_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagrożenia duchowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagrożenia duchowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Wróg śmiertelny telewizja




Telewizja wnosi do naszego domu niespokojny pośpiech i gorączkowe zdenerwowanie świata. Ona uniemożliwia wewnętrzne skupienie. Jest odpowiednikiem pustyni Pana Jezusa: „Radiofonia, film, telewizja przybliżają dzisiaj chrześcijanom wszystkie formy życia i ludzkiej działalności. Jak mieliby oni, ogarnięci tym szałem, który nie pozwala już na spędzenie wolnego czasu w spokoju i ciszy, nie stać się niewrażliwi i stracić zrozumienie dla innych, prawdziwszych i wyższych, a także poważniejszych prawd, a mianowicie dla prawd życia duchowego, dla których mimo wszystko zachowują jeszcze jakąś nostalgię, która jednak grozi zanikiem, aż utraci w ich oczach wszelką wartość i wszelkie znaczenie” (PP Pius XII, 3 IV 1956).

Telewizja powoduje bunt zmysłów przeciw duszy. Ustawiczny natłok obrazów i dźwięku tłumi rozum i przeszkadza refleksji. Telewizja zastępuje prawdziwe fikcyjnym i wprowadza w świat fantazji, co ma fatalne skutki dla osobowości człowieka. Pasywność przed „pudłem” paraliżuje wolę.

Bezmyślne gapienie się jest matką wszelkich wad: prowadzi do lenistwa i nieczystości, przez tzw. informacje rozpowszechnia kłamstwa, reklamami wywołuje chciwość, podsyca pychę i okrucieństwo.

Telewizja jest najznakomitszym środkiem rewolucyjnym czasów obecnych. Stała się dzisiaj narzędziem zniszczenia społecznego panowania Chrystusa na rzecz budowy świata bez Boga.

Telewizja wspiera panowanie egoizmu. Niszczy naturalne więzi społeczne, zagrażając zwłaszcza życiu rodzinnemu.

Z MIŁOŚCI DO NASZYCH DUSZ
DLA WIERNOŚCI PANU JEZUSOWI
PRECZ Z TELEWIZJĄ
___________


POWIEDZIELI:

Nasi rodzice chrzestni przy chrzcie:
„Czy wyrzekasz się szatana, wszystkich dzieł jego i wszelkiej jego pychy?”. „Wyrzekam się”.
PP Pius XII:
„Film, który wyłącznie i przesadnie jednostronnie przemawia do zmysłów, niesie ze sobą niebezpieczeństwo wywołania w duszach stanu powierzchowności i gnuśnej bierności.” (06.10.1948)
Bernhard Henri Levy (głos lewicy):
„Pisarz żyje w obawie rozkładu rzeczywistości przez rozpowszechnienie mediów. Nie ma już żadnej rzeczywistości. Żadnych obrazów. Żadnej materii. Jeszcze tylko fałszywe obrazy. Fałszywe obrazy fałszywych obrazów. Iluzje i pozory. Świat staje się falą... Fala staje się światem... Faliste wygaśnięcie jakiejś rzeczywistości przez jej sygnały, jej cienie, jej iluzje... 
Podoba mi się ten pomysł. Lubię jego lekkość. Lubię nadmierną wolność, jaką sugeruje. Lubię rozluźnienie, jakie nadaje starym, dobrym formułom wiary, „odwiecznym prawdom ludzkiej natury”. Lubię go, tak jak kocham też wszelkie telematyczne, informatyczne, cybernetyczne urojenie”. (w „Mowy pochwalne o intelektualistach”, Paryż 1983).
Sołżenicyn:
„Każdy ma prawo wiedzieć wszystko. Oto fałszywy slogan fałszywej epoki. Znacznie większą wartość ma już dziś utracone prawo człowieka, „by nic nie wiedzieć”, mianowicie prawo jego boskiej duszy, by nie pozwalał się napełniać śmieciami, bezsensami i pustą gadaniną. Osoba, która pracuje i prowadzi rozsądne życie, nie ma żadnej potrzeby przesadzonej i nadmiernej informacji. 
Pośpiech i powierzchowność są duchowymi chorobami XX wieku i już się o nich nie pisze w prasie. Takie spojrzenie jest przeciwne jej naturze. Prasa zamieszcza tylko sensacyjne nagłówki” (Mowa harwardzka, 1978).
 Jerry Rubin (amerykański rewolucjonista):
„Każda nowoczesna rewolucja potrzebuje kolorowego telewizora.”
za Mitteilungsblatt 4/1995
tł. Leszek Królikowski

Zawsze Wierni, nr 7, 10-11.1995, s. 31.

czwartek, 3 października 2013

Bogowie New Age




"Wpływy polityczne hinduizmuu są bardzo niebezpieczne dla wszystkich demokratycznych społeczeństw. Ludzkości grozi utrata wolności i bezpieczeństwa. Dlatego uważam, że guryzm jest wstępem do swego rodzaji politycznego nazizmu." - Friedrich Haach "Wg Davida Spangler'a (członka włonionego w ONZ Stowarzyszenia na rzecz Nowego Ładu Światowego) Lucyfer dyspoduje taką samą siłą jak Chrystus, siłą skłaniającą nas do własnej wiary w boskość. Jest to diabelski sposób wprowadzenia nas w Nową Erę. Owocem mieszania nauki z mistycyzmem stać się może nowa, uniwersalna religia czcząca władcę świata - w Bibli nazwanego Antychrystem. (...) Obecnie powszechne ożywienie hinduizmu, posługującego się pseudopsychologicznymi terminami, takimi jak autohipnoza, samoświadomość, itp., sprawia, że świat stał się bardziej podatny na sugestie szaleńców niż Niemcy za czasów Hitlera." - Dave Hunt "Obecne odrodzenie pogaństwa i hinduizmu, który stanowi rdzeń ruchu Nowej Ery, jest zdumiewająco podobne do stanu porzedzającego dojście Hitlera do władzy." - Caryl Matrisciana (autorka książki "Bogowie Nowej Ery")

środa, 15 maja 2013

Wpływ kreskówek na dzieci


czwartek, 26 kwietnia 2012

Duchowa trucizna w scholiach Mikołaja Gomeza Davili cz.I.

Trudno bowiem wśród pism współczesnych myślicieli konserwatywnej i katolickiej prawicy znaleźć równie obfity zbiór błędów, półprawd a nawet jawnych herezji przeciw wierze, jakie mieszczą w sobie scholie kolumbijskiego aforysty. Czyniąc wyłom między rozumem a wiarą Mikołaj Gomez Davila partycypował w jednej z największych aberracji Marcina Lutra, popadł w najprzeróżniejsze błędy filozoficzne, których wspólnym mianownikiem jest negacja zdrowego rozsądku.

