_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwertyci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwertyci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Cudowne nawrócenie 200 muzułmanów w Damaszku do Kościoła katolickiego



W r. 1868 nawróciło się na przedmieściu Damaszku (stolicy Syrii, na pograniczu Palestyny), w tak nazwanym Midan, do Kościoła katolickiego około 200 Turków. Tymczasem istnieje jeszcze dawne prawo przeciwko nawracaniu się muzułmanów do chrześcijaństwa, wedle którego każdy muzułmanin ma prawo i obowiązek zabić każdego opuszczającego wiarę mahometańską, a przede wszystkim władze są zobowiązane do karania odstępstwa. A ponieważ w tym razie niepohamowana gorliwość nowonawróconych całej sprawie jeszcze więcej dawała rozgłosu, więc prześladowanie nie dało długo na siebie czekać. Mówiono o wygnaniu wszystkich nowonawróconych; tymczasem rząd poprzestał na uwięzieniu dwunastu najwięcej się odznaczających. Proboszcz łaciński (katolicki) z Damaszku, Ojciec Emanuel Forner zawezwał pośrednictwa konsula francuskiego; ale mimo wszelkie usiłowania jego, więźniowie przewiezieni zostali pod silną eskortą do twierdzy Chanak-Kala nad Dardanelami. Wówczas właśnie cesarz austriacki przybył do Jerozolimy, a dowiedziawszy się o tym co się dzieje w Damaszku, wstawił się za uwięzionymi, aby ich wypuszczono na wolność, lecz doznał tej nieprzyjemności, że odmówiono jego prośbie, na mocy wybiegu, iż tych 12 przestępców zostało uwięzionych nie za nawrócenie się ich do chrześcijaństwa, ale za mowy nieprzyjazne rządowi; a tak biedacy pozostać musieli w Chanak-Kala, dopóki ich nie wygnano do Trypolis w Berberii (w północnej Afryce).

Reszta nowonawróconych miała tymczasem wprawdzie nieco spokoju, dawszy się mianowicie wreszcie nakłonić do tego, aby się wystrzegać wszystkiego co oczy razi; lecz bez dokuczań rozmaitych jednak się nie obyło. Mimo to żaden się nie zachwiał, i owszem wszyscy z największą gorliwością starali się coraz lepiej poznawać religię chrześcijańską, a nawet gdzie i jak tylko mogli, dalej ją rozszerzać. Wiadomą jest rzeczą, – mówi O. Emanuel, że brak wytrwałości jest jednym z głównych znamion charakteru mieszkańców Wschodu, więc, mówi dalej, wobec tej niesłychanej ich wytrwałości nie pozostawało mi nic innego, jak wnioskować, że ludzie ci albo nadzwyczajne jakie odbierają łaski, albo że jaki zysk doczesny mają na oku. Dlatego O. Emanuel starał się gruntownie rzecz tę wybadać; i oto niespodziewane zupełnie oświadczenie, jakie odebrał od nowonawróconych: "My wierzymy już nie tylko dla twojej nauki i twojego katechizmu, lecz ponieważ sam Pan nasz Jezus Chrystus po kilka razy raczył nas odwiedzać i pouczać; to samo czyniła także Matka Boska. Jakżeby też bez tego cudu było podobieństwem, tak łatwo nas do chrześcijaństwa nawrócić".

"Prawdę powiedziawszy, pisze O. Emanuel, niewiele wartości przypisywałem temu zeznaniu. Przy nich wprawdzie nie mówiłem ani tak ani nie, ale w duszy tym gorętsze czułem pragnienie dojścia do gruntu rzeczy, czy tu mam do czynienia ze złudzeniami, czy też z prawdziwymi widzeniami; gdyż co prawda, ręka Pańska i dziś jeszcze nie jest skróconą, i nie byłoby to po raz pierwszy, żeby Pan Bóg dobrej woli i wytrwałości w modlitwie w taki sposób podał swą rękę. Wszakże i św. Paweł w tym samym mieście nie przez ludzi ani przez książki, lecz przez Jezusa samego został nawrócony. A do tego mieszkańcy przedmieścia Midan nie byli takimi prześladowcami chrześcijan, jak Szaweł, lecz owszem podczas rzezi r. 1860 tak skutecznie wzięli w obronę chrześcijan swojego okręgu, iż w Midanie nikt dla swojej wiary życia nie utracił".

Uwagi te spowodowały Ojca Emanuela do dalszego dochodzenia rzeczy. W tym celu badał kolejno pięciu z nowonawróconych, i to każdego z osobna; wszyscy zaś jednozgodnie opowiadali co następuje:

Przez pięć miesięcy modlili się do Boga, aby ich oświecił i prawdziwą drogę zbawienia im wskazał. Zbierali się w tym celu po 25, czasem po 40, i liczniej jeszcze, i po kilka godzin za dnia, a czasem i całe noce spędzali na modlitwie. Razu jednego długo w noc się modlili i potem zasnęli. Tedy objawił im się Pan, każdemu z osobna, tak że żaden o widzeniu drugich nie wiedział. Przebudziwszy się każdy opowiadał swojemu towarzyszowi, że widział Jezusa Chrystusa. Każdy odpowiadał: "I ja także". W tym objawieniu utwierdził ich Pan i upomniał, aby na tej drodze wytrwali. Zjawienie to napełniło ich radością, wdzięcznością, wiarą i miłością, tak iż chcieli wybiec na ulice, aby opowiadać Bóstwo Jezusa Chrystusa. Innym razem objawił im się Pan Jezus i Najświętsza Marja Panna. Marja odezwała się do nich uroczyście: "Ten syn mój Jezus jest prawdą"; i to powtórzyło się po trzykroć.

Najdziwniejszym zaś było to, co się wydarzyło pewnemu młodzieńcowi, liczącemu około 23 lat, imieniem Ahmad Essahar. Był on żołnierzem, i w jednym z wzmiankowanych zgromadzeń widział był Pana Jezusa. Pewnego dnia był z innymi żołnierzami w koszarach i schronił się w jakiś zakątek, aby się modlić. Tedy ukazał mu się Pan i rzekł do niego: "Czy wierzysz we mnie? Jam jest Jezus Chrystus". "Panie, odrzekł Ahmad, odkąd Cię ujrzałem po raz pierwszy, zawszem wierzył w Ciebie!". Po tych słowach pokłonił się Panu. Zbawiciel mówił dalej: "Nie będziesz już dłużej żołnierzem, lecz wolny wrócisz do domu". "Ale, Panie, zawołał młodzieniec, jakżeż się mogę uwolnić?". "O to, odrzekł Pan, ja się postaram". Ahmad był jakby w zachwyceniu, i zaczął głośno wołać powtarzając bez końca: "Jezus Chrystus jest Bogiem! Jezus Chrystus jest Bogiem!". Żołnierze zbiegli się, krzyczeli na niego i usta rękoma mu zatykali; że zaś ten nie przestawał wcale wołać: "Jezus Chrystus jest Bogiem!", więc nareszcie osądzili, że albo oszalał, albo został opętany, i ogromny łańcuch założyli mu na szyję, ręce, i nogi. Tedy pokazał mu się Pan powtórnie i rzekł; "Zerwij łańcuch!". "Panie, jakże go mam zerwać kiedy jest z żelaza?". "Zerwij go!" powtórzył Pan. Żołnierz tedy próbuje, i w samej rzeczy kruszy go, jakby był z wosku. Skrępowano go innym ale i ten zerwał. Oficerowie zdumieni raportują o tym wypadku swemu pułkownikowi. Ten woła młodzieńca do siebie, surowo go karci, odgraża się, nazywa go szalonym i opętanym. Młodzieniec odpowiada na to, że nie jest błaznem, ale chrześcijaninem. Na to pułkownik każe wyznawcę zamknąć, okuć w kajdany i pozostawić bez pożywienia. Ale ten kruszy i ten trzeci łańcuch, a wkrótce potem i czwarty. Żołnierze przerażeni pouciekali. Wyżsi oficerowie nie śmieli już na nowo kajdanami go kazać krępować, i najchętniej byliby go zupełnie puścili, ale tego nie mogli czynić bez rozkazu z Konstantynopola, i w tym celu udali się tam piśmiennie. Odpowiedź nadeszła taka, żeby młodzieńca tego przysłać do Konstantynopola. Posłano go tedy pod silną eskortą, z rękoma zakutymi w sposób turecki w grube drewniane dyby. Pierwszy nocleg wypadł we wsi Dimas, o trzy godziny drogi od Damaszku. Gdy noc zapadła, Matka Boska spuściła się do więźnia, otworzyła drzwi jego komórki, i połamała dyby. Młodzieniec widząc się wolnym, wyszedł z więzienia, wrócił sam do Damaszku, i stawił się tam swoim przełożonym. Ci po raz drugi wykomenderowali go do Konstantynopola, ale już bez więzów, i tylko pod strażą kilku żołnierzy. Stanąwszy w Konstantynopolu stawił się przed radą wojenną; przybyli lekarze, oglądali go, i naraz, niewiadomo jakim sposobem, zupełną mu dano dymisję, i odtąd rzeczywiście żyje sobie wolny zupełnie w domu.

Ojciec Forner wypytywał się po kilkakroć towarzyszów młodzieńca, i zawsze te same odbierał odpowiedzi. Cały Damaszek wiedział o tym zdarzeniu, i wszyscy w nie wierzyli, a nikt nie przeczył. Gdy Turcy widzą tego młodzieńca, zwykle mówią: "To jest ten żołnierz, który zrywał łańcuchy". Jeden z wyższych oficerów kłania mu się z uszanowaniem, ile razy się z nim spotka; i nazywa go Szejk Ahmad, co u Turków uchodzi za tytuł bardzo zaszczytny.

Dziwną było rzeczą, iż początkowo na 200 nawróconych pięć tylko było niewiast. Stosunek ten też już od dawna się zmienił. Prawie wszystkie niewiasty należące do familii nowonawróconych są nawrócone, i z swojej strony z wielką gorliwością dalszą prowadzą propagandę między osobami swojej płci. A do tego wiele się przyczynił następujący wypadek.

Pewna wdowa ciężko chorowała. Lekarze słabość jej uznali za nieuleczoną i nie chcieli się już dalej zajmować. Syn jej, jeden z nowonawróconych, zachęcał ją, aby uwierzyła w Jezusa Chrystusa, zapewniając ją, że niezawodnie wyzdrowieje jeżeli mocno uwierzy, i przy tym pokropił ją wodą święconą. Natychmiast stan chorej zaczął się polepszać. Młodzieniec nauczył ją katechizmu, a w kilka dni była już na ciele i na duszy zdrową zupełnie, i zagorzałą głosicielką wiary świętej między innymi niewiastami.

W końcu niech nam będzie wolno dodać uwagę, częścią dla usprawiedliwienia żywego udziału, jaki w nas budzi nawracanie się przedniej Azji, częścią, aby ożywić gorliwość członków apostolstwa modlitwy na korzyść sprawy, która mimo wielkich kwestii europejskich nie powinna być z oka spuszczoną. Z Azji ród ludzki drugi przynajmniej swój wziął początek, z Azji chrześcijaństwo wyszło i rozlało swe błogosławieństwa po całym zachodzie, a w tej samej Azji tymczasem jeszcze, okrągło licząc, 600 milionów ludzi żyje w ciemnościach śmierci. Prawda, że zachód wdzięcznym się okazał Azji, i mianowicie po odkryciu drogi do Indii, wysyłał licznych misjonarzy. Była to, co prawda, jedyna droga, aby mieszkańcom Azji z pomocą śpieszyć, ale bardzo wygodną pewno nie była. Kiedy kto z pokoju ogrzanego do innego przyległego pokoju, z tamtym drzwiami połączonego, chce ciepło przeprowadzić, to go nie przeprowadza rurami przez okna, ale raczej drzwi na rozcież otwiera. Ale tu przed bramami Azji leży muzułmańska Turcja, i zbawiennemu ciepłu prawdy katolickiej przystęp do niej zamyka. Teraz jednakże Pan Bóg zdaje się nam wskazywać, że dni zbawienia nadeszły i dla tych dotychczasowych przeszkód chrześcijaństwa. Módlmy się przeto, aby muzułmanizm ustał, a po większej części jędrne jeszcze narody wschodniej Europy i zachodniej Azji udział brać poczęły w rozszerzaniu prawdy. Oby jak najprędzej rosyjski misjonarz z Mongolii, syryjski i arabski z Iranu, a europejski i amerykański z Indii i Chin się posuwając, w Azji centralnej spotkali się z sobą i razem wielbili Boga za nawrócenie Azji!

Artykuł z czasopisma "Przegląd Katolicki", R. 1871, Warszawa. W Drukarni Czerwińskiego i Spółki, ulica Śto-Krzyska N. 1325. 1871, ss. 410-412. 

