_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dystrybucjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dystrybucjonizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ani kapitalizm, ani socjalizm



I

Dystrybutyzm to długie i niezdarne słowo, które wchodzi do użytku opisując bardzo prostą i normalną rzecz: system społeczeństwa, w którym przeciętny obywatel posiada tyle własności, ile potrzeba aby zapewnić mu i jego rodzinie wolność gospodarczą. Był czas, kiedy wszyscy brali za pewnik, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, że przeciętny wolny obywatel jest właścicielem — przeważnie właścicielem ziemi, a jeśli nie właścicielem ziemi, to właścicielem firmy, lub mistrzem w swoim rzemiośle. Jednak dzisiaj, wszędzie tam, gdzie rządzi kapitalizm przemysłowy — a rządzi on naszymi głównymi gałęziami przemysłu, w tym systemem transportu — zaistniał niebezpieczny i nienaturalny stan rzeczy. Większość ludzi nadal określa się mianem wolnych obywateli, ponieważ pozostaje politycznie wolna; jednakże nie są to osoby wolne gospodarczo. Nie posiadają już niezbędnych środków do życia. Żyją jedynie na łasce pracodawców posiadających takie środki — rezerwy żywności, odzieży, wolne pokoje i środki produkcji — lub dzięki wsparciu ze strony społeczności, wydzielanemu przez funkcjonariuszy.

W obecności tego bezprecedensowego urządzania społeczeństwa, trzeba było znaleźć nowe słowo na opis dawnej rzeczy, która istniała bezimienna głównie dlatego, że brano ją za oczywistość i dlatego, że była powszechna. Osobiście wolałbym określenie „ustrój własnościowy”, choć jest stosunkowo długie i pedantyczne. Ale odpowiadając na istniejące modele socjalizmu i kolektywizmu, uzgodniono słowo dystrybutyzm. Skoro socjalista pragnie lub akceptuje ustrój społeczeństwa, w którym środki produkcji przysługują wspólnocie (samemu społeczeństwu, zbiorowości), to dystrybutysta pragnie społeczeństwa, w którym środki produkcji są rozpowszechniane jako własność pośród wielu jednostek państwa — tzn. pośród rodzin i osób, które je tworzą.

Zacznijmy teraz od tego, że pozwolę sobie podkreślić pewne negatywne punkty związane z tym naszym credo, które stanowiło część żywej pamięci, a teraz brzmi tak dziwnie w uszach wielu współczesnych osób. Dystrybutyzm nie proponuje równego podziału środków między kilka osób lub rodzin danego państwa. To koncepcja mechaniczna, nieludzka i przeciwna, a nawet sprzeczna z duchem, który skłonił ludzi do wysiłku związanego z powrotem (o ile to jeszcze możliwe) do słusznego podziału własności prywatnej. Człowiek nie staje się nieszczęśliwy ani nie zaznaje poczucia degradacji tylko dlatego, że inny człowiek jest bogatszy niż on sam; jego cierpienie staje się nieludzkie i nietypowe tylko wówczas, kiedy nie ma możliwości życia jako człowiek wolny. Można być wolnym nie będąc bogatym, ale nie sposób być wolnym będąc pozbawionym środków do życia.

Znowuż, dystrybutyzm nie oznacza posiadania wystarczającej ilości ziemi lub kapitału przez wszystkie rodziny lub osoby w państwie. Taki może być ideał, lecz nie jest to cel praktyczny, do którego zmierzamy i który uznajemy za możliwy. W praktyce, nawet gdy własność jest gwarantowana i dobrze rozdzielona, to wśród ludzi zawsze znajdzie się mniejszość, która nie może tego wytrzymać, pewna, mniej lub bardziej liczna, wyjątkowa grupa niepoprawnych rozrzutników. Co więcej, zawsze znajdzie się też pewna, mniej lub bardziej liczna, wyjątkowa grupa osób, które nie tylko nie mają apetytu na wolność gospodarczą, a wręcz traktują ją z niechęcią i preferują zrzucenie odpowiedzialności za utrzymanie się przy życiu na barki osób trzecich.

Nie, celem dystrybutystów jest społeczeństwo, w którym żyje tak duża ilość wolnych gospodarczo obywateli, że nadają oni ton całej wspólnocie. Wszyscy znamy różnicę dotyczącą wsi, gdzie rolnicy żyją bezpiecznie na własnej ziemi, i przemysłowych terenów miejskich, gdzie wielkie skupiska ludzi kierują się w stronę nieuniknionej pracy na dźwięk syreny fabrycznej. W pierwszym z tych miejsc może funkcjonować znaczna liczba osób, które nie posiadają nic, które pracują najmowane przez rolników, lub które parają się służbą domową u bogatych mieszkańców okolicy. Jednak ton tego miejsca jest tonem własności, sygnałem wolności gospodarczej. W drugim przypadku możemy dostrzec drobnego sprzedawcę posiadającego odrobinę niezależności gospodarczej, możemy zauważyć też wielu ludzi posiadających własne domy, a także znaczną grupę posiadaczy niewielkich ilości obligacji przemysłowych, municypalnych lub państwowych, jednak ton całego miejsca jest dźwiękiem proletaryzmu, tak jak ton pierwszego miejsca jest dźwiękiem dystrybutyzmu.

Wreszcie też, dystrybutyzm zdecydowanie nie oznacza własności środków produkcji w postaci niewielkich ilości nieskomplikowanych narzędzi. Nie oznacza powrotu do ławki ciesielskiej, lokalnego kowala, ręcznego tkactwa i druku; tak jak nie oznacza też w transporcie powrotu do zaprzężonych w konie furmanek. Proste społeczeństwo oparte na drobnym rzemiośle można przedkładać nad społeczeństwo wysoce złożone, które opiera się na skoncentrowanej maszynerii; można nawet utrzymywać, że drobny przemysł i drobne rzemiosło są czymś stałym, a nasze wielkie, nowoczesne skupiska muszą nieuchronnie upaść, prędzej lub później; ale wszystko to nie ma nic wspólnego z definicją dystrybutyzmu. Linia kolejowa łącząca dwa wielkie miasta wymaga wysokich nakładów kapitału, ale sama z siebie nie wymaga tego, by kapitał należał do jednego człowieka albo też kilku ludzi. Kapitał może mieć postać udziałów, które są szeroko rozpowszechnione. Zarządzanie pożyczką narodową wymaga dużej koncentracji kapitału, ale nie istnieje żadna konieczność aby obligacje znajdowały się w posiadaniu garstki osób; równie dobrze mogą należeć do osób i rodzin stanowiących masę wspólnoty.

Warto położyć nacisk na ten ostatni punkt, ponieważ wokół niego panuje wielkie zamieszanie. Nie tylko wrogowie dobrze podzielonej własności prywatnej i programu dystrybutywnego wyśmiewają go i bagatelizują jako niemożliwy do realizacji we współczesnym, wielkim przemyśle, ponieważ ten wymaga koncentracji kapitału, to jeszcze wielu przyjaciół dystrybutyzmu czuje pod tym względem zakłopotanie. Chcieliby uświadczyć wskrzeszenia drobnego rzemieślnika. Ubolewają nad szkodami wyrządzonymi społeczeństwu przez wielki przemysł, zapominają jednak, że tak jak drobne rzemiosła mogą być poddane ekonomicznej niewoli, tak i wielki przemysł może być spółdzielczą własnością gildii, lub dużej liczby akcjonariuszy. Nie było w przeszłości takich wybrakowanych form społeczeństwa, w których to drobny rękodzielnik był niewolnikiem. Nie mieliśmy też w przeszłości ani obecnie do czynienia z usterkowymi formami społeczeństwa, w których drobny rzemieślnik i drobny rolnik byli nieszczęśnie zależni od poborców podatkowych i lichwiarzy. Tych dwóch idei, tzn. drobnego rzemiosła, niewielkich hodowli, itd., oraz podziału własności, nie należy ze sobą mylić. Mają wspólne duchowe odniesienia, lecz nie są ze sobą tożsame.

Od tej listy rzeczy, którymi dystrybutyzm nie jest, przejdźmy teraz do rozważań nad tym, czym jest filozofia społeczna dystrybutyzmu.

Pragniemy lepszej dystrybucji własności prywatnej, w ilości co najmniej wystarczającej do tego, aby zapewnić swobodę działania przeciętnemu człowiekowi. Posiadanie jest dla człowieka czymś naturalnym, tak jak i korzystanie z dobytku w zgodzie z własną wolą. Układać życie według uznania innych ludzi, nie mających zwierzchnictwa innego niż własność środków produkcji, nie jest normą zgodną z ludzkim instynktem. Istnieją uwarunkowania, w których życie ludzkie musi podlegać kontroli: np. w celu zaprowadzania porządku w armii lub grupie religijnej, albo ratowania osób będących w niebezpieczeństwie, takich jak dryfujący na tratwie rozbitkowie. W takich przypadkach można, a czasami trzeba tłumić działanie woli indywidualnej, a w niektórych przypadkach nawet takie jej działanie nad przedmiotami materialnymi, które nazywamy posiadaniem. Żołnierz działa na rozkaz, mnich i rozbitek nie posiadają nic; pierwszy ponieważ dla określonego celu porzucił naturalne dla człowieka prawo do własności, pozostali, ponieważ zostali do tego zmuszeni przez wyjątkowe okoliczności. Załoga rozbitków może ocaleć tylko jako ciało komunistyczne; mnich może spełnić swoje powołanie tylko jako członek ciała komunistycznego. Ale w obu przypadkach cały sens takiego członkostwa polega na tym, że stanowi ono wyjątek od powszechnego biegu wydarzeń; w pierwszym przypadku jest to wyjątek dobrowolny, w drugim zaś (przynajmniej na pewien czas) nieuchronny.

Kiedy ludzie są jednocześnie wolni politycznie i zniewoleni gospodarczo (ponieważ nie posiadają środków produkcji i nie mogą żyć za wyjątkiem tego, co pozostawi im ich pan) wówczas nazywają się proletariuszami, a w ujęciu ogólnym nazywa się ich proletariatem.

Ktoś może kłócić się także z tym terminem. Pochodzi on bowiem od starego terminu rzymskiego, który oznaczał coś zupełnie innego. Jednak znowuż, rzeczy potrzebują nazw i jest to przyjęta nazwa na określenie tych niezwykle nieludzkich warunków ludzkiego życia. Gdy pojawia się proletariat, tzn. gdy istnieje tak duża liczba obywateli wywłaszczonych z jakiejkolwiek użytecznej ilości majątku, że narzuca swojego ducha masom społeczeństwa, to mówimy, że jest to społeczeństwo kapitalistyczne.

I znowu mamy do czynienia z nienajlepszym określeniem; bez użycia kapitału nie może być mowy o jakiejkolwiek produkcji bogactwa; w tym sensie każde społeczeństwo jest kapitalistyczne. Kiedy mężczyzna mówi o zniesieniu kapitału w przemyśle, to równie dobrze może mówić o zniesieniu powietrza w oddychaniu. Dyskusja nie dotyczy tego czy powinien istnieć kapitał, ale kto powinien go kontrolować. Jednak termin ‚kapitalistyczne’ używany jest jako pewien rodzaj skrótu na opis społeczeństwa, w którym mniejszość kontroluje środki produkcji, a cała reszta, czyli proletariat, żyje w zależności od łaski takich kontrolerów. Kapitalistyczne w tym sensie stały się obszary przemysłowe świata —i wiemy, jaki jest tego wynik. Próba połączenia wolności politycznej z brakiem wolności gospodarczej nie jest zjawiskiem możliwym na stałe, a tymczasem widzimy ciągłe zamieszanie, straty i bezpośredni konflikt interesów między tymi obywatelami, którzy faktycznie tworzą bogactwo, dzięki któremu żyją, a tymi, którzy kontrolują produkcję tego bogactwa i tym samym jego producentów.

Spośród niezliczonych przypadków zła wynikających z tak bardzo nienaturalnego i zaburzonego stanu rzeczy, najgorsze są, jak zawsze, przypadki zła duchowego.

II

Ta efemeryczna, lecz ostra faza historii społecznej, którą nazywamy kapitalizmem, a dla której lepszym określeniem byłby proletaryzm, podporządkowuje wolnych ludzi woli innych obywateli, ich politycznych rówieśników, do tego podporządkowania zmuszając wielu zwykłą siłą. Nie ma tam więzi obowiązku, która pojawia się wraz ze statusem, nie ma zobowiązania do lojalności, ani żadnej wzajemności usług. Człowiek, który nie ma nic musi pracować dla człowieka, który posiada towary, a jako że obaj są całkowicie wolni, człowiek, który nie ma nic może zgodnie z prawem zostać w dowolnej chwili pozbawiony źródeł utrzymania z powodu chwilowej zachcianki tego, który towarami dysponuje. Materialne przypadki zła, które towarzyszą temu duchowemu złu poniżającego podporządkowania, pozbawione są jakiejkolwiek wymuszającej je sankcji moralnej; stanowią o niepewności utrzymania niemal wszystkich ludzi, a także są trwałą miarą niedostatku znacznej części społeczeństwa.

