Sunday Mass Readings
-
Ernst Zimmermann (1852–1901) Jesus and the Pharisees Sunday, October
25Thirtieth Sunday in Ordinary TimeRoman Ordinary calendar Sts. Crispin &
Crispinian B...
In Illo Tempore: Christ The King
-
When Benedict XV died unexpectedly of pneumonia in 1922, Achille Ratti,
Cardinal Archbishop of Milan, was elected to the See of Peter. His
election to the...
Lokalny święty i jego nowe piwo
-
W najbliższych tygodniach na blogu pojawi się kilka tekstów poświęconych
aktualnym wydarzeniom, ale dzisiaj chcę jeszcze raz powrócić do
zamierzchłej epo...
Saint Gabriel
-
The angels call for our veneration and awe as part of God’s creation. Part
of the destructive modernism of the 1970s included advice to Catholic
school t...
Linki do plików NRL / UC 2010-2021
-
Missae propriae dioecesium poloniae 1
Missae propriae dioecesium poloniae 2
Missae propriae dioecesium poloniae 3
Missae propriae dioecesium poloniae 4
...
Kuriozalne kazanie na Boże Ciało
-
Czasem idąc na Tradycyjną Mszę Rzymską trafisz na kuriozalne kazanie.
Poczytajcie proszę, co mię spotkało w święto Bożego Ciała ....
Komentując Ewangeli...
Koniec misji ze Szkołą
-
Aktualizacja V.2017: To wpis historyczny, wpis mój jako człowieka młodego,
naiwnego, który pobłądził wśród posoborowych „nowych ruchów religinych”,
pyszałk...
Na zakończenie XV Pielgrzymki do Progów Apostolskich wierni udali się do Bazyliki Santa Maria Maggiore, gdzie miała odbyć się uroczysta Msza pontyfikalna. Choć w świątyni zgromadziło się ponad tysiąc uczestników, administracyjne restrykcje wymusiły obniżenie rangi liturgii – planowaną celebrację pontyfikalną sprowadzono do skromniejszej formy przy ołtarzu głównym, skracając czas pobytu i zakazując rejestrowania uroczystości. Mimo że Rzym zamknął drzwi przed tradycyjnymi pielgrzymami, a nowe ograniczenia usiłowały stłumić zewnętrzny blask liturgii, wierni trwali na modlitwie w przepełnionej po brzegi świątyni. Właśnie tam, przy grobie św. Piusa V, biskup Athanasius Schneider skierował do nich płynące z głębi katolickiego serca słowa otuchy i prawdy. Przywołując potężne wstawiennictwo Matki Bożej Królowej Pokoju oraz świadectwo papieży minionych epok, biskup publicznie upomniał się o prawa nienaruszalnej liturgii wieków, rzucając duchowe wyzwanie kulturze spychania wiernych na margines.
Poniżej publikujemy pełny, wierny polski przekład tego historycznego kazania, które ukazało się na łamach portalu The Remnant. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto w czasach zamętu pragnie zachować wierność Chrystusowi i Jego Niezmiennemu Kościołowi. Gorąco zachęcamy do otwarcia serc i umysłów na ten głos niezłomnej Tradycji.
Kazanie Jego Ekscelencji ks. bp. Atanazego Schneidera do uczestników XV Pielgrzymki do Progów Apostolskich
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Drodzy bracia i siostry w Chrystusie!
Święty Kościół – Stolica Świętego Piotra – jest naszą Matką. Jesteśmy dziećmi Kościoła, dlatego wyrażenie „Święta Matka Kościół” jest tak bliskie sercu każdego prawdziwego katolika. Kościół jest matką, ponieważ istnieje inna Matka – jedyna i niepowtarzalna Matka, Niepokalana i zawsze Dziewica: Najświętsza Maryja Panna, Matka Boga i nasza Matka. Naszą wielką radością jest to, że możemy w tej chwili i w tej bazylice – w domu naszej Matki – celebrować Mszę Świętą według tej samej czcigodnej formy, w jakiej wielu papieży i niezliczone pokolenia kapłanów sprawowało ją właśnie w tym miejscu.
Tutaj niektórzy święci i papieże celebrowali swoją pierwszą Mszę Świętą, jak na przykład święty Ignacy Loyola oraz papież Pius XII. Papież Franciszek darzył szczególnym nabożeństwem ikonę Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego), która znajduje się w tej bazylice. Wybrał on to właśnie sanktuarium na miejsce swojego doczesnego spoczynku. Przez dwanaście lat swojego pontyfikatu papież Franciszek modlił się przed ikoną Salus Populi Romani sto dwadzieścia sześć razy. Jego pierwsza wizyta miała miejsce 14 marca 2013 r. – dzień po wyborze – a ostatnia na tydzień przed śmiercią. Odbywał te wizyty zarówno przed każdą podróżą apostolską, jak i po niej, a także podczas swoich czterech pobytów w Poliklinice Gemelli. W bazylice tej spoczywa już siedmiu innych papieży.
Przede wszystkim jednak ta bazylika oraz tradycyjna forma Mszy rytu rzymskiego są ściśle powiązane ze świętym Piusem V, którego święte ciało spoczywa w tym miejscu. To papież, który przeszedł do historii jako pontifex tradycyjnego rytu rzymskiego i Świętego Różańca; to właśnie dzięki modlitwie różańcowej chrześcijanie – wbrew wszelkim ludzkim oczekiwaniom – odnieśli pod Lepanto zwycięstwo nad wrogami chrześcijaństwa.
Święty Pius V nie przeprowadził reformy rytu Mszy w ścisłym tego słowa znaczeniu, żywił bowiem głęboki szacunek dla tradycji liturgicznej Kościoła Rzymskiego. Przez wieki Kościół ten posiadał ryt, który – ze względu na swoją integralność doktrynalną, piękno obrzędów i dojrzałość – nie wymagał żadnej reformy; wręcz przeciwnie, służył jako zabezpieczenie i niezawodny punkt odniesienia pośród powszechnej anarchii liturgicznej XVI wieku, wywołanej przez protestant Gie pseudoreformy.
Umocniony tą czcigodną tradycją oraz własną świętością, święty Pius V – w sposób szczególnie uroczysty, poprzez Konstytucję Apostolską Quo Primum – zagwarantował wolne i wieczne korzystanie z tradycyjnej formy Mszy Świętej wszystkim kapłanom rytu rzymskiego. Wyraźnie ustanowił, że żaden kapłan nie może być nigdy zmuszony do celebrowania Mszy Świętej według innej formy niż ta, którą zawiera ogłoszony przez niego Mszał, oraz że jego Konstytucja Apostolska Quo Primum nigdy w przyszłości nie będzie mogła zostać cofnięta. W ten sposób święty Pius V w pewnym sensie skanonizował tradycyjny ryt Mszy Świętej.
W konsekwencji żaden Biskup Rzymu nigdy nie odważył się odwołać ani „zdekanonizować” Quo Primum – co potwierdził papież Benedykt XVI, stwierdzając, że ta forma sprawowania Ofiary Mszy Świętej nigdy nie została uchylona (por. List apostolski Summorum Pontificum z 7 lipca 2007 r.).
Znajdujemy się w bazylice, w której znajduje się również figura Matki Bożej pod wezwaniem Królowej Pokoju (Regina Pacis), umieszczona tam na polecenie papieża Benedykta XV. Maryja Dziewica, Królowa Pokoju, siedzi na tronie, trzymając Dzieciątko Jezus, które gotowe jest upuścić gałązkę oliwną. Twarz Dziewicy wyraża ból i smutek, a uniesionym ramieniem błaga o położenie kresu wrogości. Na cokole gołębica z niepokojem czeka na upadek gałązki oliwnej, aby zanieść ludzkości przesłanie pokoju.
Wielka rzesza katolików na całym świecie – zwłaszcza młodego pokolenia i młodych rodzin – żywi słuszne pragnienie uczestniczenia we Mszy Świętej w formie tradycyjnej. Papież Jan Paweł II uznawał pragnienie wiernych dotyczące tej formy liturgicznej za w pełni uprawnione, wzywając biskupów do wielkodusznego odpowiadania na nie (por. List apostolski Ecclesia Dei). Poprzez tę formę liturgiczną wierni pragną zjednoczyć się duchowo ze świętymi oraz własnymi przodkami; pragną doświadczyć – oczyma, uszami i sercem – tej formy liturgicznej Mszy, która karmiła i umacniała tylu świętych, męczenników i wyznawców w ich chrześcijańskim życiu.
A jednak dzisiaj, z powodu sztywnych restrykcji regulacyjnych i dyskryminacji duszpasterskiej, ci wierni – zwłaszcza młodzi – czują się traktowani jak katolici drugiej kategorii. Nie żywią jednak goryczy; co więcej, nadal kochają swoją Matkę, Kościół, nawet jeśli w tej chwili nie czują się zrozumiani przez tę samą Matkę – przez Kościół Rzymski.
