_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontrowersje teologiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontrowersje teologiczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

„Projekt Kasper” i atak przeciwko Boskiemu ustanowieniu Kościoła


x. Stefano Carusi
Pomiędzy pojęciem małżeństwa a pojęciem Kościoła znajduje się głęboką więź, jasno ustanowiona przez Pismo Święte. Dlatego uważnie badając „tezy Kasper” można odkryć, iż nie posiadają one tylko wymiaru destrukturyzacji moralności, ale niosą ze sobą także odmienny aspekt (do tej pory jeszcze nie wystarczająco wyklarowany), który doprowadza w sposób mniej lub bardziej pośredni do wypaczenia samego pojęcia Kościoła Katolickiego. Nie jest bez znaczenia fakt, że Walter Kasper jest eklezjologiem [1].

Małżeństwo jest przede wszystkim instytucją prawa naturalnego, wyraźnie chcianym „od początku” przez Stworzyciela i – tak jak całe prawo naturalne – wpisanym na zawsze do ludzkich serc. Już to wystarcza, aby ustanowić świętą na zawsze więź rodzinną między mężczyzną i kobietą w celu posiadania potomstwa. Ta „naturalna świętość” wynikająca z godności należnej prawu wiecznemu jest nie dostępna tylko dla rozumu, ale zawarta jest również w Dekalogu, zaś Święty Paweł wykorzystuje ją jako pierwowzór, by nauczać nas o nadprzyrodzonej wspólnocie chcianej przez Chrystusa.

Bardzo ważna bitwa o rodzinę i małżeństwo - będąca w toku na Synodzie, i której dalszy ciąg jest już oczywisty - niesie więc ze sobą obronę „prawa naturalnego” oraz zakłada inny aspekt ściśle z tą bitwą związany: chodzi o obronę dogmatu Boskiego ustanowienia Kościoła, który jest wiecznym celem ataku modernistów. Nie jest to przypadek, iż w dzisiejszych dniach jest rozpowszechniona wiadomość o propozycjach synodalnych na temat rozszerzenia bez żadnych różnic możliwości przyjmowania Komunii Eucharystycznej nie tylko dla publicznych konkubentów, ale również dla heretyków i schizmatyków. A wszystko to według spójnej logiki zgodnej z upłynnieniem samego pojęcia „Kościoła Katolickiego”. W istocie, nie istnieje duszpasterstwo niezależne od Prawd Objawionych, a tym bardziej teologia moralna odseparowana od dogmatyki. Wszystkie prawdy są połączone między sobą w scientia Dei, czy są to prawdy mające charakter ściślej przeznaczony do kontemplacji Boga, czy też są bardziej ukierunkowane na ukazanie odpowiedniej drogi prowadzącej do Boga [2]. Zawsze mowa jest tu o Bogu i dlatego głęboka jedność ogarnia te prawdy do tego stopnia, że każda zmiana substancjalna w domenie moralnej zakłada odmienną teologię dogmatyczną: simul stabunt aut simul cadent.

Uzasadnione jest wrażenie, iż znajdujemy się wobec jednego wielkiego projektu Antykościoła, którego tylko jeden przejaw (chociaż bardzo ważny) na razie stał się widzialny. W tym artykule przeanalizujemy, w jaki sposób tak zwane „tezy Kasper” (i współzależny, nawet jeśli bardziej nieuchwytny, „projekt Tagle”), nie tylko niosą ze sobą de facto jawną sprzeczność z prawem naturalnym i ze słowami Chrystusa na temat małżeństwa, ale są też one zalążkiem ataku przeciwko tradycyjnej doktrynie o naturze Kościoła Katolickiego.


Małżeństwo i Kościół: znamienna więź mistyczna

Aby zrozumieć czym jest Kościół, należy zrozumieć czym jest małżeństwo chrześcijańskie; i aby zrozumieć czym jest małżeństwo chrześcijańskie, należy poznać Kościół. Święty Paweł pisze do Efezjan (5, 25-28): „Mężowie miłujcie wasze żony, jak Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany”. Wynika z tego paralelizm pomiędzy świętością, jaką musi odznaczać się prawdziwe małżeństwo chrześcijańskie, a świętością, przez które Słowo Wcielone uświęciło i ukochało Kościół będący „święty i niepokalany”, gdyż jest Boży – i analogicznie, w ten sam sposób świętym musi być związek mężczyzny i kobiety znajdujący się pod pieczą Chrystusa. Apostoł kontynuuje dalej (5, 32-33): „Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. W końcu więc niechaj w taki sam sposób każdy z was tak miłuje swą żonę jak siebie samego! A żona niechaj się odnosi ze czcią do swojego męża!”. Dla Świętego Pawła małżeństwo jest tak ważne dla eklezjologii, że jest jej świętym znakiem - a to już od czasów Starego Testamentu, w którym było już ono „zapowiedzią” Kościoła mającego zostać założonym przez Chrystusa.

Sobór Trydencki również podejmuje nauczanie na temat nierozłącznego związku pomiędzy łaską wysłużoną przez Chrystusa w Swojej Męce, oblubieńczą łaską Kościoła i wyrażającą ją nierozerwalną jednością małżeństwa [3]. Ksiądz Prałat Piolanti tak syntetyzuje tę podniosłą prawdę: „Należy więc uwzględnić, iż w Starym Testamencie Małżeństwo było symbolem przez Boga przeznaczonym, aby oznaczać przyszłą więź Chrystusa z Kościołem (signum prognosticum, bez żadnej skuteczności uświęcającej), które to w Nowym Testamencie z Woli Bożej pozostaje jako znak rzeczywistości wypełnionej na Krzyżu, czyli godów mistycznych Chrystusa z Kościołem; jest ono więc signum rememorativum, który należąc do Nowego Prawa posiada prerogatywę wewnętrznego uświęcania (signum demonstrativum gratiae)” [4].

Małżeństwo nie jest więc tylko i wyłącznie podniesione do godności Sakramentu poprzez Ofiarę Chrystusa udzielającego małżonkom łaski małżeńskiej, ale pozostaje ono także na wieki jako „znak rzeczywistości wypełnionej na Krzyżu”, jako wieczny znak „godów mistycznych Chrystusa z Kościołem” i (tak jak w wypadku innych Sakramentów) jako znak samego planu Wcielenia Słowa. W istocie, każdy Sakrament tak w swojej naturze, jak i w towarzyszących mu obrzędach i zobowiązaniach, jest odbiciem Wcielenia Słowa – i jak mówi Święty Tomasz – koniecznie zgodnym być musi z taką Tajemnicą, jako powszechną przyczyną Zbawienia [5]. Takim właśnie jest zapuszczający swe korzenie w Starym Testamencie Boski plan, który pragnie uczynić z małżeństwa chrześcijańskiego obraz zbawiennej świętości jedynej i niepokalanej Oblubienicy Chrystusa i znak samej Tajemnicy Wcielenia. Tak oto obnaża się powoli znaczenie przedsięwzięcia, które atakując chrześcijańskie małżeństwo zakłada również de facto ideę Kościoła nie będącego tym, którego chciał Chrystus.


Od „rozwodu katolickiego” do rozwodu pomiędzy Kościołem a Chrystusem

Od aprobacji konkubinatu – czy gorzej nawet – aprobacji konkubinatu jako drogi niosącej w sobie pozytywne aspekty dotyczące wiecznego zbawienia i – co za tym idzie – dotyczące samej łaski (!), aż do idei Kościoła bez widzialnych granic, bez nienaruszalnych zasad, Kościoła niezależnego od niezmiennych prawd Chrystusa, nie będącego w głębi rzeczy Bożym – do tego wszystkiego wystarczy tylko jeden krok. A nawet jeden mały krok. Pomijając już to, czy pierwowzór (zatem też znak eklezjalny, jak było to wyżej wspomniane) może stać się również pierwowzorem publicznego cudzołóstwa, oznacza to również, że zmierza się w stronę poszukiwanego obrazu kościoła nie tylko bardzo dalekiego od świętości Boga, nie tylko będącego w ciągłej i niestabilnej „ewolucji oblubieńczej” postępującej za nowymi czasami, ale będącego też rzecznikiem i nieomal propagatorem „kultu człowieka”, a nawet najgorszych wad ludzkości. Kościół, który – jeśli chcemy być konsekwentni, pozostając w obrazie biblijnym – mógłby przechodzić (niech Szanowny Czytelnik nam wybaczy, lecz błąd należy obnażyć w całej swojej bezwzględności) od jednego oblubieńca do drugiego, pozostawiają swojego prawdziwego i jedynego oblubieńca: Pana Naszego Jezusa Chrystusa (którego Bóstwo – de facto, ale nie zawsze w teorii – nigdy nie było uznane przez modernistów).

