_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herezje i herezjarchowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herezje i herezjarchowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Papież Paweł IV i heretycy jego czasów

Konklawe, które rozpoczęło się 30 listopada 1549 roku po śmierci Pawła III, było z pewnością jednym z najbardziej dramatycznych w historii Kościoła. Angielski kardynał Reginald Pole (1500–1558) był powszechnie uważany za wielkiego faworyta. Szaty papieskie były już dla niego przygotowane, a on sam prezentował niektórym osobom swoje przemówienie dziękczynne.

5 grudnia kardynałowi Pole’owi brakowało zaledwie jednego głosu do uzyskania tiary papieskiej. Wówczas kardynał Gian Pietro Carafa powstał i na oczach zdumionego zgromadzenia publicznie oskarżył go o herezję. Zarzucił mu m.in. popieranie kryptoluterańskiej nauki o podwójnym usprawiedliwieniu, odrzuconej przez Sobór Trydencki w 1547 roku. Carafa był znany ze swojej nieskazitelności doktrynalnej i pobożnego życia. Poparcie dla Pole’a gwałtownie spadło i po długich sporach, 7 lutego 1550 roku, papieżem został wybrany kardynał Giovanni del Monte, który przybrał imię Juliusz III (1487–1555).

Oskarżenie o herezję, które po raz pierwszy padło na konklawe wobec kardynała, odzwierciedlało podziały wśród katolików w obliczu protestantyzmu (por. Paolo Simoncelli, Il caso Reginald Pole. Eresia e santità nelle polemiche religiose del cinquecento, Edizioni di Storia e Letteratura, Roma 1977). Między latami trzydziestymi a pięćdziesiątymi XVI wieku tendencje heretyckie rozprzestrzeniły się w środowisku rzymskiej hierarchii kościelnej, co doprowadziło do powstania stronnictwa „spirytuałów” (spirituali). Reprezentowały je postaci dwuznaczne, takie jak kardynałowie Reginald Pole, Gasparo Contarini (1483–1542) oraz Giovanni Morone (1509–1580).

Pielęgnowali oni chrześcijaństwo w duchu irenicznym i stawiali sobie za cel pogodzenie luteranizmu z strukturą instytucjonalną Kościoła rzymskiego. Pole założył heterodoksyjne koło w Viterbo; Morone zaś, jako biskup Modeny w latach 1543–1546, wybierał kaznodziejów, którzy później wszyscy zostali osądzeni za herezję. Akta procesów inkwizycyjnych kardynała Morone (1557–1559), Pietro Carnesecchiego (1557–1567) i Vittore Soranzo (1550–1558) – należących do kręgu „spirytuałów” – opublikowane przez Włoski Instytut Historyczny Wieków Średnich i Nowożytnych oraz Tajne Archiwum Watykańskie w latach 1981–2004, dowiodły, jak gęsta była ta sieć powiązań. Zdecydowanie zwalczali ją dwaj mężowie, z których obaj mieli w przyszłości zasiąść na Stolicy Piotrowej: Gian Pietro Carafa (przyszły Paweł IV) oraz Michele Ghislieri (przyszły Pius V). Obaj byli przekonani, że „spirytuałowie” są w rzeczywistości kryptoluteranami.

Gian Pietro Carafa założył wraz ze św. Kajetanem z Thieny zakon teatynów i został wybrany przez Adriana VI do współpracy przy powszechnej reformie Kościoła, przerwanej przedwczesną śmiercią Biskupa Rzymu pochodzącego z Utrechtu. To przede wszystkim kardynałowi Carafie zawdzięczano utworzenie Świętego Oficjum Rzymskiej Inkwizycji. Bulla Licet ab initio z 21 lipca 1542 roku, w której Paweł III przychylił się do sugestii Carafy i powołał ten organ do życia, była wypowiedzeniem wojny herezji. W tej walce byli tacy, którzy pragnęli kontynuować ją aż do całkowitego wykorzenienia wszelkiego błędu, oraz tacy, którzy chcieli ją zakończyć w imię pokoju religijnego.

Po śmierci Juliusza III, na konklawe w 1555 roku, oba stronnictwa starły się ponownie. 23 maja 1555 roku kardynał Gian Pietro Carafa został wybrany na papieża, minimalnie pokonując kardynała Morone. Miał wówczas 79 lat i przybrał imię Paweł IV. Był Biskupem Rzymu bezkompromisowym, dla którego głównym celem stała się walka z herezją oraz prawdziwa reforma Kościoła. Zwalczał symonię, nałożył na biskupów obowiązek rezydencji w swoich diecezjach, przywrócił dyscyplinę zakonną, dał silny impuls Trybunałowi Inkwizycji i ustanowił Indeks Ksiąg Zakazanych.

Prawą ręką papieża był pokorny dominikanin Michele Ghislieri, którego Paweł IV mianował biskupem Nepi i Sutri (1556), kardynałem (1557) oraz Wielkim Inkwizytorem na całe życie (1558), co otworzyło mu drogę do pontyfikatu. 1 czerwca 1557 roku Paweł IV poinformował kardynałów o nakazie uwięzienia kardynała Morone z powodu podejrzeń o herezję. Zlecił Inkwizycji przeprowadzenie procesu z nakazem przedstawienia jego wyników Świętemu Kolegium. Paweł IV skierował to samo oskarżenie przeciwko kardynałowi Pole’owi, który przebywał w Anglii i został pozbawiony urzędu legata. Kardynał Morone został osadzony w Zamku Świętego Anioła i odzyskał wolność dopiero w sierpniu 1559 roku, gdy tuż przed wydaniem wyroku śmierć Papieża pozwoliła mu opuścić więzienie i wziąć udział w kolejnym konklawe.

W marcu 1559 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią, Paweł IV ogłosił bullę Cum ex apostolato officio, w której podjął problem ewentualnej herezji Papieża (por. Bullarium diplomatum et privilegiorum sanctorum romanorum pontificum, S. e H. Dalmezzo, Augustae Taurinorum, 1860, VI, s. 551–556). Czytamy w niej:

„Biskup Rzymu, który jest zastępcą Boga i Pana naszego Jezusa Chrystusa na ziemi, a posiada pełnię władzy nad ludami i królestwami i wszystkich sądzi, sam nie podlega niczyjemu sądowi na tym świecie, w razie gdyby odpadał od wiary, może zostać skarcony”

oraz:

„Gdyby kiedykolwiek się okazało, że [...] przed wyznaczeniem go do godności kardynała lub przed wyborem na Biskupa Rzymu odstąpił od wiary katolickiej lub popadł w jakąkolwiek herezję (albo zaistniała z jego powodu schizma), wówczas jego wybór czy powołanie – nawet gdyby nastąpiły za zgodą i jednomyślną uchwałą wszystkich kardynałów – są nieważne, bezmocne i nieposiadające żadnej wartości”.

Bulla ta powtarza niemal dosłownie średniowieczną zasadę kanoniczną, według której Papież nie może być przez nikogo upominany ani sądzony, „nisi deprehendatur a fide devius” – chyba że zboczy z drogi wiary (Iwo z Chartres, Decretales, V, cap. 23, coll. 329–330). Trwa spór o to, czy bulla Pawła IV jest decyzją dogmatyczną, czy aktem dyscyplinarnym; czy nadal obowiązuje, czy też została milcząco uchylona przez Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 roku; czy ma zastosowanie do Papieża, który popadł w herezję ante czy post electionem (przed czy po wyborze) itd. Nie wchodźmy w te dyskusje. Cum ex apostolato officio pozostaje doniosłym dokumentem papieskim, który potwierdza możliwość zaistnienia sytuacji Biskupa Rzymu będącego heretykiem, choć nie daje konkretnych wskazówek co do formalnych trybów utraty przez niego pontyfikatu.

Po Pawle IV, 25 grudnia 1559 roku, wybrano papieża o usposobieniu politycznym – Piusa IV (Giovanni Angelo Medici di Marignano, 1499–1565). 6 stycznia 1560 roku nowy pontyfiks nakazał unieważnienie procesu przeciwko Morone, przywracając go na urząd, oraz wszedł w ostry konflikt z kardynałem Ghislierim, którego uważał za fanatyka Inkwizycji. Inquisitor maior et perpetuus został pozbawiony nadzwyczajnych uprawnień nadanych mu przez Pawła IV i przeniesiony do podrzędnej diecezji Mondovì.

Jednak po śmierci Piusa IV to właśnie Michele Ghislieri został nieoczekiwanie wybrany 7 stycznia 1566 roku na papieża, przyjmując imię Pius V. Jego pontyfikat stanowił pełną kontynuację linii Pawła IV, podejmując na nowo intensywne działania inkwizycyjne. Kardynał Morone, który z ramienia Pawła III otwierał jako legat papieski Sobór Trydencki, a z polecenia Piusa IV kierował jego ostatnimi sesjami, uzyskał zawieszenie wyroku skazującego.

Dzieje Kościoła – nawet w momentach najbardziej zażartych wewnętrznych sporów – są znacznie bardziej skomplikowane, niż wielu mogłoby przypuszczać. Sobór Trydencki, będący pomnikiem wiary katolickiej, został zainaugurowany, a następnie zamknięty przez postać poważnie podejrzewaną o lerańską herezję. Kiedy w 1580 roku kardynał Giovanni Morone zmarł, został pochowany w bazylice Santa Maria sopra Minerva (jego grobowiec nie zachował się do dziś) – w tej samej bazylice, w której św. Pius V wzniósł mauzoleum swojemu oskarżycielowi i rozpoczął jego proces kanonizacyjny: szermierzowi ortodoksji, Gian Pietro Carafie, papieżowi Pawłowi IV.

Prof. Roberto de Mattei

Źródło: https://www.corrispondenzaromana.it/

środa, 14 stycznia 2015

x. prof. Tadeusz Guz: Papież jako antychryst według Marcina Lutra


zdjęcie

Nienawiść Lutra do papieża była tak wielka, że gdy w grudniu 1535 roku św. Tomasz Morus i św. John Fisher ponieśli śmierć męczeńską, ponieważ pozostali wierni nauce katolickiej o nierozerwalności małżeństwa, to Luter napisał: „O żeby nasi najczcigodniejsi kardynałowie, papieże i legaci rzymscy mieli więcej królów z Anglii, którzy by ich zabili”. Trudno nawet w tych ramach cytować inne wypowiedzi Lutra, które są na wskroś diabelskiego pochodzenia.

niedziela, 20 lipca 2014

Kim naprawdę był Marcin Luter?


piątek, 22 listopada 2013

Józef de Maistre: O protestantyzmie


Od czasów reformacji istnieje w Europie duch buntu, który w sposób jawny, bądź sekretny, lecz w każdym razie rzeczywisty, walczy z wszelką zwierzchnością, zwłaszcza monarchiczną. To protestantyzm - wielki wróg Europy, którego należy zdusić wszelkimi środkami wyjąwszy zbrodnicze, zgubny rak, co wżera się w każdą zwierzchność i toczy ją bezustannie, syn pychy, ojciec anarchii, czynnik powszechnego rozkładu.

Czym jest protestantyzm? To bunt rozumu indywidualnego przeciwko rozumowi powszechnemu, a zatem jest on czymś najgorszym, co tylko można sobie wyobrazić. Kiedy kardynał Polignac zwrócił się do sławetnego Bayle'a: "Powiadasz pan, że jesteś protestantem, ale to słowo nader ogólnikowe: czy pan jesteś anglikaninem, luteraninem, kalwinistą, etc.?". Bayle odrzekł: "Jestem protestantem w całym znaczeniu tego słowa: protestuję przeciw wszystkim prawdom". Ów słynny sceptyk dał w ten sposób prawdziwą definicję protestantyzmu, który z zasady jest wrogiem wszelkiego wierzenia, podzielanego wspólnie przez jakąś grupę ludzi. To właśnie czyni zeń wroga rodzaju ludzkiego, ponieważ szczęście społeczeństw ludzkich opiera się wyłącznie na takich wierzeniach.

Chrześcijaństwo jest religią Europy: ta ziemia odpowiada mu nawet bardziej niż jego kraj ojczysty; zapuściło w niej głębokie korzenie, zrosło się tu z wszystkimi naszymi instytucjami. Dla wszystkich narodów północnej Europy oraz dla tych wszystkich, które na południu zajęły miejsce Rzymian, chrześcijaństwo jest tak dawne jak sama cywilizacja. Ręka owej religii formowała te nowe narody: krzyż jest na wszystkich ich koronach, każdy kodeks zaczyna się tym symbolem; królowie są pomazańcami bożymi, księża - sprawują urząd, duchowieństwo jest stanem, państwo jest uświęcone, religia jest sprawą publiczną (la religion est civile). Obie potęgi łączą się ze sobą - każda zawdzięcza drugiej część własnej siły - i mimo sporów, które dzieliły te dwie siostry, nie mogą one żyć osobno.

