_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

środa, 14 września 2022

Aberracje liturgiczne cz. 133 - Novus horror Missae

 

Tego jeszcze nie widzieliście. Oto Msza Święta "celebrowana" na żywo na Facebooku przez księdza Fabio Corazzina, sześćdziesięciodwuletniego proboszcza parafii Fiumicello (diecezja Brescia) w niedzielę 11 września o godzinie 13:40, w Mazara del Vallo (TP). 

czwartek, 16 czerwca 2022

Chorał gregoriański na Uroczystość Bożego Ciała





Bp. Władysław Krynicki: Krótka nauka homiletyczna na Uroczystość Bożego Ciała

 

 
Czytamy na wielu miejscach Pisma św. Starego Testamentu, iż Pan Bóg, ilekroć żydom uczynił jakie wielkie dobrodziejstwo, zawsze na pamiątkę tegoż ustanawiał uroczyste święto, które oni winni byli corocznie obchodzić z osobliwymi ceremoniami, aby tym sposobem zawsze mieli przed oczami dobroć i łaskawość Bożą. Ceremonie tedy świąt żydowskich były jako wykłady i kazania w oczach ludzkich i dawały znać, co które święto znaczyło i jakiego dobrodziejstwa było przypomnieniem, a przez to leniwa i oziębła w rzeczach Bożych myśl ludzka znajdowała gorętszą pobudkę do wdzięczności i dziękczynienia szczodrobliwemu Dawcy łask wszelkich.
 
W podobny sposób uczynił Zbawiciel nasz miłościwy, Jezus Chrystus, zostawując nam niewymowny upominek łaski i miłości swojej i tego wszystkiego, co sam sprawić raczył dla zbawienia ludzi. Lecz jako łaski i dobrodziejstwa Jego obficiej się wylały na nas chrześcijan, niż przedtem na żydów, tak również nasze pamiątki dobrodziejstw Bożych przewyższają wszystkie uroczystości i ceremonie żydowskie; są one bowiem nie tylko znakami otrzymanych już łask i dobrodziejstw, ale nadto ustawicznie przynoszą ze sobą nowe i niewymowne dobrodziejstwa. Najprzedniejszym zaś upominkiem, który nam Chrystus Pan zostawił na pamiątkę swej szczodrobliwości, jest święte i prawdziwe Ciało Jego za nas wydane i najdroższa Krew Jego za nas wylana na odpuszczenie grzechów. O czym i Dawid prorok wspomina: Uczynił pamiątkę dziwów, to jest przedziwnych spraw swoich miłosierny a litościwy Pan, dał pokarm tym, którzy się Go boją (Ps. CX, 4). I sam Chrystus o ciele swoim mówi: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje (Mt. XXVI, 26). To czyńcie na pamiątkę moją (Łk. XXII, 19). Ten więc jest wysoki i przedziwny znak niezmiernej łaski i niewymownej ku nam miłości Pana naszego. Ten jest najdroższy upominek i żywa pamiątka Jego dobrodziejstw i kosztowny klejnot na ubogacenie dusz naszych i niewyczerpane źródło, z którego ustawicznie możemy korzystać ku pomnożeniu w nas łaski Bożej. Ten jest dowód niezmiernej miłości Boga naszego, że nam siebie oddaje na pokarm pod postaciami chleba i wina. Cud to zaiste tak wielki i tak niewymowne dobrodziejstwo, że gdyby nie wyraźne i jasne słowo Boże, które nas o tym niewątpliwie upomina, umysł ludzki nie ośmieliłby się zamarzyć o takim zaszczycie i o tak ścisłym zjednoczeniu z Panem Jezusem. Albowiem Boski Zbawiciel nasz wyraźnie i jasno powiedział: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje. Bądźmy przeto posłuszni słowu Bożemu, nie oczom, ani innym zmysłom naszym, które nam tu nic nie powiedzą, ale nieomylnemu zapewnieniu samego Boga. To zapewnienie niechaj nam będzie jako mur miedziany przeciwko wszystkim niedowiarkom i przeciw pokusom diabelskim. Jasne i wyraźne słowo Chrystusowe: To jest ciało moje... Ta jest krew moja, niechaj nam wystarczy za wszystkie dowody. Temu słowu Jego poddajmy rozum nasz i serce, temu słowu mocno wierzmy i przy nim stójmy i wraz z całym Kościołem katolickim wyznawajmy, że w Najświętszym Sakramencie jest żywe Ciało Chrystusowe, więc ze Krwią i z najświętszą duszą Jego i z Bóstwem Jego, ponieważ Zbawiciel nasz jest zarazem Bogiem i człowiekiem prawdziwym.
 
Otóż na przypomnienie tej niewymownej tajemnicy Najświętszego Sakramentu i na ożywienie wiary naszej, jako też na podanie nam sposobności do publicznego uczczenia Boskiego Zbawcy, utajonego pod postacią chleba, Kościół święty wyznaczył dzień dzisiejszy i nazwał go uroczystością Bożego Ciała. Powinnością tedy każdego prawego chrześcijanina katolika jest dziś zwłaszcza okazać Panu Jezusowi w Najświętszym Sakramencie utajonemu nie tylko sercem, ale i zewnętrznie swą wiarę, cześć, miłość i wdzięczność za tak wielkie dobrodziejstwo. Do tego właśnie celu służą ceremonie dnia dzisiejszego, a przede wszystkim owa wspaniała i uroczysta procesja, która ma być wyrażeniem naszych pobożnych uczuć i hołdów, Bogu od nas należnych. Nie zaniedbajmy przeto wdzięcznym sercem i ochotną wolą uczestniczyć w publicznym wyznaniu Tego, który jest wszelakiej chwały i czci najgodniejszym i który, choć od nas niczego nie potrzebuje, przecież patrząc na serca nasze, z upodobaniem i dobrotliwością przyjmie ten dowód miłości i wdzięczności od maluczkiego stworzenia swego.
 
Lecz tego nie dosyć. Myśl i życzenie Kościoła św. w ustanowieniu uroczystości dzisiejszej, prócz tego, co już wyżej nadmieniono, jest jeszcze i ta, aby nam przypomnieć, że Chrystus w Najświętszym Sakramencie stał się pokarmem naszym. Stąd i w Ewangelii na dzień dzisiejszy wyznaczonej czytamy: Ciało moje prawdziwie jest pokarmem, a krew moja prawdziwie jest napojem. Nie wystarczy uczcić Zbawiciela w tej tajemnicy wiarą i pokłonem. Najgorętszym pragnieniem naszym być winno, abyśmy Go mogli pożywać nie tylko w czasie wielkanocnym, jak do tego pod grzechem ciężkim każdy jest obowiązany, lecz nadto, ile można najczęściej, a zwłaszcza podczas oktawy obecnej uroczystości. Nie na to pokarmy gotują, by ludzie z głodu umierali; nie na to Chrystus ustanowił Sakrament Ciała i Krwi swojej, abyśmy się od tego Niebieskiego pokarmu powstrzymując, głód duchowy z własnej winy cierpieli, podczas gdy Pan Jezus wzywa nas do siebie i do uczty niebieskiej zachęca: Kto pożywa moje ciało, a pije moją krew, we mnie mieszka, a Ja w nim. Jako mię posłał żyjący Ojciec, i Ja żyję dla Ojca, a kto mnie pożywa, i on żyć będzie dla mnie. Chce przeto Zbawiciel być pokarmem naszym, abyśmy się z Nim jednoczyli, abyśmy się z Nim jednym niejako ciałem stali i aby On się w nas wcielił. Ta bowiem jest własność pokarmu, iż się istotnie przemienia w tego, kto go pożywa, i staje się ciałem i krwią pożywającego. Przeto i Chrystus Pan nie inną obrał drogę dla okazania swej niewymownej ku nam miłości, jedno tę, iż się stał pokarmem naszym, który się w nas przemienia, albo raczej nas w siebie odmienia; mieszka i żyje w nas, a my w Nim, jako członki w naturalnym ciele.
 
