_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycja na świecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradycja na świecie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 maja 2021

Poza Tradycją nie ma przyszłości. Msza Wszechczasów i nowa wiosna francuskiego Kościoła

 


Muzea w Kościołach, parafie bez wiernych, brak powołań. Francja to w powszechnej świadomości synonim sekularyzacji i anihilacji katolicyzmu. Tymczasem właśnie nad Sekwaną mamy do czynienia z rosnącym znaczeniem tradycjonalistycznych zgromadzeń i coraz większą popularnością „Mszy Wszechczasów”. Podobną tendencję, choć na mniejszą skalę, można zauważyć również w Polsce. Czy nową wiosnę Kościoła przyniesie powrót do Tradycji?

Wielki tydzień francuskiego Kościoła

V Republika oddała Arnaud Beltramowi każdy z rodzajów hołdu na jakie tylko mogła się zdobyć. Wielogodzinne, transmitowane przez ogólnokrajowe stacje telewizyjne obchody pogrzebu. Order Legii Honorowej, postawienie go za wzór heroizmu i obywatelskiej cnoty przez prezydenta Emmanuela Macrona. Kondolencje i wyrazy uznania napływały z całego świata.

23 marca 2018 roku pułkownik Beltrame oddał się w ręce muzułmańskiego zamachowca w zamian za wypuszczenie zakładników. Został postrzelony, poderżnięto mu gardło, lekarzom nie udało się go uratować. Dopiero po paru dniach zaczęło wychodzić na jaw, że jego czyn – a biorący udział w tej akcji nie mieli wątpliwości, iż żandarm składając zamachowcowi swoją propozycję, wiedział, że czeka go śmierć – więcej niż ze świeckiego heroizmu, miał w sobie z męczeństwa. „Pogrzeb mojego męża, który odbywa się w Wielkim Tygodniu oraz dzień jego śmierci – piątek przed Niedzielą Palmową, są dla mnie jakimś znakiem. Z wielką nadzieją czekam razem z nim na świętowanie Zmartwychwstania Pańskiego” – stwierdziła przed kamerami Marielle Beltrame.

Jej mąż nawrócił się na katolicyzm dziesięć lat wcześniej, w murach zakonu Kanoników Regularnych Matki Bożej w Lagrasse. Jednego z wielu istniejących we Francji, żyjących wokół i dla tradycyjnej łacińskiej liturgii zgromadzeń. Do końca życia był związany z działającym wokół tego zakonu duszpasterstwem. Ostatniego namaszczenia udzielił mu jeden z zakonników z Lagrasse.

Pożar katedry Notre Dame w Paryżu, choć doszło do niego 15 kwietnia 2019, w kalendarzu liturgicznym zbiegł się niemal dokładnie z pierwszą rocznicą śmierci Arnaud Beltrame’a. Najsłynniejszy francuski kościół zapłonął w Wielki Poniedziałek. Tak długo jak trawił go ogień, wzdłuż bulwarów Sekwany, z widokiem na Notre Dame modliły się tysiące Paryżan. Zatrzymali się i wyciągnęli różańce tak odruchowo, jak wielu w tamtym momencie sięgnęło po smartfony. Jedni i drudzy, choć w różnym sensie tego słowa, chcieli uwiecznić tę chwilę.

W niedzielę, 8 listopada 2020 roku, dziesiątki tysięcy katolików w największych francuskich miastach modliło się ze świecami w rękach przed swoimi kościołami. Byli to wszyscy ci, którzy nie zmieścili się w drakońskim, wynoszącym trzydzieści osób limicie wiernych mogących wziąć udział w mszy świętej. Przyzwyczajona do widoku pustych świątyń Francja po raz pierwszy zobaczyła tłumy, które nie dały się rady w nich zmieścić.

Najmłodsza córa Kościoła

Dla wszystkich proroków nieuchronnej sekularyzacji, jednokierunkowej, wiodącej do ostatecznej klęski Kościoła wizji historii, Francja od dawna pozostaje koronnym argumentem. Ojczyzna rewolucji, kraj, w którym laicyzacja wytoczyła – czasem w dosłownym, jak w Wandei sensie – najmocniejsze działa. Statystyki pokazujące liczbę wiernych, powołań, udzielanych sakramentów stawały się tu w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zatrważające. To nie był kryzys, raczej już anihilacja. Kompletna zapaść francuskiego Kościoła. W 2018 roku, w 58 na 96 wszystkich istniejących nad Sekwaną diecezji nie wyświęcono żadnego kapłana. Na grubo ponad połowie obszaru całego kraju przez rok nie pojawiło się ani jedno powołanie. Części diecezji, a niektóre z nich istnieją od II wieku, grozi likwidacja.

Skąd więc biorą się obrazki takie jak z jesieni 2020 roku? Co zatrzymało na całonocną modlitwę paryski tłum i wreszcie, skąd bierze się to, co najtrudniej policzalne, najmniej uchwytne, a jednocześnie będące esencją chrześcijaństwa – gotowość do męczeństwa taka jak ta, którą wykazał się pułkownik Beltrame?

W tym samym 2018 roku co piąty ze wszystkich wyświęconych nad Sekwaną kapłanów należał do któregoś z tradycjonalistycznych zgromadzeń. To tendencja, która przybiera na sile równie mocno co postępująca laicyzacja. Wspólnoty skupione wokół łacińskiej liturgii są od kilku dekad jedynymi, w których przybywa zarówno wiernych, jak i powołań.

Oficjalne, kościelne statystyki nie oddają skali tego zjawiska z dwóch powodów. Po pierwsze, nie obejmują one powołań zakonnych, takich, jak choćby Kanonicy z Lagrasse, ale i wielu innych, żyjących według tradycyjnej reguły zgromadzeń, których we Francji jest więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Po drugie natomiast nie wliczają one księży wyświęcanych w, nieposiadającym uregulowanego statusu kanonicznego, Bractwie Kapłańskim Świętego Piusa X, założonym przez abp. Marcela Lefebvra. Zgromadzeniu, które właśnie z Francji wysyła w świat największą liczbę kapłanów. W ich rodzinnym kraju jest ich dzisiaj 116, działających w 44 przeoratach. Liczbę uczęszczających w odprawianych przez nich mszach świętych wiernych szacuje się na grubo ponad sto tysięcy. Niższa niż w innych wspólnotach jest wśród tradycyjnych katolików jedynie średnia wieku. Tradycja nad Sekwaną to nie nostalgia, tylko przyszłość.

Podobną tendencją można zresztą zaobserwować również w Polsce. W 2020 roku podwoiła się liczba wiernych uczestniczących w mszach świętych odprawianych przez księży z Bractwa św. Piusa X. W roku, w którym o odwrocie polskich wiernych od Kościoła mówiło się więcej i głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, związani z katolicką Tradycją wierni przestali się mieścić w zajmowanych dotychczas kaplicach i rozpoczęli zbiórkę pieniędzy na budowę świątyń w Warszawie, Bydgoszczy, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu oraz na Śląsku. W Krakowie, do „zwolnionego” przez szpitalnych kapelanów kościoła św. Łazarza ustawiły się w tym samym czasie „w kolejce” dwie, skupione wokół tradycyjnej liturgii grupy wiernych – z Bractwa św. Piotra oraz Bractwa św. Piusa X.

Francja pozostaje jednak przypadkiem szczególnym i najbardziej pouczającym. Przede wszystkim dlatego, że nie przez przypadek była przez wieki nazywana „najstarszą córą Kościoła”. Po prostu zawsze, niemal we wszystkim, była pierwsza. Tam też narodził się i najmocniej rozwinął ruch, który doprowadził do XX-wiecznych reform Kościoła. Francuzem był prekursor liberalnego, dążącego do pogodzenia się ze światem, katolicyzmu – Félicité Lammenais. Jego rodacy – Jacques Maritain, Yves Congar, Henri de Lubac, Emmanuel Mounier czy Pierre Teilhard de Chardin – tworzyli intelektualny napęd zmian dokonujących się w trakcie i po zakończeniu II Soboru Watykańskiego. Na północy Francji urodził się też arcybiskup Marcel Lefebvre, przywódca katolickiego ruchu oporu przeciwko tym zmianom. Bardziej niż papierkiem lakmusowym, kraj ten jest proroctwem, zapowiedzią przyszłości czekającej Kościół katolicki.

Wielu chciałoby widzieć wszystkie zgromadzone wokół tradycyjnej łacińskiej liturgii wspólnoty jako ostatnie, wciąż co prawda niezdobyte, ale otoczone już ze wszystkich stron powodzią „nieuchronnej logiki dziejów” twierdze. Bardzo próbują oni nie zauważyć, że katolików przyciąga tam nie to, co dawne, ale wieczne. Że nie chodzą oni na „starą mszę”, ale uczestniczą we „Mszy Wszechczasów”. Słowem – że to nie oblężone twierdze, ale przebiśniegi. Znak, że Wiosna Kościoła jest tuż za rogiem.

W żaden sposób nie próbuję tym tekstem włączyć się w odwieczną dyskusję ustalającą rachunek win i krzywd w Kościele epoki posoborowej. Zupełnie nie interesuje mnie, kiedy konkretnie i z czyjej winy rozpoczęła się trwająca już zdecydowanie zbyt długo zima. Jej przyczyny liczą się tylko o tyle, o ile ich stwierdzenie jest potrzebne do nadejścia długo oczekiwanej wiosny. Wymierzanie sprawiedliwości za grzechy tych lat, po którejkolwiek stronie trwającego sporu do nich doszło, należy do Pana Boga. Do nas z kolei należy zrozumienie, z której strony może nadejść odrodzenie Kościoła. I ze wszystkich sił pomóc mu nastąpić.

Tymczasem często nie potrafimy zobaczyć jaskółek odnowy, bo nadlatują z zupełnie innej strony niż się jej spodziewano. W ciągu minionych kilkudziesięciu lat starano się zazwyczaj, zapewne w dobrej wierze, działać według reguły: „Spróbujmy być jak najmniej katoliccy, przyciągniemy w ten sposób więcej wiernych”. Wspominajmy najmniej jak to tylko możliwe o grzechu i konieczności nawrócenia. Jeśli duchowość, to tylko bliżej nieokreślone „spotkanie z Jezusem” – bez ascezy, wyrzeczeń i ofiary z siebie. Liturgia? Możliwie jak najprostsza, najkrótsza, najmniej uroczysta. Odrzućmy wreszcie cały ten zbędny balast, to może wreszcie uda się przekazać esencję wiary.