Ci „teolodzy”, którzy stają na drodze skalania świętości małżeństwa, kończą de facto – czy tego chcą czy nie – na dochodzeniu do teorii dotyczącej niejakiej możliwości (wraz z aspektami powiązanymi nawet z ekonomią zbawienia!) zdrady małżeńskiej, nawet jeśli zdradzonym Oblubieńcem jest Jezus Chrystus. Kontynuując więc logicznie dyskurs, końcem końców koszty takiego myślenia ponosi także jedność Zbawienia w Jezusie Chrystusie, jak zresztą już miało to miejsce. W jednym z naszych artykułów pod tytułem „Interesowna ekshumacja Ojca Dupuis, czyli próba generalna Vaticanum III przeciwko Dominus Jesus” [6] (do którego to odsyłamy Naszych Czytelników), zwróciliśmy uwagę, iż w kontekście debaty synodalnej podejmuję się także próbę, co prawda zawoalowaną lecz zorganizowaną, rehabilitacji (potępionych) teorii podtrzymywanych również przez znanego belgijskiego jezuitę.

Próba tego rodzaju, uderzającą nawet w definicje Dominus Jesus, pochodzi z tych samych środowisk, które są najbardziej przekonanymi promotorami udzielania Komunii Świętej publicznym konkubentom. Nie jest to przypadek. W rzeczywistości ci, którzy nie uznają jedności Zbawienia w Jezusie Chrystusie i być może – chociaż przybierają pozę chrześcijańską – nie uznają nawet Jego Bóstwa, są w spójnej harmonii z tymi, którzy chcą postawić do góry nogami nierozerwalność małżeńską - również ze względu na wyżej opisane motywy, związane z pewną perwersyjną spójnością ich dyskursu „teologicznego”. Jeśli ze spekulatywnego punktem widzenia, o ile można tak powiedzieć, „rozwód katolicki” staję się godny, to dlatego że Kościół również może w pewnym sensie rozwieść się z Chrystusem; gorzej, może on żyć w pewnego rodzaju zbawiennym konkubinacie, zgodnie z którym wszystkie drogi mniej lub bardziej religijne (a nawet mniej lub bardziej naturalne...) są właściwe, by trafić do Nieba. Włączając w to homoseksualizm. Wszyscy wręcz jesteśmy mniej lub bardziej w Niebie już tu na Ziemi, zanurzeni w pewnego rodzaju wszechogarniającym panteizmie. Panteizmie, który zrezygnowawszy ze zdrowej metafizyki i opróżniwszy wszystkie prawdy porządku naturalnego (włączywszy w to małżeństwo), sfalsyfikował znaczenie samej doktryny Wcielenia Słowa[7], wynaturzając w tym samym czasie Boskie ustanowienie Kościoła, który jest przedłużeniem Wcielenia w historii.

I kiedy powtarzając w kółko stwierdza się, że należy pójść „ponad słowa Chrystusowe” – być może zbyt oczywiste dla niektórych uszu – to często zataja się fakt, iż prawdziwym, ukrytym zamiarem jest po prostu pójście „ponad Jezusa Chrystusa” (który niemal staje się tylko człowiekiem) i ponad Jego Kościół (który w sposób „spójny” staje się wspólnotą tylko ludzką). Dodajmy, że taki „rozwód z Chrystusem” niesie ze sobą rozwód z inną trudną prawdą: z ofiarą. Tak jak mistyczne gody Chrystusa z Kościołem skonsumowały się na Golgocie, a z wody i z Krwi zrodziła wspólnota się jaką jest Kościół, wspólnota święta ze względu na Wiarę i Sakramenty, tak i małżeństwo chrześcijańskie żywi się, oczywiście, radością z dzieci i wzajemną wymianą miłości, ale również żywi się chlebem ofiary. Ofiara. Jest to słowo, na które współczesne uszy – włączając w to uszy pewnych „teologów” – mają obecnie alergię. Ofiara w sposób nadprzyrodzony płodna „w radości i w smutku”, „w zdrowiu i w chorobie”, będąca źródłem samej łaski we wspólnocie małżeńskiej na podobieństwo życia Chrystusa, który ofiaruje się za Swój Święty Kościół. Lecz by zrozumieć dyskurs tego rodzaju należy najpierw zaakceptować, że istnieje porządek nadprzyrodzony.

Współczesny naturalizm natomiast, który „pobiera się” dobrze (zaryzykowalibyśmy stwierdzenie, że tym razem „nierozerwalnie”...) z nieokiełznanym hedonizmem, zagłusza w antropocentryzmie pojęcia nadprzyrodzoności, ofiary i łaski wysłużonej poprzez wierność Bożym zamiarom. Wynika to również z tego, że nie uznaje on Boskości Kościoła, tak jak nie uznał on Boskości Chrystusa, i że w tym zaślepieniu ducha, o którym mówi Biblia (tyle się mówi przecież o „Kościele Ducha”...) nie jest on już w stanie spostrzec nie tylko wymiaru nadprzyrodzonego oraz nienaruszalności Sakramentu, ale także zwyczajnego prawa naturalnego.


Podsumowanie

W doktrynie katolickiej znajduje się głęboka w znaczenie mistyczna osmoza, która dokonuje się poczynając od obrazu świętości małżeństwa (nawet tego starotestamentowego, nie będącego jeszcze sakramentalnym) aż do Kościoła; i ta sama wymiana dokonuje się poczynając od wewnętrznej natury Kościoła aż do małżeństwa chrześcijańskiego, które jest „żywym obrazem” tajemnicy więzi Chrystusa z Kościołem. Małżeństwo chrześcijańskie „nie jest tylko wzorcem pozostającym na zewnątrz, na marginesie mistycznych godów Chrystusa, ale jest ono kopią, reprodukcją która wykiełkowała z tej więzi, nasycona tą samą esencją, i która nie tylko przedstawia, ale również reprodukuje tajemnicę stosunków Chrystusa z Kościołem, tajemnicę aktywną i efektywną wewnątrz małżeństwa”[8].

Teologia Kościoła i teologia małżeństwa – jeśli można tak powiedzieć – obejmują się. Dotyczy to zarówno myślicieli katolickich, jak i heretyków. Albo wszystkie prawdy razem stoją albo razem upadają, simul stabunt aut simul cadent. Jedność, nierozerwalność i świętość są niezbywalnymi charakterystykami małżeństwa chrześcijańskiego, które jest „żywym obrazem” jedności, nierozerwalności i świętości Kościoła. Nie ma trzeciej możliwości.

Dlatego właśnie prawie wszyscy heretycy, którzy podnieśli rękę na świętość Kościoła i na jego nierozerwalną jedność ze Swoim Oblubieńcem, jednocześnie podnieśli rękę na świętość małżeńską. Oczywiście, mamy tu również do czynienia z pewnym nędznym wyrachowaniem politycznym, przeznaczonym do zdobycia łatwego konsensusu dzięki popuszczeniu wódz moralności, lecz spotykamy się tu też z czymś bardziej doktrynalnym. Wystarczy spojrzeć na sprzeczności Lutra, na niespójny system jansenistów na temat łaski, na państwowościowy serwilizm gallikanów i regalistów, czy na masoński naturalizm filozofów Oświecenia; wszyscy starali się wyrwać z fundamentów chrześcijańskie małżeństwo, a wraz z nim Boskie ustanowienie Kościoła. Nawet greccy schizmatycy łączą swoją zdeformowaną teologię Kościoła z możliwością zerwania jedności małżeńskiej w pewnych przypadkach, chociaż w sposób bardziej ograniczony niż u protestantów. Wspomnieć należy w końcu (choć nie mniej ważną) myśl niegdysiejszych i dzisiejszych modernistów, obślizgłą niczym węgorz, ale będącą zawsze - nawet jeśli znajdującą się pomiędzy swoimi dwuznacznościami - zatwardziałym wrogiem Boskiego ustanowienia Kościoła, i w tym samym czasie wrogiem małżeństwa chrześcijańskiego. Święty Paweł ukazał nam tego przyczynę.

Kiedy zrozumie się tę konieczną więź, można również zrozumieć dlaczego bitwa na rzecz prawdy w domenie eklezjologicznej – nawet jeśli czasem wydała się ona dla nieuważnych tylko dysputą między specjalistami – posiada ogromne znaczenie, wraz z bitwą na rzecz małżeństwa. Z poprawnej „teologii Kościoła” wynika także poprawna myśl na temat prawd tak elementarnych jak rodzina, a zależność ta jest wzajemna. To jest właśnie jedność Wiary.

Ksiądz Stefano Carusi

[1] Rzecz podkreślona już przez Księdza Prałata Livi, komentującego teorie eucharystyczne niemieckiego hierarchy. A. Livi, L’Eucarestia secondo Kasper, w Disputationes Theologicae (2015), 31 lipiec 2015.
[2] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, Ia Pars, q. 1, a. 4.
[3] Denz. 1799.
[4] A. Piolanti, I Sacramenti, Rzym 1990, str. 554.
[5] Św. Tomasz z Akwinu, Contra Gentes, 4, 56.
[6] L’interessata riesumazione del Père Dupuis, w Disputationes Theologicae (2015), 29 styczeń 2015.
[7] Patrz : B. Gherardini, Il Dio di Gesù Cristo, w Disputationes Theologicae (2010), 29 styczeń 2010, gdzie dokonuje się analizy pozycji Bruno Forte na temat teologii Wcielenia. Co do pozycji Walter’a Kasper’a na ten temat, odsyłamy do przypisu nr 1 tego artykułu.
[8] A. Piolanti, op. cit., str. 555.

wtorek, 29 września 2015

Misjonarze Miłosierdzia czy profanacji Spowiedzi Świętej?


