_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

piątek, 23 lipca 2021

Aberracje liturgiczne cz. 132 - Msza charyzmatyczna w kościele Św. Ludwika, Tulon, Francja

wtorek, 29 czerwca 2021

Co winniśmy Papieżowi? Kazanie na uroczystość śś. Piotra i Pawła


† Dalszy ciąg Ewangelii według św. Mateusza, 16, 13-19. – A przyszedł Jezus w strony Cezarei Filipowej i pytał uczniów swoich, mówiąc: Kim mienią być ludzie Syna człowieczego? A oni rzekli: Jedni Janem Chrzcicielem, a drudzy Eliaszem, a inni Jeremiaszem, albo jednym z Proroków. Rzekł im Jezus: A wy kim mię być powiadacie? Odpowiadając Szymon Piotr rzekł: Tyś jest Chrystus Syn Boga żywego. A odpowiadając Jezus, rzekł mu: Błogosławionyś jest Szymonie Barjona: bo ciało i krew nie objawiła tobie, ale Ojciec mój, który jest w niebiesiech. A ja tobie powiadam, iżeś ty jest Opoka (Petrus): a na tej opoce (petram) zbuduję Kościół mój: a bramy piekielne nie zwyciężą go. I tobie dam klucze Królestwa niebieskiego. A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech; a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech.

Proste to nader słowa dzisiejszej Ewangelii św., a jednak przedstawiają one wypadek wiekopomnego znaczenia, wypadek, co od 19 wieków w cudownej wielkości istnieje, a będzie budził podziw, choćby tyleż jeszcze wieków, albo i tysiące lat minęło, bo aż do końca świata; wypadek, którego żadna zaciekłość zaprzeczyć i żadna potęga obalić nie zdoła, nawet piekło samo nie zdoła z wszystką chytrością swą i mocą. Tym wypadkiem, to ustanowienie Piotra św. Głową Kościoła.

W okolicy miasta Cezarei oto Piotr czyni po raz pierwszy wyraźne i głośne wyznanie: "Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego", a ten Syn Boga żywego mianuje tego Piotra, który to pamiętne wyznanie złożył za sprawą Ojca w niebiesiech, mianuje go widzialnym namiestnikiem Kościoła, który niebawem miał po całym rozszerzyć się świecie; tego Kościoła, któremu żadna siła ludzka ani moce podziemne nie zdołają śmiertelnego zadać ciosu. Ustanowion jest rządcą królestwa, które miało świat odmienić i odnowić, tego królestwa, które nie upadnie, chociaż narody całe ustąpią z widowni ziemi.

Co za podziwienia godny wypadek! Prosty, ubogi rybak wybran jest na władcę największego i niepożytego (a) królestwa. Z Piotrem rozpoczyna się długi szereg książąt, który po dziś dzień się ciągnie nieprzerwanie, chociaż nie ma potomka z własnej krwi, jako następcy, ni tyle mocy, by komu z przyjaciół tron zapewnić, który on sam dzierży aż do śmierci. A jednak książę po książęciu następuje, – Piotr żyje wciąż w swych następcach. Tego cudu, obejmującego wszystkie wieki chrześcijańskie, dokonało to jedno słowo wszechmocne: "Tyś jest Piotr itd.". I oto ufundowane jest Papiestwo, jedyna w świecie Instytucja, czczone od przyjaciół Chrystusowych, nienawidzone i bluźnione od wrogów – podziwiane od wszystkich. Na czele jego stoi Piotr, i dlatego słusznie pamiątkę jego śmierci chwalebnej uroczyście obchodzimy. Dzień dzisiejszy jest dla nas katolików zarazem dniem narodzin Papiestwa. Stąd Papiestwo będzie przedmiotem dzisiejszej mowy mojej i w tym celu odpowiem na dwa pytania:

I. Czym jest Papież?
II. Cośmy mu winni?

I.

Czym jest Papież dla nas katolików? Na to pytanie daje nam odpowiedź samaż Prawda odwieczna, Boski nasz Zbawiciel: "Tyś jest Piotr itd.". Piotr św. jest więc opoką Kościoła i jest Klucznikiem królestwa niebieskiego. A czym on był, tym jest i następca jego: jest fundamentem Kościoła i Klucznikiem królestwa niebieskiego. Co to znaczy?

1. Przede wszystkim Papież jest podwaliną Kościoła. Jak nikt nie buduje domu bez mocnego fundamentu, który, o ile podobna, ma być twardym, opoczystym, tak i Chrystus Pan Kościołowi swemu, który miał po wszystkie czasy rozmaite burze wytrzymać, dał fundament niewzruszony i niezachwiany, a tym fundamentem jest Papież. W nim to skupiają się i wiążą w jedną całość wszystkie członki Kościoła jakiego bądź stanu. Papież jest opoką, na której wszystkie członki Kościoła się wspierają i w jedno łączą. Dlaczego? Albowiem Papież strzeże jedności wiary i miłości.

Bez jedności wiary Kościół nie mógłby się ostać. Gdyby rozmaitym narodom, gdyby każdemu człowiekowi z osobna miało być wolno wierzyć, co chce, tedy nie tylko wnet rozerwie się węzeł religii, łączący w jedno wszystkich, lecz niebawem powstaną przeciw sobie szczepy, narodowości, jednostki w niezgodzie, śmiertelną nienawiścią prześladując się nawzajem dla swych przekonań religijnych. Społeczność każda bez jednej wspólnej wiary musi się rozpaść, i do takiej to społeczności stosują się słowa Chrystusowe: "Wszelkie królestwo rozdzielone przeciw sobie, spustoszone będzie, i dom na dom upadnie" (Łk. 11, 17). Od tego losu smutnego, zachowan jest Kościół katolicki przez Papieża, który nie tylko wiernym stróżem jest czystości wiary, lecz i najwyższym Sędzią we wszelakich wątpliwościach i sporach około nauki Jezusowej. Co Papież ogłosi jako prawdę objawioną, to muszą przyjąć wszystkie członki Kościoła; a co jako obłęd i wymysł ludzki potępi, to wszyscy odrzucamy i potępiamy. Jesteśmy więc bezpieczni przed błędami, do których prowadzi albo zaślepienie rozumu, albo zepsucie serca; jesteśmy zabezpieczeni naprzeciw bezbożnym naukom ludzi bez wiary. My nie potrzebujemy się pytać: którzy to są i gdzie się znajdują najgłębsi mędrcy, filozofowie, nauczyciele, by z ust ich słyszeć sprzeczne wyroki, co wierzyć lub nie wierzyć; my się zwracamy do Papieża i jego pytamy, jaka jest jego nauka, a tę naukę przyjmując, jesteśmy jedni w wierze i jedną i tę samą wyznawamy prawdę, jak daleko słońce na niebie złote swe promienie rozsiewa po ziemi.

Za tą jednością wiary idzie i jedność miłości. Papiestwo kojarzy z sobą katolików pięciu części świata jednością tych samych interesów: wszyscy do jednego i tego samego celu, i jednymi i tymi samymi zdążamy do niego środkami: jedna i ta sama wiara ma nas wszystkich do zbawienia doprowadzić. W Papiestwie uważamy się wszyscy za braci jednej wielkiej rodziny, za obywateli tego samego królestwa Bożego, za części tegoż ciała, którego głową – Papież. W nim skupia się węzeł miłości, i z niego wychodzi, by objąć nas wszystkich. Gdyby było podobnym obalić Papiestwo, tedyby tym samym dla Kościoła katolickiego wykopany był grób, albowiem, miłości i wiary pozbawion, musiałby się rozpłynąć w tyleż krajów, gmin i jednostek, ile by się do niego przyznawało.

Lecz to dopiero jedna strona Papiestwa.

2. Papież jest Klucznikiem królestwa niebieskiego. "Tobie dam klucze królestwa niebieskiego". Klucze są znakiem (symbolem) władzy i panowania. Kto ma klucze do bram miasta, ten jest panem miasta; kto ma klucze domu, do tego dom należy i wszystko w nim. Pan Jezus dając Piotrowi klucze królestwa niebieskiego, tym samym dał jemu i jego następcom najwyższą władzę w Kościele. A przeto Papież jest, co otwiera Kościół i zamyka, to znaczy: przyjmuje do Kościoła i wyklucza z Kościoła. Kto więc nie jest z Papieżem, ten też nie jest z Kościołem, ten nie należy do ciała Chrystusowego, nie należy do obcowania Świętych. Papież więc wszystkimi członkami Kościoła rządzi, i dlatego rozporządzenia jego i przykazania muszą być spełnione, albowiem one wiążą nie tylko na ziemi, lecz i w niebiesiech. A przeto nikt nie może spodziewać się Nieba, kto w przeciwieństwie z Papieżem zostaje i jego władzy się opiera; cokolwiek Papież zwiąże, jest w niebiesiech związane.

Papież jest tym, który otwiera spiżarnię łask i skarbów kościelnych – zasług Jezusowych i zasług wszystkich Świętych. To wszystko może Papież na mocy oddanych sobie kluczy – jako rządca Kościoła i prawodawca wiernych, jako naczelny szafarz łask. Co za ogrom władzy, kiedyć on nawet klucze od bram Nieba trzyma w swoim ręku! I ten Papież, ten sługa sług Bożych, pomny słów Chrystusowych: "Syn człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz żeby służył" (Mt. 20, 28), z radością otwiera drzwi Kościoła wszystkim, co pragną wejść do niego, i bez ustanku wyprawia posły, by wszystkich, i najnędzniejsze ludy w odległych krajach, zapraszali, iżby zbawienia swego szukali w korabiu (b) katolickiego Kościoła. A kiedy wydaje przykazania, to jeno takie, których celem dobro nasze doczesne i wiekuiste. Miłościwie otwiera skarbnicę Kościoła, aby nam osiągnięcie zbawienia ułatwić. Dlatego słusznie zowiemy go nie panem lub królem, lecz Ojcem świętym.

Jakże więc ważną i jak drogą osobą jest Papież dla nas katolików!

A cośmy mu za to winni?

II.

Nie trudno poznać obowiązki, jakie mamy względem Papieża.

