_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

środa, 5 grudnia 2012

o. prof. J.P.M. van der Ploeg OP - Modernizm cz. 1


Gdy studiowaliśmy teologię między 1927 a 1934 rokiem, uczyliśmy się o herezji modernizmu, która w czasach Leona XIII podniosła głowę, a przez świętego papieża Piusa X została osądzona i wyklęta. Nie była to herezja jak inne, odrzucająca tylko jedną prawdę wiary, ale ‘zbiór wszystkich herezji’, jak to nazwał Pius X w 1907 roku (“omnium haereseon collectum”, encyklika Pascendi Dominici Gregis, nr 86). ‘Gdyby ktoś zadał sobie trud zebrania wszystkich błędnych twierdzeń, wymierzonych przeciw wierze, i wyciśnięcie z nich niejako soków i krwi - zapewne nie mogły tego dokładniej uczynić, niż moderniści. Owszem oni dalej jeszcze poszli: nie tylko religii katolickiej grożą ruiną, lecz, jak to już zaznaczyliśmy, grożą ruiną wszelkiej religii.’ (Pascendi, numery 86 i 87). Jest to negatywna ocena wyrażona w sposób bardzo jasny.

Św. Pius X pierwszy raz użył słowa modernizm w zdaniu, gdzie potępia tę herezję. Samo w sobie słowo to jest neutralne: modernizm = coś, co jest nowe. W kontekście nurtu filozoficznego znaczy to: nowoczesny, to znaczy dzisiejszy, z naszych czasów. Wiadomo, że Luter używał już tego słowa na określenie filozofii nominalizmu, będącej prekursorką wielu nowoczesnych systemów. Słowo ‘modernizm’ używane na określenie poglądów, użyte w kontekście chrześcijaństwa z jego niezmienną wiarą, instytucjami i wartościami, brzmi dla wierzącego niepokojąco. W 1871 34-letni wówczas Abraham Kuyper nazwał tym słowem liberalny holenderski protestantyzm ( Modernizm…. Na gruncie chrześcijańskim, 1871). Belgijski ekonomista Périn napisał w 1881 roku o modernizmie w Kościele, i od tego czasu termin ten był używany coraz częściej na określenie błędnego kierunku myśli w Kościele. Biskupi północnych Włoch używali tego słowa we wspólnych pismach pasterskich od 1905 roku, a papież Pius X w 1907 roku oficjalnie wprowadził ten termin do słownictwa kościelnego.


Historia modernizmu

Historia modernizmu jest długa i właściwie nie wiadomo gdzie się zaczyna. Niektórzy sądzą, że należy cofnąć się do humanizmu czasów renesansu, rozpoczętego w XIV wieku, a przede wszystkim zwrócić uwagę na przedstawicieli XV i XVI wieku. Humanizm ten uważał, że dotąd nie nadano odpowiedniego znaczenia „człowiekowi” i „temu co ludzkie” nawet w nauczaniu Jezusa Chrystusa. Humanizm chciał odrodzić szacunek dla sfery tego, co ludzkie szczególnie poprzez studia nad starożytnością, nie wypierając się przy tym prawd chrześcijańskich. Na naszym podwórku takim humanistą, być może najbardziej znanym ze wszystkich, był Erazm. 

Koło fortuny steruje ludzkim życiem. Przywódcy renesansu próbowali odrodzić kulturę starożytnych Greków i Rzymian i wysławiali idee klasyczne, jako idee Fortuny obracającej swoje koło z zawiązanymi oczami. Według słów Petrarki klasycy zawierają ‘całą mądrość i zasady postępowania’, jakie są potrzebne człowiekowi.

W XVIII wieku mieliśmy do czynienia z pisarzami i uczonymi, którzy starali się akcentować ‘ludzkie’ wartości kosztem tradycyjnie chrześcijańskich, a nawet częściowo lub całkowicie zniszczyć chrześcijaństwo. W języku niemieckim nazywa się to Aufklärung (w naszym języku Oświecenie). We Francji ten kierunek filozoficzny, w którym ludzki rozum stał się absolutną normą ponad religią i wiarą, zwrócił się przeciw Kościołowi katolickiemu doprowadzając do Rewolucji Francuskiej. W Anglii, Oświecenie miało wpływ na powstanie lóż masońskich, które później rozprzestrzeniły się na całą Europę. W Niemczech w tym okresie żyli filozofowie, z których znamy szczególnie Emmanuela Kanta (1724-1804), który uczył między innymi, że czas i przestrzeń to jedyne zjawiska poznawalne ludzkim rozumem, czyli że nie jest możliwe poznanie rozumem Boga lub rzeczy ponadnaturalnych. Istoty znajdujące się poza tymi dwoma płaszczyznami istnieją tylko w naszej duszy.

Wizja raju na ziemi: chrześcijańska czy laicka?

Na znanym obrazie z 1848 roku europejskie narody maszerują zgodnie przed pomnikiem praw człowieka, gdy Chrystus przypatruje się im z nieba. Niektórzy chrześcijanie widzieli liberalizm polityczny, a nawet rewolucję, jako walkę dla sprawiedliwości. Katolicy widzieli w tym bezsensowną próbę stworzenia laickiego raju na ziemi, aby odwrócić uwagę od tego prawdziwego.

Rewolucja francuska, będąca powstaniem przeciwko dotychczasowemu modelowi społeczeństwa i Kościołowi, dosłownie wyniosła rozum ludzki na tron. 10 listopada 1793 ładna aktorka zajęła miejsce w „świątyni rozumu”, stworzonej w samym środku wielkiego paryskiego kościoła katedralnego Notre Dame, i odbierała tam cześć jako bogini. Stało tam także popiersie Voltaire’a, a ludzie śpiewali pieśni, w których nazywano ją (boginię Rozum): „O, święta Wolności, zamieszkuj tę świątynię, bądź bóstwem Francuzów!” Uczestnicy tego bluźnierczego kultu zebrali się po południu na obradach Zgromadzenia Narodowego i, zgodnie z propozycją ojca Chabot, byłego Kapucyna, ustalono, że odtąd katedra Notre Dame będzie uważana za świątynię Rozumu. Podobne przedstawienia miały miejsce w katedrach Reims, Metz, Strasburg, Chartres. Wiarołomni księża brali udział w tym pseudo-kulcie co zakrawało na obłęd. Obłęd czy nie, myśl o absolutnej wyższości człowieka i jego rozumu została szeroko rozpowszechniona.

Kościół reaguje

Rewolucja francuska się skończyła, ale jej idee wciąż żyły. Stało się to widoczne dla Kościoła w XIX wieku, gdy rozpoczął walkę z tak zwanym indyferentyzmem, i z tym co nazywano racjonalizmem. Papież Grzegorz XVI (1836-1846) zwalczał przede wszystkim ten pierwszy błąd mówiący, że aby się zbawić nie trzeba należeć do Kościoła katolickiego, lecz wystarczy dobrze żyć. Jego następca, niedawno ogłoszony błogosławionym, papież Pius IX (1846-1878) poświęcił bardzo ważną część swojej pracy zwalczaniu niewiary w formie „racjonalizmu” - poglądowi uznającemu wyższość rozumu ludzkiego, który przenikał także do wnętrza Kościoła nie po to aby go zdobyć lecz aby go zniszczyć. 8 grudnia 1864 został ogłoszony słynny Syllabus, czyli lista 80 błędnych nauk o Bogu, Kościele, stosunku do Kościoła, państwie i społeczeństwie, moralności, małżeństwie, liberalizmie i indyferentyzmie. Lista ta została sporządzona na podstawie nie mniej niż 32 dokumentów i przemów papieskich z lat 1846-1864. Pius IX ukoronował swą pracę I Soborem Watykańskim, który wydał 24 kwietnia 1870 roku Konstytucję Dogmatyczną o wierze Dei Filius.

Papież Leon XIII i amerykanizm

Pontyfikat Leona XIII był inny niż jego poprzedników. Wiara Kościoła zdawała się być silną. Oczywiście sam Leon XIII także przyczynił się do tego stanu, lecz w sposób zgoła inny niż jego poprzednicy co spowodowało, że był postrzegany jako ‘liberalny’ papież. Chciał wspierać naukę, a żeby zwalczać błędy filozoficzne nie używał potępień - tych było już wystarczająco - ale wspierał naukę świętego Tomasza z Akwinu. Był wielkim człowiekiem i godnym następcą św. Piotra. Pod koniec życia Leon XIII musiał zwalczać prąd filozoficzny, mający zwolenników przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, skąd przyjął nazwę ‘amerykanizmu’ i uważany był za bezpośredniego poprzednika modernizmu, z którym walczył będzie święty Pius X. Pod wpływem Redemptorysty (studiował między innymi w Wittem) i późniejszego założyciela kongregacji Paulistów Izaaka Tomasza Hecker’a (1819-1888), Amerykanina niemieckiego pochodzenia chcącego uczynić przejście do Kościoła katolickiego dla niekatolików łatwiejszym i atrakcyjniejszym, rozprzestrzeniane były w Stanach Zjednoczonych idee, przeciwko którym opierał się Leon XIII. Zostały one krótko streszczone w liście, który papież napisał do Jakuba Kardynała Gibbons’a, arcybiskupa Baltimore (1834-1921), poważanego w Ameryce i nastawionego postępowo człowieka.

Papież Leon XIII: ‘Sumienie świata’

W liście wyjaśniono, że nie jest zgodne z wiarą objawioną okrawanie nauki katolickiej z części wyglądających na mniej ważne, opuszczanie lub osłabianie znaczenia jakichkolwiek artykułów wiary. Odnośnie ostatniego punktu Leon XIII przypomniał, za Soborem Watykańskim I, że nauka katolicka zawsze zostaje taka sama i nigdy nie może się zmienić. Nie można uważać nakazów urzędu nauczycielskiego za nadmierne lub mniej potrzebne tam, gdzie mają na celu dążenie do chrześcijańskiej pełni i powoływać się na dary Ducha Świętego. Nie powinno się także przeceniać i stawiać cnót naturalnych ponad nadprzyrodzonymi. Nie można też dzielić ich na aktywne i pasywne i uważać, że te ostatnie (np. posłuszeństwo czy pokora) znaczą w naszych czasach mniej. To właśnie się stało i można w związku z tym zauważyć pogardę dla religijnego życia zgodnie z radami ewangelicznymi; papież potępił ten stan.

List Leona XIII wywołał oczywiście wielki wstrząs, ale dyscyplina w Kościele była jeszcze w tych czasach na tyle silna, że napomnienia papieskie brano sobie do serca w wyniku czego ruch amerykanizmu zniknął z Kościoła. Ta sytuacja pokazuje jak wielka była pokusa odrzucenia nauki Kościoła dla poglądów pochodzących z zewnątrz. Warto zauważyć, że nadwyrężanie nauki wiary próbowano zatuszować powoływaniem się na dary Ducha Świętego i Jego wpływ na każdego wierzącego, zjawisko znane także naszym czasom. Da się też zauważyć wpływ protestantyzmu, zrozumiały w krajach gdzie katolicy stanowili mniejszość i przez to bywali lekceważeni przez rodaków.

