______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

poniedziałek, 27 lipca 2015

Sobór Trydencki: Nauka o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej


SOBÓR TRYDENCKI 
Sesja XXII (1562)


Nauka o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej

[Wstęp]. – Dla utrzymania w świętym katolickim Kościele dawnej, nienagannej i ze wszech miar doskonałej wiary i nauki o wielkiej tajemnicy Eucharystii i – po odrzuceniu błędów i herezji – dla zachowania ich w swej czystości, święty, ekumeniczny i powszechny Sobór Trydencki, w Duchu Świętym prawomocnie zwołany, pod przewodnictwem tych samych legatów Stolicy Apostolskiej, pouczony światłem Ducha Świętego, naucza, oświadcza i nakazuje głosić wiernemu ludowi o Eucharystii, jako o prawdziwej i szczególnej ofierze, co następuje:

Rozdział I.

[Ustanowienie Najświętszej Ofiary Mszy]. Ponieważ w pierwszym Testamencie [oświadcza Apostoł Paweł] z powodu niemocy kapłaństwa lewickiego nie było pełnej doskonałości, dlatego [zrządzeniem Boga, Ojca miłosierdzia] musiał powstać nowy kapłan "na wzór Melchizedecha" [Rdz 14, 18;Ps 109, 4; Hbr 7, 11], Pan nasz Jezus Chrystus, który by mógł dopełnić [Hbr 10,14] i udoskonalić wszystkich potrzebujących uświęcenia. Ten przeto Bóg i Pan nasz – mimo że dla dokonania ich wiekuistego odkupienia miał się tylko raz złożyć w ofierze Bogu Ojcu przez śmierć na ołtarzu krzyża, jednak ze śmiercią nie miało ustać Jego kapłaństwo [Hbr 7, 24-27] – dlatego podczas Ostatniej Wieczerzy, "tej nocy, której został wydany" [1 Kor 11, 23], pragnął pozostawić Kościołowi, swej umiłowanej Oblubienicy, ofiarę widzialną [zgodnie z wymaganiami ludzkiej natury], ażeby uobecniała krwawą ofiarę mającą się raz dokonać na krzyżu, aż do końca świata była jej trwałą pamiątką i przydzielała nam jej zbawczą moc odpuszczania grzechów codziennie przez nas popełnianych. Ogłaszając się zatem ustanowionym "kapłanem na wieki na wzór Melchizedecha" [Ps 109, 4], ofiarował Bogu Ojcu ciało i krew swoją pod postaciami chleba i wina i pod symbolami tych rzeczy Apostołom – których wtedy ustanowił kapłanami Nowego Przymierza – dał je do spożycia oraz im i ich następcom w kapłaństwie polecił składać ofiarą słowami: "To czyńcie na moją pamiątkę" [Łk 22, 19; 1 Kor 11, 24], jak to Kościół zawsze rozumiał i nauczał [kan. 2].

Albowiem po odprawieniu Starej Paschy, którą rzesza synów Izraela ofiarowywała na pamiątkę wyjścia z Egiptu [Wj 12, 21 nn], ustanowił Nową Paschę, by Go Kościół poprzez posługę kapłanów pod widzialnymi znakami składał w ofierze na pamiątkę mającego nastąpić przejścia z tego świata do Ojca, kiedy to odkupił nas przelaniem swej krwi, "uwolnił nas spod panowania ciemności i przeniósł do królestwa swego" (Kol 1, 13).

I ta jest zaiste ową czystą ofiarą, której nie może splamić żadna niegodność i nieprawość ofiarujących, a którą Pan zapowiedział przez Malachiasza, że Jego imieniu, które będzie wielkie wśród narodów, "na każdym miejscu będzie składana ofiara czysta" (Mal l, 11). I na tę ofiarę wskazuje dość jasno Apostoł Paweł, kiedy pisząc do Koryntian mówi, że ci, którzy splamili się "uczestniczeniem w stole szatanów, nie mogą uczestniczyć w stole Pańskim" (1 Kor 10, 21), w obu wypadkach przez stół rozumiejąc ołtarz. To jest w końcu owa ofiara, którą za czasów prawa natury i Prawa starotestamentowego [Rdz 4, 4; 8, 20 ; 12, 8; 22; Wj passim] wyobrażały podobieństwa ofiar, ponieważ obejmuje ona wszystkie oznaczane przez nie dobra jako ich dopełnienie i udoskonalenie.

Rozdział II.

[Ofiara widzialna jest przebłagalna za żywych i umarłych]. – A ponieważ w Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy św., jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża "ofiarował samego siebie" (Hbr 9, 27) w sposób krwawy, przeto naucza św. Sobór, że ofiara ta jest prawdziwie przebłagalna [kan. 3]. Przez nią bowiem, kiedy przystępujemy do Boga ze szczerym sercem i prawdziwą wiarą, z bojaźnią i ze czcią, skruszeni i pokutujący, "otrzymujemy miłosierdzie i znajdujemy łaskę w stosownej chwili" (Hbr 4, 16). Tą ofiarą Pan przebłagany, udzielając łaski i daru pokuty, odpuszcza przestępstwa i grzechy, nawet bardzo wielkie. Jedna przecież i ta sama jest Hostia, jeden i ten sam poprzez posługę kapłanów Składający ofiarę, który wówczas ofiarował samego siebie na krzyżu, tylko sposób ofiarowania jest inny. Tej to krwawej ofiary otrzymujemy przeobfite owoce przez tę niekrwawą, która daleko jest od tego, by w jakikolwiek sposób uwłaczała pierwszej [kan. 4]. Dlatego też słusznie bywa ofiarowana nie tylko za grzechy, kary, zadośćuczynienia i inne potrzeby wiernych żyjących, ale według tradycji Apostolskiej także za zmarłych w Chrystusie, którzy jeszcze nie zostali całkowicie oczyszczeni [kan. 3].

Rozdział III.

[Msze św. ku czci Świętych]. – Chociaż Kościół zwykł niekiedy odprawiać niektóre Msze ku czci i dla wspomnienia świętych, jednakowoż naucza, że nie im składa się ofiarę, ale jedynie Bogu, który ich uwieńczył chwałą [kan. 5]. Stąd też "kapłan nie zwykł mówić: składam ci ofiarę Piotrze i Pawle" [św. Augustyn, C. Faustum, 20,21 – PL 42,384], ale Bogu, składając Mu dzięki za ich zwycięstwa, prosi o ich wstawiennictwo, "aby ci raczyli za nami orędować w niebie, których pamięć obchodzimy na ziemi" (Mszał rzymski).

Rozdział IV.

[Kanon Mszy św.]. – A ponieważ wypada, by rzeczy święte sprawować święcie, a ze wszystkich ta ofiara jest najświętsza, [dlatego] w celu godnego jej składania i uczestniczenia w niej, Kościół katolicki przed wielu wiekami ustanowił św. kanon, tak wolny od wszelkiego błędu, że niczego w nim nie ma, co by jak najbardziej nie tchnęło świętością i pobożnością i nie wznosiło ku Bogu umysłów tych, którzy składają ofiarę. Na kanon bowiem składają się tak słowa samego Pana, jak tradycje apostolskie i nabożne modlitwy wprowadzone przez świętych papieży.

Rozdział V.

[Uroczyste obrzędy Mszy świętej]. – Ponieważ taka jest natura ludzka, że bez zewnętrznych pomocy niełatwo wznosi się do rozważania rzeczy Bożych, przeto święta Matka Kościół ustanowił pewne przepisy w odprawianiu: np. aby przy Mszy św. pewne zdania mówione były po cichu [kan. 9], a inne głośniej. Zastosował też różne obrzędy, jak święte błogosławieństwa, światła, okadzania, używanie szat i inne liczne tego rodzaj u rzeczy, oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich. Dzięki temu ma być podkreślony majestat tak wielkiej ofiary, a dusze wiernych przez te widzialne znaki religii i pobożności pobudzone do kontemplacji wzniosłych rzeczywistości zawartych w tej ofierze.

Rozdział VI.

[Msza św., w której komunikuje sam tylko kapłan]. – Życzyłby wprawdzie sobie święty Sobór, by podczas każdej Mszy św. obecni wierni komunikowali nie tylko duchowym uczuciem, lecz także sakramentalnym przyjęciem Eucharystii, ażeby dostąpić obfitszych owoców tej Najświętszej Ofiary. Niemniej jeśli to nie zawsze może mieć miejsce, nie potępia jako prywatnych i niedozwolonych [kan. 8] takich Mszy, w których sam tylko kapłan komunikuje sakramentalnie, lecz je zatwierdza a nawet zaleca; albowiem i te Msze należy uważać za prawdziwie publiczne, częściowo dlatego, że lud uczestniczy w nich duchowo, częściowo zaś dlatego, że publiczny sługa Kościoła odprawia je nie tylko za siebie, ale za wszystkich wiernych należących do Chrystusowego Ciała.

Rozdział VII.

[Dolewanie wody do kielicha przy ofiarowaniu]. – Upomina dalej święty Sobór, że Kościół przepisał kapłanom, by dolewali wody do kielicha, który mają ofiarować [kan. 9], bądź dlatego, że, jak wierzymy, Chrystus Pan tak postąpił, bądź z tej racji, że z Jego boku razem z krwią wypłynęła i woda [J 19, 34]. Tę tajemnicę przypomina owo zmieszanie. A ponieważ w Objawieniu św. Jana woda oznacza ludy [Ap 17,I i 15], to zmieszanie przedstawia złączenie ludu wiernego z Głową – Chrystusem.