Najzuchwalszy człowiek nie potrafi wymyślić nic, czym można by zastąpić ów system religijny. Wszyscy nasi Herostratesi go burzyli, ale żaden go niczym nie zastąpił, żaden nawet nie ośmielił się zaproponować czegokolwiek w miejsce tego, co chciał zniweczyć: w dalszym zatem ciągu trzeba być albo chrześcijaninem albo niczym.

Fundamentalną zasadą tej religii, pierwotnym aksjomatem, o który opierała się ona na całym świecie przed pojawieniem się nowatorów XVI stulecia, była nieomylność jej nauki, co pociąga za sobą rezygnację z wszelkiego mędrkowania indywidualnego i, co za tym idzie - powszechność wierzeń.

Otóż owi nowatorzy podkopali ten fundament w miejsce opinii katolickiej [powszechnej] postawili opinię indywidualną i w sposób prawdziwie szaleńczy zastąpili wyłącznym autorytetem książki autorytet urzędu nauczającego, starszego niż owa książka i zobowiązanego nam ją objaśniać.

Stąd szczególny charakter herezji XVI wieku. Nie jest ona wyłącznie herezją religijną, ale herezją społeczną (civile), ponieważ uwalniając lud od jarzma posłuszeństwa i przyznając mu zwierzchność religijną rozkiełznała wszędy pychę przeciwko autorytetowi i posłuszeństwo zastąpiła dyskusją.

Stąd ta straszliwa cecha, którą protestantyzm rozwija od kołyski: urodził się buntownikiem i bunt jest jego zwykłym stanem. [...]

Jeśli się zastanowić nad tym niezatartym piętnem protestantyzmu, mniej dziwi nas nienawiść, jaką poprzysięgli mu niektórzy władcy katoliccy, jak na przykład Ludwik XVI, którego nietolerancja budziła taki wstręt naszych filozofów. W każdym rządzie istnieje pewna siła ukryta, pewnego rodzaju instynkt konserwatywny, który działa niewidoczne dla oka obserwatorów, a nawet władców i ich doradców, i który nierzadko posługuję się ich błędami, czy nawet wadami, dla ochrony ustroju. Tysiąc razy przytaczano prześladowania jansenistów przez ojca le Tellier: może ten człowiek jest winny w oczach Boga, może nie - wiemy o tym tyleż, co jego oskarżyciele. Ale niezależnie od tego, czy była to nienawiść wyrozumowana, czy ślepa, pewne jest, że była ona francuska i politycznie słuszna. Jansenizm, wskutek swego niezmiernie bliskiego pokrewieństwa z kalwinizmem, był wrogiem Francji: to, czego byliśmy świadkami, w pełni usprawiedliwia słynnego Jezuitę, gdyż jansenizm okazał się wielce występny w okresie Rewolucji francuskiej i walnie wspierał swych współbraci, filozofizm i protestantyzm. [...]

W świecie moralnym, tak jak w fizyce, istnieją powinowactwa, przyciągania wybiórcze. Pewne zasady odpowiadają sobie wzajemnie, inni się odpychają: wiedza o tych właściwościach, prawdziwie ukrytych, jest podstawą nauki. Niechże tedy obserwatorzy zastanowią się nad naprawdę uderzającym powinowactwem, którego wszyscy niedawno byliśmy świadkami, między protestantyzm a jakobinizmem.

Od pierwszej chwili Rewolucji wrogowie tronu wykazali wobec protestantyzmu iście synowską czułość. Wszyscy widzieli to przymierze i nikogo ono nie zwiodło nawet protestantów zagranicznych.

Czy kto kiedy dopatrzył się chociażby w jednym z trzech zgromadzeń, które zgubiły i zhańbiły Francję, nie mówię już aktu, ale choćby tylko jakiejś oznaki nieufności wobec protestantów? Ci podejrzliwi tyrani, co bali się wszystkiego i karali nawet za domniemaną intencję oporu, czyż wykazali kiedykolwiek jakieś obawy wobec doktryny kościoła protestanckiego? Nigdy. [...]

Wielką podstawą protestantyzmu jest prawo do swobody badań, które nie zna granic: rozciąga się na wszystko i nie znosi żadnych wędzideł. Dlatego też nie ma takiego nieprzyjaciela religii i praw, co nie chwaliłby protestantyzmu. Nie ma takiego poplecznika ohydnej Rewolucji obecnej, co nie wychwalałby owej z XVI wieku. W dziele pośmiertnym Condorceta można dostrzec, do jakiego stopnia ów najbardziej może odrażający z rewolucjonistów francuskich i najzapalczywszy wróg chrześcijaństwa był przyjacielem Reformacji. Przyczyny tego są jasne, a zresztą i on sam nie męczy nas bynajmniej zagadkami: "Nowe zgromadzenia religijne - powiada - musiały zmniejszyć dogmatyczną surowość, nie mogąc zbytnio ograniczyć prawa do swobodnego badania, nie popadając jednocześnie w jaskrawą sprzeczność, to prawo bowiem stanowiło dla nich formalną podstawę zerwania z Kościołem".

Trudno wyraźniej wyjawić tajemnicę sekty: protestantyzm, apelując od rozumu narodowego do rozumu indywidualnego i od autorytetu do swobody badań podporządkował wszystkie prawdy prawu swobodnego badania. Otóż, zdaniem tej sekty, żaden człowiek, a nawet żadne ciało społeczne, nie posiada zwierzchności religijnej. A wobec tego człowiek czy ciało społeczne, które bada i odrzuca jakiś pogląd religijny nie może, nie popadając w jaskrawą sprzeczność, potępić człowieka czy ciała, które bada i odrzuca inne. Tak więc wszystkie dogmaty zostaną poddane badaniu i w nieuchronnej konsekwencji prędzej czy później odrzucone; nie będzie już żadnych wspólnych wierzeń, żadnego trybunału, żadnego panującego dogmatu. [...]

Nie jest to całkiem ścisłe, gdy powiadamy, że protestantyzm, ogólnie rzecz biorąc, sprzyja republice. W istocie nie sprzyja on żadnemu rządowi - atakując je wszystkie - ponieważ jednak zwierzchność w pełnie istnieje tylko w monarchiach nienawidzi jej szczególnie tej właśnie formy rządu i szuka republik, gdzie łatwiej można prowadzić swoją krecią robotę. Lecz i tu, i tam niszczy zwierzchność i podważa jarzmo społeczne. Jest republikański w monarchiach i anarchiczny w republikach. W Anglii nie przestaje wrzeszczeć przeciw prerogatywom królewskim; konstytucyjny związek berła i pastorału przyprawia go o rumieniec: wie, że nie może ich zniszczyć, nie poróżniając ze sobą i pracuje nad tym bez ustanku. W republikach nie znosi nawet wizerunku zwierzchności: tępi go tak, jak gdyby to była rzecz sama. Usiłując stale rozdać władzę możliwie największej liczbie ludzi, zmierza bez przerwy do anarchii. Epoka, w której żyjemy, dostarcza tu ciekawego przykładu: widzieliśmy, jak republiki, sfederowane, lecz poróżnione w kwestiach religii, ulegały jadowi Rewolucji francuskiej. Następstwa tego widoczne były nawet dla najmniej uważnego oka. Natomiast w krajach katolickich, gdzie zwierzchność religijna wzięła w obronę swoją sojuszniczkę, ludy, niezachwiane w swej wierności, nie uczyniły nawet kroku ku zasadom francuskim.

Jest rzeczą najoczywistszą, że protestantyzm jest ze swej istoty wrogiem zwierzchności politycznej (civile) i religijnej. Aby wszak ukazać tę prawdę w całej pełni, trzeba jej się jeszcze przyjrzeć z pewnego szczególnego punktu widzenia.

Dowiodłem gruntownie, jak sądzę, że żadna instytucja nie może być mocna i trwała, jeśli opiera się tylko na sile ludzkiej: historia i rozum zgodnie wykazują, że korzenie każdej wielkiej instytucji sięga poza ten świat. I nic więcej nie potrafimy już o tym powiedzieć. Zwłaszcza zwierzchności odznaczają się siłą, jednością i stabilnością proporcjonalnie do stopnia uświęcenia ich poprzez religię. Ponieważ zaś chrześcijaństwo, to znaczy katolicyzm, jest cementem wszystkich zwierzchności europejskich, protestantyzm, zabierając im ów katolicyzm i nie dając w zamian żadnej innej wiary, podminował fundamenty tych wszystkich, co miały nieszczęście przyjąć reformację, tak że prędzej czy później muszą one wylecieć w powietrze.

Gdyby mahometanizm, a nawet pogaństwo, z właściwymi im dogmatami, i wiarą postawiono na miejsce chrześcijaństwa, wyrządziłyby one, z politycznego punktu widzenia, mniej zła, albowiem są to jednak religie, a protestantyzm nie jest nią wcale.

Są słowa, które powtarza się często i wskutek owego powtarzania, zwykło się wierzyć, że istotnie coś znaczą, kiedy wcale tak nie jest. Należy do nich słowo protestant.

Cóż to jest protestant? Początkowo wydaje się, że odpowiedź jest bardzo łatwa, ale kiedy się zastanowić człowiek zaczyna się wahać. Czy to anglikanin, luteranin, kalwinista, zwinglianista, anabaptysta, kwakier, metodysta, brat morawski, etc.? (Uf, mam już dosyć!) Protestant jest tym wszystkim zarazem, a jednocześnie niczym. Protestant to człowiek, który nie jest katolikiem, tak że protestantyzm jest wyłącznie negacją. Wszystko, co w nim rzeczywiste jest katolickie. Mówiąc ściśle nie głosi on bynajmniej dogmatów fałszywych: neguje jedynie prawdziwe i zmierza bez przerwy do tego, by zanegować je wszystkie. Ta sekta jest więc wszystkim i niczym (est totue en moins) [...]

Protestantyzm jest tedy, realnie i dosłownie rzecz biorąc, sankiulotyzmem religii. Pierwszy odwołuje się do słowa Bożego, drugi do praw człowieka, ale faktycznie jest to ta sama teoria, ten sam kierunek i ten sam też rezultat. Obaj ci bracia zdruzgotali władzę, aby ją rozdać motłochowi.

Reflexiones sur le protestantisme. Ouveres t. VIII, s. 64-6, 78-9, 86-7, 91-5, 97 (tłum.J.Trybusiewicz)

piątek, 15 listopada 2013

"Apostolska łagodność" Marcina Lutra



Nie ma ani jednego zdarzenia w historii, które by było zasnute tak gęstą plątaniną fałszerstwa i kłamstwa, jak mniemana reformacja XVI-go wieku, i potrzeba spojrzenia oświeconego łaską Bożą i nadzwyczajną miłością prawdy, żeby znaleźć prostą drogę w tym ciemnym lesie nienawiści, namiętności i złej wiary. Zjawisko to wytłumaczymy sobie, gdy zważymy, że największą świętością dla serca ludzkiego jest właśnie wiara ojczysta, która jeśli ma być prawdziwą, musi nie tylko jaśnieć swoją treścią nadprzyrodzoną, ale także musi być uświetnioną życiem i cnotą swoich założycieli i zakonodawców. Któżby wyznawał religię wypływającą z mętnych źródeł? A ponieważ tak zwani reformatorowie XVI wieku, choćby nawet początkowo byli ludźmi prawego przekonania, musieli się zwichnąć moralnie pod wpływem przewrotu religijnego, politycznego i społecznego, jakże się mamy dziwić, że spadkobiercy ich niegodziwego dzieła, chcąc ratować pamięć swoich mistrzów – pamięć pokalaną zbrodniami, nie widzieli i nie widzą innego środka, jak kłamstwo i bezczelne fałszerstwo?

W miesiącu maju toczyły się w parlamencie pruskim obrady nad prawem "o opróżnionych biskupstwach", a także nad "deklaracją praw majowych". Podczas tych obrad wielkość i świętość katolickiego Kościoła, bronionego przez tyle ust wymownych i natchnionych, nowym zajaśniała blaskiem, stawiając w sromotnym cieniu nie powiem wyznanie, ale system protestancki, bo systemem jest to, co się utrzymywać musi mozolnymi jedynie kombinacjami profesorów i polityków. Zarzucano tam biskupom katolickim, że się sprzeciwiają prawom krajowym, że kler i lud im podwładny podżegają do buntu, że karmią duch rewolucyjny oporu i nieposłuszeństwa. Jak bezczelnym to jest kłamstwem, nie mamy potrzeby dowodzić dzisiaj czytelnikom, ale na tę zabawną okoliczność chcielibyśmy zwrócić ich uwagę, że pomiędzy "wielce uczonymi" profesorami i teologami pruskimi znaleźli się tacy, którzy przeciwstawiając Lutra katolickim biskupom, ośmielili się go nazywać "wzorem posłuszeństwa, mężem sumienia, mężem apostolskiej łagodności, a to tak dalece, że używał on swojego potężnego wpływu, aby przeszkodzić wojennym przedsięwzięciom, ze szkodą nawet protestanckich książąt". Ktokolwiek zna choć pobieżnie wypadki ówczesne, kto choć trochę miał sposobność spoufalić się z osobistością Marcina Lutra, ten będzie protestował przeciwko tak lekkomyślnym sądom, które są w zupełnej sprzeczności z historyczną rzeczywistością. A jednak słowa takie padły w łonie parlamentu pruskiego, w tym ognisku "niemieckiej wiedzy", "niemieckiej sumienności i prawości"; nikt im nie zaprzeczył, owszem przyjęte były z oklaskiem!...