Powinno być zatem jasne, że upowszechniwszy się, ów stan rzeczy stał się do zniesienia. Tak długo, jak ograniczony był do stosunkowo małego odsetka ludzi, to kuśtykał naprzód choć przy sporych tarciach; gdy jednak staje się on regułą, a masa ludzi to pracownicy najemni na łasce mniejszości kapitalistów, to pewnym jest, że o ile zarobkujący pozostaną wolni politycznie to w końcu się zbuntują. Wiemy, że rebelia ta porwała ze sobą świat pracy, ingerując weń przez spiski, strajki i blokadę fabryk, czyli wszystkie elementy wzbierającej wojny domowej. Istnieją zaledwie trzy sposoby na przywrócenie pokoju i osiągnięcie stabilności społecznej. W pierwszym wariancie musimy znieść kapitalizm oddając środki produkcji w ręce urzędników państwowych, w którym to przypadku wszyscy obywatele utracą wolność i staną się niewolnikami państwa komunistycznego. Całkowicie wolni posiadacze kapitału utracą całą swoją wolność, zaś na-wpół wolny proletariat straci resztki tej wolności, którą miał dotychczas.

W drugim przypadku możemy zniewolić proletariat i siłą zmusić ludzi do pracy na zysk właścicieli. Innymi słowy, możemy przywrócić prywatne niewolnictwo. Jest to bardzo trwały i stabilny sposób na urządzenie społeczeństwa; wszyscy z niego wyszliśmy i byłoby naturalne, jeżeli mielibyśmy do niego powrócić. Istotnie, ktokolwiek obdarzony dalekowzrocznym spojrzeniem może ten powrót przewidzieć, już teraz dostrzegając zalążki państwa niewolniczego.

Jeśli odrzucimy te dwa rozwiązania — rozwiązanie komunistyczne i państwo niewolnicze — to zostanie nam rozwiązanie właścicielskie, ustanowienie systemu społecznego, w którym własność jest zasadą ogólną, a uniwersalnej wolności politycznej towarzyszy powszechna wolność gospodarcza; społeczeństwa, w którym zwyczajny obywateli jest właścicielem gruntu, domostwa, lub obu, a także partycypuje w zyskach przedsiębiorstw handlowych, posiada obligacje skarbu państwa lub czerpie dochody z inwestycji, jak również z własnej pracy. Dobrze wiemy, że taki stan społeczeństwa może istnieć, ponieważ w niedalekiej przeszłości byliśmy jego częścią; za ludzkiej pamięci Stany Zjednoczone były społeczeństwem dystrybutywnym, a Dania była nim niemal całkowicie. Rząd Włoch obrał dziś za cel dystrybutyzm, a niezależni Irlandczycy uczynili go główną częścią swojego programu politycznego.

Nieuchronnie, na drodze do osiągnięcia takiego stanu rzeczy stoją bardzo duże przeszkody. Wielu chciałoby określić je mianem przeszkód nie do pokonania. Po pierwsze, jak zawsze pojawiają się czynniki duchowe. Ludzie przyzwyczaili się do kapitalizmu i myślenia w kategoriach pracownika najemnego i pracodawcy. Powrót do odmiennej atmosfery jest czymś trudnym. Idźmy dalej, niemal wszystkie nasze obecne prawa i przepisy sprzyjają, w drodze konkurencji, wielkim akumulacjom. Sprzyja im także rosnąca szybkość przekazu informacji i zamówień, a także rosnąca wydajność maszyn.

Ale wszystkim tym czynnikom oddającym kontrolę nielicznej grupie osób, można przeciwdziałać. Możesz zachować scentralizowaną i drogą maszynerię w produkcji i transporcie, ale za to w przedsiębiorstwach z tych sektorów dokonać indywidualnego rozdzielenia udziałów. Możesz wspomóc rozdrobnienie własności wprowadzając opodatkowanie różnicujące, które obciąży wielkie koncentracje bogactwa, lecz współcześnie nie używamy go do tego celu. Uczyniwszy tak moglibyśmy osiągnąć lepszy podział. Nie wystarczy jednak nakładać dużych podatków na bogaczy; należy użyć wpływów do wspomagania drobnej własności zwykłych ludzi, zarówno przy pomocy dotacji, jak i oferując premie za zakup kapitału przez drobnych właścicieli, natomiast kary za akwizycje dokonywane przez kolosów. Opodatkowanie różnicujące może stopniowo wygaszać działalność sieci handlowych i hipermarketów; natomiast w istotnym obszarze inwestycji publicznych można zadbać o to, by podczas emisji obligacji municypalnych lub państwowych drobny subskrybent był faworyzowany, natomiast duże podmioty napotykały utrudnienia.

Z wystarczająco silną wolą do tworzenia drobnej, szeroko rozpowszechnionej własności, można ów cel z pewnością osiągnąć: trudności jednak pojawią się podczas prób utrzymania stabilności takiego stanu rzeczy. Dwie formy niewolnictwa, komunizm i niewolnictwo osobiste, pozostają stabilne same z siebie; jednak, tak jak utrzymanie wolności politycznej wymaga stałej, czujnej postawy obronnej, tak też wymaga jej wolność gospodarcza —a stałość czujności obronnej jest trudno utrzymać. Ponadto, jeśli pozostawić ją bez koordynacji, zależną od konkurujących ze sobą jednostek, to utrzymanie jej staje się niemożliwe.

W związku z tym, aby uczynić państwo własnościowe stabilnym, konieczne są prawa (lub przepisy celne z mocą praw), które utrudnią alienację drobnego właściciela, a dodatkowo zabezpieczą jego udział w środkach produkcji. Uczynią to dziedziczne prawa do sukcesji, tak jak i opodatkowanie różnicujące, które faworyzuje niewielkiego nabywcę kosztem nabywcy dużego, kiedykolwiek tylko dochodzi do transferu kapitału lub ziemi. Jednak najlepszym spośród wszystkich instrumentów służących utrzymaniu stabilnej, drobnej własności jest gildia.

Jeśli będziemy w stanie przywrócić gildię, to powinniśmy odnieść sukces. Gdy ludzie należą do takich certyfikowanych konfraterni mających za sobą siłę państwa, wówczas to, raz osiągnięta, drobna własność pozostanie bezpieczna. Gildia reguluje swoje własne sprawy, w obrębie własnych granic ustanawia ograniczenia konkurencji , dba o sukcesję pokoleń wolnych rzemieślników oferując praktyki, (które stanowią formę inicjacji), określa ceny wyprodukowanych towarów (kolejny środek wyważenia konkurencji), reguluje również metody produkcji; posiada wszystkie korzyści i zdolność obchodzenia się z własnością w taki sposób, który utrwala ją mimo zagrożeń ze strony konkurencji. Jeśli chcemy zbudować państwo dystrybutywne to gildia musi być kamieniem węgielnym tego łuku; dopóki ludzie nie zostaną wyszkoleni w kwestii idei gildii, dopóki gildie nie zostaną ustanowione i na naszych oczach nie zaczną funkcjonować, dopóty wszelkie próby przywrócenia państwa własnościowego spełzną na niczym.

Jest jeszcze jeden, ostatni warunek, bezpieczne państwo dystrybutywne musi zawierać duże pole manewru dla działalności państwowej, nie tylko politycznej, ale i gospodarczej. Wszelkie formy monopolu muszą znajdować się pod, bardziej lub mniej rozwiniętą, kontrolą państwa. Nie może być mowy o państwie dystrybutywnym bez silnej władzy wykonawczej, która drobnego właściciela zabezpieczy przed agresją wielkich podmiotów. W większości wspólnot średniowiecznych funkcja ta była sprawowana przez króla; sama nazwa nie ma znaczenia, ale urząd ten jest niesłychanie ważny. Społeczeństwo pozbawione silnej, centralnej władzy wykonawczej, jest nieuchronnie skazane na plutokrację.

Hilaire Belloc


The American Mercury (lipiec 1937), ss. 309-316,

Źródło informacji: http://www.dystrybucjonizm.pl/

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Czym jest dystrybucjonizm?




Jakie są źródła kryzysu trapiącego Zachód? Jaką rolę własność odgrywa w życiu społecznym i politycznym? Jakie są podstawowe założenia dystrybucjonizmu? Z o. Ianem Boydem C.S.B., założycielem „The Chesterton Review” i dyrektorem Instytutu na rzecz Wiary i Kultury im. G.K. Chestertona, rozmawia Mateusz Ziomber.

środa, 23 kwietnia 2014

Piotr Chojnowski: Korporacjonizm chrześcijański. Prawdziwa szkoła z Salamanki


The Distributist Review


KORPORACJONIZM CHRZEŚCIJAŃSKI

Prawdziwa szkoła z Salamanki

„W ekonomii rynkowej jednostka ma wolność, by działać w obrębie prywatnej własności i rynku. Jej wybory są ostateczne” – pisze Ludwig von Mises w traktacie ekonomicznym Ludzkie działanie. Kiedy czytamy takie stwierdzenie prekursora nowoczesnego neoliberalizmu (który w USA przejawia się w ruchach zwanych libertarianizmem i neokonserwatyzmem), nie czujemy się zdziwieni. Von Mises – kulturowo Polak, politycznie Austriak, a praktycznie i filozoficznie ateista – uznawał wolicjonalne decyzje i działania jednostek za jedyny absolutny czynnik istotny dla spraw ludzkości. Nie dziwi nas też, gdy rozwija swoją podstawową koncepcję rzeczywistości i stosuje ją do publicznych zachowań jednostek.

Odnosząc się do doktrynalnych i moralnych postaw cywilizacji chrześcijańskiej i konfrontując ją ze swoją ideą autonomicznej, skupionej na sobie jednostki von Mises oświadcza: „przekonując ludzi, by słuchali głosu sumienia i by prywatny zysk zastąpili względem na dobro publiczne, nie stworzyła sprawnego i satysfakcjonującego porządku społecznego.” W jednym uogólnieniu zanegował chrześcijaństwo i całą społeczną, ekonomiczną i moralną naukę Kościoła Katolickiego, unieważnił całą klasyczną tradycję filozoficzno-moralną.

Takie stwierdzenia bohatera współczesnego libertarianizmu i neokonserwatyzmu (czytaj: neojakobinizmu) nie będą nas niepokoić, jeśli uznamy je za to, czym, według von Misesa, miały być: deklaracje osoby, która promowała nowoczesny, liberalny, antychrześcijański ogląd świata oraz oczerniała w ogólności i w szczegółach cywilizację zbudowaną przez Kościół Katolicki. Ta cywilizacja oczywiście została skonstruowana tak, by pomóc w realizacji celu Kościoła: dostosować warunki i sposób życia ludzi do Prawa Wiecznego, które zawiera w sobie Plan Opatrznościowy – zgodnie z nim, każda stworzona istota jest przeznaczona do doskonałego spełnienia i satysfakcji.

Chrześcijaństwo, w odróżnieniu od „sił rynkowych” zakłada prawdziwą wolność. Jeśli człowiek nie byłby wolny i jeśli jego przeznaczeniem nie byłoby spełnienie w tej wolności, chrześcijaństwo nie byłoby potrzebne. „Wolność” jest pozbawiona znaczenia i staje się dziwactwem (jak w naszej skomercjalizowanej kulturze), jeśli nie jest skierowana ku prawdziwemu „dobru”, które realizuje naturę człowieka. Jeśli wolność nie zapewnia ludzkiej naturze prawdziwej satysfakcji, to dlaczego jest „dobrem”?

Jeśli wolność jest „dobrem” ponieważ autentycznie realizuje ludzką naturę, to ekonomiczna „wolność” do wytwarzania, sprzedawania oraz kupowania dóbr wytworzonych przez innych, musi być podporządkowana dominującemu pojęciu „dobra”. Jeśli mówimy o „dobru publicznym”, musimy mówić o „dobru wspólnym”, w którym zawarte jest prywatne dobro wszystkich. Wspólne dobro pociąga za sobą spełnienie ludzkiej natury wszystkich.

Jeśli powyższe rozumowanie jest słuszne, ekonomiczna wolność sprzedawania i kupowania musi być podporządkowana osiągnięciu pełnego spełnienia ludzkiej natury, tak indywidualnie, jak powszechnie. Tylko wyznawcy najbardziej animalistycznej koncepcji człowieka mogą uważać, że zdolność do kupowania i sprzedawania rzeczy jest osią, wokół której powinno się obracać indywidualne życie, polityczna ideologia lub wysiłki państwa. To, że człowiek „nie samym chlebem żyje”, jest nie tylko prawdą religijną, ale też mądrością potwierdzoną przez uniwersalne ludzkie doświadczenie. Pobożność człowieka, jego cnotliwe moralne postępowanie, estetyczna i emocjonalna świadomość i rozwój są wyższymi aspektami bytu ludzkiego niż handel, którego celem jest zdobywanie udogodnień życiowych i utrzymania.