Jeśli Bazylika Laterańska jest „Matką i Głową wszystkich kościołów Miasta i świata”, to Bazylika Santa Maria Maggiore jest „Matką i Głową wszystkich sanktuariów maryjnych świata”.
Oby święci i papieże, którzy są w szczególny sposób związani z tym naszym sanktuarium maryjnym, wyprosili u Matki Bożej – Salus Populi Romani (Ocalenia Ludu Rzymskiego) oraz Regina Pacis (Królowej Pokoju) – łaskę, aby gałązka oliwna, trzymana w dłoni Dzieciątka Jezus siedzącego na kolanach Królowej Pokoju, spadła na nas i przyniosła nam ten tak bardzo upragniony pokój liturgiczny: pokój, który przywróciłby pełne i pozbawione dyskryminacji korzystanie z tradycyjnej formy rytu rzymskiego.
Niech ci, którzy sprawują odpowiedzialność w Kościele, wspierają nadejście takiego pokoju liturgicznego, pozwalając poruszyć się głosowi Regina Pacis (Królowej Pokoju) oraz głosom najmłodszych dzieci Kościoła – tych zmarginalizowanych w sferze liturgicznej. Niech przypomną sobie także słowa Jana Pawła II:
„W Mszale Rzymskim, znanym jako Mszał św. Piusa V... znajdują się bardzo piękne modlitwy, za pomocą których kapłan wyraża najgłębsze poczucie pokory i czci wobec świętych tajemnic: ujawniają one samą istotę każdej Liturgii” (Przesłanie do uczestników Zgromadzenia Plenarnego Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, 21 września 2001 r.).
Niech przypomną sobie również słowa papieża Franciszka, który chwalił Kościoły prawosławne za zachowanie ich „nieskażonej liturgii, która jest tak piękna”, stwierdzając:
„Trochę zatraciliśmy poczucie adoracji. Oni je zachowali; oni adorują Boga i czas nie ma znaczenia. Bóg jest w centrum i to jest wielkie bogactwo” (Konferencja prasowa w samolocie w drodze powrotnej z podróży do Brazylii, 28 lipca 2013 r.).
Dzisiaj papież Franciszek mógłby zapewne powiedzieć swojemu następcy i biskupom:
„Przywróćcie i zachowajcie nieskażoną i najpiękniejszą formę rytu rzymskiego, skanonizowaną przez św. Piusa V”.
Ta forma Mszy była obecna w czasach młodości papieża Franciszka i była to Msza jego nawrócenia. Ta forma Mszy towarzyszyła również dzieciństwu i Pierwszej Komunii Świętej papieża Leona XIV.
O Maryjo, Matko Boża, Salus Populi Romani (Ocalenie Ludu Rzymskiego), Regina Pacis (Królowo Pokoju), przynieś nam gałązkę oliwną z rąk Dzieciątka Jezus, aby nastał pokój liturgiczny – pokój, który zapewni pełne i swobodne korzystanie z tradycyjnego rytu rzymskiego – abyśmy mogli znów doświadczyć, że Kościół Rzymski jest naszą Matką. Amen.
+ Athanasius Schneider, Biskup pomocniczy Najświętszej Maryi Panny w Astanie
DO WIERNYCH, KLERYKÓW I KAPŁANÓW XV PIELGRZYMKI AD PETRI SEDEM
Zwracam się do was jako „ekskomunikowany”, ponieważ za takiego mnie uważacie. Uważam, że stan, który mi przypisano, może rzucić światło na sytuację, w jakiej wy sami faktycznie się dziś znajdujecie.
Wy nie zostaliście ekskomunikowani i robicie wszystko, aby do tego nie dopuścić – niczym ktoś, kto próbuje uniknąć kary. A jednak jesteście traktowani jak ekskomunikowani. Trzeba zauważyć – nie bez ironii – że po odmówieniu wam Bazyliki Watykańskiej na Mszę pontyfikalną, obecnie zakazuje się wam nawet wstępu do niej w celu wyznania wiary i oddania czci Stolicy Błogosławionego Piotra. I podczas gdy wasz dostęp do Bazyliki Watykańskiej zablokowano barierkami, a w Santa Maria Maggiore zezwolono wam jedynie na Mszę cichą zamiast uroczystego pontyfikału, jeszcze kilka miesięcy temu przyjmowano tam grupy LGBTQ+ z ich tęczowymi flagami i bluźnierczymi hasłami oraz proaborcyjną aktywistkę LGBT przebraną za arcybiskupkę.
Jako wspólnoty dawnej Ecclesia Dei, jako kapłani i biskupi ratzingerowscy, pielęgnujący spuściznę Summorum Pontificum, Mszę wszech czasów macie przyznawaną jako wyjątek wymagający usprawiedliwienia. Coraz bardziej usuwa się was z parafii; narzuca się wam wymóg zgody biskupa na celebrowanie tego, co nasi ojcowie celebrowali bez pytania o pozwolenie. Wasze instytuty poddawane są wizytacjom i kontrolom, wasi seminarzyści traktowani są z podejrzliwością, a wasz ryt jest tolerowany tylko dopóty, dopóki nie przeszkadza.
Czymże to jest, jeśli nie ekskomuniką bez procesu, a co gorsza – wolą rzymskich władz, by złamać wasze sumienia? To wykluczenie, które nie odważa się wypowiedzieć własnego imienia. Aby uniknąć wyroku, znosicie go w praktyce. Żeby nie sprawiać wrażenia będących „poza Kościołem”, żyjecie na jego marginesie – pośród uników i niespójności, które są już widoczne dla wszystkich. Ośmielacie się twierdzić, że nie ma żadnego stanu wyższej konieczności, ostro potępiacie Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, a mnie uważacie za pariasa… W konsekwencji wasze milczenie wcale nie chroni was przed karą: odbiera wam jedynie prawo do nazywania jej niesprawiedliwą.
Trzeba przyznać – dla miłości prawdy – że Leon oraz modernistyczno-synodalna elita okupująca Watykan działają konsekwentnie. Leon mocno wierzy w Sobór Watykański II i jest entuzjastycznym promotorem jego wersji synodalnej: nie może więc w sposób spójny popierać Rytu wszech czasów, który stanowi jego żywe zaprzeczenie. Summorum Pontificum od początku było chimerą: rozczłonkowaniem jedynego, czcigodnego Rytu na dwie przeciwstawne formy; pozwoleniem zależnym od łaski dawcy, które cofa się, gdy przestaje być potrzebne. Nie można wam zatem zarzucać zaufania, lecz roszczenie, by to, co przysługuje wam z prawa Bożego, opierać na współistnieniu dwóch nie do pogodzenia rytów oraz na indulcie, na mocy którego jesteście zaledwie tolerowani.
Nie pomoże wam również powoływanie się na wolność religijną, wolność kultu czy synodalną inkluzywność, by wywalczyć sobie skromne miejsce w Panteonie: kto domaga się – na równi ze wszystkimi – prawa do sprawowania własnego kultu, ten już przyznał, że Msza Apostolska jest zaledwie jednym z wielu doświadczeń religijnych, a Prawda – jedną z opinii. Te fałszywe wolności nie chronią Tradycji: są narzędziem, za pomocą którego Prawda – Jedyna Religia – zostaje usunięta nie tylko z życia publicznego, ale nawet ze Świętego Miejsca.
Nie wystarczy odrzucać Soboru w tym, co sprzeciwia się Magisterium – jak to zwykliście powtarzać. Sobór Watykański II był wydarzeniem rewolucyjnym i stanowi permanentną rewolucję: należy go jako taki odrzucić, a nie poprawiać listą korekt. Nikt bowiem nie naprawi za pomocą życzliwej egzegezy tego, co zrodziło się jako celowe zerwanie.
Kardynałowi Burke’owi i bp. Schneiderowi pozwolę sobie powiedzieć, że ich autorytet ma już charakter wyłącznie fasadowy: stali się karykaturą samych siebie ze swoimi kosztownymi mitrami, cappa magna, obroną Soboru i koncelebrami.
Rzym nie tylko milczy i nie ogranicza się do „tolerowania was” w coraz bardziej ciasnych rezerwatach: on chce was reedukować i mówi wam to wprost. Wymaga od was – cieszących się znaczącym autorytetem w środowiskach konserwatywnych – byście stali się „Opozycją Jej Królewskiej Mości”, pełnili rolę gatekeeperów (strażników) i powstrzymywali odpływ katolików coraz bardziej zdezorientowanych waszą uległością wobec najbardziej skandalicznych watykańskich absurdów. Jest już oczywiste, że taka kontrolowana opozycja, zamiast przysłużyć się sprawie rzymskiego katolicyzmu, staje się w rzeczywistości współwinna niszczenia Kościoła.
Oto więc koncyliacyjna deklaracja kard. Burke’a: „Z pewnością obecna sytuacja nie stanowi stanu wyższej konieczności”. Ale jeśli stan wyższej konieczności nie obowiązuje dzisiaj, to po jakim z kolei skandalu i po jakiej niesłychanej herezji znajdziecie w sobie odwagę, by się sprzeciwić? Ile jeszcze gorzkich pigułek jesteście gotowi kazać przełknąć tym, którzy patrzą na was jak na punkt odniesienia moralnego i doktrynalnego? Po Amoris Laetitia, Pachamamie, Deklaracji z Abu Zabi, Traditionis Custodes, Fiducia Supplicans, Mater populi fidelis… i po tym, jak uniemożliwiono wam wyznanie wiary na grobie Księcia Apostołów?