Nikt im nie zaprzeczył, nikt, ma się rozumieć, spomiędzy protestanckich ludzi, którzy się przechwalać zwykli ze swojej uczciwości i prawdomówności, ale im zaprzeczyli posłowie katoliccy, a świadectwa, jakie w tej sprawie przytoczyli, miały tę moc i doniosłość historyczną, że wielbiciele religijnego wichrzyciela powinni się byli schować pod ziemię ze wstydu, gdyby mieli choć trochę wstydu. W literaturze niemieckiej nie ma sposobu prowadzić polemiki o cnotach czy niecnotach Marcina Lutra, bo wszystko co w tym przedmiocie napiszą badacze katoliccy, o tym nie raczą nic wiedzieć protestanccy uczeni i zwykli zachowywać "dostojne milczenie pogardy"; ale, na posiedzeniu publicznym parlamentu, gdzie wobec przepełnionych galerii stenografowie każde słówko chwytają na papier i rozsyłają na cały świat, podniesienie takiej kwestii równa się klęsce protestantyzmu, jeśli zwłaszcza, jak się to stało w tym przypadku, zwolennik Lutra, nie mogąc dać żadnej odpowiedzi, musi przyjąć z rezygnacją sromotne potępienie, rzucone publicznie na jego mistrza i religijnego prawodawcę.

Już to że system protestancki okropne odebrał ciosy w ciągu tych rozpraw nad prawami prześladowania, wymierzonymi przeciwko Kościołowi, nie tajno to nikomu. I dlatego podnosimy tutaj kilka tylko momentów z mowy, którą miał 4 maja w Izbie niższej znakomity katolicki uczony, Dr Lieber. Najprzód wykazał on, w czym mu nikt nie zaprzeczył, że wszystkie pisma Lutra, na które się powołują protestanccy teologowie, są najhaniebniej pofałszowane. Kto chce przeto zużytkować te pisma w widokach historii, musi brać do pomocy najostrożniejszą metodę krytyczną, jak gdyby to były dzieła Zoroastra lub Konfucjusza, a nie pisarza żyjącego w XVI w. Przyznaję, że o tej okoliczności pierwszy raz się dowiedziałem z mowy Dra Liebera, ale i o tym nie zamilczę, że przerażenie mię ogarnęło na widok tak bezdennej nieuczciwości. Jak to? Więc może istnieć takie wyznanie, taki "kościół", i to kościół, jak go nazywacie, "ewangeliczny", który nie inaczej żyć może, jak tylko dzięki ciągłemu fałszowaniu ksiąg jego założyciela? I taką to tkaninę kłamstwa wy ośmielacie się narzucać narodom jako zasadę cnotliwego życia i wiekuistej szczęśliwości, którą ustawicznie musicie łatać nowymi łachmanami, z obawy, aby przez te dziury nikt nie zobaczył ohydy gnijącego trupa?

Co się tyczy apostolskiej łagodności Marcina Lutra, Dr Lieber przytacza wiele ustępów najzupełniej autentycznych z pism tego reformatora, które rzucają światło nader jaskrawe na jego umysł zbójecki. "Jeżeli – tak pisze Luter do swego przeciwnika Prierasa – jeżeli nie zamilknie wściekłość stronników Rzymu, to zdaje mi się, że nie pozostanie innego środka, jak żeby cesarze, królowie i książęta użyli gwałtu, żeby pochwycili za oręż, żeby uderzyli na tę morową zarazę i żeby ją nie słowami lecz żelazem wyrznęli; bo jeżeli karzemy złodziei szubienicą, rozbójników mieczem, heretyków ogniem, dlaczegóż nie mielibyśmy tych biskupów, tych kardynałów i to całe rojowisko rzymskiej Sodomy, która zatruwa Kościół Boży, wyniszczyć wszelaką katuszą i umyć nasze ręce w jej krwi (et manus nostras in sanguine istorum lavamus)". A gdy go strofował za te wyrazy jego przyjaciel Spalatin, nikczemny herezjarcha tak mu odpowiedział: "Zaklinam cię, jeżeli dobrze rozumiesz Ewangelię, to wierzaj mi, że jej sprawa nie da się przeprowadzić bez zaburzeń, bez zgorszenia i bez buntu (sine tumultu, scandalo, seditione); przecież z miecza nie zrobisz pióra, a z wojny pokoju". "Lepiej jest – powiada w innym miejscu – żeby wszystkich biskupów wymordowano, wszystkie zakony i klasztory z gruntu wykorzeniono, niż żeby jedna dusza miała zaginąć; bo jeżeli nie chcą słuchać słowa Bożego, tylko oddają się szaleństwu i wściekliźnie, to cóż sprawiedliwszego może ich spotkać, jeśli nie bunt gwałtowny, który ich całkiem wykorzeni? – a my będziemy się od śmiechu zanosili, gdy się to dziać będzie....". Nieprawdaż, że to są rzeczy bardzo budujące? "Kościół ewangeliczny" może się chlubić swoim apostołem, może otrębywać jego łagodność i słodycz; tylko my katolicy nie bardzo mu pono tego zazdrościmy!...

Ale protestanci utrzymują, że Marcin Luter był wzorem posłuszeństwa i uległości władzom świeckim! – Zachęcanie do mordowania biskupów i duchownych elektorów, było buntem politycznym i królobójstwem, albowiem ci dostojnicy kościelni, niemniej jak opaci i przełożeni wielkich domów zakonnych, byli, jak to każdemu wiadomo, zarazem książętami świeckimi, mającymi poddanych i obszerne kraje. Wszakże Luter powstawał przeciwko samemu majestatowi cesarza niemieckiego, i Dr Lieber przytoczył nader charakterystyczne dowody na poparcie tego twierdzenia, których nie chcemy przywodzić dlatego, że nie ufamy bezstronności c. k. prokuratorii, która mogłaby nas pociągnąć do odpowiedzialności za cytowanie dokumentów historycznych, jakie zostały ogłoszone w parlamencie berlińskim i we wszystkich dziennikach niemieckich. Dosyć nam będzie, gdy poznamy list Lutra pisany do książąt niemieckich, zajętych poskramianiem powstania chłopskiego, które w roku 1525 zatopiło w morzu krwi Szwabię, Frankonię, Alzację, Lotaryngię, Tyrol, Salzburg, Austrię, Turyngię i Miśnię. Przezacny apostoł tak się odzywa: "Najprzód tej zdrady i tego buntu nikomu nie zawdzięczamy tylko wam jednym, książęta i panowie, którzy jeszcze dziś zakamieniali nie przestajecie szaleć i wściekać się (toben und wüthen) przeciwko świętej Ewangelii; jużem wam nieraz zapowiadał, żebyście się mieli na baczeniu, pamiętając na to słowo: effundit contemptum super principes; ale wy na to pracujecie, żeby was zbili na głowę; bo o tym macie wiedzieć, kochani panowie, Bóg sam tak czyni, że ludzie nie mogą, nie chcą i nie powinni zawsze znosić waszej wścieklizny; wy musicie się odmienić, musicie ulec Boskiemu słowu, bo jeśli tego chętnie i po przyjacielsku nie uczynicie, musicie to uczynić w sposób gwałtowny i zgubny; nie zrobią tego chłopi, zrobią inni; jeżeli pobijecie chłopów, Bóg wzbudzi innych, bo was chce pobić i pobije was; to nie są chłopi, moi drodzy panowie, nie chłopi na was powstają, ale sam Bóg powstaje na was, aby poskromić waszą wściekliznę (wütherei)".

Każdy przyzna, że podobne admonicje niekoniecznie w sercu książąt i panów budziły myśli pokoju i umiarkowania, ale cóż dopiero powiedzieć przyjdzie, gdy się dowiemy, że sam ten osobliwy apostoł skrzętnie przyłożył rękę do mordów chłopskich, o czym historycy niemieccy nie chcą oczywiście ani słyszeć. Właśnie Dr Lieber przytacza protokół śledztwa prowadzonego w Eltwill r. 1525 w celu wykrycia hersztów powstania, skąd się pokazuje, że Luter posyłał "zręcznych i wymownych emisariuszy" do chłopstwa nad Renem z wezwaniem do naśladowania przykładu danego w innych częściach cesarstwa. "Jeżeli – są to słowa apostolskie do tych chłopów siedzących w domu spokojnie – jeżeli pójdziecie za przykładem poddanych innych biskupów, jeżeli chcecie się pozbyć proboszczów i zyskać zupełną wolność, to nie traćcie bynajmniej czasu, osobliwie gdy możecie rachować na opiekę i pomoc potężnych książąt i panów". Dowodzi to wielkiej znajomości natury chłopskiej, że Luter im obiecuje pomoc panów przeciwko panom, bo lud wiejski nieświadomy swej siły materialnej takimi tylko pobudkami da się popchnąć do śmiałego kroku. Tu wychodzi na jaw tajemnica, którą Luter nosił zamkniętą w swoim sercu, gdy dając przestrogi swoim uczniom, jak się mają zachować względem królów i panów, zwykł był dodawać: "zresztą tajemnica moja niech pozostanie przy mnie". Tak na przykład pisze do predykanta miasta Cotbus: "Dosyć ci tego, resztę pozostaw natchnieniom ducha i nauczaj, że trzeba oddawać cesarzowi co jest cesarskiego: – caeterum secretum meum mihi". O! piekielny zbrodniarzu!....

Prawda – powie mi kto – prawda, że Luter niepohamowany w swojej nienawiści rzucał się i miotał na Rzym, na duchowieństwo katolickie i na wszystko, co było w związku z Kościołem; jednak spodziewać się należy, że człowiek, od którego pewna wielka szkoła historyczna wyprowadza całą kulturę nowożytną, któremu przypisuje wszelką wolność religii i sumienia, że taki człowiek miał wiele ojcowskiego uczucia i apostolskiej troskliwości dla innych sekt i wyznań tak chrześcijańskich jak niechrześcijańskich. Mianowicie musiał się okazać wspaniałomyślnym dla żydów, którzy dręczeni i prześladowani w Niemczech, otrzymali po dwakroć w roku 1530 i 1541 opiekę prawa od Karola V, od tego, jak go nazywają, przedstawiciela nietolerancji katolickiej, a takiej wspaniałomyślności domagać się od Lutra tym słuszniejszy mamy powód, że napastowanie Żydów, niezgodne z duchem Ewangelii, byłoby także wówczas buntowniczym pogwałceniem praw świeżo zaprzysiężonych. Jak gwałtownie i grubiańsko zachowywał się Luter względem swoich współreformatorów, względem Kalwina, Serweta, Henryka VIII-go angielskiego i tylu innych, wie o tym każdy, kto przeczytał choć najmniejszy podręcznik historii powszechnej; co się zaś tyczy Żydów, łagodność apostolska Marcina Lutra najlepiej występuje w następujących radach, udzielonych przez niego narodom chrześcijańskim w celu rozwiązania, jak to mówią dzisiaj, kwestii żydowskiej."Cóż wy chrześcijanie macie począć z tym przeklętym i odrzuconym przez Boga plemieniem żydowskim? Znosić ich dłużej niepodobna i dlatego posłuchajcie mojej rady: – najprzód pod ich synagogę czyli szkołę podłóżcie ogień, a co się nie spali zawalcie ziemią, aby ani kamienia ani śladu po niej nie oglądał żaden człowiek na wieki, palcie i niszczcie, a kto możesz, rzucaj siarkę, lej smołę, sam ogień piekielny przydałby się bardzo; po wtóre, wywracajcie i burzcie ich domy, w których to samo się dzieje co i w szkołach; dalej, wyrzućcie Żydów od siebie, odebrawszy im karty bezpieczeństwa (czyli innymi słowy, zabijajcie ich i mordujcie jako ludzi wyjętych spod opieki prawa); dalej, wzbrońcie im lichwy, odbierzcie im pieniądze i klejnoty w złocie i srebrze; w końcu dajcie do ręki młodym żydom i żydówkom cepy, siekiery, taczki, rydle, wrzeciona, kądziele, żeby w pocie nosa (wyrażenie prawdziwie apostolskie!...) zarabiali na chleb, tylko wystrzegajcie się, żeby wam co złego nie spłatali, gdy wam będą służyć itd.". Moim zdaniem, Żydzi powinniby wielce błogosławić "ojca nowożytnej cywilizacji, założyciela wszelkiej wolności religii i sumienia", a przeklinać Karola V-go, to uosobienie ciemnego fanatyzmu i krwawej nietolerancji!