Rozdział. VIII.

[Nie należy z własnej inicjatywy odprawiać Mszy św. w narodowym języku, ale jej tajemnice trzeba ludowi wyjaśniać]. – Choć Msza św. zawiera w sobie bogatą naukę dla wiernych, nie wydało się stosowne Ojcom, by była wszędzie odprawiana w języku narodowym. Dlatego więc zachowując wszędzie w każdym Kościele dawny obrządek, zatwierdzony przez Kościół rzymski, który jest matką i mistrzynią wszystkich kościołów, oraz aby owce Chrystusa nie cierpiały głodu i żeby nie było tak, by "dzieci proszące o chleb nie miały tego, kto by im go udzielił" [por. Lm 4,4 ], poleca święty Sobór pasterzom i wszystkim sprawującym pieczę nad duszami, by często w czasie odprawiania Mszy św. – czy to sami, czy przez kogoś innego – wyjaśniali niektóre teksty czytane podczas sprawowania Mszy i między innymi żeby wyjaśniali jakąś tajemnicę tej Najświętszej Ofiary, szczególnie w niedziele i święta.

Rozdział IX.

[Wstęp do kanonów]. – Ponieważ przeciw tej dawnej wierze, opartej na świętej Ewangelii, na tradycjach Apostołów i nauce świętych Ojców, rozsiewa się obecnie wielu błędów i wielu naucza wiele rzeczy różnych, i dyskutuje, [przeto] święty Sobór. po wielu i bardzo poważnych nad tymi rzeczami naradach, postanowił za jednogłośną zgodą wszystkich Ojców w następujących kanonach potępić i usunąć ze świętego Kościoła wszystko, co się sprzeciwia tej najczystszej wierze i świętej nauce.

Kanony o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej 

Kan. 1. Jeśli ktoś twierdzi, że we Mszy św. nie składa się Bogu prawdziwej i właściwej ofiary albo że składanie ofiary nie jest niczym innym, jak podawaniem nam Chrystusa do spożycia – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. 

Kan. 2. Jeśli ktoś twierdzi, że tymi słowy: "To czyńcie na moją pamiątkę" (Łk 22, 19; 1 Kor 11, 24] Chrystus nie ustanowił Apostołów kapłanami albo nie nakazał, by oni i inni kapłani ofiarowywali Jego ciało i krew – n.b.w. 

Kan. 3. Jeśli ktoś twierdzi, że ofiara Mszy św. jest tylko ofiarą pochwalną i dziękczynną albo jedynie prostym wspomnieniem ofiary dokonanej na krzyżu, ale nie ofiarą przebłagalną, albo że przynosi korzyść samemu tylko przyjmującemu i że nie powinna być ofiarowana za żywych i umarłych, za grzechy, kary, zadośćuczynienia i inne potrzeby – n.b.w. 

Kan. 4. Jeśli ktoś twierdzi, że ofiara Mszy św. jest bluźnierstwem przeciw najświętszej ofierze Chrystusa dokonanej na krzyżu albo że jej uwłacza – n.b.w. 

Kan. 5. Jeśli ktoś twierdzi. że oszustwem jest odprawiać Msze św. na cześć świętych i dla uzyskania ich wstawiennictwa u Boga, jak to zamierza Kościół – n.b.w. 

Kan. 6. Jeśli ktoś twierdzi, że Kanon Mszy zawiera błędy i że dlatego winien być zniesiony – n.b.w. 

Kan. 7. Jeśli ktoś twierdzi. że obrzędy, szaty i zewnętrzne znaki, jakich używa Kościół katolicki przy odprawianiu Mszy św., są raczej podnietą do bezbożności niż objawem pobożności – n.b.w. 

Kan. 8. Jeśli ktoś twierdzi, że Msze św., przy których sam tylko kapłan sakramentalnie komunikuje, są niedozwolone i dlatego powinny być zniesione – n.b.w. 

Kan. 9. Jeśli ktoś twierdzi, że liturgiczne zarządzenie Kościoła rzymskiego, według którego część kanonu i słowa konsekracji odmawia się po cichu jest godne potępienia albo że należy Mszę św. Odprawiać tylko w języku narodowym, albo że nie należy dodawać wody do wina przy ofiarowaniu kielicha, jakby to było przeciwne ustanowieniu Chrystusa – n.b.w.


ŹRÓDŁO: "Breviarium fidei" – Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1988

niedziela, 26 lipca 2015

Porzucenie Mszy trydenckiej jako skutek poważnego błędu propagandowego




LIST NR 53
______


Msza tradycyjna w Kościele niczym „produkt na szczycie regału”? Takie mniej więcej porównanie nasuwa się w świetle wypowiedzi słynnego brazylijskiego specjalisty od reklamy na spotkaniu konferencji episkopatu Brazylii. Uwaga, mocne!

Anioł Pański, Jean-François Millet, Musée d'Orsay.

I – KOŚCIÓŁ PIERWSZĄ W HISTORII AGENCJĄ REKLAMOWĄ

W roku 1977 należący do pionierów nowoczesnej reklamy w Brazylii Alex Periscinoto (w kwietniu br. obchodził swe 90 urodziny) został zaproszony przez tamtejszą konferencję episkopatu. Chodziło o przeprowadzenie analizy wizerunkowej Kościoła i określenie pozostających w jego gestii środków umożliwiających promocję Wiary. Wówczas zamiast odczytu gość zaserwował obecnym na konferencji biskupom nieco chaotyczną konwersację. Przez niemal dwie godziny twórca reklamowy tłumaczył, że Kościół nie musi zasadniczo niczego wymyślać, posiada już bowiem wszelkie narzędzia reklamowe pozwalające utrzymać przy sobie wiernych, a to z tej prostej przyczyny, że praktycznie on sam wszystkie dostępne formy wynalazł!

Oto w wolnym przytoczeniu wypowiedź Periscinoto, niekiedy szokująca, jako że to przecież głos twórcy reklamowego, i co ciekawe po 40 latach nie tracąca na aktualności.

***

Dzwon pierwszym medium

Zdaniem Alexa Periscinoto pierwszym środkiem komunikowania, jaki pojawił się na świecie był dzwon. I był też jednym z narzędzi najskuteczniejszych, gdyż nie tylko docierał do 80-90 procent mieszkańców wioski, ale i wpływał na ich zachowanie za każdym razem, gdy rozlegało się jego bicie. Wystarczy wspomnieć na obraz Milleta „Anioł Pański”. Reagowali i wieśniacy mniej pobożni niż bohaterowie obrazu, wiedziano bowiem, że dzwony na Anioł Pański wieszczą także porę posiłku, obojętne czy okraszoną błogosławieństwem, czy nie.

Dzwon pierwszą tablicą ogłoszeniową

Brazylijski agent reklamy posuwa się do tego, że przypisuje Kościołowi wynalazek reklamy zewnętrznej. Afiszowanie wykorzystuje się dla umieszczenia na pierwszym planie produktu, dla wyróżnienia informacji spośród innych elementów. „W czasach gdy wszystkie dachy w miasteczku były płaskie, ludzie Kościoła konstruowali dach stromy, bardzo wysoki, o wiele wyższy niż przeciętne dachy, i ostro zakończony. Nie chodziło o ułatwienie osuwania się śniegu jako że wzniesiony dach pojawiał się również w krajach, gdzie śnieg nie pada. Jego zadaniem było sprawić, by każdy kto przybywał do miasta mógł stwierdzić: oto tu jest! Z dala była też widoczna dzwonnica kościelna.” Gdy popatrzymy na obraz Milleta, zauważymy, że na horyzoncie, w tle za parą wieśniaków rysuje się sylwetka dzwonnicy wiejskiego kościoła...

Krzyż pierwszym logo

„Również i wy wynaleźliście pierwsze logo – kolejny rodzaj narzędzia często przez nas używanego w pracy – najszczęśniejsze i najświętsze ze wszystkich logo, czyli krzyż.” Jak podkreśla Periscinoto, nikt nigdy nie omieszkał postawić krzyża u wejścia do wsi czy umieścić go na samym szczycie wieży kościelnej. Następnie agent wysuwa prowokacyjne stwierdzenie: „Logo jest tak dobre, że szaleniec taki jak Hitler zagarnął je, dorzucił kilka kresek na ramionach i nieomal nie wygrał wojny”.

Konfesjonał pierwszą instytucją sondażową

Wiedza handlowa byłaby niczym bez badania rynku. Brazylijski agent reklamowy nie cofa się przed przypisaniem Kościołowi również i tego wynalazku! Badania rynku są podstawą dla wypuszczenia jakiegokolwiek produktu. Bez wcześniejszego rozpoznania przekaz może zostać niewłaściwie odebrany, można chybić, trafić w niewłaściwy moment, wywrzeć negatywne wrażenie...

„A oto, jak podaje Periscinoto, w sercu Kościoła wynaleziony został pierwszy dział badań... konfesjonał! W opinii mojej matki konfesjonał powstał dla przebaczenia win, ale wy, ludzie kościoła dobrze wiecie, że konfesjonał został wynaleziony dla przyjmowania subwencji i informacji.” Specjalista od reklamy nie ukrywa zawodowej fascynacji dla tego miejsca, jedynego takiego, w którym respondent nie kłamie...

