_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modernizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modernizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2019

Ks. dr Maciej Sieniatycki: System modernistów




Modernizm jest dzieckiem najnowszych czasów. Począł się we Francji, stąd rozszerzył się na Włochy, Anglię, w nieznacznej mierze na Niemcy, jeszcze mniej na inne kraje. We Francji głównym przedstawicielem modernizmu jest X. Alfred Loisy, ur. w r. 1857, najpierw proboszcz, potem profesor w Instytucie katolickim w Paryżu, zasuspendowany przez Rzym w r. 1909 i w tym samym roku mianowany przez rząd francuski profesorem w szkole państwowej w College de France. Obok niego, we Francji, z wybitniejszych modernistów księży należy wymienić: Houtin, Laberthonnière, Turmel; ze świeckich: Le Roy, Blondel, Fonsegrive. W Anglii głową modernistów był Jerzy Tyrrel, przez 26 lat Jezuita, poczym wydalony z Zakonu, suspendowany przez Rzym, umarł 11 lipca 1909 r. We Włoszech wysunęli się na czoło ks. Romolo Murri i hr. Antoni Fogazzaro, ten ostatni znany powieściopisarz, autor wziętej na indeks powieści "Il Santo". Niemcy nie mają zbyt głośnych przedstawicieli modernizmu. Zasady modernistyczne głoszą z więcej znanych: Gebert, Schnitzer, Funk, Koch. U nas w Polsce oprócz bałamutnych, z wielkim bombastem, w duchu liberalno-modernistycznym pisanych broszur Antoniego Szecha (O. Wysłouch) objawów modernizmu tak jakby nie było (1). Jak wiadomo, błędy modernistyczne w liczbie 65 zdań zostały potępione w Nowym Syllabusie, dekretem Kongregacji Inkwizycji "Lamentabili", zatwierdzonym przez Piusa X z 14 lipca 1907. Za Syllabusem poszła Encyklika "Pascendi" z 8 września 1907 r. Propaganda modernizmu i po encyklice Pascendi nie ustała, choć niezbyt wielkim cieszy się powodzeniem.

Zdaje się nawet, iż istnieje międzynarodowy związek modernistów. "Berliner Tageblatt" z 2 marca 1910 mówi o Związku Modernistów w Niemczech, świeckich i duchownych, do którego należą reprezentanci wszystkich niemal krajów niemieckich. Od r. 1910 wychodzi w Genewie "Revue moderniste internationale", co by świadczyło o międzynarodowej łączni między modernistami. Po tym krótkim historycznym szkicu modernizmu, przejdźmy do systemu modernistycznego.

* * *

Twórcy modernizmu chcieli pogodzić katolicyzm z nowszymi prądami nauk świeckich. Myśl była chwalebna, ale jej inicjatorzy zapomnieli, że zgoda nie może nastąpić kosztem i ze szkodą religii katolickiej. Przejęci bałwochwalczą czcią dla nowoczesnych prądów naukowych, nie rozróżnili w nich błędu od prawdy, hipotezy od pewnika naukowego, ale przyjęli, bezkrytycznie, wszystko en bloc, za prawdy nienaruszalne, nie podlegające dyskusji, za bezcenną zdobycz nowszych wieków. Na ołtarzu całopalnym tej rzekomej wiedzy nie zawahali się złożyć prawd objawionych, jednej po drugiej.

Podstawy filozoficzne, na których się modernizm opiera, to agnostycyzm, immanencja i ewolucjonizm.

1. Najprzód agnostycyzm. Osnowa apologetyki katolickiej jest mniej więcej taką: Jako przesłanki wiary objawionej udowadnia się argumentami rozumowymi istnienie Boga; następnie możliwość i moralną konieczność objawienia. Religia objawiona legitymuje się faktami nadprzyrodzonymi, przede wszystkim cudami i proroctwami. Chrystus, który się ze swego Boskiego posłannictwa właśnie tak wylegitymował, założył Kościół nieomylny, więc we wszystko, co ten Kościół za prawdy objawione podaje, trzeba bez wahania wierzyć.

Przyszli tymczasem moderniści. Powiadają, iż tą drogą nie można poznać Boga, ani dojść do religii. Czemu? Bo Kant, Schleiermacher i inni orzekli, iż rozum może poznać tylko rzeczy pod zmysły podpadające, doczesne, fakty, które się wydarzają w obrębie świata zmysłowego. Wszystko, co nadzmysłowe, wychodzi poza sferę poznania rozumowego. Wszelkie więc konkluzje, czy to ze świata widzialnego, czy z tzw. faktów cudownych, na przyczynę nadzmysłową, jak Bóg, dusza, objawienie, mają tylko wartość subiektywną. Cuda, proroctwa, objawienie się Bóstwa zewnątrz nas, rozumowe dowody na istnienie Boga, duszy nieśmiertelnej itp., to zdaniem modernistów broń dziś przestarzała, wobec odkryć nowoczesnej nauki, broń, którą trzeba przekuć na inną lub przekazać do muzeum starożytności, bo biada każdemu, kto by w dzisiejszej walce chciał się nią posługiwać – zginie niechybnie, a z nim religia, której chciał bronić!

Tak orzekli moderniści, a tymczasem Sobór Watykański orzekł uroczyście: "Jeśliby kto twierdził, że Boga jednego i prawdziwego, Stwórcy i Pana naszego, ze stworzeń, światłem przyrodzonego rozumu ludzkiego, poznać nie można, niech będzie wyklęty"; a dalej: "Jeśliby kto twierdził, że niemożliwą jest rzeczą, albo nie wypada, aby objawienie Boże pouczało człowieka o Bogu i czci Bogu należnej, niech będzie wyklęty" – i w końcu: "Jeśliby kto twierdził, że objawienie Boże znaki zewnętrznymi nie może się stać wiarogodnym – niech będzie wyklęty".

2. Ale wróćmy do śledzenia systemu modernistów. Skoro rozumem ani objawieniem nie możemy poznać Boga, to co mamy robić, viri fratres, mamyż zwątpić o możliwości dojścia do prawdziwej religii i czarnej oddać się melancholii? Bynajmniej, odpowiadają moderniści. Jest inna droga, która w zgodzie z dzisiejszą nauką zawiedzie nas do Boga i do prawdziwej religii. Drogą tą to immanencja.

Źródło religii leży w nas, pouczają moderniści, nie poza nami, w objawieniu wewnętrznym, nie zewnętrznym. Tak jak źródłem sztuki jest natura nasza, umiejąca odczuć piękno, tak i religii źródłem jesteśmy my sami. Tak jak pająk z siebie snuje swą nitkę, tak człowiek z siebie, z głębi swej duszy wydobywa pierwiastki religijne. W jaki sposób?

W duszy ludzkiej rozróżniają moderniści dwa stany, dwie jakby strefy, podświadomość i świadomość. Czymże jest podświadomość? Pod progiem świadomości znajduje się wyższa sfera życia, nie dochodząca w zwykłych warunkach do naszej świadomości. Anglicy, że to naród więcej na wodzie, niż na ziemi żyjący, przyrównują nasze ja do góry lodowej po morzu płynącej. Ukryta we wodzie część tej góry to podświadomość. Część widzialna, zaledwie ¹/9 objętości całej góry stanowiąca, odpowiada naszemu świadomemu ja.

Ta podświadomość jest zbiornikiem ukrytych uczuć, utajonych idei, jest spiżarką życia duchowego. Stamtąd od czasu do czasu, wśród szczęśliwych zewnętrznych i wewnętrznych okoliczności, wyłaniają się uczucia, wybuchają jak lawa z uśpionego na chwilę wulkanu, dochodzą do świadomości najrozmaitsze popędy, niespodziewane, nieoczekiwane, jakby nie nasze, ale od obcego ducha nam wlane. Akty podświadome to aktorzy za kulisami, oczekujący swego czasu, by wyjść na scenę i odegrać swą rolę. Tam to, w podświadomości jest kuźnica takich uczuć, jak miłość, nienawiść, tam siedziba przesądów, źródło snów, mistycyzmu, hipnozy, histerii itp. W tej to także podświadomości znajdują się najpowszedniejsze z uczuć, uczucia religijne. Co je wywołuje z podświadomości i jakimi aktami się objawiają? Wywołują je różne potrzeby, drzemiące na dnie duszy ludzkiej. Człowiek doznaje uczucia zależności od wszechświata, pragnie szczęścia, boi się nieszczęść, zniszczenia. Odczuwa potrzebę ideału, której tu na ziemi nic zaspokoić nie może, tęskni za nieskończonością, za ciasno mu na świecie, wyrywa się do prawdy, do doskonałości. Otóż te potrzeby i pragnienie ich zaspokojenia wypędzają z podświadomości uczucia religijne. Zjawia się w duszy człowiekowi Bóstwo. Człowiek, wiedziony wrodzonym mu instynktem, intuicją serca, odczuwa obecność Bóstwa, czuje się z nim złączonym, jest głęboko przekonany, że to Bóg się mu objawił i niczym nie da sobie wyrwać tego przekonania. W taki to sposób, odczuciem, własnym doświadczeniem dochodzi się do poznania Boga. Nie przez rozumowe dowodzenie, ani nie przez zewnętrzne objawienie przekonujemy się o istnieniu Boga, ale przez bezpośredni kontakt z Bóstwem, nie wyrozumowujemy istnienia Boga, ale odczuwamy. Czucie, nie rozum, jest władzą duszy do Boga wiodącą.

Przylgnięcie do tego uczucia stanowi wiarę. Ani objawienie zewnętrzne, ani autorytet ludzki nie mogą zrodzić wiary w człowieku. Gdy w naturze człowieka nie ma oddźwięku, nastroju na słyszaną naukę, to ona w nim nie może się zakorzenić. Żądanie wiary dla objawienia zewnętrznego lub autorytetu Kościoła, jeśli mu nie towarzyszy objawienie wewnętrzne, odczuciem doświadczone, nazywają moderniści ujarzmieniem myśli ludzkiej, tyranią ducha. Nie trzeba atoli sądzić, żeby moderniści wykluczali ze swego systemu nauczanie zewnętrzne. Owszem oni uznają, iż rozszerzenie się religii, jak żydowska, chrześcijańska, nie dokonało się bez nauczania, bez wpływu osobistego założycieli tych religii: Mojżesza i Chrystusa. Były to osobistości, szczególnie przez Boga uprzywilejowane, w których potrzeba Bóstwa, ów popęd religijny ludzkości doszedł do punktu kulminacyjnego. Dlatego oni lepiej niż inni odczuli Bóstwo i temu odczuciu dali wyraz w nauczaniu, budząc w ten sposób podobne odczucie Bóstwa w innych. Nie cudami, nie rozumowaniem przekonał Chrystus swych słuchaczów, lecz udzieleniem im swoich wewnętrznych doświadczeń, które podobne w nich budziły doświadczenia. Odczuli w Chrystusie objawienie się Bóstwa, dlatego do niego przylgnęli. Ewangelia Chrystusowa wyszła z bezpośredniej świadomości objawiającego się mu Bóstwa. Jezus dał nam ewangelię, która odpowiadała głębi jego serca. Bóg w ten sposób się objawia, że powołuje od czasu do czasu takie wybitne osobistości, jak Mojżesz i Chrystus, które odczuwają potężnie Bóstwo i udzielając tej świadomości innym, budzą w nich podobne doświadczenia i w ten sposób wyżłobiają w ludzkości pewien religijny kierunek...

Zanim pójdziemy dalej w przedstawieniu systemu modernistów – oto kilka słów krytyki owej immanencji modernistycznej.

Pomijam, bo to aż nazbyt widoczne, że modernizm stoi w rażącej rozbieżności z nauką katolicką, kiedy zaprzecza możliwości objawień zewnętrznych. Również i to widocznym, że modernizm znosi różnicę między religią naturalną a objawioną. Wszak objawienia modernistów są tylko ewolucją drzemiących na dnie duszy naturalnych, religijnych uczuć. Nie ma więc różnicy między prawdami naturalnymi a objawionymi. Wszystkie są naturalne, bo są wyrazem naturalnego rozwoju duszy ludzkiej. Zwracam tutaj na to uwagę, że uczucie, instynkt, intuicja serca, wewnętrzne objawienia w guście objawień modernistycznych nie mogą nam dać żadnej pewnej rękojmi, iż religia na nich oparta jest prawdziwą. Wszak historia poucza, iż owe stany duszy, ile razy nie były kierowane i kontrolowane rozumem, stawały się źródłem najoczywistszych złudzeń.

Metodyści, Kwakrzy, Mormoni i tylu, tylu innych fanatycznych sekciarzy tyle umieją opowiadać o rzekomo doznanych wewnętrznych objawieniach i doświadczeniach religijnych, tak są pewni obiektywnej wartości tych objawień, a przecież ulegają tylko złudzeniom. W dziwną doprawdy anomalię duszy ludzkiej na polu religijnym każą nam wierzyć moderniści. Kiedy wszystkich spraw ludzkich rozum jest kierownikiem, kiedy codzienne doświadczenie poucza, że uczucie samopas puszczone niemal zawsze przynosi człowiekowi szkodę, kiedy świat dzisiaj przed rozumem jak przed bożyszczem bije czołem, – to w jednej religii, w sprawie dla człowieka najważniejszej, gdzie omyłka nieobliczone może przynieść szkody, ślepe uczucie, widziadła, nieokiełzaną fantazją wywołane, objawieniami zwane, mają być ostatnią wyrocznią, najwyższym kryterium prawdy! Jeśli uczucie ma być w sprawach religijnych jedynym, przed rozumem nieodpowiedzialnym sędzią, to tym samym znika wszelka obiektywna norma odróżnienia prawdziwej od fałszywych religii, tym samym uprawnione są i z góry rozgrzeszone wszystkie dziwactwa powstałe pod wpływem rozpalonego uczucia religijnego. "Nauka o doświadczeniu" – mówi Encyklika Pascendi – "kładzie na każdej religii, nie wyłączając i pogańskiej, znamię religii prawdziwej. Bo czyż nie napotyka się w każdej religii tego rodzaju doświadczeń? – wielu to potwierdza. Jakim prawem odmówią moderniści uznania doświadczeniu, które wyznaje religia mahometańska, a obronią doświadczenie jedynie prawdziwe u katolików?".

Bezpośredniego kontaktu z Bogiem nie doświadczają i najlepsi chrześcijanie, ani nawet Święci. Powołują się wprawdzie moderniści, dla poparcia swego systemu, na mistyków, którzy odczuwali obecność Boga. Były to atoli rzadkie i wyjątkowe dary łaski. Że nie był to stan naturalny, dowodzi tego rzadkość daru mistycznego. Gdyby to był dar naturalny, to wszyscy posiadający zdrowe władze umysłowe, musieliby odczuwać obecność Bożą, tak jak wszyscy, posiadający zdrowe oczy, widzą przedmiot zabarwiony.