Na zakończenie prac nad nowym mszałem Paweł VI stwierdził, że dokonała się właśnie „niezwykle ciężka ofiara”. Ale – dodawał po chwili – „zrozumienie modlitwy jest cenniejsze niż starodawne, drogocenne szaty, którymi się ona po królewsku przyozdabia. Cenniejsze jest uczestnictwo współczesnego ludu, który życzy sobie, żeby przemawiać do niego w sposób jasny, zrozumiały.”

W książce Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej Michał Łuczewski przytacza reakcje wiernych z beskidzkiej wsi na zmiany w liturgii. Sprowadzały się one do rozwianego złudzenia. To jak słuchanie dzieci, wyrwanych z krainy baśni i przeniesionych nagle do szkolnych ławek.

Może jednak o to właśnie chodziło? Zamiast tajemniczych miraży przekazujemy nareszcie czystą, nagą treść samej wiary. W wywiadzie udzielonym w połowie lat 90. Peterowi Seewaldowi Joseph Ratzinger stwierdza, że katolicy kompletnie przestali rozumieć swoją wiarę. Wchodzą do kościołów jak do muzeów. Widzą obrazy świętych, których życia i czynów nie rozumieją ani nawet specjalnie nie kojarzą. Męczenników, którzy oddawali życie za prawdy, o których im nawet nie wspomniano. Patrzą na krzyż, ale nie rozumieją ukrzyżowania. Jego słowa potwierdzają regularnie kolejne badania wiedzy i świadomości katolików. Właściwie nie ma takiej prawdy wiary, łącznie ze zmartwychwstaniem Jezusa, w którą nie wierzyłoby z roku na rok coraz mniej ludzi uważających się za członków Kościoła.

Tendencja jest dokładnie odwrotne od tej, którą przewidywał pół wieku temu Paweł VI, a wraz z nim większość Kościoła. Bardzo często okazuje się, że tam, gdzie wymagania stawiane przed wiernymi są największe, tam też pojawiają się oni najchętniej. Liturgiczna łacina, a wraz z nią tajemniczość i dostojność „starej” mszy zamiast straszakiem okazała się być magnesem. Katolickość nie jest balastem ewangelizacji, tylko jej skrzydłami.

Pozwólcie dzieciom przychodzić

„O wiele bardziej lubiłabym bale, gdyby się inaczej odbywały… O ileż byłoby rozsądniej zastąpić tańce konwersacją. – Byłoby to bardzo rozsądne, kochana siostrzyczko, niemniej mało przypominałoby bal.”

Clive Staples Lewis posługiwał się tym zaczerpniętym z powieści Jane Austen argumentem kilka razy. Zawsze przy okazji dyskusji wokół „rozsądku” chrześcijaństwa. O ileż rozsądniejszy byłbym bowiem Kościół bez celibatu, za to dopuszczający do kapłaństwa kobiety. Kościół nie zawracający sobie specjalnie głowy rzeczą tak abstrakcyjną jak wybawienie dusz od potępienia, a zamiast tego skupiający się na działalności humanitarnej.

Byłoby to bez wątpienia organizacja bardzo rozsądna. Niemniej, mało przypominałaby Kościół. Istotę zmiany w katolicyzmie ostatnich kilkudziesięciu lat można by w zasadzie sprowadzić do zastąpienia tańca konwersacją. Trudno się więc dziwić, że sale balowe zaczęto omijać z daleka.

Kościół chciał otworzyć się na świat, a tymczasem został w nim uwięziony. Jego logice, priorytetach, sposobie myślenia. Dlatego też kazania, listy pasterskie, dokumenty zaczęły coraz bardziej przypominać deklaracje Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie ma oczywiście nic złego w służeniu „ciału” ludzkości. Walce z chorobami, biedą, problemami społecznymi. Ale w całej historii Kościoła wyraźnie widać – na pierwszy rzut oka paradoksalną regułę – tym skuteczniej służył on ciału, im wyraźniej na pierwszym miejscu stawiał zbawienie duszy.

Podczas angielskiej reformacji to społeczne „doły” stanęły w obronie niszczonych i grabionych zakonów, organizując jedno z największych powstań ludowych w historii, „Pielgrzymkę łaski”. Również dlatego, że miejsca głębokiej kontemplacji były także pierwszymi ośrodkami pomocy społecznej. Pielgrzymi bronili liturgii (pierwszą rzeczą jaką zrobili po zajęciu twierdzy York było odprawienie w tamtejszej katedrze katolickiej mszy) i własnego poziomu stopy życiowej jednym tchem. Matka Teresa z Kalkuty rozpoczynała budowę każdego z domów swojego zgromadzenia od postawienia tabernakulum z najświętszym sakramentem. Dylemat „pomoc potrzebującym czy zbawienie dusz” nie tyle zafałszowuje co stawia na głowie logikę działalności Kościoła w świecie.

Całą siłę i żywotność, gotowość do ponoszenia ofiary i niesienia pomocy, katolicyzm zawdzięcza przenikającemu jego duchowość i liturgię przekonaniu, że to życie jest tylko przejażdżką. Krótkim przystankiem, podczas którego trzeba dać z siebie wszystko, przed najbardziej ekscytującym etapem podróży. Kościół jest młody, kipi energią, tak długo, jak jego wzrok pozostaje skierowany w kierunku Wieczności.

Nie można powiedzieć o łacińskiej liturgii większego kłamstwa niż nazwać tę mszę „starą”. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym zabrałem na nią po raz pierwszy mojego 5-letniego wówczas syna. Chłopca nie będącego w stanie wytrzymać w skupieniu i spokoju dużo krótszej i mówiącej do niego w znanym mu języku „nowej mszy”. W tamtej chwili sprawiającego wrażenie kogoś przeniesionego z nudnej lekcji w sam środek nieznanego, tajemniczego świata. To, co wówczas się wydarzyło zrozumiałem kilka tygodni później, czytając fragment książki Petera Kwasniewskiego, Kryzys i odrodzenie. Liturgia łacińska a odnowa Kościoła:

„Najdoskonalszą Mszą dla dzieci – i mam tu na myśli każde dziecko, od małego brzdąca po staruszka pragnącego żyć zgodnie z wezwaniem do duchowego dziecięctwa, a nie tego, który zatrzymał się (albo chciałby, żeby inni się zatrzymali) na infantylnym stadium rozwoju – jest Msza trydencka. Z jej uniwersalną wzniosłością, uderzającą ortodoksyjnością i milczącym misterium dostępnym dla wszystkich obecnych bez wyjątku. Jeśli chcecie kościołów wypełnionych katolikami znającymi swoją wiarę, kochającymi ją i praktykującymi, dajcie im liturgię wymagającą, głęboką i surową. Powstaną, aby się z tym zmierzyć.

Dlaczego reformatorzy liturgii nie zauważyli, dlaczego ich dzisiejsi posłuszni wyznawcy wciąż nie widzą, że psychika człowieka potrzebuje pewnego mroku, nieprzebranej głębi, źródła oporu i trudności, nieznanej wielkości, które stoją w ostrym kontraście ze znajomą codzienną płycizną życia? Człowiek potrzebuje tego, aby mógł poznać, kim jest i dlaczego znalazł się na ziemi. Bez tego utwierdzi się tylko w nihilistycznym przekonaniu, że codzienne życie jest pułapką, z której nie ma wyjścia. Liturgia z pewnością nie powinna być łatwa i bezpośrednia. Takie powinny być transakcje biznesowe – ale nasze kontakty z Wszechmogącym Bogiem nie mogą być już tak przejrzyste i potoczne.

[…] Oto pocieszający paradoks – liturgia tradycyjna »tańczy« wokół Bożych tajemnic jak święci z obrazów Fra Angelico, tak długo, aż wraz ze zmęczeniem przyjdzie pełniejsze zaufanie i zrozumienie. Proszę pomyśleć o powtarzających się jak fale wezwaniach »Panie, zmiłuj się«, »Daj nam, Panie« w rycie bizantyńskim; proszę pomyśleć o choreograficznych ustawieniach, brzemiennej ciszy i dramaturgii gestów rytu rzymskiego.”

Za każdym razem, kiedy padają pierwsze słowa Mszy Wszechczasów: „Oto przystąpię do ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją” przypomina mi się scena z Władcy Pierścieni J. R. R. Tolkiena (pisarza swoją drogą aż do śmierci wiernego łacińskiej liturgii). Drużyna pierścienia stoi przed wejściem do jaskini Morii, nie mogąc sobie przypomnieć zaklęcia otwierającego bramę. Kiedy wreszcie Gandalf wypowiada odpowiednie słowo, zaczynają się rozświetlać krawędzie wejścia i tajemnicze, pokrywające je znaki. Skała drży i otwiera się przed wędrowcami. Wpuszcza ich do środka. Tak samo wtedy w kościele, bez znaczenia czy jest to mała kaplica czy piękna świątynia, coś się porusza. Wszystko staje się z powrotem jasne – rozświetla się kształt budynku i twarze świętych na obrazach. Teraz już wiadomo o co im wszystkim szło, dlaczego cierpieli i umierali. Otwiera się tajemnicze przejście. Nareszcie zostaliśmy wpuszczeni do środka. Tyle, że droga nie prowadzi w głąb jaskini, tylko w przeciwnym kierunku.

Dziecinność to nie tylko przygoda, ale także twórczość. W psychologicznym slangu odblokowanie kreatywności nazywa się „wyzwoleniem wewnętrznego dziecka”. Pewien dominikanin, niezwiązany bynajmniej z tradycyjną liturgią, zwrócił mi kiedyś uwagę na pewną prawidłowość. Kiedy kilkadziesiąt lat temu powstawało nowe tłumaczenie Pisma Świętego, w gronie pracujących nad nim „literackich ekspertów” mnóstwo było nazwisk katolickich pisarzy – Zofii Kossak, Antoniego Gołubiewa, Zofii Malewskiej, wielu innych.

W tej samej rubryce, w wydanym kilka lat temu tłumaczeniu nie ma już ani jednego nazwiska literata. Są katecheci, teologowie, teoretycy. Ale nie ma twórców. Nie dlatego, że ich nie zaproszono do współpracy. Oni nie istnieją. Nie ma już w Polsce katolickiej literatury. To samo dotyczy z resztą pozostałych dziedzin sztuki. Ostali się tylko eksperci. To nie przypadek, że w zasadzie jedynym spadkobiercą wspaniałej, literackiej dynastii francuskich pisarzy katolików – Georga Bernanosa, zdobywcy literackiego Nobla Mauriaca, genialnych konwertytów Huysmansa i Peguy był zmarły w zeszłym roku, wielki „romantyk Tradycji”, Jean Raspail.

