_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Alice von Hildebrand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Alice von Hildebrand. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Prof. Alice von Hildebrand: Część tajemnicy fatimskiej była wstrząsającym proroctwem wielkiej apostazji w Kościele



Komentarz wprowadzający autorstwa o. Briana W. Harrisona O.S.

Ze względu na brak jasności i szczegółowości rozdziału 8 apostolskiej adhortacji papieża Franciszka „Amoris Laetitia” (AL), wzajemnie sprzeczne poglądy krążą wokół tego, co on oznacza dla katolików żyjących publicznie w obiektywnie grzesznych związkach. Czy obecny Ojciec Święty zerwał ze swoimi poprzednikami, którzy nigdy nie pozwolili tym ludziom na przyjmowanie Komunii Świętej? Niektórzy twierdzą, że tak, niektórzy twierdzą, że nie. Wybitny katolicki filozof Robert Spaemann, przyjaciel papieża Benedykta XVI, nie zawahał się stwierdzić w ostatnim wywiadzie, że wraz z ogłoszeniem AL „pociągnięciem pióra chaos został podniesiony do rangi zasady” i że „konsekwencje są przewidywalne: brak pewności i zamęt, poczynając od konferencji biskupów, na małych parafiach pośrodku niczego skończywszy”.

Ta krytyczna sytuacja zachęca do dalszej refleksji nad przesłaniem Matki Bożej Fatimskiej, tym bardziej, że w ten piątek (13 maja 2016) rozpoczynamy setny rok od momentu Jej pierwszego objawienia portugalskim pastuszkom. W 1980 roku siostra Łucja, jedyna żyjąca wizjonerka, napisała ważny list do monsiniora (teraz kardynała) Carlo Caffarry. Po tym jak papież Jan Paweł II poprosił go o poprowadzenie Papieskiego Instytutu dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną, Caffarra napisał do siostry Łucji list zawierający prostą prośbę o jej modlitwy w intencji powodzenia tego przedsięwzięcia. Nie tak dawno dał poznać swoje zaskoczenie, gdy otrzymał „bardzo długi list z jej podpisem… a w nim można znaleźć takie słowa: Ostateczna bitwa między Panem a królestwem szatana będzie o małżeństwo i rodzinę. Nie obawiaj się, ponieważ każdy, kto pracuje dla świętości małżeństwa i rodziny zawsze będzie zwalczany i zawsze będzie napotykał wiele przeciwności, gdyż jest to kwestia kluczowa. Potem stwierdziła: Niemniej jednak Matka Boża zmiażdżyła mu głowę”.

To zapewnienie jest pokrzepiające, gdyż piętnaście lat po tym, jak siostra Łucja napisała ten list, kard. Luigi Ciappi (1909-1996), prywatny doradca teologiczny pięciu papieży, dokonał oszałamiającego ujawnienia tej części tajemnicy fatimskiej, której Watykan nigdy nie upublicznił (i która wyraźnie znajduje swoje miejsce pod enigmatycznym słowem „etc.”, które występuje w opublikowanej części przesłania Matki Bożej). Jego Eminencja, jedna z nielicznych osób, która miała okazję poznać treść całej tajemnicy, w 1995 roku napisał w liście do prof. Baumgartnera z Salzburga następujące słowa: „W trzeciej tajemnicy fatimskiej jest przewidziane, między innymi, że wielka apostazja w Kościele rozpocznie się od samej góry.”

Tak szokujące proroctwo może wyjaśniać to, dlaczego siostra Łucja sama przyznała się do tego, że wywoływało w niej traumę, wyjaśnia dlaczego papież Jan XXIII zdecydował się nie upubliczniać go, zgodnie z poleceniem Matki Bożej, w 1960 roku i dlaczego kard. Alfredo Ottaviani ze Świętego Oficjum, w odpowiedzi na pytanie reportera, stwierdził kwaśno, że trzecia tajemnica została odłożona „na dno archiwów watykańskich – i zasługuje na to, aby tam pozostać!” (pewien kapłan, który jako młody człowiek żył w Rzymie w latach 60-tych XX wieku powiedział mi, że dokładnie pamięta te słowa kardynała z artykułu w gazecie). Jako najwyższy doktrynalny nadzorca, Ottaviani mógł uznać, że tak przerażająca wiadomość mogłaby zdestabilizować wiarę wielu katolików w Stolicę Piotrową, „Skałę”, na której Chrystus zbudował swój Kościół.

Powyższe spostrzeżenia powinny pomóc w ustawieniu w konkretnym kontekście następującego świadectwa dr Alice von Hildebrand, z którą mam przywilej bycia w znajomości od około dwudziestu lat. Dostarczają one wyraźnego potwierdzenia tego, co powiedział kard. Ciappi na temat tajemnicy fatimskiej, ale stało się to wiadome dla niej i jej zmarłego męża, renomowanego filozofa, Dietricha von Hildebranda, pełne trzydzieści lat przed tym, jak Ciappi napisał list do austriackiego profesora. W prywatnym liście z początku maja [2016 roku – przyp. tłum.], dr von Hildebrand opowiedziała mi o rozmowie, którą odbyła we Florencji w 1965 roku. Zapytałem ją, czy pozwoli na to, aby został on upubliczniony szerszemu gronu odbiorców i po konsultacji ze swoim kierownikiem duchowym, odpowiedziała że udziela na to zgodę (msgr. Mario Boehm, którego zeznania zaprezentowała, był czołowym członkiem redakcji gazety watykańskiej L’Osservatore Romano w latach 30-tych i 40-tych XX wieku, w czasie gdy redaktorem naczelnym był Giuseppe Dalla Torre. Boehm, po przejściu na emeryturę, zachował kontakty wysokiego szczebla w Rzymie).

Dr von Hildebrand dodała, że dobrze byłoby potowarzyszyć również innej, podobnej rozmowie, którą ona i jej mąż przeprowadzili w latach 60-tych XX wieku z byłym komunistycznym agentem Bellą Dodd. Osobiście, te powiązane z przekazem Fatimy świadectwa, są dla mnie głęboko pocieszające w tym czasie wzrastającego zamieszania i przenikliwie niepokojącej zmiany wywodzącej się z najwyższych szczebli władzy Kościoła. One wskazują, że Niebo nie tylko przewidziało ten wielki kryzys, ale również uprzedziło nas, tak aby uspokoić katolików, o tym ze niezależnie od tego co się wydarzy w najbliższej przyszłości, Chrystus jest nadal niezachwianą Głową Kościoła, a Niepokalane Serce Jego Najświętszej Matki, Królowej Różańca Świętego, która dla szatana jest „straszna, niczym armia ustawiona do bitwy”, ostatecznie zatriumfuje.

Dr von Hildebrand, przekroczywszy wiek 90 lat, ma problemy z pisaniem na komputerze, więc nieco poprawiłem jej oryginalny email, aby uzyskać większą przejrzystość. Zaakceptowała następującą wersję i wyraziła zgodę na jej upublicznienie na stronie One Peter Five:

(email do o. Briana Harrisona z dnia 6 maja 2016 roku) 
Drogi Ojcze, 
myślę że dwie następujące rozmowy, które bardzo dobrze pamiętam z lat 60-tych, są teraz szczególnie interesujące w tych głęboko niepokojących czasach, połowę wieku później. Wygląda bowiem na to, że potwierdzają one słowa kard. Ciappiego, że część tajemnicy fatimskiej przekazanej przez Matkę Bożą była wstrząsającym proroctwem wielkiej apostazji w Kościele, która rozpocznie się od „od samej góry”. 
Pierwsza rozmowa odbyła się w czerwcu 1965 roku. Byliśmy we Florencji, w domu, w którym urodził się mój mąż i gdzie spędzałam mój pierwszy urlop naukowy. Mąż zaprosił księdza, msgr. Mario Boehma, którego spotkał pierwszy raz w Rzymie krótko po jego konwersji na katolicyzm, a który był jednym z czołowych redaktorów L’Osservatore Romano przez wiele lat. Pojawił się temat Fatimy. Mój maż zadał pytanie: „Dlaczego trzecia tajemnica fatimska nie została upubliczniona?” Najświętsza Dziewica powiedziała, że jej treść powinna być udostępniona dla wiernych w 1960 roku. 
Don Mario: „Nie została ujawniona z powodu swojej zawartości”. Mój mąż: „Co było w niej takiego strasznego?” Msgr. Boehm, jako dobrze wyszkolony Włoch, nie powiedział, że ją czytał, ale zaznaczył że jej treść była przerażająca: „infiltracja Kościoła do samej góry”. Byliśmy tym zdruzgotani, ale jednocześnie potwierdziło to obawy mojego męża o to, że sposób w jaki zostanie zinterpretowany Sobór Watykański II narazi Kościół na straszne niebezpieczeństwo. Niestety, te obawy okazały się zasadne. 
Druga rozmowa była przeprowadzona z Bellą Dodd, o której mówiłam już przy poprzednich okazjach. Spotkaliśmy się z nią jesienią 1965 roku i odwiedziła nas tutaj, w New Rochelle w stanie Nowy Jork, gdzie wciąż mieszkam, jak również ponownie w 1966 i 1967 roku. Była gorliwą komunistką za swoich studenckich lat w Hunter College – wylęgarni komunizmu (dlatego byłam tam systematycznie szykanowana, jak wspominałam w mojej książce Memoirs of a Happy Failure). Bella siała ziarna tej diabolicznej filozofii na Hunter, jednak w 1952 roku stała się konwertytą pod kierownictwem abp Fultona Sheena. Przedstawię zapis rozmowy między nią a moim mężem: 
DvH: Boję się, że Kościół został zinfiltrowany. 
Bella: Boisz się o to, drogi profesorze – ja o tym wiem! Kiedy byłam oddaną komunistką, utrzymywałam bliski kontakt z czterema kardynałami, którzy pracowali dla nas w Watykanie. Do dzisiaj są oni bardzo aktywni. 
DvH: Kto to jest? Mój bratanek Dieter Sattler jest niemieckim przedstawicielem przy Stolicy Apostolskiej.  
Ale Bella, która pozostawała pod duchowym kierownictwem abp Sheena, odmówiła przekazania mu takich informacji.
Jedyną naszą ucieczką jest modlitwa i zdecydowane przekonanie, że bramy piekielne go nie przemogą. Św. Mateusz ostrzegał nas w rozdziale 24. 
W jedności gorliwych modlitw.

