_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Jacek Bartyzel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Jacek Bartyzel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2017

Prof. Jacek Bartyzel: Szkoła Frankfurcka, Antonio Gramsci i Nowa Lewica



Predykat «nowa» w określeniu Nowa Lewica zobowiązuje do rozważenia jej specyfiki, wszelako w jej „dialektycznym związaniu” z lewicą «starą». Zastanawiający się nad tą kwestią brytyjski konserwatysta Roger Scruton (ur. 1944) zauważa, iż, z jednej strony, każdy lewicowy intelektualista jest typowym jakobinem, to znaczy „wierzy, że światu brak mądrości i sprawiedliwości, a wina leży nie w naturze ludzkiej, lecz w panującym systemie władzy”, z drugiej jednak strony – „intelektualista nowej lewicy jest zarazem «liberacjonistą», wiecznym wyzwolicielem. Pragnie sprawiedliwości społecznej dla mas, a także wyzwolenia dla siebie. Sądzi, że ucisk, który rządzi światem, działa zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Skuwa masy ludzkości łańcuchami wyzysku, a jednocześnie wytwarza dziwną świadomość, więzy wewnętrzne, które kaleczą, deformują duszę. Wyrazisty ton głosu nowej lewicy to wynik syntezy wielu złożonych uczuć. Nowy intelektualista broni starej idei sprawiedliwości [społecznej], ale wierzy, że w ramy tej sprawiedliwości wchodzi i jego własne wyzwolenie od każdego systemu, każdej «struktury», każdego przymusu wewnętrznego”[1]. Istotne jest tu zatem już samo terminologiczne przejście od hasła «wolności» (liberté/liberty) do «wyzwolenia» (libération/liberation), co ujawnia rozczarowanie niemożnością dokonania jednorazowego „skoku do królestwa wolności”, a także „odkrycie” (czy raczej „odkrywanie”) coraz to nowych, nieznanych poprzednikom i bardziej wyrafinowanych obszarów oraz sposobów „zniewolenia” ego, co uzasadnia stosowanie dynamicznego, procesualnego i w zasadzie rzutowanego ad infinitum pojęcia «wyzwolenia». Nowa Lewica przeto, w swojej podstawowej intencji jest postawą totalnego liberacjonizmu.

Stworzenie ideologicznego paradygmatu Nowej Lewicy z naukowym „oprzyrządowaniem” zostało zrealizowane przez założoną po I wojnie światowej w Niemczech tzw. Szkołę Frankfurcką, której twórcami i głównymi przedstawicielami byli Max Horkheimer (1895-1973) i Theodor W. Adorno (1903-1969). Wprawdzie po upadku Republiki Weimarskiej i dojściu do władzy NSDAP szkoła została zamknięta, lecz jej twórcy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, gdzie główną gwiazdą szkoły – wręcz duchowym guru rewolty studenckiej i rewolucji seksualnej lat 60. – stał się Herbert Marcuse (1898-1979). Po II wojnie światowej natomiast część „frankfurtczyków” powróciła do Niemiec (zachodnich), otrzymując od amerykańskich władz okupacyjnych mandat do intelektualnej rekonstrukcji „niemieckiej świadomości” w paradygmacie «antyautorytaryzmu», uznanego – zgodnie z ich przekonaniami – za źródło „faszyzmu” (czyli – w Niemczech – narodowego socjalizmu). Główny przedstawiciel drugiego pokolenia szkoły – Jürgen Habermas (ur. 1929) – uzyskał wręcz status „nadwornego filozofa” Republiki Federalnej, czego skutkiem jest całkowite zdominowanie establishmentu uniwersyteckiego i kulturalnego przez jego wychowanków, skutecznie blokujących jakąkolwiek opozycję, co (znów paradoksalnie) pozostaje w niejakiej sprzeczności z naczelną ideą Habermasa, tj. swobodnego dyskursu w „społeczeństwie komunikacyjnym”, stających się zatem w istocie „nadzorcami dyskursu”.

Dostrzeżona przez „frankfurtczyków” klęska doktrynalna marksizmu-leninizmu skłoniła ich do wszechstronnego przemyślenia dalszej przydatności metody materializmu dialektycznego i historycznego w analizie rzeczywistości, w szczególności zaś reinterpretacji stosunku zachodzącego pomiędzy rewolucyjną theoría i práksis oraz pomiędzy ekonomiczną bazą a świadomościową i prawno-polityczną nadbudową. Wbrew sztywnemu stanowisku Marksa, który uważał nadbudowę za prosty wykładnik bazy, tworzony na potrzeby klas posiadających, przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej zaczęli kłaść nacisk na sferę ideologii, zauważając, że niekoniecznie sprzyjać musi ona trwałości istniejącego porządku społecznego, ale może też być wykorzystana przeciw niemu i tkwiącemu w nim społeczeństwu. Rozmaite formy świadomości i jej ekspresji w nauce, literaturze, sztuce itp. odzwierciedlają bowiem (choćby wbrew intencjom autorów, nawet tych tworzących świadomie na „zamówienie” klas posiadających) rozmaite aporie świata w danym momencie historycznym, toteż wskazują, chcąc nie chcąc, sposoby przeciwstawiania się tym aporiom, a nie tylko dostosowywania się do nich. Należy zatem wykorzystać tę „burzycielską” potencjalność form świadomości przejawiających się w twórczości naukowej, artystycznej, w ideach i poglądach, których cyrkulacja i popularyzacja dokonuje się w środkach przekazu społecznego, do prowadzenia systematycznej już i celowej krytyki kultury (burżuazyjnej), tak, aby dokonać w obszarze jej panowania „rewolucji w ideach”, która tę postać kultury pozwoli unicestwić i zastąpić ją inną, bez przeprowadzania rewolucji w dotychczasowym stylu, co jedynie odstrasza mieszczańskie społeczeństwo, podczas gdy chodzi o to, aby zmienić sposób myślenia i świat wartości ludzi. Trzeba tu nadmienić koniecznie, że „frankfurtczycy” dostrzegli, że w społeczeństwach coraz bardziej sytego Zachodu nie ma już warunków niezbędnych do przeprowadzenia antykapitalistycznej rewolucji społeczno-politycznej i ekonomicznej typu bolszewickiego, a przede wszystkim najważniejszego z nich – w postaci podmiotu historycznego, tj. zrewolucjonizowanego proletariatu, jako że klasa robotnicza, uzyskująca stałą poprawę swojego położenia materialnego i warunków pracy sama podlega procesowi „zburżuazyjnienia” i staje się częścią świata konsumpcyjnego. Neomarksistowscy intelektualiści nie solidaryzują się już z robotnikami, lecz identyfikują się z elitą ponadklasowego społeczeństwa obywatelskiego. W tej sytuacji rewolucja „w starym stylu” jest już niemożliwa, co musi także znaleźć konsekwencje w metodzie nowej filozofii – neomarksistowskiej – która zamiast być, jak „klasyczny” marksizm, krytyką ekonomii politycznej, winna stać się krytyką rozumu instrumentalnego. Ów neomarksizm przestaje zatem być teoretyczno-praktyczną ideologią szykującej się do antykapitalistycznego powstania klasy robotniczej, której głównym zadaniem jest zmiana stosunków własnościowych, jako warunku wstępnego do zbudowania systemu socjalistycznego, a w ostateczności – bezklasowego społeczeństwa komunistycznego, lecz staje się krytyką burżuazyjnej kultury; tę zmianę wyraża określenie będące podstawową samoidentyfikacją Szkoły, czyli Teoria Krytyczna.

