_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycja w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycja w Polsce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

Łukasz Trzeciak: Piękniej może być tylko… w niebie



W sobotę, 8 października 2016 r. odbyła się II Pielgrzymka Tradycji Łacińskiej. Do Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu przybyło ok. 120 wiernych z dziewięciu diecezji północno-zachodniej Polski.

Pielgrzymów przybywa

Pątnicza inicjatywa zrodziła się jako dziękczynienie Koszalińskiego Środowiska Tradycji Łacińskiej za motu proprio Summorum Pontificum Ojca Świętego Benedykta XVI: w latach 2009-2014 – w kolejne rocznice obowiązywania dokumentu – pielgrzymi zdążali do Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej (Gołogóra, wzgórze Krzyżanka).

Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu stało się celem pielgrzymów w 2015 roku – wtedy to do pątników z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej dołączyła grupa wiernych z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej.

Tegoroczna II Pielgrzymka Tradycji Łacińskiej zgromadziła ok. 120 wiernych przywiązanych do klasycznej formy rytu rzymskiego. Najwięcej pielgrzymów przybyło z metropolii szczecińsko-kamieńskiej (z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej i zielonogórsko-gorzowskiej), metropolii poznańskiej (wierni z archidiecezji poznańskiej) oraz metropolii gnieźnieńskiej (z archidiecezji gnieźnieńskiej, diecezji bydgoskiej i włocławskiej); w Skrzatuszu nie zabrakło również wiernych z metropolii gdańskiej (z archidiecezji gdańskiej i diecezji toruńskiej). Jedyny pątnik spoza północno-zachodniej Polski – z diecezji łowickiej – pokonał aż 360 kilometrów!

Pierwsi pielgrzymi przybyli do Skrzatusza już rano, a podczas zwiedzania mogli poznać historię sanktuarium i wnętrza świątyni.

Historia sanktuarium

W 1575 roku luteranie sprofanowali kościół w pobliskim Mielęcinie. Zrabowano m.in. wota oraz XV-wieczną pietę, którą obciążono kamieniami i wrzucono do jeziora, jednak rzeźba – wykonana z drewna lipowego – wypłynęła na powierzchnię wody. Świadkiem zdarzenia był pochodzący z Piły garncarz, który dzięki fortelowi uratował figurę – sprytny rzemieślnik pozyskał ją od protestantów, przekonując, iż figurka będzie zabawką dla jego dzieci. Pieta trafiła wkrótce do Katarzyny Kadrzyckiej ze Skrzatusza, która – po sennym widzeniu – przekazała ją do miejscowego kościoła. Figurę umieszczono zrazu w ołtarzu bocznym pw. św. Doroty. Wędrowcy, którzy nocą 14 listopada 1621 roku przebywali w okolicy, zauważyli jasność nad kościołem: poinformowany o zdarzeniu ksiądz powiązał nadzwyczajne zjawisko z figurą Maryi. 15 listopada 1660 roku biskup poznański Wojciech Tolibowski zatwierdził cuda przypisywane Matce Bożej Bolesnej, konsekrował mensę ołtarza i ustanowił jezuitę – księdza Jakuba Krueńskiego pierwszym proboszczem parafii.

Historia sanktuarium obfituje w cuda, zatwierdzane przez władze kościelne; wśród łask otrzymywanych za pośrednictwem Matki Boskiej Bolesnej dominują uzdrowienia.

Wedle tradycji, w 1680 roku Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu nawiedził król Jan III, prosząc Matkę Bożą o zwycięstwo nad Turkami. Nową, barokową świątynię wzniesiono w latach 1687-1694 jako wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską oraz za narodzenie dziecka bezpotomnego dotąd starosty nowodworskiego i wojewody poznańskiego Wojciecha Konstantego Brezy.

13 listopada 1697 roku biskup poznański, Stanisław Jan Witwicki, uznał wizerunek Matki Bożej Skrzatuskiej za cudowny. Kościół konsekrował biskup Hieronim Wierzbowski w 1701 roku, pietę umieszczono wówczas w głównym ołtarzu, w którym pozostaje do dziś.

Rozbiory Polski i przyłączenie w 1772 roku do Prus przynoszą wzrost żywiołu niemieckiego, w całym jednak okresie zaborów na odpust Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny do Skrzatusza sprowadzano polskiego kaznodzieję.

18 września 1988 roku prymas Polski kardynał Józef Glemp koronował cudowną figurę; wedle proroctwa przedstawionego w 25 rocznicę koronacji, za pośrednictwem Matki Bożej Bolesnej Skrzatusz stanie się miejscem licznych nawróceń, szczególnie protestantów.

Łacina w Kościele

Po zwiedzaniu sanktuarium przyszedł czas na konferencję księdza Dawida Pietrasa, kapłana diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, duszpasterza Tradycji z Gorzowa Wielkopolskiego.


Ks. D. Pietras wygłosił referat „Rola języka łacińskiego w liturgii Kościoła”. Jak zauważył prelegent, pomimo tego, że łacina jest podstawowym językiem Kościoła, wysuwany jest zarzut, jakoby jej użycie w liturgii utrudniało zrozumienie i przeżywanie Mszy Świętej. Ksiądz Pietras podkreślił charakter Mszy Świętej jako Ofiary Krzyżowej.

– Uczestnicząc w niej, stoimy pod Krzyżem Chrystusa, by czerpać łaski z tej Ofiary płynące; uczestniczymy we Mszy Świętej, by przyjąć jej owoce; karmimy się również Ciałem Chrystusa, by w pełni uczestniczyć w Ofierze. Z istoty Ofiary Mszy Świętej jasno widać, że całkowite rozumienie słów wypowiadanych przez kapłana nie jest potrzebne do właściwego przeżywania liturgii – mówił ks. Dawid Pietras.

Prelegent zaznaczył, iż łacina, jako język dla nas niezrozumiały, jest wyrazem nieskończonej tajemnicy Mszy Świętej.

– Znamienne są słowa św. Bonawentury: „Ile kropel w morzu, ile promieni w słońcu, ile gwiazd na niebie, kwiatów na ziemi, tyle tajemnic zawiera w sobie Ofiara Mszy Świętej”. Prawdy wiary katolickiej związane z Mszą Świętą przekraczają możliwości pojmowania rozumu, ale nie przeczą rozumowi. Nietrafionym jest więc argument, że łacina utrudnia zrozumienie Mszy Świętej, bowiem nie da się w pełni zrozumieć Mszy Świętej – podkreślił ks. Pietras.

Prelegent zauważył, że wbrew obiegowym opiniom Sobór Watykański II nie zniósł łaciny, a – wręcz przeciwnie – podkreślił jej znaczenie dla Kościoła. W konstytucji o liturgii świętej – Sacrosanctum concilium – czytamy: „W obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe” (nr 36). „Należy (…) dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim” (nr 54). W tym samym dokumencie o liturgii Sobór roztropnie zezwolił jednak na pewne zastosowanie języków rodzimych: „Ponieważ jednak we Mszy Świętej, przy sprawowaniu sakramentów i w innych częściach liturgii używanie języka ojczystego nierzadko może być bardzo pożyteczne dla wiernych, można mu przyznać więcej miejsca, zwłaszcza w czytaniach i pouczeniach, w niektórych modlitwach i śpiewach”. Sobór jasno wskazywał momenty w liturgii, w których była możliwość wprowadzenia języka nowożytnego.

– Św. Jan XXIII w 1962 r. wydał encyklikę o języku łacińskim Veterum sapientia – o podniesieniu studium języka łacińskiego. W tym dokumencie podkreślił rolę łaciny w nauczaniu Kościoła i w liturgii; języki łaciński i grecki nazwał „szatą starożytnej mądrości”. Ukazał pilność uczenia się jej w seminariach i nakazał prowadzenie wykładów w tym języku na uczelniach kościelnych. Ubolewał nad zanikaniem łaciny i nakazał powołanie Akademii Języka Łacińskiego. Warto dodać, że bł. Paweł VI założył Papieski Instytut Łaciński, a Benedykt XVI ustanowił Papieską Akademię Łacińską. Łacina jest ponadto skarbem kultury: to właśnie w tym języku napisane były działa św. Augustyna, św. Bernarda z Clairvaux, św. Tomasza z Akwinu, św. Roberta Bellarmina – przypomniał ks. Dawid Pietras.

W konferencji podkreślano wielką rolę języka łacińskiego, jednakże prelegent zaznaczył, iż zastosowanie języka nowożytnego w niektórych częściach liturgii nie jest bezzasadne.

– Znamienne są słowa encykliki Veterum sapientia: „Kościół katolicki – jako że założony przez Chrystusa Pana – przewyższał od dawna swoją godnością wszystkie społeczności, to rzeczywiście głosił swoją sławę nie językiem potocznym, ale pełnego godności i majestatu” – zaznaczył ks. Pietras.

