_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o. Kenneth Baker SJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o. Kenneth Baker SJ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lutego 2011

Katolik. Co to właściwie dzisiaj oznacza ?


Czy zwróciliście uwagę iż słowo "Katolik" nie posiada już jednego, konkretnego znaczenia? Zauważcie, że przed Drugim Soborem Watykańskim, słowo "Katolik" było jednoznaczne i wszyscy wiedzieli, co dokładnie ono oznacza. Katolikiem nazywano człowieka, który wierzył we wszystko, czego naucza Kościół, bierze udział w niedzielnej Mszy świętej i jest posłuszny Ojcu świętemu i swojemu biskupowi. Oczywiście, i wtedy byli tacy, którzy niezbyt przestrzegali powyższych reguł, ale przynajmniej 99% wierzyło tak samo i w to samo.

Wiele osób, nadal uważających się za Katolików, obecnie odrzuca podstawowe elementy doktryny katolickiej i nauczania moralnego, jak np. nieomylność papieską, Rzeczywistą Obecność Pana Boga w Najświętszym Sakramencie, ofiarny charakter Mszy świętej, Bóstwo Jezusa Chrystusa, jako drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej; albo fakt iż antykoncepcja, aborcja czy homoseksualizm to grzechy śmiertelne, itd.

Poważną konsekwencją tego "fenomenu" jest fakt, iż słowo "Katolik" jest obecnie określeniem nad wyraz wieloznacznym, ma ono różne znaczenie dla różnych osób. Jeśli więc ktoś mówi wam iż "jest Katolikiem", nie będzie głupie spytać się go, aby sprecyzował, do której "odmiany" Katolików się zalicza.

Nie znam wszystkich "rodzajów" czy "odmian" Katolików, ale oto kilka z nich, które przychodzą mi do głowy: Ortodoksi (czyli: wierni nauczaniu Kościoła), tradycjonaliści (czyli: liturgia i Msza św. tylko po łacinie), liberałowie/postępowcy (czyli: kawiarenka "katolicyzm" - dla każdego coś miłego), marksiści, przedsoborowcy, soborowcy, indyferentyści, sedewakantyści (czyli: Pius XII ostatnim legalnym papieżem), lefewryści (członkowie i sympatycy Bractwa św. Piusa X), itd. Co najdziwniejsze - oni wszyscy nazywają się "Katolikami". Ale ich postawę można w pewnym stopniu usprawiedliwić tym, iż od wielu dziesięcioleci władze Kościoła tolerowały i tolerują nadal wszelkie odstępstwa, nieposłuszeństwa i herezje.

Od kiedy w 1965 r. zakończono Drugi Sobór Watykański, w Kościele katolickim panoszy się totalny brak dyscypliny. Każdy robi głównie to, co lubi, a żadna z władz Kościoła nie czyni niczego, aby się temu trendowi przeciwstawić. Nie jestem odosobniony w tym przekonaniu - słyszałem podobne słowa na wykładzie jednego z kardynałów, wygłoszonym w sali hotelowej, 200 jardów od Watykanu. Wśród wielu błędów, jakich dzisiaj swobodnie naucza się na katolickich uniwersytetach i w seminariach, prawdopodobniej najbardziej szkodliwym jest zachęcanie młodych ludzi do stosowania zasad "etyki sytuacyjnej", pewnej odmiany konsekwencjalizmu (przeciwieństwa pryncypializmu - przyp mój - Dextimus). Jest to moim zdaniem jedna z przyczyn tego iż obecnie mamy tak wielu homoseksualistów wśród duchowieństwa i tak wiele spraw sądowych o molestowanie nieletnich.

W Kościele katolickim przez ostatnie 40 lat możemy zauważyć ziejącą przepaść między tym, czego Kościół naucza i sposobem, w jaki rządzi i jest rządzony. Nauczanie jest z reguły spójne z przeszłością, ale rządy - już nie. Kościół został zaatakowany przez współczesnego ducha demokratyzacji, czego wynikiem jest iż osoby posiadające władzę bardzo niechętnie podejmują jakiekolwiek decyzje lub wydają polecenia, jeśli uprzednio nie otrzymają stosownego zalecenia wyprodukowanego przez jakiś komitet czy komisję.