3. Trzecim elementem modernizmu to ewolucja.

Religia to jeden z objawów życia. Wywołują ją potrzeby duszne. One powodują objawienia. Ale życie nie stoi w miejscu. Z głębin duszy tryskają coraz to nowe objawy życia. Jeśli religia jest tylko jednym z objawów tego życia, niepodobna, by ona sama była w zastoju. Stąd według modernistów ciągły rozwój pojęć religijnych, ciągły dopływ objawień. Ze wzrostem kultury nowe powstają potrzeby, a te znowu nowe wywołują objawienia. Stąd dawne, nie odpowiadające nowym warunkom, muszą ustąpić lub być wymienione na nowsze. I taka ewolucja religijna trwać będzie tak długo, póki tylko ludzkość na ziemi istnieć i rozwijać się będzie. Według nauki katolickiej objawienia ze śmiercią ostatniego z Apostołów ustały; rozwój nauki objawionej jest możliwym, ale jak mówi Wincenty Lirenejski, in eodem dogmate, eodem sensu eademque sententia – o czym poniżej będzie jeszcze mowa.

* * *

Poznaliśmy myśli zasadnicze, kierownicze systemu modernistycznego, przyjdzie nam teraz łatwo, na tym tle, zrozumieć poglądy modernistów na poszczególne kwestie religijne.

1. Czym jest Pismo św. i Tradycja dla modernistów? W pojęciu katolickim Pismo św. i Tradycja to źródła, z których Kościół św. w sposób nieomylny czerpie naukę Zbawiciela i do wierzenia nam ją podaje. Jedno i drugie źródło jest Boskiego pochodzenia. Pismo św. pod wpływem Ducha Świętego napisane, Tradycja to skarbnica prawd Chrystusowych, za wpływem tegoż Najświętszego Ducha niezmiennie przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Według modernistów w Piśmie św. trzeba rozróżnić materiał historyczny od materiału, który stworzyła wiara. Wszystko, co nadprzyrodzone, jak cuda, proroctwa, objawienia zewnętrzne, trzeba wyeliminować z Pisma św. i Tradycji jako dokumentów historycznych, a przekazać wierze. Nie dość na tym. Wszystko, co w Ewangeliach wystaje ponad ducha czasu, co nie wypłynęło z potrzeb ówczesnych ludzi, z ich charakteru, stanu kulturalnego, trzeba uważać nie za rzeczywistość, ale za wytwór wiary. Pismo św. i Tradycja to nie wyraz historycznych faktów czy osób, ale faktów przekształconych pod wpływem religijnego uczucia do niepoznania, wyidealizowanych, w sferę nadprzyrodzoną przeniesionych, choć w rzeczywistości nic nadprzyrodzonego w nich nie było. Krytyka historyczna musi dopiero z tego balastu osobistych zapatrywań wyławiać z mozołem okruchy faktów, by jako tako odtworzyć faktyczny stan rzeczy.

Dla ilustracji poglądów modernistów na Pismo św. i Tradycję, weźmy pod uwagę zapatrywania modernistów na osobę Chrystusa.

Kim jest Chrystus według modernistów? Trzeba rozróżnić, mówią, Chrystusa "historii" i Chrystusa "wiary", tj. Chrystusa w rzeczywistości istniejącego i Chrystusa wymarzonego przez uczniów i następne pokolenia pod wpływem uczuć religijnych. Chrystus rzeczywisty to największy z dotychczasowych geniuszów religijnych, większy niż Budda, Zoroaster, Mahomet, Mojżesz, większy, – ale nie Bóg, tylko człowiek. Odczuł on lepiej niż inni Bóstwo, nasz stosunek do niego i temu odczuciu dawał wyraz w nauczaniu, budząc w ten sposób podobne odczucie Bóstwa w innych. Objawienie się Bóstwa w Chrystusie dokonało się w stopniu niezwykłym. Cuda, proroctwa, mowy Chrystusa o swoim Bóstwie, o wszystkim zresztą, co nadprzyrodzone – o czym piszą Ewangelie – należy z Ewangelii usunąć, gdy idzie o Chrystusa rzeczywistego. Chrystus np. taki, jakim go przedstawia Ewangelia św. Jana, jest od początku do końca tworem rozmyślań pobożnych, ale nie osobą wziętą z rzeczywistości. Chrystus rzeczywisty nie był ani cudotwórcą, ani prorokiem, ani utrzymywał, że jest Bogiem. To wszystko trzeba odnieść do Chrystusa, jakiego wiara pierwszych wieków stworzyła. To zaś, co wiara tworzy, usuwa się spod badania naukowego, należy w dziedzinę religii. Wiedza bowiem i wiara chodzą różnymi drogami. Choć mówią o tym samym przedmiocie, to przedmiot wiary jest uczuciami religijnymi przepojony, wyidealizowany, w sferę nadprzyrodzoności przeniesiony. "Jeśli kto pytać będzie – powiada Encyklika – czy Chrystus prawdziwie czynił cuda i prawdziwie przewidział przyszłość, czy wstał z martwych prawdziwie i w niebo wstąpił, zaprzeczy mu agnostycyzm (modernista), przyzna wiara; z tego jednakże powodu żadnej pomiędzy nimi nie będzie walki. Bo raz zaprzeczy temu modernista jako filozof rozprawiający z filozofami, pojmując Chrystusa jedynie wedle rzeczywistości historycznej, drugi raz przyzna jako wierzący i przemawiający do wierzących, zapatrując się na życie Chrystusa, jakby ono rozwijało się przed nim po raz drugi z wiary i w wierze".

Ojcowie Kościoła, główny, jak wiadomo, przewodnik Tradycji, wcale nie Chrystusowe dogmaty podają potomności, bo takich skrystalizowanych dogmatów Chrystus nie zostawił w spuściźnie Kościołowi, ale przekazują kształtujące się w świadomości Kościoła zapatrywania religijne, a nieraz sami mozolnie i pracowicie się przyczyniają do skrystalizowania się objawień w świadomości Kościoła żyjących.

Szkoda tracić słów na wykazywanie, że takie okrawanie Pisma św. i dzieł Ojców, jak to czynią moderniści, w tym celu, aby je zmusić, by mówiły to, czego sobie życzą moderniści, wyrzucanie z nich wszystkiego, co nie odpowiada zapatrywaniom a priori powziętym, urąga pierwszym zasadom badań historycznych. Historyk uczciwy po naukowym zbadaniu autentyczności dokumentu historycznego przyjmuje materiał w nim zawarty bez względu na to, czy odpowiada jego filozoficznym poglądom, czy nie, czy fakty, osoby, o których w dokumencie mowa, wystają ponad ducha czasu, czy nie. Chrystus, nauka Jego, czyny Jego, Kościół katolicki – tak wystają ponad stan cywilizacyjny czasów swego powstania, że chcieć to wszystko wtłoczyć w ówczesne stosunki ludzkie, chcieć wytłumaczyć naturalnym rozwojem tych stosunków, – na to trzeba być ślepym fanatykiem z góry powziętych uprzedzeń filozoficznych, a nie rzetelnym historykiem.

2. Czym jest Kościół według zapatrywań modernistów? Chrystus zdaniem ich wcale nie miał na myśli zakładać organizacji tak skonsolidowanej, jaką dzisiaj jest Kościół katolicki. Kościół katolicki sam się wytworzył z biegiem wieków, jako naturalne zespolenie się tych wszystkich, w których idee Chrystusowe znalazły oddźwięk, wzbudziły i do świadomości przywiodły tkwiące w nich, ale jeszcze nieuświadomione, podobne do Chrystusowych duszne nastroje i spowodowały podobne objawienie się w nich Bóstwa. Chrystus i to Chrystus wiary, tj. taki, jakiego sobie wyobrazili jego uczniowie i późniejsi wierni, różniący się od rzeczywistego, jak ideał od rzeczywistości, ten Chrystus może być nazwany najwyżej pośrednim założycielem Kościoła tak, jak każdy ideolog jest twórcą instytucji, której powstaniu przez swe idee dał impuls, choć inni ją do życia powołali. Nie ustanowił też Chrystus hierarchii kościelnej, ona sama wypłynęła z natury społeczności kościelnej. Mylnym też jest mniemanie, jakoby Chrystus nadał hierarchii kościelnej formę monarchiczną.

Władza kościelna, jeśli nie chce stać się anomalią i wejść w konflikt z dzisiejszym stanem kultury, musi sama ulec demokratyzacji, musi część swych przywilejów odstąpić klerowi niższemu, a nawet świeckim – słowem gruntowna decentralizacja władzy musi być spiesznie w Kościele przeprowadzona. Encyklika Pascendi tak po mistrzowsku kreśli zapatrywania modernistów na władzę kościelną: "W wiekach dawniejszych mniemano błędnie, że Kościół z zewnątrz, bezpośrednio od Boga otrzymał władzę, stąd słusznie uważano ją za autokratyczną. Ale obecnie pogląd to przestarzały. Jak Kościół wedle ich zapatrywań powstał z zespolenia samowiedzy, tak podobnie wypłynęła władza z Kościoła samego. Władza więc, jak i Kościół, dźwiga się z samowiedzy i stąd od niej zależy; jeśli zależnością tą gardzi, zamienia się w samowładztwo. Żyjemy przecież obecnie w czasie, w którym poczucie wolności najzupełniej się rozwinęło... Jeśli więc Kościół nie chce w sumieniach ludzkich rozbudzić i rozpłomienić walki wewnętrznej, winien demokratyczny przybrać ustrój, tym więcej, że zagraża mu zguba, jeśli tego nie uczyni. Bo trzeba by zaprawdę być z rozumu obranym, aby sądzić, że w poczuciu wolności, istniejącym obecnie, nastąpi zwrot kiedykolwiek. Skrępowane i powstrzymywane przemocą, wybuchnie tym gwałtowniej i zburzy Kościół i religię równocześnie". Miejsce zdetronizowanego papieża i biskupów chcieli w tym demokratycznym Kościele zająć oczywiście moderniści. Wczas odkrył Pius X ich zamiary, co wywołało u nich łatwo zrozumiałe oburzenie, jako oddźwięk zawiedzionych nadziei!

"Państwo... należy rozdzielić od Kościoła, katolika od obywatela. Stąd katolik, ponieważ jest zarazem obywatelem, ma prawo i obowiązek, z pominięciem powagi Kościoła, z nieuwzględnieniem jego życzeń, wskazówek i przykazań, nawet z lekceważeniem jego nagan, pełnić to, co wedle jego mniemania przyczynia się do pożytku państwa. Nadużyciem władzy kościelnej, które wszystkimi siłami należy usunąć, byłoby podawanie z jej strony obywatelowi normy działania".

Papież i biskupi nie są wcale nieomylnym Kościołem nauczającym, bo normą najwyższą wiary, to zbiorowa świadomość religijna, jaka się w pewnym okresie w Kościele wytwarza, a która jest wyrazem wewnętrznych objawień Bóstwa. Papieżowi i biskupom nic innego nie pozostaje, jak tylko do tej świadomości zgłosić swój akces. Chyba dość jasne, że tego rodzaju pojęcia o Kościele Chrystusowym, o jego organizacji, o urzędzie nauczycielskim – nie są katolickimi.

3. Czym jest dogmat w pojęciu modernistów i na czym polega u nich ewolucja dogmatu?

Przez dogmat w katolickim znaczeniu rozumie się pewną naukę, o której najwyższa powaga kościelna orzekła, że jest objawioną i dlatego należy ją za prawdę uznać, a przeciwną jej odrzucić.

Czy dogmat, przez Kościół ogłoszony, może ulec zmianie, innymi słowy, czy Kościół uznaje rozwój swoich dogmatów? – Uznaje, ale nie w tym znaczeniu, jakoby rozwój dogmatu polegał na "przyroście, po śmierci ostatniego Apostoła, nowo objawionej prawdy lub skasowaniu dawnej definicji dogmatycznej lub na zmianie sensu dawnego dogmatu".

Na czymże więc polega ów rozwój dogmatu?

a) Rozwój dogmatu może na tym polegać, że Kościół ogłasza jako dogmat prawdę objawioną przez Chrystusa, ale która nie była dawniej z takim naciskiem, jak później, w Kościele przepowiadana. Między prawdami bowiem objawionymi są pewne, których zawsze z naciskiem uczono – to są prawdy, zawarte w Składzie Apostolskim. Inne, których znajomość na razie mniej była wiernym potrzebną, zostały niejako na drugim planie nauczania kościelnego. Potrzeby jednak czasu się zmieniają i dlatego mogło się stać, że prawda pewna, przedtem mniej podkreślana w nauczaniu kościelnym, nagle lub zwolna na pierwszy plan się wybiła. Przyczyną tego przesunięcia się prawd były zwykle herezje lub wątpliwości, w łonie samego Kościoła obudzone, czy pewna prawda jest objawioną, czy nie.

b) Rozwój dogmatu mógł dalej na tym polegać, że prawdę objawioną ujęto w pewną formułę lub użyto na jej określenie technicznego wyrazu. Bóg nie objawił ludziom systematycznie ułożonej dogmatyki ze stałymi wyrażeniami i naukowymi pojęciami, ale dostosował się do stanu umysłowego pierwszych odbiorców objawienia. "Ponieważ mowa ludzka i pojęcia się zmieniają, dlatego było rzeczą wielkiej wagi nadać prawdom wiary pewną stałą formę, aby razem ze zmianą mowy i pojęć same prawdy nie uległy zmianie. Kościół tedy ustalił terminologię".

c) Rozwój dogmatu mógł polegać na wyciągnięciu konkluzji z prawd wyraźnie objawionych lub z dogmatów przedtem zdefiniowanych.

d) Wreszcie rozwój dogmatów polega na przystosowaniu prawd objawionych do praktycznego życia i do poszczególnych potrzeb ludności. Rozwój dogmatu w tym ostatnim znaczeniu zmierza do zapuszczenia coraz głębiej swych korzeni w życie ludzkie, uświęcenia i uszlachetnienia ludzkości.

Taką jest nauka katolicka o dogmatach i ich rozwoju; jakie zaś są zapatrywania modernistów w tym względzie?

