______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

wtorek, 28 lutego 2012

Aberracje liturgiczne cz. 66



Msza rockowa Padre Jony'ego

W obronie dystrybucjonizmu

Dlaczego dystrybucjonizm i socjalizm są całkowicie antytetyczne

W ostatnich latach libertarianie oraz rzecznicy neoliberalizmu, którzy dla niepoznaki nazwali się “konserwatystami,” starali się zatrzymać przybierający na sile ruch na rzecz ekonomicznej niezależności, znany jako dystrybucjonizm. Neoliberalny atak na dystrybucjonizm pozostaje w zgodzie z procesem, dzięki któremu przez prawie dwa stulecia katolicy ścigani przez straszydło socjalizmu wylądowali na terytorium radykalnego leseferystycznego kapitalizmu, gdzie firmy bez żadnych ograniczeń prawnych handlują wszystkim – od pornografii, po ludzkie zygoty, a wielki biznes i wielki rząd zawarły sojusz mając za cel destrukcję moralnego porządku. Dystrybucjonizm znajduje się pod ostrzałem dokładnie dlatego, że w ekonomicznym świecie reprezentuje alternatywę dla niekończącej się liberalnej gry w orła (ja wygrywam) i reszkę (ty przegrywasz).

Nie, to nie jest socjalizm

Czym więc jest dystrybucjonizm? Wbrew sugestiom krytyków, dystrybucjonizm nie denotuje rządowej redystrybucji mienia, jak to czyni socjalizm, ale oznacza naturalną dystrybucję bogactwa, która pojawia się w momencie rozpowszechnionych w społeczeństwie środków produkcji.

Dystrybucjonizm w istocie równa się jakiejkolwiek formie przedsiębiorstw rodzinnych (nie tylko hobbystycznych gospodarstw wiejskich, jak twierdzą niektórzy kpiarze), posiadanych przez własnych pracowników spółdzielni lub też niewielkich, czy nawet średnich przedsiębiorstw działających w lokalnej, bądź regionalnej skali. Ogólnie mówiąc, małe przedsiębiorstwa i samozatrudnienie to dystrybucjonizm w akcji. Są nim również lokalne kooperatywy żywnościowe (w których udział bierze wielu tradycjonalistów) i powszechny bojkot międzynarodowych gigantów pokroju Wal-Mart, którzy dokonali anihilacji małych firm niszcząc handel sąsiedzki.

Chesterton opisał dystrybucjonistyczny ideał korzystając ze swego niebywałego daru wyrażania istoty spraw:

„Nadmiar kapitalizmu nie oznacza nadmiaru kapitalistów, oznacza ich niedostatek.”

Dystrybucjonizm chce zwiększenia liczby osób posiadających własność prywatną, zamiast finansowej zależności od pensji. W praktyce może to równie dobrze oznaczać „trzy akry ziemi i krowę”, co „trzy komputery i domowe biuro.”

Ponieważ dystrybucjonizm dąży do przewrócenia mikroekonomii i sąsiedzkiego handlu, jest ruchem wyzwolenia z globalnego klinczu zależnego od rządów delikatnego porządku ekonomicznego, który dziś prześmiewczo samookreśla się mianem „wolnej przedsiębiorczości.” Ktokolwiek uważa, że wolna przedsiębiorczość sprowadza się do sieci Wal-Mart – z jej legionami chińskich niewolników, którym komunistyczne jarzmo zakazuje posiadania dzieci, a którzy pracują na korzyść amerykańskich akcjonariuszy – powinien niezwłocznie zasięgnąć porad Katolickiej Nauki Społecznej. Jest coś gruntownie złego z moralnym porządkiem społeczeństwa, gdy założyciele Wal-Mart zasiadają na akcjach wartych $84 miliardy, które to portfolio powstało dzięki praktycznie niewolniczej pracy, natomiast „współpracowników w sprzedaży” (sales associates) nie stać na utrzymanie własnych rodzin, czy ponoszenie kosztów leczenia, choć ułamek z miliardowej fortuny Walton’ów wystarczyłby na ufundowanie planu ubezpieczeń zdrowotnych dla każdego pracownika.

Nie sugeruję rządowej konfiskaty bogactwa rodziny Walton’ów. Oczywiście chodzi o to, że Waltonowie powinni działać sprawiedliwie w stosunku do swych żyjących w coraz większym trudzie pracowników, bez jakichkolwiek rządowych nakazów. Oznacza to, że w prowadzeniu swej firmy powinni stosować prawo ewangelii. W książce The Church and the Libertarian pokazuję w jaki sposób firma Costco, której szef i założyciel jest katolikiem realizującym społeczne postulaty Kościoła, wypłaca swym pracownikom pensję rodzinną oraz pokrywa 92% kosztów związanych z leczeniem.

Dystrybucjonizm odnosi sukces w takim zakresie, w jakim ludzie odmawiają uczestnictwa w kulturze masowego kapitalizmu. To nie jest program rządowy, ale sposób życia. To forma pokojowej secesji od ekonomii zdominowanej przez międzynarodowe firmy, które przemierzają świat szukając współczesnych niewolników, szkodzą moralności handlując rozpustą, niszczą miejscowy przemysł, na każdym kroku otrzymują rządowe wsparcie i domagają się publicznego ratunku (bailoutów) oraz możliwości niewywiązywania się z umów, kiedy tylko chroni to ich surrealnie nabrzmiałe struktury przed zawaleniem. Dystrybucjonizm jest uzasadnioną reakcją przeciw materialnym nadużyciom piętnowanym na kartach kolejnych encyklik Magisterium, które podsumował zapadającym w pamięć zdaniem słynny luterański obrońca wolnego rynku – Wilhelm Röpke, jako „kult tego, co kolosalne.”

Socjalizm i dystrybucjonizm są przez to antytetyczne. Pozwólcie, że powtórzę: socjalizm jest przeciwieństwem dystrybucjonizmu. Ktokolwiek sugeruje, że dystrybucjonizm stanowi jakąś formę socjalizmu, jest albo niedoinformowany, albo nieuczciwy. Nawet wpis w Wikipedii mniej więcej oddaje sens: „Dystrybucjonizm jest terecerystyczną filozofią ekonomiczną uformowaną przez takich katolickich myślicieli, jak G. K. Chesterton oraz Hilaire Belloc, w celu aplikacji zasad Katolickiej Nauki Społecznej, wyrażonych szczególnie w encyklikach Rerum Novarum Leona XIII, oraz obszerniej w Quadragesimo Anno Piusa XI…W gruncie rzeczy dystrybucjonizm wyróżnia się przez dystrybucję własności, której nie należy mylić z dystrybucją bogactwa.” Chcę pospiesznie dodać, że dystrybucjoniści nie muszą zgadzać się każdą praktyczna sugestią Chesterbelloca, lecz jedynie z celem w postaci powszechnej własności środków produkcji, i płynącej zeń wolności ekonomicznej jednostek i rodzin stanowiących podstawowy element społeczeństwa.

Co należy rozumieć przez “trzecią drogę”? Zwyczajnie to, że dystrybucjonizm nie jest ani kapitalizmem, ani socjalizmem. Jak wyraził to Thomas Storck: „zarówno socjalizm, jak i kapitalizm są produktami oświecenia, a przez to siłami przeciwstawnymi tradycji. W odróżnieniu od nich, dystrybucjonizm postuluje subordynację ekonomii całościowo ujętemu życiu ludzkiemu, wyżej stawia nasze życie duchowe, intelektualne i rodzinne.” Dokładnie tego w swych naukach domagają się kolejni papieże.

Nienasycone pragnienie bogactwa

Zgodnie z deklaracją Piusa XI wyrażoną w Quadragesimo anno (1931), społeczny i ekonomiczny liberalizm zapuścił korzeń w odrzuceniu nauczania ewangelii nt. grzechu:

To odwrócenie się od chrześcijańskiego prawa w życiu społecznym i gospodarczym i wynikające stąd masowe odstępstwa robotników od wiary katolickiej ma najgłębszą swą przyczynę w nieuporządkowanych afektach duszy, tym smutnym owocu grzechu pierworodnego, który przedziwną harmonię uzdolnień ludzkich tak zakłócił, że człowiek, łatwo złymi uwiedziony namiętnościami, skłania się gwałtownie do cenienia wyżej przemijających dóbr tego świata niż dobra niebiańskie i trwałe. Stąd owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych, które niewątpliwie w wszystkich czasach podniecało człowieka, by gwałcił zakon Boży i deptał prawa bliźniego, jednak w współczesnym ustroju gospodarczym naraża słabość ludzką na częstsze upadki.

Nic innego jak tylko „owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych” spowodowało kryzys w 2008. Encyklika Quadragessmo Anno mogłaby równie dobrze powstać, w celu ukazania klimatu tamtych dni:

Bo cóż pomoże ludziom, jeśliby przez rozumniejsze używanie bogactw cały świat zdobyli, a przez to na duszy szkodę ponieśli? Cóż pomoże podać im wypróbowane zasady gospodarcze, jeżeli pod wpływem nieokiełznanej i brudnej chciwości ulegają zupełnie samolubstwu, tak że „słysząc przykazania Boże, wszystko czynią przeciwnie”

Ponieważ niestabilność struktur ekonomicznego życia zmusza do nieustannego wysiłku ludzi zaangażowanych w to życie najmocniej, niektórzy stali się tak głusi na wyrzuty sumienia, by twierdzić że wolno im w jakikolwiek możliwy sposób zwiększać zyski, pozwoli im to przecież uchronić ciężko wypracowane bogactwo przed nagłą zmianą losu. Tym samym kolejne prawa uchwalane są w celu promocji korporacyjnych interesów, redukując stopień ryzyka przedsiębiorstw otworzyły też wrota najnędzniejszych praktyk. Ludzkich sumień raczej dziś nie wzrusza ta redukcja odpowiedzialności za własne czyny, chroniący się pod szyldem fuzji najgorszy rodzaj niesprawiedliwości i oszustw, gdy dyrektorowie zapominają o powierzonym im zaufaniu i dopuszczają się zdrady osób, których oszczędnościami mieli okazję zarządzać.

Twierdzenie, że kryzys wynikał jedynie z polityki monetarnej FED jest niedorzeczne. Był to sztorm doskonały ludzkiej chciwości, na który złożyły się następujące czynniki (a) banki i brokerzy udzielający nierentownych kredytów hipotecznych, w celu uzyskania należnych sobie opłat i procentowych udziałów od transakcji, (b) ludzie pożyczający więcej, niż byli w stanie spłacić, w celu nabycia ilości dóbr przekraczającej ich potrzeby, (c) lichwiarskie stopy procentowe kart kredytowych i kredytów, (d) umieszczanie toksycznych kredytów w pakietach, sprzedawanych następnie inwestorom dzięki oszustwom wynikającym z fałszywych ratingów AAA wystawianych przez firmy ratingowe, oraz (e) praktyka hedgingowa (zabezpiecznia przed nadmiernym ryzykiem kursowym) wobec tych toksycznych papierów za pomocą instrumentów pochodnych służących przenoszeniu ryzyka kredytowego (CDS – Credit Default Swaps), co umożliwiło firmom sprzedającym toksyczne aktywa swym klientom obstawiać niewypłacalność sprzedanych wcześniej instrumentów, uruchamiając tym samym ogromne wypłaty z tytułu ubezpieczeń dla firm inwestycyjnych, podczas gdy klienci cierpieli katastroficzne straty. (Zob. The Church and the Libertarian, Rozdział 13).

Wszystko to miało miejsce w rozregulowanym środowisku, w którym bankom gromadzącym depozyty, które to instytucje niegdyś miały zakaz uczestnictwa w ryzykownych inwestycjach, pozwolono tym razem nierozważnie inwestować; firmom inwestycyjnym dawniej ograniczonym do kapitału partnerów, pozwolono przy pomocy publicznej emisji akcji gromadzić sterty ryzykownego kapitału; umożliwiono handel CDS’ami, jako nieuregulowanymi papierami wartościowymi, tworząc ogromny domek z kart zagrożony upadkiem, gdy ktoś wyciągnie tę niewłaściwą.

