_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekumenizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekumenizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2026

Kardynał Koch: „Musimy przemyśleć na nowo Traditionis custodes, szczególnie ze względu na tych wiernych, którzy czują pociąg do starej liturgii, nie podzielając przy tym poglądów Bractwa”.

Nielegalne święcenia biskupie w Bractwie św. Piusa X

Wywiad z kardynałem Kochem, prefektem Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan


Communicatio (Podcast niemieckiego wydania Przeglądu Katolickiego „Communio”)


2 lipca 2026 r.


Jan Halatyk: Wczoraj, 1 lipca 2026 roku, dwaj biskupi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay, wyświęcili w szwajcarskim Écône czterech tradycjonalistycznych księży na biskupów bez mandatu papieskiego. Tym samym historia konfliktu między papieżami a Bractwem św. Piusa X, który tlił się od lat 70. XX wieku, dobiegła swego rodzaju punktu kulminacyjnego. W dzisiejszym odcinku podcastu Communicatio o tym znaczącym wydarzeniu w historii Kościoła katolickiego rozmawiam z kardynałem Kurtem Kochem, który od 2010 roku pełni funkcję prefekta Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Nazywam się Jan Halatyk, jestem współwydawcą i redaktorem naczelnym czasopisma „Communio”.

Prowadzący: Księże Kardynale, jak Ksiądz Kardynał – jako teolog i biskup pochodzący ze Szwajcarii i przez długi czas tam posługujący – ocenia te nielegalne święcenia biskupie, które miały miejsce wczoraj w Écône w kantonie Valais?

Kardynał Kurt Koch: Bractwo określiło to wydarzenie mianem aktu historycznego. Ja również bym je tak nazwał, choć w zupełnie innym znaczeniu. Jeśli bowiem spojrzymy na historię Kościoła, po różnych soborach zawsze dochodziło do schizm. Działo się tak po dawnych soborach: po Efezie, po Chalcedonie, w XIX wieku po Soborze Watykańskim I, a teraz ponownie po Soborze Watykańskim II.

Zawsze chodzi o to samo: Kościołowi zarzuca się zdradę tradycji i wprowadzenie czegoś nowego, czego w niej nigdy nie było. Główny problem polega tu chyba na tym, jak pozostać wiernym tradycji, będąc jednocześnie otwartym na nowe wyzwania. Spoglądając jednak na historię, widzimy, że problemy te z czasem znajdowały rozwiązanie. Gdy wydarzenia dzieją się na naszych oczach, z natury rzeczy trudno o nadzieję na natychmiastowe wyjście z sytuacji. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości pojawią się inne drogi.

Prowadzący: Zanim zagłębimy się w samo pojęcie tradycji, przyjrzyjmy się krótko bezpośredniemu tłu tych wydarzeń. Papież Leon XIV, tuż przed samym faktem, bo 30 czerwca, skierował do Przełożonego Generalnego Bractwa św. Piusa X list upominawczy. Co zaskakujące, Ojciec Święty najpierw wyraźnie pochwalił w nim ich miłość do liturgii, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz dążenie do wierności tradycji. Z drugiej strony wezwał odpowiedzialnych za Bractwo do opamiętania, stwierdzając, że rozdzieranie bezszwowej szaty Chrystusa jest grzechem ciężkim. Jak Ksiądz Kardynał ocenia ten osobisty list papieża Leona i czy uważa Ksiądz za słuszne, że interweniował w tej sprawie tak późno?

Kardynał Kurt Koch: Przypuszczam, że Papież bezwzględnie chciał ogłosić to w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła, przemawiając z samych filarów Kościoła rzymskiego. Było już jednak prawdopodobnie za późno, ponieważ przygotowania do święceń dobiegły końca, a wierni zdążyli dotrzeć na miejsce. Uważam niemniej za cenne, że mimo to wypowiedział te słowa. Pozytywnie oceniam również fakt, że uwypuklił aspekty, które są dla niego istotne, i że właśnie na fundamencie uznania tych dobrych elementów tym mocniej rzucił wyzwanie i przestrzegł przed wykonaniem tego kroku.

Prowadzący: Interesującym elementem wczorajszych uroczystości było to, że brak mandatu papieskiego musiał zostać zrekompensowany uzasadnieniem, dlaczego te święcenia w ogóle są udzielane. Przełożony Generalny w swoim kazaniu szczegółowo wyłożył powody, dla których Bractwo zdecydowało się na ten krok. Jak Ksiądz Kardynał ocenia to samousprawiedliwienie?

Kardynał Kurt Koch: Trąci ono uzurpacją prawa do udzielania święceń wobec braku papieskiej zgody. To oczywiście przypomina mi koncepcję samoupełnomocnienia, z którą spotykamy się w zupełnie innych kontekstach, mianowicie po stronie progresywnej, gdzie różne grupy mówią: musimy wziąć wszystko we własne ręce i upoważnić samych siebie do tego, czego nie chcą władze kościelne. Pokazuje to po raz kolejny, że tradycjonaliści i progresiści chorują niekiedy w tym samym szpitalu, choć na skrajnie różnych oddziałach.

Prowadzący: Skrajności się spotykają. Czy powiedziałby Ksiądz Kardynał, że tradycjonaliści są w tym miejscu nowocześni, skoro emancypują się spod władzy papieskiej, którą skądinąd chcą wzmacniać i chronić?

Kardynał Kurt Koch: Mam nadzieję, że nie. Co do istoty sprawy zgadzam się z tą diagnozą, żywię jednak nadzieję, że pojęcie nowoczesności nie jest postrzegane wyłącznie negatywnie – niesie ono przecież ze sobą także konotacje pozytywne. Ale z pewnością wszystko zmierza w tym kierunku. Mówiłbym tu raczej o wewnętrznej sprzeczności: z jednej strony pięknymi słowami przywołuje się autorytet Papieża, a w decydującym momencie idzie się własną drogą. Sprawia to na mnie wrażenie abstrakcyjnego uznania prymatu Piotrowego, nie zaś konkretnego uznania obecnego Papieża oraz wszystkich papieży od czasu Soboru Watykańskiego II. Widzę tu po prostu jawną sprzeczność.

Prowadzący: Tak, ich narracja zakłada, że pragną podążać za Namiestnikiem Chrystusa na ziemi w synowskim oddaniu. Jednocześnie jednak twierdzą, że Papież jest otoczony przez doradców, którzy ulegli modernistycznym błędom. Czy to doradcy papieża Leona XIV stanowią problem?

Kardynał Kurt Koch: Myślę, że gdyby tak rzeczywiście było – gdyby Papież był otoczony przez takich modernistów, a ktoś chciałby dowieść swojej miłości do niego – wówczas należałoby wyciągnąć zgoła odmienny wniosek. Mianowicie: dać dobry przykład tego, jak w wierności tradycji Kościoła stoi się przy prymacie Piotrowym, i po prostu usłuchać Papieża. To uderza we mnie jako fundamentalna sprzeczność, której nie potrafię rozwikłać.

Prowadzący: Powróćmy może do pytania o samo rozumienie tradycji. W 1988 roku, tuż po tym, jak arcybiskup Lefebvre udzielił święceń bez zgody Papieża, Jan Paweł II zareagował listem apostolskim Ecclesia Dei, w którym pisał o niepełnym i wewnętrznie sprzecznym pojęciu tradycji u Lefebvre'a. Niepełne i sprzeczne – co Papież miał na myśli i czy diagnoza ta zachowuje aktualność w odniesieniu do dzisiejszej sytuacji?

Kardynał Kurt Koch: Niepełne prawdopodobnie dlatego, że nie obejmuje całości tradycji. Bractwo w zasadzie deklaruje, że dwa tysiące lat tradycji zostało przerwane wraz z Soborem Watykańskim II. W tym sensie operują oni jedynie fragmentami tradycji, a nie jej całością. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z Soborem Watykańskim II, który ogarnia wzrokiem całą tradycję, nieustannie sięga do epoki Ojców Kościoła, cytuje Pismo Święte, Ojców i historię. W tym znaczeniu Sobór Watykański II posiada wszechstronną koncepcję tradycji, podczas gdy u lefebrystów postrzegam ją jako bardzo poszatkowaną.

Sam papież Benedykt XVI mówił również, że „zamrozili” oni tradycję na etapie przed Soborem Watykańskim II, co samo w sobie jest wewnętrznie sprzeczne. Jeśli bowiem wczytamy się w teksty Soboru Watykańskiego II, to obok Pisma Świętego najczęściej cytowanym źródłem i punktem odniesienia jest papież Pius XII. A to z zasady jest przez nich odrzucane; zamiast tego zakłada się, że wraz z Soborem Watykańskim II nastąpiło zerwanie, którego nie da się już pogodzić z tradycją. To jednak całkowicie kłóci się z samymi tekstami soborowymi.

Prowadzący: Papież Benedykt w swoim przemówieniu bożonarodzeniowym z 2005 roku próbował przeciwstawić tej hermeneutyce zerwania – obecnej zarówno po stronie tradycjonalistycznej, jak i progresywnej – hermeneutykę reformy. Czy uważa Ksiądz Kardynał to narzędzie hermeneutyki reformy, o którym sam napisał Ksiądz książkę, za właściwy klucz do interpretacji Soboru również dzisiaj?

Kardynał Kurt Koch: Uważam za niezwykle znamienne, że papież Benedykt XVI poświęcił swoje pierwsze przemówienie bożonarodzeniowe do Kurii Rzymskiej właśnie temu tematowi – Soborowi Watykańskiemu II. Opowiedział się przeciwko hermeneutyce zerwania i ciągłości, ale także przeciwko hermeneutyce czystej ciągłości, jakiej domaga się Bractwo, argumentując, że obie są w gruncie rzeczy absurdalne. Chodzi natomiast o hermeneutykę reformy, która zakłada, że Sobór Watykański II wyrasta z fundamentalnej tradycji, lecz odpowiedział na nowe wyzwania. To synteza wierności tradycji oraz otwartości na teraźniejszość i przyszłość. I wierzę, że jest to jedyna naprawdę sensowna hermeneutyka.

Papież Benedykt skonkretyzował to wówczas na przykładzie wolności religijnej, wykazując, że deklaracja Dignitatis humanae nie stanowi zerwania z tradycją, lecz w istocie odsyła do całej tradycji wczesnego chrześcijaństwa. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego Bractwo nie potrafi otworzyć się na tę drogę, którą wskazał papież Benedykt.