Drogi Ojcze, z szacunkiem oddana Tobie w Chrystusie.
Alice von Hildebrand

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie One Peter Five. Polskie tłumaczenie ukazało się na blogu Obrona Wiary, a dzięki przychylności redakcji możemy go Państwu także udostępnić na Rzymskim Katoliku.   

Źródło informacji: http://obronawiary.pl

środa, 21 grudnia 2016

Prof. Alice von Hildebran: Kościół został zinfiltrowany




Michael Voris w programie "The Vortex" (ChurchMilitant.tv) prezentuje fragmenty wywiadu z Alice von Hildebrand nt. infiltracji Kościoła Katolickiego przez Jego wrogów.

Aby włączyć polskie napisy, kliknij w ikonkę "Napisy".

czwartek, 9 kwietnia 2015

Alice von Hildebrand: Przelotne mody i wieczne prawdy


Tragedią świata jest to, że staliśmy się apostatami!

Mając 91 lat Alice von Hildebrand wie, że zmierza do kresu życia. Nie bierze tego jednak za wymówkę i nie daje beztrosko przepustki współczesnym problemom moralnym. Jak zawsze przywiązana do obiektywnej prawdy, nie waha się rzucić wyzwania relatywistom moralnym czy nawet ortodoksyjnym katolikom, którzy mogą się w danej sprawie mylić.

W swojej najnowszej książce Memoirs of a Happy Failure, von Hildebrand relacjonuje swoje wychowanie w „prawdziwie katolickiej” Belgii, niebezpieczną podróż do USA (podczas której omal nie została zatopiona przez niemiecki okręt podwodny), a także wiele starć z moralnymi relatywistami w Hunter College w Nowym Jorku. Opowiada także o swoim małżeństwie ze starszym od niej Dietrichem von Hildebrandem, nieformalnie uznanym za „XX-wiecznego Doktora Kościoła” przez Sługę Bożego papieża Piusa XII.

Von Hildebrand z entuzjazmem propaguje filozoficzne dzieło swojego męża. Zajmuje się tym przede wszystkim Dietrich von Hildebrand Legacy Project, organizacja, która umożliwiła ostatnio wydanie angielskiego tłumaczenia książki jej męża My Battle Against Hitler: Faith, Truth and Defiance in the Shadow of the Third Reich.

W wywiadzie udzielonym National Catholic Register, von Hildebrand mówi o wspólnym – jej mężą i swoim – oddaniu prawdzie, dzisiejszym „poważnym kryzysie moralnym” i wielowiekowym rozwiązaniu: żalu za grzechy, modlitwie i pokucie.

Co od czasów młodości inspirowało Panią do poszukiwania prawdy, dobra i piękna – szczególnie gdy wzrastały na znaczeniu relatywizm, zło przebrane za dobro i brzydota?

Pod koniec swojego życia wspominam wszystkie łaski i dary zesłane mi przez Boga. Jednym z największych darów było to, że wychowałam się w Belgii, kiedy był to prawdziwie katolicki kraj. W wieku 4 lat miałam świadomość piękna otaczającej mnie katolickiej kultury. Były to między innymi wspaniałe kościoły, wzniosły śpiew i piękne obrazy. Wszystko było piękne.

Niestety nie można tego powiedzieć dzisiaj. Wokół nas jest tyle brzydoty – co jest pewną wskazówką, że diabeł pracuje. Brzydota jest odbiciem diabła, a głęboko zaburzony charakter naszej współczesnej kultury niewątpliwie odzwierciedla jego ogromny wpływ. Najbardziej niepokojące jest to, że brzydota dokonała postępów w naszym Kościele.

Wielką tragedią dzisiejszego świata jest to, że prawda została zastąpiona przez preferencje, dobro przez zachcianki a piękno przez „zabawę”. Przez 37 lat mojego nauczania zdecydowana większość studentów, których spotkałam, była przekonana, że prawda, dobro i piękno są czymś względnym: są tym, co chcesz żeby nim było. Moja koncepcja może się różnić od twojej, i należy ten fakt czcić, a nie nad tym lamentować.

Rzeczywistość jest zupełnie inna. Przeżywamy poważny kryzys moralny, w którym wieczne prawdy zostały zamienione na przejściowe mody. Jesteśmy zaślepieni, szybkie rozwiązania cenimy wyżej niż trwałe zmiany.

Gdy tylko otworzymy się na Boga poprzez modlitwę i pokutę, będziemy mieć łaskę widzenia rzeczy takimi, jakimi naprawdę są, i moc miłości, jakiej chce dla nas Bóg. Samodzielnie jesteśmy żałośnie słabymi istotami, ale z łaską uświęcającą możemy uczestniczyć w życiu samego Boga. Jest to niezwykle piękne.

Piękno jest często widziane jako „dodatek” dla ważniejszych spraw takich jak prawda i dobro. Dlaczego taki pogląd jest zły?

Prawda jest piękna, dobro jest piękne. Prawda, dobro i piękno tworzą triadę wartości, które są interaktywne i zależne od siebie. Są transcendentnymi właściwościami bytu, więc nie można jednej z nich odizolować i traktować oddzielnie, ponieważ gdzie znajduje się jedna z nich, tam znajduje się też reszta.

Dziś w dużej mierze zastąpiliśmy piękno „zabawą”. Pod pojęciem „zabawy” mam na myśli te wszystkie rozrywki, które pomagają nam zapomnieć, że jako społeczeństwo jesteśmy ogromnie znudzeni. Hałas, błysk i głupkowatość powszechnie trzymają nas w nieświadomości własnego oderwania od rzeczywistości. Zamiast poszukiwać sensu życia, pokrywamy nasz obecny brak celu obfitością powierzchownych rozkoszy.

Ostatnio wydano w języku angielskim książkę Pani męża My Battle Against Hitler. W jaki sposób Pani mąż tak wcześnie poznał się na Hitlerze?

Truciznę filozofii nazistowskiej pozwoliło tak szybko pojąć mojemu mężowi jego żarliwe umiłowanie prawdy. Kiedy została naruszona prawda, zaalarmowało to kogoś, kto miał dla niej wielkie uznanie.

Jednakże kluczem niekoniecznie było natychmiastowe rozpoznanie, ponieważ wielu ludzi nie lubiło filozofii Hitlera odkąd stała się ona znana. Mojego męża wyróżniało to, że popadł w kłopoty z powodu przemawiania przeciwko ateistycznej i brutalnej filozofii Hitlera, która niszczyła jednostkę i deifikowała państwo.

Miliony Niemców nie zgadzały się z nazizmem, ale mimo wszystko nie stawiały mu oporu. Unikali rozgłosu, aby uniknąć ewentualnych reperkusji w życiu osobistym i zawodowym. Problem związany z tą strategią widzimy w obrzydliwych rezultatach, które przyniosła ona w latach 30-tych i 40-tych.

Odwaga fizyczna – coś, co można na przykład znaleźć na boiskach sportowych – jest czymś bardzo powszechnym, ale odwaga moralna już nie. Nie jest łatwo stanąć w obronie tego co słuszne, kiedy może to oznaczać utratę pracy, rodziny, a nawet życia. O wiele łatwiej jest milczeć i pozwolić rzeczom biec.

Mój mąż przeciwnie, był moralnie odważnym człowiekiem. Miałam zaszczyt spotkać wielu dobrych katolików zanim poznałam swojego męża, ale nie sądzę, bym przed spotkaniem go spotkała bohatera. Mój mąż był z łaski Boga człowiekiem heroicznie poświęconym prawdzie, dobru i pięknu. To jest rzadka łaska.

Mój mąż zostawił wygodną pracę i posiadłość w Niemczech by uciec do Włoch, następnie do Austrii, potem do Francji, Portugalii, Brazylii i wreszcie do Stanów Zjednoczonych. Nie chciał milczeć w obliczu zła. Dla niego ciągłe bycie w ruchu było lepsze niż zanurzenie w kłamstwach, złu i brzydocie nazizmu albo komunizmu. Był zagorzałym przeciwnikiem obu filozofii, które – pomimo różnych nazw – są w zasadzie takie same.

Mój mąż wykładał na Uniwersytecie Fordham, gdzie pomagał wielu konwertytom wejść do Kościoła katolickiego. Jednym z takich przykładów był Żyd, oficer na Pacyfiku podczas II wojny światowej. Pewnego wieczoru będąc na pokładzie swojego statku widział słońce tak piękne, że łzy naleciały do oczu. Zapragnął czegoś więcej i pomyślał, że może to odnaleźć w studiowaniu filozofii. Za radą przyjaciela wstąpił na Fordham. Tam, pod wpływem mojego męża, znalazł to, czego szukał: stał się katolikiem, a następnie otworzył klasztor kartuzów w Vermont.

Jest Pani krytykiem sposobu, w jaki czasem wykładana jest kościelna teologia ciała. Jak powinna być ona przedstawiana?

Czasami błędnie tłumaczy się – nawet przez katolików o dobrych intencjach – że w sferze intymnej jesteśmy jak zwierzęta, że ludzka intymność jest „naturalna” jak ta u psa, kota albo konia. Chociaż może się tak wydawać, to właśnie w ciele osobowość ludzka – używam tego terminu żeby objąć także kobiety, więc jak widać używam języka inkluzywnego – staje się tak widoczna.

Mężczyzna i kobieta współpracujący z Wiecznym Bogiem w tworzeniu nowego ludzkiego istnienia – to budzący zarówno strach jak i podziw przywilej, którego nie otrzymali aniołowie, nawet najwyżsi z serafinów. Wszyscy małżonkowie powinni być przepełnieni głęboką czcią wobec faktu, że mogą powołać do życia unikalne stworzenie Boże, które będzie żyło na wieki. Sfera intymna jest święta – i należy ją traktować z drżeniem i podziwem.

Próbując wyjaśnić zasadnicze znaczenie tego tematu w swojej książce Dark Night of the Body inspirowałam się książką swojego męża In Defense of Purity. Mój mąż ukazuje dane przez Boga piękno i znaczenie tej sfery, ale nie ignoruje faktu, że właśnie ze względu na jej piękno i znaczenie jest szczególnie atakowana przez diabła i zraniona przez grzech pierworodny.

