_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja klasyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja klasyczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 października 2021

Ks. dr Marian Morawski SI - Referat o szkole katolickiej

Religia chrześcijańska tym się różni od innych wierzeń i kultów, że nie jest tylko doktryną, dogmatem, ani zbiorem modlitw i obrzędów, ale jest organizmem, religią uspołecznioną, Kościołem. A katolicyzm tym się jeszcze od innych wyznań chrześcijańskich wyróżnia, że jest organizmem żyjącym, czynnym, nie zamykającym swej żywotności w świątyniach i klasztorach, ale rozlewającym ją na cały ustrój i wszystkie funkcje społeczeństwa.

Kościół, katolicy wszyscy, o ile są Kościołem, dążą do zrealizowania królestwa Bożego na ziemi, i w tym celu mają różne aspiracje, różne wymagania praktyczne, porywają się do różnych przedsięwzięć. Wymagania te i przedsięwzięcia mogą w konkretnych szczegółach zapędzać się za daleko, zbaczać nawet pod wpływem ludzkich namiętności i rozmijać się z celem; ale panuje zawsze nad nimi i przez najwyższe organa Kościoła prostuje ich kierunek ten Spiritus Veritatis, ten Duch Boży, który tak dziwnym, tajemniczym a przecież widocznym sposobem utrzymać umie Boską istotę Kościoła wśród ziemskiej gliny i ludzkich naleciałości. Odróżniać zawsze trzeba w tych dążnościach zasady – i zastosowania tych zasad wśród wiru życia społeczeństw. Te ostatnie podlegać mogą krytyce; pierwsze są zawsze czystymi, stałymi, niewątpliwie Bożymi ideami, przed którymi uchylić musimy czoła.

Otóż między tymi zasadniczymi dążnościami i wymaganiami Kościoła, jest, było i będzie wymaganie szkoły katolickiej.

U nas zapanowały szczególne jakieś do szkoły katolickiej, i w ogóle do wyznaniowej, uprzedzenia; tak dalece, że samo wymienienie tej sprawy wywołuje w wielu umysłach niechęć i odwrócenie uwagi. – Skądże ta niechęć? Przecież w ogóle dla spraw katolickich jesteśmy życzliwi? Otóż rozszerzyły się u nas (może po części z winy nas księży) fałszywe o tej szkole wyobrażenia – strachy na Lachy. Szkoła wyznaniowa, wystawiają sobie, to cofnięcie się do stanu szkolnictwa, jaki był przed rokiem 60-tym – to pomnożenie nabożeństw i godzin religii z uszczerbkiem innych przedmiotów, których wyuczenie więcej czasu wymaga – to nade wszystko panowanie księży nad szkołą! Przymieszywa się też do tego drobna lokalna polityka: jeden chce przez wspólność szkoły spolonizować Żydów; drugi boi się tendencyj pewnych księży ruskich itd. itd. Ale pod tymi wszystkimi racjami i wyobrażeniami, tkwi głębsza przyczyna: doktryna liberalizmu, którąśmy przesiąkli za młodu, którą nam wpajały studia filozoficzne, prawnicze, nawet literackie (i dlatego trudno dziś niejednemu inaczej myśleć) – doktryna przedstawiająca religię jako rzecz prywatną, rzecz jednostki, a konsekwentnie uspołecznienie i wszystko co do niego należy, jako bezreligijne, bezwyznaniowe.

Otóż w tym jest radykalne przeciwieństwo, punkt wyjścia wszelkich nieporozumień między liberalizmem a katolicyzmem. Katolicyzm, Kościół, stoi, jak już nadmieniłem, na wręcz przeciwnej zasadzie: że społeczeństwo jako takie, powinno być chrześcijańskim – nie tylko jednostki każda dla siebie, ale cały ustrój ich uspołecznienia. A jeśli społeczeństwo powinno być chrześcijańskie, to w pierwszym rzędzie powinno dzieci swe na chrześcijan wychowywać. W tej jedynie supozycji Kościół je chrzci w niemowlęctwie. Wiecie, panowie, że póki społeczeństwo, w przeważnej liczbie pogańskie, nie dawało rękojmi chrześcijańskiego wychowania, póty Kościół chrzcił jedynie dorosłych. W tej myśli i wy też przynosicie swe dzieci do chrztu, nie czekając aż same sobie wyznanie wybiorą: bo wiecie, że to nie jest rzeczą dowolną, lecz powinnością ich jest być katolikami, a waszą – na katolików ich wychować.

Ale nie tylko wy rodzice wychowujecie, wychowuje też szkoła – tym samym, że bierze te dzieci, kiedy sprawa wychowania jeszcze nie ukończona, a często kiedy ledwo zaczęta. Szkoła wychowuje przez pojęcia, jakie podaje młodocianym umysłom, przez środki, jakimi działa na ich serca, aby od nich pewną miarę pracy i karności osiągnąć, przez osobisty wpływ nauczyciela, niemniej przez wpływ współuczniów, którzy są całym małym światem dla dziecka.

Najwięcej wychowuje szkoła niższa, mniej średnia, jeszcze mniej wyższa; bo naturalnym porządkiem wpływ wychowawczy maleje z latami, a przeważają studia, i to coraz samodzielniejsze. Dlatego to Kościół nie zrzeka się katolickich uniwersytetów, ale daleko mocniej domaga się katolickich szkół średnich, a najmocniej, zawsze i najpierwej katolickich szkół ludowych.

I czego się istotnie Kościół domaga? czy żeby sam był panem szkoły? – Kiedy państwo nie myślało jeszcze o opatrzeniu tej potrzeby społeczeństwa, Kościół zakładał szkoły, uczył, i był oczywiście panem w szkołach przez siebie założonych. Dziś, kiedy państwo dość powszechnie podejmuje się szkolnictwa, w krajach, gdzie uczy w duchu antyreligijnym, zostawiając jednak drugim wolność nauczania, jak we Francji np., Kościół stara się obok państwowych, swoje szkoły zakładać; gdzie zaś państwo przywłaszcza sobie faktyczny monopol nauki, Kościół mu powiada: ucz, ale twe szkoły muszą być katolickie w katolickim społeczeństwie. Tego jednego Kościół się bezwarunkowo domaga: a jeśli kiedy czego więcej żądał, to tylko warunkowo, o ile to w danych okolicznościach do zapewnienia tego jednego było potrzebnym.

A co to znaczy: szkoła katolicka – albo według ogólniejszej, dziś utartej formuły, szkoła wyznaniowa? Czy to, że w niej uczyć mają między innymi przedmiotami religii katolickiej? Aleć może szkoła bezwyznaniowa, może mahometańska zrobić katolikom tę grzeczność. A czy lekcja religii stanowi całe wychowanie, jakie szkoła daje?

Szkoła katolicka, to znaczy najpierw: że w niej wszystkie przedmioty wykładają się po katolicku: tj. bez naruszenia żadnego z przekonań ani uczuć katolickich, z takim poglądem na rzeczy i sądem o nich, jaki mieć może uczony ale wierzący katolik. Bo, jak powiedzieliśmy, pojęcia o rzeczach, jakie się młodzieńczym umysłom wpaja, są pierwszym czynnikiem wychowawczym. – Rozumie się, że z tej samej przyczyny i podręczniki wykładów temuż prawu podlegają.

Szkoła katolicka, to znaczy po drugie: że całe etyczne prowadzenie uczniów, pobudki jakimi się na nich działa, praktyki do których ich się zaprawia, oparte są prawdziwie na katolickiej etyce: bo, jakeśmy widzieli, to działanie na serce jest drugim, jeszcze ważniejszym od pierwszego, czynnikiem wychowawczym.

Szkoła katolicka, to znaczy po trzecie: że zawiera wyłącznie dzieci katolickie – i po czwarte, że nauczyciel jest również katolik; co suponuje, że dzieci innych religij mają osobne dla siebie wyznaniowe szkoły. Dwa te warunki muszą oczywiście pojedyncze w praktyce przypuszczać wyjątki, nie uwłaczające zasadzie; ale zresztą nie wiem, czy w jakim państwie łatwiej ten podział podług wyznań dałby się przeprowadzić, z minimum wyjątków, jak w państwie austriackim. Warunki zaś te są równie jak dwa pierwsze niezbędne i szkole wyznaniowej istotne, bo bez nich i pierwsze byłyby niedorzeczne teoretycznie, a praktycznie niemożliwe. I jakżeż, proszę, wśród atmosfery szkoły mieszanej kiełkować ma w sercu i umyśle dziecka prosta, niezachwiana wiara i zakwitnąć pobożnością? Kolegując z towarzyszami różnych wyznań, może poddane nauczycielowi obcej religii, dziecko nabywać musi w tej szkole, nie obywatelskiej tolerancji dla ludzi innych przekonań, bo ta z wiekiem dopiero przychodzi, ale obojętności dla samej religii, a przynajmniej na wpół świadomego wyobrażenia, że jedno wyznanie tylko względnie lepsze od drugiego – a to już jest podcięciem korzenia wiary.

Te więc cztery warunki stanowią istotę szkoły katolickiej, względnie wyznaniowej. Rozumie się, że Kościół, postawiony od Chrystusa jako najwyższy nauczyciel i stróż religii, ma rdzenne prawo do nadzoru nad szkołami pod tym względem; ale fałszem jest, żeby w nich domagał się koniecznie gospodarki, panowania księży. Nawet z owego nadzoru ustępuje on w miarę, jak czy państwowa czy prywatna instytucja daje rękojmię, że po katolicku uczy i wychowuje. Tak dawnym autonomicznym wszechnicom w średnich wiekach, a niektórym aż do przeszłego stulecia, zaufał zupełnie, i nawet doktrynalne ich orzeczenia największym otaczał uszanowaniem. Dziś, kiedy przemaga system szkół państwowych, czy biskupi mają jak niegdyś programy nauk kreślić? czy mianować nauczycieli ludowych, jak to czynił biskup wrocławski na całym Śląsku aż do kulturkampfu? – to kwestie czasu, miejsca, praw nabytych; czy godziny religii mają być pomnożone, czy pensje katechetów podwyższone – to kwestie pedagogiki i finansów publicznych, które z tych punktów widzenia dyskutować się mogą; ale, jakkolwiek się te i tym podobne kwestie rozstrzygną, zawsze i bezwarunkowo szkoły katolickiej Kościół domagać się musi, a szkoły bezwyznaniowe, szkoły mieszane musi potępiać.

Wiadomo, jak często błogosławionej pamięci Pius IX w przemówieniach i listach swoich do tego przedmiotu wracał. Streścił zaś te swoje odezwy w dwóch tezach Syllabusa, 45-tej i 47-mej, w których liberalną doktrynę, przedstawiającą szkoły publiczne od wpływu Kościoła i wiary wyzwolone, jako wykwit cywilizacji, surowo napiętnował (1). – Dziś panujący nam Leon XIII tę samą lekcję niemniej często a bardziej może wyraziście potężnym swym głosem światu powtarza. "Kościół, – pisze on między innymi w encyklice Nobilissima (2) – który jest stróżem i obrońcą nieskazitelności wiary, który powierzoną sobie od Boga założyciela swego władzą wszystkie narody wodzić powinien do chrześcijańskiej mądrości, i czuwać zarazem nad prawidłami i instytucjami, w jakich kształci się młodzież do niego należąca – Kościół zawsze tak zwane szkoły mieszane i neutralne otwarcie potępiał".

Kościół potępia szkoły mieszane, Kościół żąda szkół katolickich, wyznaniowych – to znaczy: nie tylko Papież, nie tylko księża, ale my wszyscy katolicy, o ile katolikami jesteśmy, tak sądzimy, do tego dążymy; nie wszędzie równie czynnie i równie samowiednie; ale gdziekolwiek katolickie życie gorętsze jest i więcej uświadomione, tam dążność ta objawia się czynami, walkami, ofiarami, zwycięstwami. Patrzmy dokoła po świecie: szkoła wyznaniowa świeci zawsze na czele katolickich programów.

