_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycyjne instytuty i zgromadzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycyjne instytuty i zgromadzenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 grudnia 2015

Redemptoryści Zaalpejscy - odnowa życia zakonnego na Orkadach



W zeszłym roku na Kongresie w Londynie delegacja kilku mnichów ze wspólnoty mieszczącej się na odosobnionej wyspie w archipelagu Orkadów, Papa Stronsay, wzbudziła taką ciekawość u przedstawiciela Latin Mass Society, że zdecydował się on ich odwiedzić…

Dziedzictwo mniszych wspólnot poświęcających swoje życie na służbę Bogu na wyspach leżących niedaleko Wielkiej Brytanii obejmuje ponad 1000 lat, ale wygląda na to, że w wyniku ataków wikingów, które kontynuowano jeszcze w średniowieczu, ta zakonna tradycja została przerwana na Papa Stronsay. Ten stan zmienił się zaledwie 16 lat temu.

Papa Stronsay jest małą wyspą niedaleko Stronsay, jednej z głównych wysp Orkadów, na którą można dostać się promem z Kirkwall. Aby dotrzeć na wyspę trzeba wsiąść na małą, ale ładowną łódkę należącą do mnichów i przepłynąć niewielki kanał przez który wpływa się na wyspę, której właścicielami jest ta zakonna wspólnota. Malutka wysepka, która jest dla nich bazą dla działań a także domem, przy dobrej pogodzie jest dobrze widoczna ze Stronsay. Głównym budynkiem jest stara zagroda z solidnego lecz trochę odpychającego szarego kamienia, a w pobliżu znajduje się kilka parterowych budynków i sporych szop, które świadczą o praktycyzmie wspólnoty.

Zbliżając się do miejsca gdzie cumują mniejsze łodzie, można odnieść fałszywe wrażenie, że w pobliżu na gości czeka rząd domków letniskowych. Jednak są to cele mnichów oraz odwiedzających, w których spędza się wiele czasu na kontemplacji i samokształceniu, tak jak życzyłby sobie tego ojciec założyciel zakonu, św. Alfons Liguori. Bowiem ci mnisi i kapłani są Synami Najświętszego Odkupiciela (często zwanymi także „Redemptorystami Zaalpejskimi”), wspólnotą założoną przez ich ojca przełożonego i duchowego przewodnika w listopadzie 1732 roku jako Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela.

W typowym przewodniku dla turystów, który można kupić w Kirkwall, głównym mieście Orkadów, wspomniano krótko o Papa Stronsay i zamieszczono krótką wzmiankę, w której napisano z wielkim niedopowiedzeniem, że mnisi powrócili na wyspę w 1999 roku. Można by dodać, tak jak później zaprezentowano to w filmie dokumentalnym nakręconym przez BBC (i dostępnym na Youtube), że był to powrót po kilkuset latach. Można by również stwierdzić, że na Papa Stronsay już w „średniowieczu” istniały mnisze wspólnoty, chociaż dowody na to są ograniczone. Jednakże ruiny dwunastowiecznej kaplicy poświęconej św. Mikołajowi można wypatrzeć bez trudu. O roli mnichów w tym miejscu w tamtym czasie i wcześniej można przeczytać w Sadze o Orkadach znanej jako Orkenyinga.

Kaplice używane obecnie przez mnichów to przekształcone budynki gospodarcze, głównie stare szopy dla owiec. Jednak gdy pielgrzymi wchodzą do środka nie zdają sobie z tego sprawy, gdyż mnisi, na początku (i wciąż) tak bardzo zależni od darczyńców, stworzyli piękne święte miejsca kultu z oszałamiającą różnorodnością obrazów, sakramentaliów, posągów i przedmiotów religijnych. Te ostatnie to np. relikwie i obrazy świętych redemptorystów, a także liczne stacje drogi krzyżowej z różnych miejsc Europy.
W każdej celi, jako pomoce w modlitwie i kontemplacji, znajdują się obrazy Matki Bożej Nieustającej Pomocy, św. Alfonsa, Pasja Naszego Zbawiciela, klęcznik, a na stole krucyfiks i czaszka. Nie jest to nic groteskowego - to po prostu przypomnienie, że jesteśmy śmiertelni. Jak powiedział św. Alfons, nie ma niczego krótszego niż czas, ale również niczego ważniejszego.

Goście mogą otrzymać posiłki w wiklinowych koszach. Mnisi, nowicjusze oraz postulanci jedzą w skromnym refektarzu w ciszy, podczas gdy jeden z mnichów czyta lekcję. Każdy gość musi przyzwyczaić się do gaszenia świateł o 21:15, kiedy wyłącza się generator, oraz do pobudki w postaci mnicha dzwoniącego dzwonkiem o 5:25, a następnie o 6:00 na pierwsze oficjum i Mszę Świętą. Śniadanie jest poprzedzone modlitwą różańcową. Następnie bracia rozpoczynają poranek wypełniony ciężką pracą, z przerwą w południe na Anioł Pański, a następnie na obiad. Grafik na popołudnie i wieczór zajmują modlitwa, praca i kontemplacja. Wtedy także mnisi odprawiają Mszę świętą po łacinie w rycie tradycyjnym dla wiernych z wyspy. W całym miejscu naprawdę czuje się, że ciągle trwa tu praca.

Większość budynków i ścieżek na Papa Stronsay mnisi wybudowali metodą wielu prób i błędów. Szczególnie zadowoleni sią ze skonstruowania kilku solidnych, betonowych chodników. Siła wiatru zmusiła mnichów do nauczenia się trudnej sztuki tworzenia struktur zdolnych wytrzymać wichury i sztormy. Podobnież bracia zajmujący się sztuką, którzy stworzyli figury i pobożne obrazy w niszach i na otwartych polach, do pewnego stopnia opanowali sztukę rzeźbienia według skali Beauforta!

W stosunkowo krótkim czasie Synowie Najświętszego Zbawiciela stali się w pewnym stopniu samowystarczalni, sadząc własne owoce i warzywa, hodując zwierzęta, zwłaszcza gęsi, oraz produkując własne mleko i ser. Robi to około 10-12 mnichów, chociaż liczba wybudowanych cel wskazuje na to, że jest nadzieja na więcej powołań. Sama nazwa wyspy, „Papa”, w języku staronordyckim oznacza nomen omen „księdza”, a „Wyspa Księży ze Stronsay” jest teraz znana również jako Wyspa Golgoty; informacje o jej istnieniu i o pracy mnichów szerzą się w wielu krajach. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki imponującym stronom internetowym (dostępnym przez www.papastronsay.com) oraz własnemu wydawnictwu, The Desert Will Flower Press, założonemu kilka lat temu.

Mimo iż mnisi pochodzą z całego świata, jednak mają tylko jeden dom poza wyspą, w Christchurch w Nowej Zelandii. Jak to ujął jeden z młodszych braci (a jest tu kilku dwudziesto- i trzydziestolatków): „Mamy domy na przeciwległych krańcach świata. Wszystko co musimy zrobić to popracować nad tym, co znajduje się pomiędzy nimi.” W istocie, Ojciec Przełożony oraz założyciel tej wspólnoty redemptorystów, o. Michael Mary pochodzi z Nowej Zelandii, ale minęło trochę czasu (najpierw założono tymczasowe wspólnoty we Francji i Anglii) nim otrzymano „łaski z góry”. Mnisi kupili wyspę tuż przed rozpoczęciem trzeciego millenium. Następnie, 15 sierpnia 2012 roku, wspólnota została kanonicznie uznana jako instytut klerycki na prawie diecezjalnym przez bpa Aberdeen Hugh Gilberta OSB jako Zgromadzenie Synów Najświętszego Odkupiciela. Bardzo istotnym aspektem tego wydarzenia jest powierzenie księżom i mnichom opieki nad lokalnym kościołem na Stronsay, kaplicą NMP o pięknym wnętrzu. To oznacza, że ich łodzie płyną w tę i z powrotem przez większość dni, a ich droga różni się od podróży przez Morze Galilejskie tylko odległością geograficzną.



Na Papa Stronsay mnisi służyli Bogu w pierwszym tysiącleciu, na początku i pod koniec drugiego i teraz w trzecim millenium.. A obecna wspólnota powiększa się i zaczyna prosperować. Jak oświadczają nam mnisi w swoich pracach, to co się dzieje to nie zanikanie świętej Tradycji, ale jej przywracanie.

