_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taizé. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taizé. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Cała prawda o wspólnocie z Taizé



W wielu parafiach w Polsce obserwujemy obecnie zjawisko, które do niedawna jeszcze było całkowicie nieznane. Zwłaszcza na terenach uniwersyteckich często zobaczyć można plakaty zapowiadające wyjazd na kolejne spotkanie do Taizé. Czym jest wspólnota z Taizé i co oferuje młodym ludziom?

Bez wątpienia jest to współczesny fenomen, coś o czym wzmianki nie znajdziemy ani w Ewangeliach ani w Tradycji Kościoła. Czym więc jest wspólnota z Taizé? Jakie są jej cele? Niniejsze opracowanie stanowi odpowiedź na te pytania. Jeśli ktoś decyduje się na wyjazd do Taizé, powinien mieć pojęcie o miejscu, do którego się udaje i czego może się tam spodziewać.

Czym więc jest Taizé i jakie są cele tamtejszej wspólnoty? Taizé wywiera wielki wpływ na współczesny Kościół, o czym świadczą nie tylko plakaty informacyjne, pielgrzymki i spotkania organizowane przez ten ruch, ale też fakt, iż wedle samego papieża Benedykta XVI, pieśni wykonywane w Taizé niejednokrotnie rozbrzmiewały nawet w rzymskich bazylikach. Możemy więc zadać kolejne pytania: jaki jest skutek owych wpływów? Dokąd prowadzi to katolików, którzy angażują się w ten ruch? Jaki ma to wpływ na Kościół katolicki? I w końcu: czy katolikom rzeczywiście wolno uczestniczyć w spotkaniach w Taizé?

Ci, którzy jedynie słyszeli o Taizé i nie mają większej wiedzy o tym ruchu, powinni zapoznać się z jego historią. Zwolennicy Taizé podkreślają w swych materiałach fakt, iż nie stanowią oni w istocie ruchu, że Taizé nie jest organizacją czy jakimś „Kościołem”. Fundamentalna zasada wspólnoty z Taizé brzmi, że nie jest ona bynajmniej ruchem czy „Kościołem” i że osoby z nią związane powinny angażować się w pracę w obrębie swych własnych wspólnot wyznaniowych. Fakty mówią jednak coś wręcz przeciwnego.

Celowo lub nie, ludzie ci stanowią w istocie ruch oraz „Kościół”, zgodnie z grecką etymologią tego słowa – zwoływanie zgromadzenia. Faktem jest, że gromadzą oni swych zwolenników na modlitwę, podobnie jak to czyni Kościół. Faktem jest też, że rozpowszechniają informacje dotyczące własnej działalności, podobnie jak to czyni każdy inny ruch. Są więc bez wątpienia ruchem, organizacją, a nawet mają ambicje, by stać się czymś więcej niż Kościół.

Historia Taizé

Poniżej zostanie wyjaśnione, czym jest ów „Kościół” i jakie są jego ambicje. Zacznijmy jednak od przedstawienia krótkiej historii wspólnoty z Taizé. Jest ona nierozdzielnie związana z życiem jej założyciela, Rogera Schutza. Urodził się on w Szwajcarii jako najmłodsze z dziewięciorga dzieci pastora protestanckiego Charlesa Schutza oraz pochodzącej z Burgundii matki, wywodzącej się od hugenotów. W młodości był podobno bardzo gorliwym protestantem, a wskutek znajomości z wieloma katolikami, czuł pewien pociąg do katolicyzmu. Studiował teologię w Lozannie i Fryburgu, zgodnie z życzeniem i wolą swego ojca, który pragnął, by w przyszłości został pastorem protestanckim. Podczas II wojny światowej R. Schutz zaangażował się w działalność szwajcarskiego Ruchu Studentów Chrześcijańskich, należącego do Światowej Federacji Studentów Chrześcijańskich, międzywyznaniowego i ekumenicznego ruchu młodzieżowego, który stanowił prawdopodobnie później inspirację dla założenia wspólnoty z Taizé. W trakcie studiów oraz pod wpływem znajomych, zaczął doceniać wiele elementów katolicyzmu, między innymi monastyczny ideał życia wspólnotowego. Napisał również książki, w których bronił życia monastycznego jako całkowicie zgodnego z Pismem świętym. Podziwiał też liturgię Kościoła katolickiego. Poszukiwanie prawdy doprowadziło go nawet do uznania oraz zastosowania we własnym życiu celibatu. Był świadkiem niekończących się konfliktów wśród protestantów, które są skutkiem prywatnej interpretacji Pisma świętego. Pragnął położyć kres wszystkim tym różnicom i sporom pomiędzy różnymi denominacjami protestanckimi.

Z tego powodu od swych młodzieńczych lat angażował się w działalność licznych organizacji pan-chrześcijańskich, których celem było wypracowanie jakiegoś rodzaju jedności pomiędzy protestantami. W udzielonym pod koniec życia wywiadzie, wspominając motywy, które doprowadziły go do założenia własnej wspólnoty powiedział, że chodziło mu przede wszystkim o zasypanie podziałów między chrześcijanami: „Byłem zdumiony, widząc chrześcijan mówiących o Bogu miłości, a równocześnie marnotrawiących tak wiele energii na usprawiedliwianie swych sprzecznych wzajemnie poglądów. I powiedziałem sobie: czyż może być coś skuteczniejszego dla przepowiadania Chrystusa niż prowadzenie życia, w którym każdego kolejnego dnia dokonuje się konkretne pojednanie?”.

Tak więc już w latach studiów w jego umyśle zrodził się pomysł założenia wspólnoty, która koncentrowałaby się na pojednaniu między chrześcijanami, stanowiącej pomost pomiędzy wszelkiego rodzaju denominacjami. Celem było zminimalizowanie różnic, poprzez spotkanie i koncentrowanie się raczej na tym co łączy, niż na tym, co dzieli.

Podczas II wojny światowej (w 1940 roku) udał się do Francji, by nieść pomoc swej rozdartej wojną ojczyźnie. Nieopodal wielkiego klasztoru w Cluny, zniszczonego podczas rewolucji francuskiej, w małej miejscowości Taizé założył wówczas swą wspólnotę, od której wzięła ona później swą nazwę. Podczas wojny przyjmował uchodźców politycznych, wśród których było wielu skazanych na wygnanie Żydów. Po dwóch latach złożono na niego donos na policję i musiał uciekać do Genewy, gdzie spotkał kilku młodych mężczyzn, którzy czytali jego broszurę o życiu wspólnotowym i byli gotowi przyłączyć się do niego.

Po wojnie, tytułujący się już „bratem Rogerem”, Schutz pomagał niemieckim jeńcom wojennym przetrzymywanym w obozach nieopodal Taizé. Jego wspólnota liczyła siedmiu braci, którzy prowadzili skromne życie i w roku 1949 złożyli śluby celibatu oraz życia wspólnotowego. Wszyscy oni byli protestantami. W pewien sposób życie, jakie wybrali oraz złożone przez nich śluby, pozostawały w bezpośredniej sprzeczności z naukami Marcina Lutra, tak więc można by oczekiwać, że kolejnym logicznym krokiem będzie ich powrót na łono Kościoła katolickiego.

Jeśli czyta się biografię Rogera Schutza, nawet pisaną przez jego apologetów, nieuchronnie nasuwa się wniosek, że zwyczajne działanie łaski Bożej doprowadziłoby go ostatecznie do Kościoła katolickiego. Z pewnością miał on dobrą wolę, był szlachetny i gorliwy, prowadził życie na wzór katolickiego, benedyktyńskiego mnicha. Byłoby czymś naturalnym i logicznym, gdyby jego wspólnota stała się kolejnym zgromadzeniem zakonnym w ramach Kościoła katolickiego. By odnaleźć to, czego poszukiwał, potrzebował zaakceptować jedynie magisterium (nauczanie) oraz Tradycję Kościoła. Zgromadzenia zakonne niejednokrotnie zakładane były przez konwertytów, przykładem mogą być Misjonarze Ducha Świętego, których założył nawrócony z judaizmu syn rabina – czcigodny Jakub Libermann. Do zgromadzenia tego należał również abp Lefebvre.

Jednakże – i jest to być może najtragiczniejsze w historii Taizé – po II Soborze Watykańskim hierarchowie Kościoła nie chcieli nowych zgromadzeń zakonnych, ponieważ przyjęli inną perspektywę duszpasterską. Nie było już miejsca na konwersje i nawrócenia, ale jedynie na dialog. Biografowie stwierdzają jednoznacznie, że przed II Soborem Watykańskim członkowie tej wspólnoty pragnęli porzucić swe błędy i prosili o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Wówczas jednak otrzymali od jego władz następującą odpowiedź: „Nie. Poczekajcie. Po soborze staniecie się mostem pomiędzy katolikami a protestantami”. A zatem odmówiono im powrotu do Kościoła, ponieważ jego władze nie chciały, by stali się katolikami. Mieli być rodzajem mostu pomiędzy katolikami a protestantami.

Odpowiedź ta oznaczała, że hierarchowie ci pragnęli czegoś innego niż Kościół katolicki, czegoś „mniej inkluzywnego” czy też „szerszego” i jak napisali – „nie związanego z żadną tożsamością wyznaniową”. Zamiast starać się o jedność chrześcijan, poprzez włączanie odłączonych synów do owczarni Chrystusowej, zapragnęli stworzyć nowy rodzaj owczarni, która skupiałaby w sobie chrześcijan wszystkich denominacji. Zamiast obdarzyć wspólnotę z Taizé łaską przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa – do Kościoła katolickiego – sprawili, iż stała się ona elementem nowego planu oraz nowej wizji, który według ich własnych słów „uwzględniałby bardziej autentyczną wizję pojednania wszystkich denominacji”.

Problem doktrynalny

Tak więc po II Soborze Watykańskim wspólnota z Taizé rozpoczęła swą nową misję. Stając się stopniowo coraz bardziej wpływową, zaczęła pracować nie dla Kościoła katolickiego, ale wykorzystywała jego autorytet dla realizacji nowej, ekumenicznej wizji wyrażonej przez Vaticanum II. Niestety, ta nowa, ekumeniczna wizja, nie jest katolicka, więc nie prowadzi innowierców do Kościoła katolickiego. Co więcej, zarówno w swej genezie jak i skutkach, jest ona w istocie antykatolicka, a nawet destrukcyjna dla religii w ogóle.

Jak to? – można by zapytać. Czyż sam Zbawiciel nie modlił się, aby wszyscy Jego uczniowie stanowili jedno, jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem? Czyż nie powinniśmy koncentrować się raczej na tym, co nas łączy, niż na tym, co dzieli? Co jest złego w istnieniu międzywyznaniowej wspólnoty, w której wszyscy żyją w zgodzie, bez waśni i żadnych barier? Co dobrego wynika z uwypuklania wszystkich tych różnic wiary – czy nie moglibyśmy po prostu zapomnieć o tym i iść naprzód? Co złego jest w tej wizji ekumenizmu?

Zastanówmy się jednak nad całą tą koncepcją wspólnoty międzywyznaniowej i zobaczmy, co ona za sobą pociąga. Zgodnie z ideą ekumenizmu, rodzaj ludzki, a zwłaszcza chrześcijanie, powinni stanowić jedno, a wszelkie podziały, jakie miały miejsce w historii, zwłaszcza podziały w obrębie chrześcijaństwa, stanowią wielkie zgorszenie zarówno dla tych, którzy chrześcijanami nie są, jak i dla samych chrześcijan. Według brata Rogera oraz ludzi mających podobne do jego poglądów, ów brak jedności czy też podziały między chrześcijanami, stanowią przeszkodę w głoszeniu Ewangelii.

Cóż, nie ulega wątpliwości że nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus pragnął, by Jego Kościół był jeden – i rzeczywiście ustanowił dla nas jeden Kościół: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na Opoce tej zbuduję Kościół Mój” (Mt 16, 18). Zwróćmy uwagę, że Chrystus Pan mówi tu o jednej opoce – w liczbie pojedynczej oraz o jednym Kościele. Pan Jezus modlił się również za swych Apostołów, by stanowili jedno, podobnie jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem niebieskim: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy” (J 17, 20–22).

Chrystus Pan podkreśla w sposób szczególny, że mogą oni stanowić jedno jedynie ze względu na swą wiarę oraz dzięki zjednoczeniu z Nim samym. Zbawiciel mówi również o tych, którzy nie uwierzą w Niego i nie będą mieli udziału z Nim, ale zostaną wrzuceni w ogień wieczny. Stwierdza też, że ten kto nie wierzy, już został potępiony (Mk 16, 16). Tak więc widzimy, że istnieje pewien naturalny podział na wierzących i niewierzących, na tych, którzy otrzymają życie wieczne oraz tych, którzy zostaną potępieni. Podział na tych, którzy wchodzą do życia wiecznego oraz tych, którzy są odrzuceni i potępieni, ma fundamentalne znaczenie dla samej idei chrześcijaństwa.