Jeżeli do tej wysokiej racji: że to jest wynikiem katolicyzmu, że się to należy prawdzie i Kościołowi i Bogu, godzi się dołączyć rację utylitarną – to przypomnę starą prawdę, że społeczeństwo bez religii żyć nie może. Już mędrcy Grecji – któż o tym nie wie? – tak nauczali; ale dziś nas jakoś ta prawda do żywego przypieka, kiedy ojcowie nasi, wierząc naiwnie liberalizmowi, spróbowali postawić społeczeństwo na innym fundamencie – a my dziś widzimy: tu socjalizm podkopujący wszystko, gdzie tylko resztki religijnego gmachu nie stawiają mu jeszcze oporu – tam rozkład moralności publicznej, dochodzący aż do szalonych rozmiarów Panamy. Jeżeli zaś pewnym jest, że społeczeństwo nie może żyć bez religii, to również pewnym i jasnym jest, że religia ostać się nie może bez religijnego wychowywania dziatwy i młodzieży.

Cóż więc czynić mamy?

Swoją drogą starać się o to gorliwie, aby w istniejących stosunkach prawnych ulepszyć nasze szkoły w kierunku religijnego wychowania, zbliżyć je ile możności do wzoru szkoły katolickiej. Dzięki szczęśliwszym warunkom naszej prowincji, przynajmniej w szkołach ludowych wszystkie prawie wymienione postulaty katolickiej szkoły urzeczywistnić możemy; – o czym dalsze referaty szczegółowe podadzą wnioski. Ale przede wszystkim, jako zgromadzeni na wiec katolicki, wyznać powinniśmy katolicką zasadę: że szkoła winna być w określonym znaczeniu katolicką, względnie wyznaniową; że więc ustawa państwowa z fatalnego roku prawodawczego 1868 winna być zmienioną.

Powinniśmy tę zasadę wyznać, bo ona, jak już wiemy, należy do katolicyzmu. Powinniśmy ją wyznać, bo ustawa przeciwna jest zła, przez wrogów katolicyzmu na jego szkodę wprowadzona, szkodzi już strasznie współobywatelom naszym w innych krajach koronnych, gdzie prawne jej wyniki ściślej się wykonywają; nam też dziś więcej złego robi niż sobie może wystawiamy; a przyjdzie chwila, kiedy i nam się da boleśnie we znaki, jeżeli póki czas, póki pewną siłę mamy, nie postaramy się o jej uchylenie. – Powinniśmy wyznać tę zasadę, nie dając się odstraszyć przejściowymi trudnościami i względami małostkowej polityki; bo ludzie zasad, nie odstępują od nich dla okolicznościowych niedogodności. Wskazałem zresztą, że te obawy są płonne i z mylnego rozumienia wymagań szkoły katolickiej wysnute. – Powinniśmy w końcu wyznać tę zasadę, bo nasze dotychczasowe stanowisko względem niej nie zbudowało katolickiego świata. Nie chcemy tu sądzić w imieniu Wiecu naszych przedstawicieli politycznych. Oni, jako partia polityczna, szli za tym co uważali za polityczną potrzebę chwili. Ale tym bardziej my tu zgromadzeni, aby interesy katolickie naszego kraju roztrząsnąć a jego przekonaniom katolickim dać wyraz, powinniśmy uroczyście oświadczyć, że w wspólności ducha z całym Kościołem, jesteśmy w zasadzie za szkołą katolicką.

Przedkładam więc następującą

Rezolucję zasadniczą:

Wiec katolicki w Krakowie, łącznie z całym katolickim światem oświadcza się za zasadą: że szkoła w ogóle, a przede wszystkim ludowa, powinna być katolicką dla dzieci katolickich; to znaczy: 1) że dzieci katolickie powinny mieć szkoły oddzielne od dzieci innych wyznań – 2) nauczycieli wyłącznie katolików – 3) że wszystkie przedmioty w tych szkołach powinny się wykładać z uwzględnieniem katolickich przekonań – i 4) że wszystkie środki, jakimi się wpływa na ich serca i kształci je moralnie, powinny być na katolickiej etyce oparte. Konsekwentnie Wiec wypowiada przekonanie, że państwowa ustawa szkolna z r. 1868 wymaga zasadniczej zmiany.

–––––––––––

 

 

"Przegląd Powszechny", Rok dziesiąty. – Tom XXXIX. Lipiec, sierpień, wrzesień. 1893. Kraków. DRUK WŁ. ANCZYCA I SPÓŁKI, pod zarządem Jana Gadowskiego. 1893, ss. 153-160.

 

Księga pamiątkowa Wiecu katolickiego w Krakowie: odbytego w dniach 4, 5 i 6 lipca 1893 r. Wydał X. Prałat Dr Chotkowski. W Krakowie, W DRUKARNI «CZASU» FR. KLUCZYCKIEGO I SPÓŁKI pod zarządem Józefa Łakocińskiego. 1893, ss. 250-256.

 

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

 

Przypisy:


(1) Syllab. Prop. 47: "Postulat optima civilis societatis ratio ut popularem scholae, quae patent omnibus cuiusque e populo classis pueris, ac publica universim instituta, quae litteris severioribusque disciplinis tradendis et educationi iuventutis curandae sunt destinata, eximantur ab omni Ecclesiae auctoritate moderatrice vi ac ingerentia, plenoque civilis ac politicae auctoritatis arbitrio subiiciantur ad imperantium placita et ad communium aetatis opinionum amussim".


Prop. 45: "Totum scholarum publicarum regimen in quibus iuventus christiana alicuius reipublicae instituitur, episcopalibus dumtaxat seminariis aliqua ratione exceptis, potest ac debet attribui auctoritati civili, et ita quidem attribui, ut nullum alii cuicunque auctoritati recognoscatur ius immiscendi se in disciplina scholarum, in regimine studiorum, in graduum collatione, in delectu aut approbatione magistrorum".

 

(2) "Ecclesia integritatis fidei custos et iudex, quae delata sibi a Deo auctore suo auctoritate debet ad sapientiam christianam universas vocare gentes, itemque sedulo videre, quibus excolatur praeceptis institutisque iuventus quae in ipsius potestate sit, semper scholas quas appellant mixtas vel neutras aperte damnavit". (Encyclica Nobilissima 8 febr. 1884 ad episcopos Galliae).


ŹRÓDŁO: ultramontes.pl

czwartek, 28 grudnia 2017

Inni uczą o katolicyzmie, my uczymy katolicyzmu



Wywiad z ks. Patrickiem Summersem FSSPX

Czym różni się szkoła, którą Ksiądz kierował, od przeciętnej angielskiej szkoły?

Nasz szkoła jest tzw. szkołą niezależną (independent school), czyli niepubliczną. Jest wiele takich szkół, które mają dużą niezależność od władz państwowych, ale nasza jest jedyną katolicką szkołą, która pozostała niezależna w Anglii, chociaż co 2–3 lata mamy państwową inspekcję. Przykładowo inne szkoły katolickie otrzymują fundusze państwowe i dlatego muszą przyjmować niekatolików. Może tam więc być „katolicka atmosfera”, lecz w praktyce nie mogą to być szkoły katolickie. Wszystkie placówki założone przez diecezje otrzymują rządowe wsparcie, zatem muszą być bardzo „delikatne” w nauczaniu katolicyzmu ze względu na niekatolików w szkole. Jest takie prawne uwarunkowanie, że jeśli przyjmuje się niekatolików do szkoły, to nie można ich uczyć katolicyzmu, bo to rzekomo łamie ich prawa. I to jest specyficzny „sposób” na te szkoły.

W waszej szkole są tylko katolicy?

Jesteśmy otwarci na przyjmowanie niekatolików, lecz stanowią oni niewielki procent naszych uczniów. Muszą zaakceptować naukę katechizmu, Mszę świętą i katolicki profil szkoły. Inne szkoły katolickie uczą o katolicyzmie, my po prostu uczymy katolicyzmu. W naszej szkole jest bardzo wysoki poziom dyscypliny, dlatego 95% czasu może być poświęcone nauczaniu, a tylko 5% utrzymaniu porządku. W szkołach państwowych jest inaczej: 40% czasu zajmuje nauczanie, a 60% utrzymanie porządku. W związku z tym nasze wyniki egzaminów końcowych są w czołówce najlepiej zdanych egzaminów w kraju. Dotyczy to zarówno egzaminów po gimnazjum, jak i maturalnych. Cały czas podkreślamy, że edukacja nie jest „prawem z urodzenia”, że jest to przywilej, na który zarówno rodzice, jak i dzieci muszą „zasłużyć”. Jednak tak naprawdę dobre wyniki egzaminów nie są najważniejsze. Oczywiście dla części rodziców są one bardzo ważne, ale coraz więcej spośród nich zdaje sobie sprawę, że to formacja moralna jest tym, co najistotniejsze. Często edukacja rodziców jest trudniejsza niż edukacja dzieci. Oni sami otrzymali złą edukację, dlatego nie rozumieją, na czym polega dobra.

Ilu uczniów uczęszcza obecnie do waszej szkoły i w jakim są wieku?

Szkoła jest koedukacyjna od 4. do 10. roku życia i dla tych dzieci nie ma internatu. Wielu ludzi przeprowadza się np. ze Szkocji czy Skandynawii, aby ich dzieci mogły uczęszczać do naszej szkoły, bo u nich takiej nie ma. Osobno są chłopcy od 11. do 17. roku życia, a osobno dziewczęta, które znajdują się w swoim kampusie. Dokupiliśmy nową nieruchomość i nauczyciele mogą łatwo przechodzić z jednej części do drugiej. Są trzy roczniki dziewcząt: 12-, 13- i 14-letnie. W tej chwili mamy w internacie 20 dziewcząt i 50 chłopców. W każdym roku jest zwykle około 10 nowych uczniów, więc nasza szkoła powoli się rozwija. Kiedy 10 lat temu przejmowałem kierownictwo szkoły, liczyła ona około 35 uczniów; teraz jest ich 135.

Skąd bierzecie nauczycieli?

Trzonem naszej kadry jest dwóch braci, pięć sióstr i czterech księży. Przez cały czas są obecni na terenie szkoły. Uczą dwie siostry i czterech księży, przede wszystkim katechizmu, ale w miarę potrzeby także innych przedmiotów (angielski, łacina, filozofia). W Anglii, inaczej niż w Polsce, człowiek z wyższym wykształceniem może uczyć wszystkiego.

Jakie budynki i tereny składają się na szkołę?

Ta nieruchomość była szkołą 25 lat temu, zanim została przez nas kupiona. Miała mniej więcej połowę obecnej wielkości. To była szkoła państwowa, która została zamknięta. Dysponujemy obecnie 12 hektarami, czyli ogromnym terenem, na którym można biegać, ćwiczyć, hodować zwierzęta. Mamy stado owiec, krowy, świnie, 50 kur, a także trzy ogrody warzywne.

Kto się tym wszystkim zajmuje?

Wspólną odpowiedzialnością wszystkich, którzy tam mieszkają, jest zajmowanie się zwierzętami. Wprowadziliśmy takie „służby”: ktoś ma pod opieką zakrystię, a ktoś inny świnie. Obowiązuje zasada, że jeśli ktoś bardzo dobrze pracuje w swojej „służbie”, to ma wybór, czy chce przejść do innej i sam ją sobie wybiera. Natomiast jeśli ktoś pracuje źle, to zostaje w niej na stałe. Każdego dnia uczniowie są odpowiedzialni za wiele rzeczy, które muszą być zrobione.

Wasi uczniowie noszą też mundury…

Tak, ponieważ oprócz zajęć lekcyjnych mamy akademię kadetów i orkiestrę dętą, która wykonuje muzykę marszową. Niektórzy chłopcy nie są dobrzy w ćwiczeniach wojskowych, ale lubią muzykę. Mundury dla kadetów zafundował nam pewien parafianin, który służył w armii, a dziś jest biznesmenem. Co drugi dzień przez dwie godziny uczniowie ćwiczą strzelanie. Samochody terenowe do ćwiczeń wypożyczają nam parafianie, a instruktorem musztry jest jeden z księży.

Czy uczniowie mają czas na odrabianie pracy domowej?

Założenie jest takie, że codziennie mają dwie godziny na pracę domową.

Jak wygląda kwestia programów nauczania? Jak duża jest ingerencja państwa, a jak duża swoboda szkoły?