1. Jeżeli opoką jest, na której wiara nasza spoczywa, tedyć przede wszystkim mamy wierzyć jego wyrokom. Heretycy zarzucają nam: Wy katolicy musicie wierzyć, czego Papież naucza, a my tego nie potrzebujemy. Pytam się: Komuż wy tedy wierzycie? Oczywiście sobie samym, i wy sami tworzycie sobie wiarę, a podobno taką wiarę, która pożądliwościom serc waszych schlebia. Komuż wy wierzycie? Uczonym? Ależ ci nieraz w nic, nawet w Pismo św. nie wierzą. – My, my wiemy, że Papież jest opoką niewzruszoną, której nawet moce piekielne obalić nie mogą; my wiemy, że Papież oświecony Duchem Świętym nie może się omylić, skoro w rzeczach wiary i życia chrześcijańskiego zadekretuje. Pan Jezus modlił się za Piotra, by wiara jego nie ustawała, i ta modlitwa po dziś dzień nie utraciła nic a nic ze swej mocy i skuteczności, albowiem aż do tej godziny wiara w Papiestwie była, jak opoka, niezachwiana. Byli Biskupi, kapłani, świeccy, co się dali uwieść błędowi, lecz o skałę Piotrową każdy błąd się rozbija. I nie było Papieża, któremu by można zarzucić fałsz jakiś około nauki Wiary. A przeto Papieżowi wierząc, nie możemy być zwiedzieni.

2. Krom wiary należy się Papieżowi posłuszeństwo. Wszakże on ma klucze królestwa niebieskiego. Cokolwiek on rozporządzi, tego słuchać i to wykonać musimy, a nigdy przenigdy nie rozkaże coś takiego, co by się sprzeciwiało przykazaniom Bożym, albowiem on jest Namiestnikiem Chrystusowym.

3. Papieża musimy miłować, bo on jest wspólnym naszym Ojcem. Hańba i przekleństwo dziecku, co nie miłuje tego, który mu dał życie i któremu tyle dobrodziejstw zawdzięcza, którego ojcem swym zowie. A przecież to tylko ojciec wedle ciała, i dobrodziejstwa od niego doczesne tylko doznaje. Cóżby więc powiedzieć o katoliku, któryby był obojętnym względem swego Ojca duchownego, któremu tysiące łask duchowych zawdzięcza?

Taki, zaprawdę, nie wart, by go ziemia nosiła, aby mu słońce świeciło. Czyje serce na samo imię ojca chrześcijaństwa nie zadrgnie, nie poruszy się raźniej, ten człowiekiem niewdzięcznym i bez czucia. My miłujemy Papieża, myśmy doń całą duszą przywiązani. Stąd też dola jego naszą jest dolą. Co jego serce boli, co jemu troski przysparza, co jemu dolega, to i naszą jest troską, i smutkiem, i bólem. Jego weselem weselimy się, jego cierpieniem bolejem, i gdybyśmy mogli ująć mu dolegliwości i cierpień, żadna ofiara nie byłaby dla nas za wielką, żadna droga za daleką, żaden trud za ciężkim.

Miłujemy Papieża: dlatego bronimy go według sił i możności naprzeciw nieprzyjaciołom jego i szydercom, bronimy jego praw, bronimy go słowem i czynem.

Miłujemy Papieża, dlatego modlimy się zań z całą gorącością serca, by go Pan Bóg uzbroił gorliwością i namaszczeniem i wzmacniał go w ciężkim urzędowaniu jego.

Miłujemy Papieża, dlatego wspieramy go i będziemy wspierali, ile razy i jak długo dani naszej potrzebuje, choćbyśmy nawet sobie od ust zgłodniałych odjąć mieli. Aczkolwiek trudne są bardzo stosunki nasze, jednak możemy kilka groszy zaoszczędzić, by je jako dar dzieci kochających złożyć u stóp Ojca świętego.

I któżby nie miłował Papieża, który miłością serca swego wszystek rodzaj ludzki obejmuje, który chce wszystkim błogosławić? Gdyby świat chciał zrozumieć tę miłość Papieża, tedyby było Niebo na ziemi, tedyby była jedna owczarnia i jeden pasterz. I oto się módlmy. Amen.

KS. JÓZEF STAGRACZYŃSKI

Ks. Józef Stagraczyński, Wybór kazań niedzielnych i świątecznych. Tom I. Poznań 1908, ss. 515-520.

piątek, 11 czerwca 2021

Tradycyjne modlitwy Kościoła: Nabożeństwo czerwcowe ku czci Najświętszego Serca Pana Jezus


LITANIA DO NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA


Kyrie, eleison, Chryste, eleison,
Kyrie, eleison.
Chryste, usłysz nas,
Chryste, wysłuchaj nas,
Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami
Synu, Odkupicielu świata, Boże,
Duchu Święty, Boże,
Święta Trójco, Jedyny Boże,
Serce Jezusa, Syna Ojca przed­wiecznego, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa w łonie Matki-Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone,
Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone,
Serce Jezusa, nieskończonego ma­jestatu,
Serce Jezusa, świątynio Boga,
Serce Jezusa, przybytku Najwyższe­go.
Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios,
Serce Jezusa, gorejące ognisko mi­łości,
Serce Jezusa, sprawiedliwości i mi­łości skarbnico,
Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne,
Serce Jezusa, cnót wszystkich bez­denna głębino,
Serce Jezusa, wszelkiej chwały naj­godniejsze,
Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich,
Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności,
Serce Jezusa, w którym mieszka ca­ła pełnia Bóstwa,
Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał,
Serce Jezusa, z którego pełni wszys­cyśmy otrzymali,
Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata,
Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia,
Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają,
Serce Jezusa, źródło życia i świę­tości,
Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze,
Serce Jezusa, zelżywością napełnione,
Serce Jezusa, dla nieprawości na­szych starte,
Serce Jezusa, aż do śmierci po­słuszne,
Serce Jezusa, włócznią przebite,
Serce Jezusa, źródło wszelkiej pocie­chy,
Serce Jezusa, życie i zmartwych­wstanie nasze,
Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze,
Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników,
Serce Jezusa, zbawienie ufających, w Tobie,
Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających,
Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

K. Jezu cichy i pokornego Serca.
W. Uczyń serca nasze według Serca Twego.

Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na serce najmilszego Syna Swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imie­niu grzeszników Ci składa, daj się prze­błagać tym, którzy żebrzą Twego miło­sierdzia i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna Swego, Jezusa Chry­stusa, który z Tobą żyje i króluje na wie­ki wieków. Amen.



ANTYFONA DO NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

Do Serca Twojego uciekamy się Jezu, Boski Zbawicielu. Naszymi grzechami racz się nie zrażać, o Panie święty, ale od wszelakich złych czynów racz nas zawsze zachować, Boże łaskawy i najlitościwszy. O Jezu, o Jezu, o Jezu dobry, Zbawicielu słodki, Pośredniku Boski, jedyna ucieczko nasza! W Sercu Twoim racz nas obmyć. Do Serca Twojego racz nas przytulić. W Twym Sercu na wieki racz nas zachować. Zbawicielu słodki, Pośredniku Boski, jedyna ucieczko nasza!

AKT POŚWIĘCENIA CAŁEGO RODZAJU LUDZKIEGO SERCU JEZUSOWEMU

O Jezu Najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego, wejrzyj na nas korzących się u stóp ołtarza Twego. Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy; oto dzisiaj każdy z nas oddaje się dobrowolnie Najświętszemu Sercu Twemu, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Tobą. Wielu nie zna Ciebie wcale; wielu odwróciło się od Ciebie, wzgardziwszy przykazaniami Twemi. Zlituj się nad jednymi i drugimi, o Jezu Najłaskawszy, i p ociągnij wszystkich do Świętego Serca Swego. Królem bądź nam, o Panie, nietylko wiernym, którzy nigdy nie odstąpili od Ciebie, ale i synom mrnotrawnym, którzy Cię opuścili. Spraw, aby do domu rodzicielskiego wrócili co prędzej i nie zginęli z nędzy i głodu. Króluj tym, których albo błędne mniemania uwiodły, albo niezgoda oddziela; przywiedź ich do przystani prawdy i jedności wiary, aby rychło nastała jedna owczarnia i jeden pasterz. Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa lub islamizmu, i racz ich przywieść do światła i królestwa Bożego. Wejrzyj wreszcie okiem miłosierdzia Swego na synów tego narodu, który był niegdyś narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, którą oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół Swój, o Panie, i użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw, aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca, jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które nam stało się zbawienie; Jemu cześć i chwała na wieki. Amen.

czwartek, 3 czerwca 2021

Bp Władysław Krynicki: Nauka na Uroczystość Bożego Ciała


Czytamy na wielu miejscach Pisma św. Starego Testamentu, iż Pan Bóg, ilekroć żydom uczynił jakie wielkie dobrodziejstwo, zawsze na pamiątkę tegoż ustanawiał uroczyste święto, które oni winni byli corocznie obchodzić z osobliwymi ceremoniami, aby tym sposobem zawsze mieli przed oczami dobroć i łaskawość Bożą. Ceremonie tedy świąt żydowskich były jako wykłady i kazania w oczach ludzkich i dawały znać, co które święto znaczyło i jakiego dobrodziejstwa było przypomnieniem, a przez to leniwa i oziębła w rzeczach Bożych myśl ludzka znajdowała gorętszą pobudkę do wdzięczności i dziękczynienia szczodrobliwemu Dawcy łask wszelkich. 