Alan Frost

Tłumaczenie: Marek Kormański

Źródło informacji: http://www.unacum.pl/

wtorek, 6 października 2015

Tradycyjne Instytuty i Zgromadzenia: Benedyktyni z Nursji


Nasza wspólnota została założona w Rzymie 3 września 1998 roku. Przez dwa lata wynajmowaliśmy budynek nowicjatu. Jednak to wspaniałe mieszkanie posiadało tylko prowizoryczną kaplicę. Było skromne i coraz bardziej zatłoczone, ale my byliśmy gorliwi i rozpaleni ideałem życia monastycznego.

W dwa lata później, po daremnych poszukiwaniach bardziej odpowiedniego miejsca do życia, została nam zaoferowana możliwość przeprowadzenia się do Nursji, miejsca narodzin św. Benedykta.My byliśmy wspólnotą bez klasztoru, zaś Nursja miała klasztor, ale bez mieszkańców. Zabraliśmy więc nasz skromny dobytek i przybyliśmy do Nursji w pierwszą niedzielę Adwentu 2000 roku. Kler diecezji i mieszkańcy miasta powitali nas z wielkim entuzjazmem. Od tego czasu nasza wspólnota znacznie się powiększyła i dlatego kontynuuje poszukiwania kolejnych pomieszczeń.

2 grudnia 2000 roku, mała grupka amerykańskich zakonników, która miała ze sobą tylko wiarę i odwagę, przywróciła życie monastyczne w Nursji (Włochy), w mieście narodzenia św. Benedykta. Zakonnicy zostali wypędzeni z Nursji w 1810 roku przez potężną i wrogą dla wiary armię. Po niespełna dwóch wiekach Opatrzność przyprowadziła ich z powrotem.Inspirowani przez Świętą Regułę, ci zapaleńcy życia monastycznego zamierzają powrócić do korzeni benedyktyńskiej tradycji. Dniem i nocą śpiewając po łacinie Święte Oficjum w miejscu narodzin swojego świętego patrona, są zdolni, aby w bardzo konkretny sposób powrócić do ducha założyciela ich zakonu. Sobór Watykański II przynaglał do tego wszystkich zakonników.

W rezultacie, w Nursji dzieje się coś nadzwyczajnego. Młodzi mężczyźni z całego świata, z powodu miłości do Chrystusa, opuszczają swoją ojczyznę i swoje domy, i wstępują do nowego klasztoru, gdzie w miejscu narodzin św. Benedykta zobowiązują się do stałości miejsca, przemiany życia i posłuszeństwa. Ich celem jest realizacja przynaglającego wezwania: Nic nie przedkładać nad miłość Chrystusa!


Powołanie monastyczne jest przeżywane we wspólnocie. Jest ona szkołą miłości, w której uczymy się dawać siebie samych naszym braciom. Do zakonu wstępują mnisi o najróżniejszych cechach ciała i ducha. Życie we wspólnocie łagodzi wady naszego charakteru. Praktykowanie cierpliwości i przebaczenia buduje w nas szlachetne uczucie ku naszym współbraciom oraz wdzięczność za ich pozytywne cechy, które mogą być całkiem odmienne od naszych uzdolnień i zainteresowań.

Więcej informacji o wspólnocie braci benedyktynów i jej specyfice można przeczytać w broszurze w formacie pdf, opracowanej na podstawie strony internetowej klasztoru przez ks. Cezarego Pacieja.

wtorek, 1 września 2015

Tradycyjni dominikanie z Steffeshausen w Belgii


sobota, 29 sierpnia 2015

Gość Niedzielny o tradycyjnym opactwie benedyktyńskim w Fontgombault



Jacek Dziedzina, MNISI BIORĄ FRANCJĘ (GN 35/2015)

Podczas gdy wiele opustoszałych klasztorów w Europie Zachodniej zamienia się w hotele czy restauracje, benedyktyńskie opactwo Fontgombault w centralnej Francji przyjmuje kolejnych kandydatów. W dodatku otwiera swoje filie i przejmuje inne upadające klasztory.

W tej wiosce co czwarta osoba jest katolickim mnichem. Dokładnie tak, bo wśród ok. 250 mieszkańców ponad 60 to benedyktyni z tutejszego opactwa. W ubiegłym roku doszło nawet do kuriozalnego zdarzenia: lewicowi radni chcieli... wykreślić mnichów z list wyborczych, co obniżyłoby frekwencję w wyborach lokalnych o 25 proc. i w sposób oczywisty wpłynęło na wynik końcowy. Ten antydemokratyczny zamiar lewicy powiódł się tylko częściowo – sąd skreślił z listy wyborców 10 mnichów, którzy od pewnego czasu mieszkają już w innym opactwie. Na lewicę oburzyli się jednak mieszkańcy Fontgombault i burmistrz wioski, który rozpoczyna posiedzenia rady gminy od modlitwy. I choć brzmi to jak opowiastka o małej społeczności, która żyje w swoim egzotycznym, jak na francuskie warunki, światku, to tak naprawdę jest to historia jednego z miejsc, które promieniują na inne regiony Francji, a nawet eksportują mnisze życie do... Stanów Zjednoczonych. Tak, jedyny klasztor kontemplacyjny benedyktynów w USA mnisi z Fontgombault, założyli w Clear Creek w stanie Kolorado. We Francji z opactwa wyszły fundacje (klasztory) w Randol, Triors, Donezan, a ostatnio ekspansywni mnisi przejęli i przywracają do życia klasztor w Wisques niedaleko Calais. Gdy liczba mnichów dochodzi do 80 – tworzą nową fundację. Fontgombault jest fenomenem, który sprawia, że życie monastyczne w tym kraju ma przyszłość.

Całość do przeczytania w wydaniu papierowym Gościa Niedzielnego bądź w jego e-wydaniu

środa, 1 października 2014

Powołanie należy przyjąć z wdzięcznością

W zatwierdzeniu Instytutu Dobrego Pasterza uznałem znak od Boga, który chciał, żebym podjął to wyzwanie, jakim jest współpraca w zakładaniu nowego instytutu – mówi dla portalu PCh24.pl ks. Mateusz Markiewicz z Instytutu Dobrego Pasterza.

Jest Ksiądz kolejnym Polakiem, który otrzymał święcenia kapłańskie w tradycyjnym instytucie. Czy mógłby Ksiądz na początku opowiedzieć pokrótce, jak toczyła się historia Instytutu Dobrego Pasterza?

Historia naszego Instytutu jest w miarę krótka, został on bowiem zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2006 roku. Grupa księży należących niegdyś do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X zwróciła się do ówczesnego Przewodniczącego Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, kard. Castrillón-Hoyosa, z prośbą o erygowanie kolejnego tradycyjnego instytutu, otrzymując odpowiedź pozytywną oraz zapis o wyłącznym odprawianiu liturgii według ksiąg obowiązujących w 1962 roku.

Naszym domem-matką był kościół pod wezwaniem św. Eligiusza w Bordeaux, jednocześnie podjęto starania o otwarcie seminarium duchownego, które zostało ostatecznie utworzone w Courtalain. Od tego wszystko się zaczęło. Pozostałe lata to powolny wzrost Instytutu, głównie na terenie Ameryki Południowej, z otwarciem placówek w Brasilii i São Paulo.

Od jak dawna związany jest Ksiądz ze środowiskami tradycyjnymi?

Moja znajomość środowisk tradycyjnych rozpoczęła się kiedy jeszcze byłem w gimnazjum, będzie to więc już ponad dziesięć lat, jak znam te środowiska, głównie dzięki Duszpasterstwu Wiernych Tradycji Łacińskiej w Archidiecezji Wrocławskiej, któremu to wiele zawdzięczam.

Czy przed wyborem seminarium Instytutu Dobrego Pasterza zastanawiał się Ksiądz nad innymi seminariami? Co ostatecznie skłoniło Księdza do takiego wyboru?

Przyznam, że myśl o powołaniu była u mnie wcześniejsza od samego poznania środowisk tradycyjnych. Było dla mnie wtedy oczywistym, iż powinienem przestąpić próg seminarium diecezjalnego. Jednakże, z upływem lat i zagłębianiem tematów związanych z tradycją katolicką, zdecydowałem o tym, że Bóg powołuje mnie do odprawiania Mszy świętej według tradycyjnych ksiąg liturgicznych. W zatwierdzeniu Instytutu Dobrego Pasterza uznałem znak od Boga, który chciał, żebym podjął to wyzwanie, jakim jest współpraca w zakładaniu nowego instytutu.