Stąd łatwo poznać można, jaki pożytek Najświętszy Sakrament sprawuje w tych, którzy godnie Go pożywają. Z takiego bowiem zjednoczenia z Chrystusem płyną na nas obfite łaski i dobrodziejstwa. Jako głowa i członki tak są zgodne i nawzajem sobie życzliwe, iż gdy jeden członek co cierpi, tedy i one wszystkie z nim cierpią, a gdy się weseli, wszystkie się wespół weselą; tak również gdy ty, chrześcijaninie, Chrystusa przyjmujesz i z Nim się jednoczysz, tedy już i Jemu dolega, jeśli masz smutek jaki, i On się weseli, gdy się ty weselisz. A cóż cię nad to szczęśliwszego spotkać może? Bo jeśliś ty ułomny i słaby, ciesz się tym, że Chrystus głowa twoja mocny jest i łatwo Mu obronić cię od tych, od których sam nie zdołałbyś się obronić. Jeśliś grzeszny i nie możesz swych długów Bogu sam wypłacić, pamiętajże, iż Chrystus grzeszny nie jest, ale jest tak święty, tak bogaty, tak zasłużony Bogu Ojcu swemu, iż może wypłacić twoje i całego świata długi, a nadto ubogacić cię własną siłą swoją. Jako w Najświętszym Sakramencie całkowicie się oddał tobie, tak zarazem wszystko, co ma i co posiada, darował, aby ci ku zbawieniu wiecznemu służyło. Czytamy w Ewangelii, iż gdy się ludzie kraju szaty Chrystusowej dotykali, taka moc zeń wychodziła, że zdrowie im przywracała w cudowny sposób. Jakąż przeto moc samo ciało Chrystusowe dawać musi tym, którzy stają się jego uczestnikami w Komunii św.? O ileż bardziej Pan Jezus uzdrowi od wszelkich niedostatków duszy i ciała tych, w których On wszystek przebywa, których czyni uczestnikami wszelkich darów swoich, na których nie jedną jaką moc z ciała swego spuszcza, ale im je daje całkowite ze wszystką mocą i świętością swoją?
 
Lecz z drugiej strony jakież kary czekają niegodnie komunikujących! Ktobykolwiek jadł ten chleb, albo pił kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej... sąd sobie je i pije (I Kor. XI, 27. 29) i staje się godnym wiecznego potępienia. Kto więc poczuwa się do jakiego grzechu ciężkiego, niech zań serdecznie żałuje i postanowi się go pilnie wystrzegać, niech go wyzna przed kapłanem i otrzyma rozgrzeszenie, a tak oczyszczony niechaj przyjmie ów pokarm Niebieski ku żywotowi wiecznemu.
 
Dajże nam, dobrotliwy Panie nasz, aby ta pamiątka przedziwnej miłości i niewymownego dobrodziejstwa Twego napełniała serca nasze gorącą wdzięcznością. Daj, abyśmy pożywając prawdziwego ciała Twego i krwi Twojej, mieszkali w Tobie, a Ty w nas; abyśmy tu żyjąc w Tobie i dla Ciebie, po naszym skonaniu mogli żyć z Tobą na wieki.


Krótkie nauki homiletyczne na niedziele i uroczystości całego roku według Postyli Katolickiej Większej Ks. Jakóba Wujka opracował Ks. Władysław Krynicki. Włocławek. Nakładem Księgarni Powszechnej. 1912, ss. 188-192.

Źródło informacji: ultramontes.pl

niedziela, 12 czerwca 2022

Ks. Józef Stagraczyński: Kazanie na Uroczystość Trójcy Świętej



KAZANIE I.

O istności Boga

Wszystkie tajemnice religii chrześcijańskiej wraz z tą najgłębszą i niezbadaną tajemnicą Trójcy Świętej, spoczywają na tej fundamentalnej prawdzie, że Bóg jest, że ponad tym światem jest Duch nieskończenie doskonały, który stworzył nas i wszystko, cokolwiek istnieje, który też przeto jest Panem i Sędzią naszym. Jeżeli nie ma Boga, tedy nie potrzeba religii żadnej.

Słusznie można by się dziwić, że zamierzam dowodzić istności Boga, i ja sam trwożę się, gdy się nad tym zasta­nawiam. Toż ja mam dowodzić istności Tego, który jest nieskończonością i wszechmocą; który jest Królem nieba i ziemi, bez którego ni myśleć, ni mówić nie mogę; w którym my wszyscy żyjemy, ruszamy się i jesteśmy?! Toż ja mam użyczonego mi daru rozumu, myśli, mowy na to używać, by udowodnić istnienie ich Dawcy? Gdyby w tym momencie rękę swą usunął, zapadlibyśmy się wszyscy w przepaść nicości; a my śmiemy pytać się, czy jest, czy żyje rzeczy­wiście... Czyż to nie zuchwalstwo, nie szaleństwo, gdy robak pełzający w prochu ziemi, podnosi oczy ku Bogu w wielkości Jego i majestacie, mówiąc: "Pozwól, bym badał i bym się przeświadczył, żeś jest; Ty sam daj świadectwo, azali istniejesz...".

Pytanie takie i badanie, jeżeli nie pochodzi z niedowiar­stwa, lecz z pokory serca, jest dozwolone i usprawiedliwione; jest i poniekąd konieczne, gdy przez sumienne i nabożne roz­ważanie wiarę naszą tym silniej chcemy w sercu ugruntować. Tym potrzebniejsze zaś w czasach takich, jak nasze, gdy powstają ludzie podobni do onego głupiego w Piśmie św. i odzywają się: "Nie ma Boga!". Niewiara i niedowiarstwo rzuca się zaciekle już na ostatnie prawdy wszelkiej religii: prawdy wiary chrześcijańskiej już dawno to niedowiarstwo odrzuciło.

Pytano się już nieraz, czy jest kto rzeczywiście na świecie, co by zaprzeczał Boga. Co do mnie, wątpię, żeby mógł się znaleźć człowiek, któryby, będąc przy zdrowym rozumie, na dłuższy czas zdolen był utrzymywać, że nie ma Boga. Na moment, na kilka chwil mógłby-ci niejeden powąt­piewać; grzeszną jaką żądzą zaślepion, na widok nieprawości żywota swego mógłby w trwodze serca życzyć i pragnąć, iżby Boga nie było; lecz nie przypuszczam, by ktoś przy zdrowych zmysłach mógł na czas dłuższy wmówić w siebie, że nie ma Boga. Uczy też doświadczenie, że prawie wszyscy, którzy zaprzeczali istności Boga, na łożu śmiertelnym uznali nierozum swój i odwołali płoche twierdzenia swoje. Lecz chociażby i nie było takich przykładów, chociażby też jeden lub drugi umierał jako ateusz: te wyjątki stwierdzałyby tylko prawdę, jak głęboko może upaść człowiek, gdy go za karę łaska Boża opuściła.

Będę dziś mówił o istności Boga i na dowód istnienia wskażę na przyrodzenie, które nas otacza. Przypatrzmy się w tym celu:

I. Układowi.

II. Życiu.

III. Porządkowi w przyrodzeniu.

I.

Jako wielki, ogromny pałac przedstawia się oczom naszym ziemia, na której żyjemy. Olbrzymie łańcuchy gór, jakoby żelazne żebra i pierścienie, spoczywają w jej łonie, tworząc fundament tego gmachu i dźwigając wielokształtne życie ziemi. Na nich, jakoby mury i ściany, wznoszą się królestwa przyrodzenia. Kruszce i szlachetne kamienie, spo­czywające w głębinach, minerały i rośliny we wszystkich kształtach i klasach podnoszą się z jej łona, by ją przystroić i przyozdobić. Twory bez liczby zaludniają przestrzenie tego gmachu: zwierzęta, począwszy od lwa, co majestatycznie przebiega puszcze, aż do robaczka pełzającego w piasku; od orła, krążącego około słońca, aż do ryb morskich, pływa­jących w toni oceanów; i ludzie, co jako króle panują nad ziemią. W niedościgłych przestworzach sklepi się, jak dach pałacu, niebo zasiane gwiazdami, a powietrze przewiewa go, to ledwie dosłyszanym szmerem, to znowu wyciem i rykiem przerażającym. Wód fale wznoszą się w górę, to opadają, kołysząc się bez ustanku i zalewając ziemskie niziny.

Na widok tego świata najpierwsze pytanie, nasuwające się nieprzepartą mocą, musi być koniecznie to: Kto zbudował ten pałac? Któż dał istnienie kamieniom i kruszcom, kto dał życie roślinom i zwierzętom, kto dał życie ludziom? Kto stworzył wszystkie siły w przyrodzeniu? Odpowiedź na to pytanie trojako wypaść może: albo świat ten i twór każdy powstał jakimś przypadkiem; albo sam siebie stworzył; albo też Istota jaka wszechmocna, istniejąca poza nim, dała mu byt i istnienie.

Przypatrzcie się tym trzem przypuszczeniom, a obaczycie, iż nierozumem jest mówić, że świat powstał przypadkiem, albo że się sam udziałał. Jedno tylko rozumne zostaje przypuszczenie, tj. że Istota wszechmocna, którą my Bogiem zowiemy, stworzyła ten świat, i wszystko, co na świecie.