Źródło informacji: ultramontes.pl

wtorek, 29 lipca 2014

Gilbert Keith Chesterton: Dlaczego jestem katolikiem?



Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę.

Na pierwszej stronie pewnej gazety codziennej ukazał się niedawno artykuł poświęcony Nowej Liturgii; nie żeby miał o niej wiele nowego do powiedzenia. Jego treść sprowadzała się do powtórzenia po raz dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty, że zwyczajny Anglik potrzebuje religii bez dogmatów (cokolwiek to może oznaczać) i że wszelkie spory na tematy kościelne to rzucanie grochem o ścianę, czy to z jednej strony, czy z drugiej. W tym miejscu autor artykułu przypomniał sobie nagle, że nie wolno zrównywać obu stron, bo a nuż zostanie to odebrane jako drobne ustępstwo wobec katolików albo uwzględnienie jakiejś katolickiej racji. Czym prędzej się więc poprawił i w dalszym toku wywodu zasugerował, że choć wiara w dogmaty jest zła sama w sobie, to jednak koniecznie należy wierzyć w dogmaty protestanckie. Zwyczajny Anglik (ta użyteczna postać) mimo niechęci do wszelkich różnic religijnych żywi przekonanie, że jego religia koniecznie musi nadal różnić się od katolicyzmu, uważa bowiem (wedle autora artykułu), że „Brytania jest protestancka tak jak morze jest słone”.

Spoglądając z rewerencją na głęboki protestantyzm pana Michaela Arlena, pana Noela Cowarda albo najnowszego murzyńskiego tańca w Mayfair, czujemy jednak pokusę, by zapytać: „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?” A ponieważ z powyższego cytatu możemy logicznie wywnioskować, że lord Beaverbrook, pan James Douglas, pan Hannen Swaffer i wszyscy ich naśladowcy są w gruncie rzeczy surowymi i nieugiętymi protestantami (zaś protestanci, jak wiadomo, słyną z dociekliwego i zapamiętałego studiowania Pisma, w czym nie przeszkodzi im żaden ksiądz ani papież), możemy sobie pozwolić na interpretację tego stwierdzenia w świetle innego, mniej znanego cytatu. Nie da się wykluczyć, że gdy porównywali protestantyzm do morskiej soli, prześladowało ich mgliste wspomnienie fragmentu, w którym ten sam Autorytet mówił o jednym świętym źródle, pełnym wody żywej, dlatego tak nazwanej, że naprawdę daje życie i zaspokaja pragnienie ludzi; w odróżnieniu od rozmaitych sadzawek i bajorek, bo kto się z nich napije, znowu będzie pragnął. A przytrafia się to niekiedy osobom, które wolą pić słoną wodę.

Być może nazbyt to prowokujący początek dla wyznania moich najgłębszych przekonań, ale z całym szacunkiem trzeba wskazać, że prowokacja wyszła od protestantów. Kiedy protestantyzm z niezmąconym spokojem oznajmia, że sprawuje powszechny rząd dusz w stylu Brytanii panującej nad morzami, wolno odpowiedzieć, że kwintesencja takiej właśnie soli zalega grubą warstwą na dnie Morza Martwego. Protestantyzm przypisuje sobie władzę, jaką w chwili obecnej nie może się poszczycić żadna religia. Od niechcenia zawłaszcza miliony agnostyków, ateistów, hedonistycznych pogan, niezależnych mistyków, badaczy fenomenów parapsychicznych, teistów, teozofów, wyznawców wschodnich kultów i przeróżnych wesołych koleżków żyjących jako te bydlęta, które zginą. Udawanie, że wszyscy ci ludzie są protestantami, to obniżanie prestiżu i znaczenia protestantyzmu. To sprowadzanie protestantyzmu do samej tylko negacji – a sól nie jest negacją.

Przyjmując ów artykuł za probierz obecnych problemów z dokonywaniem wyborów religijnych, stajemy twarzą w twarz z dylematem dotyczącym tradycyjnej religii naszych ojców. Protestantyzm, jak go tu rozumiemy, jest czymś albo pozytywnym, albo negatywnym. Jeśli jest pozytywny, jest bez wątpienia martwy. Na ile stanowił system konkretnych, specyficznych wierzeń, na tyle odszedł do lamusa. Praktycznie nikt dziś nie wyznaje autentycznej doktryny protestanckiej – a już z pewnością nie protestanci. Do tego stopnia stracili wiarę we własną religię, że niemal z kretesem zapomnieli, na czym polegała. Gdyby zapytać współczesnego człowieka, czy zbawienie duszy osiąga się wyłącznie dzięki teologii, czy też dobre uczynki (na rzecz ubogich, dajmy na to) pomagają nam na drodze do Boga, człowiek współczesny odpowie bez wahania, że milsze są chyba Bogu dobre uczynki niż teologia. Byłby najpewniej bardzo zdumiony, gdyby mu powiedzieć, że przez trzy stulecia wiara w samą wiarę cechowała protestantów, podczas gdy wiara w dobre uczynki stanowiła haniebny wyróżnik niegodziwych papistów. Zwyczajny Anglik (aby znów przywołać naszego starego znajomego) nie żywiłby dziś najmniejszych wątpliwości, która strona miała słuszność w długim sporze między katolicyzmem a kalwinizmem – a był to najistotniejszy i najbardziej intelektualny spór, do jakiego kiedykolwiek doszło między katolicyzmem a protestantyzmem. Jeśli zwyczajny Anglik w ogóle wierzy w Boga, a nawet jeśli i nie wierzy, z całą pewnością woli Boga, który stworzył wszystkich ludzi do radości i który chciałby ich wszystkich zbawić, niż Boga, który celowo stworzył niektórych ludzi do nieuchronnego grzechu i nieskończonego cierpienia po śmierci. A na tym właśnie polegał cały spór; i to katolicy wyznawali ten pierwszy pogląd, podczas gdy protestanci wyznawali ten drugi. Człowiek współczesny nie tylko nie podziela, lecz nawet nie pojmuje nienaturalnej odrazy purytanów do wszelkiej sztuki i wszelkiego piękna związanego z religią. A przecież był to autentyczny protestancki protest. Jeszcze w czasach wiktoriańskich protestanckie matrony gorszyły się na widok białej sukni, nie mówiąc już o barwnym ornacie. W każdej praktycznie kwestii, w której tylko Reformacja postawiła Rzym w stan oskarżenia, Rzym został od tamtej pory uniewinniony zgodnym werdyktem całego świata.

Owszem, jest najzupełniejszą prawdą, że w Kościele katolickim tuż przed Reformacją istniało wiele zła prowokującego do buntu. Próżno by jednak szukać takiego zła, które Reformacja naprawiła. Na przykład, na skutek zepsucia klasztorów jakiś bogaty magnat mógł zabawiać się w patrona czy nawet w opata albo korzystać z dochodów należących w teorii do bractwa miłosiernego i ubogiego. Ale jedyne, co uczyniła Reformacja, to pozwoliła temuż bogatemu magnatowi zagarnąć cały dochód, przywłaszczyć sobie cały klasztor, obrócić go wedle fantazji w pałac lub chlew i całkowicie wykorzenić ostatnie wspomnienie ubogiego bractwa. Najgorsze cechy doczesnego katolicyzmu zostały jeszcze pogorszone przez protestantyzm. Ale najlepsze cechy przetrwały jakoś czasy zepsucia; ba, przetrwały nawet czasy reform. Trwają do dziś we wszystkich krajach katolickich, gdzie religia jest barwna, poetyczna i powszechna. Widać je również w praktycznej mądrości, która mogłaby udzielać lekcji psychologom. I do tego stopnia znajdują dziś potwierdzenie, po czterech wiekach osądu, że każda z nich jest naśladowana nawet przez tych, którzy je potępiali. Niestety, naśladownictwo często przeradza się w karykaturę. Psychoanaliza to spowiedź bez bezpieczeństwa konfesjonału; komunizm to ruch franciszkański bez umiarkowania i równowagi Kościoła; zaś amerykańskie sekty, które przez trzy stulecia ciskały gromy oburzenia na papistowski teatr, odwołujący się do zmysłów, teraz „uatrakcyjniają” swoją liturgię, wyświetlając teatralne filmy i kierując promienie różowego światła na głowę kapłana. Gdybyśmy to my używali promieni różowego światła, nie na kapłana byśmy je kierowali.

Rozumując dalej, protestantyzm może być czymś negatywnym. Inaczej mówiąc, może sprowadzać się dziś do nowej i całkiem odmiennej listy zarzutów wobec Rzymu, która tyle tylko ma wspólnego z dawną listą, że nadal jest skierowana przeciw Rzymowi. I tak się właśnie sprawy mają, najogólniej biorąc. Prawdopodobnie to właśnie miał na myśli dziennikarz z „Daily Express”, kiedy oznajmiał, że nasz kraj i nasi rodacy są przesiąknięci protestantyzmem niczym solą. Legenda, że Rzym myli się tak czy owak, nadal żyje i miewa się doskonale, chociaż karykatury odmalowują dziś monstrum o zupełnie innych kształtach. Nawet w tym znaczeniu twierdzenie „Daily Express” jest już przesadą w odniesieniu do współczesnej Anglii, ale nadal tkwi w tym więcej niż ziarno prawdy. Cóż, kiedy jest to prawda, z której uczciwy i autentyczny protestant nie może czerpać specjalnej satysfakcji. Bo też, na dobrą sprawę, jakaż to tradycja, która co drugi dzień lub co dziesięć lat zmienia wersję, uznając, że każda zmiana jest dobra, byle tylko wszystkie te sprzeczne opowiastki były skierowane przeciw temu samemu człowiekowi czy tej samej instytucji? Jakaż to święta sprawa, odziedziczona po przodkach, która sprowadza się do założenia, że powinniśmy wciąż czegoś nienawidzić i tylko w nienawiści pozostawać konsekwentni, a we wszystkim innym możemy sobie pozwalać na dowolną zmienność i dowolny fałsz, nawet gdy chodzi o sam powód naszej nienawiści? Czy mamy na serio zająć się obmyślaniem coraz to nowych przyczyn niechęci wobec innych chrześcijan? Czy na tym właśnie polega protestantyzm, a skoro tak – czy zasługuje on na zestawienie z patriotyzmem lub morzem?

Takim to refleksjom musiałem stawić czoło, gdy zacząłem rozmyślać o kwestiach religijnych, ja, potomek czysto protestanckich przodków, wychowany w protestanckim domu. Protestanckim, co prawda, tylko w potocznym rozumieniu, gdyż w gruncie rzeczy moja rodzina nie była już protestancka, odkąd stała się liberalna. Wyrosłem raczej jako uniwersalista[3] i unitarianin[4], u stóp owego wspaniałego człowieka, Stepforda Brooke’a[5]. O ile w ogóle był to protestantyzm, to najwyżej w znaczeniu negatywnym. Nieraz było to coś całkiem przeciwnego. Na przykład, uniwersalista nie wierzył w piekło i zwykł podkreślać z emfazą, że niebo to szczęśliwy stan umysłu – „usposobienie”. Miał jednak dość rozumu, by dostrzec, że większość ludzi nie żyje ani nie umiera w wystarczająco szczęśliwym stanie umysłu, by mogli za jego sprawą dostać się do nieba. Jeśli niebo jest usposobieniem, na pewno nie jest usposobieniem powszechnie spotykanym; cała masa ludzi miewa iście piekielne humory. Skoro zaś, z braku piekła, nawet oni trafią w końcu do nieba, musi się im przedtem przydarzyć coś innego niż miły charakter. Toteż uniwersalista wierzył w postęp duchowy po śmierci, w karę i zarazem oświecenie. Innymi słowy, wierzył w czyściec, chociaż nie wierzył w piekło. Tymczasem protestantyzm przez całą swoją historię toczył nieustającą wojnę z ideą czyśćca, czyli postępu duchowego w życiu pozagrobowym. Teraz, po latach, uważam, że ze wszystkich tych trzech poglądów najgłębsza prawda zawiera się w doktrynie katolickiej; prawda o woli, stworzeniu i cudownym Bożym umiłowaniu wolności. Ale nawet na samym początku, kiedy ani mi w głowie postał katolicyzm, nie widziałem żadnego powodu, by przejmować się protestantyzmem, który zawsze głosił coś zupełnie przeciwnego niż współczesna doktryna liberalna.

Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę. Nie mam prawa ich osądzać, lecz w moich oczach, wyznaję, zdawało się to zachowaniem paskudnie niehonorowym. Dowiedzieć się, że mówiliśmy o kimś oszczerstwa, odmówić przeprosin i od razu wziąć się za wymyślanie nowej, bardziej przekonującej historyjki – nie było to w moim pojęciu ideałem dobrych manier. Ostatecznie postanowiłem sobie, że ocenię oczernianą instytucję podług jej własnych zalet i wad, i od razu nasunęło mi się pytanie, czemuż to liberałowie są wobec niej tak bardzo nieliberalni? Jaki jest sens tej niezgody, tak stałej i tak nieustępliwej? Sporo czasu minęło, nim znalazłem odpowiedź, a jeszcze więcej czasu minęłoby, gdybym chciał teraz opisywać drogę mojego rozumowania. Doprowadziła mnie ona wreszcie do jedynego logicznego wniosku, zgodnego z doświadczeniem życiowym: mianowicie, że owa instytucja jest znienawidzona jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sama jest jak nic innego na świecie.