Jak ludzie z otoczenia Księdza – rodzina, proboszcz, przyjaciele, znajomi – zareagowali na decyzję wstąpienia do tradycyjnego instytutu?

Zaskoczenia nie było. Mogę powiedzieć, że wymienione osoby wiedziały, co będę robił w życiu. Nikt mnie do zmiany decyzji nie nakłaniał i została ona pozytywnie przyjęta.

Jak przebiegała formacja w seminarium Instytutu Dobrego Pasterza? Czym się ono różni od diecezjalnych seminariów?

Formacja w naszym seminarium w Courtalain trwała sześć lat. Pierwszy rok, propedeutyczny, był poświęcony głównie pogłębianiu podstawowych znajomości o Piśmie Świętym, tradycyjnym nauczaniu Kościoła, historii ruchu tradycyjnego. Dwa kolejne lata to głównie filozofia, z przedmiotami teologicznymi, według myśli św. Tomasza z Akwinu. Wreszcie, trzy ostatnie lata, to wyłącznie przedmioty teologiczne, również w świetle Akwinaty.

Nie jestem w stanie, poza oczywistym aspektem różnic liturgicznych, porównać naszej fomacji z tą udzielaną w seminariach diecezjalnych, tej drugiej nie znam.

Jak wyglądają święcenia kapłańskie w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego?

Święcenia kapłańskie w tradycyjnej formie są obrzędem, który liczy sobie wiele wieków. Większość obrzędów odbywa się w tej części Mszy świętej, którą nazywa się Mszą katechumenów. Wraz z przyszłymi diakonami leży się krzyżem w trakcie śpiewu Litanii do Wszystkich Świętych. Mają miejsce pouczenia, nałożenie rąk przez biskupa, obecnych kapłanów, prefacja konsekracyjna. Ważnym elementem jest ubranie przez biskupa w szaty kapłańskie, namaszczenie rąk olejem katechumenów, podanie pateny z hostią i kielicha z winem, czym symbolicznie przekazuje się władzę odprawiania Mszy. Nowi kapłani koncelebrują z biskupem Mszę od ofertorium, recytując te same formuły co on. Neoprezbiterzy klęczą w trakcie owej koncelebracji i przyjmują Komunię wyłącznie pod postacią chleba. Pod koniec Mszy mają miejsce ryty uzupełniające, jak ostatnie nałożenie rąk, z przekazaniem władzy odpuszczania grzechów. Towarzyszy temu rozłożenie ornatu, który przez większość część ceremonii był złożony z tyłu.

Jakie przeżycia towarzyszyły Księdzu przy odprawianiu Mszy świętej prymicyjnej?

Po pierwsze, chciałbym podziękować wszystkim, który pomogli mi w organizacji mojej Prymicji. Ks. Prałat Stanisław Pawlaczek, proboszcz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny na Piasku, wieloletni duszpasterz środowiska tradycyjnego, udostępnił mi kościół i okazał wiele sympatii. Obecny duszpasterz, ks. Ireneusz Bakalarczyk, wziął na siebie sporą część „techniczną” wydarzenia i pracował w ukryciu, za co mu serdecznie dziękuję. Roli kapłana asystenta podjął się ks. Leszek Królikowski, który wygłosił również budujące kazanie o roli kapłana. Równie ważna była dla mnie obecność ks. Jarosława Powąski z Kalisza, który był diakonem, oraz posługa subdiakona sprawowana przez kl. Michała Kaczmarczyka z naszego Instytutu. Nie mogę nie wspomnieć ministrantów pod wodzą Piotra Szukla, którzy okazali się niezawodni. Im wszystkim oraz wiernym, którzy mnie wsparli również materialnie, serdecznie dziękuję.

Samo odprawianie Mszy świętej jest czymś, co ciężko opisać, tym bardziej gdy jest to pierwsza Msza uroczysta, w gronie rodziny, przyjaciół, znajomych. Wdzięczność Bogu za dar powołania, to chyba główne przeżycie, które towarzyszy takiemu wydarzeniu.

Gdzie obecnie Ksiądz posługuje? Czy jest szansa na to, że trafi Ksiądz ostatecznie do Polski?

Obecnie posługuję w naszej parafii personalnej w Bordeaux, która jest domem-matką naszego Instytutu, jak również i miejscem, gdzie przyjąłem wszystkie święcenia wyższe. Pomagam innym pracującym tu kapłanom, zajmują się głównie skautami, chórem i prowadząc jedną z grup katechezy. Jednocześnie, od października, podejmuję zaoczne studia z teologii w celu uzyskania licencjatu kanonicznego. W tym celu będę jeździł w miarę regularnie do Tuluzy, do Instytutu św. Tomasza z Akwinu prowadzonego przez dominikanów.

Bóg zapłać za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski.

Źródło informacji:  http://www.pch24.pl/

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wizyta w Gricigliano


Gricigliano, dla tych, którzy nie wiedzą, to Seminarium Instytutu Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana (ICRSP), w którym ja i mój dobry przyjaciel mogliśmy przebywać przez tydzień w lutym (w trakcie wizyty obchodzono w kalendarzu liturgicznym środę popielcową i początek Wielkiego Postu). Oboje wnikliwie przyglądaliśmy się, gdyż mamy zamiar wstąpić do Instytutu. Ów tydzień był wspaniały, i mogę bez przesady powiedzieć, że był to najlepszy tydzień w moim życiu.

Chcieliśmy przede wszystkim poprzez tę wizytę poznać jak wygląda życie w tradycyjnym seminarium i zorientować się czy taki sposób życia jest dziś aktualny.

Typowy dzień rozpoczyna się o wschodzie słońca, tj. o 6.00, później śniadanie o 6.30. Klerycy i goście jedzą śniadanie oddzielnie, jest to gest pokory z naszej strony, który jest jeszcze bardziej dostrzegalny podczas Mszy św., gdyż goście zajmują miejsce za kapłanami i seminarzystami, na końcu chóru. Taki sposób zajmowania miejsc w kaplicy jest godny uwagi, choć we współczesnym kościele już niepraktykowany z powodu prawie 4 dekad zamieszania jakie spowodował tzw. „duch Soboru”, który przeobraził kapłaństwo w laicką, nadzwyczajną posługę na rzecz wspólnoty.

Po śniadaniu o 6.50 śpiewa się Laudesy, czyli Jutrznię na jednym tonie, co trwa ok. 10-20 min., kolejne 30 min. to czas przeznaczony na prywatną medytację. Następnie wykłady aż do 10.30, gdyż o tej godzinie jest Msza św. czytana. W święta i niedziele o tej porze celebruje się oczywiście Mszę św. uroczystą. Porządek dnia w święta i niedziele jest nieco inny, pobudka jest później, no i oczywiście nie ma wykładów.

Po Mszy św. i krótkiej przerwie zaczynają się wykłady, po których jest obiad w refektarzu. Obiad goście wraz z seminarzystami spożywają w tym samym pomieszczeniu w ciszy, jedynie jeden z kleryków czyta na głos po francusku różne książki, najczęściej dzieła św. Franciszka Salezego. Po obiedzie wszyscy przechodzą do pokoju obok refektarza na godzinną rekreację, w czasie której można rozmawiać, pić kawę i słuchać muzyki klasycznej.

Po rekreacji następują znowu wykłady albo studium z przerwą na herbatę. W ciągu tygodnia między 17 a 18 jest również wystawienie Najświętszego Sakramentu i nabożeństwo przebłagalne za grzechy i obrazy popełnione w trakcie karnawału. Po nim o 19.30 kolacja. Kolacja spożywa się w podobny sposób jak obiad, w ciszy itp. W święta klerycy mogą ze sobą rozmawiać, zwłaszcza, że kolację serwuje się wtedy na wzór stołu szwedzkiego.

Po wieczornym posiłku jest, podobnie jak po obiedzie, rekreacja, z tym, że znacznie dłuższa. Duch św. Franciszka Salezego, miłość i gościnność Seminarium jest widoczna na każdym kroku. Jest to duchowość, która przenika cały Instytut. Nawet jeśli wszędzie będzie można odprawiać Mszę św. w Klasycznym Rycie Rzymskim, Instytut będzie miał rację bytu ze względu na swą duchowość, miłość i misyjną naturę. A przecież bez duchowości kapłan jest nikim.