Papież Pius X

Po tym wstępie przechodzimy do modernizmu potępionego przez papieża Piusa X. Zwięzły obraz sytuacji daje encyklika Pascendi Dominici Gregis wydana przez świętego papieża 8 września 1907 roku, w której to rozprawia się on z modernizmem. Określenie „rozprawiać się” nie jest tu zbyt mocnym. Pius X uważał, że Kościół jest tak zagrożony przez modernizm, że żadne działania nie wydają się zbyt radykalne żeby zapobiec temu zagrożeniu. W ocenie wielkości zagrożenia wykazywał przenikliwość jakiej brakowało wielu jemu współczesnym.

Można by powiedzieć, że opisywanie modernizmu na podstawie dokumentu, który przedstawia go negatywnie i potępia, jest niewłaściwe i jeśli chce się skargę sprawiedliwie ocenić należy wysłuchać i drugiej strony. To prawda, ale tu nie chodzi o osoby – one nie zostały wymienione w encyklice – ale o poglądy. I to właśnie o takie poglądy, jakie Kościół potępił. Encyklika została przygotowana bardzo starannie jako mistrzowskie streszczenie nauki modernistów, co też sami przyznają. Pascendi jest dokumentem Magisterium Kościoła, który nie walczył z wiatrakami. Przed pojawieniem się encykliki Pascendi, Kongregacja Świętego Oficjum wydała dekret Lamentabili (3 czerwca 1907), który streszczał herezje modernistyczne w 65 zdaniach, a kończył się słowami: ‘Jego Świątobliwość zatwierdził dekret kardynalski i nakazał każdemu wyżej wymienione tezy wszystkie razem i każdą z osobna odrzucić i uważać za potępione.’(DS. 3466).

Modernizm potępiony przez Piusa X był opracowany i rozprzestrzeniany głównie przez duchowieństwo, zajmujące czołowe pozycje wśród wykładowców akademickich wydziałów teologicznych. Okupował przede wszystkim obszary nauk biblijnych i dogmatykę. Nie zapuszczał się na grunt społecznej i moralnej nauki Kościoła.

Okazją do powstania modernizmu był z jednej strony wpływ nowej filozofii, która od czasów Kanta uważała za niemożliwe poznanie Boga i świata ponadnaturalnego, a z drugiej strony studia nad historią, przede wszystkim historią biblijną, które w protestantyzmie zrodziły radykalną i wolnomyślicielską krytykę biblijną.

Przodownicy modernizmu

Centrum modernizmu była Francja; najbardziej znany modernista Alfred Loisy (1861 – 1940) był francuskim księdzem i profesorem. Został on potępiony i ekskomunikowany przez Rzym, ale sam nie chciał opuścić Kościoła, który chciał przeformować według zasad modernizmu.

W Wielkiej Brytanii przodującym modernistą był Jezuita G. Tyrrell (1861 – 1909). Pisał pod niezliczonymi pseudonimami, ale gdy w 1906 roku został zdemaskowany jako autor pism modernistycznych Praepositus Generalis Towarzystwa Jezusowego wydalił go z zakonu. W 1909 roku został ekskomunikowany przez Rzym. W tym samym roku nieoczekiwanie zmarł mając 48 lat. W Niemczech nie było wyróżniających się modernistów, ale austriacki baron Friedrich von Hügel (1852 – 1925) mieszkający z matką – Szkotką w Wielkiej Brytanii utrzymywał żywe stosunki z tamtejszymi modernistami samemu nie przyjmując ich poglądów. Najbardziej znanym włoskim modernistą był ksiądz Ernesto Bonaiuti (1881 – 1946). Czasopismo, które prowadził, Rivista storico critica delle scienze teologiche zostało w 1910 umieszczone na Indeksie. W 1926 został on ekskomunikowany, a w 1944 „wszystkie jego prace i pisma” zostały umieszczone na Indeksie. W latach 1915 – 31 był profesorem uniwersyteckim wykładającym historię chrześcijaństwa. Nazwiska można by wymieniać dalej, ale należą one już do historii. Uderzające jest to, że niektórzy poszli mocno do przodu i ruch modernistyczny zdaje się być reprezentowanym w ich osobach.

Agnostycyzm

Najważniejszy zarzut, który encyklika stawia modernistom to popieranie jednej z form agnostycyzmu (braku możliwości poznania), poglądu filozoficznego, według którego możemy poznawać jedynie zjawiska obecne w czasie i przestrzeni, a nie głębszych (zwanych metafizycznymi) rzeczywistości z nimi związanych. Dlatego istnienie Boga nie może być wyprowadzone czy udowodnione przy pomocy świata widzialnego. Bóg nie może być bezpośrednim podmiotem naszych myśli i nie ma także możliwości wskazania Jego roli w historii. Następstwem tych znanych już, i proponowanych przez Kanta , poglądów jest to, że nie można podać żadnej naturalnej, wartej uwagi, filozofii Boga ani wiarygodnie udowodnić prawdziwości naszej wiary na drodze rozumowej. Według nauki katolickiej nie możemy zrozumieć ponadnaturalnych prawd naszej wiary, ale możemy udowodnić, że są one w zupełności zgodne z rozumem. Vaticanum I uczy, że przede wszystkim cuda i proroctwa są dowodami na boskie pochodzenie wiary chrześcijańskiej (DS. 3034). Ich istnienia nie przyjmują moderniści. Twierdzą, że posługując się rozumem pozostajemy całkowicie ślepi na rzeczywistość ponadnaturalną, Bożą. Nie chcą jednak zniknięcia religii. Jak można to pogodzić?

Religijne uczucie

Religia i religijność pochodzą według modernistów z uczucia religijnego (dziś określa się to raczej jako „doświadczenie religijne”). Jak mówią, w podświadomości człowieka leży potrzeba wiary w coś, posiadania jakiegoś połączenia z Bogiem, chęć zrozumienia nieznanego Najwyższego Bytu. To co mówi człowiekowi owo uczucie, można też nazwać „objawieniem”. Przyczyną tego ostatniego poglądu jest brak możliwości usunięcia pojęcia „objawienia”, które tak mocno ugruntowane jest tak w Starym, jaki Nowym Testamencie, bez natychmiastowego postawienia się poza Kościołem, a nawet poza tradycyjnym chrześcijaństwem. Dla modernistów pojęcie ponadnaturalnego, z innego świata ( Bożego) objawienia kłóciło się z ich założeniami i uprzedzeniami filozoficznymi. Nauczyli się od Kanta, że spoza zjawisk zewnętrznych nie może przenikać boskość. Nie istnieje więc żadne „objawienie” w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.

Papież podaje przykład nauki modernistów. W osobie Chrystusa, jak mówią, historia nie znajduje nic więcej niż człowieka; ich agnostycyzm nie pozwala im znaleźć Boga. Przez tę „wiarę” i w tej „wierze” historyczna osoba Chrystusa została przeformowana (zostaje On boskim cudotwórcą i Synem Boga) i zdeformowana (przypisuje się mu niesłusznie poglądy nie dające się utrzymać). Radykalna krytyka Ewangelii jest tego następstwem; nie pozostawia się zbyt wiele Jezusowi historycznemu.

Powstanie dogmatu

W Kościele, jak mówią moderniści, wierny wypracowuje pobożne uczucia w myślach; tak powstawał dogmat. Te dogmaty są jedynie formułami podatnymi na zmiany. Aby pozostać żywymi muszą być dopasowywane (pod wpływem czasu i miejsca) do zmieniających się religijnych uczuć. Co do tych ostatnich: są one ściśle związane z doświadczeniem religijnym, które czyni człowieka wierzącym par excellence. Encyklika używa tego słowa, które w naszych czasach spotyka się z takim uznaniem.

Wiara i nauka

Jako następstwo wymienionych poglądów wprowadzają moderniści całkowity rozdział między wiarą i nauką jako nie mające ze sobą nic wspólnego i zajmujące własne, całkowicie odmienne miejsca. Wiara jest jednak podporządkowana nauce tak, że ta ostatnia wskazuje ewentualne nieścisłości naukowe w nauce wiary.

I tak dochodzimy do sytuacji, mówi papież, gdzie w pracach modernistów znajdujemy wywody, pod którymi katolik może się podpisać lecz już o stronę dalej należy się zastanowić czy nie pisze tego człowiek zaprzeczający wierze katolickiej. Raz piszą więc jako „wierzący”, a chwilę później już jako ludzie nauki. W ich uczonych pismach nie zważają na naukę Kościoła, Ojców Kościoła czy Soborów. Gdy się im to wyrzuca, odpowiadają, że to atak na ich wolność jako uczonych.

Filozofia Boga

Moderniści uczą, że pojmowanie Boga zależy w całości od religijnych uczuć człowieka. Ubieramy w słowa i sformułowania boską i ponadnaturalną prawdę całkowicie dla nas niepoznawalną. Te formuły są niczym więcej niż symbolicznymi wyrażeniami. Mówiąc o Bogu, niektórzy moderniści interpretują Jego rolę jako identyczną z rolą natury, w której Bóg występuje jako pierwsza Przyczyna. Tutaj papież pokazuje różnicę między porządkiem naturalnym i ponadnaturalnym (Pascendi, nr 34). Inni wyjaśniają aktywność Boga tak, że przypomina ona interpretację panteistyczną i tę Pius X uważa za najlepiej współgrającą z resztą poglądów modernistów (Pascendi, nr 92).

Kościół, sakramenty i Pismo Święte według modernistów

Kościół i jego sakramenty nie zostały, według modernistów, ustalone bezpośrednio i osobiście przez Chrystusa. Powstały dzięki przyjściu Chrystusa, ale trochę później. Co do Pisma Świętego, nie jest ono inspirowane przez Boga i zawiera sporo błędów i nieścisłości. Należy je wykładać z pomocą nowoczesnej nauki, przede wszystkim historii, licząc się także z prawami ewolucji religii i cywilizacji.

Immanentyzm

Moderniści są przekonani, że każda religia – także katolicka – musi być wyjaśniana poprzez człowieka z odrzuceniem wszystkich argumentów, a nawet wyłączeniem Objawienia. Ponieważ religia jest formą życia, musi być tylko w życiu poszukiwana i znajduje swój początek w wewnętrznej potrzebie ludzkiego serca i uczuciu. Wiara powstaje w wewnętrznym przeczuciu, powstającym z potrzeby „boskiego”, które leży ukryte w podświadomości. Ta nauka została przez Piusa X potępiona i odrzucona w encyklice Pascendi (DS. 2074).