Zbawiciel nie obiecał bynajmniej, że wszyscy, którzy będą Go podziwiać lub naśladować, będą Mu prawdziwie wierni. Co więcej, powiedział nawet, że nie wszyscy spośród tych, którzy mówią „Panie, Panie”, wejdą do królestwa niebieskiego, ale tylko ci, który „pełnią wolę Jego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Zbawiciel zaręcza wręcz, że pojawią się zgorszenia, że są one de facto czymś koniecznym dla rodzaju ludzkiego: „Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 7).

Chrystus Pan zapowiedział, że będą istniały między ludźmi podziały, jako naturalna konsekwencja dokonywanych przez nich wyborów. Co więcej, zapowiedział nawet, że podziały te pojawią się wewnątrz rodzin: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12, 51–53).

Tak więc Pan Jezus mówi jasno, iż nie przyszedł, by dać nam ziemski pokój, ale raczej by przynieść rodzajowi ludzkiemu pokój z Bogiem: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14, 27). Mówi nawet bardziej jeszcze jednoznacznie, że nie modli się za świat, ale jedynie za tych, którzy wierzą w Niego: „Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi” (J 17, 9).

Wszelkie inicjatywy na rzecz ziemskiego pokoju z konieczności skazane są na niepowodzenie, jako że sam Chrystus nie pragnie go i nie modli się o niego. Pismo święte stwierdza nawet, że żywot człowieka na ziemi jest bojowaniem (Hi 7, 1), jest wojną toczoną przez diabła przeciwko duszom, które pragną uratować się w dzień sądu. Jedynym prawdziwym pokojem jest ten, jaki daje Chrystus: pokój pochodzący ze zwycięstwa nad światem, ciałem oraz szatanem. Również św. Paweł powtarza to nauczanie Zbawiciela, pisząc, iż pomiędzy chrześcijanami pojawią się herezje oraz rozłamy. Co więcej – stwierdza nawet, iż jest to czymś koniecznym: „Zresztą nawet muszą być wśród was rozdarcia, żeby się okazało, którzy są wypróbowani” (1 Kor 11, 19). Prawda – z samej definicji – wyklucza wszelki błąd, tak więc przez sam fakt, iż ktoś głosi prawdę, musi odrzucać błąd i fałsz.

Chrześcijanin nie ma być przyjacielem świata, gdyż sam Chrystus Pan nie wstawia się za światem, ani nie szuka z nim przyjaźni. Święty Jakub pisze: „Cudzołożnicy, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeżeli więc ktoś zamierzałby być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jk 4, 4).

Tak więc widzimy, że fundamentalna teza ruchu ekumenicznego, owo dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w pokoju, musi być nieuchronnie skazana na niepowodzenie i nigdy nie urzeczywistni się. Po prostu, nie jest to nauka Chrystusa Pana. On sam niczego takiego nie obiecywał. Zbawiciel zapowiedział wiernym prześladowania i cierpienia, jakie będą musieli ponosić dla Jego Imienia. Zbawienia dostępujemy jedynie przez krzyż, a nie dzięki jakiemuś nieokreślonemu pokojowi. Nawet sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nie da się zadowolić wszystkich ludzi równocześnie. Żaden człowiek nie jest doskonały, dlatego między ludźmi z konieczności muszą pojawiać się różnego rodzaju podziały.

Pan-chrześcijaństwo

A jednak mógłby ktoś powiedzieć, że Chrystus Pan prawdziwie obiecywał pokój swym uczniom i modlił się z Apostołami, by pozostali oni zjednoczeni tak, jak On sam zjednoczony jest z Ojcem (J 17, 21). Podobnie św. Paweł pisze, że Mistyczne Ciało Chrystusa również musi być utrzymywane w jedności przez miłość – „by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem” (1 Kor 12, 25). Zbawiciel mówi, że cechą rozpoznawczą Jego uczniów jest właśnie wzajemna miłość: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35). Wydawać by się mogło więc, iż winniśmy nieustannie starać się o umacnianie więzi jedności pomiędzy uczniami Chrystusa. Jeśli pokój na świecie jest niemożliwy, czy nie może on istnieć przynajmniej między chrześcijanami?

Główna zasada wspólnoty z Taizé brzmi: podkreślajmy raczej to, co nas łączy, zamiast koncentrować się na tym, co nas dzieli. Budujmy wspólnie lepsze społeczeństwo, współpracując w tym co nas łączy, pomagajmy sobie wzajemnie stawać się coraz lepszymi wyznawcami religii, w których zostaliśmy wychowani. Na takiej właśnie naiwnej idei opiera się cała ta filozofia.

Mortalium animos

Wiemy jednak, że jeśli Bóg przemówił do nas – a możemy udowodnić, iż tak rzeczywiście było – naszym obowiązkiem jest okazywać posłuszeństwo Bożemu Objawieniu. Zbawiciel założył swój Kościół właśnie po to, by zjednoczyć wszystkie dusze pod swym panowaniem – a Kościół ten jest jeden. Cechę tę wyrażają szczególnie dobitnie słowa św. Pawła: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest” (Ef 4, 5). Tak więc ci, którzy pragną być chrześcijanami, muszą stanowić część tego jednego Kościoła Chrystusowego. Muszą również wyznawać jedną wiarę, która pochodzi od Apostołów i podlegać tej samej władzy, o której Chrystus Pan mówi: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi. Lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). Dlatego właśnie człowiek, który odłącza się od Kościoła, gardzi jasno wyrażoną wolą Zbawiciela i w istocie przestaje być chrześcijaninem – nawet jeśli w dalszym ciągu sam tak się określa.

Nie można twierdzić, by Kościół katolicki oraz chrześcijanie nie należący do niego, mieli ze sobą coś wspólnego – poza pewnymi bardzo powierzchownymi cechami. Z samej definicji protestant różni się od członków Kościoła tym, iż zachowuje swe własne zdanie w kwestiach wiary. Jest protestantem nie dlatego, że ma coś wspólnego z Kościołem, ale dlatego że pragnie się od niego odłączyć, odseparować. Nikt jednak nie dostępuje zbawienia poprzez wiarę w swe własne opinie, ale jedynie wówczas, gdy wiara jego zgodna jest z tym, co przekazał nam nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Co więcej, różnice zapatrywań pomiędzy różnymi sektami są tak liczne, iż nie sposób przyjąć ich wszystkich równocześnie bez zanegowania zasady niesprzeczności. Dla przykładu: katolicy wierzą w siedem sakramentów, jednak w przypadku denominacji protestanckich każda grupa uznaje inną ich liczbę, a niekiedy neguje je w ogóle.

Budowa lepszego społeczeństwa, czy nawet poszukiwanie wzajemnego zrozumienia, wymaga budowania na jasnych i konkretnych prawdach. Na przykład na bardzo praktycznych kwestiach, jak choćby to, co będziemy robili w niedzielę, zależy całkowicie od naszych osobistych przekonań. Dla katolików jest to dzień, w którym należy powstrzymać się od pracy i iść na Mszę świętą. Wyznawcy różnych denominacji i sekt często nie wierzą w ogóle w Mszę, a niektórzy z nich za dzień odpoczynku uważają sobotę. Jak zatem można zbudować coś spójnego wobec tak sprzecznych przekonań odnośnie do obowiązków moralnych?

Nie można też twierdzić, że pewne prawdy wiary są ważniejsze od innych. Nie można jedne prawdy wiary zawsze stosować w życiu, a inne lekceważyć. Kto miałby decydować, co jest bardziej, a co mniej ważne? A co istotne: czy ktoś dał człowiekowi władzę rozstrzygania o ich znaczeniu? Jeśli usunie się Magisterium Kościoła, które posiada dane mu przez Boga upoważnienie do nauczania i sądzenia, pozostanie jedynie anarchia, prowadząca do kolejnych podziałów. Z samej swej natury Taizé nie działa więc na rzecz żadnej jedności. Prawda jest wręcz przeciwna, ta wspólnota promuje wszelkie rodzaje podziałów i wypaczeń prawdziwego nauczania Chrystusa Pana.

Jedynym sposobem, by zaakceptować tę zasadę o różnych stopniach znaczenia doktrynalnego, innymi słowy tezę, iż jedne prawdy wiary są ważniejsze niż inne i możemy dowolnie między nimi wybierać, byłoby uznanie, że wszystkie te doktryny pochodzą tak naprawdę od człowieka i dlatego każdy może je traktować wedle swej woli. Oznaczałoby to, że wszystkie doktryny wspólnot chrześcijańskich nie pochodzą w istocie od Chrystusa, ale są wytworem ludzkim. W konsekwencji za opinię ludzką trzeba by uznać nawet doktrynę katolicką. Gdyby była to prawda, musielibyśmy przyznać, iż obietnica Zbawiciela, iż Jego słowa nie przeminą, że bramy piekielne nie przemogą Jego Kościoła, nie spełniła się.

Sama idea jednoczenia różnych denominacji jest niesłychanie destrukcyjna dla całej religii chrześcijańskiej. W istocie niewiele różni się to od ateizmu, który również twierdzi, iż wszystkie wyznania są w istocie wytworami ludzkimi. Jest nawet czymś gorszym od ateizmu, prowadzi bowiem do pewnego rodzaju schizofrenii i usiłowania godzenia ze sobą opinii całkowicie się wykluczających. Jest to wręcz rodzaj choroby umysłowej. Jak bowiem inaczej określić moglibyśmy usiłowanie traktowania każdej opinii jako prawdziwej czy przypisywanie sobie autorytetu samego Boga i decydowanie w co należy wierzyć a w co nie?

Konsekwencje moralne

Zastanówmy się jednak nad kwestią jeszcze bardziej praktyczną: czy katolicy mogą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez wspólnotę z Taizé oraz promować w jakikolwiek sposób jej działalność? Po pierwsze, zaznaczyć trzeba, że nawet jeśli dałoby się powiedzieć coś dobrego o praktykach, modlitwach czy muzyce wspólnoty z Taizé, nie oznaczałoby to jeszcze, iż są to praktyki odpowiednie dla katolików. Fakt, iż wspólnota ta chwalona była przez kilku papieży, nie oznacza jeszcze, że jej praktyki są katolickie.

Powinniśmy również powiedzieć wyraźnie, że wspólnota z Taizé nie jest formalnie w jedności z Kościołem katolickim ani z papieżem. Co więcej, nie ma wcale takiej intencji. W istocie członkowie jej podkreślają z dumą fakt, że nie są związani z żadną konfesją – uczynili z tego niejako swą cechę charakterystyczną. Brat Roger zawsze utrzymywał, iż nigdy nie porzucił wiary protestanckiej i nigdy nie uważał się za członka Kościoła katolickiego.

Kodeks Prawa Kanonicznego jasno przedstawia nam obowiązki katolika. Kanon 210 stwierdza, że „wszyscy wierni chrześcijanie muszą starać się prowadzić święte życie oraz przyczyniać się do wzrostu Kościoła oraz jego nieustannego uświęcenia, stosownie do swego stanu życia”. Tak więc uczniom Chrystusa nie każe się działać na rzecz budowy jakiegoś mętnego i bliżej nieokreślonego „chrześcijaństwa”, ale pracować dla wzrostu Kościoła. Królestwem Bożym jest Kościół – jeden i katolicki. Mamy więc obowiązek pracować dla wzrostu Kościoła katolickiego – przez osobisty przykład i cnotliwe życie.

Nie sposób zrozumieć, w jaki sposób angażowanie się w promowanie bezwyznaniowego, ekumenicznego ruchu miałoby prowadzić do wzrostu Kościoła katolickiego? Taizé świadomie unika wszelkich więzów konfesyjnych i nie stara się o formalną jedność z Kościołem. Musimy też pamiętać, że mamy obowiązek (oraz prawo) zdobywać coraz lepszą znajomość doktryny chrześcijańskiej, a nawet bronić jej publicznie stosownie do naszego stanu życia. Jak jednak można twierdzić, że żyje się wedle doktryny katolickiej oraz głosi się ją i broni, jeśli równocześnie należy się do organizacji, która celowo stara się pomniejszać znaczenie specyficznie katolickich prawd wiary?