Kompletę śpiewa się o godz. 21, a silentium sacrum (święte milczenie) rozpoczyna się o godz. 21.30, ale nawet wtedy seminarzyści mogą pozostać w kaplicy na osobistej modlitwie przed przepiękną figurą Matki Bożej Fatimskiej aż do 22.00, kiedy to gasi się światło. Rygor duchowy i formacja intelektualna, porzucona przez bardziej seminaria, jest kluczem do tego, by uformować dobrego, świętego kapłana.

Po tygodniu przebywania w seminarium, mieliśmy spotkanie z Rektorem seminarium, które okazało się bardzo owocne i jednocześnie stanowiło dobre zakończenie pobytu w seminarium. Jestem pewien, jeżeli Bóg pozwoli, że we wrześniu wstąpię do Instytutu i rozpocznę formację w seminarium w Gricigliano. Proszę módlcie się za mnie i mojego przyjaciela.

Sanctus Franciscus Salesius ora pro nobis.

tłum. x. Jarosław

TEKST POCHODZI Z 2007 ROKU 
(http://english-trad.blogspot.com/2007/04/visit-to-gricigliano.html)

piątek, 9 maja 2014

Warto czerpać z bogactw Kościoła!


Charyzmat dominikański to kontemplowanie i przekazywanie innym owoców naszej kontemplacji (Contemplata aliis tradere). Cisza, studium, celebracja Bożego Oficjum; nasz klasztor jest domem kontemplacji - mówi o. Dominique-Marie de Saint Laumer FSVF w rozmowie z Dominiką Krupińską.

Zacznijmy od niedawnej uroczystości 25-lecia istnienia Bractwa św. Wincentego Ferreriusza i jej obchodów. Czytałam, że brało w nich udział 600 gości. Chyba macie dużo przyjaciół we Francji?

Tak, mieliśmy piękne obchody 25-lecia uznania Bractwa (1988–2013). Odprawiliśmy Mszę solenną w kościele w Chémeré-le-Roi. Nasza kaplica jest za mała — może pomieścić najwyżej 120–150 osób i często brak jest miejsca na mszach niedzielnych; tymczasem zaprosiliśmy dużo znajomych i przyjaciół. Zwróciliśmy się więc do proboszcza kościoła w Chémeré-le-Roi, bo mieści się w nim wygodnie 500 osób i jest też dodatkowa przestrzeń na zewnątrz. Było około 600 osób i piękna Msza solenna (ma się rozumieć w rycie dominikańskim), a potem lampka wina i posiłek dla około 400 osób.

Wyjątkowo otworzyliśmy krużganki i można było odwiedzić konwent; a potem były pogawędki o historii, dziełach apostolskich i projektach Bractwa. Był to piękny dzień! Co więcej, dopisała także pogoda — świeciło słońce i było bardzo przyjemnie.

Faktycznie mamy dużo znajomych, szczególnie we Francji, lecz także za granicą. We Francji tradycjonalizm jest dość żywy; mimo wszystko jest dużo ośrodków quasi-parafialnych z Mszą św., są też ruchy, szkoły, drużyny skautowe, rodziny katolickie, czasopisma, przeglądy, pielgrzymki... dużo się dzieje. A my uczestniczymy w sporej części z tych działań, na przykład w dorocznej wielkiej pielgrzymce Paryż — Chartres, w której bierze udział około 10 000 ludzi. Jest u nas ojciec odpowiedzialny za ruch „Skauci Europy” w całej Francji — kapelan krajowy, a także ojcowie kapelani „Skautów Europy”, ognisk rodzinnych ruchu „Domus Christiani”, małżeństw chrześcijańskich i szkół. Głosimy rekolekcje i nauki różańcowe oraz prowadzimy bogatą działalność dla młodzieży, chodzi między innymi o obozy letnie.

Skąd wziął się pomysł waszego zgromadzenia? Kto jest jego założycielem?

Naszym założycielem jest ojciec Louis-Marie de Blignières, młody kapłan świecki wyświęcony przez abp. Marcela Lefebvre’a w 1977 roku. Chciał on być dominikaninem, jednak widział, że w warunkach panujących w latach 70. w Kościele francuskim i zakonie dominikańskim prowadzenie tradycyjnego życia dominikańskiego będzie niemożliwe.

Zresztą wielu dominikanów mówiło mu, że w tej epoce nie jest to możliwe. Postanowił zatem założyć małą wspólnotę i zainicjował ją w 1979 roku w Chémeré-le-Roi, niewielkiej wsi na zachodzie Francji. Zaczęliśmy więc: ojciec Louis-Marie de Blignières — jedyny kapłan w naszej wspólnocie — i my, trzech czy czterech studentów w wieku 22–23 lat. Ja byłem pierwszym bratem studentem. Mając wsparcie kilku starszych dominikanów, którzy pomagali nam poznać tradycje zakonne, a poza tym korzystając z książek, próbowaliśmy prowadzić życie dominikańskie. Podjęliśmy obserwancje zakonne, liturgię dominikańską i studium wierne nauczaniu św. Tomasza z Akwinu. Dominikanów wśród nas nie było, ale przychodzili głosić nam nauki i prowadzić sesje wykładowe oraz opowiadać nam o praktykach zakonnych. Nauczyli nas zatem pewnych zwyczajów.

Jakimi sposobami realizujecie charyzmat dominikański?

Charyzmat dominikański to kontemplowanie i przekazywanie innym owoców naszej kontemplacji (Contemplata aliis tradere). Realizujemy go w sposób dość prosty, i sądzę, że piękny, bo nasz klasztor, leżący w departamencie Mayenne, czyli w spokojnym regionie, sprzyja kontemplacji. Mamy ciszę, czas na studium, na celebrację Bożego oficjum — liturgii; nasz klasztor jest zatem naprawdę domem kontemplacji. Pozwala nam to studiować, a później przygotowywać się do naszych dzieł apostolskich, konferencji, kazań... Potem zaś go opuszczać, by głosić rekolekcje, nauki, konferencje na obozach czy pielgrzymkach. Trochę konferencji głosimy w Chémeré — dla grup, które do nas przyjeżdżają. Nie mamy u siebie miejsca, by gościć duże grupy, natomiast jeździmy do okolicznych miast. Chémeré-le-Roi ma dobre położenie na zachodzie Francji i można z niego łatwo dotrzeć do Paryża, Tours, Nantes czy Angers.

Głosicie w parafiach tradycyjnych?

Istotnie, przede wszystkim w parafiach tradycyjnych — tam, dokąd zapraszają nas ludzie. Zdarza się, że głosimy w parafiach bardziej nowoczesnych, jeśli zaprosi nas proboszcz, lecz przede wszystkim u kapłanów tradycyjnych.

Jak wygląda dzień w waszym klasztorze?

Bracia wstają o szóstej. Laudesy odmawiane są w kaplicy. Następnie mamy pół godziny wspólnych modlitw. Później ojcowie celebrują swoje msze czytane, a służą im bracia. Około 8.15 modlitwa dziękczynienia i śniadanie. Następnie bracia studiują, słuchając wykładów aż do południa. Msza dla wiernych odprawiana jest o 11.45. W niedziele i główne święta celebrujemy Mszę śpiewaną o 10:30. O 12:30 jest seksta, później obiad, zmywanie i rekreacja (spacer lub zajęcia sportowe). Około 15:00 wracamy do swoich zajęć, obowiązków zakonnych, studium czy dzieł apostolskich. O 17:45 śpiewamy nieszpory, a następnie mamy pół godziny modlitw. Od 18:30 do 19:30 jest czas na lekturę duchową, modlitwę osobistą lub studium. Kolacja o 19:30. Po niej zmywanie, rekreacja i o 20:30 kompleta. Później zaczyna się wielka cisza nocna. Posiłki spożywamy w milczeniu, słuchając książki czytanej przez lektora. Ojcowie opuszczają klasztor dość często, by podejmować dzieła apostolskie.

Jak wygląda wasza formacja? Sądzę, że jako instytut tradycyjny macie wystarczającą liczbę powołań.