„Przysięga antymodernistyczna”

Powyżej wymieniono tylko kilka poglądów modernistów, o których mówi Pascendi. Można je także odnaleźć w wydanej 1 września 1910 roku przez świętego papieża Piusa X Przysiędze antymodernistycznej przeznaczonej dla wszystkich księży i posiadających wyższe święcenia osób oraz wszystkich mających składać w Kościele wyznanie wiary. Znajdziemy tam następujące, odrzucane przez modernistów, prawdy wiary:

„(…) wyznaję, że Boga, początek i koniec wszechrzeczy, przyrodzonym światłem rozumu możemy z pewnością poznać (…)”

„Przyjmuję, cuda i proroctwa, jako najpewniejsze znaki Boskiego pochodzenia religii chrześcijańskiej.”

Kościół jest przez Jezusa Chrystusa osobiście i bezpośrednio założony; że jest on stróżem i nauczycielem objawionej prawdy i zbudowany jest na Piotrze i jego następcach. Przyjmuję naukę wiary w tym samym znaczeniu, w jakim została podana przez Apostołów i prawowiernych Ojców. Jako herezję odrzucam naukę o ewolucji dogmatów, według której zmieniają one z czasem swoje znaczenie. Odrzucam także stawianie w miejsce nauki Kościoła wciąż rzekomo polepszanych systemów filozoficznych. Wyznaję, że wiara nie jest tylko ślepym uczuciem pochodzącym z podświadomości, ale przyjęciem rozumem „ze słuchania” (Rzym. 10, 17) otrzymanej prawdy, ze względu na osobowego Boga, naszego Stwórcę i Pana i pełni Prawdy, przyjmując wszystko co On objawił.

Po wyznaniu tych 5 fundamentalnych prawd wiary następuje w formule przysięgi stanowcze odrzucenie błędów modernistycznych, z których najgorsze zostają jeszcze wymienione. Przysięga zwraca szczególną uwagę na znaczenie i sposób interpretacji Pisma Świętego; następnie na znaczenie boskiego przekazu. Co do tego ostatniego, zostaje odrzucony błąd mówiący o nieposiadaniu przez ów przekaz niczego boskiego i o tym, że należy to rozumieć w sensie panteistycznym.

Z tego wynika jasno, że rację miał Pius X nazywając modernizm „zbiorem wszystkich herezji”. Gdy wcześniejsze herezje atakowały jedną lub kilka prawd wiary katolickiej, przez co heretycy opuszczali Kościół, aby założyć swój własny, modernizm odrzucał praktycznie całość nauk Kościoła; poddawał w wątpliwość osobowego Boga lub zwyczajnie Go ignorował.

Jak modernizm oddziaływał możemy się przekonać, wykonując mały skok w czasie, z ankiety przeprowadzonej przez Kaski około 1970 roku wśród księży z haskiego śródmieścia. Okazuje się, że dla prawie każdego (wyjątki były tak rzadkie, że nie zostały uwzględnione) Bóg zachował jeszcze znaczenie w ich życiu; stał się jednak tylko słowem błąkającym się gdzieś daleko na horyzoncie. Jest takie stare łacińskie przysłowie: Omne male a clero, to znaczy całe zło pochodzi od kleru. To z pewnością można powiedzieć o modernizmie, który został w Kościele rozprzestrzeniony właśnie przez księży. Księża mają za zadanie podawanie prawdziwej nauki; nie rzadko byli także głosicielami herezji, tak jak w przypadku modernizmu.

tłumaczył z niderlandzkiego Karol Kilijanek

czwartek, 29 listopada 2012

Aberracje liturgiczne cz. 72 - "Msza magiczna"


Pismo Święte w opałach, czyli o odkrywaniu na nowo dokumentów Papieskiej Komisji Biblijnej




Kiedy studiowałem w seminarium duchownym mówiono mi, że według współczesnych badaczy dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z lat 1911-1912 nie mają już mocy obowiązującej. Mówiono mi także, że ich odwołanie miało miejsce gdzieś około lat 50. ubiegłego wieku. Sprawą zainteresowałem się bliżej, gdy pisałem pracę na temat zagadnienia dotyczącego Ewangelii synoptycznych. Kto napisał pierwszy – Mateusz, Marek czy Łukasz? Wkrótce się zorientowałem, że odpowiedzi na pytanie „kto napisał pierwszy?” nie da się udzielić tylko na podstawie argumentów pochodzących z samych tekstów1. Aby odpowiedzieć na pytanie, kto napisał pierwszy, drugi i trzeci, zacząłem szukać zewnętrznych autorytatywnych dowodów. To doprowadziło mnie do dekretów Papieskiej Komisji Biblijnej z lat 1911-1912. Jedyną trudnością było jednak to, że jeżeli te orzeczenia rzeczywiście zostały anulowane, nie mogły być już użyte jako argument rozstrzygający. Postanowiłem więc odnaleźć odwołanie i zobaczyć, czy dekrety te mają jeszcze jakąś (a jeżeli tak, to jaką) wartość w oczach Kościoła.


Moje dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do opinii Thomasa Aquinasa Collinsa OP i Raymonda Browna SS znalezionych w Jerome Biblical Commentary. Ich zdaniem: „Wiele z tych dekretów [PKB z lat 1905–1915] ma dzisiaj niewiele więcej niż historyczną wartość, gdyż zostały pośrednio odwołane na mocy późniejszych dekretów, przez Divino afflante Spiritu oraz przez Sobór Watykański II. Wczesne dekrety należy oceniać zgodnie z wyjaśnieniem z 1955 roku wydanym po łacinie i po niemiecku przez A. Millera i A. Kleinhausa, sekretarza i asystenta sekretarza Papieskiej Komisji Biblijnej”2. Dalej twierdzą oni, że wyjaśnienie zostało wydrukowane w niemieckim periodyku biblijnym „Benediktinische Monatschrift” jako artykuł pod tytułem Nowy podręcznik biblijny (Das Neue Biblische Handbuch). Ten sam artykuł został później przedrukowany w innych czasopismach biblijnych, takich jak „The Catholic Biblical Quarterly”3. Trzy rzeczy budziły moje wątpliwości. Po pierwsze, nie szukałem już dalej dekretu odwołującego, lecz jakiegoś rodzaju „wyjaśnienia”. Po drugie, czy poprzednie nauczanie Kościoła mogłoby zostać – choćby nie wprost – odwołane? Po trzecie, jaki autorytet stoi za tym wyjaśnieniem, skoro zostało ono opublikowane tylko w czasopismach biblijnych?

Podejmując najpierw zagadnienie „wyjaśnienia” i jego formalnego znaczenia, znalazłem stosowne fragmenty artykułu wspomnianego przez Collinsa i Browna w apendyksie książki Rzym i studium Pisma Świętego (Rome and the Study of Scripture: A Collection of Papal Enactments on the Study of Holy Scripture together with the Decisions of the Biblical Commission, 7th ed., 1964). Redaktorzy książki stwierdzili wyraźnie, że artykuł posiada jedynie inicjały „A.M.” wskazujące na autora. Pisali: „Ta rewizja została podpisana A.M., ale raczej nie ma wątpliwości, że chodzi o przewielebnego Atanazego Millera OSB, sekretarza Papieskiej Komisji Biblijnej”. Fragment „wyjaśnienia” brzmiał następująco:

„O ile jest to kolekcja dokumentów ukazujących, że Pismo Święte zawsze było podstawowym źródłem i fundamentem prawd wiary katolickiej, ich postępu i rozwoju, Enchiridion4 oddaje znakomitą przysługę przede wszystkim historii dogmatów. Ponadto jasno przedstawia zaciętą walkę, jaką Kościół we wszystkich czasach musiał toczyć, choć z różną intensywnością, aby podtrzymać czystość i prawdziwość Słowa Bożego. Zwłaszcza w tym względzie dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej mają wielkie znaczenie. Jednakże, jak długo dekrety te prezentują poglądy nie będące ani bezpośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności, jasne jest, że naukowiec może prowadzić swoje badania w całkowitej wolności,5 zawsze pod warunkiem, iż respektuje najwyższy autorytet Kościoła nauczającego. Dzisiaj trudno jest wyobrazić sobie sytuację badaczy katolickich z początku wieku lub uświadomić sobie zagrożenia, jakie spotykały nauczanie katolickie odnośnie do Pisma Świętego i jego natchnienia ze strony krytyki liberalnej i racjonalistycznej. Krytyka ta, jak rzeka, chciała zmyć święte ramy Tradycji. Obecnie walka jest znacznie mniej zażarta, niemało kontrowersji zostało pokojowo rozwiązanych, a wiele zagadnień ukazuje się obecnie w całkiem nowym świetle. Jest więc nam łatwo uśmiechać się wobec wąskości spojrzenia i ograniczenia dominującego pięćdziesiąt lat temu. W końcu, Enchiridion ma znaczącą wartość apologetyczną, ponieważ jest świadkiem niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniej troski o Pismo Święte. Przypomina jak Kościół jest gotów bronić jego świętego charakteru i czuwać nad poprawną interpretacją. Encykliki, takie jak Providentissimus Deus i Divino Afflante Spiritu, ukazują jak Kościół dokłada starań, aby promować w każdy możliwy sposób porządne i owocne studium Pisma. Encykliki te z podziwu godną jasnością prezentują podstawowe zasady katolickiej interpretacji, obowiązujące we wszystkich czasach i skutecznie zamykają drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym. W ten sposób wskazują drogę interpretacji i użycia Pisma w celu ożywiania życia dusz i Kościoła jednocześnie w pełni wykorzystując osiągi współczesnych badań”6.

Ten sam artykuł został opublikowany w „The Catholic Biblical Quarterly” wraz z komentarzem Edwarda F. Siegmana CPPS. Ojciec Siegman, wypowiadając się bardzo przychylnie o „wyjaśnieniu”, pisał także: „Aż do dzisiaj [„wyjaśnienie”] nie ukazało się w Aktach Stolicy Apostolskiej i dlatego umknęło uwadze licznych badaczy. Prawdopodobnie nie powinno być nazywane oficjalnym w ścisłym sensie […], ponieważ autora można zidentyfikować jedynie na podstawie inicjałów A.M. […] Niemniej, wydaje się, że nie ma wątpliwości, iż tym autorem jest wielebny Atanazy Miller OSB. Z pewnością mamy tutaj przedstawione zdanie Komisji Biblijnej”. Ale do 2012 roku „wyjaśnienie” nie ukazało się w Aktach Stolicy Apostolskiej (Acta Apostolicae Sedis - AAS). Zatem artykuł ten należy nazwać tym, czym jest w istocie, czyli zaledwie prywatną opinią i to opinią niebezpieczną dla wiary. Jest po temu przynajmniej pięć powodów.