W skrócie kryzys ten reprezentował to, co Pius XI nazwał “haniebnym samolubstwem, które jest plamą i wielkim czasów naszych grzechem.” Obniżenie stóp procentowych przez FED nie wywołało haniebnego samolubstwa prowadzącego do ekonomicznej zapaści w stopniu większym, niż posiadanie pistoletu powoduje czyjeś samobójstwo. W każdym bądź razie FED, który oczywiście powinien być zlikwidowany, stanowi ucieleśnienie kapitalistycznej manipulacji państwową władzą, kwazi-prywatny kartel bankowy, który nie ponosi odpowiedzialności przed rządem. Dokładnie dlatego libertarianie, którzy potępiają FED (wygodnie ignorując jego kapitalistyczne pochodzenie) domagają się audytu, którego nie chce umożliwić Kongres.

Ruch wolności ekonomicznej zgodny z ewangelią

Podobny kryzys nie mógłby zaistnieć w katolickim porządku społecznym, ponieważ w katolickim ustroju czynności ekonomiczne będą zarządzane, jak pisał Pius XI „łagodnym, a jednak bardzo silnym prawem chrześcijańskiego umiarkowania, które nakazuje człowiekowi szukać przede wszystkim Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, w tym przekonaniu że dobra doczesne będą mu dodane według wyraźnej obietnicy Bożej hojności.” Dystrybucjonizm to nic innego, jak wolna przedsiębiorczość realizowana w zgodzie z ewangelią, podsumowana w dwóch przykazaniach: miłości Boga i miłości bliźniego. Z wolnej przedsiębiorczości usuń „haniebne samolubstwo” i nieograniczone ambicje, dodaj miłość Boga i bliźniego, a ujrzysz powstający naturalnie ład ekonomiczny, który pamiętają starsi z nas: ekonomię lokalnego sklepu z zieleniną, czy ciężkim sprzętem, lokalnych oszczędności i pożyczek; ekonomię, gdzie można przeżyć i urządzić dom dzięki sąsiedzkim wymianom; ekonomię ludzkiej skali tworzoną rękoma ludzi, nie zaś przy pomocy rządowego fiat („niech mi się stanie”) sztucznych „osobowości prawnych”, o cechach psychopaty.

Odnowa tego, co Röpke nazwał ludzką ekonomią nie jest też kwestią „osobistej” moralności, którą dany kapitalista mógłby się stosować, jak chcieliby tego libertarianie. Imperatywy ewangelii muszą bowiem znaleźć odzwierciedlenie w prawach i instytucjach. W świecie ekonomii, nie mniej niż w świecie polityki, nie istnieje rozdział pomiędzy publiczną i „prywatną” moralnością, ale jeden uświęcony porządek moralny dotyczący całego społeczeństwa. Kapitalista nie kocha Boga lub bliźniego, kiedy wyzyskuje swych pracowników, pompuje w społeczeństwo moralny szlam sprzedając pornografię, gdy zapewnia możliwośc wykonywania aborcji, uczestniczy w lichwie i zmowach cenowych, gdy nonszalancko spekuluje pieniędzmi klientów, systematycznie łamie Szabat najgorszym rodzajem handlu, gdy podczas negocjacji wyzyskuje słabszych, zanieczyszcza rzeki i popełnia tysiąc innych wykroczeń, godząc nimi w porządek moralny i dobro wspólne.

Władza cywilna, szczególnie ta na poziomie lokalnym, działając w zgodzie z zasadą pomocniczości ma pełne prawo ograniczać kapitalistyczną grabież korzystając z odpowiednich zapisów legislacji, włączając w to sankcje karne. Koniec końców, nie jesteśmy zdani na łaskę dyrektorów rad nadzorczych, gdyż nie otrzymali oni od Boga żadnego autorytetu umożliwiającego zarządzanie nami z pomocą decyzji wpływających na dobro wspólne w jego moralnej, duchowej i intelektualnej całości.

Papież Jan Paweł II zgodnie ze swymi poprzednikami , w rocznicę powstania Rerum Novarum zadeklarował, że Kościół nie może zaakceptować kapitalizmu, „jeśli przez >>kapitalizm<< rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej i traktującego jako szczególny wymiar tejże wolności, która ma przede wszystkim charakter etyczny i religijny.” Dystrybucjonizm jako ruch ludzkiej ekonomii na ludzką skalę respektuje etyczne i religijne ograniczenia ekonomicznych działań, a dzięki temu naturalnie prowadzi ludzi z dala od korporacyjnego kultu kolosów, w kierunku ekonomicznego ładu, gdzie pogoń za materią podporządkowano wiecznemu przeznaczeniu człowieka.

Dystrybucjoniści podczas okupacji Wall Street

Richard Aleman w swoim artykule dla Remnant pisał o tym, jak razem ze mną i Johnem Rao wspólnie udaliśmy się w miejsce demonstrantów okupujących Wall Street, by zaprezentować im katolickie argumenty na rzecz rynkowej sprawiedliwości. Nie jechaliśmy tam, by poobcować sobie z hipisami, czy wesprzeć którąkolwiek z lewackich ideologii. Wybraliśmy się tam, ponieważ wiele tułających się po Parku Zuccotti dusz podejrzewało, że coś radykalnie złego dzieje się ze współczesną ekonomią, jednak nie miało klarowności odnośnie przyczyn tego zła.

Dostrzegliśmy w tej demonstracji neopogan, którzy szukają Boga Nieznanego. Powiedzieliśmy im, że Bóg, którego szukają jest Tym, który dał nam ewangelię dla dobra ludzi i narodów. Wręczyliśmy im fragmenty Quadragesimo Anno oraz ulotki zawierające elementy tego, jak wyglądałaby ludzka i dystrybucjonistyczne ekonomia, bez jednej rządowej interwencji, jeśli tylko ludzie podporządkowaliby pogoń za ziemskimi dobrami wiecznej szczęśliwości. Czuliśmy konieczność przekazania tym ludziom, że fundamentalnym problemem społecznym, który ich bezwiednie, bądź świadomie zjednoczył na protestach, stanowi apostazja cywilizacji Zachodu i nie ma innej drogi wiodącej ku sprawiedliwości społecznej, jak wąska ścieżka Kościoła katolickiego, wyznaczona ludziom i narodom. Pius XI ujął to następująco:

Wszyscy naprawdę doświadczeni społecznicy domagają się głośno racjonalizacji, która by w życie gospodarcze ład wprowadziła. Ale ten ład, którego My sami tak gorąco pragniemy i który skrzętnie popieramy, będzie całkiem ułomny i niedoskonały, jeżeli wszystkie rodzaje działalności ludzkiej nie złączą się, o ile to ludziom jest możliwa, w przyjaznej współpracy na wzór przedziwnej jedności Boskiego planu. Doskonałym nazywamy ów porządek, który Kościół niestrudzenie gorąco poleca, którego domaga się sam zdrowy rozum, aby odnosić wszystko do Boga jako do pierwszego i najwyższego celu wszelkiej twórczości stworzonej, a dobra doczesne oceniać jako środki, z których korzystać wolno o tyle, o ile do najwyższego celu prowadzą.

To naprawdę proste: stosując dwa wielkie przykazania w pogoni za dobrami tego świata będziesz dystrybucjonistą. Dystrybucjonista bowiem, ufając opatrzności Bożej będzie miał wszystko, czego potrzebuje jego rodzina. Będzie również pierwszym obrońcą zabezpieczającej wolność własności prywatnej, nie tylko przed rządem, ale i przed hegemonią wielkich korporacji, uparcie tłumiących dane ludziom przez Boga prawo, by własnymi siłami wybierać sobie drogę w życiu.

O ironio, uważający się za libertarian katolicy bronią korporacyjnego kolektywizmu przy asyście rządu, który to kolektywizm oznacza tak naprawdę sprywatyzowany socjalizm, atakują natomiast dystrybucjonistów za prawdziwie libertariańską obronę ekonomicznej niezależności jednostek i rodzin w gospodarce, która odrzuca chińskie niewolnictwo. Połóżmy kres tej demagogii i pozwólmy, by The Remnant Newspaper pomagała prowadzić katolików ku będącej celem Magisterium ekonomii miłosierdzia.

Christopher A. Ferrara

Źródło: C. A. Ferrara, In Defense of Distributism. Why Socialism and Distributism are Wholly Antithetical, New Jersey, 2011. Przekład artykułu z internetowego wydania The Remnant Newspaper.

Źródło informacji: http://www.dystrybucjonizm.pl

Zapomniane prawdy c.d.

Wobec tego wszystkiego, co w posoborowej reformie owemu katolickiemu pojęciu kultu nie odpowiada, wolno nam w katolickim oporze powoływać się na wolę Ojca Świętego (do której mają się dołączyć biskupi i wszyscy zajmujący jakiekolwiek urzędy pastoralne), aby wiernym, czującym się związanymi z dotychczasowymi formami liturgicznymi i dyscyplinarnymi liturgii łacińskiej, ułatwić wspólnotę kościelną poprzez niezbędne kroki, które mają zapewnić uwzględnienie tych życzeń.

kard. Alfons Maria Stickler SDB ((1910-2007)

x. Karol Stehlin FSSPX - Spotkaj Boga, nie diabła - Bóg trwa, choć zmienia się świat

Bp Mikołaj Brouwet nowym ordynariuszem Lourdes

11 lutego br., w święto Matki Bożej z Lourdes, papież Benedykt XVI mianował bp. Mikołaja Brouweta — hierarchę powszechnie uznawanego za konserwatywnego tak w dziedzinie doktryny, jak dyscypliny i liturgii — ordynariuszem francuskiej diecezji Tarbes i Lourdes. Interesujący komentarz w tej sprawie pojawił się na stronie włoskiego watykanisty Sandro Magistra.

„Gdy na osobiste — jak się zdaje — życzenie papieża patriarchą Wenecji został bp Franciszek Moraglia, Benedykt XVI w podobny sposób zaskoczył Kościół we Francji.

Uczynił to 11 lutego, w święto Matki Bożej z Lourdes, kiedy mianował nowego ordynariusza diecezji Tarbes i Lourdes, na terenie której znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Papież Ratzinger powołał na ten urząd Mikołaja Brouweta, który w sierpniu tego roku skończy 50 lat, a od kwietnia 2008 roku pełni urząd biskupa pomocniczego podparyskiej diecezji Nanterre — tej samej, gdzie się urodził i gdzie w 1992 roku przyjął święcenia kapłańskie.

Nominacja została ogłoszona wcześniej niż się spodziewano, pozostający bowiem na urzędzie od 1997 roku poprzednik bp. Brouweta, bp Jakub Perrier, osiągnął wiek emerytalny 4 grudnia ubiegłego roku, a zatem zaledwie przez dwa miesiące mógł cieszył się „prorogatio” [czas od złożenia na ręce papieża wymaganej prawem dymisji do momentu jej przyjęcia, który często trwa nawet kilka miesięcy — uwaga red.].

Wybór bp. Brouweta, podobnie jak Moraglii, nie mógł nie zostać skonsultowany z kardynałami i biskupami z Kongregacji ds. Biskupów podczas ich coczwartkowych posiedzeń. Obaj hierarchowie obejmą swoje diecezje 25 marca br. w uroczystość Zwiastowania N.M.P. (…)

Mikołaj Brouwet po ukończeniu studiów na uniwersytecie w Nanterre, gdzie uzyskał dyplom licencjata w dziedzinie historii, wstąpił do Papieskiego Seminarium Francuskiego w Rzymie i uczęszczał na wykłady z filozofii i teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, gdzie uzyskał tytuł licencjata. Następnie rozpoczął studia w Papieskim Instytucie Studiów Nad Małżeństwem i Rodziną, uzyskując kolejny licencjat. (…) Po przyjęciu święceń kapłańskich zajął się pracą duszpasterską i formacyjną. Był proboszczem, kapelanem szkoły i duszpasterzem akademickim, diecezjalnym delegatem ds. formacji seminarzystów, a w końcu profesorem teologii moralnej i ojcem duchownym w seminarium.