Cieszący się niezwykłą estymą w środowiskach romantycznej prawicy kolumbijski myśliciel Mikołaj Gomez Davila w jednym ze swych scholiów zawarł następującą uwagę: "Przed niczym nie powinniśmy chronić naszej myśli z większym staraniem niż przed rozpowszenianiem półprawdy." Słuszna przestroga, lecz autor nie spostrzegł, że z jej przesłaniem zarazem sam mocno strzela sobie w stopę. Trudno bowiem wśród pism współczesnych myślicieli konserwatywnej i katolickiej prawicy znaleźć równie obfity zbiór błędów, półprawd a nawet jawnych herezji przeciw wierze, jakie mieszczą w sobie scholie kolumbijskiego aforysty. Czyniąc wyłom między rozumem a wiarą Mikołaj Gomez Davila partycypował w jednej z największych aberracji Marcina Lutra, popadł w najprzeróżniejsze błędy filozoficzne, których wspólnym mianownikiem jest negacja zdrowego rozsądku. Nie jest też rzeczą małej wagi podkreślić, że atrakcyjna forma przekazu jaką obrał Mikołaj Gomez Davila czyni jego toksyczne przesłanie bardzo atrakcyjnym i przystępnym dla współczesnego człowieka. Nie mamy tutaj do czynienia w ciężkimi i czasochłonnymi dla czytelnika wielotomowymi traktatami stawiającymi sobie za cel walkę z tomizmem, promowanie fideizmu i filozofii idealistycznej, lecz któtkie, zwięzłe, atrakcyjne scholia będące raz po raz coraz silniejszą dawką "błędu w pigułce". Czyniąc więc zadość powyżej przytoczonemu aforyzmowi Gomeza Davili zestawiamy zainfekowane scholie wraz z krótkim, krytycznym komentarzem mającym za cel przynajmniej w niewielkim stopniu postawienie zapory wobec błędów, którym namiętnie hołdował kolumbijski reakcjonista:

piątek, 13 kwietnia 2012

Pomiędzy psychologią a psycho-herezjami


Innym z bardzo niebezpiecznych poglądów psychologii jest nazywanie pewnych złych ludzkich zachowań (zwłaszcza tych dokonywanych nałogowo) mianem „choroby”. Nie było w tym niczego groźnego, gdyby określanie grzechów jako „chorób” oznaczało tylko tyle, iż zło moralne owocuje w życiu człowieka różnymi negatywnymi następstwami oraz sprawia, iż nie funkcjonuje się wówczas w sposób prawidłowy i normalny na różnych płaszczyznach.

A jednak Cejrowski miał rację

Substratem, który „zamroził” Tybet, zatrzymując jego rozwój duchowy w epoce przedbiblijnej, był buddyzm. Problem polega na tym, ze w buddyzmie nie ma pojęcia Boga. Ani Jedynego Osobowego Boga Stwórcy nie ma w filozofii buddyzmu, ani nawet Brahmana, Ducha Wszechświata. Wszystko, co istnieje, jest psychicznym potokiem. Wszystko jest objawieniem energii psychicznej i dlatego ze wszystkiego można korzystać, ale pod jednym warunkiem - nie szkodzić wspólnocie buddystów.

Do Tybetu buddyzm mahajana przyszedł w VII wieku. W IX stuleciu dotarł on przez arystokrację i kręgi naukowe do pospolitej ludności w formie lamaizmu, stworzonego przez Padmę Sambhawę.

Ludność Tybetu wtedy jeszcze była w epoce szamanizmu. Ich wiara polegała na kontaktowaniu się z duchami, i to duchami całkowicie i otwarcie złymi. Zgodnie z logiką rozwoju religijnego, z czasem mogliby oni zaakceptować ideę Jedynego Bóstwa i pójść ogólnoludzką drogą rozwoju… Lecz przyszli do nich buddyjscy kaznodzieje i powiedzieli, że Boga nie ma. Ale duchy są (ponieważ filozofia buddyzmu w zasadzie dopuszcza różne formy istnienia, jeśli tylko ktoś stale i zdecydowanie myśli o nich oraz przekazuje im swoją energię). Naprawdę każdy buddysta wie, że posłuchać kazania Buddy przylecieli nawet bogowie. A Bóg nie przyszedł. Znaczy to, że Go nie ma. Szamański kult został wzmocniony filozofią buddyzmu. Po przybyciu do Tybetu Padma Sambhawa rozpoczął budowę klasztoru Samie. Demony jednak sprzeciwiały się budowie. Padma Sambhawa rozpoczął walkę przeciwko nim zwyciężył i zrobił z nich niewolników, którzy ukończyli budowę. Stąd wzięło się ulubione powiedzenie Heleny Roerich: „Demony budują świątynię”, Poza tym założyciel lamaizmu po zwycięstwie nad mocami diabelskimi jako warunek odzyskania przez nie wolności postawił przed nimi bardziej długofalowe zadanie. Od tego czasu zobowiązane one zostały do obrony czystości buddyjskiej wiary. Z punktu widzenia tantryzmunie opłaca się w ogóle unikać kontaktów z duchami ciemności i złymi energiami, ponieważ nie warto odrzucać ich, lecz należy nauczyć się wykorzystywać je w swoich celach. Każda energia może przydać się w okultystycznym gospodarstwie. Oparte na takim założeniu dogadzanie tym okrutnym i krwiożerczym demonom zajęło naczelne miejsce w kulcie miejscowej ludności. W buddyjskich klasztorach Mongolii i Tybetu codzienne nabożeństwo poranne zaczyna się od złożenia krwawej ofiary „obrońcy wiary Dżamsaranowi oraz innym okrutnym bóstwom i demonom”, „boskim katom i zabójcom wrogów wiary i cnót”.

Oto opis owego nabożeństwa, przytoczony w księdze rosyjskiego etnografa A. M. Pozdniejewa, wydanej ponownie w 1933 roku w Kałmucji przez samych buddystów: Ci, którzy przynoszą balin huwaraki przed rozpoczęciem nabożeństwa, najpierw powinni kontemplować Dżamsarana i wyobrazić sobie całą przestrzeń świata pustą. W tej pustej przestrzeni muszą wyobrazić sobie bezgraniczne morze ludzkiej i końskiej krwi ze wzburzonymi falami; pośrodku tych fal - prostokątną miedzianą górę, na jej szczycie - sionce, zwłoki człowieka i zwłoki konia, a na nich stoi Dżamsaran. Twarz ma czerwoną, w prawej ręce, z której wychodzi ogień, trzyma miedziany miecz oparty o niebo; mieczem tym siecze życie tych, którzy złamali obietnice. Lewa ręka trzyma nerki i wątrobę wrogów wiary, pod pachą znajduje się wciśnięta skórzana czerwona flaga. Usta są szeroko otwarte, widać cztery białe kły, ma troje oczu i straszliwie zagniewany widok. Ukoronowany jest pięcioma ludzkimi czaszkami. Stoi pośród plamieni ognia mądrości.

Po złożeniu kielicha krwi temu oraz innym demonom, wyznawcy wzywają ich, by zniszczyli wrogów, szczególnie tych, którzy przeszkadzają rozpowszechnianiu się wiary i świętości buddyzmu. Oto zwrócone ku nim wołanie:
Przywołuję tego, który ma swoje wieczne mieszkanie w południowo zachodniej ziemi trupów, władcę życia, wielkich czerwonych katów i szymnusów, którzy pilnie strzegą poleceń Dżamsarana, przybywajcie na mocy obietnicy… Żeby pocieszyć Dżamsarana i jego towarzyszy, witam ich wielkim morzem rożnej krwi… Om-ma-hum…Uczyńcie prochem wszystkie wrogie moce i przeszkody, zgodnie ze swymi srogimi i okrutnymi prawami… Ty, który otworzyłeś usta i pokazaleś kly, ty, który masz troje oczu na strasznej twarzy, ty, który zawiązałeś w warkocz swe ciemnożółte włosy, ty, który włożyłeś na siebie wieniec z czaszek, majestatyczny bohaterze, obdarzony twarzą, na którą nie da się patrzyć, uwielbiam ciebie! Wychwalam stojącą po twojej prawicy Uhin-tengri, która trzyma w swych rękach miecz i gwoźdź, która ma granatowe cialo i czerwoną twarz! Królu stróżów-jakszasów, matko z czerwoną twarzą, wściekłych ośmiu noszących miecze, straszliwi kaci, pomnóżcie waszą energię! Wszystkim grzesznym, czyniącym przeszkody lamaizmowi, wszystkim, którzy trzymają się herezji, pokażcie waszą silę i ratujcie, wyzwolicie! Posyłając z góry szymnusów używających noży, zagarnijcie wrogów siecią, przebijcie ich gwoździami, zniszczcie ich mieczami, uderzcie włóczniami, zjedzcie serce! Ale przymuszając ich, by skończyli swe ziemskie złe istnienie, uratujcie ich dusze! Połóżcie kres życiu tych złych wrogów! Ich mięso, krew i kości zjedźcie waszymi ustami! Przyjmijcie tą ofiarę ciała i krwi znienawidzonych wrogów! Poprowadźcie mnie drogą cnoty, ale pokarajcie wrogów jawnymi znakami! Zniszczycie wrogów lamaizmu i wiary w ogóle, ponieważ tylko tak można zachować wiarę i świętą naukę!
Jest to fragment artykułu diakona Adriana Kurajewa p.t. "Ofiara ludzka a ofiara boska" zamieszczonego na stronie prawosławnego monastyru w Ujkowicach. Aby zapoznać się z całością proszę kliknąć tutaj

czwartek, 29 marca 2012

Cejrowski: "Nie zgadzam się z tezą, że religie są sobie równe. Nie są"