Objawienia się Bóstwa w nas nie podają nam szczegółowych prawd, jak je już skrystalizowane w dogmatach katolickich znajdujemy, ale tylko rzucają ogólne, bogate treścią i płodne w następstwa myśli o naszym stosunku do Boga, np. że Bóg jest Ojcem naszym, że się nami opiekuje, że chce swe królestwo założyć na ziemi itp. Skrystalizować te prawdy i niejako je rozdrobić, ująć w dogmaty jest rzeczą ludzką. Dogmaty to twory ludzkie. Kiedy pewne objawienie doszło do świadomości wielu ludzi, stara się ta świadomość zbiorowa ująć to objawienie, jeszcze nie dość jasne, w pewne formy, w pewien symbol. Teraz rozum zaczyna swą pracę. Nie wolno mu badać, czy owe objawienia od Boga pochodzą czy nie, czy są prawdziwe, czy fałszywe; nie ma on być ich sędzią, ale tłumaczem, analitykiem, ma szukać dla nich odpowiedniej zewnętrznej szaty, wyrazu, symbolu. Ten symbol, gdy zostanie przez Kościół zatwierdzony, staje się dogmatem. Dogmaty więc są tylko symbolami pewnych objawień. Dogmaty te nie zawierają bezwzględnej prawdy i to z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, bo bezwzględnej prawdy nie ma, jest tylko względna. Wszak prawda religijna to tylko jeden z objawów życia, a to ciągłej fluktuacji, zmianie podlega, a z nim i prawda. To, co dziś jest prawdą, objawieniem religijnym, wskutek nowych potrzeb życia, wyższego stanu kultury może przestać być prawdą, musi być inną zastąpione, jest prawdą tylko do czasu. Po wtóre, Bóg jest nieskończony w doskonałościach, stąd jedno objawienie Go nie wyczerpuje, ale nowe, doskonalsze mogą nastąpić, które swym blaskiem zaćmią tamte, dawne. A wreszcie, symbole dogmatyczne są urobione według pojęć czasów, w których powstały. Cały kulturalny poziom tych czasów w nich się odbija. Nic więc dziwnego, że noszą na sobie braki kultury minionych wieków. Są tylko nieudolnymi określeniami dobroci Bożej, jego ojcowskiego do nas stosunku. Stąd zawierają wiele przesady, nieścisłości, błędów. Muszą tedy w miarę nowych, dokładniejszych objawień o Bogu, jako też w miarę postępu zmieniać się i dogmaty. Stare formuły nie obejmą już nowych prawd, nowe objawienia rozsadzą je. Jak długo jednak Kościół nie zmienia dogmatów, tak długo wierni powinni je wyznawać. Bo Kościół jest siłą zachowawczą tradycji. Działalność jego w tym względzie w pewnych granicach jest uprawnioną i zbawczą. Siła bowiem, rwąca do postępu, mogłaby rozwój religijny sprowadzić z drogi tradycją wskazanej. Władza więc kościelna dobrze robi, że ową siłę, prącą do postępu, miarkuje. Z drugiej atoli strony Kościół nie powinien tamować rozwoju dogmatów. Kiedy w samowiedzy ludzi prywatnych, lepiej odczuwających Bóstwo, niż władza, nowe objawienia się ukażą, Kościół powinien się z tym liczyć, nie upierać się przy dawnych dogmatach, ale dla nowych objawień nowych poszukać formuł, słowem nowe ogłosić dogmaty. Moderniści właśnie siebie uważają za narzędzie nowych objawień, a wywieranie nacisku na Władzę kościelną, by w kierunku tych objawień zmieniła dogmaty, uważają za swój obowiązek. "Łatwo stąd zrozumieć, czemu się moderniści tak dziwią, skoro się ich zgani, albo ukarze. Co im się poczytuje za winę, to oni za święty swój obowiązek uważają. Nikt nie ma lepszej potrzeby samowiedzy jak oni, bo bezpośredniej ją odczuwają, niż władza kościelna. Gromadzą więc niejako w sobie one potrzeby i stąd zniewala ich obowiązek, aby podnosili głos publicznie i pisali. Niech ich gani władza, jeśli się jej podoba, oni na poczuciu obowiązku się opierają i z wewnętrznego wiedzą doświadczenia, że nie zasługują na nagany, ale na pochwały. ...Nie zrażają się do władzy, choć im sprawia przykrości... Skarżą się jedynie, że się ich wcale nie słucha; w ten sposób wstrzymuje się ruch duchowny, ale przyjdzie z całą pewnością godzina, że ustanie zwłoka, bo prawa rozwoju można zacieśnić, ale nie można ich zniszczyć".

* * *

4. Dla uzupełnienia poglądów modernistycznych musimy jeszcze przypatrzyć się choć jednemu punktowi etyki modernistów. Encyklika Pascendi, mówiąc o reformatorskich zapędach modernistów, ich projekt reformy moralności chrześcijańskiej tak przedstawia: "W sprawie obyczajów przyswajają sobie zasadę amerykanizmu, że cnoty czynne przenosić trzeba nad cnoty bierne i rozwijać je przez ich wykonywanie". Kilka słów dla objaśnienia tego określenia. Amerykanizm, to system religijny, propagowany głównie przez X. Izaka Haeckera, najprzód Redemptorystę, potem kapłana kongregacji Paulistów, † 1888 r. Dzielił on cnoty na bierne i czynne. Do cnót biernych zaliczał np. pokorę, cierpliwość, łagodność, umartwienie, posłuszeństwo, czystość... w ogóle te wszystkie, które, zdaniem systemu, małej przy wykonywaniu wymagają energii, mało czynu. Cnoty czynne to te, które czynnością na zewnątrz się zaznaczają, ujawniają energię danego osobnika, dużo wymagają ruchliwości, jak np. cnota męstwa, ufności w swe siły, przedsiębiorczości itp. Twierdził O. Haecker, że cnoty bierne były pożądane w średniowieczu i jeszcze w czasie reformacji, gdy wybujałą indywidualność należało za pomocą biernych cnót trzymać w ryzach, ale dziś tego niebezpieczeństwa nie ma, a świat od sług ołtarza domaga się czynu. Epoka rzymskiego katolicyzmu, a więc hierarchii, dyscypliny, kultu zewnętrznego musi ustąpić katolicyzmowi anglo-saksońskiemu, katolicyzmowi siły, czynu, samodzielności. Dodawał, że cnoty bierne niwelują indywidualność ludzką, odbierają jej inicjatywę, cnoty zaś czynne rozwijają indywidualność, obrotność, samodzielność – a właśnie dziś potrzeba ludzi z takimi przymiotami. Jako curiosum, do jakich ekstrawagancji doprowadziła zasada cnót czynnych pewnych duchownych, może posłużyć cytat, wyjęty z artykułu pewnego kapłana, zamieszczony u O. Weissa "Religiöse Gefahr", str. 362. Autor wspomnianego artykułu tak sobie wyobraża ideał nowoczesnego kapłana-ascety: "Przez fałszywe pojęcie ascezy, powiada, jakie niegdyś panowało, niejeden stawał się moralnym karłem i niszczył całą swą indywidualność. Dziś musi się asceza w innym rozwinąć kierunku: spacer, bilard, gra w kręgle, w tennis, wiosłowanie, gimnastyka pokojowa itp.; także w kwestii systematycznych ćwiczeń ciała musi kler być solą ziemi. W ten sposób osiągnie się moralną silną świadomość, wytworzy się doskonała chrześcijańska indywidualność".

Amerykanizm został zganiony przez papieża Leona XIII w liście do kardynała Gibbonsa. Tenże wielki papież zbija, jak nikt inny lepiej, argumenty Amerykanistów. Na ich twierdzenie, że dzisiejsze czasy wymagają innych cnót niż czasy ubiegłe, odpowiada: "Tylko ten tak może mówić, kto przeocza słowa Apostoła: których przejrzał i przeznaczył, aby byli podobni obrazowi Syna Jego (Rom. 8, 29). Nauczycielem i wzorem wszelakiej świętości jest Chrystus; do Jego nauk ma się stosować, kto chce być zbawionym. A Chrystus nie zmienia się z biegiem wieków, ale jest ten sam wczoraj i dziś i na wieki. A zatem do ludzi wszystkich czasów stosują się Jego słowa: «Uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca»; zawsze staje przed nami Chrystus posłuszny aż do śmierci. Do ludzi wszystkich wieków odnoszą się słowa Apostoła: Którzy są Chrystusowi, ciało swe ukrzyżowali z namiętnościami swymi". Sam podział cnót na bierne i czynne spotkał się z naganą we wspomnianym liście papieskim. W rzeczy samej cnota, virtus, równoznaczna etymologicznie z męstwem, może być tylko czynną. Każda wymaga rozwinięcia energii w wysokim stopniu, a tzw. bierne może jeszcze więcej niż czynne. Zwycięstwo, odniesione nad sobą, nawet u pogan uchodziło za największe zwycięstwo. A temu właśnie zwycięstwu służą cnoty tzw. bierne.

Poddać swą samowolę przez posłuszeństwo przełożonym, woli Bożej, zdusić w sobie egoizm, ujarzmić w sobie zwierzę przez umartwienie, nałożyć pożądliwości oczu kaftan bezpieczeństwa przez wyrzeczenie się dóbr doczesnych, to wymaga energii, nieraz heroicznej. Cnoty bierne nie znoszą indywidualności, ale ją oczyszczają z wszystkiego, co w niej małego, niskiego, na urojeniu o swej wielkości, a nie na prawdzie opartego. Dość wspomnieć imiona takich Świętych, jak Franciszek Seraficki, Dominik, Ignacy Lojola, Franciszek Salezy, Alfons Liguori, Wincenty a Paulo – ile indywidualności, ile piękna w tych postaciach, a ile przy tym energii woli, heroizmu! A przecież to wszystko ludzie, którzy już ze swego zakonnego stanowiska musieli praktykować przede wszystkim cnoty bierne. Imiona te dowodzą także, że cnoty bierne nie tylko nie osłabiają energii w czynnej miłości bliźniego, w cnotach tzw. dziś socjalnych, przez Amerykanistów zwanych czynnymi, ale są ich źródłem, stamtąd te ostatnie czerpią swą siłę, wytrwałość, nadprzyrodzoną wartość, piękność. Tyle tylko idealizmu na świecie, ile ludzi wykonujących cnoty bierne! Stąd znowu – tak pięknie, głęboko i trafnie mówi Leon XIII: "Dałby Bóg, by większą była liczba tych, którzy wykonują cnoty, które Święci w ubiegłych czasach wykonywali, którzy przez swą pokorę, swe posłuszeństwo, swe umartwienie potężnymi się stali w słowie i czynie, nie tylko ku pożytkowi religii, ale całej ludzkości".

Moderniści, ponieważ wszystko wydaje się im w Kościele złem, a wydać się takim musi, bo na zasadach diametralnie przeciwnych ich zasadom oparto, wszystko na gwałt chcą reformować, oczywiście w duchu swych zasad. Filozofię scholastyczną pragną zastąpić nowoczesną filozofią na Kancie opartą. W teologii dogmatycznej spekulację scholastyczną ma zastąpić historia okrojona i spreparowana według systemu krytyki modernistycznej. Wprowadzenie do teologii dogmatycznej więcej pierwiastku pozytywnego i historycznego, niż było go dotąd, uznaje za potrzebne i Pius X, ale występuje przeciw rugowaniu scholastyki. "Dodajemy tu, że na pochwałę zasługują ci, którzy z niezłomnym poszanowaniem dla Tradycji Ojców Kościoła i nauczycielskiego urzędu Kościoła, usiłują na podstawie rozsądnego zapatrywania i zasad katolickich wyjaśnić światłem, zapożyczonym z prawdziwej historii, teologię pozytywną. Więcej z pewnością uwzględnić trzeba teologię pozytywną niż dawniej, ale to w ten sposób dziać się powinno, żeby na tym nie ucierpiała teologia scholastyczna". W obrzędach św. zmniejszyć należy wedle mniemania modernistów zewnętrzne formy nabożeństwa i rozrost ich powstrzymać. Władza kościelna, o czym już wspominaliśmy, ma ulec decentralizacji i demokratycznymi ideami przesiąknąć. "Twierdzą także – słowa Encykliki – że działalność władzy kościelnej w sprawach politycznych i społecznych należy zmienić, aby nie wkraczała w ustawy świeckie, ale się dostosowała do nich". W ogóle duch nowatorstwa, tak niebezpieczny w religii zawsze, jest cechą modernizmu, duch, "który w pogoni za oryginalnością – słowa Leona XIII – wyśmiewa pobożność wiernych, a głosi nowy rodzaj życia chrześcijańskiego, nowe przykazania kościelne, nowe duszy nowoczesnej aspiracje, nowe socjalne powołanie kleru, nowe miłosierdzie chrześcijańskie i wiele innych tego rodzaju nowości".

* * *

Oto system modernistów w zarysie przedstawiony. Już choćby z tego krótkiego szkicu widać, iż modernizm niszczy jeden dogmat za drugim. Bóstwo Chrystusa, cuda, Pismo św., Tradycja, Kościół, dogmat – słowem, wszystko, co podwalinę i istotę religii katolickiej stanowi, nie może się ostać wobec zasad modernizmu. Mówi wprawdzie modernizm o wierze w te prawdy, ale same te prawdy uważa lub uważać logicznie musi nie za rzeczywiste, obiektywne, lecz za wytwór uczucia, więc ostatecznie fantazji ludzkiej. Cała ta wiara ma urojenia za przedmiot, za podstawę nieokreślone, niekontrolowane, niesprawdzone, zmienne, jak powiew wiatru, uczucie ludzkie. Prowadzi konsekwentnie do zupełnego nihilizmu religijnego, do ateizmu. Jakże słusznie Pius X nazywa modernizm stekiem wszystkich herezji – omnium haereseon conlectum! "Zapewniamy – słowa Papieża – że gdyby ktoś był zapragnął zestawić wszystkie błędy przeciwne wierze, jakie kiedykolwiek się pojawiły, nie mógłby tego uczynić dokładniej, jak to uczynili moderniści w swym systemie. A nawet posunęli się dalej, niwecząc nie tylko religię katolicką, ale... niwecząc zupełnie religię wszelką". Błąd to tym niebezpieczniejszy, że się zasłania troską o dobro Kościoła. "Moderniści – mówi Pius X – z pozornej ku Kościołowi miłości... zuchwale narzucają się na odnowicieli Kościoła"... "Nie mija się z prawdą – słowa znowu Papieża – kto uważa modernistów za wrogów Kościoła, niebezpieczniejszych od wszystkich innych".

ks. dr Maciej Sieniatycki


(1) W duchu bardzo przychylnym modernizmowi jest pisana książka M. Zdziechowskiego: Pesymizm, romantyzm a podstawy chrześcijaństwa, Kraków 1915, zwłaszcza tom II, część IV i wstęp do dzieła.

–––––––––––

X. Dr. M. Sieniatycki. "System modernistów". Odbitka z "Gazety Kościelnej". Lwów 1916, str. 22. (a)

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Źródło informacji: http://www.ultramontes.pl

wtorek, 15 marca 2016

Ks. dr Czesław Sokołowski: Czy Przysięga antymodernistyczna jest dokumentem ex cathedra?


Pośród zawieruchy wojennej, jakiej bodaj nigdy świat nie oglądał, doszła do nas zrazu niepewna, rychło jednak potwierdzona, przebolesna w swej bezwzględności wieść, że papież Pius X nie żyje. 20 sierpnia 1914 roku osiemdziesięcioletni Ojciec chrześcijaństwa opuścił swą owczarnię. Odszedł Ten, któremu w epitafium położono słowa znamienne „Magister fidei – Doctrinas – Omnium errorum portenta – Renovantes – Damnatione confixit”. Bo też z imieniem Piusa X pozostanie na wieki nierozerwalnie spojona nazwa – „Pogromcy modernizmu” – „Malleus modernistarum”.