Wykładowca wspomniał o relacjach misjonarzy – jeszcze przed reformy liturgii – że ludzie na misjach w Afryce bardzo kochali łacinę, chętnie się jej uczyli i uczestniczyli w liturgii; zauważył, iż nawet egzorcyści wspominają o niezwykłej skuteczności modlitw odmawianych w języku łacińskim.



W referacie zaznaczono, że język łaciński ukazuje jedność Kościoła i nauki wiary w czasie. – Uczestnicząc we Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego czujemy łączność z pokoleniami katolików, którzy przeżywali liturgię właśnie w tym języku. Uczestniczymy we Mszy Świętej, którą przeżywało tak wielu świętych; modlili się tymi samymi tekstami. Kościół jest katolicki, czyli powszechny – w przestrzeni, bo obejmuje wszystkie narody, jak i w czasie, bo trwa 2000 lat i będzie trwał aż do powtórnego przyjścia Chrystusa. Odwieczność łaciny ukazuje więc katolickość Kościoła. Jak pisał Ojciec Święty Pius XI w liście apostolskim Officiorum omnium: „Kościół, który rozciąga się na wszystkie narody i mający trwać aż do skończenia świata… z istoty swojej domaga się języka, który by był uniwersalny, niezmienny i szlachetny” – mówił wykładowca.

Ks. Dawid Pietras podkreślił, że w rycie rzymskim – najbardziej rozpowszechnionym – dostrzegano jedność Kościoła, a działo się tak również za sprawą uniwersalności w języku – w łacinie: w każdym kościele kapłan odmawiał te same teksty, wyśpiewywał czytania w tym samym brzmieniu; ministranci odmawiali tę samą ministranturę bez względu na to, w jakim kraju służyli do Mszy Świętej – katolik wszędzie czuł się jak u siebie w domu, gdyż potrafił odpowiadać na wezwania kapłana na całym świecie – brzmiały one zawsze tak samo. To wszystko tworzyło atmosferę jedności wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego, umacniało tożsamość katolika. Ojciec Święty Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej Sacramentum Caritatis pisał: „Aby lepiej wyrazić jedność oraz uniwersalność Kościoła, chcielibyśmy polecić, aby takie celebracje były odprawiane w języku łacińskim. I tak niech będą po łacinie recytowane modlitwy najbardziej znane z tradycji”.

Gdzie może być piękniej?

Wierni mogli przygotować się do Mszy Świętej dzięki posługującym w konfesjonałach spowiednikom: księdzu Jarosławowi Biedroniowi CM (Zgromadzenie Misji, kapłan z Bydgoszczy) oraz księdzu Tomaszowi Mędrkowi (dyrektor administracyjny Arcybiskupiego Wyższego Seminarium Duchownego w Szczecinie).

W południe ksiądz Dawid Pietras odprawił uroczystą Mszę Świętą w klasycznym rycie rzymskim. Kazanie wygłosił ksiądz profesor Janusz Bujak, odpowiedzialny za sprawowanie liturgii w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego na terenie diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej (doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego i kierownik Katedry Teologii Dogmatycznej, wykładowca w Wyższym Seminarium Duchownym w Koszalinie). Uroczysty charakter Mszy Świętej podkreślił piękny śpiew scholi, która przybyła specjalnie do Skrzatusza z archidiecezji gdańskiej: schola ta, specjalizując się w muzyce liturgicznej, odpowiada za oprawę liturgii na terenie metropolii gdańskiej, ukazując bogactwo i wyjątkowe piękno chorału, polifonii oraz tradycyjnych pieśni.

O. Frederick William Faber, XIX-wieczny konwertyta z anglikanizmu, urzeczony Mszą Świętą, nazwał ją „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie nieba”. Wyjątkowe piękno skrzatuskiej świątyni, akcja liturgiczna przepełniona podniosłością oraz przepiękne śpiewy scholi zachwyciły pielgrzymów, którzy stwierdzali, że piękniej może być tylko… w niebie!

Nabożeństwu drogi krzyżowej – prowadzonemu drogami skrzatuskiej Golgoty – przewodniczył ksiądz Paweł Kowalski, prezbiter diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.



Po nabożeństwie pielgrzymi wzięli udział w spotkaniu integracyjnym, co umożliwiało wspólne poznawanie się, stało się okazją do wymiany doświadczeń i opinii… III Pielgrzymka Tradycji Łacińskiej do Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Skrzatuszu już za rok.

sobota, 19 marca 2016

Głębia i pokora wobec Boga



Zafascynował się liturgią przedsoborową. Wziął udział w warsztatach liturgicznych w Licheniu, a teraz odprawia Msze św. po łacinie i Msze św. w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego (NFRR). Ks. Marek Kulig ostatnią taką Eucharystię odprawił 28 lutego w parafii Narodzenia NMP w Kończycach Małych, gdzie posługuje jako wikariusz. A do końca Wielkiego Postu w piątki odprawia tam Msze św. w języku łacińskim z mszału Pawła VI. Tym samym parafia w Kończycach Małych stała się kolejną w diecezji, w której sprawowany jest, na razie okazjonalnie, Klasyczny Ryt Rzymski. (W diecezji Msze św. w NFRR regularnie odprawiane są w parafii św. Jerzego w Cieszynie i w kościele św. Barbary Dziewicy i Męczennicy w Bielsku-Białej Mikuszowicach Krakowskich. Od 22 do 26 lutego odprawiono je też w kaplicy Domu Akcji Katolickiej w Jeleśni).

Z ks. Markiem Kuligiem, wikariuszem parafii Narodzenia NMP w Kończycach Małych – o fascynacji liturgią przedsoborową, uczestnictwie młodzieży i chrzcie w liturgii trydenckiej – rozmawia Monika Jaworska

wtorek, 3 czerwca 2014

Tradycyjni katolicy muszą złamać lewicę!


Tradycyjni katolicy muszą złamać lewicę!

Katolicy nie mogą pozostawiać pola dobroczynności i polityki społecznej lewicy. Musimy ją podkopywać pełniąc dzieła miłosierdzia, rozwiązując problemy społeczne wskazując równocześnie na skarbiec wiary, prowadząc dusze do Chrystusa – apeluje autor bloga Cordialiter.

czwartek, 29 maja 2014

Tradycjonaliści w postchrześcijańskim świecie


Trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w czasach przełomu. Czymś symbolicznym są wydarzenia z Palermo, gdzie zabudowania klasztorne zostały siłą przejęte przez nowych mieszkańców. Zaczęło się od apelu papieża Franciszka, aby te zakony, które nie mają nowych powołań, udzieliły schronienia ubogim rodzinom nie mającym dachu nad głową. Jak oględnie informują portale katolickie, ludzie, którzy powołując się na te słowa zajęli klasztory na Sycylii wbrew słabym protestom lokalnego biskupa, niewiele mają wspólnego z ubogimi rodzinami. Można się domyślać, że to raczej anarchiści, którzy w pomieszczeniach zamieszkanych dawniej przez pobożnych mnichów urządzą sobie squoty.

Cywilizacja chrześcijańska w wielu miejscach trwa tylko siłą przyzwyczajenia, dopóki jej wrogowie nie zorientują się, że nikt jej nie broni. Wówczas triumfalnie narzucają swoje porządki, jak dawniej nacierający żołnierze zajmowali z łatwością opuszczone szańce. Wydaje się, że wielu hierarchów Kościoła pogodziło się z tą porażką, a nawet uważa ją za pożyteczną.


sobota, 28 grudnia 2013

"Stara" Msza prowadzi ku kontemplacji


"Stara" Msza prowadzi ku kontemplacji

Nie zapomnę mojej Mszy św. prymicyjnej w kościele św. Krzyża, która była zapewne pierwszą Mszą prymicyjną w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego neoprezbitera Archidiecezji Krakowskiej po kilkudziesięcioletniej przerwie – mówi dla PCh24.pl ks. Piotr Maroszek, wikariusz parafii Bobrek w archidiecezji krakowskiej.


czwartek, 17 października 2013

Czym jest Msza Trydencka? Czym jest Tradycja Katolicka? Jak ją "praktykować po II Soborze Watykańskim?



piątek, 4 października 2013

Robaczewski: „Stara” Msza przynosi dobre owoce



O Mszy trydenckiej i uczęszczających na nią katolikach mówi dla wMeritum.pl, prezes Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683, Arkadiusz Robaczewski.

poniedziałek, 16 września 2013

Powściągliwość zalecam .... Krusajder o nowej tradycjonalistycznej inicjatywie w Łodzi




 Młot na posoborowie  

Od ponad dwu i pół roku słyszymy w internecie pogłoski o chęci utworzenia polskiego, tradycyjnego instytutu kapłańskiego. Pomysł jest oczywiście trafny, inicjatywa zbożna, ale obawiam się, że wiele wody upłynie w Odrze i Zbruczu nim idea ta się zmaterjalizuje.

Wczoraj sporo tradycjonalistycznych stron błyskawicznie udostępniło nowe doniesienia w tej sprawie, jakie pojawiły się na forum krzyż. Wskazywałyby one na znaczne zaawansowanie w realizacji projektu.