Niewiele mam tu miejsca, by wybrać choć jeden fakt spośród tysiąca faktów, które potwierdzają ten wniosek i są też spójne ze sobą nawzajem. Mógłbym wziąć cokolwiek, na chybił trafił, od wieprzowiny po pirotechnikę, aby wykazać, że potwierdza to prawdę zawartą w tej jedynej prawdziwej filozofii; do tego stopnia realistyczne jest przysłowie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Poruszę zatem kwestię niejako podstawową: tę mianowicie, że katolicyzm jest prześladowany stulecie po stuleciu przez irracjonalną nienawiść, która wyszukuje sobie coraz to nowe racje.

Otóż o niemal wszystkich minionych herezjach można powiedzieć, że w oczach ludzkich są nie tylko minione, ale i martwe; czy to w Kościele, czy poza nim, nikt nie widzi dla nich racji bytu, ledwo tylko skończy się moda na ich wyznawanie lub wygaśnie mania religijna. Nikt w dzisiejszych czasach nie pragnie przywrócenia Boskiego Prawa Królów, które pierwsi anglikanie wysuwali jako argument przeciw papieżowi. Nikt nie chce, by powrócił kalwinizm, który pierwsi purytanie wysuwali jako argument przeciw królom. Nikt nie żałuje, że ikonoklastom nie udało się zniszczyć wszystkich dzieł sztuki w Italii. Nikt nie rozpacza, że janseniści nie zdołali zniszczyć wszystkich dramatów we Francji. Nikt, kto wie cokolwiek o albigensach, nie narzeka, że nie nawrócili oni świata na pesymizm i perwersję. Nikt, kto naprawdę rozumie logikę bilardów (skądinąd całkiem miłych ludzi), nie życzyłby sobie, by doprowadzili oni do odebrania wszelkich praw publicznych każdemu, kto nie jest w stanie łaski uświęcającej. „Dominium zbudowane na łasce” to pobożny ideał, ale gdy rozważać go jako nakaz ignorowania policjanta, regulującego ruch na Picadilly, póki się nie dowiemy, czy był on ostatnio u spowiedzi, ideał ten zdaje się cokolwiek jakby nieaktualny. W dziewięciu wypadkach na dziesięć Kościół katolicki bronił rozsądku i umiarkowania przeciw heretykom, którzy nieraz mocno przypominali wariatów. A przecież w każdych czasach ciśnienie błędu napierało z ogromną siłą; błędem karmiły się całe pokolenia, wywierał wpływ tak przemożny, jak szkoła manchesterska w latach pięćdziesiątych XIX wieku lub fabianizm w okresie mojej młodości. Gdy jednak przestudiować wypadki historyczne, okazuje się, że duch czasów zmierzał w złą stronę, podczas gdy katolicy, przynajmniej relatywnie, zmierzali w dobrą. Rozum przetrwa tysiące zmiennych nastrojów.

Tak jak mówię, to tylko jeden aspekt sprawy, lecz pierwszy, który mi się nasunął i który doprowadził mnie do kolejnych. Kiedy ktoś sto razy z rzędu odnajduje właściwą drogę, musi się za tym kryć coś więcej niż przypadek. Wszystkie dowody historyczne byłyby jednak niczym bez dowodów ludzkich, osobistych, wymagających zupełnie innej relacji. Starczy powiedzieć, że ci, którzy znają praktykę wiary katolickiej, stwierdzają nie tylko, że jest ona słuszna, ale że jest słuszna zawsze wtedy, gdy wszystko inne jest błędne. To ona czyni konfesjonał autentyczną ostoją szczerości, gdy świat opowiada nonsensy o spowiedzi. To ona podtrzymuje pokorę, gdy wszędzie wokół wysławia się pychę. Jest oskarżana o sentymentalne miłosierdzie, kiedy świat woli brutalny utylitaryzm; jest oskarżana o dogmatyczną surowość, kiedy świat woli krzykliwy i prostacki sentymentalizm – jak ma to miejsce współcześnie. W miejscu, gdzie spotykają się wszystkie drogi, nie sposób wątpić, że drogi prowadzą w jedną stronę. Człowiek może żywić najróżniejsze poglądy, zazwyczaj uczciwe i nieraz słuszne, co do kwestii, gdzie należy skręcić w labiryncie ścieżek. Ale nie żywi poglądu, że znalazł się w środku; wie o tym.

czwartek, 3 lipca 2014

Historia nawrócenia na katolicyzm byłego protestanckiego pastora Scotta Hahn'a


niedziela, 1 czerwca 2014

Moja droga od luteranizmu do Eucharystii


Br. Brad ElliotHistoria Kościoła pełna jest przykładów wielkich heretyków, którzy się nawrócili i stali się wierni katolickiej ortodoksji, oraz myślicieli zadających wielkie pytania, na które prawdziwą odpowiedź znaleźli w wierze Kościoła katolickiego. Chciałbym, żeby moja historia była jedną z tych wielkich opowieści. Jednakże moja droga do Kościoła jest znacznie mniej heroiczna, niż chciałbym ją widzieć i się nią chwalić w swojej pysze. Chociaż moja wyobraźnia i pamięć mogą dołożyć do tej historii teologiczną głębię i treść, które zrozumiałem znacznie później, to moja historia nie była szczególnie wyrafinowana. Z dala od tych intelektualnych wyżyn moja droga do przyjęcia katolickiego nauczania, wliczając w to Eucharystię, jest niczym więcej jak próbą zrozumienia własnej wiary przez szczerze wierzącego chrześcijanina.

piątek, 29 listopada 2013

KONWERTYCI cz 2 - Mgr. Ronald Konox


Tłumacz, apologeta i autor kryminiałów.

Jest jakaś prawidłowość w tym, że najlepszymi katolickimi apologetami są konwertyci z protestantyzmu, a szczególnie ci, których wiara dojrzewała w anglikanizmie. Porzucając błędy swego wyznania, przychodzili do Kościoła katolickiego. Czynili to dzięki łasce, która przenikała ich umysły, wykształcone i otwarte na prawdę dzięki gruntownej formacji uniwersyteckiej, odebranej w kolegiach Oksfordu, Cambridge i Londynu. Anglikanizm kształtował ich w duchu protestanckim, ale wolnym od charakterystycznego dla wielu sekt pseudobiblijnego fundamentalizmu, a dzięki temu, że w tym wyznaniu pozostały pewne katolickie elementy, konwertyci stosunkowo łatwo się odnajdywali w Kościele powszechnym. Przynosili doń wiedzę na temat błędnych doktryn i zbudowaną na niej świadomość, gdzie w murach prawdziwej wiary znajdują się odcinki słabiej bronione — i tam dostarczali swą pomoc. Takimi ludźmi byli Newman, Benson, Chesterton, a także mało znany polskiemu czytelnikowi Ronald Arbuthnott Knox [1].

Ronald Knox już w dzieciństwie dawał dowody ponadprzeciętnych uzdolnień — gdy większość jego rówieśników uczyła się czytać, on układał greckie i łacińskie epigramaty. Jego ojciec, zamożny anglikański pastor, pełniący urząd archidiakona Birmingham, zachwycony talentami swego czwartego syna, zapewnił mu możliwość edukacji w renomowanej szkole dla chłopców w Eton, a później studia w Balliol College w Oksfordzie. Nauka młodego Knoksa była nieprzerwanym pasmem sukcesów. Wśród „oksfordczyków”, zarówno studentów, jak kadry, zasłynął nie tylko dorobkiem naukowym, ale i dociekliwością połączoną z inteligentnym poczuciem humoru, tak bardzo tam cenionymi. W 1910 r. Ronald Knox zasilił kadrę naukową Oksfordu, zostając jednym z fellow Trinity College, a dwa lata później przyjął ordynację w „Kościele Anglii”. Jego przyjaciele, świadomi, że talenty młodego pastora zyskają na drodze kariery dodatkowe wsparcie ze strony ojca, wówczas już „biskupa” Manchesteru, uznawali za pewne, że rychło nadejdzie dzień, w którym Ronald Knox zasiądzie w Cantenbury. Stało się jednak inaczej. W 1917 r., podczas I wojny światowej, pełniąc posługę wojskowego kapelana podjął decyzję o konwersji do Kościoła katolickiego. Porzucił nie tylko urząd kapelana w Trinity College, ale także karierę uniwersytecką w Oksfordzie. Rok później był już wyświęconym katolickim kapłanem i wykładowcą w Kolegium Św. Edmunda, najstarszej katolickiej uczelni w Anglii [2]. W 1926 r. wrócił do oksfordzkiej alma mater, by roztoczyć pieczę duszpasterską nad jej katolickimi studentami. Po trzynastu latach, w 1939 r., katoliccy biskupi Anglii, doceniając jego dorobek tłumacza z języków klasycznych, zlecili mu tłumaczenie Biblii. Knox poświęci temu zadaniu kolejną dekadę, lecz choć przekład Pisma Świętego (Nowy Testament ukazał się w roku 1944, a Stary — w 1949) uzna za swoje opus magnum, to w kręgach katolickich będzie najbardziej ceniony za doskonałe prace apologetyczne, które — choć mniej znane niż dzieła Newmana czy Chestertona — dorównują dorobkowi najsławniejszych obrońców prawd katolickich. Nie sposób również nie wspomnieć, że w świadomości wielu czytelników Knox do dziś funkcjonuje jako wzięty autor powieści kryminalnych, których pisaniem zajmował się w chwilach odpoczynku i relaksu. Wrócimy jeszcze w naszym cyklu do tej postaci, bo Ronald A. Knox z pewnością na to zasługuje.

Ronald Knox - Apologeta doskonały (Fragment wywiadu udzielonego Karolowi E. Olsonowi, redaktorowi portalu Ignatiusinsight.com, przez ks. Miltona Walsha, autora książki Ronald Knox As Apologist. Wit,Laughter and Popish Creed (‘Ronald Knox jako apologeta. Dowcip, śmiech i papistyczne kredo’)

Karol E. Olson: W swej książce Ronald Knox jako apologeta podkreśla Ksiądz, że choć Knox zmarł przed II Soborem Watykańskim (w 1957 r., pięćdziesiąt lat temu), to jego dorobek apologetyczny pozostaje aktualny. Jak to możliwe?

Ks. Milton Walsh: W pewnym sensie jego dorobek bardziej przystaje do czasu obecnego, niż to było dwadzieścia lat temu, gdy napisałem moją pracę doktorską. W tym czasie w kręgach katolickich panował jakiś rodzaj uprzedzenia wobec apologetyki. Myślę, że Knox i inni pisarze katoliccy zostali nieco zapomniani, ponieważ wydawali się trącić przedsoborowym katolickim tryumfalizmem. To była reakcja przeciwko kładzeniu nacisku na obronę wiary na gruncie intelektualnym. Dyskutowanie doktryn właściwych tylko katolicyzmowi było postrzegane jako ekumeniczna gafa. Teraz sytuacja jest inna. Mamy całe pokolenie, które wyrosło bez kontaktu z podstawowymi katolickimi prawdami, a ci, którzy chcą pozostać katolikami, powinni znać powody, dla których wierzą. Mamy również wielu nawróconych, którzy chcą wiedzieć, dlaczego Kościół naucza tego, czego naucza.

Tego, co Knox ma nam do zaoferowania, jest więcej, niż da się tu o tym powiedzieć, więc ograniczę się do dwóch kwestii: 1° Jest on jednym z najlepszych orędowników tradycyjnej katolickiej apologetyki, która dąży do przedstawienia racjonalnych argumentów dla [uzasadnienia] naszej wiary. 2° Obok intelektualnego mistrzostwa Knox ma bujną wyobraźnię, co daje mu niezwykłą możliwość odwoływania się do wspólnego doświadczenia czytelników. Pierwsza z tych rzeczy wynika z chrześcijańskiej odpowiedzi na oświecenie: jedyną wspólną płaszczyznę dla wierzących i niewierzących stanowił rozum.

W swym późniejszym życiu Knox uświadomił sobie, że nasza katolicka apologetyka przejawia zbytnią skłonność do polegania jedynie na rozumie. Żywił nadzieję na wypracowanie nowego podejścia, dzięki któremu, nie poświęcając intelektualnego rygoru, dałoby się znaleźć inne sposoby dotarcia także do niewierzących. Podstawową tezą mojej książki jest to, że Knox dla problemu, którego nie rozwiązał w teorii, znalazł rozwiązanie w praktyce: wykorzystując wyobraźnię i odwołując się do zwykłych doświadczeń czytelników, Knox jest w stanie pomóc im ujrzeć prawdę i piękno naszej wiary.