św. Pius X
Ale gdy gorliwy Gospodarz odszedł na dobrze zasłużony spoczynek, zły posiew nieprzyjaznej dla wiary ręki nie przestał wydawać skąpych wprawdzie, lecz bądź co bądź widocznych resztek zatrutego owocu herezji. Jeszcze wówczas, gdy Pius X ogłaszał swe wiekopomne zarządzenia antymodernistyczne – wołano, że modernizm już nie istnieje. Liczono pewnie na uśpienie czujności Gorliwego Pasterza owczarni Chrystusowej.

Niebaczni katolicy się usypiać tym złudnym syrenim podszeptom. Po śmierci Piusa X tu i ówdzie nawet pośród wiernych odzywały się zdania, że walka Kościoła z modernizmem ustanie, że jest zbyteczną, przestarzałą!!! Pod wpływem masońskich natchnień i wieści starano się nowego papieża Benedykta XV przeciwstawiać zmarłemu Piusowi, jakoby to nie była ta sama katedra Piotrowa, jakoby to nie ta sama niewidzialna Głowa – Chrystus kierował swym ciałem mistycznym – Kościołem przez widzialnego na ziemi Namiestnika – Opokę – „Tu es Petrus...”

Benedykt XV kontynuuje dzieło Piusa X

Fałszywym wieściom zadała kłam pierwsza encyklika nowego papieża do biskupów całego świata. Pośród surm bojowych, wywołujących coraz większą pożogę oraz „takie rozpętanie siły wojennej i nienawiści narodów, jakich nikt nie przewidywał” odezwał się Benedykt XV swym listem okólnym Ad beatissimi Apostolorum Principis (z 1 listopada 1914 roku), w którym jako głos sumienia ludzkości przemówił z mocą i powagą Pomazańca Bożego do rozszalałych w zaciekłości Narodów. Stąd przypomnienie bolączek nowoczesnego świata a zarazem wskazania skutecznego na nie lekarstwa zajmują lwią część papieskiego orędzia. A jednak i o hydrze modernistycznej Benedykt XV nie zapomniał; „steku wszystkich herezji” – jak modernizm nazwał ś. p. Pius X, obecny Jego Następca nie zlekceważył.

Przypomina Nasz Najwyższy Pasterz liczne zasługi swego Świątobliwego Poprzednika. „Niemało pociechy – pisze Benedykt XV – daje Nam to, co Poprzednik Nasz Pius X, uświetniwszy Tron Apostolski przykładami świątobliwego żywota, Nam zostawił, jako znakomite czynnych swych zabiegów owoce”. A wśród tych pochwał wylicza Papież „zapobieżenie niebezpieczeństwu modernizmu przy wykładach nauk teologicznych”. Albowiem – pisze dalej Papież:
są i tacy, którzy, jak mówi Apostoł: „mając świeżbiące uszy, zdrowej nauki nie ścierpią: ale według swoich pożądliwości nagromadzą sobie nauczycieli. A od prawdy słuchanie odwrócą, a ku baśniom się obrócą” (2 Tym 4, 3–4). Nadęci bowiem i pełni wyniosłości, żywiąc wygórowane przekonanie o potędze umysłu ludzkiego, który istotnie poczynił, za pomocą Bożą, niezwykłe w dziedzinie badań przyrodniczych zdobycze, niektórzy z nich, lekceważąc zarozumiale powagę Kościoła, doszli do tego stopnia zuchwalstwa, że nie zawahali się bystrością swych umysłów nawet tajemnice Boże i skarb Objawienia Bożego wymierzać i do nastroju bieżącej epoki naginać. Dotąd to powstały potworne błędy Modernizmu, które Poprzednik Nasz słusznie „stekiem wszystkich herezji” nazwał i uroczyście potępił. To potępienie, Czcigodni Bracia, w całej rozciągłości ponawiamy, a ponieważ ta zgubna plaga nie wszędzie jeszcze wymieciona została, lecz tu i ówdzie, chociaż skrycie, pełza, niechaj wszyscy – wzywamy do tego – mają się na baczeniu przed zetknięciem się z nią i zakażeniem duszy; o tej to zarazie trafnie rzec można, co w innym przedmiocie Hiob powiedział: „Jest ogień aż do zguby pożerający i wszystkie rodzaje wykorzeniający” (Hiob 31, 12).
Niechaj się zaś katolicy zdala trzymają nie tylko od błędów, lecz i od ducha, jak to się mówi, Modernistów. Kogokolwiek duch ten przenika, ten z niechęcią odrzuca wszystko, co trąci dawnością, a wszędzie chciwie szuka nowości: w sposobie mówienia o sprawach religijnych, w wykonywaniu kultu Boskiego, w urządzeniach katolickich, nawet w prywatnych praktykach pobożności.

Wobec wyraźnych słów Benedykta XV wątpić już nie możemy, że modernistyczne nowinkarstwo w naszych czasach wiedzie żywot, wprawdzie suchotniczy, lecz nie mniej szkodliwy dla zdrowego organizmu wiernych członków społeczności katolickiej. A zarazem, jako antidotum – przeciwko herezji – Ojciec św. potępienie Piusowe „w całej rozciągłości” ponawia. Więc i zarządzenia w tej materii poczynione przez Swego Poprzednika, obecny Papież potwierdza – i przypomina całemu światu katolickiemu.
Dlatego to – dodaje Benedykt XV – za niewzruszoną uważamy maksymę przodków: „niczego nie wznawiać, trzymać się tego, co zostało przekazane”; chociaż ta zasada obowiązuje ściśle w rzeczach wiary, to jednak należy ją stosować i do rzeczy, dopuszczających zmianę; bo i w nich przeważa reguła: Non nova, sed noviter – ‘Wprawdzie to nie nowe, lecz w nową przyodziane postać’.
Wątpliwości

Spośród zarządzeń antymodernistycznych Piusa X do najdonioślejszych, a zarazem najbardziej praktycznych, bez wątpienia, należy przepisana przez motu proprio Sacrorum Antistitum tzw. Przysięga antymodernistyczna, jako dodatek do Professio fidei Piusa IV, z którym odtąd łącznie, jako pełne wyznanie wiary katolickiej, rozbrzmiewa przy aktach uroczystych w ustach duchowieństwa.

Wnet po ukazaniu się w czasopiśmie urzędowym Stolicy Apostolskiej Przysięgi antymodernistycznej (1 września 1910 roku), w różnych językach zaczęły się pojawiać dzieła i artykuły, omawiające nową rotę przysięgi Piusowej. Nic dziwnego! Zgasły niedawno Papież z Przysięgi tej uczynił dokument pierwszorzędnej wagi. Autorytet najwyższy nauczającego Kościoła obwarował to nowe Professio fidei licznymi jurydycznymi sankcjami, a zarazem pod względem zobowiązania sumienia postawił na równi z wiekopomnym Wyznaniem wiary Soboru Trydenckiego.

Tak energiczne i decydujące zarządzenie Stolicy Apostolskiej wywołało niechęć i wrzawę w obozach wolnomyślnych. Protestanci liberalni nie bez szyderstwa odzywali się o nowym ucisku ze strony Rzymu na umysłowość katolicką; moderniści i modernizanci chcieli zbagatelizować papieski przepis, lecz co najsmutniejsze, nawet niektórzy katoliccy teologowie zdradzają obawę przed dyrektywą Nauczycielstwa najwyższego w Kościele i różnymi drogami, argumentacją nawet pseudo-historyczną usiłują osłabić doniosłość Piusowego Iuramenti antimodernistici.

Co oznacza orzeczenie ex cathedra

Sobór Watykański w Constitutio de fide catholica (Sesja III, Cap. 3, De fide) orzeka, że dogmatem wiary (fide divina et catholica credenda) jest to, co zawiera się w Słowie Bożym, bądź pisanym, bądź też podanym a przez Kościół już to decyzją uroczystą (solemni iudicio), już to przez nauczanie powszechne i zwykłe (universali ac ordinario magisterio) podane zostało do wierzenia, jako rzecz od Boga objawiona.

Wyrazem uroczystego nauczania w Kościele, między innymi, są, jak to zaznaczają zgodnie teologowie i kanoniści katoliccy, symbole i wyznania wiary (symbola et professiones fidei). Nieraz bowiem w dziejach Kościoła spotykamy się z zarządzeniami Nauczycielstwa najwyższego, przepisującego nowe „wyznania wiary” tym, którzy przez błędne nauki odpadli od jedności wiary, lub też grozi im to niebezpieczeństwo. Autorytet najwyższy ujmuje w formułę, czy rotę przysięgi punkty nauki objawionej i nakazując czynić nowe wyznanie wiary, podaje przez to samo do wierzenia te lub inne prawdy, z wyraźnym ich zaznaczeniem wobec doktryn heretyckich.

Takim też wyrazem najwyższego Nauczycielstwa jest formula iuramenti, podana w motu proprio Piusa X Sacrorum Antistitum. Jako dokument, wydany uroczystą decyzją przez Ojca św. Piusa X, formula ta należy niezawodnie do orzeczeń ex cathedra. Wystarcza bowiem przypomnieć sobie te warunki, które Sobór Watykański podaje jako charakterystyczne dla wyroków nieomylnych Stolicy Apostolskiej, a wówczas przekonamy się, że taka ocena doniosłości dogmatycznej przysięgi niniejszej jest zupełnie uzasadniona.

Orzeczenie nieomylne (ex cathedra) wymaga, aby, po pierwsze, Papież przemawiał „jako Pasterz i Nauczyciel wszystkich chrześcijan”. Słowa te Soboru Watykańskiego wyłączają prywatne pouczenia, choćby ściśle teologiczne, Ojca św. Czy formula iuramenti może być uważana za prywatny dokument teologiczny? Kto uprzytomni sobie warunki, w których powstało Piusowe wyznanie wiary, kto zechce przeczytać wszystkie zarządzenia papieskie w sprawie błędów modernistycznych, ten na chwilę nie będzie wątpił, że formula iuramenti jest dokumentem publicznym, obwarowanym sankcjami kanonicznymi, iż lekceważyć go niepodobna. Słów tych kilka wystarcza w kwestii pierwszego warunku orzeczeń ex cathedra. Tym bardziej, że zwolennicy innego niż ten, który tu rozwijamy, poglądu, nigdzie, o ile mogliśmy poznać z zebranej literatury, nie uważają przysięgi antymodernistycznej za dokument, pozbawiony urzędowego charakteru.

Po drugie. Przedmiotem orzeczeń ex cathedra powinny być „sprawy wiary i moralności”. Charakter doktrynalny, treść dogmatyczna Przysięgi Piusa X również nie powinny ulegać zakwestionowaniu. Przecież Ojciec św. ma przed oczyma system filozoficzno-teologiczny z zabarwieniem pseudokrytyki historycznej. Przecież celem nowych zarządzeń Stolicy Apostolskiej jest usunięcie zgubnych wpływów nowinkarskich współczesnych, „steku wszystkich herezji”, jak Pius X słusznie nazwał modernizm. A herezja jest diametralnie sprzeczna z dogmatem. Przez zwalczanie jej uroszczeń, sprawy dogmatyczne otrzymują właściwe oświetlenie i wyjaśnienie.

Po trzecie. Ze strony formalnej orzeczenie ex cathedra powinno być wyrokiem decydującym. Sobór Watykański używa tu wyrazu definit t.j. wyjaśnia, że Papież jest wtedy nieomylnym, kiedy „naukę wiary lub moralności... decydująco orzeka”. W popularnych wykładach polskich bardzo często wyraz definit tłumaczą „określa”. Stąd spotykaliśmy się z mniemaniem, że tylko wtedy bywa orzeczenie ex cathedra, kiedy za względu na formę podaje „nowe określenie”. Tymczasem już św. Tomasz parafrazował wyraz „definire”, zgodnie z etymologią, przez „finaliter determinare ea quae sunt fidei” t.j. decydująco rozstrzygać sprawy wiary. Zresztą z aktów Soboru Watykańskiego wnioskować należy, iż myśl św. Tomasza przyświecała przy redagowaniu tekstu orzeczeń Soborowych.

Opinie teologów

Zaraz na początku na proponowany schemat konstytucji o Kościele, Ojcowie Soboru omawiając punkt po punkcie sprawę określenia nieomylności, przy wyliczeniu warunków orzeczeń ex cathedra co do formy, każą zaznaczyć, że dekret nieomylny powinien być właściwym orzeczeniem czyli wyrokiem decydującym.

W czasie obrad nad redakcją tekstu konstytucji proponowano, aby zamiast słów „doctrinam definit” użyć „doctrinam... suo iudicio confirmat”. Poprawki tej (nr 25) wprawdzie nie przyjęto, lecz dla innych względów, jak to zaznaczył biskup W. Gasser, podczas gdy wyrażenia samego nie kwestionowano, jako prawdziwą parafrazę tekstu poddanego dyskusji. I owszem po wielu roztrząsaniach, jak informuje dalej biskup W. Gasser „deputatio de fide” przyjęła obecną redakcję określenia nieomylności papieskiej, przy czym zaznaczył Dostojny Referent, jak rozumiano niniejsze określenie nieomylności. Co zaś dotyczy warunku „ex parte formae” Biskup-teolog wyjaśnił, że wymagana jest intencja wyraźna orzeczenia, czyli decyzji, która by koniec położyła wahaniom i fluktuacjom. Wreszcie na końcowych posiedzeniach wspomniany biskup Gasser dał zasadnicze wyjaśnienie tego, co znaczy definit. W tzw. Exceptiones in Constitutionem Dogmaticam Primam de Ecclesia Christi niektórzy Ojcowie Soboru postawili zarzut, że wyraz definit w proponowanej konstytucji dogmatycznej za mało mówi o nieomylności Papieża, zdaje się ją zacieśniać tylko do określeń (nr 104. 2.), nawet niektórzy Ojcowie Soboru – głosi inny zarzut (nr 134) – wyrazili się, że tu chodzi o określenie kwestii spornych. Stąd zwolennicy tej uwagi proponują, aby po słowie definit dodano ac decernit. Deputatio de fide rozważała te zarzuty. Biskup Gasser referował o nich na posiedzeniach Soborowych i cały ustęp poświęcił tłumaczeniu słowa definit. Deputatio de fide – oznajmia Referent – zdawała sobie sprawę ze znaczenia słowa definit rozumiała przez nie orzeczenie decydujące takie, iż każdy wierny z niego poznać może dobrze, jak myśli i poucza Kościół, jakie jest zdanie Ojca św. Stąd teologowie jednozgodnie piszą, że ze względu na formę orzeczenie ex cathedra musi być decyzją, wyrokiem ostatecznym, nie zaś zachętą, przestrogą itp. Aczkolwiek nie będzie to nowe określenie prawd wiary i moralności. W ostatnich latach żywo dyskutowano nad warunkami określenia ex cathedra, przy czym omawiano i wyjaśniano w szczególniejszy sposób, co znaczy watykańskie definit.