Uczniowie muszą być nauczeni tego, co jest na egzaminach, natomiast w jaki sposób się tego nauczą, to już jest całkowicie sprawa szkoły. Na tym polega niezależność szkół, które nie biorą pieniędzy od państwa. Natomiast jeśli na egzaminie zdarzają się treści niekatolickie, np. kwestia kontroli urodzeń, to my mówimy uczniom w ten sposób: „Będziecie mieli takie pytanie i możecie napisać to i to, żeby zdać egzamin, niemniej jednak prawda jest inna”. To jest szkoła katolicka i uczy tego, czego chce uczyć. Mamy więc ogromną swobodę kształtowania programu. Nawet liczba godzin nauki danego przedmiotu jest tylko moją decyzją. W szkole państwowej jest z góry narzucone, ile ma być godzin, a w szkole niezależnej to wyłącznie nasza sprawa. Co prawda szkoła jest kontrolowana przez Ofsted – urząd, który robi inspekcje i wydaje opinie (nieco inny niż polskie kuratorium), jednak dopóki wyniki egzaminów są bardzo dobre, to urzędnicy nie robią problemów. Oczywiście jest dużo biurokracji, niepotrzebnych papierów, ale nie ma większych problemów, bo mamy dobre wyniki. Trzy lata temu była niespodziewana inspekcja, ponieważ ktoś anonimowo zrobił donos, że uczymy ekstremalnych, radykalnych treści. Urzędnicy przyszli, porozmawiali w kampusie z ludźmi i stwierdzili, że te zarzuty są bezzasadne. Musiałem się tłumaczyć, dlaczego nie mamy procedury, jak sobie radzić z takimi treściami. Wytłumaczyłem, że skoro nie ma takich treści, to nie ma z czym sobie radzić, niemniej jednak w ciągu dwóch tygodni dostarczyłem odpowiednie dokumenty i urzędnicy stwierdzili, że skoro mamy procedurę, to wszystko jest w porządku. To takie bardzo brytyjskie…

Jeżeli macie taką swobodę kształtowania programów nauczania, to na jakie przedmioty – albo raczej na jakie dziedziny wiedzy – kładzie Ksiądz największy nacisk?

Największą część nauczania stanowią oczywiście język ojczysty, matematyka i przedmioty przyrodnicze. Oprócz tego jest tyle, ile potrzeba, katechizmu. Ogromną wagę przywiązujemy do prac ręcznych, co ma związek z naszą farmą. Jeżeli chodzi o chłopców, to wykonują dużo prac w drewnie i prac konstrukcyjnych – ja sam ich tego uczę. U dziewcząt jest oczywiście inaczej: mamy emerytowaną panią, która pracowała w domu towarowym Harrodsa i uczy je np. haftowania. Poza tym mamy lekcje plastyki i każda klasa przez dwie godziny w tygodniu tworzy jakieś dzieła sztuki. Natomiast jeśli chodzi o muzykę, to dla chłopców śpiewanie jest trudne, więc zaczynamy od śmiesznych piosenek ludowych, żeby w ogóle ich rozśpiewać i dopiero po okresie śpiewania takich łatwiejszych rzeczy przechodzą do śpiewania części Mszy świętej. Chłopcy i dziewczęta – na zmianę – co dwa miesiące przygotowują śpiewy, więc w każdym miesiącu mamy inną oprawę Mszy świętej. Chłopców przygotowują księża, a dziewczęta nauczycielka śpiewu.

Na jakich zasadach odbywa się współpraca z rodzicami i jakie są w tym zakresie największe problemy?

Największym problemem jest to, że chcielibyśmy mieć rodziców, którzy mówią to samo, co my, czyli żeby była jedność wychowywania w szkole i w domu. Rok przed tym, zanim przyszedłem do szkoły, przełożony dystryktu wprowadził słynny już kontrakt z rodzicami. W tym kontrakcie jest bardzo jasno przedstawione, czego szkoła oczekuje od rodziców, np. że w domu nie wolno oglądać telewizji – co nie znaczy, że nie można oglądać filmów (chodzi tylko o tę „sieczkę”, która jest ciągle pokazywana w TV). Kontrakt dotyczy też zakazu słuchania złej muzyki, noszenia nieprzyzwoitych ubrań itd. Po wprowadzeniu kontraktu liczba uczniów spadła w ciągu roku z 70 do 20, ale po roku było już ich 35, a dzisiaj 135. A więc ten kontrakt działa! I nawet, jeśli ktoś z rodziców przekracza ten kontrakt, to oczywiste staje się ukazanie naszej zasady wychowawczej, że w szkole kształtuje się umysł, a te wszystkie złe rzeczy, które są w domu, niszczą całą pracę szkoły. Dziesięć lat temu był to dokument bardzo kontrowersyjny, dzisiaj jest o wiele lepiej przyjmowany. Prawdopodobnie jesteśmy jedyną szkołą w Bractwie, która posiada tego typu kontrakt. Jestem jednocześnie proboszczem parafii i wyjaśniam, że to nie szkoła narzuca rodzicom ten kontrakt, lecz to Kościół stawia takie wymagania swoim wiernym – tak samo, jak np. niejedzenie mięsa w piątek. Tak więc kontrakt narzucany jest nie tyle ze strony szkoły, lecz Kościoła i jego nauczania.

Jest to zatem nie tylko edukacja dzieci, ale całych rodzin…

Tak. Kościół wykazuje w ten sposób troskę nie tylko o dzieci, lecz o całe społeczeństwo – tak jak to zawsze czynił.

Stanowi to zarazem zaprzeczenie społeczeństwa liberalnego, które ma się składać ze zatomizowanych jednostek i Kościołowi nic do tego…

Jeżeli te zasady nie są utrzymywane w domu i uczniowie mają w głowach mnóstwo złej muzyki czy złych postaw wziętych z telewizji, to jak ich uczyć rzeczy religijnych? To tak, jakby uczyć w kajdankach. Trzeba wtedy konkurować z diabłem, co jest zupełnie absurdalne, bo nawet jeśli 80% uczniów stosuje się do zasad, to problem jest z tymi 20%, które przynoszą do szkoły złe rzeczy. Tylko wówczas, gdy wszyscy zgodnie wyznają te same wartości, nauczanie ma sens.

Zaszczepiając taki model edukacji i wychowania, bierzecie ogromną odpowiedzialność za przyszłość tych młodych ludzi, którzy po ukończeniu szkoły wchodzą w liberalne społeczeństwo z nieliberalną edukacją. W jaki sposób radzicie sobie z tym wyzwaniem?

Nasi uczniowie oczywiście nie są izolowani od współczesnego świata, np. co jakiś czas wspólnie oglądamy hollywoodzkie filmy, które potem uczniowie muszą przeanalizować, przemyśleć i napisać, czego ich to nauczyło, co było złe. Tak wygląda normalne zderzenie młodego człowieka ze światem i tutaj kluczową rolę odgrywa własna rodzina, do której można pójść i opowiedzieć, co się dzieje, dostając jakieś wsparcie. Ale oczywiście nie ma jednego „magicznego” sposobu, który sprawiłby, że młodzi ludzie od razu poradzą sobie we współczesnym świecie.

Ilu chłopców zostaje przy tradycyjnych praktykach religijnych po ukończeniu szkoły?

Spośród 34 chłopców, którzy w ostatnich pięciu latach ukończyli naszą szkołę, był może jeden czy dwa przypadki porzucenia praktyk religijnych. Reszta zostaje i praktykuje.

Czyli ta formacja jest skuteczna…

Dodam jeszcze, że w ostatnich latach z naszej szkoły wyszło pięciu seminarzystów Bractwa.

Czy jest normą, że dzieci przechodzą w waszych szkołach cały cykl edukacji?

Ci, którzy rozpoczynają nasze szkoły, zwykle przechodzą przez cały cykl edukacji. Oprócz tego są tacy, którzy dochodzą na różnych etapach. Często jest tak, że dziecko chodzi do szkoły państwowej, a gdy w wieku 12, 13 czy 14 lat pojawiają się problemy, rodzice przenoszą je do nas.

Każdy kraj ma swoją specyfikę, dlatego chciałbym zapytać, jakie ogólne wskazówki mógłby Ksiądz udzielić szkołom Tradycji katolickiej na całym świecie?

Mam doświadczenie pracy w szkołach w Stanach Zjednoczonych, potem przez trzy lata w Indiach i obecnie w Wielkiej Brytanii. To, co wszędzie zauważyłem, to problem z dziećmi z rodzin tradycyjnych, zwłaszcza w dużych parafiach, które się rozrastają, gdzie można się urodzić, przyjmować sakramenty, mieć przyjaciół, szkołę i właściwie wszystko. Tutaj bardzo trudno przebić się do nastolatka z nauczaniem religii, polegającym na uświadomieniu istoty Chrystusa, Kościoła i jednocześnie głębokości kryzysu. Ci młodzi ludzie zupełnie nie rozumieją, dlaczego ich rodzice wybrali Tradycję, nie rozumieją powagi sytuacji, bo sami nie poznali niczego poza Tradycją. Z kolei u tych, którzy przychodzą z novus ordo albo w ogóle z pogaństwa, dla dorosłych trudnością są wysokie wymagania moralne, a dla dzieci – kwestia, dlaczego wszystko musimy robić w sposób najtrudniejszy, skoro nasi rówieśnicy robią to łatwiej.

A jak sobie z tym radzić?

Największym wyzwaniem dla szkół Tradycji jest wyposażanie młodych ludzi w narzędzia, które pozwolą im zrozumieć kryzys i znaleźć na niego właściwą odpowiedź. Gdy np. postanowiliśmy z 15-latkami przerobić biografię arcybiskupa Lefebvre’a, to ich to wcale nie interesowało. To, co ich ruszyło, to była dopiero Msza św. z klaunami i inne szokujące rzeczy, ale przecież to nie jest istota problemu i sposób wyjścia. Chodzi o wyposażenie uczniów w odpowiednie narzędzia, a to mogą zrobić tylko właściwi nauczyciele. Dobra szkoła jest o tyle dobra, o ile dobrzy są nauczyciele. Może być piękny budynek, piękne wyposażenie, ale jeśli nauczyciele są zainteresowani tylko swoim zatrudnieniem, to nie stworzą dobrej szkoły. Szkoła stoi nauczycielami!

Na koniec pytanie o sposoby rekrutacji. W jaki sposób wasza szkoła przyciąga nowych uczniów? Jakie są sposoby promocji szkoły?

Ten problem właściwie już nas nie dotyczy, ponieważ nasza szkoła osiągnęła „masę krytyczną”, jeśli chodzi o liczbę uczniów. Gdy mieliśmy 30 uczniów, musieliśmy błagać rodziców, żeby posłali do nas swoje dzieci. W tej chwili, przy 135 uczniach, szkoła nie da rady pomieścić więcej, a ponieważ mamy dobrą reputację, także egzaminacyjną i duchową (absolwenci w seminarium!), to promocja następuje samoczynnie. Tutaj oczywiście najważniejsza jest sieć księży, którzy widząc konkretne rodziny, oceniają, czy dane dziecko jest dobre i powinno pójść do dobrej szkoły. Księża mają przynajmniej raz w roku kazania o katolickiej edukacji i to oni pracują z konkretnymi rodzinami, zachęcając je do naszej szkoły.

niedziela, 31 lipca 2016

ks. prof. dr hab. Tadeusz Guz: Reforma Lutra i zanik wychowania




Referat wygłoszony na konferencji "Szkołą w rękach reformatorów" 17 maja 2014 na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Organizatorami konferencji byli: Sekcja Historii Filozofii UKSW, Wydział Studiów nad Rodziną UKSW i Fundacja Dobrej Edukacji Maximilianum. Patronat nad konferencją objął „Nasz Dziennik".

sobota, 24 października 2015

Kryzys katolickiego szkolnictwa i rozwiązanie Św. Tomasza z Akwinu




Jakie zmiany zaszły w systemie katolickiego szkolnictwa i dlaczego jesteśmy narażeni na katechizację tak kiepskiej jakości? Dlaczego jest tak dużo fałszywej teologii, a liberalizm szaleje w katolickich szkołach i uczelniach?

Zanim zacznę przedstawiać argumenty, chciałabym opisać moje osobiste doświadczenie. Jak to mówią liberałowie na swoich konferencjach, chcę „opowiedzieć swoją historię”, aby obnażyć błędy progresistów na ich własnym podwórku.

