______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

niedziela, 26 listopada 2017

Chrystus Król społeczeństw



... Rex sum ego. – ... Jam jest król (Jan XVIII, 37).

Nolumus hunc regnare super nos. – Nie chcemy, aby ten królował nad nami (Łk. XIX, 14).

Od dwóch tysięcy lat i aż do końca świata około obu tych zdań, jak gdyby wokół dwóch osi, wiruje i będzie wirować historia ludzkości. One decydują o tym: na prawo czy na lewo potoczą się dzieje rozwoju społeczeństw, od nich wreszcie zawisło tychże społeczeństw szczęście lub nieszczęście. Jakkolwiek bowiem rewolucja przeciwko Chrystusowi jest w pierwszym rzędzie wewnętrznym wrzeniem, buntem grzesznego serca przeciwko suwerennemu prawu Chrystusa, to przecież ten rokosz nie zdoła srożyć się długo w zakamarkach ludzkiego serca, lecz, wzmagając się coraz bardziej w jego głębinach, wybucha w końcu, jak wulkan, na zewnątrz, by w ogniu, łzach i krwi pogrążyć także życie publiczne. A więc łupem tej rebelii staje się nie tylko kultura, wiedza, sztuka, stosunki ekonomiczne lub społeczne, lecz i ten najwyższy przejaw życia publicznego, któremu na imię: państwo.

Toteż bunt przeciwko Chrystusowi albo wręcz odmawia, albo stopniowo i częściowo stara się uszczknąć z życia publicznego to uroczyście ogłoszone suwerenne prawo królewskie, które Chrystus obwieścił słowy: "Dana mi jest wszelka władza na ziemi i na niebie".

A przecież Chrystus już w zamierzchłej dali czasów był uznany za przyszłego Króla. Sięgnijmy tylko pamięcią do dni proroków Izraela, a zobaczymy w ich wieszczych wizjach szerzącą się, jak płomień, wiarę w tę prawdę, na której ognistą pieczęć swej zgody położyć miał później Nowy Testament i pamięci mnogich pokoleń przekazać raz ostatni natchnionymi usty proroka z Patmos, wieszczącymi mocno a dosadnie, że Chrystus jest "Panem nad pany i Królem nad królami".

Ale duch wybujałego indywidualizmu już od zarania XV wieku coraz gęstszym mrokiem zasnuwał tę prawdę, że Chrystus jest Królem najwyższym, biorącym w swoje władanie nie tylko każdą poszczególną jednostkę i wewnętrzny, niewidzialny świat sumień ludzkich, ale zarazem, że jest również Królem, rozciągającym swe panowanie nad moralnym i prawnym życiem człowieka we wszystkich jego zewnętrznych przejawach i stosunkach. A więc, że jest Królem – Prawodawcą rodzin, państw i narodów, słowem Królem całej ludzkiej społeczności.

Jeszcze lękano się wprawdzie wyłamać jawnie spod berła Chrystusa, lecz niedługo już przyszło czekać na to, jak za stopniowym przyćmiewaniem tej prawdy, że Chrystus jest Królem Najwyższym, nastąpiło otwarte jej zaprzeczenie. W jego zaś tropy wnet pośpieszyło coraz uporczywsze głoszenie tego fatalnego hasła, coraz zawziętsze wcielanie w zasadę czynną i słowną tego nieszczęsnego frazesu, że religia – to rzecz prywatna, innymi słowy, że Chrystus nie ma głosu w życiu publicznym, a to zarówno w urabianiu opinii i moralności publicznej, jak w ustawodawstwie, w sprawowaniu najwyższej władzy państwowej i we wzajemnych między narodami stosunkach.

Ilekroć tedy taki moment dziejowy nadejdzie, w którym jasny blask prawdy objawionej zaczyna jakby przygasać i ciemnieć pod wichrowym pędem nowych, przeobrażających ludzkość idej, ilekroć zatem taka doba historyczna zawita, w której błędny światopogląd coraz chciwiej wysuwa swe zachłanne macki, by zdobyć rząd dusz tak poszczególnych osób, jak całych warstw społecznych, wówczas obowiązkiem Kościoła, jako twierdzy i filara prawdy, jest zwrócić uwagę ludzkości ku owym niezmiennym, niepożytym prawdom, które Pan Bóg objawił, a Kościół, jako skarb drogocenny, przechował.

Stało się to właśnie w pamiętnym dniu sylwestrowym 1925 roku, gdy Namiestnik Chrystusowy, po dziękczynnym zakończeniu miłościwego lata, wplótł do barwnego wieńca urzędowych świąt całego Kościoła nową uroczystość: Chrystusa jako Króla społeczeństw. Ogłoszenie zaś tego święta było właściwie ostatnim ogniwem, spajającym w organiczną całość długi łańcuch enuncjacyj papieskich, wydanych w pierwszym ćwierćwieczu bieżącego stulecia.

Badając myśl przewodnią tego w ostatnich swych przyczynach niezmiernej doniosłości i wagi papieskiego rozporządzenia, przychodzimy do wniosku, że, chcąc ogarnąć jego rdzenną treść i wydobyć zeń na jaw pewien sens ogólny, musimy się przenieść w dziedzinę historycznego rozwoju społeczeństw.

Kto zna dokładniej kierownicze czynniki twórczego rozwoju państwa i historii cywilizacji chrześcijańskiego średniowiecza, ten snadnie dojrzy, iż był czas, gdy życie publiczne usiłowano – przynajmniej w przybliżeniu – urządzić podług nauki Kościoła. Założony przez Chrystusa Kościół, rozlewając się szeroką falą po całej Europie i wywierając swój wpływ wychowawczy na ówczesne jej ludy, stopniowo nadawał coraz większe znaczenie tej prawdzie, że Chrystus na mocy suwerennego, królewskiego swego prawa, włada wszystkimi państwami. Pierwszą, wielką koncepcją urządzenia państwa według myśli Bożej była monarchia frankońska Karola Wielkiego, której oddanie pod berło Chrystusa odbyło się w uroczystość Bożego Narodzenia 800 roku, gdy Leon III w bazylice świętego Piotra namaścił Karola Wielkiego na chrześcijańskiego, rzymskiego cesarza. Z tą chwilą w dziejach ludzkości począł się nowy okres kulturalny: epoka chrześcijańsko-germańskiej kultury, w której, jak powiedział Leon XIII, mądrość ewangeliczna rządziła państwami. Najbardziej chyba znamiennym tego przykładem może być panowanie świętego Ludwika, który talentem nie dorównuje wprawdzie innym genialnym, samolubnym zdobywcom, ale był kochającym ojcem swych poddanych i na kształt dobroczyńcy społeczeństwa urzeczywistnił cel państwa: dobrobyt i wewnętrzny porządek społeczny. Toteż słusznie pisze o nim Wallon, że Francja stanęła wtedy na takiej wyżynie społecznego rozwoju, jaki rzadko kiedy osiągnęła i, mimo szczególnych nieszczęść, w polityce zewnętrznej i wewnętrznej takiego szczęścia i poważania doznawała, jak może nigdy ani przedtem, ani potem.

Uniwersytet paryski właśnie za jego panowania wysunął się na czoło całego, współczesnego świata naukowego; wraz ze swym spowiednikiem rzucił podwaliny Sorbony; architektura za jego czasów osiągnęła punkt szczytowy swego rozkwitu; instytucja rycerska za jego panowania wzniosła się ostatecznie do niedosiężnych już potem wyżyn; bez światoburczych planów zapewnił bezpieczeństwo krajowi. Podobnym był inny święty koronowany, święty Henryk cesarz, którego rządy były dla jego poddanych źródłem prawdziwego szczęścia, albo odnoszący świetne nad Maurami zwycięstwo święty Ferdynand, który był równie wielkim prawodawcą, jak dbałym o rozwój kraju opiekunem.

Ale w tych średnich wiekach ogólnie też panowało przekonanie, że szczęście w życiu publicznym osiąga się tylko przez wytrwałe posłuszeństwo ustawom Chrystusowym. Póki władcy uważali sobie za zaszczyt patrzeć na siebie, według słów św. Bernarda (Ep. 92), jako na lenników Bożych, póty znaczenie głowy państwa jaśniało blaskiem religijnej świętości, a posłuch dla jego rozkazów uważano za służbę samemu Bogu. Toteż średniowieczny poeta mógł śpiewać panującemu: "Cierniową koronę nosił cierpiący za nas Jezus... tronem był Mu krzyż... Cesarzu, schyl czoło przed Nim, który tak ciebie wywyższył. Chrześcijańską nosisz koronę, lecz w dobrobycie nie zapominaj nigdy o Najwyższym Panu, Bogu twoim" (Hagen, Minnesinger II, k. 229).

Wtedy również na wzrost władzy papieskiej spoglądano jako na wynik społecznej władzy Chrystusa, gdy idea chrześcijańskiego, rzymskiego cesarstwa wykluła się z tego katolickiego zapatrywania, żeby obok papieża, jako przedstawiciela władzy duchowej, i z nim w wewnętrznej harmonii cesarz kierował ziemskim dobrobytem ludzkiej społeczności i wzajemnym sojuszem związanych ludów – obaj w zależności od wspólnego źródła – autorytetu: zwierzchności prawnej Chrystusa. Nie chciano przez to w erze chrześcijańskiej stwarzać teokratycznej formy państwa, jaką miało w Starym Testamencie królestwo ludu wybranego; ani nie żywiono pragnienia, by świecką władzę podporządkować zupełnie papiestwu, lub też ją bezpośrednio i wprost wywodzić od Chrystusa w tym znaczeniu, jak i papiestwo; chciano po prostu wprowadzić w życie narodów to słuszne i na prawdzie wsparte przekonanie, że Chrystus jest Królem Najwyższym; że Jego prawo musi przeniknąć wszelkie przejawy życia ziemskiego, więc nie tylko życie religijne, lecz i świecką kulturę, zatem ustrój państwowy i prawny, ustawodawstwo i wymiar sprawiedliwości.

Znamy błędy średniowiecza; wiemy, że często ze wzniosłością teorii nie szła w parze praktyka; lecz niechby nowoczesna historiografia sprawiedliwszym i przedmiotowszym sądem darzyła wielkie dzieła tych znakomitych władców, niechby spostrzegła też jasne strony średniowiecza i nie podług kryterium nowoczesnej doktryny państwowej, według powodzeń nie uznającej moralności dyplomacji, czy też według prawa pięści dzieliła palmę historii.

Z poglądami chrześcijańskiego średniowiecza począł zrywać renesans. Nawrotem do prawa rzymskiego i staropogańskiej kultury zaraził przedstawicieli władzy absolutystyczną, niezależną od religii i moralności ideą państwową, ganioną już także przez Arystotelesa i Cycerona. Entuzjazm zaś humanistów dla literatury pogańskiej podciął do reszty te korzenie kulturalne, które już tak głęboko tkwiły w glebie Chrystusowej. Wszakże Hugo Grotius i Machiavelli pływali po tych samych wodach, na których Bluntschli i Hegel rozwinęli żagle wszechpotęgi państwa. Bo na czymże polegał błąd renesansu? Oto na tym, że z literatury klasycznej i prawa rzymskiego powinien był przejąć renesans tylko korzyści formalne, tj. piękno pierwszej i precyzję drugiego, lecz treść tych dwóch dziedzin trzeba było poprawić, a błędne naleciałości zgoła z nich wyrugować! Tymczasem co zrobił renesans? Oto do tego stopnia wywyższył człowieka, że prawie w cień usunął Chrystusa, Boga-Człowieka, przez którego właśnie stał się człowiek "boskim". Wiary w Chrystusa z serc ludzkich wprawdzie jeszcze nie wyrwał, ale za to przeciął już praktyczne węzły z Chrystusem człowieka łączące.