Spór między teologami

Wkrótce po Soborze Watykańskim rozpoczęła się pomiędzy teologami i kanonistami katolickimi dyskusja, jaką powagę dogmatyczną posiada tzw. Syllabus complectens praecipuos nostraeaetatis errores..., wydany przez papieża Piusa IX wraz z encykliką Quanta cura (z dnia 8 grudnia 1864 r.) Wygłoszono różne zdania co do powagi tego dokumentu, przytaczano na poparcie twierdzeń różne racje, poddawano ścisłej analizie warunki określenia ex cathedra, wyliczone przez Sobór Watykański. Jezuita Desjacques w sprawie tej zwrócił się do kardynała Franzelina, od którego otrzymał list, wyrażający pogląd znanego teologa. Franzelin uważał Syllabus Piusa IX za dokument, wydany jako orzeczenie ex cathedra; aczkolwiek Syllabus nie przynosi nowych orzeczeń, jest jednak wyrokiem ostatecznym, który „Najwyższy Pasterz wypowiedział na sposób dostateczny i autentyczny”. Zdanie to posiada wielu poważnych zwolenników wśród teologów (Mazzella, Schrader, Dumas, Pesch, Scheeben i in.). Jeżeli zaś niektórzy teologowie głoszą co innego (Dupanloup, Fessler, Schanz, Frins, Biederlack, Boudinhon, Heiner, Gisler i in.), to przede wszystkim chodzi im o to, czy Syllabus jest wydany w formie decyzji ostatecznej, nie zaś o to, czy zawiera nowe określenia.

Inni pisarze teologiczni, jak Pegues w artykule „L’autorite des Encycliques pontificales d’apres Saint Thomas”, omawiając warunki orzeczeń ex cathedra podkreślają również, iż Papież jest nieomylny wtedy, gdy sprawę definit – decyduje ostatecznie i „to z intencją wyraźną (formalną) zamknięcia wszelkiej dyskusji lub też jej zapobieżenia...”. Jezuita L. Choupin w dziele Valeur des Decisions doctrinales et disciplinaires du Saint Siege z niezaprzeczoną erudycją i jasnością omówił warunki określenia ex cathedra, co się zaś tyczy wyrazu definit podał cytat wyżej wspomniany z artykułu O. Th. M. Peguesa. Wreszcie do dyskusji nad wyrazem definit doszło z racji rozważania powagi dogmatycznej encykliki Piusa X Pascendi dominici gregis (z dnia 8 września 1907 r.).

Uznając wielką powagę dogmatyczną Encykliki, nie mają jej za orzeczenie ex cathedra: Kneib, Carbone, Choupin, Mausbach, Lebreton, ks. dr. A. Macko i in. Niektórzy teologowie są zdania, że encyklika Pascendi stała się dokumentem nieomylnym dzięki wydanemu przez papieża Piusa X motu proprio Praestantia (z dnia 18 listopada 1907 r.). Zdanie to wypowiedział Michetitsch, hiszpański teolog Villada oraz Vermeersch zdaje się ku nim przychylać.

Nie brak też poważnych pisarzy, którzy encyklikę Pascendi uważają za dokument sam w sobie nieomylny t.j. ex cathedra wydany, jak Cavallanti, Glossner, Gaudeau, Perriot i in. W dyskusjach, prowadzonych przez wyliczonych teologów chodziło o uzasadnienie tego, czy Papież w encyklice Pascendi dał orzeczenie decydujące. Gdy bowiem niektórzy pisarze, jak Mausbach, nie chcieli uznać Encykliki za dokument ex cathedra wydany, albowiem „nigdzie... nie występuje z jakąś definicją, nie orzeka żadnej nowej, dotąd nieokreślonej nauki” – teologowie zwrócili uwagę Mausbacha, że zbyt zacieśnia pojęcie orzeczenia ex cathedra, albowiem orzeczenie nieomylne może mieć za przedmiot prawdę już dawniej określoną. Aczkolwiek – przypomina Gaudeau – co do logicznego znaczenia słowa definit można by mówić o określeniu nowym jako warunku dla orzeczeń ex cathedra, to jednak co do istotnego znaczenia, które też przyznają wszyscy teologowie wystarcza wyrok decydujący, który kładzie koniec sporom i potępia ostatecznie błędy, a taki wyrok znajdujemy w encyklice Pascendi, gdzie Papież nazywa modernizm „stekiem wszystkich herezji”. Stąd encyklika Pascendi niewątpliwie jest dokumentem, ex cathedra wydanym.

Przysięga orzeczeniem ex cathedra

Zdanie to podzielamy najzupełniej i owszem argumentacja dopiero co przytoczona służy nam za wskazówkę do oznaczenia powagi dogmatycznej formulae iuramenti przeciw-modernistycznego. Jest ona bowiem istotnie decydującym orzeczeniem Piusa X. Przypomnijmy sobie okoliczności, w których ten dokument został wydany. W dniu 3 lipca 1907 r. pierwszy przeciw liberalizmowi nowoczesnemu został wydany Dekret św. Rzym. I Powsz. Inkwizycji Lamentabili sane. Stolica Apostolska potępiła szereg zdań, niezgodnych z nauką katolicką. Dekret Lamentabili był jednak tylko przestrogą przed mniemaniami zgubnego nowinkarstwa religijnego. Zło jednak usiłowało zapuścić korzenie pośród duchowieństwa katolickiego, zachwiać w ich duszach podwalinę wiary, wprowadzając na nowe, grząskie tory pseudo-umiejętności współczesnej. Wówczas z wyżyn Stolicy Piotrowej padło ostateczne słowo przeciwko zgubnym nowatorskim zapędom. Pius X wydał encyklikę Pascendi dominici gregis w dniu 8 września tegoż 1907 r. i w niej potępił ex cathedra modernizm w przeróżnych jego objawach. Biorąc sprawę zasadniczo, encyklika Pascendi rozstrzygnęła o losie liberalizmu katolickiego, który w formie omówionej przez Papieża usiłował wtargnąć w łono nauki katolickiej.
Kiedy [jednak] po publikacji encykliki Pascendi i po dekrecie Lamentabili machinacje modernistów zwłaszcza w szeregach młodszego kleru nie ustawały – Stolica św. posiadała nawet dokumenty, stwierdzające tajną agitację modernistyczną w seminariach francuskich – nie pozostawało nic innego, jak uroczystą przysięgą zmusić zarażonych modernizmem do uchylenia przyłbicy i pozostawić im do wyboru: albo zastosować się do nauki Kościoła, albo opuścić szeregi kleru katolickiego. Taki był cel i słuszny powód głośnej Przysięgi antymodernistycznej.
W dniu 1 września 1910 r. ukazało się motu proprio Sacrorum antistitum, w którym Pius X decyzję i postanowienia, zawarte w encyklice Pascendi ponawia, uzupełnia nowymi przepisami prawnymi, a zarazem podał rotę przysięgi formula iuramenti, będącą jednocześnie nowym Wyznaniem wiary. W myśl tedy Ojca św. Piusa X formula iuramenti pozostaje w najściślejszym związku z encykliką Pascendi, ma być jej odgłosem. Owszem ze względu na formę wysłowienia jest niejako drugą stroną Encykliki antymodernistycznej. Gdy bowiem encyklika Pascendi pozytywnie streszcza błędy modernistyczne, wyznanie wiary Piusa X ujmuje szereg punktów nauki katolickiej wprost przeciwnych potępionym pomysłom nowinkarstwa doby obecnej. Dochodzimy tedy do wniosku: Pius X wypowiedział się decydująco przeciwko modernizmowi w encyklice Pascendi, uzupełnił ją motu proprio Sacrorum antistitum i tam podaną formula iuramenti, a ta okoliczność każe przyjąć za pewnik to, że Rota przysięgi antymodernistycznej jest również dokumentem decydującym, czyli ex cathedra ze względu na swą formę.

Po czwarte. Ostatni warunek orzeczeń ex cathedra dotyczy tych osób, których chce Papież zobowiązać swoją decyzją (ex parte termini). Sobór Watykański chce, aby decyzja nieomylna była taką, iżby ją musiał przyjąć cały Kościół. Rzecz prosta, najwyższy wyraz pierwszorzędnej powagi musi mieć charakter ze wszech miar urzędowy, a Autorytet dla całego Kościoła ustanowiony, uroczystym decyzjom winien nadać charakter powszechności. Motu proprio Sacrorum antistitum jest takim dokumentem powszechnym. Pius X podaje szereg przepisów, których wykonanie porucza biskupom całego świata, obowiązuje ich na sumieniu, by czuwali nad wykonaniem nowych zobowiązań, a formula iuramenti pod groźbą kar kościelnych musi wejść w życie na całym świecie katolickim. Dodajmy, że Papież postawił formula iuramenti na równi z Professio fidei tzw. trydenckie, a przez to samo chciał, niezawodnie, aby nowe to Wyznanie wiary dzieliło powszechną, a zatem również nieomylną powagę, którą posiada Professio fidei Piusa IV wraz z dodanymi określeniami Soboru Watykańskiego.

Wnioski

Oczywistym staje się wniosek następujący: formula iuramenti posiada wszystkie, bez wyjątku, cechy orzeczenia ex cathedra, a zatem jest wyrazem uroczystego nauczycielstwa, nieomylnym dokumentem Najwyższego w Kościele Nauczyciela i Pasterza. Nic tedy dziwnego, że poważni teologowie współcześni pogląd ten wypowiadają i przeciwko zarzutom uzasadniają w swoich studiach i rozprawach. Czyni to J. Hild w artykule Der Eid und die Unterschrift auf das Glaubensbekenntniss im Lichte der Kirchengeschichte, Schultes, w broszurze Was beschworen wir im Antimodernisteneid, Bessmer, omawiając literaturę, dotyczącą niniejszego przedmiotu w Stimmen aus Maria Laach; Gaudeau, w La Foi Catholique, a zwłaszcza Garrigou-Lagrange, który omawiając pierwszy punkt Przysięgi, zowie formula iuramenti wyznaniem wiary, podanym przez nauczycielstwo nieomylne itp. Autor znanego Synopsis Theologiae Dogmaticae w nowym wydaniu t. I-go części specjalnej uwzględnia punkty nauki katolickiej, podane przez Przysięgę antymodernistyczną Piusa X. Co do powagi dogmatycznej tego dokumentu początkowo waha się, czy uznać go, jako definitio ex cathedra, przy cytowaniu w traktacie De Fide piątego punktu z formula iuramenti. Niebawem jednak przytacza to samo określenie wiary i zaznacza „in professione fidei jussu Pii X emittenda, profiteri debemus ut ab Ecclesia definitum fidem esse „verum assensum etc...”, czyli ten punkt Przysięgi antymodernistycznej zowie „orzeczonym przez Kościół”. Gdy zaś stawia i kwalifikuje tezę o poznaniu naturalnym istnienia Pana Boga, przytacza również punkt pierwszy z formula iuramenti na poparcie tego, że teza jest określeniem dogmatycznym (de fide), przyczym w dopisku cytuje artykuł R. Garrigou-Lagrange’a, który, jak to zaznaczyliśmy, Professio fidei Piusa X ma za dokument nieomylny nauczycielstwa kościelnego. Jasno wreszcie wypowiedział się Tanquerey w skrócie swej dogmatyki, wydanym przy współudziale E. M. Quevastre’a i L. Hebert’a, pt. Brevior Synopsis Theologiae Dogmaticae. Streszczając traktat De Traditione, teologowie ci, jako wyraz uroczystego nauczycielstwa w Kościele, podają symbole i wyznania wiary. Po wzmiance „Professio Tridentina seu Piana a Pio IV praescripta (1564)” czytamy: „Cui affine est Jusjurandum a Pio X impositum an. 1910 Motu proprio: Sacrorum antistitum”. A zatem bez zastrzeżeń postawiono ten dokument w szeregu orzeczeń nauczycielstwa uroczystego – nieomylnego, jako wydany przez Papieża ex cathedra.

Poczym w Brevior Synopsis powiedziano: „Ad discernendum, quid in Symbolis et Professionibus sit de fide tenendum, sequendae sunt regulae superius expositae de definitionibus dogmaticis”. Słowa te, rzecz oczywista, nasz wniosek wyraźnie stwierdzają. Żałować należy, że Vermeersch w swych Adnotationes na motu proprio Sacrorum antistitum nie chce wypowiedzieć zdania co do powagi dogmatycznej formula iuramenti. Zdaje się być innego zdania, niż nasze. Gdy zastanawia się nad pierwszym punktem Przysięgi, dodaje, że motu proprio Piusa X niczego nie orzeka „Praesenti enim Motu proprio, nihil profecto definitur”. A jednak decyzję w tej sprawie zostawia innym („Sed de hac re sapientiores pronuntiaverint”).

Co do autorów polskich artykułów, przypuszczamy, że ukryty pod kryptonimem J. G. teolog-autor artykułu pt. Modernizm a przysięga antymodernistyczna skłania się również do naszego zdania. Pisze bowiem: „Przysięga antymodernistyczna jest jawnym, wyraźnym i pełnym wyznaniem nauki katolickiej” czyli, dodamy, wyrazem uroczystego nauczycielstwa, wyrokiem nieomylnym stanowiącego nowe Professio fidei. Ω

Niniejszy artykuł jest fragmentem książki ks. dr. Cz. Sokołowskiego Przysięga Antymodernistyczna. Studium krytyczne, Warszawa 1916. 

sobota, 19 grudnia 2015

Ks. Hesse - Modernizm, Pius X i "Pascendi Dominici Gregis"


środa, 14 października 2015

Ks. prof. Tadeusz Guz - Trafność i aktualność krytyki modernizmu dokonanej przez św. Piusa X


środa, 14 sierpnia 2013

o. prof. J.P.M. van der Ploeg OP - Modernizm cz. 2


Krytyka Biblii

Jak już wspomniałem, najważniejszymi postaciami modernizmu byli Tyrrell i Loisy. Ten drugi był profesorem egzegezy Pisma Świętego. To właśnie z jego powodu modernistyczna krytyka biblijna odegrała tak ważną rolę w modernizmie. Loisy odrzucał boskie pochodzenie Pisma Świętego. Kontestował wszystkie cuda. Chciał wtłoczyć proces powstawania ksiąg Starego, a nawet i Nowego Testamentu w schemat ewolucjonistyczny. Z wiarygodności Pisma Świętego pozostało mało. O wiele za mało. Tak jak dzisiejsze podejście do Biblii nie jest wynalazkiem naszych czasów, tak i modernizm biblijny Loisy’ego nie był jego pomysłem; zostało to przejęte od liberalnego (czytaj: wolnomyślnego) protestantyzmu, który pojawił się w Niemczech i innych miejscach na początku XIX wieku. Należy wspomnieć przynajmniej o słynnej liberalnej szkole protestanckiej w Tübingen z koryfeuszami jak, między innymi F.C. Baur (1792-1860) i D. F. Strauss (1808-1873), którzy zajmowali się między innymi opisem życia Jezusa, pozostawiając niewiele z jego tradycyjnego obrazu pochodzącego z Ewangelii. Dalej, należy wymienić odizolowanego Francuza, ex-seminarzystę Ernesta Renana (1823-1892), który pozostawał pod wpływem liberałów niemieckich, o czym świadczy jego „Vie de Jésus” (1863), i który odniósł wielki sukces swoim ośmiotomowym dziełem „Histoire des origines du christianisme” (Historia początków chrześcijaństwa), podkopując mocno wiarę katolicką w sercach wielu, przede wszystkim we Francji.