W podobny sposób uczynił Zbawiciel nasz miłościwy, Jezus Chrystus, zostawując nam niewymowny upominek łaski i miłości swojej i tego wszystkiego, co sam sprawić raczył dla zbawienia ludzi. Lecz jako łaski i dobrodziejstwa Jego obficiej się wylały na nas chrześcijan, niż przedtem na żydów, tak również nasze pamiątki dobrodziejstw Bożych przewyższają wszystkie uroczystości i ceremonie żydowskie; są one bowiem nie tylko znakami otrzymanych już łask i dobrodziejstw, ale nadto ustawicznie przynoszą ze sobą nowe i niewymowne dobrodziejstwa. Najprzedniejszym zaś upominkiem, który nam Chrystus Pan zostawił na pamiątkę swej szczodrobliwości, jest święte i prawdziwe Ciało Jego za nas wydane i najdroższa Krew Jego za nas wylana na odpuszczenie grzechów. O czym i Dawid prorok wspomina: Uczynił pamiątkę dziwów, to jest przedziwnych spraw swoich miłosierny a litościwy Pan, dał pokarm tym, którzy się Go boją (Ps. CX, 4). I sam Chrystus o ciele swoim mówi: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje (Mt. XXVI, 26). To czyńcie na pamiątkę moją (Łk. XXII, 19). Ten więc jest wysoki i przedziwny znak niezmiernej łaski i niewymownej ku nam miłości Pana naszego. Ten jest najdroższy upominek i żywa pamiątka Jego dobrodziejstw i kosztowny klejnot na ubogacenie dusz naszych i niewyczerpane źródło, z którego ustawicznie możemy korzystać ku pomnożeniu w nas łaski Bożej. Ten jest dowód niezmiernej miłości Boga naszego, że nam siebie oddaje na pokarm pod postaciami chleba i wina. Cud to zaiste tak wielki i tak niewymowne dobrodziejstwo, że gdyby nie wyraźne i jasne słowo Boże, które nas o tym niewątpliwie upomina, umysł ludzki nie ośmieliłby się zamarzyć o takim zaszczycie i o tak ścisłym zjednoczeniu z Panem Jezusem. Albowiem Boski Zbawiciel nasz wyraźnie i jasno powiedział: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje. Bądźmy przeto posłuszni słowu Bożemu, nie oczom, ani innym zmysłom naszym, które nam tu nic nie powiedzą, ale nieomylnemu zapewnieniu samego Boga. To zapewnienie niechaj nam będzie jako mur miedziany przeciwko wszystkim niedowiarkom i przeciw pokusom diabelskim. Jasne i wyraźne słowo Chrystusowe: To jest ciało moje... Ta jest krew moja, niechaj nam wystarczy za wszystkie dowody. Temu słowu Jego poddajmy rozum nasz i serce, temu słowu mocno wierzmy i przy nim stójmy i wraz z całym Kościołem katolickim wyznawajmy, że w Najświętszym Sakramencie jest żywe Ciało Chrystusowe, więc ze Krwią i z najświętszą duszą Jego i z Bóstwem Jego, ponieważ Zbawiciel nasz jest zarazem Bogiem i człowiekiem prawdziwym. 

Otóż na przypomnienie tej niewymownej tajemnicy Najświętszego Sakramentu i na ożywienie wiary naszej, jako też na podanie nam sposobności do publicznego uczczenia Boskiego Zbawcy, utajonego pod postacią chleba, Kościół święty wyznaczył dzień dzisiejszy i nazwał go uroczystością Bożego Ciała. Powinnością tedy każdego prawego chrześcijanina katolika jest dziś zwłaszcza okazać Panu Jezusowi w Najświętszym Sakramencie utajonemu nie tylko sercem, ale i zewnętrznie swą wiarę, cześć, miłość i wdzięczność za tak wielkie dobrodziejstwo. Do tego właśnie celu służą ceremonie dnia dzisiejszego, a przede wszystkim owa wspaniała i uroczysta procesja, która ma być wyrażeniem naszych pobożnych uczuć i hołdów, Bogu od nas należnych. Nie zaniedbajmy przeto wdzięcznym sercem i ochotną wolą uczestniczyć w publicznym wyznaniu Tego, który jest wszelakiej chwały i czci najgodniejszym i który, choć od nas niczego nie potrzebuje, przecież patrząc na serca nasze, z upodobaniem i dobrotliwością przyjmie ten dowód miłości i wdzięczności od maluczkiego stworzenia swego. 

Lecz tego nie dosyć. Myśl i życzenie Kościoła św. w ustanowieniu uroczystości dzisiejszej, prócz tego, co już wyżej nadmieniono, jest jeszcze i ta, aby nam przypomnieć, że Chrystus w Najświętszym Sakramencie stał się pokarmem naszym. Stąd i w Ewangelii na dzień dzisiejszy wyznaczonej czytamy: Ciało moje prawdziwie jest pokarmem, a krew moja prawdziwie jest napojem. Nie wystarczy uczcić Zbawiciela w tej tajemnicy wiarą i pokłonem. Najgorętszym pragnieniem naszym być winno, abyśmy Go mogli pożywać nie tylko w czasie wielkanocnym, jak do tego pod grzechem ciężkim każdy jest obowiązany, lecz nadto, ile można najczęściej, a zwłaszcza podczas oktawy obecnej uroczystości. Nie na to pokarmy gotują, by ludzie z głodu umierali; nie na to Chrystus ustanowił Sakrament Ciała i Krwi swojej, abyśmy się od tego Niebieskiego pokarmu powstrzymując, głód duchowy z własnej winy cierpieli, podczas gdy Pan Jezus wzywa nas do siebie i do uczty niebieskiej zachęca: Kto pożywa moje ciało, a pije moją krew, we mnie mieszka, a Ja w nim. Jako mię posłał żyjący Ojciec, i Ja żyję dla Ojca, a kto mnie pożywa, i on żyć będzie dla mnie. Chce przeto Zbawiciel być pokarmem naszym, abyśmy się z Nim jednoczyli, abyśmy się z Nim jednym niejako ciałem stali i aby On się w nas wcielił. Ta bowiem jest własność pokarmu, iż się istotnie przemienia w tego, kto go pożywa, i staje się ciałem i krwią pożywającego. Przeto i Chrystus Pan nie inną obrał drogę dla okazania swej niewymownej ku nam miłości, jedno tę, iż się stał pokarmem naszym, który się w nas przemienia, albo raczej nas w siebie odmienia; mieszka i żyje w nas, a my w Nim, jako członki w naturalnym ciele. 

Stąd łatwo poznać można, jaki pożytek Najświętszy Sakrament sprawuje w tych, którzy godnie Go pożywają. Z takiego bowiem zjednoczenia z Chrystusem płyną na nas obfite łaski i dobrodziejstwa. Jako głowa i członki tak są zgodne i nawzajem sobie życzliwe, iż gdy jeden członek co cierpi, tedy i one wszystkie z nim cierpią, a gdy się weseli, wszystkie się wespół weselą; tak również gdy ty, chrześcijaninie, Chrystusa przyjmujesz i z Nim się jednoczysz, tedy już i Jemu dolega, jeśli masz smutek jaki, i On się weseli, gdy się ty weselisz. A cóż cię nad to szczęśliwszego spotkać może? Bo jeśliś ty ułomny i słaby, ciesz się tym, że Chrystus głowa twoja mocny jest i łatwo Mu obronić cię od tych, od których sam nie zdołałbyś się obronić. Jeśliś grzeszny i nie możesz swych długów Bogu sam wypłacić, pamiętajże, iż Chrystus grzeszny nie jest, ale jest tak święty, tak bogaty, tak zasłużony Bogu Ojcu swemu, iż może wypłacić twoje i całego świata długi, a nadto ubogacić cię własną siłą swoją. Jako w Najświętszym Sakramencie całkowicie się oddał tobie, tak zarazem wszystko, co ma i co posiada, darował, aby ci ku zbawieniu wiecznemu służyło. Czytamy w Ewangelii, iż gdy się ludzie kraju szaty Chrystusowej dotykali, taka moc zeń wychodziła, że zdrowie im przywracała w cudowny sposób. Jakąż przeto moc samo ciało Chrystusowe dawać musi tym, którzy stają się jego uczestnikami w Komunii św.? O ileż bardziej Pan Jezus uzdrowi od wszelkich niedostatków duszy i ciała tych, w których On wszystek przebywa, których czyni uczestnikami wszelkich darów swoich, na których nie jedną jaką moc z ciała swego spuszcza, ale im je daje całkowite ze wszystką mocą i świętością swoją? 

Lecz z drugiej strony jakież kary czekają niegodnie komunikujących! Ktobykolwiek jadł ten chleb, albo pił kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej... sąd sobie je i pije (I Kor. XI, 27. 29) i staje się godnym wiecznego potępienia. Kto więc poczuwa się do jakiego grzechu ciężkiego, niech zań serdecznie żałuje i postanowi się go pilnie wystrzegać, niech go wyzna przed kapłanem i otrzyma rozgrzeszenie, a tak oczyszczony niechaj przyjmie ów pokarm Niebieski ku żywotowi wiecznemu. 

Dajże nam, dobrotliwy Panie nasz, aby ta pamiątka przedziwnej miłości i niewymownego dobrodziejstwa Twego napełniała serca nasze gorącą wdzięcznością. Daj, abyśmy pożywając prawdziwego ciała Twego i krwi Twojej, mieszkali w Tobie, a Ty w nas; abyśmy tu żyjąc w Tobie i dla Ciebie, po naszym skonaniu mogli żyć z Tobą na wieki. 

Krótkie nauki homiletyczne na niedziele i uroczystości całego roku według Postyli Katolickiej Większej Ks. Jakóba Wujka opracował Ks. Władysław Krynicki. Włocławek. Nakładem Księgarni Powszechnej. 1912, ss. 188-192.

niedziela, 30 maja 2021

Ks. Józef Stagraczyński: Kazanie na Uroczystość Świętej Trójcy


Wszystkie tajemnice religii chrześcijańskiej wraz z tą najgłębszą i niezbadaną tajemnicą Trójcy Świętej, spoczywają na tej fundamentalnej prawdzie, że Bóg jest, że ponad tym światem jest Duch nieskończenie doskonały, który stworzył nas i wszystko, cokolwiek istnieje, który też przeto jest Panem i Sędzią naszym. Jeżeli nie ma Boga, tedy nie potrzeba religii żadnej.

Słusznie można by się dziwić, że zamierzam dowodzić istności Boga, i ja sam trwożę się, gdy się nad tym zasta­nawiam. Toż ja mam dowodzić istności Tego, który jest nieskończonością i wszechmocą; który jest Królem nieba i ziemi, bez którego ni myśleć, ni mówić nie mogę; w którym my wszyscy żyjemy, ruszamy się i jesteśmy?! Toż ja mam użyczonego mi daru rozumu, myśli, mowy na to używać, by udowodnić istnienie ich Dawcy? Gdyby w tym momencie rękę swą usunął, zapadlibyśmy się wszyscy w przepaść nicości; a my śmiemy pytać się, czy jest, czy żyje rzeczy­wiście... Czyż to nie zuchwalstwo, nie szaleństwo, gdy robak pełzający w prochu ziemi, podnosi oczy ku Bogu w wielkości Jego i majestacie, mówiąc: "Pozwól, bym badał i bym się przeświadczył, żeś jest; Ty sam daj świadectwo, azali istniejesz...".


