______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

poniedziałek, 30 listopada 2015

Z księgarskiej półki: Godzina Kusiciela - Męka, cierpienie i ukrzyżowanie Kościoła


W książce Godzina Kusiciela ks. Malachi Martin stawia tezę, iż historia Kościoła stanowi odzwierciedlenie życia Chrystusa, zaś obecny jej etap odpowiada Męce, Cierpieniu i Ukrzyżowaniu Zba-wiciela. Bezpośrednią inspiracją rozmowy była chęć zadania Autorowi pytań związanych z jego inną książką  "Dom smagany wiatrem".

W czasie Ukrzyżowania Odkupiciela wydawało się, iż siły zła zatryumfowały. Podczas swej Męki Chrystus Pan powiedział: "to jest wasza godzina i panowanie ciemności" (Łk 22, 53). Obecnie po-nownie odnosi się wrażenie, że siły zła tryumfują. Legalnie usank-cjonowana aborcja, kult brzydoty we współczesnej kulturze oraz szeroko rozpowszechniona pornografia posiadają wyraźne znamię inspiracji diabelskiej. Wyraźnymi oznakami działania Złego są rów-nież masowe odstępstwa od wiary, skandale wstrząsające Kościo-łem, prześladowania dobrych kapłanów oraz słabnący opór duchowieństwa wobec rozmaitych współczesnych aberracji.

Nie wolno nam jednak zapominać, iż owo pozorne zwycięstwo Złego jest jedynie krótkotrwałe. Tak jak w przypadku Męki Chry-stusa pozorne zwycięstwo sił zła przyćmione zostało przez chwałę Zmartwychwstania, również pozorne zwycięstwo Złego w chwili obecnej zostanie w wyznaczonym przez Boga czasie przyćmione przez odnowę, stanowiącą początek przyszłej chwały Kościoła. Wiemy, że dzień ten nadejdzie, jako że Matka Boża obiecała nam w Fatimie: "Na koniec Moje Niepokalane Serce Zatryumfuje".

Naszym obowiązkiem jako chrześcijan jest pracować dla przyspieszenia dnia tryumfu Niepokalanego Serca Maryi. Możemy się do tego przyczynić poprzez nieustanną modlitwę, wypełnianie naszych codziennych obowiązków w duchu chrześcijańskiej radości, ofiarowanie naszych krzyży oraz cierpień, a także wspieranie tych, którzy pracują w Winnicy Pańskiej dla odnowienia wszystkiego w Chrystusie. Godzina Kusiciela stanowi transkrypcję nagrań trzech wywiadów przeprowadzonych z ks. Malachim Martinem, który niegdyś był jezuitą pracującym w Watykanie, a później księdzem egzorcystą w USA, autorem wielu bestselerów.

Wywiady te, zarejestrowane w roku 1997, stanowiły siódmą z ośmiu sesji nagrań zorganizowanych w ostatniej dekadzie życia ks. Martina przez kanadyjskiego dziennikarza i wydawcę Bernarda Janzena. Pozostałych pięć broszur z tej serii: Catholicism Overturned, The Eternal War, Królestwo Ciemności (The Kingdom of Darkness), Peter in Chains oraz The Deserted Vineyard będzie można nabyć w naszym wydawnictwie.

Aneks 1 (w wydaniu polskim) zawiera nieznany ogółowi tekst z XIX wieku ze autentycznego spotkania "Filozofów i teologów rozprawiających jak zniszczyć Kościół". Zapowiadany scenariusz jest właśnie finalizowany.


**********

x. Malachi Martin

GODZINA KUSICIELA 
Męka, cierpienie i ukrzyżowanie Kościoła

Wydawnictwo ANTYK Dybowski, Warszawa 2015
Format: A5, ss. 120, op. miękka, cena 33,00 zł
Do nabycia na stronie internetowej wydawnictwa

O encyklice Laudato si: rozmawiajcie ze zwierzętami – wszak jesteście jednymi z nich…



Zgodnie z ewolucyjną eschatologią Teilharda de Chardin, papież Franciszek usiłuje narzucić Kościołowi kolejną posoborową nowinkę: wezwanie do „ekologicznego nawrócenia”, pociągające za sobą degradację człowieka do poziomu elementu świata naturalnego.

Ostateczna, oficjalna, skorygowana wersja Laudato si (LS) została właśnie formalnie zaprezentowana światu przez triumwirat mianowany przez papieża Franciszka: kardynała Turksona, wychwalanego przez „Vatican Insider” za „obronę gejów przed dyskryminującym ich prawodawstwem Ugandy”, fanatycznego głosiciela zmian klimatycznych Hansa Joachima Schellnhube, powołanego właśnie przez Franciszka do Papieskiej Akademii Nauk (czyli Ateistów...), oraz prawosławnego arcybiskupa Jana Zizioulasa, reprezentującego „Ekumeniczny” Patriarchat Konstantynopola, a będącego rzekomo wybitnym ekologiem.

Encyklika – wybuch retorycznej lawy

Ukończyłem lekturę włoskiej „wersji roboczej” tego liczącego 185 stron dokumentu, mającego usprawiedliwić angażowanie autorytetu Kościoła po stronie „eko-faszyzmu” i fanatycznych głosicieli globalnego ocieplenia, a która wydaje się być identyczna z ostateczną wersją dokumentu. Jak wiemy, Sandro Magister spowodował „wyciek” tej „wersji roboczej” do prasy, za co zapłacił cofnięciem akredytacji dziennikarskiej.

Streszczenie tego co znalazłem w tym dokumencie – rzeczy złych, oraz – jak to zazwyczaj bywa w przypadku niezwykle rozwlekłych dokumentów epoki posoborowej – elementów dobrych, przedstawiłem już w osobnym tekście. W tym miejscu chciałbym skupić się na jednym z najbardziej kłopotliwych aspektów tekstu, który – jak się obawialiśmy – stanowić będzie kolejną erupcję Wezuwiusza, na przestrzeni ostatnich dwu i pół lat grzebiącego wszystko na swej drodze pod potokami retorycznej lawy.

Poinformowawszy nas, że „choć zmiany należą do dynamiki złożonych systemów, prędkość, jaką im narzucają ludzkie działania, kontrastuje dziś z naturalną powolnością ewolucji biologicznej”, Franciszek – tzn. komitet, który połączył w jedną całość dokumenty w encyklice tej zawarte – przedstawia następujący, ewolucyjny wizerunek człowieka:
Człowiek, choć jest również objęty procesami ewolucyjnymi, niesie ze sobą pewną nowość, której nie da się wyjaśnić przez ewolucję oraz inne systemy otwarte. Każdy z nas ma jakąś tożsamość osobistą, zdolną do wejścia w dialog z innymi i z samym Bogiem. Zdolność do refleksji, rozumowania, kreatywności, interpretacji, twórczości artystycznej i inne oryginalne możliwości ukazują pewną wyjątkowość, która wykracza poza dziedzinę fizyczną i biologiczną. Nowość jakościowa, jaką oznacza powstanie bytu osobowego w ramach materialnego wszechświata, zakłada bezpośrednie działanie Boga, szczególne powołanie do życia i do relacji jednego „Ty” z innym „ty”.
„Nowość jakościowa” osobowego bytu...

Na próżno szukałem w tekście LS jakichkolwiek odniesień do tego, co my – katoliccy „fundamentaliści” – powszechnie, jakkolwiek staromodnie, określamy mianem duszy. Nic takiego jednak nie znalazłem, poza luźnym nawiązaniem w paragrafie 233., stanowiącym w kilku ostatnich paragrafach tego dokumentu rodzaj „katolickiego suplementu” do całkowicie humanistycznej prezentacji oblicza „kryzysu ekologicznego”. Na początku rozdziału 2. tej książki, określanej mianem encykliki, Franciszek stawia zdumiewające pytanie: „Dlaczego w tym dokumencie, skierowanym do wszystkich osób dobrej woli, znalazł się rozdział o przekonaniach ludzi wierzących?”. Fakt, iż papież może traktować „przekonania ludzi wierzących” jako dodatek do encykliki papieskiej, mówi nam wiele o kondycji obecnego Kościoła.