Zachód uczył się architektury, budując katedry. Malarstwa – przedstawiając pasje i sceny zwiastowania. Muzyki – pisząc chorały i msze. Chrześcijaństwo nie miało swojego miejsca w kulturze, było jej powietrzem. Niosło ze sobą, to bez czego nie ma mowy o żadnej twórczości – milczenie i misterium. Tajemniczą, nieuchwytną w żadnych słowach, a jedynie w otaczającej moment przeistoczenia ciszy, obietnicę. Kierunek i uzasadnienie dla duchowego wysiłku, złożony system symboli i prawd, które dopiero w drugiej kolejności były twórczą inspiracją. Przede wszystkim stanowiły sens życia samych twórców. Sprawiały, że na tym świecie dało się i chciało żyć, o ile wzbudzały tęsknotę za tym, co czeka nas po śmierci. Piękno nie istnieje bez ofiary. Istnienia wartości wyższych, ważniejszych niż samo życie.

Po śmierci pułkownika Beltrame’a, francuski magazyn „La Croix” porównywał jego śmierć do męczeństwa Maksymiliana Kolbego, ofiarującego swe życie w zamian za ofiarowanie współwięźnia. Kiedy ten święty wystąpił przed szereg, siłą rzeczy pozostali więźniowie widzieli tylko jego plecy. Ale to nie znaczy przecież, że się od nich odwrócił. Pokazał po prostu kierunek podróży, przejażdżki jaką jest życie. Na pytanie zaskoczonego SS-mana kim jest, odpowiedział tylko: „katolickim księdzem”. Za każdym razem, kiedy kapłan zaczyna odprawiać Mszę Wszechczasów, nie odwraca się do wiernych plecami, tylko powtarza gest i decyzję św. Maksymiliana. A w zasadzie tę decyzję, którą Kolbe naśladował. W kierunku który wskazuje cała liturgia; jej siedem części odpowiada siedmiu ostatnim słowom Chrystusa na krzyżu.

Patrząc na śpiewający u stóp płonącej katedry tłum przypomniał mi się Edward Gibbon. Jego opowieść o chwili, w której zobaczył śpiewających na ruinach rzymskiej budowli chorał gregoriański mnichów. Podjął wtedy decyzję o napisaniu, chyba najlepszej książki historycznej powstałej w kilku ostatnich wiekach, dziejów zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego. Próby zrozumienia w jaki sposób chrześcijaństwo, po cichu, niezauważalnie, wbrew wszelkiej logice historii i politycznemu rozsądkowi, przeniknęło i „pożarło” tak wielkie i doskonałe państwo. Gibbon zobaczył to, co było.

Patrząc na płonącą Notre Dame, mogliśmy dostrzec przebłysk tego, co dopiero się wydarzy. Upadającą katedrę, która bardziej niż kościołem stała się w ostatnim czasie turystyczną atrakcją. Płomienie, wzbudzające modlitwę do Naszej Pani, której budowla ta była poświęcona. Ogień, który pochłania i oczyszcza. Kościół odradzający się w płomieniach jak feniks. Ani Gibbon nie patrzył tak naprawdę na przeszłość, ani my na przyszłość. Wszyscy razem widzimy w takich chwilach Wieczność.

Jan Maciejewski

Tekst pochodzi ze strony https://klubjagiellonski.pl

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Na żyznej ziemi – katolicki tradycjonalizm we Francji przed powstaniem FSSPX



Pozytywna reakcja, z jaką spotkała się postawa abp. Lefebvre’a we Francji, w dużej części wynika ze skomplikowanej historii tamtejszego Kościoła – historii, która opatrznościowo dała francuskim katolikom czas i możliwość przygotowania środków zaradczych na czas kryzysu. Poniższe opracowanie, pierwotnie opublikowane w wewnętrznym biuletynie Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, a następnie, za zgodą bp. Bernarda Fellaya, w miesięczniku „The Angelus”, opowiada o historii ruchu tradycji katolickiej, który – jak udowadniają jego autorzy – zaczął się formować nie dopiero w odpowiedzi na postanowienia II Soboru Watykańskiego, lecz o wiele wcześniej, gdy idee Rewolucji Francuskiej nie sięgnęły jeszcze tak głęboko do wnętrza Kościoła.

niedziela, 7 lutego 2016

W diecezji Fresno powstanie tradycyjna katolicka parafia



Biskup Armando Ochoa wyraził zgodę na powstanie w diecezji Fresno kościoła, w którym regularnie celebrowana będzie liturgia w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Posługę duszpasterską będą w nim pełnić kapłani z Bractwa Kapłańskiego św. Piotra.

Biskup Armando Ochoa zezwolił lokalnemu Stowarzyszeniu Tradycyjnej Mszy Łacińskiej na rozpoczęcie kampanii fundrasingowej, dzięki której w diecezji Fresno (metropolia Los Angeles) powstałaby „tradycyjna” parafia. Wierni odnaleźli już odpowiednią nieruchomość, to wystawiony na sprzedaż kościół wraz z budynkiem w którym znajdują się klasy, kuchnia i sala, w której będą mogły się odbywać większe spotkania.

Wierni chcą zebrać 900 tysięcy dolarów. Taka kwota umożliwiłaby nie tylko nabycie nieruchomości, ale i przystosowanie kościoła do katolickiego kultu. Darowizn można dokonywać za pośrednictwem serwisu PayPal.

„Poranna Msza w niedziele, Msze w ciągu tygodnia, wszystkie sakramenty – w tym i małżeństwa – a także Msze Requiem sprawowane będą w formie nadzwyczajnej. Priorytetem będzie chorał gregoriański i inne formy tradycyjnej katolickiej muzyki liturgicznej” – zachęcają wierni z diecezji Fresno. Parafia będzie także udzielała wsparcia rodzicom prowadzącym domową edukacje dzieci.

Źródło informacji: www.fresnolatinmass.org / BIBULA.com

sobota, 24 października 2015

Wywiad z ojcem Bazylim Nixenem OSB, benedyktynem z tradycyjnego klasztoru św. Benedykta w Nursji




Publikujemy rozmowę ks. Cezarego Pacieja z ojcem Bazylim Nixenem OSB, benedyktynem z klasztoru św. Benedykta w Nursji.

Ks. Cezary Paciej: Ojcze! Proszę opowiedzieć o początku waszej benedyktyńskiej wspólnoty.

Ojciec Bazyli: Nasza wspólnota została założona w 1998 roku, ale inspiracja do rozpoczęcia tego dzieła przyszła 3 lata wcześniej w 1995 roku. Nasz założyciel, ojciec Kasjan, otrzymał tę natchnioną myśl w czasie podróży pociągiem z Rzymu do Neapolu. Bardzo starał się o realizację tej idei i otrzymał na to pozwolenie od swojego opata i od opata prymasa benedyktynów. Wspólnotę założył w Rzymie w 1998 roku. Po dwóch latach, w grudniu 2000 roku, mnisi przeprowadzili się do Nursji, gdzie są do dzisiaj.

CP: Kto należał do pierwszej wspólnoty?

o. Bazyli: Pierwszą wspólnotę stanowiło trzech zakonników, którzy też przybyli do Nursji, ale z nich do dziś pozostał tylko ojciec Kasjan.

CP: Czym jest życie monastyczne? Czym różni się ono od innych form życia chrześcijańskiego? A w szczególności od innych dróg życia zakonnego, czy od życia kapłańskiego? Co jest istotą życia monastycznego?

o. Bazyli: Istotę życia monastycznego, jak mówi św. Benedykt, stanowi: „nie przedkładanie niczego ponad miłość do Chrystusa” – Nihil amori Christi praeponere. A także: „nie przedkładanie niczego ponad Służbę Bożą” – Nihil operi Dei praeponatur. Te dwie rzeczy są bardzo istotne dla zakonnika, który próbuje osiągnąć doskonałość i zjednoczyć się z Chrystusem. Przede wszystkim kult Boga, Jego chwała, którą oddaje się Jemu przez udział w liturgii. Ona staje się tym, co zakonnik najbardziej kocha i tym, dla czego poświęca swoje życie. Jednak w porządku praktycznym szczególnie ważne jest wzrastanie w pokorze. Pokora i posłuszeństwo, aby być jak Chrystus – czystym, bez grzechu, czcić Ojca w doskonały i najpełniejszy sposób. Pokora na wzór Chrystusa jest niezastąpiona dla wypełnienia tego zadania. Nasze życie jako mnichów to nieustanna próba wzrastania w pokorze i posłuszeństwie. Wszystko w życiu monastycznym i w Regule zmierza do osiągnięcia tego celu. Umacnianie pokory i posłuszeństwa to droga upodobnienia się do Chrystusa, abyśmy mogli żyć dla Boga.

CP: Czy życie monastyczne jest potrzebne i pożyteczne dla Kościoła i świata? Jeśli tak to dlaczego?

o. Bazyli: Uważam, że tak! Jest ono bardzo ważne i potrzebne światu, bo klasztory są miejscami, gdzie ludzie mogą przyjść i spotkać się z Bogiem. Ludzie wierzący przychodzą spotkać się z Bogiem przez innych ludzi, którzy wierzą w Niego. Głębiej przeżyć i umocnić swoją z Nim więź. Ale klasztory, jako rzeczywiste miejsca modlitwy i ofiary, przynoszą także korzyści dla całego świata w sposób ukryty i niewidoczny. Z dwóch powodów jest to ważne dla całego Kościoła. Po pierwsze: jest to świadectwo i znak, że wszyscy jesteśmy powołani do życia w Niebie, do podążania w tym kierunku. Życie klasztorne stara się naśladować życie w Niebie. Mnisi są znakiem życie w niebiańskiej przestrzeni a Kościół potrzebuje mieć przed oczami przykład takiego życia. Kościół chce patrzeć na ludzi, którzy poświęcają swoje życie wyłącznie Bogu i zachęcają do tego pozostałych chrześcijan, będąc dla nich znakiem. Jako mnisi czynimy to przede wszystkim w liturgii.

Po drugie: poświęcenie się liturgii, oficjalnej modlitwie Kościoła, znowu przynosi korzyść całej wspólnocie wierzących, bo nasze modlitwy pomagają Kościołowi w różnorodny sposób, choć w tajemniczy i niewidoczny. Również jako zakonnicy dajemy Kościołowi przykład jak powinna być sprawowana liturgia. Kościół tego potrzebuje! Potrzebuje przypominać sobie: tak! Właśnie tak powinniśmy chwalić Pana! Klasztor ma tę misję: uczyć Kościół dając przykład i świadectwo jak czcić Boga w liturgii. Myślę, że to jest bardzo ważne. Mam tu także na uwadze Kościół Wschodni, w którym mnisi właśnie to dają pozostałej części Kościoła! Tak było w historii i jest dzisiaj. Powinniśmy spełniać tę funkcję także w Kościele Zachodnim.

