_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świadectwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świadectwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2023

Była zakonnica: "Całodniowe milczenie, nocne modlitwy i wąskie łóżka". Piękne świadectwo o życiu zakonnym.

 

Całodniowe milczenie, nocne modlitwy i wąskie łóżka. O życiu w zakonie sióstr karmelitanek bosych opowiada Aleksandra Wojciechowicz, która w zamkniętym klasztorze spędziła prawie 8 lat. 


środa, 5 listopada 2014

Jak trafiłam pod opiekę Bractwa


Na początku procesu mojego „nawrócenia” do Tradycji katolickiej przeczytałam wywiad pt. „Rozmowy jeszcze niedokończone”, zamieszczony w dwumiesięczniku ZAWSZE WIERNI. Bohater wywiadu opuszcza zakon franciszkanów i przechodzi do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X – niewątpliwie taka decyzja może wzbudzać niezrozumienie i kontrowersje, zarówno u jego współbraci franciszkanów, jak też u jego dawnych parafian. Podziwiam tę odwagę i radykalizm...

Moje „odejście” z Kościoła posoborowego i poddanie się pod opiekę duszpasterską księży z Bractwa Św. Piusa X z całą pewnością nie wywołało tak mocnych kontrowersji i wielu emocji... Po etapie wewnętrznych zmagań, po wyjaśnieniu wielu wątpliwości, po otrzymaniu odpowiedzi na wiele nie dających mi spokoju pytań, jestem zdeterminowana, aby podążać drogą katolickiej Tradycji. Serce, rozum i głos sumienia mówią mi, że podjęłam słuszną decyzję. Powołując się na słowa św. Teresy od Dzieciątka Jezus – „Bardziej niż kiedykolwiek rozumiem, że najmniejsze przypadki w naszym życiu kierowane są ręką Boga. On budzi nasze pragnienia i On także je spełnia” – chciałabym podzielić się moją drogą odkrywania Tradycji i działalności Bractwa Św. Piusa X.

Pierwszokomunijne obrazki i EMPIK

Wiele „przypadków” w moim życiu zostało nakreślonych ręką Bożej Opatrzności i to dzięki nim w ostatnią niedzielę sierpnia 2013 roku pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w Mszy św. Wszechczasów w pewnej kaplicy Bractwa we wschodniej Polsce. Jeszcze miesiąc wcześniej takiej ewentualności w ogóle nie brałam pod uwagę... Nie był to mój pierwszy kontakt z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X. Będąc na studiach w Warszawie, często przeglądałam prasę w EMPIK-u na ul. Marszałkowskiej. Pewnego razu wpadł mi w ręce numer ZAWSZE WIERNI. Zdziwiło mnie, że katolickie pismo odnosi się krytycznie do pewnych zachowań papieża i biskupów.

A największym odkryciem była dla mnie informacja o możliwości uczestniczenia w trydenckiej Mszy św.! O Mszy św. po łacinie wiedziałam od bardzo dawna. Kiedy miałam 6 czy 7 lat, zaciekawiły mnie stare, pierwszokomunijne obrazki, na których ksiądz stał „tyłem do ludzi”. Następny „przypadek” miał miejsce w 2002 roku – były to plakaty informacyjne (ilustrujące Mszę św. przedsoborową) o wykładzie francuskiego księdza należącego do Bractwa. Wykład miał miejsce w Warszawie. Ciekawość i pragnienie poznania prawdy – dlaczego już nie ma tej tradycyjnej Mszy – zaprowadziły mnie na tę prelekcję. Dowiedziałam się wówczas o błędach Soboru Watykańskiego II, o przyczynach powstania nowego rytu Mszy, o różnicach między Mszą Trydencką a nowym rytem, o nadużyciach liturgicznych i udzielaniu Komunii na rękę, o spotkaniu papieża Jana Pawła II w Asyżu i wielkim zaniku wiary na Zachodzie.

I ostatecznie któregoś wiosennego dnia dotarłam na ul. Garncarską w Warszawie. Ale na Mszę św. już nie dotarłam... Kiedy zobaczyłam przed kościołem panie ubrane w długie spódnice i chustki, zrozumiałem, że jestem ubrana niewłaściwie. Ostatecznie weszłam nawet do świątyni, ale tuż przed rozpoczęciem Mszy opanował mnie lęk przed nieznanym. Opuściłam przeorat z postanowieniem, że przyjadę tu ponownie – ale już odpowiednio ubrana, i to najlepiej w niedzielę. Swoje postanowienie zrealizowałam, ale dopiero w grudniu 2013 roku...

Przestraszyłam się wpadnięcia w schizmę

Kiedy przeczytałam dokumenty wydane przez Konferencję Episkopatu Polski na temat działalności Bractwa Św. Piusa X, bardzo przestraszyłam się groźby „ekskomuniki” i wpadnięcia w „schizmę”. Te pisma skutecznie zasiały we mnie wątpliwości, nie brałam już pod uwagę jakichkolwiek kontaktów z Bractwem. I przez te wszystkie lata nikomu nie powiedziałam o wykładzie i moim pobycie w przeoracie w warszawskiej Radości. Dziś nie dziwię się swojej postawie nieufności, ponieważ mając 20 lat, nie chciałam znaleźć się w grupie „schizmatyckiej i w strukturach poza Kościołem katolickim” (jak mylnie podają te dokumenty).

Wiele razy wracałam myślami do treści tego wykładu. Dlaczego ukarano arcybiskupa Marcela Lefebvre’a za odprawianie Mszy św. Wszechczasów, która została kanonizowana przez papieża św. Piusa V? Dlaczego ryt nowej Mszy pomagali tworzyć protestanccy pastorzy? Przecież posoborowy ekumenizm stoi w jawnej sprzeczności z nauczaniem wcześniejszych papieży – skąd nagle taka zmiana i dlaczego nie trzeba już nawracać innowierców do Kościoła katolickiego? Dlaczego duszpasterze straszą „lefebrystyczną schizmą”, zakazują udziału w Mszach trydenckich, a jednocześnie zachęcają katolików do udziału w nabożeństwach ekumenicznych?

Kolejne lata tylko potwierdzały, że nadużycia liturgiczne stają się rzeczywistością także w Polsce. W Roku Eucharystii kard. Józef Glemp w liście pasterskim na Wielki Post zezwolił na przyjmowanie Komunii na rękę na terenie archidiecezji warszawskiej. W tym samym czasie chodziłam do Duszpasterstwa Akademickiego ojców dominikanów na Nowym Mieście w Warszawie. Nasz duszpasterz, powołując się na list księdza kardynała, udowadniał studentom, że taki sposób udzielania jest powrotem do tradycji – a na dowód cytował fragmenty katechez św. Cyryla Jerozolimskiego.

Dlaczego księża nie mówią już o piekle?

Podczas kilkumiesięcznego pobytu w Anglii nie zapomniałam o niedzielnym obowiązku i chodziłam na Mszę w pobliskiej parafii katolickiej. Zobaczyłam tam nie tylko przyjmowanie Komunii na rękę, ale także udzielanie Jej pod dwiema postaciami, ministrantki, nadzwyczajnych szafarzy Komunii, a nawet nadzwyczajne szafarki! Po takiej dawce aberracji liturgicznych, zastanawiałam się, czy aby na pewno trafiłam do kościoła katolickiego... Po powrocie do kraju znajomy ksiądz z radością oznajmił mi, że parafia w której obecnie pracuje, jako pierwsza w mieście ma nadzwyczajnych szafarzy i oni będą także zanosić Komunię św. do chorych.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego kapłani sami deprecjonują swoją posługę! Przecież chorzy mogą potrzebować także spowiedzi, rozmowy duchowej czy kapłańskiego błogosławieństwa... W końcu i do mojej parafii dotarły zmiany: posługę nadzwyczajnych szafarek Eucharystii w święta Bożego Narodzenia pełnić zaczęły siostry zakonne. A po Mszy dla dzieci przed ołtarz wniesiono wielki urodzinowy tort dla Pana Jezusa. Miesiąc później znany piosenkarz, oprócz tradycyjnych kolęd, zaśpiewał w tym kościele swoje złote przeboje...

Smaczna zupa z kroplami trucizny

W 2009 roku otrzymałam łaskę nawrócenia i wkroczyłam na drogę prowadzącą do poznania całej Prawdy. Zrozumiałam, że najważniejszą rzeczą w życiu jest kochanie Pana Boga, pełnienie Jego woli i dzięki temu osiągnięcie wiecznego szczęścia w niebie. Moje życie nabrało głębszego sensu. Czytając żywoty i dzieła świętych, odkrywałam prawdziwy skarb katolickiej wiary. Kiedy w Kościele obchodzono Rok Kapłański, któremu patronował proboszcz z Ars św. Jan Maria Vianney, zanurzyłam się w lekturę jego kazań. Dało mi to wiele do myślenia, ponieważ z ust współczesnych kaznodziejów już dawno nie słyszałam nauki o grzechu, walce duchowej i o rzeczach ostatecznych!

W 2009 roku udałam się na tzw. Fundament Ćwiczeń Duchowych św. Ignacego do Centrum Duchowości ojców jezuitów w Częstochowie. Może to właśnie dzięki tym rekolekcjom ponownie trafiłam do Bractwa Św. Piusa X? Od pierwszego etapu zaczęły budzić się we mnie wątpliwości, czy na pewno są one zgodne z katolicką ortodoksją. Zauważyłam, że rekolekcje są zwrócone ku człowiekowi, ku doczesności. W centrum rozważań nie był Pan Bóg, Jego przykazania, pełnienie Jego woli i zbawienie duszy. Dużo jeszcze innych rzeczy dawało mi do myślenia. Nie bez powodu mówi się, że jezuici są „awangardą” modernizmu w Kościele. Ksiądz Karol Stehlin w jednej z konferencji zobrazował to przykładem smacznej zupy, do której wlano kilka kropel śmiertelnej trucizny. Będąc na tych rekolekcjach, jadłam smaczną zupę, bo wiele treści było dobrych i zapewne dzięki nim tak dobrze poznałam Ćwiczenia Duchowe i całą duchowość ignacjańską. Ale była tam również trucizna, która rozsadzała wszystko...

Czy coś ze mną nie tak?

Widząc, co się dzieje w kościołach w ostatnich latach, zauważyłam u katolików rosnącą obojętność wobec Boga i Kościoła. Nawet w Roku Wiary nie był nauczany katechizm, nie objaśniano dogmatów i z tego powodu wierni – w tym ja – tracili duchową orientację. Pozbawieni podstaw katechizmowych, wierni nie wiedzą już, dlaczego należy chodzić do kościoła. Niedzielna liturgia traktowana jest często jako okazja do spotkań towarzyskich, do udziału w festynach rodzinnych. Ile ludzi spośród milionów katolików Polsce rozumie głębokie znaczenie Mszy świętej?

