_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x. Robert H. Benson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x. Robert H. Benson. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2017

x. Robert H. Benson: Święty Kościół grzesznych ludzi


ks. Robert H. Benson
„Jakież to bezcelowe udawać, że ci papiści są znienawidzeni z powodu swej pobożności – z powodu swej miłości do Jezusa Chrystusa! To ich grzech, ich niezgodność z własnymi standardami, a nie ich świętość budzi podejrzenia.

Żadna retoryka nie może usprawiedliwić Sykstusa III, Innocentego VIII, Juliusza II, Marii Turdor, Torquemady i tysięcy zbrodniarzy, znanych z historii. «Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi?» (Mt 7, 16).

To bezcelowe, aby prześladowcy pozowali na prześladowanych, a oszczercy na obrzucanych kalumniami. Nie jest prześladowaniem, jeśli społeczeństwo broni się przed tymi, którzy obalają jego prawa. Jeśli brak jakiegoś dowodu, że Kościół rzymski nie jest królestwem niebieskim, można go znaleźć w charakterze jego obywateli”.

„…podobne jest królestwo niebieskie do sieci” (Mt 13, 47).

„Nie jest zatem – odpowiada drugi głos w jego duszy – nie jest wyselekcjonowaną społecznością idealnych dusz. Jest raczej wielkim naczyniem, które zbiera w siebie dobrych i złych, świętych i grzeszników, eteryczne dusze i zdeformowane potwory zmysłowości. Wskazywać na wyrzutków społeczeństwa w obrębie Kościoła to nic innego, jak pokazywać, że miłosierdzie Boga jest większe niż miłosierdzie człowieka.

Wyobrażać sobie inny Kościół niż ten, to zaprzeczać jego powszechności, jego Boskości, jego adekwatności do ludzkich potrzeb, jego bezbrzeżnej miłości, jego niezniszczalnej nadziei. To właśnie zrobili lollardzi, luteranie, independenci, marcjonici, i setki gnostyckich sekt, których nazwy zostały już niemal zapomniane. Zawsze krzyczeli «Ludu mój, wyjdźcie z niej» (Ap 18, 4). Ale królestwo niebieskie to nie arystokracja świątobliwości, ani nie wystawa nagrodzonych dusz, a nawet nie sito, które oddziela – to sieć, co gromadzi i włącza w siebie.

Nawet gdyby wszystkie przesadne twierdzenia historyków były absolutnie prawdziwe, nie wpłynęłoby to ani o włos na prawo Kościoła. Powszechnie bowiem wiadomo, że im większa wysokość, tym większy upadek. Zły katolik jest najgorszym z ludzi, ponieważ jego typem i jego przywódcą jest nikt inny, jak Judasz Iskariota. Zepsucie wysoko rozwiniętego organizmu jest nieskończenie bardziej wstrętne niż gnijące resztki meduzy.

Jeśli prawda jest czymś upragnionym, a nie słownym zwycięstwem coram populo, musisz postawić św. Franciszka z Asyżu obok Innocentego VIII, św. Katarzynę ze Sieny obok papieskiego sądu, przed którym przemawiała, musisz postawić tysiące świętych, znanych i nieznanych, obok tysięcy grzeszników, których imiona gromadził przez tak wiele stuleci i z taką sumienną gorliwością oskarżyciel braci”.

x. Robert H. Benson, „Religia zwykłego człowieka”, Sandomierz 2007, s. 51nn.

wtorek, 10 grudnia 2013

x. Robert H. Benson: Łagodność i przemoc


R. H. Benson, „Paradoksy katolicyzmu. IX. Łagodność i przemoc”,

(tlum. Paweł Długosz).

Błogosławieni cisi (Mt 5, 4).

Królestwo Niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11, 12).

[200px-Monsignor_R__H__Benson_in_Oct__1912%2C_Aged_40.jpg]Zbadaliśmy już stosunek Kościoła do takich rzeczy jak bogactwo, wpływy i władza. Wiemy, że Kościół niekiedy posługuje się nimi, kiedy indziej znów ma je w pogardzie. Wniknijmy teraz głębiej w ducha, który leży u podstaw - i który wyjaśnia - różnorodność przyjmowanych przez Kościół postaw. 

I. (i) Zarzuca się chrześcijaństwu w ogóle - a przede wszystkim Kościołowi Katolickiemu- że przez długi czas wyłącznie ono ucieleśniało postawę wrogą wobec postępu i – jako jedyne – wspiera cnoty, które ów postęp hamują. Postęp, wedle poglądów niemieckiego filozofa, który wprost postawił ten zarzut, jest czysto naturalnej natury - zarówno w przebiegu jak i celu, do którego zmierza. Natura zaś, o czym doskonale wiemy, nie zna przebaczenia, współczucia czy łagodności. Przeciwnie, przechodzi od niższych do wyższych form dzięki siłom, które stanowią dokładne zaprzeczenie chrześcijańskich cnót. Zraniony jeleń nie jest chroniony przez innych członków stada, ale zostaje przez nich dobity; starego wilka rozszarpuje się na strzępy; chory lew odchodzi, by zdechnąć z głodu; i mówi się nam, że wszystkie te instynkty mają na celu stopniowe ulepszenie gatunku na drodze eliminacji słabych i nieskutecznych. I, mówi nam, podobnie powinno dziać się w świecie ludzkim, a skrajni zwolennicy eugeniki powtarzają te same poglądy. Chrześcijaństwo natomiast świadomie broni słabych i naucza, że ofiara, którą składają silni stanowi przejaw najwyższego heroizmu. Chrześcijaństwo wzniosło szpitale i schroniska dla chorych i słabych, aby zachować przy życiu tych ludzi, których Natura, gdyby mogła działać według swych praw, wyeliminowałaby z tego świata. Chrześcijaństwo jest zatem wrogiem rodzaju ludzkiego, nie przyjacielem, ponieważ Chrześcijaństwo opóźnia – jak żadnej innej religii jeszcze nie udało się opóźnić - nadejście tego nadczłowieka, którego Natura chce z siebie wyłonić. . . Trudno się dziwić, że nauczyciel takiej doktryny sam umarł szalony.

Podobne poglądy słyszymy dziś od ludzi, którzy siebie samych określają jako praktycznych i konkretnych. Cichość, łagodność i współczucie, mówią swoim dzieciom, to bardzo eleganckie i wdzięczne cnoty u tych, którzy mogą sobie na nie pozwolić, a więc u kobiet i dzieci, które w mniejszym lub większym stopniu są chronione przed walką, jaką trzeba w życiu toczyć, a także u ludzi słabych i nieskutecznych, których nie stać na nic innego. Jednakże człowiek, który musi sobie samemu torować drogę w świecie i który zamierza odnieść w nim sukces, potrzebuje bardziej surowego kodeksu moralnego. Wymaga się odeń takich zasad działania, jakie dyktuje sama Natura. A zatem - bądźcie pewni siebie i stanowczy, nie cisi i łagodni. Pamiętajcie - słabość waszego bliźniego stanowi dla was okazję. Dbajcie o tych najważniejszych, a reszta niech zadba o siebie sama. Nie podejmuje się pracy na giełdzie ani w handlu, by tam manifestować chrześcijańskie cnoty, lecz cechy sprzyjające robieniu interesów. Krótko mówiąc, Chrześcijaństwo, w takim stopniu, w jakim wywiera wpływ na postęp – handlowy bądź polityczny – przejawia słabość, nie siłę; jest raczej wrogiem niż sojusznikiem.