Jego nominacja na biskupa pomocniczego diecezji Nanterre, ogłoszona w 2008 roku, była postrzegana jako budowanie przeciwwagi dla ordynariusza, abp. Gerarda Daucourta, członka Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, gorącego zwolennika dialogu ekumenicznego, w szczególności z prawosławiem, ale bardzo chłodnego w kontaktach ze środowiskami tradycyjnych katolików, szczególnie żywotnymi we Francji, zwłaszcza w jego własnej diecezji.

Uważa się, że bp Brouwet, mimo młodego wieku, posiada wrażliwość liturgiczną nacechowaną wiernością tradycji. W zeszłoroczne Boże Narodzenie celebrował Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, zgodnie z motu proprio Summorum Pontificum. [Kilkakrotnie] brał również udział w tradycyjnych pielgrzymkach z Paryża do Chartres. Jego stanowisko w kwestiach moralnych także jest zgodne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.

Nie znaczy to, że Brouwet jest tradycjonalistą tout court [fr. 'po prostu'; we Francji niewiele trzeba, aby duchowny został uznany za „tradycjonalistę”, czasami wystarczy np. korzystanie podczas odprawiania Mszy z mszału Pawła VI, a nie z własnych, autorskich modlitw — uwaga red.]. Aby to zrozumieć, wystarczy przyjrzeć się jego oficjalnym fotografiom w stroju duchownym. Należy on do pokolenia młodych księży, którzy podobnie jak papież Ratzinger uznają środowiska tradycyjne — we Francji bardzo prężne, nawet te nie związane z lefebrystami — jako bogactwo, a nie jako problem, różniąc się w tej kwestii nie tylko od progresywnej, coraz mniej wpływowej biskupiej starej gwardii, ale również od pokolenia «lustigerian» [nawiązanie do postaci kardynała Jana Marii Lustigera, arcybiskupa Paryża w latach 1981–2005 — uwaga red.], które ma teraz wiodącą pozycję dzięki takim postaciom, jak ordynariusz Paryża kard. Andrzej Vingt-Trois czy arcybiskup Rennes Piotr d’Ornellas.

Lourdes to nie diecezja «kardynalska», ale na jej terenie leży słynne sanktuarium maryjne, dzięki czemu stanowi duchowe serce Francji. Tam również odbywają się zgromadzenia plenarne Konferencji Episkopatu Francji, nie wspominając już o międzynarodowym znaczeniu tej diecezji, do której przybywają wierni, klerycy, księża, biskupi i kardynałowie z całego świata. (…)

Wszystko to sprawia, że powierzenie przez Benedykta XVI diecezji Lourdes młodemu biskupowi o zdecydowanym charakterze i wyrazistych poglądach jest gestem jeszcze bardziej znaczącym”.

Tyle Sandro Magister. Warto dodać, że bp Brouwet jeszcze jako kapłan diecezji Nanterre celebrował dla tamtejszych wiernych Msze św. w tradycyjnym rycie oraz uczestniczył wraz z nimi w pielgrzymkach z Paryża do Chartres.

Niewątpliwie ważnym testem dobrej woli i możliwości nowego ordynariusza Tarbes i Lourdes będą jego relacje z instytutami podległymi komisji Ecclesia Dei (w Tarbes funkcjonuje dom Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra) oraz z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X i instytutami korzystającymi z posługi jego biskupów — w Lourdes działa przeorat FSSPX pw. Św. Bernadetty, a w lipcu ubiegłego roku swoją placówkę otworzyło tam żeńskie zgromadzenie zakonne Małych Służebniczek Świętego Jana Chrzciciela.

Jednym z najważniejszych zadań, które stoją przed nowym biskupem, jest sprawa powołań kapłańskich. W roku 2010 w diecezji Tarbes i Lourdes pracowała niecała setka księży, a do kapłaństwa w seminarium regionalnym dla metropolii Tuluzy i Montpellier przygotowywało się zaledwie czterech kleryków z Lourdes. Komentatorzy uważają, że bp Brouwet mógłby — wzorem ordynariusza sąsiedniej diecezji Bajonny, również uważanego za konserwatystę bp. Marka Ailleta — wznowić działalność seminarium diecezjalnego i podobnie jak on odnieść umiarkowany sukces (w seminarium duchownym w Bajonnie po dwóch latach rządów bp. Ailleta kształciło się 17 kleryków). Poza tym współpraca obu biskupów — Brouweta i Ailleta — może zapoczątkować swego rodzaju konserwatywny biegun kościelny na południowym zachodzie Francji (źródła: la-croix.com, chiesa.espresso.repubblica.it., 17 lutego 2012).

Źródło informacji: http://news.fsspx.pl

Odnowa charyzmatyczna. Podstawowe informacje



Trzynaście tysięcy katolików uczestniczących w Europejskim Spotkaniu Charyzmatycznym i Ekumenicznym w Strasburgu w r. 1982, czternaście tysięcy uczestników czterech sesji roboczych katolickiej Odnowy charyzmatycznej w Paray-le-Monial latem 1984, ponad 800 charyzmatycznych grup modlitewnych we Francji – ta działalność, ożywia “zaraźliwym” entuzjazmem, dowodzi, że katolicka Odnowa charyzmatyczna we Francji jest rzeczywistością, której nie można nie brać pod uwagę. Jej wpływ na życie Kościoła wydaje się też rosnąć niemal w oczach. Przytoczone cyfry mogłyby wystarczyć, ale przytoczymy jeszcze jedną: według “Informations catholiques internationales” z 15 listopada 1982 r., “około 30% alumnów w seminariach (pierwszy i drugi rocznik) wyszło z nurtu charyzmatycznego”.

ZAKRES NINIEJSZEGO STUDIUM

Naszym zamiarem jest dostarczyć pewnego quantum informacji, także ocen, dotyczących tego Ruchu, o którym na ogół ma się dość mylne pojęcia.

W części pierwszej podamy bliższe informacje o naturze i początkach Odnowy charyzmatycznej, jako też o przyczynach jej sukcesu (w tej części, głownie opisowej, będziemy – w miarę możności – unikać sądów o jej wartości).

W części drugiej zamieścimy ocenę Odnowy (strony pozytywne, strony negatywne, zastrzeżenia ze strony Hierarchii).

Dlaczego ten tytuł: “Informacje nt. Odnowy charyzmatycznej”? Ponieważ autor chce się ograniczyć jedynie do lekkiego dotknięcia trudnych niewątpliwie problemów dotyczących “wylania Ducha” i charyzmatów.

Całość dostępna tutaj

O znaczeniu łaciny w życiu kapłańskim


Znaczenie bezpośredniego przyswajania sobie niezwykle bogatego dziedzictwa doktrynalnego, kulturalnego i pedagogicznego – taki sens ma dla współczesnego kapłana znajomość języka łacińskiego.

Piękno tradycyjnej liturgii c.d.








Zdjęcia z Uroczystej Mszy św. w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego sprawowanej przez ks. kan. Mareau'a w kościele parafialnym p.w. Świętej Rodziny w Quezon City na Filipinach.

Cała fotogaleria licząca 200 zdjęć znajduje się tutaj

Zapomniane prawdy c.d.

"Nie ma już mężczyzn, gdyż nie ma już przekonań, nie ma przekonań, gdyż nie ma zasad, nie ma zasad, gdyż nie ma już wiary."

kardynał Pie

Aberracje liturgiczne cz. 65 - Ekumenizm z piekła rodem



Jest to nagranie z Mszy św. celebrowanej w kościele parafialnym p.w. Trójcy Przenajświętszej w Bernie, Szwajcaria. Celebransem jest katolicki ksiądz Gregor Tolusso. "Koncelebruje" pastor Manfred Stuber ze wspólnoty luterańskiej w Bernie.

Nadzieja Boża a "nadzieja" szatana. Słowo przeciw apokatastazie

Do napisania tej krótkiej apologii prawosławnego chrześcijaństwa skłoniła mnie książka Królestwo wnętrza napisana przez biskupa Kallistosa Ware'a. Nie oznacza to jednak, że książka ta jest książką napisaną przez prawosławnego chrześcijanina, niech nikogo nie zmyli tytuł biskupa, jest to zwyczajny antychrześcijański paszkwil napisany przez heretyka podstępnie zwalczającego wiarę prawosławną. Za podstawowy temat rozważań podejmę kwestię apokatastazy, nazywanej eufemistycznie "wielką nadzieją", która poruszona została w ostatnim rozdziale tego "dzieła" pod tytułem: Ośmielamy się mieć nadzieję na zbawienie wszystkich?Rzeczywiście, zgodnie z tezami autora,"nadzieja" ta pojawiała się już w historii wcześniej; oto jak wyraził ją Heinrich Heine na łożu śmierci: "Bóg mi wybaczy: To jego zawód!" Dziwne, że jakoś prawosławni biskupi nie słyszą w tych słowach szatańskiej drwiny; a niektórzy z nich piszą nawet dokładnie to samo.

Z książki Królestwo wnętrza możemy poznać podstępny sposób działania heretyków, ponieważ jad herezji jest w niej umieszczony "w ogonie", na samym końcu, po rozdziałach bardzo przyjemnych i pouczających, znajduje się rozdział z naukami bezbożnymi. Czytelnik zachwycony treścią o wielkich walorach "duchowych" nie jest już odpowiednio czujny i z wielką łatwością połyka kłamstwo. Nie może heretyk zacząć od kłamstw, bo wtedy każdy stałby się bardzo podejrzliwy albo by taką książkę od razu wyrzucił. Jeżeli natomiast zaczyna się pięknie, czytelnik porzuca zwykłą ostrożność i z rozpędu pochłania całość. Mistrzostwo w aplikowaniu trucizny polega na tym, że delikwenci nie wiedzą, kiedy ją połykają, i że w ogóle ją połknęli. Mamy tu przykład jak wilk ubiera się w owczą skórę, jak demon przybiera postać anioła światłości i podaje inną naukę, niż Ewangelie.

Czasy pisania apologii, czyli obrony doktryny chrześcijańskiej, łączą się z okresem Ojców Apostolskich czyli z samym początkiem istnienia Cerkwi. Apologie kierowano najczęściej do pogan i do żydów aby zwalczyć ich głupie uprzedzenia, aby wytłumaczyć im podstawowe doktryny wiary, czyli prawdy objawionej przez Boga oraz Dobrą Nowinę o zbawieniu w Chrystusie. Okazuje się, że czasy obecne są pod wieloma względami bardzo podobne do tamtych, tyle tylko, że apologie dzisiaj kierować należy do samych chrześcijan, którzy zatracili sens i rozumienie prawosławnej nauki chrześcijańskiej. Czasy współczesne charakteryzują się ogromnym zamętem na rynku wszelkich ideologii, a ten jarmarczny chaos dotknął również chrześcijaństwo. Słychać wciąż tylko natarczywych heretyków, którzy najbardziej hałaśliwie zachwalają swoje wersje prawdy chrześcijańskiej, prawdy, która jest już tylko którąś tam wersją kolejnego wariantu najnowszej interpretacji; słyszy się półprawdy i ćwierćprawdy a więc same kłamstwa. Tutaj widać, jak dobrze jest trwać w tradycji Prawosławia, bo prawda objawiona, którą jest Bóg Jezus Chrystus, jest po pierwsze Prawdą niezmienną, a po drugie znajduje się ona w Cerkwi Bożej. To co jest poza Cerkwią, a więc cały współczesny świat, jest na zewnątrz Prawdy.