Chodząc na nową Mszę, nawet w dni powszednie, nie widziałam u siebie owoców duchowego wzrostu... W mojej rodzinnej parafii jest całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Na 10 tysięcy wiernych przychodzi najwyżej kilkanaście osób. I to ciągle tych samych. Zastanawiałam się czasem, czy ze mną jest wszystko w porządku, ponieważ w tej garstce modlących się byłam jedyną młodą osobą.

W maju 2013 roku obejrzałam na kanale Youtube rekolekcje wielkopostne pt. „Dziecięctwo Boże według św. Teresy od Dzieciątka Jezus”, które głosił ks. Konstantyn Najmowicz. Nauki rekolekcyjne bardzo mi się spodobały. Wiele razy czytałam Dzieje duszy, znałam historię życia tej świętej i propagowaną przez nią „małą drogę” duchową. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze zachowały się tak tradycyjne rekolekcje? Nie wiedziałam wówczas, że prowadzący je kapłan należy do Bractwa Św. Piusa X.

Bashobora i mail do ks. Karola

Znajomi często mówili mi, że jeśli chcę się duchowo rozwijać, powinnam należeć do jakiejś wspólnoty. W połowie sierpnia ubiegłego roku zaprosili mnie na spotkanie charyzmatyczne z o. Johnem Bashoborą. Był to mój jedyny kontakt z tzw. charyzmatykami. Kiedy zobaczyłam tam tzw. upadki i spoczynki w Duchu Świętym oraz tzw. święty śmiech, byłam naprawdę przerażona! Nigdy w życiu nie czułam się przerażona tak bardzo, jak właśnie wtedy! To wydarzenie było tą kroplą, która przepełniła kielich...

Wróciwszy do domu, szukałam w internecie informacji o Odnowie w Duchu Świętym i „przypadkowo” trafiłam na wykład ks. Karola Stehlina pt. „Ruchy charyzmatyczne – koń trojański w Kościele katolickim”. Odsłuchałam go z zapartym tchem. Znalazłam odpowiedź na pytania i wątpliwości, które kotłowały się przez wiele lat. Napisałam mail do ks. Karola. Wspomniałam o wydarzeniach sprzed lat, o wielkim strachu przed „ekskomuniką i schizmą”, oraz o wszystkich moich wątpliwościach w wierze. Ksiądz Karol odpisał mi – zachęcił do „odświeżenia pamięci” na temat działalności prowadzonej przez Bractwo Św. Piusa X.

Jesienią ubiegłego roku odsłuchiwałam z internetu inne jego wykłady – o ekumenizmie, kryzysie w Kościele, tajemnicach fatimskich, Mszy trydenckiej itd. W zrozumieniu problemu rytu nowej Mszy pomocą okazała się także konferencja ks. Jana Jenkinsa pt. „Dlaczego nowa Msza nie jest katolicka?”. Odsłuchując wykłady i konferencje, czytając artykuły zamieszczone w ZAWSZE WIERNI, powoli zaczęłam odkrywać, że zmiana rytu Mszy jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Zmian posoborowych było o wiele więcej.

Pan Bóg spełnił moje prośby

W ubiegłym roku w połowie grudnia uczestniczyłam w Mszy św. w pewnej kaplicy Bractwa, którą sprawował ks. Karol. Po jej zakończeniu rozmawiałam z nim chwilę, zostałam zachęcona do udziału w rekolekcjach montfortańskich. Tak też zrobiłam. Po świętach Bożego Narodzenia przyjechałam do warszawskiego przeoratu, miałam możliwość dłuższej rozmowy, kapłan przygotował dla mnie materiały wyjaśniające zagadnienie stanu wyższej konieczności w Kościele i jurysdykcji nadzwyczajnej. Te dokumenty i materiały ostatecznie przekonały mnie, że korzystając z opieki duszpasterskiej Bractwa Św. Piusa X, nie tylko nie robię nic złego, ale co więcej – po wielu latach poszukiwań, poznając Tradycję, na nowo mogę odkryć Kościół katolicki i swoje w nim miejsce...

Pan Bóg spełnił moje prośby i pragnienia, a nawet dał więcej niż oczekiwałam! Dzięki lekturze tradycyjnych katechizmów i studiowaniu przedsoborowej apologetyki powoli odbudowuję swoją wiedzę religijną. Poznawszy skarb Mszy św. w klasycznym rycie, dopiero teraz w pełni rozumiem, że na Ołtarzu uobecnia się dokładnie i rzeczywiście ta sama Ofiara Pana Jezusa, jaka dokonała się na Kalwarii. Odnalazłam głęboką duchowość, należny respekt i uniżenie wobec Pana Boga oraz szacunek dla osób duchownych. Biorąc udział w rekolekcjach, słuchając kazań i katechez, otrzymałam wiedzę spójną i logiczną – skarb niezmiennego depozytu wiary katolickiej.

Droga, którą szły miliony

Jestem świadoma wielkiego wyróżnienia i ogromu łask, jakie otrzymałam razem z poznaniem Tradycji. Pamiętając słowa Pana Jezusa, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą’’, pragnę być „małym ambasadorem” katolickiej Tradycji w moim środowisku. Wielu spośród moich znajomych odeszło od Kościoła, żyje w stanie duchowej dezorientacji, trafiło do wspólnot charyzmatycznych tylko dlatego, że nie poznali skarbu naszej wiary...

Kiedy rozmawiam z przyjaciółmi i znajomymi na temat stanu dzisiejszego Kościoła, wszyscy oni spostrzegają pewien kryzys. Jednak nikt nie podziela mojego zdania, że to sami katolicy, w większości nieświadomie, nie znając Tradycji, czyli własnej tożsamości, przyczyniają się do powiększenia tego kryzysu. Zawsze pada argument nie do przebicia: musimy się zadowolić tym, co mamy, przecież sam papież, biskupi i księża pozwalają na wiele zmian i nowości.

Na razie jeszcze nie udało mi się nikogo przekonać do udziału w Mszy św. w klasycznym rycie. Jednak nie tracę nadziei – skoro katolicką Tradycję i dawną Mszę św. poznałam ja, dzięki łasce Bożej mogą ją poznać także inni. Poddałam się pod duchową opiekę kapłanów z Bractwa Św. Piusa X i jestem głęboko przekonana, że jest to początek mojej drogi, którą w ciągu dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa mężnie szły i uświęciły się miliony katolików.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

piątek, 2 grudnia 2011

Zło kryło się w aikido



Dziś mam trzydzieści sześć lat. Dziewiętnaście lat temu, jako uczeń trzeciej klasy liceum rozpocząłem uprawianie sztuk walki. Zacząłem od karate, ale moją prawdziwą fascynacją już wcześniej było aikido. Wkrótce też zacząłem je uprawiać.

Aikido okazało się miłością mojego życia. Szybko robiłem postępy. Po dwóch latach zostałem instruktorem, co się rzadko zdarza, bo to bardzo trudna dyscyplina. Wkrótce zostałem zaliczony do tzw. uchi – deshi, czyli bezpośrednich uczniów mistrza. Trenowałem przez sześć dni w tygodniu, po trzy – cztery godziny dziennie. O 5:30 pierwszy trening z mistrzem, od 18 do 20 trening z moimi uczniami i późnym wieczorem ostatni trening dla grupy zaawansowanej w mojej sekcji. Kierunek studiów (archeologia) wybrałem taki a nie inny, bo w informatorze o studiach uniwersyteckich był to pierwszy alfabetycznie kierunek o tak małej ilości zajęć w tygodniu. Wówczas miałem opracowany cały scenariusz życia rozpisany na kolejne lata. Za dwa – trzy lata pierwszy dan, po trzech następnych drugi, a wtedy moja pierwsza, własna szkoła aikido, za kilka lat następna. I tak dalej. Brałem udział w sesjach treningowych z mistrzami japońskimi w kilku krajach europejskich, bo oni w końcu byli dla mnie największymi autorytetami.

Pewnego dnia do mojej sekcji przyszedł list od człowieka, który w Polsce dwadzieścia lat temu zainicjował tę dyscyplinę. Zrezygnował z aikido ze względu na silny kryzys związany z niemożnością pogodzenia wiary w Jezusa z ideologią wschodnich sztuk walki. Ten list był bardzo intymnym świadectwem i wywarł na mnie silne wrażenie. Pozostało także pytanie o podstawę jego decyzji. Wydawało mi się, że jedno z drugim nie ma związku.

Moim kolegą, także instruktorem z długim stażem, był chłopak, który uczestniczył w spotkaniach modlitewnych Odnowy Charyzmatycznej. Nagle przestał przychodzić na treningi. Po dłuższym czasie spotkałem go przypadkiem na ulicy i zapytałem o powód jego nieobecności. Odpowiedział mi, że na treningach przed i po medytacji kłania się wizerunkowi nieżyjącego już mistrza Ueshiby, założyciela aikido. W kościele robi to samo przed tabernakulum. Ten sam czyn, ale jego podmiot jest inny. W końcu musiał zdecydować, co wybrać i wybrał Jezusa. To również zlekceważyłem, widząc w tym zbyt głęboką interpretację. Wątpliwości wynikłe z tych zdarzeń narastały we mnie, zwłaszcza, że nagle zacząłem dostrzegać różnego rodzaju patologie wynikłe z uprawiania aikido u moich uczniów: nadpobudliwość, agresję, jakąś pogardę dla innych; to wszystko u ludzi zajmujących się sztuką walki tak finezyjną i, co najważniejsze, uważaną za najbardziej defensywną i łagodną wśród wschodnich sztuk walki. Kiedyś czytałem przypadkiem Pismo Święte i natrafiłem na fragment mówiący, że nie wolno kłaniać się obcym bogom. Ten jeden wers wrył mi się w umysł jak drzazga. Byłem jednak tak zaangażowany, że nie mogłem po prostu zrezygnować, zrezygnować z całego życia, które zbudowałem na aikido. Ale wątpliwości były i nie dawały mi spokoju, zwłaszcza cała „liturgia” związana z treningiem – ukłony, medytacja, adoracja mistrzów i białej broni (trenowałem także sztukę miecza – iaido). Pewnego dnia, zapewne nie do końca świadomie, powiedziałem Bogu, że jeżeli w tym, co robię jest coś złego, to niech się o tym przekonam. Ale niech się przekonam tak do końca, żeby nigdy w życiu później nie mieć wątpliwości, czy moja decyzja rezygnacji była słuszna w końcu miałbym zacząć życie od początku. Wkrótce miałem pożałować tej prośby.

Treningi zaczynały się i kończyły medytacją, w której chodzi o uzyskanie kontroli nad ki. Ki to bezosobowa energia Uniwersum, dająca początek i koniec wszystkim zjawiskom i istotom żywym w kosmosie. W każdej sztuce walki ćwiczenia fizyczne to tylko środek do uchwycenia kontaktu z tą mocą na etapie początkowym i później manipulowania nią. W trakcie codziennych medytacji doświadczyłem po dwóch latach czegoś na kształt stanu niebytu. To, o czym piszę może brzmieć niewiarygodnie. Przypuszczam, że gdybym to ja słuchał takiej opowieści, sam jej nie przeżywszy, to bym prawdopodobnie w nią nie uwierzył.