Ronald A. Knox, O błędach protestantyzmu (The Belief of Catholics, fragment rozdziału X: Where Protestantism Goes Wrong)

W czasie naszej podróży zdążyliśmy jak dotąd rozstać się ze sporą częścią ludzkości: z ateistami, którzy negują istnienie Boga, i z poganami czy panteistami, którzy błędnie rozumieją jego naturę, a także z żydami, mahometanami i unitarianami, którzy odmawiają boskiej czci Jezusowi Chrystusowi. Jesteśmy teraz — jeśli wolno mi kontynuować moją metaforę — na kolejnym już zakręcie i tym razem musimy pożegnać naszych protestanckich przyjaciół, bowiem następnym krokiem w naszej podróży jest krok dla nich niemożliwy. Kolejnym etapem w naszej argumentacji, gdy już zgodziliśmy się co do autorytetu Jezusa Chrystusa, jest ten, od którego pokonania protestanci, jeśli mają być w zgodzie z własnymi zasadami, muszą się powstrzymać. Przejdziemy bezpośrednio do dowodzenia, że nasz Pan Jezus Chrystus założył — zanim nas opuścił — jeden, widzialny i niewidzialny Kościół.

Zanim jednak zaczniemy, dobrze będzie rozważyć konsekwencje, które wynikną, jeśli tę prawdę zlekceważymy. Powiedziałem: „jeśli tę prawdę zlekceważymy”, bo jest rzeczą powszechnie wiadomą, że protestanci różnią się od nas nie dlatego, że nie zgadzają się z nami w tej sprawie, ale dlatego, że w ogóle odrzucają, a w każdym razie większość z nich, możliwość jakiejkolwiek dyskusji. Nie myślą wystarczająco trzeźwo, aby dostrzec, że właściwe pojmowanie przez nich Kościoła jest konieczne, zanim zaczniemy argumentować z autorytetu Chrystusa wobec każdej innej doktryny teologicznej. Dla nas nieomylność Kościoła stanowi prawdziwy sylogizm, z którego wyprowadzamy wszystkie nasze teologiczne wnioski. Protestanta, który go nie uznaje, zadowoli fałszywy sylogizm. A wadą tego rodzaju fałszywego sylogizmu jest to, że wszystkie wnioski są już zawarte w przesłankach. Ale może logika formalna jest już niemodna, więc pozwólcie mi ująć to inaczej. Z naszego postrzegania żywego Chrystusa wywodzimy postrzeganie żywego Kościoła, z którego z kolei czerpiemy wskazówki dla siebie. Protestanci twierdzą, że otrzymują wskazówki bezpośrednio od żyjącego Chrystusa. Ale czym są owe wskazówki, które On nam daje, i gdzie mamy ich szukać? Oto pytanie ponad wszystkie inne. Protestantyzm nigdy nie był w stanie sprostać wyzwaniom katolicyzmu, co więcej, w obecnych czasach z coraz większą trudnością usiłuje sprostać wyzwaniom stawianym przez swoje własne dzieci.

Może wybaczy się nam to uczynione na marginesie rozróżnienie. Protestanci, zwłaszcza ci starego stylu, często mówią tak, jak gdyby u katolików Kościół wszedł między Chrystusa a duszę. To kłamstwo i tylko ignorancja może stanowić usprawiedliwienie dla jego powtarzania. Dla katolików, tak jak dla protestantów, uświęcenie jest bezpośrednim dziełem Chrystusa. To Chrystus, a nie Kościół, daje nam (jako Kapłan i Ofiara) swoje Ciało i Krew w Komunii. To Chrystus przebacza nam nasze grzechy, czasem kiedy przedstawiamy je Kościołowi przy spowiedzi, czasem wcześniej. Katolik, nie mniej niż protestant, ma nadzieję być zbawiony dzięki Krwi Chrystusa przelanej za niego, a nie przez jakieś inne zasługi. Kościół zatem, przez swój kult, nie wchodzi między Chrystusa a poszczególne ludzkie dusze. Jeżeli jednak chodzi o przekonania intelektualne, Kościół, owszem, staje — że tak to ujmę — między Chrystusem a indywidualnymi ludzkimi umysłami. To dzięki Kościołowi katolik odkrywa, co jest materią wiary i dlaczego w to wierzy.

Dowód, którego przeprowadzanie kontynuujemy w ostatnich dziewięciu rozdziałach, jest tym, który przydałby się, jak sądzę, wszystkim protestantom w czasach, gdy rodził się protestantyzm. Istnienie Boga, dowody na to, wszechmoc Boga, władza Chrystusa oraz dowody tejże władzy z Jego własnej natury, wypełnienia proroctw i ze świadectwa jego cudów — to wszystko znalazłoby aprobatę owych zagorzałych polemistów, XVII‑wiecznych anglikańskich duchownych. Z tym, co następuje w kolejnych rozdziałach, oni siłą rzeczy będą się musieli nie zgodzić, bo to sprowadza doktrynę chrześcijańską do wnioskowania z autorytetu Kościoła. I niech nikt nie mówi, że anglikanie rzekomo mieli i wciąż żywią jakiś szacunek dla „autorytetu Kościoła”. Kościół dla katolika jest widzialnym faktem; dla protestanta jest tylko tworem intelektu.

Jakub Pytel

Przypisy:

[1] W języku polskim dotychczas niewiele wydano spośród bogatego dorobku R. Knoksa. W 2005 r. nakładem Wydawnictwa Fronda ukazał się jego Ukryty strumień (tytuł oryg. The Hidden Stream: Mysteries of the Christian Faith, 1953) — książka pierwotnie adresowana do studentów Oksfordu, w której autor przedstawił podstawowe dogmaty, opisał ich trudności i sposoby wyjaśnienia.

[2] St Edmund’s College to najstarsza katolicka szkoła w Anglii. Kontynuuje tradycje kolegium założonego w 1568 r. przez kard. Wilhelma Allena w Douay we Flandrii, które pierwotnie pełniło funkcję seminarium duchownego przeznaczonego do przygotowywania kapłanów do pracy w ogarniętej reformacją Anglii. Kolegium szybko stało się również szkołą dla katolickiej młodzieży pozbawionej możliwości edukacji na Wyspach. Wielu spośród jego studentów, kapłanów i świeckich, którzy wrócili do Anglii, zostało na mocy antykatolickich praw ukaranych śmiercią. Wśród absolwentów kolegium znajduje się 20 kanonizowanych i 133 beatyfikowanych męczenników. 

niedziela, 3 listopada 2013

KONWERTYCI cz. 1 - Bruce Marshall


Powieści Bruce’a Marshalla, a napisał ich ponad 40, są z pozoru wolne od głębokich metafizycznych wywodów, jednak większość z nich – jeśli nie wszystkie – stanowi znakomite traktaty teologiczne. Znakomite, bo przystępne nawet dla tych spośród członków Kościoła powszechnego, których religijna edukacja ograniczyła się do prostego katechizmu. Przenoszą czytelnika do rzeczywistości, gdzie suche formułki prawd wiary zaczynają stanowić żywą, dynamiczną odpowiedź na życiowe problemy dręczące powieściowych bohaterów, niezależnie od tego, czy są tak często obecnymi w twórczości Marshalla duchownymi, czy też księgowymi, komiwojażerami, a nawet szpiegami w służbie Jej Królewskiej Mości. Dzieła te potrafią – dzięki niezwykłemu poczuciu humoru autora – ukazać sympatyczną twarz religii rzymskiej w taki sposób, że nauk przez nią głoszonych nie spłycają i nie banalizują.

Wynika to zapewne z faktu, że Marshall, jako nawrócony z prezbiterianizmu, zdołał do końca życia (a ostatnia z jego książek zatytułowana An Account of Capers ukazała się w 1988 r., już po śmierci pisarza) zachować rodzaj pierwotnej fascynacji katolicyzmem będącej skutkiem wychowania w kraju, którego kultura, choć korzeniami sięga katolicyzmu, jest mu jednak bardzo odległa.

Claude Cunningham Bruce Marshall, powszechnie znany jako Bruce Marshall, urodził się 24 czerwca 1899 r. w Edynburgu, historycznej stolicy prezbiteriańskiej Szkocji. Na świat przyszedł w domu przy East Fettes Avenue pod numerem 8. Jest to uliczka, przy której zbudowano dwa kościoły: na rogu, przy skrzyżowaniu z główną Comely Bank, stoi prezbiteriański St Stephen’s Church, a z okien dawnego domu pisarza widać świątynię jednego z „wolnych Kościołów”. Od najwcześniejszych lat Marshall dorastał więc w świadomości podziałów nie tylko chrześcijaństwa jako całości, ale nawet wyznawanego przezeń prezbiterianizmu. W tym chyba należy upatrywać częstego odwoływania się przez autora do prawdy o powszechności Kościoła katolickiego, którego wiara nie tylko nie dzieli dwóch sąsiednich parafii, ale w jednej duchowej rzeczywistości łączy katolików w „Edynburgu, Burgos, Warszawie i samym Rzymie”. Świadomość ta, obok autentycznego religijnego przebudzenia towarzyszącego młodemu, siedemnastoletniemu Szkotowi rozpoczynającemu studia na Uniwersytecie St Andrews (1), z pewnością przyczyniła się do decyzji o nawróceniu na wiarę katolicką. Marshall dołączył w ten sposób do wspólnoty uważanej w Szkocji za bardzo ubogą, pozbawioną własnych, okupowanych od trzech stuleci przez heretyków świątyń, której nieliczni duchowni posługiwali wspólnotom wiernych rozproszonych po całym kraju.

Studia uniwersyteckie przerwała jednak I wojna światowa. Marshall wziął w niej udział w szeregach Highland Light Infantry (Lekkiej Piechoty Górskiej) walczącej w Europie. Ze względu na znajomość języka francuskiego został przeniesiony do wywiadu, co na długie lata związało go zarówno z armią, jak i z Francją; znalazło również odbicie w jego twórczości.

Do biograficznych szczegółów życia sławnego konwertyty, bardzo zresztą interesujących, przyjdzie jeszcze w tym cyklu wrócić, teraz jednak warto oddać głos samemu pisarzowi. Jego bodaj najbardziej znaną w Polsce powieścią jest Cud ojca Malachiasza, który stosunkowo niedawno doczekał się u nas trzeciego wydania. Lecz spośród niewielu polskich przekładów twórczości szkockiego konwertyty z pewnością na większą jeszcze uwagę czytelnika zasługuje powieść zatytułowana Chwała córy królewskiej, opowiadająca o księdzu Smicie, kapłanie prowadzącym pracę duszpasterską w Edynburgu, w czasach i pośród społeczności Marshallowi doskonale znanej. Czytelnik znajdzie tam nie tylko tęsknotę pisarza za rodzinną Szkocją (Marshall spędził większość życia poza nią, w Anglii i Francji), ale także za misyjną prostotą tamtejszego Kościoła. Niemal każda karta tej książki może być źródłem wielu pouczających cytatów, budzących w czytelniku refleksje okraszone pogodnym uśmiechem.
Przypisy:
  1. University of St Andrews jest najstarszym szkockim uniwersytetem (trzecim w Wielkiej Brytanii), który został założony między 1410 a 1413 r. Uczelnia znajduje się w St Andrews w szkockim hrabstwie Fife. Uczelnia cieszy się znakomitą reputacją, potwierdzaną corocznie w rankingach brytyjskich uniwersytetów.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

niedziela, 22 września 2013

Katolicki syn anglikańskiego prymasa

W kalendarzu przypisanym do Mszału Jana XXIII – a to jego rytmem żyję – przypada dziś wspomnienie św. Dominika Guzmana. Szukałem więc jakiegoś „dominikańskiego” teamtu do dziesiejszego posta. Przeglądając wirtualne szuflady mego laptopa natrafiłem na postać ojca Reginalda Bucklera OP, znanego chyba najbardziej z autorstwa podręczników życia duchowego „Introduction to the Spiritual Life” oraz „The perfection of Man by Charity”.

Jako człowiek bardziej religijny niż pobożny nie potrafiłem skupić uwagi na głębokiej myśli ojca Bucklera, a moja ciekawość pobiegła w kierunku jednego epizodu z jego biografii. To wobec niego wyznanie wiary katolickiej złożył w 1903 roku Robert Hugh Benson, syn ówczesnego anglikańskiego arcybiskupa Canterbury i późniejszy znany katolicki pisarz i kaznodzieja. I takim sposobem dzisiejszy wpis dotyczyć będzie właśnie postaci Bensona, a nie któregoś z dominikanów.