W świetle tego jest całkowicie racjonalne, że normalne i tradycyjne (np. nieliberalne) społeczeństwa i rządy przeszłości starały się, by kupowanie i sprzedawanie rzeczywiście służyły dobru człowieka jako jednostki oraz jako członka społeczeństwa. Z tej przyczyny takie pojęcia, jak „godziwa cena” i „godziwa zaplata” były normą i wprowadzono instytucjonalne ograniczenia w używaniu i zdobywaniu prywatnej własności.

Jedno, co świadczy na korzyść Ludwiga von Mises (aczkolwiek w tej akurat sprawie wielu uczniów nie poszło jego śladem), to że zorientował się, iż całe historyczne chrześcijaństwo w teorii i w praktyce stało w sprzeczności z jego rozumieniem właściwego porządku rzeczy. Von Mises przynajmniej zauważył, że średniowieczne chreścijaństwo miało bardzo konkretnie określoną koncepcję sprawiedliwości. On ją po prostu zrelatywizował. W czysto niczeański sposób obstawał, że wszelkie dążenia do sprawiedliwości lub do sprawiedliwego zorganizowania stosunków społecznych bądź ekonomicznych, to próba ochronienia arbitralnie przyjętej utopii. Nazywają godziwy ten sposób postępowania i zarządzania, który nie zakłóca ich utopii, a wszystko inne nazywają niegodziwym. Von Mises nie uznawał także Św. Tomasza z Akwinu za wczesnego zwolennika liberalnego kapitalizmu i ekonomii wolnorynkowej. Rozumiał, że św. Tomasz, jako katolicki filozof i teolog, miał poglądy głęboko sprzeczne z jego własnymi, również w sprawach ekonomicznych. W kwestii „godziwej ceny” von Mises pisze: „Jeśliby doktryna Akwinaty została zrealizowana w praktyce, XIII-wieczne warunki ekonomiczne wciąż by trwały. Liczba ludności byłaby znacznie mniejsza niż obecnie, a poziom życia znacznie niższy” Następne zdanie również powinno zainteresować tych, którzy chcą zobaczyć rozziew między liberalizmem von Misesa a wielką tradycją chrześcijańskiego świata: „Obie doktryny godziwej ceny, filozoficzna i popularna, są zgodne w potępieniu stawek cen i płac, jeśli są określone przez nieskrępowany rynek”. Jeśli św. Tomasz z Akwinu był kapitalistycznym preliberałem, von Mises z pewnością tego nie widzi. W rzeczywistości traktuje nauki św. Tomasza jako ucieleśnienie mentalności i poglądów, które odrzuca.

A. Libertariańskie sny De Roovera

Opieranie idei wyłącznie na koncepcjach dominujących we względnie współczesnych czasach nigdy nie było zbyt atrakcyjne. Amerykańscy Wigowie w 1787 r. szukali wzorców w republikańskim Rzymie, a francuscy demokraci w 1789 r. w Demokracji Ateńskiej. Spoglądanie 2 tys. lat wstecz w poszukiwaniu modelu politycznego, to przykład prawdziwego politycznego antykwaryzmu. Przynajmniej Napoleon ze swoim naśladowaniem Karola Wielkiego szukał tylko 1 tys. lat wstecz, by znaleźć przykład sytuacji, w której wybrana przez niego forma rządów „działała”. (Musimy pamiętać, że jeśli ludzie przez tak długi czas nie powracali do tych dwóch pierwszych systemów rządzenia, to dlatego że byli wystarczająco świadomi historycznie, by spostrzec, iż te systemy „nie działały”).

Wielu libertarian czuło potrzebę, by wywieść swoje idee z ugruntowanej myśli katolickiego chrześcijaństwa. Możemy tylko domyślać się ich motywów. Jednak wyraźnie widać, że w ciągu 2 połowy XX w., a nawet w naszych czasach, część libertarian identyfikowała rodzące się idee kapitalizmu (uznaję tu kapitalizm za ekonomiczną formę liberalizmu) z tymi, które istniały wewnątrz korporacyjnego organizmu, jakim było chrześcijaństwo. Niektórzy brawurowi myśliciele libertariańscy dowodzili nawet, że to nie liberalne odchylenia istniały w paradygmacie historycznego chrześcijaństwa, tylko że to właśnie liberalizm jest paradygmatem chrześcijańskiej cywilizacji. Powtarzające się motywy takich libertariańskich snów to późnorenesansowa hiszpańska Szkoła z Salamanki oraz św. Bernardyn ze Sieny i św. Antonin Pierozzi z Florencji. Główną kwestią – choć niejedyną – jest zagadnienie „godziwej ceny”.

Czy to możliwe, by późni scholastycy reprezentowani przez Szkołę z Salamanki oraz dwaj renesansowi święci znani z kazań o sprawach ekonomicznych zostali uznani za wczesnych rzeczników liberalnego kapitalizmu z powodu ich – rzekomych – stwierdzeń, że „godziwa cena”, która powinna być przestrzegana przez Kościół, państwo i społeczeństwo, jest wyznaczana po prostu przez grę między producencką podażą a konsumenckim popytem? Jeśli ekonomiczna „sprawiedliwość” na swym najbardziej podstawowym i zasadniczym poziomie jest tylko kwestią „prawa popytu i podaży”, możemy powiedzieć, że poglądy tych katolickich myślicieli faktycznie da się uznać za przykład wczesnego ekonomicznego liberalizmu. Ale jeśli potrzeba czegoś więcej do „sprawiedliwości” niż tylko prosty rezultat gry między wolną wolą producenta a wolnym wyborem konsumenta, to ich myśl nie może być uznana za wczesna formę neoliberalnych/libertariańskich koncepcji von Misesa.

Przykładem neoliberała, który usiłował znaleźć korzenie nowoczesnych doktryn liberalnych w odległej przeszłości, jest Raymond de Roover, który opublikował artykuł pt. „Koncepcja godziwej ceny. Teoria i ekonomiczna strategia” w Journal of Economic History (grudzień 1958). Prezentuje bardzo typowe postrzeganie średniowiecznej myśli na temat „godziwej ceny”. W artykule tym czytamy: „Zgodnie z szeroko rozpowszechnionym przekonaniem – obecnym niemal we wszystkich książkach traktujących o tej sprawie – godziwa cena była związana ze średniowieczną koncepcją hierarchii społecznej i korespondowała z rozsądną zapłatą umożliwiającą producentowi życie i utrzymanie rodziny na poziomie odpowiednim do jego pozycji społecznej. Uważa się, że ta doktryna znalazła zastosowanie w systemie gildii (cechów). Dlatego gildie są przedstawiane jako organizacje społeczne, które zabezpieczały przed nieuczciwą konkurencją, chroniły konsumentów przed oszustwem i wyzyskiem, stwarzały równe warunki dla swych członków i gwarantowały im skromne, lecz przyzwoite życie zgodne z tradycyjnymi standardami.”

Podobnie „idylliczną” wizję średniowiecza miał wielki niemiecki ekonomista Max Weber i brytyjski kontrowersyjny historyk Arthur J. Penty. Zgodnie z de Rooverem, inny sławny niemiecki ekonomista Werner Sombart (1863-1941) posunął się jeszcze dalej – według niego, nie tylko średniowieczni rzemieślnicy, ale nawet kupcy starali się uzyskać tylko taki zarobek, który pozwalał na życie odpowiednie do ich pozycji socjalnej, nie dążyli do gromadzenia bogactw ani do wspinania się po drabinie społecznej. Ta postawa – głosi Sombart – była zakorzeniona w koncepcji „godziwej ceny” dominującej w całym średniowieczu. De Roover jednak inaczej rozumie powszechną myśl ery chrześcijańskiej dotyczącą cen i aktywności ekonomicznej. Pomiędzy wieloma mylnymi i sprzecznymi stwierdzeniami, zarzuca czytelników tematami zastępczymi, np. stwierdzając, że „Tomasz z Akwinu sam uznał, że godziwa cena nie może być określona precyzyjnie i może wahać się w pewnym zakresie, zatem pomniejsze odchylenia nie powodują żadnej niesprawiedliwości. To… nie jest zgodne z dialektyką marksistowską, ale zgadza się z klasyczną i neoklasyczną analizą ekonomiczną”. A więc oczywiste i wyważone moralne stwierdzenie o pomniejszym aspekcie problemu godziwej ceny, ponieważ nie jest zgodne z teorią marksistowską, pozwala uznać poglądy św. Tomasza za „zgodne z klasyczną i neoklasyczną ekonomiczną analizą.” W tym miejscu możemy naprawdę dotknąć dziwacznej i wymuszonej logiki de Roovera.

Jeden z „naiwnych” ekonomistów – Werner Sombart cytuje Heinricha von Langensteina (1325-1397), aby udowodnić, że „jeśli publiczne władze zawiodą przy ustaleniu certy, producent może ustalić ją sam, ale nie powinien liczyć za swoją pracę i koszty więcej niż potrzeba, by utrzymał swój status (per quanto res suas vendendo statum suum continuare posit)”. To zgodne z „tradycyjnym” rozumieniem społecznej i ekonomicznej myśli katolickiego średniowiecza. Langenstein kontynuuje w tym samym duchu: „I jeśli policzy więcej dla wzbogacenia się lub podniesienia swej pozycji, popełnia grzech chciwości.”

Według de Roover’a, pogląd von Langensteina „był uznany za charakterystyczne sformułowanie scholastycznej doktryny godziwej ceny”. De Roover próbuje spuścić zimny prysznic na historyków entuzjazmujących się pismami Langensteina, stwierdzając, że „Langenstein nie był gigantem średniowiecznej filozofii, tytko pomniejszą figurą.” To stwierdzenie jest oczywiście zupełnie nieistotne dla głównego tematu. Pytanie bowiem nie brzmi – czy Langenstein był gigantem średniowiecznej filozofii, ale czy jego stwierdzenia o ekonomicznej teorii i praktyce mogą być uznane za „typowe.” Bo nie trzeba byt gigantem, by prezentować „typowe” podejście.

Gdy da Roover rzeczywiście zabiera się za giganta, św. Tomasza, splata sprzeczne stwierdzenia z wątpliwymi wnioskami. Skupia się na wątku, który – jak wierzy – udowodni, że „większość (scholastycznych) doktorów” uważała, iż „godziwa cena” nie koresponduje z kosztami produkcji zdeterminowanymi społecznym statusem producenta, tylko jest „po prostu aktualną ceną rynkową”. De Roover rozumiał, że jeśli godziwa cena (just price) oznaczała coś innego niż kapitalistyczna „po prostu cena” (just the price), jego wysiłki, by zakorzenić neoliberalny kapitalizm w katolickiej tradycji i myśli społecznej, nie powiodą się. Musiał dowieść, że „sprawiedliwa” cena w czasach chrześcijaństwa była niczym innym, jak ceną, którą towar mógł osiągnąć na wolnym rynku. Plan był taki: przedstawić św. Tomasza jako wczesnego ekonomicznego liberała, a potem wykazać, że późniejsza myśl scholastyczna szła jego śladem -i w ten sposób przygotować scenę dla Adama Smitha i kapitalistycznego manchesterskiego liberalizmu.

De Roover zaczyna analizę stanowiska św. Tomasza w sprawie „godziwej ceny”, mówiąc, że w pracach Akwinaty „ustępy odnoszące się do ceny są tak rozproszone i sprzeczne, że dały początek różnym interpretacjom”. Potem przechodzi do stwierdzenia, co św. Tomasz „niewątpliwie” rozumiał pod pojęciem „godziwej ceny”. Po wyartykułowaniu „niewątpliwych” poglądów św. Tomasza zaprzecza całej swojej interpretacji tych poglądów. Na przykład de Roover oświadcza: „Wybierając tylko ustępy pasujące do swych tez, pewni autorzy doszli nawet do wniosku, że Albert Wielki i Tomasz z Akwinu przyjmowali laborystyczną teorię wartości”. W przypisie na tej samej stronie pisze zaś: „W rzeczywistości Akwinata zbliża się do stwierdzenia, że każda wymiana dwóch towarów powinna być oparta na stosunku między ilością pracy włożonej w każdy z nich„. Czyż nie uznaje w tym miejscu, że Akwinata prezentował „laborystyczną teorię wartości”, podczas gdy zaledwie akapit wyżej beształ pewnych autorów” za to, że uważali, iż św. Tomasz „przyjmował laborystyczną teorię wartości”?

Rozumowanie liberalnego uczonego staje się jeszcze bardziej zawikłane, gdy na początku rozdziału stwierdza, że św. Tomasz „nigdzie nie wykłada jasno istoty godziwej ceny”, a na końcu pisze, że: „ten [pojedynczy] ustęp [który jest tylko przypowieścią odnoszącą się do bardzo ograniczonego pytania moralnego] burzy jednym podmuchem tezy tych, którzy próbują zrobić z Akwinaty marksistę i dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że uważał on cenę rynkową za godziwą.” Tak oto na podstawie jednego akapitu, składającego się głównie z ilustracyjnej opowieści o kupcu sprzedającym w mieście pszenicę i wiedzącym, ze wkrótce dojedzie tu więcej zboża przechodzimy od „Akwinaty Niejednoznacznego” do „Akwinaty Niewątpliwego”.