W przestrzeni duchowej, którą osiągałem, spotkałem istoty duchowe pełne, a raczej coś, co określiłbym jako osobową obecność kogoś, nie doświadczalną inaczej niż przez duchowy kontakt transcendentalny. To zjawisko, fascynujące jak nic innego na świecie, powtarzało się za każdym razem w trakcie medytacji. Jednocześnie wraz z tą osobową obecnością we mnie, uruchomiły się jakby dary paranormalne. Doświadczyłem czegoś na kształt telepatii, tzn. obudziła się we mnie ogromna wrażliwość na ludzkie intencje i zamiary. Stając przed kimś na macie po prostu wiedziałem, co ten człowiek za chwilę zrobi. Ponadto zacząłem odczuwać kumulacje i przepływ tej energii, o której wcześniej pisałem. Jednocześnie objawiać się we mnie zaczęły różne choroby o nieznanym źródle. Upływ tej energii w trakcie ćwiczeń powodował moje całkowite wycieńczenie. W rezultacie, mając 2 m wzrostu, ważyłem po roku około 60 kilogramów. To niewiarygodne, ale w takim stanie dysponowałem ogromną siłą psychiczną. Ludzie bali się mnie i nikt nie mógł ze mną wytrzymać sam na sam w jednym pomieszczeniu. Czułem się bogiem, taka władza nad każdym człowiekiem! Wkrótce jednak okazało się, że to nie ja decyduję o sobie. Będąc kiedyś sam w domu, znalazłem stary różaniec i wziąłem go do ręki, bo leżał gdzieś w kącie. W tym momencie usłyszałem potok obscenicznych bluźnierstw. To, co przedtem było efektem medytacji, co uznawałem za stan przejścia w wyższy obszar duchowy, teraz uruchomiło się bez mojego wpływu. Doznałem potwornego uczucia paniki i wybiegłem z domu. Od tej pory stale towarzyszyła mi obecność kogoś złego. Zacząłem czuć potworny, irracjonalny strach. Bałem się cały czas, choć nie było wcale żadnego zdarzenia, które by mogło wywołać ten strach. Tak jakby lęk stał się częścią mojej natury czy cechą charakteru. Jednocześnie stale przeżywałem halucynacje słuchowe. Słyszałem ciągle wulgarne bluźnierstwa, jakby wielu głosów, zwłaszcza pod adresem Matki Bożej. Stale prześladowały mnie obsesyjne myśli samobójcze. W moim domu było duże lustro na środku mieszkania, zacząłem nagle bez przyczyny bać się go, mając pewność, że zobaczę w nim coś potwornego.

Te doświadczenia nie zmieniły mojego życia, nie zrezygnowałem z aikido. Dalej byłem instruktorem. Po roku takiego życia, jako człowiek praktycznie nie wierzący, zacząłem pomału domyślać się, że moje cierpienia wynikają z jakichś okultystycznych praktyk, zakamuflowanych w sztukach walki i działania demonów. Następnego roku stało się tak, że przyjechał z Anglii pewien mistrz. Postanowiłem, że będę przez te kilka dni uczestniczył w treningach z nim, po czym zrezygnuję. Moje zniewolenie osiągnęło bowiem etap, na którym zacząłem mieć koszmarne halucynacje wzrokowe. Dopiero to właśnie ostatecznie mnie złamało. Kiedy skończył się ostatni trening, w sobotę, wróciłem do domu i poszedłem spać ze świadomością, że to był mój ostatni trening w życiu. W nocy dostałem czegoś podobnego do ataku malarii. Poczułem tak silny ból w całym ciele, że zacząłem skamleć do Jezusa o ratunek. Ten stan wytonował się nad ranem.

Pamiętałem, że kiedy dwanaście lat wcześniej zmarł mój dziadek, poszedłem do spowiedzi i pamiętałem ogromne ukojenie, które wówczas przeżyłem. Pojawiła się we mnie desperacka myśl, że to mnie teraz uratuje. Wieczorem była Msza dla studentów i poszedłem wcześniej, wiedząc, że przed Mszą ktoś zawsze siedzi w konfesjonale. Wszedłszy do kościoła, zobaczyłem księdza, który uczył religii w moim liceum. Nienawidziłem tego człowieka. Od dawna mnie namawiał, żebym zrezygnował z aikido, co wzbudziło we mnie dużą niechęć do niego i agresję. Byłem jednak w takim stanie, że było mi już wszystko jedno. Wyspowiadałem się, ale efekt nie był taki, jakiego oczekiwałem. W trakcie wysłuchiwania pouczenia zacząłem odczuwać tak silne cierpienie jak poprzedniej nocy. W myślach wyłem, żeby to się wreszcie skończyło. Po spowiedzi ten stan sprawił, że uciekłem z kościoła i pobiegłem do mojego mistrza. Powiedziałem mu, że rezygnuję, bo nie mogę dać sobie rady ze sobą. Nie wyjaśniłem mu, z jakiego powodu. Ten człowiek był moim dobrym kolegą, nie miał świadomości, że z aikido wiąże się cokolwiek złego. Uszanował moją decyzję. Sam zresztą widział, że od dawna jest coś ze mną nie tak. Wracałem całkowicie zmiażdżony. Jakaś myśl kazała mi wrócić pod kościół. W nocy uklęknąłem i pomyślałem, a raczej samo mi się jakoś pomyślało: „Weź moje życie, sam nie dam rady. Rób ze mną, co chcesz”. Z tą myślą wróciłem do domu.

Od tej pory zaczął się prawdziwy czyściec. Ledwo zaliczyłem rok na uczelni. Straciłem wszystkich przyjaciół. Okazało się, że na moim roku znam tylko jedną osobę. Odeszła ode mnie dziewczyna. W sumie lepiej, bo tylko ją krzywdziłem. Niech mi Bóg wybaczy. Wkrótce przeżyłem jeszcze inne cierpienie ciągnące się za mną do dziś. Związałem się z inną kobietą, która mnie nie kochała i po dwóch miesiącach porzuciła.

Zacząłem chodzić na spotkania modlitewne Odnowy w Duchu Świętym, do czego namówiła mnie siostra i wspomniany wyżej ksiądz. Za radą księdza-egzorcysty odbyłem spowiedź generalną, co dało ten skutek, że wszystkie manifestacje zła, które przeżywałem, straciły na sile.

Wkrótce wziąłem udział w rekolekcjach, gdzie na końcu modlono się o to, by Duch Święty dotknął uczestników. W trakcie tej modlitwy czułem się źle. Chciało mi się wymiotować i najchętniej bym wyszedł. Wracałem do domu całkowicie rozczarowany. Miałem wielkie pretensje do Boga, że w niczym mi nie pomógł.

Na drugi dzień mieliśmy się spotkać raz jeszcze i pożegnać. Z mojego domu szło się około pół godziny do kościoła, w którym były rekolekcje, cały czas przez park. Postanowiłem zatem przejść się pieszo, bo była bardzo ładna pogoda. Szedłem bezmyślnie pogrążony w rozpatrywaniu własnego poczucia zawodu. W połowie drogi nagle zdałem sobie sprawę, że ja nic nie słyszę. Pierwszy raz od dwóch lat nie miałem żadnych halucynacji, tak słuchowych jak i wizualnych. Dotarło do mnie, że to była pierwsza noc od dwóch lat, którą normalnie przespałem. Czy ktoś może zrozumieć, co ja wtedy przeżyłem?

Ale, paradoksalnie, wcale nie było potem łatwiej. To był najtrudniejszy dla mnie czas, trudniejszy niż jakikolwiek inny. Nigdy nie było mi tak ciężko. Zapewne powodem była ruina emocjonalna czy też psychiczna po tych wydarzeniach. Pamiętam, że wszystko mnie wtedy raniło, nawet najmniejsze niepowodzenie czy też zachowania innych, które dziś po prostu ignoruję.

Miesiąc później pojechaliśmy całą wspólnotą na czuwanie Odnowy do Częstochowy. Prowadził je o. Verlinde. W pewnej chwili powiedział, że w drodze do domu anioł stróż każdemu powie, komu ma opowiedzieć o Jezusie. Po wszystkim wsiedliśmy do autokaru, a ja usłyszałem gdzieś w środku nazwisko mojego wykładowcy. To znaczy pojawiła się nagle jakaś ogromna pewność, że to ta właśnie osoba. Zdjął mnie lodowaty strach. Ten człowiek był dla mnie instytucją na uczelni, a nie osobą. Jak ja miałem w ogóle zacząć tę rozmowę? Zajęcia z nim miałem za dwa dni. Robiłem wszystko, żeby go tego dnia nie spotkać, ale obraz tego człowieka po prostu mnie wszędzie prześladował. W końcu poszedłem do jego gabinetu i poprosiłem o dziesięć minut rozmowy. Powiedziałem, że chciałbym mu o czymś opowiedzieć, ale na początek chciałbym, żeby miał świadomość, że czuję strach przed tą rozmową i najchętniej bym w ogóle jej nie zaczynał. Opowiedziałem mu wszystko to, co opisałem powyżej. On słuchał w milczeniu. Potem podszedł i uściskał mnie. Usłyszałem, że to było dla tego człowieka bardzo wzruszające, bo nikt z nim nie rozmawiał przez całe życie o wierze w tak intymny sposób. Okazało się więc, że to Bóg zadziałał.

Jestem pewien, że jest we mnie bardzo dużo okaleczeń wewnętrznych, stale tego doświadczam. Żyję wciąż ze świadomością ciężaru moich doznań. Czasem czuję się tak bardzo stary i zniszczony. Nigdy nie skorzystałem z pomocy psychologa, choć wiele osób, w tym spowiednicy, mi to radziło. Czasem rodzi się we mnie pokusa, aby te doświadczenia przekreślić, przekreślić wynikającą z nich pewność istnienia szatana i Boga, tak realną jak istnienie każdego z nas. Pewność każdej sekundy, że Bóg po prostu jest obecny w rzeczywistości. Pojawia się we mnie tęsknota, żeby żyć jak miliony innych, normalnych ludzi. Ale tak nie będzie, bo ta pewność jest we mnie jak rozogniona rana. Tak bolesna zwłaszcza w tym, co trudne, a zarazem tak słodka i kojąca. Ktoś, kto doświadczył miłości Boga po prostu nie może zignorować cierpienia drugiego człowieka. Wspomnienie ogromu miłości Jezusa sprawia, że cierpienie drugich staje się ciężarem nie do uniesienia. Jednocześnie człowiek dotyka tego, jak bezgranicznie kochać można, a jak kochać nigdy nie będzie w stanie.