Co jest najosobliwsza w tych dokumentach, które Dr Lieber przeczytał w parlamencie pruskim, to niezbity dowód, zawarty w pismach Lutra na korzyść dogmatu Nieomylności, który w XVI wieku, jakkolwiek nie był określony, poruszał wszystkie umysły, a podczas gdy był broniony przez katolików z najsilniejszą wiarą, doznawał od kacerzy tych samych napaści co dzisiaj od Reinkensa, Schultego i liberalistów, a podobieństwo jest tak uderzające, że jedni i drudzy tych samych wyrazów używają. Posłuchajmy tylko niegodnej deklamacji Marcina Lutra: "Rzymski dwór jest synagogą szatana, cóż tu wiele gadać? Każdego Papieża, nawet bezbożnego, robią Bogiem, jedynym tłumaczem pisma i słowa Bożego; wszechmocność Bożą stawiają w zależności od tego jednego człowieka, choćby był bezbożnikiem. Gdzież jest antychryst, jeżeli taki Papież nie jest antychrystem? Czytaj, drogi czytelniku, i zalewaj się łzami!". Tak pisał heretyk wittenbergski w r. 1520, w pisemku polemicznym wymierzonym przeciwko dominikaninowi Sylwestrowi Prierias. Poczym Luter tak dalej mówi: "Zalewaj się łzami, o! czytelniku drogi, że sława rzymskiego Kościoła tak nisko upadła, iż jego heretycka, bluźnierska, diabelska, piekielna trucizna nie na jeden Rzym się ogranicza, ale się wylewa na cały świat. Powiadają oni, że Papież jest wyższym od Soboru, że bez jego woli żaden Sobór nie może się zgromadzić, ani trwać, ani obowiązywać, ani co bądź robić, bo utrzymują, że sam Papież jest nieomylnym prawidłem prawdy, jedyną powagą dla zrozumienia pisma (regulam infallibilem veritatis)".

Uchylmy czoła przed niezbadanymi wyrokami Opatrzności, która używa takich nieprzyjaciół, takich wyrzutków jak Luter, aby w większej chwale jaśniał Kościół powszechny, jedyna skarbnica cnoty, prawdy i miłości!

Teraz niech osądzi czytelnik, czy miałem słuszność utrzymywać, że nie ma ani jednego zdarzenia w historii, które by było zawikłane tak gęstą plątaniną fałszerstwa i kłamstwa, jak mniemana reformacja XVI wieku, która buntowników, morderców, podpalaczy i krzywoprzysięzców chce nam podać jako "wzory posłuszeństwa, sumienności, apostolskiej łagodności, jacy używali swojego wpływu na to, aby przeszkodzić przedsięwzięciom wojennym, ze szkodą nawet protestanckich książąt". A teraz powtórzyć jeszcze muszę, com już raz nadmienił, że przytoczywszy powyższe dokumenty w Izbie niższej parlamentu pruskiego, Dr Lieber nie doznał choćby najsłabszego zaprzeczenia ze strony tylu profesorów, teologów i pisarzy protestanckich, którzy siedzieli jak mumie skamieniałe bez głosu i bez czucia. A myślimy, że to samo będzie i w literaturze protestanckiej, która zamiast odpowiadać "ultramontańskim fanatykom", na tym się ograniczy, że zachowa "dostojne milczenie pogardy".


Artykuł z "Przeglądu Lwowskiego", Rok czwarty (1874). Tom VII. (Wydawca i Redaktor X. Edward Podolski). Lwów 1874, ss. 749-755.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

środa, 6 listopada 2013

Ryszard Mozgol: Salva semper iustitia. Droga Jana Husa na stos


(...) w mojej ojczyźnie wydaje się, że Kościół katolicki szczególnie boleśnie odpokutowuje dzisiaj za popełnione w jego imię w przeszłości błędy i grzechy przeciwko wolności sumienia, takie jak śmierć duchownego Jana Husa, spalonego żywcem w XV wieku, oraz narzucony dużej części ludu czeskiego w XVII wieku obowiązek nawrócenia na katolicyzm...
 
abp Pragi, Josef kard. Beran, 20 IX 1965 r., w dyskusji nad przyjęciem deklaracji O wolności religijnej na Soborze Watykańskim II
„Przezwyciężanie przeszłości” stało się ostatnimi czasy oficjalną linią polityczną Watykanu. W myśl tej koncepcji pozytywna historia Kościoła rozpoczyna się trzydzieści lat temu, od zakończenia pamiętnego Soboru Watykańskiego II. Wcześniejsze czasy były pasmem wypaczeń, dawania „antyświadectwa”, nietolerancji i prześladowań popełnianych przez Kościół. Pycha dzisiejszych hierarchów każe im myśleć, że są godni tego, by móc przepraszać za Kościół przeszłości.

Dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej 2000 pt. Pamięć i pojednanie: Kościół i winy przeszłości, postulując „reformę Ludu Bożego”, rozeznaje etycznie jako „antyświadectwo” zaangażowanie „wątpliwych środków dla osiągnięcia słusznych celów, takich jak obrona jedności wiary”. Odwołuje się tu do dokumentu Tertio millennio adveniente:
Innym bolesnym zjawiskiem, nad którym synowie Kościoła muszą się pochylić z sercem pełnym skruchy, jest przyzwolenie – okazywane zwłaszcza w niektórych stuleciach – na stosowanie w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą.
W historycznych dyskusjach pojawiają się w tym kontekście zawsze postacie Jana Husa, Girolamo Savonaroli czy Giordano Bruna, jako ofiar metod inkwizycyjnych. W tym artykule interesować nas będzie tylko postać Jana Husa, ponieważ w przeciągu ostatnich lat wysunął się na prowadzenie jako lider w ekumenicznym rankingu, ponadto jest wzorcowym przykładem historycznych przekłamań, charakterystycznych dla naszych czasów... Hus stał się idolem postępowych intelektualistów, takich jak chociażby prof. Stefan Świeżawski. Awansował z czeskiego heretyka, propagatora herezji Wyclifa i społecznego mąciciela na „Mistrza Jana Husa” (Jan Paweł II), „kapłana mającego (...) wielkie znaczenie dla religijnych i kulturowych dziejów czeskiego narodu” (Jan Paweł II), człowieka o „nieskazitelnym życiu osobistym” (Jan Paweł II), „czeskiego reformatora” (Luigi Accatoli), „wielkiego kaznodzieję” („Gość Niedzielny”), człowieka „bliskiego eklezjologii II Soboru Watykańskiego” (ks. G. Ryś w „Tygodniku Powszechnym”), „męczennika” („Trybuna Śląska”), „nieprzeciętnie uczciwego kapłana” („Świat. Przegląd Międzynarodowy”). Problem rehabilitacji Husa był już kilkakrotnie poruszany we wcześniejszych numerach Zawsze wierni. Ewentualna zakończona sukcesem rehabilitacja Jana Husa otwiera modernistom zupełną możliwość protestantyzacji Kościoła, rozumianej jako PEŁNA i oficjalna akceptacja protestanckiej wizji religijnej. Tuż za Husem stoi Luter.

Nie znamy dokładnej daty przyjścia na świat człowieka, którego poglądy spowodowały w XV wieku zamęt w całej środkowej Europie. Jan Hus (czyli ‘gęś’) urodził się w 1369 lub 1370 roku w dobrej czeskiej katolickiej rodzinie, jak podają zgodnie źródła. Miejsce jego urodzenia – mały domek w Husineczu koło Prachatic – było otoczone czcią wszystkich wyznawców husytyzmu.

Była to jednak tylko mistyfikacja jego zwolenników, którzy potrzebowali w XIX wieku „obrazowych” argumentów wspomagających tworzenie się narodu czeskiego. Badania wybitnego czeskiego historyka Josefa Pekara udowodniły, że Hus nie urodził się w pięknym, małym domku czeskim niedaleko Prachatic, a w Husineczu pod Kleczanami. Tam jednak nie zachował się żaden budynek ...nadający się na miejsce pielgrzymek. Ponieważ w niewielkiej wiosce nie było szkoły, Hus najprawdopodobniej uczęszczał do niej w Pradze, gdzie osiągnął wyniki pozwalające mu na kontynuację nauki na Uniwersytecie Karola IV. Był to wtedy najlepszy uniwersytet w środkowej Europie. Propaganda husycka i komunistyczna rozpisywała się o niezwykłym umyśle Husa, jego nieprzeciętnych zdolnościach, które rzekomo miały go wynieść na najwyższe stanowiska naukowe. Analiza jego wyników osiąganych na studiach pokazuje raczej, że był przeciętnym uczniem, któremu z trudem przychodziła nauka. Jak na Czecha przystało, był jednak uparty. Wstępując na uniwersytet znajdował się pomiędzy ostatnimi studentami, wśród bakałarzy (1393 r.) był na szóstym miejscu na 22, a kończąc studia (w 1396 r.) był dziesiąty na szesnastu magistrów. Święcenia kapłańskie dawały mu możliwość dalszej kariery, ponieważ niwelowały niskie pochodzenie. Ostatnie z nich przyjął przed Wielkanocą 1400 r. Dzięki protekcji wpływowego abp. Zbynka, rozpoczął się dla Husa okres błyskotliwej kariery i dostatniego życia.

Jeszcze w 1400 r. został mianowany kaznodzieją kościoła św. Michała w Pradze, a w dwa lata później kaznodzieją Kaplicy Betlejemskiej, wówczas jednego z najnowszych i większych kościołów Pragi. Poza tym Jan Hus piastował godność dziekana fakultetu artystycznego, a później rektora uniwersytetu w latach 1402-1403 i 1409-1410. Tymczasem został jeszcze spowiednikiem królowej Zofii i kaznodzieją synodalnym. Wiódł nie tylko pracowite życie, ale również bardzo dostatnie. Beneficjum z Kaplicy Betlejemskiej było bardzo wysokie, do tego zaopatrzenie z tytułu pracy na uniwersytecie i zaopatrzenie kaznodziei synodalnego dawało mu ni mniej, ni więcej tylko 60 kop groszy rocznie. Austriacki biograf Husa V. Flajshans stwierdził, że dochody Husa porównywalne są do rocznego uposażenia posła cesarskiego w parlamencie Austro-Węgierskim. Na próżno szukać wzmianek na ten temat w apologetycznych biografiach poświęconych Husowi. Czyżby bycie bogatym było czymś wstydliwym, czymś moralnie złym?... Oczywiście, nie. Przyczyna leży w postulowanym przez Husa ubóstwie Kościoła, powrocie do ewangelicznej zasady zapomnianej przez księży, potępianiu przez niego beneficjów kościelnych, zakonów kontemplacyjnych, które posiadają – rzekomo nieprawnie – dobra ziemskie. Warto porównać postawę tego „nieprzeciętnie uczciwego kapłana” ze św. Franciszkiem z Asyżu. Hus głosił potrzebę rezygnacji z dóbr ziemskich przez Kościół, głosił powrót do Kościoła ubogiego, ale sam nie wyrzekł się ani swoich dochodów, ani godności, ani beneficjów... Św. Franciszek, głosząc totalne ubóstwo i prostotę, czynił to z czystości serca i pokory, nawoływał do dobrowolnej rezygnacji z posiadania dóbr, nie wymagając tego od wszystkich. Hus był tym, który widział „źdźbło w oku bliźniego”, a nie był w stanie zauważyć „belki w swoim oku”. Św. Franciszek rozpoczynał od samego siebie, biorąc ślub z „Panią Biedą” dobrowolnie. Okazuje się, że człowiek „o nieskazitelnym życiu osobistym” był zakłamanym, chciwym wichrzycielem, dla którego dostosowanie życia do głoszonych poglądów było niemożliwe do zrealizowania. Ba, Hus nawet nie próbował! Spłonął na stosie jako bogaty człowiek, domagający się od wszystkich ubóstwa, gdy w tym samym czasie jeden z jego zwolenników, Jakub ze Stŕibra, wyzbył się wszelkiej własności i żył w biedzie.

