wy im czyńcie” (Łukasz VI, 27 – 32). Kontekst jest tu niezwykle ważny, Chrystus nie mówi bowiem o religii, ale o miłości bliźniego i nieprzyjaciół. Nie może być mowy o tym, że tzw. złota reguła w wydaniu ewangelicznym stanowić ma wskazówkę pozwalającą na snucie rozważań będących ukłonem w stronę synkretyzmu czy religijnego indyferentyzmu.

[2] Hillel zwany Starszym (przełom I w. p.n.e. i I w. n.e.) był wpływowym żydowskim autorytetem prawnym, stworzył własną szkołę interpretacyjną, przeciwstawianą szkole współczesnego mu Szammaja Starszego (ok. 50 r. p.n.e. – 30 r. n.e.), z którym tworzy ostatnią zugot. Prawdopodobnie wywodził się z diaspory babilońskiej (stąd określany również jako Hillel Babilończyk) i pochodził z rodu Dawida. Osoba Hillela obrosła w liczne anegdoty, w których podkreśla się jego łagodność. Był sławnym aforystą. Sformułował w formie negatywnej "złotą zasadę", która pozytywnie została wyrażona w ewangeliach synoptycznych. Jego szkoła prezentowała bardziej elastyczne podejście do Tory niż rygorystyczna szkoła Szammaja. Ostatecznie judaizm przyjął właśnie wykładnię Hillela za obowiązującą.

Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.