Młodych ludzi należy uczyć – tak skromnie jak to możliwe – wzniosłego znaczenia tej sfery, i jednocześnie uświadamiać ich, że jest ona podatna na poważne pokusy, nie tylko ze względu na jej upajający charakter, ale również dlatego, że diabeł może ją łatwo wykorzystywać do traktowania osób jak przedmioty. Ponadto publiczne dyskusje obciążone zbędnymi szczegółami rysują delikatne szkliwo tego tematu, który jest ze swej natury tajemniczy i ukryty.

Tak samo ważne jak odrzucenie purytanizmu, który traktuje ciało ludzkie jako z natury złe, jest odrzucenie nieskromności, która w swoich najostrzejszych formach jest rakiem niszczącym miłość, małżeństwo i rodzinę. Wystarczy spojrzeć na najbliższe centrum handlowe, by ujrzeć grunt zdobyty przez nieskromność, niezbędna jest więc wielka troska, aby ochronić dzieci i młodzież przed jej wpływem.

Pomocne będzie tutaj także wspomnienie o pokucie – św. Tomasz Morus nosił włosiennicę. Żonaty mężczyzna podejmujący cielesną pokutę, którą uznajemy za coś odpowiedniego jedynie mnichom, to coś bardzo pouczającego. Bez względu na nasz stan w życiu, dopóki jesteśmy na Ziemi nasza walka o zbawienie jeszcze się nie skończyła. Panowanie nad ciałem jest obowiązkiem każdego członka Kościoła walczącego.

Mówiła i pisała Pani także o przywileju bycia kobietą. Czy uważa Pani, że poszanowanie autentycznej kobiecości w ostatnich latach wzrosło?

Mój filozoficzny arcywróg Simone de Beauvoir, która poniżyła macierzyństwo, zdobyła znacznie większy teren niż ja. Przekonała tysiące kobiet, że celem ich życia jest konkurowanie z mężczyznami. To poważny błąd, który całkowicie pomija centralną rolę macierzyństwa, nie tylko dla kobiet, ale także dla całego rodzaju ludzkiego.

Dlaczego wąż poszedł do Ewy a nie do Adama? Niektórzy powiedzą że dlatego, że Ewa była słabsza a tym samym była łatwiejszym celem, ale ja sądzę, że odpowiedź sięga wiele głębiej: Ewa była matką życia, która przykuła uwagę tego „mordercy od początku”. Ponieważ nienawidził życia ludzkiego, poszedł do Ewy.

Charakterystycznym znakiem działalności Pani męża było propagowanie czci. Dlaczego ta cecha jest tak ważna?

Jeżeli nie mamy w sobie czci, wszystkie nasze talenty idą na marne. Najwięksi heretycy i błądzący filozofowie byli utalentowani, ale brakowało im jednego zasadniczego składnika niezbędnego dla każdego, kto pragnie dążyć do prawdy: czci. Innymi słowy nie pozwolili oni objawić się rzeczywistości, chcieli ją ustanowić. Człowiek może wymyślić wszelkiego rodzaju ciekawe pomysły, ale jeśli chce dotrzeć do prawdy, musi ochrzcić swój intelekt pokorą, która jest ściśle związana z czcią.

Prawda nie jest kwestią wynalazku, ale czci. Nie tworzymy prawdy, ale jej służymy. Dlatego nie możemy zakończyć naszych poszukiwań godną pochwały akceptacją prawdy. Musimy żyć prawdą, innymi słowy nasze działania muszą być dobre. Widoczne piękno naszych działań nakierowuje innych na źródło wszelkiej prawdy, dobra i piękna: na samego Boga.

Jak możemy dzielić się chwalebnymi prawdami katolickiej wiary z innymi, jeśli te prawdy nie wpływają na nasze zachowanie? Dzieje się tak zwłaszcza w bezpośredniej obecności Najwyższego Pana Wszechświata, który raczy mieszkać w naszych tabernakulach. Niemożliwe jest, aby żyd czy protestant uwierzył w Rzeczywistą Obecność, kiedy wchodzi do kościoła wypełnionego katolikami gadającymi i żartującymi jak gdyby byli w restauracji, albo ubranymi jak gdyby jechali na biwak. Skoro Bóg jest faktycznie obecny w naszych kościołach, musimy się zachowywać odpowiednio.

W swojej najnowszej książce Memoirs of a Happy Failure wspomina Pani, że była prześladowana za „zbrodnię” stwierdzenia, że istnieje obiektywna prawda.

Doświadczyłam na Hunter College wielu przykrości z rąk władz, kolegów profesorów, a nawet studentów, którym nie spodobała się teza, że rzeczywistością nie jest to, co jest określane tak przez jednostkę. Dawano mi wyczerpujący plan, byłam źle opłacana i miałam najwolniejszą promocję profesorską o jakiej słyszałam. Kiedy w końcu po 13 latach otrzymałam etat, jeden kolega powiedział, że to chyba cud. Więc w sferze świeckiej poniosłam radykalną porażkę, ponieważ nie szłam z duchem czasu dla osiągnięcia korzyści materialnych.

Jednakże, jak sugeruje tytuł, prześladowania nie był liczniejsze od pozytywnych doświadczeń, w większości pochodzących od uczniów. Od samego początku wielu z nich z radością zaakceptowało obiektywną prawdę, a pod koniec swojej kariery zostałam wybrana przez studentów najlepszym wykładowcą w Hunter. Pomimo prób wielu profesorów aby tak się nie stało, obiektywna prawda przeważyła.

Muszę także powiedzieć, że chociaż nigdy w klasie nie prezentowałam Ewangelii, moja obrona prawdy obiektywnej, przywołująca myślicieli takich jak Platon czy Arystoteles, była dla wielu studentów punktem wyjścia ku dalszym poszukiwaniom. Pragnienie prawdy doprowadziło ich do Tego, który powiedział, że jest Prawdą, a następnie weszli do Świętej Matki Kościoła. Bogu niech będą dzięki, że używa słabych i niedoskonałych narzędzi dla Swojej chwały.

Ponieważ zostaliśmy stworzeni przez Boga, tęsknimy do prawdy, dobra i piękna, które może być odnalezione jedynie w Bogu. Będziemy zadowoleni tylko gdy znajdziemy się w posiadaniu Wszechmogącego, który nie tylko posiada prawdę, dobro i piękno, ale który jest Prawdą, Dobrą i Pięknem.

Istnieje cena za nas samych, ten największy z celów. Musimy zamienić miłość własną na miłość do Boga albo miłosierdzie. Musimy się wyrzec siebie, podjąć nasze rozmaite krzyże i podążać za Chrystusem. Jeżeli cierpimy z Chrystusem, będziemy z nim uwielbieni. Wtedy, ciesząc się niewysłowionym majestatem wizji uszczęśliwiającej, nie będziemy pragnąć niczego więcej, ponieważ odnaleźliśmy wszystko to, ku czemu zostaliśmy stworzeni.

Źródło: ncregister.com

Tłumaczenie: Redakcja Bazy Dokumentów Papieskich Xportal.pl

Źródło informacji: BAZA DOKUMENTÓW PAPIESKICH

środa, 6 listopada 2013

Obecny przy rozbiorze – filozof pamięta i przypomina – wywiad z dr Alice von Hildebrand



Poniższy tekst wydrukowany został w piśmie The Latin Mass w 2001 roku. Zapisana rozmowa z dr Alice von Hildebrand otwierała na łamach tego pisma dyskusję “Kryzys Kościoła – scenariusze rozwiązania”. Dr Alice von Hildebrand, emerytowany profesor filozofii Hunter College, na krótko przed udzieleniem wywiadu wydała biografię o swoim mężu, Dietrichu, pt Dusza lwa (The Soul of the Lion).

The Latin Mass – TLM: Doktor Hildebrand, czy w czasie gdy Papież Jan XXIII zwoływał Sobór Watykański II, odczuwała Pani potrzebę reform wewnątrz Kościoła?

Alice von Hildebrand – AVH: Większość spostrzeżeń na ten temat pochodzi od mojego męża. Zawsze twierdził on, że członkowie Kościoła – w związku ze skutkami grzechu pierworodnego i grzechu aktualnego – stale potrzebują reform. Jednak nauczanie Kościoła pochodzi od Boga i w związku z tym najmniejsza odrobina nie może zostać zmieniona czy rozważana jako wymagająca reform.

TLM: W przypadku obecnego kryzysu, kiedy po raz pierwszy odczuła Pani, że dzieje się coś straszliwie złego?

AVH: Było to w lutym 1965 roku, gdy przebywałam we Florencji podczas urlopu z uczelni. Mój mąż czytał jakieś pismo teologiczne, gdy nagle usłyszałam jak się rozpłakał. Podbiegłam do niego w obawie, że może nagle poczuł ból serca. Zapytałam się czy dobrze się czuje. Powiedział mi wtedy, że artykuł, który właśnie czytał ukazał mu wnikliwie, iż szatan wtargnął do Kościoła. Trzeba pamiętać, że mój mąż był pierwszym prominentnym Niemcem, który publicznie wypowiadał się przeciwko Hitlerowi i Nazistom. Miał zawsze wielką intuicję i umiejętność przewidywania.

TLM: Czy Pani mąż kiedykolwiek przed tym przypadkiem opowiadał o swoich obawach o Kościół?

AVH: Wspominam w biografii o moim mężu pt. “Dusza lwa”, że kilka lat po swojej konwersji na katolicyzm, w latach dwudziestych, zaczął wykładać na Uniwersytecie w Monachium. Większość katolików w tamtym czasie uczęszczała na Msze Św., ale mimo tego on zawsze mówił, że właśnie tam zaczął sobie zdawać sprawę, iż zatracony został wśród katolików sens nadprzyrodzoności. Jeden przypadek był dla niego szczególnie wystarczającym na to dowodem, jak również bardzo go zasmucił. Otóż przechodząc przez drzwi mój mąż zawsze zwykł przepuszczać tych studentów, którzy byli księżmi, z czego pewnego razu jeden z jego kolegów (katolik) wyraził zdziwienie i dezaprobatę: “Dlaczego pozwalasz na to, by twoi studenci wchodzili przed tobą?” Mąż odpowiedział: “Ponieważ oni są księżmi.” “Ale oni nie mają doktoratu!” – usłyszał. Mąż był zasmucony: docenianie doktoratu jest naturalną reakcją, jednak odczuwanie lęku przed wzniosłością kapłaństwa jest supernaturalną reakcją. Zachowanie się tego profesora udowodniło, że jego poczucie supernaturalności uległo erozji. Przypadek ten miał miejsce na długo przed Soborem Watykańskim II, ale aż do Soboru piękno i świętość liturgii trydenckiej maskowało ten fenomen.