A tymczasem na to zupełne z Chrystusem zerwanie w świecie się zanosiło. Co gorsza, że ta choroba, którą niósł z sobą renesans, poczęła się rozchodzić od czoła ludzkości, od narodów, które kroczyły na czele kultury, od narodów, które wzrosły na gruncie chrześcijańskiej cywilizacji i właśnie w chwili, gdy się nasyciły i wybujały, opuściły źródło, z którego dotychczas tak obficie czerpały.

I przyszedł czas, że te fatalne skutki, którym już od swego zarania torował drogę renesans, stały się rzeczywistością w tym ogromnym przełomie religijnym, któremu na imię: reformacja. Boć przecie ona, a zwłaszcza subiektywizm Lutra, robiący człowieka autonomiczną normą religijnych dociekań, dalej teoria, "sola fides", wyzuwająca wiarę z czynnej miłości, – wszystko to przyłożyło ostrze do korzeni chrześcijańskiego, społecznego ładu, a na koniec, dozwalając władcom nie krępować się praktycznie żadnymi więzami, reformacja wznieciła zarzewie politycznych i społecznych przewrotów, z których po dzień dzisiejszy nie może świat się wyleczyć. Wewnętrzne pokrewieństwo między reformacją a rewolucją już dzisiaj historycy i socjolodzy protestanccy najwyraźniej uznają i z trwogą je wyznają.

Proces życiowych przemian, zapoczątkowany przez renesans, a pogłębiony przez reformację, śmiało postępował ciągle naprzód. Rewolucja francuska już okrzyknęła detronizację Boga, a od tej chwili nie tylko prawnicy tworzyli niezależne od Boga i Chrystusa teorie państwowe, lecz i socjalizm powstały w ślad za gospodarczymi przemianami czasów nowożytnych, stanął od razu na gruncie niewiary i przeczenia praw i zasad Chrystusa. Wszakże pełen wabnego pochlebstwa frazes, któremu na imię: "majestat ludu" był niczym innym, jak tylko zasadniczym wszczęciem buntu przeciw Chrystusowi-Królowi, był fałszywym przywłaszczeniem praw należnych władcy przez krnąbrnego poddanego, który wieścił teraz o sobie samym, że "dana mu jest wszelka władza".

Czasy zatem nowożytne: od renesansu aż do dnia dzisiejszego, pod wpływem wybujałych, nowoczesnych idej, nadały zwrot życiu publicznemu: stworzyły bezwyznaniowe w swej istocie państwo, które już nie wykonywało Bożego, co do świata, planu, ani też nie zapewniało swym obywatelom ziemskiego, na moralnych zasadach wspartego dobrobytu, lecz stało się niezależnym od wszelkiej, wyższej władzy, samolubnym Molochem, otwierającym paszczę, wiecznie chciwą żeru. Na takich błędnych podstawach i majaczeniach pragnęły czasy nowożytne zbudować bez Chrystusa przyszły ustrój społeczny.

Pomieszały prawo z przemocą, a oboje wyzuły z więzów moralności. By zaś jej czujny a natrętny stróż nie naprzykrzał im się w przyszłości, coraz się bardziej od Kościoła oddalały.

Ale ten rozłam pomiędzy państwem a Kościołem, rozłam, który jaskrawo wystąpił w jawnym zerwaniu z Chrystusowymi prawami rzymskiego Kościoła i w samym rozdziale Kościoła od państwa, w końcowym wyniku wyzwolił z pęt takie siły, które ruszyły z posad ten kamień węgielny, na którym się wspierał światowy porządek społeczny. Małżeństwo zeświecczało i zostało wyrwane z kręgu praw należnych do ustawodawstwa Chrystusa, przez to zaś rozluźniły się węzły rodzinne i obyczajność zdziczała. Stanowiło to po prostu naturalny skutek protestantyzmu, który, zaprzeczywszy małżeństwu sakramentalnego, przez Chrystusa ustanowionego charakteru i odmówiwszy mu nadto nierozerwalności, zbuntował tym samym przeciw zwierzchności prawnej Chrystusa społeczność najdawniejszą, najsilniejszą, najdoskonalszą i najpiękniejszą ze wszystkich, będącą tym "świętym warsztatem, w którym od góry do dołu cały porządek społeczny wypracowuje się i kształci, utrzymuje i naprawia".

Papieże widzą moralne bankructwo europejskiego życia społecznego i pochylnię rewolucji socjalnej, po której stacza się w przepaść oderwany od Chrystusa świat nowoczesny. Już na dziesiątki lat przed wybuchem wielkiego przesilenia społeczno-gospodarczego, Leon XIII, papież socjalny, przestrzegał świat, że tylko przez uznanie praw i ustaw Chrystusowych zdoła ludzkość przebić te czarne chmury, za którymi niepewna jej przyszłość się kryje. Czyż było to czym innym, jak tylko proroczym ostrzeżeniem, podobnym do tej przestrogi mesjańskiego psalmu, w którym właśnie królestwo Chrystusowe jest tak wzniośle odmalowane: "Stanęli wespół królowie, i książęta zeszli się gromadnie przeciw Panu i przeciw Chrystusowi jego; potargajmy związki ich i zrzućmy z siebie ich jarzmo".

Ale bunt przeciw Chrystusowi-Królowi w ostatecznym wyniku skończy się przegraną wrogów. Pan ich pokruszy (Psalm 2). Nie mówi, że On sam będzie ich karał. Zresztą to nie jest konieczne. Zdruzgoczą ich własne spory, niezgody i waśnie. Finałem bowiem akcji zapoczątkowanej przez renesans i protestantyzm będzie zmurszenie Europy i obrócenie jej się w kupę gruzu.

Bo oto współczesna, niewierząca, kulturalna ludzkość uchyla się spod jarzma Chrystusa, kanonizuje samolubstwo, a w imię postępu ogłasza egoizm. A przecież społeczeństwo, które samolubstwem się karmi, kopie pod sobą własny swój grób. Egoizm bowiem działa, jak dynamit: rozsadza społeczność ludzką i zabija wszelki dobrobyt obywatelski. Rozkłada poszczególnych członków społeczeństwa na okrutnych samolubów, wszczyna zaciekłe walki klasowe, wywołuje masowe rzezie i niszczy wszelką kulturę. Daremnie rewolucja socjalna zarzuca ustrojowi kapitalistycznemu tłumny mord ludzi w wojnie światowej i daremnie znów ustrój kapitalistyczny wskazuje na okrucieństwa bolszewizmu i jeszcze straszliwsze jego rzezie masowe – oboje ożywiał ten sam duch. Społeczeństwo bowiem od Chrystusa oderwane, bez względu na system i ustrój, w jakim się znajdzie, będzie zawsze przepojone do głębi egoizmem.

Były i są jeszcze takie ograniczone umysły, które oskarżają chrześcijaństwo, że ono jest przyczyną upadku, jeśli zaś nie składają odpowiedzialności na karb chrześcijaństwa, to szydzą z jego nieudolności, że ono, jako religia miłości, nie zdołało przeszkodzić okropnościom wojny. Ci krótkowzroczni apostołowie nowej doby nie spostrzegają, że wszystkie swe publiczne, społeczne i międzynarodowe nieszczęścia Europa zawdzięcza właśnie temu, że przez czterysta lat pracowała usilnie w tym kierunku, by zdetronizować Chrystusa na całej linii społecznego życia.

Toteż Chrystus jest dzisiaj Królem-Prześladowanym. Jest Królem-Wygnańcem z parlamentów, z międzynarodowych konferencyj, ze stosunków dyplomatycznych. Nic więc dziwnego, że prowadzona bez Niego polityka światowa i walka o reformy społeczne skończyła się jedna i druga walną, ogólną przegraną. Wszakże to w tym czasie ludzkość stanęła w płomieniach wojny światowej, gdy w roku 1914 już nie było ani jednego państwa na kuli ziemskiej, w którym by podług zasad katolickich, podług ustaw Chrystusa, regulowano życie publiczne. Kapitalizm i imperializm, wodzące na pasku szare masy, zarówno jak i socjalizm, wszystkie te kierunki w wewnętrznej swej istocie wyznawały poganizm i były urągowiskiem nauk Chrystusowych. We wszystkich dziedzinach życia publicznego nie znano świadomie praw Chrystusowych, lub też po prostu przeciw nim powstawano, lub wreszcie Mu ich zaprzeczano. Prasa w 95% była w liberalnych, socjalistycznych, wolnomularskich, materialistycznych rękach żydowskich. Szkolnictwo w większości państw zaledwie tolerowało katolicyzm, albo już nawet zgoła nie tolerowało, a w każdym razie ograniczało wszędzie prawa Kościoła i paraliżowało jego zbawcze wpływy, powierzając katedry liberalnym, niewierzącym nauczycielom i profesorom. W fabrykach, warsztatach, bankach i w ogóle w życiu gospodarczym już dawno nie znano ustawy Chrystusowej: "Oddaj Bogu, co jest Bożego, a człowiekowi, co jest człowieczego". Ogniskami współczesnego, społecznego życia i jego prądów duchowych są stolice. Gdyby zestawić o nich dane statystyczne, wyszłoby na jaw, że wielkie środowiska miejskie, a nie tylko stołeczne, żyły bez Boga. Niedziela dla tłumów ludności oznaczała dzień wolny od pracy, tj. dzień rozrywki. Ale po co wyszczególniamy przyczynki ogromnego przestępstwa, kiedy to da się streścić krótko w jednym zdaniu: Europa zdetronizowała Chrystusa w życiu publicznym. Najjaskrawszym i urzędowym zerwaniem z Chrystusem był rozdział Kościoła od państwa. Ta "defectio gentium" już stała się w wielu wypadkach faktem, albo dąży ku niemu. Tutaj więc bezwarunkowo musiał się spełnić 9 wiersz proroczego psalmu: "Jak naczynie z gliny pokruszysz je".

Po tych ogromnych wstrząsach, jakie przeszedł świat w czasach ostatnich, wytężono wszystkie siły, by drogą najróżniejszych kombinacyj politycznych utrwalić na świecie pokój powszechny z usilnym wyłączeniem Chrystusa-Króla i dopominającej się o Jego prawa dyplomacji watykańskiej. Ale również i ten eksperyment pokojowy skończy się jego twórców przegraną. Dominus irridebit eos. "Pan szydzić z nich będzie" (Ps. 2, 4). I oto już oderwane od Chrystusa narody, rządy i społeczeństwa, przyklaskujące zasadzie "majestatu ludu", po tych rozlicznych międzynarodowych sojuszach i konferencjach pokojowych, boleśnie wykrzykują: Non est pax! Nie masz pokoju! Jak gdyby dosłownie spełniała się przestroga Jeremiasza: "I leczyli ranę córki ludu mego z lekkością, mówiąc: «Pokój, pokój!» a nie było pokoju!" (Jer. 6, 14).