Polscy buddyści biją w Wojciecha Cejrowskiego. O co poszło? TVN wyemitował program "Wojciech Cejrowski Boso" w piątek, 27 lutego. Cejrowski odwiedza w nim tajską świątynię. Podróżnik mówi w programie, o tym, że buddyzm to "religia bez boga, a więc w świątyni nie ma sensu się modlić, bo nie ma do kogo". Sugeruje także, że Dalajlama modli się codziennie do Lucyfera. A grupę turystów obchodzących dookoła świątynię nazywa "głupimi ludźmi". W sobotę Wojtek Cejrowski wydał facebookowe oświadczenie na buddyjskie ataki słowne.

Szanowni Państwo,

Do realizacji tego odcinka byłem przygotowany w sposób wyjątkowo staranny - spodziewając się takich protestów, jak Wasz.

Scenariusz napisali mi dwaj eksperci (obaj Tajlandczycy, obaj praktykujący wyznawcy buddyzmu): profesor uniwersytetu buddyjskiego w Tajlandii, który wykłada teologię buddyjską dla obcokrajowców oraz mnich buddyjski obecnie w świątyni, a wcześniej po studiach teologicznych z tytułem magistra.

Żadne stwierdzenie wypowiedziane przeze mnie do kamery (poza "głupie ludzie") nie pochodziło z mojej wyobraźni - całą wiedzę przekazaną w tym odcinku, uzgodniłem wcześniej z ekspertami. Nie jestem głupi - nie pakowałbym się w kłopoty. Od początku było jasne, że ten temat wywoła kontrowersje.

Mam kilkugodzinne nagranie wywiadu z ekspertami, w którym oni sami informują mnie, że w buddyzmie nie ma boga, że w buddyzmie czci się i oswaja demony, stosuje techniki okultystyczne, a chińskie wróżby wykłada w świątyni po to, by przyciągnąć prosty ludek.

Usłyszeli Państwo to wszystko z moich ust jako cytaty. Szokujące cytaty?

Ja sam byłem zdziwiony, choć przecież pojechałem tam przygotowany i wiedziałem już na przykład, że Dalajlama co dzień modli się do lucyfera - pana ciemności - o to, by ocalił wyznawców buddyzmu, a w zamian za to pochłonął innych, niewiernych, czyli nas.

Jedyna kwestia, która pochodziła bezpośrednio ode mnie, to słowa "głupie ludzie". Zostały wypowiedziane o katolikach (polska wycieczka za moimi plecami), a nie o buddystach. O katolikach, którym nie wolno (tak naucza Kościół) uczestniczyć w obcych obrzędach. Skomentowałem głupie zachowanie moich braci w wierze - mam do tego prawo, a nawet mam taki obowiązek, jako współwyznawca. Głupie ludzie skoro najpierw idą na pielgrzymkę do Częstochowy, a teraz dookoła stupy. Głupi, bo nie wiedzą co czynią, a zanim coś zrobią powinni poznać istotę obrzędu - do kogo się modlą i o co.

KU ROZWADZE:

1. Jestem rzymskim katolikiem. Gdy ktoś dokonuje wyboru jednej religii z wielu dostępnych, to takim aktem wyboru wyróżnia tę religię ponad inne - uznaje tę wybraną za lepszą od innych. Gdyby tak nie było, to zmieniłby wyznanie na inne, zgoda? Logika.

2. Nie zgadzam się z tezą, że religie są sobie równe. Nie są.
Najprawdopodobniej każdy z Państwa ma pewien osobisty ranking i pozycjonuje religie, ustawiając na przykład islam, w jego wojowniczym wydaniu, jako religię mniej cywilizowaną od religii chrześcijańskich, które są pokojowe i nie każą zabijać innowierców. Islam owszem - nakazuje zabijać niewiernych, czyli nas.

3. Jako rzymski katolik uważam, że moja religia jest jedyną drogą do zbawienia - wszystkie inne drogi są fałszywe. Tak uważam i w to wierzę. Nigdy tego nie ukrywałem, a nawet dość głośno o tym trąbię, więc nie przyjmę teraz usprawiedliwień, że ktoś nie wiedział, gdy włączał telewizor.

4.Mój program jest programem autorskim - w tytule napisano jak wół "Wojciech Cejrowski boso", a nie po prostu "Boso" - a to oznacza, że mamy do czynienia z dziełem subiektywnym.

W tym przypadku autor jest katolikiem i uważa, że nie ma zbawienia poza Chrystusem, religie nie są sobie równe, czyli nie są różnymi ścieżkami dojścia w to samo miejsce. Jeśli ktoś taki zrobił film o buddyzmie, to naiwnością byłoby oczekiwać, że film będzie obojętny ideologicznie. Ba, on dlatego jest ciekawy, że osobisty, a nie zimno-sprawozdawczy.

To tyle ku rozwadze, nie chcę zanudzać. Moim zdaniem warto mieć swoje poglądy, warto je publicznie wyrażać, nawet jeśli nie są politycznie poprawne.

www.facebook.com/Wojciech.Cejrowski

Źródło informacji: FRONDA.pl

środa, 8 lutego 2012

s. Michaela Pawlik - O wschodnich źródłach magii


Świadectwo s. Michaeli Pawlik, dominikanki,, która 14 lat pracowała w Indach. Poznawszy kulturę, religie i sekty tego kraju, przestrzega przed dalekowschodnimi hinduistycznymi sektami, omawia techniki duchowej i psychicznej manipulacji. Realizacja: ks. Sławomir Kostrzewa, rekolekcje Ruchu Czystych Serc, lipiec 2011 r. www.rcs.org.pl www.milujciesie.org.pl

czwartek, 29 grudnia 2011

Prorok z Taize

W ciągu ostatnich pięciu lat coraz głośniej w Polsce o tzw. ekumenicznej wspólnocie z Taizé . Jej nagła popularność, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych osiągnęła takie rozmiary, ze zjawisko to można bez przesady określić mianem fenomenu. Tym bardziej dziwne jest, iż nie doczekało się ono dotąd wyczerpującej analizy z pozycji katolickich. Główne “dzieła” animatora tej neoprotestanckiej grupy Rogera Schutza (zwanego czasem z niewiadomych powodów “bratem” – nie otrzymał on bowiem nigdy żadnych świeceń ) ukazały się bez koniecznej zgody władz Kościoła Katolickiego. Pomimo to sprzedawane w rzekomo katolickich księgarniach wykupywane są masowo przez młodzież, pochłaniającą je bezkrytycznie z wypiekami na twarzy. Niniejsze opracowanie jest próbą analizy – pobieżnej siłą rzeczy – ideologii (używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością ) ruchu, który wywiera rosnący wpływ na katolickie środowiska młodzieżowe w naszym kraju.

wtorek, 20 grudnia 2011

Reinkarnacja - genialne kłamstwo szatana


Aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie! Dlatego w szczególności tym "transkulturowym" katolikom polecamy ten tekst. S. Michaela Pawlik w latach 1967 - 81 przebywała w Indiach jako świecka pielęgniarka. To co tam przeżyła całkowicie zburzyło jej idyliczne wyobrażenia. Z własnego doświadczenia przekonała się jak bardzo niebezpieczne i złudne są uroki duchowości Wschodu z wiarą w karmę, dharmę i reinkarnację.

piątek, 2 grudnia 2011

Zło kryło się w aikido



Dziś mam trzydzieści sześć lat. Dziewiętnaście lat temu, jako uczeń trzeciej klasy liceum rozpocząłem uprawianie sztuk walki. Zacząłem od karate, ale moją prawdziwą fascynacją już wcześniej było aikido. Wkrótce też zacząłem je uprawiać.