Robert Hugh Benson (1871-1914) należał do grupy ważnych pisarzy katolickich pierwszej połowy XX wieku. Żył i tworzył w tym samym czasie co Ronald Knox, Hilaire Belloc i G. K. Chesterton – ten ostatni wywarł zresztą duży wpływ na Bensona. W swoim czasie Hugh Benon był bardzo znany i podziwiany, a obecnie popadł, niestety, w zapomnienie.

Benson był synem najwyższego anglikańskiego duchownego, Arcybiskupa Canterbury i Prymasa Całej Anglii, Edwarda White’a Bensona.

Swoją drogę do Kościoła Katolickiego opisał w autobiografii pt. "Confessions of a Convert", która początkowo ukazała się jako seria artykułów pomiędzy 1906 i 1907 w amerykańskim czasopiśmie katolickim Ave Maria (autorem podobnej duchowej autobiografii był wcześniej już sam Kardynał Newman – vide "Apologia pro vita sua". Zresztą w swoim czasie "Confessions of a Convert" stawiano obok Apologii Kardynała Newmana).

Benson ukończył prestiżową szkołę w Eton, a nastepnie studiował w Cambridge. Po studiach, mimo wątpliwości, poszedł drogą wytyczoną przez ojca i został duchownym anglikańskim – w roku 1894 przyjął święcenia z jego rąk. Początkowo, jak wszyscy protestanci w Anglii, traktował katolicyzm podejrzliwie i niechętnie, ale po śmierci ojca jego stosunek do Kościoła Rzymskiego powoli ulegał zmianie. Benson spędził trochę czasu na Bliskim Wschodzie, gdzie zetknął się z innymi wyznaniami chrześcijańskimi. Uzmysłowiło mu to prowincjonalność anglikanizmu w porównaniu z chrześcijaństwem rozumianym jako całość.

Pod wpływem Newmana i Ruchu Oksfordzkiego w Kościele Anglikańskim pojawił się silny nurt katolicyzujący, a jednym z jego rezultatów było odrodzenie życia konsekrowanego w Kościele Anglii. W 1898 roku, dryfując coraz bardziej w kierunku katolicyzmu Benson wstąpił do anglikańskiego Zakonu Zmartwychwstania (The Order of the Resurrection) i zamieszkał w klasztorze w Mirfield. W lipcu 1901 złożył śluby zakonne.

W 1902 powróciły wątpliwości dotyczące prawdziwości anglikanizmu. Nie mogąc ich rozstrzygnąć na gruncie czysto intelektualnym Benson doszedł do wniosku, że prawdziwy Kościół musi charakteryzować się mozliwoscią odkrycia jego Prawd przez każdego człowieka – także przysłowiowego prostaczka. Swój pogląd wyłożył w książce "The Religion of the Plain Man" (Religia prostego człowieka).

Poglądy Bensona kształtowały się pod wpływem innych myślicieli katolickich – zwłaszcza Johna Henry’ego Newmana i chyba jego najważniejszego dzieła „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej“.

We wrześniu 1903 o. Reginald Buckler, dominikanin, przyjął Bensona do Kościoła Katolickiego, co wywołało ogromną sensację – syn najwyżej postawionego duchownego w kościele państwowym przeszedł na znienawidzony w Anglii katolicyzm. Konwersję Bensona porównywano z inną słynną konwersją - Newmana. Sprawa odbiła się szerokim echem, bowiem Benson był nie tylko synem Arcybiskupa Canterbury, ale również bratem dwóch wybitnych pisarzy i badaczy literatury edwardiańskiej Anglii.

Studia teologiczne Benson odbył w Rzymie i tam został wyświęcony na katolickiego kapłana w czerwcu 1904.

Był płodnym autorem już jako anglikanin, ale jego właściwa kariera pisarska rozpoczęła się po przejściu na katolicyzm. Pisał powieści historyczne – np. "By What Authority?" (1904) oraz "The King's Achievement" (1905), w których badał kontrowersje religijne doby Reformacji. W sumie napisał 27 książek, w tym 17 powieści. Ogromnym uznaniem cieszyły się zwłaszcza jego powieści historyczne. Do 1908 pracował jako duszpasterz wśród studentów w Cambridge, uzyskał jednak pozwolenie na wycofanie się z tych obowiązków i oddanie się całkowicie pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Już jako anglikanin był bardzo popularnym mówcą, a po konwersji na katolicyzm wygłaszał kazania wielkopostne na przemian w Rzymie i w Stanach Zjednoczonych – kazania, które zawsze wywoływały fale nawróceń do Kościoła Rzymskiego.

W roku 1907 opublikował swoją bodaj najbardziej znaną powieść Lord of the World traktującą o Antychryście. Ponieważ dla wielu powieść ta była nazbyt pesymistyczna Benson napisał w 1911 odpowiedź zatytułowaną "The Dawn of All" – książkę, która kończy się zwycięstwem Kościoła Katolickiego.

Papież Pius X mianował Hugh Bensona prałatem. Przedwczesna śmierć przyszła w 1914, gdy miał 43 lata. Benson został pochowany w swojej posiadłości Hare Street House w Buntingford pod Londynem.

---*---

R. H. Benson, „Paradoksy katolicyzmu. IX. Łagodność i przemoc”,
(tlum. Paweł Długosz).

Błogosławieni cisi (Mt 5, 4).

Królestwo Niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11, 12).

Zbadaliśmy już stosunek Kościoła do takich rzeczy jak bogactwo, wpływy i władza. Wiemy, że Kościół niekiedy posługuje się nimi, kiedy indziej znów ma je w pogardzie. Wniknijmy teraz głębiej w ducha, który leży u podstaw - i który wyjaśnia - różnorodność przyjmowanych przez Kościół postaw.

Zarzuca się chrześcijaństwu w ogóle - a przede wszystkim Kościołowi Katolickiemu- że przez długi czas wyłącznie ono ucieleśniało postawę wrogą wobec postępu i – jako jedyne – wspiera cnoty, które ów postęp hamują. Postęp, wedle poglądów niemieckiego filozofa, który wprost postawił ten zarzut, jest czysto naturalnej natury - zarówno w przebiegu jak i celu, do którego zmierza. Natura zaś, o czym doskonale wiemy, nie zna przebaczenia, współczucia czy łagodności. Przeciwnie, przechodzi od niższych do wyższych form dzięki siłom, które stanowią dokładne zaprzeczenie chrześcijańskich cnót. Zraniony jeleń nie jest chroniony przez innych członków stada, ale zostaje przez nich dobity; starego wilka rozszarpuje się na strzępy; chory lew odchodzi, by zdechnąć z głodu; i mówi się nam, że wszystkie te instynkty mają na celu stopniowe ulepszenie gatunku na drodze eliminacji słabych i nieskutecznych. I, mówi nam, podobnie powinno dziać się w świecie ludzkim, a skrajni zwolennicy eugeniki powtarzają te same poglądy. Chrześcijaństwo natomiast świadomie broni słabych i naucza, że ofiara, którą składają silni stanowi przejaw najwyższego heroizmu. Chrześcijaństwo wzniosło szpitale i schroniska dla chorych i słabych, aby zachować przy życiu tych ludzi, których Natura, gdyby mogła działać według swych praw, wyeliminowałaby z tego świata. Chrześcijaństwo jest zatem wrogiem rodzaju ludzkiego, nie przyjacielem, ponieważ Chrześcijaństwo opóźnia – jak żadnej innej religii jeszcze nie udało się opóźnić - nadejście tego nadczłowieka, którego Natura chce z siebie wyłonić. . . Trudno się dziwić, że nauczyciel takiej doktryny sam umarł szalony.

Podobne poglądy słyszymy dziś od ludzi, którzy siebie samych określają jako praktycznych i konkretnych. Cichość, łagodność i współczucie, mówią swoim dzieciom, to bardzo eleganckie i wdzięczne cnoty u tych, którzy mogą sobie na nie pozwolić, a więc u kobiet i dzieci, które w mniejszym lub większym stopniu są chronione przed walką, jaką trzeba w życiu toczyć, a także u ludzi słabych i nieskutecznych, których nie stać na nic innego. Jednakże człowiek, który musi sobie samemu torować drogę w świecie i który zamierza odnieść w nim sukces, potrzebuje bardziej surowego kodeksu moralnego. Wymaga się odeń takich zasad działania, jakie dyktuje sama Natura. A zatem - bądźcie pewni siebie i stanowczy, nie cisi i łagodni. Pamiętajcie - słabość waszego bliźniego stanowi dla was okazję. Dbajcie o tych najważniejszych, a reszta niech zadba o siebie sama. Nie podejmuje się pracy na giełdzie ani w handlu, by tam manifestować chrześcijańskie cnoty, lecz cechy sprzyjające robieniu interesów. Krótko mówiąc, Chrześcijaństwo, w takim stopniu, w jakim wywiera wpływ na postęp – handlowy bądź polityczny – przejawia słabość, nie siłę; jest raczej wrogiem niż sojusznikiem.

Jeżeli jednak łagodność i niesprzeciwianie się złu, które wpaja Chrześcijaństwo, są przedmiotem zarzutów stawianych Kościołowi z jednej strony, to z drugiej, w nie mniejszym stopniu wyrzuca mu się stosowanie przemocy i bezkompromisowość. Mówi się nam, że katolicy są nie dość ustępliwi, by mogli być prawdziwymi uczniami łagodnego Proroka z Galilei; nie dość łagodni, aby odziedziczyć błogosławieństwo, które On wypowiedział. Przeciwnie, nie ma ludzi równie nieustępliwych, równie upartych, a nawet równie gwałtownych jak ci rzekomi uczniowie Jezusa Chrystusa. Weźcie, na przykład, sposób, w jaki upierają się przy swoich prawach; przeszkody, które, dajmy na to, piętrzą na drodze racjonalnych narodowych planów dotyczących edukacji lub sensownego systemu w sądach orzekających w sprawach rozwodowych. Przede wszystkim jednak rozważcie brutalną i przerażającą siłę, jaką manifestują takie instytucje jak Indeks Ksiąg Zakazanych i kara Ekskomuniki, zawziętość, z jaką upierają się przy absolutnym posłuszeństwie wobec Władzy Kościelnej, bezwzględność, z którą wyrzucają spośród swoich szeregów tych, którzy nie chcą głosić ich przestarzałych doktryn. Prawda – dzisiaj mogą narzucać swoje roszczenia jedynie przy użyciu gróźb i kar duchowych, lecz historia przekonuje, że gdyby tylko mogli, posunęliby się i do innych środków. Historia kół tortur i stosów Inkwizycji jasno pokazuje, że Kościół niegdyś używał i dlatego można przypuszczać, że gdyby tylko mógł, znów by użył doczesnej broni w swojej duchowej walce. Czy jest coś bardziej sprzecznego z łagodnym Duchem tego, który, gdy Mu urągano, On nie odpowiadał; Tego, który kazał ludziom uczyć się od Niego, bo jest cichy i pokorny sercem, i w ten sposób odnajdywać pokój duszy?

Tu zatem tkwi paradoks i stąd dwie charakterystyki Kościoła Katolickiego: że jest jednocześnie nazbyt łagodny i zbyt pewny siebie, zbyt delikatny i nazbyt gwałtowny. Jest to ten paradoks, który znajduje odzwierciedlenie w życiu naszego Boskiego Pana, który w Wieczerniku kazał tym swoim uczniom, którzy nie mieli miecza, by sprzedali swoje płaszcze i kupili miecze, a który jednak, w ogrodzie oliwnym, rozkazał temu jedynemu uczniowi, który Go posłuchał, schować miecz do pochwy, mówiąc mu, że ci, którzy mieczem wojują, od miecza poginą. I znów ten sam paradoks odnajdujemy w Jego czynach - po raz pierwszy, gdy wziął w swoje własne ręce bat na dziedzińcach świątyni, a następnie, gdy obnażył swoje ramiona, by przyjąć uderzenia tego samego bata z rąk innych. Jak zatem wyjaśnić ten paradoks?

Przypomnijmy, Kościół jest instytucją Bosko – ludzką.

Kościół składa się z ludzi, a ludzie ci połączeni są ze sobą wzajemnie oraz ze światem zewnętrznym za pomocą doskonale wyważonego systemu praw ludzkich, znanych jako Prawo Sprawiedliwości. Prawo Sprawiedliwości, chociaż pochodzi od Boga, w pewnym sensie jest ludzkie i naturalne; w jakiejś mierze istnieje we wszystkich ludzkich społecznościach, a dokładnie zostało zdefiniowane i opracowane w Starym Prawie nadanym na Górze Synaj. Jest to Prawo, które, w każdym razie co do głównych zasad, mogło być odkryte, przez światło samego rozumu nie wspartego przez Objawienie. Dalej, jest to Prawo tak bardzo zasadnicze, że żadne Objawienie nie mogłoby go nigdy pogwałcić czy uchylić.