(ii) Jeżeli jednak łagodność i niesprzeciwianie się złu, które wpaja Chrześcijaństwo, są przedmiotem zarzutów stawianych Kościołowi z jednej strony, to z drugiej, w nie mniejszym stopniu wyrzuca mu się stosowanie przemocy i bezkompromisowość. Mówi się nam, że katolicy są nie dość ustępliwi, by mogli być prawdziwymi uczniami łagodnego Proroka z Galilei; nie dość łagodni, aby odziedziczyć błogosławieństwo, które On wypowiedział. Przeciwnie, nie ma ludzi równie nieustępliwych, równie upartych, a nawet równie gwałtownych jak ci rzekomi uczniowie Jezusa Chrystusa. Weźcie, na przykład, sposób, w jaki upierają się przy swoich prawach; przeszkody, które, dajmy na to, piętrzą na drodze racjonalnych narodowych planów dotyczących edukacji lub sensownego systemu w sądach orzekających w sprawach rozwodowych. Przede wszystkim jednak rozważcie brutalną i przerażającą siłę, jaką manifestują takie instytucje jak Indeks Ksiąg Zakazanych i kara Ekskomuniki, zawziętość, z jaką upierają się przy absolutnym posłuszeństwie wobec Władzy Kościelnej, bezwzględność, z którą wyrzucają spośród swoich szeregów tych, którzy nie chcą głosić ich przestarzałych doktryn. Prawda – dzisiaj mogą narzucać swoje roszczenia jedynie przy użyciu gróźb i kar duchowych, lecz historia przekonuje, że gdyby tylko mogli, posunęliby się i do innych środków. Historia kół tortur i stosów Inkwizycji jasno pokazuje, że Kościół niegdyś używał i dlatego można przypuszczać, że gdyby tylko mógł, znów by użył doczesnej broni w swojej duchowej walce. Czy jest coś bardziej sprzecznego z łagodnym Duchem tego, który, gdy Mu urągano, On nie odpowiadał; Tego, który kazał ludziom uczyć się od Niego, bo jest cichy i pokorny sercem, i w ten sposób odnajdywać pokój duszy? 

Tu zatem tkwi paradoks i stąd dwie charakterystyki Kościoła Katolickiego: że jest jednocześnie nazbyt łagodny i zbyt pewny siebie, zbyt delikatny i nazbyt gwałtowny. Jest to ten paradoks, który znajduje odzwierciedlenie w życiu naszego Boskiego Pana, który w Wieczerniku kazał tym swoim uczniom, którzy nie mieli miecza, by sprzedali swoje płaszcze i kupili miecze, a który jednak, w ogrodzie oliwnym, rozkazał temu jedynemu uczniowi, który Go posłuchał, schować miecz do pochwy, mówiąc mu, że ci, którzy mieczem wojują, od miecza poginą. I znów ten sam paradoks odnajdujemy w Jego czynach - po raz pierwszy, gdy wziął w swoje własne ręce bat na dziedzińcach świątyni, a następnie, gdy obnażył swoje ramiona, by przyjąć uderzenia tego samego bata z rąk innych. Jak zatem wyjaśnić ten paradoks?

II. Przypomnijmy, Kościół jest instytucją Bosko – ludzką.

(i) Kościół składa się z ludzi, a ludzie ci połączeni są ze sobą wzajemnie oraz ze światem zewnętrznym za pomocą doskonale wyważonego systemu praw ludzkich, znanych jako Prawo Sprawiedliwości. Prawo Sprawiedliwości, chociaż pochodzi od Boga, w pewnym sensie jest ludzkie i naturalne; w jakiejś mierze istnieje we wszystkich ludzkich społecznościach, a dokładnie zostało zdefiniowane i opracowane w Starym Prawie nadanym na Górze Synaj. Jest to Prawo, które, w każdym razie co do głównych zasad, mogło być odkryte, przez światło samego rozumu nie wspartego przez Objawienie. Dalej, jest to Prawo tak bardzo zasadnicze, że żadne Objawienie nie mogłoby go nigdy pogwałcić czy uchylić. 

(ii) Wraz z przyjściem Chrystusa, na świecie jednak pojawiła się również Miłość nadprzyrodzona. Prawo Sprawiedliwości pozostało, ludzie wciąż mają swoje prawa, przy których mogą się upierać; wciąż mają prawa, których żaden chrześcijanin nie może nie uznać. Lecz taki był potok Boskiej hojności, którą objawił Chrystus, tak przemożna wizja nadprzyrodzonej miłości Boga wobec ludzi, którą przyniósł, że na świecie pojawiły się ideały, o których świat nigdy nie marzył. Co więcej, Miłość zjawiła się z taką mocą, że jej nakazy w wielu przypadkach faktycznie uchyliły słabe roszczenia Sprawiedliwości. I tak, na przykład, to Miłość nakazała ludziom wybaczać nie wyłącznie według Sprawiedliwości, ale zgodnie ze swą własną Boską Naturą, wybaczać aż siedemdziesiąt siedem razy, dawać miarę dobrą, utrzęsioną i osypującą się, nie tylko to minimum, na które ludzie sobie zasłużyli. 

Zatem, to od chwili nadejścia Miłości pojawiły się te wszystkie w swej istocie chrześcijańskie cnoty - wielkoduszność, łagodność i ofiarność - które Nietzche potępił jako wrogie wobec postępu materialnego.

Odtąd bowiem, jeśli jakiś człowiek zabiera ci płaszcz, daj mu i koszulę; jeśli zmusza cię, byś szedł z nim tysiąc kroków –idź z nim drugie tysiąc; jeśli uderzy cię w jeden policzek, nadstaw mu i drugi. Prawo sprawiedliwości naturalnej zostaje przekroczone, a zamiast niego panuje prawo miłości i ofiary. Nie sprzeciwiajcie się złu; tzn. nie upierajcie się zawsze przy swoich naturalnych prawach; dawajcie ludziom więcej, aniżeli im się należy, sami zaś poprzestawajcie na małym. Uczcie się od mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdźcie pokój dla waszych dusz. Wybaczajcie sobie wzajemnie wasze grzechy tą sama hojną miłością, którą kierował się Bóg wybaczając wam wasze grzechy. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. W sprawach osobistych nie kierujcie się nagą, by tak rzec, sprawiedliwością, lecz działajcie w skali i według zasad, którymi Bóg kierował się w postępowaniu z wami.

Cichość i łagodność to niewątpliwie cnoty chrześcijańskie. Ich praktykowanie jest niekiedy obowiązkiem, a czasami tylko Radą Doskonałości; w każdym razie cnoty te zajmują wysokie miejsce pośród tych ideałów, które przyniosło ze sobą Chrześcijaństwo i które są jego chwałą.

(ii) Są jednak inne elementy w życiu niż tylko ludzkie i naturalne, poza tymi osobistymi prawami i roszczeniami, które chrześcijanin może, jeżeli dąży do doskonałości, odłożyć na bok z miłości. Kościół jest zarówno boski jak i ludzki.