Ks. Marek Kaczmarek: Polska potrzebuje kapłańskiego instytutu tradycji

"Ludzie w Polsce bardzo potrzebują tradycyjnej nauki Kościoła rzymsko-katolickiego." - mówi ks. dr Marek Kaczmarek, twórca idei instytutu tradycjonalistycznego.

Jaki byłby sens powstania w Polsce instytutu kapłańskiego związanego z tradycyjną liturgią rzymską?

x. dr Marek Kaczmarek 
To samo pytanie zadał mi abp Guido Pozzo, gdy rozpoczynałem starania o powstanie takiego instytutu. Na pewno nie chodziłoby tylko o odprawianie starej Mszy świętej. Msza jest najważniejsza jednak z niej ma wypływać całe dobro duszpasterskie – posługa wobec biednych, dzieci. Niestety nie jesteśmy wychowywani pod kloszem i to co się do tej pory działo na Zachodzie przesiąka też do nas, np. w sprawach liturgii, posługi duszpasterskiej, kapłaństwa, wzoru kapłaństwa, wychowania do kapłaństwa, posługi w parafiach, aktywnego uczestnictwa świeckich, które zostało mylnie zinterpretowane. W czynnym uczestnictwie nie chodzi przecież o to, żeby każdy miał jakąś funkcję i wszyscy czuli się szczęśliwi bo każdy coś zrobił – ten niósł ampułkę, ten krzyżyk, ten świece, ten obrusik, ten hostie. Chodzi o wewnętrzne zjednoczenie się z tym co się dzieje na ołtarzu, o kontemplację.

niedziela, 15 września 2013

Polski tradycyjny instytut kapłański (nowe informacje)



Nowe informacje w sprawie są następujące:
  1. projekt konstytucji zgromadzenia trafił w ręce ks. kard. Hoyosa, byłego przewodniczącego Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, który aktualnie studiuje go celem naniesienia ewentualnych poprawek,
  2. ks. Kardynał zamierza następnie przedłożyć dokument Ojcu Świętemu,
  3. istnieje zatem szansa, że Ojciec Święty podpisze go, powołując tym samym polskie tradycyjne bractwo kapłańskie na prawie papieskim!
Stąd apel do wszystkich, którym droga jest sprawa Tradycji w Polsce, o gorącą modlitwę w intencji papieża Franciszka, kard. Hoyosa i ks. Kaczmarka, a nade wszystko w intencji tego, aby Ojciec Święty zechciał przychylnie rozpatrzyć wiadomą sprawę. Byłoby wspaniale, gdyby jak najwięcej osób podjęło trud omawiania Nowenny Pompejańskiej w tej ostatniej intencji. Z pewnością wiele takowych nowenn zostało już zaniesionych do Matki Najświętszej z prośbą o wyproszenie łaski powstania polskiego tradycyjnego bractwa kapłańskiego. Kto wie, czy sytuacja, którą opisałem powyżej, nie jest Bożą odpowiedzią na prośby Pompejańskiej Pani. Być może to ostatnia prosta tego długiego biegu podjętego przez szereg osób. Stąd, powtarzam, prośba o modlitwę, modlitwę i jeszcze raz modlitwę - żarliwą, ofiarną i wytrwałą. To, czego teraz trzeba, to prawdziwy modlitweny szturm!

Niech zagrzewają nas do niego następujące informacje dodatkowe:
  1. cała sprawa znajduje się pod swoistym patronatem pewnego rzymskiego prałata - przyjaciela ks. kard. Hoyosa - który pilotuje ją na Wzgórzu Watykańskim 
  2. środowisko Tradycji łacińskiej w Łodzi, na czele z ks. Kaczmarkiem, otrzymało ustne błogosławieństwo od ks. Kardynała,
  3. w pierwszą niedzielę października, a zatem w wigilię Matki Bożej Różańcowej, łódzkie środowisko tradycyjne będzie przeżywać piątą rocznicę rozpoczęcia przez ks. Kaczmarka regularnego celebrowania Mszy św. w klasycznym rycie rzymskim - obchody te uświetni obecność na ołtarzu relikwii św. Pawła Apostoła oraz św. Piusa X, papieża i wyznawcy, które w ostatnim czasie zostały podarowane ks. Kaczmarkowi.
Źródło informacji: http://krzyz.nazwa.pl

środa, 15 maja 2013

Duchowość tradycjonalistyczna: "Bądźcie wdzięczni!" (Kol 3,15)

Christianitas


Niełatwo jest opisać duchowość łączącą katolickie wspólnoty i środowiska tradycjonalistyczne, które – jak wyjaśnił Paweł Milcarek portalowi ekumenizm.pl – nie mają charakteru „zwartej grupy formacyjnej”. Tradycjonaliści nie mają i nie starają się mieć wspólnego „programu” czy „działalności”, bo zasadniczym punktem odniesienia jest Kościół, to on jest przedmiotem przynależności i identyfikacji, reszta jest tylko podobieństwem (i czasami solidarnością) postaw opartych na obiektywnych danych i dobrach wiary. Ale to podobieństwo i „wspólnota losu”, zbieżność zaangażowań w konkretnym czasie historii Kościoła – nie są jednak bez znaczenia. To tu objawiają się motywy i owoce postawy tradycjonalistów, jej miejsce i znaczenie dla katolicyzmu. Chodzi przy tym nie tylko o „wspólny duchowy mianownik” (ten jest oczywisty, jak to u katolików –„chodzenie do kościoła”, tyle że na Mszę tradycyjną), ale o „duchową dominantę”, sposób przeżywania wiary, który sprawia, że katolicy ci wybierają wierność tradycji łacińskiej i trwają w niej. Jednym z elementów, nie najważniejszym, ale bardzo wyróżniającym tej duchowości, tak oczywistym, że nawet często nieuświadamianym – jest stosunek do historii Kościoła.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Odbyła się konferencja "Zwróćmy się ku Panu"!

logo Polonia Christiana

W sobotnie południe w Warszawie przy parafii św. Klemensa Hofbauera odbyła się konferencja pt. „Tradycyjny katolicyzm w „nowej ewangelizacji”. Warunek powodzenia czy nieporozumienie?”. Była to już czwarta konferencja z cyklu „Zwróćmy się ku Panu”.

TRADSI, KONTRKULTUROWCY, PAPIEŻ I LITURGIA - ROZMOWA Z DR. PAWŁEM MILCARKIEM, REDAKTOREM NACZELNYM "CHRISTIANITAS"

- W pięknej, godnej, tradycyjnej liturgii chodzi nie o znaki doczesnego splendoru i nie o bicie po oczach bogactwem - lecz o to Franciszkowe "Bóg mój - moje wszystko". Nie ma konfliktu między tym wyczuciem prymatu służby Bożej, a prostotą diakonii, między wziętym po przodkach ornatem i pastorałem - a prostą sutanną i niechęcią do "pomponów" w codziennym obyciu - mówi dr Paweł Milcarek, redaktor naczelny kwartalnika "Christianitas" w rozmowie z ekumenizm.pl.

Przyglądając się w ostatnim czasie Pańskim wypowiedziom na temat papieża Franciszka, odniosłem – może mylne – wrażenie jakby zmagał się pan sam z sobą: z jednej strony życzliwy sceptycyzm, a z drugiej podkreślane posłuszeństwo wobec nowego Biskupa Rzymu. Jednak pośród polskich tradycjonalistów wydaje się pan w jakiejś mierze nie tyle entuzjastą, co przychylnym obserwatorem i komentatorem „franciszkańskiej rewolucji”, wyznającym: „Papież codziennie mówi coś słusznego”.

Nie jestem sceptykiem. Papież to papież, jest się mu posłusznym nie tylko przez katolicką wiarę w jego rolę Wikariusza Chrystusa, ale i związane z tym poczucie lojalności, a na pewno także przez więź nadprzyrodzonej solidarności. To oczywiście nie znaczy, że wśród już długiego szeregu następców Piotra każdego mamy tak samo wielbić, opiewać, dokonując apoteozy każdego jego ruchu. Jednak Papież Franciszek rządzi Kościołem ledwie od miesiąca - to szczególnie wzruszający czas, kiedy Papież uczy się papiestwa, a Kościół uczy się tego konkretnego papieża. Mogę powiedzieć, że widzę ten okres właśnie jak czas porodowych bólów i nadziei, radości. Czuję jak przechodzą przeze mnie fale tych uczuć - na tle spokoju, że "wszystko idzie zgodnie z planem". Już wiemy, że nowy papież wybrał styl jakby proboszczowski, bardzo duszpasterski - w którym zwięzłe mistrzowskie homilie odgrywają bardzo ważną rolę. Już wiemy, że zamierza kontynuować pewne trudne fronty walki Benedykta XVI (zapowiedź polityki wobec nadużyć wśród duchownych). Czekamy na wyraźniejsze ruchy w dziedzinie rządzenia i reformowania Kurii itp. To są obszary radości i nadziei. Na tle Poprzednika papież Franciszek ma na pewno mniej zmysłu liturgicznego - co z kolei mnie martwi, ponieważ niezależnie od intencji Papieża może to oznaczać dodanie skrzydeł kościelnemu prądowi liturgicznego "dziadostwa", a przede wszystkim ożywić prąd sprowadzania liturgii do minimalnych rytuałów będących okazją dla homilii. W sumie pozostaję umiarkowanym optymistą. Niewątpliwie Papież staje przed potężną pracą, każdy powinien mu pomóc tam gdzie jest.