Na Uniwersytecie Karola IV Jan Hus zetknął się z poglądami angielskiego heretyka Johna Wyclifa, które w środowiskach intelektualnych ówczesnej Pragi były bardzo modne. John Wyclif, właściwie John Wig-Löw, urodził się ok. 1320 r. w rodzinie żydowskich konwertytów z hrabstwa Yorkshire. Chorobliwie ambitny, jako proboszcz Lutterwirth starał się o godność biskupa Wighorn, która została mu odmówiona przez papieża Urbana V. Urażony Wyclif wraz z garstką zwolenników wystąpił przeciw Kościołowi, otrzymując poparcie możnego, zadufanego w sobie regenta, hrabiego Lancaster, obrażonego na Kościół, ponieważ ten nie chciał podporządkować się jego planom politycznym. Wyclif i jego poplecznicy rozpoczęli kampanię oszczerstw, oskarżając hierarchię angielską o herezję. Jego poglądy, coraz niebezpieczniej radykalizujące się, zostały potępione przez synod londyński i Uniwersytet w Oxfordzie w 1382 r. Tezy swoje zawarł w dziele Trialogus, przełożonym później przez Husa na język czeski. Wyclif był zwolennikiem nieuniknionej predestynacji; twierdził, że i Bóg i ludzie nie są wolni; negował transsubstancjację, spowiedź, używanie krzyżma i olejów w udzielaniu sakramentów. Zaprzeczał potrzebie istnienia hierarchii kościelnej, twierdząc, że została ona stworzona przez ludzi i nie posiada władzy duchowej, od czasów Konstantyna wszyscy papieże są potencjalnymi antychrystami, posiadanie dóbr przez duchowieństwo świeckie i zakonne jest wykroczeniem przeciwko ewangelicznej zasadzie ubóstwa. Król i szlachta powinna Kościołowi odebrać wszelkie dobra, a dawanie zakonnikom jałmużny zawarowane winno być ekskomuniką. Księgi Wyclifa dotarły do Czech jeszcze za jego życia (zm. 1384 r.), w związku ze ślubem czeskiej księżniczki Anny z królem Anglii Ryszardem II w 1382 r. Dla księdza (!) Husa potępione poglądy angielskiego heretyka stały się głównym credo dalszego życia. Warto zauważyć że Hus, otrzymując magisterium z teologii na uniwersytecie praskim, złożył przysięgę wierności: że nie odstąpi od Kościoła i będzie występował przeciwko heretyckim błędom. O. Wojciech Metelka CSsR, autor cyklu artykułów poświęconych Husowi i husytyzmowi w przedwojennym piśmie redemptorystów czeskich „Svata Hora”, podsumował fascynację Husa poglądami Wyclifa starym czeskim przysłowiem, znanym również w Polsce: „Jeśli ślepy wiedzie ślepego, to razem do dziury wpadną”.

Zafascynowany poglądami Wyclifa Jan Hus rozpoczął głoszenie ich na uniwersytecie, zyskując zwolenników wśród czeskich studentów. Doprowadziło to do wybuchu konfliktu pomiędzy Czechami a Niemcami na uczelni w 1408 r. Tezy Husa, uzupełnione o heretyckie poglądy Niemca Jana Hubnera, wywołały sprzeciw niemieckich wykładowców oraz studentów z Pragi, którzy przy pomocy normalnej w XV wieku procedury uniwersyteckiej chcieli przegłosować zakaz głoszenia „wycklifizmu”. Niemcy dysponowali trzema głosami na uczelni (saskim, bawarskim i polskim) przeciw jednemu – czeskiemu. Sytuacja Husa była przesądzona... ale Hus był sprytny i postanowił rozegrać partię po swojemu. Uzyskał poparcie pisarza królewskiego Mikulasza Augustina, któremu udało się wpłynąć na króla Wacława, nie darzącego Husa zbytnią sympatią. Przekonano króla, że należy odebrać Niemcom trzy głosy, a przekazać je Czechom, bo są w „demokratycznej” większości, ponieważ w Paryżu Francuzi mają trzy głosy. 18 kwietnia 1409 r. król Wacław odebrał nacjom przywileje Karola IV, przekazując je tylko Czechom, na mocy dekretu w Kutnej Górze. Hus był uratowany, gdyż jego zwolennicy posiadali od tego momentu przewagę nad prawowiernymi katolikami. Ale była to katastrofa dla praskiego uniwersytetu, który opuścili liczni naukowcy znajdujący się w konflikcie z Husem. Część z nich zasiliła odnowioną przez św. Jadwigę Akademię Krakowską, doprowadzając do jej ponownego rozkwitu. Studenci z Polski, Śląska, Moraw, a także z krajów niemieckich wybierali studia w Wiedniu, Erfurcie, Heidelbergu czy Krakowie. Uczelnia, z której był tak dumny cesarz Karol IV, znalazła się w kryzysie. Bardzo często propaganda husycka przedstawiała opisywany konflikt jako starcie narodowościowe. Hus miał być przywódcą antyniemieckiego ruchu w Czechach. Jednak walka „o trzy głosy” w rzeczywistości była konfliktem religijnym zwolenników Husa (głównie Czechów, ale również Niemców!) z wiernymi Kościołowi katolikami (Niemcami, Polakami, ale także Czechami!)1. Zwycięstwo na Uniwersytecie Karola IV napełniło Husa przekonaniem, że może głosić swoje tezy nie tylko z uniwersyteckiej katedry, ale również z ambony.

W tym samym roku, w którym rozgrywały się ważne wydarzenia na uczelni, zaniepokojony rozszerzaniem się poglądów kacerskich w Pradze, wystąpił przeciwko Husowi jego wcześniejszy dobrodziej abp Zbynek – ten sam, dzięki któremu Hus uzyskał wszystkie swoje zaszczyty i godności. Heretyk na czele swoich zwolenników bezpardonowo zaatakował arcybiskupa. W Pradze wybuchły zamieszki, do których przyłączyli się przeciwnicy władzy Luksemburgów nad Czechami. Skarga abp. Zbynka zbiegła się z protestem mistrzów uniwersytetu praskiego u papieża Grzegorza XII, który upoważnił arcybiskupa do potępienia Husa i zażądał od króla zażegnania konfliktu i likwidacji herezji. 20 maja 1408 r. ówczesna elita naukowa Królestwa Czech (ponad 1200 osób) jednomyślnie potępiła 45 artykułów głoszonych przez Husa i jego zwolenników. Poparcie dla Husa wcale nie było takie powszechne, jak przedstawiają to prace gloryfikujące husytyzm. Potępienie wcale nie zraziło Husa, czeski historyk Jan Sedlak w biografii Husa cytuje fragmenty kazań, w których swoje potępienie nazwał on dziełem szatana, papieża antychrystem, arcybiskupa faryzeuszem, a siebie przyrównywał do Chrystusa. Na razie Hus był panem uniwersytetu.

Sytuacja papiestwa w tym czasie ulegała niestety pogorszeniu. Aby zażegnać gorszącą dwuwładzę, kardynałowie zarządzili zwołanie soboru w Pizie, na który miał przybyć papież Grzegorz XII i antypapież Benedykt XIII. Po długich naradach sobór pozbawił władzy obu papieży jako schizmatyków i powierzył pieczę nad Kościołem abp. Mediolanu Philargiemu, który przyjął imię Aleksandra V. Sobór z 1409 r. pogłębił chaos, z papieży dwóch zrobiło się trzech (papież Grzegorz XII, antypapież Benedykt XIII i nowy antypapież Aleksander V). Wierności prawowitemu następcy św. Piotra dochowała duża część Italii i Rzeszy. Europa podzieliła się, zachodziło już słońce chrześcijańskiego uniwersalizmu. Odpowiedzialność za losy Kościoła spoczęła już nie pierwszy raz na cesarzu, którym od 1410 r. był pomysłodawca zwołania soboru w Konstancji Zygmunt Luksemburczyk.

Czechy (tak jak i Polska w tym czasie) znalazły się w obrębie wpływów kurii Aleksandra V, który zażądał od abp. Zbynka złożenia raportu z sytuacji w kraju. Owocem przesłania papieżowi spisu tez Husa było wydanie zakazu głoszenia przez niego kazań pod karą ekskomuniki i spalenie w Pradze w czerwcu 1410 r. książek Wyclifa. Hus odwołał się do antypapieża Jana XXIII, następcy zmarłego Aleksandra V. Jan XXIII powołał Husa przed swój sąd, przed którym Hus nigdy nie stanął. Słał mu natomiast niezwykle pokorne listy, zapewniając o swoim poparciu, o swojej prawowierności i miłości, jaką otacza Ojca Świętego. Jan odpowiedział groźbą ekskomuniki w razie niewypełnienia poleceń. Hus powoli tracił oparcie w uczelni i sprzyjających mu do niedawna kręgach politycznych. Pozostała ulica... i właśnie ona dała Husowi potrzebne poparcie w dalszych działaniach. Zwolennicy heretyka rozpoczęli rozruchy, polała się krew. Zorganizowano „procesję”, w czasie której spalono zwoje papieru symbolizujące papieskie bulle. Czeski historyk Jan Palacky, którego nie można oskarżyć o stronniczość, tak opisuje Husa: „nieobyczajna śmiałość, nieustępliwość, bezwzględność dla przeciwników, widoczna dla oka łasość na poważanie i sławę u ludu...”. Jan XXIII nałożył na Pragę interdykt, dopóki przebywać w niej będzie Hus. Król Wacław IV, izolujący się do tej pory od narastającego konfliktu, nakazał sprawcy tego zamieszania opuszczenie Pragi. Ale sytuacja uspokoiła się tylko na kilka tygodni, bo Hus osiadłszy pod Pragą w dalszym ciągu oddziaływał na nastroje ulicy. Król, który chciał rozwiązać problem po dobroci, zwołał na 6 lutego 1413 r. synod, który miał zająć się tą sprawą. Zwolennicy herezjarchy, Hieronim z Pragi, Maciej Knyna i Stanisław ze Znojma przybyli na synod doskonale przygotowani i nie tylko nie odwołali poglądów heretyckich, ale oskarżyli o odstępstwo hierarchię. Ojciec Metelka CSsR pisze, że w tym momencie nastąpiło formalne odłączenie Husa i jego zwolenników od Kościoła. Na Pragę po raz kolejny nałożony został interdykt, Hus zaś nadal głosił kazania i podburzał do kolejnych rozruchów. Król przeszedł do bardziej zdecydowanego działania, winnych rozruchów osądził, a głównego wichrzyciela wygnał z Pragi. „Mistrz Jan” znalazł schronienie u szlachcica z Usti na zamku Kozi Hrad, zwanym Taborem. Szybkimi krokami zbliżał się czas ostatecznej konfrontacji.

Zygmunt Luksemburczyk zwołał na 1 listopada 1414 r. sobór do miasta Konstancja. Celem soboru miało być zakończenie trójpapiestwa i rozpoczęcie reformy wewnątrzkościelnej. Idea soboru cieszyła się zasłużonym zainteresowaniem wszystkich państw Europy. Zygmunt zadecydował, że w Konstancji rozpatrzona zostanie również kwestia wyclifizmu głoszonego w Czechach przez Jana Husa. Na rozwiązaniu sprawy zależało także królowi Wacławowi, który nakazał Husowi udanie się do Konstancji. Hus, któremu grunt palił się pod nogami, starał się za wszelką cenę znaleźć potwierdzenie swojej prawowierności, co udało mu się wymóc na chwiejnym, upominanym przez Jana XXIII następcy na praskim tronie arcybiskupim, Konradzie z Vechty. Z drugiej strony napisał list do prażan, obiecując wytrwanie w tej nauce, którą im głosił w kazaniach i za którą z radością umrze, jeśli trzeba. Zygmunt obiecał zaopatrzyć Husa na drogę w list żelazny.

Jan Hus wyruszył do Konstancji w październiku 1414 r. Jako że kancelaria nie wystawiła na czas listu żelaznego, cesarz przydzielił mu obstawę złożoną z kilku czeskich rycerzy (m.in. Jana z Chluma). Obawy o bezpieczeństwo heretyka były bezpodstawne, w Konstancji nie został aresztowany, cieszył się pełną swobodą, przez jakiś czas mógł odprawiać Mszę św., mógł też bez przeszkód przyjmować gości. Mieszkał w Konstancji na swój koszt u wdowy Fidy. Dopiero wtedy otrzymał sławny list żelazny od cesarza.

Pomimo wielu ważnych spraw na soborze już 28 listopada rozpoczęto przygotowania do sądu inkwizycyjnego. Wraz z jego rozpoczęciem, według przepisów prawa kanonicznego, osoba oskarżona miała przebywać w areszcie. Hus trafił najpierw do pałacu biskupiego, potem do domu kantora katedralnego, później do klasztoru dominikanów, w końcu do franciszkanów w Konstancji. Wokół opisywanych poniżej wydarzeń narosła niebywała „mitologia”, podsycana z jednej strony przez ignorantów, z drugiej zaś przez masonów i historyków antykatolickich. Przedwojenny doktor teologii A. A. Neumann przedstawił proces powstawania tych mitów historycznych w dziewiętnastowiecznej i dwudziestowiecznej historiografii czeskiej, opierającej się na husyckich źródłach. Według Ladislava Horaka, Hus został uwięziony w celi szerokiej na trzy stopy, długiej na siedem, a wysokiej na sześć stóp, śmierdzącej, mokrej, w której nie mógł wyschnąć. W Polsce dorobiono do tego historyjkę o odwiedzinach Zawiszy Czarnego w klasztorze, w którym aresztant był przetrzymywany, i jego oburzeniu na panujące tam warunki. Inny jednak obraz znajdujemy w korespondencji Husa wysyłanej przez cały ten czas do rycerza Jana z Chluma. Cela Husa była taką samą celą klasztorną, w jakiej mieszkali zakonnicy; Hus posiadał „swojego” zakonnika do posług, co świadczy o tym, iż był traktowany w klasztorze raczej jako gość niż więzień; miał prawo do pisania listów, przyjmowania gości, posiadania wbrew regule klasztornej poduszek i ciepłej pierzyny. Kiedy zachorował, Jan XXIII posłał mu swojego osobistego lekarza.