Jak napisałem w Schisma capitale: „Dopóki część katolików (tzw. konserwatyści) będzie uporczywie odmawiać uznania dwubiegunowości «papiestwa soborowego i synodalnego», znajdzie się w przerażającym położeniu świadomego przyzwalania na błąd; w fatalnej sytuacji tych, którzy z dworskim upodobaniem w serwilistycznym posłuszeństwie stwarzają przesłanki do desertio – opuszczenia Boga i wycofania Łaski. To właśnie uznanie błędu go legitymizuje, czyni go nieodwracalnym, rozbraja wszelki opór, a w ostatecznym rozrachunku czyni przestępcą tego, kto stawia heroiczny opór.”
Poprzez waszą ugrzecznioną zgodę i milczenie – byle tylko nie stracić tego, co zostało wam faktycznie wywalczone – przyłączacie się do działania oszustwa (2 Tes 2, 11).
Po wczorajszych nieszporach, dzisiejszym różańcu i procesji do Bazyliki św. Piotra pielgrzymi udali się do Bazyliki Santa Maria Maggiore. To właśnie dzisiaj, w dniu, gdy Kościół obchodzi wspomnienie św. Michała Archanioła, na zakończenie pielgrzymki miała odbyć się uroczysta Pontyfikalna Msza Święta celebrowana przez Jego Ekscelencję ks. bp. Athanasiusa Schneidera O.R.C. Niestety, również i tutaj na organizatorów czekały bolesne ograniczenia.
Mimo że w świątyni zgromadziło się ponad 1000 wiernych, polecenia z góry wymusiły obniżenie rangi liturgii: planowaną celebrację pontyfikalną sprowadzono do formy prałackiej (Missa Praelatitia) według Missale Romanum z 1962 roku, sprawowanej przy ołtarzu głównym. Czas pobytu skrócono do zaledwie jednej godziny, wprowadzając dodatkowo zakaz fotografowania i filmowania. Restrykcje te ograniczyły zewnętrzny blask celebracji, nie zdołały jednak naruszyć jej istoty – przy ołtarzu, pod którym spoczywa św. Pius V, sprawowano Mszę wieków, której ten święty papież nadał nieodwołalną moc.
W kazaniu bp. Schneider wypowiedział mocne słowa o św. Piusie V. Przypomniał, że w bulli Quo primum ten papież upoważnił każdego kapłana do odprawiania tradycyjnej Mszy i że tradycyjny ryt nie może być zakazany. To nie była kurtuazja wobec „decyzji wyższych władz”. To było przypomnienie, że żaden dekret administracyjny nie ma władzy nad tym, co św. Pius V utrwalił na zawsze i co przez wieki było Mszą świętych.
Najnowsze doniesienia z samej Mszy podają, że bp. Schneider modlił się o liturgiczną jedność formy zwyczajnej i nadzwyczajnej oraz o wyzwolenie dawnego rytu:
„O Maryjo, Matko Boża, o Królowo Rzymskiego Tronu, o Królowo Pokoju, przynieś nam gałązkę oliwną z rąk Dzieciątka Jezus, zwiastując nadejście reformy liturgicznej, która zapewni pełne i nieograniczone używanie tradycyjnego rzymskiego rytu, abyśmy mogli po raz kolejny doświadczyć, że Kościół Rzymski jest naszą matką. Amen.”
To nie jest prośba o łaskę. To wezwanie do przywrócenia tego, co nigdy nie przestało być prawem Kościoła. Santa Maria Maggiore – pierwsza wielka bazylika maryjna Zachodu, świadectwo dogmatu Theotokos – stała się miejscem, w którym biskup, w dzień św. Michała, przypomniał, że Msza Wszech Czasów nie podlega zakazom. Święty Michał nie negocjuje. Kościół wojujący nie prosi o zgodę na sprawowanie Przenajświętszej Ofiary, którą św. Pius V zabezpieczył bullą, a którą święci ofiarowali przez stulecia.
Restrykcje mogą obniżyć rangę, skrócić czas i zakazać zdjęć. Nie mogą jednak sprawić, by Quo primum przestało obowiązywać ani by tradycyjny ryt stał się czymś, co wolno dowolnie tłumić.
Stat Crux dum volvitur orbis.
Opracowanie; Redakcja Rzymskiego Katolika na podstawie relacji na Messainlati.it oraz kont uczestników Pielgrzymki na portalu x.com
Dzień 24 października 2026 roku zapisze się czarnymi kartami w historii współczesnego Kościoła. Po raz pierwszy w piętnastoletniej historii Międzynarodowej Pielgrzymki do Progów Apostolskich (Peregrinatio ad Petri Sedem) tradycyjnym wiernym odmówiono w ostatniej chwili procesyjnego wstępu do Bazyliki św. Piotra. Ten akt bezprecedensowej surowości ze strony watykańskiej hierarchii doprowadził do sytuacji, w której tysiące pielgrzymów z całego świata zostało zatrzymanych przed barierami bezpieczeństwa na Placu św. Piotra.
Solenna procesja ku Grobowi Księcia Apostołów
Sobotni poranek rozpoczął się z wielkim zapałem modlitewnym. Po odmówieniu Różańca Świętego przed rzymskim kościołem Świętych Celsusa i Juliana w Banchi, wyruszyła uroczysta procesja pod przewodnictwem Jego Ekscelencji ks. bp. Athanasiusa Schneidera O.R.C., biskupa pomocniczego z Astany
Latin Mass pilgrims are currently walking through the streets in front of the Vatican, in a non-liturgical event
Comes after the Secretariat of State banned the procession from entering St Peter’s Basilica, in a letter delivered this week https://t.co/ZZZvn7Yr3P
Tysiące wiernych, kapłanów i osób konsekrowanych szło ulicami Wiecznego Miasta, niosąc sztandary swoich lokalnych wspólnot (coetus fidelium) oraz flagi 95 państw, w których sprawowana jest klasyczna Msza Święta w rycie rzymskim. Przechodząc przez Most Świętego Anioła i Via della Conciliazione, pielgrzymi śpiewali tradycyjne hymny katolickie, budząc podziw i zaciekawienie rzesz turystów. Wybrzmiało piękne, młode i pełne życia oblicze Kościoła, który nie zamierza wyrzec się swojego dziedzictwa.
Skandaliczne zamknięcie barier: Odmowa w ostatniej chwili
Gdy czoło procesji dotarło do granic Placu św. Piotra, na uczestników czekał wstrząsający widok:kolumna została zatrzymana przed barierami przez służby porządkowe. Wejście do Bazyliki, na które władze watykańskie wyraziły zgodę jeszcze w kwietniu, zostało tuż przed wydarzeniem arbitralnie cofnięte przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej.
Sytuacja ta wywołała ogromne oburzenie. W czasie gdy do wnętrza watykańskiej bazyliki bez przeszkód wpuszczane są najróżniejsze grupy świeckie i środowiska promujące idee obce nauce katolickiej, wiernym synom i córkom Kościoła, którzy przybyli jedynie po to, by modlić się u grobu św. Piotra, zatrzaśnięto drzwi przed nosem.
Wyznanie Wiary przed barierami i Błogosławieństwo Apostolskie
Mimo tak jawnego poniżenia i krzywdy, pielgrzymi nie dali się sprowokować ani nie popadli w rozpacz. Zgromadzeni wokół bp. Athanasiusa Schneidera u wylotu Placu św. Piotra, wznieśli mocny, wspólny śpiew Wyznania Wiary (Credo), dając jasne świadectwo swojej niezłomnej wierności Kościołowi Katolickiemu i Biskupowi Rzymu.
Zaraz po odśpiewaniu Credo, bp Schneider udzielił wszystkim zebranym uroczystego Błogosławieństwa Apostolskiego. Odpowiedzią Tradycji na bezduszność urzędników nie była złość, lecz godność, pokora i potęga modlitwy.
Odpowiedź Tradycji: Pontyfikalna Msza Święta w Bazylice Matki Bożej Większej
Dla wiernych przywiązanych do Mszy wszech czasów ta próba stała się jedynie wezwaniem do wytrwałości w dobrej walce. Liczna obecność tradycyjnych katolików w Rzymie jest najlepszą odpowiedzą, jaką można dać z myślą o przyszłości Kościoła.
Po modlitwie pod barierami pielgrzymi udali się do Bazyliki Papieskiej Santa Maria Maggiore (Matki Bożej Większej), gdzie odprawiona została uroczysta Pontyfikalna Msza Święta. Ludzkie decyzje mogą zamknąć drzwi z drewna i żelaza, ale nie są w stanie zamknąć dostępu do łaski i prawdy Ewangelii.
Pulsate, et aperietur vobis!