Ale jeśli liturgia jest wyrazem wiary Kościoła wg starożytnej zasady lex orandi lex credendi, to czy obawy części środowisk tradycjonalistycznych nie są uzasadnione, że papież Franciszek bardziej kładzie nacisk na zdeliturgizowaną ortopraksję niż na ortodoksję? Czy rzeczywiście duchowy wymiar pontyfikatu Franciszka i papieża Benedykta XVI jest tak bliski, że można mówić o kontynuacji?

Uważam, że w tej chwili można mówić o kontynuacji - nie tylko w tym podstawowym sensie, w którym nigdy nie ma dyskontynuacji między papieżami, ale również w sensie dalej idącym. Do rangi pewnego symbolu można podnosić to, że gdy Franciszek mówi o centralnym znaczeniu Krzyża, to czyni to od ołtarza, na którym zgodnie z decyzją Benedykta XVI stoi na środku krucyfiks - wtedy słowo i znak wzajemnie się potwierdzają. Czy jednak będzie to kontynuacja pewnego zamysłu, który widzieliśmy w linii Benedykta? Zapewne obaj żyjący papieże są sobie trochę dalsi niż np. byli sobie Jan Paweł II i jego następca, bliski współpracownik. Jest duża różnica doświadczeń, środowiska, temperamentu, formacji - a z tego wynika też różnica "w fizjonomii i ruchach". Mimo nimbu Biedaczyny papież Franciszek pozostaje przede wszystkim jezuitą - z charakterystycznym dla tego środowiska praktycyzmem, woluntaryzmem, nastawieniem przede wszystkim na komunikację i kierownictwo duszami. To faktycznie inne słowa-klucze niż te kojarzące się z Benedyktem: ortodoksja (jako "rozumna służba Boża", logike latreia), logos wiary... Treść krótkich homilii Franciszka wskazuje na to, iż widzi on swoje duszpasterstwo jako operowanie przede wszystkim w warstwie moralnej: pobudzanie ludzi do tego, by próbowali być lepszymi chrześcijanami i ludźmi. Benedykt próbował przede wszystkim zapraszać ludzi do społecznego sam na sam z Bogiem w celebracji liturgicznej oraz do otwierania umysłu, na prawdę i piękno. Oba kierunki nie są kontradyktoryjne.

Nie obawia się pan jednak, że opisana zmiana paradygmatu spowoduje poczucie wyobcowania środowisk liturgicznych, które wraz z wyborem papieża Benedykta i jego historycznymi decyzjami (Summorum pontificum), nabrały przysłowiowego wiatru w żagle?

Benedykt XVI wykonał pracę przywrócenia sprawiedliwości, zaburzonej na etapie posoborowej reformy liturgicznej z lat 70. XX wieku. Niestety ta praca została na wyższym i średnim szczeblu decyzyjnym w Kościele odebrana w jakimś pomniejszającym kontekście "koncesji dla nostalgików" lub czysto formalnego potwierdzenia "ciągłości" Kościoła. Nie potrafiono jak na razie dostatecznie skorzystać z bogactwa tej otwartej możliwości wzbogacania praktyki liturgicznej dziedzictwem duchowym z przeszłych wieków. Obawiam się, że obecnie skorzystanie z tej lekcji nie będzie popularniejszą drogą: papież Franciszek przychodzi z kraju, w którym liturgia pełniejsza, bogatsza kojarzy się z racji historyczno-społecznych ze "światem dla wybranych", a nie z dobrem mas ludowych. Paradoks polega jednak na tym, że patron obecnego Papieża, święty Franciszek założył zakon, któremu wszczepił ogromną miłość do staranności służby Bożej, w której widział dosłownie tkliwą opiekę nad Chrystusem wydanym rękom kapłańskim. Dobrze byłoby dostrzec właśnie tę perspektywę: w pięknej, godnej, tradycyjnej liturgii chodzi nie o znaki doczesnego splendoru i nie o bicie po oczach bogactwem - lecz o to Franciszkowe "Bóg mój - moje wszystko". Nie ma konfliktu między tym wyczuciem prymatu służby Bożej, a prostotą diakonii, między wziętym po przodkach ornatem i pastorałem - a prostą sutanną i niechęcią do "pomponów" w codziennym obyciu. Taka synteza jest możliwa.

A czy nie dziwią pana stwierdzenia byłego ceremoniarza papieskiego, abpa Pierro Mariniego, który mówił ostatnio, że Kościół wyszedł niejako z bagna, a z kolei przewodniczący niemieckiego episkopatu, abp Robert Zollitsch, stwierdził, że bycie katolikiem znów stało się interesujące, czym wywołał lawinę niepochlebnych komentarzy?

Niestety nie dziwią mnie - ponieważ pewien typ arogancji wobec kiedyś kard. Ratzingera, a potem papieża Benedykta XVI był zawsze "dopuszczalny" nawet w kręgach hierarchów. Natomiast te stwierdzenia wydają mi się zwyczajnie niesprawiedliwe. Zwłaszcza wypowiedź abp. Mariniego jest ogromnie niesmaczna - w kontekście trudnej i niezbędnej walki Benedykta o oczyszczenie życia kościelnego z nadużyć. Autor takiej wypowiedzi ustawia się w szeregu tych, którym bardzo niewygodne były te działania. I to ostatnie rzeczywiście mnie dziwi.

Dziwi, a może nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę dość krótki żywot abp. Mariniego na stanowisku papieskiego ceremoniarza...

Mówi Pan o jego służbie przy Benedykcie XVI. Jednak i tak trwało to dość długo - zważywszy na to jak bardzo rozbieżne wizje liturgii mieli zawsze ci dwaj ludzie. Dla mnie to podtrzymanie na stanowisku przez Benedykta wieloletniego ceremoniarza Poprzednika było jednym z przykładów jego klasy, lojalności, pokory: próbował współpracować z Marinim. Po kilku bolesnych wpadkach uznał, że trzeba to zakończyć i przeniósł arcybiskupa na inne stanowisko, które ma on do dzisiaj. Były wówczas po stronie Mariniego objawy złości, zwłaszcza po uwolnieniu liturgii tradycyjnej w 2007. Potem długo milczał. Obecnie powiedział to, z czym się zapewne "dusił" przez te lata.

Wielokrotnie zabierał Pan głos na temat ekumenizmu, krytykując "radosną twórczość" posoborową, prezentując - nazwijmy to umownie - dość konserwatywną wersję ekumenizmu pośród rzymskokatolickich publicystów w Polsce. Czy Pańskie spojrzenie na ekumenizm wynika jedynie z refleksji teologicznej, czy wypływa ono również z bezpośredniego doświadczenia?

Mam wrażenie - także po dokładnym studium soborowego Dekretu o ekumenizmie i encykliki Jana Pawła II "Ut unum sint" - że katolickie podejście do ekumenizmu zakłada wiele teologicznych subtelności, unikających irenizmu, relatywizmu – oraz obojętności. A równocześnie mam doświadczenie, że ci katolicy, którzy angażują się w działalność ekumeniczną albo podchodzą do tych subtelności bardzo "kreatywnie", albo w ogóle ignorują związane z nimi trudności, nawet chyba nie zauważając różnicy podejścia katolickiego i innych. Przyznaję, że to mnie odstręcza od tych aktywności, ponieważ taka "mgła niejasności" (jak mawiał o praktyce ekumenizmu kard. Journet) nie pozwala się ani spotkać z innymi, ani zachować świadomości daru, który posiada się dla siebie i dla innych. Z mojej wczesnej młodości zachowałem wspomnienie uczestnictwa w spotkaniach ekumenicznych (i to pojętych szeroko, gdyż z udziałem żydów): zapamiętałem dużo entuzjazmu, dużo życzliwości, dużo zachwytu z możliwości "bycia razem" - niestety już nie więcej. Doceniam zarówno dobre relacje międzyludzkie, jak i spokojne rozeznanie "tego, co łączy", przy założeniu dobrej woli i bez rozszerzającego szafowania kategoriami grzechów i kar. Natomiast jestem bardzo przeciwny sztucznemu wytwarzaniu form niby-jedności, w których jakieś zewnętrzne akty nie mogą być utwierdzone w wewnętrznych przeświadczeniach wiary. Przyznam, że od lat sprawę ekumenizmu obserwuję prawie wyłącznie z perspektywy tego, co ona wnosi do wnętrza Kościoła katolickiego - natomiast moje doświadczenia i wiedza dotycząca tego co wnosi - nie ekumenizm w ogóle, lecz katolickie akty ekumeniczne - do życia innych chrześcijan, ich Kościołów i Wspólnot, jest niewielka.