Refleksje na marginesie interwencji „papabile”, kardynała Tagle


Jakiego typu manewry są przeprowadzane z myślą o najbliższym październikowym Synodzie, jak i z myślą o post-synodzie? Otwarcie dopuści się Komunię Świętą dla grzeszników publicznych, czy też przewrót nabierze postać może mniej oczywistą, lecz nie mniej skuteczną? Niektóre z ostatnich deklaracji kardynała Tagle naprowadzają nas na drogę, którą mogłoby powziąć stronnictwo progresistów, gdyby również Synod 2015 roku miałby źle się dla nich potoczyć (wziąwszy pod uwagę ostrą odmowę „linii Kasper” w czasie Synodu z października 2014). W tychże manewrach na nieuchwytną dwuznaczność modernizmu nałożyłaby się pewnego rodzaju jezuicka przebiegłość.

W rzeczywistości już samo roszczenie niegodnego przyjmowania Komunii Świętej (jak odważnie stwierdził to kardynał Burke) nabrało znaczenia w sposób niebywały. Wynika to tak z nadziei zrodzonych przez skandaliczną Relację wstępną w czasie Konsystorza z lutego 2014 roku (powierzoną kardynałowi Kasper), jak ze względu na istnienie powszechnego odczucia, iż proponowany kierunek otrzymał wsparcie wyższej władzy. By dać obraz nasilających się tendencji, wystarczy pomyśleć o niedawnej wypowiedzi biskupa Cordoba, jednego z biskupów Kolumbii, który stwierdziwszy z okazji pewnego forum, że „Kościół nigdy nie uzna jako rodziny związku między osobami tej samej płci”, powiedział również: „Nikt nie wybrał bycia homoseksualnym lub heteroseksualnym. Po prostu się odczuwa, kocha się, eksperymentuje się, przyciąga się. A żadna skłonność nie jest zła sama z siebie (...) grzech jest czymś innym. Grzech to po prostu nie respektowanie godności innych (...). Bracia homoseksualni, w przypadku kiedy weźmiecie ślub, miejcie wspaniałe rodziny posiadające wierność za podstawę, i wychowujcie z miłością dzieci” (Semana, 14 maj 2015). Jak nam wiadomo, nie ustanowiono temu biskupowi komisarza ani też nie został on odwołany, jak to w sposób bardzo niemiłosierny uczyniono z pewnymi przedstawicielami strony przeciwnej...

Jednakże w sposób szczególny dają znać o sobie wypowiedzi kardynała Tagle. Jest to hierarcha, którego nazwisko jest często powtarzane jako „papabile” (być może także z powodu pewnych kłopotów zdrowotnych Papa Bergoglio, znanych kardynałom-elektorom dopiero po wyborze). W tym artykule spróbujemy przeanalizować te wypowiedzi przede wszystkim w tym celu, aby nie ograniczać się tylko i wyłącznie do wyczekiwania wroga na drodze, której mógłby nie powziąć, i abyśmy nie pozwalali się ślepo omamiać.

Logika kardynała Tagle, która zdradza zbliżające się zagrożenia

Obdarzony młodym i uśmiechniętym obliczem oraz posiadający wielkie zdolności medialne, Luis Antonio Tagle pochodzi z Trzeciego Świata, lecz rzetelnie odbył studia w Stanach Zjednoczonych. Dało mu to pewną poufałość z niektórymi zachodnimi lobby (kościelnymi jak i niekościelnymi). Jego pochodzenie, połączone z faktem należenia do nurtu progresistów i ewentualnie ze wsparciem ugrupowania „dyplomatyczno-kurialnego” (na przykład poprzez potwierdzenie jej dotychczasowego piastowania Sekretariatu Stanu), naraża na ryzyko dopuszczenia, że na najbliższym Konklawe powtórzy się scenariusz „operacji Bergoglio”. Obecny biskup Manili jest także młody i wraz z jego możliwie długim pontyfikatem mógłby być zrealizowany projekt związany z „wyczekiwanym” wyborem kardynała Martini, co oznacza kapitulację wobec władzy światowo-masońskiej, nawet tam gdzie poprzednie pontyfikaty nie ustąpiły (moralność i rodzina).

Przeczytajmy więc rozmowę, którą kardynał odbył z dziennikiem Daily Telegraph. Biskup Manili tak rozpoczął: „Wydaje mi się, że język również już się zmienił; przykre słowa, których używano w przeszłości wobec gejów, rozwodników i osób w separacji” były „bardzo dotkliwe” [1]. W dalszej części artykułu zobaczymy co kryje się pod starym fortelem „języka”. Zauważmy zaś już teraz wymowną harmonię tej wypowiedzi z ponaglającą kampanią mediów i promotorów „dyktatury relatywizmu”, którzy znajdują się za kulisami...

Odpowiadając na pytania dziennikarza, kardynał w sposób przychylny potwierdził projekt zmiany „pastoralnej praxis” Kościoła w celu dopuszczenia do przyjmowania Komunii Św. ludzi żyjących w związkach nieregularnych. Przytaknął on propozycji kardynała Kasper stwierdzając, że powinna być ona materią do dyskusji dla „indywidualnych przypadków”.

Jest interesujące, że wywiad wydaje się objawiać to, jaki w najbliższym czasie będzie kierunek obrany przez promotorów Vaticanum III: „Kościół musi brać pod uwagę bieżące tendencje socjalne i większe zrozumienie psychologii”. Kardynał stwierdził: „ Musimy przyznać, że cała ta duchowość, ten postęp w miłosierdziu oraz realizacja cnoty miłosierdzia jest czymś, czego musimy się cały czas więcej uczyć. Po części to także zmiany wrażliwości kulturalnej i socjalnej sprawiają, że to co kiedyś było dopuszczane by okazać miłosierdzie... nie może teraz, wziąwszy pod uwagę naszą współczesną mentalność, być uznawane w ten sam sposób”.

„Dużo osób, które należały do tych kategorii, zostało napiętnowanych, co przyniosło ich izolację w szerokim społeczeństwie. Nie wiem czy to prawda, ale słyszałem że w pewnych środowiskach, w środowiskach chrześcijańskich, cierpienie przechodzone przez te osoby było nawet uznawane za słuszną konsekwencję ich błędów, i w ten sposób jest ono uduchowione [2].”

To jest właśnie założenie będące u podstaw alarmujących stwierdzeń przytoczonych przez kardynała w dalszej części wywiadu (które są również logiczną konsekwencją tego założenia); cały dyskurs opiera się raczej na subiektywnym relatywizmie niż na prawie naturalnym i na Objawieniu. Akcent jest stawiany bardziej na czynniki subiektywne i socjologiczne danego momentu, niż na wierność prawdzie i obiektywne dobro duszy. Stajemy twarzą w twarz z najbardziej charakterystycznym substratem herezji modernistycznej, dla której to co ważne, to osobista percepcja poszczególnego podmiotu ̶ bardziej niż oszacowanie przedmiotu ̶ powiązując wszystko zgodnie z aspektem immanentystycznym oraz w świetle „przeżytego życia” każdego człowieka. Nowa Moralność „kościoła wychodzącego” „wychodzi” więc poza kryteria katolickie i poza osąd obiektywny, by ukształtować się zgodnie z modelem „indywidualności”, lub raczej według „percepcji indywidualnej” i fenomenów socjalnych danego momentu. Idea grzechu (wyraz, który prawie zniknął nawet z pewnych środowisk oficjalnie katolickich) jest wzorowana na podmiocie, czy raczej na wszechobecnej „jedynej słusznej myśli” politycznej poprawności i przez to w praktyce staje się ona rozmyta. To człowiek „wytycza sobie samemu” prawo, które należy przestrzegać; to człowiek, który prawie „stwarzając sam siebie”, sam siebie determinuje i sam sobie ustala normy w sposób niezależny. To nie Bóg Stworzyciel i Prawodawca ustanawia porządek światu i celowości stworzeń, lecz, krótko mówiąc, jest to człowiek, który z siebie robi Boga.

Oto właśnie proces stojący za tymi zjawiskami. Ma on o wiele szersze znaczenie, niż poszczególne kwestie „rozwodników ponownie poślubionych” i homoseksualistów. Stajemy wobec ostatecznej ofensywy myśli gnostyczno-masońskiej przeciw Kościołowi Chrystusa. Należy również zwrócić uwagę na diabelski przewrót skryty pod tą debatą: nie patrzy się już na aktualności w świetle wiary, lecz patrzy się na wiarę poprzez mgłę aktualności (które ponadto medialnie łatwo jest zmanipulować).

Przeczytajmy kolejne słowa kardynała: „Każda sytuacja, w której znajdują się rozwodnicy ponownie poślubieni, jest sytuacją w miarę unikalną. Posiadanie jednej ogólnej zasady mogłoby ostatecznie być nieproduktywne. Obecnie moje stanowisko polega na zapytaniu: „czy możemy wziąć na poważnie wszystkie przypadki, i czy istnieją w tradycji Kościoła drogi do rozwiązania każdego przypadku w sposób indywidualny”? Mam nadzieję, że ludzie docenią, iż nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie „nie” lub „tak”. Nie możemy zaproponować jednej formuły dla wszystkich” [3].