Opracowanie: Redakcja „Rzymskiego Katolika”
Źródła:Messainlatina.it,Paix Liturgique,Coetus Internationalis Summorum Pontificum, relacje własne z Rzymu.
Sobotni poranek 24 października stał się kluczowym momentem XV Międzynarodowej Pielgrzymki do Progów Apostolskich (Peregrinatio ad Petri Sedem). Setki wiernych przybyłych do Rzymu z całego świata zgromadziły się przed kościołem Świętych Celsusa i Juliana w Banchi, aby rozważaniem tajemnic Różańca Świętego rozpoczęć modlitewny marsz procesyjny ku Watykanowi.
Gromadzenie się na placu przed historyczną świątynią przy Via del Banco di Santo Spirito miało w tym roku wymiar szczególny. W atmosferze niepewności i narzuconych przez Kurię Rzymską restrykcji, zakazujących tradycyjnym pielgrzymom oficjalnego wejścia do Bazyliki św. Piotra, wierni odpowiedzieli orężem najbardziej katolickim z możliwych — wspólną, głośną modlitwą różańcową.
Poczucie wspólnoty i duchowe przygotowanie
Przed rozpoczęciem procesji przed kościołem wyznaczającym tradycyjny szlak pielgrzymi — prowadzący przez Most Świętego Anioła ku Watykanowi — zgromadził się wielobarwny, międzynarodowy tłum. Byli wśród nich kapłani, osoby konsekrowane, liczne rodziny z dziećmi oraz uderzająco duża reprezentacja młodzieży.
Trzymane w rękach różańce, tradycyjne welony i mantylki kobiet oraz obecność sztandarów i krzyża procesyjnego przypomniały o niezmienności Kościoła w dobie próby. Modlitwa prowadzona w języku łacińskim i językach narodowych stanowiła duchowy fundament przed wyruszeniem w stronę Placu św. Piotra — w stronę dróg, które mimo dekretów i barier pozostają dla tradycyjnych katolików przestrzenią wierności cum Petro et sub Petro.
Świadectwo na ulicach Rzymu
Organizowana przez Coetus Internationalis Summorum Pontificum pielgrzymka po raz kolejny udowadnia, że przywiązanie do klasycznego rytu rzymskiego nie jest ucieczką w przeszłość, lecz żywym wyznaniem wiary. Poranny Różaniec pod kościołem Świętych Celsusa i Juliana stał się manifestacją spokoju, godności i chrześcijańskiej nadziei.
Wbrew próbom zepchnięcia tradycyjnej liturgii na margines życia kościelnego, modlitewne zgromadzenie u wylotu Mostu Świętego Anioła przypomniało mieszkańcom i turystom w Rzymie, czym jest prawowierny, katolicki duch pielgrzymkowy: trwaniem na modlitwie u boku Najświętszej Maryi Panny w intencji Kościoła i Ojca Świętego.
15ª Peregrinatio ad Petri Sedem – 2: il Rosario davanti alla Basilica dei Santi Celso e Giuliano in Banchi #sumpont2026 #MiL #mtl — 🔸Per leggere il post di #Messainlatino CLICCARE QUI 👉🏼: https://t.co/ICF4KGWBwS
Do Wiecznego Miasta przybyła XV Pielgrzymka do Progów Apostolskich (15ª Peregrinatio ad Petri Sedem), gromadząca środowiska tradycjonalistyczne z całego świata, trwające w wiernej łączności z Następcą św. Piotra. Mimo licznych przeszkód, nagłych zmian w programie oraz nieprzyjaznej atmosfery tworzonej wokół wiernych przywiązanych do liturgii wszech czasów, katolicy pokazali, że żywa Wiara nie daje się zastraszyć.
W historycznym sercu Rzymu, w Bazylice Santa Maria ad Martyres (Panteonie), pielgrzymi zgromadzili się, by wziąć udział w tradycyjnym oficjum brewiarzowym. Uroczystym I Nieszporom ku czci św. Rafała Archanioła przewodniczył Jego Ekscelencja ks. bp Athanasius Schneider O.R.C., biskup pomocniczy archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie — jeden z najbardziej niezłomnych obrońców katolickiej ortodoksji i liturgicznej Tradycji naszych czasów.
Panteon wypełniony po brzegi mimo nagłych zmian
Choć godziny nabożeństwa zostały zmienione z bardzo krótkim wyprzedzeniem — co w obecnych okolicznościach stanowiło dodatkowe utrudnienie dla przybyłych pielgrzymów — rzymska Bazylika Santa Maria ad Martyres została wypełniona po brzegi. Tłum młodzieży, rodzin z dziećmi, kapłanów i osób konsekrowanych dał jasne świadectwo, że umiłowanie klasycznej liturgii rzymskiej nie jest marginalnym zjawiskiem, lecz tętniącym życiem fundamentem Kościoła.
Wzniosłą i pełną sacrum oprawę muzyczną zapewniła słynna Insigne Cappella Musicale di Santa Maria ad Martyres, działająca przy rzymskim Panteonie, pod batutą maestro Michele Faustino Lody. Polifoniczne brzmienia i tradycyjny śpiew chorałowy po raz kolejny przypomniały o niedoścignionym pięknie katolickiego dziedzictwa.
Świadectwo wiernych w dobie prób
Zgromadzenie się tak licznej rzeszy wiernych u boku bp. Schneidera miało wymiar szczególny. Święty Rafał Archanioł, którego imię oznacza „Bóg uzdrawia”, jest patronem pielgrzymów, podróżnych oraz orędownikiem w słabościach duchowych i cielesnych. W dobie głębokiego kryzysu i prób ograniczania dostępu do sakramentów i liturgii w dawnej formie, wspólna modlitwa u boku wiernego pasterza stała się źródłem ogromnego pokrzepienia.
Poniżej prezentujemy galerię zdjęć z tego poruszającego wydarzenia oraz materiał wideo ukazujący piękno i podniosłość I Nieszporów w rzymskim Panteonie.
Zobacz materiał wideo z przebiegu uroczystości:
Nagranie z I Nieszporów jest dostępne na kanale YouTube [AdVaticanum].
Opracowanie: Redakcja „Rzymskiego Katolika”
Źródła:Paix Liturgique, AdVaticanum, Blog Messainlatino
Sądne dni nadeszły dla tych, którzy pragną jedynie modlić się tak, jak czyniły to pokolenia naszych ojców. W Rzymie dochodzi do sytuacji bez precedensu: katolicy przywiązani do wiekowej liturgii Kościoła stają się jedyną grupą, dla której progi Bazyliki Księcia Apostołów okazują się niedostępne.
Podczas gdy do serca Rzymu i samej Bazyliki św. Piotra bez przeszkód wpuszczane są najrozmaitsze grupy — ze świeckimi manifestacjami czy zeszłoroczną pielgrzymką środowisk LGBTQ+ na czele, które pod swoimi sztandarami bez trudu znajdują przestrzeń w progach Watykanu — wierni przywiązani do tradycyjnej Mszy Świętej wszech czasów napotykają na zatrzaśnięte drzwi. W tym roku nie tylko odmówiono im sprawowania Najświętszej Ofiary w klasycznym rycie rzymskim (według Missale Romanum z 1962 r.), ale zakazano im nawet zwykłego wejścia w procesji i modlitwy u grobu św. Piotra.
Słowa z Rzymu: Relacja Christiana Marquanta
Christian Marquant, prezes stowarzyszenia Paix Liturgique, od lat oddany obronie tradycyjnej Mszy Świętej, w mocnych i bezpośrednich słowach podsumował obecne położenie wiernych.
Zwracając uwagę na sytuację we Francji, przypomniał, że istnieje tam ponad sto szkół założonych przez rodziny tradycjonalistyczne. Jak zauważył, utworzenie szkoły bywa dziś łatwiejsze niż uzyskanie zgody biskupów na otwarcie zwykłej kaplicy.
Oceniając obecny stan Kościoła, Marquant podkreśla smutny fakt: tradycyjni katolicy są ignorowani przez hierarchię w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pasterze nie wiedzą, kim jesteśmy ani co robimy. Ich wiedza ogranicza się często jedynie do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, a i to w sposób wysoce powierzchowny.
Przytoczone dane mówią same za siebie:
W 1976 roku sondaż instytutu IFOP wykazał, że 50% francuskich katolików uważało, iż Kościół posunął się za daleko z reformami, a około 25% przyznawało rację abp. Lefebvre’owi. Reakcja biskupów? Żadna.
W 2001 roku 25% wiernych pragnęło uczęszczać na tradycyjną liturgię.
Po ogłoszeniu motu proprio Summorum Pontificum sondaże w wielu krajach wskazywały, że około jedna trzecia katolików chciała brać udział w tradycyjnej Mszy Świętej, a przytłaczająca większość nie miała nic przeciwko jej liberalizacji.