Ale czy taka reakcja nie jest wynikiem lęku i w jakiś, również mistyczny sposób, uniemożliwienia jeszcze większego zgłębienia katolickości oraz ukazania tego, co wszystkim nam wspólne?

W praktyce ekumenizmu - mówię cały czas o podejściu katolickim - musi zachodzić harmonia między mocnym podtrzymaniem wypływającej z wiary wdzięczności za już otrzymany dar katolickości w Kościele rządzonym przez Piotra - a ufnym w moc darów Bożych potwierdzeniem ich działania poza jego granicami jurydycznymi. Mówię o harmonii a nie o równowadze między tymi dwiema rzeczami, ponieważ chociaż wypływają one z tego samego źródła zaufania do Boga i Jego zamysłu życzliwości, to nie są równej "wagi": drugie jest jakoś podporządkowanego względem pierwszego. Taka zresztą jest również logika "katolickich zasad w dziedzinie ekumenizmu". Dziękczynienie Bogu za to, że mimo rozłamów wiele różnych podstawowych darów bywa bazą naszej wspólnoty, nie może wygasić niepokoju o trwałość i kompletność owych darów, w dziedzinie wiary, sakramentów i życia kościelnego. Ta niezbędna troska ze strony Kościoła - troska, której ekumenizm nie powinien usypiać - oczywiście nie może być utożsamiana z samozadowoleniem katolików: jednym z owoców poprawnie odczytywanego ekumenizmu jest mocniejsza wrażliwość na to, co w różnych okresach i miejscach w życiu Kościoła katolickiego było nie dość kochane, nie dość przeżywane - mimo że należy do obecnego w Kościele depozytu. Nie pomniejszając winy tych czy innych ludzi, którzy tworzyli rozłam, zawsze miał on w tle jakieś długotrwałe i przynajmniej z pozoru akceptowane zaniedbanie, nadużycie, deficyt w czymś ważnym dla żywotności i rzeczywistej wiarygodności życia wiary. Ostatnio uwidoczniło się to w związku ze sprawą abp. Lefebvre'a i Bractwa św. Piusa X - która chociaż nie ma wymiaru głębokiego zerwania, jednak powtarza ten sam schemat: zanim doszło do nieposłuszeństwa i "odejścia" jednych, inni doprowadzili do tego, że w życiu kościelnym pewne prawdy nie były dość proklamowane, a pewne dobra - dość kochane.

Uczestniczył Pan kiedyś w luterańskim nabożeństwie, anglikańskiej czy mariawickiej mszy właśnie dla lepszego poznania i rozeznania tego, czym są żywe wspólnoty nie będące w pełnej jedności z Biskupem Rzymu?

Nie, o ile mnie pamięć nie myli, nigdy nie uczestniczyłem w nabożeństwie tych wspólnot chrześcijańskich, z którymi my, katolicy nie podzielamy tej samej wiary w Eucharystię i sakrament święceń (w zborze luterańskim byłem bodaj tylko raz, na spotkaniu ekumenicznym w trakcie pielgrzymki Benedykta XVI, asystując ówczesnemu Marszałkowi Sejmu). Chyba też nie byłem nigdy na Liturgii prawosławnej - chociaż widywałem jej odprawianie niejako "w przejściu", zaglądając do cerkwi. Z pewnym zaskoczeniem dowiadywałem się natomiast przy różnych okazjach, że to, co wśród katolików uchodzi np. za "protestanckie" w liturgii, bywa w rzeczywistości obce wielu protestantom, mocno odróżniając np. nabożeństwo luterańskie od kalwińskiego. To niewątpliwe, że reforma Lutra wniosła ze sobą także modyfikacje i zerwania w dziedzinie kultu - mimo to jest w tej tradycji cały szereg elementów tej ciągłości liturgicznej, którą w Kościele katolickim odsunięto na boczny tor w ramach posoborowej reformy liturgicznej - i to niekiedy z rzekomo "ekumenicznych" względów. Rozmawiamy w Niedzielę, która w tradycyjnym Mszale Rzymskim nosi z powodu swego introitu nazwę "Cantate" - o ile wiem, ten sam introit śpiewa się w zborze luterańskim! Takie mniejsze i większe znaki wspólnego dziedzictwa mocno przeczą obecnemu wśród katolików przekonaniu, iż odnajdywanie "wspólnego języka" katolików z luteranami to po prostu pozbywanie się średniowiecznych nabytków tradycji łacińskiej. Czasami to pozbywanie jest właśnie odsuwaniem wspólnego dziedzictwa.

Napisał Pan niedawno: „Bardzo lubię moich braci tradsów - to jest środowisko niesamowicie rozmaite i zintegrowane właściwie tylko staraniem o możliwość korzystania z wielowiekowego dziedzictwa Kościoła rzymskiego.” Jak bardzo to środowisko jest zróżnicowane i czy dostrzega Pan potrzebę zjednoczenia tradycjonalistów wokół wspólnej sprawy.

W najściślejszym sensie tzw. tradycjonaliści katoliccy to po prostu katolicy, którzy czują się osobiście przywiązani do dziedzictwa kościelnej tradycji łacińskiej - w jej wymiarze najpierw liturgicznym, a następnie w pochodnych od niego wymiarach doktrynalnym, duchowym czy dyscyplinarnym. To jest coś co można by nazwać "wielkością i nędzą" tego środowiska: wielkością - ponieważ chodzi o pewne dobro nie związane z jakąś jedną osobowością czy wrażliwością, chodzi o dobro katolickie, powszechne; nędzą - ponieważ to oznacza, że "tradsi" nie mają atrakcyjności jakiejś zwartej grupy formacyjnej. Jest natomiast prawdą, że to niemal wyłącznie tradsi stawiają na polu kościelnym sprawę praktycznego prymatu służby Bożej, rzeczywistego traktowania liturgii jako "szczytu i źródła życia chrześcijańskiego", rezerwowania dla niej prymatu właśnie dlatego, że w liturgii objawiany jest sposób obecności człowieka przed Bogiem i sposób bycia Boga wobec człowieka. Poza tym konkret "starej Mszy" i w ogóle starszej formy rytu rzymskiego to coś bardzo ważnego - nie chodzi przecież o jedną z historycznych form liturgii katolickiego Zachodu, lecz o jedyny żywy do dziś przejaw historycznego, wielowiekowego, niewykoncypowanego sposobu modlitwy Kościoła w naszym obrządku. Tradsi nie zawsze to wiedzą, ale są przez to również rzecznikami zupełnie pierwotnej tradycji duchowości - w której ramami osobistej pobożności jest obiektywna droga modlitwy Kościoła, a nie takie czy inne wynalazki "ćwiczeń duchowych" nastawionych na prywatność jednostki. Oczywiście do tego dochodzi jeszcze kontekst: tradsi są kościelnymi kontr-kulturowcami i nonkonformistami. Kontr-kulturowcami - ponieważ przywiązanie do liturgii "dawnej szkoły" daje im podparcie do sprzeciwu wobec miałkich i czasami błędnych szlaków kościelnej nowoczesności, z jej banalizacją spraw duchowych i desakralizacją; nonkonformistami - ponieważ upominając się o dziedzictwo katolickie, które w pewnym momencie posoborowym zostało zarzucone i praktycznie "zakazane", tradsi przechodzą chcąc nie chcąc szkołę niezgody na chowanie do szafy rzeczy niewygodnych, na "adaptowanie" chrześcijaństwa do liberalnego czy post-liberalnego świata. Myślę, że środowisko tradsowskie jest jednym z najlepiej przygotowanych do upominania się o społeczny wymiar wiary, o cywilizację chrześcijańską, w jej wymiarze nadprzyrodzonym i humanistycznym. Znam przy tym nasze tradsowskie przywary, pewną nadwrażliwość w niektórych tematach - ale znam też historię tych "odcisków", uwarunkowaną mocno tym, że nasi kościelni "ojcowie" rzadko chcą być dla nas ojcami.

Upraszczając nieco: czy pozbawieni "charyzmatycznego ojcostwa" tradycjonaliści w Polsce pozostaną zatem małą grupą bez planów podbicia serc większości polskich katolików, dla których środowiska tradycjonalistyczne to albo pochodna lefebrystów lub dość wąskie kółko z dość specyficznymi zainteresowaniami liturgicznymi?