Myślę, że moja historia jest bardzo podobna do wielu innych z okresu baby boomu, który nastąpił po Drugim Soborze Watykańskim. Dorastałam w środkowych Stanach, w diecezji Cleveland, i uczęszczałam do katolickiej Szkoły Podstawowej im. Świętej Rodziny w Stow (Ohio). Moi rodzice dorastali podczas wielkiego kryzysu i przeżyli II Wojnę Światową, a także wojnę w Korei. Wiedzieli co oznacza poświęcać się i żyć zmagając się z trudnościami – czego nie wiedziało wiele osób z mojego pokolenia, którzy szli przez życie stosunkowo łatwo. Moje pokolenie, pokolenie baby boomu, musiało toczyć inną walkę, która nie miała jasno ustalonych zasad czy granic– z kulturalną i seksualną rewolucją lat sześćdziesiątych, która zniszczyła życie wielu osobom, a także z przykrymi skutkami działania „ducha Soboru” w dziedzinie katolickiego szkolnictwa.

Ze szkoły Świętej Rodziny wyniosłam wiele dobrych doświadczeń, ale posoborowa rewolucja dość mocno uderzyła w moją szkołę. W 1967 roku, kiedy zaczęłam pierwszą klasę, w szkole było kilka sióstr zakonnych, ale nim rozpoczęłam trzecią klasę zakon prawie opustoszał. Dyrektorka, którą była zakonnica, uciekła z jezuitą z pobliskiego jezuickiego domu w Walsh. Przez około 40 lat, począwszy od późnych lat pięćdziesiątych, w naszej parafii było ponoć 4-5 księży pedofilów.

Mieliśmy jednego księdza ze „starej gwardii”, który posługiwał od 21 lipca 1955 roku do grudnia 1977 roku. Ks. John H. Archibald, ksiądz który nie był pedofilem oraz nosił sutannę i biret. Najwidoczniej miał misję pomagania księżom z kłopotami. Jakiś czas przed II Wojną Światową, ks. Archibald kształcił się w seminarium w Louvain (które było znane jako progresistowskie nawet podczas jego edukacji) (1), a on sam był progresistą, mimo jego tradycjonalistycznych nawyków. Wybudował jeden z pierwszych kościołów na planie koła z ołtarzem w centrum w Stanach Zjednoczonych. Ks. Archibald pozwalał na wszystkie posoborowe eksperymenty liturgiczne w naszej szkole parafialnej, takie jak Msze z klaunami, Msze z gitarami, tańce liturgiczne. Przyzwalał także na obecność uczniów wokół ołtarza podczas Mszy i na prowadzenie grup wsparcia w szkole. Nasze lekcje religii składały się ze słuchania rockowych oper: Godspell oraz Jesus Christ Superstar, widzieliśmy także ich wersje filmowe. Część uczniów, którzy je widzieli, powiedzieli mi, że w filmie Maria Magdalena była dziewczyną Jezusa,tak jak w Kodzie Leonarda Da Vinci, bluźnierczej antychrześcijańskiej propagandzie, tak popularnej w dzisiejszych czasach.

Tak jak wielu rodziców z tamtego okresu, także i moi sądzili, że ich dzieci odbierają katolicką edukację. Wiedzieli o części z wprowadzanych nowości, ale byli nauczeni, że musisz ufać, być posłusznym i nie kwestionować stanowiska Kościoła lub księży. W normalnych warunkach, kiedy duchowieństwo robiło to co powinno, była to dobra postawa. Jednakże po Soborze Watykańskim II naciski, aby zliberalizować i rzekomo „zreformować” Kościół, powracając do „bardziej naturalnego” i „prostego” chrześcijaństwa pierwszych wieków, wywołało wiele szkód i w tej sytuacji niechęć do konfrontacji nie była najlepszym wyjściem dla rodziców. Jakoś nie sądzę, że pierwsi chrześcijanie odprawiali Msze z klaunami… Co więcej, nie nauczano nas z Katechizmu z Baltimore (używanego w Stanach od 1885 roku), ale z unowocześnionych liberalnych katechizmów które nie skupiały się na doktrynie, lecz na opisywaniu najnowszych nurtów teologicznych.

Szkodom wyrządzonym naszej szkole towarzyszyło odejście od przyjętych zwyczajów: siostry zakonne przestały nosić habity, a księży widywaliśmy często w koszulkach i krótkich spodniach, bez koloratki. Mieliśmy mówić do nich „ojcze Bob” i „ojcze Russ”. Zakonnice, które wcześniej chodziły w habitach, zaczęły nosić spódnice do kolan i prowadzić zajęcia z edukacji seksualnej. Spoufalanie się wiernych i duchowieństwa rodzi pogardę, ale nie w Nowym Kościele.

Przynajmniej w tamtych czasach nie zabierano nas do lokalnych „klinik zdrowia” ani nie mówili nam o ptaszkach i pszczółkach podczas zajęć koedukacyjnych. Dzisiaj edukacja seksualna stała się tak okropna, że musiałam wypisać moje dzieci z katolickiej szkoły i uczyć je w domu, ponieważ zostały zabrane do lokalnej „kliniki zdrowia” gdzie pielęgniarka zaprezentowała im „naukę o prezerwatywie”. Jakby tego było mało, katecheta mojego syna powiedział mu, że Jezus „nie jadł siebie samego podczas ostatniej wieczerzy” i że Eucharystia jest „tylko symbolem”. Wielu katolików skłania się ku ruchowi New Age lub protestantyzmowi z powodu nierzetelnej katechezy katolickiej, której byli uczeni w katolickich szkołach podstawowych i liceach.

Jestem pewna, że wielu moich czytelników może utożsamić się z tymi opowieściami i wielu z nich mogą przyjść do głowy nawet o wiele gorsze przykłady. Jednak prawdziwe pytanie, które musimy sobie zadać, brzmi: Co ocaliło pokolenie naszych rodziców i dziadków od tego rodzaju sprzeniewierzonej, tak zwanej katolickiej edukacji i jak możemy ją przywrócić?

Filozofia scholastyczna: gwarancja czystości doktryny

Katoliccy rodzice powinni na początku przeczytać encyklikę Piusa XI o edukacji katolickiej Divini Illius Magistri z 31 grudnia 1939 roku (link), jeśli chcą zrozumieć jak kształcić własne dzieci w wierze.

Scholastyka jest tym systemem myślowym, który uchronił seminaria i katolickie uczelnie przed podstępną herezją modernizmu, którą Pius X nazwał „sumą wszystkich herezji”. Przed-soborowi papieże nakazali nauczanie według jej zasad, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się tej herezji.

Odrzucenie języka scholastyki w opracowywaniu dokumentów soborowych, używane w nich niejednoznaczne sformułowania i brak jakiejkolwiek wzmianki na temat ważności teologii scholastycznej spowodowało kryzys w sferze katolickiego szkolnictwa. Utworzyła się próżnia, która została wypełniona przez „postępowe” i rewolucyjne filozofie świeckie, takie jak egzystencjalizm, fenomenologia, dialektyka heglowska oraz marksizm. Scholastyka to filozoficzny i teologiczny system oparty na filozofii Arystotelesa pogodzonej z chrześcijaństwem, który opracował wielki dominikański ojciec i teolog, Święty Tomasz z Akwinu.

Odrzucenie metody scholastycznej – systemu opartego o metafizykę Arystotelesa (która, mimo faktu że była pogańska, zawierała niezmienne prawdy dostępne dla przyrodzonego rozumu) – było podstępem progresistów mającym na celu wykorzenienie z Zachodnich systemów myślowych niezmiennych prawd, które można poznać za pomocą rozumu oraz odrzucenie przez Chrześcijańską Cywilizację doktryny zakładającej istnienie moralnych absolutówa także zasady niesprzeczności.

Razem z tym nadeszło progresistowskie uznanie dla wschodnich religii oraz systemów myślowych, które negowały istnienie niezmiennej prawdy i rzeczywistości, takie jak buddyzm czy hinduizm. Jeśli wszystko jest iluzją, co sugeruje buddyzm, dlaczego ktokolwiek miałby dążyć do tego, by stać się osobą moralnie dobrą? Nasze katolickie podręczniki są naszpikowane tymi wschodnimi ideami. Ten zwrot ku Wschodowi był istotnym czynnikiem, który doprowadził do intronizacji moralnej dwuznaczności isytuacjonizmu promowanych przez takich soborowych teologów jak Hans Küng, których progresistowska teologia jest w swej istocie relatywistyczna i sieje zamęt w dziedzinie katolickiego szkolnictwa.

Jak nauczał były kanonik, ksiądz apostata i satanista, niesławny Abbé Roca (1830-1884):

„Nowy kościół, który nie będzie w stanie zachować czegokolwiek ze scholastycznej doktryny i autentycznej formy dawnego Kościoła, tak czy siak zostanie konsekrowany i otrzyma jurysdykcję kanoniczną z Rzymu” (Glorieux Centenair, 1889).

Pisał dalej:

„Sam Św. Tomasz, gdyby powrócił do życia, szybko wrzuciłby swoją Summa Theologica do ognia i zastąpiłby ją Summa Scientifica” (ibid.). Podczas Soboru Watykańskiego II progresistowscy periti z sukcesem zastosowali „język pastoralny” zamiast precyzyjnego języka scholastyki, który nie pozostawiał żadnej wolnej przestrzeni dla nieścisłych sformułowań, czy też hetorodoksyjnej interpretacji dokumentów kościelnych.

Johannes Dörmann opisywał sytuację podczas Soboru w następujący sposób:

„Główni teologowie [którzy tak naprawdę kierowali pracami Soboru] bardzo wyraźnie widzieli, że w kwestii scholastycznego języka, stawką była zarówno teologia jak i sama Wiara: terminologia scholastyczna była nierozerwalnie złączona ze scholastyczną filozofią, która sama jest połączona ze scholastyczną teologią, która natomiast jest ściśle związana z Dogmatyczną Tradycją Kościoła” (The Strange Theology of John Paul II and the Spirit of Assisi, vol. 1, Kansas City, MO: Angelus Press, 1994, str. 52.).

W konsekwencji porzucenie języka scholastyki byłoby tragiczne w skutkach dla uświęconych tradycją nieprzemijających doktryn oraz nauczania Tradycji Apostolskiej przekazywanych katolikom i ich dzieciom.

Dörmann pisał dalej:


„To odrzucenie, czy też porzucenie, <> przez Ojców Soboru stanowiło dla nich [teologów kierujących Soborem] warunek sine qua non (niezbędny), który zapewniłby całkowite zerwanie z tradycyjnymi naukami w dziedzinie dogmatów, po to aby na ich miejscu ustanowić <> [której orędownikami byli Bloisey, de Lubac i Teilhard]. Stałoby się to po tym jak <> wyszłaby zupełnie z użycia i pozbyłoby się jej raz na zawsze” (ibid. str.53). Musimy powrócić do uświęconej tradycją, prawowiernej metody używanej w Łacińskim Rycie Kościoła, czyli metody scholastycznej, jeśli zamierzamy ochronić nasze dzieci przed herezją. Musimy powstrzymać praktykowanie religijnego synkretyzmu w katolickiej katechezie i powrócić do metody scholastycznej. Ten najnowszy atak na metodę scholastyczną przez jej wrogów w łonie Kościoła nie wydarzył się tak po prostu. Liberałowie i moderniści atakowali ją już w XIX i na początku XX wieku. To właśnie przez te ataki papież Pius IX w swoim Sylabusie błędów umieścił napomnienie, ogłaszając że jest błędem twierdzić iż „metoda i zasady starożytnych doktorów scholastyki nie odpowiadają potrzebom naszych czasów a także rozwojowi nauki” (2).


A więc zdobądź egzemplarz Katechizmu św. Tomasza z Akwinu, a odkryjesz piękno nauk tego wspaniałego Doktora Kościoła oraz dowiesz się dlaczego przez setki lat były one niezbędne dla Kościoła. Podziel się jego poglądami ze swoimi dziećmi przy stole podczas kolacji.