(iii) Oprócz praw ludzkich, które można poświęcić, Kościołowi powierzono bowiem prawa i roszczenia Boga, których nikt poza Nim samym nie może unieważnić. Bóg powierzył Kościołowi, na przykład, Objawianie prawd i zasad, które, wynikając z Jego własnej natury i Jego woli, są niezmienne wieczne jak On sam. I właśnie w obronie tych prawd i zasad Kościół przejawia, to co świat określa mianem nieprzejednania, a Jezus Chrystus gwałtem i przemocą. 

Do nich, na przykład, przynależy prawo ochrzczonego katolickiego dziecka do wychowania i edukacji w jego religii, czy może jest to raczej prawo Boga do nauczania dziecka w sposób, który On nakazał. Do tych praw należy objawiona prawda o nierozerwalności małżeństwa; a także prawda o tym, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Nie są to ani ludzkie prawa, ani ludzkie opinie – prawa i opinie, z których ludzie, powodowani miłością lub pokorą, mogliby zrezygnować w obliczu opozycji. Prawa te i prawdy opierają się na zupełnie innej podstawie – są, by tak rzec nienaruszalną własnością Boga i nie byłoby ani przejawem miłości, ani pokory, lecz zwykłą zdradą ze strony Kościoła, gdyby okazał łagodność lub uległość w sprawach takich jak te – powierzonych mu w takiej, a nie innej postaci, nie po to, by się ich pozbywał, lecz by je strzegł i zachował nienaruszone. Tutaj obowiązuje przykazanie, A ten, który nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz, tędy bowiem przebiega linia oddzielająca to co Boskie od tego co ludzkie; niech przepadnie to, co posiadamy – ustąpimy z wszystkich czysto naturalnych praw i roszczeń, a ich miejsce niech zajmie miecz. W tej bowiem materii należy opierać się aż do krwi. 

Kościół Katolicki jest i zawsze będzie gwałtowny i nieprzejednany, kiedy chodzi o prawa Boga. Będzie absolutnie bezwzględny, na przykład, wobec herezji, bowiem herezja nie dotyczy spraw osobistych, w przypadku których Chrześcijaństwo mogłoby ustąpić, ale Boskiego Prawa, gdzie nie ma miejsca na żadne ustępstwa. Jednocześnie, jednak, Kościół okaże się nieskończenie łagodny wobec heretyka, ponieważ tysiące ludzkich motywów i okoliczności może zmniejszać jego osobistą odpowiedzialność. Na jedno słowo żalu, Kościół ponownie przyjmie jego osobę do swego skarbca dusz, ale nie jego herezję do skarbca swojej mądrości. Chętnie wykreśli jego imię z czarnej listy buntowników, lecz nie jego książkę z Indeksu Ksiąg Zakazanych. Okaże łagodność jego osobie, a ucieknie się do przemocy wobec jego błędów, ponieważ on jest człowiekiem, lecz Prawda pochodzi od Boga.

Tak więc z powodu współczesnego intelektualnego bałaganu i zamieszania co do granic królestwa Bożego i ludzkiego, powstaje ta zadziwiająca niezdolność – po stronie świata – do zrozumienia zasad, w oparciu o które Kościół Katolicki działa w tych dwóch odrębnych i całkowicie oddzielonych obszarach. Świat uważa za coś normalnego, gdy jakieś państwo mieczem broni swoich dóbr materialnych, lecz za coś nietolerancyjnego i nienormalnego, gdy Kościół potępia, opierając się aż do krwi, zasady, które uważa za błędne lub fałszywe. Kościół, z drugiej strony, ciągle nakłania swoje dzieci, aby raczej ustąpiły niż walczyły, gdy rzecz idzie o dobra czysto materialne, ponieważ chrześcijaństwo pozwala, a niekiedy nawet nakazuje ludziom, aby zadowolili się czymś mniej niż to, co im przysługuje na mocy ich praw. A znowu, kiedy idzie o Prawdę lub Prawo Boże, Kościół stawi opór i będzie Prawdy i Praw Bożych bronić nieulękle, ponieważ nie może okazywać miłości i miłosierdzia wobec tego, co nie należy do niego – tutaj Kościół sprzeda swój płaszcz i kupi miecz, który, kiedy dyskusja obraca się wokół spraw doczesnych, chowa z powrotem do pochwy. 

Dzisiaj, gdy Chrystus wjeżdża do Jerozolimy, widzimy, jak gdyby w zwierciadle, rozwiązanie tego paradoksu. Oto Król twój przychodzi do ciebie łagodny. Czyż kiedykolwiek odbył się wjazd równie skromny jak ten? Czy kiedykolwiek oglądano taką łagodność, cichość i miłość? Ten, któremu na mocy jego osobistych praw, usługują w niebiosach zastępy na białych wierzchowcach, teraz, jako człowiek, zadowala się towarzystwem kilku rybaków i tłumem dzieci. Ten, któremu na mocy Jego osobistych praw, aniołowie na harfach wygrywają wiekuistą muzykę, od chwili, gdy dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, kontentuje się niezbornym i fałszywym krzykiem tego tłumu. On, który dosiadał Serafinów i przybywał na skrzydłach wiatru, teraz dosiada oślęcia. Przybywa, cichy i łagodny, ze złotych ulic Niebieskiego Jeruzalem na brudne i cuchnące drogi ziemskiej Jerozolimy. Na bok odkłada swoje osobiste prawa, ponieważ to On jest tym wielkim Ogniem Miłości, przez którą chrześcijanie rezygnują ze swoich praw. 

Ale, mimo wszystko, to twój Król przybywa do ciebie. . . . Nie zrezygnuje On ze swoich niezmiennych roszczeń i nie pozwoli, by pominięto cokolwiek z tego, co istotne. Ma swą królewską eskortę, choć może przybraną w łachmany. Ma swoich halabardników, choć ich halabardami mogą być tylko liście palmowe, będzie miał swoich heroldów, którzy poniosą na świat Jego imię, niezależnie od tego jak bardzo pobożni faryzeusze mogą czuć się zgorszeni tą proklamacją. Wjedzie do swojego własnego królewskiego Miasta - nawet jeśli to miasto wyrzuci Go na zewnątrz, i odbędzie swoją koronację, nawet jeśli ma to być koronacja cierniem. W ten sam sposób Kościół Katolicki podąża poprzez wieki. 

Gdy idzie o czysto ludzkie prawa i sprawy osobiste Kościół będzie ciągle ustępował z tego wszystkiego, co posiada, zgłaszając być może tylko jeden – nie więcej - protest przez wzgląd na Sprawiedliwość. I będzie zachęcać swoje dzieci, by postępowały podobnie. Jeżeli ten świat nie pozwoli Kościołowi na posiadanie żadnych klejnotów, wówczas ten umieści w swoich monstrancjach szklane paciorki, zamiast marmuru użyje gipsu i tombaku w miejsce złota.

Lecz Kościół odbędzie swój uroczysty wjazd i nadal będzie podkreślał swą królewską godność. Kościół może wydawać się równie biedny, równie skromny i równie nędzny jak wjazd samego Chrystusa przez królewską bramę, ponieważ będzie oddawał wszystko, czego zażąda od niego świat – dopóty dopóki jego Boskie Prawa pozostają nietknięte. Kościół nadal będzie wydawał swoje rozkazy, choć niewielu znajdzie się takich, którzy zechcą ich posłuchać. Wyrzuci spośród siebie buntowników, którzy kwestionują jego władzę i oczyści dziedzińce Świątyni - choćby przy pomocy bicza, który ludzie wyśmieją. Odda wszystko, co wyłącznie ludzkie, jeśli świat będzie się tego domagał. I nie będzie sprzeciwiać się złu – jeżeli idzie o niego samego. Jednej rzeczy Kościół się nie wyrzeknie, do jednej i tylko jednej rzeczy będzie sobie rościł prawo – nie godząc się na żadne kompromisy, uciekając się nawet do gwałtu, a jest nią godność królewska, którą nadał mu sam Bóg. 

