______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

czwartek, 30 października 2014

Ruchy charyzmatyczne - czy to jest katolickie?


Romano Amerio: Posoborowe zmiany w zgromadzeniach zakonnych



Jako że zakony i instytuty religijne zachowujące tzw. rady ewangeliczne wypełniają nadobowiązkowe zobowiązania religijne, oczywiste jest, że obecny kryzys zadać musiał szczególnie bolesny cios zwłaszcza tej szczególnej części Kościoła. Zgodnie z zasadą loquimini nobis placentia, według której ludzie posiadają skłonność do pomniejszania własnych porażek i wyolbrzymiania swych cnót, obecna agonia zgromadzeń zakonnych przedstawiana jest (przyjmując optymistyczny punkt widzenia Jana XXIII) jako ich odrodzenie, biorąc wszelkie zmiany i destabilizację za oznaki żywotności.

Kryzys jest jednak faktem, o czym świadczy chociażby skala odstępstwa osób, które podjęły wcześniej życie konsekrowane. Wszystkie wspólnoty zakonne, wielkie i małe, męskie i żeńskie, kontemplacyjne, aktywne i o charakterze mieszanym, jeśli nie zostały wręcz zdziesiątkowane, skurczyły się w ciągu 20 lat do ułamka swej dawnej liczebności. Według oficjalnych danych opublikowanych w Tabularum statisticarum collectio w roku 1978, w latach 1966–1977 liczba zakonników na świecie spadła z 208 tys. do 165 tys., czyli niemal o 25%. Nie sposób obronić tezy, że spadkowi ilościowemu towarzyszy wzrost jakościowy: jakość przejawia się w ilości. Im więcej ludzi zobowiązuje się do życia według pewnego ideału, tym prędzej praktykowanie tego ideału doprowadzone zostanie do doskonałości. Im większa liczba ludzi angażuje się w jakąś działalność, tym więcej z nich w niej celuje, podobnie jak potrzeba wiele praktyki, aby osiągnąć w czymś biegłość.

Kryzys ten przejawia się w najwyraźniej w pędzie do zmian: wszystkie instytuty zakonne zwołały specjalne zgromadzenia w celu zreformowania swych konstytucji i reguł, dokonywanego często w sposób lekkomyślny i zawsze ze skutkami bardziej niszczącymi niż budującymi. Pytany o kondycję dzisiejszych zakonów, kard. Daniélou odpowiedział wprost: „Myślę, że mamy obecnie bardzo poważny kryzys życia zakonnego i że powinno się mówić nie tyle o odnowie, co raczej o upadku”. Jako przyczyny tego stanu rzeczy Kardynał wymienił wypaczenie rad ewangelicznych, przez traktowanie ich jako raczej poglądu psychologicznego i socjologicznego, niż specjalnego stanu życia, opartego o zalecenia Chrystusa Pana zawarte w Ewangeliach.

Prawdziwa odnowa powinna polegać na podporządkowaniu zewnętrznych form aktywności dążeniu do osiągnięcia świętości, która jest głównym celem Kościoła, a życia zakonnego w szczególności. Stosunki ze światem zewnętrznym zawsze zaprzątały umysły założycieli i reformatorów zakonów. W czasach praktykowania niewolnictwa w celu wykupu chrześcijan z rąk muzułmanów powstał zakon mercedarian; ze względu na zagrożenie epidemiami powstali kamilianie i zakon szpitalny św. Antoniego; kiedy pojawiła się potrzeba nauczania mas – powstali bracia szkolni. Nie sposób wymienić wszystkich współczesnych kongregacji, dostosowujących się na tysiące sposobów do potrzeb społeczeństwa.

Z przystosowaniem mieliśmy więc do czynienia zawsze, jednak dziś generalna zasada reform wymaga, by zmiany przebiegały bez wyjątku od wymagań większych do mniejszych, nigdy zaś odwrotnie. Jest to dokładnym przeciwieństwem tego, co widzimy w historii zgromadzeń zakonnych. Wszystkie poprzednie reformy zostały wywołane rozgoryczeniem z powodu rozluźnienia dyscypliny i pragnieniem życia bardziej uduchowionego i surowego, przepojonego modlitwą i umartwieniami. Cystersi na przykład wyodrębnili się z kluniaków, a trapiści z cystersów. Podobnie pragnienie surowszego życia doprowadziło do powstania z franciszkanów: obserwantów, franciszkanów reformowanych i kapucynów (...); wszyscy oni powodowani byli pragnieniem prowadzenia życia doskonalszego i surowszego, a nigdy odwrotnie – jak ma to miejsce obecnie, po raz pierwszy w historii reform w Kościele.

Dzisiejsze reformy opisywane są w dużej mierze przy pomocy typowej dla naszych czasów nowomowy. Podczas specjalnych zgromadzeń, mających na celu przeprowadzenie odnowy reguł, zakony „zadają sobie pytania”, „konfrontują doświadczenia”, „wyznaczają nowe cele działania”, „poszukują nowej tożsamości” (w wyniku czego stają się czymś innym), „stają się świadome nowych problemów w Kościele”, „zajmują się problemem kreatywności”, usiłują „budować prawdziwe wspólnoty” (tak jakby przez ubiegłe stulecia zgromadzenia zakonne były wspólnotami fałszywymi), myślą o sposobach „umiejscowienia siebie w ich kontekście” itd.

Zmiany zasad

Tak jak w przypadku innych części ciała Kościoła, kryzys zakonów jest rezultatem nadmiernego dostosowania się do tego świata, które wynika z utraty wiary w możliwość zwycięstwa nad nim. W wyniku tej metamorfozy zgromadzenia zatracają część swej własnej istoty, co doprowadza je do kryzysu tożsamości. Istotną oznaką tego zagubienia jest zmiana w strojach członków zgromadzeń zakonnych, spowodowana pragnieniem nie odróżniania się od osób świeckich. (...). Musimy pamiętać, że czasami „ekstrawagancja” w strojach zakonników miała na celu podkreślenie wyjątkowości stanu duchownego, była również ważnym znakiem wolności Kościoła, jego niezależności od mód i stylów. Od wzgardy dla zwykłych strojów duchownych popada się we wzgardę dla szat liturgicznych: w konsekwencji podczas dzisiejszych koncelebr nierzadko widzimy księży odprawiających Msze w strojach całkowicie świeckich.

Życie zakonne, oparte o rady ewangeliczne, jest więc obiektywnie doskonalsze niż życie zwykłych chrześcijan kierujących się ewangelicznymi nakazami – jest ono wyborem dokonanym w oparciu o słowa samego Chrystusa Pana: „Si vis perfectus esse”. Kierunek dzisiejszych reform życia zakonnego zbliżony jest do tego, który rządzi obecną reformą kapłaństwa. Z jednej strony jesteśmy świadkami zacierania różnic pomiędzy kapłaństwem sakramentalnym a kapłaństwem wszystkich wiernych, z drugiej – pomiędzy stanem doskonałości i stanem zwykłym. Wszystko, co specyficzne dla życia zakonnego, tak w życiu wewnętrznym, jak i w zachowaniu, zostało usunięte lub pomniejszone.

Jako że życie podlega nieustannym zmianom, a wola ludzka stale buntuje się przeciw nakazom prawa, stan życia wymaga w swym obrębie pewnego niezmiennego porządku. Pewien stały charakter może być nadawany życiu przez podjęcie zobowiązania, wiążącego na stałe wolę jednostki z zakonem, poprzez potrójne śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Obecny kryzys spowodowany jest rozluźnieniem dyscypliny i lekceważeniem ślubów nie przez pojedyncze osoby, ale przez same władze zakonów, które doprowadziły do wprowadzenia zmian w regułach podczas specjalnie w tym celu zwołanych zgromadzeń generalnych.

Po pierwsze, porzucono zasadę stabilności. Stabilność, którą ślubował mnich według reguły benedyktyńskiej, miała podwójne znaczenie, odpowiadające dwóm sensom tego słowa. (...) Łacińskie regere oznacza zarazem ‘podtrzymywać’ i ‘kierować’. Reguła zakonna jest więc normą, która wyznacza kierunek życia i równocześnie go podtrzymuje. Łacińskie stare, od którego pochodzi stabilitas, znaczy równocześnie ‘pozostawać na miejscu’ i ‘pozostawać doskonałym’. Stabilność zakonna polega na tym, że mnich, pozostając w swoim klasztorze i nie zmieniając miejsca zamieszkania, znaleźć może środki konieczne do postępu moralnego.

Obecnie stabilność owa zanika. Oczywiście w ciągu stuleci przełożeni wszystkich zgromadzeń zmieniali miejsca swego pobytu; nawet prawo kanoniczne wyraźnie zezwala na podróż na rozkaz przełożonych. Problem polega na tym, że obecnie brak stabilności stał się wręcz elementem życia poszczególnych wspólnot. Z powodu zwiększonej mobilności współczesnego świata bracia opuszczają swe domy zakonne nie tylko w celu podróży, urlopu lub rozrywki (często przedstawianej jako cel apostolski czy kulturalny); członkowie wspólnoty oddzielają się od innych mieszkając w różnych miejscach i porzucając życie wspólnotowe. Eksklaustracja (zwolnienie z obowiązku zamieszkiwania w klasztorze – przyp. red. Zawsze wierni), która była dotąd czymś niezwykłym, stała się dziś normalną formą życia zakonnego. W miejsce klasztoru powstała pozbawiona stabilności diaspora, wynikiem czego jest niemal całkowity zanik życia wspólnotowego.

Zasadnicza zmiana orientacji

Cała tzw. „odnowa” jest w rzeczywistości fundamentalną zmianą orientacji, która, gdyby została przeprowadzona konsekwentnie do końca, mogłaby doprowadzić do całkowitego zaniku zgromadzeń zakonnych. Zmiana ta jest wyrazem antropocentrycznej rewolucji, cechującej obecny etap historii Kościoła. Widać to dobrze już w nowych, przedefiniowanych celach życia zakonnego: koncentruje się ono raczej na służbie człowiekowi niż Bogu, czy raczej na służbie człowiekowi utożsamionej ze służbą Bogu. Ta zmiana orientacji opiera się na fałszywym założeniu, że celem człowieka nie jest i nie może być jego własne zbawienie, ponieważ byłoby to rodzajem teologicznego utylitaryzmu. Twierdzi się, że mnich nie opuszczający swego miejsca czyni to jedynie z miłości własnej, a dążenie do dobra ze względu na nagrodę w życiu przyszłym jest działaniem samolubnym.

Celem, jaki zwykle stawiali przed sobą ludzie składający śluby zakonne, było przede wszystkim zbawienie swych dusz. Nie cofając się nawet do początków monastycyzmu wschodniego, widać to wyraźnie we wstępie do reguły św. Benedykta: „Et si fugientes gehennae poenas ad vitam perpetuam volumus pervenire, dum adhuc vacat et in hoc corpore sumus, currendum et agendum est modo quo in perpetuum nobis expedit” („I jeśli uciekając przed karaniem piekła, do żywota wiecznego przyjść chcemy, tedy póki czas mamy i w tem ciele jesteśmy i świetle tego żywota to wszystko jeszcze wypełniać możemy – teraz musimy ze skwapliwością biec i to czynić, co nam na wieki pożytecznym będzie”). Motyw ten był nie mniej oczywisty dla wielkich założycieli zakonów czasów współczesnych. (...)

Cnoty zakonne w okresie posoborowym

Czystość i umiarkowanie

To porzucenie orientacji transcendentalnej widoczne jest szczególnie wyraźnie przy analizie praktykowania cnót związanych ze ślubami zakonnymi. Wiemy, że wszystkie cnoty są wzajemnie powiązane i stanowią w rzeczywistości jedną cnotę. Jeśli cnotę zdefiniujemy jako nawyk woli do przestrzegania Bożego prawa, poszczególne cnoty są specyficznymi odmianami tego przyzwyczajenia; można więc powiedzieć, że wszystkie one zawarte są w każdej z nich, nawet, jeśli na to nie wygląda: „Ita quaelibet non tantum cohaeret, sed etiaminest alteri, ut qui unam habet, vere omnes habere dicatur” („Tak więc każda z nich nie tylko łączy się z innymi, ale właściwie w nich się zawiera; wskutek tego można słusznie powiedzieć, że ten, kto posiada jedną z nich – posiada je wszystkie” – św. Bonawentura De profectu religionis, księga II, rozdz. 24).

Konsekwentnie powiedzieć można, że osłabienie którejkolwiek z nich wpłynie na osłabienie pozostałych cnót właściwych dla życia zakonnego.