Po pierwsze, jak to zauważył o. Siegman, w jaki sposób artykuł wydrukowany w różnych nie-autorytatywnych periodykach biblijnych, podpisany jedynie inicjałami A.M., może stanowić wyjaśnienie nauczania Kościoła? Nie ma tam podpisu papieża, kardynała czy biskupa. Jakie jest pełne imię i stanowisko autora? Czy może to być właściwy sposób dokonania wyjaśnienia o tak fundamentalnym i szerokim znaczeniu? Gdyby przewielebny Atanazy Miller chciał, aby to „wyjaśnienie” było wiążące lub rozstrzygające musiałby włączyć je do AAS. To właśnie taka publikacja sprawia, że tego rodzaju dekrety i sprostowania stają się wiążące. Kiedy ten sam Atanazy Miller opublikował instrukcję Komisji Biblijnej w 1955 roku, była ona podpisana zarówno przez papieża Piusa XII, jak i umieszczona w Aktach Stolicy Apostolskiej. Zatem to, co stwierdza artykuł podpisany przez A.M. jest niczym więcej niż osobistą opinią, kimkolwiek byłby A.M.

Po drugie, A.M. pisał, że: „Enchiridionoddaje znakomitą przysługę przede wszystkim historii dogmatów”. Przeciwnie, pierwszorzędnym celem Enchiridion Biblicum zawsze było ocalenie i zachowanie integralności Pisma Świętego. Jest on po prostu podręcznikiem (enchiridion po grecku oznacza „w ręku, pod ręką”) zawierającym istotne fragmenty wszystkich znaczniejszych orzeczeń i rozstrzygnięć na temat wiary i moralności odnoszących się do Pisma Świętego. Enchiridion Biblicum oddaje przysługę „historii dogmatów” tylko o tyle, o ile pokazuje w jakim czasie w historii i w których dziedzinach nauczania Kościół był zmuszony wystąpić w obronie depozytu wiary. Niemniej takie znaczenie jest wtórne wobec pierwszorzędnego. Ponadto Enchiridion Biblicum występował zawsze jako przypomnienie niezmiennego nauczania Kościoła, ponieważ jedynie prezentuje to, czego Kościół nauczał na temat wiary i moralności na przestrzeni lat. Kościół nigdy nie cofnął ani nie odwołał tego, czego nauczał na temat wiary lub moralności. Stąd starożytne powiedzenie „Rzym przemówił, sprawa skończona” (Roma locuta, causa finita). Sprowadzanie znaczenia Enchiridion Biblicum do „niewiele więcej niż wartości historycznej” jest atakiem na całość podręcznika, a tym samym atakiem na nauczający autorytet samego Kościoła. Artykuł ten jest więc, przynajmniej potencjalnie, niebezpieczny dla wiary.

Po trzecie, A.M. pisał, że dekrety PKB posiadają „znaczącą wartość apologetyczną, ponieważ są świadkiem niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniejtroski o Pismo Święte”. Przeciwnie, owa „wartość apologetyczna” musi rozciągać się ponad jej zdolność wyłącznie do „ukazywania niesłabnącej czujności Kościoła” i musi być użyta do obrony Pisma przed wszystkimi zanieczyszczeniami. W tym sensie odpowiedzi PKB stają w jednej linii z Providentissimus Deus i Divino Afflante Spiritu i także one „z podziwu godną jasnością prezentują podstawowe zasady katolickiej interpretacji, obowiązujące we wszystkich czasach i skutecznie zamykają drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym”, jak ujął to A.M. Zamiast wyjaśniać nauczanie Kościoła, „wyjaśnienie” podane przez A.M. ma na celu osłabienie „niesłabnącej czujności Kościoła i jego wieloletniej troski o Pismo Święte”. Z tego powodu artykuł ten powinien zostać odrzucony jako niebezpieczny dla wiary.

Po czwarte, A.M. pisał: „jak długo dekrety te prezentują poglądy niebędące ani bezpośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności, jasne jest, że naukowiec może prowadzić swoje badania, zawsze pod warunkiem, iż respektuje najwyższy autorytet Kościoła nauczającego”. Przeciwnie, należy wziąć pod uwagę rangę nadaną orzeczeniom PKB przez papieża, św. Piusa X:

„Oznajmiamy i ustanawiamy, że wszyscy są związani w sumieniu do poddania się orzeczeniom Papieskiej Komisji Biblijnej, tym, które zostały wydane w przeszłości oraz tym, które będą ogłoszone w przyszłości, w taki sam sposób, w jaki poddają się nauczaniu Świętych Kongregacji zatwierdzonemu niezależnie przez papieża. Nie mogą wymówić się od piętna zarówno nieposłuszeństwa jak i zuchwałości, ani być uwolnionymi od ciężkiej winy ilekroć kwestionują te decyzje słowem lub pismem. A to przede wszystkim ze względu na zgorszenie, jakie czynią przed Bogiem oraz grzechy, których mogą być przyczyną, gdy wynikają z nich inne twierdzenia pochopne i błędne”7.

Papież Pius X uczynił zarządzenia Komisji częścią Magisterium Kościoła, czyli częścią najwyższego autorytetu nauczycielskiego Kościoła. To „rozciągnięcie” Magisterium zostało później cofnięte po Soborze Watykańskim II. Kardynał Ratzinger pisał: „Papieska Komisja Biblijna, w jej nowej postaci po Drugim Soborze Watykańskim, nie jest organem Urzędu Nauczycielskiego, ale raczej komisją badaczy […]”8. Innymi słowy, papież, św. Pius X, uczynił Komisję organem i ten organ nauczał nas publikując dekrety w AAS. Promulgowane dekrety były i pozostają aż do dzisiaj zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Ale po Vaticanum II PKB nie ma już takiej władzy. Pius X wspomina także, że dekrety Papieskiej Komisji Biblijnej „odnoszą się do wiary”, co wyraźnie sprzeciwia się twierdzeniu A.M., że „prezentują poglądy nie będące ani bez­pośrednio, ani pośrednio związane z prawdami wiary i moralności”. Ponownie artykuł A.M. okazuje się być niebezpiecznym i staje w sprzeczności do nauczania Kościoła.

Po piąte, A.M. stwierdził, że Enchiridion Biblicum „przedstawia zaciętą walkę, jaką Kościół we wszystkich czasach musiał toczyć, choć z różną intensywnością, aby podtrzymać czystość i prawdziwość Słowa Bożego”. Dalej A.M. mówi, że „Obecnie walka jest znacznie mniej zażarta […]”. Przeciwnie, wydaje się, że „zacięta walka” niemal zupełnie się skończyła po tym, jak „wyjaśnienie” autorstwa A.M. rozpowszechniło się w świecie. Magisterium jeszcze kilka razy czyniło wysiłki w latach 1950. i wczesnych 1960., aby powstrzymać rozprzestrzenianie się złej nauki, ale wszystkie te próby okazały się nieskuteczne. Jedną z prób podjął sam przewielebny Atanazy Miller za zgodą papieża Piusa XII w 1955 roku kiedy opublikował instrukcję, w której można było przeczytać:

„Należy żałować, że te spotkania [różnych towarzystw biblijnych] nie są prowadzo­ne w każdej dziedzinie w pełnej zgodności z właśnie przedstawionymi normami i że czasem zachodzi niebezpieczeństwo, że takie spotkania, czy to zorganizowane przez towarzystwa biblijne, czy innych ludzi, nie tylko nie dają odpowiedniej korzyści uczestnikom, ale nawet dochodzi do tego, że dla niektórych są bardziej powodem „zagłady” niż „zbudowania” (por. 2 Kor 10,18). Mówcy, o których słyszymy, nie zawsze są ludźmi dobrze znającymi się na tematach, o których rozprawiają. Niektórzy z nich są całkowicie gotowi do pójścia za mniej godnymi zaufania autorami, pochopnie i zuchwale przyjmują i roz­powszechniają wątpliwe lub błędne opinie, zalecają książki lub czasopisma wątpliwej wartości, czytanie o sprawach, którym albo brak kościelnego zezwolenia albo obarczonych pozytywnym zakazem. A to wszystko nieraz w obecności osób całkowicie nieprzygotowanych do rozważania i oceny tych spraw. Słyszeliśmy nawet, że zdarzało się, iż mówcy nie brali pod uwagę norm, na które Najwyższy Pasterz, obecnieszczęśliwie rządzący, ponownie kładł duży nacisk w encyklice Humani generis, że zuchwale przedstawiali teorie potępione przez Magisterium Kościoła, lub nawet szli tak daleko, że proponowali w miejsce literalnego sensu, należycie wydobytego pod czujnym okiem Kościoła, jakiś nowy sens, nazywany przez nich symbolicz­nym i duchowym, w którym trudności nieodłącznie związane z sensem literalnym miałyby znikać. Nikt nie może nie zdawać sobie sprawy, jak nieobliczalnie groźne są wszystkie te rzeczy, kiedy przedstawia się je słuchaczom niedoświadczonym w zagadnieniach biblijnych”9.

Po przeczytaniu tego fragmentu można zastanawiać się, czy przewielebny Atanazy Miller jest rzeczywiście tym „A.M.” podpisanym pod „wyjaśnieniem” z 1955 roku. Skutkiem tej instrukcji, która, jak się zdaje, nigdy nie została stosownie wprowadzona w życie, wszystko, co zostało z „zaciętej walki” Magisterium, to monitum Świętego Oficjum wydane za pontyfikatu Jana XXIII ostrzegające teologów biblijnych aby „zawsze mieli na uwadze nauczanie Świętych Ojców oraz zmysł i Urząd Nauczycielski Kościoła tak, aby sumienia wiernych nie były niepokojone a prawdy wiary narażane na szwank”10. W latach 50. miała miejsce bitwa, ale po 1955 roku niewielu już walczyło po stronie Kościoła.

Znakiem tego, że bitwa jest skończona jest fakt, że wielu, jeśli nie większość, księży wykształconych od lat 60. i obecnych kleryków nie wie nawet czym są dekrety PKB. W efekcie, kiedy w seminariach są nauczani różnych teorii sprzecznych z tymi orzeczeniami, osoby te nawet nie wiedzą, że Kościół uznaje te teorie za problematyczne lub nawet szkodliwe dla wiary. Jako dobry przykład niech nam posłużą ewolucyjne teorie odniesione do Pisma Świętego, bardzo dziś popularne, które są otwarcie nauczane i przyjmowane w naszych seminariach. Warto zauważyć, że w latach 50., kiedy ukazało się „wyjaśnienie” A.M., teoria ewolucji właśnie zdobywała popularność. Te ewolucyjne idee były nawet aplikowane do powstania Biblii. Dla katolickich naukowców jednak jedyną drogą do zablokowania tych teorii w odniesieniu do Biblii były właśnie dekrety PKB!