Współczesny świat bardzo pragnie przede wszystkim rozprawić się z poglądem, że Prawda w ogóle istnieje. Coraz powszechniej uważa się, że czegoś takiego jak prawda nie ma; albo też jest wiele prawd, dla każdego inna. Inna jest prawda dla chrześcijan, inna dla szatanistów, jeszcze inna dla żydów czy muzułmanów, ale każda jest równouprawniona do bycia prawdą. Jeszcze inne prawdy mają mordercy, gwałciciele, złodzieje, kłamcy i politycy. Ale każda z tych prawd jest prawdą jak najbardziej prawdziwą i wara wszystkim, którzy chcieliby wtrącać się w nie swoje prawdy. We współczesnej Cerkwi sytuacja nie jest dużo lepsza; ostatnio każdemu wolno przeinaczać prawdę Pisma Świętego i Tradycji Cerkwi na swoje własne kopyto, każdy może nauczać jak mu się żywnie podoba i, co gorsza, coraz rzadziej prawosławni chrześcijanie protestują. Postępując wedle tego nowego zwyczaju taki heretyk myśli sobie w swojej wielkiej pysze i zarozumiałości, że jest kimś tak bardzo niesłychanie ważnym, że i sam Bóg Wszechmogący ma z nim nie lada kłopot, bo jeśli jest Bogiem miłującym to jak może go, takiego ważnego heretyka, potępić? I głosi wszem i wobec, że jest to w ogóle niemożliwe. Stąd jasno wynika, że nie może być piekła a diabła też w końcu Bóg w Swoim wielkim Miłosierdziu przygarnie do Siebie. Oczywiście jest to absolutnie sprzeczne z nauką Cerkwi, ale o tym właśnie heretyk stara się jak najszybciej zapomnieć i już więcej nie wspominać. Jednak prawosławni chrześcijanie mają wiarę zabezpieczoną murami Ortodoksji, jest nią Pismo Święte oraz postanowienia Soborów Powszechnych i niezmienna nauka Cerkwi. Może więc na początek przypomnimy jaka właściwie jest prawdziwa nauka Cerkwi Prawosławnej dotycząca diabła. Kim on jest?

Trzeba nam wiedzieć, że w nowostworzonym przez Boga świecie nie było żadnego zła: "A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre." (Rdz 1:31) Wszystkie byty duchowe w niebie, ale także cała ziemia łącznie z człowiekiem były dobre. W jakimś momencie po stworzeniu świata nastąpił bunt szatana, czyli w dobrym świecie pojawiło się zło nie z woli Boga ale z wyboru anioła, który stworzony był jako wolny byt i mógł obrócić się przeciw swojemu Stworzycielowi. Był to anioł bardzo potężny, niosący Boże światło, przebywał w bliskości Boga w wielkiej chwale i wspaniałości. Jednak wszystko to odrzucił i nie chciał służyć Bogu i całą swoją potęgę obrócił przeciwko Bożemu stworzeniu. "I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie." (Ap 12:7-9) Dla naszych rozważań warto zapamiętać fragment: "I już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło".

Źródłem jego upadku i odtrącenia na wieczność stała się jego zazdrość i nienawiść dobra, jakie Bóg zechciał rozlać stwarzając człowieka przeznaczonego do uczestniczenia w chwale Boga, jako istotę powołaną "na obraz i podobieństwo Boże". Szatan w swojej wielkiej pysze i zuchwałości nie wyobrażał sobie, aby mógł służyć człowiekowi ulepionemu z błota, wybrał raczej dumne samouwielbienie, miłość do swojej własnej potęgi i wspaniałości. Prorok Izajasz opisuje to w sposób następujący: "Do Szeolu strącony twój przepych i dźwięk twoich harf. Robactwo jest twoim posłaniem, robactwo też twoim przykryciem. Jakże to spadłeś z niebios, Jaśniejący, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię, ty, który podbijałeś narody? Ty, który mówiłeś w swym sercu: Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego. Jak to? Strąconyś do Szeolu na samo dno Otchłani!" (Iz 14:11-15)

Trzeba zauważyć, że Bóg mogąc od razu unicestwić szatana i zlikwidować zło, nie zrobił jednak tego. Zezwolił mu na kuszenie nowostworzonego człowieka i w konsekwencji na zawładnięcie światem ziemskim przez władcę ciemności. Szatan po swoim upadku zaczął z całą mocą godzić w człowieka, aby utracone przez niego dobro Boże nie stało się udziałem ludzi. Z dopustu Bożego "wyrywa człowiekowi łaskę danej nieśmiertelności" (św. Cyprian, De zelo et livore). W ten sposób rozpoczęła się walka szatana z człowiekiem.

Nieświadomi niczego, czyści i niewinni, a zatem i bardzo naiwni, Adam i Ewa kontemplowali piękno Raju, spacerowali w cudownym, nieskażonym świecie nad którym panowali, którego byli władcami. Rozmawiali ze swoim Stwórcą i przechadzali się z Nim. Dobry Bóg dał im przykazanie, które było wystarczającą obroną przed szatanem, skuteczną zaporą przeciwko wszystkim jego złośliwym knowaniom. To jedno przykazanie, aby nie spożywali owocu z drzewa poznania dobra i zła, zapewniało im nieśmiertelność i miłość Stwórcy na wieki. Ale człowiek nie do końca zdawał sobie sprawę, czym grozi przestępstwo bo nie znał niczego co mógłby przyrównać do złości szatana, nie znał czegoś takiego jak kłamstwo, nie rozumiał słów Boga: "niechybnie umrzesz" bo nie wiedział co to jest śmierć; ta wiedza nie była mu do niczego potrzebna. W raju nie było niczego, czego mógłby się obawiać, wszystko było poddane jego woli. Człowiek mógł tylko wierzyć Bogu, że po przekroczeniu przykazania utraci swój dom i spotka go coś nienaturalnego, czego nie zna i przed czym Bóg go przestrzegł.

Szatan łatwo poradził sobie z Ewą, powiedział do niej: "Na pewno nie umrzecie!" Wypowiedział kłamstwo, dał ludziom fałszywą nadzieję prowadzącą do katastrofy, z pełną premedytacją, bo on dobrze wiedział, czym jest śmierć i zagłada. Czy nie jest to podobne do kłamstwa "wielkiej nadziei", która zdaje się twierdzić: "Na pewno nie ma wiecznego piekła! Wie przecież Bóg, że Jego miłość nie zniosłaby tego i przygarnie wszystkich do Siebie, łącznie z szatanem". No no, całkiem smaczny jest to pomysł i chętnie zdobędziemy taką wiedzę. Tylko czy jest to prawda? Czy czasem ta "wielka nadzieja" nie jest następnym szatańskim kłamstwem, czyli głupią i zwodniczą nadzieją, która prowadzi ludzi do śmierci? Ano właśnie, w przypadku naszych prarodziców skończyło się to tragicznie, co pokazuje, że dla nas może skończyć się jeszcze gorzej; oni wtedy nie mieli pojęcia o tym czym jest śmierć, my teraz nie mamy pojęcia, czym jest wieczność. Warto o tym pamiętać słuchając współczesnych bajań o apokatastazie. Mamy przecież wyraźne pouczenie Boże o wiecznym potępieniu na Sądzie Ostatecznym, chociażby to z Ewangelii św. Mateusza: "Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!" (Mt 25:41). Słowa szatana w Raju okazały się kłamstwem, Adam i Ewa poznali dobro i zło i nie stali się jako Bóg, natomiast słowa Boga okazały się prawdziwe - grzech sprowadził na ludzi śmierć. Słowa Boga zawsze są prawdą.

"Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą" (Mdr 2:23-24). Człowiek więc poznał zło i śmierć, było to ogromnie bolesne dla niego; a światem zamiast niego zaczął rządzić szatan, który poddał ludzi niewoli grzechu. Ugodzenie w człowieka otworzyło szatanowi drogę do coraz szerszego rozlewania się nienawiści i zła w świecie.

Szatan w swoim zuchwałym buncie zaprzecza Bogu we wszystkim, zaprzecza prawdzie - jest więc kłamstwem, zaprzecza światłu - jest więc ciemnością, zaprzecza dobru - jest więc złem. Będąc doskonałym z natury danej od Boga, uczynił swój bunt doskonałym, starannie odrzucił od siebie wszelkie rzeczy pochodzące od Boga: dobro, współczucie, litość, a przywdział ich przeciwieństwa: okrucieństwo, nienawiść, pychę. Dlatego nie ma w nim rozterek moralnych, nie ma miejsca na opamiętanie, żal czy skruchę. Dla zwiedzenia ludzi nie cofa się przed największymi bluźnierstwami, jest oszustem pod każdym względem. W buncie szatana nie ma niczego z Boga, nic co mogłoby do Boga kierować, nic co by do Boga ciążyło czy do Boga należało. Chrystus przed męką powiedział do Apostołów: "... nadchodzi bowiem władca tego świata. Nie ma on jednak nic swego we Mnie." (J 14:30) Tak jak w śmierci nie ma nic z życia, albo w światłości nie ma jednocześnie ciemności. Czy kłamstwo może mieć coś wspólnego z prawdą? Czy w okrucieństwie może zawierać się dobroć? Jak Bóg Wszechmogący miałby zbawić kłamstwo i śmierć? Kłamstwo można odrzucić a śmierć tylko Bóg, jako Dawca Życia mógł pokonać. "W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła." (J 1:4-5) Chrześcijańska nauka duchowa jest w ostatecznym wymiarze bardzo konkretna, czarno-biała: tak, tak, nie, nie; zaś nauka szara, letnia i relatywna od złego pochodzi.

Biskup Kallistos Ware sugeruje, że gdyby Bóg dostatecznie długo poczekał, to szatan jednak opamiętałby się i wrócił do Boga i byłby zbawiony razem ze świętymi w Raju. Czy nie widać kompletnej niedorzeczności takiego poglądu? Szatan nie może się nawrócić, bo stał się niewolnikiem własnej zbrodni, jest on samym złem; do jego natury należy dodać całkowite zniewolenie, ponieważ jego bunt dotyczył również wolności, jako daru Bożego. Zaprzeczył wolności tak jak zaprzeczył nadziei, dobru i prawdzie. Istota żywa jest wolna; tylko żyjąc można dokonywać wyborów, natomiast istota martwa możliwości takiej jest pozbawiona. Człowiecza wolna wola wzbudza w szatanie tylko ogromny gniew i przede wszystkim stara się pozbawić człowieka właśnie wolnej woli. Widać to na przykładzie osób opętanych. Ponadto Chrystus stwierdzając: ... w ogień wieczny przygotowany diabłu i jego aniołom" wyraźnie oznajmił, że wieczne piekło już jest przeznaczone dla diabła, nie zostało natomiast przygotowane dla ludzi, co pokazuje, że szatan już nie ma wyboru a ludzie póki żyją, wybór wciąż mają. Ale przyjrzyjmy się teraz bliżej dotychczasowej działalności szatana na ziemi aby zobaczyć, czy może on jednak już uczynił coś dla swojego "zbawienia".

Ale najpierw trzeba zauważyć, że przypisywanie diabłu możliwości zbawienia stawia go w pozycji podobnej do sytuacji człowieka. Jest to sytuacja w której możliwa jest pokuta za grzechy oraz przyjęcie daru Bożego Miłosierdzia. Czyni to z szatana kompana naszego wygnania, towarzysza niedoli, kolegi w trudnej sytuacji, kiedy obu nam zagraża potępienie z powodu grzechu. Ale kto kusi szatana? Kto grozi mu śmiercią? Czy nie byłoby śmiesznym absurdem stwierdzenie, że szatan kusi sam siebie? Ale jeżeli nie, to obarczamy Boga odpowiedzialnością za powstanie zła, czynimy Go twórcą zła. A więc zwolennicy "wielkiej nadziei" twierdzą świadomie lub nieświadomie, że zło musi pochodzić od Boga, bo dopiero wtedy można szatana "zbawić" od tego zła, które nie może pochodzić od niego. Takie właśnie jest ogromne bluźnierstwo ukryte w tej herezji z którego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Ale to właśnie szatan jest twórcą zła, przecież Chrystus powiedział o szatanie: "Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał" (J 8:44). Bluźnierstw przeciwko Bogu w koncepcji apokatastazy jest dużo więcej.