Co do cnoty czystości – zanik wrażliwości i roztropności przejawia się przede wszystkim w powszechnym rozluźnieniu dyscypliny odnośnie do stroju duchownego, braku rozwagi w kontaktach z przedstawicielami płci przeciwnej, również podczas podróży. Przepisy, którym podporządkowywali się nawet najwięksi święci, są dziś wzgardzone w teorii i zaniedbywane w praktyce. Owa wzgarda dla cnoty czystości jest powodem wielu upadków, co jednak można łatwo ukryć.

Motu proprio papieża Pawła VI Ecclesiae sanctae stwierdza, że „Duchowni powinni większą niż inni chrześcijanie uwagę przywiązywać do dzieł pokuty i umartwienia”. Faktem jest, że cnota wstrzemięźliwości, zalecana przez reguły starszych zgromadzeń, przestrzegana była zarówno indywidualnie jak i zbiorowo nawet we współczesnych zakonach do czasu soborowej odnowy. Nie wspominając już o diecie eremitów wschodnich złożonej z chleba i wody, beztłuszczowej diecie niektórych cenobitów i bezmięsnej kartuzów, trapistów i minimów, można powiedzieć, że wszystkie instytuty zakonne założone po Soborze Trydenckim określały pewne reguły wstrzemięźliwości w jedzeniu i piciu: rano kubek kawy i kawałek chleba, pośrodku dnia zupa, głównie warzywna, jakiś owoc i ograniczona ilość wina; wieczorem zupa. Nie trzeba dodawać, że w dni przepisane regułą praktykowano post i abstynencję od mięsa. Dziś w niektórych bogatych krajach menu wygląda następująco: na śniadanie do wyboru: kawa, czekolada, herbata, mleko, marmolada, bekon, ser, jogurt, chleb i herbatniki; na lunch: antipasto, zupa, przeważnie z dwoma jarzynami, owoce lub deser, chleb i kawa, trochę piwa lub wino. Na podwieczorek: kawa, herbata, mleko, herbatniki i owoce. Na kolację to samo co na lunch, z wyjątkiem antipasto i kawy.

Nie chcę popełnić błędu tych, którzy ignorując historię, patrzą na wszystkie czasy i zachowania w tym samym świetle. (...) Surowe umartwienia zmysłu smaku, z których słynie asceza wschodnia, wynikały z pragnienia ograniczenia zwykłej diety, która była wówczas o wiele mniej bogata i urozmaicona niż dziś. Umartwienie jest rzeczą względną, jednak dieta zakonna musi różnić się od zwykłej. W okresach, gdy większość ludzi, np. w Lombardii, jadła głównie chleb żytni – często mający kilka tygodni czy nawet miesiąc – albo kasztany, rygor zakonny wymagał ograniczenia nawet tej skromnej diety, osiągając przez to niewyobrażalną dziś surowość. Reguły dzisiejsze muszą ograniczać dietę nieporównywalnie bogatszą i bardziej urozmaiconą – jednak ograniczenia te są niezbędne. Uwzględniając różnice czasów, konieczne jest, by dieta osób poświęconych Bogu była skromniejsza niż pożywienia innych ludzi, i to w sposób dostrzegalny. Nawet w sposobie odżywiania duchowny nie jest człowiekiem jak inni!

Ubóstwo i posłuszeństwo

Zaliczam wstrzemięźliwość do ubóstwa, ponieważ wymaga ono życia prawdziwie pokornego i skromnego. Wstrzemięźliwość przejawia m.in. w umiarkowaniu w kwestii pożywienia, jednak zakonny ślub ubóstwa obejmuje znacznie więcej niż podstawowe potrzeby – dotyczy wszystkich akcesoriów mających zapewnić komfort życia. (...). Ubóstwo nie wymaga jednak używania w nocy świec czy lamp naftowych zamiast elektryczności czy stosowania zasad z Księgi Powtórzonego Prawa (23, 12–13) w czasach, gdy toalety są tak luksusowe, jak niegdyś królewskie apartamenty. Nie wymaga od zakonników grzania się przy palenisku, w czasach, gdy centralne ogrzewanie zapewnia ciepło w całym budynku, w blokach czy w miastach. Nie będzie też oznaczało konieczności komunikowania się w erze telefonów i telegrafu wyłącznie poprzez tradycyjne listy.

Posiadanie pewnych rzeczy, które niegdyś było przejawem luksusu, stało się niezbędne ze względu na ogólny rozwój technologii. Przemiany, dzięki którym to, co było niegdyś zbyteczne, staje się konieczne dla coraz większej ilości ludzi, nazywa się obecnie „postępem”. Zanik indywidualnej samowystarczalności jest cechą charakterystyczną współczesnej cywilizacji, dostarczającej człowiekowi wszystkiego i we wszystkim nim kierującej. Ale nawet, jeśli taki jest kierunek cywilizacji, właściwe jest, by ludzie, którzy przez ślub wybrali stan doskonałości, wyrzekli się rzeczy zbędnych. Np. słuchanie radia i oglądanie telewizji, które jeszcze kilka lat temu było zakazane w domach zakonnych, zostało najpierw dozwolone całym wspólnotom, a obecnie jest czymś normalnym w pojedynczych celach. Telewizja, wyciskająca na mózgach dzień po dniu kolejne obrazy, podobnie jak kartka papieru zadrukowywana tysiące razy, jest najpotężniejszym narzędziem intelektualnego zepsucia we współczesnym świecie. Nie przeczę, że te ogromne anteny, wywierające na świat wpływ większy niż gwiazdy, mogą być niekiedy używane do celów religijnych. Jednak te wyjątkowe okoliczności nie mogą usprawiedliwić notorycznego i niekontrolowanego wykorzystywania tych technologii, nie mogą one nadawać rytmu życiu zakonnemu. Dziś jednak niektóre wspólnoty porzuciły wielowiekowy zwyczaj recytowania w nocy Oficjum w kościele, by móc oglądać telewizję!

Nowe pojęcie posłuszeństwa zakonnego

Jednakże głównym powodem nacisku na złagodzenie reguł zakonnych jest kryzys posłuszeństwa. (...). Zaniżenie wyobrażenia o tej cnocie doprowadziło w konsekwencji do zaniedbania jej w praktyce. Innowatorzy postarali się zaś, by ta zmiana świadomości znalazła wyraz w reformach reguł, zatwierdzanych przez zgromadzenia generalne. Nie przedstawiali oni innych definicji rzeczy, gdyż zdemaskowałoby to zamiar zmiany ich istoty, starali się raczej sprawiać wrażenie, że chodzi im jedynie o inny styl działania czy zmianę formy. Tak więc zgromadzenia wyższych przełożonych wprowadzały nowe pojęcie posłuszeństwa, deprecjonując zasadę autorytetu i sprowadzając ją do rodzaju braterskich stosunków: „Akcent kładziony na autorytet rozumiany jako służba implikuje nowy styl posłuszeństwa. Posłuszeństwo musi być aktywne i odpowiedzialne. (...) Władza i posłuszeństwo są dwoma uzupełniającymi się aspektami tego samego udziału w ofiarowaniu się Chrystusa”. Przełożeni nie zaprzeczają, że osoby prawdziwie posłuszne powinny pełnić wolę Bożą, nie identyfikują jej już jednak, jak to czyniła teologia klasyczna, z wolą zwierzchników. Przeciwnie, zarówno przełożeni, jak poddani „pełnią pari passu wolę Bożą, odszukiwaną w sposób braterski w owocnym dialogu”.

W ten sposób nowe idee wprowadzane są pod przykrywką klasycznej terminologii. Posłuszeństwo nie polega jednak na rozważaniu, jakiej części polecenia należy być posłusznym; jest prostym poddaniem się woli zwierzchnika. (...) Delegat Apostolski w Anglii mylił się, mówiąc: „autorytet nie ma większej wartości niż jego argumenty”. Jest to prawdziwe w dyskusji, w której znaczenie ma siła logiki, ale nie w odniesieniu do aktów rządzenia. Trzeba tym niemniej pamiętać, że teoria absolutnego posłuszeństwa jest charakterystyczna dla despotyzmu i nie jest częścią doktryny katolickiej. Religia zobowiązuje nas do nieposłuszeństwa tym, którzy nakazują rzeczy w sposób oczywisty zakazane. Ten obowiązek nieposłuszeństwa jest podstawą męczeństwa.

Posłuszeństwo nie wymaga również zbieżnej woli przełożonego i podwładnego. W tradycyjnym ujęciu zbieżność ta wynika z podporządkowania własnej woli – woli zwierzchnika; obecnie osiąga się to poprzez kompromis. Takie posłuszeństwo jest całkowicie subiektywne i nie wymaga już ofiary z własnej woli. W tym ujęciu osoba, która się podporządkowuje, podporządkowuje się w rzeczywistości sobie samej. (...) Skonfrontowany z duchem niezależności, egalitaryzmu i emancypacji, nowy rodzaj posłuszeństwa okazuje się jednak niezwykle kruchy. W konsekwencji mogliśmy zobaczyć, jak podczas wizyty Jana Pawła II w USA s. Teresa Kane, Przewodnicząca Federacji Zakonów Żeńskich w tym kraju, otwarcie krytykowała jego decyzje. Kiedy jakiś czas później Stolica Apostolska wydaliła z zakonu s. Marię Mansour za pracę na stanowisku dyrektora stanowej kliniki aborcyjnej, tysiące zakonnic zebrało się w Detroit i protestowało przeciwko decyzji Stolicy Apostolskiej, oskarżając ją o męski szowinizm i naruszanie praw człowieka, dławienie wolności sumienia, a nawet łamanie prawa kanonicznego!

Nauczanie Rosminiego nt. posłuszeństwa zakonnego

Aby dać wyobrażenie o tym, jak dalece „zreformowane” pojęcie posłuszeństwa zakonnego dalekie jest od tego, co Kościół zawsze nauczał, przytoczę słowa nie prawodawców starożytnych zakonów, ale współczesnego założyciela odznaczającego się głębią teologicznych spekulacji oraz prawdziwym duchem religijnym. W swoich pismach ascetycznych Antoni Rosmini (1), założyciel Instytutu Miłosierdzia zaaprobowanego przez Stolicę Apostolską w roku 1839, oczyszcza cnotę posłuszeństwa z najmniejszych śladów subiektywizmu i wyjaśniają samą jej istotę: posłuszeństwo polega na dobrowolnym złożeniu własnej woli, raz na zawsze, w ręce swego przełożonego, wyrzekając się tym samym prawa do badania słuszności jego poleceń (2). Jest ono aktem jak najbardziej racjonalnym, ponieważ opiera się na przesłankach rozumowych, jednak nie przeświadczeniu, że dana czynność nakazywana jest słusznie (doktryna Lamennais’a), ale raczej na świadomości, że przełożony ma prawo prosić o to, o co prosi. Zrozumienie tego ułatwia nieco filologia. W grece „jestem posłuszny” zasadniczo oznacza ‘jestem przekonany’, przekonany co do właściwości aktu, wykonywanego z woli przełożonego. Jeśli zredukuje się posłuszeństwo do subiektywnego przekonania o słuszności rzeczy nakazanej, trudno nazwać je cnotą. Posłuszeństwo staje się samoposłuszeństwem. Jak pisze Rosmini: „Jeśli ktoś czyni słuszność polecenia podstawą posłuszeństwa, oznacza to w konsekwencji jego zniszczenie”. I bardziej dobitnie: „Powinno się być posłusznym w prostocie, bez namyślania się, czy polecenie jest słuszne czy nie, celowe czy bezsensowne”. I znowu: „Ślepota posłuszeństwa jest ślepotą samej wiary. (...) Powinniśmy ofiarować się razem z Chrystusem, poprzez bezwzględne posłuszeństwo”. Do jednego ze swych klasztorów w Anglii napisał: „Jeden akt posłuszeństwa jest więcej wart niż nawrócenie Anglii”.

Autentycznie katolickie nauczanie Rosminiego traktuje posłuszeństwo jako podstawę każdego aktu moralnego – jako uznanie prawa i podporządkowanie się mu. Jest to oczywiście sprzeczne z obecnym poglądem, głoszącym, że posłuszeństwo zawiera się również w wykonywaniu aktów dobrowolnych, nie nakazanych przez zwierzchników. W rzeczywistości jednak polega ono na czynieniu rzeczy nakazanej przez przełożonego, której bez jego polecenia nie wykonałoby się. Zmiana w tym punkcie dotyka podstawy moralności i teologii. Chrześcijaństwo nie przypisuje woli Boga-Człowieka, jak i woli każdego człowieka innego celu, niż podporządkowanie się woli Bożej, poznanej w sposób naturalny czy nadprzyrodzony. W wyniku posoborowych reform posłuszeństwo zanikło. Stwierdził to sam Paweł VI podczas Zgromadzenia Ogólnego jezuitów, mówiąc, że nie może ukryć „swego zdumienia i bólu” z „dziwnych i niebezpiecznych propozycji”, które próbują oderwać Towarzystwo od jego korzeni poprzez przyjęcie całkowicie historycystycznej perspektywy, „jak gdyby katolicyzm nie posiadał charyzmatu stałej prawdy i niezachwianej pewności”. (...)