Zwłaszcza kapłani mają obowiązek nauczania wiary katolickiej w całej jej integralności, a nie jedynie tych jej punktów, które osobiście uważają za ważne. Trzeba też zauważyć, że pomijanie pewnych elementów doktryny, które mogłyby być „kłopotliwe i trudne do przyjęcia” dla innych, jest po prostu nieuczciwością. Z pewnością roztropność duszpasterska wymaga stopniowego doprowadzania innych do przyjęcia całego depozytu wiary, podobnie jak nauczyciel musi do pewnego stopnia dostosować się do zdolności pojmowania swych uczniów – jednak pomijanie pewnych elementów doktryny całkowicie oznaczałoby poważne zaniedbanie obowiązku. Nie można osładzać prawd wiary ani wynikających z niej obowiązków. Rzeczywistość jest nauczycielem bardzo konkretnym i stanowczym.

Dla przykładu: brak mówienia grzesznikom o konieczności korzystania z sakramentu pokuty, z tego jedynie powodu, iż mogłoby to „urazić ich sumienie” przypomina postępowanie nauczyciela fizyki, który nie nauczałby o grawitacji, ponieważ ludzie mogliby upaść i zrobić sobie krzywdę. To właśnie dzięki nauczaniu ważnych i częstokroć trudnych prawd dusze ratowane są przed katastrofą.

Duszpasterze mają obowiązek nauczać wiary katolickiej, a nie głosić jakieś mętne pan-chrześcijaństwo. Materiały oraz modlitwy wspólnoty z Taizé są ze swej natury mętne, dwuznaczne i redagowane w taki sposób, by unikać promowania jakiejś konkretnej denominacji, a zwłaszcza wiary katolickiej. W istocie w szczególny sposób starają się one nie promować właśnie katolicyzmu. W rzeczywistości wspólnota z Taizé nie różni się niczym od innych grup protestanckich, które poszukują jedności innej niż ta, która bierze się z wyznawania jedynej prawdziwej wiary.

Tak więc zachęcanie ludzi do wyjazdów do Taizé jest de facto zachęcaniem ich, by stali się protestantami. Oznacza to zachęcanie do ignorowania dogmatów wiary, których wyznawanie konieczne jest do zbawienia; nakłanianie do budowania życia duchowego bez prawdy. Kiedy próbujemy budować życie duchowe bez dogmatów, w najlepszym razie grozi nam popadnięcie w sentymentalizm, w najgorszym zaś w prawdziwy obłęd.

Nie można stać się świętym ignorując równocześnie kwestie doktrynalne. Wszystko, co uważamy za dobre, pozostaje w relacji do pewnych norm czy standardów wiary – to nasza wiara stanowi fundament dla naszych czynów i to nasza wiara jest początkiem naszego usprawiedliwienia. Traktowanie wszystkich wyznań jednakowo oznacza de facto zanegowanie samego pojęcia prawdy. Gdyby uznać, że wszystkie religie, głosząc rozmaite tezy, często ze sobą sprzeczne, są prawdziwe, wówczas prawda jako taka nie istniałaby, byłaby pojęciem pozbawionym jakiegokolwiek sensu i znaczenia.

Kiedy czyta się świadectwa ludzi, którzy byli w Taizé, uderzają w nich przede wszystkim dwa fakty. Często mówią oni o prostocie życia, o warunkach biwakowych i bezpośrednich kontaktach z innymi ludźmi. Samo w sobie nie jest to złe i częstokroć ludzie uważają, że odbywają w ten sposób jakieś ćwiczenia duchowe, podczas gdy w rzeczywistości odrywają się jedynie na jakiś czas od telewizorów i mają trochę czasu na rozmyślanie w ciszy i milczeniu. Już samo to mogłoby przynieść wielką korzyść współczesnej młodzieży, której codzienne życie toczy się w nieustannym hałasie i koncentruje się na rzeczach powierzchownych. Musimy jednak jasno powiedzieć, że nie jest to ani duchowość, ani nawet jej początki. Jest to po prostu oderwanie się od zgiełku i prowadzenie bardziej ludzkiego życia przez kilka kolejnych dni.

Można by argumentować, że każda prawdziwa pielgrzymka przynosi te same zbawienne skutki, pozwalając na głębszy kontakt z rzeczywistością. Niebezpieczeństwo Taizé polega na tym, że przedstawia ono sam powrót do natury jako rodzaj doświadczenia religijnego. Jest to fałsz. Powrót człowieka do życia bardziej zgodnego z naturą jest z pewnością czymś wspaniałym, niekoniecznie zbliża go jednak do Boga. Wielu bałwochwalców jest równocześnie miłośnikami natury.

Inną rzeczą, o której wspominają wszyscy będący w Taizé, są wykonywane tam pieśni. To właśnie dzięki nim wspólnota ta zyskała w znacznym stopniu swą popularność oraz wpływy. Co jednak ciekawe, jeśli wejdzie się na stronę internetową Taizé i posłucha tych śpiewów, odkryje się, że 90 proc. z nich wykonywanych jest po łacinie. W większości oparte są one na chorałach gregoriańskich, czyli na śpiewie Kościoła katolickiego. Wiele z nich skomponowanych zostało w stylu XVI-wiecznej muzyki sakralnej. W wielu przypadkach można by mówić nawet o plagiatach – choć autorzy dostosowali te śpiewy w taki sposób, by stały się one bardzie przystępne dla ucha współczesnego człowieka. Trzeba też zauważyć, że brat Alois, jeden z głównych aranżerów tej muzyki, przed dołączeniem do wspólnoty z Taizé był katolikiem.

To naprawdę przygnębiające, że dzisiejsza młodzież musi udawać się do Taizé, by słuchać muzyki, która jeszcze zaledwie 50 lat temu rozbrzmiewała we wszystkich katolickich kościołach. Obecnie w naszych świątyniach wykonywane są prostackie i banalne kompozycje, mające mało wspólnego z sacrum. Nic więc dziwnego, że młodzi ulegają urokowi wykonywanych w Taizé pieśni i znajdują w nich pewien rodzaj pokarmu duchowego. Dla tych dusz, zmuszonych do życia na co dzień w jałowej atmosferze nowej Mszy, może to rzeczywiście stanowić pewien urok.

Istnieje legenda o fleciście z Hameln, który swą muzyką ściągnął zgubę na młodzież swego miasta. Istnieje też mit o Orfeuszu, który potrafił oczarować całe stworzenie swą muzyką. Nie ulega wątpliwości, iż muzyka wywiera potężny wpływ na psychikę ludzką. Chorał gregoriański posiada wielką siłę oddziaływania, a polifonia sakralna towarzyszyła liturgii katolickiej przez wiele stuleci. Gdyby przywrócono jej należne miejsce, młodzi nie musieliby podążać za fletnistą nad przepaść dezorientacji doktrynalnej i łatwo byłoby wyprowadzić ją z mroków ignorancji oraz błędu.

Wiele osób, które były w Taizé, wspomina również o tym, iż doświadczyły tam „większej potrzeby poszukiwania i zawierzenia”,co w praktyce zupełnie nic nie oznacza. Przez sam fakt, iż wspólnota ta pragnie być międzywyznaniowa, wyklucza ona jakiekolwiek poszukiwanie głębszego zrozumienia prawd wiary, proponując zamiast tego nieokreślone i niejasne pojęcie ufności i zawierzenia. Ludzie opuszczają Taizé pełni chwilowego entuzjazmu, jednak bez jasnego wyobrażenia o własnych obowiązkach religijnych. Ich euforia szybko znika lub wykorzystywana jest dla różnych, niejednoznacznych celów.

Ostatnią cechą Taizé, zdecydowanie niekatolicką, jest dokonujące się tam stale nadużycie: udzielanie Komunii św. niekatolikom. Zgodnie z panującą tam praktyką, w niedzielę Komunia św. udzielana jest każdemu, bez względu na wyznanie, kto wierzy, iż obecne są w niej Ciało i Krew Pańska. Jednak wszystkie wyznania chrześcijańskie mają całkowicie różne rozumienie Komunii. Anglikanie postrzegają ją po prostu jako symbol, luteranie uważają, że Chrystus obecny jest wraz z chlebem i winem itd.

Twierdzi się w Taizé, że papież zezwolił na tę praktykę w 1986 roku. Jednak jest faktem, że sam papież osobiście wyraźnie zakazał jej w dokumencie Redemptoris Sacramentum. Bracia z Taizé podkreślają też, że Msza sprawowana jest zwłaszcza dla pielgrzymów z krajów Europy Wschodniej, którzy byliby sfrustrowani, gdyby w niedzielę nie mogli w niej uczestniczyć. Jeśli jednak jest to Msza, należy podczas niej przestrzegać katolickiej dyscypliny sakramentalnej. Rażące lekceważenie przez wspólnotę Taizé zakazu communicatio in sacris to, niestety, jedno z wielu nadużyć, jakie mają w niej miejsce.

Konkluzja

Tak więc podsumowując, możemy bez wahania stwierdzić, że cały ruch Taizé nie jest w żaden sposób katolicki, nie respektuje doktryny Kościoła. Co więcej, nie ma on takiej intencji. Nie tylko praktykuje on indyferentyzm religijny, ale też czynnie go propaguje. W tej sytuacji katolikom absolutnie nie wolno angażować się w tego rodzaju inicjatywy. Taizé stanowi ogromne zagrożenie dla wiary katolickiej, promuje bowiem indyferentyzm religijny i w sposób świętokradczy udziela sakramentów. Co grosza, usiłując połączyć ze sobą wszystkie konfesje, propaguje w ten sposób rodzaj religijnej schizofrenii.

Wiele pisano o Taizé przy okazji uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II, w których uczestniczył brat Roger, a nawet otrzymał Komunię św. z rąk ówczesnego kard. Ratzingera. Niektórzy usprawiedliwiali to twierdząc, że przeszedł on potajemnie na katolicyzm. Jednak sam brat Roger natychmiast zdementował to, a jego wspólnota energicznie protestowała przeciwko tego rodzaju sugestiom. Wielu publicystów usiłowało dojść, jaką religię w istocie wyznawał Roger Schulz. Ostatecznie jednak jedynym nasuwającym się wnioskiem musi być to, że wyznawał on religię stworzoną przez siebie samego. Miał własną wizję religii, która niewiele miała wspólnego z tym, co nazywamy wiarą – odpowiadała ona jego własnym pragnieniom, a nie woli Boga.

Hinduiści mówią o tzw. karmie, będącej rodzajem poetyckiej sprawiedliwości, która przenika wszechświat i w pośredni sposób doprowadza wszystkie rzeczy do pierwotnego ładu. Nie ulega wątpliwości, że sprawiedliwość Boża działa niekiedy w sposób tajemniczy. Brat Roger zmarł w tragicznych okolicznościach, zasztyletowany przez chorą psychicznie kobietę cierpiącą na schizofrenię. Z pewnością nie był on winny jej choroby, jest jednak coś znamiennego w fakcie, iż człowiek nie zdający sobie sprawy ze swych czynów, odbiera życie innemu człowiekowi, który nie wie, kim w istocie jest. Dla duszy takiej możemy jedynie błagać Boga o miłosierdzie, gdyż faktem jest, iż został on wykorzystany przez hierarchię oraz skażony jej fałszywym ekumenizmem.

Pojednanie jest szlachetnym celem – a tym bardziej pojednanie całego rodzaju ludzkiego. Jest jednak tylko jedna Osoba, która może pojednać nas z Bogiem, a poprzez Boga ze wszystkimi innymi. Jest nią nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Jedynie przez wierność Jego nauce w całej jej integralności możemy dostąpić zbawienia. Nie w żaden inny sposób. Podziały między ludźmi mają jedno tylko źródło, a jest nim grzech. Jedynie poprzez sakramenty Chrystusa Pana grzechy te mogą zostać nam odpuszczone, a jedyną wspólnotą dającą zbawienie jest Kościół katolicki.

Nie może być prawdziwej jedności między ludźmi, dopóki wszystkie dusze, dzięki łasce samego Zbawiciela, nie będą zjednoczone z Kościołem. Nie mają żadnego sensu modlitwy o jakieś nieokreślone, naiwne i sentymentalne pojednanie, ani o jakiś rodzaj przyszłej, międzyludzkiej solidarności. Jest to nie tylko absurdalne, ale i destrukcyjne dla prawdy. Modlić trzeba się o nawrócenie grzeszników i heretyków oraz o powrót zagubionych dusz do owczarni Jezusa Chrystusa – Dobrego Pasterza, który jest drogą, prawdą i życiem.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

niedziela, 29 grudnia 2013

Tomasz Maszczyk: Prorok z Taizé


W ostatnich latach coraz głośniej w Polsce o tzw. ekumenicznej wspólnocie Taizé. Jej nagła popularność, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych, osiągnęła takie rozmiary, że można ją bez przesady określić mianem religijnego fenomenu. Tym bardziej dziwne jest, iż nie doczekało się ono dotąd wyczerpującej analizy z pozycji katolickich. Główne „dzieła” zmarłego niedawno animatora tej neoprotestanckiej grupy, Rogera Schutza, ukazały się w „katolickich” wydawnictwach nawet bez listka figowego, jakim jest praktycznie bezwartościowe dziś imprimatur. Pomimo to, sprzedawane w „katolickich” księgarniach, wykupywane są masowo przez młodzież, pochłaniającą je bezkrytycznie, wręcz z wypiekami na twarzy. Niniejsze opracowanie jest próbą analizy – siłą rzeczy pobieżnej – ideologii (używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością) ruchu, który wywiera rosnący wpływ na katolickie środowiska młodzieżowe w naszym kraju.