TLM: Czy Pani mąż myślał, że ten upadek supernaturalności rozpoczął się w tym czasie, a jeśli tak, to jak on to tłumaczył?

AVH: Nie, on uważał, że po potępieniu herezji Modernizmu przez Piusa X, jego przeciwnicy jedynie zeszli do “podziemii”. Powiedziałby, że przyjęli bardziej subtelne i praktyczne podejście, po prostu rozpowszechniali oni wątpliwości przez zadawanie pytań o wielkie ponadnaturalne interwencje w historii Zbawienia, jak np. o narodzenie Maryi Dziewicy, o trwałe dziewictwo Maryi, o Zmartwychwstanie czy Świętą Eucharystię. Oni wiedzieli, że gdy tylko wiara – jej fundamenty – zachwieje się, liturgia i nauczanie Kościoła za tym podążą.

Mój mąż zatytuował jedną ze swoich książek “Zdewastowana winnica”. Okazuje się, że po Soborze Watykańskim II tornado uderzyło w Kościół.

Modernizm, owoc nieszczęścia Renesansu i protestanckiej rewolty, wymagał długiego historycznego procesu, by się rozwinąć. Jeśli zapytałbyś przeciętnego katolika w wiekach średnich, aby wskazał swojego bohatera, idola, odpowiedziałby wymieniając imię jakiegoś świętego. W epoce Renesansu zaczęło się to zmieniać: zamiast wskazywać na świętych, ludzie myśleli o geniuszach jako o osobach do naśladowania, a z nadejściem wieku przemysłowego odpowiadali nazwiskiem jakiegoś wielkiego naukowca. Dzisiaj wskazaliby na jakiegoś sportowca czy gwiazdę filmową. Innymi słowy, utrata poczucia supernaturalności (nadprzyrodzoności) przyniosła odwrócenie hierarchii wartości.

Nawet pogański Platon był otwarty na poczucie nadprzyrodzoności. Mówił o słabości, kruchości, bojaźliwości często objawiającej się w naturze ludzkiej. Zapytany przez krytyków o wyjaśnienie dlaczego miał on tak niską opinię o ludzkości, odpowiedział, że nie jest tym, który oczernia, lecz tym, który porównuje do Boga.

Wraz z utratą poczucia nadprzyrodzoności następuje dzisiaj utrata sensu potrzeby wyrzeczeń. Ktoś kto zbliża się do Boga, powinien mieć większe poczucie grzeszności. Ktoś kto oddala się od Boga, tak jak ma to miejsce dzisiaj, słyszy coraz częściej filozofię New Age’owską, która głosi, że: “Ja jestem OK. Ty jesteś OK.” Ta utrata potrzeby ofiary spowodowała przyciemnienie odkupienia misji Kościoła. Tam gdzie rola Krzyża jest pomniejszana, zanika myślenie o konieczności naszego zbawienia.

Awersja do ofiary i zbawienia wspomogła sekularyzację Kościoła od środka. Słyszymy od wielu lat od księży i biskupów o potrzebie dostosowania się Kościoła do świata. A przecież wielcy papieże, jak np. Święty Pius X mówili coś zupełnie odwrotnego: to świat musi dostosować się do Kościoła.

TLM: Muszę stwierdzić, że z naszej rozmowy prowadzonej dzisiejszego popołudnia wynika, iż nie wierzy Pani w przyspieszoną utratę nadprzyrodzoności jako przypadek w historii.

AVH: Nie, nie wierzę. W ostatnich latach wydane zostały we Włoszech dwie książki, które potwierdzają to, co mój mąż podejrzewał od pewnego czasu, mianowicie to, że przez większą część tego [XX] wieku odbywało się systematyczne przenikanie Kościoła przez diabolicznego wroga. Mój mąż był z natury człowiekiem optymistycznym i ufnym, lecz podczas ostatnich 10. lat jego życia byłam świadkiem wielu momentów wielkiego smutku, kiedy to często powtarzał: “znieważyli Kościół (“Holy Bride of Christ“). Miał on na myśli “ohydę spustoszenia”, o czym mówił prorok Daniel.

TLM: To jest bardzo krytyczne stwierdzenie. Pani mąż został nazwany przez Papieża Piusa XII Doktorem Kościoła XX wieku. Jeśli tak mocno on to wyczuwał, czy nie miał on okazji w Watykanie, by przekazać Papieżowi Pawłowi VI swoje obawy?

AVH: Ależ on to zrobił! Nigdy nie zapomnę prywatnej audiencji, którą odbył on z Papieżem Pawłem VI, na krótko przed końcem Soboru, dokładnie 21 czerwca 1965 roku. Jak tylko zaczął on błagać o potępienie herezji, które się w Kościele szerzyły, Papież przerwał słowami: “Lo scriva, lo scriva”. (“Spisz to, spisz to”). Kilka chwil później po raz drugi mój mąż przyciągnął uwagę Papieża na ważkość sytuacji, lecz odpowiedź Papieża była taka sama. Jego Świątobliwość przyjęła nas na stojąco i było jasne, że Papież czuł się bardzo skrępowany. Audiencja trwała zaledwie kilka minut, po czym Paweł VI natychmiast dał znak swemu sekretarzowi, Ojcu Capovilla, aby przynieść nam różańce i pamiątkowe medale. Po tym wróciliśmy do Florencji, gdzie mąż napisał długi list (do dzisiaj nie opublikowany), który został doręczony Pawłowi VI na dzień przed ostatnią sesją Soboru, we wrześniu 1965 roku. Papież po przeczytaniu dokumentu powiedział ambasadorowi Niemiec przy Stolicy Apostolskiej, Dieter von Satter, który był bratankiem mojego męża, że przeczytał dokument uważnie, ale stwierdził, że list był “zbyt surowy”. Oczywiście powód był oczywisty: mój mąż pokornie w liście prosił o jednoznaczne potępienie heretyckich stwierdzeń [zainicjowanych w dokumentach Soboru].

TLM: Pani doktor, z pewnością zdaje sobie Pani sprawę, że gdy tylko wspomni Pani tę myśl o infiltracji, znajdą się tacy, którzy z irytacją zaczną mówić: “O nie, kolejna teoria spiskowa!”.

AVH: No cóż, mówię tylko to co wiem. Nie jest żadną tajemnicą na przykład to, że Bella Dodd, była komunistka, która wróciła do Kościoła, otwarcie mówiła o wyrachowanej infiltracji agentów Partii Komunistycznej w seminariach duchownych. Powiedziała ona memu mężowi i mnie, że kiedy była jeszcze aktywną członkinią Partii, miała kontakty z co najmniej czterema kardynałami z Watykanu, “którzy pracowali dla nas”.

Bardzo często słyszę Amerykanów, którzy mówią o Europejczykach, że “wszędzie węszą teorie spiskowe”. Ale przecież od samego początku ten Anioł Ciemności “spiskował” przeciwko Kościołowi, a w szczególności obierał sobie za cel zniszczenie Mszy Świętej i podkopywanie wiary w Prawdziwą Obecność Chrystusa w Eucharystii. To, że niektórzy skłonni są do nieproporcjonalnego przedstawiania tych niezaprzeczalnych faktów, nie może być powodem, by zaprzeczać ich istnieniu.

Jako urodzona w Europie mogę pokusić się za to na stwierdzenie, iż wielu Amerykanów jest naiwnych. Żyją oni w kraju, który dzięki Bogu nie zaznał wojny [blessed by peace], lecz posiadając niewielką wiedzę historyczną są oni, bardziej niż Europejczycy – których historia jest bardziej burzliwa – skłonni do padania ofiarą złudzeń. Filozofia Russeau ma kolosalny wpływ w USA.

Kiedy Chrystus powiedział swoim Apostołom podczas Ostatniej Wieczerzy, że “jeden z was wyda mnie” i Apostołowie byli oszołomieni. Judasz tak umiejętnie rozgrywał swoją rolę, że nikt go nie podejrzewał: przebiegły konspirator wie jak zamazywać ślady ukazując się w świetle ortodoksji.

TLM: Czy te dwie książki włoskiego księdza[1], o których wspomniała Pani, zawierają dokumentacje, które dałyby nam dowody na tę infiltrację?

AVH: Dwie książki, o których wspomniałam zostały opublikowane w 1998 i 2000 roku przez włoskiego księdza Don Luigi Villa[2], z diecezji Brescia, który na prośbę [świętego] Ojca Pio poświęcił wiele lat swego życia na badanie możliwej infiltracji Kościoła przez masonów i komunistów.

Don Villa (z którym razem z mężem spotkaliśmy się w latach sześćdziesiątych) mówi, że nie stwierdzałby niczego, czego nie mógłby udowodnić. Kiedy książka “Paulo Sesto Beato?” wydana została w 1998 roku, wysłano ją do każdego włoskiego biskupa z osobna. Nikt nie potwierdził przesyłki, ale nikt też nie zakwestionawał jego stwierdzeń.

Don Villa w swej książce przytacza sprawę, której żaden z kościelnych przedstawicieli ani nie odparł ani nie został poproszony o wyjaśnienie, mimo, iż Don Villa wymienił nazwiska poszczególnych osób powiązanych z tymi wydarzeniami. Sprawa odnosi się do rozbieżności pomiędzy Papieżem Piusem XII a Biskupem Montini, późniejszym Papieżem Pawłem VI, a wtedy Podsekretarzem Stanu. Pius XII, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą komunizm, który po II Wojnie Światowej dominował na połowie Europy, zabronił pracownikom Watykanu kontaktów z Moskwą. Ku swemu przerażeniu pewnego dnia poinformowany został przez Biskupa Upsali (Szwecja), że jego surowy zakaz został złamany. Papież wzbraniał się przed daniem wiary tym pogłoskom, aż do chwili, gdy otrzymał niezaprzeczalne dowody na to, że Montini korespondował z wieloma sowieckimi agencjami [rządowymi]. W międzyczasie Papież Pius XII (tak jak i Papież Pius XI) wysyłał potajemnie księży do Rosji, aby nieść posługę katolikom za Żelazną Kurtyną. Wszyscy z nich zostali aresztowani, torturowani, a później bądź straceni, bądź zesłani do gułagów. W końcu odkryto szpiega w Watykanie, którym był jezuita Alighiero Tondi, bliski doradca Kardynała Montini. Tondi był agentem pracującym dla Stalina z misją informowania Moskwy o posunięciach Watykanu, jak na przykład o wysyłaniu księży do Związku Sowieckiego.