To wie Bóg. Myślę, że dzisiaj nawet wewnątrz Kościoła na tradsów patrzy się z podobną mieszaniną zainteresowania, zdziwienia i irytacji lub lekceważenia - z jaką w świecie antycznym popatrywano na kłócących się Żydów. Jestem przekonany, że to właśnie tradsi niosą przez obecny etap historii pewien "kod", który po właściwym użyciu jest niezbędny całemu Kościołowi - ale po pierwsze sam ten "kod" dla wielu wygląda tak prozaicznie i "twardo" jak deski Arki Przymierza, a po drugie obecni powiernicy tego "kodu" to często "naczynia gliniane": mało wśród nich wielkich tego świata, mało wymownych i możnych... Są dwa wyjścia: albo tradsi "się zorganizują" (co szybko doprowadzi ich jednak do dziwnej konfrontacji z tym konkretnym Kościołem, któremu chcą służyć), albo znowu Pan Bóg się upomni o tę „zgraję”, ze względu na ten "kod". Już raz i drugi Pan Bóg się upomniał: tradsów w ogóle miało nie być - a są; o starej liturgii miał już nikt nigdy nie usłyszeć - a tymczasem papieżem został właśnie ten ktoś kto o konieczności uwolnienia starej liturgii mówił od dawna, i wreszcie zrobił to. Nikt nie mówi, że będzie łatwo, a tradsi będą szli czwórkami do zwycięstwa. Wierzę, że to Boża sprawa - dlatego tak bardzo widoczna jest w niej słabość ludzka; słabość rzeczników Sprawy i małość jej najzłośliwszych oponentów.

Na ile tradsi mogą przyczynić się do odrodzenia europejskiego katolicyzmu w kontekście postępującej sekularyzacji?

Można pytać o miejsce tradsów w horyzoncie "nowej ewangelizacji". Wtedy dużo zależy od tego jak w ogóle rozumiemy sens i powód "nowej ewangelizacji". Jeśli jest to - ma być - po prostu "nowa lepsza" ewangelizacja, to oczywiście z definicji kwestionuje ona formy wcześniejsze, jako zdezaktualizowane etc. Sądzę jednak, że nie o to chodzi - a nową ewangelizacją nazywa się próbę rewitalizowania wiary w tych obszarach, gdzie doszło do "milczącej apostazji" - a więc przede wszystkim na obszarach starej cywilizacji chrześcijańskiej Zachodu. Jeśli tak, można nadal pytać na czym polega ten kryzys. Mam wrażenie, że w obszarze diagnoz mamy tu praktyczny monopol opowieści o tym, że problemem jest nadmiar "sakramentalizacji", a deficyt "budzenia wiary" - czyli że nie chodzi teraz o sprowadzanie ludzi do kościołów i włączenie ich do obrzędów, lecz o formowanie ich do "dojrzałego przeżywania wiary". A jednak taka ostra dychotomia "obrzęd czy przepowiadanie" nie ma sensu: od najdawniejszych czasów przepowiadanie i formacja ma właśnie swój wymiar obrzędowy, jak katechumenat.

Ponadto niekoniecznie należy szybko zgodzić się, że to słowo katechisty ma moc większą niż obrzędy Kościoła - przede wszystkim nie przeciwstawiajmy ich sobie. Problem potrzeby nowej ewangelizacji może wynikać - przynajmniej w niektórych, ale wcale nie nielicznych środowiskach - z tego, że w pewnym momencie życiu katolickiemu zaczęło brakować właśnie liturgicznej przestrzeni osobistego, poważnego, dorosłego, kontemplacyjnego kontaktu z Bogiem. Wraz z tym, że liturgie zaczęły przejmować coraz większy ciężar innych zadań - nauczania wiary, popularyzacji Biblii, moralizowania, mobilizowania do dzieł społecznych - zawężało się w nich lub niemal gasło "światło" spotkania przede wszystkim z Bogiem. Wielu ludzi, którzy masowo opuszczali kościoły i Kościół na przełomie lat 60/70 wieku XX, zachowało właśnie takie wspomnienie, iż opuszczali miejsce, w którym nie traktowano ich poważnie, nie proponowano im religii na serio - lecz jakieś formy moralizmu i psychoterapii lub wrażliwości społecznej. Dla tych ludzi, dla ich potomstwa spotkanie z liturgią "inną", bardziej sakralną, mniej fleksybilną względem zamówień grupowych, za to proponującą właśnie "eksterytorialność" przestrzeni cichej rozmowy z Bogiem - może być wybawieniem, może być odpowiedzią na ich głód – o ile takie spotkanie zostanie ochronione przez rozsądne duszpasterstwo liturgiczne, zapewniające pewne kwantum zrozumienia i wspólnych gestów. Na razie trudno to potwierdzić w skali masowej - ponieważ zarówno w świecie, jak i w Kościele propozycja "tradsowska" jest otoczona wysokim murem podejrzeń: to przecież "integryści", antysemici, faszyści, "nostalgicy", "schizmatycy" itd. Może jednak przyjść taki moment, w którym zarówno Kościół, jak i "szukający sensu" postchrześcijanie przestaną się zatrzymywać na tych etykietkach i wywoływanych przez nie strachach.

Dziękuję za rozmowę

Źródło informacji: http://www.ekumenizm.pl

wtorek, 26 marca 2013

o. Grzegorz Kramer do braci tradycjonalistów


Papież stoi na straży depozytu wiary – również w ekumenizmie




Papież będzie na tyle ekumeniczny, na ile jest misjonarski. Jego przynależność do jezuitów powinna go motywować do dalszej pracy na polu ekumenicznego pojednania i jedności z Kościołami czy wspólnotami kościelnymi odłączonymi od Kościoła Chrystusowego – mówi portalowi Fronda.pl ks. Marek Grabowski FSSP.

Fronda.pl: Minęło kilka dni pontyfikatu Ojca Świętego Franciszka. Mamy za sobą jego wybór, pierwsze Msze św., w tym inaugurującą. Jakim czasem dla Kościoła będzie panowanie Franciszka?

fot. ks. Marek Grabowski (http://fssp.pl/)
Ks. Marek Grabowski (Bractwo św. Piotra): Jest to niezwykle skomplikowane pytanie, gdyż tu nie może być jednoznacznej odpowiedzi. Żyjemy w świecie zdominowanym przez świeckie media, które wiecznie próbują narzucić ton naszego myślenia. W tym tonie to nowy papież ma się rozprawić ze skandalami, rozgromić Kurię Rzymską i wiele innych. Media nigdy nie podejmą tematu, iż Kościół to przede wszystkim Mistyczne Ciało Chrystusa. Papież jest namiestnikiem Chrystusa i jego pierwszym zadaniem jest strzeżenie depozytu wiary. Nie reformowanie Kurii, nie zajmowanie się skandalami, nawet nie dbanie o liturgię. Zadaniem jest strzeżenie depozytu wiary. Papież Franciszek na pewno wypełni to zadanie. Jako Ojciec Święty papież Franciszek będzie zgodnie z dogmatem nieomylny w kwestiach wiary i moralności. Spoglądając na przeszłość kard. Bergoglio nie możemy mieć więc wątpliwości, jak bardzo papież Franciszek będzie bronił katolickiej wiary i moralności.

Wiele kontrowersji w środowiskach tradycjonalistycznych wzbudził „styl liturgii” Franciszka. Z jednej strony brzmiały – często w zbyt ostrej formie – utyskiwania na Ojca Świętego, z drugiej padały wyważone opinie. Jakie jest Księdza zdanie na ten temat?

Papież Franciszek niezwykle nalega na prostotę, ubóstwo i pokorę, również w liturgii. Wiele krytyki obserwujemy z powodu faktów, iż papież nie przywdział mucetu, następnie odpowiednich butów, etc. Pełną krytyką zostały następnie objęte Msze sprawowane przez Ojca Świętego Franciszka. Istotnie, jest to wyraźne odejście od stylu papieża-emeryta Benedykta XVI. Czy powinniśmy się oburzać? Czy powinniśmy się zamartwiać? Zreformowany ryt Mszy świętej pozwala na znaczną dowolność. Nasz Ojciec Święty sprawując ten ryt, korzysta z tej dowolności, starając się ograniczyć pompę celebracji.

Nikt z nas nie jest godzien osądzać Namiestnika Chrystusa, ale należy sobie zadać słuszne pytanie, czy minimalizacja liturgii to prawdziwy akt pokory i ubóstwa? Św. Pius V złamał tradycję i nie przywdział papieskiej purpurowej sutanny, pozostał w białym habicie dominikańskim. Jest to akt rewolucyjny, a jednak papież Pius V pozostał zapamiętany jako jeden z tych najbardziej konserwatywnych. Kwestia liturgii to rzecz wiecznie skomplikowana. Papież Franciszek chce podkreślić ubóstwo i pokorę Kościoła, więc naturalnie liturgia ma to wyrażać. Pytanie czy liturgia wyraża nasz stan tu na ziemi czy jest przedsionkiem Nieba? Jest to kwestia światopoglądu. Na koniec, nie zapominajmy, iż w centrum liturgii pozostaje Chrystus. Nieważne jak ubogie są ryty, bo swoją obecnością Chrystus nieskończenie je wzbogaca.

Czy możemy spodziewać się zmian dotyczących zakresu możliwości celebracji Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego?