W ten sposób naszym oczom ukazuje się spójna konkretyzacja „pastoralna” wyżej wymienionych założeń. Chcemy zwrócić jeszcze baczniejszą uwagę Czytelnika na kolejne zdania, ponieważ stajemy być może przed zagrożeniem wpuszczenia przez okno tego, czego nie udało się wprowadzić drzwiami: „Tutaj, przynajmniej dla Kościoła Katolickiego, istnieje podejście duszpasterskie poprzez poradę, poprzez sakrament pojednania gdzie poszczególne osoby i poszczególne przypadki uwzględnia się pojedynczo i indywidualnie, aby pomoc, odpowiedź duszpasterska, mogła być dana w sposób adekwatny do osoby” [4].
„Dobremu słuchaczowi potrzeba mało słów”. Czy kardynał Tagle nie ujawnia właśnie ̶ między innymi ̶ przyszłą, niesprecyzowaną rolę tak zwanych „Misjonarzy Miłosierdzia”? Czy nie użyje się konfesjonału, aby „przypadek po przypadku” dopuścić do Komunii Św. rozwodników zwanych „ponownie poślubionymi” i by uregulować „pary” homoseksualne, znajdując dzięki temu mniej „hałaśliwą” drogę do wyjścia z problemu? Inspirując się konsekwentnie takim subiektywizmem, czy nie zakończy się to na udzieleniu niektórym „Misjonarzom Miłosierdzia” nieoficjalnego-miłosiernego polecenia, by zezwalać na przyjmowanie Komunii Św. penitentom, nawet jeśli znajdują się oni obiektywnie w stanie grzechu śmiertelnego i mają intencję pozostania w takim stanie? Nie byłoby to spójne z całym tokiem myślowym wypowiedzi kardynała Tagle?

Jeśli nie można otwarcie zmienić doktryny, należy zmienić praxis – doktryna następnie wykruszy się sama. I niech rewolucja postępuje... Marksizm docet.

Zaś ścieżka „łatwego konfesjonału” (w tym wypadku sprofanowanego) byłaby „wielce praktyczną” i „wszechpenetrującą” drogą, by „zapoczątkować dzieło”, nie tylko w diecezjach i parafiach awangardy, ale również ewentualnie poprzez „specjalnych wysłanników Miłosierdzia”.

Znaczenie takiej bliższej okazji do profanacji konfesjonału (kan. 1387)

Nie każdy wie, że tego typu „propozycja” nie jest tylko zachętą do świętokradztwa przy Sakramencie Spowiedzi Św., że nie tylko skrywa ona bardzo poważne konsekwencje doktrynalne, ale jest też de facto potępiona, nie tylko przez prawdziwą Tradycję Kościoła, ale również przez obowiązujący Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1387). Przewiduje on także dzisiaj poważne sankcje dla kapłanów, którzy stają się winni takiego przewinienia, włącznie z redukcją do stanu świeckiego.

Czy kapłan, który utwierdza penitenta w swoim grzesznym stanie i upoważnia de facto do pozostania w nim, powodując przez to kontynuację wspólnego życia penitenta more uxorio z konkubentem (nawet homoseksualnym) wraz ze wszystkim co zazwyczaj się z tym wiąże (lub wystawiając chociażby na bliższą okazją do grzechu), i który pogarsza swoją poradę „upoważniając” nawet do świętokradztwa w Eucharystii, nie popełnia może tego poważnego przestępstwa nazywanego przez teologów „nakłanianiem do rzeczy nieczystych” (sollicitatio ad turpia)? Przestępstwo to jest surowo karane przez Kodeks, nawet jeśli nie ma bezpośredniego współudziału kapłana w występku [5].Czy też podobny sposób działania mógłby się nie stać de facto bardziej lub mniej bezpośrednią zachętą do pozostania w grzechach, nawet tych szczególnie poważnych?

Podobny projekt – w przypadku gdyby nieugięcie doszło do jego zatwierdzenia – byłby po prostu diabelski: profanuje on Eucharystię, profanuje on Spowiedź Św., rozpowszechnia on błąd przy pomocy Sakramentu i chroni on propagatora herezji poprzez świętość tajemnicy sakramentalnej. Mistrzowska zagrywka Szatana.

Jakie Miłosierdzie?

Jakby tego było mało, dodatkowa szkoda jest spowodowana przez przekręcanie ̶ a czasem przez dyskredytowanie – sprawiane w ten sposób tej wspaniałej rzeczy, jaką jest Boże Miłosierdzie. Dzieje sie to poprzez wykorzystywanie, między innymi, zatrważających nieszczęść dzisiejszego świata, by uwiarygodnić (aberracyjne) „doktryny” danej chwili, a wraz z nimi uwiarygodnić nas samych. Święty Augustyn powiedział:

„Bądźcie spokojni! Bóg nikogo nie potępi (...) i jeśli macie ochotę, świętujcie nawet w domu waszego Boga! (...) Jeśli robilibyśmy tego typu przemowy, być może zgromadzilibyśmy wokół nas większe tłumy; i nawet jeśli znalazłoby się kilku, którzy zauważyliby jak to, co mówimy, jest niedokładne, to stalibyśmy się wrogami tej małej liczby osób, lecz zdobylibyśmy przychylność ogromnej większości. Jednakże, zachowując się w ten sposób głosilibyśmy wam nie słowa Boga czy Chrystusa, lecz nasze; i bylibyśmy pasterzami pasącymi nas samych, a nie owce” (Kazanie 46, O Pasterzach).

I kiedy kardynał Tagle stwierdza, że „wziąwszy pod uwagę współczesną mentalność”, to co wczoraj było przejawem miłosierdzia, dzisiaj „nie może być uznawane w ten sam sposób”, pojawia się realne pytanie: jakie Miłosierdzie? Co to jest Miłosierdzie? Staje się tutaj widoczne, że miłość, w tym przypadku miłość duszpasterska, nie może abstrahować od podstawowej kwestii prawdy, oraz że duszpasterstwo nie może stać się niezależne od doktryny Wiary.

Inny purpurat, kardynał Sarah, wskazał prawdziwą odpowiedź na współczesne problemy duszpasterskie: nie tylko opowiedział się on mocno przeciwko „linii Kasper”, wskazał on również, że „wobec fali subiektywizmu, która zdaje się porywać świat (...) Kościół musi odnaleźć wizję” [6]. I w tej perspektywie stanowisko zaproponowane przez nasz przegląd, to znaczy szeroka „krytyka konstruktywna” drogi prowadzącej do tak zatrważających rezultatów, może stanowić ważny wkład w wspólne dobro Kościoła.

Wspólnota Świętego Grzegorza Wielkiego


31 maja 2015, Najświętszej Maryi Panny Królowej

Zapraszamy również Czytelników do zapoznania się z naszym artykułem: „Wpływ Marcina Lutra stoi za „tezą Kaspera”?”

Serdecznie dziękujemy Księdzu Prałatowi Romanowi Kneblewskiemu za pomoc w tłumaczeniu.

PRZYPISY:

[1] John Bingham, „Cardinal: Church’s ‘severe’ stance towards gay or divorced Catholics left people ‘branded’”, w Daily Telegraph, 9 marca 2015. Słowa pogrubione przez naszą Redakcję.
[2] Ibidem.
[3] Patrz również: Rachel Obordo, Cardinal Tagle: There is no “formula for all” on Communion for the divorced and remarried, w Catholic Herald, 17 marca 2015.
[4] Patrz: przypis 1.
[5] W komentarzu do konstytucji Sacramentum Paenitentiae Benedykta XIV, znajdującym się w edycji Kodeksu z komentarzami wydanego przez Juan Ignazio Arrieta, jest napisane: „Akt przestępczy polega na namawianiu penitenta do grzechu przeciw szóstemu przykazaniu, czy to z namawiającym, czy to z innymi”, J. I. Arrieta, Codice di Diritto Canonico e leggi complementari commentato, Rzym 2007, str. 921, przypis do kanonu 1387. Zdanie moralistów jest jednogłośne : S. Alphonsus Maria De Ligorio, Theologia Moralis, t. III, Graz, 1954, nr 691, str. 706; H. Noldin, Summa Theologiae Moralis, t. De Sacramentis, Oeniponte, 1912, nr 389, str. 450; B. H. Merkelbach, Summa Theologiae Moralis, t.III De Sacramentis, Brugis, 1932, nr 640, str. 606; H. Jone, Précis de Theologie Morale Catholique, Casterman-Tournai-Paryż, 1958, nr 592, str. 408 ; D. M. Prümmer, Manuale Theologiae Moralis, t. III, Friburgi Brisgoviae, 1960, nr 461, str. 332.
[6] R. Sarah, Dieu ou rien. Entretien sur la foi, Paryż 2015.

Źródło informacji:

środa, 11 lutego 2015

x. Jan Jenkins FSSPX: Wolność religijna a wolnomularstwo


poniedziałek, 1 grudnia 2014

ks. Franciszek Knittel FSSPX: Czy chrześcijanie, żydzi i muzułmanie wierzą w tego samego Boga?


«My, chrześcijanie i muzułmanie, mamy wiele rzeczy wspólnych, tak jako ludzie wierzący, jak i jako istoty ludzkie (...) Wierzymy w tego samego Boga, w Boga żywego, w Boga, który stworzył świat i doprowadza swe stworzenia do ich doskonałości» (1).