Mimo że w ciągu pół wieku liczba praktykujących katolików we Francji spadła z 50% do zaledwie 2% (uczestniczących co tydzień we Mszy Świętej), oficjalny Kościół zdaje się ignorować fakt, że wierni „zagłosowali nogami”. Mimo 700 próśb o nowe Msze we Francji, odpowiedź hierarchii pozostaje skrajnie odmowna.
Papież o „instrumentalizacji” i rzekomych powodach decyzji
Czy próbowano rozmawiać? Christian Marquant wyjawił, że bp Athanasius Schneider podczas grudniowej audienencji przedstawił Papieżowi Leonowi XIV sytuację tradycyjnych wiernych. Odnosząc się do zeszłorocznej Mszy Świętej w Bazylice św. Piotra, Papież miał powiedzieć: „Ta Msza została zinstrumentalizowana”.
O jaką instrumentalizację chodzi? Czy rzymskie dykasterie i sam Papież poczuli się zaniepokojeni dużą frekwencją oraz rozgłosem prasowym, który ujrzał w tej liturgii znak otwarcia? A może — co byłoby interpretacją łagodniejszą, choć trudną do pogodzenia z niedawnymi gestami zamknięcia — chodziło o naciski środowisk modernistycznych wewnątrz Kurii Rzymskiej, krytykujących Ojca Świętego za ustępstwa?
Skutek jest jednak jeden: w tym roku odmówiono nie tylko odprawienia Najświętszej Ofiary, ale zabroniono rzymskim pielgrzymom samego przekroczenia progu Bazyliki św. Piotra. I to bez podania jakiegokolwiek wiarygodnego powodu.
Jak zauważa Marquant, dygnitarze kościelni unikają konfrontacji. Prezes Paix Liturgique ponad dziesięć razy prosił o spotkanie z kard. Roche’em — bezskutecznie. „Chciałem po prostu się przywitać, tak jak robiłem to z jego poprzednikami, porozmawiać przy kawie” — wspomina. Odpowiedzią była głucha cisza. Władze wydają się bać tradycyjnych wiernych i młodych kapłanów, którzy nie rozumieją irracjonalnych zakazów zabraniających modlitwy w sposób, w jaki modliły się wszystkie pokolenia naszych przodków.
Napięcie przed procesją: doniesienia z Watykanu
Sytuację opisuje również watykanistka Franca Giansoldati na łamach Il Messaggero. Coroczna pielgrzymka katolików tradycyjnych, organizowana już po raz piętnasty, stanęła w obliczu bezprecedensowego dyktatu ze strony Sekretariatu Stanu, który wydał bezwzględny zakaz wstępu na teren Watykanu.
Decyzja ta wywołała ogromny szok i konsternację, zwłaszcza że jeszcze trzy miesiące wcześniej ówczesny archiprezbiter Bazyliki, kard. Mauro Gambetti, oficjalnie zezwolił na krótką celebrację przy jednym z bocznych ołtarzy.
Organizatorzy, zgromadzeni na konferencji w Papieskim Instytucie Patrystycznym Augustinianum, podkreślali swój głęboki żal i osłupienie. Planowana procesja z kościoła Świętych Celsa i Juliana w Banchi w kierunku Placu św. Piotra stawia pytanie o postępowanie Żandarmerii Watykańskiej na granicy państwa.
„Nie jesteśmy ekskomunikowani. Jesteśmy cum Petro et sub Petro”
Wierni zgromadzeni na pielgrzymce z całą mocą podkreślają różnicę między sobą a grupami odłączonymi. Pragną trwać w pełnej łączności ze Stolicą Apostolską i nie mają nic wspólnego z aktami samowoli czy sakrami bez mandatu papieskiego.
„Nie jesteśmy ekskomunikowani. Jesteśmy cum Petro et sub Petro (z Piotrem i pod Piotrem)” — powtarzają, stawiając fundamentalne pytanie natury eklezjalnej: Dlaczego zabrania się wstępu do Bazyliki św. Piotra katolikom, którzy pragną jedynie modlić się u grobu Księcia Apostołów w duchu wierności Kościołowi?
Gorzka konkluzja: Kościół otwarty dla wszystkich oprócz Tradycji
Dożywamy czasów, w których do serca Kościoła i do samej Bazyliki Watykańskiej drzwi stoją otworem dla każdego formatu ideologicznego. Śmiało wkraczają tam grupy promujące agendy wprost sprzeczne z nauką katolicką, w tym wspomniane środowiska LGBT, dla których miejsce na modlitwę i manifestację zawsze się znajdzie.
Jedyną grupą, która spotyka się z bezkompromisową surowością, są ci, którzy klękają przed Przenajświętszym Sakramentem i pragną zachować bezcenny skarbiec Wiary i Liturgii.
Mimo tych trudności i jawnych przeciwności, świeccy i kapłani przywiązani do Tradycji nie zamierzają dać się zastraszyć. Kościół walczący (Ecclesia militans) od zarania dziejów znosił próby i prześladowania. Zostaje nam wytrwałość, modlitwa i pukanie do drzwi, które dziś pozostają zamknięte: Pulsate, et aperietur vobis — Pukajcie, a będzie wam otworzone.
Opracowanie: Redakcja „Rzymskiego Katolika”
Źródła:
Paix Liturgique — relacja z wystąpienia Christiana Marquanta na temat sytuacji wiernych tradycyjnych oraz przebiegu audienencji bp. Athanasiusa Schneidera u Papieża Leona XIV (Christian Marquant: il Papa ci ha negato San Pietro ritenendo che l’anno scorso l’accesso sia stato instrumentalizzato, 23 października 2026 r.).
Il Messaggero / Franca Giansoldati — doniesienia watykanistki dotyczące zakazu wstępu dla tradycyjnej pielgrzymki do Bazyliki św. Piotra wydanego przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej (Vaticano, vietato l’ingresso nella Basilica di San Pietro ai tradizionalisti della Messa in latino: tensione per la processione di domani, 23 października 2026 r.).
W czasach, gdy pojęcie rodziny i samego człowieczeństwa poddawane jest próbie głębokiego redefiniowania, a zamęt pojęciowy wkrada się w najświętsze obszary naszego życia, potrzeba nam głosów paserzy opartych na niewzruszonym fundamencie Ewangelii i Tradycji Kościoła.
Z wielką radością oddajemy w Państwa ręce niezwykle głęboki, dojrzały i poruszający komentarz bp. Erika Vardena OCSO — biskupa Trondheim i cenionego teologa z zakonu trapistów. Przemyślenia te zrodziły się podczas rzymskiego spotkania przewodniczących episkopatów, zwołanego przez papieża z okazji 10. rocznicy ogłoszenia adhortacji apostolskiej Amoris Laetitia.
Bp Varden z właściwą duchowości monastycznej mądrością oraz wielką kulturą słowa nie ucieka od trudnych diagnoz współczesności. Bez zbędnego sentymentalizmu wskazuje na błędy technokratycznego i konsumpcyjnego myślenia o człowieku, przypominając, że prawdziwym lekarstwem na kryzys jest powrót do Chrystusa — Chrystusa, który jest nie tylko naszym Zbawicielem, ale i Pierwowzorem, na którego obraz zostaliśmy stworzeni.
To lektura obowiązkowa dla każdego, kto szuka duchowego oparcia, pragnie głębszego zrozumienia sakramentu małżeństwa i szuka prawdy wypowiadanej z miłością, pokojem oraz niezachwianą nadzieją.
Zapraszamy do wnikliwej lektury.
Laetitiae Amor
W tegoroczną uroczystość św. Józefa papież Leon XIV ogłosił wolę zwołania do Rzymu wszystkich przewodniczących konferencji episkopatów świata, aby omówić wpływ adhortacji Amoris Laetitia dziesięć lat po jej ogłoszeniu.
Ojciec Święty poprosił nas o rozważenie, w jaki sposób moglibyśmy skuteczniej głosić Ewangelię rodzinom.
Tygodniowe spotkanie zakończyło się wczoraj. Raport zostanie opublikowany, gdy Ojciec Święty powróci do zdrowia po chorobie — o którego szybki i pełny powrót do zdrowia się modlimy — jednak papież Leon XIV poprosił uczestników, aby bez zbędnej zwłoki podzielili się swoimi doświadczeniami ze spotkania ze swoimi konferencjami episkopatu i diecezjami.
Obrady przebiegały według schematu opartego na pięciu głównych tematach. Każdy z nich stanowił materiał do całodniowej wymiany myśli. Poniżej przedstawiam moje osobiste refleksje na ich temat.
Refleksje te nie stanowią głosu całego zgromadzenia, którego bogactwo pracy wszyscy poznają w odpowiednim czasie. Są one jedynie wkładem pojedynczego głosu — „drugiej altówki” w tej wielkiej, dobrze skomponowanej orkiestrze.
Dzisiejsze rodziny
Życie rodzinne jest dziś poddawane presji z najróżniejszych powodów — socjologicznych, finansowych i kulturowych. Dobrze zdajemy sobie z nich sprawę i wszystkie zasługują na uwagę.