Nietrudno zauważyć, że taka reinterpretacja marksizmu oznaczała odwrót od konsekwentnie materialistycznego stanowiska i powrót na pozycje idealistyczne, do heglizmu (a u Habermasa także do Kanta): nawiązując do znanego powiedzenia, iż Marks postawił idealistyczną dialektykę Hegla na (materialistycznej) głowie, można rzec, że neomarksiści dokonali powtórnego obrotu o 180 stopni. Był to proces jednokierunkowy, ponieważ w ostatnim, czyli powojennym etapie ewolucji, na którym piętno wycisnął Habermas, doszło do pełnej adaptacji Szkoły do świata demoliberalnego i jego ideologii, acz przy zachowaniu materialistycznej podbudowy, choć innego rodzaju niż dotychczasowa. Rekompensatą za to odstępstwo od materializmu historycznego jest uzyskanie przez intelektualistę Nowej Lewicy monopolu władzy w «nadbudowie», aby móc ją skutecznie kontrolować, sprawować hipermoralny nadzór nad procesami społeczno-politycznymi.

Nie przecząc w żadnym wypadku przemożnej roli Szkoły Frankfurckiej w stworzeniu teoretycznej podbudowy dla nowej rewolucji trwającej od lat 60. ubiegłego wieku, należy z równą mocą powiedzieć, że prawdziwym „herosem” Nowej Lewicy, zrywającej się do szturmu w 1968 roku, który dostarczył jej wzorca filozofii praktycznej był kto inny, działający w zupełnie innym otoczeniu i w inny sposób, oraz – z powodów akcydentalnych – w izolacji. Był nim włoski komunista Antonio Gramsci (1891-1937). Można u niego dostrzec wręcz prestidigitatorską zręczność intelektualną, z jaką dokonując faktycznie radykalnej rewizji dogmatów marksizmu-leninizmu, czynił to jednocześnie w języku „ortodoksji” i utrzymując, że cały czas pozostaje jej wierny, nie odstępując od niej ani na jotę. Rewizja dotyczyła właśnie fundamentalnej w marksizmie kwestii, to znaczy relacji bazy do nadbudowy, szła zatem w tym samym kierunku, co dociekania twórców Szkoły Frankfurckiej, lecz w bardziej dynamicznym aspekcie filozofii praktyki, czyli działalności rewolucyjnej, z której Gramsci – w przeciwieństwie do neomarksistów – rezygnować nie zamierzał. Pytanie, które Gramsci sobie postawił brzmiało: skoro – jak twierdzą „urzędowi” marksiści-leniniści w ZSSR, na czele z Nikołajem Bucharinem – zmiany w nadbudowie są pochodną zmian ekonomicznych, to gdzie pozostaje miejsce dla działalności politycznej, rewolucyjnej? Zachodzi tu przecież deterministyczny automatyzm: gdy sprzeczności w łonie gospodarki kapitalistycznej osiągną swoje apogeum, musi nastąpić jej rozkład, dojdzie zatem do zmiany systemowej, a ta pociągnie za sobą zmiany w nadbudowie. Świadome działanie na rzecz tej zmiany (a więc to, co dzieje się w sferze „ducha”), tym bardziej zaś próba jej przyspieszania, może być postrzegana jako i zbędna, i jałowa. Aby rozwiązać tę, w istocie najbardziej podstawową aporię marksowskiej „teorii” społecznej, Gramsci wprowadza swoją najbardziej podstawową i oryginalną kategorię hegemonii klasowej, w której ramach szczególnie ważne miejsce przypada hegemonii kulturalnej. Uprzedzając ewentualny atak „strażników” czystości doktrynalnej twierdzeniem, że „wierzenia mas ludowych” – i w ogóle wierzenia rozmaitego rodzaju – „posiadają wagę sił materialnych”, Gramsci zaatakował „wulgarny materializm”, nazwany przezeń „ekonomizmem”, i obwieścił, że „trzeba (…) zwalczać ekonomizm nie tylko na gruncie teorii historiografii, ale także – i to przede wszystkim – na gruncie teorii i praktyki politycznej. Na tym polu walka może i powinna być prowadzona poprzez rozwijanie pojęcia hegemonii…”[2].

Czym jest i jak się przejawia owa hegemonia? Gramsci wyjaśnia, że w kapitalizmie burżuazja sprawuje władzę nie tylko przez kontrolowanie środków produkcji, ale również utwierdzając ją poprzez wywieranie przemożnego wpływu na dwa podstawowe kanały artykulacji i zabezpieczania jej interesów – należące właśnie do sfery nadbudowy – czyli na segmenty władzy stricte politycznej (aparat państwowy i administrację) oraz władzy, którą można określić (za Alainem de Benoistem) jako kulturową bądź metapolityczną, umiejscowionej w instytucjach religijnych, oświatowych, naukowych, artystycznych i w mediach. Dzięki tej podwójnej hegemonii klasa panująca może osiągać dwa cele. Po pierwsze, naginając do swoich potrzeb wolę polityczną wykonywaną przez członków aparatu rządowo-administracyjnego może niwelować skutki periodycznych kryzysów gospodarczych i zapewnić przetrwanie ustrojowi kapitalistycznemu. Po drugie, dając klasie rządzącej potężne i masowe środki indoktrynacji, kontroluje świadomość mas ludowych i neutralizuje inne (niż burżuazja i proletariat) klasy i warstwy, skłaniając je do uznania panowania burżuazji za naturalne i prawowite. Ze względu zatem na tę podwójną hegemonię klasa kapitalistyczna może skutecznie przezwyciężać ciśnienia powstające w bazie ekonomicznej i utrzymywać władzę zapobiegając rewolucji. Płynie z tego wniosek, że „teoria” historii tłumacząca wszelki rozwój w kategoriach ekonomicznych jest fałszywa, bo zmiany w nadbudowie nie są dyktowane tylko przez zmiany w bazie, lecz oba czynniki wpływają na siebie wzajemnie. Co więcej, w praktyce działania podejmowane w sferze nadbudowie – te, dyktowane wolą polityczną, oraz te, w zakresie celowego oddziaływania na świadomość mas poprzez instytucje kulturalne – są prymarne i przesądzające o możliwości zmiany. Zawodowi rewolucjoniści muszą nauczyć się od burżuazji tego, jak sprawować hegemonię i odebrać jej wprzódy władzę właśnie tam, gdzie sprawuje się kontrolę nad umysłami.

Dodatkowy argument Gramsciego dotyczył odmienności (w stosunku do przedrewolucyjnej Rosji) sytuacji na Zachodzie. W Rosji carskiej istniało bowiem silnie rozbudowane społeczeństwo polityczne, a społeczeństwo obywatelskie było amorficzne. Lenin, tworząc koncepcję dyktatury proletariatu, musiał wziąć to pod uwagę i oprzeć swoją strategię na koncepcji wojny manewrowej, zmierzającej do bezpośredniego przejęcia władzy politycznej. Na Zachodzie natomiast społeczeństwo obywatelskie jest rozbudowane, złożone i odporne – jak system okopów w nowoczesnej wojnie, który nawet w razie przerwania frontu na jakimś odcinku, pozwala dalej prowadzić skuteczne działania obronne. W tej sytuacji trzeba zastosować wojnę pozycyjną, pozwalającą przezwyciężyć opór systemu obronnego. Polega to na wdzieraniu się w poszczególne odcinki systemu okopów i fortyfikacji, w jego instytucje polityczne, oświatowe, religijne, w prasę, wydawnictwa i radio, zdobywając jeden okop po drugim, a do jeszcze niezdobytych wprowadzając ducha „rozłamu” (scissione). Ten etap walki, poprzedzający ostateczny przewrót, Gramsci nazywa (zresztą za rewolucyjnym syndykalistą Georgesem Sorelem) bierną rewolucją, „o charakterze, jeśli tak można rzec, negatywnym i przygotowawczym”[3].