Przyjmijmy, że słowa, pod którymi podpisuje się Franciszek, powinny być interpretowane zgodnie z ich powszechnym rozumieniem, a wbrew temu co rzekomo „naprawdę” oznaczają – o czym niewątpliwie będzie się nas starał przekonać Jimmy Akin (...). Przyjąwszy to założenie należałoby uznać, iż według LS poprzez jakieś bliżej nieokreślone „bezpośrednie działanie Boga” człowiek „powstał” jako „byt osobowy” ze świata materialnego, cechowała go jednak „nowość jakościowa”, odróżniająca go od innych zwierząt, które również „pojawiły się” ze świata materialnego w „procesach ewolucyjnych”.

W Księdze Rodzaju czytamy, że „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”. Nie znajdujemy tam wzmianki o tym, że człowiek jest „nowością jakościową”, wyłaniającą się z procesu ewolucyjnego jako „byt osobowy”. Jako że człowiek posiada duszę, stoi on z samej swej natury ontologicznie ponad wszystkimi innymi istotami żywymi, nawet wziętymi razem.

Biblijna nauka o człowieku

Słuszne i sprawiedliwe byłoby więc – w istocie stanowi to imperatyw moralny – poświęcenie każdego zwierzęcia niższego dla uratowania choćby jednej ludzkiej duszy. Dlatego właśnie Zbawiciel powiedział rzeszom, które chwilę wcześniej ostrzegał przed kłamstwami faryzeuszy: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Łk 12, 4–7).

Bóg nie zapomina nawet o rzeczach tak błahych jak wróble sprzedawane na targu za grosze, a tym bardziej o każdym człowieku posiadającym nieśmiertelną duszę, który wart jest daleko więcej niż jakiekolwiek zwierzę. Taki jest właśnie sens nauczania Chrystusa Pana.

W odpowiedzi na pytanie czy Adam w stanie niewinności panował nad zwierzętami, św. Tomasz podaje wyjaśnienie zgodne tym, czego zawsze nauczał Kościół: „Ponieważ człowiek – jako stworzony na obraz Boga – stoi ponad innymi zwierzętami, słusznie jego rządom są podległe inne zwierzęta” (ST I, q. 96, art. 1).

Jedynie w konsekwencji grzechu pierworodnego „człowiek ukarany został poprzez nieposłuszeństwo ze strony tych stworzeń, które powinny być mu podległe”. Stan rzeczy po upadku jest więc wyrazem buntu przeciwko człowiekowi, będącemu z ustanowienia Bożego panem nad stworzeniem. Człowiek nie utracił jednak swej wrodzonej wyższości względem innych zwierząt, ani swego tytułu do rządów nad nimi.

Dlaczego więc Franciszek nie potwierdza prostej prawdy, że Bóg obdarzył człowieka nieśmiertelną duszą o nieskończonej wartości, stawiając go w ten sposób ponad wszystkie inne stworzenia? I dlaczego cytując słowa Chrystusa o wróblach z Ewangelii wg św. Łukasza, pomija fragment: „Jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”? Być może odpowiedzi szukać należy w konsekwencji tego kim jest człowiek na mocy faktu posiadania nieśmiertelnej duszy: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1, 28).

„Ekologiczne nawrócenie” i degradacja człowieka

Fragment ten jest jednak kłopotliwy dla Franciszka, usiłującego narzucić Kościołowi kolejną nowinkę: wezwanie do „ekologicznego nawrócenia”, co wymaga degradacji człowieka – choć stanowiącego „nowość jakościową” – do rangi elementu świata naturalnego. Pozostaje to w zgodzie z ewolucyjną eschatologią Teilharda de Chardin, której wyraźny wpływ dostrzec można w dwóch kolejnych paragrafach.

Czyniąc wyraźny ukłon w stronę Teilharda, Franciszek pisze: „Cel drogi wszechświata to Boża pełnia, którą osiągnął już zmartwychwstały Chrystus, będący fundamentem powszechnego dojrzewania. W ten sposób dodajemy kolejny argument, aby odrzucić wszelkie despotyczne i nieodpowiedzialne panowanie człowieka nad innymi stworzeniami. My sami nie jesteśmy ostatecznym celem wszystkich innych stworzeń. Wszystkie zmierzają wraz z nami i przez nas ku ostatecznemu kresowi, jakim jest Bóg w transcendentalnej pełni, gdzie zmartwychwstały Chrystus wszystko ogarnia i oświetla. Ponieważ człowiek, obdarzony inteligencją i miłością, pociągany jest pełnią Chrystusa, powołany jest, by przyprowadzić wszystkie stworzenia do ich Stwórcy”.

Pomińmy już ideę, wedle której zmartwychwstały Chrystus „osiągnął” Bożą pełnię. Jezuicka teologia Franciszka z lat 70. XX wieku jest zaiste wyjątkowo ciężkostrawna. Zwróćmy jedynie uwagę, że człowiek został tu zredukowany do roli kogoś w rodzaju ewolucyjnego dra Dolittle, prowadzącego swe zwierzaki do nieba w procesie „powszechnego dojrzewania” – wie bowiem którędy iść, a one będą postępować za nim.

Ta wizja człowieka oraz zwierząt postępujących wspólnie ku temu, co jawi się jako teilhardiański punkt Omega, wydaje się być trudna do pogodzenia z faktem, iż człowiek może znajdować przyjemność na przykład w zjedzeniu dobrego steku czy w polowaniu na kaczki. W istocie wydaje się być ona trudna do pogodzenia nawet z nabywaniem pięciu wróbli za dwa sykle w celu sporządzenia z nich posiłku.

Franciszek bojownikiem „praw zwierząt”?

Co więc z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, wedle którego wszystkie stworzenia istnieją po to, by człowiek z nich korzystał, oczywiście w sposób odpowiedzialny, co oznacza niemarnotrawienie darów Bożych? Musi ono oczywiście zostać zapomniane i Franciszek porzuca je bez skrupułów: „Kościół nie mówi dziś, upraszczając, że inne stworzenia są całkowicie podporządkowane dobru człowieka, jak gdyby nie miały one wartości samej w sobie i jakbyśmy mogli nimi dysponować do woli”.

Mamy tu do czynienia z tym, co stało się już stałym elementem rozlicznych wypowiedzi papieża Franciszka – z posługiwaniem się fałszywymi antytezami. „Całkowite podporządkowanie” stworzeń człowiekowi nie sprzeciwia się w rzeczywistości faktowi posiadania przez nie wartości „samej w sobie”, albowiem wszystkie elementy stworzenia posiadają wartość samą w sobie, włączając w to drzewa, które ścinamy „wedle naszej woli” na ogień czy też różnego rodzaju zwierzęta, którymi „dysponują do woli” myśliwi. Z tego właśnie powodu w cytowanym wyżej rozdziale Sumy św. Tomasz zauważa, że „polowanie na dzikie zwierzęta jest sprawiedliwe i naturalne, ponieważ w sposób ten człowiek wykonuje swe naturalne prawo”.

Stosując podobną „logikę”, można by wysunąć argument, że królowi nie wolno podporządkowywać sobie swych poddanych, ponieważ posiadają oni wartość samą w sobie. Użycie w tym kontekście słowa „całkowicie” potęguje jedynie zamieszanie. Czy więc zwierzęta są jedynie „częściowo” podporządkowane człowiekowi? Czy istnieje jakaś granica podporządkowania, której przekroczyć nie mamy prawa? Czy Franciszek usiłuje przemycić w ten sposób do nauczania Kościoła katolickiego „prawa zwierząt”?

Nie ulega wątpliwości, że złem jest wszelkie nieuzasadnione okrucieństwo wobec zwierząt lub marnowanie pożywienia, jakiego one dostarczają. Jest to jednak złem dlatego, iż nadużycie władzy człowieka nad zwierzętami stanowi wykroczenie przeciwko Bogu, a nie przeciw zwierzętom.