Pytanie takie i badanie, jeżeli nie pochodzi z niedowiar­stwa, lecz z pokory serca, jest dozwolone i usprawiedliwione; jest i poniekąd konieczne, gdy przez sumienne i nabożne roz­ważanie wiarę naszą tym silniej chcemy w sercu ugruntować. Tym potrzebniejsze zaś w czasach takich, jak nasze, gdy powstają ludzie podobni do onego głupiego w Piśmie św. i odzywają się: "Nie ma Boga!". Niewiara i niedowiarstwo rzuca się zaciekle już na ostatnie prawdy wszelkiej religii: prawdy wiary chrześcijańskiej już dawno to niedowiarstwo odrzuciło.


Pytano się już nieraz, czy jest kto rzeczywiście na świecie, co by zaprzeczał Boga. Co do mnie, wątpię, żeby mógł się znaleźć człowiek, któryby, będąc przy zdrowym rozumie, na dłuższy czas zdolen był utrzymywać, że nie ma Boga. Na moment, na kilka chwil mógłby-ci niejeden powąt­piewać; grzeszną jaką żądzą zaślepion, na widok nieprawości żywota swego mógłby w trwodze serca życzyć i pragnąć, iżby Boga nie było; lecz nie przypuszczam, by ktoś przy zdrowych zmysłach mógł na czas dłuższy wmówić w siebie, że nie ma Boga. Uczy też doświadczenie, że prawie wszyscy, którzy zaprzeczali istności Boga, na łożu śmiertelnym uznali nierozum swój i odwołali płoche twierdzenia swoje. Lecz chociażby i nie było takich przykładów, chociażby też jeden lub drugi umierał jako ateusz: te wyjątki stwierdzałyby tylko prawdę, jak głęboko może upaść człowiek, gdy go za karę łaska Boża opuściła.


Będę dziś mówił o istności Boga i na dowód istnienia wskażę na przyrodzenie, które nas otacza. Przypatrzmy się w tym celu:

 

I. UkładowiII. ŻyciuIII. Porządkowi w przyrodzeniu.

 

I.


Jako wielki, ogromny pałac przedstawia się oczom naszym ziemia, na której żyjemy. Olbrzymie łańcuchy gór, jakoby żelazne żebra i pierścienie, spoczywają w jej łonie, tworząc fundament tego gmachu i dźwigając wielokształtne życie ziemi. Na nich, jakoby mury i ściany, wznoszą się królestwa przyrodzenia. Kruszce i szlachetne kamienie, spo­czywające w głębinach, minerały i rośliny we wszystkich kształtach i klasach podnoszą się z jej łona, by ją przystroić i przyozdobić. Twory bez liczby zaludniają przestrzenie tego gmachu: zwierzęta, począwszy od lwa, co majestatycznie przebiega puszcze, aż do robaczka pełzającego w piasku; od orła, krążącego około słońca, aż do ryb morskich, pływa­jących w toni oceanów; i ludzie, co jako króle panują nad ziemią. W niedościgłych przestworzach sklepi się, jak dach pałacu, niebo zasiane gwiazdami, a powietrze przewiewa go, to ledwie dosłyszanym szmerem, to znowu wyciem i rykiem przerażającym. Wód fale wznoszą się w górę, to opadają, kołysząc się bez ustanku i zalewając ziemskie niziny.


Na widok tego świata najpierwsze pytanie, nasuwające się nieprzepartą mocą, musi być koniecznie to: Kto zbudował ten pałac? Któż dał istnienie kamieniom i kruszcom, kto dał życie roślinom i zwierzętom, kto dał życie ludziom? Kto stworzył wszystkie siły w przyrodzeniu? Odpowiedź na to pytanie trojako wypaść może: albo świat ten i twór każdy powstał jakimś przypadkiem; albo sam siebie stworzył; albo też Istota jaka wszechmocna, istniejąca poza nim, dała mu byt i istnienie.


Przypatrzcie się tym trzem przypuszczeniom, a obaczycie, iż nierozumem jest mówić, że świat powstał przypadkiem, albo że się sam udziałał. Jedno tylko rozumne zostaje przypuszczenie, tj. że Istota wszechmocna, którą my Bogiem zowiemy, stworzyła ten świat, i wszystko, co na świecie.


1. Zdawać by się mogło, iż to niepodobną rzeczą, by człowiek myślący śmiał twierdzić naprawdę, że świat wszystek powstał z przypadku, trafem jakimś. Gdybym wam mówił, że ten dom Boży zbudowany jest trafem, przypadkiem jakimś, – że z nagła, niespodzianie otworzyła się ziemia, kamienie zlatywały się i osiadały jeden na drugim, że z nagła i niespodzianie powstały z tego mury, a w nich potworzyły się okna, następnie z nagła i niespodzianie znalazły się belki, tworząc sklepienie i wiązanie, że tak z nagła i niespodzianie dokonał się ten gmach cały, a wreszcie z nagła i niespo­dzianie znalazło się wszystko wewnętrzne urządzenie jego i strój wszystek; gdybym wam to mówił, uznalibyście mnie za człowieka, który stracił rozum. A owóż, czego nikt nie śmie twierdzić o najdrobniejszym przedmiocie na ziemi, to by miało być podobnym w utworzeniu świata całego? Przy­padkiem, trafem, nic nie może powstać i nic nie powstaje, albowiem wszystko musi mieć swoją przyczynę.


Nowocześni niedowiarkowie chcą tę rzecz tak przed­stawić: mówią, że na początku istniała sama tylko materia, masa odwieczna, jedna lub więcej tak zwanych komórek pierwotnych, a w nich spoczywała, jakoby w jajku, rozmaitość wszech rzeczy widzialnych. Ten zaród począł ruszać się i rozwijać, i tworzyły się rozmaite królestwa przyrodzenia, coraz piękniejsze i doskonalsze. Innymi słowy: odwieczna materia rozwinęła się, według praw w niej złożonych, w obecny kształt świata.


Tu pytamy się: A skądże wzięła się ona odwieczna materia i one komórki pierwotne? Kto złożył w nich ten cudowny zaród, mieszczący w sobie wszystkie twory? Kto ustanowił prawo, by z niego powstało życie w formach, coraz doskonalszych? A czymże jest ona odwieczna materia, z której wytworzył się wszechświat? Chociaż możemy przyznać, że większa liczba tworów ziemskich, o ile je znamy, tworzy się i wyrasta z zarodka, jednakże i tak musimy znowu powiedzieć: Trafem, przypadkiem nie mogły powstać zarodki i początki, ni prawo wzrostu ich, ni ich rozwoju. Wszystko musi mieć swoją przyczynę.


Trafu, przypadku nie ma i być nie może. Cóż zowiemy trafem, przypadkiem? Wypadek jakiś zowiemy przypadko­wym, gdy się wydarzy nagle, niespodzianie, często wbrew wszelkiemu przypuszczeniu. Idziesz sobie ulicą, chcesz od­wiedzić przyjaciela. A oto przyjaciel ten wychodzi ci naprze­ciwko, ty mówisz, żeś go spotkał przypadkiem. Lecz jeżeli przyjaciel o tymże czasie co i ty postanowił iść do ciebie, czyż można mówić o przypadkowym spotkaniu się? To spotkanie było pewne, konieczne. Gdybyś był wiedział o jego zamiarze, byłbyś wychodząc z domu powiedział: Ja go spotkam na ulicy; byłbyś nawet mógł oznaczyć, gdzie i kiedy go spotkasz. Lecz, żeś o tym zamiarze nie wiedział, przeto mówisz o przypadku. Gdyby więc istniała wola jakaś wyższa, kierująca wszystkim, i gdyby nas rozum nasz zniewalał przyjąć istnienie takiej woli, i gdyby ta wola była zarazem nieskończenie mądra: czyżbyśmy mogli mówić o przypadku dlatego, iż działanie onej woli jest nam nieznane? Traf, przy­padek, to próżne i czcze słowo, które nic nie mówi i nic nie tłumaczy; słowo, którym człowiek się posługuje tam, gdzie się mądrość jego kończy. Traf jest albo przyznaniem się do bezmyślności ze strony tego, co nie usiłuje poznać, o ile podobna, związku rzeczy wzajemnego, albo uznaniem niemocy ducha ludzkiego, niezdolnego z widomych rzeczy pojawów dotrzeć do wewnętrznych ich przyczyn. A jeżelić teraz, gdy świat stworzony istnieje, nie może być trafu, lecz wszystko ma i musi mieć swą przyczynę; tedy tym mniej mógł ten świat kiedykolwiek powstać trafem, ponieważ przed nim nie istniało nic, zaczem też żaden wypadek nie mógł zajść nie­spodzianie i nie mógł się z drugim wypadkiem spotkać nie­spodzianie.


Jak niepodobna, by teraz w oczach naszych z tych kamieni przypadkiem drzewo wyrosło lub zwierzę jakie; tak niepodobna, by wszystek świat powstał przypadkiem, albo­wiem wszystko musi mieć swoją przyczynę.


Niedowiarstwo chce się ratować drugim przypuszcze­niem, utrzymując, że świat sam w sobie mieści przyczyny swego istnienia, czyli, że sam z siebie powstał. Owóż i ten wybieg nic nie znaczy; albowiem zaprzeczając Boga osobistego poza światem, mieści go w samymże świecie; znosząc Boga ducha, stawia na Jego miejsce Boga materię.