Wraz z przyjściem Chrystusa, na świecie jednak pojawiła się również Miłość nadprzyrodzona. Prawo Sprawiedliwości pozostało, ludzie wciąż mają swoje prawa, przy których mogą się upierać; wciąż mają prawa, których żaden chrześcijanin nie może nie uznać. Lecz taki był potok Boskiej hojności, którą objawił Chrystus, tak przemożna wizja nadprzyrodzonej miłości Boga wobec ludzi, którą przyniósł, że na świecie pojawiły się ideały, o których świat nigdy nie marzył. Co więcej, Miłość zjawiła się z taką mocą, że jej nakazy w wielu przypadkach faktycznie uchyliły słabe roszczenia Sprawiedliwości. I tak, na przykład, to Miłość nakazała ludziom wybaczać nie wyłącznie według Sprawiedliwości, ale zgodnie ze swą własną Boską Naturą, wybaczać aż siedemdziesiąt siedem razy, dawać miarę dobrą, utrzęsioną i osypującą się, nie tylko to minimum, na które ludzie sobie zasłużyli.

Zatem, to od chwili nadejścia Miłości pojawiły się te wszystkie w swej istocie chrześcijańskie cnoty - wielkoduszność, łagodność i ofiarność - które Nietzche potępił jako wrogie wobec postępu materialnego.

Odtąd bowiem, jeśli jakiś człowiek zabiera ci płaszcz, daj mu i koszulę; jeśli zmusza cię, byś szedł z nim tysiąc kroków –idź z nim drugie tysiąc; jeśli uderzy cię w jeden policzek, nadstaw mu i drugi. Prawo sprawiedliwości naturalnej zostaje przekroczone, a zamiast niego panuje prawo miłości i ofiary. Nie sprzeciwiajcie się złu; tzn. nie upierajcie się zawsze przy swoich naturalnych prawach; dawajcie ludziom więcej, aniżeli im się należy, sami zaś poprzestawajcie na małym. Uczcie się od mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdźcie pokój dla waszych dusz. Wybaczajcie sobie wzajemnie wasze grzechy tą sama hojną miłością, którą kierował się Bóg wybaczając wam wasze grzechy. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. W sprawach osobistych nie kierujcie się nagą, by tak rzec, sprawiedliwością, lecz działajcie w skali i według zasad, którymi Bóg kierował się w postępowaniu z wami.

Cichość i łagodność to niewątpliwie cnoty chrześcijańskie. Ich praktykowanie jest niekiedy obowiązkiem, a czasami tylko Radą Doskonałości; w każdym razie cnoty te zajmują wysokie miejsce pośród tych ideałów, które przyniosło ze sobą Chrześcijaństwo i które są jego chwałą.

Są jednak inne elementy w życiu niż tylko ludzkie i naturalne, poza tymi osobistymi prawami i roszczeniami, które chrześcijanin może, jeżeli dąży do doskonałości, odłożyć na bok z miłości. Kościół jest zarówno boski jak i ludzki.

Oprócz praw ludzkich, które można poświęcić, Kościołowi powierzono bowiem prawa i roszczenia Boga, których nikt poza Nim samym nie może unieważnić. Bóg powierzył Kościołowi, na przykład, Objawianie prawd i zasad, które, wynikając z Jego własnej natury i Jego woli, są niezmienne wieczne jak On sam. I właśnie w obronie tych prawd i zasad Kościół przejawia, to co świat określa mianem nieprzejednania, a Jezus Chrystus gwałtem i przemocą.

Do nich, na przykład, przynależy prawo ochrzczonego katolickiego dziecka do wychowania i edukacji w jego religii, czy może jest to raczej prawo Boga do nauczania dziecka w sposób, który On nakazał. Do tych praw należy objawiona prawda o nierozerwalności małżeństwa; a także prawda o tym, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Nie są to ani ludzkie prawa, ani ludzkie opinie – prawa i opinie, z których ludzie, powodowani miłością lub pokorą, mogliby zrezygnować w obliczu opozycji. Prawa te i prawdy opierają się na zupełnie innej podstawie – są, by tak rzec nienaruszalną własnością Boga i nie byłoby ani przejawem miłości, ani pokory, lecz zwykłą zdradą ze strony Kościoła, gdyby okazał łagodność lub uległość w sprawach takich jak te – powierzonych mu w takiej, a nie innej postaci, nie po to, by się ich pozbywał, lecz by je strzegł i zachował nienaruszone. Tutaj obowiązuje przykazanie, A ten, który nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz, tędy bowiem przebiega linia oddzielająca to co Boskie od tego co ludzkie; niech przepadnie to, co posiadamy – ustąpimy z wszystkich czysto naturalnych praw i roszczeń, a ich miejsce niech zajmie miecz. W tej bowiem materii należy opierać się aż do krwi.

Kościół Katolicki jest i zawsze będzie gwałtowny i nieprzejednany, kiedy chodzi o prawa Boga. Będzie absolutnie bezwzględny, na przykład, wobec herezji, bowiem herezja nie dotyczy spraw osobistych, w przypadku których Chrześcijaństwo mogłoby ustąpić, ale Boskiego Prawa, gdzie nie ma miejsca na żadne ustępstwa. Jednocześnie, jednak, Kościół okaże się nieskończenie łagodny wobec heretyka, ponieważ tysiące ludzkich motywów i okoliczności może zmniejszać jego osobistą odpowiedzialność. Na jedno słowo żalu, Kościół ponownie przyjmie jego osobę do swego skarbca dusz, ale nie jego herezję do skarbca swojej mądrości. Chętnie wykreśli jego imię z czarnej listy buntowników, lecz nie jego książkę z Indeksu Ksiąg Zakazanych. Okaże łagodność jego osobie, a ucieknie się do przemocy wobec jego błędów, ponieważ on jest człowiekiem, lecz Prawda pochodzi od Boga.

Tak więc z powodu współczesnego intelektualnego bałaganu i zamieszania co do granic królestwa Bożego i ludzkiego, powstaje ta zadziwiająca niezdolność – po stronie świata – do zrozumienia zasad, w oparciu o które Kościół Katolicki działa w tych dwóch odrębnych i całkowicie oddzielonych obszarach. Świat uważa za coś normalnego, gdy jakieś państwo mieczem broni swoich dóbr materialnych, lecz za coś nietolerancyjnego i nienormalnego, gdy Kościół potępia, opierając się aż do krwi, zasady, które uważa za błędne lub fałszywe. Kościół, z drugiej strony, ciągle nakłania swoje dzieci, aby raczej ustąpiły niż walczyły, gdy rzecz idzie o dobra czysto materialne, ponieważ chrześcijaństwo pozwala, a niekiedy nawet nakazuje ludziom, aby zadowolili się czymś mniej niż to, co im przysługuje na mocy ich praw. A znowu, kiedy idzie o Prawdę lub Prawo Boże, Kościół stawi opór i będzie Prawdy i Praw Bożych bronić nieulękle, ponieważ nie może okazywać miłości i miłosierdzia wobec tego, co nie należy do niego – tutaj Kościół sprzeda swój płaszcz i kupi miecz, który, kiedy dyskusja obraca się wokół spraw doczesnych, chowa z powrotem do pochwy.

Dzisiaj, gdy Chrystus wjeżdża do Jerozolimy, widzimy, jak gdyby w zwierciadle, rozwiązanie tego paradoksu. Oto Król twój przychodzi do ciebie łagodny. Czyż kiedykolwiek odbył się wjazd równie skromny jak ten? Czy kiedykolwiek oglądano taką łagodność, cichość i miłość? Ten, któremu na mocy jego osobistych praw, usługują w niebiosach zastępy na białych wierzchowcach, teraz, jako człowiek, zadowala się towarzystwem kilku rybaków i tłumem dzieci. Ten, któremu na mocy Jego osobistych praw, aniołowie na harfach wygrywają wiekuistą muzykę, od chwili, gdy dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, kontentuje się niezbornym i fałszywym krzykiem tego tłumu. On, który dosiadał Serafinów i przybywał na skrzydłach wiatru, teraz dosiada oślęcia. Przybywa, cichy i łagodny, ze złotych ulic Niebieskiego Jeruzalem na brudne i cuchnące drogi ziemskiej Jerozolimy. Na bok odkłada swoje osobiste prawa, ponieważ to On jest tym wielkim Ogniem Miłości, przez którą chrześcijanie rezygnują ze swoich praw.

Ale, mimo wszystko, to twój Król przybywa do ciebie. . . . Nie zrezygnuje On ze swoich niezmiennych roszczeń i nie pozwoli, by pominięto cokolwiek z tego, co istotne. Ma swą królewską eskortę, choć może przybraną w łachmany. Ma swoich halabardników, choć ich halabardami mogą być tylko liście palmowe, będzie miał swoich heroldów, którzy poniosą na świat Jego imię, niezależnie od tego jak bardzo pobożni faryzeusze mogą czuć się zgorszeni tą proklamacją. Wjedzie do swojego własnego królewskiego Miasta - nawet jeśli to miasto wyrzuci Go na zewnątrz, i odbędzie swoją koronację, nawet jeśli ma to być koronacja cierniem. W ten sam sposób Kościół Katolicki podąża poprzez wieki.

Gdy idzie o czysto ludzkie prawa i sprawy osobiste Kościół będzie ciągle ustępował z tego wszystkiego, co posiada, zgłaszając być może tylko jeden – nie więcej - protest przez wzgląd na Sprawiedliwość. I będzie zachęcać swoje dzieci, by postępowały podobnie. Jeżeli ten świat nie pozwoli Kościołowi na posiadanie żadnych klejnotów, wówczas ten umieści w swoich monstrancjach szklane paciorki, zamiast marmuru użyje gipsu i tombaku w miejsce złota.

Lecz Kościół odbędzie swój uroczysty wjazd i nadal będzie podkreślał swą królewską godność. Kościół może wydawać się równie biedny, równie skromny i równie nędzny jak wjazd samego Chrystusa przez królewską bramę, ponieważ będzie oddawał wszystko, czego zażąda od niego świat – dopóty dopóki jego Boskie Prawa pozostają nietknięte. Kościół nadal będzie wydawał swoje rozkazy, choć niewielu znajdzie się takich, którzy zechcą ich posłuchać. Wyrzuci spośród siebie buntowników, którzy kwestionują jego władzę i oczyści dziedzińce Świątyni - choćby przy pomocy bicza, który ludzie wyśmieją. Odda wszystko, co wyłącznie ludzkie, jeśli świat będzie się tego domagał. I nie będzie sprzeciwiać się złu – jeżeli idzie o niego samego. Jednej rzeczy Kościół się nie wyrzeknie, do jednej i tylko jednej rzeczy będzie sobie rościł prawo – nie godząc się na żadne kompromisy, uciekając się nawet do gwałtu, a jest nią godność królewska, którą nadał mu sam Bóg.

Źródło informacji: POD MITRĄ

wtorek, 26 marca 2013

John Henry Newman



Film dokumentalny o człowieku szukającym prawdy - konwertycie (żyjącym w XIX w). Początkowo duchowny Kościoła Anglikańskiego. Po ponad dwudziestu latach posługi w Kościele Anglikańskim - które były dla niego poszukiwaniem i poznawaniem przeżywa kolejne nawrócenie. Pod wpływem, głównie nauki Ojców Kościoła, przyjmuje święcenia kapłańskie w Kościele Katolickim. 

środa, 2 listopada 2011

Reformacja czy deformacja - Rozmowa z prof. Scottem Hahnem




ISTNIEJĄ TYSIĄCE PROTESTANCKICH DENOMINACJI UTWORZONYCH PRZEZ MĘŻCZYZN I KOBIETY, KTÓRZY SZCZERZE WIERZĄ, ŻE PODĄŻAJĄ ZA BIBLIĄ PROWADZENI PRZEZ DUCHA ŚWIĘTEGO. JEDNAK PRAKTYCZNIE RZECZ BIORĄC, KAŻDY CZŁOWIEK JEST SWOIM PAPIEŻEM. WEDŁUG MNIE JEST TO GOTOWY PLAN, BY DOJŚĆ DO ANARCHII.

Jak to się stało, że Pan, pastor prezbiteriański, został katolikiem?

Po ukończeniu seminarium w 1982 r. zostałem pastorem małej wspólnoty Kościoła prezbiteriańskiego w Virginii. Studiowałem Pismo Święte i dzieliłem się ze swoimi wiernymi ekscytującymi mnie odkryciami na temat Biblii. Wiele z tych odkryć było zakorzenionych w tym, jak Chrystus ustanawia Nowe Przymierze jako wypełnienie Starego. Skupiałem się przede wszystkim na Eucharystii widzianej jako wypełnienie Paschy. Widziałem też, że Kościół Nowego Przymierza jest wypełnieniem wszystkiego, co Bóg robił z ludem Izraela, przez wieki historii zbawienia. Nauczałem moich wiernych oraz moich studentów o przymierzach Boga z Adamem, z Noem, z Abrahamem, z Mojżeszem i z Dawidem aż do Nowego Przymierza, które ustanowił Nasz Pan.