Papież nadużywa hymnu świętego Franciszka

Trudno o jaskrawszą próbę zantropomorfizowania życia zwierząt niż stwierdzenie, że Ziemia jest naszą matką, którą jesteśmy w stanie obrazić. To właśnie jednak czyni Franciszek pisząc w LS (49), że „prawdziwe podejście ekologiczne zawsze staje się podejściem społecznym, które musi włączyć sprawiedliwość w dyskusje o środowisku, aby usłyszeć zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych”, a także dołączając do tego rozwlekłego i monotonnego dokumentu „chrześcijańską modlitwę wraz ze stworzeniem”, wedle której mielibyśmy zwracać się do Boga słowami: „Chwalimy Cię, Ojcze, wraz ze wszystkimi stworzeniami (...), ubodzy i ziemia wołają (...)”.

Nie sądzę, by coś podobnego miał na myśli św. Franciszek z Asyżu układając swój słynny hymn, na którym papież Franciszek usiłuje obecnie oprzeć całą „duchowość ekologiczną” (por. LS, rozdz. 6). Nie sądzę też, by św. Franciszkowi przyjemność sprawił fakt, że choć papież rozpoczyna LS od pierwszych słów tego hymnu i często go cytuje, to jednak z jakiegoś powodu pomija poruszające słowa, stanowiące jego zakończenie:
Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą śmierć cielesną, przed którą nikt z żyjących ujść nie może: biada umierającym w grzechu ciężkim. Błogosławieni, których zastaniesz pełniących Twą najświętszą wolę, śmierć druga nie uczyni im żadnej szkody. Chwalcie i błogosławcie mojego Pana i dzięki Mu składajcie, służcie Mu w wielkiej pokorze.
Fakt, iż św. Franciszek nazywał „naszą siostrą” nie tylko księżyc, ale też śmierć cielesną, dobrze ilustruje rozmiar nadużycia, jakim jest wykorzystanie tej metafory przez noszącego jego imię papieża.

Przeczytałem na blogu Pewsitter.com wpis opatrzony kadrem z serialu telewizyjnego All in the Family, którego tytuł dobrze oddaje coraz większą absurdalność obecnego pontyfikatu: „Czas wyłączyć show Franciszka i zachować wiarę”. Z radością bym to uczynił, gdyby tylko było to możliwe. Niestety, jednak możliwe nie jest. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że świat będzie „wznawiał ten serial” tak długo, jak długo kontynuować go będzie jego „gwiazda”, emitując go codziennie w każdym zakątku ziemi.

Jak powiedział Joe Biden po tym, jak do prasy przedostała się wersja robocza Laudato si: „Teraz mamy odpowiedniego [człowieka]”. Niech nas Bóg ma w opiece. I niech ma w opiece swój święty Kościół.

Tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: http://www.piusx.org.pl

Stara Msza i Nowa Ewangelizacja : po długiej zimie racjonalizmu


Peter KwasniewskiUczestnictwo katolików we Mszy stale się zmniejsza, żeby nie powiedzieć, że drastycznie spada, mniej więcej od roku 1965. Roku, w którym zaczęto wprowadzać olbrzymie zmiany w sposobie celebrowania Mszy, który obowiązywał od wieków. Z drugiej strony, od roku 1984, w którym Papież Jan Paweł II zwrócił się do biskupów z prośbą o umożliwienie celebracji Mszy usus antiquor, czyli starszego obrządku rytu rzymskiego, a szczególnie od kiedy motu proprio papieża Benedykta XVI z 2007, które zniosło wymóg uzyskiwania pozwolenia na celebrację, liczba kapłanów sprawujących tę Mszę oraz liczba uczęszczających katolików stale wzrasta. Od 2013 roku ponad 1000 kapłanów w Ameryce Północnej ukończyło formalny kurs przygotowujący do celebracji Mszy w nadzwyczajnej formie. W 1998 w całych Stanach było tylko ok. 20 miejsc, gdzie znaleźć można było tradycyjną Mszę w niedzielę; dzisiaj liczba ta wzrosła do prawie 500. W odpowiedzi na oczywiste zapotrzebowanie części studentów, kadry i pracowników, katolickie szkoły i uniwersytety włączają mszę trydencką do swojej posługi kapłańskiej. Niektóre zgromadzenia zakonne obrały usus antiquor jako swoją drogę życia lub nawet przyjęły tę formę jako wyłączną, czego skutkiem jest nagły wzrost powołań. Średnia wieku katolików uczęszczających do parafii, gdzie sprawuje się Mszę tradycyjną jest niższa niż narodowa średnia, podczas gdy średnia wielkość rodziny jest większa. Jest to tętniący życiem, młody, kwitnący i rozwijający się ruch. Jak zauważył papież Benedykt XVI w 2007 roku:

Zaraz po Soborze Watykańskim II można było przypuszczać, że prośba o korzystanie z Mszału z 1962 r. ograniczałaby się do starszego pokolenia, które dorastało przy nim, z czasem jednak okazało się wyraźnie, że również młode osoby odkrywają tę formę liturgiczną, odczuwają jej atrakcyjność i odnajdują w niej szczególnie właściwą dla siebie formę spotkania z Tajemnicą Najświętszej Eucharystii.

Dlaczego to wszystko się dzieje? Dlaczego reforma liturgiczna lat 60 i 70 nie wywołała w Kościele nowej wiosny? Co w takim razie jest tajemnicą atrakcyjności Mszy trydenckiej? Jaki jest powód lub powody tego zaskakującego odrodzenia mającego miejsce dzisiaj, kiedy większość osób uczestniczących i celebrujących jest urodzona po roku 1970? I w jaki sposób ten rozwój jest dobry dla Kościoła i Nowej Ewangelizacji?

poniedziałek, 16 listopada 2015

Francja zamkniętych kościołów




Obecną sytuację Kościoła we Francji można porównywać do stanu osoby na rekonwalescencji po ciężkiej chorobie. Ciężka choroba Kościoła francuskiego sięga lat 60. i 70. minionego wieku. Była ona spowodowana z jednej strony powierzchowną interpretacją nauczania Soboru Watykańskiego II, a z drugiej -- wpływem prawdziwej rewolucji kulturalnej maja 1968 r. na całe społeczeństwo francuskie i na sam Kościół.,

niedziela, 15 listopada 2015

Konferencja Episkopatu Polski o tzw. grzechu międzypokoleniowym i uzdrowieniu międzypokoleniowym


„Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny”, który jest usuwany na chrzcie świętym – czytamy w opinii teologicznej przedstawionej przez Komisję Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski.

W tej opinii podkreśla się również, że „Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech. Wyraźnie pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian, że „każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu” (Rz 14,12)”.

„‘Reinkarnacja grzechu’ czy też ‘przechodzenie’ grzechu na kolejne pokolenia, o którym nauczają zwolennicy ‘uzdrowienia międzypokoleniowego’, nie ma uzasadnienia ani w Piśmie św., ani w Tradycji i nauczaniu Kościoła. Tego typu bezpodstawne idee są bardzo niebezpieczne dla życia duchowego wiernych i samej doktryny Kościoła” – czytamy we wspomnianej opinii teologicznej.

W związku z tym, na wniosek Komisji Nauki Wiary KEP, który został przedstawiony podczas 370. Zebrania Plenarnego (Warszawa w dn. 6-7.10.2015) Konferencja Episkopatu Polski podjęła decyzję o zakazie celebrowania Mszy świętych i wszelkich nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z „grzechów pokoleniowych” czy o „uzdrowienie międzypokoleniowe”. Jednocześnie Biskupi polscy przypominają o różnych formach modlitwy o uzdrowienie chorych, także w ramach liturgii Mszy Świętej, celebrowanych zgodnie z przepisami liturgicznymi.