Sztandarową jego postacią jawi się wspomniany już Roger Schutz – syn pastora, urodzony w Szwajcarii 12 maja 1915 r. w rodzinie o sięgającej XVI wieku tradycji „reformacyjnej”. We wczesnej młodości w wyniku frustracji religijnych popadł w agnostycyzm, z którego, jak sam opisuje w swoich wspomnieniach, wydobył się dzięki lekturze jansenistycznych Myśli Pascala (znajdujących się notabene na indeksie ksiąg zakazanych). Od tej chwili dojrzewała w nim idea, której urzeczywistnieniu oddał się później bez reszty. Był nią ekumenizm – ale ekumenizm pojęty bardzo swoiście. Nie chodziło mu bowiem bynajmniej o powrót protestantów na łono Kościoła, ale o „pogodzenie się z katolicyzmem bez porzucania wiary protestanckiej” (1). W celu lepszego przygotowania do tego zadania rozpoczął obszerne studia teologiczne, a jego duchowym mistrzem stał się... Marcin Luter.

W tym miejscu, aby lepiej zrozumieć znaczenie tego faktu i jego wpływ na dalsze kształtowanie się światopoglądu Schutza, wypada przypomnieć mniej zorientowanym czytelnikom postać „wielkiego reformatora”, który wniósł tak doniosły wkład w budowę ekumenizmu. Marcin Luter, urodzony w 1483 r. w Eisleben, po krótkim pobycie w klasztorze augustianów w Erfurcie porzucił stan duchowny, by całą swoją energię i niewątpliwy talent obrócić na zniszczenie Kościoła katolickiego. Eksponowany zwykle przez lewicowe podręczniki „epizod z odpustami” odegrał w jego życiu znaczenie drugorzędne. Już w 1518 r. w dyskusji w klasztorze augustianów w Heidelbergu Luter formalnie wyłożył swoje propozycje antykatolickie: negację sakramentów, odrzucenie hierarchii, powszechne kapłaństwo, usprawiedliwienie jedynie przez wiarę (bez uczynków) i predestynację. Śluby zakonne miał w głębokiej pogardzie. „Czy kto powie Bogu, «przyrzekam Ci obrażać Cię przez całe życie», albo czy Mu kto powie, «przyrzekam Ci przez całe życie zachować ubóstwo i czystość», jest to wszystko jedno. Należy przeto nie tylko zerwać podobne śluby, ale karać surowo tych, którzy je wykonują, i niszczyć klasztory do ich wytępienia” (Krótkie wnioski o ślubach i życiu klasztornym, Walcha, EXIX, p. 797).

Dalej jeszcze posunął się w atakach na Mszę św.: „Księża, którzy odprawiają msze, zasługują na śmierć, podobnie jak każdy bluźnierca publiczny przeklinający Boga na ulicy” (2). Przecząc istnieniu wolnej woli, pisał: „Wszystkie rzeczy następują według nieodzownych wyroków Boga. Bóg sprawia w nas zarówno złe, jak i dobre, i podobnie jak nas zbawia bez naszej zasługi, potępia nas również bez naszej winy” (De servo arbitrio, Walcha XVIII p. 19,62). W zawierusze buntu chłopskiego Müntzera – który nawiasem mówiąc sam wywołał podżeganiem do zrzucenia jarzma księży i panów – poślubił Luter porwaną z klasztoru Katarzynę von Bora (jego zasady małżeńskie były co najmniej dziwne: „jeżeli małżonka odmawia – udaj się do służącej, a jeżeli ta nie chce, wystaraj się o Esterę i wypraw Wastę, jak to uczynił król Asswersus” [O pożyciu małżeńskim, P 11, fol 168]). W 1537 r. błogosławił oddziały Ligi Szmalkaldzkiej: „Niech Bóg napełni was nienawiścią przeciw papizmowi”. Zmarł 18 lutego 1546 r., według relacji świadków pogrążony w przerażeniu – widząc na łożu śmierci otwierające się przed nim piekło. Imię jego długo jeszcze było sztandarem bandy „reformatorów”, topiących we krwi całą Europę podczas wojny trzydziestoletniej, wojen hugenockich, szwedzkich etc.

Wszystko to nie zraziło jednak Schutza; co więcej, był on zdumiony widząc „irracjonalizm przeszkód” (Jego miłość jest ogniem, s. 91), które spowodowały owe „wieki nieporozumień” (Walka ludzi pokoju, s. 61). Poszedł nawet dalej, zdobywając się na wspaniałomyślność – „Nie potępiam żadnej ze stron (...) nie chcemy dowodzić kto miał rację, a kto zawinił” (Walka ludzi pokoju, s. 64–65). Abstrahując jednak od przeszłości, spróbujmy ocenić szczerość jego – jak to sam określał – fascynacji katolicyzmem. Pomimo wielkiego szacunku dla urzędu papieskiego Taizé otwarcie neguje dogmat o nieomylności papieża w sprawach wiary, co najdobitniej uwydatniło się po ogłoszeniu przez Piusa XII dogmatu o Wniebowzięciu Najśw. Maryi Panny. Tego dnia Roger Schutz zapisał w swoim dzienniku: „Dla nas jest to dzień żałoby” (Brat Roger – założyciel Taizé, s. 60). Interesujący wydaje się epizod z życia założyciela Taize, kiedy jeszcze przed Soborem Watykańskim II wątpliwości religijne zaprowadziły Rogera Schutza niemalże do przyjęcia katolickiego wyznania wiary. Wątpliwości zostały rozwiane przez papieża Jana XXIII, który odwiódł Schutza od przejścia na łono Kościoła katolickiego, zapewniając go nie tylko, że potrzebny jest jako przedstawiciel „Kościołów reformowanych”, ale że w rzeczywistości przynależy do Kościoła Chrystusowego, budowanego na podstawie najliczniejszych wyznań chrześcijańskich. Słowa te zostały jeszcze mocniej potwierdzone przez Jana Pawła II, który miał powiedzieć do Schutza: „Zostań tym, kim jesteś. Najważniejsze, byś kochał Boga i ludzi”. Już po tragicznej śmierci „brata” Rogera, zamordowanego w sierpniu 2005 r. przez niedoszłą prawosławną zakonnicę rumuńską Luminitę Solcanu, jego następca „brat” Alojzy zdementował prasowe pogłoski mówiące o przedśmiertnych planach konwersji Rogera Schutza. Założyciel wspólnoty, wbrew spekulacjom prasy, nie planował przejścia na katolicyzm i nie przeszedł nigdy na katolicyzm w ukryty sposób. Schutz był przekonany, że przynależy do Kościoła Chrystusowego, pozostając w protestanckiej sekcie, a ugruntowany został w tym przekonaniu przez Jana XXIII.

Spróbujmy teraz przeanalizować kwestię zasadniczą – stosunek Taizé do sakramentów. Przez całą „twórczość” Schutza przebija lekceważący stosunek do grzechu – tak typowy dla luteranizmu: „Człowiek zostaje zwolniony z ciężaru odpowiedzialności odziedziczonego przez przodków. Na czym polega więc grzech? (...) kto nas potępia, skoro modli się za nas Jezus? (...) Skąd się bierze uczucie, że są potępieni, skąd ten ciężar obwinienia, który nie ma nic wspólnego z grzechem?” (Niech twoje święto trwa bez końca, s. 164). Nie należy się temu dziwić, pamiętając słowa jego mistrza, Marcina Lutra, z listu do Melanchtona z 1521 r.: „Crede firmiter et pecca fortiter” (‘silnie wierz, że Bóg ci odpuści, i grzesz jeszcze więcej’).

Eucharystia – tu wypowiedzi „brata” nie są nigdy jednoznaczne. Pewne sformułowania pozwalają jednak domyślać się, iż jako luteranin w przeistoczenie nie wierzył. Wskazują na to również fragmenty jego książek, świadczące o zupełnym braku zrozumienia istoty tego sakramentu. Przebija z nich bowiem pragnienie, by „stworzyć dostęp do komunii katolickiej tym wszystkim, którzy nie będąc katolikami szukają...” (Niech twoje święto..., s. 40). „Czy eucharystia katolicka zawsze pozostanie niedostępna dla niekatolików?” – żalił się (ibidem, s. 38). W żądaniu, by „umożliwić chrześcijanom uczestnictwo w tej cząstce kapłaństwa, która każdemu z nas została powierzona” (ibidem, s. 127), pobrzmiewa luterańska koncepcja powszechnego kapłaństwa. Pomimo parodiowania katolickiego zgromadzenia monastycznego „bracia” odrzucają śluby posłuszeństwa jako poniżające człowieka oraz negują celowość wszelkich wyrzeczeń i poświęceń, które wytworzyły zastępy wielkich katolickich świętych. „Nie należy zamartwiać się wyrzeczeniami, jakie chcemy sobie narzucić, lepiej spełniać w prostocie to, co się pojawia w danej chwili” (Jego miłość jest ogniem, s. 25).

Pytanie Rogera Schutza, kiedy wreszcie niekatolicy otrzymają prawo do otrzymywania katolickich sakramentów, otrzymało jednoznaczną odpowiedź już w czasie Mszy sprawowanych w obecności przedstawicieli wspólnoty przez Jana Pawła II, gdzie dochodziło do aktów interkomunii. Jednak dopiero w czasie Mszy pogrzebowej papieża Jana Pawła II doszło do publicznego i jawnego zlekceważenia przepisów liturgicznych: kard. Józef Ratzinger udzielił Schutzowi Komunii św., przekraczając nawet zreformowane w duchu ekumenizmu przez Jana Pawła II prawo kanoniczne.

Stosunek do sakramentów nie przeszkadzał Schutzowi stwierdzić bezczelnie w Walce ludzi pokoju, iż „zasadniczych różnic należy się dopatrywać jedynie w negowaniu urzędu papieskiego i ostatnich dogmatów dotyczących N.M.P.” (Walka ludzi pokoju, s. 77). Parę stron dalej pisze z rozbrajającą szczerością: „Mając w perspektywie łączność duchową nawet bardziej powszechną, nie możemy zerwać ze wspólnotą naszego pochodzenia” (ibidem, s. 79). Zaiste, świetlany to wzór dla katolickiej młodzieży – człowiek, który ceni bardziej przywiązanie do sekty niż prawdę i zbawienie własnej duszy!

Obok swej fascynacji Lutrem Schutz wypowiada się przychylnie o osobie św. Augustyna, co jest o tyle szokujące, że ten ostatni całe niemal dorosłe życie poświęcił bezwzględnej walce z heretykami. Prawdziwym heretykiem jest wedle św. Augustyna ten, kto świadomie uznaje fałsz za prawdę, mimo że otrzymał od innych należyte pouczenie o fałszywości swej nauki. Do heretyków nie zaliczał chrześcijan, którzy żyją w przekonaniu, że taka jest nauka Kościoła katolickiego, lub innych, którzy błąd odziedziczyli po rodzicach – ale go uporczywie nie bronią i są gotowi porzucić go, jeśli się przekonają o jego fałszywości (ks. P. Stach, Św. Augustyn w walce z heretykami, Lwów 1930). Według św. Augustyna heretycy nigdy właściwie nie należeli do Kościoła. Odnosi do nich powiedzenie św. Jana: „Z nas wyszli, ale nie byli z nas, bo gdyby z nas byli, z nami byliby wytrwali”. W kwestii zbawienia heretyków był zdecydowany:

Przypuśćmy więc, że ktoś jest czystym, powściągliwym, niechciwym, niekłótliwym, lecz cierpliwym i spokojnym, trzeźwym, umiarkowanym w jedzeniu, że nie służy bałwanom, nikomu nie zazdrości, nikogo nie nienawidzi, lecz jest heretykiem, to dla tego samego powodu, że jest heretykiem, nie posiądzie na pewno Królestwa Bożego (De bapt., IV, 43–169).

Naukę tę potwierdziły wszystkie późniejsze sobory i papieże (3).