A jak tego pokoju wszyscy potrzebują! Nie tylko jednostka, ale cała społeczność – utyskuje na smutne następstwa szerzącego się zła. Nie tylko jednostka, lecz rodzina – a więc podstawa społeczeństwa potrzebuje ratunku. I ni jedna, ni druga nie znajdzie dla się lekarstwa, jak tylko u swego twórcy i słońca, u swej mocy i życia, u Boga.

Na tym potężnym heliopolskim obelisku, który u zarania dynastii Chrystusowej widział Piotra umierającego na krzyżu za państwo Wielkiego Króla i był świadkiem płonących krwawo żywych pochodni w cyrku Nerona, tam już od wieków spoczywa talizman szczęścia narodów zaklęty w napisie ze złotych liter, że: Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat! Tak! tam, w płonącym sercu Romy tkwi punkt Archimedesa pokoju światowego. Ale tylko wtedy, gdy zbuntowane, zrewoltowane, nowoczesne pogaństwo skapituluje przed Chrystusem Królem i zegnie kolana na ten punkt Archimedesa. Pokój: ale tylko Chrystusowy pokój; on zaś nie wykwitnie indziej, jak tylko w Chrystusowym królestwie.

Nap. Zbigniew Załęski – Warszawa

–––––––––––

Artykuł z czasopisma: "Przegląd Katolicki". Pismo tygodniowe poświęcone sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym. Rok 72 (1934), ss. 655-657. (Redaktor Ks. Dr Józef Zawidzki P. S. M.).

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Źródło informacji: ULTRAMONTES.pl

wtorek, 21 listopada 2017

Czym jest chrześcijańska apologetyka


środa, 15 listopada 2017

Zapomniane prawdy: Msza św. nie jest spektaklem!



(...) dlaczego w pewnym momencie kapłan, który przewodniczy celebracji, mówi: „W górę serca?”. Nie mówi: „w górę nasze telefony komórkowe!”, żeby zrobić zdjęcie. Nie! To straszne! Jestem bardzo smutny, kiedy celebruję Mszę św. tutaj na placu, albo w bazylice i widzę wiele telefonów komórkowych wzniesionych w górę. Nie tylko wiernych, ale także niektórych księży a nawet biskupów. Ależ proszę was: Msza św. nie jest spektaklem! To wyjście na spotkanie z męką i zmartwychwstaniem Pana. Dlatego kapłan mówi: „W górę serca!”. Co to znaczy? Zapamiętajcie – żadnych telefonów komórkowych!

papież Franciszek

Katecheza środowa z 8 listopada 2017 r.

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Kościół wiary naszej





KOŚCIÓŁ WIARY NASZEJ

KS. LUDWIK KÖSTERS SI

––––––––––

__________
Kościół wiary naszej (djvu, 23,5 Mb)

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15,4 Mb)
__________

Ludwik Kösters, Kościół wiary naszej. Poznań 1939. NACZELNY INSTYTUT AKCJI KATOLICKIEJ, str. 243+[I].

Szkoła w rękach reformatorów. Nagrania z konferencji, która odbyła się 17 maja 2014 r. na UKSW w Warszawie.



Nagrania z konferencji "Szkoła w rękach reformatorów", która odbyła się  17 maja 2014 na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Organizatorami konferencji byli: Sekcja Historii Filozofii UKSW, Wydział Studiów nad Rodziną UKSW i Fundacja Dobrej Edukacji Maximilianum. Patronat medialny nad konferencją objął „Nasz Dziennik".

IHS czy PAX? Przypomnienie w sprawie medalika św. Benedykta




Ze względu na powtarzające się wątpliwości dotyczące napisu „PAX” na medaliku św. Benedykta promowanym przez klasztor w Tyńcu i Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC, przypominamy parę podstawowych faktów:

1. Zastąpienie chrystogramu IHS słowem PAX nie wynika z żadnych antychrześcijańskich pobudek: wzór medalika, który jest popularyzowany, powstał w opactwie Beuron w XIX w. jako nowy projekt, choć nawiązujący do wcześniejszych wzorów, z okazji rocznicy istnienia opactwa Monte Cassino. Autorzy medalika zdecydowali się na umieszczenie na nim słowa, które funkcjonuje jako nieoficjalna dewiza zakonu benedyktynów: pax, czyli ‚pokój’. Najlepiej wyrażają to słowa Prologu Reguły, gdzie cytowany jest Psalm 34[33]: rzecze ci Bóg: „Skoro chcesz mieć prawdziwe i wieczne życie, powściągnij swój język od złego, od słów podstępnych twe wargi. Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim„. PAX na medaliku św. Benedykta to powtórzenie słów Boga skierowanych do każdego chrześcijanina, wzywających do poszukiwania pokoju. Z pewnością nie służą temu krzywdzące teorie spiskowe, sugerujące, iż ten model medalika jest nieortodoksyjny.

2. Warto pamiętać, że benedyktyni beurońscy mogli mieć dobre powody, by zastąpić monogram IHS słowem PAX. Sam monogram bowiem powstał najprawdopodobniej wskutek błędnego przepisywania greckich liter IHC, tworzących w greckiej pisowni początek imienia Jezus (ΙΗΣΟΥΣ). Za samymi literami IHS nie kryją się więc słowa „Iesous Christos” (Christos przecież nie zaczyna się od samego „h”), ani tym bardziej sformułowanie Iesus Homini Salvator, „Jezus Zbawca Człowieka”, które zaczęto wiązać z tym chrystogramem dopiero setki lat po jego pojawieniu się.

3. Co więcej, w XIX w. znak IHS był już szeroko kojarzony przede wszystkim z jezuitami i zamienienie go słowem PAX mogło wiązać się z uszanowaniem praw Towarzystwa Jezusowego do tego chrystogramu. Znajduje się on w herbie obecnego papieża, który jest właśnie jezuitą.

4. Ponadto nie wolno zapomnieć, że dla chrześcijan nie ma pokoju bez Chrystusa: umieszczenie słowa PAX na medaliku musi odnosić do naszego Pana, który jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur: wrogość (Ef 2,14). O Nim mówi prorok Izajasz: Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9,5). Podkreślamy to, prosząc jednocześnie w imię Chrystusa, Księcia Pokoju, o nietworzenie zbędnych podziałów.

Jak podają benedyktyni tynieccy na swojej stronie:

By upewnić o słuszności naszych intencji i by sprawić, że medalik św. Benedykta stanie się jeszcze szerzej znany, w ofercie naszego wydawnictwa udostępniliśmy drewniany medalion ze starszym wzorem medalika – takim, na który pojawia się chrystogram IHS, tzw. karawakę. Jej oryginał znajduje się na łuku nad jedną z kaplic bocznych tynieckiego kościoła. Mamy nadzieję, że będzie to jasne potwierdzenie faktu, iż nie próbujemy zafałszować historii medalika i nie widzimy trudności w umieszczeniu monogramu IHS na samym medalu.

Dla tych, którzy jeszcze wątpią, udostępniamy także klip, w którym opat, o. Szymon Hiżycki, wyjaśnia symbolikę medalika.


Ks. Peter Einig: Usprawiedliwienie



Usprawiedliwienie (gr. dikaiosis, łac. justificatio) jest terminem teologicznym na oznaczenie, w znaczeniu czynnym, zbawczego aktu Bożego, którym człowiek ze stanu grzesznika przeniesiony zostaje do stanu sprawiedliwego, stanu łaski i przyjaźni Bożej; w znaczeniu biernym – usprawiedliwienie jest właśnie osiągnięciem tego stanu łaski ze strony grzesznika. Nauka o usprawiedliwieniu jest najważniejszą z całej teologii dogmatycznej, i jednocześnie zasadniczym punktem różnicy między katolicyzmem a protestantyzmem. Jak nauka o Piśmie świętym, – jako jedynym źródle i prawidle wiary (sola Scriptura) – jest pierwiastkiem formalnym protestantyzmu, tak nauka reformatorów o usprawiedliwieniu przez samą wiarę (sola fides) słusznie się zowie pierwiastkiem materialnym tegoż. Skąd nie dziw, że nauka o usprawiedliwieniu łącznie z nauką o zupełnej bierności człowieka podczas usprawiedliwienia przez samych reformatorów była uważaną jako cardo rerum, jako articulus stantis et cadentis ecclesiae. Najprzód podamy w krótkości naukę protestancką o usprawiedliwieniu, a później przeciwstawimy jej naukę Kościoła Świętego.