To nie jest sposób, w jaki działał św. Paweł. Nie wierzycie? Poczytajcie jego listy pasterskie i ostrzeżenia przed fałszywymi nauczycielami. To nie jest sposób, w jaki rządzili bł. Pius IX, Leon XIII, św. Pius X, Pius XI albo Pius XII. To byli szefowie, przełożeni pełną gębą i każdy zdawał sobie z tego sprawę. Moderniści byli ekskomunikowani, a osoby nieposłuszne były karane. Np. pewien kardynał jezuita sprzeciwił się Piusowi XI w latach 20-tych XX wieku i papież odebrał mu czerwony kapelusz i zdegradował go z powrotem do statusu zwykłego kapłana (mowa zapewne o ks. Ludwiku Billot SJ zmuszonym do rezygnacji w 1927 r. - przyp. mój - Dextimus).

Nie wiem, gdzie leży rozwiązanie powyższego problemu, ale wydaje mi się iż silne i sprawiedliwe sprawowanie władzy papieskiej i biskupiej oraz wymaganie posłuszeństwa i ortodoksji powinno przywrócić sprawom ich właściwe miejsce. Ci, którzy już nie wierzą w to, co Kościół do wierzenia podaje, powinni być zmuszeni do uznania iż już nie są prawdziwie Katolikami i że sprawą elementarnej uczciwości i honoru jest dla nich opuszczenie Kościoła, gdyż Katolikami są jeno z nazwy; w rzeczywistości są protestantami, agnostykami lub kimś jeszcze gorszym.

I wcale nie potrzeba żadnych nowych przepisów i praw. Mamy setki z nich, które nie są wprowadzane w życie, np. obowiązek noszenia odpowiedniego stroju duchownego przez kapłanów i zakonników albo obowiązek wykładu całej nauki katolickiej, jaką możemy znaleźć w katechizmie. Jeśli władze Kościoła choćby zaczną wdrażać swoje własne prawa i wymagać stosowania własnych przepisów, w ciągu kilku lat słowo "Katolik" znowu zacznie znaczyć jedno i każdy będzie wiedział, co ono właściwie oznacza. Powinno to również wyeliminować obecny zamęt w Kościele katolickim.

o. Kenneth Baker SJ
redaktor naczelny
Homiletic & Pastoral Review

Źródło informacji: KRONIKA NOVUS ORDO

środa, 15 sierpnia 2007

Bezzębny Synod


Wzięcie udziału w Synodzie Biskupów w Rzymie jest dla mnie zawsze okazją do wejrzenia w tok myślenia biskupów, którzy obecnie są odpowiedzialni za rządzenie Kościołem.

Na październikowy Synod (2005 r.) zjechało się około 250 biskupów ze wszystkich stron świata. Wzięcie udziału w synodzie, czy nawet możliwość obserwowania go z bliska, będąc na miejscu, to wspaniałe doświadczenie powszechności (katolickości) Kościoła. Na zakończenie synodu biskupi zawsze publikują " Orędzie" skierowane do Kościoła. To orędzie nie ma żadnej mocy prawnej, ale stanowi odzwierciedlenie ich myślenia. Tutaj biskupi doświadczają prawdziwego kolegializmu - zjednoczeni w prawdziwej wierze pod zwierzchnictwem Następcy św. Piotra w miejscu, w którym św. Piotr został ukrzyżowany do góry nogami z miłości do Chrystusa.

Tematem Synodu była Eucharystia - źródło i szczyt życia i misji Kościoła. Ponieważ śledziłem obrady ojców synodalnych z bliska, przebywając w Rzymie, zapoznawałem się z raportami i byłem obecny na wszystkich konferencjach urządzanych dla prasy, chciałbym podzielić się z wami kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami.