1. Zdawać by się mogło, iż to niepodobną rzeczą, by człowiek myślący śmiał twierdzić naprawdę, że świat wszystek powstał z przypadku, trafem jakimś. Gdybym wam mówił, że ten dom Boży zbudowany jest trafem, przypadkiem jakimś, – że z nagła, niespodzianie otworzyła się ziemia, kamienie zlatywały się i osiadały jeden na drugim, że z nagła i niespodzianie powstały z tego mury, a w nich potworzyły się okna, następnie z nagła i niespodzianie znalazły się belki, tworząc sklepienie i wiązanie, że tak z nagła i niespodzianie dokonał się ten gmach cały, a wreszcie z nagła i niespo­dzianie znalazło się wszystko wewnętrzne urządzenie jego i strój wszystek; gdybym wam to mówił, uznalibyście mnie za człowieka, który stracił rozum. A owóż, czego nikt nie śmie twierdzić o najdrobniejszym przedmiocie na ziemi, to by miało być podobnym w utworzeniu świata całego? Przy­padkiem, trafem, nic nie może powstać i nic nie powstaje, albowiem wszystko musi mieć swoją przyczynę.

Nowocześni niedowiarkowie chcą tę rzecz tak przed­stawić: mówią, że na początku istniała sama tylko materia, masa odwieczna, jedna lub więcej tak zwanych komórek pierwotnych, a w nich spoczywała, jakoby w jajku, rozmaitość wszech rzeczy widzialnych. Ten zaród począł ruszać się i rozwijać, i tworzyły się rozmaite królestwa przyrodzenia, coraz piękniejsze i doskonalsze. Innymi słowy: odwieczna materia rozwinęła się, według praw w niej złożonych, w obecny kształt świata.

Tu pytamy się: A skądże wzięła się ona odwieczna materia i one komórki pierwotne? Kto złożył w nich ten cudowny zaród, mieszczący w sobie wszystkie twory? Kto ustanowił prawo, by z niego powstało życie w formach, coraz doskonalszych? A czymże jest ona odwieczna materia, z której wytworzył się wszechświat? Chociaż możemy przyznać, że większa liczba tworów ziemskich, o ile je znamy, tworzy się i wyrasta z zarodka, jednakże i tak musimy znowu powiedzieć: Trafem, przypadkiem nie mogły powstać zarodki i początki, ni prawo wzrostu ich, ni ich rozwoju. Wszystko musi mieć swoją przyczynę.

Trafu, przypadku nie ma i być nie może. Cóż zowiemy trafem, przypadkiem? Wypadek jakiś zowiemy przypadko­wym, gdy się wydarzy nagle, niespodzianie, często wbrew wszelkiemu przypuszczeniu. Idziesz sobie ulicą, chcesz od­wiedzić przyjaciela. A oto przyjaciel ten wychodzi ci naprze­ciwko, ty mówisz, żeś go spotkał przypadkiem. Lecz jeżeli przyjaciel o tymże czasie co i ty postanowił iść do ciebie, czyż można mówić o przypadkowym spotkaniu się? To spotkanie było pewne, konieczne. Gdybyś był wiedział o jego zamiarze, byłbyś wychodząc z domu powiedział: Ja go spotkam na ulicy; byłbyś nawet mógł oznaczyć, gdzie i kiedy go spotkasz. Lecz, żeś o tym zamiarze nie wiedział, przeto mówisz o przypadku. Gdyby więc istniała wola jakaś wyższa, kierująca wszystkim, i gdyby nas rozum nasz zniewalał przyjąć istnienie takiej woli, i gdyby ta wola była zarazem nieskończenie mądra: czyżbyśmy mogli mówić o przypadku dlatego, iż działanie onej woli jest nam nieznane? Traf, przy­padek, to próżne i czcze słowo, które nic nie mówi i nic nie tłumaczy; słowo, którym człowiek się posługuje tam, gdzie się mądrość jego kończy. Traf jest albo przyznaniem się do bezmyślności ze strony tego, co nie usiłuje poznać, o ile podobna, związku rzeczy wzajemnego, albo uznaniem niemocy ducha ludzkiego, niezdolnego z widomych rzeczy pojawów dotrzeć do wewnętrznych ich przyczyn. A jeżelić teraz, gdy świat stworzony istnieje, nie może być trafu, lecz wszystko ma i musi mieć swą przyczynę; tedy tym mniej mógł ten świat kiedykolwiek powstać trafem, ponieważ przed nim nie istniało nic, zaczem też żaden wypadek nie mógł zajść nie­spodzianie i nie mógł się z drugim wypadkiem spotkać nie­spodzianie.

Jak niepodobna, by teraz w oczach naszych z tych kamieni przypadkiem drzewo wyrosło lub zwierzę jakie; tak niepodobna, by wszystek świat powstał przypadkiem, albo­wiem wszystko musi mieć swoją przyczynę.

Niedowiarstwo chce się ratować drugim przypuszcze­niem, utrzymując, że świat sam w sobie mieści przyczyny swego istnienia, czyli, że sam z siebie powstał. Owóż i ten wybieg nic nie znaczy; albowiem zaprzeczając Boga osobistego poza światem, mieści go w samymże świecie; znosząc Boga ducha, stawia na Jego miejsce Boga materię.

Gdyby świat był od wieków, a więc Bogiem, tedyby musiał posiadać przymioty istoty nieskończonej; musiałby być wyposażon doskonałościami takimi, jakie rozum nasz Bogu koniecznie przyznać musi. A więc nasamprzód musiałby być nieodmienny i niepodzielny; albowiem na tym polega istota Boga, iż jako nieskończenie doskonały w przymiotach swoich, ni się umniejszać, ni powiększać nie może; Jemu nie można ni dodać cośkolwiek, ni ująć cośkolwiek. Wszelka odmiana, bądź ku dobremu, bądź ku złemu, wykluczona. Bóg jest wiekuiście tą samą doskonałą Istotą. Podobnież istota Boża nie może się składać z części, gdyż inaczej sam przez się nic by czynić nie był zdolen. Musi być jedna istota, która przyczynę istności swojej i działania w sobie samej nosi.

Tymczasem przypatrzcie się światu, azali jest nieod­mienny i niepodzielny. We wszystkich królestwach przyrodzenia zobaczycie ciągłą odmianę. Powstają nowe formy życia, giną stare. Ni ludzie, ni zwierzęta, ni rośliny nie trwają niezmienne; wszystkie inne pojawy na ziemi usta­wicznym podlegają odmianom, rosną, doskonalą się, przybierają piękniejsze i lepsze kształty, albo też mniej doskonałe, wątlejsze i nikczemniejsze. Świat więc nie może być od­wieczny, nie może być Bogiem, gdyż pojęcie Istoty nieskoń­czonej wyklucza wszelką odmianę i zmienność. Również i niepodzielnym nie jest świat, przeciwnie składa się z niezli­czonych cząstek, z niezliczonych przerozmaitych przedmio­tów, które znowu z mnóstwa cząstek i cząsteczek złożone. A przeto świat nie może być odwieczny, nie może być Bogiem, ni żadna rzecz w nim z osobna, ni wszystkie razem, gdyż żaden twór z osobna nie ma w sobie samym przyczyny bytu swego, a więc też i żadnych innych nie mógł wytwo­rzyć. Zresztą i nauka uznaje, że przynajmniej ziemia nasza nie jest od wieków, i że niepodobną jest rzeczą mówić o nie­skończonym łańcuchu istot, które by od wieków istniały.

Stąd wniosek oczywisty ten: istnienie świata wskazuje nieprzeparcie na istnienie Boga. Świat ten nie powstał przy­padkiem, świat ten nie ma sam w sobie racji bytu, nie mógł przeto dać sobie istnienia, zaczem idzie, że musi być poza światem Istota wszechmocna, która ten wszechświat stwo­rzyła. Ponad tymi wszystkimi tworami przypadkowymi musi być Istota, która od siebie samej zależy i wszystko inne do bytności powołała.

II.

Prawdę tę jeszcze jaśniej poznamy, gdy do wnętrza świata zajrzym, o ile to podobne ograniczonemu wzrokowi na­szemu. Na świecie widzimy życie i ład, a więc musim przyjąć ducha, który ten ład i porządek zaprowadził i utrzymuje, gdyż bez tego nie wytłumaczylibyśmy sobie ni jednego, ni drugiego: ni życia, ni porządku.

W przyrodzeniu widzimy wielokształtne życie. Nie jest ono masą martwą, nieruchomą, lecz wszystko w ruchu i działalności. Widzicie ruch i życie w ciałach niebieskich, co olbrzymimi kroki przebiegają niezmierzone koleje. Widzicie ruch i życie na ziemi, zaludnionej tworami bez liczby. Widzicie ruch i życie nawet pod ziemią, albowiem w zakrytym łonie ziemi tworzą się kryształy, a szczyt doskonałego życia podziwiamy w duszy ludzkiej, tworzącej z siebie myśli i pojęcia.