**********

Pełny tekst Opinii teologicznej komisji nauki wiary Konferencji Episkopatu Polski do przeczytania po kliknięciu w poniższy link.

czwartek, 12 listopada 2015

Zapomniane prawdy: Skupianie się na miłosierdziu daje księdzu popularność, ale ludziom nie pomaga




„Niekiedy my pasterze wpadamy w pułapkę, mówiąc, że jakieś prawo moralne jest zbyty wymagające. Abstrahujemy w tym momencie od łaski Bożej i tajemnicy Krzyża, trudu. Ale wtedy nie możemy już ludziom pomóc, nie mamy dla nich żadnych odpowiedzi. Jest to błąd, który dziś popełnia się dość często. Kiedy my pasterze mówimy, że jakieś prawo moralne dotyczące rodziny, małżeństwa jest zbyt wymagające. Jeśli przekreślamy na przykład samą możliwość zachowania czystości. A przecież są pewne sytuacje, w których wstrzemięźliwość jest jedyną drogą. A my mówimy, że to za trudne. Oczywiście, że jest to trudne. Ale czyż na tym świecie nie ma trudu? A co z tajemnicą Krzyża? Czyż nasz Pan nie trudził się jako człowiek, aby nas odkupić? Ten trud, ta asceza jest częścią życia chrześcijańskiego. Nie możemy go wymazać i tylko się do ludzi uśmiechać, do wszystkiego podchodzić pozytywnie, mówić tylko to, co piękne. Istnieje również trud i rzecz w tym, że również on jest pozytywny i piękny, bo jest elementem naśladowania Chrystusa”.

kard. Mauro Piacenza, papieski penitencjarz

wtorek, 10 listopada 2015

Z księgarskiej półki: Czarna księga prześladowań chrześcijan w świecie


Ponad 70 świadectw, reportaży i analiz ekspertów z 17 krajów, chrześcijan różnych wyznań, ateistów, muzułmanów i żydów!

Chrześcijaństwo jest dzisiaj najbardziej zagrożoną religią na świecie. Około 150 milionów chrześcijan (katolików, prawosławnych, protestantów) doświadcza różnych form dyskryminacji albo bezpośredniego prześladowania. Wyznawcy Chrystusa mieszkający na Bliskim Wschodzie, w Afryce Subsaharyjskiej i w Azji są celem ataków grup zbrojnych i organizacji terrorystycznych. Poddawani są naciskom ze strony religijnych większości i represjom lub ograniczeniom narzucanym przez aparat państwowy. Są kontrolowani, zastraszani, ranieni i mordowani. Na terytoriach kontrolowanych przez organizację Państwo Islamskie padają ofiarą czystek religijnych. Ich sytuacja budzi coraz większy niepokój.

Nie chodzi tu tylko o wolność religijną, lecz o stan całej cywilizacji i niesionych przez nią wartości. Dlatego los prześladowanych chrześcijan nie jest problemem ich samych, lecz wspólną ludzką sprawą, dotyczy agnostyków i ateistów, wyznawców innych religii, intelektualistów, rządzących i organizacji pozarządowych.

Wspólne dzieło specjalistów z wielu dziedzin - historyków, dziennikarzy, dyplomatów, pracowników organizacji pozarządowych, osobistości religijnych - i świadków, ludzi bezpośrednio dotkniętych cierpieniem z powodu wyznawanej wiary.

Czarna księga prześladowań chrześcijan w świecie nie opisuje jedynie smutnych losów wyznawców jednej religii - to wielogłosowa opowieść o istocie człowieczeństwa, o naszych lękach i nadziejach, a także o różnorodnych formach manipulacji, jakim bywamy poddawani.

Jean-Michel di Falco Léandri, od 2003 roku biskup diecezji Gap i Embrun. Wcześniej rzecznik prasowy Konferencji Episkopatu Francji (1987?1996), radca kulturalny w ambasadzie Francji przy Stolicy Apostolskiej (1996?1997), biskup pomocniczy kardynała Lustigera w diecezji paryskiej (1997?2003), wieloletni konsultor Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu.

Timothy Radcliffe, dominikanin z konwentu w Oksfordzie. W latach 1992-2001 Mistrz Generalny Zakonu Dominikanów. Autor wielu książek z zakresu duchowości chrześcijańskiej, wykładowca i rekolekcjonista.

Andrea Riccardi, założyciel rzymskiej Wspólnoty Świętego Idziego. Był profesorem historii współczesnej i historii Kościoła na Uniwersytecie La Sapienza i Trzecim Uniwersytecie Rzymskim, ministrem współpracy społecznej w rządzie Maria Montiego (2011-2013). Od wielu lat wraz z założoną przez siebie wspólnotą angażuje się w działania na rzecz pokoju i dialogu międzyreligijnego.

Samuel Lieven, dziennikarz, reportażysta, publikuje na łamach francuskiego dziennika "La Croix". Od lat zajmuje się miejscem religii w społeczeństwie, zwłaszcza w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej.


**********

Praca zbiorowa

CZARNA KSIĘGA PRZEŚLADOWAŃ CHRZEŚCIJAN W ŚWIECIE

Dom Wydawniczy REBIS, Warszawa 2015
ISBN: 978-83-7818-735-6
Format: 150X225 mm, ss. 868, op. twarda, cena 55,20 zł
Do nabycia w księgarni internetowej wydawnictwa

Wyjątkowe proroctwo Bł. Anny Katarzyny Emmerich


Wyjątkowe proroctwo Bł. Anny Katarzyny Emmerich o masonerii i ataku na Kościół katolicki

TAJEMNICA BEZBOŻNOŚCI

Widziałam różne części ziemi. Mój przewodnik wskazał mi Europę i pokazując mi piaszczyste miejsce, wyrzekł te znaczące słowa: «Oto wrogie Prusy». Pokazał mi następnie punkt najbardziej wysunięty na północ mówiąc: «Oto Moskwa niosąca ze sobą wiele zła.» (A III.133)*

Mieszkańcy odznaczali się niesłychaną pychą. Zobaczyłam, że zbrojono się i pracowano wszędzie. Wszystko było ciemne i zagrażające. Zobaczyłam tam świętego Bazylego i innych (przyp. wyd. franc.: na Placu Czerwonym jest katedra św. Bazylego). Ujrzałam pałac o lśniących dachach. Na nim stał szatan na czatach. Widziałam, że spośród demonów związanych przez Chrystusa w czasie jego zstąpienia do piekieł, kilku się niedawno rozwiązało i wskrzesiło tę sektę (masonerii). Zobaczyłam, że inne zostaną uwolnione... (19.10.1823)

Ujrzałam straszne skutki działań wielkich propagatorów „światła” wszędzie tam, gdzie dochodzili oni do władzy i przejmowali wpływy albo dla obalenia kultu Bożego oraz wszelkich praktyk i pobożnych ćwiczeń, albo dla uczynienia z nich czegoś równie próżnego jak używane przez nich słowa: światło, miłość, duch. Usiłowali pod nimi ukryć przed sobą i innymi opłakaną pustkę swych przedsięwzięć, w których Bóg był niczym. (A. III 161)

Mój przewodnik poprowadził mnie wokół całej ziemi. Musiałam przemierzać bez przerwy ogromne jaskinie pogrążone w ciemności. Widziałam w nich ogromną ilość osób błąkających się wszędzie, we wszystkich kierunkach i zajętych mrocznymi dziełami. Wydawało się, że przebiegłam wszystkie zamieszkałe miejsca globu, widząc w nich tylko ludzi pełnych wad. Widywałam coraz to nowe zastępy ludzi, wpadających jak gdyby z góry w to zaślepienie nieprawością. Nie widziałam żadnej poprawy... Musiałam wchodzić w te ciemności i patrzeć wciąż na nowo na złośliwość, zaślepienie, przewrotność, zastawione zasadzki, mściwe żądze, pychę, mamienie, zazdrość, chciwość, niezgodę, zabójstwo, rozwiązłość i straszliwą bezbożność ludzi, wszystkie rzeczy, które jednak nie przynosiły im żadnej korzyści, ale czyniły ich coraz bardziej zaślepionymi, nędznymi i pogrążały ich w coraz głębszych ciemnościach. Często miałam wrażenie, że całe miasta znajdowały się na bardzo cienkiej skorupie ziemi i grozi im wkrótce stoczenie się w otchłań.