1. Protestancka nauka o usprawiedliwieniu

O usprawiedliwieniu przez samą wiarę, w tym znaczeniu, w jakim je podawali późniejsi protestanci, zdaje się, już za czasów św. Augustyna uczył, po neoplatońsku myślący, retor Victorinus w komentarzach na listy św. Pawła do Efezów, Galatów i Filipensów. Św. Augustyn twierdzi (De fide et operibus 14), że już za czasów apostolskich niektórzy, wskutek mylnego rozumienia słów Apostoła, wyprowadzali wniosek, że sama wiara wystarcza do zbawienia, i dodaje, że przeciwko tym błędom wystosowali swoje listy śś. Piotr, Jakub, Jan i Juda. Były to błędy pojedynczych osób. Dopiero Luter na nowo je wskrzesił i na ich podstawie uformował swój system o usprawiedliwieniu. Aby swą naukę uzasadnić, najprzód zarzucił on Kościołowi, – co później czynili i czynią inni teologowie protestanccy, nie wyłączając Harnacka (Dogmengeschichte III, Freib. 1890, 435), – że Kościół katolicki przecenia wartość i skuteczność ludzkich uczynków, a mocy i łaski Bożej niedocenia. W czym, niestety, nie mają słuszności. Bo chociaż pojedynczy teologowie ze szkoły nominalistów (jak Okkam, Durand, Biel) w tym względzie zawinili przesadą, to jednak Kościół i większość teologów, co nawet A. Ritschl (Christl. Lehre von der Rechtfertigung und Veröhnung I, 3 ed. Bonn 1889, 105 i 117) wyznaje, dalekimi byli od sprzyjania tej opinii. Właściwego powodu u Lutra do nowej nauki należy szukać w jego psychicznym stanie: mniemał on, że przez postawienie takiej zasady najpewniej uspokoi niepokojące go sumienie. Człowiek, pocieszał się Luter, skutkiem grzechu pierworodnego z gruntu został skażony, wszelkie wysiłki, podjęte w celu oczyszczenia i zbawienia się, są próżne i wobec Boga bez wartości; wola jest niewolną i sama z siebie do dobrego uczynku niezdolną, każdy mniemany dobry uczynek jest grzechem. Bóg daje człowiekowi już gotową sprawiedliwość, mianowicie swoją własną, czyli swego życia, Bogaczłowieka; nie w tym atoli znaczeniu, jakoby Bóg dawał człowiekowi na własność coś rzeczywistego, przez co ten stałby się sam w sobie innym, lecz Bóg tylko uznaje i oznajmia człowieka, który pozostaje grzesznym, za sprawiedliwego. Człowiek ze swojej strony nie potrzebuje i nie może nic więcej uczynić, krom tylko wierzyć i ufać, że Bóg dla zasług Jezusa Chrystusa grzechów mu jego nie poczyta i uznaje go za sprawiedliwego. Nawet i ufność sama nie jest właściwie dziełem człowieka, ale z jednej strony stanowi dar Boży, który Bóg daje temu, komu chce, i do otrzymania którego człowiek sam z siebie nic zdziałać nie może; a z drugiej strony jest ona "mechanicznym narzędziem, jakoby ręką do przyjmowania" sprawiedliwości Bożej; jako zaś etyczno-religijny czyn człowieka nie ma ona żadnego znaczenia. Wiara wystarcza do urzeczywistnienia usprawiedliwienia i ona sprawia tegoż trwałość. Jeśli mamy wiarę, jesteśmy pewni naszej sprawiedliwości; i tylko przez utratę pierwszej, a nie przez żaden grzech, utracamy drugą. "Więcej grzesz, i goręcej wierz, a bądź wesół w Chrystusie. Od Niego grzech nas nie oderwie, choćbyśmy tysiąckroć w dniu popełnili nieczystość lub zabójstwo" (Lutra list do Melanchtona, cf. Möhler, Symbolik § 16, tłum. bpa M. Nowodworskiego, Warsz. 1871). Usprawiedliwienie więc, podług Lutra, jest czysto zewnętrzne, i wszystkim, którzy ufają, właściwym i pewnym, a nadto, dopóki trwa ufność, nieutracalnym. Jest ono dalej we wszystkich ludziach jednakowe, gdyż polega na zewnętrznym przyczytaniu zawsze jednakowej sprawiedliwości Chrystusowej. Wszyscy zatem chrześcijanie są równie wielkimi, jak Matka Boża, i równie świętymi (Lutra kazanie o narodzeniu Maryi, cf. Werke XV, Frankf. 1870, 496). W pojedynczych szczegółach nauki o usprawiedliwieniu różnili się od Lutra już jego pierwsi adherenci, jak np. tzw. synergiści na czele z Melanchtonem (zob.), który w dziele usprawiedliwienia i uświęcenia przypuszczał współdziałanie ludzkiej woli z Bogiem, i przeciwną naukę Lutra nazywał manichaea imaginatio i horribile mendacium (Loci, ed. Basil. 1558, 88). Lecz "formuła zgody" potępiła synergizm (zob.) i luterska nauka pozostała do dziś urzędową nauką luteranów. Tylko reformowani, dzięki swej nauce o bezwzględnym przeznaczeniu, – podług której wieczny los każdego przedwiecznym wyrokiem Bożym jest zdecydowany, – mogli nie wiedzieć o pewności zbawienia wszystkich, którzy wierzą. Pietyści, a bardziej metodyści mniemali, że tę pewność zbawienia uczuwają wewnątrz swego sumienia, nie bacząc, że poddają się wybrykom chimernej fantazji. Naturalnie przeciwko takiemu szkodliwemu dla moralności pojmowaniu usprawiedliwienia, musiała powstać reakcja. Pierwszymi tej przedstawicielami byli socynianie (zob.); zaprzeczyli oni grzechu pierworodnego, a wiarę usprawiedliwiającą sprowadzili do podobającego się Bogu wewnętrznego stanu duszy. To samo uczynił racjonalistyczny protestantyzm, nie wyłączając Schleiermachera, dla którego usprawiedliwienie jest niczym innym, jeno zmianą świadomości o naszym prawnym stosunku do Boga; podobnie A. Ritschl, który naukę protestancką tym uzupełnił, że pewność o usprawiedliwieniu w pojedynczych jednostkach zasadzał na świadomości osobistej o swej przynależności do gminy. – Niektórzy protestanci w nauce o usprawiedliwieniu odróżniali usprawiedliwienie od uświęcenia; ale i ostatnie jednak nie mniej jak pierwsze zasadzali na zewnętrznym przyczytaniu świętości Chrystusa bez wewnętrznej zmiany w człowieku. Harnack zowie tę dystynkcję "mądrością epigonów" (Dogmengesch. III, 716). Z zasad wyłożonej dotychczas nauki protestanckiej o usprawiedliwieniu logicznie, jako wniosek, wypływa inna, że dobre uczynki, których w usprawiedliwionym naturalnie nie brak, z wymaganiem i postępem wewnętrznej sprawiedliwości i świętości człowieka, wobec Boga i żywota wiecznego, nic nie mają wspólnego; skąd znowu wychylają się dwa nowe wnioski: 1) zasadniczy rozdział między religijnością a moralnością, który jest charakterystyczną cechą protestantyzmu w odróżnieniu go od katolicyzmu; 2) obniżenie i zaniedbywanie dobrych uczynków wpośród protestantów, na co już sami reformatorowie się skarżyli. Dwie te nieubłagane konsekwencje protestanckiej nauki raziły niektórych, poważniej myślących, teologów, jak Schleiermachera i Hengstenberga, którzy usiłowali naukę Lutra na tych punktach poprawić, czyniąc usprawiedliwienie zależnym od pokuty i odrodzenia się, tj. od podmiotowych zmian usprawiedliwiającego się grzesznika. Za co ich spotkała nagana, że się zbliżają do nauki Kościoła katolickiego (Dorner, Gesch. der protest. Theologie, Münch. 1867, 583), lub że wpadli na "łożysko trydenckie" (H. Schmidt w Real-Encykl. für protest. Theologie XII, 2 ed. 577). Wytykano im nawet odstąpienie od zasad ewangelickiej nauki a dążenie ku rzymskiej nauce.

2. Katolicka nauka o usprawiedliwieniu

Katolicka nauka o usprawiedliwieniu znalazła swój dokładny wyraz w dekrecie Soboru Trydenckiego de justificatione na 6 posiedzeniu. Harnack nawet (Dogmengesch. III, 605) stwierdza, że "dekret o usprawiedliwieniu pod wielu względami znakomicie jest opracowany; i wątpić się godzi, czy reformacja rozwinęłaby się, jeśliby ten dekret był wydany np. na Soborze Lateraneńskim i w ciało i krew Kościoła rzeczywiście się zamienił". Obejmuje ten dekret 16 rozdziałów i 33 kanony. Treść dekretu już była rozebrana w art. Łaska, tu tylko w krótkości zastanowimy się nad niektórymi punktami (zob. Łaska, "Encyklopedia Kościelna" XII, 557).

a) Co do przygotowania do usprawiedliwienia. Cała nauka, dotycząca przygotowania, da się streścić w tych słowach św. Augustyna: Qui fecit te sine te, non te justificat sine te(Sermo 169 (al. 15), 13 do verbis Apost.). Bóg tylko nas usprawiedliwia, ale nie bez naszego współdziałania. Aby tę zasadniczą prawdę wykazać, Sobór Trydencki wyjaśnia najprzód zupełną niezdolność wszystkich dzieci Adamowych, dotkniętych grzechem pierworodnym, uwolnienia się za pomocą sił przyrodzonych, lub zakonu Mojżeszowego, od jarzma grzechu, czarta i śmierci. Tylko Bóg może ich oswobodzić: w tym celu przysłał swego Syna, Jezusa Chrystusa, jako Zbawiciela i Pośrednika (rozdz. 2). Ze strony jednak człowieka konieczna jest, aby w Chrystusie i przez zasługi Jego męki odrodził się (rozdz. 3). Usprawiedliwienie więc jest to przeniesienie człowieka ze stanu grzesznego Adama do stanu łaski i synostwa Bożego za pośrednictwem drugiego Adama-Chrystusa, i dokonywa się w Nowym Testamencie przez wodę odrodzenia czyli Chrzest św. (rozdz. 4). Dla niemowląt wystarcza samo przyjęcie sakramentu, lecz to niedostateczne jest dla dorosłych. Od ostatnich Bóg wymaga współdziałania woli i to w dwojakim kierunku: przez odwrócenie się od grzechu a oddanie się Bogu. Już w 1 rozdz. Sobór wyraźnie podnosi, że przez grzech pierworodny wolność woli bynajmniej nie została zniweczona. Ale wola przy swym współdziałaniu nie jest zostawiona sama sobie; sama ona nie jest zdolna niczego uczynić w porządku nadprzyrodzonym zbawienia (zob. Łaska); wspiera ją w współdziałaniu łaska, która poprzedzając ją i towarzysząc jej światłem Boskim, oświeca rozum i Boską mocą skłania samą wolę. Takim współdziałaniem dorośli winni się przygotować do usprawiedliwienia: ut (peccatores) gratiae libere assentiendo et cooperando disponantur, ita ut tangente Deo cor hominis... neque homo ipse nihil omnino agat inspirationem illam recipiens, quippe qui illam et abicere potest, neque tamen sine gratia Dei movere se ad justitiam coram illo libera sua voluntate possit (rozdz. 5). Ta podwójna działalność naszej woli, zawiera następujące akty (rozdz. 6). Pierwszym aktem jest wiara, którą grzesznik, przez łaskę Bożą pobudzony i wsparty, w sobie obudza i przez którą się ku Bogu zwraca, mocno za prawdę utrzymując to wszystko, co Bóg objawił i przyobiecał, zwłaszcza tę prawdę, że Bóg grzesznika usprawiedliwia przez swą łaskę i odkupienie w Chrystusie; z wiary tej, przez rozważanie grzechów, powstaje bojaźń sprawiedliwości Bożej, ale dzięki pamięci na miłosierdzie Boże rodzi się nadzieja i ufność w przebaczenie, dla zasług Chrystusowych; następnie wytryska początek miłości Boga, nienawiść i wstręt do grzechu, oraz postanowienie poprawy życia i przyjęcia przez Boga ustanowionego ku usprawiedliwieniu środka zbawienia – Chrztu św. (względnie pokuty). Ten psychologiczny proces i przygotowanie do usprawiedliwienia zwykle dokonywa się powoli, przez rozmaite akty, może jednak dokonać się nagle, jak np. w Szawle; wówczas łaska, na podstawie wiary, bezpośrednio pobudza grzesznika do doskonałej miłości Boga i skruchy. Należy jednak pamiętać, że wszystkie te akty, jakkolwiekby one były doskonałe, wcale nie są przyczyną sprawczą (causa efficiens) usprawiedliwienia; sam Bóg jest sprawcą przez wlanie łaski uświęcającej do duszy grzesznika, należycie przygotowanego. Te zaś akty stanowią właśnie ono przygotowanie, one przysposabiają mającą być usprawiedliwioną duszę i formują tylko causa materialis (przyczynę materialną) usprawiedliwienia. Co się tyczy ich wewnętrznej wartości, to godzi się zaznaczyć, że o właściwej ich zasłudze (meritum condignum) mowy być nie może; ta bowiem przypuszcza już w duszy stan łaski uświęcającej, a zatem stan duszy po dostąpieniu usprawiedliwienia; będąc zaś moralnie dobrymi i przez łaskę czynną, która je wzbudza i im towarzyszy, nadprzyrodzonymi, jako takie na pewno wobec Boga posiadają wielką cenę. Co się tyczy usposobienia do usprawiedliwienia, należy jeszcze dodać o pierwszym jego akcie, o usprawiedliwiającej wierze. Pominąwszy to, że reformatorowie wiary, jako aktu człowieka, nie uznają za właściwe usposobienie do usprawiedliwienia, ale tylko uważają ją jako organ czyli narząd mechaniczny do przyjęcia usprawiedliwienia, dopuszczają się oni dwu jeszcze błędów względem tejże wiary, z których jeden dotyczy natury wiary, a drugi jej konieczności. Wiara usprawiedliwiająca, podług nauki reformatorów, jest ufną nadzieją grzesznika (fides specialis), że dla zasług Chrystusa od Boga dostąpią usprawiedliwienia, i ta ufność jest jedynym warunkiem usprawiedliwienia. Przeciwko czemu Sobór Trydencki postanowił: wiara usprawiedliwiająca nie jest samą ufnością, i sama wiara nie wystarcza (can. 12 i 9). Wiara usprawiedliwiająca nie jest samą ufnością, ale przede wszystkim mocnym uznaniem za prawdę objawionych prawd zbawienia, czyli, jak Innocenty XI i Sobór Watykański (ses. III, Const. Dei Filius c. 3) wyjaśnili, w ścisłym znaczeniu wiarą teologiczną. Okazuje się to z tych miejsc Pisma św., w których akt usprawiedliwiającej wiary jest przedstawiony nie jako akt woli, ale rozumu (pistei nooumen, Hebr. 11, 3), a przedmiotem jego ewangelia św. (Marc. 16, 15; Rom. 1, 16), wcielenie Syna Bożego, Bóstwo Chrystusa (Joan. 3, 16; 20, 31; Act. 8, 35), zmartwychwstanie Chrystusa (Rom. 10, 9), istnienie Boga i Boskiej Opatrzności (cf. Hebr. 11, 1). Nadto wiara, jakkolwiek jest nieodzowną do usprawiedliwienia, gdyż jest jego zaczątkiem, fundamentem i korzeniem (Trid. l. c. c. 8), to jednak sama bynajmniej nie wystarcza; dowodzą tego nie tylko te miejsca Pisma św., w których do usprawiedliwienia obok wiary wymagane są akty innych cnót, np. bojaźni (Eccli. 1, 27), miłości (1 Joan. 3, 14; Luc. 7, 47), pokuty (Joel 2, 12; Act.2, 38), jałmużny (Tob. 12, 9), obmycie wodą odrodzenia (Tit. 3, 5), lecz zwłaszcza te ustępy, w których jest wyraźna wzmianka, iż wiara bez uczynków jest niewystarczającą, jak np. ustęp św. Pawła w liście do Galatów (5, 6): In Christo Jesu neque circumcisio aliquid valet, neque praeputium, sed fides, quae per caritatem operatur; lub św. Jakuba (2, 24. 26): Ex operibus justificatur homo et non ex fide tantum... Fides sine operibus mortua est. Luter dla tego list św. Jakuba nazwał "listem słomianym", gdyż ten, jak przywiedzione słowa świadczą, obalał jego naukę o usprawiedliwieniu przez "samą wiarę" (Theol. Studien u. Krit. 1893, 595). I najbezpodstawniej Luter stawia w sprzeczności list św. Jakuba z listem św. Pawła do Rzymian (3, 28), gdzie jest mowa, że człowiek zostaje "usprawiedliwiony przez wiarę bez uczynków zakonu". Św. Paweł mówi tu o uczynkach starego zakonu, o żydowskiej sprawiedliwości zakonnej, która nie zasługiwała na usprawiedliwienie chrześcijańskie, a św. Jakub, z aluzją do fałszywych wniosków, jakie już wówczas ze słów Pawłowych kacerze snuli (św. Aug. De fide et oper. 14), zwalcza sprawiedliwość, opartą na samej wierze, bez dobrych uczynków.