Cóż, w sytuacji kiedy diabeł też ma być zbawiony należałoby zaprzyjaźnić się z tym bytem duchowym, korzystać z jego podobno wielkiej inteligencji i wspierać się wzajemnie modlitwą i dobrymi uczynkami. Herezja biskupa Ware'a dowodzi, że on już się z nim zaprzyjaźnił, ale nie świadczy to bynajmniej o jego wielkiej chrześcijańskiej miłości, tylko o fatalnym lekceważeniu nauki Bożej oraz ogromnej, całkiem niechrześcijańskiej, głupocie. Czy dotychczasowa historia świata potwierdza możliwość takiego zbratania człowieka z diabłem? Otóż całkowicie temu przeczy. Już w Raju Bóg wyraźnie stwierdził: "Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę" (Rdz 3:15). W innym miejscu Bóg powiedział: "Grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować" (Rdz 4:7). A więc nie oczekujemy wspólnego razem z nim zbawienia a raczej szatan wciąż jest nieprzejednanym naszym wrogiem; on wie, że ludzie mają tę możliwość powrotu do domu Ojca, a on już nie, bo przeznaczony jest dla niego ogień wieczny, stąd jego tak wielka nienawiść. Za pokarm Bóg dał mu proch ziemi, z którego wcześniej uczynił ciało pierwszego człowieka Adama; być może jest to zapowiedź krwawych ofiar składanych szatanowi z ciał ludzi - jest to jego pokarm, wciąż karmi się ludzką śmiercią. Ale Bóg wyraźnie przepowiedział: "Potomstwo Niewiasty zmiażdży ci głowę" - Jezus Chrystus zrodzony z Przeczystej Dziewicy Maryi nie przyszedł wcale zbawić szatana ale zmiażdżyć mu głowę; jest to przeciwieństwo zbawienia. I dokonał tego mimo, że szatan bronił się jak mógł.

Czy szatan widząc do jakiego nieszczęścia przywiódł ludzi żałował swojego podstępu i zmienił się? Wprost przeciwnie, wciąż działał przeciwko ludziom. To on namówił pierworodnego syna Adama do bratobójstwa. Ludzkość pod panowaniem diabła coraz bardziej popadała w grzech; do tego stopnia, że Pismo Święte w końcu stwierdza: "Kiedy zaś Jahwe widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Wreszcie Jahwe rzekł: Zgładzę ludzi, których stworzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi, bydło, zwierzęta pełzające i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich stworzyłem" (Rdz 6:5-7). Po pierwsze widać z tego, że Bóg łatwo może zniszczyć złe stworzenia, które napawają go tylko wielkim obrzydzeniem. Po drugie okazuje się, że ludzie wciąż dawali się szatanowi zwodzić i wciąż oddalali się od Boga; zamiast panować nad grzechem stawali się jego niewolnikami, przez co sami ściągnęli na siebie zagładę i śmierć. Widać bardzo wyraźnie, że bez Bożej interwencji szatan pogrążyłby w grzechu bez reszty całe Boże stworzenie.

Zbawienie mogło przyjść tylko od Boga. Boży plan zbawienia ludzi rozpoczął się od rodziny Noego. Noe uwierzył w Bożą groźbę, i nie słuchał drwin szatana i jego sług: "Na pewno nie będzie żadnego potopu, to niemożliwe aby dobry Bóg, który jest samą Miłością, zgładził tyle istnień ludzkich". Inni ludzie z łatwością uwierzyli w kłamstwa szatana, byli to protoplaści idei "wielkiej nadziei" w zbawienie wszystkich; i naśmiewali się z Noego. Noe jednak mimo to zbudował arkę i tylko jego rodzina z zabranymi zwierzętami ocalała w arce, która jest obrazem Cerkwi, natomiast wszyscy zwolennicy "wielkiej nadziei" potonęli ku wielkiej uciesze szatana.

O losie grzeszników opowiada Pismo Święte także na przykładzie dziejów Sodomy i Gomory: po wyprowadzeniu rodziny Lota Jahwe "spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Władcy z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność" (Rdz 19:24-25). Czy można traktować to wydarzenie jako zapowiedź zbawienia wszystkich grzeszników?

Bóg kontynuując wielkie dzieło zbawienia człowieka powołał Abrahama i dał mu obietnicę utworzenia z niego wielkiego narodu. Przedtem jednak wystawił go na próbę rozkazując złożyć w ofierze syna tej obietnicy, Izaaka. Krwawa ofiara dla Dobrego Boga? A czy nie składano krwawych ofiar z dzieci ku czci szatana? Dlaczego szatan domaga się ofiar z dzieci? Nie ma większej zbrodni niż zabicie niewinnego i bezbronnego dziecka, z którym powinny łączyć nas więzy naturalnej miłości danej od Boga. Jest to najbardziej odrażający i ohydny wyraz upadku człowieka, makabryczny skutek zniewolenia człowieka przez zło. Szatan nie daje tym biednym dzieciom żadnej nadziei. Natomiast Bóg poprzez wiarę Abrahama daje tę nadzieję, jak gdyby pomimo śmierci, ale tylko tym, którzy Jemu uwierzą. Jest to już bardzo wyraźna zapowiedź, nie "wielkiej nadziei" szatana, ale Bożej nadziei zbawienia w Chrystusie przez wiarę. "Przysięgam na siebie, wyrocznia Jahwe, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu." (Rdz 22:16-18)

Od chwili powołania przez Boga narodu wybranego diabeł, obawiając się utraty swojej własności, spodziewając się spełniania Bożych obietnic, największą swoją nienawiść skierował właśnie przeciwko Izraelowi. To on namówił faraona do mordowania hebrajskich chłopców w Egipcie: "Faraon wydał wtedy całemu narodowi rozkaz: Wszystkich nowo narodzonych chłopców Hebrajczyków należy wyrzucić do rzeki" (Wj 1:22). To szatan utwardził karki ludowi Izraela, serca zaś i uszy uczynił opornymi. "Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. Nie chcieli go (Mojżesza) słuchać nasi ojcowie, ale odepchnęli go i zwrócili serca ku Egiptowi. Zrób nam bogów - powiedzieli do Aarona - którzy będą szli przed nami, bo nie wiemy, co się stało z tym Mojżeszem, który wyprowadził nas z ziemi egipskiej. Wówczas to zrobili sobie cielca i złożyli ofiarę bałwanowi, i cieszyli się dziełem swoich rąk. Ale Bóg odwrócił się od nich i dozwolił, że czcili wojsko niebieskie, jak napisano w księdze proroków: Czy składaliście Mi ofiary i dary na pustyni przez lat czterdzieści, domu Izraela? Obnosiliście raczej namiot Molocha i gwiazdę bożka Remfana, wyobrażenia, które zrobiliście, aby im cześć oddawać" (Dz 7:39-43;51-52).

To wskutek przebiegłości szatana prześladowano i mordowano proroków, zwłaszcza tych przepowiadających nadejście Sprawiedliwego Mesjasza, ścigano ich, męczono, to za jego sprawą w Izraelu pojawiło się mnóstwo fałszywych proroków, budowano ołtarze Baala i Asztarty. Oto jak szatan bronił się przed przyjściem Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Nie ustawał nawet po Jego Narodzeniu, wymordował wszystkie dzieci w Betlejem, kapłanów żydowskich i przywódców Izraela owinął sobie wokół palca i kazał im prześladować Go, wszedł w jednego z Jego Apostołów. Ośmielił się nawet kusić Chrystusa na pustyni. To jednak jeszcze nie wszystko. Największą bronią szatana jest śmierć, więc doprowadził do skazania Sprawiedliwego na śmierć. Jednak nie zdało się to na nic. Syn Boży, Jezus Chrystus, posłuszny woli Ojca, oddał dobrowolnie swoje święte Ciało na śmierć na krzyżu i przez tę krwawą ofiarę zwyciężył, gdyż śmierć nie mogła zapanować nad Dawcą Życia. Właśnie w ten konkretny sposób Bóg ofiarował ludziom zbawienie, poprzez Siebie i Swój Krzyż i Swoje Zmartwychwstanie. Nic, co by miało przewyższyć Krzyż Chrystusa już się nie wydarzy na świecie. Taka jest prosta Prawda; a jednocześnie największa Tajemnica. "To bowiem zawiera się w Piśmie: Oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny, a kto wierzy w niego, na pewno nie zostanie zawiedziony. Wam zatem, którzy wierzycie, cześć! Dla tych zaś, co nie wierzą, właśnie ten kamień, który odrzucili budowniczowie, stał się głowicą węgła - i kamieniem upadku, i skałą zgorszenia. Ci, nieposłuszni słowu, upadają, do czego zresztą są przeznaczeni" (1P 2:6-8). "A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu" (Hbr 9:26-28). "Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia." (1 Kor 1:19).

Jest to sprawa o największym znaczeniu, najważniejsza jeżeli chodzi o nasze zbawienie: Wcielenie Boga w naturę ludzką. Jest to zakończenie Bożego planu zbawienia, i jego ukoronowanie. Bóg nie przewidział niczego więcej dla uratowania ludzi, jakiegoś ekstra, sekretnego, dodatkowego sposobu zbawienia, na przykład poprzez pstryknięcie palcami. Krzyż Chrystusowy jest ostatecznym zwycięstwem nad szatanem, jest zmiażdżeniem jego głowy przepowiedzianym już w Księdze Rodzaju, jest wypełnieniem proroctw i Prawa Bożego. Dopiero od momentu Wcielenia Chrystusa człowiek mógł skutecznie przeciwstawić się szatanowi, dostał oręż do walki z nim. "Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże - wśród wszelakiej modlitwy i błagania" (Ef 6:13-18).

Jednak heretycy pozdejmowali cały ten rynsztunek, zwłaszcza uwierał ich pas prawdy. Niech nam odpowiedzą: Czy poprzez Swoją bolesną mękę Chrystus zbawił również szatana? Jeżeli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości, to teraz musi przyznać swój wielki błąd i porzucić swój bezmyślny opór. Jeżeli sam Chrystus, Syn Boga Żywego, który poprzez Wcielenie przyszedł do tego upadłego świata, przeznaczonego w całości na zatracenie, do królestwa szatana, został przez "swoich" odtrącony, to dla tych, którzy odrzucili Jego zbawczą mękę zbawienie nigdy nie nastąpi, po prostu nie będzie już ku temu okazji. Jeżeli ktoś widząc samą Miłość rozpiętą na Krzyżu nie zakochał się w niej, nie nawrócił się ze swoich złych uczynków, nie znienawidził zła, które dopuściło się tego morderstwa, ten staje się jakby współwinnym tej zbrodni i nie ujdzie potępienia w piekle. Jezus Chrystus wiedział, że świat Go nie przyjmie, i nie wcale prosił Ojca za świat, ale tylko za tych, którzy w Niego uwierzą: "Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi" (J 17:9). Pismo Święte tak opisuje położenie ludzi dopuszczających się bezprawia: "Wtedy sprawiedliwy stanie z wielką śmiałością przed tymi, co go uciskali i mieli w pogardzie jego trudy. Gdy ujrzą, wielki przestrach ich ogarnie i osłupieją na widok nieoczekiwanego zbawienia. Powiedzą pełni żalu do samych siebie, będą jęczeli w utrapieniu ducha: To ten, co dla nas - głupich - niegdyś był pośmiewiskiem i przedmiotem szyderstwa: jego życie mieliśmy za szaleństwo, śmierć jego - za hańbę. Jakże więc policzono go między synów Bożych i ze świętymi ma udział? To myśmy zboczyli z drogi prawdziwej, nie oświeciło nas światło sprawiedliwości i słońce dla nas nie wzeszło. Nasyciliśmy się na drogach bezprawia i zguby, błądziliśmy po bezdrożnych pustyniach, a drogi Bożej nie poznaliśmy" (Mdr 5:1-7).