Gdyby świat był od wieków, a więc Bogiem, tedyby musiał posiadać przymioty istoty nieskończonej; musiałby być wyposażon doskonałościami takimi, jakie rozum nasz Bogu koniecznie przyznać musi. A więc nasamprzód musiałby być nieodmienny i niepodzielny; albowiem na tym polega istota Boga, iż jako nieskończenie doskonały w przymiotach swoich, ni się umniejszać, ni powiększać nie może; Jemu nie można ni dodać cośkolwiek, ni ująć cośkolwiek. Wszelka odmiana, bądź ku dobremu, bądź ku złemu, wykluczona. Bóg jest wiekuiście tą samą doskonałą Istotą. Podobnież istota Boża nie może się składać z części, gdyż inaczej sam przez się nic by czynić nie był zdolen. Musi być jedna istota, która przyczynę istności swojej i działania w sobie samej nosi.


Tymczasem przypatrzcie się światu, azali jest nieod­mienny i niepodzielny. We wszystkich królestwach przyrodzenia zobaczycie ciągłą odmianę. Powstają nowe formy życia, giną stare. Ni ludzie, ni zwierzęta, ni rośliny nie trwają niezmienne; wszystkie inne pojawy na ziemi usta­wicznym podlegają odmianom, rosną, doskonalą się, przybierają piękniejsze i lepsze kształty, albo też mniej doskonałe, wątlejsze i nikczemniejsze. Świat więc nie może być od­wieczny, nie może być Bogiem, gdyż pojęcie Istoty nieskoń­czonej wyklucza wszelką odmianę i zmienność. Również i niepodzielnym nie jest świat, przeciwnie składa się z niezli­czonych cząstek, z niezliczonych przerozmaitych przedmio­tów, które znowu z mnóstwa cząstek i cząsteczek złożone. A przeto świat nie może być odwieczny, nie może być Bogiem, ni żadna rzecz w nim z osobna, ni wszystkie razem, gdyż żaden twór z osobna nie ma w sobie samym przyczyny bytu swego, a więc też i żadnych innych nie mógł wytwo­rzyć. Zresztą i nauka uznaje, że przynajmniej ziemia nasza nie jest od wieków, i że niepodobną jest rzeczą mówić o nie­skończonym łańcuchu istot, które by od wieków istniały.


Stąd wniosek oczywisty ten: istnienie świata wskazuje nieprzeparcie na istnienie Boga. Świat ten nie powstał przy­padkiem, świat ten nie ma sam w sobie racji bytu, nie mógł przeto dać sobie istnienia, zaczem idzie, że musi być poza światem Istota wszechmocna, która ten wszechświat stwo­rzyła. Ponad tymi wszystkimi tworami przypadkowymi musi być Istota, która od siebie samej zależy i wszystko inne do bytności powołała.

 

II.


Prawdę tę jeszcze jaśniej poznamy, gdy do wnętrza świata zajrzym, o ile to podobne ograniczonemu wzrokowi na­szemu. Na świecie widzimy życie i ład, a więc musim przyjąć ducha, który ten ład i porządek zaprowadził i utrzymuje, gdyż bez tego nie wytłumaczylibyśmy sobie ni jednego, ni drugiego: ni życia, ni porządku.


W przyrodzeniu widzimy wielokształtne życie. Nie jest ono masą martwą, nieruchomą, lecz wszystko w ruchu i działalności. Widzicie ruch i życie w ciałach niebieskich, co olbrzymimi kroki przebiegają niezmierzone koleje. Widzicie ruch i życie na ziemi, zaludnionej tworami bez liczby. Widzicie ruch i życie nawet pod ziemią, albowiem w zakrytym łonie ziemi tworzą się kryształy, a szczyt doskonałego życia podziwiamy w duszy ludzkiej, tworzącej z siebie myśli i pojęcia.


Skądże ten mechaniczny i organiczny ruch w świecie, i skąd duchowe życie w człowieku? Nie może ono pochodzić z natury i z tworów jej; albowiem materia jest nieruchoma, ona odbiera ruch, a sama nie może się ruszać. Połóż kulę na ziemi, a będzie leżała; uderz ją ręką, a potoczy się o tyle, o ile ją popchniesz; sama z siebie nie poruszy się ani o jedną linię. Skądże więc ruch gwiazd niebieskich? Skąd życie na ziemi i pod ziemią? Skąd myśli ducha naszego? Przecież mu­siała być chwila jedna, w której ciała niebieskie poczęły się ruszać. Przecież musiał być moment jeden, w którym pierwsza trawka, pierwsze drzewo i pierwszy kwiat z ziemi wyrosły. Że myślenie nasze miało początek, tego nas uczy własne doświadczenie.


Stąd musi być ponad światem wola jedna i duchowna istota, która pierwszy dała popęd do ruchu i do wszystkiego życia. Już Arystoteles, mędrzec pogański, powiedział: "Jeżeli nie istniała wpierw siła poruszająca, jakżeżby mogło się coś­kolwiek poruszać?". Trzeba koniecznie przyjąć pierwszy po­czątek, pierwsze źródło wszystkiego życia, a tym jest Bóg, który jest życiem samym, a którego my szczerym Duchem zowiemy. Jako Duch nieskończony, On sam jeden mocen jest wprowadzić ruch w przyrodzeniu i stworzyć w człowieku życie duchowe. Jeżeli sto kul w jednej linii ułożonych, jedna od drugiej po kolei bierze ruch od kuli najpierwszej; azaliż ruch ten nie pochodzi od ręki, która pierwszej kuli dała popęd? A gdybym dla jakiej przeszkody nie mógł widzieć tej ręki, czyżby ona tym samym dla rozumu mego pozostała niewi­dzialną? (De Maistre).


Bez Boga nie podobna wytłumaczyć ruchu i życia w naturze, i bez Ducha układającego wszystko w ład, ład i porządek w przyrodzeniu pozostałby również nierozwią­zaną zagadką.

 

III.


W całym widzialnym stworzeniu widzimy przedziwny porządek i uderzającą celowość. Życie wszystko w przyrodzie zmierza do jakiegoś celu. Każda istota ma pewien cel życia, dla którego stworzona, a skoro go osiągnie, tym samym przykłada się do rozwoju wszech życia w przyrodzie samej; rzecz każda, twór każdy na stanowisku swoim uwydatnia ład wszechświatowy, który z podziwienia godną mą­drością dla całego świata jest nakreślony. Podnieś w pogo­dnej nocy oko w niebo i przypatrz się gwiazdom. Powiedz mi, kto je tam posiał w onych przestrzeniach bez końca, i te, które własnymi oczyma widzisz, i te, których żadne oko na ziemi dosięgnąć nie może? Kto im nakreślił koleje, na których się pędem niezrównanym toczą, jedna drugiej nie zawadzając bynajmniej? Kto ich promieniom dał skrzydła, że w 8 mniej więcej minutach przybywają tu do nas na ziemię? Któż kazał miesiącowi świecić w nocy i ciemności nocy łagodzić? Kto życie ziemi związał z biegiem ciał niebieskich, iż wzrost jej i dojrzewanie od niego zawisło?


Albo zwróć oko na ziemię i podziwiaj ją w jej żywotności. Na powierzchni ujrzysz pagórki i łańcuchy gór, z których deszcz i źródła wód spadają na równiny, aby je użyźnić. Nie­zliczone stworzenia znajdują na niej swe pożywienie. Co rok zjawia się wiosna, a nasiona złożone w ziemi ruszają się i kiełkują. Odświętną szatą odziana przedstawia się oczom naszym strojno i wspaniale. Po wiośnie nastaje lato, i w tej porze roku dojrzewa wszystko, co się w wiośnie zrodziło. Gorące słońca promienie padają na ziemię, a pod działaniem ich błogiego ciepła nakrywa się on wielki stół przyrody, u którego wszelakie stworzonko się posila. Słońce spuszcza się znowu niżej, a ludzie gromadzą do spiżarni cokolwiek rola zrodziła. Po jesieni przychodzi zima; przyroda cału­nem śniegu pokryta wypoczywa, nowe siły zbierając do następnej pracy. Ten porządek, to następstwo pór roku po sobie powtarza się bez przerwy od lat tysięcy, i ani razu nie dostrzeżono w nim odmiany i zaburzenia.


Przypatrz się tworom na świecie z osobna; weźmij do ręki najlichszą roślinkę: choćbyś wszystkie świata umiejętności posiadał, nie zdołałbyś wyliczyć wszystkich cudów w niej. Korzonkami tkwiąc w ziemi, stoi jakoby na nóżkach, równo­cześnie ciągnie z ziemi pożywienie dla siebie, i niezliczonymi kanałami dochodzą soki aż do ostatnich kończyn. Twardą skórą, korą, jakoby pancerzem obronnym odziana ku obronie delikatnych włókien i części. W każdym listku tysiączne oczka, którymi pije ożywcze powietrze. Większa część roślin kwitnie i wydaje owoc, a pod kwieciem dojrzewa nasienie dla nowego pokolenia; te zaś, co nie kwitną i nie wydają owoców w korzeniach i w latorózgach posiadają moc odmładzania się i rozpleniania. Skądże ta mądrość i ten ład? Skąd to mi­strzostwo, którego i najuczeńszy człowiek nie zdolen zbadać dokładnie, cóż dopiero, żeby miał choć i najmniejszy z tych cudów zdziałać przy swej wszystkiej umiejętności?


Kto zwierzętom wyznaczył mieszkanie i w te je właśnie sprowadził strony, gdzie mogą znaleźć pokarm i wyżywienie? Kto im dał ten instynkt, za pomocą którego bez pomyłki poznawają, co im szkodliwe a co pożyteczne? Kto dał zręczność zwierzęciu, iż wykonuje roboty podobne do robót człowieka obdarzonego rozumem? Kto nauczył pszczoły budować ko­mórki i składać w nich miód? Kto nauczył ptactwo budować gniazdka? Kto za nadejściem chłodnej pory prowadzi je za morza, by w cieplejszych krajach nowych sobie mieszkań szukały?