Oficjalne stanowisko Papieża Franciszka nie jest znane. Ufam, iż papież Franciszek będzie kontynuował linię swojego poprzednika. Papiestwo to nie parlament demokratyczny. Tu każdy papież nie zmienia polityki według swoich poglądów bardziej konserwatywnych czy liberalnych. Ograniczenie dostępu do nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego byłoby jasnym znakiem, iż Jego Świątobliwość Franciszek dał się wciągnąć w rozgrywki polityczne. A przecież z tym pontyfikatem tak bardzo wielu liczyło na odpolitycznienie Kurii. Niespecjalnie widzę papieża Franciszka odprawiającego ryt trydencki, ale z drugiej strony to jezuita, a jezuici lubią zaskakiwać. Myślę, iż tak jak powiedział ks. dr Wojciech Grygiel, powinniśmy dać Ojcu Świętemu czas. Nie sądzę, by nastąpiły ograniczenia dostępu do rytu trydenckiego. Problemem może jednak być zmiana atmosfery w staraniu się o powszechność nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. Można się obawiać, iż niektórzy wykorzystają raczej nieprawdziwe słowa i odpowiedzą odnośnie prośby o Msze w rycie „trydenckim” w danej diecezji: „Niestety nie. Karnawał już się skończył”.

A co z ekumenizmem? Czy Franciszek będzie kontynuował linię Benedykta XVI w tej materii? Czy możemy spodziewać się aktów prawnych podobnych do „Anglicanorum coetibus”, czy raczej będzie to jedynie czas miłych gestów i kurtuazji, z których nic konkretnego nie wynika?

Papież Benedykt XVI był najbardziej ekumenicznym wśród papieży. Zgodnie z linią wyznaczoną w encyklice bł. Jana Pawła II prawdziwa jedność z Kościołem może znajdować się tylko „z Piotrem i pod Piotrem”, papież Benedykt XVI doprowadził do pojednania z dużą częścią Wspólnoty Anglikańskiej. Tuż po wyborze papieża Franciszka pojawiały się zdjęcia z jego uczestnictwa w różnych nabożeństwach akatolickich czy też achrześcijańskich. Papież Franciszek jest Namiestnikiem Chrystusa – jest namiestnikiem Zbawiciela, czyli Tego, który ma zbawić każdego z nas. Będąc jezuitą i przyjmując imię Franciszek, ufam, iż jest to sygnał dla Kościoła do odrodzenia misjonarstwa. Ekumenizm to nic innego, jak misjonarstwo. Św. Franciszek Ksawery świetnie z tego zdawał sobie sprawę. Papież będzie na tyle ekumeniczny, na ile jest misjonarski. Jego przynależność do jezuitów powinna go motywować do dalszej pracy na polu ekumenicznego pojednania i jedności z Kościołami czy wspólnotami kościelnymi odłączonymi od Kościoła Chrystusowego. Naturalnym kolejnym krokiem byłaby odpowiedź na prośby konserwatywnych luteranów, podobna do odpowiedzi danej byłym anglikanom. Ufam więc, iż papież Franciszek mądrze wykorzysta swoją jezuicką gorliwość w kwestiach ekumenicznych – w kwestiach misjonarstwa świata.

Bóg zapłać za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski

oprac. AM

Źródło informacji: FRONDA.pl

piątek, 8 marca 2013

Liturgia dla dzieci nie powinna się niczym różnić od tej dla dorosłych



Superman na ornacie i strzelanie z pistoletu na wodę święconą - dobre metody ewangelizacji dzieci, czy totalne przegięcie? - zapytaliśmy ks. Grzegorza Śniadocha IBP z Duszpasterstwa Tradycji Katolickiej w Białymstoku.

Marta Brzezińska: Co Ksiądz sądzi o odprawianiu Mszy świętej w ornacie z Batmanem i serii z pistoletu na wodę święconą? Dzieciaki piszczą z radości...

Ks. Grzegorz Śniadoch IBP, Duszpasterstwo Tradycji Katolickiej w Białymstoku: Na występie w cyrku też by piszczały, tylko czy chodzi nam o „piszczenie i radość” czy też o przekaz Prawdy i naszej wiary? Ten ksiądz robi coś, co nie licuje z powagą liturgii, która jest kultem Bożym. Coś takiego mogę sobie robić – oczywiście w stopniu ograniczonym – na lekcjach religii, choć one także są poważną sprawą, ale w żadnym wypadku podczas świętej liturgii. Pojawia się pytanie, czym jest dla nas sprawa relacji z Panem Bogiem, jeśli zaczynamy sprowadzać ją do zabawy. Czym dla mnie jest wiara i Kościół katolicki jeśli do mówienia o nich korzystam z rzeczy, które nie istnieją? Ksiądz z Meksyku naszył sobie na ornacie Supermana, tylko że Superman nie istnieje, a my mówimy o rzeczach, które istnieją. Obiektywnie. Kiedy mówimy o Panu Jezusie czy aniołach, to przecież one istnieją. Ksiądz Humberto Alvarez odwołuje się do amerykańskich pseudobohaterów, które nie istnieją, są tylko w komiksie. Co to wnosi?

Są symbolami odwiecznej walki ze złem – tak tłumaczy ks. Alvarez. W gruncie rzeczy, kapłan miał dobre motywacje...

Pobudki może są dobre, ale wykonanie jest beznadziejne. Superman jest odwiecznym symbolem warki o demokrację i wolność Ameryki. Ale on nie istnieje. My mamy tysiące naszych bohaterów, nieznanych. Ks. Alvarez pochodzi z Meksyku, dlaczego nie wyszyje sobie na ornacie Cristeros jako bohaterów walki o wiarę, wolność.

Jasne, żywoty świętych to fascynujące, a niekiedy wręcz zapierające dech w piersiach historie, ale... dla mnie, czy dla księdza. A dwa dwulatka? Mam chrześniaka, który ma 4-lata i przedstawia się jako Spiderman, bo to jego bohater. Wątpię, żeby zafascynowała go postać św. Franciszka... Ma Ksiądz jakąś receptę, żeby zaaktywizować najmłodszych?

Ja nie powiedziałem, że w ogóle w homiletyce nie można użyć bohaterów kreskówek jako figur retorycznych. To może być jakiś punktem zaczepienia. Ale jeśli uwieczniam Supermana na ornacie, który dla mnie jest konkretnym symbolem krzyża niesionego przez kapłana, to następuje pewne pomylenie. Albo ja nie wiem, co to jest natura liturgii, albo wszystko ze sobą mieszam. Ornat jest przecież poświęcony! To szata sakralna - kapłańska, której używamy tylko do Mszy świętej. Nie używamy go do błogosławieństw czy nabożeństw, bo do tego służy już kapa. Ksiądz Alvarez umieścił na orancie symbol, który jest niechrześcijański, który nie istnieje, w najlepszym przypadku jest neutralny, o ile w ogóle istnieje neutralność w relacjach dobra ze złem. Takim działaniem robię głębokie zamieszanie w sercach dzieci. Nic nie tłumaczę, tylko mieszam. Jak ja to później odkręcę? Umieszczę na ornacie Chrystusa, bo to także odwieczny symbol walki dobra i zła? Jak dziecko ma odróżnić który symbol jest prawdziwy, a który sztuczny, skoro jeden i drugi jest na ornacie?

Mógł to jakoś dzieciom tłumaczyć, z lepszym bądź gorszym skutkiem, ale zostawmy tę kwestię. Chciałabym zapytać, czy to co robi ten ksiądz mieści się w ogóle w granicach przepisów?

Nie. Nie widziałem wprawdzie całej liturgii, a jedynie zdjęcia, ale podejrzewam, że kanonów, które on łamie, jest cała lista. Widziałem kilka mszy odprawianych przez księży latynoamerykańskich i mogę sobie wyobrazić, jak wygląda ta odprawiana przez ks. Alvareza. Lista złamanych kanonów jest bardzo długa. Na wschodzie mówią na liturgię „Służba Boża” i jest to piękne i głębokie określenie, tylko wydaje mi się że w tym przypadku nie ma służenia Bogu, tylko komponowanie liturgii pod dzieci i można powiedzieć, że jest „służenie ludziom”. Takie Eucharystie nie mają nic wspólnego z tym, co naucza Kościół czy proponował papież Benedykt. Nawet jeśli ksiądz jakoś to tłumaczył, to nie podnosił poprzeczki intelektualnej dzieciom. Najpierw pokazuje Supermana, który nie istnieje, a później pokazuje Pana Jezusa, który już istnieje? Po co tak komplikować sytuację? Ksiądz utrudnił sprawę, stworzył dodatkowe etapy przekładania prawdy, z którą chce dotrzeć do umysłu dziecka, stworzył stopnie, które mógł ominąć. Dlaczego nie pokazał dzieciakom Cristeros? Tam z pewnością to znane postaci. Oni naprawdę istnieli. Tam były także dzieci-męczęnnicy!

Zostawmy księdza z Meksyku, porozmawiajmy o naszym polskim gruncie. Podobają się Księdzu Msze dla dzieci?