Największe bluźnierstwo heretyków głoszących apokatastazę polega na odrzuceniu prawdy, że jedyną możliwością zbawienia jest Krzyż i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. To odrzucenie zawiera się w ich "wielkiej nadziei", że będzie jeszcze jakiś inny sposób zbawienia, inna droga, przez jakąś boczną bramę do Królestwa Niebieskiego, nawet dla tych, dla których Krzyż Chrystusa był głupstwem i zgorszeniem; twierdzą tym samym, że ofiara Chrystusa nie była konieczna, bo Bóg na pewno by i tak cierpliwie czekał na nawrócenie wszystkich ludzi i szatana. Nastąpiłoby to tylko trochę później, w momencie, kiedy bezbożnikom i szatanowi przyszłoby odpowiednio duże pragnienie znalezienia się w Raju. Dlatego twierdzą, że można bezkarnie odrzucić zbawczy Krzyż Chrystusa, bo zbawienie i tak nastąpi, wcale nie trzeba według nich spożywać życiodajnego owocu z Drzewa Życia, to znaczy Eucharystii. Ofiara Chrystusa nie jest dla nich cenna, wezwanie do nawrócenia zbyt słabe, mowa zbyt cicha, Jego sakramenty bezużyteczne, nauka nieżyciowa, cuda nieprzekonywujące, a wiara w Niego niepotrzebna. Zarzucają Bogu, że Jego cierpliwość względem grzeszników jest zbyt mała. Czy tak ma wyglądać współczesna nauka biskupów Cerkwi Prawosławnej? Przypomnijcie sobie dobrze słowa Chrystusa: "Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle? Dlatego oto Ja posyłam do was proroków, mędrców i uczonych. Jednych z nich zabijecie i ukrzyżujecie; innych będziecie biczować w swych synagogach i przepędzać z miasta do miasta. Tak spadnie na was wszystka krew niewinna, przelana na ziemi, począwszy od krwi Abla sprawiedliwego aż do krwi Zachariasza, syna Barachiasza, którego zamordowaliście między przybytkiem a ołtarzem. Zaprawdę, powiadam wam: Przyjdzie to wszystko na to pokolenie. Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto wasz dom zostanie wam pusty" (Mt 23:32-37).

Powtarzam jeszcze raz, nawet jeżeli szatan w ogóle mógł się kiedyś opamiętać, w co nie wierzę, to jeżeli nie zrobił tego przy Krzyżu Chrystusa, to nie zrobi tego już nigdy. Szatan nie tylko, że nie "nawrócił się", ale jego nienawiść wzmogła się jeszcze bardziej. Teraz już toczy śmiertelną walkę z Cerkwią Bożą.

Marek Dądela

Źródło informacji: http://www.monasterujkowice.pl

Benedykt XVI do rzymskiego duchowieństwa o pysze, arogancji i analfabetyzmie religijnym, które rozbijają jedność Kościoła

Brak pokory i łagodności, religijny analfabetyzm i fałszywa emancypacja od nauczania magisterium, będąca w istocie zgodą na dyktaturę opinii świata to główne problemy współczesnego Kościoła, które zagrażają jego jedności – zauważył Benedykt XVI podczas dorocznego spotkania z kapłanami diecezji rzymskiej. Zgodnie ze zwyczajem wprowadzonym przez Jana Pawła II, Papież spotyka się nimi zawsze na początku Wielkiego Postu. Niekiedy odpowiada na ich pytania. Wczoraj jednak zaproponował im Lectio Divina, rozważanie fragmentu z Listu do Efezjan (Ef 4,1-16).

Z księgarskiej półki c.d. - Opera Omnia papieża Benedykta XVI

Józef Ratzinger / Benedykt XVI


OPERA OMNIA

Tom XI - Teologia liturgii


Wydawnictwo KUL, Lublin 2012
ISBN: 978-83-7702-369-3
Format: A5 , ss. 704, oprawa: twarda, cena 75,00 zł
do nabycia w księgarni internetowej SANCTUS.pl

Teologia liturgii jest pierwszym z zaplanowanych w systematycznym układzie 16 tomów Opera Omnia Josepha Ratzingera, stanowiącym przekład oryginalnej niemieckiej edycji Gesammelte Schriften Wydawnictwa Herder. Rozpoczęcie edycji od tej księgi jest wyraźnym życzeniem Benedykta XVI, który chce poprzez liturgię ukazać niejako klucz do rozumienia wszystkich jego pism.

Prezentowana Teologia liturgii proponuje wędrówkę po niezwykle bogatej drodze rozpoznawania ducha komunikacji między światem ludzkim i boskim, wczytywania się w tę służbę i kult, aż po moment całkowitego oddania się na wzór jedynej w swoim rodzaju Ofiary Syna Bożego na krzyżu. Drogę tę cechuje prymat Boga, a w Jego perspektywie ukazuje się niepowtarzalne piękno każdego człowieka, a przez to i świata. Podstawowa hierarchia: Bóg - człowiek - świat wyznacza pewne ukierunkowanie na określony przez Stwórcę cel, jakim jest ostateczne zjednoczenie człowieka z Bogiem. Zachwianie tej hierarchii, wyrażające się w budowaniu świata bez Boga albo przeciw Bogu, wiedzie nieuchronnie do dramatu samego człowieka, do czego już, niestety, doprowadzały różne ideologie. Ratzinger - jako profesor, kardynał i papież - stoi ciągle na straży tego istotnego aksjomatu cywilizacji chrześcijańskiej, przez co Jego nauka jest nie tylko ze wszech miar uniwersalna, lecz także do głębi humanistyczna i personalistyczna. Ma ona na uwadze nie tyle kształt jakiejś teorii, ile konkretną osobę ludzką w ontycznej relacji do Boga. Chce przez to ukazać pełnię człowieka w obliczu Boga jako odwiecznej Prawdy, Dobra, Miłości i Piękna. Pełnia ta odsłania się w liturgii chrześcijańskiej rozumianej jako działanie Chrystusa i Jego Kościoła. W niej mówi do nas sam Logos - Boży Syn i przychodzi do nas, aby nas zjednoczyć ze sobą i z Bogiem Ojcem. W liturgii obecna jest bowiem cała historia zbawienia, dzieje poszukiwania Boga przez człowieka i przychodzenia Boga do człowieka.

Zapomniane prawdy c.d.


Bóg w Swoim wielkim miłosierdziu ustanowił sakrament, dzięki któremu grzechy popełnione po Chrzcie św. mogą zostać odpuszczone. Żadnej ludzkiej istocie nie przyszedłby do głowy pomysł sakramentu pojednania, gdyż przypomina on zmartwychwstanie; powstajemy z martwych po tym, jak staliśmy się martwi. Jest to podróż powrotna do Boga. Sakrament ten pozwala nam pozbyć się infekcji, zanim przerodzi się ona w chroniczną chorobę i epidemię. Jest to lekarstwo dla duszy, gojenie naszych ran, powrót do domu, unieważnienie przeszłości; okazja, aby rozpocząć życie na nowo, kąpiel duchowa, rodzaj wtórnego chrztu.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Abp Lefebvre - kapłan nieznany


Wybory, jakich dokonał arcybiskup Marcel Lefebvre, były trudne dla niego i dla Kościoła. Trzeba jednak bez uprzedzeń patrzeć na tego kapłana.

Narodziny "Katolickiego Pentekostyzmu"


Poniżej kilka skanów stron książki Arnaulda de Lassus „Odnowa Charyzmatyczna dziś”.

Autor książki sprawę Odnowy Charyzmatycznej traktuje z wielkim znawstwem tematu, ukazując ją od strony historycznej, socjologicznej, jak też i od strony teologicznej. Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza zajmuje się ukazaniem historii ruchu, poczynając od jego pochodzeniu z protestanckiej sekty Zielonoświątkowców, przez wejście do środowisk katolickich aż do rozpowszechnienia się Odnowy w całym Kościele. Napisana jest z podziwu godną obiektywnością. Wiadomo, że jest rzeczą niezmiernie trudną pisać obojętnie, bez oceniania i oszacowania o jakimkolwiek zjawisku, o którym siła piszący ma jakąś własną opinię. Tym bardziej trudne jest pisanie o Odnowie Charyzmatycznej w sposób obiektywny. Druga część poświęcona jest poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, które w skrócie można ująć tak: Czy dziwne zjawiska towarzyszące Odnowie są dziełem Boga? Czy nie biorą w nich udział duchy ciemności?



Źródło informacji: http://forum.piusx.org.pl

piątek, 24 lutego 2012

x. Philippe Laguerie komentuje - subsistit in - nie można się wyrazić jaśniej!?

Rebelya

Aberracje liturgiczne cz. 64



Msza św. "karnawałowa" odprawiana 9 lutego b.r. w kościele klasztoru św. Jerzego w Ochsenhausen, Niemcy

Decyzja w sprawie Bractwa św. Piusa X, ma zapaść jeszcze przed wakacjami.

Sprawa powrotu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do pełnej komunii z Kościołem katolickim znajduje się w rękach papieża, który jeszcze przed wakacjami ma wydać specjalny dokument na ten temat podaje francuska agencja I-Media.

Jednocześnie poinformowano,że faza dyskusji doktrynalnych z Bractwem została zakończona, a Kongregacja Nauki Wiary przestudiowała ich odpowiedź na przedłożoną im 14 września ubiegłego roku preambułę doktrynalną.

Rozmowy z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X prowadzone były od roku 2009.

"Przekazałem to, co otrzymałem"



„Oni mają kościoły, ale to my zachowaliśmy wiarę” – powiedział w kazaniu przeciwko arianom św. Atanazy Wielki. Słynne słowa Doktora Kościoła, który w IV wieku niemal w pojedynkę prowadził walkę z zabójczą herezją Ariusza, dla tysięcy katolików po Soborze Watykańskim II stały się drogowskazem i zachętą do walki przeciwko współczesnym błędom. Stąd też wielu z nich, w osobie i postępowaniu arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a upatruje nowego św. Atanazego, zaś posoborowy kryzys Kościoła porównuje do „nocy ariańskiej”, która za przyzwoleniem hierarchii zatriumfowała ówcześnie w całym świecie chrześcijańskim. Podobnie zdaje się uważać bp Bernad Tissier de Malerais – autor opublikowanej właśnie naukowej, ale i wyjątkowej biografii swojego duchowego ojca. Jej lektura jest konieczna dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć złożoność obecnie prowadzonych rozmów teologicznych-kanonicznych Bractwa Św. Piusa X i Stolicy Apostolskiej.


Zwyczajny ksiądz


Marceli Lefebvre (ur. 1905 r.) stronił zawsze od porównań do św. Atanazego. Był skromny i nieśmiały. Powtarzał często, że wyjątkowa sytuacja, w jakiej znalazł się Kościół i jego wierni na przełomie lat 60. i 70., zmusiły go do roli przywódcy katolickich tradycjonalistów. Od pierwszych chwil swojego kapłańskiego powołania „widział się w roli duchowego ojca, przywiązanego do swoich parafian i wpajającego im wiarę i chrześcijańskie obyczaje”. „Taki był mój ideał” – mówił. To jego pobożni rodzice – świątobliwa Gabriela i Rene Lefebvre, wskazali Marcelowi inną drogę. W 1923 r. postanowili by dołączył do swojego starszego brata – również Rene, który wybrał kapłaństwo i studiował w Rzymie. „Twój brat jest w Rzymie i ty też pojedziesz do Rzymu, nie ma o czym mówić, nie zostaniesz w diecezji” – mówił stanowczo ojciec przyszłego arcybiskupa. W ten sposób 18-letni Marcel trafił do Seminarium Francuskiego w Rzymie, które od połowy XIX wieku prowadzili misjonarze ze Zgromadzenia Ducha Świętego pod wezwaniem Najświętszego i Niepokalanego Serca Maryi Panny.