Procesja pierwszą karawaną reklamy

Zdaniem Periscinoto operacje promocyjne są również wynalazkiem kościelnym. Wystarczy sięgnąć po przykład procesji.

Czymże innym jest w istocie procesja maryjna w prowincjonalnym miasteczku, jeśli nie promocją święta Matki Bożej? „W świecie reklamy, jak tłumaczy agent, gdy wykonujemy akcję promocyjną, używamy wiele z tego, czego nas nauczyliście. Jak wy, posiadamy swoje kodeksy, sztandary, mundury... natomiast nasza mistyka handlowa nie da się porównać z waszą!”

Droga krzyżowa pierwszą wizualizacją

14 obrazów jako streszczenie cierpień Chrystusa. 14 obrazów przez wieki wywieszonych we wszystkich kościołach. Dla Periscinoto droga krzyżowa jest po prostu najlepszym materiałem wizualnym w historii.


II – GODNA POŻAŁOWANIA ZMIANA MSZY


Cóż, wszak agent reklamowy miał jeszcze coś dużo bardziej niepokojącego do zakomunikowania biskupom, którzy w najlepsze odbywali właśnie miesiąc miodowy zaślubin z modernizmem. Przypomnijmy, że rzecz dzieje się w roku 1977, czyli w okresie szczytowym twórczego entuzjazmu dla nowej mszy, w czasach gdy starą mszę przedstawiano jako zakazaną, mimo że w pewnym zakątku Brazylii jakiś jeden biskup (J.E. de Castro Mayer) i cała jego diecezja (Campos) opierali się mszałowi Pawła VI.

Periscinoto: „Zmieniliście mszę. Dziś msza nie jest już odprawiana po łacinie, a ksiądz stoi przodem do publiki. Mam dla was złą nowinę: moja matka nigdy nie miała poczucia, że odwracacie się do niej plecami; sądziła, że stoicie z Bogiem twarzą w twarz. Kochała łacinę, mimo że niczego nie rozumiała. Dla niej to była mowa! Mowa mistyczna, język, w którym przemawialiście do Pana. Na koniec mszy, gdy odwracaliście się i błogosławiliście całe zgromadzenie, czuła się szczęśliwa i wynagrodzona za godzinę spędzoną na kolanach. To poczucie przepadło. Teraz twarzą zwróceni do publiki pozbawieni jesteście tej części mistyki związanej z przebywaniem twarzą w twarz z Bogiem. Msza po portugalsku traci zaś wiele w porównaniu ze mszą po łacinie, która budziła zachwyt wiernych. Zmiana, podyktowana pragnieniem poszerzenia grona odbiorców czy lepszego dostosowania, jest według mnie ogromnym błędem. Oczywiście to jest moje osobiste zdanie, pogląd kogoś, kto nie posiada żadnej kompetencji religijnej, jednak pracuję w dziedzinie środków przekazu od wielu lat i obserwuję mszę właśnie pod kątem komunikacji.”

III – REFLEKSJA PAIX LITURGIQUE


W roku 1981 we Francji wyścig do Pałacu Elizejskiego (wybory prezydenckie) biegł nieopodal pewnego wiejskiego kościoła.

1) W 1981 roku Jacques Séguéla, renomowany francuski twórca reklamowy, wykonał plakat wyborczy dla celów kampanii kandydata socjalistów François Mitterranda, przyszłego prezydenta Republiki. Gdy przyjrzymy się temu plakatowi, słynnemu bardzo we Francji, dostrzeżemy, że nie tylko w Brazylii reklama potrafi ożenić obraz dzwonnicy z udanym przekazem propagandowym. Uwagi Periscinoto po 40 latach nie tracą na aktualności. Są doskonałym podsumowaniem kryzysu tożsamościowego, w jakim pogrąża się katolicyzm, od czasu gdy „duch Soboru” postanowił wymazać przed watykańską przeszłość. Co ciekawe, w naszych czasach ogromnie sensownie ruchy odnowy katolickiej jednoczą się często pod hasłem „katolicyzmu tożsamościowego”, ponieważ zewnętrzne i widzialne znaki Wiary nie są tam czymś drugorzędnym.

2) Po portugalsku na reklamę mówi się „propaganda”. Do roku 1967 Propaganda fidei [Szerzenie wiary] było też nazwą dykasterii, która zmieniła się w Kongregację ds. Ewangelizacji Narodów. Brazylijscy biskupi poprosili o radę pana Periscinoto, nie powinni się byli przeto dziwić stosowanym przez niego, niekiedy dość odważnym, porównaniom między symbolami Wiary i światem reklamy. Zapewne kardynał Sarah – aktualny prefekt Kultu Bożego, nie byłby bardzo zdziwiony. Oto jego świadectwo na temat krzyża w rodzinnej wiosce, które mieści się na 31 stronie wywiadu udzielonego Nicolas Diatowi (Dieu ou rien, Fayard, 2015). Doskonale obrazuje komentarze naszego brazylijskiego agenta: „każdego wieczoru ojcowie z Ourous zwoływali dzieci w pobliże wielkiego krzyża ustawionego na placu przed misją, który miał symbolizować jakby serce i środek wioski. Można go było dostrzec z daleka, był punktem odniesienia dla całego naszego życia! Wokół krzyża właśnie dokonywał się nasz rozwój ludzki i duchowy.”

3) „Moja matka nigdy nie miała poczucia, że odwracacie się do niej plecami; sądziła, że stoicie z Bogiem twarzą w twarz. Kochała łacinę, mimo że niczego nie rozumiała. Dla niej to była mowa! Mowa mistyczna, język, w którym przemawialiście do Pana.” I na końcu mszy była szczęśliwa, powiada Periscinoto. Wbrew temu, co niektórzy podają nie jest prawdą twierdzenie, że obdarzony reformą liturgiczną, cały lud katolicki dostąpił pełni szczęścia. Nie było pełni szczęścia nie tylko z uwagi na nieufność czy niechęć do nowej mszy, ale, jak słusznie powiedział Periscinoto, również i przede wszystkim (!) z powodu niemożności zrozumienia, dlaczego pozbawiono go liturgii, która stanowiła wiecznie żywe źródło wiary, czyli właśnie poczucia pełni i szczęścia. A to w języku reklamy brzmiałoby: dlaczego odbiera mi się mój ulubiony produkt, skoro cała moja rodzina za nim szaleje?

4) Uwagi brazylijskiego specjalisty od reklamy poczynione w latach 70-tych, a zatem w okresie gdy Kościół obfitował jeszcze w ludzi i środki, dobrze obrazują to, co dziś jawi się jako pewna oczywistość: wbrew głoszonym wówczas sloganom hierarchowie Kościoła tak naprawdę całkowicie zignorowali „znaki czasu”. Nie docenili rezerw i potencjału oporu wobec ducha roku '68, jakie krył w sobie lud chrześcijański, a szczególnie młodzież chrześcijańska. Posłużyli się demagogią mając naprzeciw sensus fidei. Wprowadzony przez nich liturgiczny jarmark jest najbardziej namacalnym dowodem ich zaślepienia. Katastrofa katechetyczna, jaka mu towarzyszyła oddaje miarę ich odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Trzeba było specjalisty od reklamy – modernisty par excellence – by im to powiedział. Po 40-stu latach słowa te ciągle jeszcze są strzałem w dziesiątkę...

Źródło informacji: PAIX LITURGIQUE

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Apologia naukowa wiary chrześcijanskiej


Kanonik Duilhé de Saint-Projet


APOLOGIA NAUKOWA

WIARY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ

––––––––––


__________

Apologia Naukowa Wiary Chrześcijańskiej (djvu, 64,6 Mb)

 Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15.4 Mb)
__________

Kanonik Duilhé de Saint-Projet, Apologia naukowa wiary chrześcijańskiej, περί άρχων. Przekład z francuskiego Ks. Biskupa H. P. Kossowskiego, poprzedzony słowem wstępnem JE. X. Michała Nowodworskiego Biskupa Płockiego. Wydanie drugie. Warszawa. NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA. KRAKÓW – G. GEBETHNER I SPÓŁKA. 1907, str. 511.

Czy brak podniosłości jest przyczyną, czy symptomem naszych problemów?




Pierwszy rozdział mojej niedawno opublikowanej książki nosi tytuł Solemnity - The Crux of the Matter (pol. Podniosłość: sedno sprawy). Dowodzę w nim, że jeśli liturgia nie jest sprawowana z należytą podniosłością (ang. solemnity), jakby to powiedział św. Tomasz, przestaje ona dorównywać swojej najgłębszej esencji, którą jest nasz udział w niebiańskiej liturgii. Zaczyna tracić swoją moc do uświęcania nas poprzez formowanie naszych umysłów i serc, a także nie jest wystarczającym środkiem oddawania Najwyższemu Bogu czci, jaką stworzenie winne jest Mu oddawać. W związku z tym, zaniechanie poprawnego odprawiania uroczystej liturgii powoduje, że Msza, jak również Liturgia Godzin (w obu formach Rytu Rzymskiego), stają się problematyczne, stają się przyczyną problemów w życiu Kościoła i w życia chrześcijanina.