Zobaczyłam ludzi wykopujących dla innych rowy lekko zakryte: ale nie zobaczyłam dobrych ludzi w tych rowach ani nikogo, kto by do nich wpadał. Widziałam wszystkich tych złych, jak gdyby byli ogromną ciemną przestrzenią rozciągającą się od jednego krańca ziemi do drugiego. Widziałam ich w nieładzie. W hałaśliwym zamieszaniu, jak na wielkim jarmarku, zakładających różne grupy, podsycające się do zła. Ujrzałam masy ludzi, które mieszały się ze sobą, popełniając wszelkie rodzaje czynów grzesznych. Każdy grzech pociągał za sobą inny. Często wydawało mi się, że pogrążam się jeszcze głębiej w noc. Droga prowadziła stromo w dół. Była przerażająca. Oplatała całą ziemię. Widziałam ludy wszystkich ras, noszących najróżniejsze szaty, wszystkie pogrążone w tych obrzydliwościach. (A II.154)

Często budziłam się pełna przygnębienia i przerażenia. Księżyc świecił spokojnie przez okno, a ja modliłam się jęcząc, aby mi nie kazano więcej patrzeć na te przerażające sceny. Wkrótce jednak znów musiałam wejść w te straszne ciemności i patrzeć na popełniane w nich obrzydliwości. Znalazłam się raz w obrębie grzechu tak strasznego, że wydawało mi się, że jestem w piekle i zaczęłam krzyczeć i jęczeć. Wtedy mój przewodnik powiedział: ‘Jestem przy tobie, a nie może być piekła tam, gdzie ja jestem’. Wydawało mi się, że widzę miejsce bardzo rozległe, w którym więcej było światła dziennego. Było to jakby miasto należące do tej części świata, na której mieszkamy. Zostało mi tam ukazane straszliwe widowisko. Zobaczyłam ukrzyżowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zadrżałam aż do szpiku kości, bo byli tam tylko ludzie naszej epoki. Męczeństwo Pana było straszniejsze i bardziej krwawe niż to, które wycierpiał od Żydów. (A.II.157)

Zobaczyłam z przerażeniem wielką liczbę ludzi znanych mi, nawet kapłanów. Wiele linii i ścieżek od tych ludzi, błądzących w ciemnościach, prowadziło do tego miejsca (Ukrzyżowania). (A.II.157)

Kończąc opowiadanie tej strasznej wizji, której wspomnienie przyprawiało ją o ból serca i nic nie mogło skłonić jej do przedstawienia jej w całości, Katarzyna Emmerich powiedziała:

Mój przewodnik rzekł do mnie: ‘Zobaczyłaś obrzydliwości, którym ludzie zaślepieni oddają się w ciemnościach’. Zobaczyłam niezliczony tłum prześladowanych, nieszczęśliwych, dręczonych i męczonych w naszych czasach, w różnych miejscach. I zawsze widziałam, że przez to dręczono Jezusa Chrystusa we własnej Osobie. Żyjemy w czasach godnych pożałowania, w których nie ma schronienia przed złem: gęsta mgła grzechu ciąży nad całym światem i widzę ludzi czyniących rzeczy najbardziej obrzydliwe spokojnie i obojętnie. Widziałam to wszystko w wielu wizjach, gdy moja dusza była prowadzona poprzez liczne kraje całej ziemi. (C. 89)** Potem ujrzałam męczenników nie czasu obecnego (r.1820), lecz czasów przyszłych. Jednak już widzę, jak się ich prześladuje. (A.III.112)

BURZENIE KOŚCIOŁA

Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół... (A. III.113) i zobaczyłam blisko nich obrzydliwą Bestię, która wyszła z morza. Miała ogon jak u ryby, pazury jak u lwa i liczne głowy, które otaczały jak korona jej największą głowę. Miała pysk szeroki i czerwony. Była w cętki jak tygrys i okazywała wielką zażyłość wobec burzących. Kładła się często pośród nich, gdy pracowali. Oni zaś często wchodzili do pieczary, w której czasami się chowała. W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami. (A. III.113)

Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią burzyciele napotkali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok. Wyciągnęła w powietrzu najbardziej wściekłą szyję w kierunku tej niewiasty, jak gdyby chciała ją pożreć. Lecz Ona się odwróciła i upadła na twarz. Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. (A. III.113)

Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203)

Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556)

CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE

Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175)

Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102)

Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych... Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104)

Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104)


Przekład z fr. E. B. Raoul Auclair. Prophétie de Catherine Emmerich pour notre Temps, Nouvelles Ed. Latines, Paryż 1974.


Oznaczenia francuskiego wydawcy w tekście określają źródło cytatów:

* A: Vie d’Anne-Catherine Emmerich (t. I-III) K. E. Schmoeger, Téqui 1950.

** C: Vie de la Sainte Vierge d’apres les Méditations d’Anne-Catherine Emmerich, Téqui

Źródło informacji: FRONDA.pl

środa, 4 listopada 2015

Biskup Schneider: Podczas Synodu objawili się nowi uczniowie Mojżesza i nowi faryzeusze



XIV Generalne Zgromadzenie Synodu Biskupów (4 – 25 października 2015 r.) poświęcone „powołaniu i misji rodziny w Kościele i świecie współczesnym” opublikowało Raport końcowy zawierający pewne duszpasterskie propozycje przedłożone rozeznaniu Papieża. Dokument sam w sobie ma charakter wyłącznie doradczy i nie przedstawia formalnie wartości magisterialnej. Podczas Synodu objawili się nowi uczniowie Mojżesza i nowi faryzeusze, którzy w akapitach 84-86 Raportu końcowego otworzyli tylne drzwi czy też podłożyli bomby zegarowe mogące w przyszłości skutkować dopuszczeniem rozwodników pozostających w nowych związkach do Komunii świętej. Jednocześnie ci biskupi, którzy niezłomnie bronili „wierności Kościoła Chrystusowi i Jego prawdzie” (Jan Paweł II, adhortacja apostolska Familiaris Consortio, 84) zostali przez niektóre media niesprawiedliwie uznani za faryzeuszy.

Ta sekcja Raportu końcowego zawiera w rzeczy samej ślady neomozaistycznej praktyki rozwodowej, nawet jeśli jego redaktorzy umiejętnie i w sprytny sposób zdołali uniknąć jakiejkolwiek bezpośredniej zmiany w doktrynie Kościoła. Co więcej, wszyscy księża, tak propagatory tzw. tez Kaspera jak i ich oponenci, z zadowoleniem mówią: „Wszystko jest w porządku. Synod nie zmienił doktryny”. Jednakże takie postrzeganie rzeczy jest dosyć naiwne, ponieważ ignoruje furtkę i bomby zegarowe zawarte w wyżej wspomnianym akapicie, które stają się oczywiste po dokładnym zbadaniu tekstu wedle jego wewnętrznych kryteriów interpretacyjnych.

Nawet gdy jest mowa o „sposobie rozeznania” i jednocześnie o „skrusze” (Raport końcowy, 85), pozostaje wiele niejasności. W rzeczywistości, według wielokrotnie powtarzanych przez kard. Kaspera i jemu podobnych hierarchów zapewnień, taka skrucha odnosi się do przeszłych grzechów przeciwko pierwszemu małżonkowi z ważnie zawartego małżeństwa, tak więc skrucha rozwodnika niekoniecznie musi się odnosić do współżycia z nowym partnerem.

Zapewnienie w akapitach 85 i 86 Raportu końcowego, że takie rozeznanie musi być poczynione zgodnie z nauczania Kościoła i we właściwym osądzie pozostaje jednakże dwuznaczne. Tak naprawdę kard. Kasper i jemu podobni duchowni wielokrotnie i dobitnie zapewniali, że dopuszczenie rozwodników, którzy zawarli związek cywilny, do Komunii świętej, nie naruszy dogmatu o nierozerwalności i sakramentalności małżeństwa, oraz że osąd w sumieniu w takiej sytuacji musi zostać uznany za właściwy nawet, jeśli rozwodnicy pozostający w nowych związkach w dalszym ciągu współżyją na sposób małżeński, i nie należy od nich wymagać życia w całkowitej czystości, jak brat i siostra.

Cytując słynny akapit 84 adhortacji apostolskiej Familiaris Consortio Jana Pawła II w akapicie 85 Raportu końcowego, redaktorzy ocenzurowali tekst, wycinając następujące decydujące sformułowanie: „Droga do Eucharystii może być dostępna jedynie dla tych, którzy biorą na siebie obowiązek życia w całkowitej czystości, to jest w abstynencji od czynów właściwych małżeństwom”.