B. ?

Świadectwo ukazało się w magazynie "Miłucie Się" nr. 5/2003 r.

Źródło informacji: FRONDA.pl

wtorek, 15 listopada 2011

"Nóż chirurga niczego nie zmienia" - świadectwo transseksualisty



Urodził się jako Walt Heyer. Potem stał się Laurą. Po zmianie płci zaczął żałować tego, co się stało. - Byłem przekonany, że nóż chirurga nie jest w stanie z mężczyzny zamienić mnie w kobietę, operacja była po prostu oszustwem - wspomina Walt. Portal Fronda.pl publikuje niezwykłe świadectwo nawróconego transeksualisty.

Walt Heyer, dorastał w połowie lat czterdziestych w Kalifornii. Jak typowy chłopiec, interesował się kowbojami i samochodami, ale pewnego dnia jego babci zdawało się, że dziecko woli być... dziewczynką. Podarowała mu elegancką fioletową sukienkę, która musiał nosić, kiedy odwiedzała go babcia.

Walt opowiada, że tak właśnie zaczęła się, trwająca 35 lat „droga udręki, rozczarowania, żalu i smutku”. Zaburzenia tożsamości płciowej doprowadziły mężczyznę do uzależnienia od alkoholu, narkotyków i kilku prób samobójczych. Heyer w końcu poddał się operacji, która miała nadać mu kobiecy wygląd, czego dziś głęboko żałuje.

W wydanej w 2006 roku książce „Trading my Sorrows” Walt wspomina, że przebieranie w sukienkę od babci było tylko jednym z elementów, które doprowadziły do tego, że zaczął wstydzić się, że jest mężczyzną. Opowiada, jak był wykorzystywany seksualnie przez swojego wujka i o surowej dyscyplinie ojca, którą trudna było odróżnić od fizycznego znęcania. - Nie potrafiłem być takim chłopcem, jakiego oczekiwał mój tata – wyznaje Heyer i dodaje, że nigdy nie był w stanie wystarczająco zadowolić swoich rodziców.

Walt wspomina, że przebieranie w dziewczęce ubranka stało się dla niego ucieczką, rzeczywistością, w której czuł się bezpieczny. Najpierw starał się to ukrywać przed rodzicami, ale z czasem coraz bardziej czuł się dziewczyną. Mimo że wciąż oglądał się za fajnymi samochodami i ładnymi dziewczynami, to obsesją stała się myśl o przemianie w kobietę. Po ukończeniu szkoły średniej wyprowadził się od rodziców, żeby bez skrępowania móc przebierać się w damskie ubrania.

Heyer szybko wzbogacił się, znalazł żonę, pozornie wiódł szczęśliwe życie. Ale myśl o „kobiecie uwięzionej w jego ciele” nie dawała mu spokoju. Zaczął pić, ale to tylko spotęgowało jego frustracje. W jego wspomnieniach powraca „dziewczyna siedząca w jego głowie”, która domaga się coraz większej ekspresji. Walt zaczął pokładać swoje ostatnie nadzieje w operacyjnej zmianie płci.

Najpierw mężczyzna przeszedł operację plastyczną wszczepienia biustu. Następnie były procedury, których dziś żałuje najbardziej – transformacja męskich genitaliów na te, przypominające wyglądem żeńskie organy rozrodcze.

Walt liczył, że po operacji ustąpią jego lęki, frustracje i niepokoje, że skończy się wyniszczający go od dziecka stres. Ale po operacji Walt stał się polem bitwy sprzecznych myśli i pragnień, które stały się przyczyną jeszcze większych frustracji i dysonansu. Z każdym dniem Heyer coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że operacja była wielkim błędem. Próbując jakoś pokonać swój egzystencjalny ból, Walt coraz bardziej uzależnił się od alkoholu i kokainy. Był przekonany, że nóż chirurga nie jest w stanie z mężczyzny zamienić go w kobietę, a operacja była po prostu oszustwem. Wprawdzie czuł, że nie miał innego wyboru, ale żyjąc jako kobieta, czuł się oszustem.

Heyer sięgnął dna. Operacja zniszczyła jego tożsamość, rozbiła rodzinę, krąg przyjaciół, karierę. Czuł, że nie czeka go nic, prócz śmierci. Próbował popełnić samobójstwo. Bez domu i bez gorsza niechybnie trafiłby na ulicę, gdyby nie obcy człowiek, który zaoferował mu miejsce do spania w swoim garażu. Zachęcił go również do skorzystania z pomocy grupy Anonimowych Alkoholików.

Walt coraz bardziej przekonywał się, że tak naprawdę zawsze był mężczyzną, a zmiana płci była po prostu maskaradą. - Byłem świadomy tego, że stałem się wrakiem człowieka, zniekształconym przez własne wybory. Alkohol, narkotyki, chirurgia uczyniły mnie niepotrzebnym nikomu – wspomina.

Dzięki pomocy kilku przyjaciół, Heyer rozpoczął podróż w kierunku uzdrowienia i odkrycia swojej prawdziwej tożsamości. Zdawał sobie sprawę, że kluczem do wygrania bitwy jest całkowita trzeźwość. Wyrzucił butelki z alkoholem i zwrócił się do Jezusa – nowego źródła swojej siły. Podczas jednej z modlitw zobaczył Chrystusa, który obejmuje go i mówi: „Od teraz, razem ze Mną, jesteś zawsze bezpieczny”. Walt był przekonany, że znalazł pokój i uzdrowienie, którego tak bardzo pragnął.

Heyer na koniec chce przekonać wszystkich, którzy zmagają się ze swoją tożsamością jako kobieta czy mężczyzna, że chirurgia nie jest żadnym rozwiązaniem. Radzi znaleźć dobrego psychologa czy psychoterapeutę, który pomoże odnaleźć przyczyny pojawiających się pragnień, które często mogą tkwić gdzieś głęboko, w dzieciństwie. Zapewnia, że gdyby tylko mógł cofnąć czas, zrobiłby wszystko, żeby uniknąć operacji.

- Każdy zabieg medyczny – genetyczny, hormonalny, chirurgiczny – który dokonuje ewentualnej korekty i gwarantuje danej osobie osiągnięcie pełni rozwoju pod względem płciowym, zasługuje na pochwałę – przypomina na łamach najnowszego „Don Bosco” ks. Paweł Bortkiewicz. Brzmi szokująco? Na pierwszy rzut oka tak, ale słowa duchownego odnoszą się do osób obciążonych jakąś wadą genetyczną, cierpiących na obojnactwo albo niedorozwój cech płciowych.

Ta zasada przestaje funkcjonować w przypadku transseksualistów. - Osoby przeżywające swoisty kryzys tożsamości i domagające się zmiany płci, to osoby jednoznacznie określone pod względem biologicznym – ich geny określają męskość czy kobiecość osobnika – przypomina ks. Bortkiewicz.

Sedno problemu polega tutaj na przeżywaniu innej płci w psychice. Płeć jest określona, nieokreślone jest jej przeżywanie. - Można zatem się zastanowić najprościej – czy jest sensowna zmiana tego, co jest, czy bardziej uzasadnione nie jest leczenie psychiki? Co usprawiedliwia radykalną, a zarazem fikcyjną interwencję w naturę biologiczną człowieka? - pyta ks. Bortkiewicz.

Opinię duchownego o „fikcyjnej interwencji” doskonale obrazują wspomnienia Walta Herey'a, który mówi, że po operacyjnej zmianie płci, w ciele kobiety, czuł się jak oszust. Jego niezwykłe świadectwo potwierdza tezę, że zabieg tzw. zmiany płci w żadnym stopniu nie jest leczeniem zaburzeń tożsamości seksualnej, ale wprowadzaniem w psychikę cierpiącego człowieka jeszcze większego zamętu. Ludzkie istnienie - jak przypominał Jan Paweł II w Familiaris consortio - jest „integralną całością”. Z moralnego punktu widzenia niedopuszczalne są zatem jakiekolwiek ingerencje w ten integralny byt.

eMBe/LifeSiteNews/„Don Bosco”

Źródło informacji: FRONDA.pl

poniedziałek, 14 listopada 2011

Egzorcyzm z mediumizmu



Mam dzisiaj 36 lat i jestem 8 lat po odprawianym nade mną wielkim rytuale egzorcyzmu z powodu mediumizmu. Niesamowita historia.

Moja historia rozpoczyna się w roku 1863 kiedy mój prapradziadek został po powstaniu wraz z rodziną wysiedlony na Syberię. Wyjazd z Polski był równoznaczny z opuszczeniem rodzinnych stron mazowieckiego dworu w którym religia katolicka była oczywistością, a wejściem w kulturowe konteksty Rosji końca XIX wieku. Sytuacja materialna mojej rodziny w Rosji na samym początku zesłania była zła, ale szybko ustatkowała się na tyle, że mój pradziadek kształcił się we Władywostoku w szkole prowadzonej przez Niemców, rozmawiał tylko po rosyjsku i niemiecku, porzucił praktyki katolickie, fascynował się teozofią. Dobrze płatny zawód pozwalał mu na dalekie wycieczki na północ, w dzikie regiony Syberii gdzie był surowy nietknięty chrześcijaństwem szamanizm, gdzie jak wspominał podległ z kolegami jakimś obrzędom, które miały powiększyć jego zdolności medialne. „Bycie medium” w tamtym środowisku było modne, nieraz oszukiwano podczas seansów, aby skupić na sobie uwagę towarzystwa, ale pradziadek podczas syberyjskiej inicjacji uzyskał coś prawdziwego, co na samym początku dawało mu wielką satysfakcję, ale z czasem przeraziło na tyle, że wypytywał jak się tego pozbyć. Odpowiedź jaką uzyskał była mroczna, nie da się tego pozbyć. Co więcej „cechy mediumizmu” pozostaną w rodzinie i będą dziedziczone przez kilka pokoleń, mogą co najwyżej być uśpione poprzez nie używanie ich.