Aby położyć kres tej wolnomyślnej krytyce Biblii, Pius X pozwolił wydać, założonej jeszcze za czasów Leona XIII Papieskiej Komisji Biblijnej, pewną liczbę dekretów dotyczących problemów ze Starym i Nowym Testamentem. Przy tej okazji wypowiedziano się nie tylko w kwestiach wiary, ale także w innych, jak czas powstania i autorstwo wszystkich ksiąg biblijnych, podtrzymując pozycje konserwatywne i odcinając się od nowoczesnych poglądów, z których wiele zdawało się być bezpodstawnymi. „Odcinać” jest tu dobrym słowem, ponieważ w kwestiach autorstwa Pięcioksięgu czy księgi Izajasza nie wypowiedziano się definitywnie, ale podano argumenty opowiadające się za innymi poglądami. Nie da się zaprzeczyć, że niemało katolickich egzegetów dobrej sławy uważało niektóre dekrety za zahamowanie ich pracy. To spowodowało za czasów Piusa XII, gdy przewodniczącym Komisji Biblijnej został kard. Tisserant, a jego sekretarzem o. J. Vosté, wydanie oficjalnego oświadczenia, według którego dekrety nieodnoszące się do spraw wiary mają „znaczenie historyczne” tzn. straciły swoje absolutne obowiązywanie. Katoliccy egzegeci byli za to Piusowi XII bardzo wdzięczni.

Papież Pius X starał się zniszczyć modernizm w Kościele, i aby to osiągnąć nie cofał się przed podjęciem najsurowszych decyzji. Nie mógł on liczyć na wdzięczność zainteresowanych. Modernizm musiał zejść do podziemi i ukryć się. Jednak wysocy dostojnicy kościelni byli świadomi jego istnienia. Dlatego kardynałowie jak Billot czy Früwirth odradzali Piusowi XI zwołanie soboru powszechnego. Ten musiałby być kontynuacją Vaticanum I, który w 1870 musiał nagle przerwać obrady z powodu zdobycia Rzymu przez oddziały Garibaldiego.

Obawiali się wybuchu modernizmu, ponieważ w czasie soboru obowiązuje dużo większa wolność wyrażania myśli niż normalnie. Także papież Pius XII nie odważył się zwołać soboru. Znał rady uzyskane przez jego poprzednika i był świadom tego, że modernizm znów dochodzi do głosu w Kościele.

Będący niżej w hierarchii niż wspomniani wcześniej kardynałowie mieli inne zdanie na ten temat. W 1948 roku o. H. Boelaars C.ss.R. napisał we wstępie do encykliki Pascendi Dominici Gregis w swoim tłumaczeniu: „Chociaż czas modernizmu już może przeminął, problemy z których powstał pozostają wciąż żywe.” (s. 13). Pozwoliła mu na to dziwaczna, słyszana często także dziś wypowiedź: „Możemy widzieć to jako kryzys wzrostu w dogmacie i teologii katolickiej, co jest świadectwem jej żywotności.” „Kryzys wzrostu” może powstać jedynie jako następstwo choroby, tzn. braku żywotności. Oczywiście, gdy pacjent jest chory, wciąż żyje, ale gdy choroba jest poważna, jego życie jest zagrożone, a żywotność (mocno) zmniejszona.

W wielkim artykule „Modernizm” opublikowanym w Dict. de Théologie Catholique (Vol. X, 1929, kol. 2009-2047) J. Rivière pisze, że “można powiedzieć, że teraz (pisze to krótko przed 1929 r.) faza ostrego modernizmu jest zamknięta, i że pojawienie się kolejnej w tym samym sensie niezgodna z historycznym prawdopodobieństwem” (kol. 2045). Z większym zrozumieniem ocenił to znany, włoski ksiądz-filozof Cornelio Fabro, gdy napisał w 1952 roku w Encyclopedia Italiana (Vol. VIII, kol. 1196): „Groźba modernizmu nie zostanie nigdy w całości przezwyciężona, ponieważ w ludzkim rozumie osłabionym przez grzech, trwa skłonność do stawiania siebie jako absolutnego kryterium prawdy, aby uzależnić wiarę od siebie.” Wymienia tzw. Nouvelle Théologie (Nowa teologia) powstałą we Francji po Drugiej Wojnie Światowej wśród Jezuitów z Lyon- Fourvière wskazując na jej pokrewieństwo z modernizmem i jej energiczne zwalczanie przez papieża Piusa XII w jego encyklice Humani Generis z 12 sierpnia 1950 roku, o czym jeszcze powiemy.

Dzisiejszy modernizm; przyczyny powstania

To, że Kościół katolicki jest dzisiaj zanurzony w modernizmie, nie ulega wątpliwości. Każdy, kto wie co się dzieje, co się pisze i mówi , nie może twierdzić inaczej. Jak do tego doszło? Nie łatwo jest dać na to pełną odpowiedź, ale na pewno można choć trochę naświetlić temat. Nie pomyli się ten, kto weźmie II Wojnę Światową za ważny czynnik w odnowieniu się modernizmu. W swojej ważnej pracy „Histoire des crises du clergé français contemporain” (Historia kryzysu duchowieństwa francuskiego naszych czasów, Paryż 1976) Paul Vigneron, profesor w Nancy, wskazuje na II Wojnę Światową jako jeden z czynników, który spowodował wielki kryzys duchowieństwa francuskiego. Składa on to na karb demoralizacji spowodowanej przegraną wojną oraz licznymi księżmi przebywającymi latami w niemieckiej niewoli, z której wyszli innymi niż byli przedtem. Kolejną przyczyną miało być okrutne przerwanie ich normalnego trybu życia na wiele lat i uświadomienie sobie ze smutkiem, że Kościół we Francji nie znaczy już tyle co wcześniej dla ich współobywateli. To przypisują, według Vigneron’a, Kościołowi i jego własnej przeszłości, ale także praktykującym wiernym, którzy trzymali księży z daleka od mas. W końcu zrzucano to na fakt, że przyzwyczajenie o mas jako takich nie miało miejsca i nie brano udziału w ich życiu, co wpływało źle na metody i efektywność pozyskiwania mas dla Kościoła. Długi okres trwania kryzysu - gdy Vigneron pisał te słowa, kryzys miał już ponad 30 lat – sprzyja, według Vigneron’a, rozwijaniu się herezji.

W kraju takim jak Holandia, gdzie sprawy mają się inaczej, nie pomyli się ten, który weźmie wojnę i jej następstwa za czynniki powodujące zmiany w Kościele. Także Kościół cierpiał z powodu trudnych doświadczeń wojennych, a okres jego wielkiego rozwoju, być może największego, który my nazywamy Kontrreformacją (od Soboru Trydenckiego do połowy XX wieku) mógł także z tego powodu szybciej dobiec końca.

Encyklika Humani Generis

Jak już powiedziałem, Pius XII zasygnalizował nadchodzące niebezpieczeństwo. 12 sierpnia 1950 roku wydał on encyklikę Humani Generis, o błędach, które grożą zburzeniem fundamentów wiary katolickiej. Papież wymienia najpierw niektóre błędy spoza Kościoła, które oddziaływają jednak na to co dzieje się wewnątrz niego: nieograniczony ewolucjonizm (myślimy tu o Teilhardzie de Chardin); egzystencjalizmie; fałszywym historyzmie (nauka o tym, że wszystkie zjawiska cywilizacyjne są produktem historycznego rozwoju, więc wciąż się zmieniają, włącznie z religią i moralnością); odrzucenie nauczycielskiego autorytetu Kościoła na korzyść autorytetu Pisma Świętego (protestantyzm). Oczywiście wiemy, mówi encyklika, że katoliccy nauczyciele nie trzymają się od tego z daleka i nie brakuje, podobnie jak w czasach apostołów, takich, którzy próbują się odłączyć od urzędu nauczycielskiego ze strachu, że zostanie im zarzucona ignorancja. W następstwie tego, są ludzie, którzy, aby odnowić jedność chrześcijan, popadają w nieprawidłowy irenizm (= pogląd chcący znieść teologiczne spory) nie chcąc widzieć różnic dogmatycznych. Ten irenizm widoczny jest dziś u zwolenników ekumenizmu i ekumenicznych instytucjach, pomimo znanego ostrzeżenia Soboru Watykańskiego II: „Całą i nieskazitelną doktrynę trzeba przedstawić jasno. Nic nie jest tak obce ekumenizmowi jak fałszywy irenizm, który przynosi szkodę czystości nauki katolickiej i przyciemnia jej właściwy i pewny sens.” (Dekret o ekumenizmie, nr 11).

Są oni nawet zdania, że współczesny człowiek nie może zajść daleko ze starą filozofią scholastyczną, i że musi ona zostać zastąpiona przez inną, nowoczesną filozofię. Te wszystkie poglądy były szerzone w seminariach i domach studenckich dla duchownych, wśród kleru zakonnego i świeckiego, ale także wśród świeckich, przede wszystkim tych, którzy uczyli młodzież.

To poskutkowało, według słów encykliki, odrywaniem dogmatów od ich tradycyjnych formuł przez użycie nowoczesnych filozofii, a nie scholastyki, którą odrzucono. Zaprzeczono także boskiemu pochodzeniu Pisma Świętego przez wykładnię, w której nie liczono się z „analogią wiary” (należy wykładać Pismo zgodnie z prawdami wiary) i przekazem Kościoła.

Potem następuje szereg błędów, z których krótko wymienimy następujące: wątpienie, że istnienie Boga można poznać ze stworzenia; przeczenie temu, że świat miał początek i twierdzenie, że stworzenie nie jest wolnym, ale koniecznym aktem Boga; wątpi się w istnienie aniołów i różnicę między ciałem a duszą; fałszuje się pojęcie grzechu pierworodnego i grzechu w ogóle; przeczy się nauce o transsubstancjacji: Chrystus jest obecny w Eucharystii symbolicznie. Inni przeczą tożsamości Mistycznego Ciała Chrystusa z Kościołem katolickim; nie uważają za potrzebne bycie członkiem Kościoła; nie uznają możliwości wykazania wiarygodności wiary za pomocą rozumu.

Tradycyjne wykształcenie kapłańskie napotkało silny opór kryzysu tożsamości wśród kapłanów. Te zmiany były tak szybkie i nieoczekiwane, że niektóre postanowienia stawały się przestarzałe zanim zostały wprowadzone w życie.

Do 1960 roku było w Holandii około 100 niższych i wyższych seminariów; były one mniej więcej dobrze zapełnione. Jeszcze w 1961 roku powstało w Noordwijkerhout duże, bardzo nowoczesne niższe seminarium Leeuwenhorst dla biskupstwa Rotterdam, dla sfinansowania którego wszystkie parafie biskupa łożyły przez pięć lat znaczne sumy. Na początku lat ’60 liczba uczniów spadała dramatycznie. Za niedługi czas zniesiono, jedno po drugim, wszystkie niższe seminaria.

W tym czasie papież kruszył kopie w walce o filozofię tomistyczną, którą wziął w obronę. Przeciwko ewolucjonizmowi w żyjącej naturze należy przyjąć, że dusze ludzkie zostają w jednej chwili stworzone przez Boga; nie można nauczać, że jest całkowicie pewne i udowodnione, że ludzkie ciało powstało przez ewolucję z już żyjącego materiału. Nie jest jasne jak można pogodzić istnienie więcej niż jednej pary pierwszych rodziców z nauką o grzechu pierworodnym i człowiek nie może tego traktować jako opcji. W końcu papież dał kilka wskazówek dla wyjaśnienia ksiąg historycznych Starego Testamentu, mianowicie Księgi Rodzaju 1-11; oczywiście, natchnieni pisarze przejęli elementy opisu z będących w obiegu opowieści, ale nie można tego stawiać w jednym szeregu z mitami, pochodzącymi z wyobraźni.

Na końcu papież nałożył na biskupów i przełożonych zakonnych ciężki obowiązek sumienia, aby nie pozwalać na nauczanie i rozszerzanie wymienionych błędów. Nauczyciele wyższych uczelni dostali poważne upomnienie. Następnie papież wskazał na pewien nieprawidłowy kierunek (porównywalny z fideizmem): akceptacja tego, co Bóg objawił i – ewentualnie – co przekazuje przez Kościół, ale (zależnie od woli jednostki) odrzucenie lub ograniczenie wiarygodności tego.

Encyklika mówi jeszcze o sposobie w jaki rozprzestrzeniają się nowe idee (nr 13). W 1950 roku nie robiono tego w ten sam sposób co dziś. Wtedy obchodzono się ostrożnie z poglądami, które mogły zostać odebrane jako przeczące nauce Kościoła, dziś nikt się tym nie przejmuje. Wiadomo też, że nikt już nie jest potępiany za poglądy, które są sprzeczne z nauką Kościoła katolickiego. Gdy profesorowie teologii głoszą herezje, jak Küng, mogą (oficjalnie) stracić swoją katedrę. Wcześniej, przed rokiem 1965, ktoś taki był najpierw upominany, a gdy to nie pomagało, ekskomunikowany. Obecnie to się już nie dzieje, a w nowym prawie kanonicznym (1983) ekskomunika nie występuje jako wyrzucenie kogoś poza wspólnotę Kościoła (patrz: kanon 1331). W Kodeksie z 1917 roku w kanonie 2257 mamy właśnie taki przypadek. W nowym kodeksie powstrzymano się od opisu czym jest ekskomunika, aby mieć do czynienia tylko z takimi konsekwencjami, jak utrata stanowiska kościelnego. Encyklika wskazuje, że należy mieć szacunek do teologicznej spuścizny wieków, podczas których osiągnięto, pod wpływem Ducha Świętego, dokładne wykładnie dogmatów, których nie może zastępować niewyraźnymi, nowymi, zapożyczonymi z nowoczesnych filozofii. Zauważamy tu, ze encyklika o Eucharystii, Mysterium Fidei, papieza Pawła VI z 3 września 1965 roku mówi dokładnie to samo (nr 23-25). Ta encyklika przeciwstawia się, między innymi, „odmiennemu” wyrażaniu dogmatów o Trójcy Przenajświętszej, Wcieleniu i Eucharystii niż to miało miejsce w przypadku soborów. Aby poznać normy wykładania Pisma Świętego należy czytać encykliki: Providentissimus Deus Leona XIII (1893), Spiritus Paraclitus Benedykta XV (1920) i Divino Afflante Spiritu Piusa XII (1943). Kto to wszystko przeczyta i przyjmie nie uniknie myśli o tym, jak wiele jest dziś głoszone nawet z ambon, a stoi w sprzeczności z tymi encyklikami.