Do tego należałoby dodać traktowanie Kardynała Mindszenty’ego przez Papieża Pawła VI. Wbrew swej woli Mindszenty został wezwany przez Watykan do opuszczenia Budapesztu. Jak powszechnie wiadomo, uciekł on komunistom otrzymując schronienie w Ambasadzie Amerykańskiej. Papież obiecał mu solennie, iż zostanie on prymasem Węgier aż do końca życia. Jednak kiedy Kardynał przyjechał do Rzymu, Papież Paweł VI przyjął go ciepło, ale potem wysłał “na zesłanie” do Wiednia. Krótko po tym, ten świątobliwy prymas został poinformowany, że pozbawiono go tej funkcji, którą przydzielono komuś innemu, bardziej możliwemu do zaakceptowania przez węgierski komunistyczny rząd. Na dodatek, jeszcze bardziej tragiczny i smutny jest fakt, że gdy Mindszenty zmarł, żaden z reprezentantów Kościoła nie był obecny na Jego pogrzebie.

Innym przykładem infiltracji podanym przez Don Villa przekazany został autorowi przez Kardynała Gognon. Papież Paweł VI zwrócił się z prośbą do kard. Gagnon (wówczas jeszcze arcybiskupa) o nadzór nad dochodzeniem mającym zbadać infiltrację Kościoła przez potężnych wrogów. Kardynał zgodził się na przeprowadzenie tej nieprzyjemnej czynności i zebrał duże akta, bogate w dokuczliwe fakty. Gdy praca została już ukończona, poprosił on o audiencję u Papieża celem osobistego doręczenia rękopisu. Prośba o audiencję nie została udzielona. Papież wysłał tylko notę, by dokument został złożony w biurze Kongregacji ds Duchowieństwa, zaznaczając by znalazł się on w specjalnym sejfie z dwoma zamkami. Po umieszczeniu dokumentu w sejfie następnego dnia okazało się, że nastąpiło doń włamanie i oryginał tajemniczo zniknął. Zwykle Watykan dba o to, by tego typu wydarzenia nie ujrzały światła dziennego, ale tym razem wzmianka o tym ukazała się nawet w L’Osservatore Romano (prawdopodobnie w wyniku presji, gdyż o wydarzeniu tym zdążyła poinformować już prasa świecka). Kardynał Gagnon, mając oczywiście kopię dokumentu ponownie poprosił Papieża o prywatną audiencję i po raz kolejny jego prośba została odrzucona. Zdecydował się on wtedy na opuszczenie Rzymu i udał się do swego kraju, Kanady. Później Gagnon został wezwany z powrotem do Rzymu, gdzie Papież Jan Paweł II nadał mu godność kardynała.

TLM: Dlaczego Don Villa napisał te książki, które przecież ukazują Pawła VI w krytycznym świetle?

AVH: Don Villa niechętnie zdecydował się na opublikowanie książek, o których wspomniałam. Ale gdy kilku biskupów naciskało na beatyfikację Pawła VI, ksiądz Don Villa odebrał to jako sygnał do opublikowania informacji, które zebrał w ciągu wielu lat. Czyniąc to wypełniał przepisy Kongregacji [spraw kanonizacyjnych], które mówią wiernym, że obowiązkiem ich jako członków Kościoła jest przekazywanie Kongregacji wszelkich informacji, które mogą stanąć na przeszkodzie ku beatyfikacji.

Biorąc pod uwagę burzliwy pontyfikat Pawła VI i mieszane znaki od niego pochodzące, np. gdy mówił o “dymie Szatana, który wtargnął do Kościoła”, a jednocześnie odmawiał oficjalnego potępienia herezji [mnożących się w Kościele]; ogłosił Encyklikę Humanae Vitae (chwała jego pontyfikatu), jednak bardzo ostrożnie unikał proklamowania jej ex cathedra; wygłosił na Placu Św. Piotra w 1968 roku swoje Credo[ł], a po raz kolejny nie zadeklarował, by była ona wiążąca dla wszystkich katolików; nie podporządkował się surowym rozkazom Piusa XII, by nie utrzymywać żadnych kontaktów z Moskwą, za to działał by się przypodobać komunistycznemu rządowi na Węgrzech przez złamanie swego przyrzeczenia danego kardynałowi Mindszenty; sposób w jaki potraktował bogobojnego Kardynała Slipyj, który spędził 17 lat gułagów, aby w końcu zrobić z niego praktycznie więźnia Watykanu, czy w końcu zwrócenie się do arcybiskupa Gagnon, by przeprowadził dochodzenie o możliwą infitrację Watykanu i odmówienie jemu audiencji, gdy dochodzenie zostało zakończone – to wszystko przemawia dobitnie przeciwko beatyfikacji Pawła VI, nazywanego w Rzymie “Paolo Sesto, Mesto” (Paweł VI, Smutny).

Nie ulega wątpliwości, że obowiązek opublikowania tych smutnych informacji wiązał się z uciążliwościami i był przykry dla Don Villa. Każdy katolik raduje się tym, że może z nieograniczonym szacunkiem spoglądać na Papieża, ale katolicy zdają również sobie sprawę, że Chrystus nigdy nie obiecał, że da nam bezbłędnych przywódców; On nam obiecał, że bramy piekielne Go nie przemogą. Nie zapomnijmy jednak tego, że chociaż Kościół miał i bardzo złych papieży i miernych papieży, był również błogosławiony przez wielu wielkich papieży: osiemdziesięciu z nich zostało świętymi a wielu zostało beatyfikowanych. To jest właśnie historia sukcesu, która nie ma sobie równych w świeckim świecie.

Jeden jedyny Bóg jest sędzią Pawła VI, ale nie można zaprzeczyć temu, iż jego pontyfikat był zarówno bardzo skomplikowany jak i tragiczny. To właśnie podczas jego pontyfikatu, w ciągu piętnastu lat, więcej zmian wprowadzono w Kościele niż we wszystkich poprzednich wiekach razem wziętych. To co jest bardzo trapiące to fakt, że gdy czytamy zeznania byłych komunistów jak Bella Dodd, czy też gdy studiujemy masońskie dokumenty – pochodzące z dziewiętnastego wieku i najczęściej spisane przez upadłych księży w rodzaju Paul Roca [4] – to widzimy, że w dużym stopniu plany wrogów zostały już przeprowadzone: odpływ księży i zakonnic po Soborze Watykańskim II, brak potępienia dysydenckich teologów, feminizm, naciski na Rzym celem zniesienia celibatu, niemoralność wśród księży, bluźniercza liturgia[5], radykalne zmiany wprowadzone w świętej liturgii[6] i zwodniczy ekumenizm. Tylko ślepy może zaprzeczyć temu, że plany Wroga nie zostały przeprowadzone perfekcyjnie.

Nie zapominajmy też i tego, że gdy świat był zaszokowany tym, co zrobił Hitler, to właśnie tacy ludzie jak mój mąż właściwie wyczytali to co zostało napisane w Mein Kampf, gdzie spisany był cały plan, choć świat po prostu zdecydował, by w to nie wierzyć.

Jakkolwiek poważnie wygląda sytuacja [w Kościele], żaden zaangażowany katolik nie może zapomnieć tego, że Chrystus obiecał, iż pozostanie w Kościele, ze swoim Kościołem do samego końca świata. My powinniśmy medytować nad sceną przedstawioną w Ewangelii, gdzie łódź z apostołami targana była przez burzę i przerażeni tym uczniowie obudzili śpiącego Chrystusa. Wystraczyło wtedy, że wypowiedział On jedno słowo i nastała cisza. “O wy małej wiary!” ["Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?"]

TLM: Z Pani uwag o ekumenizmie wnioskuję, że nie zgadza się Pani z obecnym kierunkiem zbieżności zamiast konwersji.

AVH: Może wspomnę przypadek, który wydarzył się mojemu mężowi wielce go zasmucając. Było to w 1946 roku, zaraz po wojnie. Mój mąż wykładał wtedy w Fordham, gdzie na jednym z zajęć pojawił się żydowski student, który służył podczas wojny w marynarce wojennej. W czasie [jednej z rozmów] opowiedział on mężowi o pewnym przepięknym zachodzie słońca [które doświadczył] na Pacyfiku, które skierowało go na drogę poszukiwania prawdy o Bogu. [Po wojnie] najpierw poszedł więc studiować filozofię na Uniwersytecie Columbia, lecz stwierdził, że nie jest to to czego szukał. Kolega polecił mu, aby spróbował filozofię na Fordham i wspomniał nazwisko Dietricha von Hildebrand. Już zaledwie po jednej lekcji z moim mężem, przekonał się, że znalazł to czego szukał. Pewnego dnia po zajęciach mój mąż poszedł z nim na spacer i wtedy powiedział on mężowi, iż jest zdziwiony faktem, że wielu profesorów po tym, jak dowiadywali się o tym, że jest on Żydem, zapewniali go, że nie będą próbowali nawrócić go na katolicyzm. Mój mąż, oszołomiony tym, zatrzymał się i zwrócił się do niego: “Co oni powiedzieli?!” Student powtórzył historie, na co mój mąż odparł: “Jestem gotowy pójść na sam koniec świata, aby zrobić z Ciebie katolika.” Nie chcę przedłużać tej opowieści, ale ten młody człowiek został katolikiem, przyjął święcenia w zakonie Kartuzów, po czym wstąpił do jedynego w Stanach Zjednoczonych klasztoru Kartuzów (w stanie Vermount)[7].

TLM: Spędziła Pani wiele lat wykładając na Hunter College[8].

AVH: Tak, i wielu z moich studentów zostało katolikami. O, jak piękne historie o konwersjach mogłabym opowiadać, gdybyśmy mieli czas; o tym jak młodzi ludzie zostali zapaleni Prawdą.