Po odzyskaniu niepodległości pradziadek z rodziną zamieszkał w Warszawie, jego córka została żoną znanego piłsudczyka, zafascynowanego seansami spirytystycznymi Stefana Ossowieckiego. Ossowiecki namawiał babcię, aby z nim współpracowała, nalegał, że wyczuwa jej nadzwyczajne cechy które nazywał „wrodzonymi”, „wartymi uruchomienia”, ona poruszona tymi komplementami zastanawiała się nad współpracą, czemu jej zainicjowany na Syberii Ojciec bardzo się sprzeciwiał. Rozmawiano wówczas o tym, że on doświadcza pewnego rodzaju cierpienia i nie chce żeby z córką było podobnie, że przestrzega ją przed zainteresowaniem tymi sprawami, że żałuje tego co robił kiedyś, ale nie widzi możliwości cofnięcia sprawy. Powstrzymało ją to przed zabawowym uczestnictwem w seansach, ale podczas wojny i okupacji jej nastawienie do możliwości poszukiwania zaginionych i wypytywania się zmarłych o różne rzeczy zmieniło się, spirytyzm nabrał bardzo praktycznego wymiaru, był też nęcącym substytutem duchowości, bo wiary w sensie katolickim to środowisko już nie posiadało. Niedawno starsza osoba z rodziny opowiadała mi że z dzieciństwa spędzonego w schronach bombardowanej Warszawy pamięta ciągle odprawiane tam seanse spirytystyczne. Kładziono talerzyk na stole, siadano wokół i wypytywano „duchu duchu, powiedz nam czy Iksiński żyje”, a „zawołaj ducha Kowalskiego niech się wypowie czy można przejść bezpiecznie do tamtej ulicy, czy tam strzelają”. I rzeczywiście, niekiedy otrzymywano zupełnie trafne odpowiedzi. Podobnie jak u pradziadka u Babci po okresie zadowolenia z mediumizmu nadchodził okres cierpienia, do którego w wesołym z natury i trzeźwo myślącym środowisku nie było się przed kim przyznać. Po II wojnie nie było już seansów, było już tylko cierpienie. Mama pamięta dziadka, który jej jako dziecku w prostych słowach tłumaczył. „Jest coś takiego jak spirytyzm, ludzie czasem z ciekawości z nudów chcą rozmawiać ze zmarłymi. Ale tego nie wolno robić, ja to kiedyś robiłem i bardzo się po tym cierpi, niestety po tym co robiłem, a jest to tak jakbym coś odgrzebał głęboko spod ziemi, moja rodzina będzie już to mieć i ty też. To są skomplikowane sprawy. Najważniejsze dla ciebie jest, żebyś nigdy nie pozwoliła przy sobie robić nic związanego z wywoływaniem duchów, czy jakimś dziwnym leczeniem. Jeżeli ktoś ci będzie prawił komplementy że jesteś medium, to nie rozmawiaj z nim, jeżeli gdzieś towarzystwa będzie chciał wywoływać duchy to pamiętaj, że ty wychodzisz, masz nie zwracać uwagi czy to grzecznie że wyjdziesz czy nie, tylko uciekać. Bo jak oni będą bez ciebie to im się najprawdopodobniej nic nie uda. A z tobą może się udać i będą z tego straszne rzeczy.” Czasy komunizmu rodzina przeżyła dość spokojnie, jakby cała sprawa odchodziła w niepamięć, obrosła nawet nieco żartobliwą legendą. W latach 70 kiedy zaczynały się pojawiać w Polsce przemycane z zachodu druki z rysunkami aury ludzkiej, ciał astralnych, było w rodzinie kilka rozmów uzgadniających, że wszyscy to widzą mniej więcej tak jak na rysunkach i że każdy nieraz zastanawia się nad sobą, czy nie jest wariatem. Te rozmowy miały jakiś uspokajający charakter, że skoro kilka osób widzi to samo, na jakimś wspólnym znajomym i może o tym spokojnie pogadać, no to widać to obiektywnie istnieje. Bardziej niepokoiły zwierzenia o tym, że każde z nas kilkakrotnie miało doznania związane z wychodzeniem ze swojego ciała, tego nikt nie pamiętał jako przyjemne.

Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, pierwsze zapamiętane obrazy mają już na sobie pewne rzeczy których inne osoby nie widzą. Mama rozmawiała ze mną o tym tak jak się rozmawia z dzieckiem poznającym świat, wyjaśniła mi, że inni tego nie widzą, żeby nie rozmawiać o tym z nikim, bo zostanę uznana za wariatkę, ale żeby się nie przejmować, ponieważ ona to widzi i babcia widziała i pradziadek, widzimy, „bo jesteśmy mediami” ,że jest to jakby uśpione i co „nie ruszane nie sprawi mi kłopotu”. Pamiętam też z dzieciństwa wizyty duchów, białego stojącego koło szafy i czarnego wiszącego nad moim łóżkiem, budziła mnie ich obecność, otwierałam oczy, ale nie mogłam się przez parę chwil poruszyć, było mi duszno tak jakbym się czymś zachłysnęła, było to jednak tylko kilkanaście zastanawiających momentów w dzieciństwie szczęśliwym i spokojnym.

Od reszty rodziny odróżnia mnie to, że byłam u pierwszej Komunii Świętej. Prowadzono mnie na nauki związane z tym sakramentem „żebym nie była inna od dzieci w klasie”, bo mieszałyśmy w robotniczej, „po wiejsku” wierzącej dzielnicy, gdzie by nas babcie kolegów z klasy mocno wzięły na języki jakbym nie chodziła na religię, podśmiewywano się z panujących tam „wiejskich klimatów”, ale jednak prowadzono. Moja wiara jaka dostałam od prostej katechetki zakonnicy była szczera, ale niepodtrzymywania zanikła wraz z wiekiem dojrzewania. Życie sakramentalne wznowiłam na studiach, pod wpływem wierzącego środowiska. Jazda zaczęła się nagle, kiedy pojechałam na obóz środowiska studenckiego, na którym przez ścianę z nami mieszkali chłopcy którzy codziennie chodzili na Mszę Św. Ponadto pościli w intencji pielgrzymki do Częstochowy, na której czas pokrywał się z pobytem na obozie, ofiarowywali to za uczestników. W moim pokoju nocą chodziła ciągle ciemna postać smukłego mężczyzny bez rozpoznawalnej twarzy, której kroki i obecność zauważali niekiedy także i inni. Robili różne teorie, że być może jest to dusza zmarłego, ja jednak wiedziałam że jest to zjawa towarzysząca mi od dzieciństwa, która zmieniła sposób zachowania. Nie spałam w ogóle ponad tydzień, obecność ducha łączyła się z ukazywaniem mi obrazów różnych grzechów i złych sytuacji, odległych morderstw i umarłych, wiązało się to z uczuciem przytłoczenia cudzymi grzechami, tak jakby on dzielił się swoją pamięcią o świecie przechwalając się złem i zwalał je na mnie, nieracjonalne poczucie przytłoczenia było z godziny na godzinę większe. Doznawałam wielkiej ulgi w obecności Najświętszego Sakramentu który był w kaplicy gdzie się spowiadałam, ale zaraz po wyjściu robiło się jeszcze gorzej, naprawdę zaczynałam w tym wszystkim tracić trzeźwość.

Podczas tych bezsennych nocy przypominałam sobie dokładnie co ja wiem o sobie, co wiem o Bogu, co wiem o mediumizmie, co wiem moim życiu sakramentalnym i dochodziłam do wniosku, że muszę koniecznie coś z tym zrobić, bo tylko udaję przed sobą, że rozumiem kiedy mówią „widzisz takie rzeczy, bo jesteś medium”, przyjmowałam jako dziecko co mówią, ale teraz dosyć tego. Zrozumiałam, że światopogląd w którym mnie wychowano nie wytrzymuje próby mojej sytuacji i nie jest kompatybilny z katolicyzmem, który usiłowałam w sobie kształtować. Zadzwoniłam do domu i zapytałam co konkretnie mają na myśli powtarzając, że "to nie ruszane nie sprawia kłopotu”, co to znaczy „nie ruszać tego” i odpowiedziano mi „nie należy za bardzo interesować się duchowością w żadnym kierunku, ani nie uprawiać magii, spirytyzmu, ani w drugą stronę, się za bardzo nie modlić, nie chodzić za często do kościoła (chodzono raz w roku), ogólnie nie ruszać tego, to to nie będzie sprawiać kłopotów”. Ta odpowiedź mnie zdruzgotała. Magii nigdy nie chciałam, ale kto miał by mnie powstrzymywać przed modlitwą i czemu? Ja chciałam normalnie, mieć pobożnych kolegów i prowadzić życie sakramentalne, kochać Pana Boga, móc wchodzić do kościoła kiedy chcę a nie wbiegać tam z lękiem i nie bać się z niego wyjść.

Rzeczywistość miała dla mnie coraz bardziej duchowy charakter. Żaden przedmiot ani żadne miejsce nie wydawały mi się neutralne. Były dla mnie piękne lub wstrętne, po dotykaniu przedmiotów miałam różne wizje związane z ich przeszłością. Bałam się przebywania wśród ludzi, bo czułam ich choroby w sobie, tak jakbym zewsząd zbierała do siebie jakiś pył z przedmiotów których obecność powodowała niechciane obrazy. Pojawiały się wokół mnie dziwne ciecze, szerszenie, było trzaskanie drzwiami, niewytłumaczalne poruszenia przedmiotów. Tak, wiem ze to brzmi jak z przeładowanego treścią horroru, ale tak było. Czułam się jak przejście podziemne, które jest puste, a przez które przechodzą obcy przechodnie. Otwierałam Pismo Święte żeby się modlić, a nie widziałam tekstu, przeistoczoną Hostię widziałam jako mięso i czułam pogardę dla niego jako do czegoś zabitego.

Dostawałam też róże ochłapy wiadomości o przyszłości z którymi nie wiedziałam co robić, były to wszystko „złe nowiny”, że ktoś umrze, że gdzieś będzie wypadek samochodowy. Pojawiało się to w formie jednego obrazu a potem przesuwało jakby po klatce, w przód, w tył, rozszerzając swoja treść o nowe elementy. Niektóre, drobne, spełniły się, ale te największe raczej były zapowiedziami wydarzeń duchowych. Np. bardzo wyraźną wizję że ktoś jest chory i że ta choroba jest zabijaniem go miałam w związku ze znanym mi księdzem, który później został znanym egzorcystą. Rzeczywiście dostał ataku choroby takiej jaką widziałam i w takich okolicznościach, ale nie umarł, bo znalazł go nieprzytomnego i pomógł mu przyjaciel również ksiądz, choroba nie zabiła go, przeciwnie, wzmogła jego modlitwę. To było tak jakby byt informujący mnie o zdarzeniu nie miał siły czy ochoty, czy może nawet wiedzy o dobrych elementach zdarzenia, jakby miłosierdzie przekraczało jego sposób myślenia. Kiedy mówił „zabiję” miał na myśli „mam w planach zabić”, ale nie zabił bo nie jest Panem, Panem jest Jezus. Dla mnie to zdarzenie miało umacniający charakter, mówiło wiele o bycie-informatorze.