Najbardziej uporczywy nacisk sięga jednak głębiej. W niezwykle krótkim czasie straciliśmy nasze zbiorowe poczucie człowieczeństwa. Z wyjątkiem zamkniętych grup interesu trudno dziś znaleźć wspólny język na określenie tego, kim jest istota ludzka. Nie zgadzamy się już co do tego, co czyni kobietę, mężczyznę czy dziecko.
Techno-transhumaniści kreślą wizję przyszłości, w której człowiek prawdopodobnie zostanie w tyle za „postępem”, o ile jego natura nie zostanie „ulepszona”. Odrzuciwszy myśl o odkupieniu, pokładamy teraz nadzieję w aktualizacjach. Za pewnik przyjmujemy, że dzisiejsze zasady nie będą miały zastosowania jutro. W rezultacie pojęcie trwałego zobowiązania jakiegokolwiek rodzaju wydaje się wręcz absurdalne.
Sojusze i przymierza w polityce czy handlu ustępują miejsca zwykłym transakcjom. To samo dotyczy relacji międzyludzkich, coraz częściej postrzeganych jako pragmatyczne układy: pozostaję z czymś lub z kimś tak długo, jak długo czerpię z tego korzyść lub przyjemność. A potem idę dalej.
W takim otoczeniu rodzina, jako podstawowa komórka społeczeństwa, nieuchronnie ulega rozkładowi. Przestaje być rzeczą oczywistą, że rodziny powinny stanowić stabilne wspólnoty zbudowane na całożyciowym związku jednej kobiety i jednego mężczyzny w nadziei na zrodzenie dzieci.
Kobieta i mężczyzna wciąż mogą się ze sobą połączyć — w końcu to wolny świat; ale taki związek nie jest postrzegany jako kategorycznie odmienny od związku dwóch kobiet, dwóch mężczyzn czy dwóch osób uważających swoją płeć za płynną. Zresztą, dlaczego ograniczać tę komórkę do dwóch osób? Coraz głośniejsze stają się żądania prawnego uznania poliamorii.
Znajdujemy się w stanie metafizycznego zaćmienia.
Wiara w Boga jako łaskawego Stwórcę w dużej mierze zanikła. Nie wierzymy już, że zostaliśmy powołani do istnienia z miłości. Jakże więc możemy zachować poczucie własnego życia jako daru, który z kolei możemy ofiarować, a nawet poświęcić drugiemu człowiekowi? Nasze czasy to epoka desakralizacji wynikająca z dosłownego braku nadziei — z odrzucenia samej możliwości „nadziei”.
Dostrzegam te zjawiska w moim otoczeniu społecznym, w korespondencji, w rozmowach i w konfesjonale.
Zauważam jednak także nurt przeciwny. Spotykam wielu młodych i nieco starszych ludzi, którzy są zmęczeni tym, co ulotne. Nie zgadzają się na odrzucenie „nadziei”. Mają odwagę myśleć, że może istnieć coś takiego jak „prawda”, na której mogliby zbudować swoje życie.
Pielęgnując i wspierając takich ludzi, pomagając im się rozwijać, możemy doprowadzić do odnowy kultury rodzinnej. Wszak każdy pragnie szczęścia. A wielu ludzi szczęśliwych nie jest — co do tego socjolodzy są zgodni. Widok kwitnącej rodziny sprawi, że inni również zapragną rozwijać się i kwitnąć.
Rozwijanie się i pomyślność nie oznaczają jednak nieustannego uniesienia ze szczęścia.
Ludzkie życie jest trudne, niezależnie od stanu. Widzę, że większość ludzi trzeźwo to ocenia. W efekcie bywają nieco zmęczeni pełnym dobrych intencji, lecz powtarzalnym słownictwem o „towarzyszeniu”, „byciu w drodze” czy „byciu wysłuchanym”. Oczywiście pragną spotkać się z uwagą i szacunkiem, ale oczekują kierunku, wskazania celu i nauczenia ich, jak dobrze żyć.
Bóg stał się człowiekiem właśnie w tym celu: aby pokazać nam, czym jest życie i dokąd zmierza, aby nauczyć nas poprzez rady i przykazania, jak prowadzić dobre, owocne życie. Kiedy Chrystus spotkał Samarytankę przy studni, nie powiedział: „Usiądźmy teraz i opowiedz mi o wszystkim”. On powiedział jej „wszystko, co uczyniła” (por. J 4, 29).
To właśnie pozwoliło jej rozpoczęć nowe życie.
Musimy pozwolić Chrystusowi, by powiedział nam, kim jesteśmy, wskazał nasze błędne drogi, przekonał nas o naszych winach i skierował do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni.
Chrystus jest naszym Zbawicielem, ale to nie wszystko. Jest także Obrazem, na który zostaliśmy stworzeni, Pierwowzorem, który objawia nas nam samym. Będziemy duszpastersko skuteczni w takim stopniu, w jakim pozostaniemy Mu posłuszni z miłością. Być może stanie przed nami szansa na ponowne nasycenie społeczeństwa nadzieją.
Młodzi ludzie i odkrywanie małżeństwa
Badanie opublikowane kilka lat temu przez American College of Pediatricians wykazało, że 54% nastolatków miało kontakt z pornografią przed ukończeniem 13. roku życia, a 15% przed ukończeniem 11. roku życia. Liczby te od tamtego czasu z pewnością wzrosły. Korzystanie z pornografii stało się powszechne wśród młodych dorosłych, kobiet i mężczyzn na całym świecie. Ma to ogromny wpływ na sposób, w jaki młodzi ludzie wchodzą w relacje uczuciowe.
Gdy od dzieciństwa jest się nawiedzanym przez świat pożądliwości, w którym seks jest towarem konsumpcyjnym, obiekt pożądania jest stale wymienny (choć zawsze fizycznie idealny), w którym brakuje romantyzmu i nie ma żadnych zasad — wejście w trwałą, wierną relację z konkretnym, omylnym i potrzebującym człowiekiem, którego odmienności nie da się zignorować, staje się ogromnym, wręcz nieprzekraczalnym krokiem.
Świat pornografii ma charakter transgresyjny. Podsuwa granice tylko po to, by kusić konsumentów do ich przekraczania, roztaczając wizję zmiennej i nieograniczonej władzy. Klasyczny paradygmat „chłopiec poznaje dziewczynę” dawno odszedł do lamusa. Homoerotyzm, który jeszcze nie tak dawno wiązano z pojęciem „orientacji” seksualnej, jest dziś opcją dostępną dla wszystkich, wpisaną w nurt kulturowej rozrywki. Trendy płynności płciowej ujawniają fantazje zrodzone — często z wewnętrznego lęku — na rynku nieokiełznanego erosu, gdzie chwilowe pragnienie staje się bogiem, a obiektywna rzeczywistość ustępuje formom narzucanym i wywoływanym przez subiektywną wyobraźnię.
Ubolewamy nad pokusami tego, co wirtualne i nierealne, ale to nie wystarcza. Musimy wyciągnąć przyjazną dłoń do młodych mężczyzn i kobiet uwikłanych w te zniewalające formy nierzeczywistości, wyciągnąć ich z tego bagna i pozwolić im na nowo odkryć świat takim, jaki jest. Aby to zrobić, musimy być w stanie pokazać, że ten prawdziwy świat jest lepszy, ciekawszy i zdolny dać prawdziwe szczęście.
Trzy lata temu opublikowałem książkę zatytułowaną Czystość. Zostałem wtedy wyśmiany przez niektórych ludzi — głównie starszych Europejczyków — którzy zapewniali mnie, że jest to temat, który nikogo nie interesuje.
Zaskoczyło mnie jednak, gdy w kolejnych krajach przemawiałem do tłumów składających się w dużej mierze z młodych ludzi pragnących usłyszeć, czym jest ta niemal zapomniana i kłopotliwa cnota. Młodzi ludzie, daleko od ulegania erotyzowanym substytutom relacji, są nimi po prostu zmęczeni. Szukają przyjaźni i stabilnej miłości. Nie twierdzę, że stanowią oni główny nurt, ale jest ich na tyle dużo, by świadczyło to o wyraźnym trendzie.
Aby pomóc młodym dostrzec wartość małżeństwa, musimy wyjść naprzestawić się temu trendowi — najpierw pomagając młodym kobietom i mężczyznom odnaleźć pokój z samymi sobą. W jednym z głównych tekstów św. Pawła o małżeństwie, w Liście do Efezjan, przyrównuje on małżonków do ciała, po czym zauważa: „Przecież nikt nigdy nie miał w nienawiści własnego ciała” (Ef 5, 29).
Problem polega na tym, że dziś wielu ludzi ma w nienawiści własne ciało i czuje się od niego obco. W laickim ujęciu ciało to worek ścięgien, który można dowolnie przekształcać. Niezwykłe, wyzwalające przesłanie chrześcijańskie głosi, że ja jestem swoim ciałem, a moje ciało, nie mniej niż moja dusza, zostało stworzone na obraz Boży i zasługuje na szacunek.
Jeśli chcemy przygotować młodych do małżeństwa, musimy najpierw pomóc im odnaleźć ich cielesną tożsamość jako kobiet i mężczyzn. Zanim spróbujemy pomóc innym, musimy sami zrealizować tę pracę w sobie.