Nawet jednak „bierna” rewolucja, o ile ma przejść w uwieńczoną sukcesem wojnę pozycyjną, musi mieć swoje kierownictwo, będące kontaminacją działających jako blok historyczny dwóch skoordynowanych sił: naciskającej „z dołu” siły „mas” i wdzierającej się „z góry” do instytucji metapolitycznych inteligencji komunistycznej. Kluczowe zadanie koordynacji owych sił przypada komunistycznej Partii, którą Gramsci – w poetyce sorelowskiego „mitu społecznego” i w re-lekturze „kanonicznej” księgi włoskiej myśli politycznej, inaugurującej zarazem in universo polityczną Nowożytność, czyli Księcia Niccoló Machiavellego – nazywa Nowoczesnym Księciem (Il moderno Principe), akcentując, iż jest to i musi być „książę kolektywny”: „Nowoczesny książę, książę-mit, nie może być osobą rzeczywistą, konkretną jednostką; może być tylko organizmem, złożonym elementem społeczeństwa, w którym zaczyna się konkretyzować wola zbiorowa, ujawniona już po części i potwierdzona w działaniu. Taki organizm w wyniku rozwoju historycznego wytworzył się już dawno: jest nim partia polityczna, pierwsza komórka mieszcząca w sobie zalążki woli zbiorowej o aspiracjach uniwersalnych i totalnych”[4]. W praktyce oznacza to zarazem zorganizowanie przez Księcia dwóch postaci partii nierozwijających bezpośredniej akcji politycznej: jednej „masowej”, poddanej (jawnemu bądź niejawnemu, w zależności od panujących warunków) zmilitaryzowanemu ośrodkowi politycznemu, któremu „masy służą (…) po prostu jako masy «operacyjne» i zdobywa się je za pomocą haseł moralnych, bodźców sentymentalnych i mesjanistycznych mitów w oczekiwaniu na legendarną erę, kiedy to wszystkie obecne sprzeczności i niedole zostaną automatycznie rozwiązane i naprawione”[5]; oraz drugiej elitarnej, składającej się z elity kulturalnej. Ów drugi oddział zostaje określony jako „intelektualny sztab główny partii organicznej”, który „działa jako samoistna siła kierownicza”[6].

Należy jeszcze powiedzieć, jaki jest najważniejszy, śmiertelny wróg Nowoczesnego Księcia, a przeto główny cel biernej rewolucji kierowanej przez intelektualny sztab rewolucyjnej elity intelektualnej. Wrogiem tym jest religia, a celem – totalna laicyzacja społeczeństwa, zaś zdolność do przeprowadzenia tego dzieła jest nawet kryterium moralnej wartości wszelkiego czynu, co usprawiedliwia także samoubóstwienie Nowoczesnego Księcia (Partii): „Nowoczesny książę powinien być w znacznej mierze poświęcony sprawie reformy intelektualnej i moralnej – a więc sprawie religii i poglądu na świat. (…). Książę zajmuje w ludzkiej świadomości miejsce bóstwa czy kategorycznego imperatywu, staje się podstawą nowoczesnego laicyzmu oraz pełnej laicyzacji całego życia i wszystkich stosunków obyczajowych”[7].

Teoria Krytyczna neomarksistowskiej Szkoły Frankfurckiej i filozofia praktyczna „wydoskonalonego” leninisty Gramsciego stały się zatem dwoma potężnymi dźwigniami pozwalającymi przezwyciężyć kryzys rewolucji typu leninowskiego i przejść do nowego jej typu. Pozostawiając bez zmian jako zasadę leninowskie hasło „szturmu na centralne ośrodki władzy” kapitalistycznej Gramsci zredefiniował jednak same te ośrodki, wskazując, iż nie stanowią ich jedynie urzędy państwowe, punkty dowodzenia wojskiem i policją, koleje, poczty czy telegrafy, lecz również instytucje opiniotwórcze, konstytuujące a nawet kreujące świadomość, jak ambony, szkoły, katedry uniwersyteckie, domy wydawnicze, redakcje czasopism i rozgłośni radiowych (a dziś oczywiście także telewizja i media elektroniczne). Jego bierna rewolucja, prowadząca wojnę pozycyjną, była precyzyjnie opracowanym scenariuszem komunistycznego Kulturkampf, realizowanego jako marsz przez instytucje władzy nazywanej później metapolityczną, a zapewniającej zdobycie hegemonii najpierw kulturalnej, a wreszcie i politycznej. Ten marsz przez instytucje Nowa Lewica podjęła po tym, jak przegrała nazbyt frenetyczną, by mogła się powieść, rewoltę młodzieżową 1968 roku, a także równie beznadziejną próbę szturmu na instytucje państwowe drogą terroru indywidualnego (RAF, Czerwone Brygady, Czarne Pantery etc.), wyciągając wnioski z obu porażek. Wykształconych kadr koniecznych do opanowania sieci instytucji kulturalnych dostarczyli Nowej Lewicy właśnie adepci i wychowankowie Szkoły Frankfurckiej. Dziś, po półwieczu od rozpoczęcia tego marszu można stwierdzić, że został on uwieńczony pełnym powodzeniem, także w sferze stricte politycznej. Co więcej, ta marksistowsko-leninowsko-freudowsko-demoliberalna mikstura nie tylko zatruła Zachód, lecz stamtąd infekuje dziś narody i państwa Europy Środkowo-Wschodniej, które ledwie wyzwoliwszy się z opresji komunistycznej w jej „klasycznej” postaci, żarliwie rzuciły się w objęcia Zachodu, naiwnie sądząc, że wracają do wspólnej tradycji, a otrzymując od niego tę samą truciznę w nowej massa tabulettae i w nowym, atrakcyjniejszym opakowaniu.


prof. Jacek Bartyzel

PRZYPISY:

[1] R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, przeł. T. Pisarek, Poznań 1999, ss. 16-17.
[2] A. Gramsci, Nowoczesny Książę, przeł. B. Sieroszewska, Warszawa 2006, s. 26.
[3] Ibidem, s. 4.
[4] Ibidem, s. 5.
[5] Ibidem, s. 17.
[6] Ibidem.
[7] Ibidem, s. 8.


Dziękujemy autorowi, Panu profesorowi Jackowi Bartyzelowi, oraz redakcji Teologii Politycznej za wyrażenie zgody na przedruk artykułu na stronie bloga Rzymski Katolik.



Źródło informacji:


sobota, 29 kwietnia 2017

Prof. Jacek Bartyzel: Pojęcie nacjonalizmu. Nacjonalizm a szowinizm. Nacjonalizm a patriotyzm



Nasz nieszczęsny Epidiaskop tak się zagubił, że nie tylko zapomniał o nauczaniu Ojca Świętego Piusa XI i Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, ale w swojej ignorancji co do znaczenia pojęć politycznych przyjął za swoje - zapewne bezwiednie, lecz cóż z tego - spiżowe dystynkcje Wielkiego Nauczyciela Józefa Stalina (patriotyzm dobry - nacjonalizm zły, internacjonalizm dobry - kosmopolityzm zły) i wyznaje je wraz z “całą postępową ludzkością”.