Tak, mamy powołania. Lecz chcielibyśmy mieć ich więcej: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało…”, mówi Jezus. Teraz mamy 17 braci, w tym 12 kapłanów, jest też dwóch braci studentów i jeden postulant. Formacja braci odbywa się w Chémeré-le-Roi. Składa się na nią postulat, nowicjat, następnie 2–3 lata filozofii i cztery lata teologii. Studia odbywają się w Chémeré-le-Roi i obejmują wykłady braci kapłanów — profesorów. Są też sesje prowadzone przez kapłanów pochodzących z zewnątrz. Oprócz tego w przypadku filozofii mamy wsparcie wydziału filozoficznego w Paryżu, z którym mamy umowę. Jest to wydział tomistyczny, arystotelesowski. Bracia uczestniczą tam w wykładach i zdają egzaminy. Jeśli chodzi o teologię, uczestniczą również w kilku wykładach w benedyktyńskim opactwie w Solesmes, położonym niedaleko naszego klasztoru.

Słyszałam, że zamierzacie otworzyć nowy dom...

Myślimy o założeniu drugiego klasztoru, ale jeszcze nie od razu. Na razie nie mamy wystarczających środków i sił, by natychmiast ufundować nowy dom. Ale spodziewamy się to zrobić w ciągu kilku lat.

We Francji?

To zależy. Wciąż chcielibyśmy założyć dom w dużym mieście, więc w pierwszej kolejności mógłby to być na przykład Paryż, ale mogłoby to się stać także za granicą. Jest to możliwe.

Czemu zatem nie w Polsce?

Polska będzie dobrym miejscem, ale wcześniej trzeba mieć powołania z Polski, a obecnie nie mamy jeszcze polskiego brata. Jest jeden, którego dziadek był Polakiem, ale to nie wystarczy; zresztą on nie mówi po polsku.

Czy istnieje możliwość otwarcia przez was klasztoru mniszek?

To również byłoby możliwe, ale ojciec Louis-Marie de Blignières postawił warunek, że do dokonania fundacji konieczne są trzy młode kobiety zdecydowane prowadzić życie dominikańskie i mające silną motywację. A w tej chwili nie mamy ich jeszcze.

Zgodnie z motu proprio Summorum Pontificum zachowujecie liturgię w stanie na rok 1962, po reformach Piusa XII?

Tak. Przyjęliśmy za nasz kompas postępowanie zgodnie z zaleceniami Komisji Ecclesia Dei i motu proprio Summorum Pontificum, czyli zachowywanie liturgii w stanie istniejącym w 1962 roku, jak tego wymaga Rzym. Poza kilkoma szczegółami, które trzeba będzie dostosować, zachowujemy całą tę liturgię.

Czy macie własne zwyczaje liturgiczne? Mam na myśli różne tradycyjne, drobne zwyczaje nie zapisane w księgach liturgicznych.

Na początku staraliśmy się dość dokładnie poznać te tradycje. Postępowaliśmy według ksiąg, o ile było to możliwe, a oprócz tego kilku starszych ojców przekazało nam wskazówki na temat zwyczajów. Jednak czasami jest to trudne, bo pamięć starszych ojców nie zawsze jest bardzo dokładna. Poza tym w różnych prowincjach czy miejscach obowiązywały różne zwyczaje. Dostrzegliśmy, że w tym, co przyjęliśmy na początku, było trochę błędów, więc poprawiliśmy pewne szczegóły i liczymy, że uda się tę pracę dokończyć, tak by zachowywać — na ile to możliwe — stare tradycje dominikańskie. Nie jest to doskonałe, sądzę jednak, że w historii zawsze istniały jakieś drobne różnice liturgiczne, nie było ścisłego ujednolicenia.

Czy zachowujecie wszystkie obserwancje zakonne, czy tylko starą liturgię? Widzę na przykład, że nie nosicie tonsur.

Tak, to prawda. Nie podjęliśmy ściśle i w całości wszystkich istniejących dawniej zwyczajów. Na przykład od tonsury prowincja francuska odeszła jeszcze przed soborem, w latach 50-tych. Nie wiem dokładnie, kiedy z niej podjęto decyzję o rezygnacji z niej, ale było to gdzieś w czasie II wojny światowej. Gdy nasze zgromadzenie się tworzyło, jego założyciel, ojciec de Blignières, chcąc być realistycznym i konkretnym, powiedział sobie, że nie da się podjąć w całości wszystkich dawnych zwyczajów, bo zmieniły się okoliczności; zresztą nasza grupa była niewielka i trudno by było na przykład wstawać o północy na matutinum czy zachowywać wszystkie oficja liturgiczne oraz wielki post od 14 września do Wielkanocy... Jest wiele zwyczajów, których przestrzeganie było możliwe dawniej, w klasztorze liczącym 30, 40 czy 50 zakonników.

Należy również uwzględnić kontekst społeczeństwa świeckiego, a także całego Kościoła. Na przykład trzeba wiedzieć, że we Francji aż do wojny 1940 roku przez cały Wielki Post oprócz niedziel istniał obowiązkowy dla wszystkich wiernych post. Gdy wszyscy tak poszczą, łatwo jest również pościć od 14 września do Wielkanocy. Zachowywanie wszystkich tradycji przekraczałoby nasze możliwości fizyczne i psychiczne, a także możliwości obecnych ludzi. Korona jest pięknym symbolem, lecz zwłaszcza w latach 70-tych, gdy zakładana była nasza wspólnota, w warunkach silnej dechrystianizacji, kiedy niektórzy ludzie nie byli przyzwyczajeni nawet do widoku zakonników w habicie, bez wątpienia trudno by było im wytłumaczyć symbolikę korony Chrystusa; i tak dalej. Sądzimy, że nie należy ukrywać swej prawdziwej tożsamości, i zawsze mamy na sobie habity. Uważamy jednak, że nie należy bez potrzeby nadmiernie szokować ludzi.

Jak postrzegacie możliwości związania się z dominikanami? Jakie są argumenty za i przeciw?

Jeśli chodzi o dominikanów — wielki Zakon Kaznodziejski — mamy dość dobre kontakty indywidualne z niektórymi ojcami. Od 1979 do 1988 roku byliśmy tradycjonalistami nie uznawanymi przez Rzym, ani przez zakon dominikański, ma się rozumieć. W 1988 roku — w roku udzielenia przez abp. Lefebvre’a święceń biskupich, ogłoszenia motu proprio Ecclesia Dei i powołania Papieskiej Komisji Ecclesia Dei — pojawiła się możliwość uznania kapłanów czy grup tradycjonalistycznych, którzy nie chcieli uczestniczyć w rozłamie razem z abp. Lefebvre’em. Zostaliśmy wówczas uznani bezpośrednio przez Stolicę Apostolską (październik 1988). Dominikanie poczuli się trochę zranieni faktem, że Rzym uznał nas bezpośrednio, bez pytania ich o zdanie; sądzę jednak, że mogliby nie wyrazić pozytywnej opinii i naszej fundacji nie byłoby w ogóle. W istocie przeciwstawiali się oni naszemu istnieniu, przede wszystkim temu, że chcieliśmy przestrzegać tradycyjnej liturgii i obserwancji zakonnych. Stąd w końcu okazało się opatrznościowe, że Stolica Apostolska uznała nas natychmiast, na podstawie prawa papieskiego.

Przedłożyliśmy prośbę o włączenie nas do Rodziny Dominikańskiej i mieliśmy kilka spotkań z generałami zakonu: ojcem Damianem Byrne’em, ojcem Timothym Radcliffe’em, a także ojcem Brunem Cadoré (obecnym generałem — w czasach, gdy jeszcze nim nie był), czy prowincjałami, lecz nasza prośba nie spotkała się dotychczas z pozytywną odpowiedzią. Być może w zakonie istnieje jeszcze pewna powściągliwość w odniesieniu do tradycji dominikańskiej.

Jakie jest Ojca zdanie o przyszłości starych rytów podczas obecnego pontyfikatu? Przypadek franciszkanów Niepokalanej wzbudza niepokój.