Aikido okazało się miłością mojego życia. Szybko robiłem postępy. Po dwóch latach zostałem instruktorem, co się rzadko zdarza, bo to bardzo trudna dyscyplina. Wkrótce zostałem zaliczony do tzw. uchi – deshi, czyli bezpośrednich uczniów mistrza. Trenowałem przez sześć dni w tygodniu, po trzy – cztery godziny dziennie. O 5:30 pierwszy trening z mistrzem, od 18 do 20 trening z moimi uczniami i późnym wieczorem ostatni trening dla grupy zaawansowanej w mojej sekcji. Kierunek studiów (archeologia) wybrałem taki a nie inny, bo w informatorze o studiach uniwersyteckich był to pierwszy alfabetycznie kierunek o tak małej ilości zajęć w tygodniu. Wówczas miałem opracowany cały scenariusz życia rozpisany na kolejne lata. Za dwa – trzy lata pierwszy dan, po trzech następnych drugi, a wtedy moja pierwsza, własna szkoła aikido, za kilka lat następna. I tak dalej. Brałem udział w sesjach treningowych z mistrzami japońskimi w kilku krajach europejskich, bo oni w końcu byli dla mnie największymi autorytetami.

Pewnego dnia do mojej sekcji przyszedł list od człowieka, który w Polsce dwadzieścia lat temu zainicjował tę dyscyplinę. Zrezygnował z aikido ze względu na silny kryzys związany z niemożnością pogodzenia wiary w Jezusa z ideologią wschodnich sztuk walki. Ten list był bardzo intymnym świadectwem i wywarł na mnie silne wrażenie. Pozostało także pytanie o podstawę jego decyzji. Wydawało mi się, że jedno z drugim nie ma związku.

Moim kolegą, także instruktorem z długim stażem, był chłopak, który uczestniczył w spotkaniach modlitewnych Odnowy Charyzmatycznej. Nagle przestał przychodzić na treningi. Po dłuższym czasie spotkałem go przypadkiem na ulicy i zapytałem o powód jego nieobecności. Odpowiedział mi, że na treningach przed i po medytacji kłania się wizerunkowi nieżyjącego już mistrza Ueshiby, założyciela aikido. W kościele robi to samo przed tabernakulum. Ten sam czyn, ale jego podmiot jest inny. W końcu musiał zdecydować, co wybrać i wybrał Jezusa. To również zlekceważyłem, widząc w tym zbyt głęboką interpretację. Wątpliwości wynikłe z tych zdarzeń narastały we mnie, zwłaszcza, że nagle zacząłem dostrzegać różnego rodzaju patologie wynikłe z uprawiania aikido u moich uczniów: nadpobudliwość, agresję, jakąś pogardę dla innych; to wszystko u ludzi zajmujących się sztuką walki tak finezyjną i, co najważniejsze, uważaną za najbardziej defensywną i łagodną wśród wschodnich sztuk walki. Kiedyś czytałem przypadkiem Pismo Święte i natrafiłem na fragment mówiący, że nie wolno kłaniać się obcym bogom. Ten jeden wers wrył mi się w umysł jak drzazga. Byłem jednak tak zaangażowany, że nie mogłem po prostu zrezygnować, zrezygnować z całego życia, które zbudowałem na aikido. Ale wątpliwości były i nie dawały mi spokoju, zwłaszcza cała „liturgia” związana z treningiem – ukłony, medytacja, adoracja mistrzów i białej broni (trenowałem także sztukę miecza – iaido). Pewnego dnia, zapewne nie do końca świadomie, powiedziałem Bogu, że jeżeli w tym, co robię jest coś złego, to niech się o tym przekonam. Ale niech się przekonam tak do końca, żeby nigdy w życiu później nie mieć wątpliwości, czy moja decyzja rezygnacji była słuszna w końcu miałbym zacząć życie od początku. Wkrótce miałem pożałować tej prośby.

Treningi zaczynały się i kończyły medytacją, w której chodzi o uzyskanie kontroli nad ki. Ki to bezosobowa energia Uniwersum, dająca początek i koniec wszystkim zjawiskom i istotom żywym w kosmosie. W każdej sztuce walki ćwiczenia fizyczne to tylko środek do uchwycenia kontaktu z tą mocą na etapie początkowym i później manipulowania nią. W trakcie codziennych medytacji doświadczyłem po dwóch latach czegoś na kształt stanu niebytu. To, o czym piszę może brzmieć niewiarygodnie. Przypuszczam, że gdybym to ja słuchał takiej opowieści, sam jej nie przeżywszy, to bym prawdopodobnie w nią nie uwierzył.

W przestrzeni duchowej, którą osiągałem, spotkałem istoty duchowe pełne, a raczej coś, co określiłbym jako osobową obecność kogoś, nie doświadczalną inaczej niż przez duchowy kontakt transcendentalny. To zjawisko, fascynujące jak nic innego na świecie, powtarzało się za każdym razem w trakcie medytacji. Jednocześnie wraz z tą osobową obecnością we mnie, uruchomiły się jakby dary paranormalne. Doświadczyłem czegoś na kształt telepatii, tzn. obudziła się we mnie ogromna wrażliwość na ludzkie intencje i zamiary. Stając przed kimś na macie po prostu wiedziałem, co ten człowiek za chwilę zrobi. Ponadto zacząłem odczuwać kumulacje i przepływ tej energii, o której wcześniej pisałem. Jednocześnie objawiać się we mnie zaczęły różne choroby o nieznanym źródle. Upływ tej energii w trakcie ćwiczeń powodował moje całkowite wycieńczenie. W rezultacie, mając 2 m wzrostu, ważyłem po roku około 60 kilogramów. To niewiarygodne, ale w takim stanie dysponowałem ogromną siłą psychiczną. Ludzie bali się mnie i nikt nie mógł ze mną wytrzymać sam na sam w jednym pomieszczeniu. Czułem się bogiem, taka władza nad każdym człowiekiem! Wkrótce jednak okazało się, że to nie ja decyduję o sobie. Będąc kiedyś sam w domu, znalazłem stary różaniec i wziąłem go do ręki, bo leżał gdzieś w kącie. W tym momencie usłyszałem potok obscenicznych bluźnierstw. To, co przedtem było efektem medytacji, co uznawałem za stan przejścia w wyższy obszar duchowy, teraz uruchomiło się bez mojego wpływu. Doznałem potwornego uczucia paniki i wybiegłem z domu. Od tej pory stale towarzyszyła mi obecność kogoś złego. Zacząłem czuć potworny, irracjonalny strach. Bałem się cały czas, choć nie było wcale żadnego zdarzenia, które by mogło wywołać ten strach. Tak jakby lęk stał się częścią mojej natury czy cechą charakteru. Jednocześnie stale przeżywałem halucynacje słuchowe. Słyszałem ciągle wulgarne bluźnierstwa, jakby wielu głosów, zwłaszcza pod adresem Matki Bożej. Stale prześladowały mnie obsesyjne myśli samobójcze. W moim domu było duże lustro na środku mieszkania, zacząłem nagle bez przyczyny bać się go, mając pewność, że zobaczę w nim coś potwornego.