Święty Pius X obnaża cel modernistów – zniszczenie metody scholastycznej

Św. Pius X zaprezentował pogardę modernistów dla metody scholastycznej w encyklice Pascendi Dominici Gregis:

„Chcą więc reformować filozofię w seminariach duchownych w ten sposób, iż usunąwszy filozofię scholastyczną i złożywszy ją do historii filozofii między przestarzałe systemy, chcą wykładać młodzieży filozofię nowożytną, która jedynie odpowiada epoce, w której żyjemy. Co się tyczy reformy teologii, to teolofia, którą zwiemy racjonalną, winna się opierać na filozofii nowożytnej; teologia zaś pozytywna – na historii dogmatów. Historia także winna być pisana i wykładana w myśli ich metod i żądań. Dogmaty i nauka ich rozwoju winny być zharmonizowane z nauką i historią. Co się tyczy katechizmu, to w nim winny być uwzględnione tylko te dogmaty, które zostały zreformowane i są dostępne dla przeciętnego człowieka” (pkt. 38).

„Co do ceremonii zewnętrznych, należy zmniejszyć liczbę praktyk pobożnych, albo przynajmniej wstrzymać ich rozrost. Niektórzy z nich ujmując się zbytnio za symbolizmem, okazują pewną skłonność do ustępstw w tej dziedzinie.Ale co się tyczy Kościoła rządzącego, ten, zdaniem ich, winien być zreformowany od góry do dołu, zwłaszcza władza dyscyplinarna i dogmatyczna. Duch jego i forma winny się zastosować do stanu świadomości nowoczesnej, która jest dziś całkiem demokratyczną”(pkt.38).

Św. Pius X zdemaskował pogardę modernistów wobec scholastyki:

„Gdy tak od przyczyn natury moralnej przechodzimy do intelektualnych, widzimy, że pierwszą i najgłówniejszą jest tu ignorancja. Moderniści, którzy mienią się doktorami w Kościele naszym; którzy wynoszą pod niebiosa filozofię nowożytną i gardzą scholastyką, nie znając tej ostatniej, nie posiadając metod potrzebnych do rozwikłania trudności i wykrycia sofizmatów, sami wpadają w sidła fałszywych pozorów. Ze skojarzenia fałszywej filozofii z wiarą powstał ich system, przeładowany najokropniejszymi błędami” (pkt. 41).

Św. Pius X dał nam lekarstwo, aby wesprzeć katolicką edukację poprzez zwalczanie prestiżu oraz sofizmatów modernistycznego myślenia:

„Ktokolwiek bądź i w jakikolwiek bądź sposób okaże się przejętym modernistycznymi zasadami, temu, bezwzględnie, dostęp do tych stanowisk winien być wzbroniony; jeśli je zajmował, ma ich być pozbawiony. To samo stosować należy do tych, którzy sprzyjają, już do chwaląc modernistów, już to stając w obronie ich karygodnego postępowania, już też krytykując scholastykę, Ojców Kościoła lub urząd nauczycielski w Kościele; dalej, którzy odmawiają posłuszeństwa władzy duchownej, bez względu na to, kto jest jej przedstawicielem; którzy zdradzają zamiłowanie do nowości w historii, archeologii, w egzegezie biblijnej; którzy wreszcie lekceważą sobie nauki teologiczne, albo wynoszą ponad nie przedmioty nieteologiczne” (pkt. 48).

„A naprzód, co się tyczy studiów, życzymy sobie i polecamy usilnie, aby filozofia scholastyczna była podstawą studiów teologicznych” (pkt. 45).

Czas, by powrócić do nauki scholastycznej

Zamęt oraz brak zdrowej katolickiej nauki w dzisiejszym systemie katolickiej edukacji jest spowodowany bezpośrednio tym, co papież Pius XII ogłosił ponad 50 lat temu:

„Niestety, ci zwolennicy nowinek nie poprzestają na okazywaniu pogardy dla scholastycznej teologii, ale nie zważają, a nawet podważają nauczycielski autorytet samego Kościoła, który tak zdecydowanie opowiada się za teologią scholastyczną. Ten Nauczycielski Autorytet jest u nich przedstawiany jako przeszkoda na drodze postępu oraz nauki” (Humani generis pkt. 18).

Nadszedł czas, aby katoliccy biskupi w Ameryce i na całym świecie powstrzymali nowinki oraz synkretyzm obecne w katolickiej edukacji (3) i przywrócili pewnąscholastyczną naukę, która jest szańcem skutecznie broniącym uczniów przed herezją i odstępstwem. Muszą zachować się jak Pasterze i obronić swoją trzodę przed szalejącą apostazją, którą obserwujemy w naszym posoborowym systemie katolickiego szkolnictwa.

Kathleen Willett Redle, M.F.A


Cytaty z encykliki Pascendi Dominici Gregis za:
http://www.nonpossumus.pl/encykliki/Pius_X/pascendi_dominici_gregis/

Źródło informacji: MYŚL KONSERWATYWNA

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Katolicka szkoła dla katolickich rodzin



- Co odróżnia szkołę, którą Ksiądz kieruje, od innych szkół podstawowych – zarówno państwowych, jak i prywatnych?

- Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ale zarazem bardzo ważna, bo dotyczy celu istnienia szkoły. W naszych czasach dla ogromnej większości szkół tym celem jest edukacja sama w sobie – przekazywanie uczniom wiedzy i umiejętności, które w założeniu mają im pomóc funkcjonować w dzisiejszym świecie: zarabiać pieniądze, korzystać z mediów i dóbr kultury, uczestniczyć w liberalnej demokracji. Pod tym kątem układa się zresztą programy szkolne, kształci się nauczycieli, prowadzi się politykę edukacyjną. My zaś jesteśmy szkołą katolicką, co oznacza, że za najważniejszy cel uznajemy prowadzenie dusz ludzkich do zbawienia. Może się to dokonać tylko według zasady papieża św. Piusa X: „Instaurare omnia in Christo” – odnowić wszystko w Chrystusie. Jeśli zaś naprawdę wszystko chcemy odnowić w Chrystusie, to musimy zacząć od kształtowania dusz naszych najmłodszych, by kończąc szkołę podstawową mieli wytyczony cel w życiu: zbawienie duszy własnej i dusz bliźnich.

- Czy to oznacza, że poziom nauczania jest dla Szkoły im. Świętej Rodziny mniej ważny niż dla innych placówek?

- Ależ nie! Wręcz przeciwnie. Skoro naszą zasadą jest odnowienie wszystkiego w Chrystusie, to dotyczy to każdej dziedziny życia. Całe życie społeczne w państwie powinno być poddane Chrystusowi. On powinien być Królem każdej dziedziny życia w państwie. Dlatego potrzebni są dobrzy katoliccy naukowcy, artyści, prawnicy, lekarze, nauczyciele, inżynierowie itd., którzy wykonując swój zawód na najwyższym poziomie, pracowaliby ku większej chwale Bożej i tak rozprzestrzeniali królestwo Chrystusa na ziemi, Jego społeczne panowanie. Takich ludzi nie będziemy jednak mieli, jeśli nie będzie dobrych katolickich szkół, w których będą się oni przygotowywać do przyszłych zawodów i ról społecznych. Z tego wynika oczywisty dla nas wniosek, że katolicka szkoła musi mieć wysoki poziom, bo nasi uczniowie powinni być jak najlepiej przygotowani do dalszych etapów edukacji. Stąd tak dużą wagę przywiązujemy do nauki języków obcych oraz innych wartościowych przedmiotów, także poprzez rozmaite wycieczki, warsztaty, spotkania. Nie zapominamy również o wychowaniu fizycznym, które stanowi u nas równie ważną dziedzinę edukacji, jak kształcenie umysłu. Przedmiotem kształcenia jest bowiem cały człowiek, a więc musi się ono odbywać na różnych płaszczyznach, również fizycznej. Ale całe nauczanie w szkole musi tchnąć duchem chrześcijańskiej pobożności. Tego zawsze wymagali papieże będący głosem Kościoła.

- Jaką rolę w wychowaniu uczniów odgrywają Msza święta w rycie trydenckim, codzienna modlitwa różańcowa przed lekcjami oraz katecheza?

- W dzisiejszym, liberalnym systemie edukacyjnym religia została zepchnięta do roli jednego z wielu przedmiotów szkolnych, w praktyce zaś traktowana jest jako dodatek do „prawdziwej” nauki, o czym świadczy choćby jej dobrowolność. U nas jest zupełnie inaczej. Nie zawaham się stwierdzić, że katecheza, codzienna modlitwa, a zwłaszcza cotygodniowa Msza święta dla uczniów to najważniejsze elementy naszego systemu wychowawczego. Bez nich wszystkie inne przedmioty i zajęcia nie miałyby sensu, bo kształtowałyby ludzi oderwanych od Chrystusa, zajmujących się jedynie sprawami doczesnymi. A jak mówi św. Pius X, cokolwiek czyni chrześcijanin, również w dziedzinie rzeczy ziemskich, nie wolno mu zapominać o nadprzyrodzonych dobrach. Papież podkreśla, że tego wymaga chrześcijańska mądrość, aby wszystkie sprawy kierować do najwyższego dobra jako do ostatecznego celu.

- Jak wyglądają relacje pomiędzy szkołą a rodzicami uczniów?

- Na pewno nie tak, jak w większości dzisiejszych szkół, do których rodzice posyłają dzieci, by mieć na pół dnia „święty spokój” (w przypadku szkół państwowych) albo by „kupić” przyszłe kariery dla swoich potomków (w przypadku szkół prywatnych). Staramy się ściśle współpracować z rodzicami zarówno w wymiarze edukacyjnym, jak i – przede wszystkim – wychowawczym. Nie wyobrażam sobie sytuacji, by dziecko przez pierwsze pół dnia przebywało w szkole katolickiej i chłonęło jej atmosferę, a drugie pół dnia spędzało w domu, gdzie panuje atmosfera niekatolicka, materializm, kult telewizora i komputera albo wręcz demoralizacja. Katolicka szkoła powinna być dopełnieniem katolickiej rodziny. To na rodzinę nakłada prawo naturalne obowiązek wychowania i odpowiedzialność za wychowanie dzieci, to w rodzinie kształtują się młode dusze, które w szkole zdobywają niezbędną wiedzę i umiejętności. Bez katolickich rodzin nie ma mowy o katolickiej szkole, dlatego relacje szkoły z rodzicami są tak bliskie, jak tylko mogą być.

- W Szkole im. Świętej Rodziny klasy są nieliczne, a uczniowie chodzą w jednolitych mundurkach z logo szkoły. Czy to wszystko wpływa na utrzymanie dyscypliny w szkole?

- Z pewnością tak. Liczebność klas sprawia, że nie ma mowy o anonimowości, która jest zmorą współczesnej edukacji. Wszyscy nauczyciele znają wszystkich uczniów oraz ich rodziców, wszyscy uczniowie również nawzajem się znają, bo sporo zajęć odbywają razem. Poza tym większość uczniów w naszej szkole pochodzi z rodzin wielodzietnych, co sprawia, że kilkoro rodzeństwa uczęszcza do różnych klas w tym samym czasie. To wszystko tworzy więzy nie tylko koleżeńskie, ale wręcz przyjacielskie, co owocuje np. wzajemną pomocą uczniów i ich rodzin w trudnych sytuacjach życiowych. W takiej atmosferze łatwiej o utrzymanie dyscypliny, a zwłaszcza poziomu moralnego całej wspólnoty związanej z naszą szkołą. Wspólnotę tę budują również mundurki, logo szkoły i wszystkie inne symbole tego, co najważniejsze: oddania się pod opiekę Świętej Rodziny.

- Jakie znaczenie w procesie edukacji odgrywają zajęcia muzyczne, teatralne i plastyczne, które oferuje Szkoła im. Świętej Rodziny?

- Przywiązujemy ogromną wagę do wszystkiego, co kształtuje dusze uczniów w dobrym kierunku. Jednym z najważniejszych środków takiego kształtowania jest piękno, które w naszych czasach stało się obiektem szczególnie brutalnych ataków. Dlatego naszym obowiązkiem jest przeciwstawienie się chorej, zdemoralizowanej muzyce, plastyce i teatrowi poprzez rozbudzenie w uczniach przywiązania do prawdziwego piękna i harmonii. Uczniowie naszej szkoły już od klasy zerowej biorą aktywny udział w przygotowywaniu przedstawień i koncertów muzyczno-teatralnych wraz z ich oprawą plastyczną. Mamy co najmniej kilka takich wydarzeń w każdym roku szkolnym i muszę powiedzieć, że zaangażowanie uczniów wcale nie słabnie.