Tak, możemy zastanawiać się, dlaczego tak się stało. Ktoś nam powiedział, że w tym zgromadzeniu istniała, powiedzmy, problematyczna sprawa: podział między kilkoma grupami. Franciszkanie Niepokalanej byli fundacją powstałą po soborze, która przyjęła nową liturgię. Niektórzy z nich przeszli później na starą i być może zbytnio naciskali na wszystkich, by podjęli starą liturgię; stąd opór. Co więcej, ktoś mi powiedział, że papież, będąc jeszcze w Argentynie, miał jakiś kontakt z franciszkanami Niepokalanej i nie był on bardzo przychylny. Stąd być może jest to kwestia raczej tego zgromadzenia niż decyzja dotycząca całej liturgii tradycyjnej. Niemniej jednak pozostaje miejsce na pewien niepokój, ponieważ także w wywiadzie udzielonym czasopismu „Revue Jesuite” papież stwierdził, iż trzeba zachować ostrożność wobec Vetus Ordo, gdyż może ono powodować problemy wskutek ideologizacji. I nie odnosił się bardzo przychylnie do chęci zachowywania starej liturgii. Myślę, że papieżowi jest faktycznie trudno te zagadnienia rozumieć, ponieważ dostrzeganie rzeczy przez pryzmat liturgii zupełnie nie leży w jego formacji: jest jezuitą, a mówi się: „Jesuita nec rubricat nec cantat” (jezuita nie śpiewa ani nie przestrzega rubryk).

Co więcej, istnieje kwestia Ameryki Łacińskiej, a także Hiszpanów, ich liturgia była bardzo specyficzna: śpiewali pieśni, odmawiali różaniec itd., podczas gdy kapłan sprawował liturgię na ołtarzu; wierni jednak prawie nie smakowali liturgii jako takiej. Liturgia zatem zmieniła się zupełnie, ale tutaj nic się nie zmieniło. W 1978 roku — czyli na 10 lat przed Ecclesia Dei — papież Benedykt XVI jeszcze jako kardynał Ratzinger powiedział coś bardzo słusznego: że jego zdaniem krajami, w których przywiązanie do liturgii tradycyjnej było najsilniejsze, są Francja i Niemcy — kraje, gdzie ruch liturgiczny w dobrym znaczeniu tego słowa przyczynił się do obfitego czerpania ze starej liturgii przez wiernych. Dzięki temu byli oni przywiązani do tej liturgii, którą rozumieli, z której czerpali, którą żyli. I stąd, kiedy naruszono całą tę liturgię, stawili temu opór. We Francji, w Niemczech istnieje dość silny sprzeciw przeciwko reformie — abp Lefebvre i tak dalej, ponieważ wierni nauczyli się dobrze śledzić mszę, uczestniczyć w modlitwach itp. Dlatego dość słuszny wydaje nam się pogląd, iż gdy uczyni się wysiłek, by zasmakować liturgii, by ją zgłębiać, to rozumie się piękno starego rytu i pragnie się go zachowywać.

Po co dzisiaj ryt dominikański?

Sądzę, że ryt dominikański jest bogactwem Kościoła, gdyż jest to ryt, który pochodzi z XIII wieku i nie został zniesiony przez reformę trydencką ani przez Piusa V, który pragnął, aby ryty liczące w XVI wieku ponad dwieście lat mogły istnieć nadal. Dzięki temu różne ryty: lioński, ambrozjański, mozarabski itd. pozostały. Myślę, że jest to bogactwo, bo tradycje te ułatwiają zrozumienie całości skarbów Kościoła i całkowite ich porzucenie byłoby stratą.

Myślę też, że jesteśmy przywiązani do tego rytu, bo kochamy tradycję dominikańską; co więcej, gdy nasze zgromadzenie było zakładane, chcieliśmy, by był on jednym z podstawowych filarów naszego życia. Sądzę, że trzeba się uczyć czerpania za wszystkich bogactw Kościoła, wszystkich ich rodzajów — także rytów wschodnich — i doceniania ich; i że dostrzeganie istnienia różnych tradycji i różnych rytów przyniosłoby wiernym wiele dobra. W Kościele łacińskim istniała być może zbyt silna skłonność do radykalnej uniformizacji; na nieszczęście po wprowadzeniu nowego rytu doprowadziła ona do starcia na proch wszystkiego poza nim. Ryty wschodnie — jest ich kilka — są innym bogactwem i sądzę, że podtrzymywanie tradycji łacińskiej z jej różnymi elementami składowymi jest piękne i dobre. Widzę zresztą, że ludzie uczestniczący we mszy w rycie dominikańskim często są bardzo zadowoleni, gdyż widzą trochę odmiennych rzeczy, i cenią to sobie. A to pozwala, jak sądzę, obficiej czerpać z liturgii, a także dostrzegać, jak jedna liturgia uwypukla pewne wartości, pewne aspekty, które inna być może gorzej pokazuje. Dzięki temu liturgia może błyszczeć ze wszystkich stron, jak piękna suknia zdobiona diamentami, z których każdy lśni inaczej. Jest to tunika Kościoła.

Dziękuję za rozmowę.

 Rozmawiała Dominika Krupińska
___________________________

O. Dominique-Marie de Saint Laumer (ur. 1957) – przełożony Bractwa Świętego Wincentego Ferariusza, święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1988. Bractwo zostało założone w roku 1979 z inicjatywy o. Louisa-Marii de Blignières, w roku 1988 zostało uznane kanonicznie jako instytut życia konsekrowanego na prawie diecezjalnym. Choć bractwo nie należy do zakonu dominikańskie, kultywuje tradycyjną dominikańską duchowość i liturgię, prowadząc także studia tomistyczne.

Źródło informacji: https://pch24.pl/

czwartek, 24 kwietnia 2014

Dokumenty związane z powstaniem Wspólnoty Kapłańskiej Świętego Grzegorza Wielkiego


ScreenShooter

sobota, 19 października 2013

Instaurare Sacra - Kanonicy Regularni św. Jana Kantego


Instaurare Sacra - Kanonicy Regularni św. Jana Kantego

Chcemy odprawiać Mszę św. jak najlepiej, w jak najpiękniejszy sposób i wiernie według wskazań Kościoła, żeby przywrócić charakter sakralny i nadprzyrodzony, który liturgia powinna posiadać. Chcemy przez to prowadzić katolików do osobistej świętości – mówi portalowi PCh24.pl o. Dennis Koliński ze zgromadzenia Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego.

Czytaj dalej

wtorek, 26 czerwca 2012

Klasztor Świętego Benedykta


Nowy Ruch Liturgiczny


Tradycja Katolicka we Francji rozwija się coraz dynamiczniej. W grudniu 2011 roku J.E Dominique Rey, biskup diecezji Fréjus-Toulon, erygował Klasztor św. Benedykta - nową wspólnotę monastyczną opartą na regule benedyktyńskiej, która celebruje świętą liturgię według starej i klasycznej formy monastycznego rytu rzymskiego. Przełożony wspólnoty udzielił wywiadu dla strony New Liturgical Movement, którego tłumaczenie zamieszczamy:

Czcigodny Ojcze Przeorze, czy mógłbyś opowiedzieć o początkach waszego klasztoru ?

Historia naszego klasztoru ma swoje korzenie w naszym pragnieniu życia monastycznego według Reguły Świętego Benedykta. Niektórzy z nas przeszli formację oraz złożyli profesję benedyktyńską w przeszłości, lecz czuliśmy się sfrustrowani przymusem przeżywania naszego powołania w okolicznościach nad którymi straciliśmy już kontrolę. Inni również napotkali te trudności, lecz pragnęli mimo wszystko pozostać mnichami. Było to życie dalekie od ideału monastycznego i mimo iż bardzo trudne, wzmocniło jednak nasze pragnienie tradycyjnego życia mniszego w jego codziennej harmonii z klasycznym rytem liturgii. W tych okolicznościach, które okazały się całkowicie opatrznościowe, mieliśmy okazję wyrazić nasze pragnienie biskupowi Rey.

Biskup Rey przyjął nas tak, jak uczyniłby to prawdziwy ojciec. Po naszej prośbie nastąpił okres rozeznania i przygotowania praktycznego, zakładający wielki wkład biskupa, nas samych, mojego biskupa (który również okazał swą ojcowską troskliwość, życzliwość i wielkoduszność), jak również wsparcie i ofiarność wielu przyjaciół, nie zapominając o ciepłym przyjęciu mieszkańców La Garde-Freinet. Ku naszemu wielkiemu i miłemu zaskoczeniu było dla nas możliwym rozpoczęcie całego monastycznego horarium od pierwszej niedzieli Adwentu oraz celebrowanie erekcji klasztoru w pierwsze Nieszpory Niepokalanego Poczęcia N.M.P.