Jako szczególny przykład rozważmy autorstwo Pentateuchu – pierwszych pięciu ksiąg Biblii. Obecnie niemal powszechnie utrzymuje się, że Mojżesz nie mógł napisać tych ksiąg z wielu różnych powodów, jak na przykład relacja o jego śmierci w ostatnim rozdziale Księgi Powtórzonego Prawa. Mówi się: jak Mojżesz mógł napisać księgę, która wspomina jego własną śmierć? Odrzucając Mojżeszowe autorstwo, współcześni badacze wykształceni w instytucjach kościelnych preferują wnioskowanie o autorstwie jedynie na podstawie wewnętrznych dowodów. Na przykład w odniesieniu do Pięcioksięgu identyfikują przynajmniej trzech lub więcej autorów w oparciu o styl i treść. Następnie przedstawiają wiele różnych teorii, aby wyjaśnić w jaki sposób otrzymaliśmy pierwsze pięć ksiąg Biblii. Jedna z bardzo popularnych współczesnych teorii, hipoteza dokumentalna [w Polsce znana jako hipoteza Wellhausena – przyp. red.], jest ze swej natury ewolucyjna i utrzymuje, że Pięcioksiąg nie został napisany przez jednego autora, lecz przez trzech lub czterech autorów lub tradycji, które badacze nazywają J, E, D i P. („J” oznacza Jahwistę, „E” – Elohistę, „D” – Deuteronomistę, „P” – źródło kapłańskie) Ci trzej lub czterej autorzy lub tradycje czasem opowiadali różne historie, a czasem sprzeczne wersje tej samej historii. W końcu ktoś pozbierał te wszystkie różne historie, zachowując ich oryginalne brzmienie tak dalece jak to możliwe. W rezultacie produktem końcowym jest zlepek (patchwork) pozostających w kon­flikcie tradycji, często sprzecznych, obecnie beznadziejnie połączonych i pomiesza­nych razem przez ostatecznego redaktora. Innymi słowy Pięcioksiąg wyewoluował w czasie, z pracy kto wie ilu autorów, aby osiągnąć w końcu stan, który mamy obecnie. Dekrety PKB zwracają się ku temu problemowi, ograniczając liczbę możliwości. Weźmy na przykład następujący fragment dekretu PKB na temat Mojżeszowego autorstwa Pięciokięgu:

Czy można przyjąć bez uszczerbku dla autentycznie Mojżeszowego pochodzenia Pięcioksięgu, że Mojżesz użył [innych] źródeł przy tworzeniu swojego dzieła, takich jak dokumenty pisane lub ustne tradycje, z których, aby pasowały jego określonym celom i pod wpływem natchnienia Bożego, wybrał niektóre rzeczy i wstawił do swojego dzieła albo dosłownie, albo co do znaczenia (quoad sententiam), w skrócie lub w rozwi­nięciu? Odpowiedź pozytywna”11.

Innymi słowy, Pięcioksiąg mógł mieć różne źródła, ale ma on tylko jednego ludzkiego autora – Mojżesza. Joszua, lub ktoś inny, mógł z łatwością dodać ostatni rozdział opisujący śmierć Mojżesza.

Ten sam styl teorii ewolucyjnych jest odnoszony do innych ksiąg biblijnych, takich jak Księga Izajasza, Psalmy lub nawet ewangelie. Na przykład, wielu dzisiaj utrzymuje, że Księga Izajasza ma dwóch lub trzech autorów stosownie do różnych dowodów wewnętrznych, takich jak styl i język. Zwróćmy uwagę na dekret PKB mówiący o jedności autorstwa księgi proroka Izajasza:

„Czy argument filologiczny, zbudowany w oparciu o język i styl, w celu podważenia jedności i tożsamości autora Księgi Izajasza ma taką wartość, że znaczący badacze, obeznani ze sztuką krytyki [tekstu] i z językiem hebrajskim są zmuszeni rozpoznać w tejże Księdze wielu autorów? Odpowiedź negatywna”12.

Innymi słowy, po prostu nie ma wystarczającej ilości informacji w samym tekście, aby udowodnić, że Izajasz został napisany przez różnych autorów i później dopiero złączony w jedną księgę przez jakiegoś redaktora. Św. Tomasz z Akwinu napisał wspaniałe dzieła teologiczne, takie jak Suma Teologii, ale także wiele różnych pieśni i modlitw, takich jak Lauda Sion. Czy mamy wątpliwości, że jest autorem obu? Nie, ponieważ posiadamy zewnętrzne dowody na poparcie tezy o jedności. Niemniej, gdybyśmy wzięli pod uwagę jedynie dowody wewnętrzne z pewnością zwątpilibyśmy w jedność autorstwa i zwrócili się ku wielości autorów. Podobnie, tylko dlatego, że Izajasz zawiera i prozę i poezję w tej samej księdze nie stanowi to wystarczająco silnego argumentu na rzecz dwóch lub większej ilości autorów. Takie jest nauczanie Kościoła.

Aby pokazać tendencyjny wpływ „wyjaśnienia” A.M. odwołajmy się teraz do twierdzenia Fredericka Gasta OCD dotyczącego kwestii synoptycznej (czyli autorstwa trzech ewangelii Mt, Mk i Łk – przyp. red.): „Będąc posłusznymi względem dekretów Papieskiej Komisji Biblijnej z lat 1911-1912, katolicy zazwyczaj popierali to rozwiązanie problemu synoptycznego [Mt-Mk-Łk], ale teraz, ponieważ w odniesieniu do tych dekretów została dana całkowita wolność, zostały uczciwie rozpoznane ograniczenia takiego rozwiązania [i tutaj Gast odnosi się do Collinsa i Browna, których wypowiedź była cytowana na początku]”13. Jasno wynika stąd, że bitwa została przegrana po publikacji „wyjaśnienia” A.M. w 1955 roku.

Mając jeszcze wątpliwości w odniesieniu do tych, tak zwanych, odwołań „nie-wprost” zawartych w encyklice Divino afflante Spiritu i konstytucji Dei Verbum wspominanych przez Collinsa i Browna odnalazłem stosowne fragmenty obu dokumentów. Pius XII w Divino afflante Spiritu pisał:

„Taki stan rzeczy [istnienie problemów nadal nierozwiązanych] nie powinien powstrzymywać egzegety katolickiego, który posiada silne i czynne zamiłowanie w swoim zawodzie, a Matce Kościołowi szczerze jest oddany. Niechaj trudne, dotąd nie rozwiązane zagadnienia wciąż na nowo podejmuje, nie tylko by odpierać zarzuty przeciwników, ale przede wszystkim, aby wypracować pozytywne rozwiązanie, zgodne z nauką Kościoła, zwłaszcza z tradycją o pełnej nieomylności Pisma Św., uwzględniając niewątpliwe wyniki wiedzy świeckiej. Starania tych dzielnych pracowników w winnicy Pańskiej należy osądzać nie tylko z uznaniem i sprawiedliwością, ale i z miłością. O tym obowiązku niechaj pamiętają wszyscy inni synowie Kościoła, trzymając się z dala od nierozumnej gorliwości, która wszystko co nowe potępia lub uważa za podejrzane tylko dlatego, że jest nowe. W orzeczeniach i prawach Kościoła - niechaj pamiętają o tym - chodzi o sprawy wiary i moralności, a spomiędzy wielu rzeczy w Piśmie Św. w księgach prawnych, historycznych, dydaktycznych i prorockich jest tylko niewiele takich, których sens został przez autorytet Kościoła wyjaśniony. A i teksty, co do których Ojcowie Kościoła są jednomyślni, nie są wiele liczniejsze. Zatem pozostaje wiele kwestii i to w stosunku do bardzo ważnych zagadnień, których wyjaśnienie i zbadanie pozostawione jest swobodnie przenikliwości i zdolnościom egzegetów katolickich, a każdy ku pożytkowi ogólnemu obowiązany jest wedle możności przyczyniać się do stałego postępu wiedzy biblijnej i do obrony honoru Kościoła. To prawdziwa wolność dzieci Bożych, która z jednej strony trzyma się mocno nauki Kościoła, a z drugiej każdy przyczynek wiedzy świeckiej przyjmuje jako dar Boży. Ta wolność, pielęgnowana przez dobrą wolę wszystkich, jest warunkiem i źródłem owocnych wyników oraz trwałego postępu wiedzy katolickiej”14.

Konstytucja Soboru Watykańskiego II Dei Verbum:

„Egzegeci katoliccy i inni uprawiający świętą teologię powinni starać się, by wspólnym wysiłkiem pod nadzorem świętego Urzędu Nauczycielskiego, przy zastosowaniu odpowiednich pomocy naukowych, tak badać i wykładać boskie Pisma, by jak najliczniejsi słudzy Słowa Bożego mogli z pożytkiem podawać ludowi Bożemu pokarm owych Pism, który by rozum oświecał, wolę umacniał, a serca ludzi ku miłości Bożej rozpalał. Sobór święty dodaje otuchy synom Kościoła, którzy zajmują się studiami biblijnymi, by z odnawianą ciągle energią dzieło szczęśliwie podjęte prowadzili nadal z wszelką starannością wedle myśli Kościoła” (KO 23).

Papież Pius XII oczywiście zachęcał do dalszych badań skrypturystycznych, ale zawsze w ramach nauczania Kościoła. Dekrety PKB zostały włączone w nauczanie Kościoła w takim sensie, w jakim mówi o tym encyklika Divino afflante Spiritu. Jeżeli ta encyklika implicite odwołała tamte dekrety, to dlaczego „wyjaśnienie” A.M. o tym nie wspomina, to znaczy, nie mówi, że uzupełnia to, co już zostało oznajmione w Divino afflante Spiritu? Skoro jednak Pius XII nie odniósł się do orzeczeń PKB i nie stwierdził, że zostały uchylone w jakikolwiek sposób, to pozostają ważne i wszyscy wierzący powinni ich przestrzegać. Pisząc cytowane słowa, Pius XII nie odwoływał wcześniejszych dekretów, lecz odnosił się do braku reakcji ze strony katolickich egzegetów na kryzys modernistyczny, który ponownie zaczął wpływać na Kościół. Tym razem jednak modernizm nie wychodził z wnętrza Kościoła, lecz z różnych protestanckich źródeł na zewnątrz. Racjonalistyczna protestancka nauka biblijna, taka jak metody historyczno-krytyczne i teoria źródeł, zdobywały sobie grunt w świecie teologii. Te popularne i nowatorskie idee stanowiły atak na Pismo Święte. Jako że Kościół katolicki jest strażnikiem i przechowawcą depozytu wiary, włączając spisane Słowo Boże, Pius XII wezwał badaczy, aby zaangażowali się w walkę, „odparli zarzuty przeciwników” i „bronili przed zarzutami księgi przez Boga natchnione”. Zamiast zaprzeczać zarządzeniom PKB i postrzegać je jako przeszkodę, badacze katoliccy powinni raczej rzeczywiście użyć ich jako wskazówek i podjąć wysiłek wyjaśnienia dlaczego i jaki sens mają poszczególne dekrety. Czyż taki wysiłek nie stanowiłby „stałego postępu wiedzy biblijnej i obrony honoru Kościoła”, które wspomina Pius XII? Niestety, badacze poszli z duchem czasu i przyjęli racjonalistyczną naukę protestancką. Przyjrzyjmy się następującej wypowiedzi z Jerome Biblical Commentary zawartej w podpunkcie „Powstanie katolickiej nauki krytycznej” (org. „Emergence of Catholic Critical Scholarship”):

„Ogólnie, nowożytna katolicka nauka na temat Nowego Testamentu polegała na roztropnym dobieraniu i włączaniu elementów akceptowalnych w badaniach protestanckich. Jak na razie, nie idzie więc ona własnymi nowymi ścieżkami. Zdołała natomiast przekonać bardziej inteligentnych katolików, że ultrakonserwatywne poglądy biblijne z przeszłości są już nie do utrzymania”15.