Posłuszeństwo i życie wspólnotowe

Ponieważ posłuszeństwo jest nakazane regułą, a reguła jest źródłem jedności, osłabienie posłuszeństwa powoduje automatycznie zanik ducha wspólnotowego. Artykuł opublikowany w „L’Osservatore Romano” (z listopada 1966 r.) wspomina „reformatorskie” zgromadzenie pewnego zakonu, „które usunęło z konstytucji założycielskiej wszystkie praktyki religijne (codzienną Mszę, czytanie duchowe, medytację, rachunek sumienia, comiesięczne rekolekcje, Różaniec etc.) i wszelkie formy umartwienia, zakwestionowało też wartość ślubów posłuszeństwa, przyznając członkom prawo do sprzeciwu w przypadkach, kiedy pragną oni być zwolnieni od poleceń przełożonych”. Autor tekstu po słusznym stwierdzeniu, że „mamy tu do czynienia ze zniszczeniem życia zakonnego”, kilka wersów dalej przyznaje, że jest w tej wywrotowej działalności i destrukcji życia zgromadzeń zakonnych pewien „element pozytywny”, mający charakter „oczyszczający”. Naprawdę trudno zrozumieć, w jaki sposób tendencja, która w sposób oczywisty niszczy życie zakonne, mogłaby równocześnie je „oczyszczać”.

W momencie, w którym znikły więzy posłuszeństwa, zobowiązujące wszystkich członków zgromadzenia do wspólnego realizowania celów instytutu i troski o dusze współbraci, poszczególne osoby poczuły się zwolnione z zajęć specyficznych dla stanu duchownego i zachowują się, jak gdyby zgromadzenie nie istniało. Msza odprawiana jest o najróżniejszych godzinach, a modlitwa pozostawiona duchowości poszczególnych członków. Nawet strój, który – podobnie jak mundur – był dotąd wspólny dla poszczególnych zakonów, pozostawiony jest obecnie gustowi członków zgromadzeń: mogą to być habity, czarne marynarki lub wręcz świeckie stroje czy kombinezony robocze. (...) Ponieważ w zgromadzeniach żadne praktyki religijne nie są obecnie realizowane wspólnie, życie wspólnotowe członków instytutu sprowadza się z reguły do wspólnoty stołu i zakwaterowania, wyjątkowo do wspólnej pracy. Nie można jednak usprawiedliwiać indywidualnego wyboru praktyk zakonnych argumentując, że powinny one być dostosowane do indywidualnego charakteru każdego zakonnika. Gdyby tak było rzeczywiście, nie byłoby instytutów zakonnych: ich celem jest właśnie wspólnotowe dążenie do tego, do czego posoborowe reformy zachęcają pojedyncze osoby. Absurdem byłoby przyłączanie się do wspólnoty, by indywidualnie realizować cele, które powinny być realizowane wspólnie.

Konkludując: kryzys życia zakonnego ma swe źródło w przyjęciu zasady niezależności i subiektywizacji wartości obiektywnych. Wspólnoty rozbite zostały do stanu nieorganicznej wielości: „Chacun dans sa chacunière”. Zezwolenie na sądzenie poleceń przełożonych prowadzi w konsekwencji do anarchii, nawet do wyboru miejsca zamieszkania. To nie przypadkiem w niektórych klasztorach zniesiono stanowisko furtiana. Ω

Z Iota unum (wyd. w jęz. angielskim) wybrał i przetłumaczył Tomasz Maszczyk.

PRZYPISY:

1.) O ks. Rosminim pisaliśmy już w Zawsze wierni nr 3/2002 (46). Oczywiście potępienie przez Św. Oficjum w dekrecie Post obitum jego 40 tez nie oznacza automatycznego potępienia wszystkich jego pism; dlatego prof. Amerio ma pełne prawo cytować te z nich, które zawierają „autentycznie katolickie nauczanie” – przyp. red. Zawsze wierni.
2.) Wszakże z zastrzeżeniem, o którym była już mowa wyżej – tzn. obowiązku nieposłuszeństwa w przypadku nakazania przez przełożonego rzeczy w sposób oczywisty zakazanej (grzechu) – przyp. red. Zawsze wierni.

Zapomniane prawdy c.d. - "Przyszło mi zadąć w siedem trąb Apokalipsy"



“To było po ostatniej sesji soboru, tej najważniejszej, na której papież [Paweł VI] miał ofiarować całej ludzkości nauczanie soborowe. On oznajmił mi to tego dnia używając słów: "Przyszło mi zadąć w siedem trąb Apokalipsy"

Jean Guitton, 'Nel Segno dei Dodici' Wywiad z Maurizio Blondet, Avvenire, 11.10.1992


Źródło informacji: KRONIKA NOVUS ORDO 

wtorek, 28 października 2014

Z księgarskiej półki c.d. - Czy Jezus jest Bogiem?


Paweł Lisicki

CZY JEZUS JEST BOGIEM?

OD JUDAIZMU DO CHRZEŚCIJAŃSTWA

Obrazek Czy Jezus jest Bogiem?
Wydawnictwo M, Kraków 2014
ISBN  978-73-7595-846-1
Format: 168x238 , ss.  300, op. miękka, cena: 40,41 zł
Do nabycia w księgarni internetowej wydawnictwa

Kto i kiedy pierwszy raz zaczął uznawać Jezusa za więcej niż człowieka? Kiedy ktoś pierwszy raz wprost nazwał Jezusa Bogiem? Autor w fascynujący sposób pokazuje, jak rodziła się wiara w boskość Chrystusa.

„Interesuje mnie historia, a kon­kretnie pamięć świadków i to, co przekazali – pisze autor we wstępie. – Interesuje mnie proste pytanie: kto i kiedy pierwszy raz zaczął uznawać Jezusa za więcej niż człowieka? Więcej niż człowieka to znaczy więcej niż nauczyciela mądrości, rabina, posłańca nie­bios, proroka, cudotwórcę, wędrownego kaznodzieję, uzdrowiciela. Więcej niż czło­wieka to znaczy też więcej niż Mesjasza lub sprawiedliwego Wybawiciela. Znaczy to też więcej niż anioła lub inny byt pośredni między Stwórcą a stworzeniem”.    

Wiem, że książkę o tym, czy Jezus był Bogiem, zapewne można by napisać prościej i łatwiej. Jednak ci, którzy przejdą razem ze mną tę drogę do końca, będą mieli -o czym jestem głęboko przekonany -nie tylko wiedzę, dlaczego tak a nie inaczej została ukształtowana wiara Kościoła, ale też będą sami umieli odpowiedzieć na pytania i wątpliwości, które zawsze się w tym kontekście pojawiają.

Z tą książką będzie trochę tak jak z każdym trudnym śledztwem. Będą chwile przyspieszenia, kiedy wydaje się, że wszystko wiadomo, i momenty spowolnienia, kiedy trzeba mozolnie przedzierać się przez teksty, poszlaki, ślady, wskazówki.

Można iść jeszcze dalej i uznać, że opisana tu historia wiary chrześcijańskiej nie tylko jest najbardziej prawdopodobna, ale też że jest prawdziwa. Że tak wielkie nagromadzenie przypadków i dziwności nie jest możliwe, jeśli nie stał za tym wyższy zamysł. W tym miejscu jednak kończy się praca detektywa i historyka, a zaczyna teologa. Ten pierwszy na podstawie poszlak może przedstawić tylko najbardziej prawdopodobny scenariusz wydarzeń, zgodnie z którym wiara chrześcijańska pojawiła się jako odpowiedź na wezwanie Jezusa.

Paweł Lisicki

O KSIĄŻCE

To raport o stanie pychy – pychy współczesnych „uczonych w Piśmie”, którzy Pismo chcą zanegować, aby siebie postawić na pierwszym miejscu. Paweł Lisicki z chirurgiczną precyzją wykazuje tendencyjność, uproszczenia, podstawowe błędy logiczne tych profesorów, którzy uwierzyli, że ich krytyczna misja polega na „uwolnieniu Jezusa od chrześcijaństwa”. Chrystus jako E.T., jako żydowski buntownik albo „Żyd pospolity” – tyle może zaakceptować zaślepiony własną pychą dzisiejszy „rozum historyczny”.  Lisicki śledzi jego wąskie granice i odsłania, jak rodziła się wiara w boskość Chrystusa: za Jego życia oraz przez Jego śmierć i zmartwychwstanie. To zasadniczy temat tej książki. Nie znam ważniejszego. 

Andrzej Nowak, historyk

Czy ubóstwienie Jezusa nie kłóci się z danymi historii i racjonalnym do niej podejściem? – pyta Paweł Lisicki i w przekonujący sposób dowodzi, że Jezus rozpoznawany był jako Bóg przez swoich uczniów stopniowo już za swojego życia, co było przyczyną błyskawicznego sukcesu nowej religii po Jego śmierci. 

Książka Lisickiego jest odtrutką na zalew pseudonaukowej literatury, która usiłuje zredukować Jezusa do roli jednego z wielu żydowskich nauczycieli. Autor z benedyktyńską pracowitością odsłania pozory racjonalności, za którymi ukrywa się niechęć do chrześcijaństwa. 
Bronisław Wildstein
Paweł Lisicki – dziennikarz, publicysta, pisarz, były redaktor naczelny  dziennika „Rzeczpospolita” i tygodnika „Uważam Rze”, obecnie tygodnika „Do Rzeczy”. W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę Doskonałość i nędza. Autor dwóch dramatów – Jazon (2000) i Próba (2005), powieści Przerwa w pracy (2009), książek: Kto zabił Jezusa? (2013) i Tajemnica Marii Magdaleny (2014), oraz wstępów krytycznoliterackich do Boskiej Komedii Dantego i pism Savonaroli. Przetłumaczył z niemieckiego m.in.: Heidegger i narodowy socjalizm Victora Fariasa, Katolicyzm Karla Adama i Zaćmienie Boga Martina Bubera.

sobota, 25 października 2014

Cykl "Jak to przed Soborem w zakonach bywało" cz. 1 - Siostry Franciszkanki Misjonarki Bożego Macierzyństwa




Film z 1962, nakręcony w domu generalnym zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Misjonarek Bożego Macierzyństwa w Ladywell w Anglii. 

Celibat wynika z Tradycji, a jego krytycy mają problem tożsamości


Zdjęcie: wideonet/Shutterstock

Współcześni krytycy celibatu argumentują, że jest on wymysłem podyktowanym li tylko względami praktycznymi. Ich zdaniem nie ma on umocowania w Tradycji ani w Piśmie Świętym. Tymczasem twierdzenia ta nie znajdują poparcia w historii Kościoła. Celibat ukształtował się w Kościele stosunkowo wcześnie, a jego dzisiejsza negacja jest przejawem kryzysu katolickiej tożsamości.

Jak zauważa Luiz Sérgio Solimeo na tfp.org ,powołując się na książkę „The Case for Clerical celibacy” autorstwa kardynała Alfonsa Marii Sticklera (San Francisco 1995), wbrew liberalnym propagandystom i tzw. katolikom postępowym korzenie celibatu są chwalebne i mają solidne umocowanie w tradycji Kościoła.

Solimeo podkreśla, że korzeni celibatu można doszukać się już we wczesnym Kościele. Wprawdzie w pierwotnym Kościele celibat nie był wymogiem do zostania księdzem. Św. Piotr był żonaty, a św. Paweł wymagał, by biskup był "mężem jednej żony". Według powszechnej we wczesnym Kościele interpretacji oznaczało to, że wdowiec, który ożenił się ponownie nie mógł już zostać biskupem. Ponadto w Ewangeliach niejednokrotnie mowa jest o opuszczeniu rodziny i o nagrodzie, która czeka tych, którzy to uczynili.