Nacjonalizm nie jest bowiem przeciwieństwem patriotyzmu z tego względu, że nie stanowi jakiegoś niewłaściwego spotęgowania tego drugiego, albowiem desygnaty obu pojęć, choć zachodzą na siebie, to nie pokrywają się ze sobą. W związku z powyższym przytaczam odpowiedni fragment mojego własnego opracowania na ten temat pt. Pojęcie, geneza i próba systematyki głównych typów nacjonalizmu:

“Przyjmijmy na wstępie, że nacjonalizm to pogląd, postawa i dążenie bazujące na uznaniu narodu za szczególny, podstawowy i zobowiązujący poszczególne jednostki oraz mniejsze grupy do lojalności rodzaj więzi społecznej oraz przybierające w swoich dojrzałych i samoświadomych formach postać doktryny (niekiedy nawet ideologii) społeczno-politycznej. Doktryna ta stawia sobie za cel wzbudzenie (lub tam, gdzie ona już istnieje – podtrzymywanie i rozwój) świadomości i solidarności narodowej oraz nakazuje traktowanie narodu jako głównego punktu odniesienia dla polityki (zobligowanej do kierowania się interesem lub dobrem narodu), co zazwyczaj oznacza opowiadanie się za istnieniem tzw. (różnie wszelako rozumianego) państwa narodowego, polemicznie zaś przeciwstawia się tym poglądom, ideologiom i ruchom politycznym, które istnienie lub powinny charakter więzi narodowej negują lub przeciwstawiają poglądom nacjonalistycznym koncepcje uniwersalistyczne (np. tradycyjny konserwatyzm), kosmopolityczne (np. światopogląd masoński), indywidualistyczne (liberalizm) lub klasowo-antagonistyczne (socjalizm).

(...)

Samo pojęcie nacjonalizm jest wysoce problematyczne, z powodów różnej natury. We współczesnym uzusie, zarówno potocznym, medialnym, jak i (w znacznej mierze) naukowym funkcjonuje ono (wyjąwszy świat anglosaski) jako pejoratywny epitet, co znajduje również odzwierciedlenie w popularnych leksykonach i podręcznikach, gdzie zwyczajowo definiuje się nacjonalizm jako bezzasadne wywyższanie (czy wręcz absolutyzację) własnego narodu oraz głoszenie nienawiści do innych narodów czy mniejszości etnicznych i pragnienie ich ujarzmienia, a w skrajnych wypadkach nawet eksterminacji. Można wręcz powiedzieć, że w lansowanym przez współczesne lewicowe oraz skrajnie liberalne kręgi nacjonalizm został desygnowany do roli wroga publicznego (hostis), częstokroć identyfikowanego z faszyzmem oraz rasizmem, który winien być systematycznie monitorowany, i nawet może być kryminalizowany, a w każdym bądź razie podlega bezwzględnej ekskluzji ze sfery akceptowalnego pluralizmu ideologicznego i politycznego. Oczywiście nie brakuje też i interpretacji dostrzegających w obrębie nacjonalizmu odłamy umiarkowane.

Nacjonalizm a szowinizm. Typowym przejawem „hostylizacji” nacjonalizmu jest utożsamianie go z szowinizmem, a więc z postawą i poglądem, co do którego panuje zgodne przekonanie, że stanowi on wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania i podziwu dla własnego kraju, grupy etnicznej lub społecznej i/albo przywódcy oraz wyolbrzymiania ich zalet, a pomniejszania lub negowania ich wad, idące zazwyczaj w parze z równie przesadnym i nieuzasadnionym deprecjonowaniem innych krajów, narodowości i osób. Aczkolwiek szowinizm (franc. chauvinisme) wziął swoją nazwę od postaci francuskiego żołnierza (nazwiskiem Chauvin) wychwalającego bezkrytycznie jedną tylko osobę – postać wodza (cesarza Napoleona), to jednak za jego typową postać uchodzi bałwochwalstwo etniczno-plemienne, czyli ojkolatria; czynnikiem wybitnie (acz niezamierzenie) ją potęgującym jest jednak ojkofobia, czyli niechęć i pogarda okazywane temu, co „swojskie” przez elity wykorzenione ze swojego środowiska narodowego. Szowinizm stanowi wówczas prymitywny sposób odreagowania upokorzeń zadawanych sentymentom, upodobaniom i obyczajom mas, przejawiając się zazwyczaj w tym, co współczesna nauka określa mianem „banalnego nacjonalizmu”.

W ujęciach bardziej wyważonych, szowinizm traktuje się już tylko jako skrajną i wynaturzoną postać nacjonalizmu, albo – jeśli terminowi nacjonalizm nadaje się znaczenie aksjologicznie neutralne – patriotyzmu; w tym drugim wypadku tworzy się sekwencja stopniowalnych w zakresie wartościowania pojęć: „dobry” patriotyzm –„moralnie obojętny” lub „względnie zły” nacjonalizm – „bezwzględnie zły” szowinizm. Chociaż podejście takie cieszy się obecnie znaczną popularnością, wydaje się ono słabo uzasadnione i błędne. Zważywszy bowiem, iż nacjonalizm sensu proprio jest postacią ideologii (doktryną), co wymaga umiejętności tworzenia pojęć abstrakcyjnych, zaś szowinizm to (nacechowane emocjami negatywnymi) uczucie, traktowanie szowinizmu jako moralnie i estetycznie zdefektowanej postaci patriotyzmu jest co najmniej równie, jeśli nie bardziej, zasadne jak traktowanie go jako „uskrajnionego” nacjonalizmu. Wyłożona explicite doktryna nacjonalistyczna jest też często bardzo krytyczna w stosunku do charakterologicznych cech narodu, w którego imieniu występuje, i bardzo surowa w ocenie jego wad moralnych tudzież dorobku cywilizacyjnego (zob. Dzieje bez dziejów – teoria rozwoju wewnętrznego Polski Jana Stachniuka czy, w mniejszym stopniu, Myśli nowoczesnego Polaka Romana Dmowskiego), co jest oczywistym przeciwieństwem szowinizmu. Nadto, szowinizm może przejawiać się jako uwielbienie państwa, władzy, instytucji nie- i ponadnarodowej, lub wręcz przeciwnie – partykularnej „małej ojczyzny” (szowinizm „tutejszych”, „swojaków”, „krajanów”, a nie Polaków, Niemców czy Rosjan). O ile wreszcie nacjonalizm może być uznany za modelową – przynajmniej w nowożytnej epoce państw narodowych – egzemplifikację rozróżnienia swoiście politycznego: „przyjaciel – wróg”, o tyle szowinizm zdaje się być pomieszaniem tego elementarnego kryterium polityczności w jego sensie konkretno-egzystencjalnym z kwalifikacjami etycznymi („dobry – zły”) i estetycznymi („piękny – szpetny”).

Nacjonalizm a patriotyzm. Pod pewnymi względami podobnie, acz nie identycznie, przedstawia się relacja nacjonalizmu do patriotyzmu. Aczkolwiek nie jest uzasadnione redukowanie patriotyzmu do uczucia, albowiem patriotyzm, jako cnota moralna miłości do ojczyzny ma – jako dział sprawiedliwości – swoją główną siedzibę nie w uczuciu, lecz w woli, to jednak błędne wydaje się zarówno ujmowanie (przez antynacjonalistów) nacjonalizmu jako wynaturzonej postaci patriotyzmu (które to rozróżnienie, uzupełnione przeciwstawieniem „dobrego” internacjonalizmu „złemu” kosmopolityzmowi, o czym rzadko dziś się pamięta, zostało uznane za obowiązujące wyznawców komunizmu przez samego Józefa Stalina), jak (spotykane u nacjonalistów, jak Paolo Arcari, Zygmunt Balicki czy Roman Rybarski) postrzeganie nacjonalizmu jako doktrynalnego dopełnienia uczucia patriotycznego, albowiem nacjonalizm i patriotyzm nie są pojęciami w pełni korelatywnymi. Z jednej strony bowiem nacjonalizm może przejawiać się zarówno jako doktryna, jak uczucie i postawa, z drugiej strony zaś patriotyzm jest postawą, która ma lub może mieć więcej niż jeden tylko krąg odniesienia (czyli naród), jak: ziemia ojczysta, wspólnota polityczna ze zwierzchnikiem jako jej personifikacją czy kultura ojczysta, a nawet szersza od niej cywilizacja, jako metoda życia zbiorowego. Co więcej, patriotyzm jest zjawiskiem towarzyszącym od zarania wszystkim zorganizowanym wspólnotom ludzkim, a więc znacznie starszym od nacjonalizmu, a w niektórych wypadkach – organizmów imperialnych, wielonarodowych, dynastycznych (np. patriotyzm habsburski w Monarchii Austro-Węgierskiej) – może być z nacjonalizmem (resp. patriotyzmem nacjonalistycznym) wręcz skonfliktowany”.