Prowadzący: Oczywiście, cytują oni wypowiedzi Grzegorza XVI i Piusa IX, w których ostro potępiono liberalizm, i argumentują, że to, co Dignitatis humanae uczyniła na Vaticanum II, stoi z tym w rażącej sprzeczności. Papież Benedykt tłumaczył, że to, co potępiono w XIX wieku, nie jest tożsame z tym, co uznał Sobór. Czy mógłby Ksiądz Kardynał to jeszcze raz wyjaśnić?

Kardynał Kurt Koch: To, co powiedziano w XIX wieku – że prawda jest absolutna i nie można jej relatywizować – zachowuje moc również dzisiaj. Nie to jednak było przedmiotem Dignitatis humanae. Chodziło raczej o to, jak Kościół zachowuje się w nowoczesnej sytuacji rozdziału Kościoła od państwa. Papież Benedykt mówił o „zdrowej świeckości” i wyraźnie wskazywał, że wolność religijna jest wręcz fundamentalnym warunkiem misyjnego nakazu Kościoła, ponieważ Kościół może wypełniać swoją misję tylko wtedy, gdy państwo gwarantuje mu do tego wolność.

Wydaje mi się, że to podejście zderza się z innym punktem podtrzymywanym przez Bractwo św. Piusa X, mianowicie z ich przekonaniem, że wszystkie państwa powinny być w istocie państwami katolickimi i nie mogą gwarantować żadnej innej wolności poza wolnością Kościoła katolickiego. To jest, rzecz jasna, całkowicie oderwane od rzeczywistości.

Prowadzący: Tak, w ich oczach powszechne królowanie Chrystusa zostaje naruszone przez fakt, że Kościół uznaje obecnie wolność religii i sumienia. Przejdźmy może do tematów, które bezpośrednio dotyczą Dykasterii Księdza Kardynała. Wśród punktów spornych znajduje się również otwartość ekumeniczna; jest ona odrzucana przez FSSPX jako fałszywy indyferentyzm. Bractwo wciąż domaga się, aby wszyscy niekatolicy powrócili na łono jednego prawdziwego Kościoła. Dlaczego to żądanie, odwołujące się do dogmatu Soboru Florenckiego extra ecclesiam nulla salus, stało się dziś, w nowoczesnych uwarunkowaniach, tak trudne do przyjęcia?

Kardynał Kurt Koch: Uważam, że jest to trudne nawet z punktu widzenia ściśle teologicznego. Formuła extra ecclesiam nulla salus odnosi się oczywiście do katolików, którzy są przekonani, że Kościół katolicki wskazuje drogę do wiecznego zbawienia. Mamy jednak głębokie przeświadczenie, ugruntowane już w Piśmie Świętym, a następnie w tradycji, że Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi i że znajduje On inne drogi dotarcia ze zbawieniem do tych, którzy nigdy nie zetknęli się z Ewangelią Jezusa Chrystusa.

Jeśli Bractwo w zasadzie posyła do piekła każdego, kto nie należy do Kościoła katolickiego, to nie wiem, jak w ogóle można jeszcze obronić ową fundamentalną prawdę Pisma Świętego, że Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi. Istnieje tu oczywiście niebezpieczeństwo, że ludzki osąd teologiczny stawia się ponad ostateczną sędziowską wolą Boga, co z teologicznego punktu widzenia uważam za wysoce problematyczne.

Prowadzący: Odpowiada to słowom, które abp Marcel Lefebvre wypowiedział niegdyś w kazaniu: „Protestanci nie mogą pójść do nieba”.

Kardynał Kurt Koch: Tak, uzurpuje on sobie w tym miejscu eschatologiczny sąd samego Boga.

Prowadzący: Przyjrzyjmy się również deklaracji Nostra aetate, która otworzyła nowy rozdział w relacjach Kościoła katolickiego z judaizmem. Dla Bractwa sprawa jest zupełnie jasna – i podkreślili to raz jeszcze – że wraz z przyjściem Chrystusa przymierze wygasło, a Żydzi, również współcześni, współdzielą winę bogobójstwa, dopóki nie wyznają Jezusa jako Mesjasza Izraela. Co Ksiądz Kardynał sądzi o tego typu teologii judaizmu?

Kardynał Kurt Koch: U podłoża takiego myślenia leży, jak sądzę, błędna definicja relacji między Starym a Nowym Testamentem – idea, jakoby Nowy Testament niejako unieważnił i zastąpił Stary Testament. W przeciwieństwie do tego Kościół katolicki zakłada fundamentalną jedność obu Testamentów. Jesteśmy przekonani, że ostatecznie istnieje tylko jedna Księga, a nie dwie różne, oraz jedna historia zbawienia, którą Bóg realizuje ze swoim ludem, Izraelem, a która dopełniła się w objawieniu w Jezusie z Nazaretu. Stanowiska Bractwa nie da się pogodzić nawet z wieloma poglądami Ojców Kościoła. Sobór Watykański II nie odwoływał się przecież wyłącznie do Pisma Świętego i św. Pawła, ale także do tradycji obecnych w historii Kościoła.

Uważam tę wizję Bractwa za anachroniczną w świetle Szoa. To, co się wówczas wydarzyło, stało się jednym z impulsów do powstania Nostra aetate, skłaniając do ponownego przemyślenia tych relacji pod wpływem wstrząsu wywołanego Zagładą. Bractwo wydaje się niezdolne, by pójść tą drogą. To z kolei dotyka fundamentalnego problemu Nostra aetate oraz historii, która po niej nastąpiła. Uważam mianowicie, że kluczowe pytanie o to, jak pogodzić uznawaną przez nas tezę o trwałej ważności przymierza Boga z Izraelem z nowotestamentowym stwierdzeniem, że wraz z Jezusem Chrystusem wkroczyło w historię coś absolutnie nowego – tak aby nie urazić ani Żydów, ani chrześcijan – nie zostało jeszcze w pełni teologicznie rozstrzygnięte.

Prowadzący: Czy powiedziałby Ksiądz Kardynał w takim razie, że brak gotowości do wyciągnięcia teologicznych wniosków z Auschwitz prowadzi w przypadku FSSPX do swego rodzaju teologicznego unicestwienia judaizmu, skoro twierdzą oni, że Stare Przymierze zostało ostatecznie unieważnione?

Kardynał Kurt Koch: Oczywiście, tyle że Stare Przymierze jest wciąż obecne jako fundament. Stąd bierze się po pierwsze obawa, że dochodzą tu do głosu tendencje marcjonistyczne, a po drugie – zapomina się, że judaizm jest macierzą chrześcijaństwa. Nie wiem, jak można trwać przy chrześcijaństwie, odsyłając własną matkę w niebyt historii. To nie wróży dobrze w historii żadnej rodziny, a już na pewno nie sprawdza się w historii chrześcijaństwa.

Prowadzący: Wczoraj widzieliśmy, że Bractwo w uderzający sposób wyeksponowało estetyczny blask dawnych rytów. Jednocześnie, zwłaszcza w USA, ale i we Francji, możemy zaobserwować rosnące zainteresowanie młodego pokolenia tymi tradycjonalistycznymi formami chrześcijaństwa. Pytanie być może nieco delikatne: czy nie jest to również impuls dla Kościoła katolickiego w jego obecnym kształcie, by krytycznie przyjrzał się samemu sobie – być może docenił cząstkę prawdy zawartą w tradycjonalizmie i potraktował to jako okazję do samokrytycznej refleksji?

Kardynał Kurt Koch: Tak, myślę, że trąciłoby to faryzeizmem, gdybyśmy po prostu potępili Bractwo i uznali, że błądzą, nie stawiając sobie pytania, czy w dzisiejszym Kościele nie występują fundamentalne braki, o których Bractwo nam przypomina.

Po pierwsze, myślę o nierozstrzygniętej kwestii relacji między dwiema formami jednego rytu rzymskiego, jak to ujął papież Benedykt. On wskazał pewną drogę, papież Franciszek dość radykalnie ją ukrócił. Uważam, że musimy to przemyśleć na nowo, szczególnie ze względu na tych wiernych, którzy czują pociąg do tej formy liturgii, nie podzielając przy tym całej ideologicznej nadbudowy Bractwa. Dla tych wiernych musimy szukać nowych dróg.

Drugim problemem jest pluralizm eklezjologiczny, z jakim mamy dziś do czynienia w ekumenizmie, gdzie w zasadzie wszystkie kościoły i wspólnoty kościelne traktuje się jako równorzędne, przez co staje się rzeczą obojętną, do którego kościoła się należy. W ten sposób zapomina się o unikalności Kościoła katolickiego, na którą wyraźnie wskazał Sobór Watykański II.

I po trzecie – pluralizm religijny, czyli idea, że wszystkie religie są w równym stopniu drogami prowadzącymi do Boga. Tezy te są dziś szeroko rozpowszechnione i dobrze byłoby wykorzystać konfrontację z Bractwem jako okazję do rachunku sumienia, by zastanowić się, co należy tutaj skorygować. Tylko w ten sposób możemy wiarygodnie wykazać Bractwu, że owych patologii, które piętnują, nie ma w dokumentach Soboru, lecz są to tendencje, które pojawiły się dopiero po nim.

Tym bardziej że rzymskie dykasterie wielokrotnie pisały przeciwko takim błędnym interpretacjom – weźmy choćby deklarację Dominus Iesus wymierzoną w pluralizm religijny czy różne inne oświadczenia zachęcające do poprawnej interpretacji ekumenicznej formuły subsistit in.

Prowadzący: Na koniec ostatnie pytanie. Właśnie formalnie potwierdzono, że szafarze i faworyzowani odbiorcy tych nielegalnych święceń biskupich zaciągnęli na siebie ekskomunikę, co tym samym oznacza zaistnienie schizmy. Jeśli na prawym skrzydle ugruntowuje się zorganizowany hierarchicznie kościół paralelny, to czy odpowiedzialność za te kontakty nie powinna przenieść się z Dykasterii Nauki Wiary do Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan? Może wtedy debata mogłaby być kontynuowana w nieco bardziej umiarkowany, mniej emocjonalny sposób? Co Ksiądz Kardynał sądzi o propozycji włączenia spraw Bractwa do swojego ekumenicznego portfolio?