CP: Kto jest głównym beneficjantem takiego sposobu życia? Tylko zakonnicy czy inni również?

o. Bazyli: Oczywiście, że jedni i drudzy! Klasztor istnieje dla zbawienia dusz. Najpierw, naszych własnych, ponieważ my zostajemy mnichami, aby zbawić swoje własne dusze, aby mieć pewniejsza nadzieję ich zbawienia. Przychodzimy do klasztoru, aby nawracać się do Boga i żałować za grzechy a czyniąc to dajemy korzyści całemu Kościołowi i światu, bo stajemy się zdolni do złożenia z siebie ofiary za Kościół i innych ludzi. Wspieramy ich naszymi modlitwami i ofiarami. Bycie mnichem jest pożyteczne dla nas i przynosi korzyść również tym, którzy żyją w świecie.

CP: Spoglądając z klasztornej celi – co wydaje się być najważniejszym problemem dzisiejszego świata i współczesnego Kościoła?

o. Bazyli: Pascal powiedział, że: „wszystkie problemy ludzkości zaczynają się z powodu tego, że człowiek jest niezdolny do pozostawania w swojej celi, w swoim pokoju, do przebywania w ciszy tylko sam, jeden”. Myślę, że to prawda. Mnich stara się przebywać w prawdzie sam ze sobą. Św. Grzegorz Wielki, kiedy opowiada o św. Benedykcie, który żył w Subiaco w jaskini jako pustelnik, mówi: et ibi in superni spectatoris oculis habitavit secum. Habitare secum! Żyć z samym sobą! Mieszkać ze samym sobą pod spojrzeniem Boga. To jest najważniejsze, czego potrzebujemy, naprawdę jedyne! My mnisi musimy być ekspertami w przebywaniu w Bożej Obecności. To jest bardzo trudne. Próbujemy się tego uczyć. To jest to czego potrzebuje Kościół i ludzkość. Pokorna i pełna miłości akceptacja siebie samego, gdy On jest z nami i na nas patrzy, pozwala nam kochać Jego i zaufać Jemu. Wtedy możemy zacząć się dzielić Jego miłością z innymi. Cela zakonna jest miejscem, gdzie mnich uczy się habitare secum … in superni spectatoris oculis (mieszkać samemu… w Obecności Bożej).

CP: Czy jest jakaś różnica między klasztorem w Nursji a innymi benedyktyńskimi klasztorami na świecie?

o. Bazyli: Znajdujemy się w miejscu narodzin św. Benedykta! To jest rzecz, za którą jesteśmy najbardziej wdzięczni. Możemy żyć tutaj i próbować wprowadzać w życie to, co
on napisał, o czym uczył i jak żył. W odniesieniu do innych wspólnot są oczywiście bardzo widoczne różnice. To jest liturgia, przestrzeganie Reguły. Jesteśmy nową i bardzo młodą wspólnotą. Zostaliśmy założeni w 1998 roku, wielu z nas jest jeszcze bardzo młodych, a to znaczy, że mamy bardzo dużo różnych możliwości, a także entuzjazmu, energii i gorliwości – to są cudowne cechy. Jesteśmy w stanie powrócić do korzeni w inspirujący sposób – to jest piękne i cieszymy się tą łaską. Ale nie posiadamy tego, co inne klasztory – historii i doświadczenia. Staramy się korzystać z niego, kiedy odwiedzamy inne klasztory lub spotykamy innych zakonników. Próbujemy uczyć się mądrości wieków – to bardzo ważne. Mamy tutaj coś bardzo cennego – możliwość powrotu do źródeł i życia Regułą w bardziej dosłowny sposób. Tak jak uczy tego św. Benedykt. Jednak bardzo potrzebujemy mądrości starszych mnichów, co staramy się zdobywać przy każdej okazji.

CP: Czy macie wciąż tę sama gorliwość, co na początku?

o. Bazyli: W jedne dni bardziej, w inne mniej! Nowy zakonnik, który przychodzi do klasztoru pokazuje jej bardzo dużo i to jest bardzo zachęcające. Ci z nas, którzy przebywają tutaj trochę dłużej mogą ulec przyzwyczajeniu. Łatwo jest zapomnieć jak wspaniałe jest nasze powołanie. Jednak Bóg znajduje sposoby, aby nam o tym przypominać.

CP: A czy nie byłoby lepiej pomagać biednym i głosić Ewangelię niż cztery godziny dziennie spędzać śpiewając psalmy i warząc piwo?

o. Bazyli: Większość ludzi nie widzi, że pomagamy także ubogim. Wiele osób przychodzi do naszego sklepu z pamiątkami, gdzie my dajemy im jałmużnę, jedzenie i to czego potrzebują. Zarówno karmimy ich, jak i odwozimy do domów. Kilku osobom w miasteczku pomagamy w stały sposób. Wielu ubogich przyjmujemy w naszym domu gości. Prawie codziennie gościmy głodnych w naszym refektarzu. Robimy wiele dla ubogich, dlatego potrzebujemy też środków finansowych, abyśmy mogli pomagać. Musimy utrzymać samych siebie, zadbać o potrzeby klasztoru i okazać pomoc proszącym. Dlatego tak ważny jest nasz browar. Jest wiele sposobów głoszenia Ewangelii. Drugi Sobór Watykański w dokumencie o życiu zakonnym „Perfectae caritatis” poświęca wspaniały rozdział na temat różnych sposobów prawdziwego głoszenia Chrystusa przez wspólnoty zakonne. Jednym ze sposobów, w jaki Chrystus ukazywał się światu, jest Jego osobista, w samotności, modlitwa do Jego Ojca. Chrystus wychodzi na górę i modli się do Ojca. To samo czynią wspólnoty kontemplacyjne. Tak dają Chrystusa światu. My więc głosimy Ewangelię i Chrystusa światu, na tej drodze, tak jak uczy sobór.

CP: Czy modlitwa psalmami pochodzącymi ze Starego Testamentu nie jest nudna? Czy to nie jest zbyt trudne na dłuższą metę?

o. Bazyli: Och nie! To jest cudowne! To jest najwspanialsze! Psalmy zawierają w sobie wszystko. Św. Tomasz z Akwinu, mówiąc o Mszy i w szczególności o psalmach, cytuje Dionizego Areopagitę, który mówi: „Wszystko co jest zawarte w Piśmie Świętym, zawarte jest w psalmach w formie modlitwy”. Psalmy są tak świeże, nowe i cudowne. Ponieważ tam zawsze możemy znaleźć treść Objawienia i doskonałe słowa wyrażające wszystko, cokolwiek jesteśmy w stanie poczuć i przeżyć. Takie jest moje doświadczenie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Nowa wiosna Kościoła we Francji. Jedyną nadzieją tradycjonaliści!


Nowa wiosna Kościoła we Francji. Jedyną nadzieją tradycjonaliści!

„We Francji posługę pełni tylko 14 tys. księży diecezjalnych. Około połowa z nich przekroczyła 75. rok życia” – czytamy na włoskim blogu „Cordialiter”. Tymczasem tradycjonalistyczne seminaria są pełne, kryzys powołań nie dotyka także konserwatywnej diecezji Frejus-Toulon, w której alumni poznają tradycyjną liturgię i duchowość.

czwartek, 13 lutego 2014

Ks. Esposito o apostolacie Bractwa św. Piusa X w Zimbabwe


 Przeorat FSSPX pw. św. Józefa w Harare
Jak w każdym kraju na świecie, również w Zimbabwe po wprowadzeniu reform II Soboru Watykańskiego ujawniły się ich katastrofalne skutki. Większość katolików, zarówno kapłanów, jak i wiernych, zaakceptowała wprowadzane zmiany – niektórzy uczynili to z radością, inni po prostu „dlatego, że przyszły z Rzymu”. Zaledwie garstka katolików poddała je głębszej refleksji, modliła się i doszła do wniosku, że w Kościele wydarzyło się coś niedobrego.

Na przełomie lat 70. i 80. XX w. dwóch katolickich kapłanów stało się przewodnikami tych nielicznych wiernych, którzy starali się jak najwierniej trzymać wiary swych ojców. W Harare (stolicy Zimbabwe – przyp. red.) istniała niewielka katolicka tradycjonalistyczna wspólnota wiernych, skupiona wokół ks. Wiktora Riederera SI († 2002). Ks. Riederer okazjonalnie sprawował „starą Mszę” i w stołecznej katedrze toczył niemal samotną walkę o zachowanie tego, co było tradycyjne – walkę, którą w końcu przegrał, gdy w 1985 r. został przeniesiony do Anglii. Z kolei w Bulawayo (drugim co do wielkości mieście tego kraju – przyp. red.) mieszkał ks. Ansgar Hoffman († 2003) ze Zgromadzenia Misjonarzy z Mariannhill, który odprawił nową Mszę jedynie raz, a później odmówił dalszych takich celebracji. Był on kapelanem więziennym, więc wierni słuchali Mszy św. w więzieniu! Ta grupa spotykała się również co tydzień w domach prywatnych, aby móc uczestniczyć w odprawianych przez ks. Ansgara nabożeństwach różańcowych.

Inny jezuita, ks. Tomasz Crehan († 1983), odprawiał tylko Mszę św. trydencką, ale niestety wierni nie mogli w niej uczestniczyć, ponieważ ks. Crehan był „zamurowany” w Kolegium św. Jerzego. Mieszkałem w tamtejszym internacie i zapamiętałem ks. Crehana jako dobrego, świętego kapłana, który nigdy nie odprawił nowej Mszy dla chłopców uczących się w tej szkole. Zamiast tego odprawiał tradycyjną Mszę św. w jednej z kaplic kolegium.

O Ecône słyszano nawet w Rodezji (tak przed 1980 r. nazywało się Zimbabwe – przyp. red.), która z końcem lat 70. XX w. była krajem wciąż izolowanym na arenie międzynarodowej. Pan Edward Stazinski-Smith skontaktował się z Ecône i w 1979 r. ks. Ryszard Williamson złożył mu prywatną wizytę i odprawił Mszę św. w jego domu. 12 września kolejnego roku w jednej z miejscowych gazet pojawiło się ogłoszenie, które przyciągnęło uwagę grupy katolików; zapowiadano w nim mającą się odbyć następnego dnia wizytę ks. Williamsona i Mszę św. To wydarzenie dało początek ruchowi tradycjonalistycznemu w Zimbabwe. Około 50 osób wzięło udział we Mszy oraz konferencji – to wówczas zawiązano komitet Faithful and True (ang. Wierni i Prawdziwi). Przez kolejne dwa lata grupa nieco się powiększyła, powołano więc do życia Traditional Roman Catholic Society (ang. Tradycjonalistyczne Stowarzyszenie Katolickie), którego pierwszymi członkami zostali m.in. Edward Stazinski-Smith, mjr Vickers, Bernard Flynn, Antoni Young, Marcja Sutherland, Marlena Swanton, Gwendolina Bhika i Ewa Ward.