Encyklika Humani Generis z 1950 roku nie znalazła w Kościele oddźwięku, który jej się należał. Teraz, prawie 50 lat później, jej sława nie wzrosła zbyt mocno. Od jej pojawienia się aż do dziś, nie poświęcano jej w prasie katolickiej (lub w tym, co za nią uchodzi bądź uchodziło) tyle miejsca na ile zasługuje. Stało się to wszystko pół wieku temu. Pamiętam, że w Nijmegen, mianowicie na kierunku teologicznym (którego w rok później zostałem członkiem) encyklika ta nie została dobrze przyjęta. Katedra nie wysłała żadnego listu do Rzymu, aby podziękować papieżowi za dokument, oczywiście Rzym byłby z tego zadowolony. Ta katedra nie była wtedy jeszcze tak zjednoczona jak później, gdy protestowali nawet przeciwko potępieniu Hansa Küng’a. To wszystko jest dowodem na to, jak mało ludzi – już w tamtym czasie – rozumiało potrzebę tej encykliki: jej znaczenie zostało poważnie niedocenione.

Modernizm wraca do życia

Można zadać pytanie, czy w naszych czasach nie powinniśmy nazwać odrodzonego modernizmu neomodernizmem? Przez fundamentalną jedność z poprzednim i z bardzo ważnego powodu jakim jest szybkie rozprzestrzenianie, wolę jednak mówić o modernizmie; wtedy wiadomo o co chodzi. Jednak występują ważne różnice.

Pierwszą różnicą jest to, że modernizm w czasach świętego Piusa X miał charakter przede wszystkim dogmatyczny; dogmatyczne było przynajmniej to, co otrzymało nazwę „modernizm”. Ten dzisiejszy także przeczy obowiązywaniu katolickiego, można też powiedzieć ogólnie chrześcijańskiego, prawa obyczajowego. Poza tym, pewna ilość osób, które są modernistami na gruncie dogmatycznym i obyczajowym, porusza się także na terenie społecznym i politycznym. I to nie po to, aby głosić społeczną naukę Kościoła i katolicką podstawę polityki, ale coś zupełnie innego.

Następnym punktem różnicującym jest to, że nie mówi się dziś tyle o „życiowej immanencji” uczuć religijnych, o których encyklika Pascendi tak obszernie traktuje, co o religijnym „doświadczeniu” przez co inaczej rozkłada się akcenty. Nie starają się też być pobożni tak, jak wcześniejsi moderniści, ale uważają sekularyzację za ideał. Liczba modernistów w Kościele jest ogromna.1 Także dziś, jak i za czasów Piusa X pojawiają się moderniści, którzy wyznaczają drogę. Oczywiście, ich poglądy nie są identyczne w każdym przypadku, chociaż napotyka się często te same co wcześniej. Dzisiejsi moderniści mają też określony sposób wyrażania się, po których się ich rozpoznaje, choćby użyli tylko kilku słów. W czasie i po II Soborze Watykańskim wyszli oni ze swoimi poglądami z ukrycia, oczywiście były one na początku skrzętnie zapakowane i jako takie podawane odbiorcom. Stara, zaufana biblijna i tradycyjna terminologia jest czasem przez nich używana, ale to tylko opakowanie innej niż wcześniej zawartości. Niektórzy ewoluowali mocno w swoich poglądach. Jednym z przykładów jest Schillebeeckx, który sam na to wskazywał tak kiedyś, jak i teraz. Nie jest łatwe nazwanie w skrócie ich poglądów ich „nauką”, z którą mogliby się identyfikować i nie mieć do tego terminu jakichś zastrzeżeń. Także to każe wrócić myślą do czasów Piusa X: gdy ukazała się Pascendi, niektórzy odnajdywali w niej własne, potępione poglądy, ale twierdzili, że zostały one opacznie przedstawione i źle zrozumiane. Jestem świadom ryzyka jakie musieliby przyjąć dzisiejsi moderniści, zgadzając się na takie skrócone określenie.

Pojęcie Boga.

U wielu dzisiejszych modernistów znajduje się lub przypuszcza się panteistyczne lub wręcz monistyczne pojęcie Boga (w panteizmie wszystko jest Bogiem i jest częścią jednej Boskości; monizm jest raczej ateizmem: wszystko jest jednym i tym samym, duch i materia, dusza i ciało, byt i praca itd.).

Do tego pojęcia Boga, który odrzuca istnienie Boga osobowego, trzeba czasem u modernistów dochodzić przez wypowiedzi nie dotyczące bezpośrednio Boga. Gdy mówią, że cuda nie istnieją, może to być tylko pozór racjonalności, gdy nie przyjmuje się, że jest osobowy Bóg, który stworzył wszechświat, i że nie wyłonił z niego początku czasu. Jeśli się przyjmuje to ostatnie – a to jest nauka katolicka, z której nic nie można ująć – należy też utrzymywać, że Bóg, który stworzył cały świat, może też z nim robić, co Mu się podoba. Pismo Święte poucza o tym na wielu stronicach bardzo wyraźnie. Byłoby to także śmieszne – żeby nie użyć słowa świętokradzkie – chcieć określać Bogu prawa i mówić Mu: Boże, nie możesz czynić cudów! Pozostaje tylko utożsamić Boga ze światem, a dynamikę widoczną w świecie nazwać „Bogiem”. Ojciec dr J. Sträter S.J. wskazał w wielu różnych publikacjach, że pojęcie Boga u o. Schoonberga S.J. idzie właśnie w tym kierunku, a w rozmowach prywatnych podkreślał to jeszcze mocniej. Nie jest łatwo stwierdzić, kto dokładnie ma takie poglądy, bo moderniści chcą pozostać wewnątrz Kościoła co, nawet przy całej jego pobłażliwości, nie mogłoby mieć miejsca, gdyby otwarcie i niedwuznacznie zaprzeczali istnieniu osobowego Boga. W tym miejscu należy pomyśleć o następnym problemie.

Agnoscytyzm i domaty

Dzisiejsi moderniści są często zwolennikami filozofii, która mówi, ze istota rzeczy jest nie do poznania, a już na pewno nie Bóg i rzeczy ponadnaturalne (agnostycyzm). Znajdujemy to u Schillebeeckx’a. Jego epistemologia pochodzi od o. De Petter O.P., który z jej powodu został skrytykowany przez władze kościelne. Według De Petter’a nasze poznanie wychodzi do rzeczy, jest to „intencja” w stronę rzeczy, ale nie obejmuje jej: nie „rozumiemy” jej. Schillebeeckx dopasował to do dogmatu, np. do dogmatu o Eucharystii. To, czym jest, umyka nam i jest w swojej istocie dla nas całkowicie niepoznawalne. Ojcowie Soboru trydenckiego wyrazili tajemnicę Eucharystii w pojęciach scholastycznych: substancja chleba i wina zmienia się podczas Konsekracji w Ciało i Krew Chrystusa. Tymi słowami wyrażają, jak mówi Nowy Katechizm z 1966, prawdę, która posiada dogmat kościelny, ale nie wyrażają, według Schillebeeckx’a, poznawalnej dla naszego umysłu prawdy. Nie wiemy czym jest materia w jej najgłębszej istocie, ale wiemy co dla nas oznacza i do czego służy. To jest to, co mogę powiedzieć o istocie rzeczy: wiem co ona dla mnie oznacza. Zatem, przy Konsekracji chleb i wino dostają inne znaczenie (transsygnifikacja) i inny cel (transfinalizacja). Mówiąc to, modernista chce przez „głębszą intencję” wyrazić to samo, co ojcowie trydenccy, ale „robi to w inny sposób”. Schillebeeckx nawet dodaje, że ten, kto przeczy w naszych czasach transsubstancjacji, jest lepszym wierzącym niż ten, kto chce się wciąż trzymać średniowiecznych pojęć. On, Schillebeeckx jest więc ortodoksyjny. My, trzymający się tradycyjnych sformułowań, nie.

Schillebeeckx stanął przez te wywody w sprzeczności z tym, co powiedział Sobór Watykański I, który wyłączył z Kościoła tych, którzy uważają, że dogmat może z biegiem czasu i postępem nauki otrzymać inne znaczenie. Nie pomaga w tym przypadku słowo transsubstancjacja, które ewentualnie pozostawi w użytku, bo podaje je w całkowicie innym znaczeniu niż to uczynił Trydent.

To samo odnosi się do chrystologii Schillebeeckx’a. Tutaj argumentuje on w podobny sposób. Bóg jest całkowicie niepoznawalny dla człowieka, więc przeciwstawił się on, Schillebeeckx, „od 1953 roku” formule: Chrystus jest Bogiem i człowiekiem. Nie możemy już więcej mówić, że Jezus z Nazaretu jest Bogiem, mówi Schillebeeckx, ponieważ ktoś, kto jest jednocześnie człowiekiem i Bogiem nie istnieje. Schillebeeckx nazywał kogoś takiego „syreną” (pół człowiek, pół ryba). W Kopenhadze przy nabrzeżu można spotkać słynną rzeźbę tego rodzaju.

Nie ma znaczenia, że używa on tutaj słowa „formuła” zamiast „pogląd”, ponieważ jeśli człowiek nie może używać w naszych czasach tej formuły, Chrystus nie jest dla nas Bogiem i człowiekiem. Schillebeeckx mówi tu o formule, ponieważ według niego określa ono daleką, niezgłębioną rzeczywistość. Forsował określenie, że Chrystus to „boski człowiek”. Miał na myśl coś zupełnie innego niż Sobór Chalcedoński w 451 roku ostatecznie określił; według niego „najgłębsza intencja” obu sformułowań jest taka sama; ta jego, jest tylko próbą określenia prawdy, ale w sposób odpowiadający naszym czasom.

Ale jak doszedł do słowa „boski”? Możemy tylko wówczas mówić o czymś „boskim”, tylko gdy wiemy, co rozumiemy przez słowo „Bóg”. To jest jedna z niekonsekwencji w wykładzie Schillebeeckx’a. Niekonsekwencji, na które wskazywał między innymi kard. Leo Scheffczyk w szerokim i dogłębnym omówieniu książki „Jezus, het verhaal van een levende” (Schillebeeckx, 1974). Powtarzał, że jego filozofia „wychodzi z człowieka”. To nie jest zbyt jasne wyrażenie, gdyż „wychodzić z człowieka” może znaczyć wszystko. Ale wszyscy agnostycy, którzy uważają, że człowiek może poznawać tylko zewnętrzne cechy rzeczy, które istnieją w czasie i przestrzeni, zaczynają od człowieka. „Myślę, więc jestem” to znane słowa R. Descartes (1596 – 1650), francuskiego filozofa z dziwnymi poglądami, który przeprowadził się do Holandii, a zmarł w Szwecji. Pierwsze co poznaję to moje wnętrze. Człowiek jest najwyższym istnieniem na ziemi; największym, najwspanialszym, najszlachetniejszym z ludzi był Jezus z Nazaretu, dla nas, według Schillebeeckx’a w takim znaczeniu, że wciąż z nami żyje. Coś największego w świecie widzialnym nazywam „boskim”, jest to największe i najwspanialsze „objawienie”, co człowiek może nazywać „Bogiem”. W Nim „objawia” się boskie; pożyczamy to słowo z gruntu religii.

To, co napisano powyżej jest czymś biegunowo innym niż intencje Ojców chalcedońskich, gdy zatwierdzili słynny list (Tomos), wysłany przez papieża Leona I Wielkiego na rok przed soborem do Germanusa, biskupa Konstantynopola i głoszącego: „Piotr przemówił przez Leona!” Schillebeeckx myśli, że „najgłębsza intencja” jego wypowiedzi jest taka sama jak ta z Chalcedonu, i że jest dziś lepszym wierzącym, gdy używa własnych wyrażeń, niż my, trzymający się Kościoła wszystkich wieków i Credo: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.

Nie ma porządku ponadnaturalnego

Agnostycyzm dzisiejszych modernistów prowadzi do zaprzeczenia jakiegokolwiek porządku ponadnaturalnego i istotnego odróżnienia go od naturalnego. Nie mają miejsca także żadne cudowne interwencje Boga na tej ziemi. Bóg nie ingeruje: „Ani Bóg, ani Chrystus nie wtrącają się. Historia i świat idą swoją własną drogą. Jeśli dzieło zbawcze Jezusa (a w tym i Boga) zostaje posunięte do przodu, to tylko tam, gdzie człowiek kieruje to zbawcze dzieło ku innym.” (Van Iersel). Bóg nie daje zbawienia z zewnątrz, ale ludzie przekazują zbawienie innym i to można nazwać „Boskim dziełem zbawienia”. Takie zdanie można pojąć rozumowo tylko, gdy nie wierzy się w Boga osobowego i utożsamia się Go ze światem. Inaczej, to nonsens.

Odrzucenie porządku nadprzyrodzonego i interwencji Boga całkowicie oddzielonego od porządku stworzenia, można znaleźć w mowie inauguracyjnej P. Schoonenberg’a S.J., którą wygłosił w Nijmegen w 1965 roku, kiedy został tamtejszym wykładowcą. Zapytał wtedy: ale co zostaje wtedy z łaski danej przez Boga? „Pozostaje wtedy – mówił – dany mi przez Boga bliźni, aby się radować!”

Zaprzeczenie porządkowi nadprzyrodzonemu porządkowi boskiej interwencji w świecie, a przede wszystkim w odniesieniu do człowieka, jest motywem przewodnim w wydanym w 1966 roku Nowym Katechizmie i jest najważniejszym kluczem do jego zrozumienia.

Ten Katechizm zaprzeczam na stronie 554 (i kolejnych), że człowiek ma niematerialną, nieśmiertelną duszę, która po śmierci będzie istniała oddzielnie od ciała. Książka chce „tę starą i rzetelnie (sic) zachowaną prawdę wyrazić inaczej” (str. 554). To jest jaskrawy przykład na to, jak daleko posunięto się w Nowym Katechizmie. To, co za tym stoi to: chęć przedstawienia w inny sposób tego, co wcześniej uważane było za prawdę!

Ojciec Edward Schillebeeckx OP (ur. 1914), jeden z najważniejszych doradców episkopatu holenderskiego w czasie II Soboru Watykańskiego, członek Do-C, centrum dokumentacji w Rzymie, które zajmowało się informacjami dotyczącymi soboru na potrzeby biskupów holenderskich.

Inny przykład: Nowy Katechizm miał też trudności z chrztem małych dzieci. Według nauki katolickiej pozostają one bierne i nic nie robią; jedynie Bóg działa i to w sposób całkowicie nadprzyrodzony. Usuwa grzech pierworodny i napełnia człowieka łaską uświecającą, człowiek otrzymuje „łaskę starego Adama”, przynajmniej po części, jak to świetnie wyraża liturgia chrztu Kościoła antiocheńskiego. Ale dla tego wszystkiego brakuje miejsca obok dogmatów modernistycznych. Dlatego Nowy Katechizm mówi, że chrzest dzieci ma swoje znaczenie jako znak, że zostały przyjęte do społeczności chrześcijan. To jest dostrzegalne, tak ludzie robią.