Kardynał Kurt Koch: Nie jestem do końca pewien, czy możemy już mówić o schizmie. W 1988 roku papież Jan Paweł II również mówił o akcie schizmatyckim. To nie musi być tożsame z samą schizmą, ponieważ akt schizmatycki dotyka tych, którzy go dokonali, oraz tych, którzy pozwolili go na sobie dokonać. To jeszcze nie oznacza powstania formalnej schizmy jako takiej. Po drugie, ekskomunika jest karą poprawczą, która ma stanowić wezwanie do nawrócenia i odnalezienia drogi powrotnej, nie ma zaś charakteru definitywnego. Pod tym względem uważałbym, że na taki krok jest jeszcze za wcześnie.

Po drugie, podałbym w wątpliwość, czy określenie „kościół paralelny” jest pod każdym względem trafne, ponieważ w rzeczywistości nie ma tam struktur równoległych. Bractwo posiada jedynie biskupów pomocniczych, nie ustanowiło żadnego ordynariusza. Ordynariuszem pozostaje ksiądz, a dla struktury paralelnej urząd biskupa ordynariusza miałby przecież kluczowe znaczenie. To zresztą jest dla mnie nie do końca zrozumiałe. Najpierw był arcybiskup Lefebvre, potem Bractwem kierował bp Fellay, a teraz władzę przekazano prezbiterowi. Biskupi są przez nich postrzegani wyłącznie przez pryzmat władzy święceń (potestas ordinis), bez jakiejkolwiek władzy jurysdykcji (potestas iurisdictionis). To jednak również nie odpowiada tradycji Kościoła.

Prowadzący: Czy dostrzega Ksiądz Kardynał u obecnych liderów Bractwa jakiekolwiek oznaki krytycznej autorefleksji, które pozwalałyby liczyć na przyjęcie drogi naprawienia tego aktu schizmatyckiego, do którego właśnie doszło?

Kardynał Kurt Koch: W tej chwili tego nie widzę, ale też jest na to zdecydowanie za wcześnie. Jeśli spojrzymy na sytuację starokatolików, minęły dziesięciolecia, zanim stało się możliwe ponowne podjęcie rozmów o ich statusie. Żywię jednak nadzieję, że w przypadku Bractwa św. Piusa X w przyszłości uda się wznowić dialog, aby mogli oni odnaleźć swoją drogę powrotną do Kościoła katolickiego.

Prowadzący: A zatem wezwanie do cierpliwości jako cnoty teologicznej i zdanie się na działanie Ducha Świętego, który jako mistrz rzeczy niemożliwych może przecież doprowadzić do zwrotów akcji, jakich dziś nie sposób przewidzieć, Księże Kardynale.

Kardynał Kurt Koch: My jesteśmy odpowiedzialni jedynie za to, co możliwe. Rzeczy niemożliwe leżą w domenie Ducha Świętego.

Prowadzący: Księże Kardynale, dziękuję za tę rozmowę.


Źródło: https://rorate-caeli.blogspot.com/

piątek, 13 października 2017

Ks. prof. Georg May: List do Ojca Św. Jana Pawła II na temat ekumenizmu



Uniwersytet Jana Gutenberga w Moguncji
Wydział Teologii Katolickiej
Seminarium Prawa Kanonicznego
Ks. prof. dr Georg May

22 maja 1995 r.

Najczcigodniejszy Ojcze Święty!

Przymuszony rozumem i sumieniem, z poczuciem odpowiedzialności wierzącego katolickiego teologa pozwalam sobie zwrócić się do Was w żywotnej sprawie naszego Kościoła. Chodzi o ekumenizm. Wasza Świątobliwość mówi nieustannie o tym przedsięwzięciu i bez przerwy wzywa do ekumenicznej działalności. Dobra intencja, która powoduje Wami w tym bez umiaru popieranym ekumenizmie, jest niepodważalna. Jednakże następstwa są zgubne. Mówię tu o sytuacji w Niemczech.

1. Ekumenizm jest bramą, przez którą do Kościoła Katolickiego wpływają w znacznej masie błędne nauki protestantyzmu. Z coraz mniejszymi skrupułami przejmuje się protestanckie wyobrażenia. U niezliczonych niemieckich katolików utrzymują się protestanckie zapatrywania na Kościół, hierarchię, urząd nauczycielski, kapłaństwo, Eucharystię, spowiedź i moralność, przede wszystkim na moralność życia płciowego. Opór wobec przedstawionych przez Waszą Świątobliwość nauk bierze się z bliskiego kontaktu z protestantyzmem, do którego doprowadził ekumenizm.

2. Ekumenizm zamyka prawdzie usta. Już nie jest możliwe nazywać po imieniu błędy protestantyzmu, nie mówiąc już o ich zwalczaniu. Skoro się o nich już nie wspomina, przenikają one niezauważenie do ludu katolickiego. Prawda i błąd nie są już rozróżniane, a ukazuje się je jedynie jako różne tradycje. Ekumenizm w Niemczech działa jak popieranie protestantyzmu. W ten sposób dowartościowuje się protestancką herezję.

3. Waszym ekumenicznym zaangażowaniem sprzyjacie poglądowi, jakoby nie chodziło o (katolicką) Wiarę i przynależność do (katolickiego) Kościoła. Wielu niemieckich katolików przyjęło pogląd, jakoby protestantyzm i Kościół Katolicki stały na jednej płaszczyźnie. Ludzie nie wiedzą już, dlaczego mieliby zostawać albo pozostawać katolickimi chrześcijanami.

4. Kościół Katolicki jest ogromnie osłabiony w skutek działalności ekumenicznej. Wśród ekumenicznych katolików przyjęła się rywalizacja, by wobec protestantyzmu czynić coraz to nowe ustępstwa. Rośnie coraz bardziej liczba odstępstw od katolicyzmu do protestantyzmu. Straty z małżeństw mieszanych nie były nigdy tak wysokie jak obecnie, po 30 latach działalności ekumenicznej. Pozwalam sobie załączyć pismo, które w tej sprawie skierowałem do niemieckiego episkopatu.

5. Całkowicie pozbawiona widoków powodzenia jest próba zdobycia protestantów w celu ponownego zjednoczenia. Protestanci nie są zainteresowani zjednoczeniem, ale tylko wzmocnieniem swojego wyznania. Mówi się, że ich religia ma zostać uznana za równie wartościową i równie uzasadnioną, co religia katolicka. Nic nie sprzyja temu bardziej niż ekumenizm.

Ojcze Święty! Ekumenizm to gigantyczna aberracja i śmiertelne niebezpieczeństwo dla naszego Kościoła. Wasza własna działalność ekumeniczna przyniosła już Kościołowi niezmierzone szkody, ona pozbawia katolików wszelkiej uzasadnionej samoświadomości. Proszę Waszą Świątobliwość: skończcie z tym.

Z najgłębszym szacunkiem:
Georg May

Źródło informacji: Zawsze Wierni, nr 13, 10-12.1996, s. 12.

piątek, 5 lutego 2016

Ks. Gregory Hesse: Dekret o ekumenizmie Vaticanum II a nauczanie Kościoła Katolickiego



Polskie napisy dostepne po kliknięciu w ikonkę "Napisy"

środa, 4 marca 2015

Dlaczego ekumenizm jest czystym nonsensem?



30 listopada ubiegłego roku papież Franciszek wygłosił mowę na zakończenie Boskiej Liturgii sprawowanej przez patriarchę „ekumenicznego” Bartłomieja I w cerkwi pw. św. Jerzego w Stambule. Wyraził w niej przekonanie, że powrót prawosławia do „pełnej komunii” nie oznacza asymilacji czy podporządkowania jednej ze stron drugiej. Jest to oczywista nieprawda. Każdy katolik powinien wiedzieć, że poprzez odmowę podporządkowania się autorytetowi Kościoła katolickiego człowiek stawia się poza nim. A jeśli ktoś znajduje się poza Kościołem, z pewnością nie może być z nim w „pełnej komunii”.

Przed epoką papieży stawiających dobre stosunki z heretykami i schizmatykami ponad szacunek dla objawionej przez Boga prawdy zwykli katolicy świadomi byli faktu, iż dwa sprzeczne ze sobą systemy wierzeń nie mogą w żaden sposób utworzyć jedności. Zdawali sobie sprawę z tego, iż niezależnie od ilości pochwał wygłaszanych pod adresem heretyków, intensywności prowadzonego z nimi dialogu oraz liczby realizowanych wspólnie z nimi dobrych inicjatyw, błędy owych heretyków nie stałyby się ani o jotę bliższe prawdzie. Jednym z takich katolików był Arthur Fatherstone Marshall, absolwent Oxfordu i duchowny anglikański, który w latach 60. XIX wieku nawrócił się na katolicyzm. Biografia Marshalla przedstawiona w Catholic Encyclopedia nie pozostawia wątpliwości, że gdyby żył on w naszych czasach z pewnością pisałby dla „The Remnant”: „[Marshall] był powszechnie znany jako autor The Comedy of Convocation, satyrycznej broszury demaskującej braki logiki u wszystkich trzech grup anglikanów: High, Low i Broad Church. Nie mniejszą popularnością cieszyła się bezpośrednio po I Soborze Watykańskim i odstępstwie Dollingera jego książka – Old Catholics at Cologne. Innymi dziełami tego błyskotliwego pisarza, napisanymi w bardziej już swobodnym i przystępnym stylu są Reply to the Bishop of Ripon’s Attack on the Catholic Church oraz Infalliability of the Pope”.

W roku 1883 na łamach „American Catholic Quarterly Review” opublikowany został znakomity esej Marshalla zatytułowany Reunion or Submission, stanowiący druzgocącą krytykę znanego nam z epoki posoborowej ekumenizmu, pomimo iż tekst ten powstał na długo przed tym, zanim myśl o zwołaniu soboru zrodziła się w głowie Jana XXIII. Już sam tytuł tego eseju – Reunion or Submission [‘Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie’] sugeruje w sposób jednoznaczny, że – wbrew opinii wyrażanej przez obecnego papieża – bez podporządkowania się nie może być mowy o żadnej „komunii” niekatolików z Kościołem.