Ks. Williamson ponownie odwiedził Zimbabwe w latach 1981 i 1982, aby wygłosić pięciodniowe rekolekcje; jego wizyty przyczyniły się do wzrostu liczby wiernych. Aby zaspokoić ich potrzeby duchowe, rok później do Zimbabwe przybył z Durbanu (RPA) ks. Jan Brady ze Zgromadzenia Ducha Świętego († 2012).

W tym czasie utrzymywano także kontakty ze środowiskami katolickich tradycjonalistów w Republice Południowej Afryki i wraz z nimi dzielono wielką radość płynącą z faktu, że w 1984 r. w Johannesburgu został ustanowiony pierwszy afrykański przeorat Bractwa Św. Piusa X. Wierni z Zimbabwe ciężko pracowali organizując festyny i kiermasze, aby zebrać fundusze umożliwiające sprowadzenie z Johannesburga księdza i zorganizowanie miejsca, w którym regularnie mogłaby być celebrowana Msza św. W tych pierwszych latach sale na Msze, spowiedzi, konferencje etc. były wynajmowane, a wśród parafian panował wspaniały duch koleżeństwa. Pomimo że w tym czasie w Harare nie było niczego stałego, to wspólnota wiernych (w pewnym momencie ich liczba wynosiła ok. 200 osób) wydała wiele powołań. Wiernych z Zimbabwe (już jako wyświęconych kapłanów oraz braci i sióstr zakonnych – przyp. red.) można znaleźć w każdym przeoracie i każdej kaplicy w RPA, gdzie regularnie jest odprawiana Msza św., a także w innych częściach świata.

Ciężkiej pracy i determinacji wiernych z Zimbabwe zawdzięczamy to, że w 1986 r. powstał przeorat, a jego pierwszym przełożonym został ks. Franciszek Peek. Obecny przeorat mieści się w dawnym domu jednego z wiernych, który na bardzo dogodnych warunkach sprzedał go Bractwu Św. Piusa X. Przez pierwsze trzy lata kaplica znajdowała się w salonie – tam odprawiano codzienne Msze św., a Msze niedzielne wciąż celebrowano w wynajętych salach. W końcu przy przeoracie powstał kościół, który był gotowy do użytku w Wielkim Tygodniu 1989 r.

Tak oto w krótkim zarysie wyglądały początki apostolatu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w Zimbabwe. Wielu spośród ówczesnych parafian już umarło – oni oraz wielu, którzy wciąż są z nami, walnie przyczynili się do powstania przeoratu pw. św. Józefa. Pomimo trudności, z jakimi przyszło nam się zmagać w czasie minionych 25 lat, proszę Boga, aby ten przeorat wciąż był latarnią pośród duchowych ciemności. Lecz nie zapominamy i jesteśmy wdzięczni za tak wiele łask i pociech, które również były nam dane przez te lata.

Źródło informacji: http://news.fsspx.pl

piątek, 31 stycznia 2014

CORAZ ŁATWIEJSZY DOSTĘP DO BOGACTWA LITURGII RZYMSKIEJ W STANACH ZJEDNOCZONYCH

LIST NR 38

„List apostolski motu proprio Summorum Pontificum Papieża Benedykta XVI z 7 lipca 2007, który wszedł w życie 14 września 2007, udostępnił bogactwo liturgii rzymskiej Kościołowi powszechnemu”.

Instrukcja Universæ Ecclesiæ z 30 kwietnia 2011 roku

Blisko trzy lata po opublikowaniu instrukcji o wprowadzeniu w życie Motu Proprio Summorum Pontificum, skutek jego nie słabnie. Co więcej, uniwersalizm liturgii rzymskiej stale się wzmaga. Na dobry początek nowego roku proponujemy w tym tygodniu podsumowanie postępów, jakie forma nadzwyczajna poczyniła w Stanach Zjednoczonych.

A) Rozpocznijmy od Nowego Jorku. A dokładnie od Staten Island. Msza tradycyjna powróciła tam 12 października 2013 roku po 48 latach niebytu. Nie jest to jeszcze msza niedzielna czy cotygodniowa, tym niemniej jednak cieszy się powodzeniem, jak relacjonuje jeden z wiernych: „Przeciwnie do tego, co sobie wyobrażałem – i prawdopodobnie do tego, co wyobrażali sobie ci, którzy zaprogramowali mszę na październikową sobotę o godzinie 19:30 – było nas więcej niż stu”. Msza zorganizowana w kościele Najświętszego Serca, historycznym miejscu dzielnicy, została odprawiona przez proboszcza, który przyznał, że to właśnie na tę okoliczność nauczył się odprawiania starej mszy. A przecież niekiedy wierni zastanawiają się, tak jak pewna pani: „Czy znajdzie się ksiądz, który zada sobie trud i nauczy się odprawiać mszę tradycyjną tylko po to, by raz czy dwa razy w roku dać satysfakcję garstce fanatyków? Lub czy ksiądz taki będzie wierzył w duchową wartość tej mszy i myślał o ponownym jej wprowadzeniu do liturgii parafialnej na stałe? Skoro udaje mu się przyciągnąć sto osób w sobotni wieczór, ile osób pojawiłoby się w niedzielę rano, o godzinie 10:30?” My byśmy tego lepiej nie ujęli! Przy okazji odnotujmy szczegół przytoczony przez jednego z uczestników: „Podobnie jak na wszystkich mszach, w których miałem możliwość uczestniczyć w Nowym Jorku, stojące przed wejściem do kościoła panie Filipinki rozdawały nam uprzejmie książeczki pomagające uczestniczyć we mszy i śledzić poszczególne jej części.”

B) Jak widać na przykładzie proboszcza ze Staten Island, i co też często mieliśmy okazję pokazywać w naszych listach, formacja księży jest jedną z mocnych stron rozwoju mszy w Stanach Zjednoczonych. W wywiadzie dla magazynu Regina, Byron Smith, sekretarz Una Voce America, informuje nas a propos, że ponad 1000 kapłanów z całego kraju odbyło już kurs odprawiania mszy tradycyjnej. Kanonicy Regularni św. Jana Kantego (patrz list nr 8) nadal należą do najskuteczniejszych propagatorów liturgii tradycyjnej. Od 10 do 13 października prowadzili więc kurs dla kleryków z diecezji Detroit.

C) Wiele powodów zadecydowało o tym, że w roku 2013 diecezja Detroit okazała się być doskonałym symbolem harmonijnego rozwoju formy nadzwyczajnej w Stanach Zjednoczonych. Obok wspomnianego kursu dokształcającego dla diecezjalnych kleryków, pod koniec sierpnia nastąpił powrót liturgii tradycyjnej do katedry pw. Najświętszego Sakramentu. Na prośbę miejscowej grupy Juventutem celebransem na tę okoliczność został jeden z biskupów pomocniczych, J.E. Donald Francis Hanchon. Kilka tygodni wcześniej inny biskup pomocniczy, J.E. Francis Ronald Reiss, udzielił sakramentu bierzmowania 16 wiernym ze wspólnoty Summorum Pontificum przy kościele Świętego Jozafata. Zaproszenie do udziału biskupów, dostęp do sakramentów, formacja kleryków: oto działania diecezji, w której skarby Motu Proprio udostępniane są sprawiedliwie – to sytuacja, której można pozazdrościć po tej stronie Atlantyku...

D) W diecezji Galveston-Houston arcybiskup, kardynał DiNardo, w dniu Wniebowzięcia podarował wiernym parafię personalną. Opiekę nad nią powierzono księdzu Van Vliet z Bractwa Świętego Piotra (FSSP), a nominację otrzymał on w czasie ceremonii, której przewodniczył wikariusz generalny episkopatu. Parafia otrzymała wezwanie Regina Cæli. Nie dysponuje jeszcze własnym kościołem, ale posiada pozwolenie na budowę na terenie otrzymanej w darze działki, na północnym-zachodzie miasta. Dobrym zakończeniem roku było erygowanie kaplicy świętej Róży z Limy (gdzie celebruje wspólnota FSSP), do godności parafii personalnej, tym razem przez biskupa diecezji Springfield (Illinois). Uroczystość odbyła się 23 grudnia 2013 roku.

E) Wybrzeże Pacyfiku nie pozostaje w tyle, szczególnie dzięki temu, że szczęśliwie posiada dwóch cudownych arcybiskupów: J.E. Alexandra Sample w Portland (zob. nasz list nr 34), i J.E. Salvatore Cordileone w San Francisco. Ten ostatni nie tylko chętnie wspiera większość inicjatyw Summorum Pontitificum, które są mu proponowane, ale i bez wahania proponuje takowe kapłanom i wiernym. I tak od niedzieli Trójcy Świętej, na osobistą prośbę arcybiskupa San Francisco, msza tradycyjna cieszy się odzyskanymi prawami w kościele Stella Maris. Odbywa się w każdą niedzielę, a na dodatek o godzinie 11! Kto da więcej?

F) Ten przekaz dobrych nowin ze Stanów Zjednoczonych nie oznacza, że gdzie indziej Motu Proprio utknęło w martwym punkcie. W Europie, na przykład, pojawiają się ciągle nowe msze, inne zaś zaczynają być widoczne i stają się coraz bardziej dostępne. To przypadek Hiszpanii, gdzie miejscowa prasa w Gijon co dopiero opublikowała sprawozdanie z przeniesienia tamtejszej mszy do kościoła na starówce. Podobnie i w Segowii, która odtąd dwa razy w miesiącu korzystać będzie z posługi Instytutu Chrystusa Króla: o godzinie 19 w niedziele w kościele San Sebastián. Od czerwca również w Słowenii pierwsze zastosowanie Motu Proprio, raz w miesiącu w Maribor. We Włoszech, mimo zamknięcia wielu miejsc, gdzie msze odprawiali Franciszkanie Niepokalanej uzyskano nową mszę niedzielną w Palermo: we wszystkie niedziele miesiąca o godzinie 17:30 w kościele San Basilio.