Gdy czytamy przywołany przez de Roover’a fragment w „Secunda Secundae” Sumy Teologicznej [tom XVIII, zagadnienie 77 „O oszustwie przy kupnie i sprzedaży" artykuł 3] widzimy, że nie ma on nic wspólnego z kwestią „godziwej ceny”. Wywodzi się z pytania o oszustwo i nosi tytuł „Czy sprzedawca winien ujawnić wady rzeczy sprzedawanej”. Święty Tomasz stwierdza: „w wypadku, o którym mowa, wartość towaru zmniejszy się w przyszłości, gdy zjedzie się do tego kraju zbyt wielu kupców, o czym kupujący nie wiedzą. Dlatego sprzedawca, który sprzedaje towary po cenach, jakie w tym kraju zastał, nie wydaje się, że grzeszy przeciw sprawiedliwości, gdy nie zapowiada, co będzie w przyszłości. Gdyby jednak to zapowiedział albo umniejszył z tego względu cenę towaru, dałby dowód większej cnoty. Ale nie jest do tego zobowiązany na mocy sprawiedliwości.” Z tej krótkiej historii rozważającej bardzo konkretne zagadnienie moralne, które samo w sobie nie ma nic wspólnego z systemem ekonomicznym lub tematem godziwej ceny, de Roover wywodzi, że „Akwinata popierał wycenę rynkową zamiast kosztu, początkując prekapitalistyczną postawę w moralnej teologii, co zaowocowało w późnorenesansowej Szkole z Salamanki oraz nawiązujących do ekonomii kazaniach św. Bernardyna ze Sieny i św. Antonina z Florencji w XV wieku.”

Zanim przejdziemy do rzeczywistych poglądów późnych scholastyków z Salamanki oraz nauk św. Bernardyna i św. Antonina warto zwrócić uwagę na prostą odpowiedź na problem zaprezentowany przez św. Tomasza w Zagadnieniu 77 w Artykule 1 „Czy wolno sprzedać coś drożej niż rzecz ta jest warta”. W Artykule 1, z którego de Roover wyprowadza swoje konkluzje o „wolnorynkowych” inklinacjach św. Tomasza, znajdujemy linię rozumowania, która z pewnością stawia Akwinatę poza jakimikolwiek liberalno-kapitalistycznymi sympatiami. Cytuje on św. Augustyna, który mówi: „komik na podstawie własnego doświadczania lub przyglądania się innym doszedł do wniosku, że wszyscy chcą tanio kupować a drogo sprzedawać. Ponieważ jednak jest to grzeszne, każdy może zdobyć sobie taką sprawiedliwość, by potrafił oprzeć się tego rodzaju pokusie.”

Święty Tomasz przytacza przykład, którym św. Augustyn ilustruje tę ideę: „człowieka kupującego książkę, który gdy sprzedawca wskutek swej nieznajomości zażądał zbyt niskiej ceny, wpłacił tyle, ile się należało” Widzimy tu cnotliwego kupującego, który, znając rzeczywistą wartość książki, ignoruje jej wartość rynkową i sprawiedliwie wyrównuje sprzedającemu jego stratę. Święty Tomasz wnioskuje z tego przykładu, że „kapitalistyczny” popęd do kupowania tak tanio jak to możliwe i sprzedawania tak drogo jak się da – co jest wyrazem nieograniczonego dążenia do akwizycji (gromadzenia) i nadrzędnego egoistycznego podejścia, czyli postawy liberalnego kapitalizmu – „jest wspólne tym licznym ludziom, którzy idą szeroką drogą grzechu”. Widzimy tu wyraźnie, że postawa ekonomiczna chrześcijaństwa kontrastuje z ekonomiczną postawą neoliberalizmu. Święty Augustyn ani św. Tomasz w niczym nie przypominają neoliberałów. Jasne jest, że „cena rynkowa” nie jest z konieczności „ceną godziwą”. Aby zacytować sformułowanie często stosowane przez de Roovera: „ten tekst…, nie daje się zinterpretować inaczej.”

B. Hiszpańskie targi i renesansowe bankierstwo

Aby dowieść, że scholastycy – wcześni czy późni – nie przystają do libertariańskich reguł ekonomicznych, najlepiej zacytować historyczne prace samych neoliberałów. Dwie, które przyciągnęły naszą uwagę, to: „Szkoła z Salamanki. Lektury z Hiszpańskiej Teorii Monetarnej 1544-1605″ autorstwa Marjorie Grice-Hutchinson oraz „Święty Bernardyn ze Sieny i św. Antonin z Florencji: Dwaj wielcy myśliciele ekonomiczni średniowiecza” napisana przez Raymonda de Roovera. Nasze zadanie będzie łatwiejsze, jeśli pokażemy – używając prac samych neoliberałów – że późni hiszpańscy Scholastycy z Salamanki oraz obaj święci byli całkowicie wewnątrz intelektualnej, społecznej i ekonomicznej tradycji katolickiego chrześcijaństwa, zwłaszcza w kwestii „godziwej ceny”.

Jeżeli „godziwa cena” jest ustalona w sposób, który uwzględnia wiele innych czynników niż wymogi „podaży i popytu” (np. gdy wyznaczanie ceny ma społeczny i moralny aspekt), a zwłaszcza jeśli przewidziano w tym procesie rolę dla „księcia” to możemy bezpiecznie odrzucić mniemanie, jakoby ci katoliccy uczeni reprezentowali paleokapitalistyczną koncepcję ustalania ceny i życia społecznego całkowicie poddanego ekonomii.

Uniwersytet w Salamance był najbardziej prestiżową szkołą wyższą w ówczesnej Europie, a pozycja Hiszpanii jako władcy Nowego Świata przygotowała scenę dla skoncentrowania się przez Scholastyków z Salamanki na problemach ekonomicznych. Złoto i srebro z kopalni Ameryk uczyniło z Sewilli, macierzystego portu skarbowej floty, ekonomiczne centrum i główny rynek pieniężny w kontynentalnej Europie połowy XVI w. Przepływały tędy ogromne sumy pieniędzy, a ceny były wysokie. Tomas de Mercado (zm. 1585), dominikanin z Meksyku, który odwiedził Sewillę i głosił kazania o moralności w handlu, przedstawia kupiecką i finansową sytuację, która rozwinęła się w tych warunkach. Zgodnie z Mercado, gdy przypływała flota, każdy kupiec składał w banku cały majątek, który przybył do niego z Indii. Bankierzy zaś zobowiązywali się wobec władz miasta, że będą prowadzić uczciwe rachunki. Przyjmowali depozyty bez opłat, a zdeponowanych pieniędzy używali do finansowania swoich własnych operacji. W ten sposób większość złota i srebra przywiezionego przez flotę przechodziła przez ręce bankierów i służyła za podstawę do kredytu. Te transakcje jednak stwarzały okazję do lichwy. Jak skarżył się Mercado: „właściciele kantorów całe pieniądze zgarniali do własnych domów, a gdy miesiąc później kupcom brakowało gotówki, zwracali im ich własne pieniądze po wyśrubowanych stawkach”. W Hiszpanii – konkluduje Mercado – „bankier siedzi okrakiem na kuli ziemskiej, ale czasami nie ściska jej wystarczająco mocno i wszystko spada i rozbija się o grunt”.

Zastrzeżenia Mercado (który zmarł w 1585 r. na statku w drodze powrotnej do Meksyku) wobec finansowych transakcji bankierów i kupców, były wyrazem dużo starszej idei. Żądanie procentu za możliwość obracania czyimiś pieniędzmi przez pewien czas było uważane za lichwę i powszechnie potępione. Większość moralnej myśli o ekonomii w Hiszpanii w tym czasie wynikała ze zmagania się z kościelnym i państwowym potępieniem lichwy. Obejście prawa antylichwiarskiego osiągnięto w bardzo subtelny sposób. Wynikało z pozornie uprawomocnionej próby uporania się z dwiema praktycznymi trudnościami, które przeszkadzały kupcom. Pierwsza: generalny brak gotówki dostępnej w nagłej potrzebie, co zmuszało kupców do zadłużania się jeden u drugiego na kupieckich „targach” organizowanych w różnych miejscach i w różnych okresach w ciągu roku. Druga: kupcy na tych targach musieli działać jak właściciele kantorów, bo często dług był zaciągnięty, np. w Sewilli, a spłacany we Flandrii. Było ogólnie przyjęte, że kupiec, który wypłacał pieniądze w jednym miejscu, a odzyskiwał je w innym, był upoważniony do policzenia sobie rozsądnej opłaty za swoją usługę. Odnośnie tego typu „usług finansowych” naliczanie opłaty za weksle transferujące pieniądze z jednego hiszpańskiego targu na inny zostało zabronione królewskim dekretem w 1551 r. Hiszpańska Korona Katolicka wolała raczej „zdezorganizować cały biznes targów” niż pozwolić kupcom na uwikłanie się w niekonieczne „usługi finansowe”. To spowodowało, że pożyczone pieniądze nie były spłacane po prostu na jakimś kolejnym targu, tylko na tym samym, za rok. Z powodu „prowizji” związanych z takimi „usługami finansowymi” stały się one kredytami zakamuflowanymi jako opłaty za te usługi i obciążonymi bardzo wysokim procentem. Zgodnie z Grice-Hutchinson spotkało się to z „ostrymi protestami Kościoła i państwa”.

Rozważając problem transferu pieniędzy z jednego rynku na drugi, Grice-Hutchinson, jako reprezentantka neoliberalnej szkoły ekonomicznej, skupia się na pytaniu o „cenę” i czynniki determinujące „ceny” pieniędzy i dóbr.

C. Funkcja Pieniądza i Pytanie o międzynarodową wymianę walutową

Średniowieczne idee na temat pochodzenia i funkcji pieniądza w większości bazują na kilku krótkich ustępach z Polityki Arystotelesa i z Etyki Nikomachejskiej. Arystoteles pisze, że funkcją pieniędzy było używanie ich jako pośrednika w wymianie dóbr. Pieniądze wynaleziono, by przezwyciężyć problemy transportu i rosnących potrzeb, które ograniczała ekonomia barterowa. Pieniądz miał służyć jako powszechny wspólny mianownik, który porządkuje różnorodność naturalnych rzeczy. „Czyniąc rzeczy współmiernymi czyni je równymi.” Dając sprzedającemu i kupującemu wspólny mianownik dla rzeczy, które ze swej natury są jakościowo różne, jednocześnie pieniądze mogą służyć jako „kapitał” lub zostać odłożone na przyszłe potrzeby. Arystoteles eksponuje funkcję pieniądza jako instrumentu stworzonego przez człowieka, wskazując, że jego wartość opiera się na zwyczaju oraz że „zależy od nas, czy zmienimy wartość pieniędzy czy też uczynimy je całkiem nieużytecznymi”. Awerroes (1126-1198), którego komentarze do Etyki przetłumaczono na łacinę we wczesnym XIII wieku w sprawie pochodzenia i funkcji pieniędzy trzyma się bardzo blisko Arystotelesa.

Święty Tomasz z Akwinu podtrzymywał tradycyjny pogląd, że pieniądze wynaleziono, by ułatwić wymianę dóbr i uważał, że pobieranie opłat za pożyczanie komuś pieniędzy jest bezprawne, a ta opłata to właśnie lichwa. To powtórzenie arystotelesowskiego potępienia lichwy. Święty Tomasz sam odnosi się do kwestii zarabiania na transakcjach walutowych, otwarcie potępiając tę praktykę. Kupcom, którzy dla prawdziwego zysku zarabiają przez pożyczanie pieniędzy gdy jest ich pod dostatkiem oraz odbieranie ich w czasach finansowej paniki, poświęcony jest fragment jego Komentarza do Polityki Arystotelesa: „Sztuka pozyskiwania pieniędzy z rzeczy naturalnych, takich jak owoce czy zwierzęta, jest naturalna dla wszystkich ludzi w celu zdobycia jedzenia lub pieniędzy na kupno jedzenia. Ale gdy pieniądze są pozyskiwane z nie z naturalnych rzeczy, lecz z pieniędzy samych w sobie to jest przeciwne naturze.”

Problem zarabiania pieniędzy dzięki ich różnej wartości w różnych miejscach pojawia się znów w 1532 r., gdy hiszpańscy kupcy z Antwerpii wysłali twego spowiednika do Paryża, by uzyskał od uczonych doktorów z uniwersytetu reguły, które by legitymizowały transakcje walutowe. A ci wyraźnie je potępili. Neoliberałowie, pokroju Grice-Hutchinson, chcieliby wyciągnąć z ich odpowiedzi wniosek, że kurs wymiany zmienia się stosownie do podaży i popytu, ale nie jest oderwany od pracy i kosztów poniesionych przez osobę, na korzyść której wystawiono weksel. Stoi za tym arbitralne założenie, że cenę pieniądza powinno determinować to samo, co cenę towarów.