3. Przyczyna formalna usprawiedliwienia

Tylko na podstawie wyżej przedstawionego przygotowania, czyli dyspozycji wewnętrznej, uskutecznia się usprawiedliwienie. Sobór Trydencki tak je określa (l. c. rozdz. 7): Non est sola peccatorum remissio, sed et sanctificatio et renovatio interioris hominis per voluntariam susceptionem gratiae donorum. Usprawiedliwienie przeto zawiera odpuszczenie grzechów i wlanie wewnętrznej świętości. Dwa te pierwiastki nie mogą być oddzielane od siebie, ani tak pojmowane, jakoby najprzód następowało odpuszczenie grzechów, a następnie uświęcenie; co do czasu jeden pierwiastek nie wyprzedza drugiego, co do rzeczy samej uświęcenie poprzedza odpuszczenie grzechów. Obydwa pierwiastki mają jedną wspólną przyczynę formalną, dzięki obecności której obydwa następują. Jakaż tu więc przyczyna formalna? Causa finalis czyli przyczyna celowa usprawiedliwienia jest chwała Boża i nasze wieczne zbawienie; causa efficiens, czyli przyczyna sprawcza jest sam dobry i miłosierny Bóg; causa meritoria czyli zasługująca jest męka Chrystusa Pana; przyczyna narzędziowa (instrumentalis) jest sakrament Chrztu św.; przyczyna zaś formalna (causa formalis) jest sprawiedliwość Boża, nie ta, jaką sam Bóg jest sprawiedliwy, ale jaką nas czyni sprawiedliwymi. Unica formalis causa est justitia Dei, non qua ipse justus est, sed qua nos justos facit, qua videlicet ab eo donati renovamur spiritu mentis nostrae et non modo reputamur, sed vere justi nominamur et sumus, justitiam in nobis recipientes unusquisque secundum suam mensuram, quam Spiritus Sanctus partitur singulis prout vult et secundum propriam cujusque dispositionem et cooperationem. Dalej o tej przyczynie formalnej mówi Sobór Trydencki: Caritas Dei diffunditur in cordibus eorum qui justificantur, atque ipsis inhaeret, unde in ipsa justificatione cum remissione peccatorum haec omnia simul infusa accipit homo per Jesum Christum, cui inseritur, fidem, spem et caritatem. Z tego określenia przyczyny formalnej naszego usprawiedliwienia wypływają następujące prawdy:

a) To, przez co człowiek staje się usprawiedliwionym, nie jest, jak uczą protestanci, zewnątrz nas pozostający akt Boskiego usprawiedliwienia, ale dar łaski, przez Boga nam użyczony, wewnątrz nas przebywający i nas wewnętrznie przemieniający. Okazuje się to ze wszystkich tych miejsc Pisma św., w których nasze usprawiedliwienie jest oznaczone wyrazami: justificari (Rom. 3, 28), justos constitui (ib. 5, 19), renovari (Eph. 4, 23), renasci (Joan. 3, 5); wszystkie te terminy, widoczna, mówią o wewnętrznej przemianie i sprawiedliwości. Dalej z tych miejsc, gdzie usprawiedliwienie jest porównywane z grzechem pierworodnym (który i według protestantów dotyka ludzkiej istoty): sicut per inobedientiam unius hominis peccatores constituti sunt multi, ita et per unius obeditionem justi constituentur multi (Rom. 5, 19); stąd, gdzie Pismo św. wzywa, aby przywdziać nowego człowieka in justitia et sanctitate veritatis (Eph. 4, 24); gdzie jest mowa, że miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który nam jest dany (Rom. 6, 5); że Duch Święty sam w nas mieszka, a my zwani jesteśmy świątynią Ducha Świętego (Tit. 3, 6; 1 Cor. 3, 16); gdzie wreszcie powiedziano, że otrzymaliśmy przez Chrystusa największe i najkosztowniejsze dary, abyśmy przez nie stali się uczestnikami Boskiej natury (2 Petr. 1, 4).

b) To, przez co stajemy się sprawiedliwymi, jest nie tylko Boska wola, – jak Hermes a za nim niektórzy inni katoliccy teologowie utrzymywali, – darząca nas czynną łaską, ani sam stan moralnej dobroci i doskonałości, który przez praktykę cnót stopniowo osiągamy, lub którego człowiek bez swej woli nie osiąga (Kleutgen, Theol. der Vorzeit II, Münster 1854, 7 Abth.), lecz prawdziwy, przedmiotowy, przez Boga nam udzielony dar. Okazuje się to stąd, że akty cnót na otrzymanie usprawiedliwienia nie zasługują, a tym mniej je uskuteczniają; a także i stąd, że łaska usprawiedliwiająca jest jednaka tak w dorosłych, jak w dzieciach, które nie są zdolne przez praktyki cnót osiągnąć stanu moralnej doskonałości. Łaska usprawiedliwiająca nie polega na jednej lub kilku czynnych łaskach, lecz w odróżnieniu od tych jest łaską trwającą, habitualną. Według św. Tomasza (S. Th. 1, 2 q. 110, a. 2) jest bardzo stosownym, żeby Bóg, jak w porządku przyrodzonym, tak i w nadprzyrodzonym, przychodził z pomocą nie tylko w sposób chwilowy i przejściowy, ale także w sposób trwały, udzielając stałą, nieprzemijającą pomoc; stąd i usprawiedliwia nas przez łaskę stałą, hibitualną. Stałość łaski usprawiedliwiającej, jest dostatecznie wyrażona przez Ojców na Soborze Trydenckim słowem: inhaeret (cf. Pallavicino, Hist. Conc. Trid. 8, 14). To samo okazuje się najniewątpliwiej z poprzedniej uwagi o łasce usprawiedliwiającej dzieci; z pojęcia odrodzenia, które wyraża stan trwający, oraz z tych miejsc Pisma św. i Ojców, w których łaska uświęcająca przyrównywana jest do rzeczy, które ze swej istoty są trwałe, jak np. drogocenna szata (Is. 61, 10), zastaw (Eph. 1, 14), nasienie (1 Joan. 3, 9), pieczęć (2 Cor. 1, 22), światło (Eph. 5, 8), źródło żywej wody (Joan. 4, 14). W tymże sensie wyraża się św. Bazyli (De Spir. S. c. 26): "Jak sztuka w tym jest obecna, który się jej wyuczył, tak łaska Ducha Świętego jest w tym, komu przypadła w udziale: zawsze obecna, acz nie zawsze czynna". Należy przeto do zasad wiary świętej, że przyczyną formalną usprawiedliwienia jest łaska uświęcająca czy usprawiedliwiająca, będąca nadprzyrodzonym, od Boga nam udzielonym i w nas przebywającym darem. Przynajmniej teologicznie pewnym jest, że ta łaska od łaski uczynkowej jest różna, jest trwającą, habitualną, jak o tym Sobór Watykański w 18 rozdz. dogmatycznej konstytucji o Kościele określił: gratia sanctificans... non in praetereuntibus actibus constituitur, sed est permanens, supernaturale donum (Coll. Lac. VII, 517). Sobór Trydencki nie tylko wyjaśnił, że łaska uświęcająca jest formalną przyczyną usprawiedliwienia, lecz także określił, że jest ona jedyną przyczyną formalną. Stąd upada opinia, – którą zdaje się podtrzymywał Piotr Lombard (cf. Sum. Th. 2, 2 q. 23 a 2), – ucząca, że sprawiedliwość, przez którą stajemy się i jesteśmy usprawiedliwieni, jest samą niestworzoną sprawiedliwością Bożą, czyli osobą Ducha Świętego. Niektórzy teologowie chcieliby, żeby Duch Święty był formalną przyczyną, jeśli nie usprawiedliwienia, to przynajmniej szczególnej godności i doskonałości tegoż, jak Boskiego synostwa lub szczególnej świętości (Lessius, Petavius, Thomassinus, Hurter, Scheeben). Aczkolwiek Duchowi Świętemu, z powodu szczególnego pokrewieństwa, osobistych przymiotów (miłości, świętości, darów), szczególny stosunek ku naszemu usprawiedliwieniu i uświęceniu musi być (per appropriationem) przypisany i przez greckich Ojców ze szczególnym naciskiem jest uznawany, to jednak, z dekretem trydenckim, – który w każdym rodzaju usprawiedliwienia widzi uświęcenie i synostwo Boże, i w całkowitym usprawiedliwieniu uznaje tylko jedną przyczynę formalną (unica causa formalis), mianowicie stworzoną łaskę, – nie snadnie pogodzić, aby w miejsce tej łaski lub obok niej uznawać jeszcze drugą przyczynę formalną w osobie Ducha Świętego. Cf. o tej opinii Lessius, De summo bono 2, 1; De perfectionibus moribusque divinis 12, 11; Petavius, De Trinitate 8, 4; Thomassin, De Trinitate 8, 9; Hurter, Compendium theologiae dogmaticae III, 6 ed. Oenip. 1889, 162; Scheeben, Dogm. II, § 169; III, przedmowa; Katholik 1883, I, 142; II, 561; 1884, 1, 18; II, 465, 610, Przeciwko tej opinii cf. Zeitschrift f. k. Theologie (Innsbr. 1884, 283; 1883, 491; 693; 1884, 645; Katholik 1885, I, 107.