Te doświadczenia nie zmieniły mojego życia, nie zrezygnowałem z aikido. Dalej byłem instruktorem. Po roku takiego życia, jako człowiek praktycznie nie wierzący, zacząłem pomału domyślać się, że moje cierpienia wynikają z jakichś okultystycznych praktyk, zakamuflowanych w sztukach walki i działania demonów. Następnego roku stało się tak, że przyjechał z Anglii pewien mistrz. Postanowiłem, że będę przez te kilka dni uczestniczył w treningach z nim, po czym zrezygnuję. Moje zniewolenie osiągnęło bowiem etap, na którym zacząłem mieć koszmarne halucynacje wzrokowe. Dopiero to właśnie ostatecznie mnie złamało. Kiedy skończył się ostatni trening, w sobotę, wróciłem do domu i poszedłem spać ze świadomością, że to był mój ostatni trening w życiu. W nocy dostałem czegoś podobnego do ataku malarii. Poczułem tak silny ból w całym ciele, że zacząłem skamleć do Jezusa o ratunek. Ten stan wytonował się nad ranem.

Pamiętałem, że kiedy dwanaście lat wcześniej zmarł mój dziadek, poszedłem do spowiedzi i pamiętałem ogromne ukojenie, które wówczas przeżyłem. Pojawiła się we mnie desperacka myśl, że to mnie teraz uratuje. Wieczorem była Msza dla studentów i poszedłem wcześniej, wiedząc, że przed Mszą ktoś zawsze siedzi w konfesjonale. Wszedłszy do kościoła, zobaczyłem księdza, który uczył religii w moim liceum. Nienawidziłem tego człowieka. Od dawna mnie namawiał, żebym zrezygnował z aikido, co wzbudziło we mnie dużą niechęć do niego i agresję. Byłem jednak w takim stanie, że było mi już wszystko jedno. Wyspowiadałem się, ale efekt nie był taki, jakiego oczekiwałem. W trakcie wysłuchiwania pouczenia zacząłem odczuwać tak silne cierpienie jak poprzedniej nocy. W myślach wyłem, żeby to się wreszcie skończyło. Po spowiedzi ten stan sprawił, że uciekłem z kościoła i pobiegłem do mojego mistrza. Powiedziałem mu, że rezygnuję, bo nie mogę dać sobie rady ze sobą. Nie wyjaśniłem mu, z jakiego powodu. Ten człowiek był moim dobrym kolegą, nie miał świadomości, że z aikido wiąże się cokolwiek złego. Uszanował moją decyzję. Sam zresztą widział, że od dawna jest coś ze mną nie tak. Wracałem całkowicie zmiażdżony. Jakaś myśl kazała mi wrócić pod kościół. W nocy uklęknąłem i pomyślałem, a raczej samo mi się jakoś pomyślało: „Weź moje życie, sam nie dam rady. Rób ze mną, co chcesz”. Z tą myślą wróciłem do domu.

Od tej pory zaczął się prawdziwy czyściec. Ledwo zaliczyłem rok na uczelni. Straciłem wszystkich przyjaciół. Okazało się, że na moim roku znam tylko jedną osobę. Odeszła ode mnie dziewczyna. W sumie lepiej, bo tylko ją krzywdziłem. Niech mi Bóg wybaczy. Wkrótce przeżyłem jeszcze inne cierpienie ciągnące się za mną do dziś. Związałem się z inną kobietą, która mnie nie kochała i po dwóch miesiącach porzuciła.

Zacząłem chodzić na spotkania modlitewne Odnowy w Duchu Świętym, do czego namówiła mnie siostra i wspomniany wyżej ksiądz. Za radą księdza-egzorcysty odbyłem spowiedź generalną, co dało ten skutek, że wszystkie manifestacje zła, które przeżywałem, straciły na sile.

Wkrótce wziąłem udział w rekolekcjach, gdzie na końcu modlono się o to, by Duch Święty dotknął uczestników. W trakcie tej modlitwy czułem się źle. Chciało mi się wymiotować i najchętniej bym wyszedł. Wracałem do domu całkowicie rozczarowany. Miałem wielkie pretensje do Boga, że w niczym mi nie pomógł.

Na drugi dzień mieliśmy się spotkać raz jeszcze i pożegnać. Z mojego domu szło się około pół godziny do kościoła, w którym były rekolekcje, cały czas przez park. Postanowiłem zatem przejść się pieszo, bo była bardzo ładna pogoda. Szedłem bezmyślnie pogrążony w rozpatrywaniu własnego poczucia zawodu. W połowie drogi nagle zdałem sobie sprawę, że ja nic nie słyszę. Pierwszy raz od dwóch lat nie miałem żadnych halucynacji, tak słuchowych jak i wizualnych. Dotarło do mnie, że to była pierwsza noc od dwóch lat, którą normalnie przespałem. Czy ktoś może zrozumieć, co ja wtedy przeżyłem?

Ale, paradoksalnie, wcale nie było potem łatwiej. To był najtrudniejszy dla mnie czas, trudniejszy niż jakikolwiek inny. Nigdy nie było mi tak ciężko. Zapewne powodem była ruina emocjonalna czy też psychiczna po tych wydarzeniach. Pamiętam, że wszystko mnie wtedy raniło, nawet najmniejsze niepowodzenie czy też zachowania innych, które dziś po prostu ignoruję.

Miesiąc później pojechaliśmy całą wspólnotą na czuwanie Odnowy do Częstochowy. Prowadził je o. Verlinde. W pewnej chwili powiedział, że w drodze do domu anioł stróż każdemu powie, komu ma opowiedzieć o Jezusie. Po wszystkim wsiedliśmy do autokaru, a ja usłyszałem gdzieś w środku nazwisko mojego wykładowcy. To znaczy pojawiła się nagle jakaś ogromna pewność, że to ta właśnie osoba. Zdjął mnie lodowaty strach. Ten człowiek był dla mnie instytucją na uczelni, a nie osobą. Jak ja miałem w ogóle zacząć tę rozmowę? Zajęcia z nim miałem za dwa dni. Robiłem wszystko, żeby go tego dnia nie spotkać, ale obraz tego człowieka po prostu mnie wszędzie prześladował. W końcu poszedłem do jego gabinetu i poprosiłem o dziesięć minut rozmowy. Powiedziałem, że chciałbym mu o czymś opowiedzieć, ale na początek chciałbym, żeby miał świadomość, że czuję strach przed tą rozmową i najchętniej bym w ogóle jej nie zaczynał. Opowiedziałem mu wszystko to, co opisałem powyżej. On słuchał w milczeniu. Potem podszedł i uściskał mnie. Usłyszałem, że to było dla tego człowieka bardzo wzruszające, bo nikt z nim nie rozmawiał przez całe życie o wierze w tak intymny sposób. Okazało się więc, że to Bóg zadziałał.

Jestem pewien, że jest we mnie bardzo dużo okaleczeń wewnętrznych, stale tego doświadczam. Żyję wciąż ze świadomością ciężaru moich doznań. Czasem czuję się tak bardzo stary i zniszczony. Nigdy nie skorzystałem z pomocy psychologa, choć wiele osób, w tym spowiednicy, mi to radziło. Czasem rodzi się we mnie pokusa, aby te doświadczenia przekreślić, przekreślić wynikającą z nich pewność istnienia szatana i Boga, tak realną jak istnienie każdego z nas. Pewność każdej sekundy, że Bóg po prostu jest obecny w rzeczywistości. Pojawia się we mnie tęsknota, żeby żyć jak miliony innych, normalnych ludzi. Ale tak nie będzie, bo ta pewność jest we mnie jak rozogniona rana. Tak bolesna zwłaszcza w tym, co trudne, a zarazem tak słodka i kojąca. Ktoś, kto doświadczył miłości Boga po prostu nie może zignorować cierpienia drugiego człowieka. Wspomnienie ogromu miłości Jezusa sprawia, że cierpienie drugich staje się ciężarem nie do uniesienia. Jednocześnie człowiek dotyka tego, jak bezgranicznie kochać można, a jak kochać nigdy nie będzie w stanie.

B. ?

Świadectwo ukazało się w magazynie "Miłucie Się" nr. 5/2003 r.