Źródło informacji: facebook

piątek, 10 lipca 2015

Jakiego Kościoła chce świat, a jakiego Chrystus?


Jakiego Kościoła chce świat, a jakiego Chrystus?

„Ludzie, którzy służą w istocie księciu tego świata, realizują – świadomie bądź nie, tego nie wiemy – scenariusz przedstawiony w opowieści o antychryście. Chodzi o nadejście papieża, który zyska aplauz świata dzięki głoszeniu idei o charakterze humanitarnym, pacyfistycznym i socjalnym, naturalistycznych w każdym wymiarze” – mówi prof. Jacek Bartyzel w rozmowie z portalem PCh24.pl.

W ciągu kilku pierwszych dni pontyfikatu papieża Franciszka przewidywał pan rozpoczęcie nowego, apokaliptycznego okresu w dziejach chrześcijaństwa.

– Zacznę od przypomnienia, że artykuł zatytułowany „Papież Franciszek – ku nowemu eonowi chrześcijaństwa?” był próbą odczytania pierwszych gestów papieża Franciszka. Na poziomie symbolicznym, to rozpoznanie dalej zachowuje swoją trafność. Nie broniłbym już jednak poglądu, że papież w sposób świadomy dostosowuje się do tego scenariusza, że postrzega swój pontyfikat w wymiarach apokaliptycznych. W większości działań Franciszka dostrzegam próbę dostosowania Kościoła do świata, do czegoś co ma trwać, a nie zakończyć. To takie zmultiplikowane aggiornamento nastawione na trwanie, a nie na przygotowanie się na przyjście Pana.

Możemy mówić o nowym, kolejnym już uwspółcześnianiu Kościoła?

– Chodzi o przystosowanie do świata, przemawia za tym bardzo wiele faktów. Choćby ostatnia encyklika i jej temat – ekologia cieszy się dużym zainteresowaniem. Temat ten podjęty został przy wykorzystaniu rzekomych ustaleń naukowych dotyczących globalnego ocieplenia. W pewnym momencie papież pisze, że istnieje silny konsensus naukowców w tej kwestii. Użył takiego zwrotu, choć taki konsensus wcale nie istnieje. Z drugiej strony papież milczy w fundamentalnych kwestiach moralnych, dla przykładu: kiedy „katolicka” Irlandia legalizuje związki dewiacyjne.

Od samego początku pontyfikatu papież Franciszek cieszył się sympatią liberalnych mediów.

– To bardzo wymowne. Z podobną reakcją spotkała się encyklika „Laudato si”. Paradoksalnie, z jednej strony w encyklice padają ostre i słuszne słowa przeciwko aktualnemu systemu finansowemu świata – w którym bogacą się tylko bankierzy – z drugiej papieża chwali prezes Banku Światowego Jim Yong Kim. Świadczy to o tym, że przynajmniej ten wątek nauczania papieża nie jest przez świat traktowany poważnie. Jeśli natrafiamy na postulat ustanowienia globalnej władzy, to ona taki system może tylko umocnić. I taka pochwała przestaje być paradoksalna.

Liberalne media próbują sobie sprawić papieża zgodnego z oczekiwaniami?

– Ludzie, którzy służą w istocie księciu tego świata, realizują – świadomie bądź nie, tego nie wiemy – scenariusz przedstawiony w opowieści o antychryście. Chodzi o nadejście papieża, który zyska aplauz świata dzięki głoszeniu idei o charakterze humanitarnym, pacyfistycznym i socjalnym, naturalistycznych w każdym wymiarze.

Świat oczekują papiestwa znaturalizowanego i takiego doszukuje się w pontyfikacie Franciszka. Czy trafnie czy nie, ostatecznego osądu nie możemy wydać.

Scenariusz Kościoła pogodzonego ze światem jest już realizowany przez niemieckich biskupów.

– Tak jak w każdej rewolucji i tu – umownie – istnieją żyrondyści i jakobini. Jakobini stanowią awangardę postępu i usiłują przesunąć granicę jak najdalej, a żyrondyści prezentują kompromisowe rozwiązania mające z jednej strony zneutralizować opór, a z drugiej zakonserwować dotychczasowe zdobycze.

Niemiecki Kościół od dawna już realizuje wariant jakobiński, jest awangardą postępu. Niektórzy obawiają się, że dojdzie do formalnej schizmy. Nie wiem, czy nie byłoby to mniejszym złem. Nie sądzę, żeby do tego doszło – taki scenariusz oznacza, że w Kościele powszechnym istniałaby wola przeciwstawienia się tendencjom reprezentowanym przez niemieckich biskupów. Od kilkudziesięciu lat z Watykanu prawie nie słyszymy potępień tych, którzy powinni zostać potępieni.

Równocześnie, kościelni „jakobini” nie ustają w demonizowaniu Watykanu, a zwłaszcza Kongregacji Doktryny Wiary.

– Ta strategia została zastosowana już na soborze, w trakcie dyskusji nad schematem o Kościele. Ten sam zabieg stosowany jest także w życiu politycznym: formacje centrowe, zupełnie nijakie i niejednoznaczne w podstawowych kwestiach przedstawiane są jako partie skrajnej prawicy czy katofaszystowskie.

Niemieccy „jakobini” odniosą sukces w trakcie październikowej sesji synodu?

– Wszystko wskazuje na to, że przyjęty dokument będzie na tyle niejednoznaczny, że każdy będzie mógł interpretować go po swojemu. W przypadku niektórych episkopatów oznacza to pełzającą rewolucję, możliwą dzięki odwołaniu do niejednoznacznych sformułowań. A watykańskie kongregacje będą próbowały karcić. Zmiany zależeć będą od woli poszczególnych konferencji episkopatu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Ziomber.

Źródło informacji: http://www.pch24.pl

poniedziałek, 22 czerwca 2015

prof. Jacek Bartyzel: Obrona Tradycji na Soborze Watykańskim II


niedziela, 21 czerwca 2015

prof. Jacek Bartyzel: Dlaczego Tradycja przegrała ostatni sobór?

Coetus Internationalis Patrum (łac. ‘międzynarodowa grupa ojców’) – nieformalny zespół biskupów, którzy podczas II Soboru Watykańskiego usiłowali przeciwstawić się wpływowemu lobby modernistycznemu zwanemu „sojuszem reńskim”, którego jednym z czołowych przedstawicieli był kard. Augustyn Bea SJ.
Dlaczego najpotężniejsza – zdawać by się mogło instytucja w Kościele, czyli Kuria Rzymska – była tak "koncertowo" ogrywana przez "przymierze europejskie" przy wszystkich starciach przesądzających o treści i kształcie tego, co będzie debatowane: w kwestii procedury, obsady komisji soborowych, prezydium i moderatorów, wreszcie głosowania o przyjęcie bądź wywrócenie (doskonałych) schematów przygotowanych na Sobór przez tąż Kurię? Późniejsze klęski przy głosowaniu schematów są już tylko prostym przedłużeniem tych pierwszych.