Jak to ujął A.M. nasi badacze – zamiast promować „na każdy możliwy sposób solidne i owocne studium Pisma Świętego” i „skutecznie zamykać drzwi wyjaśnieniom subiektywnym i arbitralnym” modernistów – pomogli „zmyć święte ramy Tradycji”.

Po Piusie XII, Sobór Watykański II powtórzył nauczanie Divino afflante Spiritu i nawet podkreślił dwa razy w jednym krótkim fragmencie konieczność trzymania się myśli Kościoła. Tak więc Sobór, zachęcając do studiów biblijnych, przypomniał badaczom również to, że wszystkie badania mają być utrzymane w obrębie stosownych granic i prowadzone „przy zastosowaniu odpowiednich pomocy naukowych”. Ostatecznie, Sobór nauczał, że „badacz katolicki musi opanować techniczne szczegóły Pisma Świętego, a także zweryfikować wyniki tych badań wobec świadectwa całości Pisma Świętego, nauki Ojców, soborów, liturgii (wschodniej i zachodniej) i życia świętych”. Nowe metody naukowe, takie jak krytyka historyczna, mogłyby być sprawdzone i użyte, ale musiałyby być zawsze wykorzystywane w celu zachowania całości depozytu wiary.

Inaczej niż twierdzą Collins i Brown, nie wydaje się, aby istniało jakieś odwołanie „nie-wprost” dekretów PKB w cytowanych dwóch dokumentach (tj. Divino afflante Spiritu i Dei Verbum). Najlepsze wyraźne odwołanie jakie można znaleźć, to tylko artykuł opublikowany przez kogoś nazywającego siebie A.M. w niemieckim biblijnym czasopiśmie pozbawionym kościelnego autorytetu. Oznacza to, że nie było unieważnienia, ani wyjaśnienia, ani odwołania „nie-wprost”. Był tylko kiepsko napisany artykuł, podpisany przez tajemniczego autora „A.M.” w najlepszym razie wyrażającego swoje prywatne przekonania, a w najgorszym niebezpiecznie atakującego nauczanie Kościoła. Wniosek z tego, że dekrety PKB są nadal ważne, obowiązujące i w pełni skuteczne. Jaki jeszcze wniosek jest możliwy?

Przedstawianie zwyczajnego nauczania Kościoła jako mającego „niewiele więcej niż historyczną wartość” jest ciężkim błędem i w żadnym wypadku nie stanowi „wyjaśnienia”. Kiedy takie rzeczy stają na naszej drodze, musimy wybrać między „prawdziwą wolnością dzieci Bożych, która trzyma się mocno nauki Kościoła”, jak twierdził papież Pius XII a „całkowitą wolnością wobec tych dekretów”, jak to utrzymują Collins, Brown i Gast.

Przylgnąwszy wiernie do nauki Kościoła, miałem teraz wystarczający zasób informacji, aby dokończyć mój artykuł na temat „zagadnienia synoptycznego”. W moim artykule Kto napisał pierwszy? odwołałem się do dekretów PKB i innych autorytatywnych argumentów z Ojców Kościoła i Tradycji. Mogłem trafnie argumentować za tym, że Mateusz był pierwszy, po nim Marek a potem Łukasz. Takie podejście i rozwiązanie uspokoiło moje sumienie, wzmocniło wiarę, i wywołało uśmiech wobec ograniczoności używania tylko argumentów z wnętrza tekstu.

Sean Kopczynski

tłum. Michał Chaberek OP

Tekst ukazał się w 64 numerze kwartalnika Fronda.

1). Potwierdzenie tej tezy zob. International Critical Commentary, t. 1, s. 99.
2). T.A. Collins OP, R.E. Brown, S.S., Church Pronouncements [w:] The Jerome Biblical Commen­tary, New Jersey: Prentice-Hall, Inc. 1968, [72:25], s. 629.
3). A.M.,Das neue Biblische Handbuch [w:] „Benediktinische Monatschrift”, (31)1955, s. 49–50. „The Catholic Biblical Quarterly”, (18)1956, s. 24–25 (przyp. red.).
4). Sprostowanie autorstwa A.M. było recenzją czwartej edycji Enchiridion Biblicum — zbioru wypowiedzi doktrynalnych Kościoła dotyczących Pisma Świętego zawierającego także wczesne odpowiedzi PKB (przyp. red.).
5). Słowa zaznaczone kursywą zostały pominięte w angielskim przekładzie „wyjaśnienia” po­danym na przykład w opracowaniu Rome and the Study of Scripture. Jednak istnieją one zarówno w tekście niemieckim (in aller Freiheit), jak i łacińskim (plena libertate) (przyp. red.).
6). Rome and the Study of Scripture. A Collection of Papal Enactments on the Study of Holy Scripture together with the Decisions of the Biblical Commission, wyd. 7, St. Meinrad: Abbey Press Publishing Division 1964, s. 169–170 (przyp. red.).
7). Pius X, Motu proprio Praestantia Scripturae Sacrae (EB 271), ASS 40(1907), s. 724.
8). Zob. J. Ratzinger, Wstęp do anglojęzycznego wydania dokumentu PKB Interpretacja Pisma Świętego w Kościele (The Interpretation of the Bible in the Church) z 23 kwietnia 1993 roku.
9). Instrukcja Komisji Biblijnej z 15 grudnia 1955 roku O stowarzyszeniach biblijnych, AAS, 48(1956), n. 61–64 (EB 625).
10). Monitum Św. Oficjum z 20 czerwca 1961 roku (AAS, t. 53(1961), s. 507).
11). Enchiridion Biblicum 183, por. ASS, 39(1906), s. 377.
12). Enchiridion Biblicum 279, por. ASS, 41(1908), s. 613.
13). F. Gast, hasło „Synoptic Problem” [w:] Jerome Biblical Commentary, [40:14]. s. 5.
15). S. Kselman SS, hasło: „Modern New Testament Criticism” [w:] Jerome Biblical Commentary, [41:71], s. 19

Źródło informacji: FRONDA.pl

poniedziałek, 29 października 2012

Ruchy charyzmatyczne - Koń trojański w Kościele Katolickim




Wykład ks. Karola Stehlina FSSPX pt. "Ruchy charyzmatyczne - Koń trojański w Kościele Katolickim".

sobota, 20 października 2012

Maciej Tryburcy: Buntownicy, obserwatorzy i Magisterium



Całość artykułu do przeczytania tutaj

piątek, 12 października 2012

Zapomniane prawdy c.d. - Benedykt XVI o Soborze Watykańskim II


"Ojcowie Soboru nie mogli i nie chcieli tworzyć nowego Kościoła, innego. Nie otrzymali polecenia ani zadania, by to uczynić. Byli ojcami Soboru, którzy mieli jeden głos i prawo do decydowania tylko jako biskupi, a więc na mocy sakramentu i w Kościele sakramentalnym. Dlatego nie mogli i nie chcieli tworzyć innej wiary ani nowego Kościoła, lecz pragnęli głębiej zrozumieć jedno i drugie, a więc naprawdę je «odnowić». Dlatego hermeneutyka zerwania jest absurdalna, sprzeczna z duchem i wolą ojców Soboru" 

Benedykt XVI, Wspomnienia z otwarcia Soboru Watykańskiego II opublikowane na łamach polskiego wydania dziennika "L'Osservatore Romano" z dnia 10 października b.r.

Arkadiusz Robaczewski - "Tradsi" w nowej ewangelizacji

Fot. Piotr Marusza

Nikt nie spodziewa się, że w poszukiwaniu środków Nowej Ewangelizacji, które się właśnie odbywa, ktoś będzie usiłował zatrzymać albo zawrócić bieg czasu. Taka obawa jest czasem wyrażana przez tych, którzy zauważają coraz większą żywotność tzw. środowisk Tradycji katolickiej. „Nie da się wrócić do tego, co było” – wyrokują, machając na tradycyjne środowiska ręką. Jednak same te środowiska, wbrew temu, co się im nieraz, z pewnością nazbyt często, zarzuca – wcale nie tęsknią za minioną epoką. Przeciwnie, tak jak wszyscy apostołowie i ewangeliczni konkwistadorzy sięgają w daleką przyszłość, a nawet poza czas – w wieczność.

Skazani na skansen?


Ostatnie skojarzenie, jakie może przyjść do głowy, to skojarzenie Nowej Ewangelizacji z tradycjonalizmem i środowiskami kształtującymi swe życie w oparciu o tzw. starą Mszę. Z tymi, którzy szanują i dostrzegają wartość i niezmienność tradycyjnej (przedsoborowej) doktryny, a w swoich domach praktykują katolicki obyczaj zupełnie tak, jak praktykowali ich dziadowie i pradziadowie. Dominuje bowiem pojęcie nowej ewangelizacji, która każe ją widzieć jako zerwanie ze wszystkim, co stare –ze starą, oczywiście „skostniałą i niezrozumiałą” liturgią, ze starą, nieprzystającą do dzisiejszych czasów doktryną, z obyczajowością, która, jak niektórzy mniemają, była zbiorem zewnętrznych praktyk, może i cennych, nawet z sentymentem wspominanych, pozbawionych jednak „ducha”, spełnianych mechanicznie i z przyzwyczajenia.


To oczywiście znacznie uproszczony rys, raczej potoczna opinia niż to, co sądzą odpowiedzialni za Nową Ewangelizację. Faktem jest jednak, że wspólnot tradycyjnych nie tylko nie uwzględnia się w planach ewangelizacyjnych Kościoła; nie widzi dla nich miejsca w ogóle, co najwyżej tolerując ich inercyjną egzystencję gdzieś na obrzeżach parafii, poza niedzielnymi godzinami celebracji, pozwalając czasem na sprawowanie Mszy wówczas, gdy pozostali parafianie właśnie zasiadają do obiadu albo wybierają się na rodzinny spacer.


Czasem bywa i tak: Wierny zwraca się do kapłana, który za jakiś czas ma sprawować Mszę św., tradycyjną w jakiejś szczególnej intencji rocznicowej, a który przy parafii prowadzi oficjalnie, za zgodą ordynariusza duszpasterstwo środowisk Tradycji:


- Przecież o tej Mszy na pewno ksiądz proboszcz ogłosi chętnie w parafialnych komunikatach – mówi, w swej prostej naiwności wierny.

- Nie ogłosi – odpowiada ksiądz. O niczym nie ogłosi, nie ogłosi ani o adoracji, ani o spotkaniu, ani o pielgrzymce. A jak inny parafianin zapyta o coś „od nas”, powie, że on nic nie wie.