Źródło informacji: http://jacquesblutoir.blogspot.com

niedziela, 1 grudnia 2013

x. Robert H. Benson: Świętość i grzech


x. Rbert H. Bensn
(jest to rozdział z książki ks. R. H. Bensona pt.: "Paradoksy katolicyzmu")

Święty, Święty, Święty! (Iz. 6, 3)

Chrystus Jezus przyszedł na ten świat, aby zbawić grzeszników (1 Tym. 1, 15).

Zupełnie odmienna para zarzutów – daleko bardziej zasadniczych – aniżeli te mniej lub bardziej ekonomiczne oskarżenia dotyczące światowości z jednej, a niezdolności do porozumienia się ze światem z drugiej strony, które właśnie omówiliśmy, dotyczy głoszonych przez Kościół norm moralnych i jego rzekomej niezdolności do ich realizacji we własnym życiu. Można je krótko podsumować stwierdzeniem, że dla jednej połowy świata Kościół jest zbyt święty jak na realia ludzkiego życia, dla drugiej zaś Kościół jest święty w stopniu niewystarczającym. Możemy określić tych krytyków Kościoła jako “pogan” i “purytanów”.

I. Poganie zarzucają Kościołowi przesadną świętość.

Poganin mówi nam: "Wy, katolicy, jesteście zbyt surowi dla grzechu i nie dość pobłażliwi dla biednej ludzkiej natury. Weźmy na przykład grzechy cielesne. Otóż istnieje zespół pragnień zaszczepionych człowiekowi przez Boga lub Naturę (w zależności od tego, jak zachcecie nazwać Potęgę, która kryje się za życiem) dla mądrych i bardzo zasadniczych celów. Pragnienia te są najprawdopodobniej najgwałtowniejszymi, jakie zna człowiek, a z pewnością najbardziej nęcące. Wiemy zarazem, że ludzka natura jest chwiejna i pełna sprzeczności. Oczywiście jestem świadom, że nadużycie tych namiętności prowadzi do katastrofy i że Natura ma swoje nienaruszalne prawa i kary. Jednak wy, katolicy, czynicie życie jeszcze bardziej przerażającym, w sposób absurdalny i irracjonalny upierając się, że tego typu nadużycia są wykroczeniem w oczach Boga. Nie tylko bowiem ostro potępiacie te, jak je nazywacie „akty grzeszne”, ale wydaje się wam, że schodzicie jeszcze głębiej, aż do samego pożądania. Jesteście niepraktyczni i okrutni do tego stopnia, że utrzymujecie, iż samo świadome myślenie o grzechu może duszę, która sobie na to pozwala, odłączyć od łaski Boga.

"Idźmy dalej. Popatrzcie na niemożliwe ideały, które przyjmujecie w odniesieniu do małżeństwa. Ideały te mogą wydawać się piękne tym, którzy mogą je przyjąć. Ideały te, mogą – być może - by posłużyć się katolickim wyrażeniem, być Radami Doskonałości. Ale czymś niedorzecznym jest upierać się, że stanowią one reguły postępowania dla całej ludzkości. Ludzka Natura jest ludzką naturą. Nie możecie narzucać rzeszom ludzkim marzeń garstki.

"Ale spójrzmy na całe to zagadnienie szerzej. Przyjrzyjcie się ogólnym normom, które stawiacie przed nami w żywotach waszych świętych. Owi święci w oczach zwykłych ludzi w ogóle nie zasługują na podziw. Trudno nam uznać za godny podziwu fakt, że św. Alojzy prawie nie podnosił oczu lub to, że św. Teresa zamykała się w celi, albo że św. Franciszek biczował się rózgą z obawy przed popełnieniem grzechu. Tego rodzaju postawy są fantastyczne i całkowicie dziwaczne. Zdaje się, że wy, katolicy, zmierzacie do standardów, które po prostu nie są pożądane. Zarówno cele, które sobie stawiacie, jak i środki, przy pomocy których chcecie je realizować są w równym stopniu nieludzkie i w tej samej mierze nieodpowiednie dla świata, w którym musimy żyć. Prawdziwa religia jest czymś z pewnością czymś daleko bardziej sensownym niż wasza; prawdziwa religia nie powinna walczyć ani ubiegać się o to co niemożliwe. Nie powinna dążyć do naprawienia ludzkiej natury poprzez jej okaleczanie. W niejednym względzie stawiacie sobie doskonałe cele i macie doskonałe metody, ale w żądaniach najważniejszych zdecydowanie przesadzacie. My, poganie, ani się nie zgadzamy z waszą moralnością, ani też nie darzymy podziwem tych, których uważacie za swoich najlepszych przedstawicieli. Gdybyście byli mniej święci, a bardziej naturalni, mniej idealistyczni, a za to bardziej praktyczni bylibyście bardziej użyteczni dla świata, któremu pragniecie pomóc. Religia powinna być stanowcza i męska; nie zaś delikatnym cieplarnianym kwiatkiem, jaki z niej czynicie."

Zarzut drugiego rodzaju stawiają nam purytanie. "Katolicyzm jest nie dość święty, by móc być Kościołem Jezusa Chrystusa. Zobaczcie jak przerażająco pobłażliwy jest dla tych, którzy Go na nowo męczą i krzyżują! Zresztą, może nie jest prawdą, że, jak sądziliśmy, ksiądz katolicki udziela penitentowi pozwolenia na popełnianie grzechów. Jednak nadzwyczajna łatwość, z jaką udziela się rozgrzeszenia, właściwie sprowadza się do tego samego. Zatem Kościół nie tylko nie podniósł rodzaju ludzkiego na wyższy poziom, ale faktycznie obniżył swoje standardy z powodu postawy, jaka przyjął wobec tych swoich synów i córek, które nie są posłuszne Prawom Bożym.

“Przypomnijcie sobie, jakimi były niektóre z dzieci Kościoła! Czy byli w dziejach równie wielcy kryminaliści jak kryminaliści katoliccy? Czy ktokolwiek z ludzi upadł tak nisko jak, powiedzmy, rodzina Borgiów w średniowieczu; jak Gilles de Rais i cała rzesza innych – kobiet i mężczyzn, którzy być może, jeśli brać pod uwagę wiarę, byli “całkiem dobrymi katolikami”, a jednak ich życie jest po prostu hańbą dla ludzkości. Popatrzcie na kraje łacińskie z ich ogromną liczba przestępstw i zbrodni, na rozwiązłość Francji i Hiszpanii; niepokoje i rozrzutność Irlandii, bezmyślną brutalność katolickiej Anglii. Czy jest jeszcze jakieś wyznanie chrześcijańskie, które mogłoby przytoczyć takie godne pożałowania przykłady wśród swych wyznawców, jak zakonnice, które uciekły z klasztoru, jak księża apostaci czy niegodziwi papieże? Jak to się dzieje, że o występkach religii katolickiej opowiada się historie, jakich nie opowiada się o żadnej innej sekcie chrześcijańskiej? Jeżeli nawet zgodzić się, że jest w tych opowieściach dużo przesady, że historycy byli uprzedzeni, jeżeli nawet wziąć pod uwagę całą złośliwość wrogów, to jednak z pewnością pozostaje wystarczająco dużo katolickich zbrodni, które potwierdzają, że w najlepszym wypadku Kościół nie jest lepszy od innych wspólnot religijnych, a w najgorszym, nieskończenie gorszy. A zatem, Kościół Katolicki nie jest dość święty, aby być Kościołem Jezusa Chrystusa."