Odraza dla prawd umniejszonych…

Marcelego na całe życie ukształtowały dwie szkoły – rodzinna i seminaryjna. Katolickie wychowanie, jakie dali mu rodzice, którzy ofiarowali na służbę Bogu pięcioro swoich dzieci, zostało ubogacone w Seminarium Francuskim w Rzymie. To tam Marceli stał się żołnierzem Chrystusa. Zawdzięczał to przede wszystkim ks. Henrykowi Le Floch, który od 1904 r. kierował seminarium i „wpajał uczniom wiarę zarówno w zasady, jak i w praktyczną skuteczność prawdy katolickiej”. Łączył wielką pobożność i bogate życie wewnętrzne z apologetyką i obroną Kościoła. Pewien mnich ze słynnego opactwa w Solesmes powiedział o nim: „Nauczyłeś nas, Ojcze, szacunku dla pełnej prawdy i odrazy dla prawd umniejszonych…”. „Dziękuję mu z całego serca, bo to on pokazał nam drogę Prawdy” – powtarzał przy różnych okazjach wyświęcony w 1929 r. na księdza Marceli Lefebvre – „To on nauczył nas, kim dla świata i Kościoła byli papieże i czego nauczali przez półtora stulecia: antyliberalizmu, antymodernizmu, antykomunizmu, całej doktryny Kościoła w tych kwestiach. Naprawdę pozwolił nam zrozumieć i żyć walką prowadzoną przez kolejnych papieży z niezłomną konsekwencją w celu uchronienia Kościoła i świata przed plagami, które nas dzisiaj gnębią. Było to dla mnie objawienie”.

Kierunek Gabon

Otrzymana w Seminarium Francuskim solidna formacja kapłańska predestynowała młodego ks. Lefebvre’a do znaczącej roli w Kościele. W 1930 r. był już doktorem filozofii i teologii. Nie chciał jednak piąć się po szczeblach watykańskiej lub francuskiej hierarchii. Zrodziło się w nim misjonarskie powołanie i pasja, których konsekwencją było wstąpienie do Zgromadzenia Ducha Świętego („duchaczy”). Fascynacja duchowością ojca Jakuba Libermanna, studiowanie dzieł św. Tomasza z Akwinu i ćwiczenia duchowe św. Ignacego Loyoli kierowały jego myśli w stronę ludzi wciąż nieznających Chrystusa. „Życie zakonnika ze Zgromadzenia Ducha Świętego – pisał w 1931 r. – powinno być kontemplacją oddającą się działaniu. Należy usunąć, na ile to możliwe, rozdział pomiędzy modlitwą i pracą. Nie porzucajmy Boga, aby Go dać naszym braciom”. Stąd też w 1932 r. ks. Marceli Lefebvre wsiadł na statek w Bordeaux i udał się Gabonu. Podróżował w buszu, budował kościoły i seminaria dla gabońskich księży, zwalczał pogański kult i składanie ofiar z ludzi, udzielał sakramentów, egzorcyzmował, katechizmował dorosłych i dzieci, walczył z żółtą febrą, głodem, poligamią, handlem żywym towarem… Był – jak wówczas mówiono – przełożonym od wszystkiego, ale zawsze z różańcem w ręku. Jego misjonarskiego zapału nie ostudziły nawet smutne wieści o śmierci matki (1938 r.), upadku Francji (w 1940 r.) i losach ojca, którego w 1942 r. Niemcy zamordowali w obozie w Sonnenburgu (aktualnie Słońsk). Już wówczas legenda Lefebvre’a rozszerzała się po całym Gabonie. „Mamy szczęście, że Bóg zesłał nam tego człowieka! Cóż to za wspaniały człowiek!” – powtarzali tubylcy. To również dzięki niemu, w latach 1932-1945 liczba gabońskich katolików wzrosła z 33 do 85 tys.!

Niedoszły kardynał

Gorliwość i zasługi misyjne ks. Marcelego Lefebvre szybko dostrzeżono w Świętej Kongregacji Krzewienia Wiary i Sekretariacie Stanu. W 1947 r. papież Pius XII mianował go biskupem i wikariuszem apostolskim w Dakarze. Odpowiadał wówczas za całą Francuską Afrykę Zachodnią, zamieszkiwaną przez 20 milionów ludzi. W tym zagłębiu muzułmańskim bp Lefebvre kontynuował swoją pracę misyjną szczególnie dbając o trzy dzieła – szkołę średnią, seminarium duchowne i zakonne zgromadzenia złożone z tubylców, którzy w perspektywie czasu mieli przecież objąć stery Kościoła w Afryce. Wciąż odróżniał się pracowitością, na tyle, że po niespełna roku od objęcia wikariatu Dakaru Pius XII podniósł Lefebvre’a do godności delegata apostolskiego. Od tej pory Lefebvre odpowiadał już nie tylko za Afrykę Zachodnią, ale również Kamerun, Francuską Afrykę Równikową i Somalię, nie licząc Maroka, Sahary, Madagaskaru i Reunion. W specjalnym breve papież pisał: „Rządził ojciec tak roztropnie, mądrze i aktywnie wikariatem apostolskim w Dakarze i z tak wielką gorliwością rozszerzał królestwo Chrystusa, że sądzimy, iż będzie dobrym wyborem powierzenie ojcu kierownictwa delegaturą, w całkowitym przekonaniu, że szczególne talenty ojca, a zwłaszcza sprawdzona już gorliwość oraz inne zdolności, które predestynują ojca do objęcia tego stanowiska, będą wielkim i zbawiennym pożytkiem dla tej delegatury”. Lefebvre erygował nowe parafie i diecezje, fundował klasztory, bierzmował, wyświęcał kapłanów i konsekrował biskupów. Dbał o czystość katolickiej doktryny i piękno liturgii, której powagę strzegł przed fałszywą inkulturacją – pogańskimi tańcami i „tam-tamami”. W 1955 r. został pierwszym arcybiskupem Dakaru. Gdyby nie śmierć Piusa XII w 1958 r. abp Lefebvre zostałby zapewne wkrótce kardynałem…

W obliczu „odnowy”

Jan XXIII zapoczątkował zupełnie nowy kurs w dziejach Kościoła. Janowe „aggiornamento” szybko dosięgło osobiście abp Lefebvre. Jako „konserwatysta” już w 1959 r. został pobawiony funkcji delegata apostolskiego. Trzy lata później musiał opuścić Dakar, by objąć na krótko rządy w małej diecezji Tulle. Wciąż był jednak ważną postacią życia kościelnego. W 1962 r. został mianowany Asystentem Tronu Papieskiego, doradcą Świętej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary i przełożonym generalnym Zgromadzenia Ducha Świętego. Był doskonale przygotowany do walki, jaką miał stoczyć siedząc w ławach Soboru Watykańskiego II. Już w pierwszych dniach soboru wyraził publicznie swój niepokój, kiedy na liście ekspertów teologicznych zauważył nazwiska obłożonych cenzurą i karami kościelnymi niewiernych nauce Kościoła duchownych – o. Yves’a Congara, o. Henri de Lubac’a i o. Karla Rahnera. Później, u boku kilku kardynałów, stoczył prawdziwy bój w obronie mszy św., którą nowatorzy pozbawić chcieli ofiarnego charakteru przesuwając akcent na błędnie pojętą aktywizację wiernych i „sprawowanie Wieczerzy Pańskiej”. Spór wokół konstytucji o liturgii był jedynie zapowiedzią wojny, która rozgorzała pomiędzy ojcami soboru. Skupione wokół Międzynarodowego Zgromadzenia Ojców konserwatywne skrzydło Kościoła, liczące około 200 biskupów, przegrywało w praktyce większość soborowych bitew stoczonych wokół rozumienia wolności religijnej, ekumenizmu, misji, kolegialnej władzy w Kościele, potępienia współczesnych herezji, komunizmu, godności osoby ludzkiej… „Byliśmy świadkami zaślubin Kościoła z ideami liberalnymi” – powiedział na zakończenie soboru abp Lefebvre – „W ten sposób zostały naruszone podstawy wiary, moralności i dyscypliny kościelnej, przed czym ostrzegali wszyscy papieże”.


Prawdziwe aggiornamento


Wielu duchownych traciło zapał i oczekiwało upragnionej emerytury. Zaniepokojony obrotem spraw i postawą Pawła VI, kardynał Alfredo Ottaviani wyznał pod koniec soboru, że wolałby jak najszybciej umrzeć by mieć pewność, że umiera jeszcze w Kościele katolickim. Marceli Lefebvre nie zamierzał bezczynnie przyglądać się tej „odnowie” i ratował co mógł – wciąż wizytował misje prowadzone przez „duchaczy”, reorganizował seminaria i stawiał na formację kapłanów. Ponad wszystko stał jednak na straży czystości wiary i dyscypliny kościelnej. Był zaniepokojony postępującą rebelią. Wielu coraz częściej mówiło o potrzebie zastąpienia „misji” w „dialog ekumeniczny”. Postępowała laicyzacja życia kapłańskiego. Lefebvre przypominał, że sutanna „oznacza oddzielenie od świata i zawiera świadectwo dane Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi”. „Strój świecki, rezygnacja z jakiegokolwiek świadectwa dawanego poprzez strój wyraźnie oznacza brak wiary w kapłaństwo, brak szacunku dla zmysłu wiary bliźnich, a ponadto tchórzostwo, brak odwagi w bronieniu własnych przekonań”. „Naszego aggiornamento – wołał Lefebvre w 1965 r. – nie przeprowadzajmy w duchu neoprotestantyzmu niszczącego źródła świętości. Niech kierują nami święte pragnienia, które były motorem życia wszystkich świętych dokonujących reform i odnowy z miłości do Chrystusa Ukrzyżowanego, zachowujących posłuszeństwo, ubóstwo i czystość. W ten sposób zdobyli ducha poświęcenia, ofiary i modlitwy, które uczyniły z nich apostołów”. Pod koniec 1968 r. „duch odnowy” na dobre zagościł w Zgromadzeniu Ducha Świętego. Nie mogąc się z tym pogodzić abp Lefebvre złożył dymisję.

W obronie mszy

W tym czasie pod wodzą zaprzyjaźnionego z papieżem ks. Annibale Bugniniego eksperymentowano z liturgią mszalną. Kiedy podczas synodu biskupów w 1967 r. ów prałat zaprezentował efekty swojej pracy wielu biskupów było zdumionych tym, co zobaczyli, a niektórzy z nich – jak kardynał Josyf Slipij – w proteście opuścili Kaplicę Sykstyńską. Całość tego eksperymentu przypominało raczej protestanckie nabożeństwa, które są jedynie „pamiątką Ostatniej Wieczerzy”, a nie uobecnieniem tej samej ofiary, jaką na Kalwarii złożył Pan Jezus. Usunięcie z mszy modlitw pokutnych, znaków krzyża, odwołań do Trójcy Przenajświętszej, wyrzucenie tzw. Kanonu sięgającego czasów apostolskich, odłączenie ołtarza od tabernakulum i usytuowanie kapłana tyłem do Najświętszego Sakramentu, a nawet zmiana formuły konsekracyjnej niszczyły dwutysiącletnią tradycję liturgiczną Kościoła i miały zbliżyć katolików do protestantów. Max Thurian z ekumenicznej wspólnoty w Taizé szczerze wyznał: „jednym z owoców tego będzie fakt, iż wspólnoty niekatolickie będą mogły celebrować Wieczerzę Pańską, używając tych samych modlitw, co Kościół katolicki. Teologicznie jest to możliwe”. Wśród oglądających kolejne wersje mszy przygotowanej przez papieskiego liturgistę był także abp Lefebvre. „Słuchając tego godzinnego wykładu – wspominał – mówiłem sam do siebie: «To niemożliwe, żeby ten człowiek cieszył się zaufaniem Ojca Świętego, że to właśnie jego Papież wybrał, aby przeprowadzić reformę liturgii!» Mieliśmy przed sobą człowieka, który z pogardą i wręcz niewyobrażalną bezceremonialnością deptał wielowiekową liturgię. Byłem zdruzgotany. Zwykle dość łatwo przychodzi mi publiczne zabieranie głosu, jak to czyniłem na przykład podczas soboru. Ale tym razem nie miałem sił, aby podnieść się z miejsca. Słowa uwięzły mi w gardle”. Protestowali inni – zakonnicy, biskupi i kardynałowie. Na nie wiele się to zdało. Paweł VI i tak wprowadził nowy obrzęd mszy, którą określił mianem „zgromadzenia ludu Bożego, który jednoczy się pod przewodnictwem kapłana, aby celebrować pamiątkę Pańską”. Wstrząśnięci tym kardynałowie Antonio Bacci i Alfredo Ottaviani napisali do papieża, że nowa msza „tak w całości, jak w szczegółach, wyraźnie oddala się od katolickiej teologii mszy świętej”.