W tym krótkim tekście Marshall wyjaśnia w sposób prosty i dobitny, dlaczego wszystkie posoborowe inicjatywy ekumeniczne z góry skazane są na niepowodzenie. Pokazuje też, jak w przystępny sposób przedstawić tę prawdę „nowokatolikom” i liberałom. Poniżej prezentujemy pierwszą część tego eseju. (...) W trakcie lektury pamiętać należy, że tezy prezentowane przez Marshalla nie są jedynie wyrazem jego własnych opinii, ale prawdami znanymi wszystkim katolikom w drugiej połowie XIX wieku.

Między prawdą a herezją jedności nie ma nigdy

Co rozumie się poprzez „ponowne zjednoczenie „Kościołów”? Wydaje się, iż sformułowanie to jest celowo nieprecyzyjne. Nie może być przecież mowy o zjednoczeniu tam, gdzie nigdy nie było jedności: a pewne jest, że pomiędzy katolicyzmem a herezją nigdy nie istniała jedność wiary ani posłuszeństwa. Zastanówmy się więc, co w istocie oznaczać ma owo mityczne „zjednoczenie” i zobaczmy, czy nie da się znaleźć lepszego słowa na jego określenie.

Kiedy o zjednoczeniu mówi angielski High Church, ma przez to na myśli jedność „odgałęzienia rzymskiego, greckiego oraz anglikańskiego”, składających się wedle niego na Kościół katolicki. Dla katolika oczywistym jest, że zjednoczenie takie byłoby, zarówno teoretycznie jak i praktycznie, niemożliwe. Po pierwsze, zakłada się bowiem, że owe trzy tzw. odgałęzienia były kiedyś zjednoczone jako całość. Jedność taka jednak nigdy nie istniała, ani istnieć by nie mogła. Prawosławie i anglikanizm – dwie ze wspomnianych trzech „odgałęzień” – z istoty swej wrogie były katolicyzmowi, nie mogły się więc od niego wywodzić. Prawosławie stanowi wyraz buntu przeciwko władzy Stolicy Apostolskiej, podczas gdy anglikanizm, oprócz tego, że także wyrósł z tego buntu, odrzucił również znaczną część wiary katolickiej. Ponadto prawosławie nie uznaje ani ortodoksji „Kościoła” Anglii ani jego „sukcesji apostolskiej”.

Oczywiste jest więc, że nie można ponownie zjednoczyć „odgałęzień”, które nigdy nie były zjednoczone. Podobnie oczywiste jest, że Kościół katolicki, który nigdy nie był prawosławny ani anglikański, nie może zjednoczyć się z „odgałęzieniami”, których nigdy nie uznawał. Tak więc sformułowanie „ponowne zjednoczenie «Kościołów»” nie ma ściśle rzecz biorąc – w znaczeniu, w jakim używa go High Church – żadnego znaczenia, podczas gdy w rozumieniu Low Church oznacza jedynie zjednoczenie wszystkich dysydentów z establishmentem, który nigdy nie uważał ich za swe dzieci.

Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie?

Trzeba więc znaleźć jakiś lepszy i stosowniejszy termin. A słowem tym jest podporządkowanie. Podporządkowanie się wszystkich protestantów autorytetowi i władzy Kościoła katolickiego. „Nie! – zawołają na to anglikanie oraz dysydenci. – Podporządkowanie jest koncepcją zbyt upokarzającą”. Jest ono jednak koncepcją upokarzającą jedynie wówczas, gdy pojmuje się ją błędnie, w sensie prawdziwym zaś jest ideą budującą. Jako coś obrażającego nasze poczucie godności traktujemy przecież jedynie podporządkowanie się władzy, której autorytetu nie uznajemy.

Czy jest coś upokarzającego w posłuszeństwie dzieci względem rodziców, w posłuszeństwie wobec praw naszego kraju, czy nawet w posłuszeństwie wobec zasad życia społecznego, których celem jest ład publiczny? Bynajmniej. A dlaczego? Ponieważ władza rodzicielska postrzegana jest jako prawomocna, zarówno na mocy praw ludzkich, jak i boskich; ponieważ prawa kraju mają zasadnicze znaczenie tak dla naszego własnego bezpieczeństwa, jak i dla samego istnienia państwa, zaś zasady życia społecznego chronią zarówno jego członków, jak też całą społeczność przed wpływami zewnętrznymi.

W takim podporządkowaniu nie ma więc niczego upokarzającego. Wręcz przeciwnie – źródłem upokorzenia byłoby nieposłuszeństwo okazywane rodzicom, gwałcenie praw kraju czy ostracyzm, będący skutkiem naruszania zasad społecznych. Tak więc to nie posłuszeństwo – w każdym z tych trzech przypadków – pociąga za sobą karę w postaci upokorzenia, ale odmowa podporządkowania się prawowitej władzy.

Autorytet Kościoła, rodziców i państwa

W tym miejscu niekatolik zaprotestuje bardzo rozsądnie: „Tak, jest to całkowicie słuszne w odniesieniu do władzy, której prawomocność jest uznawana, jak jednak dowiedziecie, że podporządkowanie Kościołowi katolickiemu traktować można tak samo, jak w trzech omawianych wyżej przypadkach? Uważam, że jest to niedopuszczalne, ponieważ podczas gdy w tych trzech przypadkach rzeczywiście uznajemy autorytet, nie uznajemy jednak autorytetu Kościoła katolickiego. Popełniacie więc nadużycie”.

Nasza odpowiedź na ten zarzut brzmi następująco: przypisywanie sobie autorytetu jest główną przyczyną posłuszeństwa, ponieważ wysuwanie takiego roszczenia implikuje świadomość swych praw. Niemal we wszystkich sprawach ludzkich powoływanie się na posiadany autorytet stanowi trzy czwarte usprawiedliwień wysuwanych roszczeń. Gdyby rodzic powiedział do syna: „Nie bądź mi posłuszny”, albo gdyby podobną postawę zajęło względem obywatela państwo – mało kto okazywałby im posłuszeństwo. Ponieważ jednak zarówno rodzic, jak i państwo podkreślają z mocą: „Musisz być mi posłuszny”, nikt nie kwestionuje autorytetu, którego uznanie pociąga za sobą prawo do posłuszeństwa. Pomiędzy Kościołem katolickim, rodzicem oraz państwem istnieje analogia tak ścisła (choć nie całkowita) – że niezwykle łatwo jest wykazać, iż samo przypisywanie sobie pochodzącego od Boga autorytetu władzy dowodzić musi słuszności tego twierdzenia.

Cerkiew prawosławna podporządkowana państwu

Zacznijmy od spostrzeżenia, że Kościół katolicki jest jedynym Kościołem utrzymującym, iż władza jego pochodzi od Boga – i że to temu właśnie boskiemu prawu należy okazywać posłuszeństwo. Można udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że żaden inny „Kościół”, sekta czy denominacja – od Cerkwi prawosławnej po najmniejsze wyznanie chrześcijańskie – nie twierdził nigdy ani nie twierdzi obecnie, że jako jedyny posiada pochodzącą od Boga władzę wymagającą posłuszeństwa od wszystkich chrześcijan świata. Cerkiew jest tak daleka od wysuwania takiego twierdzenia, iż sama przyznaje, że jest jedynie czysto polityczną strukturą służącą zapewnianiu jedności imperium, nigdy też nie starała się poza imperium nawracać pogan na chrześcijaństwo, co więcej – nie wykazywała najmniejszego nawet zainteresowania ich konwersją.

Sam car nie popierał nigdy misji chrześcijańskich. Jedynym „dziełem misyjnym” imperium były prześladowania. Już ten jeden fakt wystarcza by udowodnić, że Cerkiew prawosławna nie przypisuje sobie pochodzącej od Boga władzy nauczania całego świata. Co więcej, nie usiłuje ona definiować dogmatów, nigdy nie przyszło jej do głowy zwoływanie soborów narzucających prawdy wiary – jest to ciało całkowicie martwe i nie wykazujące oznak rozwoju, który jest niezbitym dowodem żywotności Kościoła nauczającego.

Rosyjski „Święty Synod” jest jedynie fikcją i nie rości sobie prawa do ujmowania w formie dogmatycznej doktryny chrześcijańskiej atakowanej przez niewierzących. Schizma doprowadziła do takiego obumarcia rosyjskiego „odgałęzienia” – do takiego uwiądu jej duchowej żywotności na terenie całego imperium – że słusznie można by powiedzieć, iż w protestantyzmie znaleźć można więcej starego katolickiego ducha niż w tej wspólnocie zapoczątkowanej przez Focjusza.

Autorytet ludzki i autorytet boski

Co do Church of England, podkreśla on stanowczo, iż nie rości sobie prawa do nauczania; twierdzi, że ponieważ „wszystkie «Kościoły» zbłądziły” – również on może błądzić. Gwałtownie reaguje też na przypisywanie sobie nieomylności przez Kościół katolicki oraz na definiowanie jej zakresu i przedmiotu – nie będąc w stanie wybaczyć mu takiego formalnego potępienia niezdecydowania i omylności „Kościoła” Anglii.

Istnieje więc na świecie jedno tylko ciało chrześcijańskie roszczące sobie prawo do otrzymanej od Boga władzy nauczania wszystkich narodów i choć to twierdzenie samo w sobie nie dowodzi posiadania tego prawa, jest jednak silnym argumentem na jego prawdziwość. Powracając do naszej analogii, nikt nie myślałby o okazywaniu posłuszeństwa rodzicowi, który powiedziałby: „Nie posiadam otrzymanego od Boga ani ludzi prawa do nauczania”, nikt nie chciałby okazywać posłuszeństwa prawu państwa, które twierdziłoby: „Postępujcie wedle własnych praw, ja bowiem nie mam władzy wymagać żadnej uległości ani karać żadnych politycznych heretyków i schizmatyków”.

Podobnie nikt kto wierzyłby w boskie pochodzenie religii chrześcijańskiej nie powinien okazywać posłuszeństwa religii cara czy królowej Wiktorii (czy też religii wyznawanej przez którąkolwiek z 242 sekt angielskich, czy też 220 sekt amerykańskich), ponieważ każda z tych religii przyznaje, że cały jej autorytet opiera się jedynie na przyzwoleniu jej wyznawców. Pochodząca od Boga władza nauczycielska dana jest nie tylko dla uchwalania praw, ale też dla rządzenia wszystkim co dotyczy zbawienia, dlatego władza ta musi wymagać posłuszeństwa bardziej rozumnego i bardziej moralnego, bardziej wiążącego duchową naturę każdego chrześcijanina, niż wszystkie autorytety rodziców i państw razem wzięte, jako że te ostatnie odnoszą się jedynie do życia doczesnego.