Jednakże największą mądrość musim w królu stworzenia, w człowieku, podziwiać. Podczas gdy zwierzęcia wzrok ku ziemi skierowany, człowiek wznosi oczy do góry, a prostą postawą swoją wskazuje, że jest jej panem. W tym ogromnym świecie człowiek jest sam małym światem. Uczeni dociekli, że w ciele ludzkim znajdują się wszystkie części składowe wszech świata. Tysiące ksiąg napisano, by zbadać choć jeden członek ciała ludzkiego, np. ucho lub oko, by odkryć ich ustrój i prawa w nich przewodnie, a mimo to badania jeszcze nie ukończone i pewnie nigdy nie będą dokonane wszech­stronnie. Czymże włos na głowie naszej? Jakże mało znaczy! A jednak, gdy mu się pod szkłem powiększającym przypatrzym, ujrzymy w nim naczynia, komórki, korzenie, gałęzie, słowem, ujrzym cuda większe, niż w jakim bądź najcelniejszym ręki ludzkiej utworze. Skądże ona mądrość, z jaką ciało nasze ukształtowane? Skąd one prawa w nim działające?


Gdzie ład i porządek, tam trzeba przyjąć ducha, który ten ład zaprowadził. Gdzie prawo panuje, tam trzeba przyjąć prawodawcę, który je nadał. Przypadkiem, trafem nie może nic powstać, jak tu już pokazałem, a tym mniej ład i porządek nie może powstać trafem. Ktoś powiedział: "Nigdym sobie nie łamał głowy nad tym, by znaleźć dowody istnienia Boga. Historia, przyrodzenie, metafizyka mogą dostarczyć obficie dowodów; lecz ja wyznaję otwarcie, iż dla mego przekonania bynajmniej tego naukowego aparatu nie potrzebuję. Dowód mam w kieszeni, skoro się zastanowię nad skomplikowanym mechanizmem i nad regularnym biegiem zegarka mojego, nikt mnie nie zdoła przekonać, że to przypadkiem powstało bez myśli i bez pracy człowieczej".


Niedowiarkowie mówią wprawdzie o siłach przyrody, o prawach natury odwiecznie czynnych, o prawie ciężkości i przyciągania, o siłach magnetyzmu, elektryczności, o siłach chemicznych, optycznych i o innych prawach.


Ależ prawo każde musi mieć swego prawodawcę. To regularne działanie sił ukrytych musi przecież od kogoś po­chodzić, albowiem przypadek nigdy nie może działać regu­larnie i statecznie. Kto prawi o prawach przyrody, nie zależnych od ducha rozumnego lub zależnych od sił przyrody działających na oślep, które jednak wywołują zjawiska świad­czące o rozumnie założonym celu, ten prawi na wiatr, niero­zumnie, niedorzecznie!


Weźmijcie 24 głoski alfabetu, rzućcie je na ziemię, rzu­cajcie nie wiem ile razy chcecie; ani jeden rządek książki lub dzieła uczonego nie ułoży się z nich przypadkowo, jeżeli ich ręka ludzka nie złoży należycie i rozumnie. Weźmijcie wszystkie farby świata, pomalujcie nimi płótno – ażaliż po­wstanie z nich obraz, jeżeli malarz nie ułoży tych farb wedle planu i myśli ducha swojego? A świat, ten wspaniały obraz, ta księga ogromna, wobec której wszystka mądrość ludzka zamilknąć musi, miałżeby powstać ślepym jakimś trafem? Stąd Arab jeden zapytany, jakim sposobem przeświadczył się o istnieniu Pana Boga, doskonale odpowiedział: "Tak, jak ze śla­dów na piasku poznaję, czy człowiek, czy zwierz przechodzi".


Rzekł głupi w sercu swoim: "Nie masz Boga". Tylko ten, co zaprzecza zasadnicze prawa myślenia, może przeczyć istnienie Boga. Chyba byśmy bezrozumnego zwierzęcia okiem zapatrywali się na świat, nie chcąc w nim Boga widzieć. Kto z rozumem na świat patrzy, ten na każdym kroku napotka Boga. "Pytaj się bydła, i nauczy cię; i ptactwa niebieskiego i okażeć. Mów do ziemi, a odpo­wie tobie, i będąć powiadać ryby morskie. Któż nie wie, że to wszystko ręka Pańska uczyniła" (Job 12, 7-9). Niedowiarkowie staną przed sądem Bożym bez żadnej wymówki. "Ażaliż nie postawiłem oczom twoim gwiazd na niebiosach i stworzenia cudów nie roztoczyłem przed tobą? Ażaliż iskry ducha mojego nie tak złożyłem w tobie i nauczyłem cię myśleć rozumem, abyś mnie w dziełach moich poznawał?". Tak odezwie się Pan do bezbożnych.


Dla nas przyrodzenie wszystko naokół niech będzie wielką drabiną, po szczeblach której wstępować mamy aż do nieba, aż do Boga, Pana i Stwórcy naszego. Czyńmy to codziennie, byśmy rośli w poznawaniu i w miłości Boga nie­ogarnionego światem, wszechmocnego Pana nieba i ziemi. Amen.


__________________________


Ks. Józef Stagraczyński, Wybór kazań niedzielnych i świątecznych. Tom I. Poznań. NAKŁADEM I CZCIONKAMI DRUKARNI I KSIĘGARNI ŚW. WOJCIECHA. 1908, ss. 418-428.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).


Za ultramontes.pl

Zapomniane prawdy: Św. Augustyn o działaniu Trójcy Świętej w duszy wierzącego.

 

"Ojciec, Syn i Duch Święty przychodzą do nas, jeżeli my do Nich idziemy; Oni przychodzą, aby wspomagać nas, my idziemy, aby słuchać; Oni przychodzą, aby nas oświecić, my idziemy, aby poznać; Oni przychodzą, aby nas napełnić, my idziemy, aby otrzymać, aby Ich widok w nas nie był zewnętrzny, lecz wewnętrzny, aby Ich pobyt w nas nie był przemijający, lecz wieczny"

Św. Augustyn

Objaśnienie Psalmu 48

piątek, 28 maja 2021

Gniew i Boże przekleństwo spadnie na głowy tych wszystkich, którzy postanowili pozbawić wierzących Ciała i Krwi Chrystusa.

 

Hierarchowie i zwierznicy ludu zebrali się aby biczować Chrystusa, aby zamknąć Chrystusa w więzieniu, aby izolować Go od wierzących. HAŃBA!!! Hierarchowie i politycy! HAŃBA!!! Hańba ta na zawszewe wejdzie do historii, ta hańba, to oburzenie ludu Bożego pozostanie w historii na zawsze. Gniew i Boże przekleństwo spadnie na głowy tych wszystkich, którzy postanowili pozbawić wierzących Ciała i Krwi Chrystusa. HAŃBA!!!

Poza Tradycją nie ma przyszłości. Msza Wszechczasów i nowa wiosna francuskiego Kościoła

 


Muzea w Kościołach, parafie bez wiernych, brak powołań. Francja to w powszechnej świadomości synonim sekularyzacji i anihilacji katolicyzmu. Tymczasem właśnie nad Sekwaną mamy do czynienia z rosnącym znaczeniem tradycjonalistycznych zgromadzeń i coraz większą popularnością „Mszy Wszechczasów”. Podobną tendencję, choć na mniejszą skalę, można zauważyć również w Polsce. Czy nową wiosnę Kościoła przyniesie powrót do Tradycji?

Wielki tydzień francuskiego Kościoła

V Republika oddała Arnaud Beltramowi każdy z rodzajów hołdu na jakie tylko mogła się zdobyć. Wielogodzinne, transmitowane przez ogólnokrajowe stacje telewizyjne obchody pogrzebu. Order Legii Honorowej, postawienie go za wzór heroizmu i obywatelskiej cnoty przez prezydenta Emmanuela Macrona. Kondolencje i wyrazy uznania napływały z całego świata.

23 marca 2018 roku pułkownik Beltrame oddał się w ręce muzułmańskiego zamachowca w zamian za wypuszczenie zakładników. Został postrzelony, poderżnięto mu gardło, lekarzom nie udało się go uratować. Dopiero po paru dniach zaczęło wychodzić na jaw, że jego czyn – a biorący udział w tej akcji nie mieli wątpliwości, iż żandarm składając zamachowcowi swoją propozycję, wiedział, że czeka go śmierć – więcej niż ze świeckiego heroizmu, miał w sobie z męczeństwa. „Pogrzeb mojego męża, który odbywa się w Wielkim Tygodniu oraz dzień jego śmierci – piątek przed Niedzielą Palmową, są dla mnie jakimś znakiem. Z wielką nadzieją czekam razem z nim na świętowanie Zmartwychwstania Pańskiego” – stwierdziła przed kamerami Marielle Beltrame.

Jej mąż nawrócił się na katolicyzm dziesięć lat wcześniej, w murach zakonu Kanoników Regularnych Matki Bożej w Lagrasse. Jednego z wielu istniejących we Francji, żyjących wokół i dla tradycyjnej łacińskiej liturgii zgromadzeń. Do końca życia był związany z działającym wokół tego zakonu duszpasterstwem. Ostatniego namaszczenia udzielił mu jeden z zakonników z Lagrasse.

Pożar katedry Notre Dame w Paryżu, choć doszło do niego 15 kwietnia 2019, w kalendarzu liturgicznym zbiegł się niemal dokładnie z pierwszą rocznicą śmierci Arnaud Beltrame’a. Najsłynniejszy francuski kościół zapłonął w Wielki Poniedziałek. Tak długo jak trawił go ogień, wzdłuż bulwarów Sekwany, z widokiem na Notre Dame modliły się tysiące Paryżan. Zatrzymali się i wyciągnęli różańce tak odruchowo, jak wielu w tamtym momencie sięgnęło po smartfony. Jedni i drudzy, choć w różnym sensie tego słowa, chcieli uwiecznić tę chwilę.

W niedzielę, 8 listopada 2020 roku, dziesiątki tysięcy katolików w największych francuskich miastach modliło się ze świecami w rękach przed swoimi kościołami. Byli to wszyscy ci, którzy nie zmieścili się w drakońskim, wynoszącym trzydzieści osób limicie wiernych mogących wziąć udział w mszy świętej. Przyzwyczajona do widoku pustych świątyń Francja po raz pierwszy zobaczyła tłumy, które nie dały się rady w nich zmieścić.