Im więcej o tym czytam i dłużej o tym myślę, utwierdzam się w przekonaniu, że jest tylko jedna, ale decydująca, przyczyna tej klęski: bo grunt spod nóg usunęli im papieże: Jan XXIII, a zwłaszcza Paweł VI. Sens istnienia i wspaniała logika tej instytucji, jaką przez wieki była Kuria Rzymska, zasadzał się na nierozerwalnym połączeniu dwóch rzeczy: niezachwianego posłuszeństwa papieżowi i strzeżeniu czystości doktryny katolickiej, aby nawet na jotę nic z niej nie uronić. Właściwie – skoro to papież jest Tradycją – nie są to nawet dwie różne rzeczy, tylko awers i rewers tego samego medalu. Więc kiedy papież sprzyja nowatorom i rewolucjonistom, pomaga im swoimi posunięciami w przeprowadzeniu ich zamysłów, ba! – nawet wyraża radość (jak Paweł VI, który do trzech liberalnych moderatorów (Döpfnera, Lercaro i Suenensa) powiedział "Zwyciężyliśmy!", gdy 30 listopada 1963 przegłosowano punkt o kolegialności, to kurialiści stanęli przed dylematem, który nie mieścił się w otrzymanej przez nich formacji i całej dotychczasowej praktyce funkcjonowania instytucji: być posłusznym papieżowi, czy doktrynie? To właśnie ich paraliżowało wewnętrznie, powstrzymując także przed zdecydowanym wsparciem dla Międzynarodowej Grupy Ojców tradycjonalistycznych (Sigaud, Meyer, Lefebvre) i koordynacją działań, bo uważali, że nie wypada im występować jako "strona" czy "partia" na Soborze, skoro reprezentują instytucjonalne "centrum".

Ta tragedia jest w gruncie rzeczy analogiczna do dramatu legitymistów, jak na przykład hiszpańskich karlistów, których fidelitas monarchiczna też wspiera się na dwóch filarach: wierności prawowitemu Księciu i wierności Tradycji. Ale co zrobić, kiedy prawowity Książę jest liberałem albo socjalistą? Podążać za Księciem i zdradzić Tradycję, czy trwać przy Tradycji, ale wystąpić przeciwko Księciu? I tak źle, i tak niedobrze.

Jak-em monarchista muszę przyznać otwarcie: najsłabszym punktem monarchii – czy to papieskiej, czy królewskiej – jest ewentualność rewolucjonisty na tronie.

Źródło informacji: MYŚL KONSERWATYWNA

piątek, 17 stycznia 2014

prof. Jacek Bartyzel: Konserwatysta patrzy na Rewolucję Francuską



„Interpretacja Rewolucji Francuskiej w świetle pism myślicieli konserwatywnych (Edmund Burke, Joseph de Maistre, Pierre Gaxotte) - wykład prof. Jacka Bartyzela.

czwartek, 12 września 2013

prof. Jacek Bartyzel: Argentyńscy tomiści męczennicy

(Przyczynek do relacji księdza Bergoglio z juntą wojskową)

Gdy tylko ks. abp Jorge Mario kardynał Bergoglio został wybrany papieżem, świat obiegła błyskawicznie wieść o jego dawnej współpracy z rządzącą w Argentynie w latach 1976-1983 prawicową juntą wojskową, której miał jakoby wydać – torturowanych później – dwóch „lewicujących księży jezuitów”, jak to niezmiennie określano. Wprawdzie zaraz potem okazało się, że to oskarżenie (wysuwane przez żydowskiego dziennikarza lewicowego i byłego terrorystę, Horacia Verbitsky’ego) jest bezpodstawne, a nawet, że ks. Bergoglio interweniował w obronie duchownych represjonowanych przez władze, to jednak cała ta sztucznie rozdmuchana „afera” unaocznia totalne zafałszowanie obrazu historii, sączone nieustannie przez mass media.

piątek, 21 czerwca 2013

Eklezjologia papieża bł. Piusa IX w świetle „Syllabusa”


Sława dokumentu pontyfikalnego znanego powszechnie pod skróconą nazwą Syllabusa jest tyleż zasłużona, co dwuznaczna. Stwierdzając to nie mamy na myśli jedynie wrogich, często wręcz nienawistnych, reakcji, z jakimi spotykał się on już od chwili jego ogłoszenia (8 XII 1864) ze strony reprezentantów „świata” – w jednym z tych znaczeń tego słowa w Piśmie Świętym, które identyfikowane jest z dobrowolnym i zatwardziałym podleganiem władzy Księcia Ciemności jako właśnie „Księcia tego świata”. Nie idzie nam tu nawet o, skądinąd, wielce zasmucający fakt, iż w ostatnich dekadach wzmagania się neomodernistycznego kryzysu w Kościele do grona kontestatorów Syllabusa dołączyło również wielu hierarchów oraz właściwie nieomal cały „establishment” teologiczny, okupujący katolickie (?) uczelnie i seminaria duchowne, a mający zwyczaj wypowiadania się o tym dokumencie nie tylko z niechęcią, ale i z odcieniem specyficznej pogardy. Nie bez powodu mówi się, że nauczanie Vaticanum Secundum i jego papieży, a przede wszystkim Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes oraz Deklaracja o Wolności Religijnej Dignitatis humanae, stanowią coś w rodzaju „anty-Syllabusa”, jako że częstokroć zachwalają dokładnie to, co Syllabus ganił. W „najlepszym” razie z kół kościelnych usłyszeć można dziś próby banalizowania treści Syllabusa albo relatywizacji do kontekstu historycznego, rzekomo już całkowicie zdezaktualizowanego.

środa, 20 lutego 2013

prof. Jacek Bartyzel: O bezsensie „demokracji chrześcijańskiej”. Druga śmierć Sillonu


Horror moralno-obyczajowej rewolucji „od góry” w Republice Francuskiej, która weszła w swoje kolejne – acz chyba jeszcze nie „najwyższe”, bo któż to może wiedzieć – stadium od czasu objęcia władzy przez prezydenta – socjalistę, i która obecnie kulminuje w uchwaleniu ustawy o „homomałżeństwach”, ma jeszcze jeden aspekt, który zdaje się umykać uwadze komentatorów niemających szerszej perspektywy historycznej i doktrynalnej. Jeżeli jednak uwzględnimy tę właśnie perspektywę, to będziemy mogli dostrzec, że pogarda z jaką socjalistyczno-masońska Republika depcze elementarne normy prawa naturalnego, a także z jaką ostentacyjnie drwi sobie z religii katolickiej, Kościoła i Jego Najwyższego Pasterza doczesnego (vide: najnowszy „dowcip” Francoisa Hollande’a o niewystawianiu własnego kandydata na konklawe), unaocznia również niesławną śmierć iluzorycznej idei „schrystianizowania” Republiki i chimery demokracji „chrześcijańskiej”.