O czystości duchownych mówiły także sobory w Elwirze, Afryce i Kartaginie. Drugi Sobór Laterański w 1139 r. orzekł, że małżeństwa duchownych są nieważne. Wcześniej oczekiwano raczej, że duchowni mający żony nie będą z nimi współżyć. Jednak większość z nich już przed II Lateranem nie miała żon. Dlatego też, wbrew powszechnemu mniemaniu, II Sobór Laterański - ani walczący z symonią Grzegorz VII - nie wprowadzili zasady celibatu, a jedynie ją potwierdzili i umocnili.

Ponadto kard. Stickler polemizuje z twierdzeniami przeciwników celibatu, jakoby przed soborem w Nicei celibat postrzegano jako nowinkę. Zwolennicy takiej tezy powołuję się na historię Paphutiusa, egipskiego biskupa, który rzekomo podczas Soboru w Nicei miał określić celibat właśnie jako nowinkę. Jednak wiarygodność tego przekazu od początku poddawana była w wątpliwość, a o Paphutiusie nie wspomina choćby starożytnych historyk Kościoła Euzebiusz z Cezarei. Ponadto, jak zauważa cytowany przez Solimeo Stickler na wspomniany casus nie powoływali się także ojcowie II Soboru w Trullo z 691 r. Na tym soborze przedstawiciele Kościoła wschodniego, pod presją cesarza bizantyńskiego zgodzili się na małżeństwa zwykłych księży, jednak nikt nie powoływał się na Paphitiusa i jego rzekomy pogląd o nietradycyjnym charakterze celibatu– co pokazuje, że historia ta nie była wcale traktowana jako wiarygodna.

Zdaniem kard. Sticklera współczesna krytyka celibatu nie jest przejawem powrotu do tradycyjnych zasad, ale przeciwnie, stanowi kryzys tożsamości Kościoła. Ksiądz jest bowiem pośrednikiem między Niebem, a Ziemią połączony wyjątkową więzią ze Zbawicielem. Ta więź nie powinna mieć żadnej konkurencji i w tym leży główne uzasadnienie celibatu.


Źródła: tfp.org / A.M. Stickler The Case for Clerical Celibacy (San Francisco 1995)

czwartek, 23 października 2014

O PEWNYM PROBOSZCZU, W KTÓREGO SERCU GOŚCI POKÓJ LITURGICZNY



OTO WZORCOWE ŚWIADECTWO W KONTEKŚCIE ZBLIŻAJĄCEJ SIĘ PIELGRZYMKI „SUMMORUM PONTIFICUM”

W tym miesiącu nasz list poświęcamy wywiadowi, którego udzielił dla dwutygodnika The Remnant proboszcz pewnej parafii w Oklahomie, a mianowicie ksiądz Timothy Davison. Przeprowadził go Alberto Carosa. Ksiądz Timothy Davison, odprawiający w formie nadzwyczajnej od niespełna dwóch lat, będzie towarzyszył grupie pielgrzymów w trakcie zbliżającej się pielgrzymki ludu Summorum Pontificum do Rzymu.

W czasie zbliżającej się pielgrzymki ludu Summorum Pontificum do Rzymu odprawione zostaną trzy msze święte pontyfikalne, celebrowane będą w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego przez trzech kardynałów z „pierwszej ligi”, i w tym nie ma chyba nic zaskakującego. Będą to: kardynał Pell – w parafii personalnej Santa Trinità dei Pellegrini w piątek 24 października; kardynał Burke – 25 października w bazylice Świętego Piotra; i kardynał Brandmüller – w niedzielę 26 października u benedyktynów w Nursji w święto Chrystusa Króla. Wielu watykanistów, a wśród nich Sandro Magister (zob. ) podkreśla znaczenie uczestnictwa jednego z najbardziej znanych kardynałów „nowej” Kurii papieża Franciszka, kardynała George'a Pell, prefekta zupełnie nowego Sekretariatu ds. Gospodarczych Stolicy Apostolskiej, który zainauguruje te celebracje.

Faktycznie dawny arcybiskup Melbourne – który nie obawiał się zająć stanowisko na rzecz nierozerwalności małżeństwa w debacie poprzedzającej październikowy Synod – zawsze był przychylny liturgii tradycyjnej, którą od czasu do czasu odprawia. Zresztą to, że zgodził się odprawić w czasie pielgrzymki mszę inauguracyjną, a będzie to msza dziękczynna za jubileusz dziesięciolecia Juwentutem obchodzony w tym roku, wynika również z jego życzliwości dla tej międzynarodowej federacji, międzynarodowego stowarzyszenia młodych związanych ze mszą tradycyjną. W łączności z tą właśnie dziesiątą rocznicą Juventutem, 1 sierpnia Benedykt XVI przyjął na audiencji jednego z założycieli stowarzyszenia, Cosimo Marti wraz z towarzyszącym mu delegatem powszechnym pielgrzymki Summorum Pontificum, Giuseppe Capoccia.


Benedykt XVI w towarzystwie Cosimo Marti (Juventutem) i Giuseppe Capoccia
(pielgrzymka „Populus Summorum Pontificum”) 1 sierpnia 2014.

Co ciekawe, rzymska liturgia tradycyjna zaczyna przyciągać coraz więcej księży z anglojęzycznego świata, w tym prałatów. Stany Zjednoczone zdają się być w ścisłej czołówce, gdy mowa o odrodzeniu mszy tradycyjnej; i świetnie to pokazuje wywiad Alberto Carozy z księdzem Timothy Davisonem, proboszczem parafii św. Piotra i Pawła w Tulsa, w stanie Oklahoma.

I – WYWIAD Z KSIĘDZEM TIMEM

1) Proszę księdza, dlaczego przyłącza się ksiądz do trzeciej pielgrzymki ludu Summorum Pontificum do Rzymu?

Ksiądz Tim: Od nie tak dawna, bo minęło ledwie półtora roku, odprawiam mszę tradycyjną i kiedy zaproszono mnie do wzięcia udziału w pielgrzymce w roli kapelana grupy wiernych musiałem się poważnie zastanowić. Pod swoją opieką mam na co dzień parafię i szkołę, co oznacza dużo pracy. Ostatecznie stwierdziłem, że decyduję się, ponieważ potrzebuję tego, potrzebuję spotkania z innymi osobami, które przeżywają tę liturgię, jej bogactwo. Liturgia tradycyjna od dawna mnie pociąga i dostrzegłem tu okazję do wspólnego z innymi żywego uczestnictwa w tym wydarzeniu należącym do życia Kościoła.

Krótko mówiąc, postanowiłem uczestniczyć, by poczuć wsparcie i nieść wsparcie innym, tym, którzy odprawiają liturgię tradycyjną.

2) Co doprowadziło księdza do celebrowania mszy tradycyjnej?

Ksiądz Tim: Przez pewien czas moim jakby kierownikiem duchowym był mnich benedyktyński ojciec Mark Kirby (1), znany jako autor książki „Abuse Of The Holy Eucharist Is A Cancer At The Heart Of The Church!” [Nadużycia w Świętej Eucharystii to nowotwór w sercu Kościoła]. Ogromnie wpłynął na moje zainteresowanie liturgią i jej historią, szczególnie liturgią tradycyjną. Pod jego wpływem oraz pod wpływem mnichów z jednego z opactw naszej diecezji postało we mnie pragnienie nauczenia się tej liturgii i odprawiania jej. Tym bardziej, że moja matka, która ma 94 lata, poprosiła, by na jej pogrzebie odprawiano w rycie tradycyjnym.

Wszystko to spowodowało, że poprosiłem Bractwo Świętego Piotra, które działa w naszej diecezji o przygotowanie mnie. Tak też uczynili, a ja, im dłużej uczyłem się odprawiania, tym szczęśliwszy się czułem, bo coraz lepiej rozumiałem naszą katolicką liturgię i jej tradycję. Tego doświadczenia nie przyniosło mi Novus Ordo, w którym odprawiałem przez siedem pierwszych lat mojego kapłaństwa.

Odkrycie liturgii tradycyjnej pozwoliło mi pogłębić szacunek, cześć, swoje rozumienie tajemnicy Eucharystycznej oraz gestów, które powinny jej towarzyszyć.

3) Jaki wpływ na życie parafii miał księdza wybór dotyczący celebrowania in utroque usu, czyli w jednej jak i w drugiej formie rytu rzymskiego?

Ksiądz Tim: W mojej parafii istnieją trzy różne grupy:

– anglojęzyczni, dla których odprawiane jest Novus Ordo po angielsku. To wierni raczej w poważnym wieku, niewielu młodych, zupełnie nie zainteresowani mszą tradycyjną,
– hispanojęzyczni, którzy stanowią większość w parafii, wcale nie bardziej zainteresowani mszą tradycyjną,
– i wreszcie wierni formy nadzwyczajnej, czyli grupa, która przyszła z innego miejsca, gdzie była odprawiana msza i którzy mieli już ministrantów i scholę, czyli wszystko czego potrzebowałem do głównej mszy, którą odprawiamy w niedzielę o godzinie 13.

Na razie te trzy grupy nie przenikają się nic a nic. Kilkoro wiernych anglojęzycznych i kilkoro hispanojęzycznych pojawiło się już na mszy tradycyjnej, ale nie wciągnęli się.

4) Czy pojawienie się mszy tradycyjnej spowodowało podziały? Często jest to podnoszone jako argument przeciwko wdrożeniu Motu Proprio Summorum Pontificum.

Ksiądz Tim: Wcale. Wszystko odbywa się spokojnie i nie ma żadnych problemów. Jedyna trudność dotyczy mnie i leży w tym, że muszę się teraz dwoić, a wręcz troić, by ogarnąć wszystkie trzy wspólnoty. Trzeba powiedzieć, że forma nadzwyczajna odprawiana w poniedziałek, w piątek i w niedzielę wymaga wiele energii i czasu, ponieważ muszę się przygotować, by dobrze ją odprawić i przyzwyczaić się do odmiennego niż w formie zwyczajnej kalendarza.

5) Co na to księdza diecezjalny biskup?

Ksiądz Tim: Nasz biskup, J.E. Edward Slattery, jest bardzo tradycyjny i o ile mi wiadomo jest jednym z niewielu biskupów celebrujących w formie zwyczajnej ad orientem. Chętnie odprawia również w formie nadzwyczajnej. Bardzo otwarty i życzliwy. 24 kwietnia 2010 roku odprawił mszę pontyfikalną solenną w krajowym sanktuarium Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie na piąte urodziny wyboru na Stolicę Piotrową Benedykta XVI. Była to pierwsza od 40 lat msza pontyfikalna solenna celebrowana w tym miejscu, z udziałem ponad 3500 osób, wśród których kardynał Baum oraz setka księży i kleryków. Co więcej, to właśnie biskup Slattery osadził Bractwo świętego Piotra w diecezji. Prowadzi ono parafię Przenajświętszej Krwi Pańskiej, dawniejszą parafię świętego Piotra.

6) To łaska mieć takiego biskupa: czy może ksiądz nam trochę więcej powiedzieć o jego osobie?

Ksiądz Tim: Ma pan w stu procentach rację. Biskup Slattery ma 74 lata, a zatem zbliża się do końca swej posługi. Pochodzi z diecezji Chicago i nie przez przypadek miasto to odgrywało i odgrywa kluczową rolę w upowszechnianiu formy nadzwyczajnej rytu rzymskiego. To przecież siedziba parafii świętego Jana Kantego prowadzonej przez kanonika Franka Phillipsa, założyciela kanoników od Jana Kantego w 1998 roku, czyli męskiego zgromadzenia duchownego, którego celem jest odnowa sacrum w ramach posługi w parafii (2).

7) Ale co jeszcze?

Ksiądz Tim: Cele wspólnoty doskonale streszcza dewiza: Instaurare Sacra. Kanonicy Regularni św. Jana Kantego mają ten szczególny rys, że kształcą księży pragnących nauczyć się celebrowania w formie nadzwyczajnej. W mojej parafii mamy księdza meksykańskiego, który zobaczywszy, że odprawiam mszę tradycyjną zapytał, czy może się też nauczyć. Wysłałem go do Chicago i był tysięcznym księdzem, który ich staraniem otrzymał tę formację. Biorąc pod uwagę, że Bractwo świętego Piotra wykształciło zapewne drugi tysiąc, mielibyśmy jakieś 2000 kapłanów, którzy odprawiają mszę tradycyjną w Stanach Zjednoczonych.

8) Czy celebracja mszy w formie nadzwyczajnej ma wpływ na sposób odprawiania przez księdza mszy w formie zwyczajnej?