4. Skutki łaski uświęcającej

Skutki łaski uświęcającej lub inaczej usprawiedliwiającej są dwa: negatywny, którym jest grzechów odpuszczenie, i drugi pozytywny, uczestnictwo w Boskiej naturze, Boskim synostwie, obcowanie z Trójcą Przenajświętszą, osobliwie z Duchem Świętym, prawo do dziedzictwa na żywot wieczny i uzdolnienie do nabycia go przez dobre uczynki. O tych skutkach już była mowa w art. Łaska ("Encyklopedia Kościelna" XII, 559).

5. Przymioty usprawiedliwienia

Przymioty usprawiedliwienia łatwo oznaczyć z tego, cośmy powiedzieli. W przeciwieństwie do nauki reformatorów te zwłaszcza podniesiemy: nierówność, utracalność i niepewność łaski uświęcającej i samego usprawiedliwienia.

a) Łaska uświęcająca w rozmaitych osobach usprawiedliwionych jest nierówna i do wzrostu i powiększenia się zdolna. Tak określił Sobór Trydencki wobec błędnej nauki Lutra o zupełnej równości sprawiedliwości (ses. VI, c. 7, c. 24; cf. art. Łaska, Zasługa).

b) Łaska uświęcająca może być utracona i to nie tylko przez brak wiary i ufności, jak Luter uczy, ale przez każdy ciężki grzech. Co Sobór Trydencki wyraźnie określił (l. c. c. 23 i 27). Grzechy powszednie nie pociągają za sobą utraty łaski uświęcającej, choć ją ubocznie zmniejszają.

c) Bez szczególnego objawienia Bożego, nie jesteśmy tu na ziemi absolutnie pewni naszego usprawiedliwienia. Sobór Trydencki (l. c. c. 9) wobec utrzymywanej przez reformatorów pewności zbawienia, odrzucił pewność wiarową (certitudo fidei) co do naszej sprawiedliwości; a to z powodu naszej własnej ułomności i słabości (infirmitas et indispositio); a nadto wyłączył pewność, przez Ambrożego Kataryna, Vegę i Piotra Soto przypuszczaną, którą ma Duch Święty w sercach usprawiedliwionych sprawować, lub według której jesteśmy tak pewni swego usprawiedliwienia, jak jesteśmy pewni, że znajdujemy się w pewnym, określonym miejscu. Z powodu niepewności zbawienia, każe je Apostoł z bojaźnią i drżeniem sprawować (Phil. 2, 12), choć bez zbytniego trapienia się. Bo jakkolwiek nie posiadamy pewności zbawienia, jednakże, według nauki teologów, możemy mieć pewne prawdopodobieństwo (conjecturaliter per signa), świadomi, że Boga kochamy i cieszymy się Nim; rzeczy ziemskie mało cenimy, a sumienie grzechów ciężkich nie wyrzuca (S. Thom. S. Th. 1, 2 q. 112, a. 5). Cf. Möhler, Symbolika, tłum. bpa M. Nowodworskiego, § 10; Mazzella, De gratia Christi, Romae 1880; Satolli, De gratia Christi, Romae 1886; Einig, De gratia divina, Treve 1896, pars 2; Krogh-Tonning, Die Gnadenlehre u. die Stille Reformation, Christiania 1894.

Ks. Peter Einig

Artykuł z: "Encyklopedia Kościelna" podług teologicznej Encyklopedii Wetzera i Weltego z licznymi jej dopełnieniami przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez X. Michała Nowodworskiego. Tom XXIX. Tournely. – Uścicki. Warszawa 1907, ss. 606-613 (hasło: Usprawiedliwienie).

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Źródło informacji: Ultramontes.pl

wtorek, 14 listopada 2017

Recenzja książki "Luter. Ciemna strona rewolucji"





Kim był Marcin Luter? Reformatorem, który z miłości do prawdy wystąpił przeciw nadużyciom papiestwa? Czy rebeliantem, prekursorem późniejszych rewolucjonistów?

Książka Pawła Lisieckiego "Luter. Ciemna strona rewolucji" to ponad 300 stronicowy młot na protestantyzm. Pierwsze 50 stron to opis dokonującej się na naszych oczach protestantyzacji Kościoła. Autor na podstawie wypowiedzi papieża Franciszka i jego najbliższych współpracowników ukazuje nam nowy obraz Lutra jaki pojawia się w Kościele. Lutra nie heretyka, ale reformatora, nie buntownika ale wręcz nowego świętego. W tym kontekście nie powinny nas dziwić stwierdzenia, jakoby reformacja była lekarstwem dla Kościoła katolickiego w latach jego najgorszego upadku, i że przyniosła wyzwolenie i powrót do korzeni (Ewangelii), Luter zaś to renesansowy św. Franciszek. Konsekwencją tego typu myślenia jest ostatnia emisja poczty watykańskiej, która w związku z zakończeniem obchodów 500 lecia reformacji  wypuściła znaczek pocztowy przedstawiający dwóch herezjarchów Lutra i Melanchtona.

Lisicki przypomina także ubiegłoroczną wizytę papieża w Szwecji i jego spotkanie z panią „prymas Kościoła Szwecji” Antje Jackelén - popierającą najbardziej radykalne postulaty szwedzkiej lewicy, jaskrawo sprzeczne z dogmatami religii katolickiej. A gdy w tym kontekście wspomnimy jeszcze o tym, że papież nie miał zamiaru odprawiać podczas tej wizyty mszy dla katolickiej diaspory w Szwecji to nie może dziwić, że autor nie kryje swojego krytycznego stosunku względem dialogu ekumenicznego Stolicy Apostolskiej z protestantami, który prowadzi jak widać do wyjaławiania i fałszowania tradycji Kościoła Katolickiego.
(…) Papieżowi najwyraźniej nie przeszkadzał ani sam fakt – to, że modląc się jak równy z równym z panią prymas zachowywał się jakby uznawał jej urząd – ani też osobliwe, mówiąc delikatnie poglądy arcybiskupki Jackelen(…) Pani arcybiskupka, wspiera „śluby gejów”, uznaje „prawo kobiet do aborcji”, opowiada, że muzułmańscy terroryści nie różnią się od chrześcijańskich fundamentalistów – do licha ciężkiego, czy to jest właściwy partner, partnerka dla papieża w prowadzeniu wspólnych modlitw? (…)
Po takim wstępie autor przechodzi do omówienia fenomenu któremu na imię Marcin Luter. Przedstawia nam kolejne etapy jego życia, poczynając od omówienia jego powołania, kapłaństwa i jego życia zakonnego, jego pracy jako wykładowcy teologii, a także jego poglądów przed wystąpieniem w Wittenberdze, a także ewolucję, jaką przeszedł w kierunku odrzucenia instytucjonalnego Kościoła, roli dobrych uczynków, sakramentów oraz Tradycji Apostolskiej.

Dla osób, które znają Lutra z podręczników szkolnych czy biografii dostępnych w księgarniach czy ukazywanego nam przez współczesnych ekumenistów szokujące mogą być dość liczne cytaty z jego listów prywatnych jak i publicznych, fragmenty jego pism i broszur drukowanych po 1517 roku. Język mnicha, jest strasznie wulgarny a zajadłość i nienawiść dla Kościoła i swoich przeciwników nie ma chyba odpowiednika w historii. Nam się przedstawia tego ex-mnicha jako Ojca współczesnego języka niemieckiego. Czytajcie Lisieckiego a zobaczycie jakiego to ojca ma język niemiecki.

Kolejną ważną sprawą omówioną w książce jest, szczegółowa analiza sytuacji w Rzeszy Niemieckiej i samym Kościele rzymskim w XVI wieku. Autor choć nie ukrywa, że tamte czasy w Kościele nie były idealne a papieże mieli wiele na sumieniu pokazuje jednak, że duch reformy był obecny w Kościele a wystąpienie Lutra nie miało nic wspólnego z uzdrowieniem występującego zepsucia ale było chęcią oderwania Niemiec od Kościoła. Liczne interwencje teologów i największych umysłów tamtych czasów, ludzi, którzy próbowali z Lutrem prowadzić akademickie debaty, aby zachować jedność Kościoła były przez niego traktowane koniunkturalnie. Z jednej strony Luter prezentuje się jako wierny syn Kościoła zatroskany o czystość wiary a z drugiej mamy opętanego nienawiścią do Kościoła i papieża rewolucjonistę. Jednakże z bogatej korespondencji z tamtych lat, broszur i rycin propagandowych (wiele tych antykatolickich rycin jest reprodukowana w książce), wyłania się obraz reformatora jako człowieka całkowicie przekonanego o swoich poglądach. Luter, co wykazuje dobitnie Lisicki nie tylko na podstawie komentarzy katolickich teologów, ale także protestanckich badaczy, był w pełni świadom swoich posunięć oraz prowadzonej polityki nakłaniania do zerwania z Rzymem książąt niemieckich.

Niestety słabość papieża Leona X i jego następców, rzymska często błedna polityka wobec cesarzy niemieckich, a także zwykła opieszałość władców, którzy w buncie Lutra upatrywali własnych korzyści we współpracy z protestantami doprowadziło do oderwania sporej części Europy od Rzymu. 

Niezwykle cenna jest także opinia o skutkach reformacji, czyli tzw. owocach duchowych i moralnych w Europie. Współcześnie mówi się o „wartościach”, „pozytywnych aspektach” reformacji, podkreśla się zasługi reformatora oraz powtarza się bez końca, czego to Kościół Katolicki nie nauczył się dzięki wystąpieniu Lutra. Dla wielu wpółczesnych katolików reformacja była powrotem do korzeni chrześcijaństwa, była walką o prawdę, która została zatajona przez opieszały kler rzymski, zaś Marcin Luter wcale nie pragnął oderwania Niemiec od Rzymu, a sam wykazywał się głęboką pobożnością, zaś wojny wybuchłe na tle reformacji to niezamierzony rezultat dobrych pragnień reformatora.

Liczne przytoczone wypowiedzi Lutra, również relacje naocznych świadków, a także zamieszczone w książce ryciny z tamtych czasów dają spójny i jasny obraz reformacji a raczej rewolucji, jej genezy oraz przebiegu.