Źródło informacji: FRONDA.pl

środa, 28 września 2011

Czym jest zło gdy go nie widać


sdk. Sergiusz Orzeszko IBP jako kilkuletnie dziecko wykazywał zdolności paranormalne, które potem zostały rozpoznane jako działanie złych duchów. Choć wychowywał się w rodzinie ateistycznej, jego serce nieustannie poszukiwało Boga. O tym, jak Go odnalazł i jakie to przyniosło konsekwencje w jego zyciu opowiada w wygłoszonym po raz ostatni w swoim życiu świadectwie, które zostało zarejestrowane w Bazylice OO. Bernardynów w Rzeszowie.

środa, 14 września 2011

Wyszedłem z piekła!


Chciałbym dać świadectwo, jak bardzo niebezpieczne są joga, okultyzm, magia, medytacje i techniki pogańskiego Wschodu. Na początku wszystko to wygląda niewinnie, jednak jest to grzech bałwochwalstwa, który prowadzi do satanizmu. W moim życiu przeszedłem całą tę drogę. Ja, dzięki Bogu, dzięki modlitwie mojej mamy do Matki Bożej powróciłem do Pana.

Jako najstarszy z sześciorga rodzeństwa nie miałem łatwego życia. Obowiązki przerastające dziecinne możliwości, brak miłości, złe traktowanie i przekleństwa ojca sprawiły, że od dziecka byłem raniony i bardzo cierpiałem. Pomimo że wychowywałem się w rodzinie katolickiej, byłem letnim i nijakim katolikiem.

Nie znałem katechizmu, Jezusa i Pisma Świętego. Nie żyłem zgodnie z Dekalogiem i ciągle łamałem któreś z dziesięciu przykazań. Ponadto wierzyłem w zabobony, przepowiednie, chodziłem do wróżki (cyganki). . Nie wiedziałem, że brak modlitwy, trzymanie w domu posążków Buddy, znaków zodiaku, książek ezoterycznych, noszenie talizmanów czy pierścienia Atlantów, wiara w horoskopy, nałogowe oglądanie telewizji i złych treści w internecie jest grzechem bałwochwalstwa, który rozwija się w człowieku i jego otoczeniu jak choroba nowotworowa. Sam tego faktu doświadczyłem na sobie.

Ucieczka w pustkę

W wieku 23 lat poznaję dziewczynę i zachwycony jej urodą biorę z nią ślub, chociaż była osobą niepraktykującą a jej matka była rozwódką i korzystała z usług tarocistki i kabały. Bardzo ją kochałem. żeby zarobić na mieszkanie, wyjechałem za granicę. W tym czasie moja żona miała wolny czas i pieniądze. Po pięciu latach naszego małżeństwa, z którego urodziło się dwoje dzieci, moja małżonka powiedziała mi, że kocha innego i odeszła. Przeżyłem szok i załamanie nerwowe. Uciekłem w alkohol. Nie chciałem pić, ale musiałem, chciałem zapić się na śmierć.

W 1990 roku trafiłem do ośrodka leczenia nerwic, gdzie uczestniczyłem w terapii grupowej. – Znikł jeden objaw nerwicy (pieczenie stóp), ale został niepokój, bezsenność, rozbita osobowość. Podświadomie szukałem ratunku i odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak cierpię? Dlaczego to zło mnie dotyka? Nie mogłem znieść ciszy i na przemian słuchałem radia i karmiłem swój wzrok programami telewizyjnymi. W 1991 roku w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie: „Joga – relaks – dobre samopoczucie – zajęcia pod wskazanym adresem”. Wówczas nie wiedziałem co to jest joga, ale wydawało mi się, że w niej znajdę odpowiedź na dręczące mnie pytania.

Joga

I tak wpadłem w sidła szatana. – Zacząłem praktykować medytację wschodnią i ćwiczenia jogi. Mój guru stał się moim bożkiem., głównie dlatego, że już przy pierwszym spotkaniu okazał mi dużo ciepła i troski, którego niestety nie zaznałem w rodzinie. Przestałem chodzić do Kościoła, żeby w pełnej wolności rozwijać się duchowo, psychicznie i finansowo. Po trzech miesiącach poczułem się znacznie lepiej, przestałem pić i palić. Zajęcia odbywały w klubie osiedlowym lub w szkole podstawowej. Odbywały się też zajęcia wyjazdowe. Wyjeżdżałem też na szkolenia do Holandii. Nauczyciel posługiwał się także wyrwanymi z kontekstu słowami Pisma Świętego i modlitwą Ojcze nasz i mówił dużo o miłości. Ćwiczenia jogi, odpowiednie odżywianie oraz wiedza miały mi zapewnić przekroczenie siebie w celu uzyskania „stanu Buddy”, samozbawienia.

Któregoś dnia mój nauczyciel stwierdza, że powodem moich niepokojów i cierpień jest krzyż, który wisi w moim pokoju i każe mi go usunąć. – Jako pilny uczeń dostałem tajemne imię. Poznawałem inne religie: buddyzm, sufizm itd. Otrzymałem nakaz prowadzenia relaksu, podczas którego powtarzałem mantrę, odwołującą się do sił kosmicznych. Mantrami były skażone kasety relaksacyjne z podkładem muzycznym nagrywane w studio. Korzystałem z porad numerologa. Ta usługa miała mi zapewnić dobre zarobki. Brałem też leki homeopatyczne.

Twórcą homeopatii był dr S. Hahnemann. W 1777 r. został on przyjęty do Loży Masońskiej w Transylwanii. Dodatkowo parał się spirytyzmem. Jak sam oświadczył, homeopatia powstała dzięki informacjom, przekazanym mu podczas seansów spirytystycznych. Każdy spirytyzm, okultyzm, magia i joga – jakikolwiek ma rodowód – jest źródłem złych energii, emanujących na człowieka i jego otoczenie. One powoli, ale skutecznie rujnowały moją psychikę, ciało i duszę.

Krótko mówiąc, Lucyfer namawia ludzi do posługiwania się przekleństwami, wróżbami, mantrami, astrologią, numerologią, amuletami, bioenergoterapią, różdżkarstwem itd. Kościół natomiast proponuje modlitwę, sakramenty św. i sakramentalia np. woda święcona a przede wszystkim życie zgodne z Dekalogiem i Ewangelią.

Brałem tez udział w seansach uzdrawiających. Prowadził je guru stosując między innymi hipnozę. Uczęszczałem na festiwale podczas których profesjonaliści leczyli metodą reiki, kolorami, muzyką, bioenergioterapią, wahadełkiem, lekami homeopatycznymi. Sprzedawałem książki Sufizmu, tarota, kasety relaksacyjne i reklamowałem prowadzoną przez niego szkołę jogi i kursy Tarota. Medytowałem, mantrowałem i mudrowałem 20 godzin na dobę.
Mało jadłem, mało spałem – oczekiwałem na obiecane oświecenie, a doświadczyłem przerażającej pustki i beznadziei.

Powrót do Boga

Były jednak okresy w moim życiu, kiedy chciałem się wycofać z grupy. Nie dałem jednak rady – zajęcia relaksacyjne działały jak magnes. Jeżeli dłużej niż tydzień nie poszedłem na zajęcia, czułem niepokój, szedłem na zajęcia – było lepiej. Przełom nastąpił w 2002 roku. Stało się to dzięki mojej mamusi, która wyprosiła u Matki Bożej Częstochowskiej dla mnie nawrócenie. Po 11 latach nie chodzenia do kościoła, ukląkłem na oczach mojego guru i poprosiłem Boga: „Boże co tu jest grane? Gdzie ja jestem?”. I Pan zlitował się nade mną. Natychmiast w moim umyśle zaświeciło światło Ducha Świętego i usłyszałem: „to jest sekta i guru kieruje umysłami tych, którzy uczestniczą w zajęciach jogi”. Moja decyzja była natychmiastowa: odchodzę, uciekam.