Taka praktyka Kościoła jest oparta na Objawieniu Słowa Bożego spisanym i przekazanym przez Tradycję. Taka praktyka Kościoła jest wyrazem nieprzerwanej Tradycji od czasów apostolskich, i przez to pozostaje niezmienna po wsze czasy. Już św. Augustyn przyznał: „Kto oddala swoją cudzołożną żonę i poślubia inną kobietę, gdy pierwsza żona nadal żyje, pozostaje stale w stanie cudzołóstwa. Taki mężczyzna nie czyni żadnej skutecznej pokuty, jeśli nie chce porzucić nowej żony. Jeśli jest katechumenem, nie może być dopuszczony do chrztu, ponieważ pozostaje zakorzeniony w grzechu. Jeśli jest ochrzczonym pokutnikiem, nie może otrzymać rozgrzeszenia tak długo jak nie zrywa ze swoim złym postępowaniem” (De adulterinis coniugiis, 2, 16). W rzeczywistości powyższe zamierzone ocenzurowanie nauczania Familaris Consortio w akapicie 85 Raportu końcowego przedstawia dla każdego świadomego interpretatora klucz hermeneutyczny umożliwiający zrozumienie fragmentu dotyczącego rozwodników pozostających w nowych związkach (84-86).

W dzisiejszych czasach istnieje stałe i wszechobecne ideologiczne ciśnienie ze strony mass-mediów, które zgodnie biorą udział w wyjątkowej misji zleconej przez antychrześcijańskie siły światowe – misji zniszczenia prawdy o nierozerwalności małżeństwa i trywializowania świętego charakteru tej Boskiej instytucji poprzez propagowanie antykultury rozwodu i konkubinatu. Ledwie 50 lat temu II Sobór Watykański stwierdził, że czasy współczesne są dotknięte plagą rozwodu (zob. Gaudium et Spes, 47). Ten sam Sobór ostrzega, że małżeństwo chrześcijańskie jako sakrament Chrystusa nigdy nie może być profanowane przez cudzołóstwo czy rozwód (Gaudium et Spes, 49). Profanacja „wielkiej tajemnicy” (Ef 5, 32) małżeństwa przez cudzołóstwo i rozwód przybrała w zastraszającym tempie ogromnych rozmiarów nie tylko w społeczeństwie cywilnym ale również wśród katolików. Kiedy katolicy poprzez rozwód i cudzołóstwo teoretycznie oraz praktycznie odrzucają wolę Bożą wyrażoną w szóstym przykazaniu, stawiają się w poważnym niebezpieczeństwie utraty wiecznego zbawienia.

Najbardziej miłosiernym aktem ze strony pasterzy Kościoła byłoby zwrócenie uwagi na to niebezpieczeństwo poprzez jasne – i jednocześnie pełne miłości – upomnienie o konieczności pełnej akceptacji szóstego przykazania Bożego. Powinni nazywać rzeczy po imieniu: „rozwód to rozwód”, „cudzołóstwo to cudzołóstwo”, „kto świadomie i dobrowolnie popełnia grzech śmiertelny przeciw przykazaniom Bożym – w tym przypadku przeciw szóstemu przykazaniu – i umiera bez skruchy otrzyma wieczne potępienie i będzie wykluczony na zawsze z królestwa Bożego”.

Takie upomnienie i wezwanie jest, jak uczył Chrystus, działaniem samego Ducha Świętego: „On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie” (J 16, 8). Objaśniając działanie Ducha Świętego w „przekonywaniu o grzechu”, Jan Paweł II powiedział: „Każdy grzech, gdziekolwiek i kiedykolwiek popełniony, zostaje odniesiony do Krzyża Chrystusa — a więc pośrednio również — do grzechu tych, którzy ‚nie uwierzyli w Niego’, skazując Jezusa z Nazaretu na śmierć krzyżową” (encyklika Dominum et Vivificantem, 29). Ci, którzy prowadzą życie małżeńskie z partnerem, który nie jest prawowitym małżonkiem, jak to ma miejsce w przypadku rozwodników żyjących w nowych związkach, odrzucają wolę Bożą. Przekonanie tych osób o tym grzechu jest pracą napędzaną działaniem Ducha Świętego i nakazaną przez Jezusa Chrystusa, i tym samym jest pracą wybitnie duszpasterską i pełną miłosierdzia.

Raport końcowy synodu niestety nie chce przekonywać rozwodników pozostających w nowych związkach o tym konkretnym grzechu. Przeciwnie, pod pretekstem miłosierdzia i fałszywej troski duszpasterskiej, ci ojcowie synodu, którzy poparli sformułowania z akapitów 84-86 Raportu, usiłowali ukryć niebezpieczeństwo duchowe jakim jest pozostawanie w pozamałżeńskich związkach.

De facto mówią im, że ich grzech cudzołóstwa nie jest grzechem, i z pewnością nie jest cudzołóstwem albo przynajmniej nie jest grzechem śmiertelnym, a ich życiu nie zagraża żadne duchowe niebezpieczeństwo. Takie zachowanie tych pasterzy jest całkowicie sprzeczne z działaniem Ducha Świętego i przez to antypastoralne, jest pracą tych fałszywych proroków, do których można odnieść te słowa Pisma Świętego: „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz!” (Iz 5, 20) oraz „Prorocy twoi miewali dla ciebie widzenia próżne i marne, nie odsłonili twojej złości, by od wygnania cię ustrzec; miewali dla ciebie widzenia zwodnicze i próżne” (Lm 2, 14). Takim biskupom Apostoł Paweł bez najmniejszej wątpliwości powiedziałby dziś te słowa: „Ci fałszywi apostołowie to podstępni działacze, udający apostołów Chrystusa” (2 Kor 11, 13).

Tekst Raportu końcowego nie tylko zaniedbuje jednoznaczne przekonywanie rozwodników pozostających w nowych związkach o cudzołożnym, a co za tym idzie śmiertelnie grzesznym charakterze ich życia. Również pośrednio usprawiedliwia taki styl życia poprzez przypisanie tej kwestii jedynie do pola indywidualnego sumienia oraz nieodpowiednie stosowanie moralnej zasady odpowiedzialności do przypadku współżycia rozwodników pozostających w nowych związkach. W rzeczywistości zastosowanie zasady odpowiedzialności wobec trwałego, stałego i publicznego życia w cudzołóstwie jest nieodpowiedzialne i zwodnicze.

Zredukowanie subiektywnej odpowiedzialności jest możliwe wyłącznie gdy partnerzy mają stanowczą intencję życia w kompletnej czystości i czynią ku temu szczere wysiłki. Tak długo jak partnerzy celowo trwają w grzesznym życiu, nie można pominąć odpowiedzialności. Raport końcowy daje do zrozumienia, że publiczne życie w cudzołóstwie – jak w przypadku cywilnych małżeństw – nie łamie nierozerwalnej więzi sakramentalnego małżeństwa czy też nie jest grzechem śmiertelnym, lecz sprawą prywatnego osądu sumienia. Można stwierdzić tu tendencję do protestanckiej zasady subiektywnego osądu w sprawach wiary i dyscypliny oraz intelektualną bliskość względem błędnej teorii „fundamentalnej opcji”, potępionej przez Magisterium (por. Jan Paweł II, encyklika Veritatis Splendor, 65-70).

Pasterze Kościoła nie powinni w najmniejszym stopniu promować wśród wiernych kultury rozwodu. Należy unikać nawet najmniejszego cienia sugestii ustępstwa na rzecz praktyki albo kultury rozwodu. Kościół jako całość powinien dawać przekonujące i silne świadectwo nierozerwalności małżeństwa. Papież Jan Paweł II powiedział, że „rozwody są plagą, która na równi z innymi dotyka w coraz większym stopniu także środowiska katolickie, problem ten winien być potraktowany jako naglący” (Familiaris Consortio, 84).

Kościół musi z miłością pomagać rozwodnikom pozostającym w nowych związkach uznać ich własną grzeszność i pomóc im nawrócić swoje serca ku Bogu i ku posłuszeństwu Jego świętej woli, która jest wyrażona poprzez szóste przykazanie. Tak długo jak będzie trwało ich publiczne antyświadectwo przeciwne nierozerwalności małżeństwa oraz przyczyniające się do kultury rozwodu, rozwodnicy pozostający w nowych związkach nie mogą wypełniać liturgicznych, katechetycznych i instytucjonalnych posług w zgodzie z przykazaniami Bożymi.