Skądże ten mechaniczny i organiczny ruch w świecie, i skąd duchowe życie w człowieku? Nie może ono pochodzić z natury i z tworów jej; albowiem materia jest nieruchoma, ona odbiera ruch, a sama nie może się ruszać. Połóż kulę na ziemi, a będzie leżała; uderz ją ręką, a potoczy się o tyle, o ile ją popchniesz; sama z siebie nie poruszy się ani o jedną linię. Skądże więc ruch gwiazd niebieskich? Skąd życie na ziemi i pod ziemią? Skąd myśli ducha naszego? Przecież mu­siała być chwila jedna, w której ciała niebieskie poczęły się ruszać. Przecież musiał być moment jeden, w którym pierwsza trawka, pierwsze drzewo i pierwszy kwiat z ziemi wyrosły. Że myślenie nasze miało początek, tego nas uczy własne doświadczenie.

Stąd musi być ponad światem wola jedna i duchowna istota, która pierwszy dała popęd do ruchu i do wszystkiego życia. Już Arystoteles, mędrzec pogański, powiedział: "Jeżeli nie istniała wpierw siła poruszająca, jakżeżby mogło się coś­kolwiek poruszać?". Trzeba koniecznie przyjąć pierwszy po­czątek, pierwsze źródło wszystkiego życia, a tym jest Bóg, który jest życiem samym, a którego my szczerym Duchem zowiemy. Jako Duch nieskończony, On sam jeden mocen jest wprowadzić ruch w przyrodzeniu i stworzyć w człowieku życie duchowe. Jeżeli sto kul w jednej linii ułożonych, jedna od drugiej po kolei bierze ruch od kuli najpierwszej; azaliż ruch ten nie pochodzi od ręki, która pierwszej kuli dała popęd? A gdybym dla jakiej przeszkody nie mógł widzieć tej ręki, czyżby ona tym samym dla rozumu mego pozostała niewi­dzialną? (De Maistre).

Bez Boga nie podobna wytłumaczyć ruchu i życia w naturze, i bez Ducha układającego wszystko w ład, ład i porządek w przyrodzeniu pozostałby również nierozwią­zaną zagadką.

III.

W całym widzialnym stworzeniu widzimy przedziwny porządek i uderzającą celowość. Życie wszystko w przyrodzie zmierza do jakiegoś celu. Każda istota ma pewien cel życia, dla którego stworzona, a skoro go osiągnie, tym samym przykłada się do rozwoju wszech życia w przyrodzie samej; rzecz każda, twór każdy na stanowisku swoim uwydatnia ład wszechświatowy, który z podziwienia godną mą­drością dla całego świata jest nakreślony. Podnieś w pogo­dnej nocy oko w niebo i przypatrz się gwiazdom. Powiedz mi, kto je tam posiał w onych przestrzeniach bez końca, i te, które własnymi oczyma widzisz, i te, których żadne oko na ziemi dosięgnąć nie może? Kto im nakreślił koleje, na których się pędem niezrównanym toczą, jedna drugiej nie zawadzając bynajmniej? Kto ich promieniom dał skrzydła, że w 8 mniej więcej minutach przybywają tu do nas na ziemię? Któż kazał miesiącowi świecić w nocy i ciemności nocy łagodzić? Kto życie ziemi związał z biegiem ciał niebieskich, iż wzrost jej i dojrzewanie od niego zawisło?

Albo zwróć oko na ziemię i podziwiaj ją w jej żywotności. Na powierzchni ujrzysz pagórki i łańcuchy gór, z których deszcz i źródła wód spadają na równiny, aby je użyźnić. Nie­zliczone stworzenia znajdują na niej swe pożywienie. Co rok zjawia się wiosna, a nasiona złożone w ziemi ruszają się i kiełkują. Odświętną szatą odziana przedstawia się oczom naszym strojno i wspaniale. Po wiośnie nastaje lato, i w tej porze roku dojrzewa wszystko, co się w wiośnie zrodziło. Gorące słońca promienie padają na ziemię, a pod działaniem ich błogiego ciepła nakrywa się on wielki stół przyrody, u którego wszelakie stworzonko się posila. Słońce spuszcza się znowu niżej, a ludzie gromadzą do spiżarni cokolwiek rola zrodziła. Po jesieni przychodzi zima; przyroda cału­nem śniegu pokryta wypoczywa, nowe siły zbierając do następnej pracy. Ten porządek, to następstwo pór roku po sobie powtarza się bez przerwy od lat tysięcy, i ani razu nie dostrzeżono w nim odmiany i zaburzenia.

Przypatrz się tworom na świecie z osobna; weźmij do ręki najlichszą roślinkę: choćbyś wszystkie świata umiejętności posiadał, nie zdołałbyś wyliczyć wszystkich cudów w niej. Korzonkami tkwiąc w ziemi, stoi jakoby na nóżkach, równo­cześnie ciągnie z ziemi pożywienie dla siebie, i niezliczonymi kanałami dochodzą soki aż do ostatnich kończyn. Twardą skórą, korą, jakoby pancerzem obronnym odziana ku obronie delikatnych włókien i części. W każdym listku tysiączne oczka, którymi pije ożywcze powietrze. Większa część roślin kwitnie i wydaje owoc, a pod kwieciem dojrzewa nasienie dla nowego pokolenia; te zaś, co nie kwitną i nie wydają owoców w korzeniach i w latorózgach posiadają moc odmładzania się i rozpleniania. Skądże ta mądrość i ten ład? Skąd to mi­strzostwo, którego i najuczeńszy człowiek nie zdolen zbadać dokładnie, cóż dopiero, żeby miał choć i najmniejszy z tych cudów zdziałać przy swej wszystkiej umiejętności?

Kto zwierzętom wyznaczył mieszkanie i w te je właśnie sprowadził strony, gdzie mogą znaleźć pokarm i wyżywienie? Kto im dał ten instynkt, za pomocą którego bez pomyłki poznawają, co im szkodliwe a co pożyteczne? Kto dał zręczność zwierzęciu, iż wykonuje roboty podobne do robót człowieka obdarzonego rozumem? Kto nauczył pszczoły budować ko­mórki i składać w nich miód? Kto nauczył ptactwo budować gniazdka? Kto za nadejściem chłodnej pory prowadzi je za morza, by w cieplejszych krajach nowych sobie mieszkań szukały?

Jednakże największą mądrość musim w królu stworzenia, w człowieku, podziwiać. Podczas gdy zwierzęcia wzrok ku ziemi skierowany, człowiek wznosi oczy do góry, a prostą postawą swoją wskazuje, że jest jej panem. W tym ogromnym świecie człowiek jest sam małym światem. Uczeni dociekli, że w ciele ludzkim znajdują się wszystkie części składowe wszech świata. Tysiące ksiąg napisano, by zbadać choć jeden członek ciała ludzkiego, np. ucho lub oko, by odkryć ich ustrój i prawa w nich przewodnie, a mimo to badania jeszcze nie ukończone i pewnie nigdy nie będą dokonane wszech­stronnie. Czymże włos na głowie naszej? Jakże mało znaczy! A jednak, gdy mu się pod szkłem powiększającym przypatrzym, ujrzymy w nim naczynia, komórki, korzenie, gałęzie, słowem, ujrzym cuda większe, niż w jakim bądź najcelniejszym ręki ludzkiej utworze. Skądże ona mądrość, z jaką ciało nasze ukształtowane? Skąd one prawa w nim działające?

Gdzie ład i porządek, tam trzeba przyjąć ducha, który ten ład zaprowadził. Gdzie prawo panuje, tam trzeba przyjąć prawodawcę, który je nadał. Przypadkiem, trafem nie może nic powstać, jak tu już pokazałem, a tym mniej ład i porządek nie może powstać trafem. Ktoś powiedział: "Nigdym sobie nie łamał głowy nad tym, by znaleźć dowody istnienia Boga. Historia, przyrodzenie, metafizyka mogą dostarczyć obficie dowodów; lecz ja wyznaję otwarcie, iż dla mego przekonania bynajmniej tego naukowego aparatu nie potrzebuję. Dowód mam w kieszeni, skoro się zastanowię nad skomplikowanym mechanizmem i nad regularnym biegiem zegarka mojego, nikt mnie nie zdoła przekonać, że to przypadkiem powstało bez myśli i bez pracy człowieczej".

Niedowiarkowie mówią wprawdzie o siłach przyrody, o prawach natury odwiecznie czynnych, o prawie ciężkości i przyciągania, o siłach magnetyzmu, elektryczności, o siłach chemicznych, optycznych i o innych prawach.