Kontakt: Szkoła Podstawowa im. Świętej Rodziny, ul. Garncarska 34, 04-886 Warszawa, tel. (22) 615-96-11, mail: sekretariat@rodzina.szkola.pl, www.rodzina.szkola.pl

______________

Wywiad pierwotnie opublikowano w edycji papierowej tygodnika Nasza Polska. Dzięki życzliwości redakcji możemy udostępnić Państwu ten wywiad na naszym blogu. Za co autorowi jak i redakcji tygodnika serdecznie dziękujemy.



niedziela, 9 listopada 2014

Do obowiązków rodziców należy karcenie dzieci, gdy na to zasłużą


Gdy dziecko zbłądzi, a nie wystarczy upomnienie, trzeba je ukarać. Źle jednak czynią ojcowie i matki, gdy się okrutnie znęcają nad dziećmi, złorzeczą im i przeklinają, kopią nogami, biją bez miłosierdzia w gniewie i uniesieniu. Karcenie powinno odbywać się w inny sposób. Nie karzcie dzieci, kiedy jesteście w złości. Czyńcie to wtedy, gdy się uspokoicie, gdy złość przeminie.

Karać trzeba z miłością, a nie znęcać się i przeklinać! Również należy się modlić, by chłosta wyszła dzieciom na korzyść. Pamiętajcie, że za wasze dzieci umarł Jezus Chrystus na krzyżu. Często uciekajcie się do modlitwy, upokarzajcie się przed Bogiem i sobie winę przypisujcie, gdy dzieci źle się prowadzą. Cierpliwy Hiob wstawał wcześnie, modlił się za swe dzieci i codziennie składał za nie ofiarę Bogu, by były dobrymi i roztropnymi (Hi 1,5). Podobnie postępowała św. Monika. I wy także codziennie polecajcie Bogu swe dzieci, dajcie czasem jałmużnę w ich intencji, przystąpcie do Komunii Świętej lub ofiarujcie za nie na Mszę Świętą, gdy możecie. Codziennie także polecajcie je Matce Najświętszej. Jak wielka pociecha będzie dla was, gdy je kiedyś zobaczycie w niebie! A przeciwnie, biada wam, gdyby z waszej winy miały iść na potępienie!

Opowiada Dionizy Kartuz, że pewien świątobliwy człowiek widział ojca i syna, skrępowanych jednym ognistym łańcuchem w piekle i słyszał, jak się wzajemnie przeklinali. Ojciec mówił do syna: „Przeklęty, czemu żywy przyszedłeś na świat? Czemu nie zadusiłeś się w kołysce? Tyś przyczyną mego potępienia". Po tych słowach wzywał złe duchy, by mu pomogli dręczyć syna, który również przeklinał ojca i na niego składał winę swego potępienia, bo go nigdy nie uczył prawd wiary, nie dawał dobrego przykładu i nie karcił za błędy. Widok taki trwać będzie na wieki! Niestety, w gronie moich słuchaczy jest wielu rodziców i dzieci, którzy należeć będą do liczby tych nieszczęśliwych!

Powiecie mi, że czynicie wszystko, co możecie, aby dzieci wasze były dobrymi. Wszystko nie zda się na nic, jeżeli sami nie będziecie gorliwszy-mi w służbie Bożej, jeżeli nie przestaniecie dawać złego przykładu. Niech was Bóg oświeci, byście dobrze poznali swe obowiązki względem dzieci, byście je należycie spełnili i naprawili dawniejsze niedbalstwa. Amen.

Św. Jan Maria Vianney, Kazania, t. I, Sandomierz 2010, s. 201-202.

Źródło informacji: PCH24.pl

sobota, 6 września 2014

x. Jan Jenkins FSSPX: Czym jest katolicka edukacja?


Tytuł tego artykułu daje do zrozumienia, że tematem będzie istota oraz fundamentalne założenia katolickiej edukacji. Tak wiele błędów rozpowszechnionych jest obecnie w tej kwestii, że próba omówienia i zbicia ich wszystkich byłaby wielkim wyzwaniem. Błąd jest brakiem prawdy, brakiem zgodności danej rzeczy z rzeczywistością.

Mam więc nadzieję, że uda mi się przedstawić prawdziwą naturę katolickiej edukacji, czym jest ona w swych najbardziej fundamentalnych zasadach, a więc również co oznacza w praktyce. Poznanie, czym jest z samej swej natury katolicka edukacja wzmocni nas przeciwko otaczającym nas zewsząd błędom, pozwoli również zrealizować rzeczywisty cel edukacji – gdyż nie wystarczy jedynie unikać błędu, musimy również w sposób pozytywny skłaniać się ku prawdzie.

Używając terminu „katolicka edukacja”, mamy – oczywiście – na myśli edukację, która jest katolicka, czyli inspirowana oraz wspierana przez Kościół katolicki. Chociaż na kartach Ewangelii nie znajdujemy słowa „edukacja”, to jednak znaleźć możemy wszystko, co należy do jej natury. Pan Jezus nakazał swym apostołom, by szli i nauczali wszelkie narody wszystkiego, co im przekazał. Zbawiciel mówi o doktrynie, którą wszyscy muszą przyjąć, by osiągnąć zbawienie, mówi o królestwie niebieskim, w którym wszyscy ludzie odnaleźć mogą swe szczęście i spełnienie.

Sformułowanie „królestwo niebieskie” oznacza, oczywiście, dosłownie miejsce, w którym panuje niebo; miejsce, w którym wypełniana jest wola naszego niebieskiego Ojca. Oznacza jednak również, przez rozwinięcie i analogię, narzędzie, dzięki któremu podróżujemy ku naszemu wiecznemu przeznaczeniu, czyli Kościół. Oznacza również to, dzięki czemu osiągamy to wieczne przeznaczenie, czyli łaskę.

Sam Pan Jezus w przypowieściach używa więc tego sformułowania w różnych znaczeniach, stosownie do tego, jakiej prawdy chce nas nauczyć o królestwie niebieskim. Zwłaszcza dwie przypowieści Zbawiciela stosują się w sposób szczególny do edukacji. Chciałbym wyjaśnić te dwie przypowieści, ponieważ jeśli je właściwie zrozumiemy, to jednocześnie zrozumiemy prawdziwy sens katolickiej edukacji.

Dwa pojęcia: wychowanie i wykształcenie

Słowo „edukacja”, wedle starożytnych etymologów, włączając w to św. Augustyna, może pochodzić od dwóch łacińskich słów: ex, co oznacza „z” lub „poza”; oraz ducere lub ducare. Pierwsze z nich – educere – znaczy „prowadzić”. Tak więc edukacja pochodzi od educere, oznaczającego „prowadzić naprzód” lub „wyprowadzać”, zwłaszcza w sensie wychodzenia z dzieciństwa do dojrzałości. Drugie słowo – educare – oznacza raczej „formować” lub „kształtować”, zbliżone jest do erudio, które oznacza wygładzanie powierzchni rzeźby z surowego marmuru. Edukacja oznacza więc pewną formację, niejako wlewanie w formę.

Dwa polskie słowa – „wychowanie” oraz „wykształcenie” – oddają właśnie tę dwoistą etymologię: jedno oznacza prowadzenie do doskonałości, a drugie tworzenie doskonałości lub „kształtu” w czymś. Termin „edukacja” odnosi się więc zasadniczo do czegoś, co wzrasta lub dąży do doskonałości. Istnieją dwie przypowieści, w których Zbawiciel mówi o wzroście królestwa niebieskiego i tym dwóm przypowieściom odpowiadają właśnie owe dwa znaczenia słowa „edukacja”.

W pierwszej przypowieści Pan Jezus porównuje królestwo niebieskie do ziarenka gorczycy. Pewien człowiek wziął je i zasiał na swym polu, a po wyrośnięciu stało się drzewem, na którym ptaki powietrzne założyły gniazda (Mt 13, 31). W drugiej przypowieści Chrystus Pan porównał królestwo niebieskie do kwasu, który pewna niewiasta „wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystka zakwasiła”. W tym artykule chcę ukazać głęboki związek tych dwóch przypowieści z dziełem edukacji.

Przypowieść o ziarenku gorczycy

Przypowieść o ziarenku gorczycy odpowiada pierwszemu pochodzeniu słowa „edukacja”, od łacińskiego educere – wyprowadzać. Chodzi o wyprowadzenie ze stanu niedoskonałości do stanu doskonałości. Cała różnica pomiędzy żołędziem a wielkim dębem polega właśnie na kwestii doskonałości. Nasionko, w pewnym sensie, jest drzewem dębu, czegoś jednak mu brakuje. Ziarnu brakuje gleby, wody, słońca, które potrzebne są do wzrostu, a jednak zasada życia już w nim tkwi, czekając jedynie na niezbędne warunki, by wytrysnąć życiem. Podobnie człowiek, nawet w łonie matki, jest istotą żywą, jest osobą ludzką. Brak mu jednak pełnego rozwoju, pełni doskonałości. Podobnie jak ziarenko gorczycy, musi on wzrastać w doskonałości.

Nie przychodzimy na świat doskonali ani w pełni rozwinięci. Oczywiste jest, że ludzie są różni od zwierząt. Choć ludzie i zwierzęta mają tę samą zdolność poruszania się, rozpoznawania swego otoczenia i posiadania potomstwa, to jednak ludzie przychodzą na świat bardzo słabi: nie posiadają futra chroniącego przed zimnem, nie mają zębów ani mięśni, by kruszyć kości, nie mają kłów ani pazurów, by zdobyć pokarm. Rodzą się z bardzo małą liczbą instynktownych zdolności. Pająki zaraz po urodzeniu potrafią tkać sieć, nieuczone przez nikogo. Już małe bobry umieją budować tamę. Łosoś potrafi podróżować tysiące kilometrów, nie znając wcześniej miejsca, skąd pochodzili jego rodzice. A dziecko potrafi zgubić się na podwórku przed domem... Nie wie nawet, jak trafić np. do łazienki, musi się tego nauczyć od swych rodziców.

Z drugiej jednak strony, ludzie mają coś daleko wspanialszego: rozumną i nieśmiertelną duszę. Zamiast szponów i dziobów, ludzie przychodzą na świat wyposażeni w coś, co można by nazwać super-narzędziem: mają ręce, dzięki którym potrafią budować i uczynić wszystko, co konieczne do zdobycia schronienia oraz pożywienia. Potrafią również myśleć, dedukować, kochać – jednak wszystkie te zdolności, choć naturalne, są początkowo jedynie możliwościami. Nie są jeszcze rozwinięte. Gady rodzą się niejako w pełni rozwinięte, natychmiast rozpoczynają walkę o przetrwanie i osiągają właściwą sobie doskonałość bez udziału rodziców czy nawet innych osobników swego gatunku.

Człowiek jak ziarenko gorczycy

Dzieci potrzebują rodziców przez wiele lat choćby tylko po to, aby utrzymać się przy życiu; aby rozwijać się i doskonalić swe umiejętności; są w wielkim stopniu uzależnione od pomocy innych ludzi. Tak więc ludzie, choć spośród istot żywych tylko oni obdarowani są rozumem, są również, w pewnym sensie, najbardziej niesamodzielni i zależni: najpierw od swych rodziców, którzy pomagają im w doprowadzeniu do doskonałości posiadanych z natury zdolności. I, jak zobaczymy, sama rodzina również zależna jest od innych rodzin.

Ta fundamentalna prawda o ludzkiej kondycji – zrozumienie kontrastu pomiędzy ogromem jego zdolności, a jego zależnością od innych w kwestii doprowadzenia tych zdolności do doskonałości – stanowi podstawę dla obowiązku i znaczenia edukacji. Człowiek bardzo przypomina nasionko gorczycy: jest najmniejsze spośród wszystkich ziaren, jednak gdy osiągnie swą doskonałość, staje się „panem” całej reszty stworzenia, tak że nawet ptaki powietrzne mu podlegają, odpoczywają na jego gałęziach.

Z pewnością przypowieść ta odnosi się w pierwszym rzędzie do Kościoła, jednak w analogiczny sposób stosuje się również do każdego człowieka, do zdolności duszy (podobnie jak gałęzie przeznaczone są do przyjęcia ptaków), czyli tych doskonałości, które uskrzydlają duszę do jej wiecznego przeznaczenia. Człowiek musi rozwinąć swe zdolności wszystkie, a nie tylko jedną czy dwie. Każda ze zdolności, jaką posiadamy, podlega temu samemu prawu: musimy pracować, by osiągnąć w niej doskonałość. Byłoby bezsensem rozwijać mięśnie prawej nogi, ignorując równocześnie lewą – do chodzenia człowiek potrzebuje bowiem obu. Jest to prawdą również w porządku duchowym: byłoby absurdem rozwijać jedynie uzdolnienia matematyczne, nie znając sztuki czytania.