G) Poza takim, można by rzec, „organicznym” rozwojem Motu Proprio, należy podkreślić, że doraźna promocja formy nadzwyczajnej nie ustaje. Niezmordowany sługa reformy liturgicznej J.E. biskup Athanasius Schneider odprawił więc triduum na początek Adventu w Irlandii. J.E. Eugenijus Bartulis, biskup Siauliai na Litwie, bywalec dróg do Chartres, minionego lata w trakcie konferencji liturgicznej odprawił w swojej diecezji mszę pontyfikalną. Jeszcze dalej na wschód cœtus Summorum Pontificum z Moskwy (który swoją mszę ma w każdą niedzielę o godzinie 17 w krypcie katedry) patronował objazdowej prezentacji mszy tradycyjnej w w leżącym u stóp Uralu mieście Bereżniki. I wreszcie wspólnota z Hong-Kongu, istniejąca jeszcze przed Motu Proprio, cechująca się niespożytą energią, w niedzielę Gaudete zainaugurowała cykl wykładów liturgicznych. Wśród nich prezentacja biskupa Schneidera na temat pilnej konieczności i dobrodziejstw przyjmowania komunii świętej na klęcząco i do ust. To temat jego najnowszej książki, której francuskie tłumaczenie jest w przygotowaniu dzięki Renaissance Catholique.

H) Podsumowując, mimo zmiany pontyfikatu efekty Summorum Pontificum w 2013 roku nie zostały zanegowane. Stawiamy na to, że podobnie będzie w roku 2014. A to z bardzo prostej przyczyny: popyt i potrzeba dalekie są jeszcze od bycia zaspokojonymi.

Źródło informacji: http://www.paixliturgique.pl/

wtorek, 31 grudnia 2013

Pomóż Bractwu św. Wincentego Ferariusza zbudować kościół!



6 października 2013 roku Bractwo św. Wincentego Ferreriusza, żyjące tradycyjną duchowością i liturgią dominikańską, świętowało 25-lecie powstania. Dziś ojców czeka poważne wyzwanie: budowa kościoła, który odpowiadałby potrzebom wspólnoty i świeckich korzystających z ich apostolatu.

wtorek, 10 grudnia 2013

Wywiad z o. Cyprianem, przeorem benedyktynów z Silver City


o. Cyprian OSB
przeor klasztoru
Matki Bożej z Guadelupe
w Nowym Meksyku, USA
Z o. Cyprianem OSB, przeorem tradycyjnego benedyktyńskiego klasztoru Matki Bożej z Guadalupe w Nowym Meksyku, rozmawia Scott Jones, dyrektor szkoły Matki Bożej Zwycięskiej w Post Fall w Idaho.

Proszę Ojca, minęły 22 lata od momentu powstania klasztoru. Jak wyglądały jego początki i jakie były zasady, które doprowadziły Waszą wspólnotę do jej obecnego stanu?

– Zaczynaliśmy od zera po tym, gdy – że tak powiem – „przekroczyliśmy nasz Rubikon”, [tzn.] punkt, za którym nie było już odwrotu, żeby pozostać wierni Kościołowi i prawdziwej wierze. Cały czas byliśmy prowadzeni przez niezawodne światło, którym była wizja Jego Ekscelencji abp. Lefebvre’a. Znakomity duchowny, wielki wśród wielkich, wzór, za którym należy podążać i naśladować go, ale przede wszystkim rozumieć. Idąc jego śladem, opieram się na jego nauczaniu, kazaniach i konferencjach, które słyszałem na własne uszy, na jego radach skierowanych do mnie osobiście i na jego pismach, które stanowiły ich potwierdzenie. Dodam, że dziś jest tylko jeden sposób, żeby wcielać te wskazówki w życie: podążać za opatrznościowo ustanowionymi przez niego następcami, za kierownictwem najbardziej zbawiennego dla Kościoła dzieła Arcybiskupa – Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Obecnie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jesteśmy przekonani o słuszności tej drogi. Arcybiskup zachęcał mnie do podążania nią jako benedyktyn i jako kapłan, który osobiście został przez niego wyświęcony z miłości do Kościoła i dla jego zdecydowanej obrony, i aby uczynić niewykonalne – ustanowić małe oazy prawdziwej wiary zgodnej z Tradycją. Klasztor chce być taką oazą, gdzie, od niczego się nie dyspensując, Kościół pozostaje żywy. Żyje tradycją, doktryną, żyje w miłosierdziu, które kształtuje wiarę, żyje oddając cześć Bogu tak, jak On chce być czczony – zgodnie z Jego odwiecznymi nakazami, zgodnie z Bożym Objawieniem wyrażonym w świętej liturgii.

Jakie plany ma obecnie Wasza wspólnota?

– Szerokie: zamierzamy rozbudować nasz klasztor. Chodzi o to, żeby nadążyć za napływem postulantów. Trwają wzmożone prace budowlane; bracia pracują nad tym, aby podwoić nasze możliwości lokalowe i usilnie proszą przyjaciół, aby nam w tym pomogli. Nie ma wystarczającej liczby cel dla wszystkich zakonników, kaplica jest zbyt mała dla wspólnoty zakonnej i wiernych, podobnie jak refektarz. Ten klasztor stał się dla nas zbyt mały. Najbardziej leży nam na sercu ułatwienie wzrostu [naszej wspólnoty] i otwarcie się nań – i tak, przy rosnącej liczbie powołań, będzie jeszcze przez jakiś czas.

Mówi się o otwarciu kolejnych klasztorów w USA, być może tutaj, w Idaho. A może to tylko pogłoska?

– Ta pogłoska jest prawdziwa. Zastanawiamy się nad miejscem, w którym będzie można ustanowić przynajmniej jeszcze jedną fundację, jak w terminologii zakonnej określa się nowy klasztor. Otrzymaliśmy wiele propozycji i jesteśmy otwarci na ten pomysł. Jednak najpierw musimy umocnić nasz obecny klasztor w Nowym Meksyku. Wówczas – ufajmy, że w niedalekiej przyszłości – z błogosławieństwem Boga, gdy staniemy się opactwem i domem macierzystym, wyślemy mnichów w inne miejsca, żeby otworzyć kolejne klasztory.

Wspomniał Ojciec o napływie postulantów: czy wszyscy pochodzą z USA?

– W większości tak. To owoc wydany przez ojców i matki uczestniczących w tradycyjnej Mszy św., którzy ponieśli wielkie ofiary, aby zbudować wyjątkowe rodziny w tych szczególnych czasach. Młodzi ludzie, którzy pukają do drzwi naszego klasztoru, to znakomite powołania. Tej jesieni, ze względu na bardzo trudne warunki, ograniczyliśmy liczbę przyjęć, dokąd nie będziemy mieli więcej miejsca. Mamy nadzieję, że będziemy mogli przyjąć więcej kandydatów, gdy zrobimy postępy w pracy nad rozszerzeniem naszego dzieła.

Mówi się, że zbiórka funduszy za pomocą sprzedaży kawy (mnisi otworzyli palarnię kawy Abbey Roast – przyp. red.) wystartowała z sukcesem.

– Wygląda na to, że ten prosty pomysł znalazł szerokie uznanie, stając się dla nas wielką pomocą, gdy chodzi o zaradzenie potrzebom materialnym. Odzew był ogromny. Nasz cel jest bardzo prosty: zakup opakowania kawy równa się jednemu kamieniowi dołożonemu do naszych nowych budynków. Jesteśmy bardzo wdzięczni naszym dystrybutorom – takim jak pan!

Czy są inne sposoby, żeby wierni mogli pomóc?

– Utrzymujemy się przy życiu dzięki modlitwom naszych przyjaciół. To jest największa pomoc. Reorganizujemy także apostolat związany z rozsyłanym katalogiem produktów z naszego sklepiku, który powinien być gotowy przed nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia. Cieszymy się ze współpracy wydawniczej ze szkołą Matki Bożej Zwycięskiej, której efektem jest udostępnienie reprintów trudno dostępnych klasycznych pozycji książkowych z dziedziny duchowości oraz oferta dewocjonaliów z wizerunkami ulubionych świętych. Benedyktyńskie sakramentalia pełnią najważniejszą rolę w apostolacie tego katalogu, wespół z tradycyjnymi pomocami edukacyjnymi.

Czy rekolekcje i obozy dla chłopców nadal są ważną częścią klasztornego apostolatu?

– Przez cały rok z otwartymi rękami witamy mężczyzn w każdym wieku, a także niewielkie grupy chłopców. To, co najlepszego możemy im zaoferować, to możliwość spędzenia tygodnia lub dwóch wśród mnichów i pełnego – lub w takim zakresie, w jakim tego pragną – uczestniczenia w naszym benedyktyńskim życiu. To nasze życie jest naszym kazaniem. To samo dobro z radością możemy zaproponować rekolektantom, np. codzienną Mszę św. i sakramenty, wspólną pracę z mnichami, dostęp do biblioteki i rekreację (jeśli wędrówki po górskich szlakach ich odstraszą).

Jak podsumowałby Ojciec te dwie minione dekady historii klasztoru?

– Od pierwszego dnia to była walka. Jest to zgodne z uznaną tradycją historyczną! Jesteśmy naprawdę niczym… W oczach współczesnego świata mnisi są bezużyteczni, w najlepszym razie są ciekawostką. Powszechny zanik gorliwości i zaangażowania religijnego to zaledwie dwa z najważniejszych skutków współczesnego upadku. Współczesne społeczeństwo już nie przyjmuje za swoje religijnych ideałów tak, jak niegdyś. Dlaczego więc chcemy podążać tą drogą? Ponieważ w oczywisty sposób jest wolą Boga, by istnieli mnisi, zakonnicy konsekrowani do życia na Bożą chwałę, wielbiący Go w prawdzie, żyjący tylko po to. Wielokrotnie musieliśmy świadczyć, że jesteśmy przekonani do naszej misji. Wyzwania czynią nas silniejszymi i bardziej zjednoczonymi w naszym postanowieniu przestrzegania zasad, które stworzyły wielkich świętych i męczenników. Miłość do Kościoła, do jego boskiej natury i widzialnej struktury, umiłowanie autorytetu, cnota posłuszeństwa, cnota wytrwałości; były małe krzyże do niesienia i dotyczyły tych spraw, które nie są błahe. Nasze oczy są skierowane ku niebu, ponieważ jedynie Bóg mógł uczynić to, co stało się w tym klasztorze – po ludzku rzecz biorąc to nie było możliwe. Ćwiczymy się w pokładaniu ufności w Jego Opatrzność w naszych potrzebach, wiedząc, że Bóg będzie dawał nam środki do dalszej pracy tak długo, jak pełnienie Jego woli będzie naszym jedynym celem. Ojciec Niebieski był bardzo hojny dla naszej społeczności, a modlitewna wdzięczność jest istotą naszej codziennej Mszy św. i wszystkich ośmiu godzin brewiarza. Znajdujemy w nich nie tylko siłę do dalszej pracy, ale także radość ze służenia oraz z tego, że przynależymy do naszego pokolenia. W tych ciężkich czasach wydaje się to trudnym zadaniem, ale relatywnie rzecz biorąc, to, co do nas należy, jest małe i proste, „bo jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie”. Bogu zawsze należy się większa część, bo to jest Jego dzieło, Kościół jest Jego, to jest prawdziwa natura chwały wynikającej z bycia dla samego Boga. Z bezgraniczną ufnością oddałem Mu naszą wspólnotę w najpiękniejszych konsekracjach, jakimi dysponuje Kościół – ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa, Niepokalanego Serca Maryi, św. Józefa, św. Benedykta i przy wielu innych okazjach, kiedy jest czas, aby przystanąć w środku naszej pracy i ofiarować Bogu wszystko czym jesteśmy i wszystko co mamy. Matka Boża z Guadalupe jest matką naszej klasztornej rodziny i jeśli będziemy wierni tak, jak Ona była wierna, to nie zbłądzimy, i z łaską Bożą wspomoże nas, abyśmy nigdy nie porzucili naszej wyższej i niezmiennej misji.