Ale doktorzy z Paryża ledwo odnoszą się do istoty sprawy. W rzeczywistości, ich odpowiedź nijak nie wpływa na to, co doktorzy scholastyczni powiedzą o „godziwej cenie” rzeczy przeznaczonych na sprzedaż, zwanych towarami. To, co z niej wynika, to potwierdzenie stałej nauki ery chrześcijańskiej: nie powinno się zarabiać pieniędzy na pieniądzach. Jak podkreśla św. Tomasz, takie postępowanie zasługuje na naganę, bo: „kieruje nim żądza zysku, która nie zna granic”.

D. Szkoła z Salamanki i godziwa cena

Rozważając, co Szkoła z Salamanki głosiła o „godziwej cenie”, kwestii nadzwyczaj ważnej w średniowieczu, trafiłem w książce Grice-Hutchinson na fragment, który na chwilę wywołał we mnie wątpliwości. W cytacie z opublikowanej w 1553 r. książki Domingo de Soto De Justitia et Jure znajdujemy odpowiedź na pytanie: „Czy ceny powinny być ustalane zgodnie z osądem samych kupców.” „Po pierwsze… wykluczając oszustwo i złą wolę, powinniśmy zostawić kupcom ustalanie cen ich towarów. Po drugie… każdy człowiek jest najlepszym sędzią w swoich własnych interesach. Interes kupców polega na zrozumieniu kupiectwa. Dlatego musimy uznać ich opinie w ustalaniu cen. Po trzecie… człowiek może zrobić, co chce ze swoją własnością. W konsekwencji może zażądać i otrzymać każdą cenę, jaką wyciśnie za swoje towary”.

No – pomyślałem – mamy problem Domingo de Soto to ważna posłać w historii Szkoły z Salamanki. Był dominikaninem, współczesnym założycielowi szkoły Francisco de Vitoria. Uważano go ta jednego z najlepszych autorów w kwestiach ekonomicznych. W 1532 r. został powołany na przewodniczącego katedry teologii w Salamance. Jego sława, jako najwybitniejszego hiszpańskiego teologa po de Vitoria, była tak wielka, że cesarz świętego Cesarstwa Rzymskiego i król Hiszpanii Karol V posłał go jako swojego osobistego przedstawiciela na Sobór Trydencki. Dwa lata później został osobistym spowiednikiem Karola. Jeśli taki człowiek miał „wolnorynkowe” podejście do wyceniania towarów, to Szkoła z Salamanki musi mieć rzeczywiście gigantyczną siłę oddziaływania!

Ale po chwili konsternacji zrozumiałem, co czytam: zamiast poglądów samego de Soto, zacytowano argumenty przeciwne jego poglądom, które w każdym właściwie skonstruowanym dziele scholastycznym zawsze są przedstawiane jako pierwsze. Własne nauki de Soto w sprawie godziwej i sprawiedliwej ceny są doskonale zgodne z tym, czego spodziewamy się po katolickim teologu ciągle kwitnącej i wiernej cywilizacji.

W pierwszej konkluzji de Soto dokonuje rozróżnienia, które jest podstawą wszelkiej zdroworozsądkowej dyskusji o cenach: cena jakiegoś dobra lub towaru nie wynika z jego istoty (czyli tego, jakie miejsce zajmuje w hierarchii stworzenia), ale raczej „z miary, w jakiej służy potrzebom ludzi”. Potwierdza tu nauki głoszone w tym samym czasie (1554) przez innego uczonego z Salamanki, Diego de Covarrubiasa: „Wartość artykułu nie zalety od istoty jego natury, ale od oszacowania go przez człowieka, nawet jeśli to oszacowanie jest niemądre”. „Dobra” są dobre o tyle, o ile służą ludzkim potrzebom. Mają zatem cenę, o ile maja wartość w oczach obywateli i pozwalają zaspokoić ludzkie potrzeby. De Soto podsumowuje to fundamentalne stwierdzenie o cenach, mówiąc: „Musimy zatem przyznać, że potrzeba jest podstawą ceny”. Ta rzecz, która lepiej zaspokaja ludzkie pragnienie spełnienia i utrzymania się, jest bardziej pożądana i zostanie sprzedana za wyższą cenę, niezależnie od pozycji, jaką zajmuje w hierarchii stworzenia. Jak stwierdza św. Augustyn („Miasto Boga” tom 2, rozdz. 16): „człowiek woli mieć w domu zboże niż myszy” – nawet jeśli myszy są ontologicznie bardziej doskonałe niż ziarno pszenicy. Jeśli chodzi o „potrzebę”, która leży u podstawy wszelkiego ekonomicznego życia i wyceny, de Soto w bardzo wyważony sposób przyznaje, że nie wolno zamykać oczu na fakt, iż miasto potrzebuje „ozdób”. Nawet jeśli nie są niezbędne, to czynią życie „przyjemnym i świetnym”.

W drugiej konkluzji de Soto znajdujemy stwierdzenie wprost zaprzeczające libertariańskim uzurpacjom, jakoby, według scholastyków z Salamanki przy kalkulowaniu ceny, nie powinno być brane pod uwagę nic poza „podażą i popytem”. De Soto wylicza podaż i popyt wśród elementów, które uczestniczą w ustalaniu godziwej ceny. „Następnie musimy wziąć pod uwagę pracę, fatygę i ryzyko związane z transakcją. Na koniec musimy rozważyć, czy wymiana przynosi korzyść czy niekorzyść sprzedawcy, czy kupujących jest mało czy dużo oraz wszelkie inne rzeczy, które rozsądny człowiek może w godziwy sposób doliczyć do rachunku”.

Innymi słowy, ku konsternacji tych, którzy upierają się że Szkoła z Salamanki nie uznawała nic poza wymogami „podaży i popytu”, widzimy, jak jeden z jej najwybitniejszych przedstawicieli podkreśla, iż przy ustalaniu „godziwej ceny” trzeba brać pod uwagę całość procesu i okoliczności produkcji i sprzedaży. Tu naprawdę rządzi społeczna i ekonomiczna roztropność. Z następnego rozdziału dowiadujemy się, kto jest powołany do czynienia wiążącego osądu podczas wprowadzania w życie tej społecznej i ekonomicznej roztropności. Odpowiedź leży w kolejnym scholastycznym rozróżnieniu między „ceną uprawomocnioną” a „ceną naturalną”. Oto są – stwierdza de Soto – dwa aspekty „godziwej ceny”. „Sprawiedliwa, zgodna z prawem cena” jest ustalana przez księcia. „Dowolna, uznaniowa” lub „naturalna cena” jest dyktowana, gdy ceny nie są kontrolowane przez prawo. De Soto przypomina, że to rozróżnienie jest już zarysowane przez Arystotelesa w „Etyce Nikomachejskiej” (V, rozdz. 7). Zauważmy, że de Soto nie osądza, czy „prawna cena” jest zła, a „naturalna” dobra. Jak zobaczymy, zastosowanie tych dwóch różnych typów cen zależy od tego, jakiego dobra lub towaru dotyczą. Kilka następnych akapitów cytowanego fragmentu jest bardzo ważnych i powtarzanych przez innych uczonych ze Szkoły z Salamanki. De Soto stwierdza: „By zrozumieć powyższą konkluzję, ocenić jej słuszność i zobaczyć, dlaczego kontrolowanie cen jest niezbędne, musimy pojąć, że ta sprawa jest pierwszorzędną troską republiki [w znaczeniu res publica - rzecz publiczna lub dobro publiczne] i jej władz, które, pomimo argumentów wymienionych powyżej [chodzi o te „wolnorynkowe" argumenty w Zastrzeżeniach], powinny ustalać cenę każdego artykułu. Ale ponieważ prawdopodobnie nie są w stanie robić tego w każdym przypadku, zadanie [ustalania cen tych towarów, których książę nie ustalił] jest podstawione kupującym i sprzedającym wedle uznania. Cena, która w rezultacie powstaje, jest nazywana naturalną, ponieważ odbija naturę dóbr oraz użyteczność i wygodę, którą dają”.

By dowieść, że termin „prawna cena” nie zawiera negatywnej oceny, możemy znów zacytować de Soto: „Gdy cena jest ustalona przez prawo (np. że miara pszenicy, wina lub materiału ma być sprzedawana za pewną określoną sumę) nie jest uprawomocnione podnoszenie jej nawet o grosz. A jeśli podwyżka jest wielka, jest to grzech śmiertelny i wymaga odszkodowania”. Te ceny, które nie są uregulowane, zwłaszcza ceny towarów nieistotnych dla podstawowych potrzeb obywateli, „mogą cieszyć się pewną swobodą w granicach sprawiedliwości”. Widzimy tu, że nawet te ceny, które mogą być płynne, muszą być utrzymywane w granicach sprawiedliwości. Sprawiedliwość w tym przypadku oznacza wymagania wspólnego dobra.

E. Złożoność godziwej ceny potwierdzona

De Soto był, jak każdy scholastyk, spadkobiercą wielusetletniej tradycji szkolnictwa i nauczania. Jego poglądy na celowość „ustalanian cen mają poprzedników głęboko w sercu średniowiecza. Charakterystyczne, że „nie gigant” Heinrich von Langenstein był zwolennikiem rygorystycznego systemu kontroli cen. Choć doradza księciu, by ustalał ceny w zgodzie z powszechnie przyjętymi, które są zdeterminowane przez „stopień ludzkiej potrzeby”. Langenstein prezentuje całkiem wyważone podejście do kwestii „godziwej ceny”. Przyznaje, że jest pewien obiektywny czynnik – w tym sensie, że powinien być ustalony przez autorytet stojący poza rynkiem. Ale też są czynniki subiektywne, gdyż produkt jest wytworem subiektywnych okoliczności. Niektóre z tych subiektywnych czynników wymienianych przez Langensteina, to: podaż i popyt, użyteczność, koszt produkcji, wynagrodzenie za pracę, koszt transportu i ryzyko. Wszystko to powinno być brane pod uwagę przy wyznaczaniu wartości Tak, jak św. Tomasz z Akwinu, Langenstein rozumiał, że „podaż i popyt” odgrywają część roli przy wyznaczaniu ceny. Grice-Hutchinson sama uznaje to za ogólnie panujący pogląd w myśli scholastycznej, gdy pisze: „zauważyliśmy, że koncepcje użyteczności i unikatowości stały wysoko na tradycyjnej liście czynników determinujących wartość, co odbijało się w scholastycznych dyskusjach o godziwej cenie” Przyznaje też: „widzimy, że scholastyczni autorzy uznawali użyteczność i unikatowość za główne, ale nie jedyne determinanty wartości”.

Innym członkiem Szkoły z Salamanki, który potwierdza nauki de Soto o potrzebie ustalania cen, w szczególności podstawowych artykułów, jest Pedro de Valencia. W swoim „Discurso sobre el precio del trigo” pisze, iż „ci, którzy utrzymują, że rzecz jest warta ceny, którą może osiągnąć na rynku, muszą być rozumiani jako odnoszący się wyłącznie do rzeczy, które nie są niezbędne do życia, jak diamenty, sokoły, konie i miecze. Ale także do innych bardziej pospolitych rzeczy, jeśli nie ma w tym oszustwa, przymusu i monopolu, a sprzedawca i kupujący cieszą się równą wolnością lub cierpią równą potrzebę”. Widząc, że w kwestiach realnych potrzeb sytuacja obywateli w każdej transakcji jest mniej korzystna, stwierdza: „w latach, gdy chleb jest drogi, sprzedający zawsze cieszą się wolnością i dostatkiem, a kupujący zawsze cierpią pilną potrzebę”. Teraz dochodzimy do pytania o godziwą cenę: „żadna cena nie jest godziwa ani nie powinna być uważana za obowiązującą, jeśli godzi w powszechne dobro, które jest pierwszą i główną kwestią w osądzaniu cen rzeczy”

F. Bernardyn ze Sieny i Antonin z Florencji: Święci fałszywie objaśnieni

Może nas zdumiewać, gdy taki neoliberał, jak de Roover, zwraca uwagę na dwóch wielkich świętych – Bernardyna i Antonina. Najbardziej dziwi, że nazywa ich „Dwoma wielkimi myślicielami ekonomicznymi średniowiecza”, podczas gdy obaj żyli w rozkwicie włoskiego renesansu. To, że obwołano ich dalekowzrocznymi prorokami bogini liberalnego kapitalizmu, jest zdumiewające, gdyż ich podejście do ekonomii nie może być dalsze od mentalności von Mises a, który uważał, te prawa prywatnej własności i „wolnego rynku” są sprzeczne z „heteregonicznymi” (niejednorodnymi, niespójnymi) moralnymi wymaganiami stworzonymi przez prawo boskie i naturalne. Warto tu przypomnieć stwierdzenie von Misesa, że „nakłaniając ludzi do słuchania głosu sumienia i do zastąpienia względu na prywatny zysk względem na dobro publiczne, nie tworzy się działającego i satysfakcjonującego porządku społecznego”. Tymczasem jedyną rzeczy jaką ci dwaj wielcy święci głosili w swych kazaniach i pismach o sprawach ekonomicznych, było „nakłonienie ludzi, by słuchali głosu sumienia i by wzgląd na prywatny zysk zastąpili względem na dobro powszechne” Uważali, że tylko jeśli te wymogi są spełnione, można osiągnąć sprawiedliwy i satysfakcjonujący porządek społeczny.