Słowa te wypowiedział do młodych Marokańczyków Jan Paweł II w sierpniu 1985 r. Powtórzył w ten sposób jedynie to, co powiedział do wspólnoty żydowskiej w Mainz o dialogu chrześcijańsko-żydowskim:
Przede wszystkim jest kwestia dialogu pomiędzy dwiema religiami, które – razem z islamem – były w stanie dać światu wiarę w jednego niewysłowionego Boga, który przemawia do nas i któremu pragniemy służyć w imieniu całego świata.
Słuchając słów papieża, można by sądzić, że chrześcijaństwo, judaizm i islam czczą tego samego Boga. Czy możemy wyprowadzić z tego wniosek, że wszystkie religie oddają cześć temu samemu Bogu? Praktyka międzywyznaniowych spotkań modlitewnych w intencji pokoju (takich jak spotkanie w Asyżu w 1986 r.) zdawałaby się sprzyjać takiej interpretacji. Bez wątpienia ta doktryna, wspierana przez wspomniane wyżej praktyki, wydaje się pociągająca dla wielu współczesnych ludzi. Czy jednak jest zgodna ze zdrowym rozsądkiem oraz zasadami wiary katolickiej? (...)

Zdrowy rozsądek

Pragnienie osiągnięcia jedności oraz zakończenia niekończącej się walki pomiędzy prawdą a błędami popycha wielu współczesnych do stworzenia własnej, odpowiadającej im koncepcji prawdy. Wedle tej koncepcji nikt nie posiada całej prawdy, wszyscy posiadamy jedynie różne jej elementy. W sferze religii wyraża się to w sposób następujący: wszystkie religie mówią nam o Bogu, jednak z różnych i wzajemnie się uzupełniających punktów widzenia.

Twierdzenie takie byłoby jednak pogwałceniem podstawowych praw logiki, gdyż albo prawdy te są częściowe, niesprzeczne i uzupełniające się wzajemnie, a w rezultacie dają nam bardziej dogłębne poznanie rzeczywistości – albo też są ze sobą sprzeczne, a wówczas jedna z nich jest fałszywa.

Dwa twierdzenia dotyczące tego samego przedmiotu, ujmujące go z dwóch różnych punktów widzenia, mogą być równocześnie prawdziwe. I przeciwnie, dwa diametralnie sprzeczne twierdzenia dotyczące tego samego przedmiotu i ujmujące rzecz z tego samego punktu widzenia nie mogą być równocześnie prawdziwe: jedno z nich jest z pewnością fałszem.

Weźmy konkretny przykład. Jeśli powiem, że mój samochód jest niebieski, a osoba, z którą rozmawiam, doda, że to cadillac, obaj możemy mieć rację. Jeśli jednak będę twierdzić, że mój samochód jest niebieski, a kto inny będzie temu zaprzeczał, jeden z nas z pewnością będzie się mylił.

Religie w ogólności

Co jednak widzimy w przypadku religii? Są one wzajemnie sprzeczne w najbardziej zasadniczych punktach swych doktryn. O. Garrigou-Lagrange poczynił następującą, bardzo prostą obserwację:
Pomiędzy różnymi religiami istnieją liczne sprzeczności i przeciwieństwa. 
Odnośnie do prawd, w które należy wierzyć: pomiędzy politeizmem, panteizmem i monoteizmem; widzimy też, że chrześcijaństwo wyznaje Bóstwo Jezusa Chrystusa, które jest negowane przez judaizm i islam; również nieomylność Kościoła jest uznawana przez katolików, a odrzucana przez protestantów. 
Odnośnie do zasad moralnych: w jednych religiach dopuszcza się poligamię i rozwody, w innych są zakazane – a przecież nie mogą być one (...) równocześnie dozwolone i niedozwolone. 
Odnośnie do kultu: niektóre są czyste i uczciwe, inne same w sobie nieludzkie i bezwstydne. Absurdem byłoby twierdzić, że Bóg może traktować na równi wszystkie religie. Podczas gdy jedna naucza prawdy, inne nauczają kłamstwa; jedna prowadzi do dobra, inne wiodą do zła. Byłoby to równoznaczne z twierdzeniem, że Bóg jest obojętny wobec dobra i zła, wobec tego, co jest uczciwe i bezwstydne (2).
Zwykła refleksja i zdrowy rozsądek dowodzą, że religie mają fundamentalne dogmaty, które są ze sobą sprzeczne. Skoncentrujmy się w tym miejscu na islamie i judaizmie.

Islam

Czego naucza islam w kwestii fundamentalnych prawd wiary katolickiej? (3).

Trójca Święta:
Zaprawdę, ci są niewiernymi, którzy powiadają: „Allach, On jest Mesjaszem, synem Marii” (4).
Nie powiadajcie: „Jest ich troje”. Odstąpcie od tego, tak bowiem będzie dla was lepiej. Zaprawdę, Allach jest Jedynym Bogiem. On jest Święty, daleki od posiadania syna (5).
Wcielenie:
Zaprawdę, sprawa Jezusa w związku z Allachem podobna jest do sprawy Adama. Pan stworzył go z pyłu, a potem powiedział do niego: „Bądź”, a ten stał się (6). 
I powiadają: „Miłosierny Bóg wziął sobie syna”. (...) Niechybnie wypowiedzieliście rzecz najbardziej ohydną. (...) Albowiem przypisują syna Bogu Miłosiernemu (7).
Ukrzyżowanie i odkupienie:
Powiadali: „Zabiliśmy Mesjasza, Jezusa, syna Marii, Posłańca od Allacha”, podczas gdy nie zabili go ani nie spowodowali jego śmierci na krzyżu, on bowiem tak tylko wyglądał jak ktoś ukrzyżowany; ci, którzy mają w tym względzie różne zdania, są z pewnością w stanie zwątpienia co do tego; nie posiadają o tym pewnej wiedzy, lecz tylko słuchają domysłów, a nie zdobyli w tej sprawie pewności (8).
Wszystkie te tezy są sprzeczne z wiarą katolicką. W jaki sposób mogłyby nas prowadzić do oddawania czci jednemu i temu samemu Bogu? Podkreśla to prof. Roger Arnaldez, kiedy pisząc o monoteizmie, stwierdza:
Terminem monoteizmu objęliśmy wszystko. Wielu ludzi wierzy w to, że jest tylko jeden Bóg. Zasadnicze pytanie (...) brzmi jednak: kto jest tym Bogiem. W tym momencie monoteizm pęka i znaczy jedynie tyle, co etykietka, która w istocie nic nie wyraża.
Przyjmijmy, że człowiek jest przekonany, iż blok skalny jest jedynym Bogiem i kieruje do niego swe modlitwy. Dlaczego mielibyśmy odmawiać mu prawa do miana monoteisty? A co z deistami? Chrześcijańscy teologowie zawsze uważali ich za wrogów, a jednak wierzą oni w jednego Boga: Voltaire był monoteistą.
Powiecie mi jednak, że atakował on doktrynę chrześcijańską: podobnie czyni Koran, odrzucający trzy najbardziej podstawowe tajemnice chrześcijaństwa: Trójcę Świętą, wcielenie oraz odkupienie (9).
Odnosząc się w sposób bardziej konkretny do islamu, ten sam autor pisze dalej:
Jest oczywiste, że jeśli Bóg jest jeden, ale nie trójjedyny, błędem jest wyznawać wiarę w Trójcę: jeśli jednak przeciwnie, jest On równocześnie jeden i trójjedyny, błędem jest twierdzić, że jest jeden, a nie trójjedyny. Logika nie dopuszcza, by Bóg jeden i trójjedyny był identyczny z Bogiem nietrójjedynym. Jednak Koran, „Słowo Boże”, neguje Trójcę. Bóg, który neguje Trójcę, nie może być tożsamy z Bogiem, który sam jest Trójcą (10).
Musimy więc wyciągnąć z tego wniosek, że to, w co każe wierzyć islam, nie jest identyczne z wiarą katolicką. Obiektywnie mówiąc, katolicy nie wierzą w tego samego Boga, co muzułmanie.

Judaizm

A co z judaizmem? Prawdą jest, że starotestamentowy judaizm przygotował świat na przyjście Chrystusa. W tym właśnie celu Bóg chronił lud Izraela przed politeizmem i zachował go w monoteizmie. Jednak Ewangelia objawia nam, że w Bogu istnieją nieoczekiwane bogactwa: troistość Osób. Tajemnica Trójcy Świętej stanowi zamierzone przez Boga rozwinięcie i realizację tajemnicy Jego jedności. Konsekwentnie musimy powiedzieć, że Bóg Starego Przymierza i Bóg w Trójcy Nowego Przymierza to jedna i ta sama rzeczywistość.