Żadnej politycznej poprawności i ekumenicznych bzdur. Zdrowe spojrzenie katolika na to czym jest/był protestantyzm. Książka o prawdziwej twarzy Marcina Lutra i o tym, czy obecne dążenie do jego rehabilitacji podyktowane jest dążeniem do prawdy czy też jest efektem zdrady.

Książka Pawła Lisieckiego to w tej chwili najlepsze opracowanie na temat Lutra i zapoczątkowanej przez niego Rewolucji w Polsce.


NAGRANIE Z PREZENTACJI KSIĄŻKI




WYWIAD Z AUTOREM KSIĄŻKI DLA PORTALU PCH24.PL

Mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i antychrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, gdy Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – biskupką w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa? - mówi Paweł Lisicki, autor książki „Luter. Ciemna strona rewolucji”, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.

Czy Marcin Luter był pierwszym niemieckim fuhrerem? Tak jak 400 lat później Hitler odpowiedzialność za niemiecką krzywdę zrzucał na Żydów, tak Luter całą odpowiedzialnością za niemieckie cierpienia obarczał papieża i Kościół katolicki.

Nie chciałbym stawiać tezy, że mamy do czynienia z prostym związkiem pomiędzy Lutrem a Hitlerem, ponieważ byłoby to nadużycie. Trzeba pamiętać, że w obecnej debacie ulubioną bronią lewicy jest tzw. reductio ad Hitlerum, czyli próba wykazania, że każdy, kogo się nie lubi, miał związki z tym moralnym potworem. Dostrzegam natomiast, przy całej różnicy, pewnego rodzaju powinowactwo duchowe obu tych postaci.

To co uderza w działaniach i doktrynie Lutra to kult samowoli i przekonanie, że człowiek sam nadaje prawo. Wola jest zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli popatrzymy na późniejszy rozwój myśli niemieckiej i źródła, z których czerpał Hitler i nazizm, to w oczywisty sposób zauważymy niczym nieograniczoną wiarę w kreacyjność ludzkiego ducha. Nie jest on niczemu poddany, sam nadaje sens wszystkiemu i sam narzuca wszelkie prawa. Wszystko to prezentował w XVI wieku Marcin Luter.

Podobnie to on przyczynił się do wyniesienia na piedestał germańskości. To za jego sprawą to, co niemieckie miało być antyrzymskie, antyłacińskie. Germańskość przeciwstawił duchowi łacińskiemu, a to musiało prowadzić do fascynacji pogaństwem, tym co barbarzyńskie. U Lutra mamy początek tego niebezpiecznego zwrotu ku barbarzyństwu i pogaństwu, które cechowało niemiecką myśl od końca XIX wieku. To było podglebie dla ruchu narodowych socjalistów, cała ta niezdrowa fascynacja pogaństwem, cała ta wrogość wobec chrześcijaństwa łacińskiego, które rzekomo próbowało okiełznać germańską bestię.

Dzieła augustianina są przesiąknięte obsesyjną nienawiścią do Kościoła katolickiego i w późniejszych latach również do Żydów. Dlaczego? Bo jedni i drudzy reprezentowali w jego oczach posłuszeństwo znienawidzonemu, zewnętrznemu prawu, któremu Luter przeciwstawia wyniesienie woli. Nic dziwnego, że antyżydowskie pisma Lutra tak chętnie wydawano w Niemczech po roku 1933.

Patrząc na życiorys Marcina Lutra można odnieść wrażenie, że człowiek ten od samego początku był skażony „diabelskim nasieniem”, na co niejednokrotnie zwraca Pan uwagę w swojej najnowszej książce „Luter. Ciemna strona rewolucji”. W którym momencie jego życia nastąpił najbardziej gwałtowny zwrot, któremu świat zawdzięcza „dary reformacji”?

Ten element diabelski, o którym musimy wypowiadać się z ostrożnością, ponieważ nikt nie dał nam prawa do stawiania takich twierdzeń, uderza już na pierwszy rzut oka.

Powstało na ten temat wiele teorii. Jedna z nich, (tradycyjna, protestancka) mówi, że Luter wstępował do klasztoru pełen dobrych chęci i dobrej woli, a tam zostało to całkowicie zniszczone w skutek rzekomo opresyjnego trybu życia prowadzonego przez zakonników. Jest to kompletna nieprawda.

Po pierwsze: w klasztorze obowiązywał okres nowicjatu, w czasie którego Luter mógł w każdej chwili zrezygnować z życia zakonnego.

Po drugie: jego kariera w zakonie pokazuje, że nie był w żaden sposób sekowany, czy prześladowany. Wręcz przeciwnie! W roku 1515 roku stał się on jedną z najważniejszych postaci życia zakonnego w Niemczech! Sam decydował o obsadzie wielu ważnych stanowisk, co bardzo pomogło mu, kiedy doszło do wybuchu konfliktu. Nie ma też sygnałów z czasów, kiedy był mnichem, które wskazywałyby na to, że Luter traktował życie zakonne jako opresję. Dopiero później, kiedy jest już reformatorem, zmienia mu się perspektywa.

To co uderza w postawie Lutra to straszliwie nakręcająca się i ciągle narastająca nienawiść do Kościoła. Czytając jego pisma od lat 20. XVI wieku zaczynając można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś maniakiem opętanym obsesją na punkcie papiestwa, Rzymu, tradycji kościelnej i tego wszystkiego, co Kościół reprezentował. Luter nie mówił o papiestwie, on chciał je zdruzgotać. Ilekroć zabierał głos w debacie na temat katolicyzmu, to wobec „papistów” wykazywał się taką gwałtownością i nienawiścią, że trudno nawet dzisiaj znaleźć podobną. Dziś powiedzielibyśmy, że był – co się tyczy stosunku do Rzymu – hejterem.

Nienawiść w Lutrze wzrasta wraz z rozwojem jego „doktryny”. Gdy rozpatrzymy tę „naukę” wyłącznie w kategoriach logiczno-racjonalnych, to natychmiast zauważymy jej absurdalność.

Oczywiście. Zadam proste pytanie: jak człowiek może się sam usprawiedliwić własną wiarą, jeśli jednocześnie ten sam człowiek jest do cna zepsuty i całkowicie pogrążony w stanie grzechu pierworodnego? To absurdalne: okazuje się, że w doktrynie pryncypialnie odrzucającej uczynki pozostawia się ten jeden jedyny, nieskażony – akt ufności w Chrystusa.

Pójdźmy dalej: jeśli człowiek jest totalnie skażony, to nie może zdobyć się również na żaden nieskażony akt. W związku z tym, jak może usprawiedliwiać się przed Bogiem? Jest to zupełnie nielogiczne! Pytanie brzmi: co we mnie, jaka cząstka, jaki podmiot może uwierzyć, skoro wszystko jest całkiem zdegenerowane? I Jeśli moja wolna wola jest całkiem martwa, dlaczego w tym jednym wypadku zdobywa się na życie? I czy to życie, ta wiara w ogóle jest „moja”, skoro nie jest w ogóle wolny? To po prostu nauka religijnej schizofrenii.

Dlaczego Leon X dopiero w 1521 roku „na poważnie” zareagował na szerzone przez Marcina Lutra herezje?

Miało na to wpływ kilka czynników.

Pierwszy jest dosyć łatwy do opisania. Chodzi o brak wyobraźni Leona X niezdającego sobie sprawy z ogromu niechęci, z jaką w coraz większym stopniu patrzono na działanie papiestwa w cesarstwie niemieckim.

Krótko mówiąc: następca św. Piotra źle rozpoznał, z czym w rzeczywistości ma do czynienia. W przypadku Lutra nie chodziło bowiem o kolejną doktryną religijną czy też krytykę Kościoła. Z tego typu problemami papiestwo miało bowiem do czynienia w przeszłości. Niemiecki augustianin w swojej nauce bardzo mocno odwoływał się do sentymentów narodowych, które w Niemczech z każdym kolejnym rokiem stawały się coraz silniejsze.

Po drugie: Leon X nie rozumiał skali teologicznego zagrożenia, jakie niosła w sobie „teologia” Lutra. Być może papież początkowo uważał ją po prostu za tradycyjną formę krytyki i nie zdawał sobie sprawy, że „nowa religia” przyniesie aż tak głębokie i aż tak niebezpieczne następstwa. Kościół był wewnętrznie osłabiony. Zakony były zeświecczone, panował w nich duch światowy. Biskupi byli bardziej świeckimi urzędnikami, a nie duszpasterzami, wielu zakonników faktycznie wiodło już życie światowe. Nauka Lutra uwalniała ich sumienia od poczucia winy.

Trzecia rzecz to czynniki polityczne.

Czynniki polityczne?

W roku 1518 do Leona X zwrócił się cesarz Maksymilian z propozycją wspólnej akcji przeciwko Lutrowi. Niestety, kiedy na początku roku 1519 cesarz Maksymilian zmarł, papież nie postąpił zgodnie z ustalonym wcześniej planem, nie sprzeciwił się działaniom Lutra i nie nazywał rzeczy po imieniu, tylko wolał podjąć działania polityczne.

Papież wierzył, że tak naprawdę cała sprawa z Marcinem Lutrem będzie miała mniejsze znaczenie niż osadzenie na tronie cesarskim swego kandydata, czyli króla Francji - Franciszka. A do tego potrzebował wsparcia Fryderyka Mądrego, głównego protektora Lutra.

Używając świeckiego porównania można powiedzieć, że papież „wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle”, ponieważ nie udało mu się doprowadzić do obsadzenia niemieckiego tronu swoim człowiekiem i jednocześnie stracił bardzo dużo czasu na to, żeby jednoznacznie określić działalność Lutra. Co więcej, powstało wrażenie, że w gruncie rzeczy herezja Lutra to drobiazg.

Czy wymienione przez Pana aspekty wpłynęły również na działania następców Leona X?

Po Leonie X nastał bardzo krótki pontyfikat Hadriana VI - papieża rozumiejącego stopień zagrożenia, który próbował się mu faktycznie przeciwstawić. Niestety był on wyjątkowo niezręcznym politykiem. Nie zdawał sobie bowiem sprawy, że tego typu „operacja” musi być przeprowadzona ze współudziałem kurii rzymskiej. Hadrian VI chciał ją przeprowadzić wbrew własnemu otoczeniu i właśnie to skazywało go na przegraną.

Z kolei kolejny papież - Klemens VII tak naprawdę nie podjął żadnych konkretnych działań z powodów czysto świeckich. Czytając bowiem raporty regularnie wysyłane przez legatów papieskich doskonale znających nastroje w Niemczech, widać wyraźnie, że jedynym rozwiązaniem na wywołaną przez Lutra rewolucję jest zwołanie soboru przez papieża. Pozwoliłby on podjąć autentyczną reformę Kościoła. Bez niej reformacja będzie czyniła postępy, co niestety nastąpiło, ponieważ Klemens VII bał się, że zwołany sobór pozbawi go władzy papieskiej, jako że pochodził on z nieprawego łoża.

Do roku 1520, czyli momentu spalenia bulli papieskiej i Kodeksu Prawa Kanonicznego Luter cały czas powtarza, że nie chodzi mu o sianie zamętu i herezji, tylko naprawę Kościoła katolickiego. Wiemy doskonale co jest dobrymi chęciami wybrukowane...