To obrazek z codzienności życia tzw. duszpasterstw tradycji umieszczonych przy parafiach. Dobrze, jeżeli jest Msza (niemal zawsze w porze obiadowej), dobrze, jeśli jest co tydzień, a nie „w co czwartą niedzielę każdego parzystego kwartału”.


Czy ta rzeczywistość świadczy o tym, że wspólnoty tradycyjne, przebijające się przez warstwy betonu niechęci i asfaltu niezrozumienia na dzisiejszej cywilizacyjnej pustyni, skazane są, cichym wyrokiem, na śmierć? A jeśli, bo wszystko na to wskazuje, wyrok taki rzeczywiście zapadł, to czy ma on dostateczne uzasadnienie? Czy wspólnoty tradycyjne rzeczywiście zasługują na wyginięcie?

 

Kim są „tradsi”? Pytania u progu Roku Wiary


Nawet nie wypada osobom wierzącym dawać świadectwa w miejscu pracy, w rodzinie. Wierzący artyści, sędziowie, lekarze, nauczyciele – jeśli tylko w jakiś sposób mają odwagę świadczyć o swej wierze – natychmiast są ostrzeliwani; czasem tylko w miejscu, w którym się znajdują, a czasem sprawa staje się publiczna i wówczas lecą pociski różnego kalibru, wszelkich rodzajów broni i ze wszystkich stron. To samo zresztą dotyczy kapłanów i biskupów, którzy z faktu swojego kapłańskiego i biskupiego zobowiązania wyciągają ostateczne konsekwencje.


Nie ma już społeczeństwa chrześcijańskiego w Europie. Są wyspy, które czasem tworzą archipelag ortodoksji radykalnej – bardzo jest mi bliskie to sformułowanie Pawła Milcarka. Dodałbym jeszcze że ta ortodoksja rodzi także radykalną ortopraksję – w dziedzinie moralnej, liturgicznej, obyczajowej.


Elementy składowe tego archipelagu to nadzieja nowej ewangelizacji. Czy jest tam miejsce dla środowisk tradycyjnych? Dla tych pączkujących duszpasterstw wiernych tradycji łacińskiej? Czy oni mają do zaproponowania światu coś więcej niż koronkowe alby i komże, skrzypcowe ornaty, gorliwe okadzanie ołtarza i Mszę po łacinie, czyli w języku, którego „nikt już dziś nie rozumie”?


Kim są tzw. „tradsi”? Czy rzeczywiście mogą coś wnieść w misję Kościoła, we współczesnym świecie? W to, by Ewangelia i przesłanie o Synu Ofiarującym się Ojcu i rodzącym nas przez to do wieczności – wybrzmiało w dzisiejszym świecie z nową siłą, wyrazistością, nie pozwalająca się oddalić oczywistością i prawdą?


Stawiam te pytania u progu Roku Wiary, do którego ogłoszenia pretekstem stała się rocznica, pięćdziesiąta już, zwołania Soboru Watykańskiego II.


Te dwa wydarzenia, rocznica soboru i Rozpoczęcie Roku Wiary, łączy się ze sobą z istotnych racji. Do niedawna Sobór Watykański II można było w mowie i wypowiedziach publicznych traktować wyłącznie jak zmarłych – nihil, nisi bene, albo nic, albo tylko dobrze. Jeśli nawet zdarzały się (a zdarzały się!) wypowiedzi co bardziej światłych hierarchów, nakazujące ostrożność i rzetelność, dzięki którym moglibyśmy dostrzec także ciemne strony soboru, smutne jego konsekwencje – były one traktowane per non est. Dominował i dziś również dominuje tryumfalizm iście „przedsoborowy” w mówieniu o Vaticanum II – kategorie nowego tchnienia Ducha, nowych Zielonych Świąt, czy „największej rewolucji” – to najczęstsze radosne sformułowania używane wobec Vaticanum II.


Jednocześnie Rok Wiary ogłoszony przez Benedykta XVI nie jest ogłaszany przy dźwięku fanfar, oznajmiających sukces i rozkwit wiary, a także obecność chrześcijańskich zasad, według których żyjż kontynenty i narody. Przeciwnie, motu proprio Benedykta XVI, wprowadzające w Rok Wiary, pełne jest wyciszenia i wskazywania, że trzeba wiele rzeczy zacząć „od nowa”. Nie w takim znaczeniu, jak codziennie od nowa zaczynamy zmagać się z trudnościami drogi, idąc do jej kresu. Raczej chodzi tu o rozpoczęcie niektórych dróg od nowa, jak po falstarcie, albo po odkryciu, że droga, którą zaczęliśmy kroczyć – prowadzi donikąd. Zatrzymujemy się wówczas, zawracamy i zaczynamy od nowa.


Bo oto okazało się, że pięćdziesiąt lat po Soborze Watykańskim II „wiara nie jest już oczywistą przesłanką życia wspólnego”. Choć zapewne nie taki cel – zniszczenia „wiary jako przesłanki życia wspólnego”, przyświecał ojcom soborowym.


Otwarciu Roku Wiary towarzyszą też synody i konferencje na temat nowej ewangelizacji. To każe przypuszczać, że za tymi aktami stoi ukryta przesłanka, że stara ewangelizacja, ta dokonywana przez ostatnie 40 lat, zupełnie się nie powiodła, albo z jakiś innych przyczyn należy ją wymienić i zastąpić „nową”. Zapewne, to słuszny postulat, bowiem zasady chrześcijańskie, przynajmniej w starym świecie znikają z życia indywidualnego i, co za tym idzie, ze społecznego.


W społeczeństwach Zachodu zupełnie niezrozumiały stał się obowiązek, jaki ma stworzenie wobec Stwórcy – oddawanie czci Panu Bogu. Niezrozumiała jest konieczność Kościoła do osiągania zbawczych łask, czy nadprzyrodzoność liturgii i jej niezbędność w uświęcaniu naszej codzienności jej oddziaływania w życiu. Nie wspominając już o niezrozumieniu dla takich „drobiazgów” jak czystość przedmałżeńska, istotowe zło antykoncepcji lub to, że codzienne życie jest realną walką o kształt naszej wieczności i domaga się specjalnych środków: ascezy, pokuty, ofiarnej modlitwy, jałmużny. Te oczywistości, rdzenie wiary indywidualnej i opartego na niej życia społecznego, zostały zmiecione doszczętnie przez „ducha soborowej odnowy”.


Nikt nie spodziewa się, że w poszukiwaniu środków nowej ewangelizacji, które się właśnie odbywa, ktoś będzie usiłował zatrzymać albo zawrócić bieg czasu. Taka obawa jest czasem wyrażana przez tych, którzy zauważają coraz większą żywotność tzw. środowisk Tradycji katolickiej. „Nie da się wrócić do tego, co było” – wyrokują, machając na tradycyjne środowiska ręką. Jednak same te środowiska, wbrew temu, co się im nieraz, z pewnością nazbyt często, zarzuca – wcale nie tęsknią za minioną epoką. Przeciwnie, tak jak wszyscy apostołowie i ewangeliczni konkwistadorzy sięgają w daleką przyszłość, a nawet poza czas – w wieczność.


Po czym można rozpoznać u tzw. tradsów ten brak przywiązania do przeszłości, a właśnie dynamizm nakierowany na przyszłość, tę bliższą i tę dalszą, aż do wieczności,?


Najpierw – po ich wielkiej czci do liturgii w ogóle, a do Mszy świętej w szczególności. Spotyka się ta cześć, powierzchownie odbierana, z niezrozumieniem, czasem z braterską kpiną: Naprawdę myślisz, że Pan Bóg zwraca uwagę na formy? Wierzysz, że Pan Bóg lepiej rozumie po łacinie niż po polsku?” „To jak ksiądz nie ma koronki przy albie – znaczy cała Msza nieważna? Łatwo, rzecz jasna, zrezygnować z wysiłku zrozumienia, a w końcu niezrozumiałą postawę i nieudzielający się wewnętrzny żar, załatwić byle jaka kpiną. Albo skwitować: Phi, po łacinie nie rozumiem, na szczęście był sobór i teraz mamy w kościele wszystko po polsku.

 

Msza na każde czasy!


Msza trydencka, ta po łacinie i tyłem do ludu – to Msza na każde czasy! Także na „te” czasy: czasy nowej ewangelizacji. Także na te, które dopiero nadejdą, niezależnie od tego, jaki przybiorą kształt. W każdych czasach jakąkolwiek szansę wiązania człowieka z Bogiem, także pomocy w wykonywaniu jego podstawowego obowiązku – oddawania czci Bogu, ma wyłącznie taka liturgia, która nie jest z tego świata, nie jest jego fabrykatem, co więcej – taka, która jest obca duchowi tego świata i duchowi czasu. Słowem – liturgia nieprzystosowana! Nieprzystosowana do nowych czasów i do mentalności współczesnego człowieka, cokolwiek to oznacza. Tylko taka, żadna inna! Wciągnięcie ducha tego świata do liturgii, próby czynienia z niej rzeczywistości zrozumiałej dla tego świata jest iluzją, która, dziś widać to zupełnie wyraźnie, przynosi opłakane skutki. Liturgia stara uderza swą odmiennością wobec codzienności. Cisza, majestat, gesty, pietyzm wyrażony w szatach, śpiewie, dymie kadzidła – ukazuje niewyobrażalny dystans oddzielający Niebo od ziemi. Rzeczywistość starej Mszy i jest przy tym radykalnie inna, przeciwna wobec tego, co dzieje się w świecie. Świat jest pełen zgiełku i hałasu – Msza jest wypełniona ciszą. Świat jest pełen chaotycznych postaw i niskich zachowań – Msza uderza uporządkowanym majestatem. Świat rozbudza egoizm i skoncentrowanie na sobie, na każdym kroku stwarza okazje, by człowiek wznosił ołtarzyki, na których będzie czcił sam siebie – na Mszy klękamy przez Majestatem Boga i siebie, wraz z Jego Synem – ofiarujemy. Duch ofiary jest niewątpliwie „nie z tego świata”. Jeśli Kościół i chrześcijanie mają „żyć w świecie, ale nie dla świata”, mają być „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą” – Msza św. w tradycyjnym rycie w sposób doskonały do takiej postawy usposabia. To święta liturgia rzymska, jak tego dowodzi historia – jest w stanie przetrwać walący się świecki porządek i przez burze dziejowe i walące się cywilizacje – przenieść nietkniętą wiarę. Czy ci, którzy z niej czerpią, ta Mszą żyją,w jej rzeczywistości oddychają – nie są narzędziami nowej ewangelizacji?