 

Ralliement: niefortunny krok Leona XIII

 

Ta iluzja była niestety – trzeba to powiedzieć otwarcie – zapoczątkowana i żywiona przez chwilę przez sam urząd pontyfikalny, kiedy to, 16 lutego 1892 roku, papież Leon XIII skierował do katolików francuskich encyklikę Au milieu de solicitudes, wzywającą ich do „przyłączenia się” (ralliement) do Republiki, i w której również, po raz pierwszy w historii (nie zaś w Rerum novarum, jak to piszą mnogie niedouki), użył w pozytywnym znaczeniu terminu „demokracja chrześcijańska”. Nadzieja na odstąpienie Republiki od nieżyczliwości względem katolików, jeśli tylko ci porzucą sprawę monarchiczną, od początku i w samym swoim założeniu była, jak to powiedział surowo, lecz trafnie, jeden z liderów katolicyzmu i zarazem rojalizmu francuskiego, René de La Tour du Pin, markiz de La Charce, „majestatycznym bredzeniem” (auguste bafouillage). Przekonano się o tym wyjątkowo boleśnie już na początku XX wieku, kiedy to nastąpiło wzmożenie walki Republiki z Kościołem poprzez szereg działań praktycznych i ustaw na czele z loi de séparation z 1905 roku. Sam papież jeszcze wcześniej zrozumiał swój błąd, publikując w 1901 roku encyklikę o chrześcijańskiej demokracji Graves de communi, w której wycofał de facto poparcie dla niej, wykluczając kategorycznie jej sens polityczny.

 

Chadeckie krety ryją „bruzdę”

 

Niestety, zanim to nastąpiło, zatrute ziarno zdołało już nie tylko zakiełkować, ale nawet wzrosnąć, i w całym prawie świecie katolickim nowinkarze, ośmieleni wcześniejszą aprobatą papieską, zaczęli gorączkowo tworzyć ugrupowania pod nazwą – albo w duchu tej ideologii – „demokracji chrześcijańskiej”, czyli akceptującej wstępnie i bezwarunkowo niechrześcijański z istoty „dogmat” o pochodzeniu władzy od ludu. Ugrupowania te sytuowały się na różnych odcinkach ideowej „diady” prawica – lewica, a nawet wyjątkowo (w Portugalii i Austrii) zdarzało się, że później zeszły z tego ślepego zaułka odnajdując właściwy tor, w większości przypadków jednak brnęły w coraz gorsze błędy. Lecz ekstremum wykolejenia się chadecji już w pierwszej fazie – tak strasznego, że oznaczającego popadnięcie w pseudoteologiczne delirium – nastąpiło właśnie we Francji. Był to ruch Sillon („Bruzda”), utworzony i kierowany przez – w ścisłym tego słowa znaczeniu – „nawiedzonego” dziennikarza i działacza społecznego Marca Sangniera (1873-1950).

 

Miłe złego początki

 

Początki Sillonu sięgają roku 1894, kiedy przyjaciel Sangniera – Paul Renaudin (1873-1964) zaczął wydawać przegląd filozoficzno-literacki Le Sillon, wypełniany w większości artykułami Sangniera. Na łamach pisma od początku akcentowano tezę, że nauka, postęp i demokracja są koniecznie (i z wzajemnością) potrzebne religii; że przyszłość należy do demokracji (dlatego należy do niej wychowywać lud), oraz że demokracja albo będzie chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale. Z początkiem 1899 roku wokół pisma zrodził się ruch o tej samej nazwie, złożony z sieci „kół studiów katolickich” po 30-40 osób, który na początku XX w. osiągnął liczbę około pół miliona osób w całej Francji. Od 1901 roku Sangnier zakładał, najpierw w Paryżu, następnie także na prowincji, „instytuty ludowe”, mające być katolicką repliką na ateistyczne „uniwersytety ludowe”, a od 1906 zaczęto organizować coroczne kongresy Sillonu. We wrześniu 1901 roku założona została także paramilitarna „służba porządkowa” Sillonu – Młoda Gwardia (Jeune Garde), odbywająca formację fizyczną i duchową (nocne czuwania w bazylice Sacré-Cœur), podporządkowana bezpośrednio Sangnierowi, która swój „chrzest bojowy” przeszła 23 maja 1903 roku podczas starć ulicznych z bojówkami laickimi, które usiłowały rozpędzić pochód w obronie zamykanych przez rząd szkół prowadzonych przez zakony.

 

„Demokratyzacja boskości”

 

Do tego czasu Sillon był traktowany z życzliwością przez hierarchię kościelną i samych papieży (Leona XIII i Piusa X), doceniających żarliwość religijną, wysoki poziom moralny i wrażliwość społeczną sillonistów. Niepokój Magisterium zaczęła jednak wzbudzać polityzacja ruchu o coraz bardziej lewicowym obliczu. Sillon nie tylko że zignorował podaną przez Leona XIII w encyklice Graves de communi definicję chrześcijańskiej demokracji jako dobroczynnej akcji chrześcijańskiej warstw wyższych na rzecz ludu, wykluczającą przeto sens polityczny tego pojęcia oraz akceptację ideologicznej tezy o zwierzchnictwie ludu, ale zaczął propagować wprost heterodoksyjną „teologię polityczną” demokratyzmu i republikanizmu. W artykułach zebranych następnie w książce Duch demokratyczny (L’Esprit démocratique, Paris 1905) Sangnier głosił, iż Bóg władny jest „zdemokratyzować boskość”, a chrześcijaństwo jest „demokracją życia boskiego”, co oznacza, że Bóg przekazał ludziom poprzez Swego Syna własną suwerenność do współuczestnictwa w ideale republikańskim, a nawet stania się przez nich – poprzez asymilację w Drugą Osobę – „członkiem uzupełniającym” Trójcy Świętej, przenikającym do społeczności Trzech Osób i uczestniczącym „w Ich majestatycznej równości”. Również na płaszczyźnie stricte politycznej cel Sillonu został zdefiniowany jako pełne urzeczywistnienie republiki demokratycznej, sam zaś ruch jako laicki, a nie katolicki, acz „głęboko” (profondément) religijny; znalazło to wyraz w zmianie podtytułu pisma „Le Sillon” od 25 lutego 1905 roku, z „Przegląd społecznej akcji katolickiej” na „Przegląd akcji demokratycznej” oraz w powołaniu nowego, ściśle politycznego, tygodnika „L’Éveil démocratique” [„Demokratyczne Przebudzenie”].

 

„Gwiżdżę na ekskomunikę”

 

Ostentacyjnym zerwaniem z postawą synowskiego posłuszeństwa wobec hierarchii był „incydent w Épinal” (22 maja 1904 r.), kiedy to Sangnier po wygłoszeniu odczytu Sillon a demokracja, na zadane mu pytanie: „a jeśli wasze poglądy spowodują ekskomunikę?”, odpowiedział „gwiżdżę na ekskomunikę”. Mimo to, jeszcze 11 września 1904 roku Sangnier został przyjęty na specjalnej audiencji przez Piusa X.

 

Rozczarowaniem dla Kościoła była także postawa Sillonu wobec fali nowych prześladowań katolicyzmu, za rządów Pierre’a-Marie-René Waldeck-Rousseau i Émile’a Combesa, której szczytowym punktem była (poprzedzona zerwaniem stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską) wroga separacja państwa od Kościoła, pociągająca za sobą tzw. inwentaryzację upaństwawianych dóbr kościelnych, w trakcie której dochodziło nawet do aktów profanacji oraz do zabójstw katolików stających w obronie kościołów. Sillon potępiał wprawdzie akty przemocy, ale wobec samej zasady rozdziału Kościoła od państwa zajmował stanowisko niejasne i dwuznaczne, snując dywagacje na temat dwu rodzajów „klerykalizmu” – chrześcijańskiego i niechrześcijańskiego, które łączyć ma posługiwanie się czy to władzą ustawodawczą, czy to przemocą, dla narzucenia pojęć religijnych bądź antyreligijnych tym, którzy ich nie podzielają. W 1908 roku Sangnier wystąpił nawet na wspólnym wiecu w towarzystwie głównego wroga Kościoła – Combesa, i zaczął bronić poglądu, że rewolucja 1793 roku nie była antyreligijna, a Robespierre, Danton i inni rewolucjoniści mieli dusze religijne i ich „filozofia religijna” należała do istoty chrześcijaństwa.