II. Jeżeli sięgniemy do Ewangelii, to zobaczymy, że tak naprawdę dwa przedstawione wyżej zarzuty były pośród tych, jakie stawiano naszemu Panu.

Bez wątpienia, znienawidzono Go przede wszystkim z powodu Jego świętości. Któż mógłby wątpić, że przerażające normy moralności, które głosił – a których nauczanie przez katolików jest przedmiotem jednego z oskarżeń stawianych przez pogan – stanowiły zasadniczą przyczynę Jego odrzucenia. On to przecież jako pierwszy głosił, że prawa Boga dotyczą nie tylko czynów, ale również myśli. To On jako pierwszy powiedział, że człowiek staje się mordercą lub cudzołożnikiem, jeżeli w swoich myślach chce tych grzechów. To On podsumował wszystkie normy chrześcijańskie jako normy doskonałości. Bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz w niebie jest doskonały. On nakazał ludziom dążyć do takiej dobroci, jaką posiada Bóg!

Zatem to Jego Świętość jako pierwsza ściągnęła na Niego nienawiść tego świata - ta promieniejąca, śnieżnobiała świętość, w którą przyodziało się Jego Święte Człowieczeństwo. Kto z was udowodni mi grzech? . . . Niech ten, który jest pośród was bez grzechu pierwszy rzucie w nią kamieniem! Oto słowa, które przebiły gładki formalizm uczonych w piśmie i faryzeuszów, budząc nieugaszoną nienawiść. Niewątpliwie właśnie ta Jego świętość doprowadziła do Jego ostatecznego odrzucenia przed trybunałem Piłata i wyborem Barabasza w jego miejsce. „Nie tego! Nie chcemy tej nieskazitelnej Doskonałości! Nie tą Świętość, która odkrywa, co kryje się w ludzkich sercach, lecz Barabasza, wygodnego dla nas grzesznika – tak bardzo nam podobnego! Tego przestępcę, w towarzystwie którego czujemy się swobodnie! Tego mordercę, którego życie jednak nie pozostaje w tak jawnym kontraście do naszego!" Jezus Chrystus został uznany za nazbyt świętego dla tego świata.

Ale uznano Go również za nie dość świętego. I ten zarzut co jakiś czas bywa przeciwko Niemu przytaczany. Strażnikom Prawa wydawało się czymś okropnym, że ten Głosiciel Sprawiedliwości przesiadywał w towarzystwie celników i grzeszników; że ten Prorok pozwalał dotykać się takiej kobiecie jak Magdalena. Gdyby ten Człowiek istotnie był Prorokiem, nie mógłby znieść kontaktu z grzesznikami; gdyby naprawdę był tak gorliwy o Królestwo Boże, nie zniósłby obecności tych rzesz, które były jego wrogiem. A jednak On siedzi tam, przy stole Zacheusza - milczy i uśmiecha się, zamiast nakazać sklepieniu domu, aby zawalił się do środka. On wzywa Mateusza prosto z kantora celnika zamiast rzucić przekleństwo na niego i jego kantor; On dotyka trędowatego, którego Prawo ustanowione przez Boga określa jako nieczystego.

III. Takie zatem zarzuty stawia się uczniom Chrystusa, tak jak i stawiano je ich Mistrzowi i niepodobna zaprzeczyć, że i jedne i drugie są w pewnym sensie prawdziwe.

Jest prawdą, że Kościół Katolicki głosi moralność, która całkowicie znajduje się poza zasięgiem ludzkiej natury pozostawionej samej sobie; że normy Kościoła są normami doskonałości i że Kościół woli najniższy szczebel w nadprzyrodzonej drabinie od najwyższego w naturalnej.

I prawdą, bez wątpienia, jest również to, że upadli bądź niewierni katolicy są nieskończenie gorszymi członkami ludzkiej społeczności aniżeli występni poganie czy protestanci; że wielcy kryminaliści w historii są katolickimi kryminalistami oraz że potwory tego świata - np. Henryk VIII, świętokradca, zabójca i cudzołożnik; Marcin Luter, którego opublikowane “Rozmowy przy stole” nie nadają się do żadnego szanującego się domu; królowa Elżbieta I, krzywoprzysięzca i tyran – były osobami, które miały wszystko, co Kościół Katolicki mógł im dać: standardy swojej nauki, wskazania swojej dyscypliny i łaskę swoich sakramentów. W jaki zatem sposób wytłumaczyć ten paradoks?

(i) Po pierwsze, Kościół Katolicki jest Boski i jako taki, można by rzec, trwa na niebiosach; zawsze ogląda oblicze Boże, nosząc w swoim sercu Święte Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa oraz niepokalaną doskonałość jego Błogosławionej Matki, od której to Człowieczeństwo zostało wzięte. Czy możliwe zatem, aby Kościół zadowalał się normami, które nie są doskonałe? Gdyby Kościół powstał tu na ziemi – to znaczy gdyby był czysto ludzką organizacją, wówczas nigdy nie mógłby wyjść poza standardy, do których wznieśli się w przeszłości najlepsi synowie ludzkości. Ponieważ jednak wewnątrz Kościoła zamieszkuje Nadprzyrodzoność – skoro Maryja została obdarzona z wysoka darem, do którego żadna ludzka istota nie mogła się wznieść, ponieważ samo Słońce Sprawiedliwości zeszło z nieba, aby wieść ludzkie życie w ludzkich warunkach – jak Kościół mógłby kiedykolwiek zadowolić się czymkolwiek, co nie dorównywałoby wzniosłości Nieba?

(2) Kościół jednak jest także ludzki i mieszka pośród rodzaju ludzkiego, został ustanowiony z jasnym celem zgromadzenia w sobie i uświęcenia poprzez swoje łaski tego samego świata, który odpadł od Boga. Wyrzutkowie i grzesznicy stanowią materiał, na którym ma pracować; a te odpadki ludzkości, te szpetne typy i nędzarze nie mogą pokładać nadziei w kim innym jak tylko w Kościele.

Gdyż Kościół, po pierwsze, pragnie, jeśli to możliwe – a często potrafił to zrobić – faktycznie podnieść tych ludzi, najpierw do świętości a następnie wynieść ich na swe własne ołtarze. Tylko Kościół i tylko on może podnieść biedaka z gnoju i posadzić go pośród książąt. Tak więc, przed Magdaleną i przed złodziejem Kościół stawia ni mniej ni więcej tylko własne standardy doskonałości.

A jednak, choć w pewnym sensie nie zadowala się niczym niższym niż doskonałość, w innym sensie zadowala się czymś nieskończenie małym. Jeżeli tylko potrafi wprowadzić grzesznika w sam obręb łaski; jeśli tylko może wydrzeć z piersi konającego mordercy jeden okrzyk żalu za popełnione grzechy; jeżeli tylko zdoła choćby zwrócić jego oczy z jednym spojrzeniem miłości na krucyfiks, to jego trudy są po tysiąckroć odpłacone; bo jeśli nawet nie doprowadził grzesznika do szczytu świętości, to przynajmniej przywiódł go do jej stóp i umieścił go tam, pod nadprzyrodzoną drabiną, która sięga z piekła do nieba.