Dostrzegłem, że w tych przymierzach jest pewna prawidłowość dotycząca rodziny: przymierze z Adamem było małżeństwem, przymierze z Noem było domostwem, przymierze z Abrahamem było plemienne, przymierze z Mojżeszem składało się z dwunastu plemion, ukształtowanych jako jedna narodowa rodzina. Bóg jednak nieustannie wykorzystywał te przymierza, by być Ojcem dla Swojej rodziny. W końcu zaś mamy międzynarodową rodzinę, założoną przez Jezusa w Nowym Przymierzu.

Zacząłem się rozglądać dookoła w poszukiwaniu tej międzynarodowej rodziny. Uświadomiłem sobie, że denominacja prezbiteriańska, której byłem pastorem, tak naprawdę nie była dokładnie tym, czego szukałem. Zacząłem zatem bliżej przyglądać się Kościołowi katolickiemu. Zacząłem wyczuwać, że w świetle tego, do czego doszedłem dzięki poważnym studiom, moja opozycja wobec Kościoła katolickiego odzwierciedlała w przeważającej mierze nieporozumienia i zniekształcenia. Zauważyłem, że charakter moich studiów, moich kazań, mojego nauczania, stawał się coraz bardziej i bardziej katolicki. Musiałem więc złożyć rezygnację. Stało się to po dwóch latach mojego pastorostwa.

Powiedział Pan, że wcześniej patrzył na katolicyzm w sposób zniekształcony...

Moje rozumienie katolicyzmu nie było zakorzenione w uprzedzeniu etnicznym czyli postawie antyirlandzkiej, antypolskiej czy antywłoskiej. Po prostu patrzyłem z jednej strony na Biblię, tak jak ją rozumiałem, a następnie na papieża, Eucharystię, na wierzenia dotyczące Najświętszej Maryi Panny, i musiałem stwierdzić, że katolicy przyznają papieżowi czy Maryi atrybuty przysługujące jedynie Bogu. Kiedy stwierdziłem, że nauczanie katolickie nie jest zgodne z Biblią, zrobiło mi się żal moich katolickich przyjaciół i postanowiłem im pomóc wyjść z błędu.

W protestantyzmie jest kilkadziesiąt tysięcy denominacji, ale nie ma ani jednej, której głowa twierdziłaby, że jest nieomylnym Wikariuszem Chrystusa w nieprzerwanej linii sukcesji sięgającej wstecz aż do Piotra. Jeśli zatem Kościół katolicki się myli, to zbłądził wcale nie trochę, ale bardzo poważnie, w sposób, w który metodyści, luteranie czy prezbiterianie nie mogliby zbłądzić. Starałem się przekonać moich katolickich znajomych, że w chrześcijaństwie wystarcza sama wiara i tylko czytanie Biblii, że nie potrzebujesz dobrych uczynków, a już na pewno nie potrzebujesz Maryi, świętych, sakramentów, papieża i wszystkich innych rzeczy... Tak rozumowałem, dopóki w moim myśleniu pewna rzecz nie zaczęła wyłaniać się coraz wyraźniej a mianowicie to, że Bóg jest Trójcą: Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Oto kim jest Bóg przez całą wieczność.

To wyjaśnia czy też oświeca to, co Bóg czyni. Wszystko to, co Bóg robi, odzwierciedla to, kim On jest. A to, kim On jest, to ostatecznie Ojciec, Syn i Duch Święty. Natknąłem się na wypowiedź Jana Pawła II, który powiedział: „Bóg w swej najgłębszej tajemnicy nie jest samotnością, ale Rodziną, ponieważ jest Ojcostwem, Synostwem i istotą rodziny, którą jest Miłość.” Wiem, że papież nie mówi: „Bóg jest jak rodzina". On powiedział: „Bóg jest Rodziną", ponieważ w Bogu odnajdujemy owe podstawowe właściwości rodziny i tylko w Bogu odnajdujemy je w ich wiecznej doskonałości. Tak więc bardziej prawdziwie można by powiedzieć o nas: „Państwo Hahnowie są jak rodzina; mamy ojca, mamy synostwo i mamy miłość, ale tylko w sposób niedoskonały".

Jeśli więc Bóg przez całą wieczność jest w osobowej komunii rodzinnego życia i miłości, to całkowicie zmienia to sposób twojego rozumienia tego, co Bóg robi. Zbawienie to nie tylko: „Jezus mówi do mnie", „Jezus mówi do ciebie", to Bóg będący Ojcem dla Swojej rodziny, przez Chrystusa, Swego Syna, w Duchu. Tak więc nagłe zaczynasz szukać Kościoła, który jest tak międzynarodowy, jak panowanie Chrystusa, zaczynasz szukać Kościoła, który jest tak uniwersalny, jak władza Boga jako Ojca. Naprawdę odkryłem, że istnieje tylko jeden Kościół, który w ogóle podejmuje się tego zadania. Był to Kościół katolicki. Był to jedyny Kościół, który wydawał się przekraczać narodowe, etniczne, kulturowe zwyczaje. Była to naprawdę transkulturalna rodzina, była to naprawdę Rodzina Boga, istniejąca od wieków, na całym świecie.

A czy łatwo przyszło zaakceptować Panu prymat Piotrowy? Urząd papieża wzbudza wśród protestantów raczej nieufność i podejrzliwość...

Dostrzegłem w historii zbawienia prawidłowość, tak jak zaświadcza to Pismo. Od Adama, przez Noego, Abrahama, Mojżesza i Dawida, widać nieprzerwaną linię ojcowskiej sukcesji. Z zasady Bóg wykorzystuje Przymierze by być Ojcem dla Swojej rodziny, zawsze jednak wyznacza On postacie ojców i namaszcza ich Duchem Świętym. Zawsze jest więc ludzki symbol, żywa ikona, wizerunek tego, w jaki sposób Bóg utrzymuje swoją rodzinę zjednoczoną, czy jest to małżeństwo, domostwo, plemię, naród czy królestwo.

Kiedy przychodzi Jezus, ustanawiając ponadnarodową rodzinę, nie ma On zamiaru znosić ludzkiej władzy. Co więcej, udziela swoim Apostołom władzy nawet większej od tej, którą posiadał Mojżesz czy Dawid. Właśnie to odnalazłem w Ewangelii Mateusza. Dokładnie przestudiowałem ją i odkryłem, że Mateusz przedstawia Jezusa jako Syna Dawida, który ustanawia Królestwo tak, jak tego oczekiwano od Syna Dawida. Jednak król Izraela nigdy nie rządziłby zupełnie samodzielnie, mianowałby królewskich ministrów, zaś między królem a jego ministrami zawsze był pierwszy minister. Odnalazłem to w 22. rozdziale Księgi Izajasza, gdzie król dał pierwszemu ministrowi i tylko jemu! klucze do królestwa. Jest to dokładnie to, co Jezus dał Piotrowi i tylko Piotrowi! Klucze te symbolizują nie tylko urząd pierwszego ministra, pod czym kryje się prymat Piotra, ale także urząd, który pozostanie wakujący, gdy pierwszy minister umrze. Tak więc mamy tu prymat Piotra, ale także sukcesję jego urzędu, co sugeruje Stary Testament.

Im głębiej w to wchodziłem, tym bardziej rozumiałem, dlaczego wczesny Kościół mógł uznać nie tylko to, w jaki sposób Apostołowie zostali obdarzeni władzą Chrystusa, ale też szczególnie to, że Piotr jest Księciem Apostołów. W początkowych rozdziałach Dziejów Apostolskich widać Piotra powstającego, aby znaleźć kogoś na miejsce Judasza, Piotra powstającego, aby głosić Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego. Piotr jest tym, który uzdrawia chromego, Piotr jest tym, który przemawia przed Sanhedrynem, Piotr realizuje swoją linię. Piotr dostrzega śmierć Judasza, widzi, że urząd apostolski się opróżnił i zastępuje Judasza Maciejem mamy tu więc sukcesję apostolską. Doszedłem do wniosku, że skoro jest to prawdziwe w przypadku Judasza, to tym bardziej (nie mniej, ale jeszcze bardziej!) jest to prawdziwe w stosunku do Piotra. Kiedy on umiera, spodziewasz się, że owe klucze zostaną przekazane następcy.

Przyjęcie katolicyzmu było zerwaniem z protestancką zasadą sola fide...

Uczono mnie, abym wierzył, że zbawia nas sama wiara. Sama wiara jest wszystkim, czego potrzeba do usprawiedliwienia. W istocie rzeczy uczono mnie, abym wierzył, że Luter miał rację argumentując, iż sola fide było naprawdę kluczową zasadą reformacji, artykułem wiary. Uczono, mnie, że było to powodem, dla którego Kościół katolicki upadł, a protestantyzm powstał. Wierzyłem w to i nauczałem tego przez lata, dopóki nie odkryłem, że zasada ta nie pasuje do Przymierza rozumianego jako święta więź rodzinna. Żaden ojciec nie powie do swoich dzieci: „Oto prawo tak naprawdę nie ma znaczenia, czy je przestrzegacie, czy nie". Ostatecznie usprawiedliwienie jest odpowiedzią, którą synowie i córki dają Ojcu. Zawiera to w sobie wiarę, a nawet więcej posłuszeństwo. To jest „posłuszeństwo w wierze".

Najważniejsze odkrycie, którego dokonałem na tej drodze, było związane z Listem do Rzymian [3,28]. Luter znalazł tam swój zasadniczy tekst na potwierdzenie zasady sola fide „sama wiara". Jednak św. Paweł nigdy nie mówi: „sama wiara". Nie ma tego w tekście greckim. Kiedy Luter przetłumaczył List do Rzymian na niemiecki, musiał dodać do tego wersu niemieckie słowo alein „sama", tak aby wyprowadzić z tego swój okrzyk bitewny, swój slogan: „Sama wiara!". Odkryłem też, że jedynym przypadkiem, w którym Duch Święty natchnął autora nowotestamentalnego, by użył zwrotu „sama wiara” w języku greckim, był List św. Jakuba (2,24), gdzie Apostoł mówi: „Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary". Pomogło mi to zrozumieć, dlaczego Luter nazywał Księgę Jakuba „garścią słomy” i próbował usunąć ją z Nowego Testamentu. Doszedłem więc do wniosku, że Luter strasznie się pomylił, że naprawdę źle zrozumiał znaczenie słów Apostołów Pawła i Jakuba.

Czy Pańska konwersja wiązała się z problemami natury zawodowej, osobistej, rodzinnej?

Mówiąc szczerze nie znałem nikogo, kto by się kiedykolwiek nawrócił. Zacząłem myśleć o czymś, co przedtem było nie do pomyślenia. Zrobiłem „krok w ciemność” i odczuwałem tę ciemność dotkliwie przez wiele miesięcy, nawet przez kilka lat. Moja konwersja była jak popełnienie zawodowego samobójstwa. Byłem dogłębnie uformowany w kierunku protestanckiego pastorstwa i nauczania protestanckiej teologii. Byłem dobrze znany nie tylko jako chrześcijanin biblijny czy protestant, ale jako arcykalwinista.

Teraz mogę świadczyć o miłosierdziu i łasce Bożej, ponieważ widziałem wielu moich przyjaciół, którzy najpierw mówili: „Nie mogę w to uwierzyć, jak mogłeś zrobić coś takiego...?", a następnie w dwa, trzy albo cztery lata później odnawiali kontakty ze mną, szczerze rozmawiali, co kończyło się czytaniem i dyskutowaniem o sprawach wiary. Widziałem wielu moich przyjaciół doświadczających radości wstępowania do Kościoła katolickiego, tak jak doświadczałem jej ja.

Ale do często, przez trzy czy cztery lata, było to dla mojej duszy jak przedłużająca się ciemna noc. Nie tylko moja rodzina, moi przyjaciele, nie tylko ludzie, dla których pracowałem, ale nawet moja żona po prostu tego nie pojmowała. Przez trzy czy cztery lata nie chciała nawet spróbować tego zrozumieć, ponieważ dla nas Kościół katolicki był kompletnie obcy. Myślę, że w znacznej mierze postrzegaliśmy go w taki sposób, w jaki Amerykanie postrzegali Związek Sowiecki. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych te dwie kultury były nie tylko wrogie, ale i odległe od siebie. Tak naprawdę nie tylko nie rozumieliśmy się nawzajem, ale też tego nie chcieliśmy. Mogę jednak powiedzieć, że żadne cierpienia, żadne trudności, przez jakie przeszedłem, tak naprawdę nie mogą zaćmić radości, której doświadcza się nie tyle w sferze emocjonalnej, co w duszy, w sercu i w umyśle, z powodu odkrycia Realnej Obecności Chrystusa w Świętej Eucharystii. Móc uczestniczyć w Eucharystii było dla mnie cudem. Było źródłem wielkiej radości. Trudno znaleźć słowa, aby to opisać... Być włączonym do Kościoła, przyjmować Chrystusa w sposób, w jaki nigdy przedtem Go nie przyjmowałem Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo. Było to tak niewypowiedzianym przywilejem, że cokolwiek z tego, przez co przeszedłem, nie miało znaczenia w porównaniu z tym, co otrzymałem...