Źródło informacji: http://news.fsspx.pl/

piątek, 29 listopada 2013

Kazanie x. Tomasza Jochemczyka




Kazanie x. Tomasza Jochemczyka wygłoszona w Krakowie 24 listopada AD 2013. w Kościele OO. Karmelitów w Krakowie podczas Mszy św w klasyczym rycie, która poprzedziła spotkanie zorganizowane przez Stowarzyszenie Fides et Ratio, Obóz Narodowo-Radykalny i Katolickie Stowarzyszenie Civitas Christiana

czwartek, 28 listopada 2013

Prowadziła mnie Fatimska Pani


O drodze do kapłaństwa rozmawiamy z x. Tomaszem Jochemczykiem

Pukanie do drzwi. Otwieram je. W drzwiach stoi uśmiechnięty, młody ksiądz. W kapeluszu, długim płaszczu. Na myśl przychodzi mi Don Camillo – wygląda zupełnie jak on. Nasz synek jest wyraźnie zaciekawiony. Księdza w takim ubraniu jeszcze nie widział. Witamy naszego gościa. Ksiądz Tomasz jest otwarty, pogodny. Siadamy przy stole i zaczynamy rozmowę. Jakbyśmy się znali od dawna. Rozmawiamy o Mszy prymicyjnej w Chełmie Śląskim, o prymicjach w Warszawie, które za kilka dni. I w końcu pada to pytanie: 

– Jak to się stało, że Ksiądz znalazł się we Włoszech?

Ksiądz Tomasz ożywia się…

Ta historia zaczęła się w 1976 roku. Wtedy mały Tomek przyszedł na świat. A potem było przedszkole, szkoła, pierwsze przyjaźnie, pierwsze samodzielne wakacje. To co zapewne każdy z nas przeżywał. Osiemnastoletni Tomasz też miał swój świat. Wyjechał do rodziny do Zakopanego. Pracował w niezbyt chlubnym miejscu. Nocny klub. Alkohol, kobiety lekkich obyczajów, podchmieleni panowie. Tomasz był barmanem. – Pracowałem tam, przyglądałem się tym dziewczynom – to były Ukrainki i zastanawiałem się, dlaczego to robią – zaczyna swoją opowieść x. Tomasz. – Kościół? Bywałem na Krzeptówkach. Podobało mi się, bo można było służyć do Mszy w góralskim stroju. Moja rodzina jest mieszana: tata jest Ślązakiem a mama pochodzi z Podhala, więc trochę się z góralami utożsamiałem. Ale ta moja ministrantura była raczej z powodu tego stroju, niż z chęci stania przy ołtarzu.

Te odwiedziny u Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach zaowocowały długimi rozmowami z koleżankami z pracy. – Tłumaczyłem im, że to nie jest życie. Pytałem, dlaczego to robią. Kiedyś zapytałem też, czy są ochrzczone. Nie były. Te długie rozmowy doprowadziły do tego, że i dziewczyny zaczęły się zastanawiać. Nawet przyszły kilka razy do kościoła. A jedna z nich – tego dowiedziałem się później – chodziła na spotkania przygotowujące do chrztu. Być może została ochrzczona? Tego nie wiem. Poszedłem wtedy do seminarium.

- Jak do tego doszło?

To był 1995 rok. Po Polsce pielgrzymowała Matka Boża Fatimska – figura, koronowana przez Jana Pawła II. Na Krzeptówkach wizyta miała się odbyć 3 grudnia. – Nie wiem dlaczego, ale czułem, że muszę tam być – wspomina x. Tomasz. – Coś mnie tam pchało, ciągnęło. Poszedłem do szefa i poprosiłem, czy mógłbym się zwolnić na dwie godziny. Szef zapytał po co? – Chcę pójść przywitać figurę Matki Bożej Fatimskiej – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Popatrzył na mnie, jakbym co najmniej postradał rozum. Ja, barman z nocnego klubu, chciałem pójść przywitać Matkę Bożą. Wyśmiał mnie, ale pozwolił pójść. Poszedłem. W kościele panował półmrok. Światła były zgaszone, a na środku stała Ona! Pamiętam dokładnie. Oświetlały ją reflektory, a figura dosłownie tonęła w kwiatach. Wszędzie unosił się zapach lilii. Padłem na kolana. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. To było takie silne jak rażenie pioruna. Nie wiem kiedy przeleciały te dwie godziny, o które poprosiłem szefa. Nie pamiętam nawet jak minęła noc. Trwałem na kolanach, wpatrzony w jej twarz. Nie mówiłem nic, ale w środku, we mnie kłębiły się tysiące myśli. Wyszedłem z kościoła dopiero rano, by poszukać księdza, u którego mógłbym się wyspowiadać. Do pracy w za barem nigdy już nie wróciłem. Miałem 19 lat, a czułem się, jakbym dopiero się narodził.

Ksiądz Tomasz następnego dnia wrócił znowu na Krzeptówki. – Kustosz sanktuarium, dzisiaj już śp. x. Mirosław Drozdek zauważył, że coś się ze mną dzieje. – Może powinieneś pójść do seminarium? Może to twoja droga – zasugerował. A ja chyba na to właśnie czekałem. Ksiądz Drozdek był pallotynem, więc naturalnym dla mnie wyborem było seminarium pallotyńskie. Tak się złożyło, że właśnie w Zakopanem zaczynał się miesięczny postulat. Wziąłem w nim udział i tak stałem się członkiem Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego.

To skąd wzięła się u Księdza miłość do Tradycji?

- W seminarium mieszkałem w pokoju z kolegą, który pisał pracę magisterską o Bractwie św. Piusa X. szczególnie interesował go abp Lefebvre. Jeździł do bractwa do Warszawy na ul. Garncarską i tam – nie przyznając się, że jest klerykiem i że zbiera materiały do pracy – obserwował Msze św. i działalność Bractwa. Zwoził do seminarium literaturę. Między innymi magazyn Zawsze Wierni. Kiedyś wziąłem jedne z numerów i zacząłem przeglądać. Dosłownie przeglądać. Oglądałem jedynie ilustracje i… zobaczyłem zdjęcie z Mszy odprawianej w rycie trydenckim. Popatrzyłem i pomyślałem: – Boże jakie to piękne! Jakie cudowne szaty! Tak, tak. Spodobały mi się szaty.

I po nitce do kłębka?

- To nie było natychmiastowe. Muszę tu wrócić do Matki Bożej Fatimskiej. Ja miałem do niej – i mam do tej pory – szczególne nabożeństwo. Jeszcze od x. Drozdka dostałem jej figurę – całkiem sporą, wysoką na ponad pół metra. W pokoju seminaryjnym ustawiłem ją na honorowym miejscu. Zapalałem przy niej świecę. Zbierałem niedopalone świeczki z naszego kościoła i zamiast je wyrzucać zapalałem Matce Bożej. Modliłem się do niej często, urządzałem nabożeństwa fatimskie 13 dnia miesiąca. Koledzy patrzyli na mnie trochę dziwnie. Zresztą zyskałem w seminarium przydomek Fatima. Nie bardzo mi się to podobało, ale nie zwracałem na to szczególnej uwagi. Uśmieszki kolegów zwielokrotniły się, kiedy znalazłem na strychu portret papieża Sługi Bożego Piusa XII. Przytargałem go do pokoju i zawisł na ścianie. Usłyszałem wtedy od przełożonych trochę gorzkich słów – że moja pobożność jest nieżyciowa, a stosunek do Matki Bożej fatimskiej staroświecki i kiczowaty. Ale nie przejmowałem się. Wolałem być kiczowaty i staroświecki. Niestety nie skończyło się to dla mnie dobrze. Przełożeni postanowili wysłać mnie na rok do Czarnej – pallotyni mają tam swój dom rekolekcyjny. Miałem popracować, przemyśleć pewne sprawy. Nie wiedzieli, że to zupełnie odmieni moje powołanie.

Co się stało w Czarnej?

- Pracowałem, organizowaliśmy z proboszczem różne przedsięwzięcia, czułem się tam dobrze. Mieszkało tam dwóch starszych księży. Jeden z nich jeszcze żyje – ma już 60 lat kapłaństwa. To byli bardzo pobożni kapłani. Codziennie w nocy o godzinie 2.00 wstawali z łóżek, by odprawić Mszę. Jeden szedł do kościoła, drugi do kaplicy i sprawowali Najświętszą Ofiarę. Ja nic o tym nie wiedziałem, ale pewnej nocy obudził mnie hałas na korytarzu. Słyszałem kroki, skrzypnięcia drzwi. Wyszedłem zobaczyć, co się dzieje. W kaplicy świeciło się światło. Uchyliłem lekko drzwi… Ksiądz Klemens stał przy ołtarzu – ale inaczej. Nie z tej strony, co zwykle. Zorientowałem się szybko, że odprawia Mszę taką jak przed soborem. Wykonywał piękne gesty, był skupiony i rozmodlony. Gdy mnie zobaczył, przeraził się. Jakbym nakrył go na czymś absolutnie zabronionym. Poprosił, żebym nikomu o tym nie mówił. I nie powiedziałem, ale odtąd często służyłem mu do Mszy. Odkryłem Mszę trydencką – świętą, wspaniałą Mszę, której dotychczas nie znałem. Do seminarium wróciłem po roku. Odmieniony. Choć pewnie w oczach moich kolegów i przełożonych, jeszcze bardziej „kiczowaty”. Skończyło się tak, że nie zostałem dopuszczony do wiecznej profesji, a co za tym idzie – do święceń diakonatu. Po siedmiu latach spędzonych u pallotynów zostałem z niczym. Sam.

Wrócił Ksiądz do domu?