Deifikacja ignorancji i przesądu

O ile więc uznalibyśmy nawet zasadność zastrzeżenia, iż „samo przypisywanie sobie otrzymanego od Boga autorytetu, nie wsparte żadnymi innymi dowodami, nie może być uznane za bezsprzeczny dowód na jego posiadanie”, niemniej powinniśmy uznać, że rezygnacja z roszczenia do posiadania takiego autorytetu może stanowić dowód na to, że się go nie posiada. Twierdzenie: „Nie mogę was nauczać, ponieważ jestem równie omylny jak wy” jest równoznaczne z wyznaniem: „Nie posiadam pochodzącego od Boga autorytetu w stopniu większym niż jakikolwiek inny członek mojej wspólnoty”.

A to właśnie mówią wszystkie „Kościoły” – za wyjątkiem Kościoła katolickiego – swym posiadającym równy autorytet wyznawcom, zaś „teologia” ich składa się z prywatnych opinii poszczególnych osób, z których każda uważa się za kompetentną w dochodzeniu prawdy. Szczycą się one nawet z tego co nazywają „wolnością prywatnego osądu”, a co w istocie jest niewolą własnego eklektyzmu. Ich „autorytetem” jest prywatny osąd jednego lub więcej protestanckich teologów lub własny pogląd na wszystkie doktryny wyrażone w Piśmie św. Innymi słowy, nie posiadają one żadnego autorytetu.

Nazywanie prywatnego osądu teologa czy też własnej interpretacji Pisma „pochodzącym od Boga autorytetem, całkowicie wystarczającym i wiarygodnym”, stanowi w istocie kpinę z najważniejszego dla duszy ludzkiej zagadnienia. Jest to jednak jedyny „boski” autorytet, jaki posiadać można poza Kościołem. Niezależnie od tego, czy chodzi o prawosławnego czy anglikanina, baptystę czy kwakra – jedynym „boskim” autorytetem może być dla nich wyłącznie prywatny osąd ich teologów lub też ich prywatna interpretacja całej doktryny Nowego Testamentu.

Żaden błąd nie wyrządził chrześcijańskiej duszy większej szkody niż błąd będący podstawą protestantyzmu: „Prywatna interpretacja Biblii jest tym samym, co sama Biblia”. Już sam zdrowy rozsądek wystarcza do obalenia tej teorii, stanowiącej deifikację ignorancji i przesądu. Przypisywanie wyłącznego autorytetu Biblii, przy równoczesnym odrzuceniu konieczności Bożego natchnienia przy jej interpretacji, porównać można do twierdzenia, że zasady astronomii poznać można wpatrując się w niebo w gwiaździstą noc. Fałszywości tzw. biblijnego chrześcijaństwa dowodzi każda sekta i każdy z jej wyznawców. Biblia rzeczywiście posiada boski autorytet, jednak nie odnosi się on do prywatnej jej interpretacji.

Chris Jackson

Tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

wtorek, 20 stycznia 2015

x. prof. Tadeusz Guz: Kim jest Jezus dla Lutra?



ROZMOWY NIEDOKOŃCZONE

Audycja z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan 


18 stycznia 2015

CZĘŚĆ I  / CZĘŚĆ II

Słownik apologetyczny Wiary katolickiej: Hasło "Poza Kościołem nie ma zbawienia"



SPIS TREŚCI

Poza Kościołem nie ma zbawienia", znaczy, że Kościół jest społeczeństwem koniecznym / obowiązek należenia do Kościoła / ciało i dusza Kościoła / odnośne błędne mniemania / potrójna władza Kościoła / dowody rzeczonego obowiązku należenia do Kościoła z Pisma św. / z Ojców i pisarzy kościelnych / z rozumu / pośrednie stanowisko niektórych katolickich uczonych / odnośne błędy potępione przez Syllabus / obszerniejsze wyjaśnienie zasady.


***

Słownik apologetyczny Wiary katolickiej podług D-ra Jana Jaugey'a, opracowany i wydany staraniem X. Wł. Szcześniaka, Mag. Teol. I GRONA WSPÓŁPRACOWNIKÓW, Tom II. Warszawa 1894, ss. 405-417. (Hasło:Kościół. "Poza Kościołem nie ma zbawienia")

sobota, 1 marca 2014

ks. Johnathan Loop FSSPX: Maryja ofiarą ekumenizmu


W mowie zamykającej trzecią sesję II Soboru Watykańskiego papież Paweł VI ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła. Powiedział wówczas: „Na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu, ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest całego ludu Bożego, zarówno wiernych, jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym najmilszym tytułem, od tej chwili, Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański”.

W reakcji na te słowa o. Henri de Lubac powiedział do teologa o. Henri Denis: „Sobór dobiegł końca. Nie ma już Jana XXIII ani aggiornamento”. Reakcja ta nie była w żadnej mierze czymś wyjątkowym. Ów tytuł Matki Bożej, którego używał już Benedykt XIV w połowie XVIII wieku, został źle przyjęty przez postępowych teologów wywierających przemożny wpływ na pracę soboru. Epizod ten dobrze oddaje też prawdziwy stosunek liberałów do Najświętszej Maryi Panny, co z kolei może pomóc nam w zrozumieniu prawdziwego ducha soboru.

Soborowe kontrowersje dotyczące Najświętszej Maryi Panny odnosiły się w głównej mierze do poświęconego Jej osobie dokumentu. Początkowo komisja koordynacyjna, która odpowiedzialna była za określanie porządku prac soboru, przedstawiła projekt osobnego schematu poświęconego wyłącznie Matce Bożej, a zatytułowanego De Beata Maria Virgine, Matre Ecclesiae. Choć tekst ten znalazł uznanie u większości ojców soborowych, progresiści uznali go za nie do przyjęcia.

Zamach na Wszechpośrednictwo Maryi

Podczas spotkania zorganizowanego w Fuldzie latem 1963 roku biskupi i teologowie z krajów niemieckojęzycznych, którą to grupę o. Ralph Wiltgen nazwał „Sojuszem Europejskim”, omawiali swą strategię na najbliższą sesję soboru. Podjęli wówczas decyzję, że postarają się nakłonić ojców do włączenia tekstu o Matce Bożej do Konstytucji o Kościele (znanej później jako Lumen gentium). Zgodnie z tymi postanowieniami kard. Frings z Kolonii zabrał głos podczas jednego z pierwszych zgromadzeń plenarnych III sesji, proponując zebranym, by schemat o Matce Bożej włączony został do Konstytucji o Kościele. Doprowadziło to do trwającej kilka dni namiętnej dyskusji, pod koniec której ojcowie soborowi minimalną większością zaaprobowali (29 października 1963 r.) plan „Sojuszu Europejskiego” stosunkiem głosów 1114 do 1097. Strategia ta opracowana została częściowo przez Karla Rahnera, wedle którego byłby to „najprostszy sposób na usunięcie ze schematu pewnych punktów teologicznych, które nie są dostatecznie rozwinięte”. Do owych punktów, które Rahner uważał za „niedostatecznie rozwinięte” należała doktryna o roli Maryi w rozdzielaniu łask, które wysłużyła zjednoczona z umierającym na krzyżu Synem.

Pomimo faktu, iż liczni papieże określali Najświętszą Maryję Pannę Pośredniczką wszelkich łask, a wybitni teologowie (jak np. o. Garrigou-Lagrange) wykazywali, że mogłoby to być zdefiniowane jako dogmat wiary, Rahner stwierdził, iż doktryna ta powinna być „rozpatrzona ponownie” – wskutek czego tytuł Pośredniczki zupełnie zniknął ze schematu. Choć niemieckojęzyczni biskupi nie do końca zgadzali się z tą argumentacją, zażądali jednak, by tytuł „Pośredniczka wszelkich łask” usunięty został ze względu na potencjalne nieporozumienia.

Taki obrót spraw był zdecydowanie na rękę francuskim progresistom w rodzaju kard. Lienarta, o. Yvesa Congara OP oraz ks. Rene Laurentina. Ojciec Congar pisał w roku 1961: „Muszę walczyć, w imię Ewangelii i tradycji apostolskiej, przeciwko rozwojowi mariologii, która nie wywodzi się z Objawienia, ale znajduje oparcie w tekstach papieskich”. Innymi słowy o. Congar – oraz w mniejszym lub większym stopniu ci, którzy podzielali jego punkt widzenia – pragnął obalić nauczanie Magisterium Kościoła w imię powrotu do „wiary apostolskiej”, która to tendencja potępiona została przez Piusa XII jako „fałszywy archeologizm”. Ludzie ci zapomnieli najwyraźniej, że to nie teologowie, ale Magisterium określa, co należy do Objawienia, a co nie.

Ekumenizm zaprzeczeniem prawdy

Jaki cel mieli progresiści w pomniejszeniu roli Najświętszej Maryi Panny? Przede wszystkim uważali oni, że jakiekolwiek szczególne względy okazane Matce Bożej mogłyby zahamować „dialog ekumeniczny z naszym braćmi odłączonymi”, by posłużyć się słowami kard. Fringsa z Kolonii. Innymi słowy, głównym przedmiotem ich troski nie była prawda teologiczna, ale względy ekumeniczne. Ksiądz Rahner, którego opinia – według o. Wiltgena – miała wielki wpływ na postawę niemieckojęzycznych biskupów, stwierdził po przeczytaniu projektu zatwierdzonego przez komisję koordynacyjną w roku 1963, że zatwierdzenie go w tym kształcie „wyrządziłoby niewyobrażalną szkodę z ekumenicznego punktu widzenia, w relacjach zarówno z protestantami jak prawosławnymi”.

Kardynał Frings, ks. Rahner i inni ludzie ich pokroju troszczyli się bardziej o opinię ludzi, takich jak „biskup” Dibelius – niemiecki protestant, wedle którego doktryna Kościoła o Matce Bożej jest jedną z największych przeszkód w zjednoczeniu chrześcijan – niż o przedstawianie światu cudownych prawd dotyczących Matki Bożej. Niemieccy biskupi wysłali więc list do komisji rzymskich, odpowiedzialnych za kierowanie przebiegiem obrad, w którym wyrażali zastrzeżenia wobec dokumentu odnoszącego się do Matki Bożej, uznając przy tym za stosowne przytoczyć opinie kilku prominentnych uczonych protestanckich, wedle których jakiekolwiek nowe deklaracje dotyczące Matki Bożej przyczyniłyby się jedynie do „pogłębienia podziałów” pomiędzy katolikami a protestantami.