Coraz bardziej zrozumiałe dla mnie było to, że jest koniecznością żeby poruszyć sprawę mojej sytuacji z jakimś księdzem. Znałam stan swojego sumienia, wiedziałam o sobie, że nie bycie w stanie Łaski Uświęcającej sprawiało mi ulgę, zatem uważałam że to nie w porządku wobec spowiednika żeby tracił czas na doszukiwanie się przyczyn, że coś złego zrobiłam, kiedy przyczyna była jedna - nie cierpiałam siebie w stanie Łaski Uświęcającej, bo męczyły mnie wizje, więc coś robiłam złego żeby nie cierpieć. Do poszukiwania księdza "znającego się na duchach" motywowała mnie chęć dokładniejszej spowiedzi. Sposób wykonywania mojego zawodu wówczas sprawiał, że stykałam się często z księżmi z wieloma z nich będąc w przyjaźni. Zaczynałam rozmawiać z nimi ostrożnie, zawsze w ten sam sposób, najpierw uprzedzając, że ja wiem że istnieje coś takiego jak dziedziczna choroba psychiczna i że ja najprawdopodobniej coś takiego mam, tylko że od 120 lat to ukrywamy. Są to nieraz osoby z pierwszych stron gazet, a prywatnie ciągle mają wizje które przyjmują w swoim światopoglądzie mediumicznym, nauczyły się na rzeczy dziwne nie ragować, ale cierpią, o czym rzadko wspominają. Ze mną jest najgorzej, bo się najbardziej szarpię do Boga. Trudno mi się o tym rozmawiało, bo nie natrafiałam na księży przygotowanych na taką rozmowę, nieraz niestety też trafiałam na takich, którzy sami przyznawali się do bytności u jasnowidzów, wypytywali mnie jak wygląda ich aura, ogólnie nie byli przekonani, aby to co mnie dotyczyło miało związek z demonami. Upierałam się, że mną jest to coś złego. Księża bagatelizujący mnie przemawiali z punktu widzenia ciekawostek o którychś gdzieś tam przeczytali, a ja mówiłam z punktu ponad 100 letnich doświadczeń, z punktu poważnego konfesjonałowego problemu. Spotykałam się z niedowierzaniem, bo nie wyglądałam na osobę z jakimkolwiek problemem, cały czas pracowałam w kontaktach z ludźmi, na stanowiskach wymagających ciągłej uwagi i odpowiedzialności.

W końcu znalazłam księdza który mnie zrozumiał i wyjaśnił, co z resztą intuicyjnie czułam od dawna, że poprzez inicjację okultystyczną którą zrobił pradziadek, zły duch został zaproszony do naszej rodziny. Moja sytuacja jako osoby wierzącej i z miłości do Boga pragnącej wyzwolenia, i z uporem, pomimo przeciwności do tego dążącej się była i jest pełna nadziei. Problem jaki mnie dotyczy teologicznie nazywa się "obciążenie okultystyczne*". Potrzeba postawy pełnego wyrzeczenia się tych zjawisk, bez zastanawiania się nad zachowaniem najbardziej nawet pożytecznych, przydatnych do leczenia, czy odnajdywania ciał zmarłych, bo szatan kusi czymś przydatnym, chcąc pozostać. Wyjaśniono mi, że niezależnie od tego z jaką mocą te duchy zostały kiedyś do nas zaproszone, należy je wyrzucić, Kościół to może uczynić poprzez rytuał egzorcyzmu. Cechy jasnowidzenia, widzenia aury, zniknęły klika lat temu, nie dam się namówić na przytaknięcie tezie, że część z nich była cechami genetycznymi czy naturalnymi w inny sposób. To był pewien pakiet zjawisk, z którego zostałam wyzwolona, najpierw czasowo, z powrotami, a teraz to już chyba zupełnie. Czasami przeżywam teraz jakieś duchowe odwiedziny, które można by porównać do oferty akwizytora, proponującego jakieś zyski, podnoszącego ofertę dla utraconego klienta, ale nie zwracam na to uwagi, jak ktoś nie otwierający drzwi obcym. Widzę wiele łask jakich doznałam, ale mojego świadectwa nie odważę się podsumować, że to na pewno wszystko się skończyło, nasze wyzwolenie trwa, tu jeszcze nie ma happy endu, prosimy o modlitwę za siebie.

Lucyna

* definicja „Obciążenia okultystycznego”

„Chodzi tutaj o rozmaite negatywne skutki psycho-duchowe (niekiedy bardzo tajemnicze), które oprócz tego, że przejawiają się w skłonności do popełniania grzechów okultyzmu, to również przejawiają się w rozmaitych ciemnych zniewoleniach (uniemożliwiających modlitwę), tajemniczych niepowodzeniach i złych nieszczęściach (mimo zewnętrznych oznak sukcesu), które dotykają całe rodziny. Nie chodzi tu o żaden determinizm czy odpowiedzialność zbiorową, ale o pewne skutki grzechu, uznanego przez Boga za najcięższy i określonego jako nierząd z mocami ciemności."

Cytat: O. Aleksander Posacki SJ, Okultyzm jako niewierność fundamentalna, Nota Duszpasterska Konferencji Biskupów Toskanii na temat magii i demonologii, wyd. "M", Kraków 1995.

Źródło informacji: FRONDA.pl

wtorek, 25 października 2011

Świadectwo: Jak narkoman stał się "tradsem"



Z narkotykami pierwszy raz zetknął się już w szóstej klasie podstawówki. Wówczas był to jednorazowy wybryk. W gimnazjum podobne wyskoki zaczęły się powtarzać. Na granicy znalazł się dopiero w drugiej klasie liceum. Przebudzenie się z amoku przyszło w zaskakujący sposób. W przerwie między skrętem a „ścieżką”, przed ekranem komputera. Michał specjalnie dla portalu Fronda.pl opowiada historię swojego nawrócenia – pisze Aleksander Majewski.

- Słuchaj, wiem, jakie miałeś przejścia. Ostatnio piszę reportaże o ludziach, którzy nawrócili się. Gwarantuję pełną anonimowość – zacząłem nieśmiało. – Artykuł o mnie? Spoko. Tyle, że moja historia nie jest jakaś niezwykła. Nie wiem, czy będę w stanie ciekawie o niej opowiedzieć. W porównaniu do ludzi, których nawrócenie opisywałeś, mój jest dosyć banalny – odpowiedział Michał. – Jeżeli z ćpuna, stałeś się sumiennym uczniem, studentem, w dodatku gorliwym „tradsem”, to już Twoja historia jest ciekawa – odpowiedziałem. – Postaram się – odpowiedział niepewnie Michał.

Wyskoki

Był zdolnym dzieciakiem. Dostawał dobre oceny, wygrał nawet prestiżowy konkurs matematyczny. Jak mówi, pierwsze problemy zaczęły się pod koniec podstawówki. Początkowo były to bójki, alkohol i papierosy. Z narkotykami jeszcze nie zaczynał. – No, może poza jedynym wówczas wyskokiem. Ale to zdarzyło się tylko raz i do końca podstawówki nie tykałem dragów – wspomina. Zaczęło się od rozmowy z kolegami na osiedlowej ławeczce. Żaden z chłopaków nie miał wtedy narkotyków, ale z rozmowy wynikło, że ich załatwienie nie będzie stanowiło większego problemu. No i sprawa została załatwiona przez starszego kolegę, który – jak mówi Michał – zajmował się głównie ćpaniem i chodzeniem po osiedlu z psem. Na pierwszą działkę wydał 120 zł. – Po czasie dowiedziałem się, że zostałem nieźle wycyckany na tej transakcji – śmieje się chłopak. Miał 12 lat, gdy zapalił pierwszego skręta. – Chyba dostałem lewy towar, bo mną nie tąpnęło – wspomina.

Rodzice, dostrzegając zapędy Michała i jego gorsze wyniki w nauce, zdecydowali się posłać syna do prywatnego gimnazjum, aby chronić go przed złym towarzystwem. – To na nic się nie zdało. A może uchroniło mnie przed czymś gorszym? Trudno mi w tej chwili powiedzieć coś na temat tej decyzji – zastanawia się Michał.

To właśnie w gimnazjum znów skołował marihuanę. Tym razem towar nie był „lipny”. Po raz pierwszy „tąpnęło”. – Jak u standardowego palacza marychy: zakręciło mi się w głowie, zaczęło brakować śliny i doświadczyłem, jak to się ładnie mówi, „zaburzonego postrzegania rzeczywistości” – opowiada. Ten rytuał powtarzał raz na tydzień lub dwa. Podobnie z alkoholem. Poznał wtedy nowych ludzi, a celem jego wojaży stało się inne osiedle. Tam też zaczęły się pierwsze poważne zbiórki na „łupa” (pół grama marihuany) i „sztukę” (jeden gram). Wysyłali jedną osobę „ze znajomościami”, która załatwiała towar. Michał jeszcze ich wtedy nie miał. Był „świeży w interesie”. Jak wspomina, nigdy nie mieli problemów z policją. – Nie interesowali się wami? – pytam. – Wiesz, wszyscy ludzie, którzy się tym zajmowali byli z tzw. dobrych domów. No, może poza jednym gościem, który pochodził z patologicznej rodziny. Reszta to głównie domki jednorodzinne, rodzice: przedsiębiorcy, pracownicy administracji, itp. – tłumaczy mój rozmówca.

Apogeum

Tyle, że wówczas narkotyki były tylko weekendową rozrywką. Nie przeszkadzały jeszcze w wypełnianiu codziennych obowiązków. Po drodze, Michał świetnie zdał egzamin gimnazjalny i dostał się do renomowanego liceum. Pierwsza klasa to właściwie kontynuacja gimnazjalnego trybu życia. Dragi jako odskocznia od monotonii tygodnia. Problemy zaczęły się w następnym roku.

To był wyścig o reputację. – Jeśli ktoś poważniej zajmował się dragami, więcej palił, uchodził za gościa godnego szacunku. Im bardziej wnikałeś w interes, tym więcej miałeś. Jako gówniarz miałem wysokie ceny, a z czasem coraz mniejsze. Dużo taniej i dużo więcej – mówi Michał. Nie myślał wtedy o tym, że brnie w nałóg, ale o „lepszym interesie”. W pewnym momencie stało się to rutyną. Z czasem chciał na tym trochę zarobić. – Dilerka to może za duże słowo, ale chciałem mieć coś dla siebie – tłumaczy. Pięć gramów marihuany kosztowało 100 zł, a na mieście można było sprzedać jeden gram za 40-45 zł. Nie wszyscy bawili się w sprzedaż, ale wszyscy dobrzy koledzy Michała z osiedla bawili się w jaranie. W dalszym ciągu nie było problemów z policją. Tylko raz, podczas powrotu z imprezy, na której grała jakaś kiczowata gwiazda pop (jakoś trzeba było zabić czas w małym mieście), gliniarze zwrócili uwagę na dwóch łebków. Podczas przeszukania u Michała znaleźli samarkę, a u jego kolegi fifkę, na której widoczne były ślady po użyciu. Pomimo tego, puścili chłopaków wolno.

- Koncert z tandetną muzyką? Myślałem, że byliście ludźmi „z klimatu”. Bluzy z kapturami, hip-hop, Rychu Peja, itp. – dociekam. – Po prostu się włóczyliśmy, zabijaliśmy nudę. Co do „klimatu”, to faktycznie taki właśnie panował. Tylko jeden kolega nie kreował się na hiphopowca, bo po prostu nie było go stać na takie ciuchy. Ja natomiast nigdy, tak naprawdę, nie przepadałem za hip-hopem, ale słuchałem, bo robili to inni. Nie chciałem się wyłamywać. Nie chciałem wyjść na tzw. ciemniaka i musiałem wiedzieć o czym się mówiło. Masz rację, to było „klimaciarstwo” – tłumaczy mój rozmówca.