Ksiądz Tim: Tak, nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. Największy wpływ przychodzi na poziomie ducha; są to cisza, cześć, najwyższa uwaga, z jaką wykonuje się najdrobniejszy gest – na przykład sprawdzanie, czy drobinka hostii nie upadła na ziemię lub nie pozostała na palcach celebransa – które towarzyszą mi odtąd w celebracji. Myślę, że nie byłoby złym pomysłem, by w nowym rycie przywrócić nieco dyscypliny tradycyjnej w tej kwestii, dyscypliny, która wzbudza bojaźń i cześć wobec tego, co mamy zaszczyt spełniać. Jednym słowem od początku do końca liturgia tradycyjna jest dla nas zanurzeniem w przekraczającą nas tajemnicę Boga.


Bp Slattery z wizytą w parafii księdza Davisona
(na zdjęciu pierwszy po lewej).

II – REFLEKSJA PAIX LITURGIQUE

1 – Trudno lepiej niż ksiądz Timothy Davison wyrazić atrakcyjność mszy tradycyjnej dla sporej liczby księży: „stworzeni” do celebrowania najświętszej ofiary dochodzą do tego, że w nowej liturgii czują jakby brak rytu – w najzacniejszym tego słowa znaczeniu, rytu, jako widzialnego i niewidzialnego znaku świętego wydarzenia, które sprawują przy ołtarzu. Ksiądz Tim mówi, podobnie jak wielu księży diecezjalnych, którzy podjęli celebrowanie na sposób tradycyjny, że forma nadzwyczajna przyciąga w sposób zaraźliwy: inni księża widzą ich radość płynącą z celebrowania i owoce, jakie z niej czerpią, więc chcą ich naśladować.

2 – Według księdza Tima od roku 2007 i publikacji Summorum Pontificum 2000 kapłanów amerykańskich, którzy odprawiali wyłącznie w formie zwyczajnej nauczyło się odprawiać w formie nadzwyczajnej. Nigdy nie dość będzie przypominać znaczenia Motu Proprio Benedykta XVI dla powstania powolnego, ale głębokiego nurtu. Należy też podkreślić wybitny tutaj udział wspólnot mających zdolność prowadzenia działań dydaktycznych w zakresie nauczania liturgii, Kanoników Regularnych św. Jana Kantego i Bractwa świętego Piotra (można wszak wspomnieć również o Instytucie Chrystusa Króla i tradycyjnych wspólnotach mniszych w Stanach Zjednoczonych). Zdajemy sobie sprawę jak bardzo ważny jest ten rodzaj działań we wszelkim procesie kształcenia służącego odrodzeniu.

3 – Biskup księdza Davisona, J.E. Edward Slattery, jest szczególnie życzliwy. Należy przypomnieć, że sytuacja w USA jest zgoła różna od sytuacji na starym kontynencie, szczególnie w porównaniu z Francją, gdyż nie wkradła się tam ideologia. Podczas gdy w Europie – którą papież Franciszek niedawno porównał do starzejącego się peryferium, które nie ma ani księży, ani zakonnic (3) – wielu biskupów woli patrzeć na topniejącą z roku na rok ilość powołań i wiernych, zamiast otworzyć serce i kościoły na formę nadzwyczajną. Za Oceanem większość biskupów, nawet jeśli nie są tradycjonalistami, zachowuje podejście pragmatyczne. I nie wahają się, ponieważ liturgia tradycyjna przyciąga wiernych i generuje powołania, więc bez skrupułów oddają jej przestrzeń proporcjonalną do jej rozwoju. To dopiero wzór!

4 – Co się zaś tyczy pokoju panującego w parafii, opisanego przez księdza Tima, jasne jest, że wynika przede wszystkim z pokoju liturgicznego, który gości w sercu tego proboszcza. Zapewne nie musi się on też liczyć z radami świeckich, którzy stali się substytutami księdza w nowej liturgii. W każdym razie w sposób zupełnie naturalny forma tradycyjna odzyskuje swe miejsce w życiu Kościoła, jak w tej parafii w stanie Oklahoma, która jest, w pewnym sensie rodzajem mikrokosmosu.

PRZYPISY:

(1) Ojciec Mark Kirby jest założycielem i przeorem opactwa Najświętszej-Marii Panny z Wieczernika, poświęconego adoracji wieczystej Najświętszego Sakramentu. Pierwotnie powstało w diecezji Tulsa, zrodziło się jako zwieńczenie Roku Eucharystii zainicjowanego przez Jana Pawła II (2004-2005), a obecnie osiadło w Silverstream , w hrabstwie Meath, w Irlandii. Forma nadzwyczajna rytu rzymskiego jest w tym zakonie kontemplacyjnym liturgią codzienną.

(2) Por. nasz list nr 8.

(3) W czasie spotkania z nowymi biskupami z Propaganda Fide, 20 września 2014.

Źródło informacji: PAIX LITURGIQUE

Stolica Apostolska nie chce od lefebrystów kapitulacji



Stolica Apostolska nie chce wymusić na lefebrystach kapitulacji – zapewnił abp Guido Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, która jest odpowiedzialna za dialog z duchowymi spadkobiercami abp. Marcela Lefebvre’a. W wywiadzie dla francuskiego tygodnika Famille chrétienne sekretarz watykańskiej komisji zapewnił, że dialog wciąż trwa, nigdy nie został zerwany. Jego celem jest wyjaśnienie i przezwyciężenie trudności o charakterze doktrynalnym, aby można było osiągnąć pełne pojednanie i pełną jedność. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X uzyskałoby wówczas status prałatury personalnej.


środa, 22 października 2014

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Moralne oblicze kwestii żydowskiej w świetle nauki św. Tomasza z Akwinu



dr Anna Danuta Drużbicka

MORALNE OBLICZE KWESTII ŻYDOWSKIEJ


W ŚWIETLE NAUKI ŚW. TOMASZA Z AKWINU



__________

Moralne oblicze kwestii żydowskiej (pdf, 1,09 Mb)

 Program do otwierania plików pdf: FoxitReader.exe (exe, 37,00 Mb)
__________

Porzucone sutanny...



BOLI MNIE BARDZO JAKO ŚWIECKIEGO TO, ŻE PRAKTYCZNIE NIGDY NIE WIDUJĘ W MIEJSCACH CODZIENNEGO ŻYCIA (POZA KOŚCIOŁEM) KSIĘDZA W SUTANNIE. KSIĘŻY – OWSZEM - OGÓLNIE WIDUJĘ. ROZPOZNAJĘ ICH JEDNAK TYLKO DLATEGO, ŻE ZNAM TWARZE WIELU Z NICH.

Powszechnie duchowni używają (a raczej powinni używać) dwóch strojów – sutanny (ew. uzupełnionej biretem, pasem czarnym (lub innym – jeśli przysługuje przywilej)) oraz koszuli z koloratką. Oczywistym jest, że sutanna, która jest strojem uroczystym, powinna być używana przez księdza na plebani i w kościele, gdy uczy religii, gdy wykłada na fakultecie teologicznym czy podczas pracy w kurii itd. W końcu powinien jej używać, ilekroć pojawia się publicznie w szerszym gronie. Praktyka życia jest jednak inna. Gdy się wjedzie do niejednej kurii , spotyka się raczej duchownych w strojach krótkich. Podobnie na różnych rekolekcjach, konferencjach , szkoleniach czy wykładach.... gdy wchodzi się do takiej kurii albo do takiej teologicznej uczelni, ma się wrażenie obcowania z kościelną instytucją, która tak bardzo pragnie upodobnić się do świeckiego urzędu, tudzież świeckiej szkoły, jakby wręcz uważała je za lepsze i pragnęła się w nie przeobrazić.

Komunia święta na rękę „Tygodnikowi…” się marzy


Komunia święta na rękę „Tygodnikowi…” się marzy

Od co najmniej kilku dekad możemy obserwować pogłębiającą się w Kościele erozję szacunku dla Najświętszego Sakramentu. I nie jest to żaden margines, ale coraz powszechniejsza praktyka. Ileż razy wiedzieli Państwo w kościele księdza rozdającego Komunię świętą bez pateny, nie wspominając już o powszechnych praktykach przyjmowania Ciała i Krwi Pana na stojąco. Nie rozpowszechniony w Polsce zwyczaj przyjmowania Komunii świętej „na rękę” w wielu krajach świata nie jest niestety niczym niezwykłym. Zważywszy na fakt, że jeden z największych autorytetów nie tylko Kościoła, ale także świata laickiego, Matka Teresa z Kalkuty stwierdziła swego czasu: „Komunia Święta na rękę jest większym złem niż aborcja”, można sobie wyobrazić, jak wielka odpowiedzialność – i idąca za nią wina – spoczywa na akceptujących i podejmujących działania niwelujące szacunek dla Najświętszego Sakramentu.

Czytaj dalej

niedziela, 19 października 2014

Z księgarskiej półki: Paweł VI błogosławiony? (beatyfikowany)



x. dr Luigi Villa

PAWEŁ VI BŁOGOSŁAWIONY?



Wydawnictwo: ANTYK DYBOWSKI, Komorów 2010
ISBN: 978-83-89920-67-0 
Format, ss. 402, op. miękka, cena: 48,00 zł
do nabycia w księgarni internetowej wydawcy

To bolesna książka, która niewątpliwie należało wydać – nie da się zaprzeczyć wielkiemu spustoszeniu w Kościele od czasu pontyfikatu Pawła VI, nie można nie zauważyć, iż ten który powinien stać na straży, umywał ręce, gdy można było na samym początku położyć kres rewolucji.

Książka jest jednak o wiele głębsza, niż tylko poruszająca powierzchnię zjawiska. Żyjąc pod okupacją sowiecką byliśmy odcięci od wielu wiadomości na temat Pawła VI, uchronieni przed tajfunem wprowadzanych zmian pasterską troską ks. Prymasa Wyszyńskiego, nie dostrzegaliśmy wyraźnie tego, o czym wtedy krzyczano na Zachodzie na głos.

Krzyk protestu, niosący wtedy proroctwo ruiny i kryzysu, stłumiony został przez Pawła VI.

Dziś już nie ma tego wielkiego i ogarniającego niemal cały ówczesny katolicki świat głosu sprzeciwu. Wystarczył upływ czasu, który nieubłagalnie zabrał z tego świata katolików starej dobrej wiary, wystarczyła DEZORIENTACJA i DEZINFORMACJA aktywnych.

Tym ważniejsze jest to świadectwo dla nas, tlą się jeszcze pokłady tego na czym można byłoby rozniecić ognisko sprzeciwu, kontrrewolucji i kontrreformacji! Czyż w Polsce od dwudziestu lat nie czeka się na wymarcie katolików starej dobrej wiary? Czyż nie stosuje się wobec nas usypiającej DEZINFORMACJI i DEZORIENTACJI? Odrzucenie złudnego oczekiwania na hasło od innych, które nie nadchodzi i nie nadejdzie, mogłoby popchnąć do czynu i wzmożenia wiary u tej reszty, która mogłaby ciężką modlitwą i ciężką pracą a nie lekkoduchostwem ocalić Ojczyznę i Matkę Kościół.

Zmarli świeccy i duchowni mają zrobić grzecznie miejsce „dzieciom rewolucji” – zrewolucjonizowanym świeckim i duchownym, którzy ze swoim katolicyzmem gitarowym, katolicyzmem pacyfistycznym, zakompleksionym i wiecznie winnym wszystkiemu, nie zdobędą się na jakąkolwiek serio KONTRAKCJĘ? Skomlenie i skarga (ale na świat i wobec świata a nie wobec Boga) – oto, na co jedynie stać będzie otwartego na świat „katolika”, na którego wartości ów świat nie chce się jakoś poznać.

Książka, którą oddaję do rąk polskiemu czytelnikowi, została doceniona przez Kościół. Jej wielkość została uznana – bowiem proces wynoszenia na ołtarze Pawła VI został zatrzymany!

Ks. dr Luigi Villa dobrze pamięta czasy Jana XXIII i Pawła VI. Był przecież sekretarzem słynnego kard. Ottavianiego – czołowego obrońcy Tradycji i Wiary katolickiej na Soborze Watykańskim II. W dziele ks. Villa można zapoznać się nie tylko z tymi wiadomościami, które znane były w tamtym okresie (choć nie za żelazną kurtyną), lecz w książce zapoznamy się z wieloma innymi, do niedawna stanowiącymi tabu w ogóle.

Nie miejmy złudzeń – nasze czasy doczekają się krytycznego omówienia w przyszłości, która naszemu zobojętnieniu i tchórzostwu wobec konieczności wyznawania wiary „zawdzięczać” będzie cierpienie i męczeństwo pokoleń, które po nas nastąpią. To nieuchronne i nie będą mieć owe pokolenia dla nas żadnej taryfy ulgowej, bo nie będą mdleć przed tymi „autorytetami” i „mediami” przed którymi my mdlejemy.