I wówczas zwaliło się na mnie całe piekło. Zaczął się horror. Szatan uderzył w ciało, psychikę i rzeczy materialne. Nie mogłem wejść do swojego domu. Czułem obecność zła w całym bloku mieszkalnym, a działy się rzeczy straszne. Krótko mówiąc miałem stracić życie i mieszkanie. Dzisiaj wiem, że przywrócenie do normalnego życia kogoś, kto był po uszy uwikłany w okultyzmie i magii jest większym cudem niż wskrzeszenie Łazarza. A piekło zaczęło się tak niewinnie: horoskopy, relaks, wróżby, talizmany, amulety, ćwiczenia jogi itp. Czułem, że ratunkiem dla mnie jest Kościół, ale przez pół roku nie mogłem wejść do kościoła, nie mogłem się modlić, słuchać Radia Maryja.

Bardzo często leżałem przed Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie było mi trochę lżej.

W rękach Boga

W końcu udaje mi się wejść do Sanktuarium i przystąpić do spowiedzi. – Doświadczyłem czym jest mądrość, miłość miłosierna i moc Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, który działa przez kapłanów i Kościół. Po opuszczeniu sekty postawiłem na Chrystusa i jego moc uzdrawiającą i uwalniającą w Kościele. To mnie uratowało. Gdyż tylko Jezus przywraca do życia owce, które się pogubiły i zaginęły, a te które słuchają Jego głosu, prowadzi do wiecznej szczęśliwości. Dzisiaj jestem świadomy, że ciałem i duszą byłem w przedsionkach piekielnych. Przez sześć lat byłem reanimowany w szpitalu Jezusa Chrystusa – Kościele za posługą księży charyzmatyków, egzorcystów. Jezus Chrystus spowodował, że zostałem uwolniony i uzdrowiony.

Dlatego apeluję i proszę ludzi odpowiedzialnych za media i pracujących w mediach: nie reklamujcie zła, nie walczcie z Bogiem i Kościołem – przecież w większości jesteśmy ochrzczeni. Nasi dziadkowie i pradziadkowie przelewali krew za naszą wolność. Nie niszczcie siebie, swoich rodzin, znajomych, naszej wspólnej, tak poranionej Ojczyzny, którą tylko sam Bóg może uleczyć, wywyższyć i uzdrowić. Ludzie biznesu, politycy – nie korzystajcie z porad wróżbitów, numerologów, astrologów itd., gdyż stałe korzystanie z ich magicznej wiedzy prowadzi do zaprzedania swojego życia, duszy i firmy diabłu.

Proszę, wyrzućcie z domu wszystkie rzeczy pogańskiego wschodu czy zachodu – książki, talizmany, pornografię, pierścienie Atlantów, znaki zodiaku itp. Wszystkie te rzeczy posiadają ducha innych kultur i religii, a niektóre są nasycone obrzędami szamańskimi i magią które odciskają piętno na naszej duszy i ciele. Odwracają nas od Boga, Chrystusa i Jego Kościoła, działają negatywnie na nas i na otoczenie.

Dlatego bardzo proszę, nie posyłajcie dzieci na kursy szybkiego czytania, uczenia, jogi, kung-fu. Nie pozwalajcie, aby wychowywał je internet i telewizor, nie leczcie ich homeopatią. Powróćmy do modlitwy i nauki Chrystusa. Podejmijmy walkę ze złem, pamiętając, że szatan nigdy nie pokona Mądrości i Mocy Boga! A zwycięstwo przyjdzie przez Maryję – jak zapowiedział Sługa Boży Kardynał Hlond. Okazuje się, że były to słowa prorocze, gdyż pokonała Ona komunizm, pokona również liberalizm gdy porzucimy bałwochwalstwo i aborcję.

Dzisiaj jestem pewny, że powodem moich cierpień i niepowodzeń był grzech – grzech własny, grzech moich przodków, brak wiedzy i wiary. Mój błąd był zasadniczy: do 56 roku życia nie brałem pod uwagę i nie traktowałem poważnie Jezusa. Skutki tego były opłakane. Pomimo to Jezus Chrystus nigdy o mnie nie zapomniał! On jest jedynym Uzdrowicielem, który leczy ciało, duszę i psychikę. Doznałem uzdrowienia kręgosłupa, ducha i duszy. Dziękuję Ci, mój Jezu.

Przestroga

W Piśmie Świętym znalazłem genialną przestrogę św. Pawła, która streszcza wszystko, o czym dałem świadectwo: Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie (Kol 2,8).

We współczesnym świecie owe filozofie, oszustwa, ludzkie tradycje i żywioły świata funkcjonują w konkretnych organizacjach, ruchach, stowarzyszeniach, sektach i przybierają formę okultyzmu i magii. Stanowią one centrum neopogaństwa, określanego jako New Age, dlatego uważaj na czym budujesz.

Dziękuję wszystkim kapłanom, siostrom zakonnym i osobom świeckim, którzy pomogli mi wyjść z sekty i nadal pomagają, gdyż walka się nie skończyła, abym mógł wzrastać w miłości i świętości.
Bóg Wam zapłać i „Szczęść Boże!”

Wiesław
Powyższe świadectwo ukazało się na stronie: www.krolowa-pokoju.com.pl

Źródło informacji: FRONDA.pl

piątek, 8 lipca 2011

Inwazja neopogaństwa - wykład s. Michaeli Pawlik

sobota, 2 lipca 2011

Bogowie New Age

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Joga albo życie


Wielkie zgromadzenie joginów z całego świata przywitało we wtorek lato na Times Square w Nowym Jorku. Uczestnicy brali udział w spotkaniu zwołanym pod hasłem "Umysł ponad szaleństwem”.

W jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie zebrali się nie tylko Amerykanie, ale także przybysze z bardzo odległych krajów świata - Australijczycy, Nowozelandczycy, byli także Polacy. Zapowiedzi reklamowały to wydarzenie jako próbę znalezienia "spokoju i transcendencji pośrodku miejskiej energii najbardziej komercyjnego i szalonego miejsca na świecie".

Uczestnicy sesji otrzymywali od sponsora darmowe maty, na których pod okiem instruktorów przez cały dzień w skupieniu wykonywali zalecane ćwiczenia.

To pozornie niewinne wydarzenie niesie ze sobą jednak niebezpieczeństwo; szczególnie poważne dla osób, które o jodze maja niewielkie pojęcie. Utrwaliło się bowiem społeczne widzenie jogi jako jednego z rodzajów terapii będącej specyficznym lekarstwem na szok cywilizacyjny; jak na coś, co człowieka ma wyciszyć i zrelaksować. I prawdopodobnie po części tak jest, ale w ogólnym rozrachunku koszty mogą być bardzo wysokie. Joga bowiem nie jest tylko niewinną i obojętną technika relaksacyjną; to psychofizyczno-cielesna forma medytacji transcendentalnej o zupełnie niechrześcijańskim punkcie odniesienia.

W kontekście popularnego powiedzenia mówiącego, że święty spokój może być autostradą do piekła, chrześcijanin powinien zadać sobie pytanie: spokój czy życie?

Dlaczego?

Próbą odpowiedzi na to pytanie może być historia ojca Jacques'a Verlinde. Obecnie jest katolickim księdzem i zakonnikiem we wspólnocie „Rodziny Świętego Józefa", w Francheville, blisko Lyonu. Przebył jednak długą drogę zanim stał się tym, kim jest obecnie.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku niezwykłą popularność zyskała medytacja transcendentalna oraz jej guru Maharishi Mahesh Yogi. Jacques uwiedziony wizją szczęścia, rozpoczyna od 20 minut medytacji dziennie, ale bardzo szybko przechodzi do całodziennych medytacji. Zostaje uczniem Maharishi i wyjeżdża do swojego guru do Indii, a później trafia w Himalaje, do ashramów, gdzie nie mają wstępu Europejczycy. Uczestniczy tam w naukach najznamienitszych indyjskich nauczycieli duchowych, ćwiczy jogę i techniki medytacji, co miało doprowadzić go do zjednoczenia z tzw. Najwyższą Rzeczywistością. Ojciec Verlinde tak mówi o tamtym doświadczeniu: "Żyłem medytacją całymi miesiącami, dzień i noc, praktycznie bez snu i jedzenia. Drążyłem w sobie pustkę, będąc całkowicie wyczerpanym: ciało, dusza i duch". W tej pustce doszedł do bardzo głębokiego przeświadczenia bolesnej i bezosobowej samotności, w której nie ma nikogo, kogo mógłby kochać. Pewnego razu usłyszał głos: „Jak długo, moje dziecko, każesz mi jeszcze czekać?"