Wtedy przestał też myśleć o szkole. Jego myśli zaprzątały „interesy”, działki, „sztuki”, „łupy”… Przyszedł też czas na cięższe narkotyki: haszysz, dropsy, amfetamina, LSD. Narkotykowa uczta zawsze odbywała się w domu któregoś z paczki. U Michała stosunkowo rzadko, bo zawsze ktoś w domu był. – Niektórzy kumple zaczęli wyglądać odstraszająco, więc zapraszanie ich do domu odpadało, ale u innych spokojnie można było znaleźć miejsce – wspomina. Z czasem stało się to drugorzędną sprawą. Wystarczały im garaże, ustronne miejsca na otwartej przestrzeni. Z dobrych domów przenieśli się w świat przemocy, drobnych porachunków i kradzieży. W końcu musieli skądś mieć pieniądze na towar.

Rodzicom trudno było zauważyć staczanie się syna. – Wychodziłem 7:20 z domu, niby do szkoły, a w rzeczywistości do kolegi. Często czekałem, aż zwlecze się z łóżka, a potem wyjście do innego kumpla, który zajmował się rozprowadzaniem towaru. Potem powrót na mieszkanko i ćpanie. Potem do domu albo odwiedziny u następnego kolegi. I tak niemal każdego dnia. Wracałem, mniej więcej wtedy, gdy powinienem wrócić ze szkoły – opowiada Michał.

Jego harmonogram wyszedł na jaw dopiero wtedy, gdy rodzice zaczęli dostawać sygnały ze szkoły, że syn nie pojawia się na lekcjach. Nie zrobiło to jednak na nim większego wrażenia. – Od staruszków dostałem jakiś śmieszny szlaban na komputer, bo wydawało im się, że to dla mnie bardzo ważna sprawa. Nie wiedzieli jednak, że wtedy miałem to już gdzieś. Pociągały mnie już inne rozrywki niż gierki i surfowanie po necie – wspomina chłopak.

Zaczął też tracić kontakt z kolegami ze szkoły. – Chyba przestali mnie lubić – śmieje się Michał. – Zaczęły się pożyczania pieniędzy, kantowanie ludzi, problemy z dochowaniem słowa, terminów, rzadkie wizyty w szkole. Jak to wtedy mówiłem, „robiłem wszystkich w ch…a”. Nie przejmowałem się tym zbytnio.

- A co z wiarą? Przecież deklarowałeś się jako katolik? – pytam – Tak, to prawda. Jak 90% naszego społeczeństwa, z którego np. 40% popiera partię, która jest przeciwko życiu – mówi z sarkazmem chłopak.

Dwa lata przed tym, jak popadł w nałóg, był nawet na pogrzebie Jana Pawła II, ale - jak sam mówi - nie czuł się członkiem „Pokolenia Jana Pawła II”. – To był dla mnie jakiś obcy show, którego w żaden sposób tego nie przeżywałem. Wtedy spędzanie czasu z chłopakami z osiedla było po prostu bezkonkurencyjne – mówi z goryczą Michał. Nie był wówczas w stanie snuć głębszych rozważań duchowych. Robiła to za niego mama. To właśnie ona zorganizowała mu w 2005 r. wycieczkę do Rzymu. Monika jest osobą religijną. Gdy Michał miał wszystko gdzieś, swoje troski zanosiła do kościoła. Nie ustawała w modlitwie. Ojciec chłopaka jest ateistą i niezbyt przychylnie patrzy na sprawy wiary. – Co roku jest u nas awantura czy iść na Wielkanoc do kościoła całą rodziną – opowiada mój rozmówca.

W końcu rodzice zdecydowali się na bardziej radykalne kroki. Zamknęli nawet Michała na dwa tygodnie w domu. Trzymali go pod kluczem i nigdzie nie wychodził. W zamyśle rodziców, miał to być „detoks”, ale jak przyznaje chłopak, zupełnie nie zdał egzaminu. Po dwóch tygodniach wrócił do swoich praktyk. Do osiedla, kumpli, ćpania…

Duchowy detoks

- A kiedy nastąpił przełom? – pytam. – Trudno powiedzieć. Raz zdarzyło się, że poszedłem do kościoła, raz doprowadziłem na moich oczach matkę do płaczu. Coś we mnie się obudziło. Pierwszy raz od bardzo dawna przyszła myśl, że może źle robię, że powinienem coś zmienić. Zacząłem myśleć nad swoim życiem. Chociaż na początku też w głupi sposób. Postawiłem sobie cel: wytrzymać i nie ćpać przez dwa miechy aż do wakacji, załatwić szkołę, a dopiero w lipcu wrócić do dragów. Żeby nie robić przykrości matce. Cudem udało się zdać. Może byłem trochę ciągnięty za uszy, ale jakoś poszło – wspomina.

Miał trochę wolnego czasu, zaczął surfować bez nadziei po necie. Miał konserwatywno-liberalne poglądy, więc - siłą rzeczy - wchodził na prawicowe portale. Tam zauważył sporą aktywność tradycjonalistów. – Z ciekawości zacząłem zastanawiać się o co chodzi w tym całym sporze lefebrystów, sedewakantystów, „indultowców”… Po prostu intrygowało mnie to. Moją uwagę zwrócił jasny i zdecydowany przekaz środowiska tradycjonalistycznego. To z czym kojarzyła mi się do tej pory wiara, nie było w stanie zmienić mojego postępowania. – mówi Michał. – Czy to było w 2007 r., gdy Benedykt XVI „uwolnił” tradycyjną Mszę św.? – Dokładnie. Mówiono o tym w mediach i zwróciłem uwagę na te zagadnienia. Miałem w sobie coś z intelektualisty i dyskusje na ten temat sprowokowały mnie do poszukiwania informacji o tradycyjnej liturgii, nauce, ruchach tradycjonalistycznych.

Postanowił sięgnąć po sacrum. W pobliżu nigdzie nie odprawiano „Tridentiny”, więc chodził na „nową Mszę” do swojego parafialnego kościoła. Początkowo z ciekawości. Zaczęło go to jednak wciągać. Czytał teksty kościelne, stare encykliki, pisma doktorów Kościoła, pilnie śledził informacje dotyczące katolicyzmu. W końcu zaczął się modlić, spowiadać, przystępować do Komunii świętej. Skłoniło go do tego też spotkanie z przedstawicielami środowisk tradycjonalistycznych. - Zacząłem dosyć radykalnie. Poznałem sedewakantystów i osoby związane z Bractwem św. Piusa X. Pociągała mnie, wcześniej wspomniana, jednoznaczność ich stanowiska. Traktowałem to jako odtrutkę na wszystko z czym miałem do tej pory do czynienia – tłumaczy Michał. – To od nich słyszałem stanowcze stwierdzenia, że Bóg jest nie tylko miłosierny, ale również sprawiedliwy. Że zło jest złem. – To trochę dziwne. Miałeś luźny stosunek do narkotyków, a poszedłeś w stronę twardego konserwatyzmu. Z radykalizmu na radykalizm? – dociekam. – Po prostu skonfrontowałem swoje doświadczenie z tym, co mnie zaintrygowało. Dlatego postanowiłem zmienić swoje życie i pójść właśnie w tym kierunku. Taka kalkulacja. Musiałem zmienić swoje podstawy ideowe – śmieje się chłopak.

Rozwijanie swojej duchowości i intelektu pomogło Michałowi pokonywać różne problemy. Dobrze zdał egzamin maturalny i dostał się na studia prawnicze. Dobrze sobie na nich radzi. Od czterech lat nie miał w ustach narkotyków. Rzucił również palenie. Zmiana miejsca tylko poprawiła jego sytuację. Trafił do miasta w którym miał pod dostatkiem swoich ukochanych starych kościołów i upragnionej Mszy Wszechczasów. – Zacząłem więcej się modlić, uczęszczać do kościoła już nie tylko w niedziele, ale również w zwykłe dni tygodnia. Byłem oczarowany bogactwem liturgicznym starego rytu. Msze ciche, śpiewane, rozmaite uroczystości. Stary piękny kościół, sędziwy proboszcz, który tubalnym głosem recytuje modlitwy Mszy św., dostojne gesty i ta niezwykła atmosfera Ofiary. Pokochałem to! Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa i było niezwykle odległe od ponurej przeszłości. Zupełnie inny świat – opowiada z zaangażowaniem.

Jak przyznaje, dzięki uczestnictwu w „Tridentinie”, lepiej przeżywa również „nowe Msze” na które uczęszcza, gdy przyjeżdża do rodzinnego miasta. Nie jest też tak radykalny, jak na początku swojej drogi nawrócenia. – Okrzepłem. Początkowo bardzo interesował mnie sedewakantyzm, potem linia FSSPX, ale dziś deklaruję się po prostu jako katolik, preferujący nadzwyczajną formę rytu rzymskiego – tłumaczy Michał.

Dzięki wsparciu najbliższych, którzy nigdy nie przestali interesować się jego losem, modlitwie matki i nowej pasji prowadzi dziś zupełnie inne życie. Narkotyki go nie interesują. Inni nie mieli tyle szczęścia. Jeden z „osiedlowych kumpli” popełnił samobójstwo w więzieniu. Połknął żyletkę. Miał 24 lata. Drugi przeszedł zawał serca. Nie przejmuje się jednak swoim stanem zdrowia, ciężko mu odłożyć dragi. Chyba pogodził się już ze śmiercią i chce „korzystać z niego na maksa”. Nadal ćpa. Następny siedzi we więzieniu za dilerkę. Nie widzi przed sobą żadnych perspektyw. Jakiś czas temu Michał spotkał przypadkiem innego dawnego kompana – jest chory psychicznie. Reszta chłopaków nie miała aż tak dramatycznych przejść. Ćpają dalej.

- Tobie się udało. Jakie masz teraz plany? – pytam. – Przede wszystkim chcę skończyć studia, a po nich podjąć pracę. Staram się patrzeć na życie realistycznie. Nie w ciemnych barwach, ale też nie egzaltować się przesadnie przyszłością. Chcę na chłodno oceniać fakty. – Czyli podchodzisz do wszystkiego na spokojnie? - Dokładnie tak. Jak zresztą zaleca nauka katolicka – mówi z uśmiechem Michał.

Aleksander Majewski

Źródło informacji: FRONDA.pl

czwartek, 4 sierpnia 2011

Niech żyje Chrystus Król

W 1927 roku, podczas prześladowań katolików w Meksyku, schwytano 18-letniego chłopca, którego starano się zmusić, by zawołał: „Niech ginie Chrystus!”

– Tego nie mogę zrobić, jestem katolikiem – odpowiedział chłopiec.