Czytaj dalej

środa, 22 lipca 2015

Aberracje liturgiczne cz. 109 - Charyzmatycy z Brazylii





Teologia zniewolenia


Teologia zniewolenia

"Zaledwie kilka miesięcy po wstąpieniu na tron św. Piotra papież Franciszek przyjął na audiencji prywatnej ojca Gustavo Gutiérreza, jednego z ideologów tzw. teologii wyzwolenia, którego w czasach Jana Pawła II spotkały kościelne kary. Dziś heretyckie dzieło Gutiérreza - "Teologia wyzwolenia. Historia, polityka i zbawienie" - chwali nawet "L'Osservatore Romano", a on sam swoimi teoriami zatruwa "katolickie" uczelnie, w tym papieski Angelicum w Rzymie. Jeden ze zwolenników "teologii wyzwolenia" i rewolucji w Nikaragui abp Oscar Romero 23 maja został beatyfikowany jako męczennik za wiarę. W kolejce są już następni podobni mu "męczennicy". Również ostatnie spotkanie Franciszka z komunistycznym dyktatorem Kuby Raulem Castro jest elementem nowego spojrzenia Rzymu na latynoski bolszewizm."


Logo dostawcy

niedziela, 19 lipca 2015

Francja 2015 - Dwudziestu nowowyświęconych księży dla formy nadzwyczajnej i tylko sześdziesięciu ośmiu dla formy zwyczajnej




LIST NR 54
______

We Francji zwyczajowo święcenia kapłańskie odbywają się przeważnie pod koniec czerwca. Jak co roku Paix Liturgique podaje liczby budzące zainteresowanie całej wspólnoty katolickiej, niezależnie od wrażliwości liturgicznej. Wygląda niestety na to, że z roku na rok kryzys powołań kapłańskich we Francji pogłębia się. Sytuacja ta oznacza z kolei, iż skrajnie mała ilość święceń w diecezjach (zeszliśmy poniżej progu stu – rocznie) dalece nie wystarcza do zachowania we Francji liczebności szeregów kapłańskich.

W diecezjach liczba księży czynnych – która w 2014 roku wynosiła 5 806 – spadnie do 4 257 w roku 2024, w świetle badań opublikowanych 6 czerwca 2014 roku przez „La Croix”, grupa księży „czynnych” – która w 2014 roku liczyła 5 806 osób – zmaleje do 4 257 w roku 2024. W bieżącym roku liczba kapłanów wyświęconych w diecezjach francuskich jest bodaj najniższa od czasu przywrócenia kultu po rewolucji.

Bez wątpienia wierni i księża przywiązani do liturgii tradycyjnej również i w tym roku mogą odnotować jej witalność. Niestety nie wystarcza to, by zaradzić ogólnemu deficytowi: szacuje się z grubsza, że „współczynnik urodzaju powołaniowego” we wspólnotach tradycyjnych sięga poziomu „współczynnika urodzaju powołaniowego” wśród wszystkich francuskich katolików w roku 1962, u progu Soboru.

Święcenia kapłańskie w Bractwie Świętego Piotra w Chartres w 2014 roku, których udzielał J.E. Marc Aillet, biskup Bayonne, Lescar i Oloron (zdjęcie FSSP)

1°/ Liczby na poziomie diecezji

Całkowita liczba księży wyświęconych w diecezjach jest niestety najniższa na przestrzeni 15 lat:
- 68 święceń kapłańskich diecezjalnych w 2015 roku, jak podaje w swym komunikacie CEF (Konferencja Episkopatu Francji). Tymczasem święcenia diakonatu w diecezjach Francuskich przyjmie w tym roku 87 seminarzystów. W normalnym trybie zostaną oni kapłanami w roku 2016.
- 83 w 2014 roku
- 92 w 2013 roku
- 97 w 2012 roku
- 109 w 2011 roku
- 96 w 2010 roku
- 89 w 2009 roku
- 98 w 2008 roku
- 101 w 2007 roku
- 94 w 2006 roku
- 98 w 2005 roku
- 90 w 2004 roku
- 105 w 2003 roku
- 132 w 2002 roku
- 125 w 2001 roku
- 142 w 2000 roku

Inaczej mówiąc, średnia liczba 101 rocznie wyświęcanych księży we wszystkich diecezjach Francji od roku jubileuszu 2000-lecia a od 2010 – średnio 91 na rok (545 wyświęconych księży). Choć cyfry podawane przez CEF nie do końca są precyzyjne – niektórzy księża należący do grona powołań diecezjalnych (np. ci ze wspólnoty Saint-Martin) nie zostali tu uwzględnieni – to przynajmniej stanowią dość jasną wskazówkę odnośnie francuskiej rzeczywistości powołaniowej.

2°/ Liczby dotyczące formy nadzwyczajnej

Liczba księży wyświęconych w formie nadzwyczajnej i jej dedykowanych, których można by przyrównać do księży diecezjalnych (wyłączeni zostali zatem kapłani ze ściśle zakonnych wspólnot tradycyjnych, jak: benedyktyni, kanonicy regularni Matki Bożej, itd.), delikatnie wzrasta. 107 kapłanów zostało wyświęconych od roku 2010. Uwzględniamy tu księży z Bractwa Świętego Piusa X:
- 20 święceń udzielonych w 2015 roku (13 dla instytutów Ecclesia Dei, 7 dla FSSPX)
- 18 w 2014 (11 ED, 7 FSSPX)
- 15 w 2013 (10 ED, 5 FSSPX)
- 20 w 2012 (9 ED, 11 FSSPX)
- 18 w 2011 (7 ED, 11 FSSPX)
- 16 w 2010 (8 ED, 8 FSSPX).

3°/ Zestawienie od roku 2010

Od roku 2010 proporcja między tymi dwiema kategoriami wyświęconych we Francji księży wygląda zatem następująco:
- 77% (68 księży) dla formy zwyczajnej i 23% (dokładnie: 22,7) dla formy nadzwyczajnej w 2015 roku (20 księży)
- 82 % (83) dla formy zwyczajnej i 18 % dla formy nadzwyczajnej w 2014 roku (18)
- 88 % (92) dla formy zwyczajnej i 12 % dla formy nadzwyczajnej w 2013 roku (12)
- 83 % (97) dla formy zwyczajnej i 17 % dla formy nadzwyczajnej w 2012 roku (20)
- 86 % (109) dla formy zwyczajnej i 14 % dla formy nadzwyczajnej w 2011 roku (18)
- 86 % (96) dla formy zwyczajnej i 14 % dla formy nadzwyczajnej w 2010 roku (16).

Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat zostało zatem wyświęconych 652 księży francuskich w gronie powołań diecezjalnych, z czego 545 zasadniczo dla formy zwyczajnej i 107 dla formy nadzwyczajnej. Czyli w formie i dla formy nadzwyczajnej rytu rzymskiego zaistniała następująca proporcja: na sześciu wyświęconych – jeden niezakonny.


Źródło informacji: PAIX LITURGIQUE

Zapomniane prawdy: O mieszkańcach zakurzonego muzeum


"(...) Chrześcijanie, którzy uważają się za postępowych, a Kościół odnowiony chcą budować na podstawie zespołowej modlitwy zwanej spontaniczną oraz na czytaniu Biblii według skojarzeń własnych, czasem zarzucają katolikom wiernym Tradycji, że postawa tych ostatnich jest naznaczona smutkiem i zgorzknieniem, podczas gdy oni są chorążymi radości chrześcijańskiej, twórcami wiosny nowego Kościoła. Sprawiają wrażenie, jakby na wspomnianą radość mieli prawo wyłączności, podczas gdy katolicy nie skupieni pod ich znakami, bywają postrzegani jako niedzisiejsi, jakby zesztywnieni w mrozie jakiejś kościelnej zimy, a czasem nawet jako mieszkańcy zakurzonego muzeum archeologicznego lub też ciemnogrodu. (...) Wierność tradycji katolickiej nie tylko nie przygasza prawdziwej radości chrześcijańskiej, lecz jest nawet jej warunkiem koniecznym, i to z dwoistego względu: głównie dlatego, że bez pielęgnowania Tradycji sama Wiara katolicka i prawdziwy Kościół Chrystusowy nie mógłby się ostać; a wstępnie również dlatego, że z istoty rzeczy radość wyrasta z wierności, która jest przejawem miłości prawdziwej. (...)" 

O. Benedykt Jacek Huculak OFM

Powyższy tekst jest fragmentem pierwszego rozdziału "Słowo o świętej Tradycji Kościoła":, tomu pierwszego książki O. Benedykta Jacka Huculaka pt. Herbem Trójca i Wcielenie. Wybór pism pomniejszych wydanej przez Firmę DEXTRA Józef Jakubowski Wydawnictwo Św. Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara Rzeszów 2014.

Książkę można nabyć w księgarniach:

czwartek, 16 lipca 2015

Moda a życie duszy


Bp Tihamer Tóth
Między człowiekiem a ubraniem istnieje ściślejszy związek, aniżeli przypuszczamy. Ubiór, który nosimy, staje się częścią naszego „ja", i wydaje o nas świadectwo. Zdradza wiele rzeczy, których nie chcielibyśmy mówić o sobie. Mówi, że ten człowiek jest bezmyślnym snobem, bez charakteru i próżnym. Tamten znów jest delikatny, opanowany i godny szacunku. Mowę ubioru słyszą ludzie. Ubieranie się dla jednego jest aniołem stróżem, dla drugiego zgorszeniem i trucizną duszy.

Jakiż cel ma ubranie? Żeby nas chroniło od szkodliwych wpływów temperatury, żeby chroniło ciało i duszę. Duszę moją i duszę innych. Żeby nas chroniło od deszczu, zimy, wiatru, upału słońca, a następnie od wzroku innych! Ubieramy swoje ciało nie dlatego, że uważamy je za grzeszne, diabelskie (…), ale nakrywamy ciało ubraniem, gdyż uważamy je za przybytek Ducha Świętego i nie możemy pozwolić na to, żeby nieskalana, biel świątyni padła pastwą płomieni grzesznego wzroku.