SPIS TREŚCI:

Przedmowa
Wstęp
Rozdział I Jego "Nowa Religia"
Rozdział II Jego "otwartość na Świat"
Rozdział III Jego "otwartość na Modernizm"
Rozdział IV Jego "otwartość na Masonerię"
Rozdział V Jego "otwartość na Demokrację Uniwersalną"
Rozdział VI Jego tolerancja i współudział
Rozdział VII Jego "otwartość na Komunizm"
Rozdział VIII Jego "Msza ekumeniczna"
Aneks 1 Jego Przysięga koronacyjna
Aneks 2 Gwiazda pięcioramienna: 'Podpis' pontyfikatu Pawła VI

Poniżej fragment książki:

Niech nikomu nie wydaje się naiwnie, że przed przyszłymi pokoleniami, przyszłymi historykami, wreszcie przed przyszłym ostatecznym osądem rzeczywistości, uda się ukryć jakiekolwiek brudy dnia dzisiejszego a poprzez zakłamanie i przemilczenia współczesności uda się zwieść tych, którzy bezlitośnie szukać będą w naszych czasach źródeł cierpień i męczeństwa przyszłych wieków.

Tak jak dzisiejsi i wczorajsi historycy krytykują słusznie małość niektórych przywódców (w tym i kilku papieży) dawnych wieków, którzy powodując lub tylko tolerując zgorszenie spowodowali kryzys Kościoła, czy Ojczyzny, tak i nasi „nietykalni” i „święci” mogą być i będą rozliczeni ze swych czynów i zaniechań.

W tym strachliwym tłumie współcześnie milczących, gdy na ich oczach własna ich Matka Kościół, ale też i Matka Ojczyzna, doznaje od lat wielu rewolucyjnego gwałtu, nie chcę stać i nie stoję!

Wydawca polskiej edycji książki.

„Prawda was wyzwoli”
(J 8, 32)

„Bracia, jako strażnicy Bożych tajemnic
powstańcie i przystąpcie do działania,
wy, którzy macie przed oczyma zniszczenie,
jakie inni nam gotują!”
(św. Atanazy, PG 27, 219)

SEMPER SUB SEXTO ROMA PERDITA FUIT

„Słyszę wokół siebie głosy nowinkarzy, którzy chcą zburzyć Przybytek Świątyni, zagasić płomień powszechności Kościoła, zrzucić jego ozdoby, kazać mu się kajać za swą heroiczną przeszłość! Otóż, moi drodzy, jestem przekonany, że Kościół Piotrowy powinien w pełni przyznawać się do swojej przeszłości, w przeciwnym bowiem razie sam wykopie sobie grób… Nadejdzie dzień, gdy cywilizowany świat zaprze się swojego Boga i gdy Kościół zwątpi tak, jak zwątpił Piotr. Przyjdzie nań pokusa, aby wierzyć, że człowiek stał się Bogiem i że jego Syn jest jedynie symbolem albo filozofią, jakich wiele. W swych kościołach chrześcijanie na próżno będą szukać tej czerwonej lampy, gdzie oczekuje na nich Bóg; [będą] jak owa grzesznica, która na widok pustego grobu wykrzyknęła: gdzie go położyli?”
(„Pius XII wobec historii”)

PRZEDMOWA

Paweł VI zawsze stanowił dla wszystkich zagadkę. Przyznał to nawet sam papież Jan XXIII. Ale dziś, po jego śmierci, nie wydaje mi się już możliwe, by coś podobnego nadal utrzymywać. Otóż postać Pawła VI – w świetle jego licznych pism i przemówień, a także jego rzeczywistych działań – wcale nie jest dwuznaczna. Co prawda niełatwo to udowodnić, gdyż był on osobowością wielce złożoną: niejednokrotnie mówił w sposób aluzyjny bądź między wierszami o swych „preferencjach”; przeskakiwał raptownie od jednej myśli do drugiej: np. opowiadał się za Tradycją, by za chwilę witać z zadowoleniem „nowości” – a wszystko to przy pomocy języka, któremu często brakowało precyzji.

Wystarczy przeczytać jego przemówienia wygłaszane podczas Audiencji Generalnych, by wyłonił się obraz Pawła VI zmagającego się z niemożliwą do przezwyciężenia dwoistością myślenia, z czymś w rodzaju ustawicznego konfliktu między jego własnym myśleniem a myślą Kościoła, którą był przecież obowiązany wyrażać i reprezentować.

Jeszcze gdy przebywał w Mediolanie, wielu nazywało go „człowiekiem utopii”, „arcybiskupem goniącym za iluzjami, za mrzonkami tyleż szlachetnymi, co nierealnymi”. Przypomina to nam poniekąd to, co św. Pius X mówił niegdyś o „przywódcach ‘Sillon’ ” [1] : „…Ich egzaltacja, ślepa dobroć ich serc, ich mistycyzm filozoficzny pomieszany w jakiejś mierze z Iluminizmem, zawiodły ich ku nowej Ewangelii, w której zdawało im się widzieć prawdziwą Ewangelię Zbawiciela…” [2].

Już ta wstępna analiza historyczno-religijnej sylwetki Pawła VI prowadzi do smutnego wniosku: „religia” głoszona przez Pawła VI nie zawsze pokrywała się z autentyczną nauką wiary, przepowiadaną w sposób nieprzerwany na przestrzeni dwóch tysiącleci przez Magisterium, jak również przez wszystkich Świętych i Doktorów Kościoła.

Nie poddając w wątpliwość szczerości Pawła VI, gdyż jeden Bóg potrafi „przeniknąć serca i nerki” [3], chcemy jednak podzielić się tu z czytelnikami przykrymi konkluzjami naszego studium dotyczącego jego osoby, w przekonaniu, że pociągnął on wiernych ku „nowej religii”, która nadal nosi etykietę „katolickiej”.

W celu przygotowania niniejszego opracowania jego autor – zdając sobie sprawę z „ciężaru gatunkowego” sprawy, którą ośmiela się poruszyć, a zarazem nie bacząc na to, że może stać się niepopularny, jako iż zazwyczaj veritas odium parit – zapoznał się przez dziesięć ostatnich lat z 30 tysiącami stron encyklik, przemówień, dokumentów soborowych, przeglądów historycznych, rozmaitych komentarzy i innych materiałów, by zyskać całościowe, jak najbardziej adekwatne spojrzenie, a tym samym móc się pokusić o ocenę pontyfikatu Pawła VI, który przeszedł już do historii, a którego dorobek może podlegać ewentualnej dyskusji.

Rzecz jasna, nie pretenduję do tego, że w oparciu o tak zgromadzony materiał przeprowadziłem dogłębne studium całego dorobku Pawła VI. Jednak przedstawiane przeze mnie cytaty zapewne nie mogą posiadać innego znaczenia niż to, które posiadają, więc nawet gdyby ktoś przeciwstawił im inne wypowiedzi, potwierdzałyby one jedynie ogólny typ umysłowości (mens) tego „Hamleta”, a mianowicie: podwójne oblicze Pawła VI.

Uczciwy czytelnik będzie ostatecznie zmuszony uznać, że w przedstawionych tu materiałach znajduje odbicie prawdziwa, dominująca umysłowość tego papieża – tak bardzo dominująca i tak silnie zakorzeniona, iż wpłynęła ona w fatalny sposób na całą działalność Pawła VI, zarówno w wymiarze duszpasterskim, jak i nauczycielskim.

Składamy tedy w ręce czytelnika to dzieło nie po to bynajmniej, by czerpać stąd jakąś niezdrową satysfakcję, ale przeciwnie – ze smutkiem i goryczą. Skoro bowiem Wiara jest dziś otwarcie atakowana, nie możemy dłużej milczeć. Naszym obowiązkiem jest zdemaskowanie antychrześcijańskiej mentalności, będącej rezultatem przygotowywanego od dawna planu, a która znalazła niestety podatny grunt w pontyfikacie Pawła VI.

Oczywiście, nie jest łatwo o nim pisać – wszak Paweł VI znalazł się jako Papież w samym środku największego kataklizmu, jaki kiedykolwiek nawiedził Kościół. Jednak gdy się o nim pisze, nie powinno się niczego owijać w bawełnę, wynajdując jakieś sensacyjne epizody po to tylko, by upiększyć albo zgoła przykryć prawdę, a konkretnie: odpowiedzialność jego nieszczęsnego pontyfikatu za to, co działo się w trakcie Soboru Watykańskiego II.

Chcąc wyrobić sobie po ludzku sprawiedliwy osąd na temat myśli Pawła VI oraz jego odpowiedzialności, musiałem sięgnąć do lektury „oficjalnych wersji” jego pism, a także do słów wypowiedzianych przez niego podczas Vaticanum II oraz później, w okresie realizacji postanowień soborowych. Był to jedyny sposób na rzetelne zmierzenie się z poważnym problemem jego odpowiedzialności w kontekście potwornego dramatu, jaki jest od tamtej pory udziałem Kościoła.

Bez wahania podpisałbym się pod przestrogą, którą zawarł Manzoni w swej słynnej książce pt. „Uwagi na temat moralności katolickiej” (rozdział VII):

„…Należy rozliczać doktrynę z uprawnionych konsekwencji, jakie z niej wypływają na gruncie logiki, nie zaś z konsekwencji, jakie może z niej wyprowadzić ktoś kierujący się emocjami”.

Zbadajmy obecnie fragment pierwszego przemówienia soborowego, w którym Paweł VI jednoznacznie przyjął zasadę „herezji modernistycznej”, wyrażoną już wcześniej przez papieża Jana XXIII w mowie inauguracyjnej wygłoszonej na otwarcie Soboru w dniu 11 października 1962 roku (przy czym podkreślmy, że jej główne tezy zostały podsunięte przez ówczesnego arcybiskupa Mediolanu, G.B. Montiniego):

„Neque opus nostrum, quasi ad finem primarium, eo spectat, ut de quibusdam capitibus præcipuis doctrinæ ecclesiasticæ disceptetur, sed potius ut ea ratione pervestigetur et exponantur, quam tempora postulant nostra”.

Istota tej wypowiedzi jest następująca:

„Nade wszystko niechaj ta doktryna chrześcijańska będzie studiowana i prezentowana zgodnie z metodami badawczymi i ujęciami właściwymi dla myśli współczesnej”.

Zasada ta jest na tle całej, wielowiekowej historii Magisterium Kościoła Katolickiego czymś bezprecedensowym, gdyż wypiera zasadę „dogmatyczną”, tj. jedyną zasadę, która daje rękojmię prawdy katolickiej. Urząd nauczycielski zawsze bowiem podkreślał, że „racja wiary” nie opiera się na naukowych zdobyczach ludzkiego intelektu, lecz jedynie na AUTORYTECIE BOGA, który przekazał swoje OBJAWIENIE, oraz na autorytecie NAJWYŻSZEGO MAGISTERIUM KOŚCIOŁA, który od Jezusa Chrystusa otrzymał władzę przepowiadania go w sposób oficjalny i nieomylny.

Zasada wyłożona przez Pawła VI – przeciwnie – jest zanegowaniem zasady TRADYCJI APOSTOLSKIEJ, ustanowionej z woli Boga, oraz znosi tradycyjne Magisterium Kościoła, przedkładając ponad BOGA, KTÓRY SIĘ OBJAWIŁ i ponad KOŚCIÓŁ, KTÓRY NAUCZA, autonomiczną, ludzką metodę badawczą i arbitralne ujęcia czysto ludzkiej doktryny, typowe dla stylu filozoficzno- literackiego współczesnego człowieka (człowieka danej epoki, człowieka zmieniającego się w czasie), a tym samym zapominając, że tylko prawda objawiona przez Boga jest wiekuista i niezmienna.

Jest to zasada, zgodnie z którą badanie „danej treści Objawienia” ma się opierać na formalizmie typowym dla myśli współczesnej, a nie na autentycznym nauczaniu Kościoła. To zaś aż nadto trąci herezją!

Nie wymyśla się dogmatu. Nie można go też zredukować do wygodnej formułki, jak to czyniono w tych ostatnich latach buntu i pychy, lekceważąc fakt, że tylko Chrystus jest i zawsze pozostanie prawdą absolutną.

Miał przed czym drżeć Paweł VI – za to, że sprowadził na Kościół Chrystusowy tę gigantyczną katastrofę, pod płaszczykiem rzekomego Soboru ekumenicznego.

Nie stracił nic ze swej aktualności drugi rozdział z II Listu św. Pawła do Tesaloniczan:

„…Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas ukaże się niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i w niwecz obróci samym objawieniem swego przyjścia. Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, albowiem nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość” [4].