Moim zdaniem, synod został zdominowany przez dyskusje o problemach dotyczących wiary w Eucharystię - wiary w to, że Msza św. jest bezkrwawym uobecnieniem ofiary złożonej na Krzyżu na Kalwarii i wiary w Rzeczywistą Obecność Chrystusowego Ciała, Krwi, Duszy i Boskości w Najświętszym Sakramencie. Biskupi mówili, że obecnie wielu katolików albo wierzy w to bardzo słabo, albo wogóle w to nie wierzy, więc Kościół powinien dążyć do przywrócenia żywej wiary. Proponowali jako remedium na to: lepszą katechezę podczas głoszonych kazań, w szkołach i w małych grupach, jak np. kręgi biblijne. Zaproponowali papieżowi Benedyktowi XVI, aby uruchomić i rozwijać program edukacji homiletycznej dla kapłanów. Poczułem się dowartościowany, bo przecież właśnie to robimy od 25 lat w redakcji Homiletic & Pastoral Review.

Inną ważną sprawą, którą zajmowali się biskupi był problem niedostatku kapłanów w wielu częściach świata. Synod zalecił modlitwy i adoracje Eucharystyczne, jako środki pozwalające zwiększyć ilość kapłanów. Co zdumiewające, zalecili nawet, aby ponownie otwierać preseminaria, co jest o tyle dziwne, że w USA sami je prawie wszystkie pozamykali w ciągu ostatnich 40 lat.

W tych zaleceniach dla papieża nie ma praktycznie nic nowego. Te 50 propozycji to typowy wynik pracy kolektywnej - żadnych stanowczych i konkretnych propozycji i kompromis w wielu sprawach. Tak, aby wszyscy byli zadowoleni.

Moim skromnym zdaniem, problem z biskupami polega na braku woli. Zaduch nowoczesnej zsekularyzowanej społeczności, którym oddychają spowodował, że utracili swoją niegdysiejszą stanowczość i stali się podatni na pochlebstwa kapryśnego tłumu - zupełnie jak politycy. Żaden z biskupów oficjalnie nie wyraził poparcia dla Mszy św. trydenckiej. Chwalono na okrągło dostojne liturgie wschodnie, ale żaden z nich nie odważył się wspomnieć choćby jednym zdaniem, że solenna Msza święta trydencka, z diakonem, subdiakonem, z tuzinem ministrantów, okadzeniami i okraszona chorałem gregoriańskim może skutecznie "konkurować" z przepięknymi liturgiami Wschodu.

Wiele pochwał kierowano pod adresem tak zwanych "cudownych owoców" zreformowanej liturgii. Mówiono o zwiększonym uczestnictwie świeckich. Niby tak. Ale większość z tych świeckich już nie bierze udziału w liturgii - uczęszczalność na Msze święte (w USA) w ciągu minionych 40 lat spadła z ok. 70% do 30%. Zachodzę w głowę, jakim cudem można to uważać za "cudowny i wielki sukces"? Jeśli ta nowa liturgia jest taka wspaniała, to dlaczego wciąż mamy stały spadek zamiast stałego wzrostu we frekwencji na Mszach świętych? Rozumiałbym ich entuzjazm, gdybyśmy mieli wzrost do 90%

Synod wspominał czasem o "pewnych nadużyciach" liturgicznych i wezwał biskupów do przeciwdziałania im. Ale przecież gdyby ci sami biskupi w ciągu minionych 40 lat wypełniali sumiennie swoje obowiązki, do tych "nadużyć" nigdy by nie dochodziło. A gdyby nawet, to przeciwdziałaliby im skutecznie od dawna!

Kościół nie potrzebuje kolejnych "instrukcji", "zaleceń" i innych tego typu dokumentów! Wszystkie niezbędne dokumenty i przepisy istnieją już od dawna! Kościół potrzebuje biskupów "z jajami"! Biskupów, którzy będą mieć wolę wykonywania powierzonej im władzy, wolę dyscyplinowania i wymagania od swoich podwładnych posłuszeństwa przepisom liturgicznym Kościoła. Gdyby w Kościele było więcej władzy i mniej "miłych, starszych panów", więcej osób odczułoby jego jedność i więcej zwiedzionych owiec powróciłoby do takiego Kościoła, który wie dobrze, czym jest i który ma wolę walki w obronie swojej integralności. Mam nadzieję (i modlę się o to gorąco), że Ojciec Święty weźmie do ręki te 50 propozycji Ojców Synodalnych i dorobi im brakujące zębiska. I będzie rządzić!

o. Kenneth Baker SJ 
redaktor naczelny 
Homiletic & Pastoral Review 

Źródło informacji: KRONIKA NOVUS ORDO

piątek, 29 września 2006

Kościół to nie korporacja - karierowiczom dziękujemy!