Kościół nasz nie jest uprzedzony, lecz raczej wyrozumiały. Wygłaszając swoje zdanie o modzie, dobrze wie, że powinien zrobić potrójne rozróżnienie.

a) Istnieje moda nowa, piękna, estetyczna i moralnie bez zarzutu. Taka przystoi dziecku Bożemu. Przeciwko takiej modzie Kościół nie występuje.

b) Istnieje dalej moda, która nie jest wprawdzie sprzeczna z moralnością, ale jest niezdrowa, niepoważna, jak te dwa pióra w obskubanym ogonie gęsi: moda, która nie ma żadnego sensu. Takim jest np. kapelusz damski, ściągnięty na oczy tak, że nic spod niego nie widać; wąska suknia, w której nie można chodzić; damska fryzura, którą niegdyś nosiły kobiety odsądzone od społeczeństwa… Ale jeśli kto sobie tego życzy, niech ma! Nasza etyka nie zabiera głosu w tej sprawie.

Ale istnieją wypadki, kiedy Kościół i z innych względów musi zabierać głos. Na przykład musi wypowiedzieć się i przeciwko moralnie obojętnej modzie, jeśli jakaś kobieta dla niej wysiaduje całymi godzinami przed lustrem i zaniedbuje pracę koło domu, albo przez uganianie się za modą naraża męża na nieznośne koszta, lub wydatki te pokrywa kosztem kuchni, a już szczególnie jeśli swoje myśli odwraca wskutek tego od rzeczy poważnych.

Pewna urzędniczka opowiedziała mi następujący wypadek:
- Pracowałam w biurze z pewną dziewczyną. Całymi latami naszej wspólnej pracy nie słyszałam od niej nigdy, żeby mówiła o czymś innym, jak tylko o ubiorach i o zabawach. Żyła skromnie, często nawet głodowała. Odmawiała sobie wszystkiego, żeby mogła więcej wydać na ubieranie się i na strojenie. Wskutek wadliwego odżywiania doszła do tego, że popadła w suchoty. Dowiedziałam się, że jest już bliska śmierci. Odwiedziłam ją. Łagodnie przypomniałam jej o życiu wiecznym i prosiłam, żeby się przygotowała do tej wielkiej drogi. Uśmiechała się i mówiła, żebym się o to nie troszczyła. Miała tylko jeden kłopot, w którym - według niej - mogłabym jej dopomóc. Zapytałam się jej, co jest przedmiotem tej wielkiej troski. Aż przeraziłam się, kiedy mi odpowiedziała:- Żebym była i w trumnie piękną. Dlatego, jeśli chcesz mi zrobić wielką przysługę, otwórz te szufladę. Tam jest żelazko i maszynka spirytusowa. Zrób mi ondulację włosów.Jedyne, ostatnie pragnienie umierającej: zrób mi ondulację włosów! Czyż mija się z prawdą powiedzenie, że „w ustrojonej kobiecie i w pięknie oprawionej książce rzadko bywa cenna treść!”
A to dopiero drugi gatunek mody, która sama w sobie jeszcze nie jest godną potępienia!

Ale, Bracia, jest trzecia moda, która jest nierozumna, niemoralna i zabójcza dla duszy […]. Jest moda, która zabija godność kobiety, podnieca niższe instynkty. Istnieje sposób ubierania się, w którym nie można uczciwie usiąść, ani przyklęknąć bez zgorszenia. Taka moda nie jest wynikiem estetycznych, danych nam od Boga dążeń, ale podniecaniem zmysłowości. Bo tego przecież nie wymaga estetyka, żeby materiał był przeźroczysty, żeby więcej było widać szyję i ramiona, aniżeli wypada, żeby krój sukni był gorszący!

Tak, taka moda jest niemoralna, zabija duszę i powoduje zgorszenie. Takim paniom musimy powiedzieć słowa Pana: „Muszą przyjść zgorszenia, a wszakże biada człowiekowi onemu, przez którego zgorszenie przychodzi" (Mat, 18, 7).

Czy Kościół nie ma prawa podnieść głosu przeciwko takiej modzie? Czy ma patrzeć w milczeniu, jak niechrześcijańskie pisma werbują setki młodych dziewcząt na targ próżności, zwany „konkursem piękności", żeby pokazywały się tam głodnym oczom jury sędziowskiej i otrzymywały nagrody, jak na wystawie nierogacizny, gdzie nagradzają dobre gatunki prosiąt yorkshirejskich lub kur orpington?!

Ale, Bracia, żeby nas nie nazwano uprzedzonymi, zgodzimy się nawet i w tej grupie na zrobienie pewnych rozróżnień.

Nawet tę trzecią grupę mody, której zwolenniczki ubierają się faktycznie gorsząco, możemy podzielić na dwie części. Jedna część, to są jednostki dobrej wiary, które nie wiedzą, co czynią; druga, to są zepsute osoby. Te dobrze wiedzą, co robią!

Bp dr Tihamér Tóth, Dekalog (Kazania), Kraków 1933, s. 127-129.

Źródło informacji: http://www.pch24.pl

Z księgarskiej półki: Mszalik dla dzieci


MÓJ MAŁY MSZALIK

Krótkie objaśnienie obrzędów mszy św. 
wraz z katechizmem i modlitwami



CTiK Wiedeń 1683, Ząbki 2015
Cena 19,90 zł
Mszalik do kupienia w księgarni LIBRI SELECTI

Cena promocyjna przedsprzedażowa do 17 lipca - 12,90 zł


Małe dzieci są bardzo wrażliwe na doświadczenie Bożego działania i Bożej obecności. Doskonałym miejscem kształtowania, dojrzewania i pogłebiania tej dziecięcej wrażliwości jest liturgia, zwłaszcza liturgia Mszy św. Bywa, że dzieci z trudem koncentrują uwagę na świętych czynnościach, a zakłopotani rodzice i duszpasterze szukają pozaliturgicznych sposobów, by dzieci do Misterium przyciągnąć. Rezultat jest często taki, że niedzielne, rodzinne wyjście do kościoła jest dla dziecka jeszcze jednym wyjściem z rodzicami, które istotnie nie rózni się od wyjścia na plac zabaw, czy do znajomych, u których spotykają rówieśników.

W rezultacie dziecko traci szansę na doświadczenie w swej dziecięcej wrażliwości Misterium. Zasłania się przed jego oczami miejsce, w którym Niebo styka się z ziemią.

Ten niewielki Mszalik, pierwszy tego rodzaju na polskim rynku wydawniczym, ma pomóc dzieciom i ich rodzicom w udziale we Mszy św. tak, by wprowadzać dziecko w doświadczenie rzeczywistości, która jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego. Jeśli nasze pociechy zaczną postrzegać i przeżywać Mszę św. jako rzeczywistość nie z tego świata, a zarazem przenikającą codzienność, jest nadzieja, granicząca z pewnością, że Msza św. nigdy im się nie znudzi; co więcej pokochają ją i na jej wzór - doskonałej i jedynej Ofiary - będą kształtować swe życie. W ten sposób zarówno ich doczesność jak i wieczność, będzie przepełniona uszczęśliwiającym śpiewem chwały przed Tronem Trójcy Świętej, wraz z Maryją, aniołami i świętymi. Któż z rodziców nie pragnie takiego życia i takiej wieczności dla swych dzieci?

Książeczka jest pięknie ilustrowana, a tekst powstał w oparciu o rozmowy, jakie Autorka przeprowadza ze swymi dziećmi, chcąc nauczyć je korzystać do końca życia ze Skarbca Łask, które posiada Kościół.

Dodatkowo w Mszaliku znajdują się podstawowe prawdy katechizmowe i modlitwy, zarówno te "dziecięce", jak i "dorosłe", które można i trzeba powtarzać i odmawiać wspólnie z dziećmi (większość modlitw zapisana jest w jęz. łacińskim i polskim).

wtorek, 14 lipca 2015

10 powodów, aby uczęszczać na Mszę trydencką



Biorąc pod uwagę, że dla jednej osoby lub całej rodziny uczestnictwo we Mszy Świętej „trydenckiej” może być często niezbyt dogodne (i mam na myśli nie tylko oczywiste kwestie takie jak miejsce i czas, ale także brak odpowiedniego zaplecza w parafii oraz wrogie reakcje, które mogą się pojawić ze strony przyjaciół, rodziny, a nawet osób duchownych), zdecydowanie warto sobie przypomnieć co jest głównym powodem tego, że to robimy. Jeśli coś jest warte wysiłku, jest także warte zachowania tego – nawet kosztem pewnych ofiar.

Frithjof Schuon: Na marginesie improwizacji liturgicznych



Liturgię można traktować na dwa bardzo różne sposoby: ktoś może przyjąć pogląd, że pierwotna prostota obrzędów musi być zachowana od wszelkiego rodzaju uciążliwych naleciałości, zaś ktoś inny może przyjąć postawę, że liturgiczne ornamenty jeśli nie przyczyniają się do zwiększenia skuteczności obrzędów, to przynajmniej zwiększają ich blask, a tym samym są darem od Boga.