– A więc jesteś rewolucjonistą?

– Rewolucjonistą? Nie! Nigdy nim nie byłem. Tego mi nikt nie dowiedzie, ale jestem katolikiem i nigdy nie wyprę się Chrystusa!

Porwano wtedy chłopca, przywiązano do samochodu ciężarowego, i puszczono motor. Wloką za wozem nieszczęśliwego, broczącego krwią, pokrytego ranami i kurzem ulicznym. Jego rodzice byli wówczas w domu. Na chwilę zatrzymano auto, jeszcze jedną próbę chcą zrobić.

– Wołaj: Niech żyje Callas! – (wódz partii masońskiej)

A chłopiec z całej siły woła: „Niech żyje Chrystus!”

Wówczas rzucili się na nie niego z bagnetami. W międzyczasie jakaś kobieta pobiegła do domu matki torturowanego z wiadomością: „Chodź prędko; chcą, żeby twój syn wyparł się wiary.” Przychodzi drżąca matka, jej ukochany syn leży w kałuży własnej krwi. Wówczas następuje wstrząsająca scena. Matka pochyla się nad konającym synem, który wije się w boleściach, i głośno woła: „Choćby cię nawet chcieli zabić, nie wypieraj się wiary! Wiara więcej warta niż życie! Niech żyje Chrystus Król!” Syn robi ostatni wysiłek, i powtarza za matką: „Niech żyje Chrystus Król!…” i umiera… na ulicy w oczach matki.

środa, 3 sierpnia 2011

Moje spotkanie z tradycją katolicką



Początek lat 90-tych. Stańczyk, a w nim obszerne omówienie "listu do zakłopotanych katolików" arcybiskupa Marcela. Szok. Podpytywanie o msze po łacinie (jeszcze do mnie nie docierało, że to zupełnie inny ryt) - nikt nic nie wie. Dalsze drążenie tematu. A później pierwsza tridentina w 1997 roku w Poznaniu (druga niedziela przedpościa).

torquemada

Wszedłem do św. Benona na Nowym Mieście z trzy lata temu przypadkiem w niedzielę i od tamtej pory wracam (na razie), co mnie uratowało od coraz bardziej sporadycznego uczestnictwa w mszach świętych i pewnie kompletnej degrengolady w perspektywie. Aż strach pomyśleć, że wcześniej prawie dałem się namówić na wiadome katechezy. Bóg czuwał. Tylko i aż tyle.

BenDov

Informacje w mediach o motu proprio SP, poszukiwanie informacji (głownie Fidelitas i Pascha), pytania kierowane do znajomych księży i wreszcie pierwsza Msza w kościele bonifratrów w Krakowie. Wyszedłem zachwycony i tak zostało do dnia obecnego :)

Mateusz

Mając kilkanaście lat zainteresowałem się starymi książkami które miałem w domu: katechizm mojego taty z lat 50 może 60, parę numerów Rycerza Niepokalanej sprzed wojny i przede wszystkim "Ołtarzyk Polski". Bardzo mnie zainteresowały te wszystkie modlitwy: "Na Wejście", "Na Kyrie" itd. Chętnie czytałem na temat starej mszy i zmian na Soborze. Jakieś dwa lata temu natrafiłem na artykuł o Bractwie św. Piusa X. Zacząłem sporo o nich czytać. W końcu zdecydowałem się pójść na mszę (do tzw. indultowców). Od tamtej pory chodzę regularnie na tridentinę, na NOM mniej więcej raz na miesiąc, gdy nie mam wyboru (czuję się wtedy dziwnie, cały czas mam ochotę się żegnać, przyklękać itp :) ).

Marcin

u mię się zaczęło w 1992 r. od "Listu do zakłopotanych katolików" kupionych via Boguś Rybicki i w tym samym czasie od znajomego zacząłem dostawać takie pismo "Pod Twoją obronę" wydawane przez jakiegoś polskiego księdza z FSSPX w Austrii i tu rzecz ciekawa, mimo, że temat znałem od lat i zgadzałem się z diagnozą Bractwa, to jakoś nie trafiłem w zasadzie do kaplicy na dłużej, bo z drugiej strony owe "nieposłuszeństwo" papieżowi mi przeszkadało. I de facto na całego to od "tridentiny" na legalu się zaczęło w 2003, jeszcze przed pierwszą mszą - wieszanie plakatów etc. (to mi zostało), po roku zostałem zmuszony do nauczenia się ministrantury (do NOM nigdy nie służyłem). A jak zmieniła moje życie? Bardzo :)

PM

Moja przygoda z liturgią klasyczną zaczęła się jeszcze w dawnych czasach, na drodze neokatechumenalnej, od umiłowania liturgii Koscioła (wiem, że tradsom to się nie zmieści w głowach). Z drogi zszedłem w okolicy studiów, a trochę studiowałem teologii - tam poznałem Kościół szerzej. Miałem okazję być na wykładzie jakiegoś księdza z FSSPX - jako student teologii wybrałem się tam żeby zobaczyć co to za sekta podaje się za katolików ;) . Był tam omawiany fim "What we have lost", który też nabyłem. Gdy go sobie spokojnie w domu obejrzałem, kilkakrotnie, coś się zaczęło w moim poglądzie zmieniać - później przy rozmaitych okazjach czytałem co się dało (na przykład mszalik, który mój pradziadek dostał od Czerwonego Krzyża w obozie w Murnau). Szukając rozmaitych informacji trafiłem przypadkiem na KNO, gdzie wiele moich złudzeń zostało rozwiane, takoż i wiele fałszywych mitów o KRR. Rzecz się skrystalizowała gdy zacząłem czytać FF, a teraz Rebelyę. Kupiłem sobie DVD z Mszami, jakie były dostępne... aż wreszcie rzecz zaczęła nabierać realnych kształtów w życiu. Niestety najbliższa Tridentina sprawuje się ponad 100km ode mnie, więc nieczęsto mogę być, ale zauroczyła mnie ta liturgia oraz (co najważniejsze) zobaczyłem jej owoce w moim życiu. Teraz kompletuję powoli Breviarium Romanum i w ogóle jestem coraz większym tradsem. Przy czym tradsem nietypowym, bo mam długoletnie doświadczenie drogi neokatechumenalnej, znam ją dość dobrze od środka, znam jej owoce i nie jestem w stanie negować jej jako czegoś obiektywnie dobrego i katolickiego. Aczkolwiek lepiej mi na Tridentinie. :)

TajemniczyKleon

w latach 80tych pewien oazowy ksiądz opowiadał nam historię kryzysu Kościoła na Zachodzie, sprawę abp Lefebvre i z uznaniem przyznawał , że u niego są jeszcze jakieś powołania. Krytykował przy tym Taize. Pamiętam, że dziwiło nas ta krytyka zaś Lefebvre to była taka mało znacząca ciekawostka (jak sie wtedy wydawało)

dyzio

Pamiętam śmierć Arcybiskupa Lefebvre'a AD 1991. Miałem wtedy 14 lat, śledziłem wiadomości w tv i prasie, z których wynikało, że Zmarły był skrajnym konserwatystą i antykomunistą. A ponieważ w moim domu nigdy specjalnie nie ceniliśmy JP2 i posoborowego katolicyzmu, od samego początku poczułem sympatję do tego hierarchy.

Tradycją katolicką zainteresowałem się kilka lat później, poprzez artykóły w NCz!, Pro Fide i Stańczyku. Ale dokąd nie byłem na pierwszej Mszy trydeckiej AD 2000, nie sądziłem, że skala posoborowego oszustwa jest tak wielka.

Krusejder

Najpierw było świadectwo pewnej rodziny. Zobaczyłem, jak żyją, porozmawiałem z Panem domu i jakoś mnie to ujęło. Ten sposób życia. Później raczej długo nic, ale jakieś zainteresowanie sprawą dialogu z Econe, sympatia do tradycji. Później pierwsza msza trydencka i to był szok. Przede wszystkim - nieprawdą jest, że tego bogactwa znaków, gestów tridentiny współczesny człowiek nie zrozumie. Zrozumie, tak jak ja zrozumiałem, przez kontrast do (oględnie mówiąc) moderny. Chodzę na tridentinę, gdy tylko mogę. Po prostu czuję się tam na właściwym miejscu. Nie uważam NOMu za mszę nieważną, ale o wiele łatwiej tam o rozproszenie. No i jeszcze jedna sprawa. Uczestnictwo w tridentinie wciąga w całą tradycyjną pobożność. Suche dni np., litanie, a przez to (choćby) odświeża rozumienie pokuty. No, to tyle/

Ajlawiubejbe

Z radością informuję, że byłam dzisiaj na pierwszej w życiu Tridentinie. Na Piasku. Wybierałam się już od jakiegoś czasu, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie i szłam na NOM. Pierwsze wrażenie to niesamowita cisza i skupienie. Chyba nigdzie do tej pory niespotkana i niepozostawiająca żadnych wątpliwości, że dzieje się coś niesamowicie ważnego. Druga rzecz, która zrobiła niemałe wrażenie to jak uświadomiłam sobie, że św. Tereska i Faustyna i Rafał Kalinowski i wielu, wielu innych świętych (i nie tylko świętych) przed wiekami uczestniczyło w takiej właśnie Mszy. Szkoda, że ta ciągłość Tradycji została przerwana.

Mszalika żadnego nie miałam i rozumiałam niewiele. Wcześniej czytałam trochę o Starej Mszy więc mniej więcej wiedziałam co się dzieje. Jednak zdecydowanie mniej niż więcej. I co mnie zaskoczyło... to to, że wcale nie przeszkadzało mi brak zrozumienia każdego wypowiadanego słowa. Może właśnie to pomagało w skupieniu się na Istocie Mszy.

To w sumie tyle chciałam napisać bo radosny to dla mnie dzień :)

Formica

Ja od dziecka byłem ministrantem i lektorem w rodzinnym miasteczku ks. Jakuba Wujka, więc uczestnictwo w mszy nawet tej NOMowej (innej przecież nie znałem) "kręciło" mnie, tym bardziej współuczestniczenie przy ołtarzu. Pierwszy kontakt ze starą mszą miałem w 2003 roku jak sobie przyjechałem do Poznania na mszę benedyktynów z Francji ( jakiś "Dom" był nawet) do kościoła Antoniego na Wzgórzu ( do dziś mam kilka fotek ) oraz na 2 dzień była msza u dominikanów w ich rycie. Później ileś lat NOMa nadal ale gdzieś po głowie i sercu zawsze chodziła sympatia do konserwy, tradycji itd. Na "prawdziwo" zaczęło się jakieś 1,5 roku temu, może ciut dawniej przy kolejnych wizytach ks. Stehlina w Poznaniu i już na bank tak zostanie, nie wyobrażam sobie "powrotu" do NOM...

franki

Świadectwa pochodzą se strony forum dyskusyjnego REBELYA.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.