Często zdarza się, że biskup małej diecezji w przypadku wystąpienia wakatu w większej metropolii jest mianowany i przenoszony do tejże archidiecezji. Pytanie: Czy ta polityka jest dobra dla Kościoła?

Kilka lat temu, gdy Bernard kard. Gantin, prefekt Kongregacji Biskupów odchodził na emeryturę, w swoim pożegnalnym przemówieniu przypomniał, że w starożytności biskupi nie byli przenoszeni z diecezji do diecezji, tylko biskup zamianowany na ordynariusza jednej diecezji kierował nią do śmierci, gdyż uważano iż biskup "poślubia" swój Kościół partykularny, czyli wchodzi z nim w nierozerwalny związek na wzór nierozerwalnego związku między mężem i żoną.

Obecna polityka nie jest dobra dla Kościoła, gdyż promuje kleryków z chorą ambicją, pożądających "fioletów i czerwieni", którzy starają się "zaplanować" swoją "karierę" tak, aby jak najszybciej uzyskać "promocję" na wyższe "stanowisko". Ambicja dominowania nad innymi i posiadania władzy w Kościele z pewnością nie świadczy o byciu człowiekiem skromnym i świętym. Od biskupa oczekuje się przede wszystkim, aby był świętym kapłanem, gdyż jego naczelnym zadaniem jest uświęcenie i doprowadzenie do zbawienia wiecznego powierzonej mu trzody. A - jak wiadomo - nie da, kto nie ma. Jeśli kapłan planuje sobie "ścieżkę kariery", aby stale "awansować" w "świecie klerykalnym", zostać biskupem, potem arcybiskupem, aż w końcu - kardynałem, nie można o nim powiedzieć, że jest skromny, ani że jest święty. Powiem więcej - taki kapłan nigdy nie powinien zostać wyświęcony na biskupa!

Wyróżniający się w przeszłości biskupi to święci i męczennicy, którzy przede wszystkim sami żyli wiarą katolicką i wskazywali innym kierunek na drodze do świętości. Pierwszych trzydziestu papieży, to bez wyjątku męczennicy, którzy oddali życie za Wiarę. Pamiętamy o świętych biskupach takich jak Chryzostom, Jan Fisher, Mindszenty i wielu innych.

Główna przyczyna, którą Kościół uzasadnia przenoszenie biskupów między diecezjami to przyczyna "praktyczna" - biskup mniejszej diecezji nabiera doświadczenia w kierowaniu diecezją, jeśli mu się to udaje, dostaje promocję do większej diecezji. Nie sposób odmówić pewnego sensu temu rozumowaniu, gdyż doświadczenie w "przywództwie" jest wskazane przy kierowaniu większą diecezją. Tak to przynajmniej działa w świecie biznesu i w dużych korporacjach, ale Kościół przecież nie jest korporacją jak IBM czy General Motors.

Negatywnym aspektem tejże polityki jest to, iż promuje ona ambicjonalizm u biskupów mniejszych diecezji. Jeśli taki ambitny biskup chce się koniecznie "wybić", ma ogromną motywację, aby "kombinować", czyli starać się o swój "pozytywny wizerunek", unikać jak tylko może jakichkolwiek konfliktów, a przede wszystkim - dbać o swoją "dobrą prasę". Powszechnie wiadomo, że biskupi, którzy autorytarnie rządzą swoimi diecezjami i bezpardonowo dbają o utrzymanie wśród swoich kapłanów i diecezjan przestrzegania zasad katolickiej doktryny i moralności, mają wielu przeciwników i są notorycznie krytykowani w mediach, gdyż media z reguły krytykują jakiekolwiek przejawy używania autorytetu w celu utrzymywania porządku. Zdając sobie sprawę z powyższego, wielu biskupów rządząc swoimi diecezjami nie podejmuje decyzji dla dobra wiary i dla duchowego dobra swoich diecezjan, tylko raczej dla dobrej opinii o sobie, promowania własnego wizerunku i własnej "kariery". Starają się dopasować do kultury czasów, w jakich przyszło im żyć i zbytnio nie nalegają na przestrzeganie zasad katolickiej wiary i moralności. Przykładów nie trzeba daleko szukać - większość naszych biskupów od wielu lat unika potępienia antykoncepcji, tylko nieliczne jednostki odmawiają udzielenia komunii świętej politykom "katolickim", którzy są zwolennikami aborcji.