Ależ prawo każde musi mieć swego prawodawcę. To regularne działanie sił ukrytych musi przecież od kogoś po­chodzić, albowiem przypadek nigdy nie może działać regu­larnie i statecznie. Kto prawi o prawach przyrody, nie zależnych od ducha rozumnego lub zależnych od sił przyrody działających na oślep, które jednak wywołują zjawiska świad­czące o rozumnie założonym celu, ten prawi na wiatr, niero­zumnie, niedorzecznie!

Weźmijcie 24 głoski alfabetu, rzućcie je na ziemię, rzu­cajcie nie wiem ile razy chcecie; ani jeden rządek książki lub dzieła uczonego nie ułoży się z nich przypadkowo, jeżeli ich ręka ludzka nie złoży należycie i rozumnie. Weźmijcie wszystkie farby świata, pomalujcie nimi płótno – ażaliż po­wstanie z nich obraz, jeżeli malarz nie ułoży tych farb wedle planu i myśli ducha swojego? A świat, ten wspaniały obraz, ta księga ogromna, wobec której wszystka mądrość ludzka zamilknąć musi, miałżeby powstać ślepym jakimś trafem? Stąd Arab jeden zapytany, jakim sposobem przeświadczył się o istnieniu Pana Boga, doskonale odpowiedział: "Tak, jak ze śla­dów na piasku poznaję, czy człowiek, czy zwierz przechodzi".

Rzekł głupi w sercu swoim: "Nie masz Boga". Tylko ten, co zaprzecza zasadnicze prawa myślenia, może przeczyć istnienie Boga. Chyba byśmy bezrozumnego zwierzęcia okiem zapatrywali się na świat, nie chcąc w nim Boga widzieć. Kto z rozumem na świat patrzy, ten na każdym kroku napotka Boga. "Pytaj się bydła, i nauczy cię; i ptactwa niebieskiego i okażeć. Mów do ziemi, a odpo­wie tobie, i będąć powiadać ryby morskie. Któż nie wie, że to wszystko ręka Pańska uczyniła" (Job 12, 7-9). Niedowiarkowie staną przed sądem Bożym bez żadnej wymówki. "Ażaliż nie postawiłem oczom twoim gwiazd na niebiosach i stworzenia cudów nie roztoczyłem przed tobą? Ażaliż iskry ducha mojego nie tak złożyłem w tobie i nauczyłem cię myśleć rozumem, abyś mnie w dziełach moich poznawał?". Tak odezwie się Pan do bezbożnych.

Dla nas przyrodzenie wszystko naokół niech będzie wielką drabiną, po szczeblach której wstępować mamy aż do nieba, aż do Boga, Pana i Stwórcy naszego. Czyńmy to codziennie, byśmy rośli w poznawaniu i w miłości Boga nie­ogarnionego światem, wszechmocnego Pana nieba i ziemi. Amen.

–––––––––––

Ks. Józef Stagraczyński, Wybór kazań niedzielnych i świątecznych. Tom I. Poznań. NAKŁADEM I CZCIONKAMI DRUKARNI I KSIĘGARNI ŚW. WOJCIECHA. 1908, ss. 418-428.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono)

 

Pozwolenie Władzy Duchownej:

Wolno drukować.

P o z n a ń , d. 13-go Maja 1908.


(L. S.)

Konsystorz Jeneralny Administratorski.

X. Echaust.

Źródło informacji: ultramontes.pl

piątek, 10 czerwca 2022

O. Jan P. Strumiłowski OCist: Czy dążenie do jakkolwiek ujętej doskonałości może być błędem?

 


Celem życia chrześcijańskiego jest zjednoczenie z Bogiem. W takiej perspektywie mówienie o doskonałości jako celu życia chrześcijańskiego domaga się pewnego dookreślenia. Doskonałość rozumiana w sposób dowolny sama w sobie nie może być celem. Jest ona celem tylko w zależności od Ewangelii, od jej sedna – jedynie wtedy ma właściwy kształt. I w tym miejscu dochodzimy do pewnego paradoksu. Miarą doskonałości człowieka jest upodobnienie się do Boga. Pismo mówi: „bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski” (por. Mt 5, 48). Doskonałość Boga polega zaś na tym, że jest On miłością. A miłość wyklucza jakąkolwiek izolację i zamknięcie. Człowiek zatem nie może być doskonały sam w sobie, nie może być doskonałym, oderwanym i zamkniętym bytem. W doskonałości nie chodzi o szlifowanie siebie i swoich cech w taki sposób, żeby stały się one krystaliczne. Dlaczego podejmujemy tak z jednej strony oczywisty temat, a z drugiej, wydawałoby się, tak marginalny? Czy dążenie do jakkolwiek ujętej doskonałości może być błędem? 

W tym pytaniu dotykamy właśnie istoty problemu. Kościół zawsze dbał o to, żeby przekazywać czystą doktrynę, oraz dawał nam wzór życia chrześcijańskiego, kanonizując kolejnych świętych: a więc troszczy się o czystość wiary i obyczajów z wiary wypływających. Święci w istocie byli ludźmi, którzy doskonale wdrożyli wiarę w życie, którzy doktrynę uczynili programem swojego życia. Być świętym znaczy nie tylko wyszlifować w sobie dobre cechy i zredukować wady. Do takiego procesu nie jest nam potrzebna ani doktryna, ani nawet Ewangelia. Wystarczy świecka moralność. Obecnie, zwłaszcza ze strony ludzi niewierzących, pojawiają się pytania, czy trzeba być wierzącym, żeby być dobrym człowiekiem. Przecież wielu ateistów jest dobrymi ludźmi, niejednokrotnie lepszymi od chrześcijan. Po co zatem tak pieczołowicie dbać o wiarę? Po co upierać się twardo przy trwaniu w jednym konkretnym wyznaniu? 

Ponadto współczesny świat stawia przed nami inne wzory doskonałości, nie zawsze skupiające się wokół doskonałości moralnej. Dzisiaj doskonały człowiek to człowiek spełniony, człowiek sukcesu – uśmiechnięty, szanowany, lubiany, świadczący innym dobro, wrażliwy i tym podobne. Ikonami doskonałości są celebryci – to oni wskazują nam cel ludzkiego dążenia, wzór spełnienia, zrealizowania swoich aspiracji i pragnień. W perspektywie katolickiej zaś coraz częściej daje nam się za wzór ludzi szczęśliwych, spełnionych, którzy budują swoje szczęście i doskonałość na kanwie wzorców światowych, a oprócz tego są jeszcze wierzący – podaje nam się ich za przykłady do naśladowania. Wydawałoby się, że jest to bardzo piękne i pociągające. Oto jakaś gwiazda, celebryta, człowiek naprawdę znaczący, który odnosi sukces, zaczyna manifestować swoją wiarę. Świat katolicki temu przyklaskuje. I oczywiście jest to zjawisko pozytywne, jednak kryje się w nim pewnego rodzaju zagrożenie. Otóż doskonałość w świecie chrześcijańskim nigdy nie była czymś oderwanym od treści Objawienia. To nie tak, że człowiek może budować swoją ludzką doskonałość, do której dodaje szczyptę Ewangelii, chrześcijański koloryt – i oto mamy przepis na świętość. Wzorem doskonałości jest świętość, czyli doskonałość rozumiana jako coś, co wyłania się z głębi chrześcijaństwa jako jej właściwy atrybut, a nie dodatek. Doskonałość tożsama ze świętością rodzi się z życia chrześcijańskiego, wyłania się z wnętrza przeżytej doktryny. Oznacza to, że sama Ewangelia i doktryna wyznaczają rys doskonałości. Jeśli natomiast doskonałość jest czymś jedynie ludzkim, co może zaistnieć poza chrześcijaństwem, rzeczywiście Ewangelia traci swój uniwersalizm i konieczność. A w dzisiejszym świecie kulturowy wzór doskonałości jest pozaewangeliczny, niespójny i w istocie niezwiązany z Ewangelią. Błąd polega na postawieniu za wzór doskonałości wykreowanej przez ducha tego świata i usilne twierdzenie, że Ewangelia jest drogą umożliwiającą osiągnięcie tego wzoru – a to jest rzecz jasna czyste szaleństwo prowadzące nie tylko do porażki, ale też do głębokiej deformacji chrześcijaństwa. Świętość w takiej perspektywie sprowadza się jedynie do narzędzia nadającego światowemu wzorowi doskonałości poświatę wiary. Ewangelia staje się zaledwie instrumentem, który ma służyć spełnieniu ludzkich aspiracji. Żeby jednak dobrze to zilustrować, przyjrzyjmy się najpierw samej historii grzechu i zbawienia. Nieszczęście i niedoskonałość człowieka spowodowane są przez grzech. Dzisiaj często rozumiemy go jako skazę na osobowości, skarłowacenie naszego bytu. Dlatego też zbawienie czy łaskę pojmujemy jako moc, która ma nas naprawić. Bóg w takiej perspektywie jawi się w istocie jako narzędzie, przy pomocy którego nasza istota może zostać naprawiona. Nie ma tutaj dużo miejsca na relację, a jeśli już, to ta relacja jest ukierunkowana na nas. Tymczasem w perspektywie Objawienia sprawa z grzechem przedstawia się nieco inaczej. Grzech rzeczywiście spowodował skaleczenie ludzkiej natury. Osłabił ludzką wolę. Wprowadził w nasze życie lęk, samotność, cierpienie, a nawet śmierć. Są to jednak skutki czegoś większego. Grzech nie jest jedynie raną zadaną ludzkiej naturze; jest uderzeniem w Boga. Grzech jest czymś absolutnie innym niż Bóg, a więc jest jakimś antybytem. I kiedy go wybieramy, powoduje on oderwanie nas od Boga i utratę relacji z Nim. Poprzez grzech zatem człowiek żyjący w Bogu, zanurzony jakby w Jego istocie, cieszący się wspólnotą z Nim, zostaje od Boga oderwany. Zaczyna istnieć w odłączeniu od Stwórcy, który przecież jest źródłem i celem jego istnienia – a wymienione wyżej konsekwencje są skutkiem tegoż odłączenia. Zatem człowiek oderwany od Boga nie jest w stanie załatać „dziur” niedoskonałości swojej natury. To rozerwanie, które w sobie dostrzegamy, które nas uwiera i boli i które próbujemy jakoś naprawić, nie da się samo zasklepić, bo jest to rozdarcie nie w nas samych, ale w naszej relacji do Boga. Ta wyrwa w naszej naturze, nieustanny głód, ból, tęsknota, słabość, są nie własnością naszej zamkniętej w sobie natury, ale skutkiem, strzępem pozostałym po oderwaniu nas od Boga. 