Punkt widzenia popierający uproszczenie liturgii może czerpać pewne uzasadnienie z faktu, że rabinizm dodał ogromną ilość praktyk i modlitw do religii mojżeszowej i że Chrystus, rzecznik duchowości, zniósł wszystkie te obrzędy i odrzucił długie i skomplikowane modlitwy wokalne, ponieważ Jego życzeniem było, by człowiek podążał swoją drogą do Boga „w Duchu i prawdzie”. Apostołowie trzymali się tego sposobu, tak samo Ojcowie Pustyni, ale stopniowo chrześcijanie stracili z pola widzenia ich uwielbienie „w Duchu i prawdzie” i zastąpili je modlitwami wokalnymi i coraz liczniejszymi obrzędami. W ten sposób narodziła się liturgia. Na początku przyjęła raczej prostą formę i była sprawowana jedynie w katedrach przy biskupie, i tylko w wigilie najważniejszych świąt, kiedy trzeba było zająć wiernych, którzy przychodzili spędzić w kościele długie godziny, ale byli słabi w modlitwie. Zostało to następnie podjęte przez mnichów, którzy z zapałem sprawowali ją codziennie. Liturgia św. Benedykta nadal była dość prosta, ale z czasem stała się bardziej skomplikowana i uroczysta.

Ten punkt widzenia niewątpliwie odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy, ale tylko w jednym aspekcie: naraziłby się na poważny błąd ten, kto polegałby wyłącznie na nim. W tym przypadku niezbędne jest w tym samym stopniu wziąć pod następujące dane: rozwój liturgiczny wynika nie tylko z negatywnego czynnika duchowego upadku coraz liczniejszych wspólnot, ale również z pozytywnego czynnika ściśle nieodzownego dostosowania do nowych warunków; i to przystosowanie – czy też rozkwit namacalnego symbolizmu – jest same w sobie czymś całkowicie pozytywnym i w żaden sposób nie sprzeciwia się najczystszej kontemplacji. Niemniej jednak należy rozróżnić tutaj dwa elementy: symbolizm form i czynności z jednej strony, i werbalne wzmocnienia z drugiej; niewątpliwie oba są przydatne, ale formalny symbolizm ze swej natury przejawia obecność Ducha Świętego w sposób bardziej bezpośredni i bezsporny, biorąc pod uwagę że to, czego uczy czysty symbol, ogólnie rzecz biorąc nie podlega ograniczeniom ekspresji słownej, ani też w szczególności pobożnemu pustosłowiu tego sposobu ekspresji, gdzie zdarza się ono pojawiać.

Pierwsi chrześcijanie nazywali siebie „świętymi”, i nie bez powodu: w Kościele pierwotnym występowała atmosfera świętości, która bez wątpienia nie mogła zapobiec pewnym zaburzeniom, ale która w każdym razie dominowała wśród większości; poczucie sacrum było, że tak powiem, czuć w powietrzu. Ta nieomal zbiorowa świętość zniknęła dość szybko, i – ludzie średniowiecza byli tym, kim byli – oczywiście dostatecznie, głównie ze względu na szybki wzrost liczby wiernych; wówczas stało się konieczne, aby obecność sacrum była bardziej namacalna, tak aby z jednej strony ludzie których perspektywy były coraz bardziej profańskie nie utracili z oczu majestatu obrzędów, a z drugiej strony tak, aby dostęp do nich nie był zbyt abstrakcyjny, jeśli można tak to ująć.

Zauważmy, że nie znajdujemy nic tego rodzaju w islamie, gdzie element tajemnicy nie zanurza się w jak gdyby materialnym kształcie sfery egzoterycznej[1]. Z drugiej strony buddyzm mahajana wykazuje rozwój liturgiczny analogiczny do tego w chrześcijaństwie; ale w żadnym z tych przypadków liturgia nie sprowadza się w całości do zwykłego ustępstwa na rzecz ludzkiej słabości, ponieważ w tym samym czasie, i z samej natury rzeczy, posiada nieodłączny walor namacalnej krystalizacji tego, co nadprzyrodzone.

Pierwszy z tych dwóch punktów widzenia, które porównywaliśmy, ten odnoszący się do pierwotnej prostoty, jest uzasadniony w tym sensie, że czysto kontemplacyjna osoba, o ile nie pragnie tego koniecznie, jest w stanie bardzo dobrze obejść się bez żadnej liturgicznej oprawy, i oczywiście wolałaby widzieć świętość ludzi zamiast świętości form obrzędowych, tak dalece jak to przedstawia ta druga opcja.

Nie chodzi tu o ignorowanie faktu, że zreformowana liturgia w Kościele katolickim jest w niektórych miejscach zbyt powierzchowna; uproszczenie liturgii jest tedy czymś, co mogłoby być rozważone, zwłaszcza, że w istnieją precedensy od Średniowiecza począwszy, i mogłoby być uzasadnione z dwóch przyczyn: pierwsza przyczyna – wewnętrzna, mająca na celu uproszczenie przejawów pobożności, które stała się w jednym i tym samym czasie zbyt wymagające i uwarunkowane, a także jednocześnie nazbyt drobiazgowo legalistyczne; druga – zewnętrzna, mianowicie potrzeba liczenia się, ale w sposób godny, wolny od skrajnego pośpiechu, z rytmem, samym w sobie nienormalnym, naszych czasów.

Głównym błędem modernistów jest wiara w to, że liturgia może być wymyślana i że starożytne liturgie były wymysłami, lub że elementy dodane w duchu pobożności również nimi są; jest to mieszanie inspiracji z inwencją i sacrum z profanum[2]. Innym nie mniej zgubnym błędem jest wiara w to, że można przeskoczyć tysiąc lub dwa tysiące lat i odtworzyć zabiegi o prostotę – i świętość! – pierwotnego Kościoła; musimy tutaj przestrzegać zasady wzrostu lub konstrukcji, albowiem gałąź nie może stać się ponownie korzeniem. Należy zmierzać ku pierwotnej prostocie uznając jej niepowtarzalność i nie wyobrażając sobie, że może być ona odzyskana za pomocą zewnętrznych środków i powierzchownych postaw; należy starać się realizować pierwotną czystość na bazie wypracowanych za pomocą Opatrzności form, a nie na bazie bezbożnego ikonoklazmu.

Uznaliśmy, że w przypadku katolickiej liturgii powrót do większej prostoty przez eliminację naleciałości wynikających z późniejszych czasów nie jest niemożliwy; jednakże nie dlatego, iż nie są one wystarczająco przystające do „naszych czasów” (rzekomo tak nieporównywalnych i nieodwołalnych), ale dlatego, że odzwierciedlają rodzaj pobożności, który nie jest pryncypialny i dlatego, że niosą ryzyko przytłumienia i przysłonięcia bardziej starożytnych i istotnych symboli. Ale jeśli naleciałości, barokowe lub inne, mają być usunięte, należy to zrobić rozważnie i z szacunkiem, i należy zaprzestać wprowadzania pedantycznych i ordynarnych form przystępności rytu, które są obrazą inteligencji wiernych.

Jeśli chodzi o zastąpienie języków liturgicznych – których wartość jest niepodważalna i nie są one jedynie kwestią przyzwyczajenia – przez nowożytne języki narodowe, należy stwierdzić, że znacznie mniej wiernych niż można by się tego spodziewać żywi minimum zainteresowania i uszanowania wymaganych do nauki aktualnych formuł liturgicznych i tolerowania tych, którzy ich nie rozumieją; religijne przystosowanie, które w pierwszym rzędzie powoduje wulgaryzację, skrajną łatwość i banalność, jest pod każdym względem całkowicie bezwartościowe[3]. Mówiąc, że wartość języków liturgicznych jest niepodważalna, mamy na myśli to, że istnieją języki, które są święte ze swej istoty i że posiadają one tę cechę z natury bądź przez przyswojenie: w pierwszym przypadku chodzi o języki, którymi przemówiły do nas Niebiosa, i o pisma – alfabety czy ideogramy – które Niebiosa zainspirowały lub potwierdziły; w drugim o niemniej szlachetne języki, które zostały uświęcone by służyć Bogu.

Wszystkie starożytne języki są szlachetne lub arystokratyczne z natury rzeczy: nie mogły zawierać w sobie żadnego pierwiastka trywialności[4], ponieważ ta wada jest bezpośrednim rezultatem indywidualizmu i pośrednim humanizmu; języki nowożytne, będąc indywidualistycznymi, są zbyt rozwlekłe, zbyt naznaczone sentymentalizmem, a zarazem zbyt ściśle logiczne[5], by nadawały się do religijnego użytku. Formuły obrzędowe wypowiedziane po francusku czy angielsku mają coś z bolesnego indywidualizmu, podczas gdy formuły w łacinie czy grece są obdarzone majestatyczną bezosobowością, która pozwala duszy znaleźć wytchnienie i uciec od swojej własnej małości[6]. Późna łacina [ang. low latin], chociaż nie jest językiem Cezara, niemniej jednak nie jest językiem pospolitym, takim jak rozliczne pochodne od niej dialekty; biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, jest językiem jeśli nie uformowanym przez chrześcijaństwo, to przynajmniej dostosowanym doń i przezeń ustabilizowanym, i być może także będącym pod wpływem duszy germańskiej, bardziej obdarzonej wyobraźnią i mniej oziębłej od duszy rzymskiej. Ponadto klasyczna łacina Cycerona nie jest wolna od samowolnych ograniczeń, jeśli ją porównamy z formą archaiczną, której pewne walory przetrwały w mowie potocznej, tak więc późna łacina, wywodząca się z połączenia dwóch języków, nie jest jedynie negatywnym zjawiskiem.