I tylko Kościół posiada tę moc. Jedynie Kościół czuje się tak pewnie w obecności grzesznika, ponieważ tylko on zna tajemnicę jego uzdrowienia. W konfesjonałach Kościoła jest Krew Chrystusa, która może przywrócić grzesznikom czystość duszy, a w jego tabernakulach - Ciało Chrystusa, które stanie się ich pokarmem na życie wieczne. Tylko Kościół ośmiela się być przyjacielem grzeszników, ponieważ tylko on może stać się ich wybawicielem. Jeżeli zatem święci stanowią jeden ze znaków tożsamości Kościoła, to innym, nie mniejszym, są grzesznicy.

Kościół bowiem nie tylko reprezentuje Majestat Boga na ziemi – jest on również Jego miłością i dlatego to, co go ogranicza również należy do niego. To Słońce Miłosierdzia, które świeci i Deszcz Miłości, który spada zarówno na sprawiedliwych jak i niesprawiedliwych są tym samym słońcem i deszczem, które dają Kościołowi życie. Jeśli udam się do Nieba – Kościół tam jest, zasiadający na tronie w Chrystusie, po prawicy Boga. Jeżeli aż do piekieł zejdę, Kościół i tam jest, ratując dusze z nad tej krawędzi, z nad której tylko On może je ocalić. On jest bowiem tą drabiną, którą Jakub widział dawno temu, schodami osadzonymi tu, we krwi i mule ziemi, i wznoszącymi się aż do czystego Światła Baranka. Świętość i brak świętości w równym stopniu przynależą do Kościoła i żadnej z nich Kościół się nie wstydzi – ani świętości, która wynika z Jego boskiego pochodzenia i która jest świętością Chrystusa, ani braku świętości u tych swoich odrzuconych członków ludzkości, którym posługuje.

Tak więc dzięki mocy Kościoła, która jest także mocą Chrystusa, Magdalena staje się pokutnicą, złodziej pierwszym spośród odkupionych, a Piotr, ustępujący ludzki piasek - skałą na której Kościół zbudowano.

Źródło informacji: http://jacquesblutoir.blogspot.com

sobota, 30 listopada 2013

x. Robert H. Benson: Wiara i rozum


ks. Robert Hugh Benson
x. Robert H. Benson
(jest to rozdział z książki ks. R. H. Bensona pt.: "Paradoksy katolicyzmu")

Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego - Mk 10,15.

Są trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę - 2 P 3,16.

Istnieją dwa dary, albo zdolności, poprzez które ludzie osiągają prawdę: wiara i rozum. Z tych dwóch stron zatem pochodzą dwa kolejne ataki na pozycję katolicyzmu, pozycję, która sama w sobie nie zwraca się w żadnym z tych kierunków. Z jednej strony słyszymy, że wierzymy zbyt prosto, z drugiej - że nie wierzymy dostatecznie prosto. Z jednej strony - że dowodzimy zbyt mało, z drugiej - że nie dowodzimy wystarczająco dużo. Uporządkujmy te ataki.

"Wy katolicy - mówi jeden krytyk - jesteście zbyt łatwowierni w sprawach religii. Wierzycie nie jak wierzą ludzie rozumni, dlatego, że zweryfikowaliście albo doświadczyliście prawd, które wyrażacie, ale po prostu dlatego, że te dogmaty przedstawia wam Kościół. Jeśli rozum i zdrowy rozsądek są darami Boga, które mają być wykorzystywane, to z pewnością bardzo dziwne jest, że uciszacie je, poszukując najwyższej prawdy. Wiara oczywiście ma swoje miejsce, ale nie może to być ślepa wiara. Rozum musi testować, weryfikować i interpretować, w przeciwnym razie wiara jest zwykłą naiwnością. Rozważcie na przykład słowa Chrystusa, To jest Ciało moje. Można z pewnością przypuszczać, że te słowa, tak jak brzmią, oznaczają to, co wy twierdzicie, że oznaczają. Jednak zinterpretowane przez rozum nie mogą oznaczać niczego takiego. Czy sam Chrystus nie siedział w cielesnej postaci przy stole, kiedy je wypowiedział? Jak zatem mógł trzymać siebie samego w dłoni? Czyż stale nie przemawiał w metaforach i obrazach? Czy nie nazywał samego siebie bramą i winnym krzewem? (J10,7 i J15,1) Zatem kiedy użyjemy rozumu do interpretacji tych słów, oczywiste jest, że nie miał na myśli niczego więcej jak tylko, że ustanawia upamiętniające święto, w którym chleb ma symbolizować Jego Ciało, a wino - Jego Krew. Tak jak w przypadku wielu innych szczególnie katolickich doktryn - praw Piotrowych, władzy «związywania i rozwiązywania» i całej reszty. Wiara katolicka w tych punktach wykazuje nie wiarę odpowiadającą tej nazwie - to jest wiarę sprawdzoną przez rozum - ale wyłącznie łatwowierność. Bóg dał nam wszystkim rozum! Zatem w Jego Imię używajmy go!"

Z drugiej strony pochodzi dokładnie przeciwny zarzut. „Wy katolicy - woła inny krytyk - jesteście w swojej wierze zbyt argumentacyjni, dedukcyjni i logiczni. Prawdziwa religia jest czymś bardzo prostym. To postawa dziecka, które ufa i nie zadaje pytań. Ale u was katolików religia przerodziła się w teologię. Jezus Chrystus nie napisał Sumy teologicznej. Sformułował kilka prostych stwierdzeń, które, tak jak brzmią, zawierają całą religię chrześcijańską. Są pełne tajemnicy, bez wątpienia, ale to On sam pozostawił je tajemniczymi. Dlaczego zatem wasi teolodzy próbują penetrować regiony, których nie objawił i rozwijać to, co pozostawił nierozbudowanym? Weźmy na przykład słowa Chrystusa: To jest Ciało moje. Oczywiście teraz te słowa są tajemnicze i gdyby Chrystus uważał, że powinny być inne, sam dałby do nich niezbędny komentarz. Jednak tego nie zrobił. Pozostawił je w straszliwej i głębokiej prostocie, w którą żadna ludzka logika nie powinna nawet próbować się zapuszczać. Jednak spójrzcie na rozległą i skomplikowaną teologię, którą tradycje albo nagromadziły na owych słowach, albo próbowały z nich wydobyć, na teorie filozoficzne, za pośrednictwem których próbowano je wyjaśnić, na skomplikowane i głębokie nabożeństwa, które na nich oparto! Cóż mają wspólnego słowa takie jak «transsubstancjacja» i «współobecność», nabożeństwo wystawienia Najświętszego Sakramentu, zgromadzenia takie jak Kongres Eucharystyczny, z dostojną prostotą ustanowienia przez samego Chrystusa? Wy katolicy zbytnio debatujecie - dedukujecie, wnioskujecie sylogistycznie i wyjaśniacie - aż prosta wspaniałość tajemniczego aktu Chrystusa zostanie całkowicie przykryta i schowana. Bądźcie mniej skomplikowani! Lepiej jest kochać Boga, niż uczenie rozprawiać o Trójcy Świętej. Nie spodobało się Bogu zbawić swego ludu poprzez dialektykę. Więcej wierzcie, mniej debatujcie!"