Można by podnosić obiekcję, że Bóg, który objawił się synom Izraela, nie dał się poznać jako Trójca. To prawda, jednak przez ten fakt nie przestaje On być Bogiem chrześcijan, po pierwsze dlatego, że Biblia, w odróżnieniu od Koranu,
nie naucza, że Bóg nie jest Trójcą; a po wtóre dlatego, że objawienie zawarte w Biblii, poprzez łatwo zauważalną pedagogikę biblijną, zyskuje ostateczne wypełnienie w objawieniu chrześcijańskim (11).
Bóg, do którego modlą się dziś żydzi, to Bóg, który jest jeden, ale też przede wszystkim Bóg antytrynitarny. Zaprawdę, jeśli dogmat katolicki definiuje tajemnicę Trójcy Świętej jako „tajemnicę jednego Boga w trzech równych i różnych osobach”, żydzi mogliby sformułować swą naukę o Bogu następująco: „tajemnica jednego Boga w jednej osobie”. Tak więc: jedna czy trzy osoby? W rzeczywistości te dwie nauki są ze sobą nie do pogodzenia.

Sprzeczność między chrześcijaństwem a judaizmem dotyczy zwłaszcza osoby naszego Pana Jezusa Chrystusa. Czy jest On Synem Bożym i Bogiem? „Tak” – odpowiadają katolicy. „Nie” – twierdzą żydzi. Tak więc: czy jest On Bogiem, czy nie? Musimy wybrać: te dwa twierdzenia nie mogą być równocześnie prawdziwe (12).

Sprzeciw wobec osoby Chrystusa Pana jest odczuwalny wyraźnie przez samych Żydów. Albert Mammi, Żyd z Tunezji, pisał w 1962 r.:
Czy chrześcijanie zawsze zdają sobie sprawę, co może oznaczać dla Żydów imię ich Boga, Jezusa? Dla Żyda, który nigdy nie przestał wierzyć i praktykować swej własnej religii, chrześcijaństwo jest największą teologiczną i metafizyczną uzurpacją w historii; jest bluźnierstwem, duchowym zgorszeniem, przewrotem.
Dla każdego Żyda, nawet ateisty, imię Jezusa jest symbolem niebezpieczeństwa, tego największego niebezpieczeństwa, jakie wisiało nad ich głowami przez wieki i które mogło doprowadzić do katastrof, których (...) nie potrafili powstrzymać. Imię to jest częścią i elementem absurdalnych i szalonych oskarżeń o potworne okrucieństwo, które uczyniło ich życie społeczne trudnym do zniesienia. Imię to stało się w końcu dla nich jednym ze znaków, jednym z symboli wielkiej machiny, która otacza ich, potępia i wyklucza.
Niech nasi chrześcijańscy przyjaciele wybaczą mi, aby jednak lepiej zrozumieli o co mi chodzi i by posłużyć się ich własnym językiem, powiedziałbym, że dla Żydów ich [chrześcijan] Bóg jest diabłem, jeśli, jak twierdzą, diabeł jest symbolem i streszczeniem wszystkiego, co na tym świecie złe, jest zarazem wszechmocny i niesprawiedliwy, niepojęty i niezmordowanie starający się zmiażdżyć zdziczałe istoty ludzkie (13).
Również reakcja matki Edyty Stein na nawrócenie córki na katolicyzm była symptomatyczna dla stosunku dzisiejszych żydów do Jezusa Chrystusa: „Nie mam nic przeciwko niemu. (...) Mógł być dobrym człowiekiem. (...) Dlaczego jednak czynił się podobnym Bogu?” (14).

Odrzucenie Bóstwa Chrystusa jest spoiwem, wiążącym dzisiejszych Żydów z tymi, którzy skazali Mesjasza na śmierć:
Dla każdego, kto czyta Ewangelię, jest jasne, że Jezus został potępiony przez Sanhedryn z pobudek religijnych: został oskarżony o bluźnierstwo. Człowiek, który głosi sam siebie Mesjaszem i Synem Bożym, nie będąc nim w rzeczywistości, jest bluźniercą zasługującym na śmierć. Obecnie dalsze pokolenia Żydów zaprzeczają, że Jezus jest Mesjaszem i Synem Bożym. W ten sposób logicznie podpisują się pod wyrokiem wydanym przez Sanhedryn, nawet jeśli w rzeczywistości nie wygłaszają wyroku śmierci i najczęściej nie myślą o tym (15).
Musimy zatem wyciągnąć wniosek, że Bóg czczony przez katolików oraz ten, któremu oddają dziś cześć wyznawcy judaizmu, nie jest jednym i tym samym Bogiem.

Poznanie Boga: kompletne czy częściowe?

Powróćmy w tym miejscu do dominującego obecnie przeświadczenia, wedle którego wszystkie religie mówią nam o Bogu, jednak z różnych i wzajemnie się uzupełniających punktów widzenia. Pytanie brzmi: czy możemy posiadać częściowe poznanie Boga?

Św. Tomasz odpowiada negatywnie, argumentując, że częściowy błąd w poznaniu rzeczywistości tak prostej jak Bóg nie jest w ogóle poznaniem:
Jeśli posiadają oni [poganie] pewne spekulatywne poznanie Boga, jest ono zmieszane z wieloma błędami: niektórzy odmawiają Mu Opatrzności nad wszystkimi rzeczami, inni czynią Go duszą świata, jeszcze inni nadal oddają cześć równocześnie wielu bóstwom. Z tego powodu mówimy, że nie znają oni Boga.
O ile złożone rzeczywistości mogą być częściowo poznane, a częściowo nieznane, również przeciwnie: byty proste nie są znane tak długo, jak nie są one poznane całkowicie. Stąd też, jeśli ktoś błądzi, choćby w niewielkim zakresie, w swym poznaniu Boga, mówi się o nim, że nie zna Go wcale (16).
Nie wiedząc kim jest Bóg, ci, którzy Go nie znają, nie mogą oddawać Mu czci. Twierdzenie, wedle którego wszystkie religie czczą tego samego Boga, sprzeczne jest nawet ze zdrowym rozsądkiem, wspólnym wszystkim ludziom. Co więcej, dla katolików twierdzenie to jest bluźnierstwem, ponieważ jest równoznaczne z uznaniem Chrystusa za uzurpatora, a Jego nauk za kłamstwa.

Wiara katolicka

Zwracając się do katolików, musimy zmienić metodę argumentacji. Aby nasza argumentacja była skuteczna, musi opierać się na wspólnych zasadach: na samym rozumie, kiedy dyskutujemy z poganami, na Starym Testamencie w dyskursach z żydami, na całej Biblii, jeśli rozmawiamy w heretykami, schizmatykami lub katolikami (17).

Co więc czytają katolicy w Nowym Testamencie? Całe nauczanie Chrystusa kładzie nacisk na konieczność naśladowania Go w drodze do Ojca. Znajomość Jezusa Chrystusa i posłuszeństwo Jego nakazom nie są opcjonalne: mają znaczenie zasadnicze. Poniższe cytaty nie wymagają komentarza:

„Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6).

„Ja jestem bramą” (J 10, 7).

„Ja jestem dobrym pasterzem” (J 10, 14).

„Ja jestem światłością świata” (J 8, 12).

„Ten, kto wierzy w Syna, nie umrze, ale ma życie wieczne” (J 3, 16).

„Jeśli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych” (J 8, 24).

„Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał” (J 5, 23).

„Kto nie jest ze mną, przeciwko mnie jest” (Mt 12, 30).

„Ponieważ nie dano pod niebem ludziom żadnego innego imienia, w którym mogliby być zbawieni” (Dz 4, 12).

„Kto nie ma Syna, nie ma i Ojca. Kto wyznaje Syna, ma i Ojca” (1 J 2, 23).

Jak katolicy czytający te słowa mogą wierzyć, że wszystkie religie czczą tego samego Boga, skoro inne religie negują jedynego Pośrednika pomiędzy ludźmi a Bogiem, Jezusa Chrystusa? Jak bardzo stracili wiarę ci „katolicy”, którzy nie wierzą już w słowa Chrystusa!

Obiekcje

Czy jednak nie moglibyśmy traktować fałszywych religii jako kolejnych stadiów, pozwalających przejść stopniowo od prawd częściowych do prawdy całkowitej?

Z pewnością każdy błąd zawiera w sobie element prawdy. Strzeżmy się jednak tej iluzji, o której pisał o. Garriou-Lagrange OP: „W doktrynie całościowo fałszywej prawda nie jest duszą doktryny, ale niewolnicą błędu” (18). A Ludwik Jugnet, wykładowca filozofii, dodaje:
Katoliccy teologowie wcale nie negują, że pewne prawdy można odnaleźć w protestantyzmie, judaizmie czy braminizmie. Nie o to jednak chodzi; rzecz w tym, czy są one w obrębie tych sprzecznych ze sobą doktryn wolne i – że tak powiem „u siebie”. Zauważamy, że prawdy te grają w nich rolę jedynie fragmentaryczną i niepełną. Otoczone są oczywistymi błędami, które wypaczają je i zniekształcają ich prawdziwe znaczenie – tym więc, co dominuje w fałszywej doktrynie i co powoduje, że może mieć ona naprawdę katastrofalne konsekwencje, jest duch błędu i negacji. 
Na przykład judaizm i islam zawsze podkreślają jedność Boga (co jest prawdą), czynią to jednak celowo i jednostronnie, aby zakwestionować dogmat o Trójcy Św. Luter podkreślał fakt, że sama tylko łaska usprawiedliwia – i formuła ta jest zasadniczo prawdziwa; dla niego jednak wykluczała ona katolicką ekonomię sakramentów etc. Podobnie Kant rozumiał, że poznanie jest aktem, postrzegał jednak to działanie jako ślepe, twórcze i niezdolne do osiągnięcia istoty rzeczy. Marks dostrzegał rolę faktów ekonomicznych, zbyt często ignorowanych, nadał im jednak wymiar nadmierny i wyłączny, etc.
W tych systemach nie wszystko jest fałszywe, jednak duch błędu zatruwa całość. Prawdy częściowe mogą być akceptowane i przyswajane jedynie pod warunkiem, że zostaną odseparowane od błędnych doktryn (musi więc najpierw nastąpić krytyka błędu) oraz „ochrzczone” i przedstawione we właściwej perspektywie (19).
Czy nie byłoby jednak lepiej pozostawić niekatolików w stanie nieprzezwyciężalnej ignorancji? To wystarczyłoby do ich zbawienia, ponieważ taką ignorancję traktuje się jako niezawinioną. Dopiero gdyby poznali prawdziwą religię i odrzucili ją, akt ten stanowiłby o ich winie i doprowadziłby do ich potępienia.