Jakie wsparcie otrzymaliście od diecezji Fréjus-Toulon i jej biskupa?

Wsparcie biskupa i diecezji było i pozostaje nadal bardzo solidne. Postawa bp Rey jest od zawsze przeniknięta pytaniem, w jaki sposób jako biskup przysłużyć się do umocnienia i rozwoju Kościoła. On jest gotowy aby wraz ze swą diecezją włączyć się w służbę inicjatywom, które według niego pozwolą na rozwój Królestwa Bożego na Ziemi. Szuka rozwiązań, a nie problemów. Czynią to również jego współpracownicy: wikariusz generalny, sekretarze, kanoniści, rada finansowa i inni. Wszyscy oni współpracują razem by budować Kościół na pewnych również i finansowych fundamentach. Został nam powierzony duży, przykościelny budynek parafialny (już teraz, pytamy się z radością czy nie będzie zbyt mały), jak i kościół w którym sprawujemy oficjum. Proboszcz, który przyjął nas bardzo życzliwie mieszka w innej miejscowości, w której posługuje, a tutaj odprawia trzy Msze Święte w tygodniu, dla niewielkiej, lecz bardzo zaangażowanej parafii. To „współdzielenie” kościoła, dobrze funkcjonuje i daje możliwość wiernym dodatkowego uczestnictwa w oficjum i Mszach celebrowanych poza ich stałym porządkiem.

Bp Rey okazał nam także swą wielkoduszność, pomagając nam finansowo przy naszej instalacji, mam tu na myśli choćby bardzo wysokie stawki ubezpieczenia socjalnego - lecz pracujemy nad tym, aby jak najszybciej stać się niezależnymi finansowo.

Praktyczną i braterską pomoc otrzymaliśmy od całej diecezji, miejscowych kapłanów i wiernych, którzy oprócz zachęty z ich strony, zapewnili nam także wiele dóbr materialnych, niezbędnych w tak dużym domu.

Klasztor to zawsze coś innego i nowego, ale został przyjęty z gościnnością i otwartością kapłanów i wiernych świeckich, z której, ta diecezja jest bardzo znana.

Czy jesteście częścią światowej Konfederacji benedyktyńskiej?

Mimo iż obaj przeszliśmy ważny nowicjat i złożyliśmy profesję będąc w konfederacji, nasz klasztor jest założony przez biskupa i jest częścią diecezji. Co nie świadczy, że jesteśmy odizolowani: wielu mnichów Konfederacji jest naszymi dobrymi przyjaciółmi i cieszy nas bardzo ich braterska pomoc i wsparcie. Pewien zaprzyjaźniony Opat przyjął prośbę naszego biskupa, aby pomóc nam, w razie gdy wspólnota zacznie się powiększać. Poprosiliśmy w sposób szczególny o pomoc w formacji nowicjuszy. A więc będąc niezależni od Konfederacji, pozostajemy w ścisłych relacjach z jej członkami i głęboko cenimy sobie ich wizyty, wsparcie, mądrość i doświadczenie, którymi z nami się dzielą.

Czy mógłby ojciec opowiedzieć o porządku dnia i życiu liturgicznym w klasztorze?

Nasz porządek dnia jest prosty, zaczyna się matutinum o godz. 4.00, a kończy kompletą o godz. 20.00. Obejmuje on całe śpiewane oficjum według Breviarium monasticum(1963), jak również mszę konwentualną wg. usus antiquior. Porządek dnia to nie jakaś reklamowa sztuczka, czy też wytwór wyobraźni - to rzeczywistość i trzeba przyznać iż mimo wymagań które nakłada - to radość życia.

W naszym życiu liturgicznym «staramy się czynić tyle ile jesteśmy w stanie zrobić», jak zachęcał do tego św. Tomasz z Akwinu w sekwencji Lauda Sion « quantum potes, tantum aude ». Codzienny i wierny śpiew wszystkich oficjów to nie małe przedsięwzięcie. Gdy wspólnota będzie się powiększać, będziemy z pewnością mogli zrobić więcej, gdyż każde nowe powołanie to dar Opatrzności Bożej, pozwalający wspólnocie monastycznej chwalić Boga w sposób doskonalszy w świętej liturgii.

Oczywiście, życie liturgiczne jest sercem naszego klasztoru. Jest racją naszego istnienia. Jesteśmy tu, aby przede wszystkim służyć Bogu, aby nic nie stawiać ponad Jego służbę, jak tego uczy św. Benedykt. To nadaje tożsamość naszemu powołaniu, wyznacza wyraźny kierunek w konkrecie dnia codziennego i mówiąc raz jeszcze przynosi wiele radości. Jest czymś wspaniałym iż dzięki woli i zezwoleniu naszego papieża Benedykta XVI (którego całkowicie podziela, wspiera i promuje bp. Rey), celebrowanie starszych rytów liturgicznych nie stanowi już żadnego problemu. Nie stanowi i nie powinien już wzbudzać kontrowersji sposób, w jaki dniem i nocą wielbimy Boga w modlitwie, czy też składamy Najświętszą Ofiarę Mszy, jak to mnisi czynili od wieków.

W jaki sposób wasz klasztor może uczestniczyć i wspierać nowy ruch liturgiczny którego pragnie papież Benedykt ?

Jesteśmy niewielką wspólnotą monastyczną, która na ile jest to możliwe, stara się żyć wiernie i intensywnie liturgią. Szukamy przede wszystkim należytej służby Wszechmocnemu Bogu, a czyniąc to, wzrastania w osobistym nawróceniu przez uzgadnianie naszego życia z Jego drogami. W «nowym ruchu liturgicznym» chodzi przede wszystkim o to, aby stać się samemu liturgicznym, aby przesiąknąć świętą liturgią, pozwolić jej oddziaływać na to kim jestem i w jaki sposób żyję, oraz dać miejsce nawróceniu, które jest sercem Reguły świętego Benedykta. Nie pretendujemy do tego, aby wnieść wkład na wielką skalę. Lecz jeśli będziemy każdego dnia wiernie i wielkodusznie żyli duchem liturgii, z pewnością zostawi to nasz własny, mały ślad w Kościele i świecie. W dziele Bożej Opatrzności odegramy naszą skromną rolę w rozwoju nowego ruchu liturgicznego.

Dajemy świadectwo, liturgicznego i mniszego życia, którego owoce dają się już nam zauważyć. Naszą inaugurację celebrowaliśmy w pierwsze Nieszpory Niepokalanego Poczęcia, śpiewane w chorale gregoriańskim według rytu monastycznego. Przyjaciele, lokalne duchowieństwo, parafianie oraz ci, którzy już od dawna nie byli w Kościele, przyłączyli się do naszej modlitwy i mimo iż dla wielu było to pierwsze takie doświadczenie, śpiewali znakomicie. Liturgia Kościoła w swej tradycji monastycznej zajaśniała w pełni i dotknęła wiele serc tamtego wieczora. Jeśli uda się nam kontynuować w ten sposób, a wierzę że tak, będzie to również nasz wkład.

Czego powinien się spodziewać ktoś, kto rozeznawałby przyłączenie się do waszej wspólnoty?

Bylibyśmy gotowi, aby przyjąć go na pewien nie długi okres, aby mógł poznać nasz sposób życia, gdyż czymś innym jest o nim mówić, a czym innym doświadczyć go osobiście. Następnie, byłby wskazany dłuższy, co najmniej miesięczny pobyt, w celu lepszego rozeznania. Gdyby zdecydował się na wstąpienie do klasztoru, miałby miejsce zwykły proces kandydatury, czyli postulat (co najmniej 3 miesiące oraz roczny nowicjat, który może się przedłużyć do półtora roku).

I jaka formacja następnie ?