Teza ta, tak popularna wśród współczesnych ekumenistów zakłada, że Luter nie walczył z Kościołem, tylko z nadużyciami.

Załóżmy na moment, że jego „doktryna” jest słuszna. Konsekwencją tej „słuszności” jest odrzucenie hierarchicznego Kościoła, sensu sakramentów świętych, jakiejkolwiek dyscypliny duchowej etc. Liczy się tylko poryw ufności, który człowiek ma w sobie! A skoro ufność wystarczy do zbawienia, to na co komu Kościół, papież i sakramenty? Od samego początku nowa doktryna usprawiedliwienia musiała doprowadzić do ataku na Kościół hierarchiczny. Nie było w niej miejsca na żadną formę Urzędu Nauczycielskiego, żadną formę Magisterium.

W swojej książce bardzo dobitnie zwraca Pan uwagę, że każda rewolucja jest inspirowana przez idee, które zebrał w swą doktrynę Marks, w związku z tym muszę zapytać: czy Luter był marksistą?

Nie nazwałbym go marksistą, ponieważ byłby to anachronizm.

Nie zmienia to jednak faktu, że istnieje bardzo wiele ogniw łączących Lutra i późniejsze rewolucje, jak chociażby element buntu i absolutnej wiary w swój prywatny osąd. To one stanowią swoisty „korzeń”, z którego wyrasta wrogość wobec zastanego ładu i porządku, i dlatego, zdaniem rewolucjonistów, można je na nowo wykreować.

To jednak nie wszystko. Rewolucjoniści zawsze charakteryzowali się wiarą w kreacyjną moc ludzkiego rozumu i przekonaniem, że mogą zlikwidować wszystkich, którzy się im przeciwstawiają. Wreszcie znaczenie miała też propaganda. To w czasach Lutra i za jego sprawą powstał największy zasób antykościelnej retoryki i propagandy, z której czerpali oświeceniowi rewolucjoniści wieku XVIII, a później również marksiści.

Jakie były skutki odrzucenia wolności Kościoła?

Chodzi o powrót do czasów sprzed cesarza Konstantyna, kiedy to władca świecki skupiał w swoim ręku całkowitą władzę, również całkowitą władzę duchowną. Dzięki poparciu Lutra i odrzuceniu Kościoła katolickiego świeccy władcy w cesarstwie niemieckim od XVI wieku mogli stać się jednocześnie „biskupami w stanie nadzwyczajnym”. Przejęte w wyniku tej operacji ziemie i dobra kościelne dawały władcą ogromne zaplecze finansowe i pozwalały na stworzenie nowej formy tyranii państwowej na niespotykaną wówczas skalę.

Słuchając wypowiedzi wielu hierarchów m.in. Kościoła w Niemczech można odnieść wrażenie, że katolicy i protestanci wierzą w tego samego Boga. To jednak nieprawda, co mocna podkreśla Pan w swojej książce. Jak to jest w związku z tym? Leon X potrafił wysyłać do dyskusji z Lutrem swoich teologów, którzy „rozkładali na łopatki” całą jego doktrynę. Dzisiaj tego nie ma…

To bardzo dobre spostrzeżenie i przyznam, że sam wielokrotnie się nad tym zastanawiałem.

Moim zdaniem jest to ściśle związane z przebiegiem i skutkami Soboru Watykańskiego II. To tam po raz pierwszy na dużą skalę wystąpili protestanccy obserwatorzy i wiele dokumentów przyjęto w taki sposób, aby odpowiadały „duchowi ekumenizmu”. W związku z tym podczas SW II po raz pierwszy w oficjalnych aktach Kościoła znalazły się fragmenty wyjątkowo niejasne i nie do końca określone i to tylko dlatego, żeby dostosować się do oczekiwań, jak wtedy mówiono, „braci odłączonych”.

Na marginesie: warto zaznaczyć, że dzisiaj w Kościele formuła „brat odłączony” praktycznie nie występuje, ponieważ uznaje się, że protestanci są w gruncie rzeczy takimi samymi chrześcijanami jak katolicy, a różnica między nimi jest sprowadzona w zasadzie do niewielkich różnic we wrażliwości, ewentualnie do spraw całkowicie marginalnych, żeby nie powiedzieć nieważnych i nieistotnych.

Zamieszanie wprowadzone w czasie SW II doskonale obrazuje późniejszy rozwój stosunków na linii katolicy-protestanci. Coraz bardziej niejasne i nieokreślone formuły stosowane przez hierarchów Kościoła powodują, że doktryna katolicka zostaje tak rozmyta, iż w oparciu o nią bardzo trudno ocenić błędy protestantyzmu. Ceną za jedność jest ucieczka od prawdy.

Skoro wszystko jest rozmyte, to dlaczego protestanci nie chcą nawrócić się na katolicyzm i wrócić do Kościoła?

Ale Kościół to nie wspólnota wierzących w cokolwiek i jakkolwiek, ale wspólnota jednej konkretnej, dogmatycznej wiary. Zresztą do jakiego Kościoła katolickiego mieliby wrócić dziś protestanci? Podam przykład: na początku września br. protestanci, w tym wypadku tzw. „wolne kościoły USA”, głównie południowi baptyści, czyli bardzo konserwatywna grupa chrześcijan, ogłosili coś, co można nazwać „deklaracją z Nashville”. Zapisano w niej najważniejsze, ich zdaniem, punkty dotyczące tradycyjnej etyki chrześcijańskiej i to w bardzo konserwatywnym duchu. W gruncie rzeczy ta deklaracja mogłaby wyjść spod pióra teologów katolickich. W „nagrodę” zostali za to skrytykowani przez kogoś, kto uchodzi w tej chwili za niemal oficjalnego rzecznika papieża Franciszka, czyli przez jezuitę Jamesa Martina i innych katolickich liberałów.

Właśnie to najlepiej pokazuje stopień chaosu i szaleństwa, w jakim żyjemy. Często zapominamy, że protestantyzm ma bardzo wiele odłamów począwszy od ludzi bardzo bliskich tradycyjnemu katolicyzmowi, szczególnie jego rozumieniu etyki i tradycji, aż po osoby, dla których chrześcijaństwo stanowi co najwyżej jakiś zewnętrzny sztafaż bez żadnego, realnego znaczenia. W większości są oni „wewnętrznymi ateistami” albo po prostu wrogami chrześcijaństwa. Niestety to właśnie ta druga grupa - tak zwani liberalni protestanci - dominuje w różnych państwowych kościołach europejskich.

Z którą z tych grup papież Franciszek prowadzi „dialog ekumeniczny”?

Powiem szczerze, że byłbym jeszcze gotów zrozumieć i zaakceptować spotkania z protestantami walczącymi o zachowanie w coraz bardziej zeświecczonym świecie tradycyjnych zasad chrześcijańskich, takich jak autorzy „deklaracji z Nashville”. Jednoznacznie potępili oni „śluby homoseksualne” i stwierdzili, że jakiekolwiek wspieranie ruchów homoseksualnych jest sprzeczne z tradycyjną doktryną Kościoła.

Niestety, mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i anty-chrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, że Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – „biskupką” w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa?

Jest to sytuacja absolutnie dramatyczna, ponieważ jedynym jej skutkiem jest pogłębianie chaosu w Kościele Jezusa Chrystusa.

Wiele zamieszania stwarzają również tezy głoszone przez „papieskiego teologa”, czyli kardynała Waltera Kaspera. W jednej ze swoich książek stwierdził on, że Marcin Luter uchylił zatrzaśniętą przez Kościół katolicki furtkę do ostatecznego pojednania katolików i protestantów.

Kard. Kasper to przykład na to, że we współczesnym świecie można stawiać najbardziej absurdalne tezy w dziedzinie historii teologii i w żaden sposób nie odbija się to na czyimś wizerunku czy też pozycji.

Dowodzi tego wspomniana przez Pana teza, której przeczą wszystkie fakty historyczne. To trochę tak, jakby jakiś historyk postawił tezę, że Lenin w 1917 roku był wielkim zwolennikiem porozumienia się z arystokracją w Rosji, albo że Stalin w 1940 roku chciał stworzyć silne, suwerenne państwo polskie całkowicie wolne od ideologii komunizmu, tylko nie znalazł do tego partnerów. Tezy na podobnym poziomie absurdu stawia kardynał Kasper.

Różnica polega na tym, że historyków, którzy stawiają tak niedorzeczne tezy albo w ogóle nie ma, albo nikt ich nie bierze na poważnie. Z kolei kard. Kasper jest ważnym przedstawicielem Kościoła i może spokojnie opowiadać światu swoją wizję Marcina Lutra i reformacji.

Jak Luter i jego nauka są odbierani dzisiaj w Polsce?

Ze względu na to, że Luter był Niemcem, a wszystko co przychodziło bezpośrednio zza zachodniej granicy Polacy traktowali z podejrzliwością, protestantyzm jeśli już przyjął się, to przede wszystkim w wersji kalwińskiej.

Luter nie jest jakimś istotnym punktem odniesienia w polskiej dyskusji. Problem polega również na tym, że Polacy często nie rozumieją wagi tej postaci i znaczenia sporu teologicznego jaki od wieków trwa w Niemczech.

Dla wielu Polaków Luter to postać, która w istotny wpłynęła na przebieg historii, co jest oczywiście prawdą. Niestety pytanie, czy wpływ ten okazał się dobry czy zły, pada niezwykle rzadko.

Przypomnę, że do komitetu obchodów 500-lecia reformacji wszedł prymas Polak. Jest to sytuacja przedziwna. Popierając tego typu inicjatywę prymas Polski udziela jednocześnie poparcia dla dokonań Lutra i „darów reformacji”. Przypominam, że w nauce Lutra nie ma miejsca ani dla celibatu, ani dla sakramentów, ani dla kapłaństwa a co za tym idzie również dla prymasa Polski!

Prymas Polak nie dostrzega zagrożeń z świętowania 500-lecia reformacji, a czy dostrzegają je „prości wierni”?

Siłą i jednocześnie słabością polskiego katolicyzmu jest to, że wierni darzą ogromnym zaufaniem hierarchów Kościoła. Wierni w zdecydowanej większości zakładają, że jeśli duchowny coś robi, to ma ku temu jakieś istotne powody. Dopiero kiedy ktoś zaczyna dokładniej wszystko badać, to wówczas okazuje się, że niejednokrotnie mamy do czynienia z sytuacjami co najmniej dziwnymi.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz D. Kolanek

**********

Paweł Lisicki - publicysta, pisarz, redaktor naczelny i współwydawca tygodnika "Do Rzeczy". W latach 2006-2011 redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita", założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika "Uważam Rze". W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę "Doskonałość i nędza" W latach 2013-14 wydał trylogię poświęconą początkom chrześcijaństwa "Kto zabił Jezusa", "Tajemnica Marii Magdaleny", "Czy Jezus jest Bogiem?". W latach 2015-17 ukazały się "Dzihad i samozagłada Zachodu", "Krew na naszych rękach?" i "Poza polityczną poprawnością". Stały uczestnik radiowych i telewizyjnych programów publicystycznych m.in. "Loży prasowej" czy "Minęła dwudziesta". Prowadzi "Salon Polityczny Trójki", współpracuje stale z telewizją "Wirtualnej Polski".

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.