Zatem raz jeszcze podnoszony jest podwójny zarzut. Wierzymy, jak się zdaje, tam, gdzie powinniśmy dowodzić. Dowodzimy tam, gdzie powinniśmy wierzyć (Por. 1 Kor 1,21.). Wierzymy zbyt ślepo i nie dość ślepo. Dowodzimy zbyt szczegółowo i nie dość szczegółowo. Jest to rozległy temat - relacje wiary i rozumu oraz miejsce każdego z nich w postawie człowieka wobec prawdy. Możemy oczywiście jedynie rzucić okiem na te zagadnienia w zarysie.

Przede wszystkim rozważmy, jako rodzaj ilustracji, relacje tych rzeczy w zwykłej ludzkiej nauce. Ani wiara, ani rozum nie będą tam dokładnie takie same jak w sprawach nadprzyrodzonych. Jednak dla naszego celu będzie to wystarczająca paralela. Naukowiec, powiedzmy, zamierza przeprowadzić obserwacje struktury nogi muchy. Chwyta swą muchę, przeprowadza sekcję, preparuje, umieszcza pod mikroskopem, obserwuje i notuje. Wydawałoby się, że jest to czysta nauka w jej najczystszym, a rozum - w jego najbardziej rozumnym aspekcie. Jednak akty wiary w tym bardzo prostym procesie są, jeśli to dokładnie rozważymy, po prostu niezliczone. Naukowiec musi przyjąć jako akt wiary, z pewnością rozumny akt, niemniej jednak - wiary, co następuje: najpierw, że jego mucha nie jest wybrykiem natury, następnie - że jego soczewka jest symetrycznie wyszlifowana, potem - że jego obserwacja jest adekwatna, potem - że jego pamięć nie zawodzi go pomiędzy obserwacją a dokonaniem zapisu tego, co widział. Te akty są tak rozsądne, że zapominamy, iż są aktami wiary. Są usprawiedliwione przez rozum, zanim zostaną dokonane i są zazwyczaj, chociaż nie zawsze, weryfikowane później przez rozum. Jednak są, w swej istocie, wiarą, a nie rozumem.

Podobnie kiedy dziecko uczy się obcego języka. Rozum uzasadnia jeden jego akt wiary - że nauczyciel jest kompetentny, kolejny - że jego gramatyka jest prawidłowa, trzeci - że słyszy, widzi i rozumie poprawnie podawane mu informacje, czwarty - że taki język rzeczywiście istnieje. A kiedy później odwiedza Francję, może, bez ograniczeń, znowu zweryfikować swym rozumem akty wiary, jakie uprzednio przyjęło. Niemniej jednak były to akty wiary, chociaż rozumne. Jednym słowem: żadna zdobycz ani postęp w żadnej dziedzinie ludzkiej wiedzy nie są możliwe bez ćwiczenia wiary. Nie mogę zejść po schodach w ciemności bez co najmniej tylu aktów wiary, ile jest stopni schodów. Społeczeństwo nie mogłoby przetrwać kolejnego dnia, gdyby całkowicie brakowało wzajemnej wiary między jego jednostkami. Z pewnością najpierw używamy rozumu, aby usprawiedliwić naszą wiarę, a później dowodzimy, aby ją zweryfikować. Niemniej jednak środkowym stopniem jest wiara.

Kolumb najpierw dowiódł, że za Atlantykiem musi być ląd, a później użył tego samego rozumu, aby zweryfikować swe odkrycie. Jednak bez najwyższego aktu wiary pomiędzy tymi dwoma procesami, bez tego niemal zuchwałego momentu, w którym pierwszy w Europie podniósł kotwicę, rozum nigdy nie wyszedłby poza spekulatywne teoretyzowanie. Wiara uczyniła dla niego realnym to, co rozum sugerował. Wiara faktycznie spełniła to, o czym rozum mógł jedynie śnić.

Przyjrzyjmy się teraz przyjściu na ziemię Jezusa Chrystusa. Przyszedł, jak teraz wiemy, Boski Nauczyciel z nieba, aby dokonać Objawienia od Boga. Przyszedł mianowicie, aby żądać od ludzi najwyższego aktu wiary w Niego samego. On sam był bowiem wcieloną mądrością i dlatego żądał, jak nikt inny nie może tego żądać, najwyższej akceptacji swego prawa. Zatem żaden postęp w Boskiej wiedzy, jak On sam nam mówi, nie jest możliwy bez tego początkowego aktu. Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. (Mk 10.15) Każda dusza, która ma otrzymać to nauczanie w jego całości, musi najpierw przyjąć Nauczyciela i siąść u Jego stóp. Jednak nie przedstawił tego roszczenia wyłącznie na podstawie własnego, niepopartego niczym, słowa. Przedstawił, by tak rzec, swe listy uwierzytelniające. Wypełnił proroctwo. Czynił cuda. Zaspokajał poczucie moralności. Wierzcie Mi - mówił - przynajmniej ze względu na same dzieła. (j 14,11.) Zatem zanim zażądał fundamentalnego aktu wiary, od którego musi zależeć przyjęcie Objawienia, podjął trud uczynienia tego aktu wiary rozumnym. „Spójrzcie, co czynię - powiedział faktycznie - obserwowaliście Moje życie, słowa i czyny. Teraz czyż nie jest zgodne z rozumem, abyście uznali Moje roszczenia? Czy możecie uzasadnić, rozumowo, na jakiejkolwiek innej podstawie, niż ta, o której mówię, zjawiska Mojego życia?"

Z pewnością zatem odwoływał się do rozumu. Odwoływał się do prywatnego osądu, ponieważ aż do tamtej chwili było to wszystko, co posiadali Jego słuchacze. Ale żądając aktu wiary, odwoływał się do prywatnego osądu po to, aby postawić go z boku. Odwoływał się do rozumu, jakby mówił: czyż nie byłoby rozsądnie stanąć na chwilę z boku i pozwolić wierze zająć jego miejsce. I wiemy, jak odpowiedzieli Jego uczniowie. A wy za kogo Mnie uważacie?... Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,15-16.)

Zatem w tym momencie rozpoczął się nowy etap. Oni użyli swego rozumu i swego prywatnego osądu i -wspomagani przez Jego łaskę - doszli do wniosku, że kolejny rozsądny krok to krok wiary. Aż do tego momentu obserwowali, przeprowadzali sekcję, krytykowali i analizowali Jego słowa. To jest, badali Jego „listy uwierzytelniające". A teraz to sam rozum nakłaniał ich ku wierze, rozum, który zrzekł się tego, co do tamtego momentu było jego prawem i jego obowiązkiem, aby wiara mogła zająć swoje właściwe miejsce. Odtąd zatem postawa uczniów musi być inna. Aż do tego momentu używali rozumu, aby badać Jego prawo. Teraz to właśnie wiara, wspomagana i nakłaniana przez rozum, to prawo akceptowała.