Drugim świętym Kościoła, który z niewiadomych przyczyn znalazł uznanie w oczach „proroka z Taizé” i którego ów często cytuje, jest św. Teresa z Avila. Są to oczywiście cytaty starannie dobrane... Dla przeciwwagi przytoczmy więc parę słów Świętej, rzucające światło na jej stosunek do ekumenizmu:

Wobec tych strasznych spustoszeń, jakie wszędzie czynią heretycy, wobec tego wielkiego pożaru coraz dalej się szerzącego, którego żadna siła ludzka ugasić nie zdoła – choć próbowano, ale daremnie, wstępnym bojem i siłą oręża poskromić te niecne rozruchy – tak zdaje mi się trzeba postępować, jak się to zwykło czynić czasu wojny. (...) I jakże, Stworzycielu mój, tą samą miłością tchnące wnętrzności Twoje znoszą to, by to co Syn Twój z taką żarliwą miłością uczynił, by ten Najświętszy Sakrament (...) w tak strasznej był poniewierce, że heretycy wyrzucają Go z przybytków Jego i burzą kościoły Jego (...). Ileż to razy na każdy dzień i w każdym miejscu widzisz Go, Ojcze, w ręku nieprzyjaciół nad nim się pastwiących. Ile bluźnierczych profanacji i świętokradztw dopuszczają się na nim nieszczęśni heretycy (Droga do doskonałości, s. 3–33).

Szczęśliwie ekumeniczne zapędy „brata” Rogera zostały zdecydowanie powstrzymane dekretem Świętego Oficjum z czerwca 1948 r., zakazującym wszelkiego rodzaju ekumenicznych imprez. W 1955 r. zakazano odprawiać obrzędy w przejętym przez wspólnotę Taizé opuszczonym kościółku romańskim, toteż do początku lat 1970. „bracia” skoncentrowali się głównie na działalności politycznej – a mieli już w tej dziedzinie spore doświadczenie. W latach powojennych działali aktywnie w lewicowych związkach zawodowych w kopalniach Montceau les Mines, skąd zostali usunięci za działalność wywrotową. W swoich zapiskach z lat 60. Roger Schutz stawia pytanie: „Co mogą uczynić chrześcijanie dla rozwoju?”. Odpowiedź jest prosta: „Przede wszystkim uświadomić ludziom, a zwłaszcza chrześcijanom, niesprawiedliwość i nierówność w podziale dóbr”. Przy lekturze dzieł „proroka z Taizé” można odnieść wrażenie, że walka o „bardziej słuszny rozdział dóbr wśród ludzi” (Jego miłość jest ogniem, s. 121–122) i dążenie do zniesienia „nieznośnych przywilejów części ludzkości, które wywołują wstrząs w najszlachetniejszych pośród młodzieży” (Niech twoje święto..., s. 100) jest zasadniczym posłaniem grupy Taizé, znacznie ważniejszym od celu religijnej unifikacji. W swoich wspomnieniach przesiąkniętych marksistowską retoryką zajmuje bowiem Schutz postawę, której nie sposób nazwać umiarkowaną: „Nie wystarczy potępić innych chrześcijan za używanie pieniędzy, żeby stać się żywą opoką ludu Bożego” (ibidem, s. 118).

Jego fascynacja marksizmem osiąga apogeum w roku 1968. Podczas rewolucji na Sorbonie, gdy pod wypływem Marcuse’a i Sartre’a bandy zdegenerowanych francuskich studentów zmieniły uniwersytet w dom publiczny, wywieszając portrety Lenina, Trockiego i Che Guevary i transparenty „Ani Boga, ani pana”, niszcząc wszystko, co znajdowało się w ich zasięgu – wzruszony Roger bolał nad bezwzględnością sił porządkowych (Walka ludzi pokoju, s. 23). W tym samym roku czynnie zaangażował się w obronę komunistycznego Wietnamu, wysyłając list protestacyjny do prezydenta USA i współorganizując demonstracje pacyfistyczne (ibidem, s. 113). W centrum jego zaangażowania leżała jednak Ameryka Łacińska – oczywiście ze względu na wielką liczbę bojowników o „sprawiedliwość społeczną” skupionych w okopach teologii wyzwolenia. Trzeba bowiem wiedzieć, że prorok pozostawał w serdecznych stosunkach z jednym z niezrównanych szermierzy czerwonej teologii – arcybiskupem Helderem de Camara, którego głównym zmartwieniem jest „nierówność nędzy” w Brazylii (Niech twoje święto..., s. 73). Mając na uwadze, iż marksizm zapewnia jej równość (poprzez powszechność), doszedł on do przekonania, że „współczesny ateizm ma w sobie coś z tęsknoty za humanizmem (...). Marksizm jest w zasadzie humanizmem. Człowiek w nędzy nie może czuć się wolnym w świecie. Ci, którzy pozostali na Kubie (komuniści Castro – przyp. aut.) nie chcieli niczego innego jak tylko wyrwania z biedy i nędzy” (J. Mackiewicz, Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy, s. 226–227). „Cała nasza akcja jest energiczną negacją nowokolonialnego kapitalizmu i tworzeniem państwa socjalistycznego” – twierdzą jego owieczki na łamach „Exelsio” z 29 listopada 1969 r.

Sam Schutz po wizycie w Chile i spotkaniach z rewolucjonistami pisał: „Solidaryzuję się całym sercem po stronie tych młodych chrześcijan i napisałem im o tym. Przygotowują się do tego, by pewnego dnia wziąć broń do ręki i obalić tyranię – ale są bezinteresowni” (Niech twoje święto..., s. 78.). Solidaryzował się zresztą nie tylko z nimi – po obaleniu komunistycznego prezydenta Salvadore Aliende wyrażał szczere współczucie z powodu „dramatu Chile” i zaangażował się czynnie w ratowanie życia sekretarza chilijskiej partii komunistycznej – Corvalana (ibidem, s. 175). Współbracia „proroka” nie pozostali oczywiście w tyle. Najbliższy jego przyjaciel i współzałożyciel ruchu Max Thurian w swojej książce Marie mere du Segneur pisał:

Sprawiedliwość polityczna i społeczna, równość praw i wspólnota dóbr, są to znaki miłosierdzia Mesjasza podkreślone przez Jego Matkę. Stąd też Ewangelia zbawienia staje się także Ewangelią wyzwolenia człowieka. Maryja jest pierwszą chrześcijanką i pierwszą rewolucjonistką w ramach nowego ładu.

Nic dziwnego, że zdanie to spotkało się z zachwytem jednego z czołowych ideologów teologii wyzwolenia – zamieszkałego w Brazylii marksistowskiego franciszkanina Leonarda Boffa. Pracował on bowiem od dawna nad udowodnieniem, że „hymn Magnificat jest zwykłym plagiatem, gdyż jest skopiowany z różnych tekstów Starego Testamentu”. Na podstawie tego plagiatu starał się dowieść, że „Maryja żyła nienawiścią, żądzą zemsty i buntem wobec Rzymian, a także i swych rodaków burżujów, życzyła im przekleństwa Bożego i wzywała do rewolucji” (ks. M. Poradowski, Kościół od wewnątrz zagrożony, s. 219).

Dla kontrastu wystarczy spojrzeć na karty encykliki Leona XIII Quod apostolici muneris z dn. 28 grudnia 1878 r.:

Społeczeństwo ludzkie, jakim je Bóg ustanowił, składa się z jednostek nierównych sobie, chcieć zrównać je sobie jest niemożliwe i byłoby równoznaczne ze zniszczeniem całego społeczeństwa. (...) Równość różnych jednostek składających społeczeństwo jest w tym jedynie, że wszyscy mamy swój początek w Bogu, Stwórcy naszym i wszyscy zostaliśmy odkupieni krwią Jezusa Chrystusa i że będziemy według swych zasług i przewinień sądzeni przez Boga. (...) Nierówność zatem stanu i imienia w społeczeństwach ludzkich są konieczne. (...) Człowiek w stosunku do dóbr ziemi ma prawo posiadania tych dóbr, które niszczą się wskutek używania, jak i tych, których używanie nie niweczy. (...) Prawo posiadania własności prywatnej jako owocu pracy lub w drodze spadku albo darowizny jest prawem naturalnym.

Pomijam w tym artykule wszystkie przypadki świętokradztw, bluźnierczych modlitw i bezczeszczenia świątyń podczas organizowanych regularnie spotkań Wspólnoty Taizé z młodzieżą – są one często przytaczane przez prasę, choć nie zawsze z komentarzem potępiającym.

Nasuwa się więc pytanie: skąd bierze się owa zaskakująca popularność ugrupowania o charakterze jawnie antykatolickim wśród młodzieży wywodzącej się z rodzin trwających od wieków wiernie przy Kościele? – Pierwszym powodem zdaje się rozpaczliwie niski poziom katechizacji, sprowadzającej się obecnie niemal zawsze jedynie do koleżeńskiej rozmowy, dowcipów (nierzadko z rzeczy świętych), przy niemal zupełnym zaniedbaniu dogmatyki katolickiej. Prowadzący katechizację księża nie potrafią zapanować nad młodzieżą, narzucić jej dyscypliny i przemawiać mocą autorytetu Kościoła nauczającego. Zniżając się do jej poziomu, zamieniają wykłady w luźną rozmowę na tematy czasem zupełnie z religią nie związane. Skutek jest oczywisty – znakomita większość „katolickiej” młodzieży kończącej katechizację na poziomie szkoły średniej nie zna Credo, prawd wiary, a nawet Dekalogu, nie wspominając już o przykazaniach kościelnych. Zanika zrozumienie części roku kościelnego, liturgii, sensu istnienia zakonów (zwłaszcza kontemplacyjnych), a często i sakramentów. Znaczna część „katolików" nie wierzy w przeistoczenie – a utwierdza ją w tym przekonaniu lekceważący stosunek kapłanów do Najświętszego Sakramentu. Nierzadkie są przypadki usunięcia tabernakulum z centralnego miejsca kościoła i odprawianie nabożeństw tyłem do monstrancji etc. Podczas wystawień Najświętszego Sakramentu część wiernych siedzi z założonymi rękami i nogami – nie spotyka się to z żadnymi uwagami kapłanów. Cóż, postęp... Nic więc dziwnego, że tak przygotowana młodzież staje się łatwym łupem dla różnego rodzaju sekt – nawet jawnie protestanckich. Większość nie zna po prostu żadnych różnic pomiędzy świętą wiarą katolicką a herezjami (a zwykle nie rozumie też pojęcia „herezja”).

Drugim powodem jest bierna, a czasami nawet przychylna Taizé postawa sporej części księży, zwłaszcza młodych – wychowywanych w duchu „wzajemnej miłości i tolerancji”. Oni właśnie przez swe nieprzemyślane i lekkomyślne postępowanie biorą na swoje sumienia odpowiedzialność za tysiące (!) dusz odłączających się od jedynego świętego Kościoła. Odpowiedzialność ta rośnie wraz ze stopniem w hierarchii kościelnej. Niestety, również papież Benedykt XVI udzielił Taizé poparcia – co prawda umiarkowanego, ale jednoznacznego. Nic zatem dziwnego, że w świątyniach katolickich wprowadza się „modlitwy Taizé”. Jaki będzie tego finał?

Najwyższy czas, by ci, na których spoczywa odpowiedzialność za Kościół, przypomnieli sobie słowa Chrystusa: „Po ich owocach poznacie ich. Nie może drzewo dobre przynosić owoców złych, ani drzewo złe przynosić owoców dobrych” (Mt 7, 16–18). Jak dotychczas nie doniesiono z Taizé o przypadkach cudownych nawróceń z protestantyzmu na katolicyzm. Za to w kierunku przeciwnym...

Rozszerzona wersja artykułu, który ukazał się w „Pro Fide, Rege et Lege” nr 1/1992, s. 24–27.