Autorzy wspomnianego listu pragnęli więc uszczuplić cześć należną Matce Bożej, aby nie urazić wrażliwości ludzi nie posiadających prawdziwej wiary. Skoro spojrzymy na to jedynie z tej perspektywy, dostrzeżemy natychmiast, jak wielkie niebezpieczeństwo kryje się za owym „ekumenicznym” podejściem. W oczywisty sposób prowadzi ono katolików do zaciemniania prawd wiary. Wiara pozwala nam poznać prawdziwą naturę wszechświata, a jeśli jakieś jej prawdy ukrywane są z obawy, iż ktoś mógłby nie chcieć ich usłyszeć, wówczas niemożliwym staje się zrozumieć dobrego Boga oraz stworzonego przez Niego świata.

Osłabienie wiary oraz czci wobec Maryi

We wspomnianym wyżej przypadku odmowa głoszenia otwarcie prerogatyw i godności Niepokalanej przesłania ludziom nieskończoną mądrość i moc Bożą, która przejawiła się w Jej stworzeniu, jak również niezmierną godność nadaną rodzajowi ludzkiemu, wynikającą z faktu, iż – jak pisze w Prawdziwym nabożeństwie św. Ludwik de Montfort – jednemu z jego członków udzielony został niewysłowiony przywilej wejścia w najściślejszy związek z Osobą Trójcy Świętej. Ta tendencja do lekceważenia przywilejów Matki Bożej pociągnęła za sobą również liczne ataki na ludowe formy pobożności maryjnej (wyczerpującą dokumentację na ten temat znaleźć można w Iota unum Romano Amerio).

Nie ulega wątpliwości, że owa próba ugłaskania protestantów doprowadziła do osłabienia prawdziwego nabożeństwa do Maryi wśród katolików. Próby ukrycia Matki Bożej przed protestantami i wyznawcami innych religii stanowią również zniewagę wobec Jej Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Kiedy Maryja przyniosła swego nowonarodzonego Syna do świątyni jerozolimskiej, świętobliwy Symeon wziął Go na swe ręce i ogłosił: „Ten oto postawiony jest na powstanie i na upadek wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Tak więc przez sam fakt swego istnienia Zbawiciel dzieli ludzi na dwa obozy: tych którzy Go przyjmują oraz tych, którzy odpowiadają Non serviam (Nie będę służył).

Święty Ignacy Loyola przedstawia ów podział wyraziście w swych Ćwiczeniach duchowych i wzywa ludzi dobrej woli do przyłączania się całym sercem do armii Chrystusa. Symeon jednak nie ogranicza się do tego. Zauważywszy zdziwienie św. Józefa i Najświętszej Maryi Panny, mówi do Niej: „A Twoją duszę miecz przeniknie, by na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Innymi słowy, wszechmocny Bóg, który przemówił tego dnia przez usta świętobliwego starca, zamierzał powiązać Matkę z Synem jako znak sprzeciwu. Z tego właśnie powodu teologowie postrzegali tradycyjnie w prawdziwym nabożeństwie do Maryi oznakę wybraństwa.

Jakie więc dobro wyniknąć może z ukrywania Niepokalanej i milczenia o Jej prerogatywach? Czy naprawdę może to doprowadzić ludzi z powrotem do Boga? To tak, jakbyśmy zaprosili kogoś, by zaprzyjaźnił się z młodym człowiekiem, zamykając równocześnie jego matkę w szafie. Co pomyślałby sobie ów młodzieniec? Nasz Pan Jezus Chrystus powiedział: „Jeśliby się kto wstydził mnie przed ludźmi, ja będę wstydził się ich przed Ojcem mym, który jest w niebie”. Zastanówmy się, jak osądzi On tych, którzy wstydzili się Jego Matki?

Postępowi teologowie, którzy przejęli kontrolę na II Soborem Watykańskim, dokładali wszelkich starań by zminimalizować rolę Najświętszej Maryi Panny w dziele Odkupienia, aby nie urazić uczuć protestantów. Udało się im zablokować poświęcenie Jej osobnego dokumentu i pomniejszyć znaczenie tytułów, jakimi od wieków obdarzali Ją liczni papieże. Wszystko to ukazuje nam prawdziwe oblicze tzw. ducha soboru. Jako że Matka jest nierozłącznie związana ze swym Synem, nie powinno nikogo dziwić, że ci sami ludzie, którzy chcieli przemilczeć Jej rolę z obawy przed urażeniem protestantów, nie wahali się również milczeć o samym Zbawicielu wobec ludzi, którzy w Niego nie wierzą.

W tym kontekście nie powinno też dziwić, że zgodnie z duchem Vaticanum II obecny papież Franciszek rozpoczął swój pontyfikat od skierowania do naczelnego rabina Rzymu Riccardo di Segni przesłania, w którym napisał: „Mam wielką nadzieję, że będę w stanie przyczynić się do postępu, jakiego relacje pomiędzy Żydami a katolikami doświadczają od II Soboru Watykańskiego, w duchu odnowionej współpracy i w służbie światu, by stał się on jeszcze bardziej zgodny z wolą Stwórcy”.

Stanowisko to stanowi całkowite przeciwieństwo postawy pierwszego papieża – Piotra, którego pierwsze, „oficjalne pozdrowienie” przywódców „wspólnoty żydowskiej” miało całkowicie innych charakter. „Niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 10–12).

Kogo mamy więc naśladować? Jakie powinno być nasze stanowisko? Musimy przejąć się duchem św. Pawła, który pisał: „Nie wstydzę się wiary”. Elementem naszej walki mającej na celu odwrócenie zniszczeń dokonanych przez II Sobór Watykański, powinno być odważne głoszenie prawd odnoszących się do Najświętszej Maryi Panny. Broniąc prerogatyw Matki Bożej, bronimy równocześnie praw Jej Syna. A głosząc ludziom Jej chwałę, pomagamy Duchowi Świętemu pociągać dusze do Kościoła, a więc powiększać szeregi rodziny, w której Niepokalanej słusznie przynależy tytuł Matki.

Za „The Angelus” (lipiec 2013), tłum. Tomasz Maszczyk.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

wtorek, 28 stycznia 2014

Łukasz Kluska: Ekumenizm z piekła rodem



Za panowania cesarza Decjusza Senat Rzymski wydał dekret na mocy którego, przyznał cześć boską trzydziestu tysiącom bożków tj . tym wszystkim, które były znane w ówczesnym świecie, a nie chciał przypuścić do czci tylko Boga Chrześcijan, gdyż nazywał Go Bogiem pysznym, który sam jedynie czczony być pragnie. Niewątpliwie uzasadnienie Senatu było poniekąd słuszne: Bóg prawdziwy jest jeden i tylko jeden czczony być może!

Pogański Rzym w swym bałwochwalstwie mógł uznać wszystkie zabobony świata, w imię pokoju na świecie i zgodnej przyjaźni ludów w granicach Imperium przygarnął pod swe skrzydła bożków greckich, egipskich a nawet germańskich ! Nie mógł jednak dać wyrazu akceptacji tylko dla czci Chrystusa, dla jedynej prawdziwej religii katolickiej . To nie sprzeczność, lecz zupełnie zrozumiała konsekwencja, gdyż jak napisze M.Jamin : ”jest rzecz naturalna, że błędy cierpią naturalnie jedne drugie; ciemności zgadzają się z ciemnościami. Ale ażeby prawdziwa religia miała dopuszczać wszystkie inne, to by było sprzecznością: prawda z istoty swej, jest kłamstwa nieprzyjaciółką.” Tak też i święty Kościół katolicki był od zawsze nieprzyjacielem wszystkich fałszywych religii, nieugiętym pogromcą wszelkich herezji – czym nieustannie pomimo niezliczonych cierpień, prześladowań i nienawiści ze strony świata dawał krwawe świadectwo Prawdzie ! Dziś jednak, począwszy od pełnego błędów pontyfikatu przyjaciela komunistów Jana XXIII Kościół pogrążył się w ciemnościach straszliwej herezji ekumenizmu…

Ekumeniczny dekret Senatu Rzymskiego dobrze obrazuje istotę herezji synkretyzmu religijnego, do której nieuchronnie prowadzi współczesny ekumenizm, powstały w XIX wieku w łonie amerykańskich sekt protestanckich a od czasów Soboru Watykańskiego II lansowany oficjalnie przez hierarchię Kościoła posoborowego.

Krótka historia ekumenizmu

Pochodzące z języka greckiego słowo „ekumenizm” zostało wymyślone [a właściwie zaadoptowane -przyp red.] przez amerykańskich rabinów na określenie relacji jakie zaistniały między nimi a niezliczonymi sektami protestanckimi na terenie Stanów Zjednoczonych w XIX wieku.

Jednak pierwsze ślady ekumenizmu odnajdujemy już na kartach Starego Testamentu . Przed przyjściem Pana Jezusa na świat naród żydowski był jedynym wyznawcą wiary w prawdziwego Boga. Wszystkie pozostałe ludy na ziemi wyznawały wówczas w mniejszym lub większym stopniu politeizm, czyli wiarę w niezliczoną rzeszę fałszywych bożków. Izrael w Starym Testamencie stanowił jakby wyobrażenie (figurę) Kościoła katolickiego, gdyż pośród pogańskich plemion był jedynym depozytariuszem Prawdy objawionej przez Boga. Dziś jedynym depozytariuszem Prawdy objawionej jest tylko i wyłącznie Kościół katolicki, poza którym jak stanowi dogmat nikt nie dostępuje zbawienia i nie ma odpuszczenia grzechów. Przed przyjściem Zbawiciela posiadaczem prawdziwej religii był właśnie naród żydowski. Mojżesz na Górze Synaj otrzymał od Boga Dekalog, w którym pierwszym i najważniejszym Przykazaniem był zakaz łączenia świętej Wiary z fałszywi religiami. Niewierni jednak Żydzi wielokrotnie zdradzali Boga, a główną przyczyną dla której były naród wybrany był nieustannie karany w Starym Testamencie stała się właśnie jego skłonność do mieszania ich prawdziwej wiary przez Boga objawionej z pogańskimi kultami sąsiadujących ludów. Tak więc tych starotestamentowych Żydów możemy określić jako prawdziwych prekursorów lub protoplastów współczesnego ekumenizmu.