Jednak nawet teraz dzieło rozumu nie jest dokonane, chociaż jego zakres w przyszłości się zmieni. Rozum nie bada już czy Jezus jest Bogiem. Wiara to przyjęła. Jednak rozum musi być tak samo aktywny, jak zawsze, ponieważ teraz musi z całą mocą rozpocząć zadanie zrozumienia Jego Objawienia. Wiara dawała uczniom, by tak rzec, szkatułki klejnotów, jedną po drugiej. Każde słowo, które Jezus Chrystus odtąd do nich wypowiada jest kopalnią skarbów, jest absolutnie prawdziwe, ponieważ wiadomo, że On jest Boskim Nauczycielem, który je dał. A rozum zaczyna teraz swoją nową pracę - nie usprawiedliwiania wiary, ale interpretowania jej, nie badania praw Jezusa, ponieważ zostały już raz na zawsze przyjęte, ale badania, rozumienia i asymilowania wszystkiego, co On objawia. Zwróćcie się teraz ku katolicyzmowi.

To właśnie Kościół katolicki - i tylko Kościół katolicki - działa tak, jak to czynił Jezus
Chrystus i oferuje odpowiedni cel zarówno dla rozumu, jak i dla wiary. Po pierwsze bowiem, jest oczywiste, że gdyby Chrystus zamierzył, aby Jego Objawienie trwało przez wszystkie wieki, musiałby zaplanować środki, dzięki którym by trwało, jakiś autorytet, który by je ogłaszał i zachowywał tak, jak On sam je przekazał. Następnie, oczywiste jest, że ponieważ tylko Kościół katolicki w ogóle rości sobie takie prawo w sposób jasny i logiczny, jego prawo do reprezentowania owego autorytetu jest proporcjonalne do jasności i spójności jego roszczenia. Albo znów, Kościół przedstawia na poparcie tego prawa dokładnie te same „listy uwierzytelniające", jakie przedstawiał Jezus. Kościół wskazuje na swoje cuda, swoje osiągnięcia, wypełnienie proroctwa, jedność swego nauczania, odwołanie do ludzkiego poczucia moralności - wszystko to są odwołania do rozumu i odwołania, które zmierzają, jak to było w przypadku Jezusa, do najwyższego żądania, które także On uczynił, do żądania aktu wiary w sam Kościół jako Boskiego Nauczyciela.

Bowiem tylko Kościół tego żąda. Inne wyznania chrześcijaństwa wskazują na Pismo Święte, albo na pisma Ojców, albo na przykład swych członków i Kościół katolicki również te rzeczy czyni. Ale tylko on odwołuje się do owych rzeczy nie jako samych w sobie ostatecznych, nie jako stanowiących najwyższą instancję, ale wskazujących jako tę instancję żyjący głos Kościoła. Wierzcie mi, przynajmniej ze względu na same dzieła (J14,11) mówi także Kościół. „Używajcie w pełni swego rozumu, aby zbadać moje «listy uwierzytelniające». Studiujcie proroctwa, historię, Ojców Kościoła - studiujcie moje prawa w każdej dziedzinie, w której wasz intelekt jest kompetentny - a potem zobaczcie, czy nie jest to absolutnie rozumne dla rozumu, aby zrzekł się tego szczególnego tronu, na którym zasiadał tak długo, a w zamian posadził tam wiarę? Oczywiście idźcie za swoim rozumem i użyjcie waszego prywatnego osądu, ponieważ obecnie nie macie innego przewodnika. A potem, daj Boże, z pomocą wiary, rozum sam pokłoni się przed wiarą i będzie odtąd zajmował własne miejsce, nie na tronie, ale na stopniach, które do niego wiodą".

Czy zatem odtąd rozum ma być cicho? Dlaczego, daje odpowiedź cała teologia. Czy Newman przestał myśleć, kiedy stał się katolikiem? Czy Tomasz z Akwinu zrezygnował ze swego intelektu, kiedy poświęcił się studiom? Rozum nie jest cicho ani przez chwilę. Przeciwnie, jest aktywny jak nigdy przedtem. Oczywiście nie zajmuje się już badaniem, czy Kościół jest Boski, ale zamiast tego z niewiarygodnym wysiłkiem bada, co wynika z tego faktu, sortuje nowe skarby, które otwierają się wraz z brzaskiem Objawienia przed jego oczami, organizuje, dedukuje i stara się zrozumieć szczegóły oraz strukturę zadziwiającej wizji prawdy. A ponadto jest tak niezmienny jak zawsze. Nigdy bowiem nie można mu przedstawić żadnego artykułu wiary, który zadaje kłam jego naturze, ponieważ Objawienie i rozum nie mogą sprzeciwiać się sobie nawzajem. Rozum nauczył się rzeczywiście, że tajemnice Boga często wykraczają poza jego władze, że nie może pojąć nieskończonego przy pomocy skończonego. Jednak nigdy ani przez chwilę nie każą mu się wycofywać z jego własnej pozycji, ani wierzyć w to, co postrzega jako nieprawdziwe. Rozum poznał swoje ograniczenia i wraz z tym doszedł do zrozumienia swych nienaruszalnych praw.

Zobaczcie zatem, jak cechy Chrystusa prześwitują poprzez rysy Jego Kościoła. Tylko Kościół ośmiela się rościć sobie prawo do aktu Boskiej wiary w siebie, ponieważ to Chrystus przemawia Głosem Kościoła. Tylko Kościół, ponieważ jest Boski, nakazuje najmędrszym ludziom stać się jak dzieci (Mt18,3) u jego stóp i obdarza małe dzieci mądrością starożytnych. Jednak z drugiej strony, w swym wspaniałym człowieczeństwie, Kościół wytworzył, poprzez ćwiczenie oświeconego ludzkiego rozumu, takie bogactwo teologii, jakiego świat nigdy nie widział. Czy to dziwne, że świat uważa zarówno wiarę, jak i rozum Kościoła, za zbyt skrajne? Albowiem wiara Kościoła wyrasta z jego Boskości, a rozum - z jego człowieczeństwa. A taki potok Boskości i takie wymowne człowieczeństwo, taka wspaniała ufność w objawienie Boga i taka niestrudzona praca nad zawartością tego Objawienia, są zupełnie niewyobrażalne dla świata, który w rzeczywistości obawia się zarówno wiary, jak i rozumu.

Zatem u stop Kościoła, i tylko tam, najmędrsi i prości klęczą razem - św. Tomasz i dziecko, Św. Augustyn i węglarz, tak różni w swym człowieczeństwie, jak tylko mogą być ludzie, tak zjednoczeni w świetle Boskości, jak mogą być jedynie ci, którzy je odnaleźli.

Kościół idzie zatem naprzód, do zwycięstwa. „Najpierw użyjcie swego rozumu - woła do świata - aby zobaczyć, czy nie jestem Boski! Potem, popchnięci przez rozum i z pomocą łaski, wznieście się ku wierze. Potem raz jeszcze wezwijcie wasz rozum, aby zweryfikować i zrozumieć te tajemnice, które przyjmujecie jako prawdziwe. I tak, krok po kroku, widoki prawdy otworzą się przed wami, a doktryny zaświecą światłem, o jakim się nie śniło. Tak wiara będzie interpretowana przez rozum, a rozum będzie podtrzymywać dłonie wiary, aż rzeczywiście dojdziecie do niezasłoniętej wizji prawdy, której stopy już ściskacie z miłością i uwielbieniem, aż zobaczycie, twarzą w twarz, w niebiosach, Tego, który jest jednocześnie dawcą rozumu i Autorem wiary" (Hymn Author of faith, eternal Word, słowa: Charles Wesley, 1740 r.)

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.