Postawa taka nie miałaby jednak charakteru nadprzyrodzonego i nie wyrażałaby szacunku dla umysłu ludzkiego, stworzonego, by poznać i ukochać Boga. Musimy też pamiętać, że granica między ignorancją zawinioną a niezawinioną w przypadku każdego człowieka jest tajemnicą Boga. Jak moglibyśmy grać w ruletkę o wieczne zbawienie naszych bliźnich? Ignorowalibyśmy wówczas usilną radę Piusa XII skierowaną do tych, którzy nie są jeszcze widzialnymi członkami Kościoła. Przynaglał ich on, by
dążyli do wydobycia się ze stanu, w którym pewności o swym własnym zbawieniu wiecznym mieć nie mogą. Albowiem, chociaż pewne nieświadome pragnienia i tęsknoty pociągają ich ku Mistycznemu Ciału Odkupiciela, to jednak pozbawieni są przebogatych darów i pomocy niebieskich, których zażywać można wyłącznie tylko w Kościele katolickim (20).
Wnioski

Pozostawianie katolików i niekatolików w przekonaniu, że czczą tego samego Boga, jest błędem przeciwko rozumowi oraz grzechem przeciw wierze katolickiej. Stanowi brak miłości wobec tych, którzy zeszli z drogi prawdy – utwierdza ich w błędach. Jest też brakiem miłości wobec katolików, ponieważ naraża ich na niebezpieczeństwo utraty wiary.

Co więc powinniśmy czynić? – Doktryna katolicka uczy nas, że podstawowy obowiązek miłości bliźniego nie polega na tolerowaniu fałszywych idei, niezależnie od tego, jak szczere by były, ani na teoretycznej czy praktycznej obojętności na błędy i wady, w jakich widzimy uwikłanych naszych braci... Co więcej, sam Chrystus Pan, tak pełen dobroci wobec grzeszników, którzy zbłądzili, nie wyrażał szacunku wobec ich fałszywych przekonań, niezależnie od tego, jak bardzo szczere mogły się one wydawać. Kochał ich wszystkich, pouczał ich jednak, aby ich nawrócić i zbawić (21). 

Tłumaczył Tomasz Maszczyk.

PRZYPISY:

(1) Jan Paweł II podczas spotkania z młodymi muzułmanami na stadionie w Casablance, 19 sierpnia 1985.
(2) R. Garrigou-Lagrange OP, De revelatione, Paris 1921, t. II, s. 437.
(3) Por. „SiSiNoNo” nr 326, czerwiec 1992, s. 1–7.
(4) Koran 5, 73.
(5) Koran 4, 171.
(6) Koran 3, 59.
(7) Koran 19, 90–91.
(8) Koran 4, 157.
(9) R. Arnaldez, Réflexion sur le Dieu du Coran du point de vue de la logique formelle, Versailles 1997, s. 130–131.
(10) Ibid., s. 132.
(11) Ibid.
(12) Por. „SiSiNoNo” nr 319, listopad 1991, s. 1–5.
(13) A. Memmi, Portrait d’un Juif, 1962.
(14) J. Bouflet, Edith Stein, philosophe crucifiée, Paris 1998, s. 208.
(15) A. Santogrossi, L’Evangile prêché à Israël, Clovis 2002, s. 48.
(16) Św. Tomasz z Akwinu, Super Joannem nr 2265.
(17) „Niektórzy z nich, jak muzułmanie i poganie, nie zgadzają się z nami w kwestii uznawania autorytetu ksiąg Pisma św., za pomocą których moglibyśmy ich przekonywać, gdyż możemy dyskutować z żydami w oparciu o Stary Testament, a z heretykami o Nowy. Ci jednak [muzułmanie i poganie] nie przyjmują żadnych z tych argumentów” (św. Tomasz z Akwinu, Summa contra gentiles, I, 2).
(18) R. Garrigou-Lagrange OP, De revelatione, t. II, s. 436.
(19) Za „SiSiNoNo” nr 283, czerwiec 1988, s. 8.
(20) Pius XII, enc. Mystici Corporis, 29 czerwca 1943, § 103.
(21) Św. Pius X, Notre charge apostolique, 25 sierpnia 1910.

Żródło informacji: ZAWSZE WIERNI

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

ks. Chad Ripperger FSSP: Katolicyzm tradycyjny kontra katolicyzm konserwatywny


W 1996 roku, grupa przyjaciół poszła na obiad przy Kolegium Czeskim w Rzymie. Jeden z kapłanów, sprawujący Mszę według nowego rytu, został wprawiony w zdumienie. Napisał on artykuł, w którym omówił pewne aspekty reformy liturgicznej. Jego zakłopotanie wynikło z faktu, iż, czego nie potrafił zrozumieć, jego artykuł został zaatakowany przez tradycjonalistów. Tradycjonalistyczny seminarzysta powiedział mu: "Zgadzamy się, że trzeba coś zrobić z liturgią, ale nie zgadzamy się w kwestii tego, co powinno być zrobione". Tradycjonaliści i neokonserwatyści często stanowią dla siebie zagadkę, czego przyczyną jest relacja, jaką te nurty mają względem tradycji kościelnej.

sobota, 1 marca 2014

ks. Johnathan Loop FSSPX: Maryja ofiarą ekumenizmu


W mowie zamykającej trzecią sesję II Soboru Watykańskiego papież Paweł VI ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła. Powiedział wówczas: „Na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu, ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest całego ludu Bożego, zarówno wiernych, jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym najmilszym tytułem, od tej chwili, Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański”.

W reakcji na te słowa o. Henri de Lubac powiedział do teologa o. Henri Denis: „Sobór dobiegł końca. Nie ma już Jana XXIII ani aggiornamento”. Reakcja ta nie była w żadnej mierze czymś wyjątkowym. Ów tytuł Matki Bożej, którego używał już Benedykt XIV w połowie XVIII wieku, został źle przyjęty przez postępowych teologów wywierających przemożny wpływ na pracę soboru. Epizod ten dobrze oddaje też prawdziwy stosunek liberałów do Najświętszej Maryi Panny, co z kolei może pomóc nam w zrozumieniu prawdziwego ducha soboru.

Soborowe kontrowersje dotyczące Najświętszej Maryi Panny odnosiły się w głównej mierze do poświęconego Jej osobie dokumentu. Początkowo komisja koordynacyjna, która odpowiedzialna była za określanie porządku prac soboru, przedstawiła projekt osobnego schematu poświęconego wyłącznie Matce Bożej, a zatytułowanego De Beata Maria Virgine, Matre Ecclesiae. Choć tekst ten znalazł uznanie u większości ojców soborowych, progresiści uznali go za nie do przyjęcia.

Zamach na Wszechpośrednictwo Maryi

Podczas spotkania zorganizowanego w Fuldzie latem 1963 roku biskupi i teologowie z krajów niemieckojęzycznych, którą to grupę o. Ralph Wiltgen nazwał „Sojuszem Europejskim”, omawiali swą strategię na najbliższą sesję soboru. Podjęli wówczas decyzję, że postarają się nakłonić ojców do włączenia tekstu o Matce Bożej do Konstytucji o Kościele (znanej później jako Lumen gentium). Zgodnie z tymi postanowieniami kard. Frings z Kolonii zabrał głos podczas jednego z pierwszych zgromadzeń plenarnych III sesji, proponując zebranym, by schemat o Matce Bożej włączony został do Konstytucji o Kościele. Doprowadziło to do trwającej kilka dni namiętnej dyskusji, pod koniec której ojcowie soborowi minimalną większością zaaprobowali (29 października 1963 r.) plan „Sojuszu Europejskiego” stosunkiem głosów 1114 do 1097. Strategia ta opracowana została częściowo przez Karla Rahnera, wedle którego byłby to „najprostszy sposób na usunięcie ze schematu pewnych punktów teologicznych, które nie są dostatecznie rozwinięte”. Do owych punktów, które Rahner uważał za „niedostatecznie rozwinięte” należała doktryna o roli Maryi w rozdzielaniu łask, które wysłużyła zjednoczona z umierającym na krzyżu Synem.