Naprawić ludzką naturę można zatem jedynie poprzez zwrócenie człowieka Bogu. Jesteśmy – jak zresztą całe stworzenie – absolutnie zależni od Boga. Nie możemy istnieć bez Niego. Nie możemy „realizować siebie” w oderwaniu od Niego. Nie możemy być bez Niego spełnieni i doskonali. Próba osiągnięcia doskonałości bez Boga zawsze doprowadzi nas do mniejszej lub większej karykatury człowieczeństwa. Wzór, który dzisiaj daje nam świat – ludzkiej doskonałości oderwanej od Ewangelii, doskonałości, w której życie wiarą jest jedynie dodatkiem, wisienką na torcie lub narzędziem – jest z ewangelicznego punktu widzenia fałszywy. 

*fragment pochodzi z książki O. Jana P. Strumiłowskiego OCist „Zachwiana hierarchia. Pomieszanie pojęć i przyczyny kryzysu w Kościele”, rozdział pt. Doskonałość i ludzkie aspiracje, wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit, Kraków 2022

Arcybiskup Hector Aguer: Tradycja kontra relatywizm


Czy jest progresywizm? Mam na myśli progresywizm kościelny, który – podobnie jak progresywizm świecki – zwraca się ku przyszłości, rozumując jakoby świat i Kościół były w ciągłym ruchu, zawsze ewoluując ku temu, co najlepsze. Ten właśnie ewolucjonizm moglibyśmy rozpatrywać jako swego rodzaju eponim progresywizmu religijnego. Stanowi on system „zaawansowanych” idei i postaw, dumnie odrywający się od jakiegokolwiek przywiązania do Tradycji. 

Tak zwany modernizm początków XX wieku został opisany i potępiony przez św. Piusa X w encyklice Pacendi dominici gregis i w dekrecie Lamentabili sane exitu. Łączył on kantowską (racjonalistyczną) filozofię – odrzucającą myśl arystotelesowsko-tomistyczną – a także „pozytywne” studia nad Pismem Świętym pochodzenia protestancko-liberalnego oraz pragnienie utożsamienia kultury chrześcijańskiej z tą, która panowała w Europie kształtowanej przez rewolucje XIX wieku, zakorzenione w rewolucji francuskiej 1789 r. i jej Oświeceniu. Moderniści cierpieli z powodu pewnego dyskomfortu, jakby byli obcy albo zostali wykluczeni z tego, co proponowała epoka nowożytna. Ponadto w modernizmie panowało zamieszanie pomiędzy doktryną, jej treścią i sposobami wyrazu. Jednak pod tym względem posoborowy progresywizm zdecydowanie go przewyższa. 

Święty Wincenty, galijsko-rzymski mnich z klasztoru w Lerynie, w połowie V wieku rozróżnił w swoim Commonitorium pomiędzy wyrazem Prawdy chrześcijańskiej – która logicznie rzecz biorąc przeorientowała się w różnych epokach i kulturach znajdując nowy sposób wyrazu (nove) – a modyfikacją, czyli dodawaniem rzeczy nowych (nova). 
 
Katolicki progresywizm rozwinął się pod wpływem tak zwanego ducha Soboru. Sobór Watykański II (1962-1965) przyjął niemal jednomyślnie 16 dokumentów; przedstawiały one katolicyzm „uaktualniony” na postawie jasnej intencji aggiornamento. Dyskusje i konfrontacje już widoczne w debatach soborowych uległy później pogorszeniu pośród bolesnych podziałów, które dezorientowały wielu księży i wiernych. Istnieją częstokroć wspominane wypowiedzi Pawła VI, nakłaniającego do powściągliwości w ocenie Soboru i pozwalającego nam rozpoznać powagę sytuacji, która nastąpiła wraz z narzuceniem progresywnej samowoli: „Oczekiwaliśmy kwitnącej wiosny, a nadeszła ostra zima”; „poprzez jakąś szczelinę swąd szatana wszedł do Domu Bożego” – mówił papież. Obecnie mogłoby się wydawać, że Sobór Watykański II w swojej pierwotnej wymowie wyrażonej w jego tekstach, trafił już na śmietnik. Ale niektóre ekstrawagancje i nagłe zaabsorbowanie pewnymi tematami czy rzeczami pozostały z nami jako błędne, wypaczone dziedzictwo. Wielokroć wiąże się ono z pewną urazą czy niechęcią wobec Tradycji i wobec tych, którzy na niej polegają. 
 
Pierwsze akademickie znaczenie „manii” opisuje ją w dużo bardziej negatywny sposób, przedstawiając jako rodzaj szaleństwa czy ogólnego majaczenia, któremu towarzyszy wzburzenie i skłonność do wściekłości. Termin ten ma swoje źródło w greckiej starożytności; u Herodota i Sofoklesa mania jest równoznaczna z szaleństwem, obłędem i stosuje się ją do namiętności miłości, jak również do prorockiego uniesienia. W swym dziele Fajdros Platon określa tym mianem uniesienie wywołane natchnieniem, które w jakiś sposób alienuje człowieka od siebie samego. 

Podkreśla też w tym opisie ton ponurego nastroju, mroku czy czerni. Pragnę teraz odnieść się do pewnych typowych manii progresywizmu. 

1. Zacznę od wskazania manii, która skłania do uśmiechu politowania, gdyż przedłuża czy raczej przywraca dyskusję z lat 70.: wymierzoną przeciwko sutannie ideologiczną furię. Wyładowuje się ona na tych kilku księżach, którzy jeszcze czasami ją noszą. Nie biorę pod uwagę tego, że obecna dyscyplina Kościoła wymaga od księży noszenia oznaki ich stanu: może to być styl „elegancki duchowny” albo przynajmniej jasnoniebieska koszula z charakterystyczną niewielką białą wstawką. Progresywna mania postrzega z naturalnością czy zrozumieniem księdza noszącego „cywilne ubrania”, nawet w złym guście i czasami brudne. Gorszy jest przypadek osoby zakonnej, unikającej zakładania habitu właściwego zakonowi czy zgromadzeniu, do którego należy. Zazwyczaj jest to kolejny element nieprzestrzegania ślubów ubóstwa. Ta konkretna mania wywołuje u mnie uśmiech z powodu braku umiarkowania, z jakim się wiąże; swoją odmową oznaczenia stanu duchownego takie osoby tylko podkreślają przecież coś przeciwnego niż by chciały: rzeczywistą wartość habitu księdza i osoby zakonnej. 