I właśnie dlatego, pomni na Tradycję Kościoła, kierując się światłem Ewangelii, przedkładamy czytelnikowi niniejszą książkę.



Nie czułem pociągu do stanu duchownego, który niekiedy wydawał mi się statyczny, zamknięty (…), implikujący rezygnację z przyziemnych skłonności wskutek wyrzeczenia się świata (…). Jeżeli ja to tak odczuwam, świadczy to o tym, że jestem powołany do jakiegoś innego stanu, w którym będę się realizował w sposób bardziej harmonijny, dla wspólnego dobra Kościoła”. 

(Paweł VI w wypowiedzi dla Jeana Guittona, na podstawie książki pt. „Dialogi z Pawłem VI”, s. 285). 

* * * 

„Zdałem sobie sprawę, jak bardzo jego myślenie jest typu laickiego. Odnosiło się przy nim wrażenie, iż ma się do czynienia nie z duchownym, lecz z osobą świecką, która nieoczekiwanie została wyniesiona do godności papieża”. 

(Jean Guitton, fragment z książki „Tajemniczy Paweł VI”)

WSTĘP

W trakcie prac XXXV Zebrania Plenarnego włoskich biskupów kardynał Ruini, przewodniczący CEI (Konferencji Episkopatu Włoch) ogłosił w obecności papieża i biskupów swoją decyzję o wszczęciu „sprawy beatyfikacji” Pawła VI. Chociaż została już uzyskana odpowiednia zgoda Rady Stałej Konferencji Episkopatu Włoch, taka procedura w odniesieniu do papieży przewidywała zasięgnięcie opinii całego lokalnego episkopatu. Wynika to z tego, że papież jest nie tylko biskupem Rzymu, ale także prymasem Włoch. Stąd „placet” biskupów włoskich był koniecznym etapem, wymaganym przez procedurę kanoniczną wprowadzoną notabene przez samego Pawła VI, a następnie ogłoszoną przez Jana Pawła II w dokumencie „Divina perfectionis magister”.

Rzym jest diecezją Papieża. To Rzym powinien więc występować jako oficjalny interlokutor Kongregacji ds. Świętych. Kardynał Ruini, wikariusz papieski dla miasta Rzymu, wydał dnia 13 maja 1992 roku opublikowany w tygodniku diecezjalnym „Roma sette” edykt, którego jeden z fragmentów brzmi: „Zachęcamy wszystkich wiernych do przekazywania nam lub nadsyłania do sądu diecezjalnego Wikariatu Rzymu wszelkich informacji, z których będzie można w jakiś sposób wyciągnąć wnioski sprzeczne z opinią świętości wspomnianego ‘sługi Bożego’ ”.

Dlatego też, ponieważ absolutnie nie zgadzam się z tą inicjatywą beatyfikacji Pawła VI, odczekawszy mniej więcej rok, nim ostatecznie zdecydowałem się na przedłożenie moich „informacji” mogących świadczyć przeciwko „opinii świętości” Pawła VI – która to zwłoka była podyktowana zarówno szacunkiem dla „wysokich rekomendacji” otwierających drogę do wszczęcia procedury beatifykacyjnej, jak i chęcią przypatrzenia się początkowej fazie procesu w nadziei, że ktoś wytoczy argumenty uzasadniające poważne wątpliwości choćby co do zasadności rozpoczynania tej procedury kanonicznej – poczułem się wreszcie w obowiązku, by sformułować na piśmie niniejsze informacje, które przemawiają przeciwko tej opinii świętości.

Nie bez znaczenia były tutaj dwa wyraźne impulsy, które wyszły od Jana Pawła II. Pierwszy z nich pojawił się dnia 13 maja 1993 r. w przemówieniu do biskupów z CEI:

„Zostałem powiadomiony o wszczęciu procesu kanonizacyjnego (?!) mojego poprzednika Pawła VI. Dla mnie był to Ojciec – w sensie bardzo osobistym. Mogę więc tylko wyrazić swoją wielką radość i wdzięczność”…

Druga znacząca wypowiedź miała miejsce w 15. rocznicę śmierci Pawła VI:

„Pragnę, by w bardzo krótkim czasie mógł się szczęśliwie zakończyć proces beatyfikacyjny Pawła VI. Módlmy się, aby Pan rychło pozwolił nam ujrzeć swego Sługę wyniesionego do chwały ołtarzy”[5].

Wcześniej, 25 maja 1992 roku, zadzwoniłem do Sekretariatu Stanu, do biskupa Nicolino Sarale, szczerego i wiernego współpracownika „Chiesa viva” [6], prosząc go o bliższe informacje na temat owego „pronunciamento” kardynała Ruiniego w „sprawie beatyfikacji” Pawła VI. Biskup Sarale odpowiedział mi, że to „pronunciamento” było czymś w rodzaju arbitralnego aktu władzy, czy też faktu dokonanego stworzonego przez Wikariusza Rzymu, „gdyż większość włoskiego episkopatu tego sobie nie życzyła” (sic!).

Teraz, gdy został on wezwany do Pana, jemu pozostawiam odpowiedzialność za owo wyjaśnienie, które uważam jednak za prawdziwe: po pierwsze dlatego, że jest mi znana niezwykła uczciwość tego, który mi je przekazał, a po drugie z uwagi na fakt skonfrontowania go z innymi źródłami informacji, jakie w międzyczasie udało mi się zgromadzić na temat owego manewru, którego celem było wyniesienie na ołtarze obu Papieży Soboru Watykańskiego II, aby w ten sposób uwydatniony został „nadprzyrodzony charakter” tego Soboru, a w konsekwencji tego Nowego Kościoła z jego reformami, mimo wyraźnej wypowiedzi samego Pawła VI na temat dokonującego się w Kościele samozniszczenia (za które notabene on sam był w pierwszym rzędzie odpowiedzialny).

Mógłbym podać także inne motywy stojące za niniejszą pracą o Pawle VI, a zwłaszcza fakt, że od niepamiętnych czasów historycy i teologowie dokonywali ocen i podsumowań „pontyfikatów”. Nie ma przeto nic dziwnego w tym, że formułuję tu swój własny osąd na temat pontyfikatu Pawła VI.

Skoro wolno synowi poskarżyć się na ojca, owszem, wyrzucać mu jego postępowanie, jeśli urąga ono jego ojcowskim powinnościom, czemuż i ja nie miałbym, jako ksiądz, członek „Ecclesia mater”, mieć prawa, a nawet obowiązku bronienia doktryny, która została mi przekazana jako niezmienna, wieczna, przez „Ecclesia docens”?

A może moja „rozumna służba” Bogu [7] poprzez wiarę winna polegać na tym, że zostawiam gdzieś na boku to, co było nam przekazywane dawniej, by zrobić miejsce temu, co jest przekazywane dziś – w imię „nowości” i „zmiany”?

Czyż odpowiedzialnym, wspólnikiem, współpracownikiem wszystkiego tego, co zdarzyło się podczas Vaticanum II, nie jest ten, który stał na szczycie hierarchii?

Doprawdy, nigdy wcześniej nie doszło do tak konsternującego konfliktu ani do tak jaskrawych sprzeczności między „prawdami przeszłości” a „prawdami teraźniejszości”!

Trzeba być wyzbytym wszelkiej miłości do Kościoła i do dusz, nie mówiąc już o zdrowym rozsądku, aby ośmielać się wystąpić z inicjatywą mającą na celu ogłoszenie Pawła VI „błogosławionym”! To już byłby szczyt wszystkiego – dokonać kanonizacji papieża, który tak otwarcie uchybił swym obowiązkom Najwyższego Pasterza. A tak! Papież, jak każdy wierny, ma obowiązek poświęcać się na rzecz wypełnienia obowiązków wynikających z jego stanu.

Otóż, zważywszy, że w niniejszym studium historyczno- teologicznym będę się starał wykazać, że Paweł VI nie wypełnił swojego obowiązku, pozwoliłem sobie stanąć po stronie „adwokata diabła”, a więc tego, który w każdym procesie beatyfikacyjnym ma poważną powinność przyglądania się życiu i pismom kandydata, po to właśnie, by wynajdywać tam wszelkie elementy, które mogą stanowić argument przeciwko kanonizacji.

Bo chociaż Zwierzchnik Kościoła rzymskokatolickiego jest oficjalnie nazywany „Ojcem Świętym”, nie jest czymś oczywistym, rozumiejącym się samo przez się, iż w jego szczytnej misji zawsze towarzyszy mu ta domniemana „świętość”. Na 261 papieży, którzy stali na czele Kościoła katolickiego, tylko 76 zostało „kanonizowanych”. Ostatnim z nich był św. Pius X.

Trzeba też wiedzieć, że w ramach wymaganej procedury „wykazania heroiczności cnót”, będącej etapem wstępnym i warunkiem sine qua non beatyfikacji i kanonizacji, bada się cały szereg tzw. pośmiertnych cudów, przypisywanych wstawiennictwu kandydata w niebie.

Jest to procedura prawna, którą trzeba zachować, gdyż idzie tu o honor Kościoła i o wiarygodność jego decyzji wobec wszystkich: zarówno wierzących, jak i niewierzących. Niestety, zdarzyły się już w przeszłości pewne odstępstwa od tych kanonicznych wymagań, co otworzyło drogę do nadużyć.

Owe niewytłumaczalne naciski, zmierzające do szybkiego zakończenia „procesu beatyfikacyjnego” Pawła VI, noszą więc wszelkie znamiona gwałcenia prawa kanonicznego, żeby doprowadzić do pozytywnego rezultatu, nawet, gdyby to było nieuzasadnione, bezprawne, a wreszcie nieuczciwe, tzn. gdyby doprowadzono do sfinalizowania procesu w oparciu o wyłącznie pozytywne zeznania, świadczące na korzyść Pawła VI, pomimo, że zdradził on Piusa XII, z którym współpracował, że jego życie moralne było bardzo niejasne [8], że jego pontyfikat został zeszpecony przez poważne odstępstwa od „depozytu wiary”, ze wszystkimi błędami, który stąd wynikły.

Cóż można było uczynić lepszego, by dać świadectwo prawdziwej myśli Pawła VI, a tym samym jego odpowiedzialności za przerażający dramat, jaki jest dziś udziałem Kościoła, niż przytoczenie jego przemówień soborowych i jego orędzi niedzielnych, a także słów wypowiadanych przy innych, szczególnych okazjach, na mocy pełnionego przezeń urzędu Zwierzchnika Kościoła Chrystusowego?

Ileż to razy dane mi było skonstatować, jak dalece Paweł VI zajmuje stanowisko sprzeczne ze stanowiskiem swoich poprzedników, czemu towarzyszyło niemało złudnych, światowych oklasków. Ileż razy miałem okazję analizować jego „Wielki Plan”, który kłócił się tak bardzo z Tradycją katolicką; niczym memento pobrzmiewały mi wówczas słowa napisane przez Piusa X:

„Triumf Boga nad jednostkami i nad całym społeczeństwem, to nic innego, jak powrót do Boga zabłąkanych owiec przez Chrystusa, a do Chrystusa przez Jego Kościół. Oto nasz program” [9].

Tymczasem programem Pawła VI było doprowadzenie do utopienia Królestwa Bożego w powszechnym ekumenizmie wiary w człowieka oraz kultu człowieka, co nieuchronnie musi prowadzić do deistycznego humanizmu, który jest po myśli masońskiej ONZ.

Przypominam sobie to osobliwe zwierzenie, wypowiedziane przez Pawła VI do pielgrzymów podczas środowej audiencji generalnej dnia 12 kwietnia 1967 roku:

„Ale oto ujawnia się w Nas dziwny fenomen: chcąc dodać wam otuchy, udziela się Nam poniekąd woń niebezpieczeństwa, któremu chcielibyśmy zaradzić; przychodzi Nam na myśl zarówno świadomość Naszej ograniczoności, jak i wspomnienie słabości Szymona, syna Jana, powołanego przez Chrystusa i uczynionego przezeń Opoką. Wątpliwość… lęk… pokusa nagięcia wiary do nowoczesnej mentalności…”.