Analizując moralne nauki św. Bernardyna (1380-1444) w kwestiach ekonomicznych, zwróćmy uwagę na 14 kazań – część większego zbioru pt De Evangelio Aeterno. Te jego łacińskie kazania, w odróżnieniu od włoskich, przeznaczone były raczej do czytania, niż słuchania. Kontynuują długą tradycję ujmowania kwestii ekonomicznych w szerszą ramę etyczną. Święty Bernardyn (franciszkanin, wielki apostoł pobożności i czci dla Świętego Imienia Jezus) powtarza ogólne nauki Kościoła dotyczące ekonomii. Jak zapewnia sam de Roover, prominentnym tematem w pismach św. Bernardyna było potępienie lichwy. Podobnie jak scholastycy, święty Bernardyn „zajmował się odmiennym zestawem problemów: zamiast pytać, jak działają rynki, pytał, co jest sprawiedliwe a co nie, co jest dozwolone, a co nie. Innymi słowy, gwóźdź sprawy był w etyce i wszystko było podporządkowane temu głównemu tematowi” Zarówno św. Bernardyn jak i św. Antonin (arcybiskup Florencji w latach 1445-59) potępiali zachłanność jako wiodącą do grzechu i wiecznego zatracenia. Święty Antonin mierzy się z tematem transakcji rynkowych w jednej z sekcji swojej Summa moralis, która traktuje o grzechu chciwości. Cnota regulująca indywidualną i zbiorową działalność ekonomiczną ,to sprawiedliwość w rozdzielaniu i przeliczaniu (np. państwo wyznacza obywatelom „ich należności”, a obywatele wyznaczają „należności” sobie nawzajem). Bądźmy szczerzy, jedyna „należność”, jaką dopuszczają libertarianie, to absolutne żądanie, by rząd i inni obywatele respektowali prawo do prywatnej własności. Zapomnieli o tym, co dystrybucjoniści wiedzieli całkiem dobrze, że każdy człowiek ma pewne prawo do prywatnej własności. Ci, którzy stosują społeczną naukę Kościoła Katolickiego, rozumieją lepiej rolę prywatnej własności w osobistym i rodzinnym spełnieniu niż ich libertariańscy antagoniści. Gdy studiujemy książkę de Roover a o tych dwóch – rzekomo nowatorskich – świętych, nie znajdujemy żadnych istotnych nauk, które nie byłyby zakorzenione we wcześniejszej katolickiej mądrości, ani nie wyłożone w tradycyjny sposób przez późniejszych scholastyków ze Szkoły w Salamance. Jak sam de Roover stwierdza, św. Bernardyn, tak jak średniowieczni scholastycy przed nim, rozumie wyznaczanie cen jako proces społeczny. Cena nie jest ustalona przez arbitralne decyzje jednostek, tylko kolektywnie przez całą zbiorowość. Święty Bernardyn przedstawia to tak: „cena dóbr i usług jest wyznaczona dla wspólnego dobrą, z uwzględnieniem wspólnego oszacowania dokonanego kolektywnie przez wspólnotę obywateli” Zgodnie z de Rooverem, w pismach św Bernardyna jest „tylko minimalna analiza wpływu zmian w podaży i popycie na poziom cen”. W zestawieniu z tym, co znaleźliśmy wcześniej w jego analizie ekonomicznej myśli św. Tomasza z Akwinu, tworzony przez de Roovera obraz intelektualnych „innowacji” św. Bernardyna wygląda na bardzo wymuszony i często składa się z twierdzeń, które nie do końca potwierdzają jego tezę albo są z nią wręcz sprzeczne.

Swoje założenie, że święty obstawał przy idei „godziwej ceny”, która może być wymienna z ideą „wyceny rynkowej” opiera na przytoczeniu jednej wypowiedzi z kazań św. Bernardyna. Dla poparcia swojej wizji cytuje, jak św. Bernardyn definiuje „godziwą cenę” jako „tę, która przeważa w danym czasie zgodnie z oszacowaniem przez rynek, czyli tyle, ile sprzedawane towary są zwykle warte w danym miejscu”.

Jak widzieliśmy, w kwestii wyznaczania cen na podstawie „podaży i popytu” oraz „warunków rynkowych”, istniała solidna tradycja moralna trwająca do czasów późnych scholastyków, zgodnie z którą uważano za rozsądne, że ceny niektórych mniej istotnych rzeczy mogły być płynne, a ich wartość zależała od tego, ile chciał za nie zapłacić ktoś, komu nie były niezbędne. Sam de Roover wydaje się dostrzegać, że określenie „godziwej ceny” jako „przeważającej ceny rynkowej” odnosi się właśnie do tej sytuacji i tego rodzaju dóbr. Ale oczywiście stara się insynuować, że św. Bernardyn w każdym przypadku zrównywał „godziwą cenę” z tą, która przeważa w danym czasie zgodnie z oszacowaniem przez rynek”, jest oczywista. Ze swą zwykłą chwiejną stanowczością mówi: „Jak się wydaje, to stwierdzenie [o godziwej cenie i dominującej cenie rynkowej] jest tak jasne, że nie dopuszcza żadnej innej konstrukcji”. Jeśli – jak de Roover wydaje się mówić – św. Bernardyn zrównywał cenę godziwą z rynkową, to – gwoli sprawiedliwości – wszystkie ceny powinny być przedmiotem nieskrępowanego działania sił rynkowych, a jedynym zakłóceniem mogą być zakłócenia w rynkowym wyznaczeniu ceny. Ale święty Bernardyn wiedział, że to nieprawda, co potwierdza sam de Roover, przyznając, że franciszkanin nauczał, iż „ceny mogą być sztywno ustalone dla wspólnego dobra”. A więc to społeczeństwo jest priorytetem w wyznaczaniu cen. Któż nie usłyszy echa ekonomicznego etosu chrześcijaństwa w stwierdzeniu św. Bernardyna, że ceny mogą być sztywno ustalane dla wspólnego dobra, „ponieważ nic nie jest bardziej niegodziwe, niż osiąganie prywatnych zysków kosztem ogólnego dobrobytu”.

G. Św. Antonin, godziwa cena i godziwy zarobek

Święty Antonin z Florencji był jednoznacznie wierny stanowisku, że publiczne władze mają prawo, a często i obowiązek, ustalać ceny dla wspólnego dobra. „Społeczne oszacowanie”, poprzez które ceny powinny być determinowane, zawiera możność ustalania cen przez państwo. Według de Roover a, „św. Antonin… uważa, że w pewnych okolicznościach może być pożądane, by ceny artykułów spożywczych i innych niezbędnych rzeczy wyznaczał biskup, a jeszcze lepiej władze cywilne. Taka regulacja jest wiążąca i sprzedawcy żywności oraz inni handlarze nie mogą bez grzechu podnieść ceny ponad prawne minimum.”

Arcybiskup Florencji wcale nie jest zwolennikiem „wolnego rynku”, potwierdza tradycyjne potępienie lichwy i monopolu. Ponadto domaga się ustanowienia „godziwej płacy” Kalkulacja, na podstawie czego można by ustanowić „godziwą płacę”, była złożonym społecznym procesem, który wymagał uwzględnienia wielu różnych elementów. Przywołajmy cytat ze św. Antonina przytoczony przez de Roovera: „Święty Antonin stwierdza, że celem płacy nie jest tylko wynagrodzenie pracownika za jego pracę, ale też umożliwienie mu utrzymania siebie i rodziny stosownie do jego pozycji społecznej”. Co więcej, „nieuczciwe i grzeszne jest wynagrodzenie niższe od „godziwej zapłaty”, ponieważ pracownik ma usta do wykarmienia, tak samo jak nieuczciwe fest płacenie mniej niż „godziwej ceny”, gdy sprzedawca pilnie potrzebuje gotówki”.

Święty Antonin wyraźnie postrzega człowieka całościowo, a nie tylko tę jego część, która jest (lub nie jest) posiadaczem prywatnej własności. Mowa o „godziwej płacy” (nie wspominając już nawet o „godziwej cenie”) nic nie znaczy, jeśli nie postrzegamy człowieka jako istoty społecznej, a jego działań i relacji społecznych (w tym ekonomicznych) jako zorientowanych na wyższe i bardziej doskonałe dobro – przynajmniej na prawdziwe i spełniające dobro ludzkiej egzystencji. Widzimy to całościowe, nadrzędne teleologiczne (od greckiego słowa telos, czyli cel) rozumienie ludzkiego dobra w poniższym spostrzeżeniu, które de Roover czyni w związku z naukami św Antonina: „Celem uczciwej płacy było umożliwienie pracownikowi zarobienia na godziwe życie, celem godziwego życia było umożliwienie cnotliwego życia, a celem cnotliwego życia było umożliwienie osiągnięcia zbawienia i wiecznej chwały”.

De Roover „podsumowuje” postawę św. Antonina, przewracając do góry nogami wszystko, co wcześniej powiedział o jego naukach: „Teoria płacy św. Antonina, zgodnie z którą godziwa płaca była ustanowiona poprzez społeczne oszacowanie, czyli przez siły rynkowe bez odniesienia do indywidualnych potrzeb„. Tak oto de Roover jednocześnie stwierdza A i nie A. Mamy tu do czynienia ze zmanipulowaniem klasycznego chrześcijańskiego traktatu moralnego przez libertarianina, którego poglądy na ekonomię, logikę, politykę, społeczeństwo i nawet na psychologię człowieka byłyby kompletnie niezrozumiałe przez naszego świątobliwego renesansowego biskupa.

H. Odbudowa ekonomiki

Dlaczego to wszystko jest ważne? Większość „konserwatywnej” i „libertariańskiej” myśli w USA, Wspólnocie Brytyjskiej i na kontynencie europejskim usiłowała znaleźć sposób na – jak to ujął Arthur Penty – „ustabilizowanie nienormalności”. To, czego naprawdę potrzeba, to powrót do normalności Analizując wypowiedzi średniowiecznych i renesansowych moralnych teologów na tematy ekonomiczne, widzimy wyważony obraz tego, co jest „normalnością” Zdumienie budzi nie to, jak nowatorsko skłaniały się ku libertarianizmowi, tylko to, jak były tradycyjne i głęboko chrześcijańskie. Fakt, że było w nich miejsce na dyskusję o takich kwestiach, jak wartość pieniędzy czy efekty wymiany walutowej jest doskonale normalnym przejawem katolickiego pragnienia sprawiedliwości oraz głębokiej rozwagi rozumiejącej zróżnicowanie sytuacji, w których działają istoty ludzkie. Ta rozwaga nie może być uznana za rewolucyjną innowację czy za początek nowoczesnego ekonomicznego liberalizmu.

Podstawą naszej obecnej „nienormalności” jest nadmierne i nienaturalne postrzeganie człowieka jako jednostki, która może z zupełną swobodą „kreować” swój własny „system wartości”, co w pewnym zakresie oznacza „kreowanie swojego własnego świata”. Liberalizm w swoich ekonomicznych i politycznych przejawach stworzył sytuację, w której dawny psychologiczny, społeczny, ekonomiczny i polityczny kobierzec ludzkich społeczeństw został rozpruty. Wprowadzając ulotną koncepcję „wyboru”, okradł nas z honoru, osobistego bezpieczeństwa i z naszego dziedzictwa. Cała ta koncepcja człowieka i ludzkiego bytu osadzona jest w liberalnym zrównaniu „godziwej ceny” z „ceną rynkową”. Jak dowodzi Artur Penty i wielu innych , godziwa cena i jej uzyskanie jako główny cel średniowiecznego systemu cechowego są świadectwem, że prawdziwe społeczne życie chrześcijaństwa w bardzo realny sposób było sednem tej rzeczywistości. To, że sprawiedliwość wymaga więcej niż tylko „wolności wyboru” że w tym terminie zawarta jest idea i konkretny historycznie wyraz wyższego porządku oraz bardziej fundamentalnych i istotnych powinności, jest zaś świadectwem faktu, że duchowa psychologia chrześcijaństwa była w najwyższym stopniu różna od wyznawanej przez tych, którzy odrzucają dawną drogę – czy to socjaliści, globaliści czy libertarianie.

Tych, którzy – słusznie – szukają życia poza dławiącym ducha totalitarnym liberalizmem, w którym nas pogrążono, Penty przestrzega, że każda próba zrealizowania marzeń o niezależnej wiejskiej egzystencji bez wdrożonej kontroli cen, zaowocuje dla większości ekonomicznym samobójstwem ich samych i ich rodzin. To otrzeźwiające słowa. Nasza walka musi oprzeć się o szerszy, bardziej religijny, moralny a nawet polityczny wymiar, jeśli nasze dzieci i wnuki mają żyć życiem bogatszym i bardziej tradycyjnym niż nasze własne życie.

piątek, 13 kwietnia 2012

Korporacje średniowieczne i ich kryzys w epoce nowożytnej


Doktryna korporacjonizmu swoimi korzeniami sięga średniowiecznych korporacji zawodowych i handlowych (cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich), zrzeszających, w większości miast obowiązkowo, rzemieślników (bezpośrednio jedynie majstrów) i kupców.