Chciałabym jednak podkreślić jedną sprawę, mianowicie to, że to nie ja nawracałam swoich studentów. Myślę, że to co my możemy bowiem zrobić, to modlić się, by zostać narzędziem Boga. Aby być narzędziem musimy robić wszystko, by żyć Słowem Bożym każdego dnia i w każdych okolicznościach. Tylko łaska Boża może dać nam chęć i możliwości, by tego dokonać.

To jest właśnie jedno z moich obaw, które mam w odniesieniu do [niektórych] tradycyjnych katolików. Obaw o pewien flirt z fanatyzmem. Fanatykiem jest ten, kto uważa prawdę jako swoją osobistą własność, zamiast widzieć to jako dar boży. My jesteśmy tylko sługami prawdy, i właśnie jako słudzy powinniśmy się nią dzielić.

Jestem bardzo zatroskana tym, że są tacy “fanatyczni” katolicy, którzy nadużywają Wiary, a prawdę, którą głoszą traktują jako intelektualną zabawkę. A przecież autentyczne użycie wiary zawsze prowadzi do dążenia do świętości. Wiara, w swym obecnym kryzysie, nie może być intelektualną partią szachów, jednak dla każdego, kto nie dąży do świętości, właśnie tylko tym pozostanie. Tacy ludzie szkodzą Wierze, szczególnie gdy są oni zwolennikami tradycyjnej Mszy.

TLM: Zatem jako jedyny scenariusz na zaradzenie dzisiejszemu kryzysowi widzi Pani odnowienie tego dążenia ku świętości?

AVH: Nie powinniśmy zapominać, że walczymy nie tylko przeciwko naturze ludzkiej, ale i przeciwko Siłom Zła. To powinno wydobyć z nas pewien lęk i skłonić nas do większego niż kiedykolwiek dążenia do świętości oraz do żarliwych modlitw o to, by Kościół, który teraz znajduje się na Kalwarii, wyszedł z tego przeraźliwego kryzysu bardziej promieniujący niż kiedykolwiek.

Katolicka odpowiedź jest zawsze taka sama: absolutna wierność świętemu nauczaniu Kościoła, wierność Stolicy Apostolskiej, częste przystępowanie do Sakramentów Świętych, odmawianie różańca, codzienna lektura pism i książek wzbogacających duchowo i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy pełnię Boskiego objawienia: “Gaudate, iterum dico vobis, Gaudete“.

TLM: Nie mógłbym skończyć tego wywiadu bez spytania się Pani o reakcję na pewien znany i być może trochę wyświechtany temat. Otóż są pewni krytycy wiekowej Mszy Łacińskiej, którzy wskazują na to, że kryzys w Kościele wytworzył się [już wcześniej] w czasie kiedy łacińska Msza Święta odprawiana była na świecie. Dlaczego zatem mielibyśmy sądzić, że jej przywrócenie rozwiązałoby dzisiejszy kryzys?

AVH: Szatan nienawidzi wiekowej Mszy Świętej. Nienawidzi Jej ponieważ jest Ona najbardziej perfekcyjnym wyrażeniem nauki Kościoła. (Tę całą głębię Mszy Świętej pokazał mi właśnie mój mąż.) Tradycyjna Msza Święta nie była problemem obecnego kryzysu. Problemem było to, że księża ją odprawiający już wcześniej stracili sens supernaturalności i transcendencji. Spieszyli się z modlitwami, mamrotali coś, nie wypowiadali modlitw wyraźnie. To był znak tego, że wnosili oni do Mszy Świętej swoje rosnące zeświecczenie. Wiekowa Msza Święta nie znosi lekceważenia i właśnie dlatego tak wielu księży było zadowolonych z jej zniknięcia.

TLM: Dziękujemy Pani za ofiarowanie swego czasu i za umożliwienie naszej rozmowy.

Tłumaczenie: Lech Maziakowski (2002)

PRZYPISY:

[1] Sac. Luigi Villa, Paolo VI beato?, Editrice Cività, Brescia, 1998, str. 285
[2] Jako znamienne można dodać, iż naczelna instytucja “tropiąca antysemityzm na świecie”, czyli Stephen Roth Institute, działająca przy Uniwersytecie w Tel-Aviwie, kwalifikuje o. Don Luigi Villa jako “jednego z najbardziej ekstremalnych katolickich fundamentalistów, [który] stoi na stanowisku przedsoborowym i antyżydowskim, oraz publikuje artykuły broniące osoby i publikacje zaprzeczające [oficjalnej wersji] Holocaustu. [...] Wydawany przez Don Luigi Villa miesięcznik Chiesa Viva (Brescia) [...] publikuje artykuły ‘udowadniające’ istnienie żydowsko-masońskiej konspiracji”. – przyp. Red. BIBUŁA
[3] The Credo of the People of God, Promulgated by Pope Paul VI, 1968. – przyp. Red. BIBUŁA
[4] O. Paul Roca (zm. 1891), apostata, teozof, mason, potępiony przez Kosciół, napisał m.in: “Wierzę, że boski kult w formie określonej przez liturgię, ceremonię, rytuał i przepisy Kościoła Rzymskiego przejdzie wkrótce transformacje na powszechnym soborze, który przywróci mu czcigodną prostotę złotego wieku apostolskiego, w zgodzie z nakazami sumienia i nowoczesnej cywilizacji.” – przyp. Red. BIBUŁA
[5] Patrz artykuł “Przyszłość papiestwa” w First Things, kwiecień 2001, pióra Davida Hart.
[6] Patrz książka Kardynała Ratzingera Milestones, strona 126 i 148, Wydawnictwo Ignatius Press
[7] Charterhouse of the Transfiguration, 1800 Beartown Road, Arlington, Vermont 05250-9ł15, USA – przyp. Red. BIBUŁA
[8] Hunter College należy do The City University of New York – CUNY – przyp. Red. BIBUŁA
ALICE VON HILDEBRAND urodziła się w Belgii. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Fordham w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1946 roku uzyskała doktorat z filozofii. Uczennica, a później żona wybitnego filozofa Dietriecha von Hildebranda, którego papież Pius XII nazwal XX-wiecznym Doktorem Kościoła. Związała się z nowojorskim Hunter College, gdzie przez 17 lat wykładała filozofię. Wykładała i prowadziła zajęcia na innych uczelniach i uniwersytetach, m.in. w Arlington, VA, Dunwoodie, NY, Thomas More College w Rzymie i Franciscan University w Steubenville, OH, gdzie otrzymała tytuł doktoraHonoris Causa. Dorobek Alice von Hildebrand obejmuje wiele książek m.in. takie pozycje jak: “Uświęcone miłością” (wydanie polskie: “Jak kochac po ślubie?” – Wyd. “W drodze”), “Sztuka życia”, “Wprowadzenie do filozofii religii”, “Kobiety i kapłaństwo”, “By Love Refined: Letters to a Young Bride”; “By Grief Refined: Letters to a Widow”; “The Privilege to Be a Woman”, czy “Dusza lwa” (The Soul of a Lion: Life of Dietrich von Hildebrand“). Ta ostatnia stanowi biografię jej zmarłego w 1977 r. męża.
Powyższy tekst – “Kryzys Kościoła i scenariusze rozwiązania – Obecny przy rozbiorze. Filozof pamięta i przypomina – wywiad z dr Alice von Hildebrand” – ukazał się pierwotnie w piśmie BIBUŁA Numer 16, czerwiec 2003

Źródło informacji: http://www.bibula.com/?p=37163

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sobór Watykański II: Dlaczego Papież Jan XXIII zapłakałby dziś?


ALICE VON HILDEBRAND urodziła się w Belgii. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Fordham w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1946 roku uzyskała doktorat z filozofii. Uczennica, a później żona wybitnego filozofa Dietriecha von Hildebranda, którego papież Pius XII nazwal XX-wiecznym Doktorem Kościoła. Związała się z nowojorskim Hunter College, gdzie przez 37 lat wykładała filozofię. )

George Sim Johnston napisał artykuł na cały czas gorący temat Soboru Watykańskiego II. Minione czterdzieści lat naznaczone było tak wielkim zamieszaniem, że dzisiaj jesteśmy jeszcze chyba zbyt blisko tych wydarzeń, by ocenić je uczciwie i dokładnie. Mimo tego, artykuł Johnstona pt "Otwórzcie okna: Dlaczego Sobór Watykański II był potrzebny?" (magazyn Crisis, marzec 2004)jest zarówno prowokujący, jak i skłaniający do myślenia.

Słusznie krytykuje on "samo-satysfakcjonujący triumfalizm", czasami możliwy do zauważenia w Kościele przedsoborowym, i tych żałośnie samozadowolonych [katolików] żyjących miernym życiem lecz kontentujących się przez samo należenie do Jedynego Prawdziwego Kościoła.

Tak jak Wybrany Lud Starego Testamentu - który zamiast być pokornie wdzięcznym za ten bezgraniczny przywilej wybraństwa (na który nie zasłużył), mógł skłaniać się do spoglądania na innych z góry - tak samo ci przeciętni, mierni katolicy zbyt często zapominali, że dany im dar należenia do Jedynego Prawdziwego Kościoła nie usprawiedliwiał ich uczucia wyższości w stosunku do innych. Niestety, ludzie mają ten szczególny talent przechodzenia od jednej skrajności w drugą. "Triumfalizm" stał się sloganem potępiającym, czego rezultatem są niezliczone dzisiaj rzesze katolików, którzy stracili wizję otrzymanego zaszczytu i uciekają od głoszenia chwały Jedynemu Prawdziwemu Kościołowi. Smutny przykład tego stwierdzenia pochodzi od bliskiej mi osoby - codziennie przystępującej do Komunii św. - która strofowała mnie za to, że wierzę w Kościół Katolicki jako jedyny Kościół założony przez Chrystusa, do którego klucze przekazane zostały Piotrowi przez Zbawiciela. "Żadna religia nie jest prawdziwa" - powiedziała mi ta osoba. "Wszystkie religie poszukują prawdy" - dodała. To, że Chrystus powiedział: "Ja jestem Prawdą" (coś, czego żaden inny przywódca religijny nigdy nie ośmielił się stwierdzić) jest dzisiaj zapomniane. I tak też właśnie międzyreligijne spotkanie w Asyżu w 1986 roku jest interpretowane.