Mówi Pan o odkryciu eucharystycznej pełni. Ale przecież w protestantyzmie jest odprawiana pamiątka Ostatniej Wieczerzy...

Kiedy byłem ewangelickim protestantem, miałem typowe reformacyjne przekonanie, że Chrystus jest obecny podczas Wieczerzy Pańskiej, tyle że jest to obecność duchowa. Tak naprawdę nie było jasne, co to oznaczało, czy to, że akurat tutaj było więcej Ducha Świętego na cal kwadratowy, czy też coś innego. Jednak rozumowo byłem pewien, że Kościół katolicki myli się nauczając, że Chrystus jest w rzeczywistości obecny z Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem.

Po kilku latach intensywnych studiów biblistycznych doszedłem do wniosku, że to jest rzeczywiście to, co Jezus chciał dać Swoim uczniom i Kościołowi, oraz że jest to dokładnie ten sposób, w jaki uczniowie przyjęli ów dar i rozumieli go. I nie tylko uczniowie, ale również wcześni Ojcowie Kościoła. Natrafiłem na nieprzerwaną linię świadectwa jednomyślnie potwierdzającego Realną Obecność Chrystusa w czasie Mszy.

Wszystko to jednak ciągle było dla mnie przerażające. Tak naprawdę nigdy przedtem nie byłem na Mszy. I kiedy zdecydowałem się pójść, postanowiłem, że pójdę na Mszę w tygodniu, w południe, do kaplicy w podziemiach, gdzie, jak myślałem, będę sam. Poszedłem więc pewnego dnia na tę Mszę w południe, usiadłem z tyłu, nie wstawałem, nie klękałem, byłem tylko obserwatorem. Patrzyłem jak schodzi się sporo osób, biznesmenów, gospodyń domowych, wszystkie typy ludzi. Klękali, siadali, skłonili się, kiedy wszedł kapłan, a ja tylko przyszedłem, żeby przyjrzeć się i posłuchać z bliska. Podczas Liturgii Słowa natychmiast uderzyło mnie, jak bardzo antyfony i modlitwy nasycone były Pismem. Nie mieli jednego czy dwóch, ale trzy czytania Pisma. W trakcie liturgii zauważałem, jak wiele było tam Biblii. Miałem poczucie, że to naprawdę jest dom Pisma, właściwe dla niego miejsce.

Potem zaczęła się Liturgia Eucharystii. Znowu nie wstałem jak inni, nie klękałem siedziałem, patrzyłem i słuchałem. Ale kiedy usłyszałem, że kapłan doszedł do słów konsekracji, kiedy usłyszałem jak mówi: „To jest Ciało moje", kiedy podniósł Hostię, poczułem jak wysycha gdzieś we mnie ostatnia kropla wątpliwości. Usłyszałem swój szept: „Panie mój i Boże mój, to naprawdę Ty!"

Nagle stwierdziłem, że dotarłem do domu. Patrzyłem na tych obcych ludzi jak na braci i siostry będących częścią Rodziny Boga! Patrzyłem na nich przystępujących do Komunii św. i miałem poczucie, że to naprawdę Chrystus, dający samego siebie Swojemu Kościołowi. Kiedy się już skończyło, kiedy zostało udzielone błogosławieństwo i wszyscy się rozeszli wciąż tam siedziałem. Nie mogłem uwierzyć w to, czego właśnie byłem świadkiem. Jednak wiedziałem, że było to prawdziwe. Nie miałem komu o tym powiedzieć. Zatrzymałem to więc dla siebie, ale następnego dnia, w południe, powróciłem na to samo miejsce. Drugiego dnia już stałem i klęczałem. I wiedziałem, że jest to rzeczywiście Ciało i Krew, Dusza i Bóstwo Jezusa Chrystusa. To było Nowe Przymierze. To była Rodzina Boga, którą Jezus założył na całym świecie. Na przestrzeni wieków On karmił nas samym sobą, obdarowywał swoim życiem... W ciągu następnego tygodnia codzienny udział we Mszy nawet jeśli nie mogłem przyjąć Komunii św.! stał się dla mnie światłem wskazującym drogę i źródłem siły.

Słowem, odkrył Pan, że Kościół katolicki jest prawdziwym Kościołem Chrystusowym.

Dla mnie decyzja zostania katolikiem była naprawdę i całkowicie odkryciem prawdy Chrystusa w jej pełni i czystości. W myśli protestanckiej odkryłem siłę indywidualistyczną; zasadniczo ludzie przyłączają się do tej denominacji, do której im najbliżej, jak do dobrowolnego stowarzyszenia. Jednak im więcej studiowałem Pismo, tym bardziej odkrywałem, że Bóg jest Ojcem. Zastanówmy się: co ja, jako ojciec, odpowiedziałbym, gdyby pięcioro moich dzieci powiedziało: „Cóż, Tato, tak naprawdę nie ma znaczenia czy mieszkamy w tym samym domu, czy siedzimy przy tym samym stole jedząc te same posiłki, ponieważ każda osoba musi znaleźć swoją drogę do rodziny". Gdybym zaakceptował taką sytuację, zrujnowałbym swoją rodzinę.

W żaden sposób nie jestem ojcem doskonałym. Bóg jest. Zatem odnajdzie On sposoby, aby zgromadzić synów i córki razem przez papieża, przez Najświętszą Maryję Pannę, przez sakramenty, przez świętych. Dla mnie jest to geniusz wiary katolickiej. Traktuje ona Trójcę Świętą z całkowitą powagą i wypracowuje teologiczne implikacje naszego wyznania, że Bóg na całą wieczność jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Rzecz nie w tym, co Bóg robi. Rzecz w tym, kim On jest. Samo to naprawdę wyjaśnia głębokie znaczenie wszystkiego, co On robi.

Tak więc w Kościele katolickim odnajduję prawdę Nowego Przymierza, jako tej międzynarodowej, rodzinnej komunii, którą Bóg, Trójca Święta, ustanowił przez podzielenie się życiem Ojca, Syna i Ducha Świętego z nami wszystkimi.

Nie wiem jak to powiedzieć, ale wiem, że kiedy byłem protestantem, szukałem szansy zbawienia, chciałem wiedzieć, że jestem zbawiony. Borykałem się z tym. Ale kiedy zostałem katolikiem odnalazłem pewnego rodzaju upewnienie się, zakorzenione i owo coś wyrastające z cnoty nadziei, co Nowy Testament nazywa „pewnością nadziei".

Piętnaście lat temu Bóg nadał mi godność ojcostwa, kiedy dał mi syna o imieniu Michael. Uczynił to dotąd pięć razy pobłogosławił mi pięciorgiem dzieci. Ale dał mi także inny dar. Dał mi dar pewności, ponieważ jednej rzeczy jestem pewien: nie mogę kochać swoich dzieci bardziej niż Bóg kocha swoje. Czasem jednak zastanawiam się i mówię: „Boże, skąd mogę wiedzieć, że jestem Twoim dzieckiem? Wiem, że kochasz Swoje dzieci bardziej niż ja kocham swoje, ale czy mogę mieć pewność, że ja jestem Twoim dzieckiem?". W moich myślach Duch Święty odwraca pytanie: „Skąd twoje dzieci wiedzą, że są twoimi dziećmi, Scott?".

Myślisz przez chwilę i wiesz, że to bardzo proste. Po pierwsze one mieszkają w moim domu, wszystkie mają ten sam adres. Po drugie wszystkie noszą moje nazwisko. Po trzecie siedzą przy moim stole. Każdą kolację jemy razem siedząc wokół tego stołu. Po czwarte dzielą moje ciało i krew. Po piąte wiedzą, że są moimi dziećmi, ponieważ moja żona, Kimberly, jest ich matką. Po szóste wiedzą, że są moimi dziećmi, ponieważ dyscyplinuję je, a nie dzieci sąsiadów na ulicy. Po siódme wiedzą, że są moimi dziećmi, bo zawsze razem świętujemy: urodziny, rocznice, święta, chrzciny itd. Tak więc Duch Święty zbiera to wszystko i mówi: „Czy Bóg Ojciec dał swoim dzieciom cokolwiek mniej?"

Jeśli ujmie się to w taki sposób a właśnie w ten sposób ujął to Bóg! i nazwie się to Kościołem katolickim, to proszę pomyśleć: mieszkamy w Jego domu. W Nowym Testamencie najczęstszym obrazem Kościoła jest Boże Domostwo. Jesteśmy nazwani Jego imieniem, ochrzczeni w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. To jest „nazwisko", które nosi Wiekuisty Bóg. Nie tylko mieszkamy w Jego domu i jesteśmy nazwani Jego imieniem. Siedzimy przy Jego stole. W Ewangelii jest napisane, że siedząc ze swoimi uczniami przy stole Jezus ustanowił Eucharystię. To stamtąd, ze Stołu Pańskiego, otrzymujemy Jego Ciało i Krew. Zatem dzielimy Jego Ciało i Krew. Jego Oblubienica, Kościół, jest naszą Matką Mater Ecclesia. Poza tym On nas zawsze dyscyplinuje, przez okoliczności i trudności życia, przez Sakrament Pojednania oraz na wiele innych sposobów. Poucza nas, czasami musi nas ukarać, ale dyscyplinuje nas tak, abyśmy mogli zostać świętymi. Wreszcie w Kościele katolickim obchodzimy święta i wspominamy wszystko to, co Bóg uczynił dla Swojego Kościoła w ciągu wieków.

Tak więc kiedy patrzysz na tych siedem różnych zasad, to widzisz, jak Bóg jest Ojcem dla Swojej rodziny i daje swoim dzieciom solidne jak skała podstawy do pewności, daje „pewność nadziei". Nie nadziei na to, że mogę wygrać na loterii, ale nadziei, że trafię do domu, do Nieba, bo Bóg się mną opiekuje i zapewnia mi wszystko, czego potrzebuję, aby stać się świętym w Rodzinie Boga, przez Kościół i sakramenty, Maryję i świętych...

To chwalebne dziedzictwo. Dla mnie jest to najwspanialsza wersja Dobrej Nowiny, jaka istnieje. Niestety, wielu katolików lekceważy to sobie. Nie doceniają splendoru Prawdy, którą otrzymali w całej jej pełni i czystości. Dlatego jedną z rzeczy, które chcę robić, to podróżowanie i dzielenie się z katolikami chwałą i wspaniałością Prawdy takiej, jaką odkryłem w Kościele katolickim.

Kardynał Newman w swym dziele „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej", które napisał będąc anglikaninem, stwierdził, że protestantyzm prowadzi nieuchronnie w kierunku ateizmu. Czy zgadza się Pan z tą opinią?

Jeśli protestantyzm nie prowadzi do ateizmu, to z pewnością prowadzi do eklezjalnej anarchii. Marcin Luter nie miał zamiaru dzielić Kościoła. Ani Kalwin. Myśleli, że zreformują Kościół. I próbowali to zrobić. Nie możesz jednak odejść od Tradycji czy od autorytatywnego nauczania Wikariusza Chrystusa, by zreformować Kościół. Kończy się to nie reformacją, lecz deformacją tej części Kościoła, w której jesteś. W ciągu pięciuset lat powstało kilkadziesiąt tysięcy denominacji. Musimy zadać sobie pytanie: „Czy zamierzone rozwiązanie było gorsze od wszystkich problemów razem wziętych?” Powiedziałbym: „Tak, w tym przypadku było gorsze".

Istnieją tysiące denominacji utworzonych przez mężczyzn i kobiety, którzy szczerze wierzą, że podążają za Biblią prowadzeni przez Ducha Świętego. Jednak praktycznie rzecz biorąc, każdy człowiek jest swoim papieżem. Według mnie jest to gotowy plan, by dojść do anarchii. To nie jest sposób, w jaki dobry ojciec wychowuje swoją rodzinę i utrzymuje ją zjednoczoną. Bóg jest Ojcem dla Swojej rodziny i utrzymuje jedność doktryny, moralności i kultu. Kościół katolicki ma wielu grzeszników takich jak ja ale jednocześnie ma mnóstwo Boskiej mocy, aby grzesznicy tacy jak ja mieli pewność, że on doprowadzi nas do domu.

Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ SMOCZYŃSKI
STUBENVILLE, OHIO, LISTOPAD 1998

Artykuł pochodzi z: FRONDA, numer 15/16, s. 222-233

Źródło informacji: http://www.traditia.fora.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.