Jedną z bardzo poważnych konsekwencji tego poglądu jest zaprzeczenie odkupieńczej wartości śmierci Jezusa, zaprzeczenie występujące w Nowym Katechizmie i zgodne z artykułami prasowymi Schillebeeckx’a, w końcu przedłożonymi Kongregacji Nauki Wiary w Rzymie. Mówi się: myśl, że Bóg żądał krwi człowieka, swego Syna, za grzechy ludzi, nie pasuje już do naszego nowoczesnego pojęcia prawa. Ale według mnie motyw tego zaprzeczenia leży głębiej, mianowicie w zaprzeczeniu porządku nadprzyrodzonego, w którym sam Bóg suwerennie interweniuje dla dobra człowieka. Jezus na krzyżu wysłużył nam łaski i te, muszą być do nas zastosowane; to są pojęcia, których nie znają moderniści.

Komisja kardynałów chciała poprawić i uzupełnić niektóre bardzo fundamentalne punkty Nowego Katechizmu. Nie pozwolili na to autorzy pod przywództwem kard. Alfrinka, który nadał imprimatur, i byli w tym konsekwentni. Ponieważ zmiany dotyczyły punktów nauki katolickiej zawartej w Nowym Katechizmie, które zupełnie przeczyły modernizmowi jego autorów, były zwalczane. Nowy Katechizm stałby się całkowicie inną książką, a nie anonimowym produktem ich myśli. Odmówili. Tutaj powinien był zainterweniować Paweł VI lecz tego nie zrobił. Nikogo nie chciał wyłączać z Kościoła, co było jedyną przekonywującą odpowiedzią na aroganckie odmówienie przyjęcia nauki katolickiej w kilku istotnych punktach.

Trójca Święta

Jeśli kwestionowana jest nauka o Chrystusie, tym samym kwestionowana staje się nauka o Trójcy Przenajświętszej. A ta jest podstawowym dogmatem chrześcijaństwa. Ksiądz odmawiający brewiarz, mówi w swoim życiu tysiące razy: „Chwała Ojcu Synowi i Duchowi Świętemu”; wiele modlitw Kościoła kończy się słowami uwielbienia skierowanymi do Świętej Trójjedności. W Nowym Katechizmie mówi się o tym jedynie na końcu i to dwuznacznie, zrozumiale dla tego, kto orientuje się w modernizmie. Ale w spisie ważnych wyrażeń i pojęć na końcu książki słowo to nie występuje, umyślnie, o czym poinformował pewnego razu Schoonenberg. Dla dobrze poinformowanego jest to wystarczające. Powód, dla którego nie chce się już wiedzieć o Trójcy Świętej to znów agnostycyzm: Bóg jest dla nas całkowicie niepoznawalny, skąd wiec możemy wiedzieć, że jest On jeden w substancji, a potrójny w Osobach? I dalej: co oznaczają te wyrażenia? Dopasowane do Boga są one dla nas bezsensowne. Tak sądzą moderniści.

Hermeneutyka

Aby utrzymać łączność z Kościołem czasów wcześniejszych, stworzono nową definicję dogmatu w sposób akceptowalny dla „nowoczesnego człowieka” (kim i czym on jest?). Tego nowego człowieka podarował nam mało znany filozof, zaufany modernistów. „Tak jak święty Tomasz z Akwinu budował swoją teologię na filozofii swoich czasów, tak robię i ja z filozofią moich czasów” powiedział mi wiele lat temu Schillebeeckx. Ten paralelizm wygląda, patrząc powierzchownie, rozsądnie i nawet normalnie, ale tak nie jest. Nikt inny jak Jacques Maritain wskazał na to w Le Paysan de la Garonne. Jedynie taka filozofia, która uznaje obiektywność ludzkiego poznania może być użyta w teologii katolickiej. A tego nie robi „filozofia nowoczesna” (powinno się raczej mówić o „… filozofiach”) od Kanta. Ale nie wystarczy, że filozofia jest „nowoczesna” aby móc jej używać w teologii. Nie może stać w sprzeczności do wiary, a więc nie być fałszywą. Cała hermeneutyka, tzn. „szukanie” (to oznacza Grecki czasownik hermeneuõ) nowego znaczenia dla starych wyrażeń, które byłyby do przyjęcia dla nowoczesnego człowieka (czytaj: nowoczesnego filozofa) stoi w sprzeczności z wielokrotnie już cytowanymi kanonami Vaticanum I, które nie dopuszczają zmiany znaczenia dogmatów.

Moralność sytuacyjna

Jak powiedziano, modernizm naszych czasów jest dużo szerszy w zasięgu, niż ten z początku XX wieku. Została w to włączona także moralność, tzn. zachowania ludzi i normy, którym muszą odpowiadać. Jako że nie znamy Boga i nie ingeruje On w ten świat, człowiek jest najwyższym co znamy i przez to miarą wszystkich rzeczy. Nie ma obowiązków względem Boga osobowego, ponieważ Go nie znamy. Ludzie mają wiec obowiązki jedynie względem samych siebie i wspólnoty (dlatego odwracają ołtarze w stronę ludu). Ale wspólnota podlega ciągłym zmianom. Z tego wynika, że normy zachowań ludzkich są w istocie zmienne. Co można, a czego nie można robić zależy w dużym stopniu od sytuacji (stanu), w której człowiek się znajduje. Przy tym człowiek jest sędzią samego siebie; jego „własne sumienie” mówi mu co ma robić, jest autonomiczny.

Wyjaśnianie Biblii

Tak jak wyjaśnianie Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu ogrywało ważną rolę w zwalczanym przez Piusa X modernizmie (Alfred Loisy, francuski lider ruchu, był egzegetą), tak i teraz ma ono duże znaczenie, chociaż nie tak wszechogarniającą jak wtedy. Teraz chodzi o wiele więcej. Dla dzisiejszych modernistów przede wszystkim Ewangelie i Dzieje Apostolskie muszą odpokutować. Mają one fundamentalne znaczenie dla poglądu na Kościół i chrześcijaństwo. Stworzono nawet „egzegezę marksistowską”, która nie jest niczym innym, jak przepowiadaniem marksistowskich idei za pomocą Ewangelii. Także „teologia wyzwolenia” używa Pisma Świętego do swoich celów, ale nie używa go zbyt często. Ewangelia jest „dobrą nowiną” (to oznacza to greckie słowo), że Słowo Boże dla nas stało się człowiekiem i przyjęło ciało, aby wybawić nas od naszych grzechów i dać nam życie wieczne. Dlatego Zbawiciel ustanowił swój Kościół, o którego najwcześniejszej historii opowiadają Dzieje Apostolskie, od jego pierwszego pojawienia się w dzień Zielonych Świąt po Wniebowstąpieniu Jezusa. Jezus przepowiedział nam tę radosną nowinę słowami tzn. nauczając w Galilei i Jerozolimie. Ale, aby być wiarygodnym i, aby uczynić jasnym, że jest tym, za którego się podaje, zrobił niezliczoną ilość wielkich rzeczy, mianowicie cudów, z których największym i decydującym było Jego powstanie z martwych. Czynił także proroctwa, z których najważniejszym była zapowiedź upadku Jerozolimy, które miało miejsce w roku 70 po Chrystusie (35 do 40 lat po śmierci Jezusa). Teraz, moderniści nie chcą wiedzieć, że miały miejsce cuda i przepowiednia o upadku Jerozolimy, które zajmują tak ważne miejsce w Ewangeliach i o których tyle powiedziano. Według nich nie mogą one być historyczne, ale zostały po fakcie włożone w usta Jezusa przez pisarzy Ewangelii. Ostatnio twierdzą (postulat, a raczej przesąd, niewierzących zwalczany przez znaczącego modernistę, anglikańskiego ex-biskupa John’a A.T. Robinson’a w Redating the New Testament, 1976), że wszystkie Ewangelie zostały napisane po roku 70, a najlepiej pomiędzy 80 a 100. Są według nich w pierwszej kolejności odzwierciedleniem „wiary” najstarszych gmin chrześcijańskich pochodzących z czasów ich powstania, a nie faktów z życia Jezusa oraz Jego słów. „Projektowali” tę wiarę w czasach Jezusa, wkładali w Jego usta swoje własne poglądy i stwarzali „opowieści o cudach”. Według R. Bultmann’a, liberalnego protestanta, te opowieści dotyczą z reguły spraw, które w ogóle nie miały miejsca, jednak Bas van Iersel uważa, że opisane rzeczy właśnie miały miejsce, ale nie były to cuda (ponieważ cuda nie istnieją, Bóg nie interweniuje). Według van Iersel’a wydarzenia, które rzeczywiście miały miejsce, wyrosły w legendzie do rangi cudów. Miały na to pół wieku.

Wiara upada

Sobór Watykański I potępił pogląd mówiący, że cuda i proroctwa nie są możliwe i wyłączył z Kościoła tych, którzy są zwolennikami tych potępionych poglądów. Sobór miał rację, gdyż przez zaprzeczenie faktu, opisanych w Ewangeliach, cudów i proroctw Jezusa, odbiera się wierze katolickiej jej wiarygodność. Nie ma więc już żadnego sposobu na udowodnienie rozumności przyjęcia wiary, niezależnie od tego, jak bardzo prawdy wiary są niezrozumiałe. Ale jeśli nie da się rozumności, wiarygodności wiary wskazać argumentacją, nieracjonalnym jest oczekiwać, że obdarzony rozumem człowiek podda się jej. I to jest właśnie to, co się dzieje: wiara katolicka, chrześcijańska upada u wielu osób. Jezus nie ustanowił Kościoła, mówi się między innymi, powołał jedynie do istnienia „ruch Jezusa” (Schillebeeckx i spółka). W to, czy słynny tekst Mateusza 16, 18 jest prawdziwy powątpiewa mocno Van Iersel i powtarza po prostu to, co liberalni protestanci mówili na długo przed nim nie na podstawie tekstu i przekazu Ewangelii (która w całości stoi za prawdziwością tekstu Piotra), ale dlatego, że zadekretowali, iż tekst może być nieprawdziwy; Jezus po prostu nie założył Kościoła. Trzymaj się z tym od nas z daleka.

Jest jasne, że egzegeza modernistyczna wyrządziła wielkie zło i jest powodem utraty wiary przez wielką ilość osób. Może się stać jednym z najważniejszych powodów natychmiastowej utraty wiary. Używane do tego rozumowanie jest całkiem proste: „Wcześniej nauczono pana, że wszystko, co jest napisane w Biblii, wydarzyło się naprawdę. Ale widzi pan jednak, że wiele z tego może być nieprawdziwe. W rezultacie jest pan oszukany”. Nie rzadko zaczyna się przy tym wskazywać na opowieści starotestamentowe jak ta o Adamie i Ewie, wieży Babel, potopie, opowieści o życiu praojców i wyjścia Izraela z Egiptu i inne. Nie było więc trudnym osłabienie wiary w to wszystko u ludzi prostych i niewykształconych i tym sposobem kłaść fundament pod dzieło zniszczenia. Po jakimś czasie przyszedł czas na Ewangelie. Czytałem w książeczce wydanej przez prowincjała kongregacji zakonnej w Belgii, że opowieść o tym, ze Jezus chodził po Jeziorze Galilejskim jest paralelą podobnych opowieści o Buddzie i innych założycielach wielkich religii. Taka „opowieść” ma oczywiście jakieś znaczenie – o to tu chodzi, dobrze to zrozumieć, mówi się – ale tak naprawdę to się oczywiście nie wydarzyło. Jezus nakarmił cudownym sposobem tysiące ludzi na pustyni? Nie wierz w to; jeśli coś się stało, to było to niezwykłe (ale nie cudowne) rozdanie jedzenia dla pewnej ilości osób naraz przez Jezusa; co dokładnie się wydarzyło, nie wiemy, ale na pewno zrobiło to wrażenie i urosło do „opowieści” o cudzie.

Gdy w latach 1927-30 byliśmy studentami u Dominikanów, już o tym słyszeliśmy. I już wtedy nie było to nowe. To pochodziło ze szkoły z Tybingi z połowy XIX wieku! Nieszczęśliwi chrześcijanie, którzy zostali tak oszukani! Są ślepymi prowadzonymi przez ślepych.

Pozwoliłem sobie poświęcić tylko kilka słów tej sprawie najwyższej wagi. Ale to wystarczy, aby ją zasygnalizować.

Zakończenie

Opisywanie modernizmu można by jeszcze kontynuować prawie bez końca, ponieważ nowy modernizm, tak jak ten stary, jest „zbiorem wszystkich herezji” i całkowitym zaprzeczeniem podstaw chrześcijaństwa, które zostały nam objawione przez Boga. Modernizm przeniknął tak głęboko do Kościoła, że jeszcze długo będziemy musieli z nim żyć. Ale niech nie ogarnia nas niepokój: Bóg jest z nami i ze swoim Kościołem. „Wszelako Syn Człowieczy gdy przyjdzie, sądzisz, że znajdzie wiarę na ziemi? (Łk 18, 8), powiedział Jezus i możliwe jest, że dzisiejszy rozwój wypadków prowadzi do tego. Ale może być też inaczej. „Panie ratuj, giniemy!” (Mt 8, 25) krzyczeli Apostołowie w łódce w czasie burzy na jeziorze. A Jezus im odpowiedział: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” Rozkazał wiatrowi i burza natychmiast ucichła. Czy to się stanie? Nikt nie może tego powiedzieć. Tymczasem, spoglądamy w Kościele z ufnością na Pana Jezusa Chrystusa i mówimy Mu razem z Piotrem: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 69). Ktoś napisał mi przed laty z Paryża: skała Piotra wciąż stoi, stała się tylko na chwilę niewidoczna. Ta skała to fundament Kościoła, jego nadprzyrodzony fundament. I do tego Kościoła należymy, przez niego jesteśmy połączeni ze sobą i z Chrystusem, Synem Bożym, równym Ojcu i Duchowi Świętemu. Wierzymy w to, tak jak Kościół to zawsze robił i nie pozwolimy żadnemu modernizmowi, który chce naruszyć grunt pod stopami naszej wiary, zwieść się.

Chesterton napisał kiedyś, że Kościół jest jedyną instytucją, w której człowiek nie musi być „ze swoich czasów”. Jest tyranią, gdy człowiek musi przyjmować poglądy, które napotkał w czasach, w których żyje. Jutro będą inne. Ci, którzy tak robią, są ludźmi niesamodzielnymi, nie myślą samodzielnie, ich myślenie nie jest osobiste lecz kolektywne. To jest dziś bardzo „na czasie”.

Na szczęście my w tym nie uczestniczymy, ale trzymamy się prawdy, która nie zmienia się z czasem, ale pozostaje wciąż ta sama. Podstawą tego jest zachowane i przekazywane przez Kościół Objawienie Chrystusa, o którym powiedział Apostoł: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki”. (Hbr 13, 8).

1 W oryginale słowo „legioen” nawiązujące do Łk 8, 30. Przyp. tłum.

tłumaczył z niderlandzkiego Karol Kilijanek

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.