- Nie mogłem wrócić do domu. To długa historia. Moja mama nie pogodziła się z decyzja, że chcę zostać kapłanem. Kiedy odwozili mnie do seminarium na początku mojej drogi, powiedziała, że jeśli tam wejdę, do domu nie mam już powrotu. Rozumiem ją. Miała już w myślach ułożony plan na moje życie. Żona, dzieci, dobra praca. Ja ten jej poukładany obrazek zburzyłem. I dlatego do domu nie mogłem pojechać. Zresztą, nie chciałem. Nawet nie powiedziałem rodzicom, że pallotynem już nie jestem. Kiedy wygasły wszystkie moje poprzednie zobowiązania względem Stowarzyszenia, pojechałem do Warszawy. Z figurą Matki Bożej Fatimskiej, obrazem Piusa XII i mała walizką. W Warszawie znałem tylko siostry karmelitanki z Woli. Nikogo więcej. Nie miałem żadnego pomysłu. Wiedziałem tylko jedno – chcę być kapłanem!

Co było dalej?

- Opatrzność nade mną czuwała. Siostry znały małżeństwo, które miało mieszkanie. Odremontowane, ładne. Miała w nim zamieszkać ich mama, ale nie chciała. Dali mi klucze. Mi – obcemu człowiekowi. Nie znali mnie przecież. Nie wiedzieli kim jestem. Wiedzieli tylko, że byłem u pallotynów. Ale to przecież nie oznaczało, że byłem kimś szczególnym. Ci państwo byli związani z dominikanami na Służewiu. Ja także zacząłem chodzić na Msze do dominikanów. Musze powiedzieć, że przygarnęli mnie z wielkim zawierzeniem. Tam poznałem szczególną osobę. Myślę, że dzięki niej jestem tutaj teraz. Jeden z ojców zaproponował mi, bym wstąpił do dominikanów, ale najpierw bym zapoznał się z ich Trzecim Zakonem Dominikańskim. Skierował mnie do Marii Kominek OPs, wówczas przełożonej Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. To ona wprowadziła mnie w świat Trydentu. Opowiadała o Mszy, o soborze, o tym, jak to się stało, że teraz Mszy Wszechczasów praktycznie się nie sprawuje. A ja żarliwie chłonąłem te treści. Chciałem zostać kapłanem, chciałem sprawować liturgię w nadzwyczajnym jej rycie. Trudno było jednak znaleźć w Polsce seminarium, które przyjęłoby człowieka po przejściach, jak ja. Jeden z moich znajomych przypomniał sobie, że ma znajomego księdza we Włoszech. Zadzwonił do niego. Jego odpowiedź była natychmiastowa: – Niech przyjeżdża nawet dzisiaj. Wiadomo, we Włoszech księży brakuje. Pojechałem. Musiałem nauczyć się języka, bo włoskiego nie znałem w ogóle. Gdy już trochę go posiadłem, zacząłem kontynuować naukę w seminarium. I na nowo odkryłem moc Matki Najświętszej w jej fatimskiej figurze.

Jak to się stało?

- Byłem na parafii i przyjechał do nas jedne kolega – ksiądz. Proboszcz korzystając z okazji wyjechał, ale zapomniał o zostawieniu jedzenia dla nas. Siedzieliśmy w moim pokoju, obok stała na ołtarzyku moja figurka. A ja zastanawiałem się, co będziemy jeść. Mój kolega stwierdził: – nie przejmuj się, zjemy jakieś pomidory z mozarellą. Nie rozumiałem; – U nas nie ma pomidorów. – To może ktoś przyniesie – kontynuował kolega. – Nikt nie przyniesie pomidorów, bo wszyscy wiedza, że proboszcz nie jada warzyw. Nikt tu nigdy żadnych warzyw nie przynosi. Kolega mnie uspokajał, a ja byłem coraz bardziej wzburzony, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że dopóki proboszcz nie wróci, a miało go nie być dwa-trzy dni, dopóty nic nie zjemy. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. W drzwiach stała kobieta, nasza parafianka z koszem pomidorów. Powiedziała, że właśnie wraca z działki, że miała ich dużo, więc przyniosła. Byłem przekonany, że mój kolega ją o to poprosił. Zapytałem więc, czy dzwonił do niej Don Francesco. Odpowiedziała ze zdziwieniem, że nie. I powiedziała, że w ogóle nie wiedziała, że tu jest. Jeszcze raz zapytałem, czy na pewno nikt ja nie poprosił o przyniesienie tych pomidorów. Przypomniałem, że przecież proboszcz nie lubi warzyw. – Wiem, powiedziała. Ale pomyślałam, że Ty je zjesz. Wróciłem na górę do kolegi. Miałem oczy wielkie i wręcz przerażone, ale on wcale się nie zdziwił. Powiedział, że kiedy biadałem nad tym co będziemy jeść, on patrzył na figurę Maryi i modlił się: Matko, spraw, by ktoś przyniósł pomidory. Nie dlatego, że mam na nie ochotę, ale dlatego, by Tomek mógł zobaczyć jak jesteś wszechmocna. Ta figura… Moim zdaniem to był jakiś cud.

I przystąpił Ksiądz w końcu do święceń diakonatu?

- To był czas przełomu przede wszystkim dla mojej mamy. W rodzinnej miejscowości dokuczano jej: – matka wiecznego kleryka. On nigdy nie będzie księdzem – słyszała. Wtedy w końcu uwierzyła, że zostanę kapłanem. I zrozumiała, że to naprawdę jest moje powołanie. Nie jakieś młodzieńcze „widzimisię”.

Przyjął Ksiądz w końcu święcenia kapłańskie…

- To był wspaniały dzień. I była ze mną Matka Boża Fatimska. Była w sposób cudowny. Muszę o tym opowiedzieć. Dużo wcześniej poznałem ludzi ze Światowego Apostolatu Fatimskiego. Spotykałem się z nimi często. Często jeździłem na spotkania z Matka Bożą Fatimską. Jeśli tylko gdzieś w pobliżu była peregrynująca figura, jechałem tam. Kiedy już było wiadomo, że przyjmę święcenia diakonatu, zadzwoniłem do nich. Wszyscy bardzo się ucieszyli i zapowiedzieli, że będą mieli dla mnie niespodziankę. Co to ma być, dowiedziałem się tydzień przed święceniami kapłańskimi. Okazało się, że dla mnie przerwali peregrynację Maryi po włoskich parafiach i przywieźli ją do mnie. Do kościoła, w którym przyjmowaliśmy święcenia. To było coś niewyobrażalnego. Maryja, ta sama, która była na Krzeptówkach, ta koronowana przez Jana Pawła II, ta która zjeździła cały świat, przybyła na moją uroczystość. Przerodziła się ona w nabożeństwo uwielbienia Maryi. Przed kościołem stała cała procesja powitalna. Biskup, proboszcz, księża ze świecami, krzyżem. Były kwiaty. Daleko na wzgórzu można było zaobserwować, jak zbliża się. Święta figura – Matka Boża. Powitano ją po królewsku – tak jak należy powitać Królową Świata. Ja szedłem z rodzicami od granic miasta. Moja mama powiedziała wtedy: – Prowadzimy cię stąd, żeby wszyscy wiedzieli, że przyszedłeś z daleka. Po mojej prawej stronie szli moi rodzice, po lewej, moi włoscy rodzice, którzy się mną zaopiekowali, kiedy przyjechałem do Italii. Moja mama powierzyła mnie im i to ona chciała, by szli razem z nami. To była tak niesamowita chwila, że trudno było powstrzymać łzy. Stałem potem w kościele i patrzyłem na Maryję. Starałem się przypomnieć sobie tę chwilę, kiedy mnie do siebie przygarnęła. Pamiętałem dokładnie Krzeptówki, kościół, noc. Ale kiedy stała się ta najważniejsza chwila? Kiedy odkryłem swoje powołanie? Nie potrafię tego czasowo zlokalizować. Czy to było od razu, po godzinie, czy po siedmiu. Nie wiem.

Uczył się Ksiądz sprawować Mszę w rycie trydenckim?

- Uczyłem się. Przystępowałem do święceń z zamiarem sprawowania jedynie takiej Mszy. Tylko w nadzwyczajnej formie. W naszej diecezji właściwie wszędzie się ją sprawuje – to teren kardynała Siri i wszyscy mają tu szczególny stosunek do starej formy Mszy. Tuz obok nas zadomowili się (na zaproszenie biskupa) mnisi z opactwa Le Barroux. Oni mnie wszystkiego uczyli. Na święceniach kapłańskich ksiądz biskup podziękował mi za moje przywiązanie do tradycji. Cieszył się, że pokochałem Msze trydencką i że taką będę sprawował. Na dowód tego, poprosił mnie, bym stanął przy nim podczas Mszy, na której wraz z kilkoma innymi diakonami przyjęliśmy sakrament kapłaństwa. Przyjechałem do Polski by odprawić Mszę w mojej rodzinnej miejscowości. Nie bez problemów, ale w końcu udało się i 6 stycznia stanąłem przed ołtarzem w kościele w Chełmie Śląskim. Niestety w tej diecezji nie można jeszcze odprawiać Mszy trydenckiej bez ograniczeń, dlatego moi rodzice postanowili zbudować obok domu kaplicę, bym mógł do nich przyjeżdżać i sprawować najświętszą ofiarę. Póki co, wznieśli niewielki ołtarz w domu.

A nowej Mszy Ksiądz nie odprawia?

- Ja nie umiem odprawiać nowej Mszy. I nie chcę umieć. Uczyłem się tylko Mszy trydenckiej.

Wkrótce wraca Ksiądz do Włoch…

- Tak. Właśnie dzisiaj dowiedziałem się, że biskup mianował mnie proboszczem aż dwóch parafii. To pokazuje najwyraźniej jak bardzo brakuje kapłanów we Włoszech. Mamy tam wiele pracy.

Ksiądz Tomasz wstał. Przypomniał sobie, że musi jeszcze kogoś odwiedzić, a zupełnie nie kontrolowaliśmy czasu. Okazało się, że siedzieliśmy tak kilka dobrych godzin słuchając niesamowitej historii życia tego młodego kapłana. Na koniec udzielił nam jeszcze prymicyjnego błogosławieństwa. Włożył płaszcz, kapelusz i wyszedł. A my zostaliśmy, rozmyślając jak Pan Bóg potrafi poprowadzić człowieka, by był w życiu szczęśliwy. Bo nie ma wątpliwości, że ksiądz Tomasz jest człowiekiem szczęśliwym.

Nova et Vetera x. Tomasz Jochemczyk
Za: Centrum Kultury i Tradycji – Wiedeń 1863 (2012.07.16)

Tekst ukazał się pierwotnie w 6 numerze pisma Nova et Vetera. Niestety, nakład już jest wyczerpany. Za to o posłudze x. Tomasza we Włoszech i o jego staraniach na rzecz przywrócenia klasycznej liturgii do parafii, które zostały mu powierzone, przeczytać można w 9 numerze magazynu Tradycji Katolickiej Nova et Vetera.

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.