Zdecydowanie uważam, że gdyby wszyscy biskupi ordynariusze wiedzieli, że nie zostaną już przeniesieni do innej, "lepszej" diecezji, byliby bardziej staranni w uświęcaniu i rządzeniu swoimi diecezjami, ponieważ wiedzieliby, że są tam już na zawsze, do śmierci.

Sugeruję, aby na ordynariuszy mianować tylko świętych biskupów pomocniczych i kapłanów, którzy udowodnili, że są dobrymi duszpasterzami. Takie "szkolenie" jest całkowicie wystarczające dla przyszłego biskupa ordynariusza, lepszego nie potrzebują. Nauczą się jak rządzić diecezją - poprzez bycie biskupem. Patrząc na rozliczne skandale, które wstrząsają episkopatem jasne jest, że "stara" polityka "awansowania" nie sprawdziła się. Spróbujmy zastosować "nową" politykę "dożywocia w diecezji" i zobaczmy, jak będzie działać. Jeśliby ją wprowadzono - przewiduję, że nasze diecezje będą zarządzane znacznie lepiej niż obecnie. A nasi biskupi będą mieć wyższe poważanie wśród swoich diecezjan niż mają dziś.



o. Kenneth Baker SJ
redaktor naczelny
Homiletic & Pastoral Review

Źródło informacji: KRONIKA NOVUS ORDO

sobota, 24 czerwca 2006

Katolicyzm bez kalorii


Od wielu lat jesteśmy atakowani zewsząd przez produkty na różne sposoby "odchudzone" (light). Wszystko zaczęło się od piwa "light" (bezalkoholowego), a potem w sklepach zaczęly pokazywać się inne produkty z tym "dodatkiem" w nazwie - mianowicie wędliny, nabiał, produkty zbożowe itp. Główna idea przyświecająca produkcji tych wyrobów to zmniejszenie do minimum ilości składnika, który może być szkodliwy dla niektórych osób, jeśli jest stosowany w typowej ilości.

Od ponad 30 lat obserwuję u niektórych biskupów, kapłanów, sióstr zakonnych i wykładowców katolickich tendencję do "rozwadniania" Wiary katolickiej, co w zamyśle ma uczynić ją rzekomo łatwiej akceptowalną dla współczesnego człowieka. Ta tendencja ujawnia się również w książkach katolickich, prasie, kazaniach i podczas nauki religii - od przedszkoli poczynając, na duszpasterstwach akademickich kończąc.

Zjawisko to mozna również określić inaczej, a mianowicie "rozmiękczaniem" katolicyzmu. Efekt jest osiągany na przynajmniej dwa sposoby. Pierwsza metoda to całkowite pomijanie prawd, które są uważane za "niemodne" lub "zbyt trudne" do zrozumienia przez współczesnego człowieka, jak np. nauczanie o grzechu pierworodnym, o grzechu śmiertelnym zasługującym na piekło, o samym piekle jako takim, o czyśćcu, o istnieniu diabła, o siedmiu grzechach głównych, o rzeczywistości pożądliwości i pokuszania przez Złego, o potrzebie i wartości pokuty w postaci postu, o tym iż każda osoba zaraz po śmierci staje przed obliczem Chrystusa, który szczegółowo sądzi ze złych i dobrych uczynków, o sądzie ostatecznym przy końcu świata. Niektórzy całkiem słusznie nazwali tę wybiórczość co do prawd Wiary - "Kawiarenką Katolicyzm"