Żydzi odegrali także znaczącą rolę w narodzinach współczesnego ekumenizmu, którego genezę upatrywać należy w drugiej połowie XIX wieku. Warto więc podkreślić, że ekumenizm rodzi się na glebie całkowicie obcej Kościołowi katolickiemu . Pod koniec wieku XIX Ameryka znajdowała się na etapie nieustannego rozkwitu ekonomicznego. W dynamicznie prosperującej gospodarce wszędzie brakowało rąk do pracy. Liczne wspólnoty protestanckie w USA cierpiały wskutek powszechnego braku pastorów. Wówczas to amerykańscy rabini poczęli ofiarować przeróżnym wspólnotom heretyckim swoje usługi jako niedzielni kaznodzieje w protestanckich zborach. Tak narodził się właśnie ekumenizm, którego ojcami byli rabini pracujący zarówno w synagogach oraz protestanckich zborach jako pastorzy. Współpraca między żydami i kacerzami zaowocowała narodzinami organizacji o nazwie The Interfaith Movement – Ruch Międzywyznaniowy, który z biegiem czasu zaczął wypracowywać nową, dziwną mieszankę religijną w oparciu o judaizm i herezje Marcina Lutra. Autor głównego opracowania nt. Ruchu Międzywyznaniowego L. Sussman podkreślał, że chodziło im o wypracowanie jednej powszechnej religii „a new uniwersal religion”, która „doprowadzi do usunięcia wszystkich religii i w ich miejsce wprowadzi wszędzie jedną religię uniwersalną według zasad Kanta”. Synkretyczna doktryna judaistyczno-protestancka, której przyświecała wizja ekumenicznego pojednania się religii w imię pokoju na świecie, a następnie na ich bazie budowania jednej uniwersalistycznej religii masońskiej głoszącej ”prawa człowieka” szybko została przeszczepiona na grunt europejski. W 1925 roku w Sztokholmie luterański pastor Nathan Söderblom zorganizował pierwszą międzyreligijną konferencję, której celem było zbliżenie wyznawców różnych religii poprzez dialog ekumeniczny. Inicjatywa ekumenistów spotkała się z natychmiastową reakcją Rzymu. Stolica Apostolska potępiła w bardzo ostrych słowach pierwszy w historii zlot ekumeniczny w Europie zabraniając bezwzględnie katolikom uczestnictwa w tych synkretycznych obradach religijnych (nota bene Karol Wojtyła podczas swojej podróży do Szwecji w 1989r. złożył kwiaty na grobie pastora Söderblom’a – organizatora potępionego przez Piusa XI zlotu międzyreligijnego). W 1928 roku w wyniku międzyreligijnego spotkania w Sztokholmie wyznawców różnych religii Ojciec święty Pius XI wydał encyklikę „Mortalium animos” w której uroczyście potępił ekumenizm, przestrzegając katolików przed tą śmiertelną dla Wiary pułapką:”Wyznawcy tej idei (tj. ekumenizmu – przyp.ŁK) nie tylko są w błędzie i łudzą się, lecz odstępują również od prawdziwej wiary, wypaczając jej pojęcie i stopniowo popadają w naturalizm i ateizm. Z tego jasno wynika, że ktokolwiek popiera podobne idee lub bierze udział w ich przedsięwzięciach, odstępuje zupełnie od religii przez Boga objawionej.”Papież w swej encyklice przypomniał także odwieczne nauczanie Magisterium Kościoła w zakresie dzieła ewangelizacji : „Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła katolickiego, od którego kiedyś, niestety, odpadli„.

Pomimo bardzo ostrego potępienia ruchu ekumenicznego przez Stolicę Apostolską zyskał on silną aprobatę w modernistycznych kręgach kościelnych, czego konsekwencją stało się stopniowe przenikanie heretyckiej nauki do seminariów, która ostatecznie zatriumfowała w dokumentach II Soboru Watykańskiego. Sobór poświęcił ekumenizmowi dwa dokumenty: dekret Unitatis redintegratio, w którym silne piętno odbiła potępiona przez Piusa XI doktryna Ruchu Międzywyznaniowego a także deklarację Nostra aetate – o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, w której znalazła się bluźniercza laudacja na cześć islamu, judaizmu a nawet hinduizmu i buddyzmu . Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. W drugiej połowie XX wieku niezliczona rzesza hierarchów Kościoła oraz wiernych popadła de facto w milczącą apostazję a sama herezja synkretyzmu religijnego osiągnęła swój punkt kulminacyjny w 1986 roku podczas międzyreligijnego spotkania w Asyżu , gdzie na zaproszenie Jana Pawła II przybyli przedstawiciele 130 wyznań „modlić się” o pokój na świecie. Bazylika franciszkańska w Asyżu zgromadziła wówczas modernistów, wszystkie protestanckie sekty, żydów, muzułmanów, buddystów a nawet murzyńskich czcicieli węży oraz złych duchów, którzy na ołtarzach ofiarowali demonom zabite zwierzęta. Najohydniejszego bałwochwalstwa dopuścił się tam Dalejlama, buddysta żyjący w przekonaniu, że jest żywym bogiem na ziemi, któremu moderniści w katolickiej świątyni pozwolili umieścić na Tabernakulum posążek bożka Buddy i palić na jego cześć kadzidło.

Podczas powitania w murach franciszkańskiej bazyliki przedstawicieli fałszywych religii Jan Paweł II zamiast wezwać innowierców do nawrócenia się na wiarę katolicką, zachęcał ich do „modlitw” do fałszywych bożków. Już przed spotkaniem papież powiedział bowiem, że jest ważne, aby pozostali oni wierni swym błędnym religiom: „Ta wspólna radykalna wierność poszczególnym tradycjom religijnym jest dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzebna dla pokoju. Każdy z obecnych w Asyżu przedstawi Bogu swą modlitwę według własnej tradycji religijnej „. Wezwanie przez Wojtyłę pogan do „modlitwy” było obiektywnym uznaniem wartości ich modłów, co stanowi jawną negacją słów Chrystusa: „Nikt nie przychodzi do Oj ca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6) oraz „Kto nie czci Syna, nie czci też Oj ca…” (J 5, 22).

Od ekumenizmu do ateizmu

Można zadać pytanie dlaczego Kościół katolicki tak ostro potępił rodzący się u progu XX wieku ekumenizm określając go jako grzech podkopujący same fundamenty objawionej Prawdy? Dlaczego ekumenizm jest tak wielkim złem, niepojętą obrazą Boga skoro lansowany jest dziś powszechnie przez najwyższych dostojników kleru? Aby udzielić właściwej odpowiedzi na te pytania należy najpierw sięgnąć do katechizmu aby przypomnieć czym tak naprawdę jest Wiara katolicka?

Dziś wielu ludzi błędnie utożsamia Wiarę z uczuciami religijnymi lub wewnętrznymi pragnieniami czy też własnymi wyobrażeniami Boga. To wielki błąd i manipulacja. Jak poucza nas katechizm Wiara jest to cnota nadprzyrodzona dzięki której nasz rozum przyjmuje wszystko co Bóg o Sobie objawił a Kościół katolicki do wierzenia podał. Wiara katolicka jest więc obiektywną prawdą, którą otrzymaliśmy z zewnątrz przez Objawienie Boże. Jeśli jesteśmy ochrzczeni i przyjmujemy wszystkie artykuły Wiary – jesteśmy katolikami, jeśli odrzucamy choćby jedną najmniejszą prawdę Wiary – katolikami nie jesteśmy. Bóg odkrył przed człowiekiem wiele prawd o Sobie ponieważ bez tego człowiek nie byłby zdolny Pana Boga pokochać. Już starożytni Rzymianie mówili: ignoti nulla cupido – czego człowiek nie zna tego i nie pożąda.

Bóg przekazał więc o Sobie prawdę aby człowiek mógł Go poznać i dzięki temu szczerze pokochać, dlatego właśnie największym grzechem przeciwko miłości Pana Boga jest herezja czyli świadome fałszowanie tego, co Pan Bóg o Sobie nam przekazał. Tak Kościół katolicki zawsze i wszędzie nauczał do II Soboru Watykańskiego. Prawda ma to do siebie, że zawsze jest bezwzględna, autorytarna, gdyż potępia wszelki fałsz. Słynny kaznodzieja węgierski bp .Tihamer Toth podczas jednego z kazań dla młodzieży akademickiej powiedział nawet :

„Często słyszymy zarzut, że Kościół katolicki jest „niewyrozumiały”. Nie pozwala np., żeby w małżeństwach mieszanych połowa dzieci była innego wyznania; nie pozwala, żeby poświęcony przez Kościół sztandar, mógł być „poświęcony” przez inne wyznania itd. Jest niewyrozumiały? Nie, Kościół katolicki nie jest niewyrozumiały, tylko PRAWDA, której jest stróżem jest „niewyrozumiała”. Trudno, ale dwa plus dwa, nigdy nie jest pięć! Pomyślmy trochę, jaka powstałaby obojętność religijna, jaka oziębłość, jeśliby Kościół katolicki lekko traktował tę sprawę i ustępliwością swoją wykazywał, że sam nie jest zupełnie pewny swojej nauki. Nie gorszcie się, ale otwarcie powiem: Natychmiast zerwałbym z Kościołem katolickim, gdyby utrzymywał: „niech sobie będą i inne wiary dobre…” Wtenczas bowiem wiara katolicka nie byłaby prawdziwą!”. Dlatego Kościół katolicki jako jedyny depozytariusz Prawdy Objawionej zawsze i wszędzie potępiał wszystkie fałszywe religie jak islam, judaizm, buddyzm a także antyreligie jak protestantyzm, a z zwłaszcza potępiał mieszanie prawdy z fałszem czyli ekumenizm. Bp . R.Williamson tłumaczy różnicę miedzy ekumenizmem a wiarą katolicką na bardzo prostym przykładzie: „jeśli jakiś matematyk wierzy, że dwa plus dwa może dać w sumie cztery lub pięć, podczas gdy inny jest przekonany, że jedynym wynikiem może być cztery, czy mają w głowach tę samą arytmetykę? Z pewnością nie!(…) Prawdziwa arytmetyka wyklucza każdy wynik niezgodny z rzeczywistością. Podobnie prawdziwa wiara katolicka odrzuca wszystkie błędy innych religii, zwłaszcza błąd wolności religijnej, podkopujący całą obiektywną prawdę w celu zaprowadzenia religii człowieka.”

Bóg mógł przekazać prawdę o Sobie w tylko jednej prawdziwej religii nadprzyrodzonej, a wszystkie inne są kłamstwem, wierzeniami wymyślonymi przez ludzi, wiarą w wielkie Nic ! Każde inne twierdzenie jest absurdalne, gdyż musiałoby dowieść, że w Bogu jest wewnętrzna sprzeczność, skoro przekazał o Sobie prawdę w różnych, wykluczające się wzajemnie religiach (co jest niemożliwe) lub też, że Pan Bóg nie istnieje wcale. Drugi wniosek czyli ateizm jest fałszem, gdyż światłem czystego rozumu dowodzimy istnienia Boga. Wystarczy spojrzeć na cały otaczający nas świat : drzewa, kwiaty, skały, morza. Cały świat zbudowany jest z mikroskopijnych cząsteczek zwanych atomami. Nie jest dziełem możliwym aby przez przypadek albo w wyniku jakiegoś wielkiego wybuchu mogły te cząsteczki poukładać się w tak doskonale harmonijny i uporządkowany świat. A nawet jeśli byłoby to możliwe, że przypadek ułożył atomy w jedną, piękną harmonię świata materialnego, wykluczone aby cząsteczki te jednocześnie ułożyły się przez przypadek i zarazem podlegały niezmiennym prawom przyrody. Jest więc Bóg, stwórca rzeczy widzialnych i niewidzialnych.

Ponieważ jest jeden Bóg, jedna może być tylko prawdziwa religia, a jak podkreślił wybitny XIX-wieczy teolog katolicki Mikołaj Jamin :

”Religia, która twierdzi, że wszystkie inne są także dozwolone, nie jest religią, ale raczej szyderstwem ze czci religijnej, ponieważ Boga czyni bałwanem, u którego wszelki hołd jest w równej cenie. Jakże!.. toż poganin który czci wiele bogów; żyd, chrześcijanin, mahometanin, którzy czczą tylko jednego: chrześcijanin, który odrzuca Mahometa jak zwodziciela, mahometanin, który go czci jako największego z proroków? żyd który ukrzyżował Jezusa Chrystusa jako bluźniercę; chrześcijanin, który Go uznaje za Mesjasza przepowiedzianego przez proroków i od narodów pożądanego: deista, który nie dopuszcza objawienia, żyd, chrześcijanin, mahometanin, którzy je dopuszczają: chrześcijanin, który czci Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego współistotnego Ojcu Swojemu, i socynianin, który Go czyni stworzeniem; toż mówię od tych wszystkich oddawane hołdownictwo Bóstwu, miałoby Mu się równo podobać? Ale precz od nas tak straszne bluźnierstwo. Bóg nie może aprobować takich religii, które się nawzajem wykluczają: Bóg nasz jest Bóg zawistny [(por. Wj. 34, 14)].”

Jest więc ekumenizm – jak naucza Kościół katolicki w encyklice Piusa XI – nawet nie herezją ale całkowitym odstępstwem od prawdziwej Wiary, źródłem wszelkiej oziębłości i obojętności religijnej a w konsekwencji drogą w otchłanie ateizmu .

Czy jednak miłość bliźniego nie wymaga szacunku dla innych wyznań?

W czasach których żyjemy powszechnie przyjęło się w społeczeństwie obrzydliwe kłamstwo, które utożsamia miłość z uczuciami. Miłość to jednak nie uczucia. Miłość to czyn będący ofiarą, poświęceniem własnego ja dla Boga lub bliźnich. Uczucia natomiast bardzo często sprzeciwiają się prawdziwej miłości a są przy tym bardzo podstępne gdyż lubią przybierać postać czegoś duchowego choć w rzeczywistości należą do porządku zmysłów tak jak wzrok, węch czy smak. Uczucia same z siebie nie są więc złe jak cały porządek zmysłów, lecz podporządkowanie wartości duchowych uczuciom jest grzechem tak samo jak grzechem jest podporządkowanie naszego życia wyłącznie potrzebom brzucha. Dlatego prawdziwa miłość czasami wymaga zanegowania i przeciwstawienia się uczuciom. Przykładem może być tutaj właśnie współczesny ekumenizm, który pod diabelskim płaszczykiem uczucia, sugeruj e aby nie ranić przekonań innowierców i nie starać się ich nawracać. A prawdziwa miłość do nich polega właśnie na czymś dokładnie odwrotnym, gdyż wymaga od nas abyśmy ze wszystkich sił starali się ich nawrócić na prawdziwą Wiarę. Prawdziwa miłość nakazuj e troszczyć się o dobro bliźniego, lecz w pierwszej kolejności o dobro duchowe czyli zbawienie j ego duszy. Dlatego tylko ten kto prawdziwe miłuje ma odwagę potępiać błędy wszystkich fałszywych religii, aby bliźniego od nich odwieść i nawrócić na łono jedynej prawdy katolickiej .

Wyznawcy ekumenizmu lansujący dziś religijny synkretyzm podczas dyskusji odwołują się właśnie najczęściej do argumentu fałszywej miłości czyli uczuć religijnych. Tą szatańską pułapkę niszczenia prawdy poprzez odwoływanie się do uczuć zdemaskował już Ojciec święty Pius XI w encyklice przeciwko ekumenistom:

„Zdawać by się mogło, że wszechchrześcijanie, dążąc ku połączeniu wszystkich Kościołów, zmierzają ku wzniosłemu celowi, jakim jest pomnożenie miłości wśród wszystkich chrześcijan. Jakżeż jednak byłoby rzeczą możliwą, by po zniszczeniu wiary zakwitła miłość? Wszyscy przecież wiemy, że właśnie Jan, Apostoł miłości, który zdaje się, że w swej Ewangelii odsłonił tajemnicę Najświętszego Serca Jezusowego, a który uczniom swym zwykł był wpajać nowe przykazanie: „Miłujcie się nawzajem”, że właśnie on ostro zabronił utrzymywać stosunki z tymi, którzy by nie wyznawali wiary Chrystusa w całości i bez uszczerbku: „Jeśli do was przyjdzie ktoś i nie wniesie z sobą tej nauki, nie przypuście go do domu i nie powiedzcie bądź pozdrowiony (2 J 10). Ponieważ więc miłość wspiera się na fundamencie nietkniętej i prawdziwej wiary, przeto więc uczniowie Chrystusa muszą być przede wszystkim spojeni węzłami jedności wiary.”

Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy cnotę prawdziwej miłości wypaczono i sprowadzono wyłącznie do sfery uczuć, a wręcz chorej czułostkowości bardzo łatwym stało się narzucenie katolikom herezji ekumenizmu w imię obłędnych haseł: „miłość! miłość! precz ze skostniałymi dogmatami i prozelityzmem – liczy się tylko miłość”. Nadto, dla współczesnego człowiek wskutek niespotykanego wcześniej materializmu i powszechnego zatracenia sensu obiektywnej prawdy Pan Bóg stał się tak bardzo odległy jak nigdy w historii.

Tradycyjna teologia katolicka, oparta jest na znaku Krzyża wskazującego dwa przecinające się kierunki. Pierwszy kierunek – pionowy (wertykalny) symbolizuj e miłość człowieka do Boga, która jest celem naszego istnienia, zaś kierunek poziomy (horyzontalny) ukazuje konsekwencje tej miłości, czyli miłość bliźniego. Dziś wskutek herezji modernizmu , która sięgnęła szczytów hierarchii kościelnej w znacznej mierze zredukowany został kierunek wertykalny, gdyż za punkt odniesienia obrano nie Boga lecz człowieka. Postępowi „katolicy” wyszli bowiem z założenia że Trójjedyny Bóg jest zbyt odległy dla współczesnego, liberalnego, subiektywnego człowieka, dlatego skoncentrowali się nie na Bogu lecz człowieku ! Herezja ta zwana antropocentryzmem jest główną przyczyną współczesnego ekumenizmu.

Celem naszego życia na ziemi jest Pana Boga poznać, czcić, kochać i dzięki temu zbawić swoją duszę. Ekumenizm jest natomiast konsekwencją odrzucenia Boga, Jego niezmiennego Objawienia a przyjęciem nowej modernistycznej religii opartej na kulcie człowieka, w wyniku czego zastąpiono dziś nawracanie na prawdziwą wiarę dialogiem i ekumenicznym zlotami – oczywiście w imię człowieka, jego rzekomo przyrodzonej godności, szacunku dla uczuć religijnych innowierców, pokoju na świecie i innych lewicowych dogmatów rodem z rewolucji francuskiej. Przejście z pozycji wertykalnej na horyzontalną jest kamieniem węgielnym współczesnej ultra herezji. Soborowy modernista, ks. Karol Rahner określał to zjawisko niewinnie: „zwrotem w kierunku człowieka”, czego nie można nazwać inaczej jak jawną choć milczącą apostazją.

Cel wiary katolickiej jest dokładnie odwrotny, gdyż polega na „zwrocie człowieka w kierunku Boga”, na nawróceniu człowieka do Pana Boga, do Jego niezmiennej i jedynej prawdy od której niestety odstąpił wskutek grzechu. Ponieważ katolicyzm jest jedyną i absolutną prawdą zawsze rodził męczenników, gdyż prawda jest znienawidzona przez świat i przezeń prześladowana. Dlatego też gdy umarł autor „Syllabusa” bł. Pius IX cały świat nie składał mu hołdów lecz podczas procesji pogrzebowej lud rzymski obrzucił jego trumnę kamieniami i błotem. Dziś dla współczesnego ekumenisty niepojęte są świadectwa ofiar jakie pierwsi męczennicy katoliccy w Starożytnym Rzymie składali tylko za to, że nie chcieli zapalić jednego ziarenka kadzidła przed figurkami pogańskich bożków.

[...]

(artykuł ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!” z 20 stycznia 2007r. nr 3(870)

Źródło informacji: gloria.tv/?media=521093

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.