Absurdalne koncepcje w edukacji

Każda indywidualna zdolność musi być nie tylko prowadzona do doskonałości, musi również istnieć pomiędzy nimi pewna harmonia i właściwe proporcje. Człowiek jest dobrze zbudowany lub przystojny nie dlatego, że ma jedynie duże bicepsy, ale dlatego, że całe jego ciało jest właściwie i harmonijnie uformowane. To samo prawdziwe jest w porządku intelektualnym, a nawet duchowym: bycie szczególnie utalentowanym w jakiejś jednej dziedzinie, nie może oznaczać lekceważenia innych. Przeciwnie, by zachować właściwe proporcje, trzeba często pracować nad tymi gałęziami wiedzy, w których jest się słabym.

Możemy więc dostrzec, na podstawie tego bardzo pobieżnego opisu ludzkiej natury, na podstawie obserwacji rzeczy takich, jakimi w istocie są, absolutną konieczność edukacji. Dziecko przychodzi na świat nie tylko bezbronne fizycznie, ale również intelektualnie oraz emocjonalnie bardzo dalekie od doskonałości, jaką winno posiadać i jakiej potrzebuje do osiągnięcia dojrzałości. Nie powinniśmy nigdy o tym zapominać. Wiele współczesnych koncepcji, dotyczących edukacji, jest absurdalnych właśnie dlatego, że są całkowicie sprzeczne z rzeczywistością. Weźmy na przykład współczesną ideę „wolnej edukacji”, wolnej w tym sensie, że proponuje się dziecku „pozwolić być”, „pozwolić mu uczyć się” przy minimalnych ograniczeniach czy nadzorze. Istotę tej koncepcji stanowi idea, że dziecko ze swej natury już jest doskonałe, i potrzebuje jedynie „czasu” i „wolności”, by „wydobyć” z siebie tę doskonałość.

Tragiczne skutki grzechu pierworodnego

Jednak możemy stwierdzić, przyglądając się po prostu dziecku, że w pierwszych chwilach swego istnienia nie jest ono w stanie zrobić niczego samodzielnie, a dorosłą osobą staje się jedynie poprzez i dzięki nadzorowi oraz dzięki środkom wychowawczym stosowanym przez innych. Jeśli dziecko uczy się czegokolwiek, to przede wszystkim dzięki innym. Nawet jeśli zdarza mu się samodzielnie coś odkryć, może przekazać informację o swym odkryciu jedynie językiem, którego z definicji musiało nauczyć się od kogoś innego. Podobnie sam obowiązek karcenia wypływa z tego fundamentalnego rozumienia ludzkiej natury.

Dzieci są z definicji ludźmi niedoskonałymi, nie potrafią posługiwać się swymi zdolnościami. Ich pierwsze próby w jakimkolwiek przedsięwzięciu będą zawsze niedoskonałe, a więc wymagają korekty ze strony kogoś mądrego lub na tyle biegłego, by doprowadzić ich dzieło do doskonałości. Pozwolić dziecku po prostu być, bez poprawiania go i karcenia, oznacza skazanie go na niedorozwój. Zupełnie inną naturę mieli bezpośrednio Adam i Ewa, kiedy jeszcze nie zgrzeszyli. Owo educere lub prowadzenie, czy też karcenie, jest w aktualnym stanie ludzkości absolutnie konieczne, i to nie tylko jako pomoc, ale także jako środek ochronny.

Ludzka natura jest nie tylko słaba i niedoskonała, ale również z powodu grzechu pierworodnego ma skłonność do złego. Nawet dorośli doświadczają na sobie tej tragicznej rzeczywistości, kiedy czynią zło, którego nie chcą, a równocześnie trudno im osiągnąć dobro, którego pragną. Ludzka natura musi być więc kierowana i chroniona – i co jest najbardziej tragiczną konsekwencją grzechu pierworodnego – również to przewodnictwo i korygowanie jest dla nas czymś trudnym do zniesienia, sprzeciwia się bowiem temu, co moglibyśmy nazwać „wolą ciała”. Rozwój intelektu u dziecka nie jest jedynie kwestią nauki i rozwoju, ale też walki z niższymi instynktami natury. Gdy dzieci są małe, w jeszcze większym stopniu zdominowane są przez swe namiętności, a rozum dopiero stopniowo zyskuje panowanie poprzez lekcje umartwienia i posłuszeństwa.

A wracając do przypowieści opowiedzianej przez Pana Jezusa, ziarenko gorczycy nie wzrasta samo z siebie, musi być przycinane i nawożone. Potrzebuje nawet tyczki obok siebie, by rosło prosto. Ogrodnik nie pozostawia roślin bez opieki, musi je doglądać i pielęgnować, wyrywać chwasty i chronić przed szkodnikami. Również Pan Jezus mówi o winnej latorośli, która musi być przycinana, by przynosić więcej owoców. Jest to prawdziwe również w odniesieniu do ludzi, w ich poszukiwaniu doskonałości w tym tragicznym stanie, który nazywamy grzechem pierworodnym.

Konieczność kar w edukacji

Z tym nieszczęsnym stanem wiąże się konieczność stosowania kar fizycznych. Są one konieczne u dzieci z tego prostego powodu, że dzieci nie potrafią jeszcze posługiwać się rozumem. Również zwierzęta podlegają fizycznym karom, właśnie dlatego, że nie posiadają rozumu. Nie da się wytłumaczyć kilkumiesięcznemu dziecku, żeby nie piło trucizny, trzeba mu ją po prostu zabrać i trzymać z dala od niego. Podobnie jedynym sposobem, by dziecko nauczyło się, że nie wolno czegoś robić, jest przypomnienie mu o fizycznym bólu, który jest normalną konsekwencją głupoty.

Odnośnie do tego nieszczęsnego stanu, Pismo święte podkreśla, że „nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci” (Prz 13, 24). Często jednorazowa kara fizyczna zastosowana wobec dziecka jest warta więcej niż tysiąc słów, które może ono po prostu zignorować. Podobnie pies ignoruje wszelkie racjonalne argumenty, kiedy szarpie w domu dywan – nauczy się nie robić tego wówczas, kiedy otrzyma karę wyrzucenia z domu. Dziecko zignoruje prawdopodobnie wszystko, co usłyszy o dobrym zachowaniu w kościele – musi zostać po prostu wyprowadzone na zewnątrz, by pokazać mu fizycznie, że kiedy krzyczy i hałasuje, nie może przebywać w kościele.

Kara fizyczna nie oznacza bicia dziecka. Nieuzasadnione karanie fizyczną przemocą prowadzi często do jeszcze gorszych skutków. Widząc u swych rodziców jedynie nieuzasadnioną złość i furię, będzie ono reagowało coraz bardziej irracjonalnie, dochodząc nie tylko do buntu przeciwko nim, ale też przeciwko dobru, które chcieliby oni osiągnąć. Stan ten jest gorszy od prostego popełnienia błędu – jest to stan, który nie rokuje niemal nadziei na poprawę, gdyż cała wola skierowana jest przeciwko czynieniu jakiegokolwiek dobra.

Podajmy bardziej zrozumiały przykład: z pewnością możecie nakłonić biciem psa do posłuszeństwa, jednak nigdy nie okaże on wam zaufania. Również wy nie będziecie mogli mu zaufać. Jeśli tylko obrócicie się do niego tyłem lub okażecie jakąś słabość, ugryzie was. Będzie raczej uciekał od was, niż szukał waszego towarzystwa. Jest to prawdziwe również w porządku duchowym w przypadku dzieci.

Wszelka kara musi być uzasadniona i proporcjonalna do dobra, które chcecie osiągnąć lub zła, którego pragniecie uniknąć. Jeśli nie będzie ona uzasadniona i motywowana dobrem, nie będzie już elementem wychowania, ale jedynie skutkiem emocji, i sprawi więcej złego niż dobrego. Hodowca nie przycina winorośli dla samego przycinania, ale po to, by tchnąć więcej życia w główną gałąź, by mogła ona dać więcej owoców. Mówiąc w skrócie, jeśli kara fizyczna nie przynosi owocu w postaci zaufania, pokoju i ładu w rodzinie, prawdopodobnie stosowana jest w sposób niewłaściwy.

Katolicka edukacja a koedukacja

Ze względu na rany zadane przez grzech pierworodny, lecz przede wszystkim w oparciu o samą naturę rzeczy, katolicka edukacja występowała zawsze przeciwko temu, co nazywa się powszechnie koedukacją. Z samej swej natury chłopcy i dziewczęta różnią się od siebie i jest to prawdziwe nie tylko w odniesieniu do ich rozwoju fizycznego, ale również do formacji intelektualnej i duchowej. Ponieważ edukacja jest procesem prowadzącym do pełnego rozwoju osoby, nawet w porządku naturalnym – czyli nawet w przypadku pogan – sama idea koedukacji jest absurdalna i w sposób nieunikniony prowadzić będzie do złych skutków. Chłopcy pojmują rzeczy w inny sposób niż dziewczęta w kwestiach związanych z matematyką, fizyką, historią, różnią się nawet w sposobie prowadzenia rozmowy.

Tak więc każdy nauczyciel, który traktuje edukację poważnie, zawsze będzie wolał uczyć osobno chłopców i dziewczęta. Jest statystycznie udowodnione, że szkoły o klasach dzielonych wedle kryterium płci wypełniają swe funkcje edukacyjne lepiej. Wiadomo to już od dawna.

Z pewnością dopuszczalne są wyjątki, zwłaszcza gdy liczba uczniów jest mała lub gdy brak jest odpowiedniej ilości sal lekcyjnych. Gdy uczniowie są młodzi, to znaczy w wieku szkoły podstawowej, różnice nie są tak wyraźne, gdyż są oni jeszcze dalecy od okresu dojrzewania. Jednak zwłaszcza w okresie, gdy chłopcy i dziewczęta osiągają dojrzałość fizyczną, te fundamentalne różnice stają się coraz bardziej oczywiste, co wymaga od nauczyciela różnego podejścia i metod w stosunku do każdej płci.

Zauważmy też, że jest to prawdziwe zupełnie niezależnie od kwestii grzechu pierworodnego i trudności w nabywaniu cnót. Jednak to właśnie trudność w praktykowaniu cnoty sprawia, że rozdzielenie płci w okresie dojrzewania ma tak duże znaczenie. Rzeczywistość grzechu pierworodnego nie polega na ignorancji, ale raczej na słabości. Fundamentalną potrzebą młodego człowieka – chłopaka i dziewczyny – jest w tym względzie nie tyle nabycie wiedzy, co wzmocnienie woli i uzyskanie pomocy w budowaniu silnego i szlachetnego charakteru.

Pominę większość szczegółowych kwestii związanych z koedukacją oraz z wykształceniem, które powinna odebrać każda z płci. Chciałbym jedynie podkreślić katolickie rozumienie edukacji: trzeba respektować prawo natury, wedle którego obie płcie różnią się od siebie. Każda płeć ma właściwą sobie doskonałość, co sprawia, że również metody doprowadzania ich do doskonałości dogłębnie się różnią. Aby edukacja, jaką otrzymują uczniowie, stanowiła dla nich prawdziwą pomoc na tej drodze do doskonałości, musi ona odzwierciedlać tę różnicę i uznawać rzeczywistość grzechu pierworodnego.

Przypowieść o kwasie

Pan Jezus mówi o wzroście królestwa niebieskiego, porównując je nie tylko do ziarenka gorczycy, ale też do kwasu, który został włożony w trzy miary mąki, aż się wszystka zakwasiła. Odpowiada to tajemniczemu działaniu łaski, przeobrażającej człowieka w dziecko Boże. W dziedzinie edukacji odpowiada to formacji duchowej człowieka. Edukacja nie może mieć na celu jedynie doskonałości naturalnej, naturalnego rozwoju zdolności, jak w przypadku ziarenka gorczycy, musi sprawiać również wewnętrzne przeobrażenie duszy i osiągnięcie przez nią duchowej dojrzałości. Odpowiada nie tylko za rozwój fizyczny i intelektualny, ale również za coś znacznie głębszego, co nazywamy kulturą.