Oczywiste jest, że publiczni gwałciciele np. piątego czy siódmego przykazania, jak na przykład właściciele klinik aborcyjnych albo współpracownicy sieci korupcyjnych nie tylko nie mogą przystępować do Komunii świętej, ale oczywiście nie mogą być też dopuszczeni to publicznej służby liturgicznej i katechetycznej. W analogiczny sposób gwałciciele przykazania szóstego, jak na przykład rozwodnicy pozostający w powtórnych związkach, nie mogą być dopuszczeni do urzędu lektora, rodzica chrzestnego czy katechety. Oczywiście należy odróżnić wagę zła wyrządzonego przez publicznych promotorów aborcji i korupcji od cudzołożnego życia rozwodników. Nie należy stawiać ich na tym samym poziomie. Obrona dopuszczenia rozwodników pozostających w powtórnych związkach do zadań rodzica chrzestnego czy katechety ma na celu nie prawdziwe duchowe dobro dzieci, ale okazuje się być instrumentem na rzecz konkretnej opcji ideologicznej. Jest to nieuczciwość i kpina z instytucji rodzica chrzestnego czy katechety, którzy poprzez publiczną obietnicę wzięli na siebie zadanie edukowania w wierze.

Jeśli chodzi o rodziców chrzestnych, którzy po rozwodzie zawarli nowe związki, ich życie jest sprzeczne z ich słowami, dlatego muszą się zmierzyć z napomnieniem danym przez Ducha Świętego przez usta św. Jakuba Apostoła: „Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie” (Jk 1, 22). Niestety Raport końcowy w akapicie 84 opowiada się za dopuszczeniem rozwodników pozostających w nowych związkach do liturgicznej, duszpasterskiej i edukacyjnej służby. Taka propozycja przedstawia pośrednio wsparcie dla kultury rozwodu i praktycznie zaprzecza obiektywnie grzesznemu stylowi ich życia. Papież Jan Paweł II w przeciwieństwie do tego wskazał jedyną możliwość uczestnictwa w życiu Kościoła, która ma na celu prawdziwe nawrócenie: „Niech będą zachęcani do słuchania Słowa Bożego, do uczęszczania na Mszę świętą, do wytrwania w modlitwie, do pomnażania dzieł miłości oraz inicjatyw wspólnoty na rzecz sprawiedliwości, do wychowywania dzieci w wierze chrześcijańskiej, do pielęgnowania ducha i czynów pokutnych, ażeby w ten sposób z dnia na dzień wypraszali sobie u Boga łaskę” (Familiaris Consortio, 84).

Źródło informacji: http://bdp.xportal.pl

ks. Gregory Hesse: Jak protestanckie "reformy" Lutra i Cranmera zniszczyły katolicki kult i doprowadziły do zaniku prawdziwej wiary




Konferencja z początku lat '70 przygotowana przez świeckich wiernych z Pittsburgha na temat tzw. "reform" i "zmian liturgicznych" we Mszy św. wprowadzonych po Soborze Watykańskim II. Prelegent opisuje, w jaki sposób zniszczenie Mszy św. dokonane w XVI wieku rękami katolickich biskupów w Anglii pod wodzą abp Thomasa Cranmera oraz za sprawą augustianina Marcina Lutra w Niemczech doprowadziło ostatecznie do zaniku wiary katolickiej.

Tandeta w piśmiennictwie pobożnym


Od pół roku przy Bibliotece Dzieł Chrześcijańskich dodajemy osobny arkusz druku, poświęcony bibliografii ze szczegółową oceną książek, wychodzących tak w kraju, jak zagranicą. Ściśle mówiąc bibliograficzne notatki nasze nie są krytyką, ale raczej wykazem i poparciem dzieł wyborowych, które zasługują na uznanie i rozpowszechnienie. Stąd też nie ma tu surowego potępienia i nagany, bo oceny dzieł bezwartościowych, lub szkodliwych nie umieszczamy wcale, a sama tu wzmianka o książce świadczy już o jej wartości. Są tu więc wspomniane i polecane dzieła treści religijnej, wydawnictwa naukowe, poważne i bezstronne. Natomiast opuszczamy dzieła z ujemnym, wrogim dla Kościoła kierunkiem, lub też wydawnictwa, którym ze względu na tendencję nic by nie można było zarzucić, ale co do wyłożenia przedmiotu, co do stylu, języka wiele pozostawiają do życzenia. Mam tu na myśli pewien odłam tak zwanej "literatury pobożnej", owe naiwne, ckliwe, płytkie broszury, owe książki i książeczki setkami zjawiające się co roku, które są istną plagą piśmiennictwa religijnego, bo obniżają jego poziom, odwracają uwagę wiernych od dzieł poważnych i dyskredytują Kościół, jego wiedzę i literaturę w oczach jego wrogów.

Najsmutniejszą stroną tych nowych książek, czy nowych wydań, lub przeróbek jest ich treść uboga i forma nieudolna. Styl w nich bywa po większej części suchy, nudny, bezbarwny, bez iskry polotu, niewyrobiony a pretensjonalny, banalny i wymuszony, swą monotonnością i rozwlekłością zrazić może na zawsze czytelnika, który ma choćby najskromniejsze wymagania.

Pod względem nieudolnej formy stawiam na pierwszym miejscu pieśni. Bardzo rzadko bywają one wyborowe, najczęściej nie zasługują na druk, a tym mniej na przedruk. Pieśni pobożne wspaniałe i cenne przechowały się z dawnych wieków, z ostatniej doby są one poniżej wszelkiej krytyki. Poeci bowiem wybitniejsi wstydzą się pisać pieśni pobożnych, być może nie umieją dostroić się do tej wysokiej nuty kościelnego ducha, lub nie mają gorącej wiary w sercu, aby mogli wyśpiewać za miliony pieśń potężną, która by poruszyła do głębi miliony i pozostała w narodzie na zawsze. Nawet najwięksi nowożytni poeci nie pozostawili po sobie takiej pieśni. Mickiewicz marzył, aby jego pieśni przedostały się do chat wieśniaczych, ale żadna z nich w postaci religijnego hymnu nie dotarła do opłotków wiejskich; ani Słowacki, ani Krasiński nie dali nam takiej pieśni. Wielu z dzisiejszych poetów żyje w otwartej nieprzyjaźni z religią. Inni choć i ułożyli hymn pobożny, jest w nim tyle świecczyzny, sztucznego patosu, obmyślanego na chłodno efektu, przesadnych epitetów, że tym ani Boga nie pochwalą ani serc wiernego ludu nie rozgrzeją. Współczesna poezja choruje na słabość myśli i na zbytnią wybujałość języka, który zagłusza i przytłumia zupełnie ubogą treść utworów. Forma ma być wszystkim, pokrywa często jałowość pomysłu, brak głębszych myśli i żywszych uczuć. Wyszukana ta forma współczesnej poezji, przechylająca się do dekadentyzmu, sztuczna i przesadna, niezrozumiała i niedostępna stoi na przeszkodzie w układaniu pieśni pobożnych. Poeta religijny chcąc ułożyć pieśń w wielkim stylu, która by przeszła do ludu, musiałby stanowczo obniżyć formę, a wznieść się duchem, aby język przezroczysty nie przytłumiał myśli, bo w kościelnym duchu nie słowa i forma są pierwszorzędnym składnikiem utworu, ale myśl i uczucia. Od dawna żaden z wybitnych poetów świeckich nie dotknął tej struny religijnej, umilkła ona od czasów Karpińskiego i Zaleskiego. A od poetów wymaga Bóg i naród, aby nowym pokoleniom nowe składali pieśni. Że zaś nawoływania tego rodzaju byłyby z mej strony głosem wołającego na puszczy, więc pomijając wielkich naszych poetów, zaznaczam, że gdy oni uchylają się od swego pierwszorzędnego obowiązku, który prawdziwie godzien jest ich natchnienia i mozołu, na opróżnionym miejscu stają niepowołani, których nie śmiem nawet poetami nazwać. Ci poczciwi, zacni, ożywieni dobrymi chęciami pisarze, składają całe tomy pieśni, przysłowiowo nazywanych "częstochowskimi wierszami" bez rytmu, bez budowy, średniówki, z rymem koszlawym, z wysłowieniem naiwnym, często niegramatycznym. Lepiej pono ograniczyć się niewielu pieśniami, ale wyborowymi i według mego zdania – nigdy nie będzie za wiele surowości i wymagań w przyjmowaniu nowych pieśni do śpiewnika kościelnego.