Przypisy:
  1. Teresio Bosco, Roger Schutz – un profeta a Taize.
  2. Z równą pogardą odnosił się Luter do Ojców Kościoła: „Wszyscy Ojcowie błądzili w wierze i jeśli nie żałowali tego przed śmiercią, są wiecznie potępieni. Św. Grzegorz jest pierwszym autorem wszystkich bajek o czyśćcu i mszach za dusze zmarłych. Znał bardzo mało Chrystusa i Ewangelię, był zbyt przesądnym i diabeł go oszukał. (...) Augustyn często się mylił, nie można liczyć na niego. (...) Hieronim jest heretyk, który pisał wiele bezbożnych rzeczy. Zasłużył raczej na piekło niż na niebo. Żadnego z Ojców tak nienawidzę jak jego. Tomasz z Akwinu jest tylko niedoszłym płodem teologicznym, równie jak i wielu innych. Jest to studnia błędów, mieszanina wszelkich herezji niwecząca Ewangelię”. Alzog, Historia Kościoła, t. 3, s. 73.
  3. IV Sobór Laterański (1215): „Jeden jest Kościół powszechny, zewnątrz którego nikt zbawionym nie będzie”. Sobór Florencki (1438): „Stale wierzy, naucza i wyznaje Kościół rzymskokatolicki, że nikt nie będąc członkiem Kościoła katolickiego (...) zarówno poganie, ale i żydzi, heretycy i schizmatycy żywota wiecznego nie osiągną, ale że pójdą w ogień wieczny zgotowany diabłu i aniołom jego. Tyle bowiem znaczy jedność ciała Kościoła, że tylko w niej trwającym sakramenty Kościoła do zbawienia posłużą, jak i posty, jałmużny i inne pobożności uczynki, ćwiczenie się w bojowaniu chrześcijańskim nagrodę wieczną wysłużą. Nikt zaś, jakiekolwiek jałmużny rozdawał, choćby nawet dla Chrystusa krew swoją przelał, zbawionym być nie może, jeżeli w gronie Kościoła nie pozostanie”. I Sobór Watykański: „Jeśliby kto mówił, że jednakie jest położenie wiernych i tych, którzy jeszcze nie przyszli do wiary jedynie prawdziwej – niech będzie wyklęty”.
Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI nr 7/2006 (86)

Taizé wczoraj i dziś



W roku 1940, ponad pół wieku temu, Szwajcar Roger Schutz osiedlił się we Francji, w gminie Taizé, 100 km od Lyonu. Brat Roger jest protestantem; założył tam ewangelicką wspólnotę mnichów, której jest przeorem. “Bracia z Taizé, prawdziwi mnisi, prawdziwi przy tym synowie Reformacji, po raz pierwszy zaakceptowali sytuacje, że się wciąż o nich mówi”, czytamy w książce Jean-Marie Paupert’a “Taizé a Kościół jutra”. Opierając się na tej książce, sympatyzującej jak najbardziej z braćmi z Taizé, i na różnych innych dokumentach, postaramy się opisać i ocenić wpływ wywierany przez Taizé.

Wpływ Taize na Sobór Watykański II

W końcowej fazie Soboru pragnęliśmy ustalić, jakie to osobistości odegrały na nim rolę dominującą (…). Jest rzeczą pewną, że Taizé również wniosło w Sobór swój znaczny wkład.

Posłuchajmy brata Rogera, który nam opowiada o typowym dniu w czasie Soboru:

„Wychodząc z Soboru po przedpołudniowych obradach odwiedzaliśmy biskupów, składaliśmy im wizyty, by ich zaprosić do naszego apartamentu. Przy zastawionym stole poruszało się różne tematy (…). Gdy się już nasi goście rozeszli, była chwila ciszy, odetchnięcia, a potem rozpoczynały się różne spotkania. Przewijali się wtedy rozmaici ludzie. Nas, którzyśmy ich przyjmowali, nie było więcej niż pięciu. Późnym popołudniem trzeba było dość często odpowiedzieć na zaproszenie na jakieś seminarium, gdzie poruszano problematykę o charakterze ekumenicznym. Potem szybki powrót przez zatłoczone ulice na wspólną modlitwę i na ugoszczenie wieczerzą innych biskupów. Wieczór mijał nam więc przy stole. Tam skupiała się praca dotycząca obrad Soboru, śledzenie z bliska ewolucji tekstów, redagowanie komentarzy, przedstawianie naszego punktu widzenia za każdym razem, gdy nas o to proszono. Oznaki przyjaźni względem nas są wprost niezwykłe. Oczekuje się po nas bardzo wiele (…). Tę przyjaźń okazują nam ludzie bardzo różni: ci, których podejmujemy przy stole, obserwatorzy, audytorzy świeccy, biskupi, kardynałowie. Ogółem prawie pięćset osób ugoszczonych przyjęciem tylko w czasie czwartej sesji….”.

Nieco dalej brat Roger notuje:

„Wizyta biskupa Dom Herdera Camary. Wszystkie konferencje, jakie wygłosił podczas Soboru, sądzę, że…….”

Sam więc brat Roger we własnej osobie poświadcza znaczny wpływ, jaki Taizé wywierało podczas Soboru. Przyjazne zaś stosunki, ponawiązywane przez braci z Taizé w czasie trwania Soboru, sprzyjały większemu rozgłosowi tego ośrodka po Soborze.

Wpływ Taizé, faworyzowany przez członków hierarchii i duchowieństwo katolickie

Pojawienie się w Taizé biskupów i księży, czy to indywidualne, czy na czele grup katolików, zwłaszcza młodych, budziło w wiernych zaufanie do nauk w Taizé głoszonych. Od ręki można przedstawić listę, chociaż niekompletną, osobistości, które przybywają do Taizé. Informujemy tytułem przykładu:

„W kwietniu 1964 pielgrzymka studentów z Lyonu pod przewodnictwem samego biskupa Villot, a w czasie niej Msza odprawiona po raz pierwszy w wielkim kościele Pojednania, którego krypta okazała się za ciasna, by pomieścić tysiące uczestników.

Duchowy magnetyzm tego miejsca musi być znaczny, skoro się przypomni, że roczną liczbą nawiedzających Taizé pielgrzymów już w r. 1964 szacowano na 150000, to znaczy przeciętnie po 400 osób dziennie.

Wielu odczuwa potrzebę pozostania tu dłużej (…). Obserwuje się bardzo zróżnicowane okresy pobytu: od indywidualnych, pojedynczych dni skupienia, aż do rozważania pewnych tematów na zorganizowanych rekolekcjach różnego typu. Do ich prowadzenia wyznacza się wielu braci, między innymi udzielają się tam brat Pierre-Yves i brat André; obaj są pastorami i jako uznani eksperci prowadzą rekolekcje dla rodzin protestanckich i dla małżeństw mieszanych.

Na zewnątrz Taizé roztacza swój wpływ brat Roger, zwołując młodych z różnych stron świata i wizytując ośrodki katolickie i protestanckie. Wszędzie się spotyka z dobrym przyjęciem. Wspomnijmy tu spotkanie w Rzymie ‘dwudziestu pięciu tysięcy młodych’ w r. 1980, i to w r. 1982, 30 grudnia, z przyjęciem przez Papieża.

Brat Roger opowiada nam o swych podróżach po całym świecie. Informuje, że między 29 września 1980 r. a 20 marca 1981, to znaczy w przeciągu sześciu miesięcy, odwiedził Nowy Jork, Kanadę, południowe Włochy, Rzym i Lizbonę.

Ricigliano. (…) Przybyliśmy tam w chwili, gdy ten wiekowy kapłan odprawiał Mszę w jakimś hangarze. Gdy nas zobaczył przerwał celebrę i podszedł, by nas uściskać”.

Wpływ Taizé poprzez prasę

W wydawnictwie “Press de Taizé” ukazało się sporo dzieł; sam brat Roger napisał ich ponad dziesięć, a przełożono je na dziesięć języków; inny brat z Taizé, Max Thurian, również wydał ponad dziesięć książek. Rozprowadza je wiele księgarń. Do tego dochodzą książki powstające w nurcie Taizé, pisane również przez przyjaciół przychylnych temu ruchowi, jak na przykład Le défi de Taizé (Wyzwanie Taizé), przetłumaczone na wiele języków, (Taizé a Kościół jutra) Taizé et l’Église de demain i inne.

Periodyk La lettre de Taizé (List z Taizé) ukazuje się w ośmiu językach, a jest rozsyłany do 120 krajów.

Wielka prasa, szczególnie wielkonakładowe dzienniki (jak Quest-France, Le Figaro itd.) nagłaśniają to, co się dzieje w Taizé, działalność tamtejszych braci, zwłaszcza wtedy, gdy organizują wielkie spotkania i zjazdy u św. Piotra w Rzymie albo w Notre-Dame w Paryżu. La Croix, France Catholique, Ecclesia zamieszczają obszerne artykuły i publicystykę reklamującą La lettre de Taizé. La Documetation catholique przedrukowuje często dokumenty pochodzące z Taizé, przykładowo: interesującą konferencję brata Maxa Thuriana, wygłoszoną w Rzymie w Centrum Studiów pod wezwaniem św. Ludwika, króla Francji (11 marca 1976).

Brat Roger jest bardzo zadowolony z poparcia ze strony papieży i patriarchy Atenagorasa

Książka Wyzwanie Taizé stwarza nieodparte wrażenie, że brat Roger pozostaje w bliskich stosunkach z papieżami, a więc również i my możemy jednej być myśli z tym człowiekiem.

Pod pewnym zdjęciem czytamy: “To brat Roger z Janem XXIII”, nieco dalej pod zdjęciem Pawła VI i brata Rogera: “Z Pawłem VI na pokładzie samolotu w drodze do Bogoty. Papież zaprosił brata Rogera, by mu towarzyszył do Ameryki Łacińskiej”. W innym wypadku widać na zdjęciu brata Rogera trzymającego dziecko w ramionach i rozmawiającego poufale z Janem Pawłem II.

Zamieszczona w Osservatore Romano fotografia ukazuje Jana Pawła II, obejmującego brata Rogera, a pod fotografią czytamy: “Serdeczna rozmowa Papieża z Bratem Rogerem”. Długie przemówienie Papieża opublikowane w tym dzienniku opatrzono tytułem wybitym dużymi literami: “Radość, że się kroczy razem drogą pojednania”. Pojednania już osiągniętego czy dopiero zamierzonego, tytuł tego już nie precyzuje. Ogół chrześcijan, biorących udział w masowych, tłumnych zebraniach Taizé w Rzymie, w Notre-Dame w Paryżu, w samym Taizé, nie dostrzega zbyt dobrze różnicy miedzy Taizé a Kościołem Katolickim, stwierdzają oni natomiast dobre między nimi porozumienie, dobrą wzajemną łączność, tym bardziej, że u św. Piotra w Rzymie pozwala się bratu Rogerowi na takie oto wypowiedzi:

“Przybyliśmy tutaj, aby okazać swą miłość Kościołowi Rzymu, który przewodzi miłości poprzez posługę swego biskupa. Pasterz powszechny, biskup Rzymu, nie jestże powołany do pasterzowania wszystkim ochrzczonym, również tym, katolikom lub niekatolikom, którzy na razie nie rozumieją jego posługi”.

W swoim dzienniku brat Roger zanotował pod datą 30 grudnia 1980 r.:

„U św. Piotra. Modlitwa z Papieżem Janem Pawłem II. Kilka zdań celem przekazania papieżowi sensu tego spotkania: ‘Ukochany Ojcze święty (…). Również dzisiaj, dla nowych pokoleń, pojednanie nie zniesie dalszej zwłoki. Jeśli chodzi o mnie, chociaż nie chcę być dla nikogo symbolem wyrzeczenia się wiary, odnalazłem w sobie tożsamość chrześcijanina, jednając w swej głębi nurt wiary, płynący od moich korzeni protestanckich, z wiarą Kościoła katolickiego’”.

Tu właśnie tkwi fundamentalny błąd brata Rogera, który – w oczach katolika – znieprawia całą jego postawę. Jeszcze do tej sprawy powrócimy.

Gest Pawła VI, który bratu Rogerowi ofiarował kielich, wywołał wśród katolików ogromne zdziwienie. Lecz słowa patriarchy Athenagorasa, które relacjonuje nam brat Roger, mogą wprawić w osłupienie. Otóż gdy brat przeor przedstawiał mu o trudnościach, jakie dla ekumenizmu stwarza urząd kapłański, on (patriarcha Athenagoras) dwukrotnie powtórzył te słowa: “Muszę bratu coś wyznać, brat jest księdzem, mógłbym z rąk brata przyjąć Ciało i Krew Chrystusa”.

Kiedy indziej wprost powiedział bratu Rogerowi: “Mógłbym się przed bratem wyspowiadać”.

Dlaczego przeor Taizé powtórzył tę błędną wypowiedź patriarchy?

W r. 1950 brat Roger interweniował u Piusa XII, by Papież nie ogłaszał dogmatu Wniebowzięcia Najśw. Marii Panny. Jego interwencja nie odniosła skutku. A brat Roger potem pisze: „Od tego momentu wielu protestantów, którzy darzyli zaufaniem nasze nadzieje ekumeniczne, przestało się tą sprawą interesować”.

Lecz Papież miał na względzie dobro duchowe Kościoła Katolickiego. Brat zaś Roger w związku ze śmiercią Piusa XII i objęciem rządów przez Jana XXIII, napisał: „Byłem świadom, że chłody zimy pozostawiliśmy za sobą i oto wkraczamy w wiosnę”. Oznaczało to, że działalność Papieża ocenia się jedynie na podstawie jego stosunków do Taizé.