Hus w czasie badania tez Wyclifa „szedł w zaparte” twierdząc, że nie jest wyclifistą, ale prawowiernym katolikiem. Wyparł się wszystkiego, co spowodowało wściekłość niektórych jego zwolenników. Jan z Chluma zarzucał mu nawet, że tak łatwo wyparł się „prawdy Bożej”. Gdyby Hus w czasie dalszego procesu postępował w podobny sposób, niechybnie uratowałby życie – tym bardziej, że cesarz przychylał się do zwolnienia go i przeprowadzenia dalszego dochodzenia w Czechach. Ale nastąpił dość dziwny zwrot... Nadszedł czas badania poglądów samego Jana Husa. Kanclerz paryskiej Sorbony Gerson i mistrz uniwersytetu praskiego Palecz przygotowali spis wypowiedzi Husa w oparciu o jego dzieło Tractatus de Ecclesia (Traktat o Kościele) i głoszone kazania, składający się z ponad trzydziestu zdań sprzecznych z nauką Magisterium. Hus zaatakował, podważając ich prawdziwość, twierdząc, że zostały sfałszowane i wypaczają jego poglądy. Pisał: „niektóre fragmenty sam napisałem i głosiłem, twierdziłem, że są prawdziwe, ale niektóre jednak zostały wymyślone przez nieprzyjaciół, tam przydając, tu ubarwiając”. Argumentacja ta stała się podstawą oskarżania Kościoła o prześladowanie i uśmiercenie niewinnego człowieka, której echa pobrzmiewają w modernistycznych uzasadnieniach rehabilitacji Husa. J. Sedlak i A. A. Neumann dokładnie zanalizowali źródła (wypowiedzi Husa) i porównali je z fragmentami przytaczanymi przez Gersona i Palecza. Aż 17 zdań z przygotowanych przez inkwizytorów 30 było dokładnymi cytatami z pism Husa2. Oskarżony odmówił uznania 7 zdań, które jednak mają odzwierciedlenie w jego poglądach, np. fragment 18 – „Dostojność papieska ma swój początek od cesarza rzymskiego”, w rozdziale XIII O Kościele brzmi – „Widzimy z kronik, jak powstała władza papieża od cesarza Konstantyna”; fragment 20 – „Papież nie żyjący jak św. Piotr nie może nazywać się papieżem lub Namiestnikiem Piotra, ale Antychrysta”, w rozdziale XIV brzmi – „Żyje przecież na przekór cnotom (...) jest prawym i rzeczywistym Namiestnikiem Chrystusa i Piotra, czy raczej namiestnikiem Antychrysta?”. Dr Neumann pisze zdecydowanie: „Nie może być prawdą spreparowanie fragmentów”. Gerson i Palecz ustąpili, heretyckie wypowiedzi ograniczono do trzydziestu dziewięciu. Zdania potępione zawierały poglądy bliskie wyclifizmowi. Oto niektóre z nich: „Jedynym, świętym i realnym Kościołem jest zbiorowość wszystkich predestynowanych do zbawienia” (pkt 1); „Piotr nigdy nie był głową Kościoła” (pkt 7); „Księża, którzy żyją w grzechu, tracą moc kapłańską” (pkt 8); „Bez wyraźnego wskazania Bożego nikt nie może twierdzić, że jest głową któregokolwiek Kościoła, a biskup rzymski nie jest głową Kościoła rzymskiego” (pkt 10); „Posłuszeństwo kościelne zostało wymyślone przez księży, nie ma żadnego potwierdzenia w Piśmie św.” (pkt 15); „Ktokolwiek został wyświęcony na księdza, ten otrzymał rozkaz, aby głosić kazania i musi być temu posłuszny, nałożenie klątwy nic nie zmienia” (pkt 18); „Jeśli jest papież zły i obrzydliwy, to jest predestynowany [do potępienia]; tak jak Judasz jest diabłem, złodziejem i synem zguby, a nie głową Kościoła” (pkt 20); „Miłość predestynowanych jest związkiem, takim jak ciało Kościoła, a każda część nierozerwalnie jest związana z Chrystusem jako głową” (pkt 21); „Wyklęcie przez doktorów 45 tez Wyclifa jest bezdowodne i niesprawiedliwe, gdyż sugerują, że tezy te są sprzeczne z katolicyzmem, że są błędne i gorszące” (pkt 25); „Nikt nie jest panem świeckim, nikt nie jest prałatem, nikt biskupem, jeśli znajduje się w grzechu śmiertelnym” (pkt 30). Wybrane fragmenty, charakterystyczne dla poglądów Husa, pochodzą z bulli papieża Marcina V, który 22 II 1418 r. jeszcze raz uroczyście potępił tezy Husa, zaiste „bliskie eklezjologii II Soboru Watykańskiego”...


Hus grał na zwłokę, licząc na fiasko Soboru, który przecież za główny swój cel postawił sobie zażegnanie gorszącego podziału władzy papieskiej. Całkiem jednak pogrzebał swoje nadzieje w momencie, kiedy przechwycono w Czechach jego list do prażan, w którym napisał, że „otrzyma pozwolenie na publiczne wysłuchanie tylko wtedy, gdy zapłaci sługom Antychrysta 2000 dukatów”. Hus z wielkim wstydem musiał przyznać przed Ojcami Soborowymi, że był autorem listu...

4 maja 1415 r. Sobór potępił poglądy Johna Wyclifa. Husa przeniesiono z klasztoru do pobliskiego zamku bp. Konstancji w Gottlieben, wkrótce po odczytaniu mu zarzutów. Zareagował wymijająco, nie przyznał się do winy, twierdził, że dowody są spreparowane, domagał się możliwości wygłoszenia obszernego wykładu i pojednania. Z drugiej strony w liście do swoich przyjaciół sam przyznawał, że nie był szczery i uczciwy w rozmowie z przedstawicielami Soboru, podsumowując to słowami: „Bóg Wszechmogący dał mi dziś serce stateczne i niebojaźliwe”. Mimo wszystko Sobór i trybunał przez Sobór powołany liczył na skruchę heretyka. Husa odwiedzał dominikanin Jan Falkenberg, z którym więzień rozmawiał przez cały czas pobytu w klasztorze dominikanów. On również na specjalne życzenie Husa był jego ostatnim spowiednikiem przed śmiercią. 7 i 8 czerwca podsądny miał rozmowę z Piotrem kard. de Ailly i Franciszkiem kard. Zabarellą, którzy z prawdziwym zatroskaniem starali się namówić Husa do odwołania poglądów. Nie odniosło to jednak żadnego skutku. Oskarżony trwał w uporze, żądając w imię Boga i swojej świadomości pouczenia z Pisma św. i „z rozumu”, w czym jego poglądy są sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Czyżby rektor uniwersytetu w Pradze był aż tak nieświadomy?... Hus otrzymał pouczenie, zawierające również żądanie uznania błędów, przyrzeczenia, że nie będzie ich głosił w przyszłości, publicznego ich odwołania i uczenia ich przeciwności, czyli nauki Kościoła katolickiego. Następnie otrzymał miesiąc na przemyślenie żądań. Zygmunt Luksemburczyk osobiście starał się przekonać zaślepionego heretyka, aby nie gubił samego siebie. 5 czerwca kardynałowie Zabarella i de Ailly wraz z sześcioma Ojcami Soboru przybyli przekonać więźnia o bezsensowności trwania w uporze i przedstawić mu nową formułę odwołania. Głosiła ona, że Hus „poglądów tych nigdy nie głosił, a nawet gdyby to uczynił, to byłby postępował nagannie, bo uznaje je za błędne i potwierdza pod przysięgą, że w przyszłości ich nie chce głosić”. Na większy kompromis Kościół nie mógł już pójść, bo sprzeniewierzyłby się „powszechnie uznanym prawom Kościoła – tępienia herezji i heretyków” (o. Guilleux). Był to gest dobrej woli, ponieważ sam Hus był poniekąd autorem tych słów. Hus jednak odmówił... i na nic się zdało sprowadzenie z rozkazu Zygmunta na zamek jego przyjaciół Jana z Chluma i Vaclava z Dube, czy osobista wizyta księcia Ludwika Bawarskiego. Jak pisze Warren H. Carroll, Hus był coraz bardziej zatwardziały, w rozmowach bluźnił, nie słuchał życzliwych sobie ludzi. 6 czerwca 1415 r. w katedrze odbyła się ceremonia publicznego wyklęcia Jana Husa jako zatwardziałego heretyka, który sprzeniewierzył się swojemu stanowi duchownemu; uznano go za szerzyciela herezji Wyclifa, zdegradowano i zobowiązano wszystkich do spalenia jego książek. Oskarżony został wezwany przed ołtarzem po raz ostatni do odstąpienia od herezji, ale nic nie odpowiedział. Po tym zdjęto z niego szaty duchowne, zgolono tonsurę i po obleczeniu w pokutne szaty włożono na głowę czapkę z przedstawieniem diabła, połykającego dusze potępieńców z napisem: „Hic est haeresiarcha!”. Sobór orzekł, że od tej chwili nie ma z Husem nic wspólnego. Właściwie na tym można by zakończyć smutną historię Jana Husa, ponieważ od tego momentu znajdował się on w mocy władzy świeckiej. Ale z finałem tej całej sprawy łączą się największe oskarżenia miotane pod adresem Kościoła.


Kościół nie spalił Husa na stosie. Prawo kanoniczne również w średniowieczu nie przewidywało kary śmierci. W najcięższych przypadkach, dotyczących zwłaszcza heretyków, którzy byli duchownymi, heretyków zatwardziałych lub szczególnie niebezpiecznych przekazywano władzy świeckiej – prawu świeckiemu, które za takie przestępstwa przewidywało karę śmierci przez spalenie. Dla władzy świeckiej herezja była groźnym przestępstwem, które zazwyczaj pociągało za sobą niebezpieczne konsekwencje społeczne i polityczne, stąd surowość rozprawiania się z kacerzami. Jeśli uświadomimy sobie ogrom zniszczeń w całej Europie Środkowej, jaki był udziałem husytów, spalone miasta, zamki, zniszczone klasztory, splądrowane kościoły, głód, który szedł za oddziałami taborytów, czy okrucieństwo „rozmodlonego” żołdactwa husyckiego w Czechach, na Morawach, na Pomorzu, na Śląsku i w Niemczech, to śmierć Husa przestaje przerażać. Warto przypomnieć sobie bezwzględność przywódcy husyckiego, ślepego Jana Żiżki, mordującego duchownych i katolików, którzy nie chcieli wyrzec się Wiary, uderzeniem czekana w czaszkę (twierdzi się nawet, że nosił „naszyjnik” z nosów i uszu księży i zakonników).

Zatwardziałość Husa znalazła swój koniec na stosie. Oddany w ręce elektora Palatynatu, został przekazany władzom miasta Konstancji i tego samego dnia (6 lipca 1415 r.) przed zachodem słońca spalony... Prochy wsypano do Renu. W tym czasie przedstawiciel polskiego Kościoła na soborze, abp Mikołaj Trąba odprawił w katedrze „solenną sumę”. Papież Leon X pisał o Husie: „Wieluż-to wykładało szkodliwsze jeszcze zasady, ale żaden nie był tak krnąbrnym i niepohamowanym jak Hus, a błędy te powiodły go na rusztowanie”.