Rozpoznał wołanie Jezusa i odszedł od guru. Jednak droga powrotu wcale nie była prosta. Długotrwała medytacja otworzyła jego przestrzeń duchową na rzeczywistość nadprzyrodzoną, ale – niestety – nieprzychylną człowiekowi. Z jednej strony, jest codziennie na Mszy św., ale zajmuje się też radiestezją i magnetyzmem, odkrywa zdolności mediumiczne i dar widzenia, czytania w przyszłości i przeszłości, uzdrawiania... Mimo tego, z każdym dniem ulatuje z niego poczucie szczęścia. Przeciwnie, ma coraz głębsze przekonanie, że jest w pułapce, we władaniu mocy ciemności. Przez akt oddania się Jezusowi Chrystusowi i długotrwałe modlitwy w Odnowie Charyzmatycznej o jego uwolnienie i uzdrowienie, dochodzi od odkrycia swego powołania jako kapłana Kościoła katolickiego. Obecnie wykłada filozofię i antropologię biblijną w Instytucie Katolickim w Lyonie.

Jako źródło swojego duchowego zagubienia, które doprowadziło go do nieświadomego powierzenia życia złym duchom, wskazuje bardzo często na jogę, jako technikę otwierającą człowieka na działanie rzeczywistości duchowej nieprzychylnej dla człowieka.

Jak podaje opracowanie pt. „Joga”:

„Celem wszystkich technik orientalnych jest odnalezienie absolutu, boskości, doprowadzenie do jedności czyli tzw. fuzji (...) Głosi się panteistyczną naukę, że wszystko jest Bogiem. Zaciera się granicę między samym Bogiem a stworzeniem. Tak więc wszystko jest przejawem Boga: roślina, krzesło. Nie można zeń wyjść, gdyż jest to sfera zamknięta. Możliwa jest natomiast swoista ewolucja wewnątrz tego jestestwa, w którym tkwimy. W człowieku sprawa wygląda następująco: również ja jestem bogiem, co mam sobie stopniowo uświadomić. Bóg - według tych poglądów - nie jest osobą, lecz zasadą, mocą, siłą kosmiczną.”

Sam ojciec Jacques Verlinde, w wykładzie wygłoszonym 23 X 1995 r. na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, kreślił zasadniczą różnicę między duchowością Dalekiego Wschodu, a duchowością chrześcijan, zwracając uwagę na grożące niebezpieczeństwa:

„Trzeba zaznaczyć, że dzisiejszy okultyzm zawdzięcza swoje rozprzestrzenienie się poprzez proponowanie technik orientalnych, które w wielu sytuacjach są skuteczne, ale ich pełny sens jest sensem duchowym, a nie rodzajem władzy czy mocy. Włączanie tych technik w doświadczenie chrześcijańskie jest niezwykle niebezpieczne, bo pociąga to za sobą synkretyzm. Modlitwa chrześcijańska to osobowy dialog, akceptacja osobowego Boga w moim sercu i budowanie relacji miłości do Niego i taka praktyka nie potrzebuje techniki anihilacji osobowości. Jest rzeczą oczywistą, że chrześcijanin nie może przygotowywać się do spotkania z Bogiem osobowym poprzez rozmywanie swojego ja.”

O. Verlinde dowodzi, że joga nie jest tylko zwykłą techniką relaksacyjną. Kiedy wchodzi się w praktykę hinduizmu – bo tym jest w istocie uprawianie jogi - przez odpowiednie ćwiczenia uruchamia się tym samym poszczególne centra energetyczne. Joga jest narzędziem będącym uprzywilejowana drogą mającą doprowadzić do zjednoczenia z wielkim kosmicznym „Ja". Jej celem jest zatem nie osiągniecie powierzchownego „spokoju” lub „wyciszenia”, jak się często reklamuje jej kursy. Ojciec Jacques Verlinde twierdzi, że nawet gdy uprawia się jogę zaledwie dwie godziny tygodniowo, przy wielkich trudnościach w przyjmowaniu właściwych pozycji na początku, to jednak – chcąc czy nie chcąc - powoli posuwa się do uaktywniania kundalini, czyli energii i mocy duchowej występującej równorzędnie pod postaciami węża, bogini oraz "siły", łączącej w sobie atrybuty wszystkich bogiń i bogów, a to z chrześcijaństwem nie ma już nic wspólnego.

Zaangażowanie się w szeroko propagowane duchowości wschodnie, obce chrześcijaństwu, może prowadzić do wielu niebezpieczeństw i destrukcji na podstawowych płaszczyznach człowieka jako osoby: religijnej (odrzucenie Chrystusa), duchowej (otwieranie się na okultyzm, zniewolenie, a nawet opętanie), psychicznej (uzależnienie od guru, psychomanipulacja), fizycznej (osłabienie, wyczerpanie, wyniszczenie) i społecznej (bierność, wycofanie, destrukcja więzi rodzinnych i międzyludzkich).

Św. Jan od Krzyża pisząc w „Drodze na Górę Karmel”: „Szatan, gdy zobaczy u ludzi skłonność ku takim rzeczom, daje im po temu szerokie pole i mnóstwo zainteresowań, mieszając się w nie sam na różne sposoby”, odróżnia świadomy pakt z szatanem od zniewolenia nieświadomego, co skutkuje: „ogłaszaniem ludziom własnych urojeń i widzeń, bądź zmyślonych przez siebie, bądź też podsuniętych przez szatana”, natomiast Dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej z roku 1996 mówi: „Twierdzenie, że wszystkie religie są prawdziwe, jest jednoznaczne z twierdzeniem, że wszystkie są fałszywe.”

Od wielu już lat daje się zauważyć wzrost popularności propagowanej przez różne ośrodki tzw. "duchowości wschodu". Atrakcyjny sposób ukazywania może spowodować, że osoby nią zainteresowane nie zauważą jej destrukcyjnych elementów. Mnożą się kursy medytacji i jogi, bardzo często ukazuje się je jako atrakcyjną alternatywę w stosunku do duchowości chrześcijańskiej, W efekcie jednak alternatywa zaczyna być konkurencją, by w finale zamienić się we wrogość do wiary chrześcijańskiej. Skutki dla osób wchodzących na drogę „nowej duchowości” bywają dramatyczne, za przestrogę niech posłuży przykład o. Verlinde.

On sam, który na własnej skórze przeżył czym jest czynne zaangażowanie w duchowość Wschodu, mówiąc o grożących niebezpieczeństwach i zagrożeniach duchowych, przytacza przykład pewnej bardzo niewinnej z pozoru grupki „terapeutycznej” opartej na technikach jogi. Instruktor na początku mówił wszystkim uczestnikom, że nie ma znaczenia to jaką religię wyznają uczestnicy „terapii”, każdy z nich niech pozostanie przy swoich praktykach duchowych, bo z jogą to nie ma nic wspólnego. W efekcie, pod koniec „terapii”, okazało się, ze wszyscy(!) jej uczestnicy odeszli od swojej wiary.

Paweł Krzemiński

Przy pisaniu korzystałem z tekstów:

1. Opracowanie Marioli Orzepowskiej na podstawie "Famille Chretienne" nr 816, w: "List" 1-2/94.

2. Opracowanie „Joga”.

3. Wykład wygłoszony przez ojca Jacquesa Verlinde 23 X 1995 na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Źródło informacji: FRONDA.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.