Najmłodsza córa Kościoła

Dla wszystkich proroków nieuchronnej sekularyzacji, jednokierunkowej, wiodącej do ostatecznej klęski Kościoła wizji historii, Francja od dawna pozostaje koronnym argumentem. Ojczyzna rewolucji, kraj, w którym laicyzacja wytoczyła – czasem w dosłownym, jak w Wandei sensie – najmocniejsze działa. Statystyki pokazujące liczbę wiernych, powołań, udzielanych sakramentów stawały się tu w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zatrważające. To nie był kryzys, raczej już anihilacja. Kompletna zapaść francuskiego Kościoła. W 2018 roku, w 58 na 96 wszystkich istniejących nad Sekwaną diecezji nie wyświęcono żadnego kapłana. Na grubo ponad połowie obszaru całego kraju przez rok nie pojawiło się ani jedno powołanie. Części diecezji, a niektóre z nich istnieją od II wieku, grozi likwidacja.

Skąd więc biorą się obrazki takie jak z jesieni 2020 roku? Co zatrzymało na całonocną modlitwę paryski tłum i wreszcie, skąd bierze się to, co najtrudniej policzalne, najmniej uchwytne, a jednocześnie będące esencją chrześcijaństwa – gotowość do męczeństwa taka jak ta, którą wykazał się pułkownik Beltrame?

W tym samym 2018 roku co piąty ze wszystkich wyświęconych nad Sekwaną kapłanów należał do któregoś z tradycjonalistycznych zgromadzeń. To tendencja, która przybiera na sile równie mocno co postępująca laicyzacja. Wspólnoty skupione wokół łacińskiej liturgii są od kilku dekad jedynymi, w których przybywa zarówno wiernych, jak i powołań.

Oficjalne, kościelne statystyki nie oddają skali tego zjawiska z dwóch powodów. Po pierwsze, nie obejmują one powołań zakonnych, takich, jak choćby Kanonicy z Lagrasse, ale i wielu innych, żyjących według tradycyjnej reguły zgromadzeń, których we Francji jest więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Po drugie natomiast nie wliczają one księży wyświęcanych w, nieposiadającym uregulowanego statusu kanonicznego, Bractwie Kapłańskim Świętego Piusa X, założonym przez abp. Marcela Lefebvra. Zgromadzeniu, które właśnie z Francji wysyła w świat największą liczbę kapłanów. W ich rodzinnym kraju jest ich dzisiaj 116, działających w 44 przeoratach. Liczbę uczęszczających w odprawianych przez nich mszach świętych wiernych szacuje się na grubo ponad sto tysięcy. Niższa niż w innych wspólnotach jest wśród tradycyjnych katolików jedynie średnia wieku. Tradycja nad Sekwaną to nie nostalgia, tylko przyszłość.

Podobną tendencją można zresztą zaobserwować również w Polsce. W 2020 roku podwoiła się liczba wiernych uczestniczących w mszach świętych odprawianych przez księży z Bractwa św. Piusa X. W roku, w którym o odwrocie polskich wiernych od Kościoła mówiło się więcej i głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, związani z katolicką Tradycją wierni przestali się mieścić w zajmowanych dotychczas kaplicach i rozpoczęli zbiórkę pieniędzy na budowę świątyń w Warszawie, Bydgoszczy, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu oraz na Śląsku. W Krakowie, do „zwolnionego” przez szpitalnych kapelanów kościoła św. Łazarza ustawiły się w tym samym czasie „w kolejce” dwie, skupione wokół tradycyjnej liturgii grupy wiernych – z Bractwa św. Piotra oraz Bractwa św. Piusa X.

Francja pozostaje jednak przypadkiem szczególnym i najbardziej pouczającym. Przede wszystkim dlatego, że nie przez przypadek była przez wieki nazywana „najstarszą córą Kościoła”. Po prostu zawsze, niemal we wszystkim, była pierwsza. Tam też narodził się i najmocniej rozwinął ruch, który doprowadził do XX-wiecznych reform Kościoła. Francuzem był prekursor liberalnego, dążącego do pogodzenia się ze światem, katolicyzmu – Félicité Lammenais. Jego rodacy – Jacques Maritain, Yves Congar, Henri de Lubac, Emmanuel Mounier czy Pierre Teilhard de Chardin – tworzyli intelektualny napęd zmian dokonujących się w trakcie i po zakończeniu II Soboru Watykańskiego. Na północy Francji urodził się też arcybiskup Marcel Lefebvre, przywódca katolickiego ruchu oporu przeciwko tym zmianom. Bardziej niż papierkiem lakmusowym, kraj ten jest proroctwem, zapowiedzią przyszłości czekającej Kościół katolicki.

Wielu chciałoby widzieć wszystkie zgromadzone wokół tradycyjnej łacińskiej liturgii wspólnoty jako ostatnie, wciąż co prawda niezdobyte, ale otoczone już ze wszystkich stron powodzią „nieuchronnej logiki dziejów” twierdze. Bardzo próbują oni nie zauważyć, że katolików przyciąga tam nie to, co dawne, ale wieczne. Że nie chodzą oni na „starą mszę”, ale uczestniczą we „Mszy Wszechczasów”. Słowem – że to nie oblężone twierdze, ale przebiśniegi. Znak, że Wiosna Kościoła jest tuż za rogiem.

W żaden sposób nie próbuję tym tekstem włączyć się w odwieczną dyskusję ustalającą rachunek win i krzywd w Kościele epoki posoborowej. Zupełnie nie interesuje mnie, kiedy konkretnie i z czyjej winy rozpoczęła się trwająca już zdecydowanie zbyt długo zima. Jej przyczyny liczą się tylko o tyle, o ile ich stwierdzenie jest potrzebne do nadejścia długo oczekiwanej wiosny. Wymierzanie sprawiedliwości za grzechy tych lat, po którejkolwiek stronie trwającego sporu do nich doszło, należy do Pana Boga. Do nas z kolei należy zrozumienie, z której strony może nadejść odrodzenie Kościoła. I ze wszystkich sił pomóc mu nastąpić.

Tymczasem często nie potrafimy zobaczyć jaskółek odnowy, bo nadlatują z zupełnie innej strony niż się jej spodziewano. W ciągu minionych kilkudziesięciu lat starano się zazwyczaj, zapewne w dobrej wierze, działać według reguły: „Spróbujmy być jak najmniej katoliccy, przyciągniemy w ten sposób więcej wiernych”. Wspominajmy najmniej jak to tylko możliwe o grzechu i konieczności nawrócenia. Jeśli duchowość, to tylko bliżej nieokreślone „spotkanie z Jezusem” – bez ascezy, wyrzeczeń i ofiary z siebie. Liturgia? Możliwie jak najprostsza, najkrótsza, najmniej uroczysta. Odrzućmy wreszcie cały ten zbędny balast, to może wreszcie uda się przekazać esencję wiary.

Na zakończenie prac nad nowym mszałem Paweł VI stwierdził, że dokonała się właśnie „niezwykle ciężka ofiara”. Ale – dodawał po chwili – „zrozumienie modlitwy jest cenniejsze niż starodawne, drogocenne szaty, którymi się ona po królewsku przyozdabia. Cenniejsze jest uczestnictwo współczesnego ludu, który życzy sobie, żeby przemawiać do niego w sposób jasny, zrozumiały.”

W książce Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej Michał Łuczewski przytacza reakcje wiernych z beskidzkiej wsi na zmiany w liturgii. Sprowadzały się one do rozwianego złudzenia. To jak słuchanie dzieci, wyrwanych z krainy baśni i przeniesionych nagle do szkolnych ławek.

Może jednak o to właśnie chodziło? Zamiast tajemniczych miraży przekazujemy nareszcie czystą, nagą treść samej wiary. W wywiadzie udzielonym w połowie lat 90. Peterowi Seewaldowi Joseph Ratzinger stwierdza, że katolicy kompletnie przestali rozumieć swoją wiarę. Wchodzą do kościołów jak do muzeów. Widzą obrazy świętych, których życia i czynów nie rozumieją ani nawet specjalnie nie kojarzą. Męczenników, którzy oddawali życie za prawdy, o których im nawet nie wspomniano. Patrzą na krzyż, ale nie rozumieją ukrzyżowania. Jego słowa potwierdzają regularnie kolejne badania wiedzy i świadomości katolików. Właściwie nie ma takiej prawdy wiary, łącznie ze zmartwychwstaniem Jezusa, w którą nie wierzyłoby z roku na rok coraz mniej ludzi uważających się za członków Kościoła.

Tendencja jest dokładnie odwrotne od tej, którą przewidywał pół wieku temu Paweł VI, a wraz z nim większość Kościoła. Bardzo często okazuje się, że tam, gdzie wymagania stawiane przed wiernymi są największe, tam też pojawiają się oni najchętniej. Liturgiczna łacina, a wraz z nią tajemniczość i dostojność „starej” mszy zamiast straszakiem okazała się być magnesem. Katolickość nie jest balastem ewangelizacji, tylko jej skrzydłami.

Pozwólcie dzieciom przychodzić

„O wiele bardziej lubiłabym bale, gdyby się inaczej odbywały… O ileż byłoby rozsądniej zastąpić tańce konwersacją. – Byłoby to bardzo rozsądne, kochana siostrzyczko, niemniej mało przypominałoby bal.”

Clive Staples Lewis posługiwał się tym zaczerpniętym z powieści Jane Austen argumentem kilka razy. Zawsze przy okazji dyskusji wokół „rozsądku” chrześcijaństwa. O ileż rozsądniejszy byłbym bowiem Kościół bez celibatu, za to dopuszczający do kapłaństwa kobiety. Kościół nie zawracający sobie specjalnie głowy rzeczą tak abstrakcyjną jak wybawienie dusz od potępienia, a zamiast tego skupiający się na działalności humanitarnej.

Byłoby to bez wątpienia organizacja bardzo rozsądna. Niemniej, mało przypominałaby Kościół. Istotę zmiany w katolicyzmie ostatnich kilkudziesięciu lat można by w zasadzie sprowadzić do zastąpienia tańca konwersacją. Trudno się więc dziwić, że sale balowe zaczęto omijać z daleka.

Kościół chciał otworzyć się na świat, a tymczasem został w nim uwięziony. Jego logice, priorytetach, sposobie myślenia. Dlatego też kazania, listy pasterskie, dokumenty zaczęły coraz bardziej przypominać deklaracje Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie ma oczywiście nic złego w służeniu „ciału” ludzkości. Walce z chorobami, biedą, problemami społecznymi. Ale w całej historii Kościoła wyraźnie widać – na pierwszy rzut oka paradoksalną regułę – tym skuteczniej służył on ciału, im wyraźniej na pierwszym miejscu stawiał zbawienie duszy.