2. Kolejna mania to pogarda, a może lepiej powiedzieć, nienawiść względem łaciny. Postępowcy nie mogą znieść księdza odprawiającego Mszę – nawet nie tę świętego Piusa, ale tę Pawła VI – w szlachetnym języku Lacjum. W rzeczywistości najczęściej to negatywne uczucie wyrażane jest przez tych spośród nich, którzy nie mają o tym języku pojęcia. Nie znoszą zatem tego, czego nie znają, z powodu czystej ideologii. Z racji tej postawy na przykład pewne hymny, które były śpiewane bez trudu w parafiach przez starsze panie, znikły z obiegu: jak Pange lingua i Tantum ergo, pozostające wszak wspaniałymi formułami Adoracji Najświętszego Sakramentu. Kiedy byłem dzieckiem, w mojej sąsiedniej parafii w Buenos Aires celebrowanie największych świąt było spotęgowane poprzez śpiewanie Missa de angelis. Swoją drogą, warto zauważyć, że modlimy się przecież nie tylko, kiedy śpiewamy, ale także gdy słuchamy. Wszystko wskazuje na to, że ta mania utrzyma się albo jeszcze pogorszy, gdyż w seminariach łacina znikła albo jej studiowanie jest zaledwie zachowane symbolicznie. Postępowcy będą mogli się chlubić, że w końcu jedynym środkiem wyrazu w liturgii rytu rzymskiego będzie język pospolity – w istocie za każdym razem coraz bardziej pospolity. Ryt rzymski? Ani rzymski, ani ryt. Przejdźmy dalej, by odnotować parę innych manii, jeśli można się tak wyrazić, cięższych i mroczniejszych. Te nie proszą się o uśmiech politowania, ale raczej oburzenie, skargę i płacz. Być może w wielu przypadkach niewiedza służy jako wymówka. 

3. Różaniec. Z pewnością postępowcy są nieświadomi licznych encyklik, które Leon XIII, papież Rerum novarum, opublikował o Różańcu świętym, i samego faktu, że wszyscy papieże wysławili tę praktykę, pogardzaną przez maniaków jako „zajęcie starych dewotek”. Nie znają oni także Magisterium na ten temat i osobistego doświadczenia papieża Jana Pawła II albo znają, ale nimi pogardzają. Nie wspominając już o zdumiewających faktach i formalnych cudach przypisywanych Maryjnej koronce. Typowy katolicki charakter Różańca i jego znaczenie w przypadku Lourdes i Fatimy nie stanowi części dziedzictwa Objawienia i nie wierzy się weń na mocy wiary teologicznej. Jest natomiast przyjmowany poprzez szerzenie się tej wiary, która sprawia, że te rzeczywistości stają się proste i praktycznie niezaprzeczalne dla katolickiego sumienia, dla części chrześcijan wyobcowanych przez postępową manię. 

4. Kolejna mania objawia się w kontekście Pisma Świętego, szczególnie Psalmów, kluczowych w kompozycji Liturgii godzin. Wierzcie lub nie, ale nie brak księży i osób zakonnych (brak mi danych z obszaru kobiecego), którzy uważają, że te starożytne wiersze nie mają nic do powiedzenia człowiekowi w XXI wieku. A co z wiarą w Boże Słowo, skarbiec starego Izraela i Kościoła, nowego Ludu Bożego? W tym momencie właściwe będzie wspomnienie godnego podziwu dzieła św. Augustyna Enarrationes in Psalmos. Bowiem dla biskupa Hippony wszystkie Psalmy mówią o Chrystusie i to sam Chrystus jest tym, który się w nich modli, przybierając głos swojego przodka Dawida, któremu – uogólniając – jako eponim przypisywany jest Psałterz. Porzucenie recytacji Liturgii godzin przez księży i osoby zakonne jest manią samobójczą. Temat prowadzi nas do pochwały klasztorów tradycji benedyktyńskiej i pokładania w nich nadziei, nawet jeśli wiele z nich nie liczy sobie więcej niż garść mnichów czy zakonnic. 

5. No i oczywiście mania progresistów dotycząca Liturgii. Przecież Liturgia jest w centrum życia kościelnego! Można pozostawać wiernym myśli wyrażonej przez Benedykta XVI: Kościół utrzymuje się w swojej rzeczywistości na fundamencie, którym jest liturgia święta – albo z nią upada. Mania postępowa manipuluje liturgią i zamienia ją w środek do innego celu, którym nie jest już kult adoracji i ekspiacji, ale na przykład spotkanie, zgromadzenie i poczucie bycia razem. To przesunięcie źródła łaski daje miejsce czysto horyzontalnej, ludzkiej perspektywie. Tutaj na szali jest wiara, wiara, która potwierdza rzeczywistość i tajemnicę Chrystusa oraz obecności Pana w działaniu sakralnym. Sposób, w jaki niektórzy biskupi posługują się liturgią jest zaskakujący. Mówię tutaj o typowym przypadku: zakazuje się Mszy w parafiach w dni świąteczne albo ważną uroczystość i wszyscy wierni muszą iść do katedry, gdzie diecezjalny duszpasterz chce być protagonistą w akcie dokonywanym według własnego pomysłu, co jest aspiracją ekstrawagancką. Nietrudno zauważyć, że z różnych powodów większość wiernych nie weźmie udziału w biskupim wydarzeniu i pozostanie bez Eucharystii w taką niedzielę, w taki dzień świąteczny lub uroczystość. Szkoda wyrządzona przez tę manię nie będzie widoczna natychmiast; dopiero po jakimś czasie, szczególnie jeśli ten fakt się powtórzy, objawi się w deformacji mentalności katolików. 

6. Kolejna mania to usilna potrzeba niewyróżniania się w sposobach mówienia, myślenia i działania, od zwyczajów charakterystycznych dla otaczającej kultury świeckiej. To jest bardzo powszechna mania. Związana jest z obawą – która może przerodzić się w strach – by nie wydać się odmiennym; uważa się, że kondycja wierzącego nie powinna być zauważona i że powinien on zniknąć w anonimowości tłumu. Oczywiście przezwyciężenie tej manii nie polega na tym, by proponować szczegółowe opracowanie i wykorzystanie sztucznego i zmanierowanego języka, ale by działać z naturalnością wyrażając słowami i gestami to, co cię myśli, w się co wierzy i co się kocha. 

7. Mania relatywizmu. Atakuje ona obiektywność Prawdy katolickiej. Opiera się ona na ideologii, według której nie ma Prawdy – nie tylko absolutnej Prawdy wiary w rozumieniu kościelnej Tradycji, ale także tych naturalnych ludzkich prawd, które ją wspierają, będąc zakorzenionymi w filozofii zdrowego rozsądku. Często mówi się, że zdrowy rozsądek jest ze wszystkich rzeczy najmniej powszechny; pomijając przesadę, którą zawiera to sformułowanie, w grę wchodzi ludzka kondycja osób. Konstruktywizm utrzymuje, że nie istnieje żadna inna prawda, oprócz tej, którą wytwarzamy, tej, którą wykuwamy własną inteligencją tworzącą rzeczywistość. Dostrzegamy tutaj staczanie się od relatywizmu do konstruktywistycznego absolutyzmu. Skutek subiektywnego ucieleśnienia tej idei można znaleźć na swego rodzaju pustyni wiedzy i dąży do rozprzestrzenienia się, by określać sposób myślenia, mówienia i działania społeczeństwa. Oto źródło ideologii. Progresywizm teologiczny i duszpasterski zawiera skłonność konstruktywistyczną: usiłuje przygotować grunt pod głoszenie „nowych paradygmatów”, które są przedstawiane jako coś, w co Kościół powinien wierzyć i co powinien robić dzisiaj. Tradycja miałaby być jedynie rzeczywistością z przeszłości, nieistotną z tego powodu, że jest obca teraźniejszości, a zgodnie z tą mentalnością to, co święte nie odnosi się już do Boga i absolutu wieczności. To, co święte to teraz człowiek i jego osiągnięcia – człowiek, który znajduje swoje niebo na ziemi. Ta progresywna mania zgadza się z tak sformułowanym podejściem, gdyż wyraża teraźniejszość i przyszłość w iluzji, która odwraca się plecami do obmierzłej przeszłości. 

8. Następną manią jest pogląd, według którego Kościół nie jest już postrzegany jako ograniczony do tych, którzy należą do niego poprzez chrzest. Postępowcy czytają Konstytucję Lumen gentium – którą uważają za „konserwatywną” – niezgodnie z wielką kościelną Tradycją i w jej świetle, ale poprzez pryzmat teorii o „anonimowym chrześcijaństwie” według teologii Karla Rahnera. Kościół i świat to miałyby być rzeczywistości, które się identyfikują i stanowią podstawę powszechnego braterstwa. Faktem gęstniejącym w maniakalnej orbicie progresywizmu, jest podważanie Pisma Świętego i jego stałej wartości jako Słowa Bożego, które zawsze zachowuje rzeczywistą prawomocność. Progresywizm po stronie katolickiej nierozważnie przyjmuje biblijną egzegezę liberalnego protestantyzmu. 