Cechy ustalały obowiązujące wytwórców normy etyczne w aktywności ekonomicznej, a także wielkość i normy jakościowe produkcji, liczbę zatrudnianych czeladników i terminatorów, wielkość zapasów i liczbę warsztatów posiadanych przez jednego rzemieślnika; dysponowały niekiedy także przywilejem wyłączności na prowadzenie działalności gospodarczej w danym mieście lub prowincji. Ze swojej istoty cechy nastawione były na zapobieganie konkurencji pomiędzy rzemieślnikami. Podobnie gildie, zakładane również przez miasta, tworzono w celu wzajemnego wspierania się ich członków i obrony przed konkurencją na już opanowanych rynkach, odbywania wspólnych podróży handlowych, wyjednywania przywilejów oraz ustalania cen towarów.

I cechy, i gildie były też nie tylko zrzeszeniami o charakterze gospodarczym, lecz bractwami o celach religijnych i charytatywnych. Miały swoich świętych patronów, kościoły i kaplice patronalne, organizowały widowiska misteryjne, spieszyły w razie potrzeby z pomocą swoim członkom i ich rodzinom. Innego typu - niemerkantylnymi - korporacjami były uniwersytety, których wspólnotowy charakter znajdował wyraz w samej nazwie (universitas magistrorum studentiumque - wspólnota profesorów i studentów).

Korporacje były podkopywane przez rodzący się kapitalizm, zwłaszcza w krajach, w których już uprzednio (XVI-XVII w.) zwyciężyła religijna rewolucja protestantyzmu, obalająca także ekonomiczną etykę katolicyzmu, a w życiu gospodarczym promująca indywidualizm i konkurencję. Ostatecznie zostały zlikwidowane za czasów rewolucji francuskiej (tzw. loi de Chapelier z 1791 zakazujące, w imię indywidualistycznie pojętej wolności, zrzeszania się zarówno pracodawcom, jak pracobiorcom).

Upadek korporacji pozostaje w ścisłym związku z destrukcją tradycyjnego ładu (ordo) społecznego i moralnego, spowodowaną przez nowożytne ideologie laickie i naturalistyczne. Ich wspólnym mianownikiem było mniemanie o możliwości i celowości urządzania życia społecznego (w tym gospodarczego) na zasadach wykoncypowanych przez indywidualny rozum ludzki, a ze świadomą ignorancją wobec nakazów prawa Bożego. Prowadziło to również do zamachu na suwerenne państwo, które - przez podkopywanie autorytetu i ciągłe ograniczanie prerogatyw monarchów, tudzież dawnego stanu drugiego (szlachty) i równie stałe postępy niwelującej wszystko demokratyzacji - stawało się coraz bardziej uzależnione od dysponującej potęgą pieniądza oligarchii finansowej.

Żywiołowo rozwijający się od "rewolucji przemysłowej" XVIII w. kapitalizm, pomimo niewątpliwego postępu technicznego i ekonomicznego oraz wzrostu ogólnego dobrobytu, przyniósł także ujemne zjawiska społeczne. Zaliczyć do nich należy m.in.: zniszczenie wielu lokalnych wspólnot i więzi międzyludzkich; wykorzenienie i proletaryzację wielkiej liczby jednostek (zwłaszcza chłopów zmuszonych warunkami ekonomicznymi, a niekiedy i bezpośrednią presją fizyczną, do podjęcia pracy fabrycznej w miastach); niewątpliwy wyzysk pracujących ponad miarę i w urągających godności ludzkiej warunkach proletariuszy - w tym kobiet i dzieci; zobojętnienie religijne i plagi moralne (zwłaszcza pijaństwo) szerzące się pośród robotników pozbawionych przewodnictwa duchowego w wielkich aglomeracjach; niszczenie środowiska naturalnego przez bezwzględną eksploatację i rozerwanie jedności pomiędzy naturą a kulturą, pojętą jako uprawa tej pierwszej w harmonii z prawem naturalnym; narodziny i wszechogarniający rozwój prymitywnej, żerującej na najniższych instynktach, tzw. kultury masowej, stającej się jedyną strawą "duchową" wykorzenionych mas i plebeizującej stopniowo także warstwy wyższe; wytworzenie się powszechnego klimatu aprobaty i zrozumienia jedynie dla wartości utylitarnych, a nawet kultu pieniądza i zysku jako jedynego miernika wszelkich dóbr oraz jedynego źródła prestiżu; zagubienie, w atmosferze nieustannego pośpiechu w gospodarczym "wyścigu szczurów", poczucia wyższego niż tylko zdobywanie środków materialnych sensu życia oraz wartości życia kontemplacyjnego; wreszcie utrata zdolności rozumienia - nieomal instynktownie odczuwanej w epoce przedindustrialnej - prawdy, iż także ekonomiczna strona aktywności ludzkiej musi posiadać swój cel (télos), podporządkowany najwyższemu, nadprzyrodzonemu celowi człowieka, jakim jest zbawienie wieczne.

Zimny egoizm, programowo z reguły wolteriańskiej, burżuazji, usprawiedliwiany przez ideologię leseferyzmu (w obfitej literaturze propagującej dobroczynność "niewidzialnej ręki rynku" i "cnoty egoizmu", począwszy od alegorycznej Bajki o pszczołach B. Mandeville`a) rodził z kolei jeszcze większe niebezpieczeństwo mamienia "wyzwolicielskimi" utopiami proletariatu przez twórców wywrotowych i nihilistycznych ideologii socjalizmu, anarchizmu i komunizmu, dążących do ostatecznej destrukcji religii, państwa, rodziny i własności prywatnej.

Prof. Jacek Bartyzel

Źródło informacji: http://www.kontrrewolucja.bnx.pl

wtorek, 28 lutego 2012

W obronie dystrybucjonizmu

Dlaczego dystrybucjonizm i socjalizm są całkowicie antytetyczne

W ostatnich latach libertarianie oraz rzecznicy neoliberalizmu, którzy dla niepoznaki nazwali się “konserwatystami,” starali się zatrzymać przybierający na sile ruch na rzecz ekonomicznej niezależności, znany jako dystrybucjonizm. Neoliberalny atak na dystrybucjonizm pozostaje w zgodzie z procesem, dzięki któremu przez prawie dwa stulecia katolicy ścigani przez straszydło socjalizmu wylądowali na terytorium radykalnego leseferystycznego kapitalizmu, gdzie firmy bez żadnych ograniczeń prawnych handlują wszystkim – od pornografii, po ludzkie zygoty, a wielki biznes i wielki rząd zawarły sojusz mając za cel destrukcję moralnego porządku. Dystrybucjonizm znajduje się pod ostrzałem dokładnie dlatego, że w ekonomicznym świecie reprezentuje alternatywę dla niekończącej się liberalnej gry w orła (ja wygrywam) i reszkę (ty przegrywasz).

Nie, to nie jest socjalizm

Czym więc jest dystrybucjonizm? Wbrew sugestiom krytyków, dystrybucjonizm nie denotuje rządowej redystrybucji mienia, jak to czyni socjalizm, ale oznacza naturalną dystrybucję bogactwa, która pojawia się w momencie rozpowszechnionych w społeczeństwie środków produkcji.

Dystrybucjonizm w istocie równa się jakiejkolwiek formie przedsiębiorstw rodzinnych (nie tylko hobbystycznych gospodarstw wiejskich, jak twierdzą niektórzy kpiarze), posiadanych przez własnych pracowników spółdzielni lub też niewielkich, czy nawet średnich przedsiębiorstw działających w lokalnej, bądź regionalnej skali. Ogólnie mówiąc, małe przedsiębiorstwa i samozatrudnienie to dystrybucjonizm w akcji. Są nim również lokalne kooperatywy żywnościowe (w których udział bierze wielu tradycjonalistów) i powszechny bojkot międzynarodowych gigantów pokroju Wal-Mart, którzy dokonali anihilacji małych firm niszcząc handel sąsiedzki.

Chesterton opisał dystrybucjonistyczny ideał korzystając ze swego niebywałego daru wyrażania istoty spraw:

„Nadmiar kapitalizmu nie oznacza nadmiaru kapitalistów, oznacza ich niedostatek.”

Dystrybucjonizm chce zwiększenia liczby osób posiadających własność prywatną, zamiast finansowej zależności od pensji. W praktyce może to równie dobrze oznaczać „trzy akry ziemi i krowę”, co „trzy komputery i domowe biuro.”

Ponieważ dystrybucjonizm dąży do przewrócenia mikroekonomii i sąsiedzkiego handlu, jest ruchem wyzwolenia z globalnego klinczu zależnego od rządów delikatnego porządku ekonomicznego, który dziś prześmiewczo samookreśla się mianem „wolnej przedsiębiorczości.” Ktokolwiek uważa, że wolna przedsiębiorczość sprowadza się do sieci Wal-Mart – z jej legionami chińskich niewolników, którym komunistyczne jarzmo zakazuje posiadania dzieci, a którzy pracują na korzyść amerykańskich akcjonariuszy – powinien niezwłocznie zasięgnąć porad Katolickiej Nauki Społecznej. Jest coś gruntownie złego z moralnym porządkiem społeczeństwa, gdy założyciele Wal-Mart zasiadają na akcjach wartych $84 miliardy, które to portfolio powstało dzięki praktycznie niewolniczej pracy, natomiast „współpracowników w sprzedaży” (sales associates) nie stać na utrzymanie własnych rodzin, czy ponoszenie kosztów leczenia, choć ułamek z miliardowej fortuny Walton’ów wystarczyłby na ufundowanie planu ubezpieczeń zdrowotnych dla każdego pracownika.

Nie sugeruję rządowej konfiskaty bogactwa rodziny Walton’ów. Oczywiście chodzi o to, że Waltonowie powinni działać sprawiedliwie w stosunku do swych żyjących w coraz większym trudzie pracowników, bez jakichkolwiek rządowych nakazów. Oznacza to, że w prowadzeniu swej firmy powinni stosować prawo ewangelii. W książce The Church and the Libertarian pokazuję w jaki sposób firma Costco, której szef i założyciel jest katolikiem realizującym społeczne postulaty Kościoła, wypłaca swym pracownikom pensję rodzinną oraz pokrywa 92% kosztów związanych z leczeniem.

Dystrybucjonizm odnosi sukces w takim zakresie, w jakim ludzie odmawiają uczestnictwa w kulturze masowego kapitalizmu. To nie jest program rządowy, ale sposób życia. To forma pokojowej secesji od ekonomii zdominowanej przez międzynarodowe firmy, które przemierzają świat szukając współczesnych niewolników, szkodzą moralności handlując rozpustą, niszczą miejscowy przemysł, na każdym kroku otrzymują rządowe wsparcie i domagają się publicznego ratunku (bailoutów) oraz możliwości niewywiązywania się z umów, kiedy tylko chroni to ich surrealnie nabrzmiałe struktury przed zawaleniem. Dystrybucjonizm jest uzasadnioną reakcją przeciw materialnym nadużyciom piętnowanym na kartach kolejnych encyklik Magisterium, które podsumował zapadającym w pamięć zdaniem słynny luterański obrońca wolnego rynku – Wilhelm Röpke, jako „kult tego, co kolosalne.”

Socjalizm i dystrybucjonizm są przez to antytetyczne. Pozwólcie, że powtórzę: socjalizm jest przeciwieństwem dystrybucjonizmu. Ktokolwiek sugeruje, że dystrybucjonizm stanowi jakąś formę socjalizmu, jest albo niedoinformowany, albo nieuczciwy. Nawet wpis w Wikipedii mniej więcej oddaje sens: „Dystrybucjonizm jest terecerystyczną filozofią ekonomiczną uformowaną przez takich katolickich myślicieli, jak G. K. Chesterton oraz Hilaire Belloc, w celu aplikacji zasad Katolickiej Nauki Społecznej, wyrażonych szczególnie w encyklikach Rerum Novarum Leona XIII, oraz obszerniej w Quadragesimo Anno Piusa XI…W gruncie rzeczy dystrybucjonizm wyróżnia się przez dystrybucję własności, której nie należy mylić z dystrybucją bogactwa.” Chcę pospiesznie dodać, że dystrybucjoniści nie muszą zgadzać się każdą praktyczna sugestią Chesterbelloca, lecz jedynie z celem w postaci powszechnej własności środków produkcji, i płynącej zeń wolności ekonomicznej jednostek i rodzin stanowiących podstawowy element społeczeństwa.

Co należy rozumieć przez “trzecią drogę”? Zwyczajnie to, że dystrybucjonizm nie jest ani kapitalizmem, ani socjalizmem. Jak wyraził to Thomas Storck: „zarówno socjalizm, jak i kapitalizm są produktami oświecenia, a przez to siłami przeciwstawnymi tradycji. W odróżnieniu od nich, dystrybucjonizm postuluje subordynację ekonomii całościowo ujętemu życiu ludzkiemu, wyżej stawia nasze życie duchowe, intelektualne i rodzinne.” Dokładnie tego w swych naukach domagają się kolejni papieże.