W czasie postulatu i nowicjatu formacja skupia się głównie na modlitwie i życiu monastycznym: reguła, historia życia monastycznego, święta liturgia, psalmy, łacina i ze względu na naszą sytuację geograficzną również nauka języka francuskiego. Po profesji czasowej, formacja odpowiadałby zdolnościom poszczególnych osób i potrzebom klasztoru. Jedni mogliby podjąć studia teologiczne w dążeniu do święceń kapłańskich, inni rozwijać swoje kompetencje w innych dziedzinach - chcemy przyjąć tych wszystkich, których dobry Bóg nam przyprowadzi, aby zostali jak to dawniej nazywano braćmi chórowymi czy też braćmi tzw. konwersami. W zależności od potrzeb klasztoru i Kościoła, ci, którzy posiadaliby odpowiednie zdolności, byliby także zachęcani, aby kontynuować studia. Lecz, najlepsza formacja dla każdego postulanta czy nowicjusza, to bycie wiernym wymaganiom codziennego życia z jego wyzwaniami i czasem rzeczywistymi trudnościami. Wytrwałość pośród tych trudności pozwala powołanym do życia monastycznego wejść na drogę nawrócenia, które jest naszym powołaniem i zasmakować radości życia pomiędzy braćmi, w braterstwie zwanym « szkołą służby pańskiej ». Nie jest to łatwe do wyjaśnienia, ale dla tych którzy są do tego wezwani, chodzi o coś bardzo realnego i pokrzepiającego, o prawdziwą łaskę i przywilej. Jak to śpiewamy w niedzielnym oficjum prymy «viam mandatorum tuorum cucurri, cum dilatasti cor meum » (biegłem drogą twych przykazań, gdyś rozszerzył serce moje).

Czy macie już braci nowicjuszy?

Jak na razie nasza wspólnota istnieje krócej niż mógłby trwać postulat! Mamy dwóch poważnych kandydatów do nowicjatu i jeśli Bóg zechce przyjmą habit jeszcze w tym roku. Są także kandydaci którzy chcieliby złożyć nam dłuższą wizytę. Ważnym jest aby nie pośpieszać rozeznania, i dać każdemu czas, przestrzeń i wolność konieczne do podjęcia dobrej decyzji w stosownym do tego momencie. Wolimy nie mówić kto i kiedy powinien wstąpić, aby chronić tę wolność, gdyż każdy z nas ma prawo do swojego życia prywatnego.

Klasztor jest wyłącznie anglojęzyczny?

Nie wyłącznie. My mówimy oczywiście po angielsku, ale musimy również uczyć się francuskiego. Jesteśmy otwarci na wszystkich, których Bóg nam posyła. Ostatnio nasz biskup powierzył nam formację końcową seminarzysty, który nie mówi po angielsku, więc nasz francuski doskonali się z chwili na chwilę! Podczas głoszenia używamy zarówno języka angielskiego jak i francuskiego: wielu tutejszych mieszkańców jest rodzonymi anglofonami.

Jaką pracę wykonują członkowie wspólnoty?

Naszym pierwszym zadaniem jest modlitwa i własne nawrócenie. Następnie praca związana z rozeznaniem i formacją kandydatów. Po tym następują wszystkie stałe obowiązki administracyjne i domowe poczynając od kuchni i sprzątania, po odpowiedzi na listy i płacenie rachunków. Zarządzamy także niewielkim butikiem i produkujemy sami pewne rzeczy, które są tam sprzedawane, między innymi karty pocztowe. Żywimy nadzieję że będziemy mogli także trochę publikować. Mamy do swojej dyspozycji niewielki teren, który jest przeznaczony dla naszych upraw. Czasem głosimy wykłady z dziedzin liturgicznych, akademickich i innych płaszczyzn intelektualnych. Przyjmujemy gości i rekolektantów oraz pełnimy posługę dla osób przywiązanych do starego rytu. Pomagamy także od czasu do czasu biskupowi w różnorakich projektach. Poza zwykłymi działaniami nasza praca polega na odpowiedzi szansom, talentom i potrzebom, które Opatrzność Boża nam zsyła o ile tylko nie zaćmiewają one dzieła bożego.

Gdzie jesteście usytuowani ? Czy możliwym jest dla was przyjęcie gości?

Nasze miejscowość jest położona na wysokości łańcucha Maurów, między Fréjus a Toulon w Prowansji. Jesteśmy około 10 km od Morza Śródziemnego i 20 km na północ od Saint Tropez. Jest to region wyjątkowo piękny, a nasze miasteczko jest niewielkie i spokojne. Są tu wspaniałe widoki zachęcające do długich spacerów po górach, idealne dla rekolektantów. Zamieściliśmy kilka zdjęć na naszej stronie internetowej.

Tak, goście są zawsze mile widziani, zarówno dla uczestnictwa w oficjum i mszy które są publiczne czy też spędzenia kilku dni odpoczynku lub rekolekcji. Mężczyźni, którzy chcieliby spędzić jakiś czas w klasztorze, powinni wcześniej skontaktować się z nami. Gościnność więc stanowi ważną część naszego powołania.

Jeśli chodzi o dojazd do klasztoru, całkiem niedaleko nas jest duży dworzec (Les Arcs), z którego (częściej w weekendy i okresie letnim) ruszają autobusy, przejeżdżające przez naszą miejscowość. Mimo to, samochód jest najlepszym i najpraktyczniejszym środkiem transportu. Jest także dobra droga, biegnąca przez wybrzeże, oraz autostrada Provence (A8).Z obydwu tych dróg, potrzeba około pół godziny, aby do nas dojechać.

W jaki sposób można wesprzeć wasz klasztor?

Przede wszystkim muszę tutaj wyrazić naszą wdzięczność, za liczne ofiary i dary, które dotąd otrzymaliśmy. Byliśmy nieustannie zadziwieni dobrocią Bożej Opatrzności działającą przez tak wiele wielkodusznych serc. Fakt, iż mogliśmy rozpocząć nasze życie tutaj, w dużej części wynika z braterskiej miłości ludzi, których czyny znane są Wszechmogącemu Bogu, za których modlimy się codziennie i ofiarujemy raz w miesiącu Mszę Świętą w ich intencji.

Jak wspomniałem o tym wcześniej, musimy rzeczywiście stać się jak najszybciej niezależni finansowo. Z napływem nowych powołań, ta potrzeba staje się coraz bardziej nagląca. Wsparcie i dary są zawsze mile widziane i są rzeczywistym błogosławieństwem. Nasza strona internetowa podaje różne sposoby aby móc nas wesprzeć: używając nasze własne linki aby zakupić coś na stronie Amazon, ofiarując nam jeden tytuł z listy rzeczy, których potrzebujemy (chcielibyśmy przede wszystkim powiększyć naszą bibliotekę), kupując w naszym butiku, składając ofiarę czy zamawiając Mszę Świętą. Jesteśmy w pełni świadomi, że powinniśmy sami ciężko pracować nad rozwojem naszego przemysłu i dochodów. To wymaga zarówno ludzi jak i kapitału - ale Opatrzność Boża nas nie opuści, o ile będziemy wierni naszemu powołaniu monastycznemu.

Czy posiadacie program formacyjny dla oblatów?

Tak, cieszymy się już naszym pierwszym oblatem-nowicjuszem, kapłanem diecezji, który przyodział habit niedługo po naszej inauguracji. Oblaci stanowią część naszej rodziny i mają udział w jej dobrach duchowych, my z kolei korzystamy z ich braterskiej przyjaźni i wsparcia. Mężczyźni i kobiety (katolicy), którzy są zainteresowani naszą oblaturą mogą znaleźć informacje na ten temat na naszej stronie internetowej.

Dom Aidan, co szykuje przyszłość dla Klasztoru Św. Benedykta ?

To co szykuje nam przyszłość to z pewnością oficjum monastyczne, które będzie sprawowane, kolejne okazje do ćwiczenia się w braterskiej miłości, znoszenie trudów i cierpienia w wierze i nadziei, szanse przyjmowania jak Chrystus tych, którzy pukają do klasztoru nie zawsze uświadamiając sobie własną potrzebę szukania Boga. I jeśli będziemy wierni temu co Reguła nam wskazuje w każdej z tych sytuacji, to na pewno Bóg będzie wychwalany i odnajdowany, a czyniąc to będziemy bardziej do Niego podobni.

Mamy oczywiście projekty i nadzieje, ale Opatrzność ma szerszą perspektywę i często „tasuje, po czym na nowo rozdaje karty”. Zobaczymy co przyszłość nam przyniesie. Jeśli wspólnota będzie wierna Regule i podążała za głosem bożym, przyszłość jaka by nie była, będzie zależna od Boga.

Niech Bóg błogosławi was i waszych czytelników !

Monastère Saint-Benoît
 2, rue de la Croix
 83680 La Garde-Freinet
 France

tł. kl. Wojtek Pobudkowski


Źródło informacji: NOWY RUCH LITURGICZNY

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.