Podczas angielskiej reformacji to społeczne „doły” stanęły w obronie niszczonych i grabionych zakonów, organizując jedno z największych powstań ludowych w historii, „Pielgrzymkę łaski”. Również dlatego, że miejsca głębokiej kontemplacji były także pierwszymi ośrodkami pomocy społecznej. Pielgrzymi bronili liturgii (pierwszą rzeczą jaką zrobili po zajęciu twierdzy York było odprawienie w tamtejszej katedrze katolickiej mszy) i własnego poziomu stopy życiowej jednym tchem. Matka Teresa z Kalkuty rozpoczynała budowę każdego z domów swojego zgromadzenia od postawienia tabernakulum z najświętszym sakramentem. Dylemat „pomoc potrzebującym czy zbawienie dusz” nie tyle zafałszowuje co stawia na głowie logikę działalności Kościoła w świecie.

Całą siłę i żywotność, gotowość do ponoszenia ofiary i niesienia pomocy, katolicyzm zawdzięcza przenikającemu jego duchowość i liturgię przekonaniu, że to życie jest tylko przejażdżką. Krótkim przystankiem, podczas którego trzeba dać z siebie wszystko, przed najbardziej ekscytującym etapem podróży. Kościół jest młody, kipi energią, tak długo, jak jego wzrok pozostaje skierowany w kierunku Wieczności.

Nie można powiedzieć o łacińskiej liturgii większego kłamstwa niż nazwać tę mszę „starą”. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym zabrałem na nią po raz pierwszy mojego 5-letniego wówczas syna. Chłopca nie będącego w stanie wytrzymać w skupieniu i spokoju dużo krótszej i mówiącej do niego w znanym mu języku „nowej mszy”. W tamtej chwili sprawiającego wrażenie kogoś przeniesionego z nudnej lekcji w sam środek nieznanego, tajemniczego świata. To, co wówczas się wydarzyło zrozumiałem kilka tygodni później, czytając fragment książki Petera Kwasniewskiego, Kryzys i odrodzenie. Liturgia łacińska a odnowa Kościoła:

„Najdoskonalszą Mszą dla dzieci – i mam tu na myśli każde dziecko, od małego brzdąca po staruszka pragnącego żyć zgodnie z wezwaniem do duchowego dziecięctwa, a nie tego, który zatrzymał się (albo chciałby, żeby inni się zatrzymali) na infantylnym stadium rozwoju – jest Msza trydencka. Z jej uniwersalną wzniosłością, uderzającą ortodoksyjnością i milczącym misterium dostępnym dla wszystkich obecnych bez wyjątku. Jeśli chcecie kościołów wypełnionych katolikami znającymi swoją wiarę, kochającymi ją i praktykującymi, dajcie im liturgię wymagającą, głęboką i surową. Powstaną, aby się z tym zmierzyć.

Dlaczego reformatorzy liturgii nie zauważyli, dlaczego ich dzisiejsi posłuszni wyznawcy wciąż nie widzą, że psychika człowieka potrzebuje pewnego mroku, nieprzebranej głębi, źródła oporu i trudności, nieznanej wielkości, które stoją w ostrym kontraście ze znajomą codzienną płycizną życia? Człowiek potrzebuje tego, aby mógł poznać, kim jest i dlaczego znalazł się na ziemi. Bez tego utwierdzi się tylko w nihilistycznym przekonaniu, że codzienne życie jest pułapką, z której nie ma wyjścia. Liturgia z pewnością nie powinna być łatwa i bezpośrednia. Takie powinny być transakcje biznesowe – ale nasze kontakty z Wszechmogącym Bogiem nie mogą być już tak przejrzyste i potoczne.

[…] Oto pocieszający paradoks – liturgia tradycyjna »tańczy« wokół Bożych tajemnic jak święci z obrazów Fra Angelico, tak długo, aż wraz ze zmęczeniem przyjdzie pełniejsze zaufanie i zrozumienie. Proszę pomyśleć o powtarzających się jak fale wezwaniach »Panie, zmiłuj się«, »Daj nam, Panie« w rycie bizantyńskim; proszę pomyśleć o choreograficznych ustawieniach, brzemiennej ciszy i dramaturgii gestów rytu rzymskiego.”

Za każdym razem, kiedy padają pierwsze słowa Mszy Wszechczasów: „Oto przystąpię do ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją” przypomina mi się scena z Władcy Pierścieni J. R. R. Tolkiena (pisarza swoją drogą aż do śmierci wiernego łacińskiej liturgii). Drużyna pierścienia stoi przed wejściem do jaskini Morii, nie mogąc sobie przypomnieć zaklęcia otwierającego bramę. Kiedy wreszcie Gandalf wypowiada odpowiednie słowo, zaczynają się rozświetlać krawędzie wejścia i tajemnicze, pokrywające je znaki. Skała drży i otwiera się przed wędrowcami. Wpuszcza ich do środka. Tak samo wtedy w kościele, bez znaczenia czy jest to mała kaplica czy piękna świątynia, coś się porusza. Wszystko staje się z powrotem jasne – rozświetla się kształt budynku i twarze świętych na obrazach. Teraz już wiadomo o co im wszystkim szło, dlaczego cierpieli i umierali. Otwiera się tajemnicze przejście. Nareszcie zostaliśmy wpuszczeni do środka. Tyle, że droga nie prowadzi w głąb jaskini, tylko w przeciwnym kierunku.

Dziecinność to nie tylko przygoda, ale także twórczość. W psychologicznym slangu odblokowanie kreatywności nazywa się „wyzwoleniem wewnętrznego dziecka”. Pewien dominikanin, niezwiązany bynajmniej z tradycyjną liturgią, zwrócił mi kiedyś uwagę na pewną prawidłowość. Kiedy kilkadziesiąt lat temu powstawało nowe tłumaczenie Pisma Świętego, w gronie pracujących nad nim „literackich ekspertów” mnóstwo było nazwisk katolickich pisarzy – Zofii Kossak, Antoniego Gołubiewa, Zofii Malewskiej, wielu innych.

W tej samej rubryce, w wydanym kilka lat temu tłumaczeniu nie ma już ani jednego nazwiska literata. Są katecheci, teologowie, teoretycy. Ale nie ma twórców. Nie dlatego, że ich nie zaproszono do współpracy. Oni nie istnieją. Nie ma już w Polsce katolickiej literatury. To samo dotyczy z resztą pozostałych dziedzin sztuki. Ostali się tylko eksperci. To nie przypadek, że w zasadzie jedynym spadkobiercą wspaniałej, literackiej dynastii francuskich pisarzy katolików – Georga Bernanosa, zdobywcy literackiego Nobla Mauriaca, genialnych konwertytów Huysmansa i Peguy był zmarły w zeszłym roku, wielki „romantyk Tradycji”, Jean Raspail.

Zachód uczył się architektury, budując katedry. Malarstwa – przedstawiając pasje i sceny zwiastowania. Muzyki – pisząc chorały i msze. Chrześcijaństwo nie miało swojego miejsca w kulturze, było jej powietrzem. Niosło ze sobą, to bez czego nie ma mowy o żadnej twórczości – milczenie i misterium. Tajemniczą, nieuchwytną w żadnych słowach, a jedynie w otaczającej moment przeistoczenia ciszy, obietnicę. Kierunek i uzasadnienie dla duchowego wysiłku, złożony system symboli i prawd, które dopiero w drugiej kolejności były twórczą inspiracją. Przede wszystkim stanowiły sens życia samych twórców. Sprawiały, że na tym świecie dało się i chciało żyć, o ile wzbudzały tęsknotę za tym, co czeka nas po śmierci. Piękno nie istnieje bez ofiary. Istnienia wartości wyższych, ważniejszych niż samo życie.

Po śmierci pułkownika Beltrame’a, francuski magazyn „La Croix” porównywał jego śmierć do męczeństwa Maksymiliana Kolbego, ofiarującego swe życie w zamian za ofiarowanie współwięźnia. Kiedy ten święty wystąpił przed szereg, siłą rzeczy pozostali więźniowie widzieli tylko jego plecy. Ale to nie znaczy przecież, że się od nich odwrócił. Pokazał po prostu kierunek podróży, przejażdżki jaką jest życie. Na pytanie zaskoczonego SS-mana kim jest, odpowiedział tylko: „katolickim księdzem”. Za każdym razem, kiedy kapłan zaczyna odprawiać Mszę Wszechczasów, nie odwraca się do wiernych plecami, tylko powtarza gest i decyzję św. Maksymiliana. A w zasadzie tę decyzję, którą Kolbe naśladował. W kierunku który wskazuje cała liturgia; jej siedem części odpowiada siedmiu ostatnim słowom Chrystusa na krzyżu.

Patrząc na śpiewający u stóp płonącej katedry tłum przypomniał mi się Edward Gibbon. Jego opowieść o chwili, w której zobaczył śpiewających na ruinach rzymskiej budowli chorał gregoriański mnichów. Podjął wtedy decyzję o napisaniu, chyba najlepszej książki historycznej powstałej w kilku ostatnich wiekach, dziejów zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego. Próby zrozumienia w jaki sposób chrześcijaństwo, po cichu, niezauważalnie, wbrew wszelkiej logice historii i politycznemu rozsądkowi, przeniknęło i „pożarło” tak wielkie i doskonałe państwo. Gibbon zobaczył to, co było.

Patrząc na płonącą Notre Dame, mogliśmy dostrzec przebłysk tego, co dopiero się wydarzy. Upadającą katedrę, która bardziej niż kościołem stała się w ostatnim czasie turystyczną atrakcją. Płomienie, wzbudzające modlitwę do Naszej Pani, której budowla ta była poświęcona. Ogień, który pochłania i oczyszcza. Kościół odradzający się w płomieniach jak feniks. Ani Gibbon nie patrzył tak naprawdę na przeszłość, ani my na przyszłość. Wszyscy razem widzimy w takich chwilach Wieczność.

Jan Maciejewski

Tekst pochodzi ze strony https://klubjagiellonski.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.