Uczące pokory może być odkrycie, nawet w dojrzałym wieku, że w tej kwestii wciąż mamy jeszcze długą drogę do przebycia.
Jaki język pomaga młodym ludziom rozwijać się uczuciowo?
Język prawdy, który nazywa rzeczy po imieniu spokojnie, bez przemocy, nigdy nie wątpiąc w Boże miłosierdzie. Jest to język, który szanuje rany, ale nie idealizuje postawy ofiary. Wynika on z wiary w wolę Jezusa, by nas zbawić.
Małżeństwo objawia zbawienie. Aby być do niego zdatnym, trzeba najpierw dostrzec w sobie kogoś, kogo warto i można zbawić.
Pierwsze lata życia małżeńskiego
Pewne małżeństwo, które znam, opowiedziało mi o decyzji, jaką podjęli, gdy zobaczyli, że ich narzeczeństwo staje się poważne. Wyjechali razem na długi weekend do domku w lesie. W tym czasie opowiedzieli sobie nawzajem całe swoje życie. Oboje chcieli, aby ta druga osoba poznała całą ich historię — z jej blaskami i cieniami, sukcesami i porażkami. Skoro mieli powierzyć sobie swoją przyszłość, chcieli mieć pewność, że w przyszłości nie pojawią się przeszkody wynikające z przemilczanej przeszłości.
Taki krok wymaga odwagi i mądrości. Istotą miłości jest wiedzieć, że mogę być sobą, bez maski, a mimo to być kochanym. Bóg kocha nas właśnie w ten sposób. Uczyć się kochać tak jak On, to czynić podobnie. Małżeństwo będzie się rozwijać, jeśli obie strony potrafią powierzyć swoje intymne „ja” drugiemu.
Na początku obrzędu małżeństwa kapłan pyta: „Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?”. Wolność, od której zależy ważność sakramentu, wymaga, aby małżonkowie wiedzieli, z kim się łączą. Wiele wyzwań pojawiających się w pierwszych latach małżeństwa można uniknąć poprzez dążenie do szczerej przejrzystości jeszcze przed przypieczętowaniem przymierza.
Małżonkowie sami są szafarzami sakramentu. Zawierają go jednak w Kościele, przed krzyżem. Odpowiedzieć „tak” na pytanie: „Czy chcesz kochać i szanować współmałżonka przez wszystkie dni swojego życia oraz przyjąć z miłością potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, oznacza zgodę na udział w krzyżu. Każda miłość małżeńska i rodzicielska wiąże się z cierpieniem. Ona przebije serce. Będzie wymagać wylania własnego życia, aby inni mogli żyć.
Świadome przyjęcie tej rzeczywistości od samego początku, ze zgodą na udział w dającym życie krzyżu Chrystusa, da małżonkom siłę do dźwigania brzemion, sprawiając, że nawet ciężkie sprawy staną się lekkie. Horyzontalna relacja między mężem a żoną, rodzicami a dziećmi, będzie podtrzymywana przez pewną, niezawodną oś wertykalną.
Bardzo lubię obrzęd dozwolony w rytie rzymskim, gdy kapłan, po przyjęciu przysięgi małżeńskiej, owija złączone dłonie małżonków swoją stułą i mówi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.
Za każdym razem, gdy kapłan nakłada stułę, odmawia piękną modlitwę: „Przywróć mi, Panie, szatę nieśmiertelności, którą straciłem przez upadek pierwszych rodziców”.
Przymierze małżeńskie pozwala nam dostrzec chwałę, która spoczywała na Adamie i Ewie przed upadkiem. W niektórych rytach wschodnich małżonkowie są koronowani na znak odzyskanej królewskiej godności dziecięctwa Bożego.
W naszym hiper-laickim klimacie, który sentymentalizuje małżeństwo i prezentuje konsumpcyjne podejście do dzieci — traktowanych jak towary zamawiane na dogodny moment, najlepiej według określonej specyfikacji — ta nadprzyrodzona perspektywa jest niezwykle pomocna. Przypomina o tym, że w małżeństwie nie chodzi tylko o kobietę i mężczyznę. Włącza ono ich oboje w żywą wspólnotę z Bogiem; co więcej, czyni z nich żywą ikonę świętego Kościoła Bożego.
Świadomość, że Chrystus jest istotowo obecny w ich związku, inspiruje ich do żmudnej pracy nad zastąpieniem pierwszej osoby liczby pojedynczej pierwszą osobą liczby mnogiej — by nie mówić już „ja chcę”, ale „my chcemy”; nie „ja mam”, ale „my mamy”. Może im to pomóc w dojrzałym przeżywaniu surowej siły i głębokiej wrażliwości sfery seksualnej, w dobrym zintegrowaniu jej wymiaru jednoczącego i prokreacyjnego. Przygotuje ich do przyjmowania dzieci z szacunkiem jako łaskawych darów Boga.
Małżeństwo potrzebuje oparcia we wspólnocie. Fałszywe jest traktowanie pary jako samowystarczalnej i oczekiwanie, że sama wytworzy wszystkie swoje zasoby i poczucie spełnienia: takie podejście przenosi jedynie laicki indywidualizm na jednostkę zbiorową, która chwieje się pod tym ciężarem.
W tym miejscu ujawnia się rola wspólnoty katolickiej i parafii, powołanych do świadczenia troski, praktycznej pomocy, życzliwego humoru i współczującej rady, które dawniej mogły zaoferować wielopokoleniowe rodziny, dziś w dużej mierze nieistniejące.
Rodziny w trudnych sytuacjach
Mówimy o „radości i pięknie” małżeństwa. Mamy rację, tak czyniąc. Cechy te stanowią pewien ideał. Powinniśmy jednak zachować ostrożność i unikać banałów.
Wystarczy przeczytać Annę Kareninę lub obejrzeć Sceny z życia małżeńskiego Bergmana, aby zobaczyć, że małżonkowie mogą zgotować sobie nawzajem piekło na ziemi. O tym również trzeba pamiętać.
Przed obłóczynami zakonnymi postulant często czyta fragment z Księgi Mądrości Syracha: „Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie” (Syr 2, 1). Narzeczeni mogliby zrobić to samo. Próby nadejdą.
Papież Franciszek napisał adhortację Evangelii gaudium („Radość Ewangelii”), ale o małżeństwie użył sformułowania Amoris laetitia. To ciekawa różnica znaczeniowa.
Podstawowe znaczenie łacińskiego rdzenia laet-, od którego pochodzą słowa laetus i laetare, to „szczęście”. Jednak już w łacinie klasycznej rdzeń ten miał znaczenie agro-ekologiczne, wskazujące na „bujność/rozkwit” roślin i „żyzność” gleby. Ma to głęboki sens. „Szczęśliwa” roślinność rośnie w glebie, która została uprawiona, by stać się pożywną. Dlatego rdzeń laet- dał również początek rzeczownikowi laetamen — „nawóz”. W starożytności nawóz był równoznaczny z obornikiem, który śmierdzi. Laetitia (szczęście/radość) miłości wymaga terenu oczyszczonego z kamieni, dobrze zaoranego i odpowiednio nawożonego.
Wskazanie na to nie oznacza odbierania małżeństwu i rodzinie radości; oznacza to nacisk na fakt, że ta radość zrodzi się z trudu — i że praca ta jest ciężka, często wydająca się bezowocna.
Stan zakonny i małżeński zakładają się nawzajem i stanowią dla siebie lustrzane odbicie. Wierzę i dostrzegam, że rodziny mogą czerpać z mądrości i doświadczenia życia zakonnego.
Zakonnicy żyją według reguły, która chroni przymierze wspólnego życia, czyniąc jego cel i sens jasnym. Gdy mąż i żona uzgodnią ostateczny cel swojej rodziny, będą lepiej prepared do pokonywania przeszkód, niż gdyby nie sformułowali swojego związku jako zadania.
Jest tak zwłaszcza wtedy, gdy ich wspólny cel ma charakter transcendentny. Wtedy pozwolą Bogu działać w sobie. Będą postrzegać trudności jako okazje do nawrócenia, do wyjścia z ciasnej celi własnego „ja”.
Mnisi i mniszki realistycznie podchodzą do walk, które wiążą się z ich powołaniem. Pierwsza literatura monastyczna, Apophthegmata Patrum (Apoftegmaty Ojców Pustyni), podejmuje standardowe zmagania bez ogródek. Pozwalają one zakonnikom szukać sposobów rozwiązywania konkretnych problemów pod rzeczowymi hasłami, takimi jak: „Ubóstwo/Wyrzeczenie”, „Cierpliwość”, „Pożądliwość”, „Wyrozumiałość”.
Praktyczna przydatność tych rad po 1500 latach wciąż zdumiewa.
Wiele można by zyskać, jak sądzę, przygotowując zwięzły, oparty na doświadczeniu i wierze zbiór apoftegmatów dla rodzin, pokazujący, jak w uzdrawiającym świetle przykazań Chrystusa i Jego skutecznej łaski można konstruktywnie radzić sobie z próbami.