W średniowieczu Europejska umysłowość rozkwitła na podbudowie łaciny[7]; wraz z porzuceniem łaciny aktywność intelektualna stopniowo zaczęła odciskać swoje piętno na dialektach, w taki sposób, że języki nowożytne, które się z nich wywodzą, są z jednej strony bardziej elastyczne i inteligenckie, a z drugiej bardziej dosadne i profańskie niż średniowieczny sposób mówienia. Z punktu widzenia religijnego użytku rozstrzygającą właściwością nie jest filozoficzna niejednoznaczność ani psychologiczna złożoność – dość względne czynniki w każdym razie – ale ów charakter prostoty i rzeczowości, który jest właściwy dla wszystkich języków przednowożytnych; potrzeba całego dwudziestowiecznego braku wrażliwości i narcyzmu by stwierdzić, że obecne zachodnie języki, lub jakiekolwiek z nich, mogą być istotowo i duchowo lepsze od języków bardziej starożytnych, lub że teksty liturgiczne właściwie znaczą tyle samo co rozprawa czy powieść.

Nie znaczy to, że jedynie nowożytne języki europejskie są nieodpowiednie do religijnego użycia: poza zachodem, ogólna degeneracja ludzkości, która przyspiesza od kilku wieków, miała szczególny wpływ na zepsucie pewnych narzeczy istniejących na marginesie świętych języków, które im towarzyszą; przyczyną tutaj nie jest popadnięcie w trywialność, z gruntu ideologiczną i literacką jak w przypadku krajów zachodnich, ale naiwny de facto materializm, nie filozoficzny, ale nie mniej sprzyjający płaskości i płytkości czy nawet wulgarności. Niewątpliwie zjawisko to nie jest powszechne, ale istnieje i potrzebne było odnotowanie go w obecnym kontekście; jeśli chodzi o używane języki, które nie zostały poddane tego rodzaju degradacji, one również przynajmniej straciły wiele ze swojego starożytnego bogactwa, ale niekoniecznie stały się nieodpowiednie do ewentualnych celów liturgicznych.

Wypracowanie liturgii zależy z jednej strony od geniuszu religii, a z drugiej od rozważanej grupy etnicznej; jest prowidencjalne, jak rozkład i kształt gałęzi drzewa; co więcej, niewłaściwe jest, delikatnie mówiąc, krytykowanie jej w kategoriach krótkowzrocznej retrospektywnej logiki[8] i pragnienie poprawienia jej tak, jak gdyby była jedynie przypadkowym następstwem zdarzeń. Przyjmując, że Kościół łaciński ma prawo do istnienia, łacina jest niewzruszonym aspektem jego natury i jego ducha.

Innowatorzy niestrudzenie afiszują się z abstrakcyjnym i ideologicznym argumentem „czasów”: ten zwrot-tabu znaczy dla nich, że wszystko, co w rzeczywistości jest usytuowane w tym, co nam dzisiaj wydaje się być „przeszłością”, jest tym samym „przestarzałe” i „staroświeckie”, i odwrotnie – to, co jest usytuowane w tym, co wydaje się nam subiektywnie „teraźniejsze”, lub dokładniej mówiąc to co oni arbitralnie wybierają i identyfikują z „naszymi czasami” (jak gdyby inne współczesne zjawiska nie istniały lub należały do innej epoki) – cała ta arbitralnie rozgraniczona rzeczywistość jest przedstawiana jako „kategoryczny imperatyw” poddany „nieodwracalnemu” ruchowi. W rzeczywistości tym, co nadaje czasowi jego znaczenie są następujące czynniki: po pierwsze, stopniowa dekadencja rodzaju ludzkiego, zgodnie z prawem cyklu; po drugie, stopniowe dostosowanie religii do zbiorowości jako takiej; po trzecie, dostosowanie do różnych grup etnicznych; po czwarte, jakościowe oscylacje tradycyjnych zbiorowości w objęciach przepływu doczesności. Dzięki jednemu z tych czynników, lub ich różnych kombinacji, wszystko można określić biorąc jako wyjaśnienie „nasze czasy”.

Jeśli chodzi o adaptację religii w swoim pierwszym okresie do całego społeczeństwa, dotyczy to przejścia od etapu „katakumbowego” do etapu religii państwowej; jest całkowicie fałszywe twierdzenie, że tylko pierwszy etap jest normalny, a drugi, lub jak ktoś woli „konstantyński” etap, stanowi jedynie nieprawowity, obłudny i niewierny stan petryfikacji. Religia nie może pozostać na zawsze w kołysce, z definicji musi stać się religią państwową, a w konsekwencji poddać się adaptacjom – w żaden sposób nie obłudnym, ale po prostu realistycznym – których wymaga nowa sytuacja. Nie może jedynie sprzymierzyć się z rządzącymi siłami, pod warunkiem oczywiście, że władza podporządkowuje się jego zaleceniom; z tego powodu należy rozróżnić odtąd dwa Kościoły: Kościół instytucjonalny, niezmienny z powodu swojego Boskiego pochodzenia i Kościół ludzki, z konieczności polityczny przez powiązanie z całym społeczeństwem, w przypadku braku którego chrześcijaństwo nie zaistniałoby na Ziemi jako wielka religia. Przyznając, że państwowy Kościół jest zły – a jest właśnie tak do takiego stopnia, do jakiego człowiek jest zły – Kościół Święty go potrzebuje by uchować się w czasie i przestrzeni; to z tego ludzkiego i imperialnego Kościoła wypływa jakościowe przedłużenie pierwotnego Kościoła, który jest Kościołem Świętych. Ponadto z tym przejściem od „Kościoła katakumb” do „Kościoła konstantyńskiego” koniecznie koresponduje readaptacja liturgiczna i teologiczna, która nie jest w stanie przemówić do całego społeczeństwa tak jakby mówiła do garstki mistyków.

Wyróżnione zostało również przystosowanie do prowidencjalnych grup etnicznych, którymi w przypadku chrześcijaństwa są ogólnie rzecz biorąc – po Żydach – Grecy, Rzymianie, Germanie i niewielka część mieszkańców Bliskiego Wschodu. W tym miejscu znów nie należy mówić o „czasie” kiedy mamy do czynienia z czynnikami, które zależą nie od epoki jako takiej, ale od naturalnego rozwoju, który może mieć miejsce w różnych epokach. Teologiczne i liturgiczne formy wyraźnie zdradzają pokrewieństwo wobec mentalności etnicznych, przynajmniej w takim zakresie, w jakim w tej dziedzinie może pojawić się kwestia różnorodności.

Pozostaje paradoksalny problem tego co stanowi w pewnym sensie stopniowe objawienie religijnego ducha. Z jednej strony, religia przejawia w swoim pochodzeniu maksymalną świętość; z drugiej strony wymaga czasu, by zaszczepić się mocno w ludzkiej glebie, gdzie musi utworzyć ludzkość w swoim własnym obrazie, aby doprowadzić do maksymalnego rozkwitu intelektualnych i artystycznych wartości przypadających na nowy rozkwit świętości, co może sprawić że niektórzy pomyślą o ewolucji; to niewątpliwie ma miejsce, ale tylko w określonym ludzkim względzie i nie w kategoriach wewnętrznej duchowości. W każdym cyklu religijnym należy rozróżnić cztery etapy: etap „apostolski”, następnie etap pełnego rozwoju, po którym przychodzi okres dekadencji, a następnie wreszcie ostateczny etap rozkładu; katolicyzm jednakże wykazuje pewną nieprawidłowość, gdyż okres jego rozwoju został brutalnie przerwany pod wpływem całkowicie obcego chrześcijańskiemu duchowi prądu, mianowicie Renesansu, tak więc w tym przypadku okres dekadencji został umieszczony w całkowicie nowym wymiarze.

Dla innowatorów wyrażenie „nasze czasy” nie jest oczywiście całkowicie pozbawione znaczenia; w praktyce jest identyfikowane z relatywistyczną ideą ewolucji, i wszystko co należy do przeszłości jest oglądane z fałszywej perspektywy, która ostatecznie redukuje wszystkie zjawiska do ewolucyjnych lub doczesnych nieuchronności, natomiast ilekroć chodzi o wartości duchowe to, co zasadnicze leży całkowicie w wiecznej teraźniejszości i we właściwości Absolutu.

Wychodząc ze stanowiska, że liturgia jest zewnętrznym przyobleczeniem duchowego porządku i że w religijnej, a więc normalnej, cywilizacji nic nie jest całkowicie niezależne od sacrum, trzeba przyznać że liturgia w najszerszym tego słowa znaczeniu obejmuje wszystkie artystyczne i rzemieślnicze formy, o ile da się je przystosować do sfery świętości, i że z tego powodu te formy nie mogą być czymkolwiek[9]; niezależnie od faktu, że w praktyce należy rozumieć przez „liturgię” tylko te formy, które są bezpośrednio święte lub odnoszą się do kultu. Zasadniczą sprawą jest to, że w Europie liturgia brana w najszerszym znaczeniu była przez wiele wieków radykalnie fałszywa, jakby widzialne i niewidzialne nie miało już ze sobą żadnego związku; absurdem byłoby twierdzić, że taki stan rzeczy nie wpływa na porządek duchowy, jeśli chodzi o generalne warunki rządzące otoczeniem i rozwojem. Poszczególny święty może nie potrzebuje zmyślnego i estetycznego symbolizmu, ale społeczeństwo go potrzebuje i społeczeństwo powinna być w stanie wydawać świętych; czy komuś się to podoba czy nie, wielkie rzeczy na tym świecie są związane z małymi, przynajmniej zewnętrznie, i byłoby nienaturalne widzieć zewnętrzne przejawy tradycji jedynie jako sprawy dekoracyjne.