9. I last but not least… Bóg (dla progresistów) nie jest Bogiem Trójjedynym chrześcijańskiego objawienia, ale odległym Bogiem deizmu. Bogiem, który nie działa w świecie w swej stwórczej i odkupieńczej Opatrzności, będącej wiedzą i miłością. Jest to Bóg, który nie interweniuje w historii, to znaczy, który nie przeszkadza w samoubóstwieniu człowieka. Widzimy zatem, że w myśli progresywnej nic nie pozostaje z katolicyzmu, z jego wiary, z kultury rozwijanej przez stulecia poprzez życie w tej wierze; i z autorytetu ojców świętych oraz wielkich teologów. W przedstawionym tu wykładzie nie mogłem wyczerpać bogatego repertuaru progresywnych manii. Czytelnicy mogą potraktować jako przewodnik to, co tu powiedziano, i dopełnić listę dodając do niej inne manie, które znają albo które wycierpieli lub muszą ścierpieć. Z szacunkiem i sympatią, niech mi będzie wolno zakończyć uwagą humorystyczną: manie się leczy – i być może na niektóre z nich jest lekarstwo – w dobrym zakładzie dla obłąkanych [manicomio]. 

+ Hector Aguer 
Emerytowany arcybiskup La Platy 17 V 2022 

źródło: rorate-caeli.blogspot.com 

tłum. Jan J. Franczak

Źródło informacji: pch24.pl

środa, 1 czerwca 2022

Nabożeństwo majowe - kiedy i dlaczego się odprawia?

 


Maj to miesiąc, który w całości jest poświęcony Maryi Pannie. Dlatego też nazywany jest przez katolików "miesiącem maryjnym" nie tylko ze względu na codzienną celebrację i wychwalanie jej wizerunku, lecz również z uwagi na dużą ilość uroczystości w tym miesiącu ku czci Matki Bożej tj. Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski itp. Wówczas w godzinach popołudniowych odprawiane jest nabożeństwo majowe, świątynia ozdobiona jest pięknymi kwiatami, a przydrożne kapliczki zrzeszają wielu wiernych. Dlaczego warto ją sprawować? Jaką treść ma Litania Loretańska? 

Czym jest nabożeństwo majowe? 

Historia głosi, że pierwsze nabożeństwo majowe w Polsce miało miejsce w 1837 (jest to okres zaborów) w kościele katolickim św. Krzyża w Warszawie. Ta jedna z najstarszych tradycji była znana ówcześnie tylko na wschodzie już w XV wieku. Uroczystość zachwyciła katolików i bardzo szybko zachęciła do sprawowania jej w każdym kościele. Obecnie zarówno w miastach, jak i małych miejscowościach nabożeństwo majowe odprawiane jest zazwyczaj wieczorem. W niektórych rejonach zachował się zwyczaj spontanicznego gromadzenia się wokół udekorowanych kapliczek i oddawania czci Najświętszej Królowej. 

W jaki sposób przebiega nabożeństwo majowe? 

Zdjęcie pochodzi ze strony:
Ornat biały z symbolami
eucharystycznymi/207B
(klerus.pl)
Najważniejszą częścią całej uroczystości jest śpiewana lub mówiona Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, w czasie której Matka Chrystusa jest wychwalana i proszona o modlitwę za wiernymi. W trakcie trwania nabożeństwa majowego można również dostrzec takie elementy, jak odmawianie modlitwy "Pod Twoją obronę". Następnie rozważana jest modlitwa św. Bernarda, po czym przystępuje się do odśpiewania pięknych pieśni tj. "Już majowe świecą zorze", "Chwalcie łąki umajone", "Była cicha i piękna jak wiosna". Często zdarza się również, że wierni śpiewają średniowieczną pieśń pt. "Bogurodzica". Na zakończenie kapłan błogosławi wszystkich przybyłych i udziela odpustu. Nabożeństwa majowe wymagają od duchownych nałożenia odpowiedniego stroju, który podkreśla uroczysty charakter rozważania. Księża w tym okresie noszą białe szaty, symbolizujące czystość, wieczną radość i wierność.

Historia majówek 

Tradycja nabożeństw majowych sięga aż V wieku, kiedy to w Kościele Wschodnim zaczęto śpiewać pieśni oddające hołd i cześć Maryi. Na przełomie XIII i XIV wieku Alfons X - władca Kastylii i Leónu wprowadził ten kult w Kościele Zachodnim. Był to człowiek bardzo religijny, nakłaniał swoich poddanych do skupiania się i śpiewania pod kapliczkami i figurkami przedstawiającymi postać Matki Bożej, a także sam napisał na cześć Maryi około 420 pieśni. Warto również wspomnieć, że przez kilka wieków nabożeństwa majowe miały charakter ludowy i były odśpiewywane przez ludzi przy pięknie ozdobionych kapliczkach, obrazach Matki Przenajświętszej itp. Pierwsze nabożeństwo majowe było zorganizowane przez jezuitę o. Ansolaniego w 1713 roku. Ojciec tak zwanych "majówek" organizował w kaplicy w Neapolu śpiewy pieśni maryjnych, po czym zakończył ceremonię błogosławieństwem i Najświętszym Sakramentem. Włoski jezuita o. Muzzarelli kontynuował tradycję ojca Ansolaniego i na stałe wprowadził sprawowanie nabożeństw majowych w kościele pw. Najświętszego Imienia Jezus oraz jako pierwszy odprawił je w Paryżu. W tym czasie papież Pius VII nabożeństwo majowe obdarzył odpustami zupełnymi. 

Litania Loretańska 

W nabożeństwach majowych biorą udział wszyscy, którzy chcą podziękować Maryi za otrzymane łaski lub pragną powierzyć jej swoje troski i prosić o wstawiennictwo. Jednakże ta piękna litania to nie tylko prośba o pomoc, lecz także wysławianie i składanie jej hołdu. Treść Litanii Loretańskiej do Najświętszej Maryi Panny brzmi następująco: 

Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson. 
Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas. 
Ojcze z nieba Boże - zmiłuj się nad nami. 
Synu Odkupicielu świata Boże - zmiłuj się nad nami. 
Duchu Święty Boże - zmiłuj się nad nami. 
Święta Trójco, Jedyny Boże - zmiłuj się nad nami. Święta Maryjo, módl się za nami 
Święta Boża Rodzicielko, 
Święta Panno nad pannami, 
Matko Chrystusowa, 
Matko łaski Bożej, 
Matko nadziei, 
Matko nieskalana, 
Matko najczystsza, 
Matko dziewicza, 
Matko nienaruszona, 
Matko najmilsza, 
Matko przedziwna, 
Matko dobrej rady, 
Matko Stworzyciela, 
Matko Zbawiciela, 
Matko Kościoła, 
Matko miłosierdzia, 
Panno roztropna, 
Panno czcigodna, 
Panno wsławiona, 
Panno można, 
Panno łaskawa, 
Panno wierna, 
Zwierciadło sprawiedliwości, 
Stolico mądrości, 
Przyczyno naszej radości 
Przybytku Ducha Świętego, 
Przybytku chwalebny, 
Przybytku sławny pobożności, 
Różo duchowna, 
Wieżo Dawidowa, 
Wieżo z kości słoniowej, 
Domie złoty, 
Arko przymierza, 
Bramo niebieska, 
Gwiazdo zaranna, 
Uzdrowienie chorych, 
Ucieczko grzesznych, 
Pociecho migrantów, 
Pocieszycielko strapionych, 
Wspomożenie wiernych, 
Królowo Aniołów, 
Królowo Patriarchów, 
Królowo Proroków, 
Królowo Apostołów, 
Królowo Męczenników, 
Królowo Wyznawców, 
Królowo Dziewic, 
Królowo Wszystkich Świętych, 
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, 
Królowo wniebowzięta, 
Królowo Różańca świętego, 
Królowo Rodzin, 
Królowo pokoju, 
Królowo Polski, 
Królowo świata. 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.   

Podsumowanie 

Nabożeństwa majowe odprawiane są przeważnie wieczorem, jednakże nie ma wskazanej konkretnej godziny. Maj to piękny miesiąc, który warto przeznaczyć na oddawanie czci Przenajświętszej Matce, aby za jej wstawiennictwem otrzymać upragnione łaski od Boga.


_________________________

ARTYKUŁ SPONSOROWANY
_________________________

niedziela, 10 kwietnia 2022

Chorał gregoriański na Niedzielę Palmową

 

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.