Nie zgodzę się ze stwierdzeniem Johnstona, który przytoczył słowa Martina Bubera, iż sukces nie jest jednym z określeń Boga. Ależ właśnie Chrześcijaństwo jest największym sukcesem w historii ludzkości. Kalwaria, największa niewyobrażalna ludzka porażka, poprzedzała Zmartwychwstanie, bez którego - jak mówi nam św. Paweł - bylibyśmy jedynie najbardziej nędznymi ze wszystkich stworzeń. Budzi zdziwienie, że w swojej odpowiedzi na krytycyzm wobec przytoczenia stwierdzenia Bubera, Johnston mówi, że Kalwaria "była momentem definiującym Chrześcijaństwo". Ale nic nie wspomina on o Zmartwychwstaniu! Patrząc z daleka na historię chrześcijan, widzimy, że jest ona nieustannymi ludzkimi porażkami, które poprzedzają wspaniałe supernaturalne zwycięstwa. Św. Paweł wyraził tę prawdę w swoim Drugim Liście do Koryntian: "znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu [...] obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy." (4:8-9). To jest niewątpliwie sukces, ale sukces ten może wyjaśnić tylko sam Bóg.

Johnston mówi nam, że papież Jan XXIII chciał wyciągnąć Kościół ze swej "Trydenckiej skorupy", aby aktywnie zaangażować się we współczesny świat. Ale to właśnie Sobór Trydencki przyniół największy plon świętych i największy urodzaj zgromadzeń religijnych, utworzonych z intencją, by roznosić światło Ewangelii światu, czy to poprzez kontemplacyjne życie zakonne czy aktywne zaangażowanie. Św. Franciszek Salezy, św. Jeanne Francoise d'Ars, św. Jan Bosco (jeden z największych nauczycieli wszystkich czasów), św. Teresa z Lisieux (apostoł misji) byli właśnie odżywiani tą "skorupą" Soboru Trydenckiego.

Johnston pisze, że celem Soboru Watykańskiego II było otwarcie Kościoła na świat i że dzisiejszy posoborowy Kościół jest już "dla tego świata". Ale samo słowo "świat" jest bardzo dwuznaczne. Kiedy ktoś czyta Ewangelię św. Jana, rozdział 14-16, to uderza go jak często słowo "świat" jest wymieniane. Chrystus mówi nam, że świat nienawidzi Go i że On nie z tego świata pochodzi. Mówi On swoim Apostołom, że tak jak świat nienawidzi Go, tak i ich nienawidzić będzie. Choćby przez to, że właśnie Szatan nazywany jest "księciem tego świata", nie można wymyślić wyraźniejszej przyczyny odrzucenia "tego świata". Ale jest też religijny i metafizyczny dualizm pomiędzy Bogiem a "Księciem tego świata" i ten dualizm będzie trwał aż do końca czasów, kiedy to Wielki Zły będzie pokonany.

Ten, kto kocha Chrystusa, musi nienawidzić świata ze swoją pompą, ponieważ świat jest królestwem szatana. Podczas chrztu zobowiązani jesteśmy do odrzucenia tego świata. Papież Paweł VI lamentował, że "otwarcie [Kościoła po Soborze Watykańskim II] na świat, przyczyniło się do faktycznej inwazji Kościoła przez myślenie pochodzące z tego świata" (23 listopada 1973 roku).

Słowo "świat" ma także i inne znaczenie. Odnosi się do świata, które Bóg stworzył z niczego: widzialny świat, który odzwierciedla piękno Boga, świat zamieszkany przez Jego dzieci, miejsce gdzie albo osiągną one swój cel, albo daną im boską misję zdradzą. To, że Chrześcijan powinien aktywnie zaangażować się w ten świat, wynika z Chrystusowego zawołania: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody." Prawdziwie odnosi się to także do tych, którzy wezwani są do czysto kontemplacyjnego życia - nie uciekającego jednak do zapomnienia o tym świecie - życia modlitwą, ofiarą, pokutą za braci ze świata.

Pełna podziwu praca misyjna dokonywana przez wieki, była właśnie odpowiedzią na wezwanie do ewangelizowania świata. Kiedyś mieliśmy coroczne rekolekcje dawane głównie przez misjonarzy, którzy poruszali nasze serca ku modlitwie i ofierze za ich pracę. Ci misjonarze - tak jak Peres Blancs ["Biali Ojcowie"], którzy wykonywali zachwycającą pracę misyjną w Afryce - właśnie pochodzili z tej "Trydenckiej skorupy". Niestety, od czasu Soboru Watykańskiego II, Chrystusowe wezwanie: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody" zostało zastąpione przez "Idźcie i dialogujcie ze wszystkimi narodami".

Niestety, od czasu Soboru Watykańskiego II, Chrystusowe wezwanie: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody" zostało zastąpione przez "Idźcie i dialogujcie ze wszystkimi narodami"

Papież Jan XXIII miał nadzieję na pogłębienie działalności misyjnej. To, że jego nadzieje spełzły na niczym, świadczą uwagi wypowiedziane w sekrecie do swego bliskiego przyjaciela, kardynała Silvio Oddi, na krótko przed swoją śmiercią. Miałam ten zaszczyt, że odbyłam dwugodzinną rozmowę z kardynałem Oddi w marcu 1985 roku. Jego Eminencja powiedział mi: "Wiedząc, że śmierć już jest blisko, Jan XXIII zawołał mnie i powiedział: 'Silvio, Silvio. Mój pontyfikat był niepowodzeniem. Nic z tego, co chciałem osiągnąć, nie zostało zrobione, a to, czego nie chciałem, aby zaistniało - zrealizowało się."

Jakżeby inaczej zinterpretować te tragiczne słowa, jeśli nie przez przypuszczenie, że Jego Świątobliwość słusznie obawiał się, że jego przekaz będzie zniekształcony i niezrozumiany?

Jako przykład można przytoczyć przypadek pewnej kobiety, wyznawczyni hiduizmu, która - jak zrelacjonował to reporter brytyjskiego pisma Christian Order - udała się do misjonarza informując go o swoim życzeniu wstąpienie do Kościoła. Powiedziano jej wtedy, że nie jest to wcale potrzebne, że powinna ona czynić wszystko, by stać się jeszcze lepszą wyznawczynią hinduizmu.

Działalność misyjna tak bardzo upada, że niektórzy tak zwani "katolicy" interpretują tę świętą posługę jako wyraz aroganckiego i dumnego "triumfalizmu".

Wielu z nas posiada talenty, które jednak wykorzystujemy do czynienia dobrych rzeczy w zły sposób. Nie można zaprzeczyć temu, że niektórzy katolicy, którzy grzmią przeciwko błędom i herezjom, jednocześnie tak słabo ukazują piękno przekazu Zbawiciela, Tego, który jest "cichy i pokornego serca" [Mateusz 11:29]. Prawda jest piękna i powinna być pokazywna tym, którzy karmieni są uprzedzeniami. Z drugiej strony, głoszenie Prawdy nie jest możliwe bez potępienia błędów. Święty Jan tak wspaniale łączy prezentację promieniowania Prawdy z "anathema sit". Ten Apostoł Miłości był przecież także "synem gromów". Bojaźń przed Bogiem jest początkiem mądrości, lecz dzisiaj nie widzimy już ciężkości religijnych, metafizycznych i etycznych błędów. Platon przypomina nam, że im wyższa prawda, tym bardziej powinniśmy się nią interesować, bardziej dokładnie powinniśmy ją poznawać. Nie ma znaczenia, gdy jestem w błędzie co do długości jelita cienkiego świni, ale jeśli jestem w błędzie co do Boga, ma to wielkie znaczenie. Współczesny człowiek nie tylko toleruje aberracje religijne, ale nie odbiera już ich jako trucizna dla ludzkiej duszy.

Dzisiejsze kazania nieustanie powtarzają nam o tym jak Bóg kocha nas - i jest to oczywiście prawda! - ale słowa takie jak: grzech, Diabeł, Piekło są dzisiaj odrzucane. Dwóch księży, których znam zostali mocno skarceni przez swego biskupa za mówienie o wiecznym potępieniu, ponieważ "odpychają parafian od kościoła".

Ilu księży ośmiela się dzisiaj grzmieć przeciwko aborcji, tej odrazie, która musi sprawiać szloch u aniołów? Ilu biskupów oświadcza, że "proaborcyjni" politycy nie mogą otrzymać Komunii świętej? Przywiązanie do życia ziemskiego, materialnego - dzisiejsze hasło polityków - nie jest chrześcijańską cnotą. Jeśli Jan XXIII byłby świadkiem tego wszystkiego, zapewne zapłakałby.

Johnston ma rację lamentując nad faktem, że seminarzyści w przedsoborowym Kościele karmieni byli "skostniałą" wersją nauk św. Tomasza. [...] Gdy tylko "okna zostały otworzone", wielu seminarzystów, nowicjuszy i księży pożerali prace Nietschego, Darwina, Freuda i Sarte'a. Przynajmniej nie były one nudne. Carl Rogers przekonał tysiące z nich, że celem ich życia jest samospełenienie się, a był on tak przekonywujący, że wyzwolił exodus tysięcy księży, zakonnic i nowicjuszy [z Kościoła].

Wielka encyklika papieża Leona XIII Aeterni Patris (1879) ilustruje tę sprawę. Dawała ona tomizmowi swoje dumne miejsce, [wtedy] gdy istniała nagląca potrzeba ostrzeżenia wiernych przeciwko błędom dominującym na polu filozofii. Kant, Hegel, Schopenhauer, Nietzsche, Darwin i Spencer byli intelektualnymi bohaterami tamtych dni. Jego Świątobliwość wiedział, że filozofia (ancilla theologiae) jest najważniejsza w scholastycznej formacji i również wiedział, że znakomicie przejrzyste myśli św. Tomasza czyniły go bardziej przystępnym dla seminarzystów niż św. Augustyn, którego myśl nie była tak systematyczna. [...]