Wpływ Taizé poprzez “sobory młodych”

Ruch wykreowany przez Taizé, zwany “Kongresem Młodych”, zamierzał połączyć we wspólnym dążeniu bardzo wielu ludzi. Pewne publikacje katolickie znacznie się przyczyniły do spopularyzowania i wylansowania idei tego “Kongresu”. Przytoczymy, dla Francji, czasopismo Fetes et saisons (Święta i pory roku), nr 286, czerwiec 1974, mające w podtytule Taizé 30 sierpnia 1974. Ten numer przygotowali wspólnie trzej członkowie redakcji i bracia ze wspólnoty Taizé. Znajdujemy tam dwa zaakcentowane wielkie tematy: “By stać się ludźmi pojednania i wspólnoty, potrzebna jest i walka, i kontemplacja”, oraz “Podjąć walkę razem z człowiekiem ciemiężonym”. Brat Roger rozwija ten drugi temat w artykule, którego małą próbkę cytujemy:

„Gdyby tylko sami chrześcijanie zdobyli się na przyznanie słuszności słowom Piotra: ‘Nie mam złota ani srebra, nie mam majątku ani żadnego nadmiaru’, przebieg wielu zakrętów historii byłby odmienny. Walka o wyzwolenie człowieka, walka o stworzenie społeczeństwa bezklasowego znalazłaby poparcie z ich strony”.

Inny numer Fetes et saisons, z maja 1979 r., wypełniony po części materiałami z La lettre de Taizé, informował nas o wpływie osiąganym przez “Kongres Młodych”: „Na przestrzeni lat Kongresy Młodych połączyły we wspólnym dążeniu setki tysięcy ludzi z całego świata, ludzi o tendencjach i przynależnościach bardzo różnych. Przy całym ich zróżnicowaniu głosy młodych z całego świata są zgodne: zima się skończyła, wiosna Kościoła stoi u bram”.

Między wierszami: dzięki Taizé…

Wręcza się nam Akta Soboru Młodych, z których oto fragment; a w nim kluczowy dogmat brata Rogera, który on niestrudzenie powtarza: „Zjednoczenie nie oznacza zwycięstwa jednych, a upokorzenia drugich, nie zawiera w sobie wyparcia się tych, którzy nam przekazali wiarę w Chrystusa. Przeciwnie, to zjednoczenie implikuje odkrycie darów przekazanych innym. Jeśli każdy twierdzi, że innych nie potrzebuje, jeśli każdy chce wnosić wszystko, a nie przyjmować niczego, wówczas się nie dokona żadne pojednanie”.

W każdym człowieku można napotkać pewne przykłady cnót, lecz mówić, że katolicyzm lub katolicy mają “potrzebę” protestantów, to rzecz niedopuszczalna. Tym bardziej, że Taizé idzie dalej: „Czy wreszcie katolicy przyznają, że tym, co najlepsze w Kościołach protestanckich, ich specyficznym darem jest to, że zawsze w Piśmie szukali bezpośredniego źródła, by żyć Bogiem wpośród ludzi?”

Tak więc brat Roger i jego współpracownicy nakłaniają katolików do podziwiania i naśladowania kapitalnego błędu protestantów: mianowicie traktowanie Pisma św. jako bezpośredniego źródła, to znaczy, iż katolicy mają uznać, że Pismo św. ma im zastąpić Kościół. Weźcie jednak do ręki encyklikę Humani generis Piusa XII: „…Należy wyjaśniać Pismo św. według ducha Kościoła, który Chrystus, nasz Zbawiciel, ustanowił stróżem i tłumaczem całego depozytu prawdy objawionej przez Boga”.

Wielokrotnie Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Boskim Objawieniu wyraża tę samą naukę na przykład w rozdziale 10: „Zadanie tłumaczenia w sposób autentyczny Słowa Bożego, zapisanego lub przekazywanego (w inny sposób), zostało powierzone jedynie żywemu Magisterium Kościoła”.

Wpływ “kongresu młodych” wzmożony dzięki uroczystemu posiedzeniu w kościele Notre-Dame w Paryżu

W r. 1976, w niedzielę 5 grudnia, w katedrze Notre-Dame w Paryżu, Kongres Młodych, zapoczątkowany w Taizé w sierpniu 1974, wkroczył w nowy etap działalności. Znalazło to swój wyraz w “Drugim Liście do Ludu Bożego”, napisanym przez Brata Rogera i grupę młodych ludzi podczas ich pobytu w Kalkucie i Bangladeszu (…). Został on publicznie odczytany w Notre-Dame w obecności, między innymi, kardynałów Marty (Paryż), Koeniga (Wiedeń), biskupa Manziana z Cremy (Włochy) itd. Ten Drugi List został też opublikowany w La Lettre de Taizé. A tu przed tymi wysokimi dygnitarzami, ogłasza się, że Taizé wysyła z misją młodych ludzi, którzy będą wizytować rodziny. Lecz jest jeszcze coś więcej: „Co do młodych ludzi, którzy zostaną upoważnieni do składania wizyt kierownikom kościołów, (…) otrzymają oni sprecyzowaną misję albo od Taizé, albo w Kalkucie”.

Biorąc pod uwagę miejsce i obecne tam osobistości ma się nieomal wrażenie, że oto urzeczywistnia się jedność i że z Taizé wspólnie wyruszają z misją protestanci i katolicy. Oprócz dobrych rad tam zawartych, ten Drugi List agituje do działań jak najbardziej dyskusyjnych: „Wytężaj wszystkie siły, by zapewnić wszystkim wyrównanie wynagrodzeń. (…) Do zaprowadzenia modlitwy skłaniaj kościół swojej dzielnicy w sposób taktowny, owszem, familiarny, przyjęty w kościołach prawosławnych, które nigdy nie dały się uwięzić w sztywności ławek i krzeseł. Gdzie indziej już od XVI wieku słowo Boże zwolna przedostawało się do kościołów, mimo to modlitwie Ludu Bożego zagraża niebezpieczeństwo, że będzie bardziej pracą mózgu, aniżeli promieniejącym zjednoczeniem serc”.

Słuchając takich sugestii młodzi ludzie stracą pociąg do swych kościołów parafialnych i do modlitwy, w której rozum ma należny mu udział. A te sugestie otrzymują porękę obecnych tam wysokich przedstawicieli Kościoła.

Czy jest jakaś encyklika papieska, która by w tym stuleciu cieszyła się w jakiejkolwiek katedrze we Francji tak uroczystym i wyjątkowym przyjęciem, jak list tego protestanckiego mnicha? Nie sądzę. Nie, nawet encyklika najbardziej użyteczna, najpilniej potrzebna.

Niektóre wypowiedzi oznaczają pełną aprobatę Taizé i mogą tylko zdumiewać, jak na przykład wypowiedź pewnego kardynała, zamieszczona w Osservatore Romano. Artykuł nosi tytuł “Kościół w Lourdes, czy go widziałeś?”. Jako podsumowanie, przeczytajmy ostatnie jego linijki: „A ja, cóż ja ujrzałem w Lourdes?… Widzę w nim najpierw tę małą kapliczkę Karmelu i ten wielki namiot Taizé, gdzie dniem i nocą pracujący w milczeniu adoratorzy zarysowali plan nowego świata z Ewangelią zawsze nową”. (23 lipca 1981 r., Kard. Roger Etchegaray).

Wybitny teolog ocenia Taizé

W swoim czasie, w lipcu 1976 r., przytoczyłem gdzie indziej w całości kapitalną wypowiedź o Taizé wybitnego kardynała Journet, który ją ogłosił drukiem pod koniec swego życia. Tutaj przytoczę jej część najbardziej istotną:

„Gęsta mgła dwuznaczności. Taizé zawsze orientowało swój ekumenizm ku wzajemnemu uznaniu istotnej równowartości obrzędów eucharystycznych celebrowanych zarówno w protestantyzmie, jak i katolicyzmie. Ten punkt widzenia (…) znajduje się u początków tego łatwego ekumenizmu, tego fałszywego ekumenizmu, wyraźnie potępionego przez Sobór Watykański II. Pozwala on wspólnocie Taizé przede wszystkim uchylić się, w swoim wewnętrznym zakresie, od autentycznego wyznania wiary potwierdzonej przez Sobór Trydencki:

– w Eucharystię jako sakrament Chrystusa w chwale (…),

– w Eucharystię jako w Ofiarę Chrystusa na krzyżu (…)”.

Kardynał mówi jasno, że co do prawd istotnych, Taizé nie wyznaje wiary katolickiej. Jego świadectwo tym większą posiada wagę, że jak mówi przegląd Nova et Vetera (Rzeczy Nowe i Stare): „Nie było u kardynała żadnego z góry powziętego uprzedzenia do Taizé! Nieraz przyjmował u siebie brata Rogera i brata Maxa (Thuriana) na braterskie dyskusje dotyczące teologii”.

Podwójna przynależność, postulowana przez Taizé, jest niemożliwa

Bracia Roger i Max są głęboko przywiązani do swych korzeni protestanckich i chcą zachować wierzenia protestanckie, a mimo to chcieliby, żeby katolicy i protestanci mogli być członkami tego samego Kościoła widzialnego. Brat Roger w Polsce, w Katowicach, 25 maja 1975 r., wypowiedział następujące zdania: „To czego się domagamy od biskupa Rzymu, to przygotowanie wszystkiego, by zjednoczenie chrześcijan dokonało się bez wymagania od niekatolików wyrzeczenia się swoich rodowodów. Nawet z punktu widzenia zjednoczenia (…) prawdziwie katolickiego takie wyrzeczenie się jest przeciwne miłości. Dodajmy, ze wyrzekanie się czegoś nie jest zgodne z dynamiką nowoczesnego człowieka”.

Ze swej strony 11 marca 1976 r. brat Max Thurian na konferencji w Centrum Studiów św. Ludwika, króla Francji, wypowiedział się następująco: „Dla protestanta przynależność do Kościoła widzialnego należy do porządku wiary, z tym nawet, że pewne aspekty instytucjonalne są wykluczone. To też protestant, przekonany, że Kościół katolicki, po Soborze Watykańskim II, odzyskał niezbędną zgodność doktrynalną z Kościołem apostolskim, może się uważać za członka tego Kościoła, jednak bez zerwania swej przynależności do innej wspólnoty kościelnej”.

Taka postawa może się wydawać dziwna…

Poruszając ten temat o. Paul Toinet (Wydział Ekumeniczny Instytutu Katolickiego w Paryżu) napisał do brata Maxa: „Przypuszczam, że Brat jest w pełni świadom teologicznej dziwności takich pojęć, jak ‘macierzyństwo adopcyjne’ lub ‘podwójna przynależność’ wyznaniowa. Gdzie Brat znalazł choćby najniklejszą podstawę w Piśmie św. lub w tradycji? Brat daje do zrozumienia, że doktryna Soboru Watykańskiego II o stosunku chrześcijan niekatolików do Kościoła jest jakoby przychylna ‘pojednaniu’, które ‘nie wymagałoby już od protestantów, by występowali ze swych Kościołów’, lecz właśnie to pozostawiałoby określenia ‘zjednoczenie’, ‘wymagać’, ‘opuścić’, ‘Kościół’ w największym pomieszaniu pojęć i sugerowałoby interpretację o nieokreślonych konsekwencjach dogmatycznych sprzecznych z całą tradycją katolicką. (…) W dniu, w którym Kościół św. Piotra uznałby oficjalnie tezę zawartą w podtekście ‘podwójnej przynależności’, przestałby po prostu istnieć, uznając równoważność swojej doktryny z różnymi doktrynami Reformacji, lub – co wyszłoby na to samo – odrzucił samą ideę prawowierności. Wtedy też Kościół Wschodni mógłby go słusznie uznać za heretycki”.

Jaka jest pewna nauka kościoła o ekumenizmie?

Omawiając zagadnienie ekumenizmu w swym liście z 20 stycznia 1986 r. do arcybiskupa Lefebvre’a, kardynał Ratzinger oparł się na encyklice Piusa XI Mortalium animos z 6 stycznia 1928 r., podkreślając w ten sposób jej ważność. Oto słowa Piusa XI: „Jedności chrześcijan nie można realizować inaczej, niż proponując i ułatwiając odstępcom powrót do jedynego i prawdziwego Kościoła Chrystusowego, który niegdyś mieli nieszczęście opuścić. Powrót, powtarzamy, do jedynie prawdziwego Kościoła Chrystusowego, doskonale zewsząd widzialnego, przeznaczonego z woli swego Twórcy do pozostania takim, jakim go On sam ustanowił dla powszechnego zbawienia ludzi (…)”.