Pomimo faktu, iż liczni papieże określali Najświętszą Maryję Pannę Pośredniczką wszelkich łask, a wybitni teologowie (jak np. o. Garrigou-Lagrange) wykazywali, że mogłoby to być zdefiniowane jako dogmat wiary, Rahner stwierdził, iż doktryna ta powinna być „rozpatrzona ponownie” – wskutek czego tytuł Pośredniczki zupełnie zniknął ze schematu. Choć niemieckojęzyczni biskupi nie do końca zgadzali się z tą argumentacją, zażądali jednak, by tytuł „Pośredniczka wszelkich łask” usunięty został ze względu na potencjalne nieporozumienia.

Taki obrót spraw był zdecydowanie na rękę francuskim progresistom w rodzaju kard. Lienarta, o. Yvesa Congara OP oraz ks. Rene Laurentina. Ojciec Congar pisał w roku 1961: „Muszę walczyć, w imię Ewangelii i tradycji apostolskiej, przeciwko rozwojowi mariologii, która nie wywodzi się z Objawienia, ale znajduje oparcie w tekstach papieskich”. Innymi słowy o. Congar – oraz w mniejszym lub większym stopniu ci, którzy podzielali jego punkt widzenia – pragnął obalić nauczanie Magisterium Kościoła w imię powrotu do „wiary apostolskiej”, która to tendencja potępiona została przez Piusa XII jako „fałszywy archeologizm”. Ludzie ci zapomnieli najwyraźniej, że to nie teologowie, ale Magisterium określa, co należy do Objawienia, a co nie.

Ekumenizm zaprzeczeniem prawdy

Jaki cel mieli progresiści w pomniejszeniu roli Najświętszej Maryi Panny? Przede wszystkim uważali oni, że jakiekolwiek szczególne względy okazane Matce Bożej mogłyby zahamować „dialog ekumeniczny z naszym braćmi odłączonymi”, by posłużyć się słowami kard. Fringsa z Kolonii. Innymi słowy, głównym przedmiotem ich troski nie była prawda teologiczna, ale względy ekumeniczne. Ksiądz Rahner, którego opinia – według o. Wiltgena – miała wielki wpływ na postawę niemieckojęzycznych biskupów, stwierdził po przeczytaniu projektu zatwierdzonego przez komisję koordynacyjną w roku 1963, że zatwierdzenie go w tym kształcie „wyrządziłoby niewyobrażalną szkodę z ekumenicznego punktu widzenia, w relacjach zarówno z protestantami jak prawosławnymi”.

Kardynał Frings, ks. Rahner i inni ludzie ich pokroju troszczyli się bardziej o opinię ludzi, takich jak „biskup” Dibelius – niemiecki protestant, wedle którego doktryna Kościoła o Matce Bożej jest jedną z największych przeszkód w zjednoczeniu chrześcijan – niż o przedstawianie światu cudownych prawd dotyczących Matki Bożej. Niemieccy biskupi wysłali więc list do komisji rzymskich, odpowiedzialnych za kierowanie przebiegiem obrad, w którym wyrażali zastrzeżenia wobec dokumentu odnoszącego się do Matki Bożej, uznając przy tym za stosowne przytoczyć opinie kilku prominentnych uczonych protestanckich, wedle których jakiekolwiek nowe deklaracje dotyczące Matki Bożej przyczyniłyby się jedynie do „pogłębienia podziałów” pomiędzy katolikami a protestantami.

Autorzy wspomnianego listu pragnęli więc uszczuplić cześć należną Matce Bożej, aby nie urazić wrażliwości ludzi nie posiadających prawdziwej wiary. Skoro spojrzymy na to jedynie z tej perspektywy, dostrzeżemy natychmiast, jak wielkie niebezpieczeństwo kryje się za owym „ekumenicznym” podejściem. W oczywisty sposób prowadzi ono katolików do zaciemniania prawd wiary. Wiara pozwala nam poznać prawdziwą naturę wszechświata, a jeśli jakieś jej prawdy ukrywane są z obawy, iż ktoś mógłby nie chcieć ich usłyszeć, wówczas niemożliwym staje się zrozumieć dobrego Boga oraz stworzonego przez Niego świata.

Osłabienie wiary oraz czci wobec Maryi

We wspomnianym wyżej przypadku odmowa głoszenia otwarcie prerogatyw i godności Niepokalanej przesłania ludziom nieskończoną mądrość i moc Bożą, która przejawiła się w Jej stworzeniu, jak również niezmierną godność nadaną rodzajowi ludzkiemu, wynikającą z faktu, iż – jak pisze w Prawdziwym nabożeństwie św. Ludwik de Montfort – jednemu z jego członków udzielony został niewysłowiony przywilej wejścia w najściślejszy związek z Osobą Trójcy Świętej. Ta tendencja do lekceważenia przywilejów Matki Bożej pociągnęła za sobą również liczne ataki na ludowe formy pobożności maryjnej (wyczerpującą dokumentację na ten temat znaleźć można w Iota unum Romano Amerio).

Nie ulega wątpliwości, że owa próba ugłaskania protestantów doprowadziła do osłabienia prawdziwego nabożeństwa do Maryi wśród katolików. Próby ukrycia Matki Bożej przed protestantami i wyznawcami innych religii stanowią również zniewagę wobec Jej Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Kiedy Maryja przyniosła swego nowonarodzonego Syna do świątyni jerozolimskiej, świętobliwy Symeon wziął Go na swe ręce i ogłosił: „Ten oto postawiony jest na powstanie i na upadek wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Tak więc przez sam fakt swego istnienia Zbawiciel dzieli ludzi na dwa obozy: tych którzy Go przyjmują oraz tych, którzy odpowiadają Non serviam (Nie będę służył).

Święty Ignacy Loyola przedstawia ów podział wyraziście w swych Ćwiczeniach duchowych i wzywa ludzi dobrej woli do przyłączania się całym sercem do armii Chrystusa. Symeon jednak nie ogranicza się do tego. Zauważywszy zdziwienie św. Józefa i Najświętszej Maryi Panny, mówi do Niej: „A Twoją duszę miecz przeniknie, by na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Innymi słowy, wszechmocny Bóg, który przemówił tego dnia przez usta świętobliwego starca, zamierzał powiązać Matkę z Synem jako znak sprzeciwu. Z tego właśnie powodu teologowie postrzegali tradycyjnie w prawdziwym nabożeństwie do Maryi oznakę wybraństwa.

Jakie więc dobro wyniknąć może z ukrywania Niepokalanej i milczenia o Jej prerogatywach? Czy naprawdę może to doprowadzić ludzi z powrotem do Boga? To tak, jakbyśmy zaprosili kogoś, by zaprzyjaźnił się z młodym człowiekiem, zamykając równocześnie jego matkę w szafie. Co pomyślałby sobie ów młodzieniec? Nasz Pan Jezus Chrystus powiedział: „Jeśliby się kto wstydził mnie przed ludźmi, ja będę wstydził się ich przed Ojcem mym, który jest w niebie”. Zastanówmy się, jak osądzi On tych, którzy wstydzili się Jego Matki?

Postępowi teologowie, którzy przejęli kontrolę na II Soborem Watykańskim, dokładali wszelkich starań by zminimalizować rolę Najświętszej Maryi Panny w dziele Odkupienia, aby nie urazić uczuć protestantów. Udało się im zablokować poświęcenie Jej osobnego dokumentu i pomniejszyć znaczenie tytułów, jakimi od wieków obdarzali Ją liczni papieże. Wszystko to ukazuje nam prawdziwe oblicze tzw. ducha soboru. Jako że Matka jest nierozłącznie związana ze swym Synem, nie powinno nikogo dziwić, że ci sami ludzie, którzy chcieli przemilczeć Jej rolę z obawy przed urażeniem protestantów, nie wahali się również milczeć o samym Zbawicielu wobec ludzi, którzy w Niego nie wierzą.

W tym kontekście nie powinno też dziwić, że zgodnie z duchem Vaticanum II obecny papież Franciszek rozpoczął swój pontyfikat od skierowania do naczelnego rabina Rzymu Riccardo di Segni przesłania, w którym napisał: „Mam wielką nadzieję, że będę w stanie przyczynić się do postępu, jakiego relacje pomiędzy Żydami a katolikami doświadczają od II Soboru Watykańskiego, w duchu odnowionej współpracy i w służbie światu, by stał się on jeszcze bardziej zgodny z wolą Stwórcy”.

Stanowisko to stanowi całkowite przeciwieństwo postawy pierwszego papieża – Piotra, którego pierwsze, „oficjalne pozdrowienie” przywódców „wspólnoty żydowskiej” miało całkowicie innych charakter. „Niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 10–12).

Kogo mamy więc naśladować? Jakie powinno być nasze stanowisko? Musimy przejąć się duchem św. Pawła, który pisał: „Nie wstydzę się wiary”. Elementem naszej walki mającej na celu odwrócenie zniszczeń dokonanych przez II Sobór Watykański, powinno być odważne głoszenie prawd odnoszących się do Najświętszej Maryi Panny. Broniąc prerogatyw Matki Bożej, bronimy równocześnie praw Jej Syna. A głosząc ludziom Jej chwałę, pomagamy Duchowi Świętemu pociągać dusze do Kościoła, a więc powiększać szeregi rodziny, w której Niepokalanej słusznie przynależy tytuł Matki.

Za „The Angelus” (lipiec 2013), tłum. Tomasz Maszczyk.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.