Wróćmy jednak do liturgii właściwie rozumianej, a dokładniej do problemu możliwości jej readaptacji. Nie ma takiego rodzaju miłości, który pozwala na i domaga się degradacji; umieścić siebie na poziomie dzieciństwa lub naiwności to jedno, zniżyć się do poziomu wulgarności czy pychy to drugie. Wierni narzucili sobie ideę „ludu bożego” lub nawet „ludzi świętych”, i zasugerowano im funkcję kapłańską o jakiej nawet nigdy nie myśleli, i to w czasach, kiedy ludzie są tak dalecy od świętości jak tylko się da, tak bardzo, że uważa się za konieczne obniżyć do ich użytku poziom liturgii, a nawet całej religii. To wszystko jest tym bardziej absurdalne, że ludzie wciąż zasługują na coś znacznie lepszego niż obniżanie do ich poziomu, czego się od nich wymaga w imię całkowicie nierealistycznej ideologii; pod pozorem wprowadzania liturgii na poziomie ludzi, to właśnie ludzie są zmuszani do obniżenia się do poziomu tego substytutu liturgii[10]. Z wszech miar słuszne będzie przypomnieć sobie słowa św. Ireneusza: „Nie może być żadnego zwycięstwa nad błędem przez poświęcenie któregoś z praw prawdy”.

Człowiek umiera samodzielnie, jest osądzany samodzielnie; samodzielnie jest odpowiedzialny za swoje czyny, samodzielnie staje przed Bogiem. Żadna wspólna modlitwa nie zastąpi modlitwy osobistej; intymny dialog między duszą a Bogiem jest nieprzekazywalny i nie do zastąpienia. Żadne wspólne regulacje na świecie nigdy tego nie zmienią. Tym do czego człowiek dąży w świątyni jest chwila samotności ze Stwórcą; tym lepiej jeśli świątynia chroni samotność więcej niż jednego człowieka.

Udawanie, że starożytna i normalna, lub kapłańska i tym samym arystokratyczna liturgia jest po prostu wyrazem „epoki”, jest po prostu fałszywe z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że słowo „epoka” nic nie znaczy i nie wyjaśnia, przynajmniej w porządku wartości rozpatrywanej kwestii; a po drugie dlatego, że przesłanie liturgii, lub jej racja bytu, leży w rzeczywistości poza i ponad doczesnymi uwarunkowaniami. Jeśli ktoś wchodzi do świątyni, to w celu ucieczki od czasu; w celu znalezienia „Niebieskiego Jeruzalem”, które uwalnia nas od naszej ziemskiej chwili. Zasługą dawnych liturgii nie jest to, że wyrażały swój moment historyczny, ale że wyrażały coś, co za nim szło; i jeśli to coś odcisnęło piętno na epoce, to oznacza że epoka cieszyła się posiadaniem strony ponadczasowej, tak że mamy wszelkie powody, by oddać się jej [epoce] do tego stopnia, do jakiego posiadała tę cechę. Jeśli „nostalgia za przeszłością” pokrywa się z nostalgią za sacrum, jest cnotą, nie dlatego że sama w sobie jest skierowana do przeszłości, co byłoby całkowicie pozbawione znaczenia, ale dlatego że jest skierowana ku sacrum, która przekształca cały czas trwania w wieczną teraźniejszość i która nie może znajdować się w innym miejscu niż „obecne” wyzwolenie w Bogu.


PRZYPISY:

[1] Oznacza to, że element liturgiczny, bardzo powściągliwy, nie jest nad-dodatkiem, ale zawiera się w Sunnie, a jego istotą jest śpiewanie Koranu. W judaizmie przykładem liturgii, która jest jednocześni bardzo bogata i w całości uzewnętrzniona jest Tora.

[2] Pewien teolog miał nawet czelność napisać, że św. Paweł aby głosić boskie przesłanie musiał je „wymyślić”, co jest najbardziej rażącym jak i najbardziej zgubnym błędem jaki można sobie w tej dziedzinie wyobrazić.

[3] W wielu przypadkach języki narodowe niosą ryzyko stania się instrumentem alienacji i kulturowej tyranii: uciskane narody muszą odtąd mieć Mszę w języku okupanta, który ma się stać ich językiem, a plemiona mówiące językami archaicznymi – językami, które w ten sposób są zdolne do użytku liturgicznego, choć nie są szeroko rozpowszechnione – łacinę będą miały zastąpioną innym obcym językiem, lingwistycznie gorszym od własnego, a ponadto naładowanym skojarzeniami odległymi od sacrum; Siuksowie będą mieli Mszę nie w ich szlachetnej lakocie ale w angielszczyźnie Dalekiego Zachodu. Bez wątpienia niemożliwe jest przetłumaczenie Mszy na wszystkie języki indiańskie i murzyńskie, ale to nie o to chodzi, gdyż Msza po łacinie faktycznie istnieje.

[4] We wczesnych wiekach „lud” posiadał w dużej mierze naturalny arystokratyczny charakter, który wypływa z religii; jeśli chodzi o „plebs” – składający się z ludzi, którzy nie starają się wznieść ponad siebie – nie możemy w ogóle określić charakteru tego języka. Jedynie demokracja stara się z jednej strony asymilować „plebs” do „ludu”, a z drugiej strony zniżyć tych drugich do tych pierwszych; uszlachetnia to, co jest niskie i poniża to, co szlachetne.

[5] Tj. nadmiernie stawiają kropkę nad „i” – do czego jest zmuszony również autor niniejszego artykułu – ale nie pisze on dla średniowiecznego czytelnika, jak i niekoniecznie myśli on w zupełnie taki sam sposób jak pisze.

[6] Należy zauważyć, że te piękne odcienie znaczenia zdają się uciekać również wielu prawosławnym, którzy wydają się rozumować w ten sposób: jeśli słowiański, który nie jest greką, jest godny użytku liturgicznego, nowożytny francuski, który jest już ni więcej ni mniej grecki, jest również godny takiego wykorzystania. Jeśli ktoś jest czuły na duchowe podteksty i mistyczne wibracje form, nie może zrobić nic aniżeli ubolewać nad tymi fałszywymi ustępstwami, które zresztą nie są ograniczone tylko do sfery języka, a które zubożają i zniekształcają wyraziste splendor kapłańskiego geniuszu prawosławia.

[7] Łacina niemniej jednak nie posiadła każdego rodzaju wyższości. Włoszczyzna Dantego posiada wiele więcej cech muzycznych i wyobrażeniowych; niemiecczyzna Walthera von der Vogelweide i Mistrza Eckharta ma większą plastyczność, większą moc intuicyjną i sugestywną i ma bardziej symboliczny charakter niż łacina. Ale łacina cieszy się oczywistym prymatem w stosunku do swoich pochodnych i późniejszych dialektów germańskich; jest ponadto językiem Imperium Rzymskiego i narzuca się z tego powodu, zważywszy ponadto, że nie ma sposobności by wyobrazić sobie mnogość języków liturgicznych w tym językowo i kulturowo nadmiernie podzielonym sektorze.

[8] Jest rzeczą oczywistą, że logika jest dopiero przekonywująca, jeśli dysponuje odpowiednimi danymi i wyciąga z nich rzeczywiste wnioski. Ale jest też kwestia wyobraźni, nie tylko logiki: wyobraźnia, która jest całkowicie swobodna w świecie zgiełku i wulgarności, w momencie uznania wszystkiego co nie należy do niej za anormalne i absurdalne, pozbywa się całego prawa do wypowiadania się na temat świętych spraw.

[9] Każdy, kto chce zobaczyć ściśle liturgiczną, a nawet prawdziwie niebiańską sztukę powinni odwiedzić Sainte Chapelle, lub Bazylikę św. Marka w Wenecji (oddzielnie późniejsze mozaiki). Ludzie przypisują sztuce baroku jakąś „mistykę radości”, w rzeczywistości jego charakter bajkowego nadęcia i rozkładu żywi się satanizmem, mówiąc bez przesady, to jest raj w koszmarze. Grecko-rzymski klasycyzm nigdy nie może być ostatecznie zharmonizowany z mentalnością chrześcijańską, nawet zafałszowaną jak to się stało w renesansie; ale zamiast wrócić do stylu romańskiego i gotyckiego starano się zaspokoić potrzebę polotu i muzykalność od dołu, stąd styl barokowy – uprzednio stworzony ponętnym przez Michała Anioła – i jego nieopisane przedłużenie w XVIII wieku.

[10] Najbardziej sporny Sobór chciał „otworzyć okno”, ale okno powinny być otwarte ku niebu! To okno było już otwarte: była nim starożytna liturgia. Prawdą jest, że istnieją inne możliwe otwarcia, także w kierunku nieba, ale nigdy nie będą takie jak ten o którym wspomniano.

Źródło: Studies in Comparative Religion, Vol. 4, No. 4 (Autumn, 1970)

Tekst opublikowany pierwotnie na Xportal.pl

Źródło informacji: http://bdp.xportal.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.