 

Pius X: „idą potępianą drogą”

 

Pierwszym sygnałem zaniepokojenia Kościoła ideologiczną demolatrią Sillonu była wypowiedź Piusa X z kwietnia 1907 roku na audiencji dla dziekana S. Martin de Pau: viam sequuntur damnosam („idą potępianą drogą”). Formalne potępienie „błędów Sillonu” nastąpiło w liście apostolskim Notre charge apostolique z 25 sierpnia 1910 roku skierowanym do biskupów francuskich. Papież zaznaczał, że długo się wahał z ogłoszeniem werdyktu, mając na uwadze szlachetność dusz młodzieży skupionej w tym ruchu, jej miłość do Jezusa Chrystusa i przykładne spełnianie praktyk religijnych, nie mógł jednak nie zareagować na uporczywe zbaczanie z właściwej drogi, ignorowanie rad i upomnień oraz dążenie do wyłamania się spod jurysdykcji kościelnej. Nieposłuszeństwo wobec autorytetu i źle pojęta miłość ubogich doprowadziły Sillon do podtrzymywania błędu demokratycznego, przypisującego ludowi najwyższą władzę i dążącego do zniesienia oraz zrównania klas społecznych, mimo iż przywódcy ruchu dobrze wiedzieli, że błąd ten został potępiony przez Leona XIII, toteż zignorowanie programu nakreślonego w Graves de communi i przyjęcie krańcowo odmiennego samo w sobie jest zuchwalstwem. Sillon werbalnie aprobuje wprawdzie katolicki teoremat o pochodzeniu władzy od Boga, ale faktycznie mu zaprzecza, umiejscawiając pierwotne źródło władzy w ludzie oraz uznając, że mimo jej przekazania rządzącym władza ta nadal w ludzie rezyduje; jako dowód błędu papież przytoczył wypowiedź Sangniera (Discours de Rouen, 1907) o wychodzeniu władzy z dołu i delegowaniu jej w górę, co jest „rzeczą anormalną”, albowiem w naturze wszelkiej władzy leży właśnie jej zstępowanie z góry w dół; jeśli lud pozostaje zawsze tak czy inaczej dysponentem zwierzchności, to władza staje się „cieniem i mitem”, bo nie będzie już ani zwierzchników, ani podwładnych. Sangnierowska koncepcja „władzy usankcjonowanej przez ogół” (l’autorité consentie) prowadzić musi do rozkładu społeczeństwa politycznego przez zanegowanie słuszności okazywania posłuszeństwa ludziom będącym prawowitymi reprezentantami Boga w imię fałszywie pojętej godności człowieka, to znaczy utożsamiającej posłuszeństwo z poniżeniem. Demokracja została wprawdzie uznana przez papieża Leona XIII (Immortale Dei) za jedną z dozwolonych form rządu (pod warunkiem posłuszeństwa prawu Bożemu), nie oznacza to jednak, iżby posiadała ona jakikolwiek szczególny przywilej. Przeciwny temu pogląd głoszony przez Sillon – iż tylko demokracja będzie panowaniem doskonałej sprawiedliwości – stanowi „niedopuszczalną zniewagę” wyrządzoną innym formom rządu, jak monarchia czy arystokracja. Nadto, uczuciowa egzaltacja („ślepa dobroć serca”), pomieszany częściowo z iluminizmem mistycyzm filozoficzny oraz idealistyczne ignorowanie praw rządzących ludzką naturą prowadzą sillonistów do iluzji demokratycznego wychowania ludu, redukowania chrześcijańskiej miłości bliźniego do braterstwa i błędnego ekumenizmu oraz głoszenia humanitarnej utopii, a w praktyce – do przyjmowania zasad rewolucji 1789 roku; przesłanie ewangeliczne w działalności Sillonu zamienia się w bluźnierczą „ewangelię rewolucji”.

 

Chybione proroctwo

 

Obłąkańcza demolatria Marca Sangniera sięgnęła bodaj zenitu w „proroctwie”, które był wypowiedział w książce Walka za demokrację (La lutte pour la démocratie, Paris 1908): „Wierzymy, że nadejdzie dzień, kiedy Kościół pocieszy się po swych smutkach, przynosząc Chrystusowi demokrację francuską”. To, co dzisiaj wyprawiają z Francją tyranizujący ją socjaliści brzmi jak drugi – po Notre charge apostolique – i niemniej zasłużony wyrok śmierci na Sillon i jego demo-bałwochwalcze rojenia. Chociaż milion katolików (co jest nadspodziewanym ewenementem) wyszło na ulice Paryża, by zaprotestować przeciwko instytucjonalizacji homoideologii, Kościołowi aż nadto wymownie dano do zrozumienia, że Jego i katolików głos nie ma żadnego znaczenia w demokracji francuskiej. Tę zaś demokrację camarade i Monsieur le Président François Hollande faktycznie „przynosi” do stóp, ale jej prawdziwemu Panu – Belialowi.

 

Jacek Bartyzel


Źródło: https://web.archive.org/

środa, 12 października 2011

prof. Jacek Bartyzel o wyniku niedzielnych wyborów


No to groza. Może być tylko albo bardzo źle, czyli tak jak dotychczas, albo jeszcze gorzej, czyli koalicja z Ruchem Antychrystów i Sodomitów. Zresztą, nawet jeśli biedronie nie wejdą do rządu, to i tak w sejmie będą robić taki cyrk, że nieomal z rozrzewnieniem będziemy wspominali awantury Samoobrony: w końcu tamci chcieli tylko kasy, z tymi będziemy mieli "nergalizm" na każdym posiedzeniu sejmu. A tak a propos: gdyby nasz Epidiaskop (Episkopat) miał, z przeproszeniem, jaja, a nie Święty Spokój za patrona, to by już wcześniej ogłosił, że każdy kto na nich głosuje, podlega ekskomunice latae sententiae, a teraz zarządziłby w całej Polsce modły przebłagalne z biciem w dzwony za ciężką obrazę Boga.

Niemniej (nawiązuję do swojego poprzedniego wpisu), trzeba odnieść się i do drugiej strony. Z PiS-em, jako z partią POP (Pełniącą Obowiązki Prawicy) jest tak, że to potwór duży, ale niewystarczająco duży, więc - parafrazując Gombrowicza - zdycha i zdechnąć nie może. Na to jest za duży, a żeby wygrać za mały i za słaby. Okazał natomiast, zgodnie zresztą z jasno wykładanym planem Kaczyńskiego w tej mierze, geniusz destrukcji wszystkiego co na prawo od niego; tam faktycznie teraz jest pustynia. I w tym także jest groza naszego położenia w obecnej chwili. Bo jeśli trzeba przyznać rację Terlikowskiemu, że jesteśmy już na wojnie (byle nie o "judeochrześcijaństwo", na miłość Boską!), już prawie takiej jak cristeros z "callistas", tyle że bez broni, to nie mamy żadnej armii do tego się nadającej. Oni, czyli PiS, tego nawet nie rozumieją: pogrążeni bez reszty w swoich ulubionych tematach "mgielno-helowych" czy korupcyjnych, zupełnie nie pojmują naprawdę eschatologicznego wymiaru agonu, który wchodzi w decydującą fazę. To rzeczywiście jakiś narodowy fatalizm, bo przecież PiS to kolejny (który to już?) awatar naszej starej szlachty gołoty" - owszem, patriotycznej i nawet jakoś tam religijnej, przynajmniej w obyczaju, ale rozemocjonowanej, zapalczywej, lekkomyślnej i po prostu niemądrej.

prof. Jacek Bartyzel

Źródło informacji: http://www.facebook.com

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.