Kiedy jest ciężko, nasza perspektywa się zwęża. Widzimy tylko nasz obecny ból, a nie drogę, która może się za nim rozciągać.
Głównym zadaniem duszpasterskim w takich sytuacjach jest przypomnienie szerszego obrazu, pozwolenie cierpiącym na odkrycie potencjalnie twórczego sensu ich kłopotów, co może posłużyć osłabieniu egoizmu i oczyszczeniu miłości. Małżeństwo, nie mniej niż życie zakonne, jest szkołą nawrócenia.
Jeśli chodzi o relacje „nieregularne”, dostrzegam, że nasze wspólnoty katolickie zazwyczaj przyjmują je dojrzałe i dobrze. Dla osób w takich sytuacjach wyzwalające może być przebywanie w środowisku, w którym ich „nieregularność” jest uznana, a nie relatywizowana, a mimo to są oni przyjmowani z chrześcijańską przyjaźnią i mogą wnosić swój wkład we wspólnotę.
Myślę tu o przykładzie wielu wiernych ludzi, których znam, a którzy niedziela po niedzieli podchodzą po błogosławieństwo w czasie Komunii Świętej, wiedząc, że nie mogą przystąpić do sakramentu, a jednak powierzając się Bożemu miłosierdziu działającemu w Kościele.
Ich przykład wierności przyczynia się do budowania wspólnoty chrześcijańskiej. Świadczy o żywym realizmie sakramentu i o cnocie nadziei. Trwające w czasie „wygnanie sakramentalne” może przygotować radosny powrót do domu.
Chrystus dał nam swoje wymagające przykazania, aby nas wychować i wyzwolić z samych siebie, „abyśmy już nie żyli dla siebie, ale dla Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał” (IV Modlitwa Eucharystyczna). Jego intencją jest doprowadzenie nas do wzrostu ku nowemu, przebóstwionemu życiu.
To życie musi być zawsze celem, który proponujemy ludziom, a nie tylko zwykła ludzka akceptacja — choć każdego z nas po trosze również potrzebuje.
Rodziny jako podmiot misji
Co odróżnia światopogląd chrześcijanina od światopoglądu laickiego?
Przekonanie, że poprzez wszystkie zmienności historii, wszystkie zmiany dokonane przez ewolucję natury i pomysłowość człowieka, wierność Boga wobec ludzkości, stworzonej na Jego obraz, jest bezwzględna. Cokolwiek by się nie działo, miłość Boga, definitywnie objawiona w Jezusie Chrystusie, jest pewna. Jest skałą, na której można zbudować życie i społeczeństwo. Mogą nadejść burze, winds mogą dąć i uderzać, ale ten fundament trwa.
Pierwszą misją rodziny jest świadczenie o tej stabilnej miłości. Dlatego nierozerwalność małżeństwa należy postrzegać jako dar i wysokie zadanie, jako dowód zaufania ze strony Boga (por. AL 62). Obiecując sobie wierność aż do śmierci, mąż i żona urzeczywistniają w historii realność Bożej miłości.
Ludzka natura, zraniona przez grzech, naznaczona jest egoizmem i rozwiązałością: szukamy własnej korzyści i nie mamy nic przeciwko podążaniu w wielu kierunkach naraz. Możemy w ten sposób zaznać kilku dreszczyków emocji; ale raczej nie znajdziemy spokojnego spełnienia. Wciąż tęsknimy za jedyną, definiującą miłością: dowodem na to są popularne piosenki każdej epoki, także w naszych, na ogół bezbożnych czasach.
Rodzina jest zatem misyjna przede wszystkim przez swoją wierność. Właśnie teraz, gdy wokół nas rozpada się tak wiele tradycyjnych struktur więzi społecznych, ta misja jest niezmiernie ważna.
Drugą formą misji rodziny jest gościnność. Tak jak klasztor „nigdy nie jest pozbawiony gości” (Reguła św. Benedykta, rozdz. 53) — nie ma być samowystarczalnym klubem wyłącznie dla członków — tak chrześcijańska rodzina zaprasza innych do środka. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25, 35). Poprzez mądre, odpowiedzialne zaangażowanie w ten ideał, sama spójność rodziny może zostać wzmocniona w duchu służby i życzliwości.
Czasami pojawia się pytanie: w jaki sposób rodziny mogą przyczynić się do formacji kapłanów? Nie przede wszystkim poprzez masowe przybywanie do seminarium z prezentacjami multimedialnymi o życiu rodzinnym, ale poprzez zapraszanie kleryków, kapłanów (a kto wie, może nawet biskupów?) do swojego życia. Żyjący w celibacie kapłan, wierny swojemu powołaniu, przypomina rodzinie o jej wymiarze nadprzyrodzonym; rodzina przypomina kapłanowi, że jego celibat służy owocności. Następuje obopólna, radosna korzyść.
Świadectwo owocności jest dziś bardzo potrzebne. Wskaźniki urodzeń na całym świecie gwałtownie spadają. Nasz gatunek nie odtwarza się. Trzydzieści lat temu socjolodzy martwili się przeludnieniem, wylewając pomyje na katolickie nauczanie o regulacji urodzin. Dziś widzimy, że przeważa odwrotna tendencja. Pewna siebie wola przekazywania życia szybko słabnie na każdym kontynencie.
Katolickie planowanie rodziny musi się dziś skupić na umożliwieniu rodzinom mówienia „tak” dzieciom. Wymaga to practical środków: przystępnych cenowo mieszkań, opieki nad dziećmi i szkół — misja ta ma wymiar polityczny. Ale przede wszystkim dotyka nawrócenia serc.
Pragnienie założenia owocnej rodziny jest dziś wyrazem kontrkultury, czymś porównywalnym do bycia punkowcem w burzliwych latach 70. Kościół jest powołany do wspierania tej zdrowej rewolucji, umożliwiając młodym wybór i zaangażowanie na rzecz życia.
Oczywiście każda próba mówienia o rodzinie jako podmiocie misyjnym napotyka na pewien egzegetyczny dylemat.
Stosunek Chrystusa do rodziny bywa wymagający. Powołuje On Jakuba i Jana, wyrywając ich z więzów rodzinnych i zostawiając biednego, zdezorientowanego Zebedeusza w łodzi (Mk 1, 19-20). Uzdrowienie teściowej Piotra każe nam pytać, co stało się z żoną Piotra, gdy Kefa został powołany (Mk 1, 30-31)? Drżymy na słowa: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37).
Sformułowania te nie pomniejszają wartości rodziny; nawołują nas jednak do rozważenia rodziny w świetle radykalnego uczniostwa.
„Szukajcie najpierw Królestwa Niebieskiego!” (Mt 6, 33).
Zasada ta odnosi się również do rodzin. Gdy jest realizowana, rodzina może w sposób mistyczny, ale wiarygodny, objawiać to Królestwo.
W dniu następującym po zgromadzeniu w Rzymie, gdy my, którzy mieliśmy błogosławieństwo w nim uczestniczyć, spoglądamy na nie z wdzięcznością, Kościół — jak zrządziła Opatrzność — obchodzi wspomnienie tej niezrównanej Doktor Kościoła, św. Teresy z Ávila. Dzisiejsza Liturgia Godzin (Godzina Czytań) daje nam fragment z jej Księgi życia, który zaczyna się tak:
„Tylko ten, w kim Jezus Chrystus mieszka jako przyjaciel i szlachetny przewodnik, może znieść wszystko. Chrystus nam pomaga, umacnia nas i nigdy nie opuszcza. Jest prawdziwym przyjacielem. I wyraźnie widzę, że jeśli chcemy Mu się przypodobać i otrzymać obfitość Jego łask, Bóg pragnie, aby łaski te przychodziły do nas z rąk Chrystusa, przez Jego Najświętsze Człowieczeństwo, w którym Bóg ma upodobanie”.
To wspaniała perspektywa, w której można rozważać łaski i wyzwania życia rodzinnego. W kolekcie na dzisiejszą uroczystość modlimy się: „Rozpal w nas pragnienie prawdziwej świętości.” Amen!
Ale czy takie powołanie nie jest zbyt wysokie dla nas, zwykłych, ubogich ludzi?
Nie, jeśli pozwolimy Bogu dokonać w nas Jego odkupienia i jeśli będziemy pamiętać o głębokim znaczeniu zwykłych, codziennych aktów wierności, które urzeczywistniają i odnawiają postanowienie — dane raz na zawsze — by kochać wiernie.
Redakcja Rzymskiego Katolikanie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katoliknie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
Jego Świątobliwość papież Leon XIV
____________________
Codziennie modlimy się Psalmami, tak jak polecił szukającym Boga święty Benedykt. Żeby było łatwiej iść w tej drodze, włączamy sobie w internecie transmisję audio modlitwy chórowej benedyktynów z Le Barroux (Francja): oficjum po łacinie, chorałowe, z Benedyktowym układem Psalmów i tradycyjnym kalendarzem: