_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x. prof. Michał Poradowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x. prof. Michał Poradowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

x. prof. Michał Poradowski: Na czym polega protestantyzacja katolicyzmu ?

ks. prof. Michał Poradowski „Kościół od wewnątrz zagrożony” /fragment/

PROTESTANTYZACJA KATOLICYZMU


Ostatnio często się spotykamy z opiniami na temat rzekomej protestantyzacji katolicyzmu i jest rzeczą bardzo znamienną, że najwięcej i najczęściej podkreślają ten fakt ci katolicy, którzy nawrócili się z protestantyzmu. To głównie oni z bólem i goryczą stwierdzają, że błędne wierzenia i praktyki protestanckie, od których uciekli, przechodząc na katolicyzm jakieś trzydzieści-czterdzieści lat temu, wprowadzane są obecnie w życie przez hierarchię Kościoła katolickiego. Dla każdego bezstronnego obserwatora życie Kościoła katolickiego jest niezaprzeczalnym faktem, że dzisiejsza religijność katolicka coraz więcej przejmuje elementów protestanckich i chociaż fakt ten stwierdzają wszyscy, tylko niektórzy uważają go za objaw negatywny. Na tym polega zasadnicza różnica między sytuacją w wieku XVI i w czasach dzisiejszych. Jeśli bowiem w czasach Lutra i Soboru Trydenckiego tego rodzaju objawy spotykały się z jednolitą potępiającą postawą, obecnie reakcja katolików w tej sprawie jest podzielona; dla jednych jest to zgorszeniem i przyczyną troski, podczas gdy dla drugich jest okazją do zadowolenia, gdyż w „protestantyzacji” katolicyzmu widzą postęp i unowocześnienie, a niektórzy nawet i drogę do ekumenizmu. Wydaje się, że ta niezaprzeczalna obecność protestantyzmu wewnątrz dzisiejszego Kościoła katolickiego ma dwa źródła. Jednym z nich są podobnie jak w wieku XVI – pewne procesy wewnątrz samego Kościoła; drugim zaś jest wpływ jaki protestantyzm wywiera z zewnątrz na Kościół katolicki, zwłaszcza przez niezliczone ułatwione kontakty z okazji akcji ekumenicznej i tego wszystkiego, co się w praktyce czyni pod pretekstem ekumenizmu. Aby więc uzupełnić nasz cykl szkiców na temat „socjologii protestantyzmu”, tak tego z czasów Lutra jak i obecnego, przyjrzyjmy się pokrótce dzisiejszej protestantyzacji katolicyzmu, ale wyłącznie w ramach schematu jaki został w szkicach tych zastosowany. Wypada przypomnieć, że w zastosowanym schemacie spojrzeliśmy na protestantyzm wyłącznie z punktu widzenia „socjologii religii”, biorąc pod uwagę pięć zasadniczych probierzy, a mianowicie:

1. Protestantyzm jako reforma
2. Protestantyzm jako nawrót do germańskich wierzeń pogańskich
3. Protestantyzm jako zerwanie z cywilizacją łacińską
4. Protestantyzm jako judaizacja chrześcijaństwa
5. Protestantyzm jako zeświecczenie chrześcijaństwa

Pierwszy probierz – protestantyzm jako reforma – musimy pozostawić na boku, gdyż jak widać, ten tak bardzo pozytywny aspekt protestantyzmu Lutra w całej pełni został osiągnięty przez Kościół katolicki dzięki reformie przeprowadzonej przez Sobór Trydencki (1545-1563) oraz – rozciągając analogię na dzisiejsze czasy – przez reformy Drugiego Soboru Watykańskiego. Jeśli chodzi o drugi probierz – protestantyzm z czasów Lutra jako nie świadomy nawrót do germańskiego poganizmu – należy uczciwie zapytać, czy jest coś podobnego w dzisiejszym katolicyzmie. Otóż sam Drugi Sobór Watykański stwierdza, że świat współczesny powraca do poganizmu, a przecież kiedy Sobór używa tego wyrażenia „świat współczesny” włącza doń także i katolików. Zanim będzie mowa o tym powrocie współczesnego człowieka (także i katolika) do poganizmu i zwłaszcza do oddawania człowiekowi religijnej czci, należnej wyłącznie Bogu, należy stwierdzić, że dzisiaj szerzy się w Kościele, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, świadomy i zorganizowany powrót do starych wierzeń pogańskich ludów prymitywnych. Co gorsza, nie chodzi tutaj o jakiś ruch spontaniczny, niekontrolowany przez władze kościelne i niemożliwy do opanowania przez nie, lecz o zbrodniczy, świadomy i zorganizowany przez część kleru katolickiego nawrót do wierzeń pogańskich, które się wprowadza do oficjalnego Credo Kościoła katolickiego i włącza się je do liturgii mszalnej. Chodzi tutaj o tak zwany „trybalizm”. W tym wypadku ten obecny nawrót do poganizmu niektórych krajów katolickich, jest o wiele bardziej godny potępienia niż powracanie do poganizmu protestantów w czasach Lutra, gdyż w XVI wieku był to ruch spontaniczny, prawie nieświadomy, a zawsze wbrew władzom kościelnym, podczas gdy obecny nawrót do starych wierzeń pogańskich niektórych szczepów Indian południowo-amerykańskich jest dziełem świadomym, zorganizowanym przez samą hierarchię kościelną i wprowadzanym w życie jako „duszpasterstwo posoborowe” . Jest czymś nie do pomyślenia, żeby Kościół sam niszczył wiarę i w jej miejsce wprowadzał stare religie pogańskie. Niestety, ta zbrodnia ma miejsce od szeregu lat w wielu krajach, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej i chociaż jest to zbrodnia karana Prawem Kanonicznym, jak dotąd, nic nie wiadomo, aby sprawcy tej zbrodni byli pociągnięci do odpowiedzialności. Ta poganizacja przez niektórych księży i biskupów ludów od wieków chrześcijańskich, jest w pełni tolerowana jako „duszpasterstwo ekumeniczne”, co jest niezbitym dowodem protestantyzacji katolicyzmu. Widzieliśmy, że trzecim probierzem protestantyzmu (z punktu widzenia przyjętego tutaj schematu) jest zerwanie z cywilizacją łacińską. Wypada więc zapytać, jaki jest stosunek dzisiejszego Kościoła katolickiego do cywilizacji łacińskiej? Wydaje się, że niemniej wrogi jak i protestantyzmu. W sprawach stosunku Kościoła do „cywilizacji” w ogóle i do „cywilizacji łacińskiej” w szczególności jest wiele nieporozumienia. Nie tu miejsce na omawianie tego zagadnienia, ale trzeba przypomnieć, że Kościół nie może utożsamiać się, z żadną cywilizacją historyczną, gdyż z zasady, ze swego powołania Kościół jest „matką i mistrzynią” wszystkich kultur i cywilizacji chrześcijańskich wszystkich epok, gdziekolwiek one powstają, będąc Kościołem z istoty swej „powszechnym”, czyli katolickim, co jednak nie przeszkadza, że Kościół może utożsamiać, się; z ideałem cywilizacji, który on sam proponuje pod różnymi nazwami, jak np. „cywilizacji chrześcijańskiej”, (o której nam mówią liczne encykliki społeczne i który to termin stał się bardzo drogi niektórym pisarzom katolickim) o „cywilizacji miłości” (termin bodajże wprowadzony przez Pawła VI, a używany także i przez jego następców) . Niemniej jednak Kościół powinien należycie doceniać cywilizacje historyczne według wartości, które one reprezentują, a zwłaszcza według ich użyteczności dla spełniania przez Kościół jego Misji ewangelizacji wszystkich ludów. W szczególny sposób Kościół powinien doceniać te cywilizacje historyczne, które narodziły się z ducha ewangelii i które są w większym stopniu dziełem samego Kościoła lub co najmniej wyrosły pod jego opieką. Takich cywilizacji historycznych jest wiele, ale jedna z nich, a mianowicie tzw. cywilizacja łacińska jest właściwie dziełem samego Kościoła, chociaż jej początki i fundamenty tkwią leszcze w starych, przedchrześcijańskich cywilizacjach śródziemnomorskich. Cywilizacja łacińska jest dziełem Kościoła, dokonanym w europejskim środowisku geograficznym, kulturalnym i historycznym, lecz – właśnie dlatego że jest dziełem Kościoła – z istoty swej jest ona uniwersalna, tzn. że może być przyjęta także i przez ludy innych ras i innych warunków geograficznych i ekologicznych, co samo życie udowodniło. To z tą cywilizacją w okresie tysiąca lat średniowiecza utożsamiało się chrześcijaństwo. Chociaż teoretycznie chrześcijaństwo może przyczynić się w każdym środowisku kulturalnym i geograficznym do wytworzenia miejscowej cywilizacji mniej lub więcej „chrześcijańskiej” – i w praktyce tak było niejednokrotnie – to jednak tylko cywilizacja łacińska okazała się dziełem trwałym i, co najważniejsze, dziełem uniwersalnym, to znaczy zdolnym do rozprzestrzeniania się na wszystkie ludy i wszystkie kraje, szanując miejscowe kultury i ich wartości, jeśli te nie sprzeciwiają się Ewangelii. Kościół nigdy nie utożsamiał się z żadną cywilizacją, a więc także i z cywilizacją łacińską i ta postawa Kościoła, zwłaszcza dzisiaj, powinna być jasno podkreślana. Wszelka tendencja utożsamiania się z jakąkolwiek cywilizacją historyczną krępowałaby Kościół w wypełnianiu swej zasadniczej misji przekazywania nauki Chrystusa Pana i pośredniczenia między każdym człowiekiem i każdym ludem a Bogiem, który jest Ojcem wszystkich ludzi i wszystkich ludów. Nie znaczy to jednak, aby Kościół mógł nie doceniać wartości i znaczenia niektórych cywilizacji, a zwłaszcza cywilizacji łacińskiej, szczególniej w tych krajach, w których jest ona głęboko zakorzeniona i ściśle związana z wiarą i obyczajami chrześcijańskimi. Wszelkie osłabienie i zubożenie cywilizacji łacińskiej, a zwłaszcza jej niszczenie, natychmiast odbija się na stanie życia religijnego i obyczajów. Nie należy zapomnieć, że Kościół z troską i wielkim wysiłkiem budował w ciągu wieków cywilizację łacińską właśnie dlatego, aby zapewnić swym wiernym należyte warunki do praktykowania wiary i do życia według jej wymagań, czyli wytwarzał instytucjom formy współżycia społecznego, ustrój gospodarczy i polityczny według wymagań Ewangelii. Widzieliśmy poprzednio, że protestantyzm zawsze zwalczał cywilizację łacińską, stąd też można powiedzieć, że obecna postawa walki z cywilizacją łacińską wewnątrz Kościoła, tak niestety częsta i nawet fanatyczna, jest jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Jednym z historycznych elementów cywilizacji łacińskiej jest język łaciński. Porzucenie tego języka przez Kościół, a nawet w wielu środowiskach brutalna walka z tym językiem jest także jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Atakując łacinę, zwalcza się nie tylko sam język jako taki, lecz także i dorobek kulturalny niemal dwutysiącletni, wyrażony w tym języku. Porzucanie łaciny jest zrywaniem z myślą filozoficzno-teologiczną wyrażoną w tym języku, z kulturą łacińską, z bogactwem liturgii łacińskiej i śpiewu gregoriańskiego. Chociaż w wielu wypadkach porzucenie łaciny jest tylko frywolnością, objawem braku kultury, czy też przejawem zjawiska socjologicznego, które Ortega y Gasset nazwał „buntem motłochu” („la rebelion de la masas”), to jednak jest w tym także niewątpliwie typowa reakcja protestancka przeciwko językowi-symbolowi cywilizacji łacińskiej. Wielu zapomina, że Drugi Sobór Watykański w licznych dokumentach kładzie nacisk na konieczność zachowania łaciny w życiu Kościoła”. Tymczasem wkrótce po Soborze, wbrew jego zaleceniom, zaczęła się walka z łaciną i usuwanie jej z liturgii i ze studiów teologicznych, a przecież im bardziej się kładzie nacisk na słuszne i dziś niezbędne używanie języków ludowych w liturgii i w studiach, tym bardziej okazuje się konieczność zachowania łaciny jako języka podstawowego, zwłaszcza w liturgii, w Prawie Kanonicznym, w definicjach dogmatycznych i w Piśmie Świętym. Także należy pamiętać, że kiedy mówi się o łacinie, nie chodzi tylko o sam język jako taki, lecz także o całe bogactwo myśli chrześcijańskiej w ciągu dwóch tysięcy lat wyrażone w tym języku. Przekłady bowiem nawet najdoskonalsze i najuczciwsze nigdy nie mogą zastąpić oryginału, szczególniej jeśli chodzi o łacinę, gdyż jest to język wyjątkowo dokładny, niedopuszczający nieporozumienia i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Całkowite porzucenie łaciny równałoby się porzuceniu chrześcijańskiej myśli wielu stuleci, a więc znacznej części tradycji, a na to mogą się odważyć tylko barbarzyńcy. Jakie to znamienne, że biskupi afrykańscy (wykształceni i wychowani jeszcze przed Soborem w Europie), okazali więcej w tej sprawie zrozumienia, niż wielu biskupów europejskich i południowo-amerykańskich, gdyż to przede wszystkim oni wypowiadali się przeciwko porzuceniu łaciny, zdając sobie sprawę, że to tylko poprzez łacinę oni sami mają dostęp do bogactwa myśli chrześcijańskiej przeszłych wieków. Wiele wartości, a zwłaszcza zwyczajów chrześcijańskich, zachowuje się j tylko w ramach cywilizacji łacińskiej, to też osłabienie tejże cywilizacji wystawia j na niebezpieczeństwo te wartości i obyczaje. Jako przykład można wspomnieć sprawę celibatu. Niedawno papież Jan Paweł II w swym wspaniałym Liście do Kapłanów (z 8 kwietnia 1979 r.) stwierdza, że celibat charakteryzuje Kościół łaciński i tak jest, gdyż poza Kościołem łacińskim celibat nie istnieje, przynajmniej jako instytucja prawno-moralna. Oczywiście, nie można utożsamiać „Kościoła katolickiego” z „cywilizacją łacińską”, jako iż są to terminy i rzeczywistości historycznie różne, ale nie ma wątpliwości, że obie te rzeczywistości są ze sobą ściśle związane. Osłabienie, a zwłaszcza niszczenie cywilizacji łacińskiej i porzucenie jej wartości i form współżycia musi mieć natychmiastowe skutki i wpływ na życie Kościoła w ogóle, a łacińskiego w szczególności, a więc reperkusje w jego instytucjach i zwyczajach. Celibat w ramach całości różnych instytucji i zwyczajów cywilizacji łacińskiej znajduje odpowiednie warunki, poza którymi z trudnością może być utrzymany. Celibat wymaga specjalnej i głębokiej kultury wewnętrznej, którą zapewniają tylko niektóre cywilizacje i jest faktem niezaprzeczalnym, że tylko tam gdzie cywilizacja łacińska jest żywa i silna, Kościół mógł z powodzeniem utrzymać instytucję celibatu i że poza tą cywilizacją zachowanie celibatu natrafia na duże trudności, a w niektórych cywilizacjach jest w ogóle niemożliwe, podobnie jak niemożliwe jest także i małżeństwo monogamiczne. Zapewne w przyszłości Kościół nie zdoła zachować instytucji celibatu duchowieństwa niezakonnego, bez jednoczesnej obrony cywilizacji łacińskiej, która stanowi niezbędne ramy dla tejże instytucji. W niniejszym artykule, wyłącznie socjologicznym, nie poruszono aspektów teologicznych celibatu, ale wszelkie argumenty teologiczne, bez uwzględnienia aspektów socjologicznych, pozostają oderwane od życia. W czasie II Soboru Watykańskiego dużo się mówiło na temat możliwości zniesienia celibatu i niektórzy biskupi byli przekonani, że to nastąpi, stąd też dając rekolekcje dla swych księży diecezjalnych, czynili do tego aluzje. Mówi się, że już po Soborze podobno na ten temat toczyły się rozmowy między grupą biskupów zwolenników zniesienia celibatu i papieżem Pawłem VI i że Papież okazał się przychylny ich żądaniom, ale pod pewnymi warunkami. Mimo, iż później Kościół zajął w tej sprawie jasną pozycję i zdecydowaną, dyskusje nie ustały, a argumenty w niej wysuwane są typowo protestanckie. Nadto, katoliccy teologowie „ekumeniczni”, czyli zwolennicy szybkiego i bezwarunkowego zjednoczenia z protestantami uważają, że zniesienie celibatu w Kościele katolickim jest niezbędnym warunkiem tegoż zjednoczenia, stąd też w imię „ekumenizmu” żąda się zniesienia celibatu. Niewątpliwie jest to także przejaw protestantyzacji katolicyzmu. Wiadomo jest także, iż istnieje w Kościele dość liczna grupa biskupów, którzy chcą doprowadzić do zniesienia celibatu drogą faktów dokonanych, czyli że faworyzują w swych diecezjach księży żyjących w konkubinacie i obarczonych liczną rodziną. Biskupi ci okazują we wszystkim, a nie tylko w sprawie celibatu, typową mentalność protestancką i we wszystkim, a zwłaszcza w liturgii naśladują sekty protestanckie.

Atak na celibat jest tylko częścią ataku na „kapłaństwo ministerialne”. W ostatnich latach jesteśmy świadkami, jak to różnymi drogami chce się dojść do zniesienia kapłaństwa w Kościele katolickim, a jest to przecież oczywista postawa protestancka. Protestantyzm, znosząc ofiarę Mszy św. zniósł także i kapłaństwo ministerialne. Podobna tendencja jest dzisiaj wewnątrz Kościoła katolickiego, a jej zwolennikami są sympatycy protestantyzmu. W wielu diecezjach z każdym dniem coraz więcej czynności właściwych kapłanom powierza się świeckim i to bez żadnego usprawiedliwienia brakiem kapłanów, okazując w ten sposób jak małą wagę przypisuje się kapłaństwu. Nawet utrzymuje się, że Mszę św. – a raczej ceremonię wprowadzoną w jej miejsce – mogą odprawiać ludzie świeccy bez udziału kapłana (jest to znana teza teologa Hansa Kunga, bardzo dziś rozpowszechniona i wprowadzana w życie w Ameryce Łacińskiej), a przecież to są poglądy i praktyki typowo protestanckie. Także usilna akcja na rzecz wyświęcania kobiet i to bez żadnych ograniczeń, a więc nie tylko dopuszczenia ich do diakonatu, ale także i do kapłaństwa i do godności biskupiej, jest objawem przejmowania przez katolików poglądów protestanckich. Podobno statystyki opinii księży katolickich we Francji wykazują, że więcej niż połowa duchowieństwa w tym kraju opowiada się za wyświęceniem kobiet na księży i biskupów. Co gorzej, podobno nawet niektóre osobistości w Watykanie także podzielają to stanowisko. Dobrze się więc stało, że Ojciec Święty Jan Paweł II, w czasie swej wizyty pasterskiej do Stanów Zjednoczonych wyraźnie oświadczył, że Kościół nie widzi możliwości wyświęcania kobiet. Niemniej jednak wiele z zaprowadzonych po Soborze praktyk prowadzi tak do zniesienia celibatu, jak i żądania wyświęcania kobiet. Na przykład fakt, że obecnie studia filozoficzno-teologiczne w wielu krajach seminarzyści odbywają nie w swych seminariach, lecz na uniwersytetach wspólnie z dziewczętami, dla których wydziały te zostały otwarte. Czasami nawet tak się składa, że kobiety są liczniejsze niż mężczyźni. W ciągu wielu lat wspólnych studiów, z jednej strony wytwarzają się sytuacje przyjaźni między tą młodzieżą, które często kończą się zobowiązaniami prowadzącymi do małżeństwa, a stąd powiększa się ruch przeciwko celibatowi, z drugiej zaś strony wykształcone filozoficznie i teologicznie młode dziewczęta nie widzą przed sobą innej przyszłości (zawodu) jak kapłaństwo, gdyż być tylko żoną kapłana już się im wydaje za mało. Dopuszczenie na wydziały filozofii i teologii kobiet jest niewątpliwie całkowicie na miejscu, ale odbywanie tych studiów razem z seminarzystami wydaje się być nieroztropne, gdyż z jednej strony zbyt wiele wymaga się w tej sytuacji od seminarzystów, żądając od nich jednocześnie przyjęcia celibatu, a z drugiej strony nie jest logicznym kształcić kobiety tak samo jak seminarzystów, zamykając im jednocześnie drogę do kapłaństwa. Jeśli Kościół zdecydował się na dalsze zachowanie instytucji celibatu i na niedopuszczanie kobiet do święceń kapłańskich, nie powinien przyjmować kobiet do instytucji przeznaczonych dla kształcenia kleru. Niechaj kobiety studiują teologię, ale nie w towarzystwie kleryków. Obecna praktyka jest czysto protestancka, ale też protestanci logicznie i konsekwentnie znoszą celibat i dopuszczają kobiety do święceń. Katolickie kapłaństwo ministerialne jest także obecnie poważnie zagrożone przez przejmowanie przez katolików protestanckiej zasady, że kandydaci na kapłanów i biskupów powinni być wybierani „demokratycznie” przez odnośne wspólnoty religijne (parafie, diecezje itd.), gdyż w ten sposób zrywa się z tradycyjną zasadą bezpośredniego powołania przez Chrystusa Pana. Zasada wyborów przez wspólnotę religijną jest typowo protestancka i ściśle związana z procesem „demokratyzacji” Kościoła. Ta protestancka zasada już od wielu lat jest zaprowadzana w Kościele katolickim, jeśli chodzi o wybór kandydatów na diakonów. Jest więc logiczne, że tę samą zasadę usiłuje się rozciągnąć także na wybór kandydatów do kapłaństwa i na biskupów. W ten sposób stopniowo przejmuje się zasady i praktyki protestanckie: to wspólnota religijna (parafia, diecezja, opactwo itd.) wybiera kandydata na kapłana lub biskupa i to ona udziela mu władzy. Stąd zasada protestancka, że władza kapłańska nie jest udzielana przez święcenia i nie otrzymuje jej kandydat z góry, od Boga, od Chrystusa Pana, chociaż poprzez hierarchię, lecz z dołu, od ludu (demokratyzacja Kościoła). Tą drogą zaczyna się szerzyć w Kościele katolickim protestancki zwyczaj, całkowicie przeciwny Tradycji, która utrzymuje, że to Chrystus Pan powołuje do kapłaństwa i to od Niego, poprzez hierarchię otrzymuje się władzę kapłańską, uczestnicząc w kapłaństwie Chrystusa Pana, Jedynego, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Protestanckie pojęcie kapłaństwa, które przenika obecnie do Kościoła katolickiego jest tylko częścią protestanckiego pojęcia Kościoła, jako „Kościoła ludowego”, a więc wyłącznie horyzontalnego, wprowadzanego w miejsce tradycyjnego pojęcia Kościoła hierachicznego i pionowego.

Niedawno, bo przy okazji Trzeciej Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Puebla (Meksyk), w dużej ilości publikacji, przeważnie autorów księży-marksistów, usiłowano narzucić to protestanckie pojęcie Kościoła i kapłaństwa. Dyskusja wśród pisarzy katolickich spowodowana książkami Hansa Kunga jest dowodem do jakiego stopnia wpływy protestanckie są dzisiaj obecne w Kościele katolickim. Przecież Hans Kung zajmuje w dzisiejszym Kościele postawę hardziej radykalną niż swego czasu Luter. Kung jest myślicielem protestanckim wewnątrz Kościoła katolickiego. W swej książce o Kościele (Die Kirche) usiłuje narzucić katolikom czysto protestanckie pojęcie Kościoła. I znamienne jest, że jego opinie nie są natychmiast odrzucane przez katolików, lecz tylko dyskutowane. Nawet już po oficjalnym orzeczeniu Stolicy Świętej, w pełni popartym przez Episkopat Niemiec, nadal różni teologowie i biskupi występują w obronie tak oczywiście protestanckiej postawy. Jeśli chodzi o nową liturgię, to sami protestanci twierdzą, iż została ona, przynajmniej kanon drugi i czwarty, dostosowana do wymagań luteranizmu. Także wielu katolików nawróconych z protestantyzmu z rozpaczą i bólem, rozpoznaje w nowej liturgii mszalnej ceremonie protestanckie. Jako przykład można przytoczyć opinię znanego pisarza francuskiego Julien Green. Nawrócony z anglikanizmu na katolicyzm, w swym wielotomowym pamiętniku-kronice często się skarży, że w nowej liturgii mszalnej spotyka się z elementami liturgii terańskiej. Nadto wielu biskupów i księży, otwartych zwolenników protestantyzmu, świadomie i celowo taką właśnie dają interpretację nowej liturgii mszalnej, wbrew jasnym oświadczeniom Soboru. Katechizm holenderski także jest jednym z wielu dowodów protestantyzacji katolicyzmu, gdyż w nim dostosowuje się katolickie Credo do wymagań i gustów protestantów, przede wszystkim przez pomijanie tego wszystkiego co odróżnia katolicyzm od protestantyzmu. Szybko przetłumaczony na wiele języków i obecnie rozpowszechniony niemal we wszystkich krajach, przyczynia się do zmiany treści Wiary. Stąd też zrozumiałe jest, iż wielu katolików ze zgrozą zapytuje wraz kardynałem Slypyjem czy nie zachodzi niebezpieczeństwo zmiany religii.

Fakt oczywistej protestantyzacji katolicyzmu usprawiedliwia stwierdzenie, że z tego co zostało uprzednio wspomniane jako judaizacja chrześcijaństwa, także ma miejsce obecnie w Kościele katolickim. A więc na przykład obrazobórstwo. Zjawisko to tak obce cywilizacji łacińskiej, jako iż jej korzenie tkwią w starożytnej Grecji i w przedchrześcijańskim Rzymie, jest typowe dla tradycji żydowskiej, która zabrania przedstawiania Boga w malarstwie i rzeźbie. To starotestamentowe stanowisko jest całkowicie zrozumiałe, gdyż chodziło o zwalczenie niebezpieczeństwa kultu pogańskich bożków. Ale w chrześcijaństwie „sztuka kościelna” (ars sacra) jest zupełnie usprawiedliwiona w świetle dogmatu Wcielenia: Bóg przestał być dla człowieka tylko Duchem, stając się także i Ciałem w Jezusie Chrystusie, a więc przyjmuje postać wyobrażalną i materialnie możliwą do przedstawienia w rzeźbie i malarstwie. Bardziej jeszcze się usprawiedliwia kiedy chrześcijański kult religijny rozciąga się także na Najświętszą Dziewicę Bogarodzicielkę i na świętych. Chrześcijanie nie czczą obrazków jako takich, lecz to co one przedstawiają, a więc Chrystusa Pana, Boga Wcielonego, Najświętszą Dziewicę Maryję i świętych. Same święte obrazy i figury jako takie także wymagają poszanowania przez to co przedstawiają, zwłaszcza jeśli są poświęcone. Obrazobórstwo od czasu do czasu pojawia się w Kościele jako objaw tradycji żydowskiej. Znane było we wczesnym Średniowieczu, później w przededniu pojawienia się protestantyzmu i jako jego część składowa i zawsze się pojawia kiedy rosną w Kościele wpływy żydowskie. Właśnie protestantyzm, jako judaizacja chrześcijaństwa, stał się słynny ze swego obrazobórstwa. Nic przeto dziwnego, że skoro obecnie stwierdzamy proces protestantyzacji katolicyzmu, także towarzyszy mu obrazobórstwo. W ostatnim dwudziestoleciu, poza Polską, świątynie katolickie zostały ogołocone, gdyż święte obrazy i rzeźby zostały z nich brutalnie i po barbarzyńsku usunięte, przez co stały się podobne do pustych i zimnych zborów protestanckich. Należy też tu wspomnieć, jako przejaw protestantyzacji czyli judaizacji katolicyzmu, zaciekłą walkę z dogmatem Trójcy Przenajświętszej. Jest niezaprzeczalnym faktem, że dogmat ten znikł tajemniczo prawie ze wszystkich katechizmów wydanych w ostatnim dwudziestoleciu. Można słusznie podejrzewać, że stosowano w tym wypadku znaną metodę przemilczania. Już Karl Barth utrzymywał, że dogmaty systematycznie przemilczane zostają zapomniane lub też uważane za „przestarzałe”. W świetle tej walki wewnątrz Kościoła z dogmatem Trójcy Przenajświętszej należy żałować, że piękna modlitwa „Suscipe soncta Trinitas” nie przeszła z liturgii mszalnej św. Piusa V do nowej liturgii mszalnej Pawła VI. Innym objawem protestantyzacji katolicyzmu jest moda w teologii i katechizacji na tzw. „Jezusanizm”, czyli tendencja nie używania wyrażenia „Chrystus” czy „Jezus Chrystus”, lecz tylko Jezus. W ten sposób zastępuje się „Chrystologię” „Jezusologią”. Sprawa ta jest wielkiej wagi, gdyż „Chrystologia” zajmuje się Chrystusem Panem i jest związana z Mesjaszem-Zbawicielem i z Wcieleniem Słówa Bożego, natomiast „Jezusologią” zajmuje się tylko Jezusem z Nazaretu. Imię „Chrystusa” (Namaszczonego) może nosić tylko oczekiwany w Starym Testamencie Mesjasz-Zbawiciel, podczas gdy imię Jezusa może nosić ktokolwiek (w Hiszpanii jest to imię bardzo powszechne). Nadto, dla chrześcijan Chrystus to nie tylko przyobiecany Mesjasz-Zbawiciel, ale to Słowo, Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej, wcielone we wnętrznościach Najświętszej Dziewicy Bogarodzicy. Porzucając termin „Chrystus”, porzuca się „Chrystologię”, jako naukę teologiczną o Bogu-Człowieku, o Słowie Wcielonym i zastępuje się ją błahą i płytką „Jezusologią”, czyli biografią człowieka z Nazaretu. Jest to stara postawa żydowska, przyjęta od dawna przez niektóre sekty protestanckie. Otóż ta niecna i podstępna postawa walki z bóstwem Chrystusa Pana przeszła ostatnio do Kościoła katolickiego i przejawia się przede wszystkim w tendencyjnych katechizmach, które tylko mówią o Jezusie, ale nigdy o Chrystusie. A stąd już prosta droga do opuszczania w katechizmach wszystkiego na temat Wcielenia, czy dwóch natur w jednej osobie Chrystusa Pana, ludzkiej i boskiej, stąd też i przemilczanie iż Najświętsza Dziewica jest Bogarodzicą i przedstawianie Jej tylko jako Marii, „matki cieśli z Nazaretu”. A skoro w katechizmie znika boskość Chrystusa Pana, gdyż jest mowa tylko o „Jezusie”, nie ma podstaw do wspominania Trójcy Przenajświętszej, a więc chrześcijaństwo sprowadza się do monoteizmu żydowskiego. Jest to więc powrót do arianizmu, który przecież był herezją żydowską, inspirowaną przez Talmud. Bo źródło „Jezusonizmu” jest właśnie w Talmudzie, skąd przeszło do protestantyzmu, a dziś z protestantyzmu przechodzi do teologii i katechezy katolickiej. Jednocześnie zwalcza się istnienie Trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, po prostu w katechizmach przemilczając jej istnienie, a w liturgii używając wyrażeń mętnych i dwuznacznych, jak „Duch Boży” i „Duch Jezusa”, terminy często pisane z małej litery – a więc „duch Boży” i „duch Jezusa”, co może znaczyć zarówno wspomnienie o duszy Chrystusa Pana, jak też i niewyraźną aluzję do Ducha Świętego. A kiedy Chrystusa Pana zastępuje się; „Jezusem”, a Ducha Świętego „duchem Jezusowym”, znikają dwie z trzech Osób Trójcy Przenajświętszej i już chrześcijaństwo jest sprowadzone do monoteizmu żydowskiego (mojżeszowego) lub mahometańskiego. Także judaizacja katolicyzmu, a więc i jego protestantyzacja dokonuje się poprzez proces marksizacji teologii. Marksizm bowiem jest w istocie swej judaizmem, nie dlatego, że Marks i Engels byli Żydami, ale dlatego, że jest to myśl sformułowana w związku ze sprawą żydowską i przedstawiona jako sprawy tej ostateczne rozwiązanie. Nadto prawie wszystkie zasadnicze pojęcia tzw. „marksistowskiej teologii” są wzięte z judaizmu i praktycznie teologia ta jest kontrabandą myśli żydowskiej (rabinistycznej) w Kościele. Ta judaizacja (protestantyzacja) katolicyzmu przez marksizm okazuje się. przede wszystkim w zeświecczeniu i w zmaterializowaniu pojęcia „Królestwa Bożego”, które w ujęciu marksistowskiej teologii całkowicie traci charakter duchowy i nadprzyrodzony, przekształcając się w pojęcie czysto doczesne i polityczno-ekonomiczne, utożsamiając się często z jakimś mglistym ustrojem socjalistycznym, czy też wyraźnym ustrojem komunistycznym. Łatwe, szybkie a często nawet entuzjastyczne opowiadanie się części duchowieństwa katolickiego za socjalizmem – wbrew jasnej w tej sprawie postawy nauki społecznej Kościoła, wyrażonej w encyklikach społecznych, czy to na rzecz jakiegoś bliżej nieokreślonego socjalizmu utopijnego, czy to na rzecz socjalizmu marksistowskiego, także jest oczywistym przejawem procesu protestantyzacji katolicyzmu. Sprowadzenie chrześcijaństwa tylko do ideologii społeczno-gospodarczo-politycznej, wyłącznie ześrodkowanej na doczesności, co prowadzi do przekształcenia Kościoła z instytucji religijnej w instytucję dobroczynności, to jeszcze jeden więcej objaw wpływu protestantyzmu. Dla wielu katolików nawet grzech przestał już być obrazą Boga, stając się tylko obrazą człowieka, a zwłaszcza pojęciem szkody wyrządzanej społeczności. Wszystko staje się tylko doczesne, społeczne, gospodarcze, materialistyczne, komunistyczne. Warto też wspomnieć o tym, że duszpasterstwo sakramentalne w ostatnich latach coraz częściej przybiera charakter gromadny, przez co zaciera się osobowy stosunek człowieka do Boga. Obecnie wszystkie sakramenty św. są w wielu krajach udzielane tylko zbiorowo: zbiorowe chrzty, bierzmowania, zbiorowa pokuta, zbiorowa Eucharystia (Msza św. i komunia), zbiorowe błogosławieństwa małżeństw, zbiorowe wyświęcanie kapłanów i nawet już tylko zbiorowe udzielanie ostatniego namaszczenia, zwanego dziś sakramentem chorych. Niewątpliwie jest wiele najsłuszniejszych argumentów na korzyść tego nowego duszpasterstwa sakramentalnego, ale trudno nie widzieć w tym także i niebezpieczeństwa porzucenia osobowego i osobistego stosunku człowieka do Boga, który tak odróżniał Kościół Katolicki od protestantyzmu. Stąd już tylko krok do całkowitego zaświecczenia, czyli do zupełnej protestantyzacji. Łaska Boża i nadprzyrodzoność są już zapomniane do tego stopnia, że nawet nie wspomina się o nich w dokumentach urzędowych, jak np. w dokumencie ogłoszonym przez Konferencję w Puebla. Życie nadprzyrodzone, a więc to co jest najistotniejsze w chrześcijaństwie, znikło już całkowicie w większości nowych katechizmów, a przed tym już z wielu teologii, które uważają się za katolickie (jak np. teologia Karola Rahnera). Część duchowieństwa katolickiego okazuje nawet jakąś dziwną nerwowość, jakiś pośpiech, aby nie tylko dogonić protestantów w tej sekularyzacji, lecz przegonić, jakby czuli się zawstydzeni, że dopiero teraz uznali za słuszną postawę Lutra i Kalwina. Tak więc niestety, prawie to wszystko co poprzednio zostało stwierdzone w związku z sekularyzacją chrześcijaństwa poprzez protestantyzm, także obecnie charakteryzuje wiele środowisk katolickich. Znaczna część współczesnego procesu zmian w Kościele – przez rozciągnięcie go na to co istotne (dogmaty), zamiast ograniczyć go wyłącznie do tego co przypadkowe, drugorzędne – jest niszczeniem Wiary.

Co stanowi główną przyczynę tej szybkiej protestantyzacji katolicyzmu? bez wątpienia źle pojęty ekumenizm. Bo w rzeczywistości istnieją obecnie w Kościele różne ruchy ekumeniczne, które -dla uproszczenia -można sprowadzić do trzech zasadniczych, a mianowicie do dwóch błędnych i jednego właściwego. Zacznijmy od ekumenizmów błędnych. Pierwszy z nich to ruch na rzecz zjednoczenia wszystkich Kościołów chrześcijańskich za wszelką cenę i jak najszybciej. Ten pośpiech tłumaczy się strachem przed wspólnym nieprzyjacielem jakim jest materializm-ateizm. Ten ekumenizm z konieczności prowadzi ku jedności powierzchownej, płytkiej, nieszczerej i oportunistycznej, stąd też skazany jest z góry na niepowodzenie. Drugi niewłaściwy ruch ekumeniczny jest jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny, gdyż jego motywacje nie są religijne, lecz wyłącznie świeckie, doczesne, ziemskie, utopijne. Jest on inspirowany nie troską o Wiarę, nie o chwałę Bożą i przyszłość chrześcijaństwa, lecz jedynie troską o przyszłość ludzkości, społeczeństwa, kultury. Wychodząc z założenia, że religia, jako część kultury, jest niezbędna w życiu człowieka i społeczeństwa, stara się doprowadzić do zaistnienia tylko jednej religii, jako węzła jednoczącego wszystkich ludzi. Mając na uwadze budowę jednego społeczeństwa, jednego światowego Państwa, potrzebuje dla niego jednej religii. Nie obchodzi go sprawa wiary, a więc sprawa, która z istniejących religii jest prawdziwa; obchodzi go tylko użyteczność praktyczna jednej religii. Stąd troska o doprowadzenie do syntezy (synkretyzmu) wszystkich religii, aby z czasem dojść do jednej religii, uniwersalnej, powszechnej, takiej, która mogłaby być przyjęta i wyznawana przez wszystkich, jako podstawa jednej kultury, jednego społeczeństwa, jednego Państwa przyszłości. Jest to mrzonka niezliczonych utopistów wszystkich czasów. W początkach XIX wieku jasno postawił ten postulat Henri de Saint-Simon. Jego „nowe chrześcijaństwo”, zlaicyzowane, pozbawione dogmatów, sprowadzone tylko do etyki, a więc do braterskiej powszechnej miłości, miało stać się fundamentem szczęśliwego społeczeństwa jutra. Dziś ten typ ekumenizmu, wyjątkowo silny, powszechny, pełen energii i inicjatywy, przenika do wewnątrz prawie wszystkich religii. Ma on też, niestety, wielu zwolenników wewnątrz Kościoła katolickiego. Pragnie on stopniowo urzeczywistnić swój program, najpierw jednocząc wszystkie wyznania chrześcijańskie, aby następnie móc to oddogmatyzowane chrześcijaństwo laickie zjednoczyć z innymi monoteistycznymi, po czym, przechodząc do następnego etapu, doprowadzić do zjednoczenia wszystkich religii, dochodząc w ten sposób do jednej religii uniwersalnej. Są to plany naiwnych marzycieli, a także i świadomych wrogów chrześcijaństwa. Są to plany szatańskie. Dla nas, chrześcijan jakiegokolwiek wyznania, a przede wszystkim dla katolików, istnieje tylko jeden autentyczny ekumenizm, nakaz i konsekwencja jedności i powszechności Wiary. Mamy obowiązek walczyć o zwycięstwo autentycznego ekumenizmu, przewidzianego w czasie Ostatniej Wieczerzy w modlitwie Chrystusa Pana. Ale właśnie protestantyzacja katolicyzmu utrudnia nam urzeczywistnienie tego autentycznego ekumenizmu. (…)

Źródło informacji: http://fides-et-ratio.pl

czwartek, 5 września 2013

x. prof. Michał Poradowski - UPADEK FILOZOFII PRZYCZYNĄ UPADKU TEOLOGII

I. ROZKŁAD FILOZOFII

Obecność najrozmaitszych dziwactw w filozofii nie jest rzeczą nową, gdyż już w starożytnej Grecji, obok głębokich, poważnych, uczciwych i odpowiedzialnych systemów myśli, jak Sokratesa, Platona czy Arystotelesa, pojawiają się także systemy "frywolne". Obok żmudnego wysiłku poszukiwania prawdy istnieją sofiści, oddający się wypracowywaniu usłużnych formułek dla pokonywania przeciwnika w dyskusji. Jednakże ludzie poważni cenią tylko tych pierwszych, tych co szukają prawdy, a tymi drugimi, sofistami, pogardzają; chociaż nieraz ich słuchają dla rozrywki. Przedchrześcijańska filozofia grecka idzie drogą wytyczoną przez Sokratesa i wyraża swą godność w określeniu Arystotelesa: "filozofia jest nauką o prawdzie", czyli że jest metodycznym, systematycznym, krytycznym i uczciwym studium rzeczywistości metafizycznej, a więc tej, która znajduje się poza zasięgiem fizyki, meta-physica. U jej podstaw znajduje się przekonanie, że rzeczywistość przedmiotowa, a więc ta co istnieje poza człowiekiem, poza umysłem, jest poznawalna i to ta rzeczywistość zewnętrzna jest przedmiotem ludzkiego poznania.

Cynicy, sofiści i wszyscy inni im podobni nie przejmowali się zagadnieniem, czy ta rzeczywistość zewnętrzna jest, czy nie jest poznawalna, gdyż ta sprawa ich nie obchodziła, byli bowiem zajęci jedynie własnymi poglądami i pojęciami, być może nawet czasami rygorystycznie logicznymi, ale zawsze nie związanymi z przedmiotową rzeczywistością zewnętrzną; byli więc subiektywistami.

Chrześcijaństwo jest religią "intelektualną" par excellence, gdyż nie tylko żąda od człowieka by wierzył całym swym jestestwem, a więc przede wszystkim zobowiązał swój umysł, swoje władze intelektualne, swą wolę i swe "serce" (w znaczeniu jakie daje temu słowu Błażej Pascal), ale także i dlatego, że jest religią daną przez Chrystusa Pana i że to Chrystus, Bóg-Człowiek jest jej istotą, treścią i to "intelektualną", bo jest absolutną Prawdą, jako iż mówi o sobie Ego sum Veritas (J. 14,6). W miarę więc, jak "świat" się nawraca na chrześcijańską wiarę, zaczyna się także i panowanie zdrowej i autentycznej filozofii, tej której już w starożytności przedchrześcijańskiej głównymi przedstawicielami byli Sokrates, Platon i Arystoteles, a więc filozofii pojętej jako nauka o prawdzie, filozofii, która szuka prawdy i jest na usługach prawdy absolutnej, czyli Chrystusa Pana. I to ta autentyczna filozofia, zdając sobie sprawę z faktu, iż rozum ludzki jest ograniczony i że nie może przeniknąć i zgłębić wszystkich tajemnic, z radością przyjmuje światło nadprzyrodzone, czyli Objawienie Boże, zwłaszcza to, które tryska z nauki Chrystusa Pana.

Ten dorobek wysiłku myślicieli chrześcijańskich, oddanych poszukiwaniu prawdy naturalnej i prawdy nadprzyrodzonej, staje się powoli podstawą systemu filozofii, który przyjmuje nazwę philosophia perennis i to ta filozofia ma także szczególną wartość praktyczną jako instrument, którym posługuje się teologia chrześcijańska.

Już pierwsze pokolenie chrześcijan rozumie, że Wiara (Credo) musi przeniknąć całe życie człowieka a więc także i jego życie intelektualne i że nawet jej tajemnice powinny być zgłębione rozumem, czyli że powinny być przedmiotem ludzkiego poznania, tak naturalnego jak i nadprzyrodzonego, a więc rozważane w świetle rozumu i Objawienia, oraz z pomocą Łaski. Święty Paweł, w swych Listach, stał się przykładem chrześcijanina teologa, a więc chrześcijanina, który pragnie "zrozumieć" nie tylko naukę moralną Chrystusa Pana, ale także i tajemnice dogmatów, a przede wszystkim tajemnicę Trójcy Przenajświętszej i tajemnicę Chrystusa Pana, Boga-Człowieka.

Zapewne pierwsi chrześcijanie znali także powiedzenie starożytnych Rzymian: ignoti nulla cupido, czego człowiek nie zna, tego też i nie pożąda, nie miłuje, a przecież główne przykazanie Boże wymaga miłości Boga "z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił", a więc, aby Boga kochać, trzeba Go poznać, poznać umysłem i "sercem", w świetle przyrodzonym i w świetle nadprzyrodzonym, przez naukę i przez wiarę, siłami ludzkimi i z pomocą Bożą, czyli Łaską. Stąd też, już w pierwszych wiekach, Kościół potępiał tzw. "fideizm", a więc typ wiary wyłącznie sentymentalnej, uczuciowej, angażującej tylko wolę, lecz bez udziału rozumu, bez wysiłku intelektualnego.

Wyrazem tej postawy chrześcijan pierwszych wieków jest formuła, przypisywana świętemu Augustynowi (gdyż on ją używa, co jeszcze nie dowodzi, że jest jej autorem), fides quaerens intellectum, wiara szukająca zrozumienia, wiara wymagająca zaangażowania rozumu, wiara domagająca się zgłębienia jej przez intelekt[1]. Ze swej strony, rozum ludzki, zdając sobie sprawę ze swych ograniczeń, także ucieka się do pomocy Wiary[2], do tajemnic Objawienia, do światła nadprzyrodzonego i do Łaski, a więc przybiera pokorną postawę: intellectus quaerens fidem. Ten wymóg ze strony rozumu, ta ucieczka intelektu do szukania pomocy ze strony Wiary, staje się niezbędny, gdy chodzi o poznanie Prawdy nadprzyrodzonej, którą jest sam Chrystus Pan, a Jego tajemnica teantryczna jest zarazem tajemnicą trinitarną, czyli odnoszącą się do Trójcy Przenajświętszej. Tak to wiara chrześcijańska, wymagając głębokiego zaangażowania ze strony człowieka wierzącego, jest ze swej natury czynnikiem rozwoju duchowego, wewnętrznego, a więc przyczynia się do rozwoju osobowości człowieka i jego kultury osobistej, czyli podmiotowej; jak i zewnętrznej czyli przedmiotowej, a więc Chrześcijaństwo, będąc religią par excellence intelektualną, z konieczności przyczynia się do rozwoju kultury.

Nie znaczy to jednak wcale, że Chrześcijaństwo jest wyłącznie religią intelektualną, gdyż jest zarazem religią miłości, tak naturalnej jak i nadprzyrodzonej, bo Deus caritas est. Ale, do tej Miłości, którą jest Bóg, droga prowadzi przez poznanie (ignoti nulla cupido), a ono, z natury swej, jest intelektualne.

Przez tysiąc lat apogeum Chrześcijaństwa, a więc w okresie wieków, mniej więcej, od czwartego do czternastego, panuje wspomniana philosopllia perennis i dzięki niej kwitnie kultura prawdy metafizycznej, a przede wszystkim kult religijny Prawdy nadprzyrodzonej, czyli Chrystusa Pana. Z nadejściem Odrodzenia, które jest przede wszystkim odrodzeniem pogańskiej kultury greckiej, zaczyna się także powrót do frywolnych systemów pseudofilozoficznych sofistów, a to prowadzi do swawoli intelektualnej i często nawet do gardzenia prawdą. Wolnomyśliciele, czyli różni niedowiarkowie, przez "wolność" myślenia rozumieją wyzwolenie od wymagań moralnych i etycznych, czyli zaniechanie szukania prawdy i mówienia prawdy, tak iż często miejsce prawdy zaczyna zajmować kłamstwo lub bajeczka.

Po Odrodzeniu przychodzi racjonalizm, który ma pretensje do bronienia "rozumu", ale w rzeczywistości chodzi głównie, o przeciwstawienie rozumu ludzkiego rozumowi Boga. Tak Odrodzenie, jak i racjonalizm przyczyniają się do powrotu przed-chrześcijańskiego antropocentryzmu; jako przeciwieństwa wobec chrześcijańskiego teocentryzmu.

Chrześcijaństwo, osłabione w owym czasie przez pojawienie się protestantyzmu, który odebrał Kościołowi znaczną część wiernych, zwłaszcza w krajach germańskich, czuje się zmuszone do tolerowania najrozmaitszych kierunków odrodzonego poganizmu, zarówno tego starogreckiego, jak i dawnych wierzeń pogańskich nawróconych ludów europejskich, a zwłaszcza-germańskich, a które to wierzenia, w większości wypadków, są przesiąknięte panteizmem lub immanentyzmem. Zresztą, jeszcze przed Odrodzeniem, a pod koniec Średniowiecza, ukazują się też myśliciele bałamutni, jak na przykład słynny "mistrz" Eckhardt (1260-1327), którzy sieją zamieszanie w filozofii. Także, już w XIII wieku, pojawia się nominalizm Duns Szkota (1265-1308) i Ockhama (1280-1349), nawiązujący, być może nieświadomie, do nominalizmu stoików. Początkowo był uważany przez wielu jako myśl oryginalna i nieszkodliwa, lecz wkrótce okazał się czynnikiem negatywnym, oraz przyczyną wielu bałamuctw i odchyleń nawet w philosophia perennis. Najważniejsze jednak jest to, że nominalizm przyczynił się do utwierdzenia się subiektywizmu.

Kant, Fichte i Hegel wprowadzają do filozofii wątpliwość co do możliwości poznania rzeczywistości, będąc przekonanymi, że podmiot poznający "uporządkowuje" rzeczywistość zewnętrzną, dzięki czemu przestaje ona być chaosem, czyli nie-bytem[3]. Zresztą, idą oni tylko drogą już uprzednio wskazaną przez Deskartesa.

Jean Jacques Rousseau, którego także nie obchodziła rzeczywistość zewnętrzna, dodaje sił indywidualizmowi i subiektywizmowi, zaprzeczając, iż człowiek, z natury swej, jest istotą społeczną, uważa bowiem, że jednostka jest całością doskonałą i samotną; "1' individu est par lui-meme un tout parfait et solitaire", czyli że człowiek nie potrzebuje współżyć z innymi ludźmi, ani też żyć w społeczeństwie. Indywidualizm i subiektywizm otrzymują w ten sposób silne wsparcie ze strony modnych w owym czasie nauk społecznych.

Podważa się także podstawy epistemologii, a to w miarę jak się porzuca starą zasadę odnośnie prawdy pojętej jako adaequatio rei et intellectus[4], co ułatwia panowanie subiektywizmu i otwiera drogę dla idealizmu.

Idealizm Holbacha (1723-89) ma już charakter praktyczny: zwalczanie religii, zwłaszcza chrześcijańskiej. Idealizm nawet ma ją zastąpić, czyli że "filozofia" idealistyczna ma zająć miejsce religii, sama stając się "religią".

Jaką? Religią kultu człowieka, jak to sformułuje Volney (1757-1820): "najwyższym bytem dla człowieka jest sam człowiek"[5]. W pięćdziesiąt lat później, Karl Marks (1818-83) zaproponuje tę formułkę jako własną[6]. Voltaire (1694-1778), który bardzo przyczynił się do zniszczenia ustroju tradycyjnego przez Rewolucję Francuską (1789-99), lecz zmarł przed jej wybuchem, staje się "mistrzem" i autorytetem dla wolnomyślicieli i "idealistów". Fichte (1762-1814), wstrząśnięty do głębi przez Rewolucję Francuską, wprowadza temat "rewolucji" jako obowiązkowy w rozważaniach filozoficznych subiektywizmu i idealizmu. Condorcet (1743-94) rzuca hasło "postępu", a Comte (1798-1857) hasło "przemian", oba jako przymioty istotne "społeczeństwa", które staje się przedmiotem studiów modnej w owym czasie socjologii, a to pozwoli, aby Rewolucja, która dotąd była jedynie przedmiotem studiów politycznych i historycznych, nabrała wymiarów filozoficznych, a nawet teologicznych.

Jednak, subiektywizm i idealizm, jako rozkład filozofii, dochodzą do szczytu w systemie Hegla (1770-1831). Jego myśl, głęboko immanentna, utożsamiająca się z panteizmem, posługując się tematyką religijną czerpaną z Biblii, jest właściwie zlaicyzowanym Chrześcijaństwem, co słusznie zauważył L. Feuerbach (1804-72). Hegla "filozofia" historii jest przedstawiona w ramach jego dialektycznej dynamiki, w której Trójca Przenajświętsza została bluźnierczo i świętokradzko sprowadzona do permanentnego procesu dialektycznego następujących po sobie bez końca; tezy, antytezy i syntezy, w którym to procesie Idea czy Duch (Geist), urzeczywistnia się przez alienację (wyobcowanie). Tak to, historia przestaje być czymś właściwym dla ludzkości, zajmując pierwsze miejsce w świecie idealistycznym Hegla. Skoro, według Hegla, wszystko co racjonalne jest rzeczywiste (realne), a co rzeczywiste (realne) jest racjonalne, w ramach jego systemu, usprawiedliwiają się zarówno postawy realistyczne, jak i idealistyczne. Jego samowystarczalny immanentny subiektywizm, który może być też rozumiany jako panteizm, umieszczając Ducha (Geist) w świadomości człowieka (jak zresztą i całość podmiotu myślenia), a zatem utożsamiający go także ze "światem", którego człowiek jest cząstką najważniejszą, pozwala na nadanie "historii" zupełnie nowego znaczenia przez sugerowanie, iż utożsamia się ona z Bogiem (panteistycznym). Stąd też, w światopoglądzie Hegla, protagonistą wydarzeń nie jest ani Bóg-osoba, ani człowiek-osoba, lecz Historia, jako permanentne stawanie się, która w nurt swych wydarzeń porywa sobą także człowieka (ludzkość), sama będąc manifestacją Ducha, który, można przypuszczać, utożsamia się z Bogiem (panteistycznym)[7].

***
Przypomnijmy, że w historii świętej, a więc tej, którą opisuje Biblia, głównym protagonistą jest Bóg (osobowy), a człowiek działa jakby w Jego cieniu, będąc figurą drugorzędną. Wszystko zaczyna się od aktu stworzenia wszechświata przez Boga, ale ten "wszechświat" jest jakby "sceną" dla umieszczenia na niej człowieka i jego przeznaczenia, zawsze najściślej związanego z Bogiem, gdyż człowiek nie tylko jest stworzony przez Boga z miłości i dla podzielenia Bożego szczęścia wiecznego, lecz także, w osobie Chrystusa Pana, Boga-Człowieka, jest wyniesiony na poziom życia Bożego. Nadto, historia święta zapowiada Sąd Ostateczny i ponowne przyjście Chrystusa Pana, jako Sędziego i Króla Nowej Ziemi i Nowego Nieba, a więc historia przedłuża się w wieczność, co życiu ludzkiemu nadaje szczególniejszy sens, godność i wartość, gdyż życie człowieka nie kończy się ze śmiercią; lecz, wręcz przeciwnie, śmierć jest przejściem do nowego życia, które nie ma końca, będąc albo wieczną szczęśliwością w Niebie, albo wiecznym cierpieniem w piekle i ten los człowieka zależy od niego samego. Z tej biblijnej wizji historii nic nie pozostaje w ubogim, nędznym i śmiesznym systemie Hegla, gdzie wszystko jest sprowadzone tylko do "mechanicznej" i niekończącej się dialektyki przemian tezy, antytezy i syntezy. Wizja historii Hegla jest beznadziejna, więc nic dziwnego, iż jej zwolennicy przeważnie kończą życie samobójstwem.

***

Feuerbach "poprawił" system Hegla, wprowadzając Materię w miejsce Idei-Ducha i w ten sposób ów "poprawiony" (a właściwie pogorszony) heglizm, nie przestając być idealistycznym (a więc czystym wytworem wyobraźni), stał się materialistycznym (ale nie realistycznym), a więc atrakcyjnym dla materialistów; głównie dla Marksa i jego zwolenników. To w ramach tego "poprawionego" (pogorszonego) heglizmu, Marks wypracowuje swój "materializm dialektyczny", "materializm historyczny" i "determinizm gospodarczy", a więc system materializmu całkowicie idealistycznego. Marks także wprowadza radykalną rewolucję w filozofii, proponując swoją formułkę rewolucyjną "alle Verhaltnisse umzuwerfen" (wywrócić wszelkie stosunki) i sam daje przykład jej realizacji, umieszczając człowieka w miejsce Boga, nienawiść w miejsce miłości, walkę klas w miejsce braterskiego współżycia itd. Odtąd, rewolucja-przewrót w filozofii staje się radykalną, totalną, powszechną i permanentną, bo takie są cztery charakterystyki marksowskiej rewolucji.

Ta krótka synteza głównych i negatywnych nurtów w filozofii – w której, z braku miejsca; trzeba było opuścić wiele poważnych systemów – byłaby jednak niezupełną, jeśli nie wspomni się przynajmniej jeszcze Henri Bergsona i Benedetto Croce. Bergson (1859-1941), wprowadzając biologię do wspomnianego wyżej procesu nieustannych zmian ewolucyjnych i metafizycznych oraz socjologicznych, nadaje nowe wymiary abstrakcyjnej i zawikłanej myśli Kanta-Hegla-Feuerbacha-Marksa. Odtąd, Historia (pisana już z dużej litery), jako jedyny protagonista wszelkich wydarzeń, w swym nieustannym i nieskończonym procesie dialektycznych i socjologicznych zmian, dzięki Bergsonowi przybiera także wymiary bardziej skonkretyzowane biologicznej ewolucji, co pozwala subiektywistom na wprowadzenie doń także idei zmiany "natury", tak w sensie ogólnym, jak też i w sensie "natury człowieka", w wyniku czego zaczyna się twierdzić za Heraklitem, że nie ma nic stałego we wszechświecie i że człowiek, jako przedmiot nauk przyrodniczych i humanistycznych, z konieczności nieustannie ewolucjonuje, będąc ten ewolucjonizm totalnym i nieskończonym.

Benedetto Croce (1866-1952) wyciąga z tego wszystkiego wnioski logiczne i praktyczne. Historia, ubóstwiona przez Hegla i jego uczniów, staje się u Croce "historyzmem", czyli światopoglądem pełnym i całkowitym, przybierając nadto charakter religijny.

Dzięki tym ostatnim wkładom do myśli subiektywizmu (idealizmu), kierunki neo-marksistowskie, zwłaszcza Gramsci i szkoła z Frankfurtu, a więc Adorno (1903-69), Horkheimer (1895-1973), Benjamin (1892-1940) i wielu innych, mieli ułatwioną sytuację dla zaktualizowania mętnej i niekonsekwentnej myśli Karola Marksa i dla przedstawienia jej w sposób nieco bardziej logiczny i pociągający przynajmniej dla dzisiejszych subiektywistów (idealistów), a przede wszystkim dla dodania im ducha i nadziei, że marksistowski komunizm, prędzej czy później, dojdzie wszędzie do władzy i zapanuje nad całym światem, wybierając drogę rewolucji-przewrotu w świecie kultury, tak jak to prorokował już Engels, kiedy twierdził, iż "komunizm jest konsekwencją logiczną filozofii neoheglowskiej"[8].

Podsumowując, można stwierdzić, że rozkład filozofii polega przede wszystkim na porzuceniu troski o poznanie rzeczywistości i na wypracowaniu systemów myśli nie związanych z rzeczywistością, a więc bezpodstawnych, dowolnych, arbitralnych, zwanych subiektywizmem, idealizmem, immanentyzmem, monizmem, nominalizmem itd., których przedmiotem jest wytwór chorej wyobraźni, umieszczony wyłącznie w "świadomości", do której Freud (1856-1939) dodał jeszcze "podświadomość".

II. PRZENIKAME MARKSIZMU DO TEOLOGII

Teologia, zwłaszcza chrześcijańska, pojawia się jako konieczność "zrozumienia" nieco tajemnic Wiary, a więc jako skutek intelektualizacji treści religii. Człowiek odczuwa potrzebę zgłębienia istoty swych wierzeń nie tylko "sercem" i uczuciem, ale także umysłem, według wyżej już przypomnianej zasady fides quaerit intellectum, intellectus quaerit fidem. Istnieje bowiem owa konieczność współpracy między rozumem i wiarą, gdyż wzajemnie się potrzebują. Religia jest czymś całkowicie naturalnym w człowieku; człowiek normalny jest zawsze religijny.

Ta konieczność zgłębiania swych wierzeń zmusza człowieka do wypracowywania odpowiedniej terminologii, uciekając się do pojęć i słów powszechnie przyjętych i ściśle określonych, co nie jest wyłącznie sprawą lingwistyki i filologii; ale także i filozofii. Stąd też konieczność wypracowywania odpowiedniej filozofii dla użytku teologii, gdyż nie każda filozofia nadaje się do użytku teologii, zwłaszcza katolickiej, podobnie jak nie każdy nóż kuchenny nadaje się do delikatnych operacji chirurgicznych. Dlatego też chrześcijańscy myśliciele wypracowali dla chrześcijańskiej teologii odpowiednią filozofię, która, jak widzieliśmy, przybrała nazwę philosophia perennis, gdyż jej główny trzon pochodzi z czasów przedchrześcijańskich, ale ma w sobie element istotny wspólny z Chrześcijaństwem: umiłowanie prawdy, a prawda jest zawsze prawdą, a więc to co jest prawdą ma zawsze tę samą wartość, gdyż istotą prawdy jest niezmienność, a więc prawdy przedchrześcijańskie są w pełni ważne i w czasach chrześcijańskich.

Ale ta philosophia perennis, w okresie Chrześcijaństwa, została rozwinięta, pogłębiona, uzupełniona i dostosowana do potrzeb chrześcijańskiej teologii, stąd też słusznie została nazwana także "filozofią chrześcijańską" i jako taka stała się instrumentem chrześcijańskiej teologii, czyli ancilla theologiae, służebnicą teologii. Została ona wypracowana już w pierwszych wiekach, będąc instrumentem Patrystyki, czyli pism teologicznych Ojców Kościoła i w pełni używana w oficjalnych dokumentach Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, zwłaszcza Soborów dogmatycznych, a z biegiem czasu przeszła do nauki, a więc do szkół kościelnych, zwłaszcza katedralnych, a później do Uniwersytetów, które przecież zrodziły się w katedrach. Właściwie cała teologia tradycyjna Kościoła została wypracowana na podstawie tejże philosophia perennis, wkład jednak do niej św. Tomasza z Akwinu był wyjątkowy, stąd też przybrała nazwę "tomizmu", a później i neotomizmu, a w pewnych okresach utożsamiała się ze scholastyką. Dopóki teologia wiernie posługiwała się "filozofią chrześcijańską" (a więc philosophia perennis, tomizm, neotomizm) nie było w niej większych odchyleń czy nieporozumień. Te nieporozumienia, odchylenia, a nawet oczywiste błędy i herezje pojawiają się głównie wówczas, kiedy niektórzy teologowie uciekają się do innych systemów filozoficznych, porzucając philosophia perennis.

Praktycznie, zasadnicze zmiany w teologii zaczęły się wówczas; kiedy to Luter zajął postawę antyklerykalną i typowo fideistyczną. Luter pogardzał rozumem i dla niego wiara ograniczała się prawie wyłącznie do woli wierzenia. Nadto, Luter odrzuca autorytet Kościoła w sprawach wiary, zastępując go autorytetem Biblii, lecz interpretowanej indywidualnie i poza Kościołem.
Jednym z najważniejszych momentów jest, być może, pojawienie się filozofii Kanta. Tak zwany przez Kanta "człowiek dojrzały" chce sam decydować o wszystkim, a więc także o sprawach Wiary, bez brania pod uwagę autorytetu Kościoła, a nawet odrzucając autorytet Biblii. Oczywiście, odrzuca przede wszystkim philosophia perennis, a przecież ta, jak widzieliśmy, była i jest zawsze podstawą dla theologia perennis[9]. Niestety, filozofia Kanta, typowo subiektywna, staje się modną, wyrugowując tradycyjną philosophia perennis, nawet w szkołach katolickich, a zwłaszcza jezuickich, w początkach XIX wieku, mimo usilnych zabiegów Papieży, aby wyłącznie uciekać się w teologii do philosophia perennis.

W ten sposób, subiektywna filozofia Kanta utorowała drogę indywidualizmowi i racjonalizmowi, przygotowując umysły do przyjęcia bałamuctw Hegla. Tradycyjny światopogląd teocentryczny Chrześcijaństwa szybko zostaje zastąpiony pogańskim antropocentryzmem, który, chociaż został już poprzednio przypomniany przez Odrodzenie, to jednak nie miał przed Kantem większych wpływów w filozofii i w teologii. Filozofia Kanta i następnie Hegla także przyczyniły się do pogłębienia pojęcia "świadomości", "jestestwa" i "jaźni", czyniąc z nich ostatecznych sędziów w sprawach prawdy i wiary, co z kolei wzmocniło indywidualizm. Zagrożona tymi prądami teologia katolicka, w drugiej połowie XIX wieku, z polecenia Papieży, ponownie szuka ratunku w powrocie do filozofii tomistycznej, a więc w philosophia perennis, co przyczyniło się do aktualizacji i do wypracowania neotomizmu.

Indywidualizm stał się źródłem egoizmu, zwłaszcza w teoriach Jean Jacques Rousseau i Maxa Stirnera (1806-56), wywołując ostrą reakcję w postaci "socjalizmu". Niestety, socjalizm, który w początkach XIX wieku nie ma jeszcze nic wspólnego z tzw. "kwestią społeczną" i z warstwą robotniczą, wpada w przeciwieństwo absolutyzując społeczeństwo i sekularyzując Chrystusową naukę o Królestwie Bożym, a to przede wszystkim w bluźnierczych pismach Henri Saint Simon (1760-1825), a zwłaszcza w jego ostatniej książce, Le Nouveau Christianisme, gdzie religia chrześcijańska jest sprowadzona wyłącznie do etyki i zastąpiona religijnym kultem społeczeństwa, czyli ohydnym poganizmem, wzywając do oddawania czci boskiej już nie człowiekowi jednostce, a człowiekowi społeczeństwu. Należało nam przypomnieć te fakty, aby ułatwić zrozumienie pojawienia się marksizmu, a przede wszystkim aby odpowiedzieć na pytanie; dlaczego absurdalny i niedorzeczny system Karola Marksa spotkał się z przyjęciem nawet wśród niektórych teologów, którzy uważają się za katolików?

W XIX wieku wpływy marksizmu były mizerne. To dopiero kiedy Lenin instynktownie wyczuł w Marksie rewolucjonistę, którego usiłowano aż do początków XX wieku przedstawiać jako socjalistę, w niewydanych rękopisach odnajdując na to dowody, marksizm, jako ideologia rewolucyjnego komunizmu, nabrał rumieńców i stał się oficjalną ideologią-religią skomunizowanej Rosji, a Związek Sowiecki zaczął się nim posługiwać w celach swego imperializmu.

Istotą marksizmu jest rewolucja, która ma cztery przymioty; jest ona bowiem radykalną, permanentną, światową i powszechną (uniwersalną). Będąc "powszechną" (uniwersalną), z natury swej rozciąga się na wszystko, na całą kulturę, a więc i na religię. W tej perspektywie przenikanie marksistowskiej ideologii do teologii było i jest nieuniknione. Jednak, dopóki teologia uciekała się w swych studiach do pomocy ze strony philosophia perennis, marksizm nie miał do niej dostępu. Z chwilą jednak, gdy niektórzy teologowie po Drugim Soborze Watykańskim porzucili tę tradycyjną filozofię chrześcijańską i zaczęli uciekać się do subiektywizmu Kanta i do bałamuctw systemu Hegla, a później do tzw. egzystencjalizmu, czy to do niedowiarka Heideggera, czy to do wojującego bezbożnika Sarte'a, marksizm miał już drzwi szeroko otwarte, wiec skorzystał z okazji i spokojnie wszedł do tych "teologii".

Trzeba pamiętać, że marksizm jest syntezą niemal wszystkich systemów myśli subiektywnych, immanentnych i panteistycznych, oraz Gnozy i Kabały, a przede wszystkim szkoły Kant-Hegel-Feuerbach, stąd też każdy kto się ucieka do tych myślicieli i u nich szuka podstaw filozoficznych, prędzej czy później, staje się marksistą, a jego "teologia" musi być immanentną lub, w najlepszym wypadku, panteistyczną, czyli pogańską, ale w żadnym wypadku nie może być chrześcijańską.

Oczywiście, że powrót w filozofii i w teologii do antropocentryzmu jest także ważną okolicznością, gdyż z chwilą, kiedy teologia nie jest ześrodkowana na Bogu, lecz na człowieku, przestaje być teo-logią i staje się antropo-logią, a w przypadku teologów marksistów właściwie sprowadza się do zoo-logii, gdyż dla nich człowiek jest tylko nieco bardziej rozwiniętym zwierzęciem.

Błędny ekumenizm, a więc taki, który w praktyce niczym nie różni się od synkretyzmu, także ułatwia przenikanie marksizmu do teologii katolickiej, gdyż do bezkrytycznej współpracy teologów z "teologami" różnych innych wyznań, które, dawno już, przed katolikami, zostały głęboko przesiąknięte marksizmem.

Marksiści z łatwością wykorzystali protestancką modę na "odmitowanie" teologii i w ogóle religii, w czym się tak odznaczył Bultman. Walka z "mitami" pozwala na całkowitą sekularyzację i laicyzację wszystkich dogmatów katolickiej Wiary. Jednym z przykładów jest dzisiejsza marksistowska Chrystologia. Wykorzystując stare ataki na osobę Chrystusa Pana, rozpoczęte już za jego ziemskiej działalności w Palestynie, a przekazane następnym pokoleniom przez Talmud, skąd przeszły do pseudoteologów XV wieku, a później stały się modne za czasów Lutra i Melanchtona, znowu weszły do pism Reimarusa (wydanych przez wolnomyśliciela Lessinga), do Hegla, Straussa, Bruno Bauera, Renana i Kalthoffa, z łatwością mogli marksiści przedstawić "Jezusa z Nazaretu" jako wzór rewolucjonisty-komunisty, a nawet terrorysty. Hans Kung ułatwił im te robotę swoją formułką: być chrześcijaninem, to znaczy iść śladami Chrystusa, a skoro Chrystus był rewolucjonistą i terrorystą, za co został skazany na haniebną śmierć na krzyżu, chrześcijanin naszych czasów, idąc śladami swego Mistrza, też powinien być rewolucjonistą i terrorystą, walczącym przeciwko niesprawiedliwemu ustrojowi gospodarczemu i przeciwko imperializmowi Stanów Zjednoczonych. Tego się uczy dzisiaj prawie we wszystkich parafiach, zwłaszcza w tzw. "trzecim świecie", tj. w Ameryce Południowej i Centralnej, w Afryce i w Azji, i to się nazywa "duszpasterstwem chrystologicznym". Na próżno, jak dotąd, w Puebla (Meksyk) Papież Jan Paweł II, w swym długim przemówieniu do biskupów, występował przeciw tej "Chrystologii". Ta marksistowska Chrystologia została uzupełniona nie mniej marksistowską Mariologią, która przedstawia Matkę Bożą jako rewolucjonistkę i jako wzór matki-rewolucjonistki, bo to Jej się przypisuje "zasługę", że tak dobrze wychowała swego Syna, iż i On poszedł jej śladami i został rewolucjonistą – terrorystą. Stąd też, tak bardzo zwalczany kult maryjny w Ameryce Południowej w okresie soborowym, ostatnio został zrehabilitowany i przywrócony, gdyż doskonale, w swym nowym ujęciu marksistowskim, służy komunistycznej rewolucji.

Jest tu jednak coś więcej: marksizm nie tylko przenika do teologii katolickiej i niszczy ją od wewnątrz, przez posługiwanie się nią dla swych celów rewolucyjnych, ale nawet wypracowuje swoje "teologie"[10]. Jednym z przykładów w tym wypadku jest tzw. "teologia wyzwolenia", która została wypracowana przez marksistów i na podstawie marksistowskiej "filozofii". To też nic dziwnego, że mimo wielkich wysiłków ze strony autentycznych teologów, aby tę "marksistowską teologię wyzwolenia" poprawić i oczyścić z marksizmu, do niczego pozytywnego, jak dotąd, nie doszło. W tym wypadku "infiltracja" idzie w kierunku odwrotnym: to katolicy próbują przeniknąć do marksistowskiej "teologii", a usprawiedliwiają swą pozycję tym, że Stolica Apostolska uznała w swych dokumentach Libertati nuntius oraz Libertati conscierttia, iż temat "wyzwolenia człowieka z grzechu i jego skutków" jest uzasadniony.

Powracając jeszcze do Chrystologii i do uprzednio przedstawionego rozkładu filozofii, trzeba jeszcze przypomnieć, że heglowska wizja historii, jako nie kończący się proces nieustannych zmian i ewolucji, kiedy została wzmocniona przez biologizm Henri Bergsona i przez historyzm Benedetto Croce, dała podstawy dla tzw. "Chrystologii kosmicznej" Teilhard de Chardin, w której "dogmaty" panteizmu i immanentyzmu zostały zgrabnie połączone ze starymi, bo z pierwszych wieków czerpanymi, opiniami różnych heretyków, oraz starej Gnozy i Kabały, a przedstawione jako coś nowego i oryginalnego. Ważne jest to, że Marks, prawie sto lat przed Teilhard de Chardin, także czerpał z tych samych źródeł panteizmu i immanentyzmu, a także uciekał się do "mądrości" Gnozy i Kabały, stąd też nic dziwnego, że marksiści w latach sześćdziesiątych, a więc właściwie w przededniu Soboru i w ciągu jego narad, tak szeroko rozprowadzili po całym świecie pisma głośnego jezuity. Znakomity filozof Marcel de Corte w związku z tym pisze: "Można łatwo zrozumieć fantastyczną propagandę 'myśli' (jeśli można tak to nazwać) Teilhard de Chardin przez klan progresistów. Ta filozofia 'stawania się', usiłuje zastąpić tradycyjną w Kościele filozofię bytu i jednoczy w sobie wszystkie aspekty modernistycznego subiektywizmu, od integralnego idealizmu do integralnego materializmu, otwierając na oścież drzwi marksizmowi. Kiedy Teilhaid i jego zwolennicy oświadczają, że, Bóg chrześcijański Niebios i Bóg marksistowski przyszłości, powinni ostatecznie spotkać się, to chcą powiedzieć, że ateistyczny totalizm i pseudochrześcijański totalizm spełnią swe przymierze w potwornej tyranii, która zniewoli ciała i dusze w jednym zusamenmarschierung mistyczno-ekonomicznym, wobec którego Dostojewskiego legenda o Wielkim Inkwizytorze wydaje się być bajeczką dla małych dzieci. Ta zbieżność między karykaturą Kościoła i karykaturą społeczeństwa będzie ukoronowaniem wszystkich subiektywizmów, które pustoszą współczesną kulturę"[11].

Wspomniany uprzednio subiektywizm Henri de Saint Simon, którego najskrajniejszym wyrazem jest Le Nouveau Christianisme, ze swą całkowitą sekularyzacją Królestwa Bożego, nauczanego przez Chrystusa Pana, gdzie społeczeństwo doczesne i wyłącznie ziemskie jest absolutyzowane i ubóstwiane, stał się natchnieniem dla, wielu współczesnych marksistowskich "teologów" i przeniknął do ich "teologii", a nawet do liturgii Mszy Świętej, która w wielu wypadkach, z odnowienia Ostatniej Wieczerzy i Ofiary na Krzyżu, została sprowadzona do bluźnierczego i świętokradczego kultu "zgromadzenia wiernych", czyli do zbiorowej samoadoracji. Nic dziwnego, że tego rodzaju liturgia jest chętnie przyjęta przez marksistów i że w niej entuzjastycznie uczestniczą, bo w gruncie rzeczy, jak pisze cytowany poprzednio Marcel de Corte, jest to "przeniesienie na poziom liturgiczny głównej zasady ateistycznego marksizmu, który wynosi kolektyw do absolutu"[12].

Także niektóre ideologie, przenikając do teologii, ułatwiają infiltrowanie jej przez marksizm. Tak na przykład skrajny liberalizm, a więc ten, który domaga się absolutnej autonomii dla człowieka i odrzuca w konsekwencji wszelki autorytet, także Prawa Przyrodzonego i Dekalogu, a nawet Boga. Ten absolutny liberalizm, przyjęty przez teologów, nastawia ich przychylnie także na przyjęcie marksizmu, nie należy bowiem zapominać, że Marks był właśnie takim skrajnym liberałem i że jego "filozofia" jest oparta na takim absolutnym liberalizmie i że liberalizm jest korzeniem marksizmu, stąd też liberałowie są często marksistami lub przynajmniej sympatyzują z marksizmem.

Na czym polega liberalizm w teologii? Przede wszystkim na żądaniu absolutnej wolności w jej wypracowywaniu. W praktyce, prawie zawsze liberalizm idzie w parze z indywidualizmem, tak co do czytania i interpretowania Biblii, jak i co do wypracowywania teologii. Otóż, trzeba pamiętać o tym, że teologia katolicka tym się różni od innych, a zwłaszcza od protestanckiej, że musi być zawsze wypracowywana "z Kościołem i w Kościele", w pełni przestrzegając zasadę sentire cum Ecclesia, a to wymaga, aby teolog zawsze "umieszczał się" w oficjalnej nauce Kościoła, tak jak ona się przedstawia w całej jego historii.

"Teologia liberalna" i "teologia indywidualistyczna" mają swoje początki w protestantyzmie i, dokładniej, w teologii Lutra. Luter odrzucał autorytet Kościoła i zaczął "odczytywać" Biblię poza Kościołem i wypracowywać swą teologię na własny rachunek, czyli nie biorąc pod uwagę oficjalnej nauki Kościoła.

Ale to, co powstaje poza Kościołem, jest zawsze wystawione na niebezpieczeństwo błądzenia, gdyż tylko Kościół otrzymał od Chrystusa Pana zapewnienie stałej asysty Ducha Świętego, a nawet nieomylności. Istnienie obecnie tylu teologii dziwacznych i nawet bluźnierczych jest przede wszystkim skutkiem zajmowania postawy liberalnej i subiektywistycznej, czyli porzucenia zasady sentire cum Ecclesia[l3]. Ci teologowie, jeśli się uważają, za katolików, tylko formalnie przynależą do Kościoła, lecz w rzeczywistości sami się od niego odseparowują. Prawie to samo można powiedzieć o niektórych stanowiskach "personalistycznych", gdyż także i one są skrajnie liberalne, domagając się absolutnej autonomii "sumienia" uważając je za ostatnią instancję, decydującą o tym co jest dobre, a co złe, moralne czy niemoralne, bez uciekania się do przedmiotowych norm moralnych Dekalogu i urzędowej nauki Kościoła.
Także, odnosi się to do teologów, którzy dostosowują się do "mody", a więc do kierunków myśli, jakie się stają modnymi w pewnych okresach, bez troski o to, czy poglądy te są zgodne z Prawem Przyrodzonym i stałą tradycyjną nauką Kościoła. Tak na przykład, niektórzy teologowie, w okresie Rewolucji Francuskiej i zaraz po niej, usiłowali na gwałt dostosować naukę Kościoła do ówczesnych niechrześcijańskich i nawet antychrześcijańskich ideologii. Podobnie było w Niemczech w okresie hitleryzmu i jest obecnie w wielu krajach, gdzie zapanował marksistowski komunizm. Wszyscy oni porzucają zasadę sentire cum Ecclesia.

Na największą jednak pogardę zasługują ci teologowie, którzy, żyjąc w krajach wolnych i w doskonałych warunkach dla pracy intelektualnej, za judaszowe srebrniki piszą najrozmaitsze absurdalne pseudoteologie według życzeń swych klientów, doskonale zdając sobie sprawę z krzywdy, jaką tym czynią Kościołowi, świadomie fałszując jego tradycyjną naukę. Niektórzy z nich nawet wykorzystują naiwność i brak kultury swych czytelników, odważając się dawne i przestarzałe herezje, z pierwszych wieków, przedstawiać jako coś nowego i jako własną myśl oryginalną. Infiltracja marksizmu i progresywizmu w Kościele jest obecnie tak wielka, że nie tylko zdołała wpłynąć na postawę wielu teologów i przeniknąć do ich teologicznych systemów, ale także uzyskała wpływy w kościelnych instytucjach wydawniczych, które, sto lat temu, zostały założone, często z inicjatywy prywatnej, właśnie dla zwalczania tychże błędów i do szerzenia czystej i nieskażonej nauki Kościoła. Tak to, w ostatnim dwudziestoleciu, wiele głośnych i chwalebnych domów wydawniczych przeszło w ręce progresistów i marksistów. Dziś nie można już mieć zaufania do prac wydawanych przez Herdera w Niemczech, czy przez Bonne Presse we Francji, ani przez Wydawnictwa Paulińskie we Włoszech, ani do wszystkiego co wydaje BAC w Hiszpanii, nie mówiąc już o dziesiątkach nowych domów wydawniczych, które przyjmują zasadę ekonomiczną drukowania wszystkiego co się szybko sprzedaje, nie bacząc czy jest to zdrowe ziarno, czy trujący kąkol. Są jednak także wydawnictwa "katolickie", a nawet "kościelne", które wyłącznie wydają to wszystko co zohydza postać Chrystusa Pana, przedstawiając Go jako rewolucjonistę i buntownika o wiele skrajniejszego, niż starożytny i mitologiczny Prometeusz, gdyż nawet bluźnierczo utożsamiają Go z Szatanem.

Być może, iż żadna dziedzina teologii nie jest obecnie tak spodlona jak Chrystologia. Pismo święte mówi: "Uderzą pasterza i rozproszą się owce". Chrystus Pan, według własnych słów, jest Pasterzem, ale jest też "syntezą" całej chrześcijańskiej Wiary i jej personifikacją. Atak na Chrystusa Pana jest zarazem atakiem na wszystkie dogmaty i wszystkie zasady Wiary, a atak w formie przedstawiania fałszywej Chrystologii, która jest zaprzeczeniem boskości Chrystusa Pana, jest najskuteczniejszą walką z Chrześcijaństwem i w ogóle z wiarą w Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Niektóre dzisiejsze Chrystologie są w rzeczywistości opluwaniem[14] Najświętszego Oblicza Chrystusa Pana.

Widać z tego, że obecnie religia chrześcijańska jest przez marksistów bardziej atakowana od wewnątrz przez fałszywe teologie, niż od zewnątrz przez prześladowania. Spodziewają się widocznie, że rozpowszechniając fałszywe teologie i posługując się religią na rzecz komunistycznej rewolucji, szybciej i skuteczniej zniszczą wiarę w Boga.

III. KONSPIRACJA PRZECIWKO PRAWDZIE

To wszystko dzieje się nie tylko samo, spontanicznie, ale też i dlatego, że jest organizowane, planowane i finansowane. Przez kogo? Przez wrogów Pana Boga. Walka z Bogiem i z religią wielokrotnie była organizowana. Dla przykładu, przypomnijmy tutaj tylko jeden fakt historyczny, dość dobrze znany, ale przez wielu być może zapomniany. Chodzi o konspirację do walki z prawdą, a znaną w historii jako sekta Iluminatów. Została ona założona w roku 1776 przez Adama Weishaupta do walki z religią katolicką, przy pomocy szerzenia racjonalizmu. Papież Pius VI ją potępia w roku 1785, co przerywa jej działalność na prawie sto lat; odżywa bowiem w Niemczech, w roku 1896 i w Austrii, w roku 1922. Ciekawe szczegóły o tej sekcie i o jej walce z religią katolicką podaje niedawno zmarły wielki filozof włoski Michele Federico Sciacca[15].

Według profesora Sciacca, jednym z iluminatów był Gotthold Ephrain Lessing (1729-81), dobrze znany w historii kultury jako jeden z głównych przedstawicieli Oświecenia (Aufklarung) w Niemczech. Otóż, Lessing rzucił hasło, iż nie należy troszczyć się o prawdę, gdyż, jego zdaniem, prawda przeszkadza w braterskim i spokojnym współżyciu. Jednym ze środków do walki z prawdą był dla niego teatr. Lessing był dramaturgiem i napisał wiele dzieł teatralnych, poświęconych właśnie walce z prawdą, jako "przesądem".

Iluminizm jest natchnieniem Oświecenia, które głównie odznacza się szerzeniem racjonalizmu w formie zorganizowanej i jednocześnie w wielu krajach, a więc, w Anglii, we Francji, w Niemczech, we Włoszech, w Polsce itd.; oraz w Stanach Zjednoczonych. To wszystko dzieje się w przededniu Rewolucji Francuskiej, a do której wybuchu przyczynia się. Głównymi przedstawicielami Oświecenia (jako walki z religią chrześcijańską, a jeszcze bardziej jako wysiłku pozbawienia jej cech nadprzyrodzonych) są: Locke, Hume, Adam Smith, D'Alambert, Kant, Voltaire, Herder, Goethe, Pestalozzi itd. Jest to ściśle zorganizowana walka z prawdą przez przemilczanie jej we wszystkich dziedzinach kultury, a więc gardzi się prawdą metafizyczną, naukową, empiryczną, historyczną, socjologiczną, psychologiczną, antropologiczną, biologiczną itd. Ale kto świadomie gardzi prawdą, gardzi też i Chrystusem Panem, który przecież o sobie powiedział: Ego sum Veritas (J.14,6), a więc kto świadomie przemilcza jakąkolwiek prawdę, przemilcza Chrystusa Pana, który jest Prawdą absolutną, zamykając także człowiekowi drogę ku wolności, gdyż Chrystus Pan również powiedział: Veritas liberabit vos (J. 8,32), a więc tylko prawda jest drogą ku wolności.

Marks, jak wszyscy iluminaci, także odrzuca prawdę a nawet przeczy możliwości jej istnienia, zwłaszcza prawdy metafizycznej, przyjmując jedynie "prawdę chwilową", czyli to co w danym momencie uchodzi za prawdziwe, ale co nie dochodzi nawet do poziomu tzw. "prawdy historycznej", a więc takiej, która może być stwierdzona na podstawie dokumentów. Za Marksem i za iluminatami idą dzisiejsi marksiści, zwłaszcza ci, co weszli do Kościoła, a przede wszystkim teologowie-marksiści i to głównie oni szerzą wewnątrz Kościoła zasadę przemilczania prawdy, zwłaszcza teologicznej, posługując się hasłem "zgody". A więc w imię zgody (reconciliatio), nie spierać się o dogmaty i zasady moralne, czyli że tę postawę walki z prawdą, a więc z Chrystusem Panem, ubiera się w pozory dobroci, a nawet miłości bliźniego: należy przemilczać prawdę, aby komuś nie sprawić przykrości[16].

Ta konspiracja przeciwko prawdzie znajduje też poparcie w źle rozumianym ekumenizmie, gdyż rzekomo w imię jedności i zgody wysuwa się też hasło przemilczania prawdy. Często się słyszy: "nie mówmy o tym co nas dzieli (dogmaty Wiary, treść Credo, zasady moralne), ale tylko o tym co nas łączy". W ten sposób przemilcza się naukę Chrystusa Pana, a nawet przemilcza się Jego samego, gdyż On jest Prawdą i to jedyną, która jest drogą ku zbawieniu i ku Królestwu Bożemu. Chrystus zresztą nie tylko jest Prawdą, ale i Miłością, i Sprawiedliwością, i Najwyższym Dobrem Wspólnym (Bonum Commune), a więc jest zwornikiem tak społeczeństwa naturalnego, przyrodzonego, jak i nadprzyrodzonego, a więc Kościoła. On jest "kamieniem węgielnym", na którym jest zbudowany Kościół i bez którego nie można zbudować żadnego trwałego społeczeństwa ziemskiego. Przemilczanie Chrystusa jest przemilczaniem wszystkich wartości, a więc budowaniem na piasku, a nawet na próżni, bo przecież nam powiedział: "Beze mnie nic uczynić nie możecie". Wyrugowanie prawdy z życia ludzkiego z konieczności prowadzi do panowania kłamstwa, jest to więc urzeczywistnianie zasady marksowskiej rewolucji komunistycznej "alle Verhaltnisse umzuwerfen", odwrócić wszystkie stosunki, przewrócić wszystko do góry nogami, w miejsce Prawdy – Chrystusa Pana wprowadzić Kłamstwo – Szatana.

IV. ZAKOŃCZENIE

Nil desperandum; wszystko powyżej omawiane było przez Chrystusa Pana przewidziane i zapowiedziane, nie powinno więc być dla nas zaskoczeniem. A dlaczego Bóg to dopuszcza? Najprawdopodobniej dla wypróbowania nas i naszej wierności wobec Chrystusa Pana i Jego nauki. Zresztą, od początku istnienia Kościoła tak było. Wystarczy czytać Dzieje Apostolskie i Listy apostołów, aby stwierdzić, iż już w pierwszym wieku Kościół był atakowany nie tylko z zewnątrz, przez prześladowania, ale i od wewnątrz, przez różne herezje, przez ambicje personalne, przez wpływy kultur i zwyczajów pogańskich itd. I tak jest przez niemal całą historię Kościoła, a mimo to cudownie zachowuje się czysta i nieskażona nauka Chrystusa Pana i jest to najlepszym dowodem stałej obecności Ducha Świętego w Kościele.

Ale Duch Święty działa przez ludzi, przez tych chrześcijan, którzy są gotowi do ofiarnej walki w obronie Wiary, a więc do takiej postawy, za którą trzeba cierpieć. Należy więc słuchać wezwań Papieży, zwłaszcza tych z ostatnich dwóch stuleci. A te wezwania Namiestników Chrystusa Pana żądają od nas unikania wszelkich "nowinek" i szanowania tradycyjnej nauki Kościoła, a więc wierności dla "filozofii chrześcijańskiej" (phiiosophia perennis) i dla tradycyjnej teologii (Theologia perennis), gdyż obie służą Prawdzie, czyli Chrystusowi Panu.

Uzbrojeni w tradycyjną filozofię chrześcijańską i w tradycyjną teologię Kościoła, śmiało i z pełnym poczuciem odpowiedzialności przed Bogiem, możemy wkraczać w progi XXI wieku, a więc w trzecie tysiąclecie Chrześcijaństwa.

PRZYPISY

[1] Słowo to pochodzi być może od intus et inter legere; intus legere, czyli czytać między wierszami.
[2] Aby uniknąć nieporozumień, słowo "wiara", jako akt psychologiczny wierzenia, jest tu pisane z małej litery, natomiast "Wiara" jako Credo, czyli jako przedmiot tegoż aktu, odnoszący się do Boga i Jego tajemnic, jest tutaj pisane z dużej litery.
[3] Thomas Molnar, Origenes filosoficas de la teologia progresista, Verbo (Madrid), vol.195/196, s. 631-632.
[4] Sformułowanie tej zasady przypisuje się Izaakowi Izraeli (+940), gdyż znajduje się ona w jego dziele De definitionibus (napisał on ją po arabsku, ale została przetłumaczona na łacinę przez Gerardo Cremonesi). Święty Tomasz z Akwinu wprowadził ją do philosophia perennis. Zob. Summa Theologica 1,16,2.
[5] Les Ruines ou Meditation sur les Revolutions des Empires,1791.
[6] Karl Marx, Zur Kritik der Hegelschen Rechtsphilosophie, Einleitung,1843.
[7] Słowa: Bóg, Duch, Idea, Świat, człowiek itd. nie są używane przez Hegla w znaczeniu ogólnie przyjętym.
[8] "Communism, however, was such a necessary consequence of New Hegelian philosophy, that no opposition could keep it down…", cytowane przez Werner Blumenberg, Karl Marx in Selbstzeugnissen und Bilddokumnfen, Rowohlt,1971, s. 52.
[9] Pozwalam sobie wprowadzić ten termin do nauk teologicznych, jako określenie teologii katolickiej, która w swej istocie, a więc w tym co jest nauką Chrystusa Pana, zawsze i wszędzie musi być absolutnie ruezmienna, czyli że jest perennis, nadto, wydaje mi się zupel5nie uzasadnione używanie tego wyrażenia, jako analogicznego i równoległego do philosophia perennis, gdyż doskonale podkreśla ono ciągiość rozważań Kościoła nad Depositum Fidei.
[10] Że marksiści życzą sobie, aby były wypracowywane różne "teologie", które służyłyby komunistycznej rewolucji świadczy także fakt, iż generał Jaruzelski wyraził takie życzenie w swym przemówieniu powitalnym papieża, z okazji jego trzeciej wizyty pasterskiej w Polsce; konkretnie zasugerował, aby została wypracowana odpowiednia "teologia pracy" (widocznie ta, którą Papież przedstawia w swej encyklice Laborem exercens nie wydaje mu się "odpowiednią").
[11] Marcel de Corte, El hombre de Dios contra Dios, Verbo (Madrid) , vol. 205/206, s. 537.
[12] tamże, s. 536.
[13] Do dziś, po pięćdziesięciu latach, z wielką wdzięcznością wspominam kazanie Ks. Kardynała Aleksandra Kakowskiego, w którym nam, młodym kapłanom – studentom Uniwersytetu Warszawskiego, usiłował wytłumaczyć głębię zasady sentire cum Ecclesia.
[14] Idą one za przykładem Chrystologii Lutra, który lubował się w szkalowaniu osoby Chrystusa Pana, kiedy na przykład twierdził, że Chrystus trzykrotnie popełnił grzech cudzołóstwa. Zob. Dr. Martin Luther, Werke, Weimar, 1913, Tischreden, vol. 2, s. 107. Czytamy: "Nr 1470-1473 – 7 April bis i Mai 1532; 1472 (Schlag. 239, Clm. 943, 175) Christus adulter. Christus ist am ersten ein ebrecher worden Joh. 4. bei dem brunn cum muliere, quia illi Joh. 4,27 dicebant: Nemo significat, quid fatit cum ea? Item cum Magdalena, item cum adultera Joan. 8, die er so leicht davon fies. Also mus der from Joh. 8,11 Christus auch am ersten ein ebrecher werden, ehe er steub". Pisownia Lutra jest odmienna od dzisiejszej, nadto jest to mieszanka ówczesnej łaciny z ówczesnym niemieckim, ale charakter bluźnierczy jest oczywisty. Także twierdzi, że Chrystus Pan kłamał. Czy Bóg może cudzołożyć, kłamać, grzeszyć? Cóż to za "teologia"? Chyba, że Luter neguje boskość Chrystusa Pana, ale w tym wypadku w ogóle nie jest chrześcijaninem. Czy to za to chcą go niektórzy dzisiaj kanonizować?
Dzisiaj, brazylijski "Luterek", Leonardo Boff, po powrocie z Moskwy, pozwala sobie twierdzić, że Chrystus Pan był hermafrodytą, gdyż z natury swej jest zarazem mężczyzną i niewiastą; że Duch Święty "wcielił się" (zjednoczenie hipostatyczne) w Marię (nie używa terminów jak Matka Boża lub Najświętsza Dziewica), a więc że Maria jest Bogiem w takim samym sensie jak Chrystus Pan, że Bóg nie jest Bogiem Ojcem lecz Bogiem-Matką, a to wszystko dlatego, aby uzasadnić możliwość dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich. Nadto twierdzi, że Trójca Przenajświętsza jest wzorem doskonałego społeczeństwa komunistycznego. Zob. Leonardo Boff, La Trinidad, la sociedud y la liberacion, Ediciones Paulinas, Madrid, 1987. Czy to nie jest "opluwanie" Chrystusa Pana? Arcybiskupstwo w Rio de Janeiro potępiło tę książkę, a Ks. Kardynał Evaristo Arns, Arcybiskup Sao Paulo, ją wychwala pod niebiosy. O tempora o mores!
[15] Zob. Juan Vallet de Goytisolo, Cristianismo y mundo moderno segun el prof. Sciacca, Verbo (Madrid), vol. 201 /202, s. 51.
[16] Ks. Piotr Skarga nie wpadł w tę zasadzkę, bo umiał odróżnić herezję od heretyka: "złe heretyctwo, ale ludzie dobrzy" i w ten sposób uratował oba przykazania: miłości bliźniego i miłości prawdy, atakując błąd, a nie błądzącego.

Źródło informacji: http://www.fronda.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.