Człowiek posiada niesamowity talent przechodzenia od jednego błędu do drugiego. Przypominam sobie późne lata sześćdziesiąte, kiedy to zakonnica, która poczuła "wyzwalające wpływy" Soboru Watykańskiego II głośno oznajmiała, że "tomizm umarł". Ta droga siostra zakochała się we "współczesnym myśleniu" nie widząc żadnej różnicy pomiędzy pozytywnym wkładem a otwarcie wyznaną aberracją. Poza tym, oznajmienie, że filozofia będąca produktem gigantycznych umysłów i wielkich świętych "umarła", jest co najmniej ryzykowne. Prawda pozostaje prawdą i wszystko co w dziełach św. Tomasza jest prawdziwe, nie może umrzeć. Wyraźnie siostra poszła śladami Zeitgeist, ducha który był tak powszechny towarzyszysząc Soborowi Watykańskiemu II. Wszystko co było nowe, było witane jako "odświeżające". Co prawda, skostniały tomizm - ten niewierny św. Tomaszowi - musiał być odrzucony, ale zrobienie z Sartre'a bohatera jest zapełnie czymś innym.

Johnston narzeka, że przed Soborem Kościół był "jurydyczną maszyną operowaną przez Biskupa Rzymu. Przez wieki, władza kościelna stała się niezwykle ciężka i scentralizowana." Sobór Watykański II chciał skorygować te niedoskonałości - Johnston dodaje - przez podkreślenie "kolegialności". Oczywiście dużo słyszeliśmy o "kolegialności" w czasie tych ostatnich czterdziestu latach. To jest kolejny przypadek, gdzie przeszliśmy z jednej skrajności w drugą. Dzisiaj, gdy Piotr, który trzyma klucze, mówi jasno, że chce aby pewne rzeczy zostały poprawione, jego żądania są bezceremonialnie ignorowane. Wielu świeckich ludzi bardzo boleśnie przeżyło odpowiedź amerykańskich biskupów na Ex Corde Ecclesiae. Fakt wielokrotnego ignorowania przez niemieckiego biskupa Karla Lehmana (teraz już kardynała Lehmana) papieskich żądań dotyczących zaprzestania podpisywania dokumentów zezwalających na aborcje, jest również doskonale znany. Dopiero, gdy Piotr użył pełnego swego autorytetu jako "trzymający klucze", kard. Lehmann w końcu odpuścił. Jaki sens ma posiadanie autorytetu władzy, jeśli nie jest ona używana? Takie rzeczy nie zdarzały się w czasie pontyfikatu Piusa XI, który odebrał kardynalskie insygnia, ponieważ kardynał ośmielił się kwestionować decyzję papieską. Pius XI był prawdziwym przywódcą.

Dzisiaj, gdy Piotr, który trzyma klucze, mówi jasno, że chce aby pewne rzeczy zostały poprawione, jego żądania są bezceremonialnie ignorowane. [...] Jaki sens ma posiadanie autorytetu władzy, jeśli nie jest ona używana? Takie rzeczy nie zdarzały się w czasie pontyfikatu Piusa XI, który odebrał kardynalskie insygnia, ponieważ kardynał ośmielił się kwestionować decyzję papieską. Pius XI był prawdziwym przywódcą.

Autorytet może być nadużywany, ale kiedy autorytet nie jest już autorytetem, innego rodzaju rak niszczy Kościół. Wszyscy znamy biskupów, którzy z pewnością nie żyją życiem, do jakiego zostali powołani. Rzym ma świadomość tego. Ale ci biskupi wiedzą również, że mogą dalej zaniedbywać powierzoną im odpowiedzialność, ponieważ zdają sobie sprawę, że nie będą zdegradowani.

Innym zagadnieniem poruszonym przez Johnstona jest reforma liturgii. Jednym z przejrzystych celów Soboru była gwarancja, że język łaciński pozostanie językiem liturgicznym Kościoła. "Szersze użycie" języków narodowych było dozwolone tylko tam, gdzie zachodziła taka potrzeba ku większemu dobru wiernych., ale Sobór orzekł również, że: "użycie języka łacińskiego [...] ma być zachowane". Słowa Soboru są tak jasne, że można się tylko dziwić, jak zostało to radykalnie zreinterpretowane. Język łaciński, właśnie jako język martwy, gwarantuje ortodoksję. Języki narodowe zmieniają się i modlitwa w języku narodowym nie może dać nam tej gwarancji. Słowa zmieniają swoje znaczenie. Na przykład "dyskryminacja", która miała pozytywne znaczenie (jako inteligentna dystynkcja, rozróżnienie), stała się teraz brzydkim słowem. Dlaczego życzenia Soboru zostały tak bardzo zniekształcone? Dlaczego użycie łaciny stało się takim przekleństwem? Dlaczego nieustannie mówi się, że "Sobór Watykański II to i to nakazał", kiedy nie ma w takich stwierdzeniach cienia prawdy? Kto jest odpowiedzialny za uprowadzenie dokumentów soborowych i wypaczenie ich przesłania? Wierni są upoważnieni do zadawania takich pytań i, prędzej czy później, historia ukaże te odpowiedzi. Nie bądźmy zdziwieni, jeśli pewnego dnia odkryjemy, że Judasz dalej kontynuuje niszczenie Kościoła.

Jednym z przejrzystych celów Soboru była gwarancja, że język łaciński pozostanie językiem liturgicznym Kościoła. [...] Sobór orzekł, że: "użycie języka łacińskiego ma być zachowane".

Dlaczego tak się dzieje, że głębsze uczestnictwo wiernych we Mszy św. jest interpretowane jako nieustanna przeszkoda, podczas gdy znaczyło to tyle, że wierni powinni lepiej zrozumieć znaczenie Ofiary Świętej jako bezkrwawego powtórzenia ofiary na Kalwarii i wstrzymać się z odmawianiem różańca podczas celebracji tego największego misterium. Prawdą jest, że wielu katolików nie było właściwie pouczanych i prawdziwie nie rozumieli cudowności misterium Mszy św. Ale znowu trzeba zapytać: dlaczego musimy przechodzić z jednej skrajności w drugą, poprzez zrobienie ze Mszy jakiegoś środowiskowego spektaklu na kształt protestanckich "nabożenstw"?

Dlaczego tak się stało, że wielkimi nakładami finansowymi zlikwidowano balaski, kiedy Sobór nawet nic nie wspominał o tej najbardziej godnej pożałowania innowacji, nie mówiąc o takim obrazoburczym zwyczaju eliminowania cennych prac artystycznych, malarstwa, rzeźb, które rzekomo "odwracały naszą uwagę". Powinno się poczytać o życiu św. Teresy z Avia, aby zdać sobie sprawę ze znaczenia chrześcijańskiej sztuki na życie religijne. Zarówno muzyka sakralna (zastąpiona dzisiaj przez "dzieła" artystycznego ubóstwa), jak i piękne rzeźby są niezbędne dla autentycznego katolicyzmu, które rozumie podstawową wagę sztuk wizualnych i muzyki w przekazie boskiego posłania.

Inny niezwykle delikatny temat dotyczy zmiany pozycji w stosunku do wolności religijnej, którą Johnston nieugięcie określa jako "radykalne odejście". Kościół jest skłonny współpracować z każdą formą rządów, który respektuje prawo moralne. Nie ulega wątpliwości, że takie "narzucanie prawdy" - jak ujmuje to Johnston - jest nieproduktywne. Z drugiej strony, Chrystus przekazał swym Apostołom misję nauczania wszystkich narodów, co zawiera coś więcej niż zwykła "propozycja" - jak to Johnston mówi nam powołując się na rekomendacje soborowe. Wielu współczesnych myślicieli lamentuje dzisiaj bolejąc nad faktem "rozdzielenia Kościoła i Państwa", które prowadzi do podstępnego ataku na każdą manifestację religii w życiu publicznym. [Wystawianie publiczne] bożonarodzeniowych żłobków przestało być dzisiaj dozwolone [m.in. w USA], modlitwy w publicznych szkołach zostały zniesione, walczy się ze słowami "tak mi dopomóż Bóg" w hołdzie składanym fladze [Pledge of Allegiance], itd. Cieszymy się, gdy demokrację odnosi się do metafizycznej równości wszystkich ludzi, ale gdy znaczy ona, że "wszystkie idee są sobie równe" i że nie ma hierarchii we wszechświecie - wtedy mamy do czynienia z wielkim problemem.

Wszechświat ma strukturę architektoniczną a liberalna demokracja skupia się właśnie coraz bardziej na walce przeciwko tego typu hierarchii. Czy nam się to podoba czy też nie - a biada tym, którym się to nie podoba - Bóg jest Królem wszechświata; każda eliminacja tego Królestwa źle wróży tym, którzy ją wspierają. Monarchia boska jest podstawą, kamieniem węgielnym wszechświata. Johnston mówi jednak: "Sobór wypowiedział się jasno, że nie chce dłużej wyznaniowego państwa zespolonego z monarchią. Nadszedł najwyższy czas, aby pogodzić się z liberalną demokracją." Nie jest moją intencją stwierdzanie, że monarchia jest najlepszą formą rządów, ale w dzisiejszym świecie jest ona tak zajadle atakowana, że pozwolę sobie na uwagę na ten temat.

Podstawowa struktura monarchii jest symboliczna i jedną z rzeczy, którą możemy opłakiwać jest to, że po Soborze Watykańskim II symbole - tak istotne dla życia religijnego - zostały porzucone. Francuscy monarchowie byli namaszczani przez biskupów w Rheims i przypominano im fakt, że ich autorytet pochodzi od Boga i że pewnego dnia będą musieli zdać rachunek przed Nim, przed Królem wszechświata. Byli oni Jego reprezentatami przed ludźmi i powinni być ich "ojcami", czyli zmierzać do służenia im duchowo i fizycznie dla ich dobra. Co prawda niewielu spełniło to szlachetne wezwanie, ale nie zapominajmy, że narody katolickie wydały wielu wielkich świętych - królów i królowe. Drzewo, które wydaje takie owoce nie może być całkowicie złe... Cały czas czekam na moment, gdy liberalna demokracja wyda świętego. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego prezydenta w Stanach Zjednoczonych, który kwalifikowałby się do takiego zaszczytu. Zatem ponownie możemy słusznie kwestionować interpretacje Johnstona czy takie właśnie były intencje Soboru.

Módlmy się gorliwie aby nasi duchowi przywódcy - z pomocą pobożnych i pełnych poświęcenia wiernych - przywrócili Świętą Barkę piotrową z powrotem na właściwą drogę.

Tłumaczenie: Lech Maziakowski

Powyższy tekst ukazał się w piśmie New Oxford Review, lipiec 2004, Volume LXXI, Number 7. Tytuł org.: How did we get off course? The Second Vatican Council: Why Pope John XXIII would weep?

Źródło informacji: BIBULA.com

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.