Kolejna z metod zniekształcania pełni Wiary katolickiej to przesadne uwydatnianie przyjemnych i radosnych aspektów katolicyzmu, jak np. pierwszeństwo miłości, Boża dobroć, miłosierdzie i chęć przebaczania wraz z dorozumianą czy nawet wprost stwierdzaną wiarą w to, że wszyscy pójdą do Nieba. W powyższym słowniku nie sposób odnaleźć słowa "nadprzyrodzony", a większość tego "odchudzonego" nauczania to praktycznie czysty humanitaryzm, który można znaleźć, w dodatku bardziej bezpośrednio wyrażony, w którejś z lokalnych sekt protestanckich.

Tendencję ową określam słowami "Katolicyzm bez kalorii". Jego główną cechą jest położenie głównego nacisku na przyjemne aspekty Wiary katolickiej i rozwadnianie lub nawet kompletne pomijanie choćby wspominania o bolesnych aspektach naszej Wiary, czyli o grzechu, Bożym gniewie, Jego sądzie i potępieniu będącym karą za grzechy. Przykładowo - niedawno przeanalizowałem sobie cztery przykładowe teksty kazań przeznaczonych na uroczystości parafialne związane z Rokiem Jubileuszowym 2000. Nie było co prawda w nich nic heretyckiego, ale we wszystkich z nich starannie i systematycznie unikano "twardych prawd" Wiary katolickiej i kładziono nacisk na miłość i miłosierdzie Boże praktycznie wyłączając pojęcie Bożej sprawiedliwości.

Chciałbym podac jeszcze kilka przykładów na dowód mojej tezy. W liturgii obecnie kładzie się większy nacisk na zgromadzenie i na Mszę rozumianą jako posiłek czy ucztę niż na dogmatyczną prawdę o tym iż Msza najpierw jest ofiarą, zanim staje się sakramentem. Znaczenie sacrum jest praktycznie pomijane, co najlepiej widać w braku szacunku dla Rzeczywistej Obecności naszego Pana w Najświętszym Sakramencie poprzez głośne rozmowy i spacerowanie po kościele przed i po Mszy świętej. Potrzeba adoracji Boga, jako naszego Wszechmogącego Stwórcy i Pana została zastąpiona stwierdzeniem iż jest On naszym Doradcą i Przyjacielem.

Nie słyszymy zbyt wiele o nieśmiertelności duszy ludzkiej ani o eschatologii - o tym iż nasze przeznaczenie - niebo lub piekło - zależy od tego, czy umieramy w stanie łaski uświęcającej. Z drugiej strony co chwila słyszymy o prawach katolików, ale rzadko kiedy - o ich obowiązkach i powinnościach.

To, o co podejrzewam wielu katolików, to właśnie "katolicyzm bez kalorii", w którym niektóre z podstawowych prawd Wiary, które otrzymaliśmy od Chrystusa za pośrednictwem Apostołów, są skrywane przed wiernymi, by nie rzec - całowicie zapomniane. Takie postępowanie, jeśli nie zostanie odpowiednio skorygowane w końcu doprowadzi do tego iż Kościół katolicki w USA stanie się po prostu kolejną sektą protestancką mimo iż nadal uparcie będzie mieć w nazwie "katolicki"

Główną przyczyną "rozmięczania" katolicyzmu jest inwazja świeckiej myśli humanistycznej do wnętrza Kościoła. Mówiąc wprost - to modernizm potępiony przez papieża św. Piusa X. To znaczy, że pozytywizm, subiektywizm i relatywizm wniknęły do Kościoła i doprowadziły do "rozwodnienia" Nicejsko-Konstantynopolskiego wyznania Wiary. Zadaniem dla nas, katolickich kapłanów, jest reakcja na to zagrożenie poprzez nauczanie "twardego katolicyzmu", to znaczy CAŁEJ prawdy katolickiej, a nie tylko wersji "bez kalorii".


o. Kenneth Baker SJ 
redaktor naczelny 
Homiletic & Pastoral Review

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.