Może to dziwnie zabrzmi, ale osobiście jestem wielkim wrogiem Mszy dla dzieci. Niech Pani weźmie wszystkie cztery Ewangelie, Dzieje Apostolskie, listy św. Pawła i pisma Ojców Kościoła i znajdzie mi choć jeden przykład homilii dla dzieci. Nie mówię nawet liturgii, samej homilii. Czy Pan Jezus uczył dzieci?

Mówił: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”.

Zgadza się – przychodzić. Błogosławił je, rozmawiał z nimi i koniec. Pan Jezus ewangelizował rodziców. A rodzice mieli wychowywać swoje dzieci.

To Księdza zdaniem od kiedy można zabierać dzieci na Mszę świętą?

Teoretycznie, od maleństwa. Ale jeżeli dziecko przeszkadza w liturgii, to należy wyjść z nim do kruchty. Małe dziecko nie ma przecież obowiązku uczestnictwa. Ten obowiązek nabywa wtedy, kiedy zaczyna intelektualnie rozróżniać. Oczywiście, można wcześniej zaczynać próby przyprowadzania go na Eucharystię, ale uważam, że liturgia dla dzieci nie powinna się niczym różnić od tej dla dorosłych. Niczym. Dziecko rozumie na poziomie dziecka tyle, ile może. Będzie dorastało, będzie rozumiało coraz więcej. Nie możemy modelować i konstruować liturgii „pod” dziecko, skoro ona jest kultem Bożym. Jest raz ustanowiona przez Kościół, ma takie, a nie inne przepisy ją regulujące. Kapłan jest tylko wykonawcą kultu. Na jakim poziomie jestem, na tyle rozumiem. Nawet wśród dorosłych jest różny poziom „rozumienia” i zaangażowania duchowego.

Warszawscy dominikanie mają ciekawy pomysł na Msze święte dla dzieci. Głoszą homilię „normalną”, dla dorosłych, a najmłodsi w tym czasie wychodzą do innego pomieszczenia, gdzie jest nauka specjalnie dla nich. To byłby Ksiądz w stanie zaakceptować?

Czemu nie? Jest to oczywiście nowoczesne podejście, ale jakoś mieści się w dopuszczalnych wersjach tego, co można zrobić. Zakładając oczywiście, że dominikanie robią tak, że na jednej Mszy są różne są tylko homilie, ale reszta Mszy jest dla wszystkich wspólna.

Ja się po prostu boję, że zaproponowana przez Księdza wersja także byłaby problematyczna. Bo miałabym nie zabierać dziecka do kościoła, kiedy jest małe i przeszkadza i nagle kazać 6-latkowi chodzić co niedzielę na Mszę? Nie uważa Ksiądz, że urwałabym się choinki?

Pani wyostrzyła mój pogląd. Sześcioletnie dziecko już dawno jest świadome, nawet czteroletnie może wytrzymać godzinę bez biegania. Oczywiście, ma Pani rację, że gdybyśmy nagle kazali sześciolatkowi chodzić do kościoła, bez wcześniejszego praktykowania, to jest to zbyt duży czas. Jeśli parafia miałaby taką możliwość, to czemu miałaby nie pozwolić sobie na to, żeby dla dzieci homilia była głoszona w oddzielnym pomieszczeniu? Podobne praktyki widziałem we Francji, i to nawet w bardziej tradycyjnych parafiach. To metoda dość nowoczesna, ale dlaczego by z niej nie skorzystać, jeśli jest taka możliwość? Trudno jednak sobie wyobrazić, by każda parafia w Polsce miała oddzielną salkę i tylu księży, by móc głosić oddzielne kazania. Ale to mieści się w pewnych kategoriach. Z pewnością, jest dużo lepsze niż to, co zaproponował ksiądz z Supermanem na ornacie.

Cieszę się, że doszliśmy do jakiegoś konsensusu (śmiech). Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marta Brzezińska

Źródło informacji: FRONDA.pl

Ksiądz Tradycji na parafii

x. Sergiusz
Dwaj Księża z Instytutu Dobrego pasterza, znani w środowisku Tradycji w Polsce, rozpoczęli od jesieni posługę w dwóch odległych od siebie diecezjach: x. Sergiusz Orzeszko w diecezji szczecińsko-kamieńskiej, oraz x. Grzegorz Śniadoch w diecezji białostockiej. Zapytaliśmy ich, jak wygląda ich codzienna praca, jakie są ich bolączki i radości. Poniżej prezentujemy fragmenty wypowiedzi jednego z nich, x. Sergiusza Orzeszko. Cała wypowiedź, jak i wypowiedź drugiego kapłana, x. Grzegorza Śniadocha, znajduje się w 11 numerze Nova et Vetera.

Jak doszło do tego, że Ksiądz, kapłan zgromadzenia IBP, został wikarym w parafii w diecezji szczecińsko-kamieńskiej?

Proces trwał dłuższy czas. Od momentu kiedy przyjechałem do Polski odprawiałem Msze prymicyjne w każdą niedzielę co raz to w innym mieście, ponieważ zostałem zaproszony przez prawie wszystkie środowiska wiernych przywiązanych do formy nadzwyczajnej rytu rzymskiego aktualnie rozwijające się w Polsce. Siłą rzeczy musiałem przemieszczać się bez przerwy po naszym kraju spotykając się z licznymi wiernymi, którzy chcieli wykorzystać moją obecność, aby porozmawiać o bożych sprawach i dowiedzieć się, jak funkcjonuje Instytut Dobrego Pasterza we Francji czy Brazylii. W między czasie była piesza pielgrzymka grupy „biało-czarno-czerwonej”, z którą idę co rok na Jasną Górę, aby oddać swoje troski Matce Przenajświętszej. W między czasie poznałem bardzo dużo kapłanów i poruszaliśmy oczywiście tematy skupione wokół kwestii czym jest tradycja katolicka i organiczny proces zmian w liturgii rzymskiej. Korzystałem, podczas wielu rozmów z okazji, aby zapytać czy taki czy inny biskup mógłby mnie przygarnąć do siebie i dać szanse mojej wspólnocie na erygowanie domu. Po prawie 6 miesiącach, gdy już czas prymicji się skończył ks. Grzegorz i ja otrzymaliśmy w bardzo krótkim czasie 4 poważne propozycje. Ostatecznie, za aprobatą naszego Superiora Generalnego, ja zostałem przyjęty na czas próby przez Jego Ekscelencje arcybiskupa Andrzeja Dzięgę. Po rekolekcjach u ojców franciszkanów Niepokalanej (FI) zostałem skierowany na prawach wikariusza do pomocy do parafii p.w. bł. Michała Kozala w Świnoujściu.

Jak został Ksiądz przyjęty w Świnoujściu?

Myślę, że zostałem przyjęty bardzo życzliwie. Zawsze marzyłem jako kleryk, aby w czasie neoprezbiteratu mieć przełożonego z dużym doświadczeniem kapłańskim, który dałby mi możliwość szybkiego wdrożenia się w niuanse pracy duszpasterskiej. Właśnie tak się stało. Od chwili, gdy ordynariusz mnie przygarnął, mogę śmiało powiedzieć, że cieszę się zaufaniem ze strony ks. Kan. Romana Garbicza, proboszcza parafii, co sprawia, że każdy wypełnia swoje obowiązki w przyjaznej i życzliwej atmosferze, czyli nurzamy się w błogoslawionej prozie życia kapłańskiego!

Na czym polega codzienna praca Księdza?

Moja podstawowa rola w parafii polega na spowiadaniu, nawiedzaniu chorych i odprawianiu Mszy świętej wszechczasów o godzinie 09.00 w tygodniu, a w święta nakazane i niedziele o 16.00. Chodziłem też „po kolędzie”. Gdy mam wolny czas, uczę się we własnym zakresie. Stopniowo zapoznaję ludzi z formą nadzwyczajną rytu tłumacząc im poszczególne niuanse liturgi,i jak również prowadzę cotygodniowe próby śpiewu gregoriańskiego, który, jak wiemy, jest fundamentem muzyki liturgicznej w obrządku rzymskim.

Jakie padały pytania od wiernych na temat specyficznej posługi Księdza?

Wierni w parafii wbrew oczekiwaniom, nie są powszechnie zainteresowani rytem trydenckim jako takim, ale za to chcą żeby kapłan rozwiązywał skutecznie ich problemy duchowe i był godny zaufania. Dopiero z upływem czasu, gdy widzą, że traktuję ich poważnie, stopniowo zaczynają zadawać pytania dlaczego tak, a nie inaczej się modlę... Dlaczego zawsze po łacinie? Dlaczego zawsze odwrócony do nich plecami? Dlaczego trzymam palce złączone po Przeistoczeniu? Ile trzeba czasu, żeby nauczyć się śpiewać kyriale „De Angelis”? 95% wiernych którzy przychodzą na „moją Mszę” to ludzie, którzy pierwszy raz zetknęli się z tą formą liturgii. Jest to dla nich dość szokujące, ale kredyt zaufania wobec mojej osoby sprawia, że wracają...I to jest trzódka, której staram się dawać to, co najlepsze z mego kapłaństwa!

kz

Źródło informacji: http://www.wieden1683.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.