Kościół nie złamał gwarancji danych Husowi przez cesarza Zygmunta Luksemburczyka. Ten fałszywy zarzut powtarzany był z wielką lubością przez protestantów, posiłkujących się rzekomo wypowiedzianym przez Sobór zdaniem, że „heretykom żadnej wiary dochowywać nie trzeba”. Nie występuje ono jednak w jakimkolwiek dokumencie Soboru czy źródle dotyczącym wydarzeń z 1414-1415 r. i stanowi wymysł protestanckiego historyka Gieselera, pragnącego usprawiedliwić niestawienie się Lutra przed sądem kościelnym. Badający ten problem o. Guilleux jednoznacznie stwierdza, że cesarz zastosował normalną w tych czasach procedurę względem osoby podejrzanej o ciężkie przestępstwo, która miała stanąć przed sądem i złożyć wyjaśnienia. List-glejt, który chronił Husa w czasie drogi do Konstancji (jako, że list nie dotarł na czas, przydzielono eskortę), miał zapewnić również spokój w samej Konstancji, aż do rozstrzygnięcia sprawy. Hus miał całkowitą pewność, że w razie udowodnienia herezji kara go nie minie. Pisał: „Jeśli mnie [Sobór] o jaki błąd przekona, a dowiedzie, żem uczył rzeczy z wiarą niezgodnych, nie odmówię poddania się wszelkim karom, na heretyków ustanowionym”. Nie było to jedyne stwierdzenie Husa, posiada ono potwierdzenie w stwierdzeniach Jana z Chluma. Podobnie Zygmunt Luksemburczyk przestrzegając Husa przed obstawaniem przy herezji, miał powiedzieć: „Zamiast potakiwać twoim błędom, raczej sam stos twój podpalę. Jeśli więc chcesz ich bronić, pamiętaj, że Sobór ma władzę i prawa, według których postąpi z tobą”. Stosunek samego Soboru do kwestii listu żelaznego możemy poznać z odpowiedzi udzielonej Hieronimowi z Pragi, uczniowi Husa, który prosił Sobór o list żelazny. Otrzymał w odpowiedzi: „Sobór, o ile to odeń zależy i podług wymagań wiary prawdziwej, udziela ci listu żelaznego, aby cię uchronić od wszelkiej przemocy, z zachowaniem wszakże praw sprawiedliwości, salva semper iustitia”. Gdyby uznano Hieronima heretykiem, zażądanoby od niego wyrzeczenia się błędów lub osądzono by go. Tak też się stało... List żelazny nie miał chronić przed sprawiedliwą karą. Jan XXIII powiedział w czasie Soboru: „Gdyby nawet Hus zabił mego własnego brata, jeszczebym nie dopuścił, aby mu się stała jakaś krzywda w Konstancji”.

Jak widać, Kościół nie ponosi moralnej winy za śmierć Husa. Postępował w jego kwestii delikatnie, starając się nawrócić heretyka, zwlekał z wydaniem wyroku skazującego i przekazaniem podsądnego w ręce władzy świeckiej. W związku z tym rodzi się pytanie, dlaczego Kościół katolicki w osobie następcy św. Piotra, następcy Grzegorza XII i Marcina V przeprasza za śmierć Jana Husa? – Przyczyna leży w ekumenizmie, który jest zakamuflowanym synkretyzmem religijnym, w akceptacji antropocentrycznych praw człowieka, humanizmie integralnym, wyznawanym przez Jana Pawła II. Jednym słowem – w liberalizmie, który błąd wynosi do godności prawdy. Ω

Prace wykorzystane w artykule

L. Accattoli, Kiedy papież prosi o przebaczenie. Wszystkie „mea culpa” Jana Pawła II, Kraków 1999.
J. Alzog, Historya powszechna Kościoła, t. IV, Warszawa 1855.
W. H. Carroll, The Glory of Christendom. A History of Christendom. t. III, Fort Royal 1993.
Encyklopedja kościelna pod red. ks. M. Nowodworskiego, t. VII, Warszawa 1875, s. 552-577.
V. Flajshans, Mistŕ Jan, ŕeceny Hus z Husince, Praga 1901.
H. Masson, Słownik herezji w Kościele katolickim. Katowice 1993.
V. Metelka CSsR, Otazka Husova a „husitsky” narod. [w:] „Svata Hora”. R. 1937, s. 36-38; 57-60; 83-87; 103-107; 129-133; 171-174; 215-221; 254-256.
P. Mracek OP, Priručka cirkevnich dejin, Praga 1994.
A. A. Neumann, Hus dle najnovejsi literatury, Praga 1931.
Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości. Dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej 2000, Sandomierz 2000.
Podręczna encyklopedia kościelna pod red. ks. Z. Chełmickiego, t. XV-XVI, Kraków 1908, s. 402-405.
A. J. Sarwa, Herezjarchowie i schizmatycy, Poznań 1991.
O. von Schaching, Jan Hus und seine Zeit, Ratyzbona 1914.
J. Sedlak, Mistŕ Jan Hus, Praga 1915.
F. K. Seppelt, K. Loffler, Dzieje papieży od początków Kościoła do czasów dzisiejszych. t. I, Warszawa 1995.
ks. J. Umiński, Historia Kościoła, t. I, wyd. IV, Opole 1959.

Przypisy:

(1) Hus tak naprawdę nigdy nie głosił poglądów antyniemieckich, wysławiał cesarza Karola IV i kierował swoje kazania również do Niemców. Dopiero po jego śmierci husyci podnieśli hasło oczyszczenia królestwa z wpływów niemieckich, co oznaczało utopienie monarchii we krwi wojny domowej. Propagandę antykatolicką wzmocniła jeszcze przegrana przez Czechów w 1620 r. bitwa pod Białą Górą.
(2) Gerson i Palecz nad wypowiedziami Husa pracowali osobno. Lista Gersona zawierała 20 zdań, lista Palecza aż 30 zdań – w sumie 50, jednak duża część z nich pokrywała się ze sobą, z czego bierze się liczba 30 zdań. Papież Marcin V potępił w 1418 r. 30 wypowiedzi Jana Husa.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

poniedziałek, 4 listopada 2013

Reformy małżeńskie Lutra


Luter zajmuje się sprawami małżeńskimi często i obszernie. Złożyły się na to różne przyczyny: walka z celibatem kapłańskim i ślubami zakonnymi, walka z autorytetem Kościoła i papieża, potrzeba obrony małżeństwa własnego i towarzyszy najbliższych, zamieszanie w sprawach małżeńskich jako skutek usuniętego prawa kanonicznego itd. Toteż uważa się Luter za odnowiciela małżeństwa i w rozmowach z przyjaciółmi chełpi się, mówiąc: “Książkami swymi postawiliśmy stan małżeński znowu na nogi”.

dr Marcin Luter i Katarzyna von Bora
Wobec tego rozpatrzymy w niniejszej rozprawce, jaka była treść i wartość reform małżeńskich Lutra. W okresie tworzenia się polskiego prawa małżeńskiego, temat ten posiada – sądzę – pewną aktualność.

I. ZAPRZECZENIE SAKRAMENTALNOŚCI MAŁŻEŃSTWA

Już w roku 1519 wyraża Luter w kazaniu o małżeństwie oraz w liście do przyjaciela poważne wątpliwości co do godności sakramentalnej małżeństwa.

Roku następnego wydaje rozprawę “De captivitate Babylonica”, w której odrzuca bezwzględnie autorytet Kościoła katolickiego. Nie jest to zapewne przypadkiem, że w tym właśnie piśmie wypowiada się Luter otwarcie już przeciwko sakramentalności małżeństwa, zostawiając na razie 3 tylko sakramenty: chrzest, pokutę i eucharystię. Nieraz czyni Kościołowi zarzut z tego, że Kościół głosi niby sakramentalność i świętość małżeństwa, równocześnie jednak zakazuje księżom małżeństwa, jakoby było czymś nieczystym i grzesznym. Wiadomo, jak zręcznie umiał Luter dobierać argumenty demagogiczne.

Tego samego roku w odezwie “Do szlachty chrześcijańskiej” zezwala kapłanom zawierać związki małżeńskie wbrew prawu kanonicznemu, które, jego zdaniem, jest niczym więcej jak sumą błędnych i niebezpiecznych praw. Walcząc niby o wolność chrześcijańską i wolność sumienia, objawia Luter na każdym kroku wyraźną niechęć albo wręcz nienawiść wobec praw ludzkich; a już prawników obrzuca przez całe życie niewybrednymi wyzwiskami z bogatego swego arsenału.

Na miejsce prawa kanonicznego stawia Luter jako najwyższe instancje w sprawach małżeńskich Pismo św., zwłaszcza Stary Testament [Tak! - admin], i sumienie ludzkie. Przykład patriarchy starozakonnego ma dla niego moc prawa, ma w oczach jego większą wartość niż 100000 papieży. Takich i podobnych nieostrożnych słów uczepił się później książę Filip Heski, żądając pozwolenia na bigamię wedle przykładu patriarchów. I ostatecznie pozwolenie się znalazło, podpisane – jak wiadomo – przez Lutra i Melanchtona.

Lecz rychło zrozumiał Luter, że sprawy małżeńskie są zbyt zawikłane, aby można je pozostawić wyłącznie subiektywnemu uznaniu; stwarza więc w miejsce papieży i soborów nową instancję prawną: Zgodny sąd dwóch uczonych i uczciwych mężów w imieniu Chrystusa; sąd taki ma dla niego większe znaczenie, niż współczesne sobory.

Nie dziw, że w tych warunkach zamieszanie w sprawach małżeńskich rosło coraz więcej. “Wolność chrześcijańska” wyrodziła się w swawolę i rozpasanie, czego dowodem choćby straszny bunt chłopski. Okazała się potrzeba stałych norm prawnych i instancyj prawnych. I otóż ten sam Luter, który tak namiętnie walczył o wolność chrześcijańską przeciwko prawu kościelnemu, nie waha się przekazać prawnego uregulowania spraw małżeńskich władzy świeckiej. “Sprawy te należy zostawić zwierzchności świeckiej… Nikt przecież nie może zaprzeczyć, że małżeństwo jest rzeczą zewnętrzną, świecką, tak jak suknie i pokarm, dom i gospodarstwo, poddane władzy świeckiej”.

Luter nie chce się mieszać do tych świeckich spraw, jak to papież czynił, on chce być jedynie doradcą sumień ludzkich. Później mówi jeszcze wyraźniej: “Ponieważ ślub i małżeństwo są sprawą świecką, nie należy nam duchownym i sługom Kościoła niczego w tym względzie zarządzać”. Jeżeli wierni żądają błogosławieństwa kościelnego, modlitwy albo udzielenia ślubu, mają duszpasterze prośbę ich spełnić. Asystencja kościelna więc zależy od życzenia wiernych; małżeństwo istotnie staje się coraz wyraźniej “sprawą świecką”. Nie bez słuszności więc mogą zwolennicy ślubów cywilnych uważać Lutra za patrona swego.

Luter umiał burzyć, ale nie umiał tworzyć, a już zmysłu prawniczego nie posiadał wiele. Toteż z biegiem czasu uprzykrzył sobie sprawy małżeńskie zupełnie, a w pewnym liście wyznaje, iż sprawy te odrzucił od siebie a niektórym napisał, aby w imię wszystkich diabłów czynili, co chcą. Ostatecznie daje radę, aby każdy postępował tak, jak mu każe sumienie; tam, gdzie papież daje dyspensę, może każdy sam siebie dyspensować; a jeżeli swawola stanie się zbyt wielką, wtedy książęta mogą zarządzić zmiany. Rozpaczliwe istotnie rady! Nie dziw, że w tych warunkach prawo świeckie pozostało jako jedyna, stała norma postępowania.

Lecz dziwnie destruktywny umysł Lutra niebawem i to prawo świeckie podkopał i pogmatwał. Uczył bowiem, że istnieje różnica między prawem dla chrześcijan a dla niechrześcijan albo złych chrześcijan. Prawdziwy chrześcijanin żyje w porządku duchowym, kierując się ewangelią i sumieniem; zły chrześcijanin zaś może używać wolności, jaką mu daje Stary Testament, dla niego normą jest nie ewangelia, lecz prawo świeckie i juryści. Prawo świeckie jest w oczach Lutra jakoby środkiem policyjno-przymusowym ku poskromieniu grzesznych ludzi, dla chrześcijan prawdziwych zaś jest zbyteczne. Poglądy takie nie bardzo sprzyjały powadze prawa.

Nie dosyć na tym. Luter robi dalszą różnicę między dziedziną prawa a dziedziną sumienia. Sumienie, według niego, nie jest subiektywnym zastosowaniem obiektywnego prawa, lecz jest prawem samo dla siebie. Gdziekolwiek zachodzi sprzeczność między sumieniem a prawem, tam należy pójść za głosem sumienia, a nie dbać o prawo, albowiem “prawo istnieje dla sumienia, a nie sumienie dla prawa”.

W praktyce zastosował Luter zasadę tę m. in. w sprawie bigamii księcia Filipa Heskiego. Książę oświadczył, że mu “dla zbawienia duszy” potrzeba drugiej żony, 16-letniej Małgorzaty de Sale. Acz niechętnie, dał jednak Luter aprobatę swą, ale tylko w dziedzinie sumienia, jako tajemną radę spowiednika; zastrzega się jednak, że wobec świata i prawa publicznego rada ta nie istnieje i nie ma znaczenia.