Kiedy w 2007 roku ojciec św. potwierdzał w motu proprio Summorum Pontificum pełne prawa Mszy św. Trydenckiej, raz jeszcze wyrażając wolę, by była sprawowana bez ograniczeń, które w ostatnich dziesięcioleciach narosły, pojawiły się wówczas głosy, że jest to akt łaski wobec lefebrystów, czy też tych, którzy „wciąż są przywiązani do dawnych form liturgicznych”. Że to dla tych, którzy „w ewangelicznym marszu zatrzymali się przy formach i nie daja się prowadzić Duchowi”. Takie jednak odczytanie chyba nie było oddaniem treści prawa zawartego w Summorum Pontificum. Benedykt XVI, jak mało kto przenikliwie widzi krajobraz spustoszenia i potrzebę „nowej ewangelizacji” na terenach, gdzie niegdyś rozkwitało chrześcijańskie życie. Akt przywrócenia do pełni praw „starej Mszy” odważnie wpisuje się w program nowej ewangelizacji. Bowiem ta Msza ewangelizowała świat – była odprawiana we wspaniałych katedrach, cichych klasztorach i w lichym Ars, w stodołach i barakach, na polach bitew, w kościołach w większych i większych miastach, a także wszędzie tam, dokąd docierali misjonarze z Ewangelią. Dlatego, jeśli papież przywraca, a jego współpracownicy zabiegają, by była jak najpowszechniej sprawowana, sprawowana, jak ujął to Dario kard Castrillon Hoyos, „w każdej parafii”, to nie po to, by tworzyć konkurencję wobec nowego ordo Missae, ale by na nowo ewangelizować świat przez liturgię, która sprawdziła się w tym dziele od czasów Imperium Rzymskiego aż po XX wiek i która tak wyraźnie i niepodaważalnie stawia Chrystusa w centrum i Bogu Jedynemu oddaje cześć. Taki jest sens podstawowy, zasadniczy „powrotu do starej Mszy”. Ustawienie Chrystusa składającego z siebie Ofiarę Ojcu i rodzącemu Miłość –ponownie w centrum świata.

 

Tradycyjny wyż demograficzny


Inny, wcale nieodległy od ofiarniczego charakteru Mszy św. znak przyszłościowego dynamizmu środowisk tradsów to ich dzietność. Powszechna jest opinia, że w Kościele dwie grupy są szczególnie płodne – uczestnicy wspólnot neokatechumenalnych i właśnie tradsi. Widać to w niedzielę i święta, gdy pod kaplice i kościoły, w których sprawowana jest stara Msza, podjeżdżają wieloosobowe vany, czasem całkiem nowe, a czasem z demobilu, żartobliwie zwane tradibusami. Z pewnością ten fakt zasługuje na duszpasterską uwagę w kontekście nowej ewangelizacji. Rośnie nowe pokolenie żarliwych katolików, kształtujących swą wiarę, nie z własnego wyboru, poza parafią, często z tej parafii wyrzucanych. Jest tu duszpastersko sporo do nadrobienia, o czym świadczą opowieści krążące pośród tradsów. z jaką żarliwością , pokonując niezrozumiałe przeszkody, musieli walczyć o zgodę proboszcza czy kurii biskupiej na Chrzest św., czy Pierwszą Komunię po staremu. To prawo wciąż jest niezrozumiale reglamentowane, mimo że taka reglamentacja jest właśnie łamaniem prawa, co potwierdziły jednoznaczne rozstrzygnięcia Stolicy Apostolskiej, gdy pokrzywdzeni w biurach parafialnych i kuriach biskupich wierni o takie rozstrzygnięcia prosili. Szkoda, bo tradsi, wciągnięci w życie parafii, w życie lokalnego Kościoła nie wypychani z niego, mogli by wprowadzić prawdziwie ożywczy dla nowej ewangelizacji nurt. Ożywczy, bo każdy, kto ma wewnętrzny żar, nie tylko w jego świetle kształtuje swoje życie, ale też zapala nim innych. Chodzi o ten żar, przed nieobecnością którego przestrzega Benedykt XVI: Chrześcijanin nie może być letni! Przed tym, jako największym niebezpieczeństwem dla chrześcijaństwa, ostrzega Apokalipsa. Ta letniość bowiem dyskredytuje chrześcijaństwo. Tymczasem wiara powinna być w nas ogniem miłości, płomieniem, który rzeczywiście ogarnia moje jestestwo i tak przechodzi na innych. To jest metoda ewangelizacji: prawda staje się we mnie miłością, a miłość zapala jak ogień także bliźniego. Tylko tak, zapalając drugich ogniem własnej miłości, rzeczywiście rośnie ewangelizacja, obecność Ewangelii, która nie jest już jedynie słowem, ale rzeczywistością, którą się żyje.


Jak szukać wyjaśnienia do znoszenia trudów przywiązania do dawnych form liturgicznych? Jak wytłumaczyć to, że rodziny z dziećmi przemierzają czasem miasto z jednego krańca na drugi, a czasem kilkadziesiąt kilometrów, by wziąć udział w Mszy trydenckiej? Albo że mają siły wykłócać się ze swoimi proboszczami, antyszambrować w pokojach kurialnych, by uzyskać zgodę na Chrzest, Pierwszą Komunię św., delegację na ślub w dawnym rycie? Niektórzy sądzą, że powoduje nimi estetyzm połączony ze snobizmem. Zatem, do tego wszystkiego znoszą tradsi dodac trzeba jeszcze formułowane przy tej okazji uwagi o braku pokory i chęci wyróżnienia się za wszelką cenę. Tymczasem to nie tak, zupełnie nie tak! Najczęściej szukają starej liturgii i pragną w oparciu o nią kształtować swe chrześcijaństwo, swe ziemskie powołanie, bo widzą, że w niej nic nie zakłóca aktu Ofiarowania się Chrystusa Ojcu. Że dzieki tej liturgii, tak „mocnej” w swym przekazie, mogą zachować i rozwijać żarliwa wiarę w antychrześcijańskim świecie. Zapewne są tak zdeterminowani, bo za swoje przyjęliby słowa bpa Atanazego Schneidera: Obrzęd i każdy szczegół Świętej Ofiary Mszy musi być skupiony na wychwalaniu i adorowaniu Boga przez naleganie na centralność obecności Chrystusowej, czy to w znakach i przedstawieniu Ukrzyżowanego, czy to w jego postaci Eucharystycznej w tabernakulum, a zwłaszcza w momencie Konsekracji i Komunii Św. Im bardziej jest to respektowane, tym mniej miejsca zajmuje człowiek w centrum celebracji, tym mniej celebracja wygląda jak kółko skupione na sobie. Raczej, jest ona otwarta na Chrystusa w procesji zmierzającej ku Niemu z kapłanem na czele; taka procesja liturgiczna będzie najwierniej oddawać ofiarę adoracji Chrystusa ukrzyżowanego; owoce pochodzące z chwalenia Boga i trafiające do dusz wiernych będą bogatsze, Bóg będzie bardziej je cenił.


Trads łaknie duszpasterstwa


Na takim chrystocentryzmie zasadza się wkład wiernych tradycji łacińskiej w nową ewangelizację. Byliby w niej zapewne jeszcze bardziej skuteczni, gdyby nie pewna bolączka, o której wspomniałem na początku: brak regularnego duszpasterstwa. Przybywa miejsc, gdzie Msza po dawnemu się odprawia, przybywa młodych, wywodzących się ze środowisk tradycyjnych, księży, ale oni, w ramach struktur parafialnych, rzadko mają okazję stać się duszpasterzami tradsów. Tam, gdzie Msza starsza się odbywa, nie ma miejsca w parafii na dodatkowe duszpasterstwo – rzecz ogranicza się do Mszy, a o spotkaniach formacyjnych, rekolekcjach – nie ma już mowy. Tradsi są często jak owce bez pasterza. Uzupełniają te braki w domu. Modlą się razem całymi rodzinami, zawiązują między sobą Koła Różańcowe, organizują, na poły formalnie rekolekcje i spotkania z kapłanami. I studiują. Specyfiką tradycjonalistów jest też większa niż u innych wspólnot, uwaga kierowana na doktrynę Kościoła. Są pośród nich osoby, które na własną rękę oddają się studiowaniu św. Tomasza z Akwinu i klasycznej filozofii, z zapałem czytają dokumenty soborów, teksty Ojców i Doktorów Kościoła a także papieskie encykliki oraz apologetyczne podręczniki. To niewątpliwie, w stanie dzisiejszego powszechnego nieuctwa, analfabetyzmu religijnego, a także chaosu doktrynalnego i, co za tym wszystkim idzie – rażącej, nawet porażającej, miałkości w sposobie przekazywania wiary choćby na katechezie w szkole, całkowitego niemalże barku tejże dla dorosłych wiernych – rzecz trudna do przecenienia. Dzięki takim samodzielnym studiom Kościół zyskuje nie tylko ludzi czerpiących i budujących swą wiarę w oparciu o nieskażoną chrystocentryczną liturgię, usprawniającą do składania ofiary ze swego życia Bogu i drugiemu człowiekowi w rodzinie, w służbie publicznej, ale także zdolnych bronić tej wiary i Kościoła, wzór do apologii czerpiąc od prawdziwych, a dziś zapomnianych lub lekceważonych mistrzów.

 

Wierni jak pies!


Tradycjonaliści nie są przy tym, wbrew obiegowej opinii, buntownikami i narzekaczami. Wobec swoich pasterzy – proboszczów, wikarych, są jak wierny pies – pan może go czasem obłożyć kijem i przepędzić, ale on i tak temu panu będzie wierny i będzie mu służył. I często zdarza się tak, że to właśnie zwolennicy Mszy tradycyjnej bronią swego Proboszcza przed napastliwymi parafianami, którzy mają do niego mnóstwo pretensji o to, czy tamto. To tradycjonaliści stają w jego obronie, mimo że ten Proboszcz o Mszy trydenckiej w swojej parafii nawet nie chce słyszeć. Podobnie bywa i z postawą tradycjonalistów wobec biskupów – są pierwszymi, którzy bronią czci swych pasterzy, nawet jeśli, delikatnie mówiąc, nie zaznali od nich wcześniej niczego dobrego.

 

Czy Kościół hierarchiczny, poprzez swe struktury, doceni wspólnoty tradycyjnych katolików? Pan Jezus się o nie troszczy, troszczy i Marka Boża, a także aniołowie. To pewne, i w zasadzie – wystarczające, choć w warunkach ziemskiej walki, czy ziemskiego pielgrzymowania byłby pożyteczny widzialny znak w postaci życzliwości i zrozumienia ze strony tych, którym Chrystus powierzył szczególną troskę o zbawienie dusz. Tak czy inaczej, ze wsparciem czy bez – wspólnoty tradycyjne są w awangardzie nowej ewangelizacji. Choć z pewnością ktoś traci, gdy ich potencjał jest administracyjnie tłumiony i spychany poza domniemany obszar głównej bitwy. Jeden z kapłanów, wcale nie z tradycyjnego zgromadzenia, komentując tę sytuację powiedział niedawno: „Zdziwią się ci ślepi przewodnicy ślepych, jaka piękna budowla powstała z odrzuconych kamieni.”


ŹRÓDŁO: https://www.salon24.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.