Niestety, Kościół Chrystusowy podczas jego pontyfikatu obumarł właśnie z powodu jego innowacyjnych, reformujących i zakłócających działań. Paweł VI do tego stopnia sobie to uświadamiał, że w poruszających słowach musiał przyznać dn. 7 grudnia 1968 roku, w trzecią rocznicę ogłoszenia kultu człowieka:

„Dzisiaj Kościół przechodzi przez moment niepokoju. Niektórzy ćwiczą się w samokrytyce; należało by raczej rzec: w autodestrukcji. Jest to jakby wewnętrzny, ostry i złożony wstrząs, którego po Soborze nikt by się nie spodziewał. Myślano o rozkwicie, o spokojnym rozprzestrzenianiu się koncepcji wypracowanych podczas wielkich posiedzeń soborowych. Ten aspekt też występuje w Kościele – ma tam miejsce rozkwit; ale… jeszcze bardziej trzeba dostrzegać aspekt bolesny. Oto Kościół otrzymuje razy ze strony tych, którzy do niego należą!”

29 czerwca 1972 r. jego ocena na temat tego, co dzieje się w Kościele, była jeszcze bardziej pesymistyczna:

Przez jakąś szczelinę do świątyni Boga przedostał się dym Szatana: to wątpliwość, niepewność, niepokój, konfrontacja. Już się nie polega na Kościele, a na pierwszym lepszym, światowym proroku, który mówi do nas z łamów gazet, albo na jakimś ruchu społecznym; dalej więc, przyłączać się doń, pytać się go, czy nie posiada sekretu prawdziwego życia. Nie zauważamy, że przecież sami jesteśmy w jego posiadaniu. Wątpliwość wślizgnęła się do naszych sumień; 25 wślizgnęła się oknami, które powinny być otwarte na światło…”.

„Również w Kościele zapanował ten klimat niepewności. Sądzono, że po Soborze nad historią Kościoła zajaśnieje słoneczny dzień. Tymczasem nastał dzień pochmurny, burzowy; dzień ciemności, poszukiwania, niepewności. Głosimy ekumenizm, a coraz bardziej oddalamy się od innych. Trudzimy się, by wykopywać przepaści, miast je zasypywać”.

„Jak do tego doszło? Podzielimy się z wami naszą refleksją: nastąpiła interwencja nieprzyjacielskiej mocy. A imię jej: diabeł – ów tajemniczy byt, o którym napomyka św. Piotr w swoim liście. Zresztą często na kartach Ewangelii, a także z ust samego Chrystusa, pada imię tego nieprzyjaciela ludzi. Wierzymy w coś nadnaturalnego (późniejsza korekta: pozanaturalnego), co przyszło na świat po to właśnie, by zamącić, stłamsić cały Sobór ekumeniczny, nie dopuścić do tego, by Kościół wybuchnął hymnem radości, że oto odzyskał świadomość siebie” (!!).

Tak więc sam Paweł VI rozpoznał dzieło Szatana w Kościele soborowym i posoborowym! Ale co uczynił, by uratować ten Kościół przed panowaniem Szatana, którego niszczycielską rzeczywistość dostrzegał? Nic. Co gorsza, to on rzucił łódź Piotrową w te szalejące odmęty.

Czy nie powinien był sam, poprzez kategoryczne i energiczne działania, zepchnąć ją z mielizny, na którą wcześniej ją wmanewrował? Tymczasem umył ręce jak Piłat:

„Papież nie uważa za stosowne przyjmować innej linii niż linię ufności w Jezusa Chrystusa, któremu bardziej niż komukolwiek zależy na Jego Kościele. To on uciszy burzę. Ile razy Boski Mistrz powtarzał: ‘Confidite in Deum. Credite in Deum et in Me credite!’ Papież będzie pierwszym, który wykona ten nakaz Pana i podda się, bez niepotrzebnego lęku i trwogi, owej tajemniczej, niewidzialnej lecz niezawodnej pomocy, jaką Jezus niesie swojemu Kościołowi” [10].

Piłat nie wypowiedziałby się inaczej! Czy na trzy lata przed tym, jak wszystko wysadził w powietrze reformując, odnawiając, zmieniając, to nie on, Paweł VI, rządził, narzucał swoje koncepcje, przygotowując tym samym grunt pod tę burzę, która się rozpętała w Kościele? A skoro tak, nie miał prawa stać z założonymi rękami, puszczać steru łodzi Piotrowej, pod pretekstem, że sam Bóg sprawi cud i przyniesie ocalenie.

Mimo to 21 czerwca 1972 r. Paweł VI powtórzył raz jeszcze swoją fałszywą doktrynę, próbując przekonać (kogo?), że to do Boga należy ocalenie Kościoła:

„W pewnych osobistych zapiskach znajdujemy na ten temat, co następuje: być może Pan powołał mnie do pełnienia tej posługi nie dlatego, że miałem ku temu jakieś zdolności, ani po to, bym rządził i wybawił Kościół od trapiących go dzisiaj trudności, lecz po to, bym coś dla Kościoła wycierpiał i żeby okazało się, że to On, i nikt inny, prowadzi go i zbawia”.

Wyjawiamy wam to uczucie nie po to, by dokonać publicznego, a więc próżnego aktu pokory, lecz po to, by i wam dane było cieszyć się spokojem, jakiego sami doświadczamy na myśl, że to nie nasza słaba i niewprawna dłoń spoczywa na sterze łodzi Piotrowej, lecz niewidzialna, a przecież silna i niezawodna dłoń Pana Jezusa”.

To kolejny fałszywy i obłudny wykręt, gdyż nie po to postawił Bóg papieża przy sterze łodzi Piotrowej, by pozwolił jej dryfować z nurtem „reform”, lecz by potrafił nią sterować zgodnie z kursem, jaki wyznacza Tradycja – tak, jak czynili jego poprzednicy. Paweł VI nie powinien tedy żądać od Boga cudu, by Kościół raz jeszcze był przez Niego zbawiony, lecz powinien ukorzyć się i samemu naprawić własne błędy, starając się ratować Kościół i w ten sposób spełnić swój obowiązek.

Innymi słowy, powinien był przestać wywyższać człowieka, który czyni siebie bogiem, a pomyśleć o tych miliardach ludzi, którzy nadal pozostają w cieniu śmierci i oczekują objawienia im prawdziwego Boga, Jezusa Chrystusa, jedynego, który ich uświęca i zbawia. Czyż nie tak właśnie brzmi pierwsza prośba kierowana 28 do naszego Ojca: „sanctificetur Nomen tuum”? A czymże są te „Oenzety”, „Unesca” i inne tzw. Instytucje międzynarodowe, jeśli nie dziełem Szatana, który chce zniszczyć Królestwo Chrystusa – Jego Kościół? Po co więc trwonić siły na budowanie zamków na piasku, zapominając o „ADVENIAT REGNUM TUUM” – tej jedynej „Międzynarodówce”, która naprawdę będzie trwała wiecznie? Jakże mógł on hołdować tym mrzonkom w dziedzinie polityki międzynarodowej, podczas gdy jego obowiązkiem – zgodnie z otrzymanym powołaniem – mogło być wyłącznie nieustanne poszukiwanie „woli Boga, jako w niebie, tak i na ziemi”?

Czyżby Paweł VI nie zorientował się, czym stała się Ziemia po wygnaniu Boga przez Wielką Rewolucję Francuską, a więc odkąd królują Wolność, Równość i Braterstwo, czyli trzy zwodnicze zasady roku 1789, które w miejsce Bożego Prawa wprowadziły Prawa Człowieka? Powinien był wiernie trwać na straży Honoru Boga i Bożych Praw, aby została uszanowana Wola Boga – czemu się sprzeniewierzył! Może zapomniał o przykazaniu Jezusa: „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” [11]. Zapomniał, że przyszłość należy do Boga, do Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, Zbawcy świata, i że na końcu czasów „władca tego świata zostanie precz wyrzucony” [12], by zrobić miejsce wyłącznie Kościołowi Boga: Świętemu, Katolickiemu, Apostolskiemu Kościołowi Rzymskiemu!

Jak, widząc to wszystko, miałbym się nie zastanawiać, czy Paweł VI miał prawdziwe powołanie do kapłaństwa? Tym bardziej, że wielce zastanawiające są słowa zawarte w książce Jeana Guittona, jego najlepszego przyjaciela, pt. „Dialogi z Pawłem VI”:

„Miałem mocne powołanie do tego, by być ze świata w świecie; być świeckim, jak się dzisiaj mówi. Nie czułem pociągu do stanu duchownego, który niekiedy wydawał mi się statyczny, zamknięty, bardziej zainteresowany konserwowaniem niż nadawaniem impulsów, implikujący rezygnację z przyziemnych skłonności wskutek wyrzeczenia się świata. Czy czując to w taki sposób, mimo wszystko można w XX wieku zostać księdzem? Jeżeli ja to tak odczuwam, świadczy to o tym, że jestem powołany do jakiegoś innego stanu życia, w którym będę się realizował w sposób bardziej harmonijny, dla wspólnego dobra Kościoła” [13].

To słowa bardzo znamienne, przywodzące na myśl jeszcze jedną refleksję, którą jego „przyjaciel” zawarł w książce pt. „Tajemniczy Paweł VI”: „

Zdałem sobie sprawę, jak bardzo jego myślenie jest typu laickiego. Odnosiło się przy nim wrażenie, iż ma się do czynienia nie z duchownym, lecz z osobą świecką, która nieoczekiwanie została wyniesiona do godności papieża” [14]

W świetle powyższego Paweł VI byłby zatem „osobą świecką” (a nie „duchowną”), uczynioną papieżem. Jest to zdanie, które mną wstrząsnęło: właśnie dlatego, że ta „osoba świecka” – czyli Giovanni Battista Montini – została „papieżem” Pawłem VI!

* * *

O! Niech Niepokalane Serce Maryi wyprosi mi łaskę, abym umiał przekazać na tych kartach prawdę, dochowując wierności wierze w Jezusa Chrystusa, naszego Pana, przekazanej przez Jego Kościół, jedynego strażnika „depositum fidei”!

ks. Luigi Villa
Doktor teologii

PRZYPISY:

  1. Sillon: ruch społeczny założony w 1893 r. we Francji przez Marca Sangniera. Organem prasowym ruchu był dziennik „Le Sillon” (Bruzda). Początkowo jego linia była zgodna ze wskazaniami papieży. Leon XIII i Pius X chwalili Sangniera. Jednak koło 1903 r. ruch ten zaczął się wyradzać. Skłaniając się ku pewnym koncepcjom polityczno-społecznym obwołał się „ośrodkiem jedności moralnej”, całkowicie uniezależnionym od nauczania Kościoła. Stało się to powodem potępienia ruchu przez Piusa X (1910).
  2. Zob. Św. Pius X, „List w sprawie Sillon” z 25 sierpnia 1910.
  3. Por. Ps. 7, 10.
  4. II Tes 2, 7-12.
  5. Przemówienie z 7 sierpnia 1993.
  6. Współpracował z tym czasopismem od ponad 12 lat – m.in. przy redagowaniu strony „Osservatorio Romano” i przy „Il Vangelo delle feste”.
  7. Por.: Rz 12, 1 oraz Piusa IX „Qui pluribus”, DB 1737.
  8. Aby „Kongregacja ds. Świętych” mogła uznać „nadprzyrodzone znaki” Bożej aprobaty, takie, jak cuda wynikające ze wstawiennictwa tego, który ma być uznany godnym najwyższych zaszczytów, winna ona najpierw – również w przypadku Pawła VI – uzyskać jasność co do jego „opinii świętości życia”, nim zajmie się „heroicznością cnót”. Nie może się to opierać wyłącznie na stwierdzeniu faktów, ani tylko na zapoznaniu się z ocenami, lecz trzeba uzyskać świadectwo osób, które znały go za życia, a przynajmniej zbadać wiarygodne pisma i dokumenty. Otóż zważywszy, że bezsprzecznie jego reputacja moralna nie jest jasna, wielce poważną powinnością moralną Kongregacji ds. Świętych jest sprawdzenie każdego związanego z tym elementu. Bo choć beatyfikacja nie podpada pod nieomylność papieskiego Magisterium (z drugiej zaś strony nie ma w niej miejsca dla zasady: „Vox populi, vox Dei”), czymś nieuczciwym byłoby przekonywanie wiernych o domniemanej świętości kandydata i o jego domniemanych cnotach, w sposób mogący zamazywać autentyczne pojmowanie Boskiej prawdy.
  9. Zob. „Communium Rerum” z 21 kwietnia 1909.
  10. Słowa wypowiedziane 7 grudnia 1968 r.
  11. Mt 6, 33.
  12. Jn 12, 31.
  13. Zob. J. Guitton, „Dialogi z Pawłem VI”, Fayard 1967.
  14. Zob. J. Guitton, „Tajemniczy Paweł VI”.
  15. Pius VI, Bulla „Auctorem fidei” z 28 sierpnia 1794.

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.