Luter woli raczej “poczciwe, mocne kłamstwo” aniżeli przyznanie się publiczne do owej tajemnej rady. Przy tej sposobności wygłasza takie oto zasady: Tajemne “tak” jest publicznym “nie“; albo: necessitas (w tym przypadku: żądza książęca) frangit legem, sed non facit legem; albo: consilium …fit nullum per publicationem itd. Różnica między sumieniem a prawem – powiada Luter – jest uznana przez samego Pana Boga, nie trzeba jej tylko zacierać. Stwarza więc Luter fatalny dualizm między moralnością teologiczną dla użytku sumień ludzkich, a prawem publicznym. Nic to Lutra nie obchodzi, że decyzje dwóch tych instancyj są nieraz wręcz sprzeczne ze sobą: obydwie mają za sobą autorytet Boży. Dodać należy, że tzw. potrzeba sumienia często nie jest niczym innym jak nieopanowaną żądzą.

Wielu uważa Lutra jako bojownika wolności indywidualnej wobec przewagi autorytetu. Nie przeszkadza to jednak Lutrowi bynajmniej, by dzieci w sprawach małżeńskich poddać bezwzględnemu autorytetowi rodziców. Dziecko winno się poddać, gdy ojciec zmusza je do małżeństwa lub narzuca mu małżonka; owszem jeżeli młodzi pobrali się wbrew woli rodziców, wtedy ojciec w zasadzie ma prawo małżeństwo to rozerwać, chociażby małżonkowie kochali się wzajemnie a nawet mieli dzieci. Zapomina też Luter o zasadzie, którą tak namiętnie szermował przeciwko Kościołowi: Co Bóg połączył, niech człowiek nie rozłącza. Później co prawda zmienił Luter znowu stanowisko swoje, bo konsekwencją nie odznaczał się zupełnie; nie chcę tu jednak sprawy tej obszerniej rozwijać.

Pierwsza a zasadnicza reforma małżeńska Lutra polega więc na zaprzeczeniu sakramentalności małżeństwa i radykalnym usunięciu powagi Kościoła i prawa kanonicznego. Zamiast tego przekazuje po różnych wahaniach sprawy małżeńskie jako rzeczy świeckie prawu świeckiemu. Lecz powagę tego prawa niebawem znowu podkopuje niebezpiecznymi dystynkcjami między prawem dla chrześcijan a dla grzeszników, między forum sumienia a forum prawa publicznego, oraz niebezpieczną praktyką tajemnych rad i dyspens. Więc chociaż Luter nieraz wskazuje na ideał ewangeliczny, chociaż fatalne swe rady daje z litości dla nędzy ludzkiej, nie można mu oszczędzić zarzutu, że reformą swą małżeńską utorował drogę ludzkiej swawoli i namiętności.

II. PRZESZKODY MAŁŻEŃSKIE

Przeszkody małżeńskie, ustanowione przez Kościół, są zdaniem Lutra wypływem tyranii i chciwości, która stwarza przeszkody na to, aby za pieniądze od nich dyspensować. Toteż nie sili się wcale na jakąś rzeczową argumentację; za cały argument starczy mu nieraz – wyzwisko. A przecież były mu zapewne znane głębokie racje, jakie przytacza teologia scholastyczna dla umotywowania przeszkód małżeńskich, np. Tomasz, Summa c. Gent., lib. III. cap. 125 itd.

W imię rzekomej wolności znosi Luter jednym zamachem wszystkie przeszkody iuris ecclesiastici, stwarzając nowe, własne prawo małżeńskie. Przypatrzmy się niektórym jego szczegółom.

Jako przeszkodę uznaje Luter na razie 2. stopień pokrewieństwa i 1. stopień powinowactwa, a to dlatego, ponieważ o tych stopniach jest wzmianka w Piśmie św., specjalnie w Starym Testamencie. Mimo to na innym miejscu uznaje za ważne małżeństwo nawet w 1. stopniu powinowactwa, a także małżeństwo między kuzynostwem lub między stryjem a bratanką. Później widzimy u niego nowe wahania i nowe jaskrawe sprzeczności. Luter nie miał bowiem w tej sprawie ani jasnego zdania, ani jasnych zasad, lecz wahał się między dorywczo wybranymi przykładami z Starego Testamentu a paragrafami prawa świeckiego. Dziwne sprawia wrażenie, że Luter, który tak namiętnie zwalczał prawo kościelne jako dzieło ludzkie, poddaje się pokornie prawu świeckiemu. Dzięki temu prawu i dzięki interwencji książąt świeckich skierowano powoli znowu wolność albo raczej swawolę chrześcijańską, głoszoną przez Lutra, na wypróbowane tory prawa kanonicznego.

Pokrewieństwo duchowne usuwa Luter lekkim sercem jako zabobon ludzki; jeszcze bezwzględniej usuwa pokrewieństwo legalne, wynikające z adoptowania, jako bezwartościową zabawkę ludzką.

Przeszkodę wyższych święceń nazywa Luter wynalazkiem ludzkim i przeklętą ludzką tradycją, po pewnym wahaniu odrzuca także przeszkodę ślubów zakonnych.

Za to ogłasza Luter z wielką energią nowe impedimentum dirimens: brak zezwolenia rodzicielskiego.

Przeszkodę różnicy religii (cultus disparitas) Luter odrzuca z następującą dziwną zaiste argumentacją: “Wiedz, że małżeństwo jest rzeczą zewnętrzną, cielesną jak inne świeckie czynności. Podobnie więc, jak mogę z poganinem, żydem, turkiem, kacerzem jeść, pić, spać, chodzić, jeździć, kupować, rozprawiać i handlować, tak też mogę wstąpić z nim w stan małżeński i trwać w nim, i nie dbaj zupełnie o błazeńskie prawa, które tego zakazują”.

Ustanowienie impedimentum criminis nazywa Luter głupotą i bezbożnością.

Z wyjątkowym za to zapałem broni impedimentum impotentiae, zgodnie z swym zapatrywaniem o potędze żądz cielesnych.

Przeszkody wzbraniające oczywiście zbywa Luter jednym słowem: głupie żarty.

Luter odrzuciwszy autorytet Kościoła, odrzuca także całe prawodawstwo kościelne, dotyczące przeszkód małżeńskich. Ale łatwiej było odrzucić prawo stare, aniżeli stworzyć nowe. Wynikły stąd decyzje wahające, sprzeczne i niebezpieczne. Przewodnią ich nutą jest nienawiść wobec Kościoła, obrona tzw. wolności chrześcijańskiej i jak najdalej posunięta ustępliwość wobec przemożnego popędu płciowego.

III. ROZWODY

Luter wypowiada się wprawdzie nieraz przeciwko rozwodom, ale już w roku 1520 nie śmie bronić nierozerwalności małżeństwa, owszem tego samego roku ogłasza – choć jeszcze z pewnym wahaniem – wiarołomstwo jako powód do rozwodu. Separacji nie uznaje, gdyż, jego zdaniem, Chrystus nikogo nie zmusza do celibatu. W roku 1522 Luter już bez wahania godzi się na rozwód, a stronie niewinnej przyznaje prawo do zawarcia nowego związku. Lecz cóż ma uczynić strona winna? Najlepszym wyjściem byłoby, zdaniem Lutra, gdyby władza wiarołomną powiesiła; ale wobec niedbalstwa władz niechby sobie wiarołomca poszedł do innego kraju i tam się ożenił, skoro “nie może się powstrzymać”. Śmierć albo małżeństwo – oto lekarstwo na żądzę zmysłową. Przekonanie Lutra o niezmożonej potędze popędu płciowego wywiera fatalny wpływ na kształtowanie się nauki jego o małżeństwie.

Niebawem ogłasza Luter drugi powód do rozwodu: złośliwe opuszczenie małżonka lub małżonki. I tutaj znowu widzimy u niego w początkach pewne wahanie, lecz wkrótce już wyzbył się wątpliwości. Dostatecznym motywem wydaje mu się wzgląd na to, że nie można od nikogo wymagać niedobrowolnego celibatu; poszukał sobie też szybko uzasadnienie biblijne, rozciągając privilegium Paulinum, dotyczące niewiernych, śmiało także na takich “fałszywych chrześcijan”, co to opuszczają małżonków. Czas trwania owej dezercji małżeńskiej ocenia Luter w różnych czasach różnie; początkowo podaje termin 6-letni, później wystarcza mu pół roku, po którym to czasie pozwala wszcząć formalności rozwodowe.

Gdzie zachodzi gniew i kłótnia między małżonkami, tam Luter godzi się jedynie na separację.

Lecz cóż uczynić, kiedy jedna strona nie chce się pojednać; a druga “nie może się powstrzymać i musi mieć małżonkę względnie małżonka”? W takim razie Luter śmiało zezwala na powtórne małżeństwo; “ponieważ taki małżonek nie zna nakazu, by żył w czystości ani też nie posiada ku temu łaski…, nie będzie go Pan Bóg zmuszał do rzeczy niemożliwej”. W tym przypadku oczywiście powodem rozwodu jest już nie gniew, ale niemożliwość powstrzymania się, powód istotnie niezwykły, ale wypływający logicznie z przekonań Lutra.

Luter usunął wprawdzie przeszkodę, wynikającą z różnicy religii, mimo to uznaje niedowiarstwo jako powód do rozwodu, mianowicie w tym przypadku, gdy stronie chrześcijańskiej zakazuje się żyć po chrześcijańsku albo gdzie mąż przynagla żonę do kradzieży, wiarołomstwa itd. Ponownie stosuje tu Luter tzw. privilegium Paulinum nie tylko do niewiernych, ale także do “fałszywych chrześcijan”.

Odrębność religii sama przez się nie uprawnia do rozwodu, “albowiem związków świeckich i politycznych nie rozwiązuje się dla religii”.

O impotencji była już mowa przy przeszkodach małżeńskich. Ale Luter nie ogranicza się do impotentia antecedens, lecz przyznaje rozwód także przy impotentia subsequens, mimo dopełniania małżeństwa i mimo dzieci, z tego małżeństwa pochodzących, przy czym poleca następujący sposób postępowania: “Man exspecta 4. partem anni: si melius fit, bene, si non, separentur”.

Żonę, która mężowi odmawia debitum, winna władza przymusić albo zabić (dosłownie!). Jeżeli tego nie czyni, ma mąż wolną drogę do rozwodu.

O chorobie jako przyczynie do rozwodu Luter w różnych czasach różne wypowiadał sądy. Był czas, gdzie radzi pielęgnować troskliwie chorego małżonka, przy czym Bóg udzieli sam wstrzemięźliwości. Za to w liście z roku 1527 daje inne rozstrzygnięcie: Skoro żona trędowata dobrowolnie z mężem się rozstaje, można ją uważać za umarłą i mąż może z spokojnym sumieniem pojąć inną żonę. Luter pragnie bardzo, aby władza świecka ogłosiła trąd jako dostateczny powód do rozwodu, tymczasem zaś godzi się na rozwód, przynajmniej dla forum sumienia, na podstawie prawa Mojżeszowego.

Wobec ogromu materiału trudno tu podać wszystkie zdania i rozstrzygnięcia Lutra, dotyczące rozwodów; daremnie jednak czekalibyśmy w nich jakiejś myśli przewodniej; przeciwnie, pełno tam niekonsekwencyj, wahania, niejasności. Tak np. pozostaje niejasnym, czy wiarołomstwo, dezercja same ze siebie rozrywają małżeństwo, czy dopiero na podstawie wyroku władzy; dalej domaga się Luter w sprawach rozwodowych postępowania publicznego, a jednak zezwala na tajemne rozwody; zezwala na powtórne małżeństwo jednej stronie, zakazuje go drugiej itp.

Nauką o rozwodach wstrząsnął Luter podstawami małżeństwa, do reszty zaś pomieszał stosunki małżeńskie decyzjami swymi szczegółowymi; a przecież on sam kiedyś uznaje, że rozwód jest niebezpieczeństwem dla wychowania dzieci, dla utrzymania życia rodzinnego oraz dla rządów państwowych.

Poprzez wszystkie reformy małżeńskie Lutra obserwujemy dwie cechy charakterystyczne: jedna – to walka namiętna z Kościołem i prawem kościelnym; druga – to obrona wolności chrześcijańskiej, która bardzo często polega tylko na możności zaspokojenia przemożnego popędu płciowego. Mówiąc językiem nowoczesnym: Luter bronił wolności indywidualnej wobec więzów prawa ogólnego, bronił praw ludzkich w zakresie miłości i osobistego szczęścia.

Niestety, przewodnikami w tej obronie były mu z jednej strony nienawiść, z drugiej zaś upokarzająca pobłażliwość dla namiętności ludzkiej. Toteż skutki reformy luterskiej były opłakane; on sam pełen goryczy skarży się na sodomskie rozpasanie obyczajów za panowania “czystej ewangelii”.

Poznań. X. Zygmunt Baranowski

Artykuł z “Przeglądu Teologicznego”. Kwartalnik naukowy. Organ Polskiego Tow. Teologicznego. R. VIII (1927). We Lwowie, ss. 315-323.

Źródło informacji: KONSERWATYWNA EMIGRACJA  

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.