Ciało Mistyczne Chrystusa, czyli Kościół, jest jedyne, jednolite i doskonale ukształtowane na wzór ciała fizycznego; jest więc czymś nielogicznym i śmiesznym wyobrażać sobie, że Ciało Mistyczne mogłoby być uformowane z członków pokawałkowanych, niespójnych między sobą; toteż ktokolwiek nie jest z nim złączony, nie może być jednym z jego członków ani zespolony z jego Głową, którą jest Chrystus.

Dziwne stanowisko sekretarza generalnego Komisji Episkopatu Francji ds. Jedności Chrześcijan

Ponieważ my wierzymy, że aby otrzymać “pełnię środków zbawienia”, należy być katolikiem, jest zatem nakazem elementarnej miłości tak działać, a także błagać naszego Pana i wstawiać się za naszymi braćmi odłączonymi, by powrócili do jedynego prawdziwego Kościoła. Lecz o. René Girault, sekretarz generalny Komisji Episkopatu Francji ds. Jedności Chrześcijan, nie wydaje się być zgodny z tą zasadą i oto czytamy w La Croix jego podpisaną wypowiedź: „Ten okres, kiedy realizacja jedności polegała na woli ‘wchłonięcia’ drugiej strony, należy odtąd do przeszłości”.

Ponieważ Kościół wymaga bezwarunkowo od swych członków, aby uznali właściwy jego charakter, czyli podstawową jego doktrynę, pragnie on jedynie, aby konwertyci podzielali tę wiarę. Mówienie, że nie należy chcieć “wchłonięcia” drugiej strony, sugeruje, że nie należy dążyć do tego, by protestanci podzielali w całości naszą wiarę.

Jest to właśnie stanowisko Taizé, które być może wpłynęło na opinię ojca Girault.

Francja, niestety, nie posiada monopolu na głoszenie tego rodzaju poglądów. W swojej rozprawie dziekan katolickiego wydziału prawa kanonicznego na Uniwersytecie w Moguncji, wykazał, że taki ekumenizm, praktykowany przez wielu, jest po prostu narzędziem protestantyzacji Kościoła. Chociaż nie zgadzamy się z niektórymi twierdzeniami tej książki, niemniej przedstawia ona fakty aż nadto prawdziwe.

Taizé szerzy doktrynę protestancką

Katolicy powinni jasno zdawać sobie sprawę, że bracia Roger Schutz i Max Thurian są protestantami i głoszą protestanckie błędy. Tytułem przykładu zajrzyjmy do książki La confession (Spowiedź) wydanej w “Les presses de Taizé”. Jej autorem jest Max Thurian, a przedmowę do niej napisał pastor Marc Boegner, który oto co pisze: „Pochwalam bez zastrzeżeń Maxa Thuriana za to, iż swoje studium zakończył powołaniem się na wspaniałe stronice, jakie spowiedzi poświęcił Kalwin. Studium Maxa Thuriana, przywodząc nas ponownie do myśli Reformatorów i nauki Nowego Testamentu, oddaje nam przeto bardzo wielką przysługę”.

Brat Max prezentuje nam myśli Reformatorów: “Dla Kalwina pokuta nie jest sakramentem”; a następnie nieco dalej: „Dla Lutra żal za grzechy jest niemożliwy, a skrucha serca z powodu nich jest tylko obłudną karykaturą. Ponieważ człowiek jest grzesznikiem do samego dna i nie może mieć prawdziwego żalu za grzechy, ten żal nie może więc stanowić istotnej części sakramentu pokuty. (…) Kalwin natomiast, odrzucając pokutę jako sakrament, zatrzymuje jednak spowiedź prywatną nie obowiązującą (…). Kalwin przyznaje tę władzę rozgrzeszania nie Kościołowi ani nie ministrowi jako takiemu, lecz tylko na tyle, na ile głoszą oni Ewangelię”.

Doktryna Taizé jest szeroko znana, w wielu wypadkach dlatego, że jest popierana przez pisarzy katolickich. Tak na przykład w dzienniku Quest-France (Francja Zachodnia), regionalnym, ale o szerokim zasięgu we Francji, w numerze z 28 stycznia 1974, czytamy pod tytułem: “Brat Roger ciągle powtarza: Bóg nigdy nie karze, a brat Delumeau dodaje: Te słowa trafiają mi wprost do serca”. – Niestety, te słowa są sprzeczne z Ewangelią i z pewnym nauczaniem Kościoła!

We wrześniu 1966 r. brat Roger, przeor Taizé, w obecności kardynałów, biskupów katolickich i ponad tysiąca młodych ludzi wyraziście i z pasją przedstawił swą teorię, a raczej niecierpliwość, z jaką pragnie jedności (w rzeczywistości jedności pozornej), nie do pogodzenia z konsekwentną wiarą katolicką: „Czy można obecnie żyć i odkładać, z racji naszej historii, zjednoczenie wspólnoty ochrzczonych? Dążymy do pojednania rozdzielonych rodzin. Tego pojednania chcemy już dzisiaj, chcemy go w bliskim terminie. Nie możemy już dłużej znosić podziału między wyznaniami, głębszego i bardziej jeszcze obłudnego, niż podziały rasowe. My nie mamy żadnych złudzeń co do jedności tworzonej na podstawie tradycji lub uzgodnień natury prawnej. Ogłosimy jedność. Wtedy Kościoły, które zdobędą się na odwagę i wspaniałomyślność, zmodyfikują teksty i ramy prawne, lecz one nie będą odpowiadać rzeczywistemu stanowi rzeczy”.

W r. 1983, w 17 lat później, u św. Piotra w Rzymie, wobec Papieża, brat Roger jeszcze nalega na Kościół katolicki, by robił znacznie więcej dla jedności, niż dotąd: „Ze swym pragnieniem komunii powszechnej i swą charyzmą katolickości Kościół katolicki, czyż nie mógłby jeszcze podjąć się czegoś znacznie większego, niż się przypuszcza? Kościół katolicki jest daleki od wyczerpania swych możliwości itd.”.

Wraz z ojcem Jean-Hervé Nicolas’em, aby nawiązać do jednego tylko, lecz istotnego stwierdzenia, należy przyznać: „Dopuszczenie do wspólnoty eucharystycznej, nawet powszechnie zaaprobowanej i praktykowanej, nie położy kresu naszym podziałom (…). Ona nie jest środkiem do urzeczywistnienia tej jedności”.

W świetnym dziele Synthese dogmatique (Synteza dogmatyczna) tegoż autora znajdziemy stronice, dające odpowiedź na tę kwestię: “Jaką powinna być jedność, zanim możliwa będzie wspólna celebracja Eucharystii?”.

Pewni katolicy, być może zaindoktrynowani przez Taizé, myślą, że trzeba zbliżać się do protestantów, trzeba ich naśladować i mieć nastawienie ekumeniczne, gdyż w ten sposób prędzej by się doprowadziło do zjednoczenia z nimi. Papieże tego stulecia z całą mocą przemawiali przeciwko takiej metodzie postępowania, która prowadzi do osłabienia wiary katolickiej, do zaniechania zdrowych praktyk religijnych, do spadku powołań.

Wpływ Taizé? Dokąd on prowadzi?

Henry Tincq w dzienniku Le Monde z 18 stycznia 1986 r. tak określił cele braci z Taizé: “Podjęli oni próbę odpowiedzi na trzy typy wyzwania: na podziały wśród chrześcijan, na niepokoje młodego pokolenia i na solidarność międzynarodową”. Tincq stwierdza co najmniej względne niepowodzenie: “Dla nikogo nie jest tajemnicą, że pierwszy z tych celów ma sukcesy pozorne, a to często z racji indyferentyzmu młodzieży”. I mówi dalej: „Po okresie promowania braterstwa i modlitwy nastąpiła pewna skłonność do wyosobnienia się, zwątpienia i poczucia niemożności. Bracia z Taizé zaproponowali więc młodzieży ten trzeci kierunek, postanowili skanalizować jej energię na pewnych formach międzynarodowej solidarności, konkretnych i zarazem ograniczonych”.

Szczera wiara znajduje swoje ujście w działalności charytatywnej. Lecz zaangażowanie charytatywne i solidarność międzynarodowa nie prowadzą jeszcze, same przez się, do wiary chrześcijańskiej. Jeśli się skupia energię młodzieży na postawie solidarności, powstaje poważne ryzyko, że wiarę będzie się uważało za coś drugorzędnego; a przecież Chrystus mówi: “Ten, kto uwierzy, będzie zbawiony”.

Kiedy Taizé uparcie przeciwstawia się kościołowi katolickiemu

W styczniu 1986 r. pewne czasopismo katolickie, ukazujące się w Nicei, przedrukowuje bez komentarza wybrany artykuł z La Croix, z dnia 26 stycznia 1984 r., napisany przez brata z Taizé, Maxa Thuriana, w którym czytamy: „Czy jedność w swej istocie nie polega na tym, iż tak bardzo miłujemy swoich braci, jeszcze odłączonych od nas, że pragnęlibyśmy żyć z nimi w jednym domu?”

Odpowiadam na to pytanie: raz osiągnięta jedność oznacza życie w tym samym domu: w Kościele katolickim. Lecz ta jedność nie polega na samym “miłowaniu”, lecz na podzielaniu wśród braci wszystkich prawd wiary katolickiej, których przyjęcia żąda od nas Kościół. Artykuł Maxa Thuriana w La Croix ma swój szczególny ciąg dalszy: „Zjednoczenie Kościołów wymaga od nas obecnie, abyśmy się pozbyli wszystkich dzielących nas partykularyzmów, a zachowali tylko wiarę podstawową, która nas zbawia i skupia”.

“Partykularyzmy” Kościoła katolickiego to jest właśnie to, co nadaje mu właściwy charakter, to, co go odróżnia od kościołów protestanckich, a więc prawdy wiary: nieomylność Papieża w wypadkach ściśle ograniczonych, Wniebowzięcie Maryi itd. Tego się wyrzec to znaczy wyrzec się bycia katolikiem. Ten artykuł Maxa Thuriana jest prawdziwym wezwaniem do herezji, zachęcaniem do wystąpienia z Kościoła katolickiego.

„Zachować tylko wiarę podstawową”! Protestant Max Thurian usiłuje, nie bez powodzenia, nawracać katolików do tego, co Pius XI tak zdecydowanie odrzucił w swojej encyklice Mortalium animos: „W tym, co się tyczy dogmatów wiary, absolutnie nie jest dozwolone posługiwać się rozróżnieniem, które im się podoba wprowadzać między prawdami wiary ‘podstawowymi’ a ‘nie-podstawowymi’, tak jakby jedne musiały być przyjęte przez wszystkich, podczas gdy wierni czuliby się upoważnieni wierzyć lub nie wierzyć w te drugie; a przecież nadprzyrodzona cnota wiary ma za przedmiot formalny autorytet Boga objawiającego, który nie pozwala na rozróżnienia tego rodzaju. Oto dlaczego wszyscy prawdziwi uczniowie Chrystusa przyznają to samo znaczenie dogmatowi Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej, co, na przykład, tajemnicy Trójcy Przenajświętszej”.

Papież na początku swojej encykliki skierowanej do biskupów, wikariuszy generalnych itd., stwierdza, że to jego pismo jest wypowiedzią magisterium Kościoła, a poświadczają to zdania następujące: „Świadomość Naszego urzędu apostolskiego przypomina nam, że nie możemy dopuścić, by niebezpieczne złudzenia wprowadzały w błąd owczarnię Pańską, i skłania do wezwania Was, Czcigodni Bracia, do gorliwości w zapobieganiu takiemu niebezpieczeństwu. Ufamy, że dzięki Waszemu słowu i Waszym pismom będziecie mogli łatwo ostrzec swój lud i przekonać go do zasad, które zamierzamy przedstawić”.

Niniejszy artykuł niech będzie odpowiedzią na to żądanie Papieża.

Podsumowanie

Syn kalwińskiego pastora, wychowany w elitarnym środowisku kalwińskim, mający poza sobą fakultet teologiczny w Lozannie, wypowiada się z całym uznaniem, że brat Roger, przeor Taizé, jest zrośnięty (marqué) z wiarą i praktykami kalwińskimi, lecz nie wspomina o tym, że katolicy wstępują w jego ślady i świadomie poddają się jego wpływowi z wielkim niebezpieczeństwem odwrócenia się od religii prawdziwej.

Ostatnie słowo oddajemy dziekanowi Georgowi May’owi:

“Wiadomo, że wielu protestantów żywi miłość ku Chrystusowi i zachowuje pobożność, która może zawstydzić wielu katolików. To stwierdzenie nie zmienia jednak w niczym faktu, że protestantyzm, jako system doktrynalny, jest błędny i w konsekwencji nie do przyjęcia dla katolika”.

Ks. Yves Rousselot (z diecezji Nantes).

Oprac. Mariusz Matuszewski


Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.