Katolicka edukacja polega na czymś więcej, niż samo tylko doprowadzenie dzieci do fizycznej dojrzałości. Jest nawet czymś więcej niż kształceniem ich intelektu. W rzeczywistości polega ona na przygotowaniu ich do życia wiecznego, obiecanego nam przez Zbawiciela. To właśnie pełny rozwój łaski nie tylko leczy i udoskonala naturę, ale też wynosi ją do poziomu całkowicie nadprzyrodzonego.

Samo pojęcie „kultura” pochodzi od łacińskiego słowa cultus, które dla starożytnych oznaczało to, co było ofiarowane jedynie bóstwom. Również terminy „uprawa” i „agrokultura” wywodzą się z tego rdzenia, oznaczającego wszystko, co wiąże się z kultem oddawanym bóstwom, zwłaszcza z naturalnymi bogactwami ziemi, za które starożytni poganie dziękowali bóstwom. To właśnie narzucanie ładu dzikiej naturze, boska niejako moc, dzięki której człowiek zaprowadza ład tam, gdzie do tej pory panował chaos, nosi nazwę kultury. Dzikość i nieokrzesanie cechowały rzeczy, które nie zostały jeszcze podporządkowane, doprowadzone do ładu i były wrogami człowieka.

Chaos i grzech – porządek i kultura

Z nakazu samego Boga zadaniem człowieka było czynienie sobie ziemi poddaną, narzucanie ładu naturze rządzonej samymi tylko namiętnościami, czynienie natury zrozumiałą i doprowadzanie jej do stanu harmonii ze Stwórcą. Stąd różnica pomiędzy ziemią uprawianą, która przynosi owoc i karmi, a ziemią dziką i surową, która jest jałowa, pełna cierni i nieprzyjazna człowiekowi. To fundamentalne rozumienie terminu „kultura” oddaje w pewien sposób pogańskie pojmowanie ran zadanych naturze przez grzech pierworodny, wskutek których Adam miał w pocie czoła spożywać swój codzienny chleb. Jednak uprawa ziemi ma swój raison d’être w samej duszy człowieka – ów chaos w naturze spowodowany został przede wszystkim przez grzech. Stąd prawdziwy kult, prawdziwa kultura, jest powrotem duszy człowieka do Boga, jest okiełznywaniem jego naturalnych zdolności, porządkowaniem ich i harmonizowaniem, aby stać się miłym Stwórcy. I odwrotnie, poprzez doskonalenie swego intelektu człowiek może odkryć same prawa natury, odkrywając rozumną jej część, która nosi na sobie obraz samego Dawcy prawa naturalnego.

To właśnie narzucanie ładu dzikiej naturze i odkrywanie jej praw czynią człowieka żywym obrazem jego Stwórcy. Jest to również część procesu, który zmienia człowieka z wroga Boga w Jego bliskiego przyjaciela, poprzez poznanie praw ustanowionych przez Stwórcę. Jest to zasadniczo dzieło łaski, a jednak, jak wiemy, łaska działa w nas proporcjonalnie do naszych własnych wysiłków. To właśnie doskonalenie cnót czyni człowieka miłym Bogu, jest to w prawdziwym znaczeniu akt kultu, który składamy jedynemu prawdziwemu Bogu.

Tak więc możemy w istocie mówić o kulturze jedynie w katolickim rozumieniu tego słowa. Istnieje przecież tylko jeden prawdziwy Bóg, stąd tylko jeden prawdziwy kult może nas doprowadzić na powrót do Niego. Ludzkość nie może znaleźć właściwej sobie doskonałości poza Jezusem Chrystusem, dlatego wszelkie doskonalenie zdolności i wszelki kult, aby był prawdziwy, musi dokonywać się przez Niego.

„Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”, mówi dobitnie Zbawiciel. Dlatego jedyną kulturą godną tego słowa jest kultura katolicka. Nie możemy mówić o kulturze protestanckiej czy hinduistycznej – jest to po prostu nadużycie tego terminu. Na tyle, na ile owe tzw. kultury oddalają nas od jedynego prawdziwego Boga, są one, mówiąc ściśle, anty-kulturami, szkodliwymi i trującymi, jak sól i kwas dla ziemi.

Katolicka edukacja to tylko lekcje religii?

Tak więc dzieło katolickiej edukacji polega na czymś znacznie poważniejszym, niż tylko dodanie do planu lekcji katechizmu. Chodzi o nasycenie porządku naturalnego porządkiem nadprzyrodzonym, na podobieństwo kwasu, który zakwasza trzy miary mąki. To właśnie tworzenie tej kultury przybliża nas na powrót do Boga. Nie zostaliśmy stworzeni do samej tylko naturalnej doskonałości, której najlepszym symbolem jest drzewo gorczycy, ale do zjednoczenia ze Stwórcą, do zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Tę łaskę najlepiej wyobraża kwas, którego jest tak mało, że jest niemal niewidzialny, a jednak przeobraża całe ciasto.

Katolicka edukacja nie dotyczy jedynie przedmiotów nauczanych w szkole, chodzi raczej o to, jaki cel, jaką doskonałość chcemy osiągnąć. Edukacja, jako naturalny obowiązek, ma na celu udoskonalenie naturalnych zdolności człowieka, rozwój jego naturalnego potencjału. Katolicka edukacja natomiast oznacza coś znacznie szerszego: jest formowaniem świętych, czyli tych, którzy radować się będą kiedyś życiem wiecznym. Katolicka szkoła musi być więc rządzona przez doktrynę, której naucza Kościół katolicki, zwłaszcza w tym, co dotyczy celu, dla którego człowiek został stworzony.

Oznacza to, że naszego szczęścia wiecznego nie możemy znaleźć na ziemi, ale w niebie i że nasze szczęście w niebie będzie proporcjonalne do tego, jak żyliśmy na ziemi. Aby osiągnąć ten cel, Kościołowi powierzone zostały odpowiednie, nadprzyrodzone środki: sakramenty, Msza święta oraz modlitwa, a zwłaszcza nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Powinny więc one stanowić filary, na których wznosi się gmach katolickiej szkoły. Szkoła powinna być pomocą w praktykowaniu cnót chrześcijańskich, których nabycie możliwe jest jedynie wówczas, gdy oparte są one na zdrowej doktrynie.

Dlatego katolicka szkoła musi być wierna doktrynie Kościoła, a nie jedynie realizować skutecznie program nauczania. Jednak nie jest to jedyne zadanie szkoły katolickiej. Niezależnie od tego, jak fundamentalne ma to znaczenie – musi ona również strzec porządku naturalnego, a dokładniej tego porządku naturalnego, który został udoskonalony. Nadprzyrodzoność, z samej swej definicji, zakłada istnienie porządku naturalnego i buduje na nim. Dlatego właśnie szkoły katolickie były w Europie Zachodniej źródłem kultury.

Znaczenie nauk ścisłych

Gdy upadło Cesarstwo Rzymskie, to właśnie szkoły katolickie ocaliły mądrość starożytnych. Kiedy królestwa prowadziły ze sobą wojny, to katolicka szkoła ocaliła dla przyszłych pokoleń okruchy ludzkiej cywilizacji. Katolicka szkoła powinna i musi być ośrodkiem sztuki, nauk humanistycznych, mówiąc w skrócie, musi być skarbcem, z którego można będzie czerpać wszystkie dobra człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.

Szkoła katolicka musi być ośrodkiem nauk ścisłych, ponieważ to właśnie nauki ścisłe odkrywają prawa wyryte w naturze. Odpowiadają nie tyle na pytanie, czy Bóg stworzył wszechświat, ale – jakim Go stworzył, co jest częstokroć najbardziej interesujące, gdyż ukazuje, w jaki sposób natura nosi na sobie pieczęć Jego mądrości i doskonałości. Odkrywanie i opanowywanie praw natury, jak to widzieliśmy wcześniej, ma fundamentalne znaczenie dla samego pojęcia kultury.

To właśnie katolickie szkoły broniły zawsze i promowały nauki ścisłe, strzegąc je od błędów i dając im solidną podstawę, na których mogły budować swe systemy. Jednym z pierwszych zatrutych owoców podkopywania autorytetu Kościoła jest zniszczenie autorytetu samego rozumu ludzkiego. Stąd nauka w katolickiej szkole nie polega jedynie na przypominaniu praw Newtona, ale na wpajaniu przekonania, że we wszechświecie panuje ład i że ład ten ma dla nas ogromne znaczenie.

Sztuka, plastyka i historia

Szkoła katolicka musi być również ośrodkiem sztuki. Sztuki piękne są często same w sobie synonimem kultury. To właśnie sztuka, pielęgnowanie piękna, wdzięku, godności i harmonii stanowią o różnicy pomiędzy człowiekiem wykształconym, a takim, który nigdy nie był wychowywany, człowiekiem dzikim. Pierwszą ze sztuk jest muzyka, która umożliwia, niejako, samą komunikację – jakże moglibyśmy mówić o naszych osobistych przemyśleniach, gdybyśmy nie wiedzieli najpierw, jak słuchać? Muzyka nie jest jedynie rozrywką, jest czymś o znaczeniu fundamentalnym dla istoty ludzkiej i dla komunikowania się.

Podobnie sztuki plastyczne konieczne są dla rozwijania w duszy umiłowania piękna i harmonii. Trudno jest żyć z innymi ludźmi bez zmysłu harmonii – rozwijają go w nas właśnie sztuki plastyczne. Co ważniejsze, sztuki te czynią duszę piękną, poruszając zdolność, która jest często najbogatsza, ale i najtrudniejsza do kontroli – wyobraźnię – i ukierunkowują ją na ład i piękno, jakich pragnie dla niej Stwórca.

W szkole musi być również miejsce dla nauk historycznych, gdyż bez dokładnej wiedzy na temat przeszłości ludzi nie można dowiedzieć się, dokąd ludzkość zmierza. Badanie tego, co rozumie się przez pojęcie istoty ludzkiej, jest zasadniczo dziedziną historii: możemy poznać, co znaczy być człowiekiem głównie poprzez badanie tego, co ludzie robili, czyli badanie przeszłości. Mamy tylko jedno życie, jednak to, co obecnie przeżywamy, nie powinno być dla nas czymś całkowicie nowym. Powinniśmy wiedzieć, jakie jest życie, obserwując jak żyli ludzie przed nami, a znając ich błędy, możemy odnieść sukces tam, gdzie im się nie powiodło oraz naśladować ich w tym, co im się udało.

To samo powiedzieć możemy o wszystkich dziedzinach sztuki, udoskonalających inne zdolności człowieka: dar mowy znajduje swe ukoronowanie w poezji. Moglibyśmy też mówić o różnych technikach obrony i wszystkich pozostałych dziedzinach, wszystkie one mają swe miejsce i właściwe sobie zadanie w prawdziwie katolickiej szkole.

Konkluzja

Takie właśnie szkoły pragnie tworzyć Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X – szkoły prawdziwie katolickie, zbudowane na zasadach, które przedstawiłem powyżej. Jak mówi przysłowie, nie od razu Rzym zbudowano. Również do pełnego rozkwitu prawdziwie katolickich szkół potrzeba dziesięcioleci. Nie ulegamy jednak żadnym iluzjom, wiemy, że początki każdego dzieła zawsze są skromne. Mamy jedynie nadzieję, że w pewnej mierze dzieło, które podejmujemy – tworzenie katolickich szkół – przypomina owo nasionko gorczycy, które jest najmniejsze i najbardziej niepozorne ze wszystkich nasion. Ale jeśli ono wyrośnie, staje się znaczące i wielkie.

Mamy nadzieję, że małe rozmiary naszych dzieł, nie przeszkodzą kwasowi naszej dobrej woli, modlitwom oraz ofiarom w tym, by z dzieła tego wynikło wielkie dobro dla naszej społeczności i wszystkich innych ludzi. Musimy się modlić, a Pan Bóg sam da wzrost. To jedynie Bóg pobłogosławić może szkole funkcjonującej wedle Jego woli, gdyż całe dzieło edukacji musi istnieć w pierwszym rzędzie dla Niego, ponieważ to On sam jest najwyższą doskonałością, do której – jeśli chcemy osiągnąć szczęście – musimy wytrwale dążyć.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.