Nie stać nas na dobrą pieśń dla ludu, pozostawmy mu jego stare po praojcach odziedziczone, które wysłowieniem i formą są mu bliższe i zrozumialsze, niż poezja współczesna. Zatem precz z nieudolnymi wierszami. Kierunek i przedmiot nie może ich osłaniać przed krytyką – pieśni, które by jako świeckie, stanowczo doznały potępienia, dlatego tylko, że są pobożne, nie zyskują nic na wartości swojej.

Oprócz pieśni nieudolnych bywają w dziełkach literatury pobożnej modlitwy i litanie, w których często dziwactwo formy, gruba nieznajomość prawd wiary walczą ze sobą o lepsze.

Przygodny autor podobnych kompilacyj niewielką, albo zgoła żadnej nie zadaje sobie pracy przy układaniu swego dziełka. "Rękopism" nowej książki czasami ma tylko nowy tytuł i nowy spis rzeczy, niegramatycznie skreślony, na treść zaś całą składają się drukowane karty rozmaitego kalibru i formatu, powyrywane z tej i z tamtej książki, zlepione w jedną dowolną całość. Ale pomijam tę okoliczność, gdyby bowiem rzecz była dobra, nie ujęłoby jej to wcale, że była już gdzie indziej w innym porządku, czy pod innym tytułem wyłuszczona.

Książki do nabożeństwa mnożą się, jak grzyby po deszczu, przeznaczone dla ludu, dla dzieci, dla kobiet nie odpowiadają po większej części swemu zadaniu. Nie łatwo bowiem napisać, a nawet ułożyć dobrą książkę do nabożeństwa; do tego potrzeba głębokiej nauki, niezwykłego obeznania się z przedmiotem i gorącej pobożności. Za granicą też biorą się do tego zazwyczaj uczeni teolodzy, praktycy i teoretycy jednocześnie; dzieło swoje przerabiają i uzupełniają przy nowym wydaniu. U nas zaś książki takie zbierają i układają ludzie pobożni, ale niekompetentni i nieprzygotowani.

Wreszcie w tym odłamie płytkiej i wprost szkodliwej literatury pobożnej napiętnować należy czytania duchowne, bo jest ich stosunkowo najwięcej i one zdaniem moim najwięcej szkody przynoszą. Dość często autor nic od siebie nie daje oprócz wstępu, który niedołężnym układem i językiem daje wymowne świadectwo o literackiej nieznajomości [(ignorancji)] pisarza. Jak pszczoła samą słodycz z kwiatów wybiera, tak autor z kilku książek pozbierał co mu najwięcej przypadało do smaku. Poopuszczał pożyteczne wyłożenie dogmatów katolickich, tę przystępną, jasną, treściwą naukę, a zebrał sam lep, na który chwyta czytelnika: owe cudowne opowieści, bezkrytyczne i niesprawdzone podania i nimi napycha książkę od początku aż do końca. One mają służyć pobożnemu czytelnikowi za pokarm duchowny, za sprawdzian jego pobożności i dowód o prawdziwości religii katolickiej. Z tego wypływa ten skutek, że czytelnik po przeczytaniu podobnych książek pozostaje obskurantem w religii, bo one nie pouczą go o prawdach Wiary i nie pogłębią jego wiedzy religijnej. Raz zaś zakosztowawszy tej niezdrowej lektury, na niej już poprzestanie, bo żywa wyobraźnia prostego człowieka, dla którego książki te są przeznaczone, obałamucona sensacyjnymi opowieściami, nużyć się pocznie czytaniem poważnej książki czy słuchaniem poważnej, ale jedynie pożytecznej nauki w kościele. Opisy cudów, zdziałanych za pośrednictwem świętych Pańskich są bardzo pożyteczne, budzą wiarę i ufność w Boga, ale niech będą w książce, jako zakończenie po gruntownym wyłożeniu prawdy katolickiej dla ożywienia i zainteresowania czytelnika. Przykłady te i opowiadania, niech biorą autorzy z cudów, sprawdzonych przez Kościół, popartych przez uczonych katolickich ale nie ze steku legend, bajek, urojeń, wymyślonych czasami przez autora, podanych bez wskazania osoby, miejsca, przytaczanych dla wzbudzenia ciekawości niezdrowej, goniącej za sensacją. Prosty, niewykształcony czytelnik tak się przejmie zgubnym wpływem tych nadmiernych cudowności, że wreszcie sam łaknąć pocznie cudownych objawień, będzie ich wyczekiwał, własne sny, marzenia, przewidzenia, czy halucynacje brać zacznie za cudowne znaki z nieba mu dane, i zamiast starać się o poczciwe życie chrześcijańskie, o dążenie do doskonałości, przejęty pychą i zarozumiałością, gonić będzie za objawieniami, za bezpośrednim widzialnym przestawaniem z Bogiem tu na ziemi i za wyjątkową opieką Opatrzności nad sobą. Spowiednicy mają wiele pracy, zanim umysły, obałamucone podobną lekturą, doprowadzą do porządku i wskażą drogę im właściwą.

W wieku XIV, a nawet XV karmiono u nas ogół taką zepsutą strawą nie tylko w książkach, ale i w kazaniach, a to wiodło za sobą zacofanie i ciemnotę w zasadach wiary i zepsucie obyczajów. W wieku XV-tym powoli zaczęto się otrząsać z tego zgubnego wpływu, Grzegorz z Sanoka, arcybiskup lwowski, prowadził istną krucjatę przeciwko kazaniom i książkom tego rodzaju. W naszym wieku XX-tym Biskupi belgijscy bardzo ostro i bardzo energicznie wystąpili przeciwko tej tandecie literackiej, której fatalne następstwa dały się im dotkliwie we znaki. Czas wielki i u nas powstrzymać tego rodzaju kierunek, który znowu się rozwielmożnił w naszym społeczeństwie. Niechby mniej książek wychodziło pobożnych, ale wyborowych i raczej robić przedruki dzieł dawnych pisanych przez uczonych pisarzy kościelnych, jak O. Łęczyckiego, czy Fabianiego, niż mnożyć poronione płody. Względem zaś dzieł nowych należałoby podnieść stopień wymagań. Autor, czy kompilator oprócz dobrych chęci, powinien w swe dzieło włożyć sumienne opracowanie, wykształcenie teologiczne i wprawę literacką. Kapłani światli za mały udział biorą u nas w piśmiennictwie religijnym, żywiąc przesadne obawy i niedowierzając własnym siłom. Gdyby tacy sami, czy w kilku zajęli się układaniem książek z literatury pobożnej, niezawodnie przełamali by zgubny wpływ tej pustej ckliwej, którą należałoby zatamować u źródła, wprowadzając obostrzenia cenzury duchownej oraz surową, sprawiedliwą krytyką po gazetach ukrócić zapędy tych rzekomych autorów, którzy szukają własnych korzyści, lub ambicji, nie zaś pożytku czytelników i chwały dla Kościoła – i wydając nędzną tandetę literacką, osłaniają się wobec wszelkiej krytyki puklerzem swej prawowierności. Uchylam więc wygodną dla nich zasłonę prawowierności i godzę w nieudolność, niedbalstwo i pychę tych przygodnych i niepowołanych autorów.

Ks. [abp] Antoni Szlagowski

Artykuł powyższy pierwotnie ukazał się w Notatkach bibliograficznych [opr.] przez ks. Stanisława Galla i ks. Wincentego Giebartowskiego. (Profesorów Seminarium Metropolitalnego [Warszawskiego]), Rok 1902. Lipiec. Warszawa. Nr 7, ss. 89-92.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Źródło informacji: http://ultramontes.pl/Tandeta.htm

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.