„Biskup faszystów”

Opór przeciwko mszy Pawła VI legł u podstaw założenia w latach 1969-1970 Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X. Wspierany przez wielu kapłanów i hierarchów (również w Watykanie) przy aprobacie dwóch lokalnych biskupów, abp Lefebvre założył w Szwajcarii pierwszy dom i otworzył seminarium duchowne. Do tego czasu katolicki ruch tradycjonalistyczny na całym świecie działał w rozproszeniu, choć skupiał dziesiątki tysięcy wiernych i setki kapłanów. Lefebvre chciał przede wszystkim ratować kapłaństwo i mszę: „zasadniczą przyczyną obecnego kryzysu Kościoła jest bowiem osłabienie kapłaństwa. Kapłaństwo zaś jest skoncentrowane na Świętej Ofierze Mszy”. Otwarciu seminarium w Econe od samego początku towarzyszyły kłopoty. Dyscyplina, noszenie sutanny, tradycyjna teologia, „stara liturgia” a nade wszystko rzesze wiernych i dziesiątki powołań kapłańskich, zaniepokoiły wielu kościelnych liberałów, których „odnowione” seminaria opustoszały a kościoły świeciły pustkami. Za ich namową Paweł VI zażądał od abp. Lefebvre’a „przyjęcia nowego mszału jako konkretnego znaku posłuszeństwa”. O tym jednak nie mogło być mowy. Zatwierdzone wcześniej statuty Bractwa Św. Piusa X gwarantowały odprawianie mszy wyłącznie według rytu trydenckiego. W 1976 r. Paweł VI oznajmił, że nowy mszał „zastąpił” dawną liturgię i potępił arcybiskupa. Lefebvre stał się wówczas wrogiem publicznym. Zgodnie atakował go episkopat francuski, kurialiści rzymscy, postępowi katolicy w PRL spod znaku „Tygodnika Powszechnego”, a sowiecka „Izwiestia” określiła mianem „biskupa faszystów i nietolerancji”.

Duch Asyżu

Jednak postępujący ekumenizm jedynie utwierdzał Marcela Lefebvre’a w obranej drodze. Kardynałowie i biskupi, zgromadzeni w bazylice św. Pawła za Murami, zostali po raz pierwszy pobłogosławieni przez anglikańskiego „prymasa”. Paweł VI zaczął propagować potępioną przez swoich poprzedników ideę „Kościołów siostrzanych”, uznając, że Kościół jest rzekomo „wewnętrznie podzielony”. „Ekumenizm nie jest misją Kościoła – odpowiadał Lefebvre – Kościół nie jest ekumeniczny, Kościół jest misyjny. Kościół misyjny ma na celu nawracanie, Kościół ekumeniczny ma zaś na celu szukanie prawdy pośród błędów i tym się zadowala. Oznacza to zaprzeczenie prawdzie głoszonej przez Kościół. Z uwagi na ów ekumenizm, nie mówi się już o wrogach Kościoła. Ci, którzy tkwią w błędach, są teraz naszymi braćmi. W konsekwencji nie ma już potrzeby walki z błędami. Mówi się nam: «zaprzestańmy walk!»”.

Niepokornemu arcybiskupowi wydawało się, że gorzej już być nie może. Dlatego też z nadzieją powitał wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Papież pochodził z Polski, a więc uchodził za konserwatystę. Już w listopadzie 1978 r. Jan Paweł II przyjął Lefebvre’a, który zapewnił, że jest gotów „zaakceptować Sobór odczytywany w świetle Tradycji”. Papież wydawał się dość otwarty na „eksperyment Tradycji”. Jednak, ku zdumieniu wielu tradycjonalistów „polski papież” nie tylko kontynuował dialog ekumeniczny, ale wprowadził go na zupełnie nowe tory. Spotkanie religii w Asyżu w 1986 r. było dla wielu prawdziwym wstrząsem. Wikariusz Chrystusa zrównany z wyznawcami innych religii. Animiści przynieśli swoje węże, Indianie oddawali się czarom i wzywali duchy, a w jednym z kościołów przeznaczonych na ów „dialog” uczniowie Dalajlamy postawili na tabernakulum posąg Buddy! „Poważne zgorszenie, we właściwym rozumieniu tego słowa, oznacza nakłanianie do grzechu – grzmiał Lefebvre – Poprzez ekumenizm, poprzez uczestnictwo w kulcie fałszywych religii, chrześcijanie tracą wiarę. I to jest zgorszenie. Katolicy nie wierzą już, że jest tylko jedna prawdziwa religia, jeden prawdziwy Bóg, Trójca Święta i Nasz Pan Jezus Chrystus”.


Operacja przetrwanie

Doświadczenie Asyżu na tyle poruszyło sumienie abp. Marcelego Lefebvre i jego przyjaciela z Brazylii – bp. Antonio de Castro Mayera, że zdecydowali się oni wyświęcić biskupów. O swoim zamiarze poinformowali Stolicę Apostolską. Rozpoczęły się długie rozmowy z kardynałem Josephem Ratzingerem, które w istocie zakończyły się fiaskiem. Podirytowany kolejną rundą rozmów z Ratzingerem, który zabiegał o akceptację przez tradycjonalistów nowej mszy, Lefebvre odpowiedział: „Wasza działalność zmierza do dechrystianizacji społeczeństwa i Kościoła, my zaś pracujemy nad jego chrystianizacją. Dla nas Nasz Pan Jezus Chrystus jest wszystkim, jest naszym życiem. Kościół to Nasz Pan Jezus Chrystus. Kapłan to drugi Chrystus, Msza jest tryumfem Jezusa Chrystusa poprzez Krzyż. Nasze seminarium jest całkowicie ukierunkowane na panowanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa. A wy czynicie coś zupełnie przeciwnego: Eminencja właśnie chciał mi dowieść, że Nasz Pan nie może i nie musi panować w społeczeństwie”. Decyzja została podjęta. 30 czerwca 1988 r. abp. Lefebvre i bp. de Castro Mayer bez mandatu papieskiego konsekrowali czterech biskupów za co spotkała ich ekskomunika. „Przekazałem wam, to co otrzymałem” – powiedział Lefebvre – Wydaje mi się, że słyszę głosy wszystkich papieży, począwszy od Grzegorza XVI, Piusa IX, Leona XIII, św. Piusa X, Benedykta XV, Piusa XI, Piusa XII mówiące: „Co wy robicie z naszym nauczaniem, z naszą pracą apostolską, z wiarą katolicką, chcecie ją porzucić? Czy pozwolicie jej zniknąć z tej ziemi? Chrońcie skarb, który wam powierzyliśmy. Nie porzucajcie wiernych, nie porzucajcie Kościoła! Zachowajcie ciągłość Kościoła! Od czasów bowiem Soboru, władze rzymskie przyjęły i wyznają to, co my potępiliśmy”.

Pośmiertny triumf?

Abp Marcel Lefebvre zmarł w marcu 1991 r. Jego zgromadzenie liczy dziś ponad 500 księży, 300 zakonnic i zakonników, blisko 1000 kościołów i kaplic, 6 seminariów duchownych i działa na wszystkich kontynentach. „Nie miałem specjalnego objawienia – przyznał wcześniej Lefebvre – i niestety nie jestem mistykiem. Działałem tak, jak wynikało z okoliczności”. Często powtarzał, że nie chce nic robić od siebie i dla siebie, chciał być zawsze sługą Chrystusa i Jego Kościoła, kochał ludzi i jednocześnie bronił prawdy katolickiej. „Co go pobudzało do działania?” – zastanawia się autor jego biografii, by za chwilę odpowiedzieć: „Bez wątpienia upór, dziedziczna cnota Flamandów, którą ten zaradny faber (robotnik, rzemieślnik, kowal) obdarzony był w dwójnasób, na co od trzech stuleci wskazywało nazwisko i zajęcia Lefebvrów. Można by chyba uznać to wręcz za klucz do wyjątkowego losu tego dostojnika, przedstawianego w mediach jako typowy „samotny rycerz”, mimo, że on sam zawsze podkreślał, że nigdy nie zwykł postępować wedle osobistego uznania”.

Dwadzieścia lat po jego śmierci historia coraz częściej przyznaje mu rację. Benedykt VI coraz częściej piętnuje relatywizm doktrynalny, upadek dyscypliny i destrukcję liturgii w Kościele. Jeszcze zanim Joseph Ratzinger wstąpił na Tron Piotrowy diagnozował kryzys w Kościele w sposób, który zbliżał go do stanowiska Bractwa Św. Piusa X. Osobiście powrócił nawet do liturgii trydenckiej, którą publicznie odprawiał m. in. we Francji i w Niemczech. Jednocześnie już od lat osiemdziesiątych kardynał Ratzinger mówił, że mimo Soboru Watykańskiego II, który zapowiadał „wiosnę Kościoła”, doszło do „zapaści w wielu sferach”, które sięgają „samych korzeni Kościoła”. Nie wahał się wyznać, że nastąpił wręcz „wewnętrzny rozłam Kościoła”, który stał się „jednym z najpilniejszych problemów naszych czasów”. „Jesteśmy zajęci ekumenizmem i zapominamy przy tym, że Kościół podzielił się w swoim wnętrzu” – mówił Ratzinger. Ubolewał przy tym, że „rozumienie Kościoła zostało u katolików zrelatywizowane. Nie chcą oni dalej uznawać, że Kościół daje im autentyczną gwarancję prawdy”. Najbardziej dramatyczny opis stanu Kościoła sformułował niemal w przededniu swojego wyboru na Stolicę Piotrową. Dnia 25 marca 2005 r. odczytano tekst rozważań, które kardynał Ratzinger przygotował na wielkopiątkową drogę krzyżową w rzymskim Koloseum. Dla wielu słowa te brzmiały wręcz szokująco: „Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź, łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Ale to my sami je zbrukaliśmy! To my zdradzamy Cię za każdym razem, po wszystkich wielkich słowach i szumnych gestach. Zmiłuj się nad Twoim Kościołem”. Nie przypadkowo tekst rozważań opisujący kondycję współczesnego Kościoła trafił rychło na sztandary katolickich tradycjonalistów, a w rozmowach ze Stolicą Apostolską odwoływał się do nich bp Bernard Fellay – przełożony generalny Bractwa Św. Piusa X.

W 2007 r. ogłosił motu proprio Summorum Pontificum, które bez ograniczeń zezwala każdemu księdzu na odprawianie mszy trydenckiej. Na początku 2009 r. następca św. Piotra polecił ogłosić dekret o „zwolnieniu” z kary ekskomuniki biskupów wyświęconych przez abp. Lefebvre w 1988 r. Papież zaprosił Bractwo Św. Piusa X do rozmów, które mimo burz i wichur wciąż trwają…


Sławomir Cenckiewicz


Sławomir Cenckiewicz (ur. w 1971 r.) - historyk, autor wielu publikacji naukowych i źródłowych. Opublikował m.in.: "Oczami bezpieki. Szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeństwa PRL" (nagroda w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2005 r. oraz wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Brutusa w 2005 r.), "Tadeusz Katelbach (1897-1977). Biografia polityczna" (Nagroda im. Jerzego Łojka w 2006 r.), "Sprawa Lecha Wałęsy" (wyróżniona nagrodą w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2009 r.), "Śladami bezpieki i partii. Studia. Źródła. Publicystyka i Gdański Grudzień ‘70. Rekonstrukcja. Dokumentacja. Walka z pamięcią", "Anna Solidarność".


Źródło informacji: FRONDA.pl


_________________________


POLEMIKA Z TYM TEKSTEM TOMASZA TERLIKOWSKIEGO I KSIĘDZA JANA ROSŁANA


Tomasz Terlikowski: Lefebvre, Jan Paweł II i Vaticanum II


ks. Jan Rosłan: Apologia abp. Lefebvre’a

Printfriendly

______________________________________________________________________
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny. 
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________