Nienasycone pragnienie bogactwa

Zgodnie z deklaracją Piusa XI wyrażoną w Quadragesimo anno (1931), społeczny i ekonomiczny liberalizm zapuścił korzeń w odrzuceniu nauczania ewangelii nt. grzechu:

To odwrócenie się od chrześcijańskiego prawa w życiu społecznym i gospodarczym i wynikające stąd masowe odstępstwa robotników od wiary katolickiej ma najgłębszą swą przyczynę w nieuporządkowanych afektach duszy, tym smutnym owocu grzechu pierworodnego, który przedziwną harmonię uzdolnień ludzkich tak zakłócił, że człowiek, łatwo złymi uwiedziony namiętnościami, skłania się gwałtownie do cenienia wyżej przemijających dóbr tego świata niż dobra niebiańskie i trwałe. Stąd owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych, które niewątpliwie w wszystkich czasach podniecało człowieka, by gwałcił zakon Boży i deptał prawa bliźniego, jednak w współczesnym ustroju gospodarczym naraża słabość ludzką na częstsze upadki.

Nic innego jak tylko „owo nienasycone pragnienie bogactwa i dóbr doczesnych” spowodowało kryzys w 2008. Encyklika Quadragessmo Anno mogłaby równie dobrze powstać, w celu ukazania klimatu tamtych dni:

Bo cóż pomoże ludziom, jeśliby przez rozumniejsze używanie bogactw cały świat zdobyli, a przez to na duszy szkodę ponieśli? Cóż pomoże podać im wypróbowane zasady gospodarcze, jeżeli pod wpływem nieokiełznanej i brudnej chciwości ulegają zupełnie samolubstwu, tak że „słysząc przykazania Boże, wszystko czynią przeciwnie”

Ponieważ niestabilność struktur ekonomicznego życia zmusza do nieustannego wysiłku ludzi zaangażowanych w to życie najmocniej, niektórzy stali się tak głusi na wyrzuty sumienia, by twierdzić że wolno im w jakikolwiek możliwy sposób zwiększać zyski, pozwoli im to przecież uchronić ciężko wypracowane bogactwo przed nagłą zmianą losu. Tym samym kolejne prawa uchwalane są w celu promocji korporacyjnych interesów, redukując stopień ryzyka przedsiębiorstw otworzyły też wrota najnędzniejszych praktyk. Ludzkich sumień raczej dziś nie wzrusza ta redukcja odpowiedzialności za własne czyny, chroniący się pod szyldem fuzji najgorszy rodzaj niesprawiedliwości i oszustw, gdy dyrektorowie zapominają o powierzonym im zaufaniu i dopuszczają się zdrady osób, których oszczędnościami mieli okazję zarządzać.

Twierdzenie, że kryzys wynikał jedynie z polityki monetarnej FED jest niedorzeczne. Był to sztorm doskonały ludzkiej chciwości, na który złożyły się następujące czynniki (a) banki i brokerzy udzielający nierentownych kredytów hipotecznych, w celu uzyskania należnych sobie opłat i procentowych udziałów od transakcji, (b) ludzie pożyczający więcej, niż byli w stanie spłacić, w celu nabycia ilości dóbr przekraczającej ich potrzeby, (c) lichwiarskie stopy procentowe kart kredytowych i kredytów, (d) umieszczanie toksycznych kredytów w pakietach, sprzedawanych następnie inwestorom dzięki oszustwom wynikającym z fałszywych ratingów AAA wystawianych przez firmy ratingowe, oraz (e) praktyka hedgingowa (zabezpiecznia przed nadmiernym ryzykiem kursowym) wobec tych toksycznych papierów za pomocą instrumentów pochodnych służących przenoszeniu ryzyka kredytowego (CDS – Credit Default Swaps), co umożliwiło firmom sprzedającym toksyczne aktywa swym klientom obstawiać niewypłacalność sprzedanych wcześniej instrumentów, uruchamiając tym samym ogromne wypłaty z tytułu ubezpieczeń dla firm inwestycyjnych, podczas gdy klienci cierpieli katastroficzne straty. (Zob. The Church and the Libertarian, Rozdział 13).

Wszystko to miało miejsce w rozregulowanym środowisku, w którym bankom gromadzącym depozyty, które to instytucje niegdyś miały zakaz uczestnictwa w ryzykownych inwestycjach, pozwolono tym razem nierozważnie inwestować; firmom inwestycyjnym dawniej ograniczonym do kapitału partnerów, pozwolono przy pomocy publicznej emisji akcji gromadzić sterty ryzykownego kapitału; umożliwiono handel CDS’ami, jako nieuregulowanymi papierami wartościowymi, tworząc ogromny domek z kart zagrożony upadkiem, gdy ktoś wyciągnie tę niewłaściwą.

W skrócie kryzys ten reprezentował to, co Pius XI nazwał “haniebnym samolubstwem, które jest plamą i wielkim czasów naszych grzechem.” Obniżenie stóp procentowych przez FED nie wywołało haniebnego samolubstwa prowadzącego do ekonomicznej zapaści w stopniu większym, niż posiadanie pistoletu powoduje czyjeś samobójstwo. W każdym bądź razie FED, który oczywiście powinien być zlikwidowany, stanowi ucieleśnienie kapitalistycznej manipulacji państwową władzą, kwazi-prywatny kartel bankowy, który nie ponosi odpowiedzialności przed rządem. Dokładnie dlatego libertarianie, którzy potępiają FED (wygodnie ignorując jego kapitalistyczne pochodzenie) domagają się audytu, którego nie chce umożliwić Kongres.

Ruch wolności ekonomicznej zgodny z ewangelią

Podobny kryzys nie mógłby zaistnieć w katolickim porządku społecznym, ponieważ w katolickim ustroju czynności ekonomiczne będą zarządzane, jak pisał Pius XI „łagodnym, a jednak bardzo silnym prawem chrześcijańskiego umiarkowania, które nakazuje człowiekowi szukać przede wszystkim Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, w tym przekonaniu że dobra doczesne będą mu dodane według wyraźnej obietnicy Bożej hojności.” Dystrybucjonizm to nic innego, jak wolna przedsiębiorczość realizowana w zgodzie z ewangelią, podsumowana w dwóch przykazaniach: miłości Boga i miłości bliźniego. Z wolnej przedsiębiorczości usuń „haniebne samolubstwo” i nieograniczone ambicje, dodaj miłość Boga i bliźniego, a ujrzysz powstający naturalnie ład ekonomiczny, który pamiętają starsi z nas: ekonomię lokalnego sklepu z zieleniną, czy ciężkim sprzętem, lokalnych oszczędności i pożyczek; ekonomię, gdzie można przeżyć i urządzić dom dzięki sąsiedzkim wymianom; ekonomię ludzkiej skali tworzoną rękoma ludzi, nie zaś przy pomocy rządowego fiat („niech mi się stanie”) sztucznych „osobowości prawnych”, o cechach psychopaty.

Odnowa tego, co Röpke nazwał ludzką ekonomią nie jest też kwestią „osobistej” moralności, którą dany kapitalista mógłby się stosować, jak chcieliby tego libertarianie. Imperatywy ewangelii muszą bowiem znaleźć odzwierciedlenie w prawach i instytucjach. W świecie ekonomii, nie mniej niż w świecie polityki, nie istnieje rozdział pomiędzy publiczną i „prywatną” moralnością, ale jeden uświęcony porządek moralny dotyczący całego społeczeństwa. Kapitalista nie kocha Boga lub bliźniego, kiedy wyzyskuje swych pracowników, pompuje w społeczeństwo moralny szlam sprzedając pornografię, gdy zapewnia możliwośc wykonywania aborcji, uczestniczy w lichwie i zmowach cenowych, gdy nonszalancko spekuluje pieniędzmi klientów, systematycznie łamie Szabat najgorszym rodzajem handlu, gdy podczas negocjacji wyzyskuje słabszych, zanieczyszcza rzeki i popełnia tysiąc innych wykroczeń, godząc nimi w porządek moralny i dobro wspólne.

Władza cywilna, szczególnie ta na poziomie lokalnym, działając w zgodzie z zasadą pomocniczości ma pełne prawo ograniczać kapitalistyczną grabież korzystając z odpowiednich zapisów legislacji, włączając w to sankcje karne. Koniec końców, nie jesteśmy zdani na łaskę dyrektorów rad nadzorczych, gdyż nie otrzymali oni od Boga żadnego autorytetu umożliwiającego zarządzanie nami z pomocą decyzji wpływających na dobro wspólne w jego moralnej, duchowej i intelektualnej całości.

Papież Jan Paweł II zgodnie ze swymi poprzednikami , w rocznicę powstania Rerum Novarum zadeklarował, że Kościół nie może zaakceptować kapitalizmu, „jeśli przez >>kapitalizm<< rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej i traktującego jako szczególny wymiar tejże wolności, która ma przede wszystkim charakter etyczny i religijny.” Dystrybucjonizm jako ruch ludzkiej ekonomii na ludzką skalę respektuje etyczne i religijne ograniczenia ekonomicznych działań, a dzięki temu naturalnie prowadzi ludzi z dala od korporacyjnego kultu kolosów, w kierunku ekonomicznego ładu, gdzie pogoń za materią podporządkowano wiecznemu przeznaczeniu człowieka.

Dystrybucjoniści podczas okupacji Wall Street

Richard Aleman w swoim artykule dla Remnant pisał o tym, jak razem ze mną i Johnem Rao wspólnie udaliśmy się w miejsce demonstrantów okupujących Wall Street, by zaprezentować im katolickie argumenty na rzecz rynkowej sprawiedliwości. Nie jechaliśmy tam, by poobcować sobie z hipisami, czy wesprzeć którąkolwiek z lewackich ideologii. Wybraliśmy się tam, ponieważ wiele tułających się po Parku Zuccotti dusz podejrzewało, że coś radykalnie złego dzieje się ze współczesną ekonomią, jednak nie miało klarowności odnośnie przyczyn tego zła.

Dostrzegliśmy w tej demonstracji neopogan, którzy szukają Boga Nieznanego. Powiedzieliśmy im, że Bóg, którego szukają jest Tym, który dał nam ewangelię dla dobra ludzi i narodów. Wręczyliśmy im fragmenty Quadragesimo Anno oraz ulotki zawierające elementy tego, jak wyglądałaby ludzka i dystrybucjonistyczne ekonomia, bez jednej rządowej interwencji, jeśli tylko ludzie podporządkowaliby pogoń za ziemskimi dobrami wiecznej szczęśliwości. Czuliśmy konieczność przekazania tym ludziom, że fundamentalnym problemem społecznym, który ich bezwiednie, bądź świadomie zjednoczył na protestach, stanowi apostazja cywilizacji Zachodu i nie ma innej drogi wiodącej ku sprawiedliwości społecznej, jak wąska ścieżka Kościoła katolickiego, wyznaczona ludziom i narodom. Pius XI ujął to następująco:

Wszyscy naprawdę doświadczeni społecznicy domagają się głośno racjonalizacji, która by w życie gospodarcze ład wprowadziła. Ale ten ład, którego My sami tak gorąco pragniemy i który skrzętnie popieramy, będzie całkiem ułomny i niedoskonały, jeżeli wszystkie rodzaje działalności ludzkiej nie złączą się, o ile to ludziom jest możliwa, w przyjaznej współpracy na wzór przedziwnej jedności Boskiego planu. Doskonałym nazywamy ów porządek, który Kościół niestrudzenie gorąco poleca, którego domaga się sam zdrowy rozum, aby odnosić wszystko do Boga jako do pierwszego i najwyższego celu wszelkiej twórczości stworzonej, a dobra doczesne oceniać jako środki, z których korzystać wolno o tyle, o ile do najwyższego celu prowadzą.

To naprawdę proste: stosując dwa wielkie przykazania w pogoni za dobrami tego świata będziesz dystrybucjonistą. Dystrybucjonista bowiem, ufając opatrzności Bożej będzie miał wszystko, czego potrzebuje jego rodzina. Będzie również pierwszym obrońcą zabezpieczającej wolność własności prywatnej, nie tylko przed rządem, ale i przed hegemonią wielkich korporacji, uparcie tłumiących dane ludziom przez Boga prawo, by własnymi siłami wybierać sobie drogę w życiu.

O ironio, uważający się za libertarian katolicy bronią korporacyjnego kolektywizmu przy asyście rządu, który to kolektywizm oznacza tak naprawdę sprywatyzowany socjalizm, atakują natomiast dystrybucjonistów za prawdziwie libertariańską obronę ekonomicznej niezależności jednostek i rodzin w gospodarce, która odrzuca chińskie niewolnictwo. Połóżmy kres tej demagogii i pozwólmy, by The Remnant Newspaper pomagała prowadzić katolików ku będącej celem Magisterium ekonomii miłosierdzia.

Christopher A. Ferrara

Źródło: C. A. Ferrara, In Defense of Distributism. Why Socialism and Distributism are Wholly Antithetical, New Jersey, 2011. Przekład artykułu z internetowego wydania The Remnant Newspaper.

Źródło informacji: http://www.dystrybucjonizm.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.