_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VATICANUM II - Hermeneutyka ciągłości czy Nowy Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VATICANUM II - Hermeneutyka ciągłości czy Nowy Kościół. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

Cztery cytaty z przedsoborowych encyklik papieskich obalające poglądy Soboru Watykańskiego II na temat wolności religijnej i indyferentyzmu

G.K. Chesterton w swojej Ortodoksji zostawił nam diagnozę, która dziś brzmi jak wyrzut sumienia: „Nie chcemy religii, która ma rację wtedy, gdy my mamy rację. Chcemy religii, która ma rację wtedy, gdy my się mylimy. Nie chcemy Kościoła, który dostosowuje się do świata. Chcemy Kościoła, który porusza świat”.

Dzisiejszy kryzys Kościoła nie jest dziełem przypadku. To bezpośredni owoc „nowego otwarcia”, które zainicjował Sobór Watykański II. Pod płaszczem Dignitatis humanae i promowanej tam wolności religijnej, Kościół w istocie wywiesił białą flagę przed nowoczesnym, zlaicyzowanym państwem. Zamiast nawracać narody, przyjęto strategię „neutralności”. Skutek? Państwa uznały, że skoro Kościół przestał domagać się panowania Chrystusa w sferze publicznej, to Bóg jest sprawą drugorzędną. To czysty indyferentyzm, który rozlewa się po całym zachodnim świecie.

Politycy – odcięci od kompasu Magisterium, które dawniej twardo wyznaczało granice – stali się dziś zdezorientowanymi marionetkami, rzucanymi na falach ideologii. Zamiast budować ład oparty na Prawdzie, dryfują tam, gdzie w danej chwili wieje wiatr poprawności politycznej.

Warto przypomnieć, co Kościół głosił, zanim „duch Soboru” doprowadził nas do obecnej aberracji. Oto cztery fundamentalne teksty, które w świetle współczesnego nauczania o „wolności religijnej” brzmią jak surowe napomnienie.

1. Państwo ma obowiązek uznać Prawdę

Współczesny indyferentyzm państwowy to kłamstwo. Leon XIII w Immortale Dei nie zostawia złudzeń: państwo nie jest „neutralnym podmiotem”, lecz stworzeniem Bożym, które ma obowiązki wobec swojego Stwórcy.

„Dlatego, jak nikomu nie wolno zaniedbywać swoich obowiązków wobec Boga (...) tak samo państwa nie mogą bez popełnienia świętokradztwa postępować tak, jakby Bóg nie istniał, ani ignorować religii jako czegoś obcego i nieużytecznego (...) przeciwnie, w oddawaniu czci Bogu muszą przyjąć tę formę i te obrzędy, jakimi Bóg sam wskazał, że pragnie być czczony”.

2. Wolność nie jest prawem do błędu

Vaticanum II stworzyło mit „prawa do wolności religijnej” opartego na godności osoby ludzkiej. Leon XIII, z perspektywy zdrowej teologii, wyśmiałby to jako błąd. Prawdziwa wolność jest cnotą, która dąży do Prawdy, a nie „prawem” do wyznawania fałszu.

„Wolność zaś, jako cnota udoskonalająca człowieka, musi odnosić się do tego, co prawdziwe i dobre; natura zaś prawdy i dobra nie może zmieniać się według upodobania ludzkiego, lecz pozostaje zawsze taka sama i jest równie niezmienna, jak sama istota rzeczy”.

3. „Hybrydowa” wolność to samowola

Dokumenty soborowe otworzyły drzwi do idei, że człowiek ma prawo do swobody myśli i kultu jako do naturalnego przywileju. Papież w encyklice Libertas wprost nazywa to pułapką. Tolerancja zła nie może być stawiana na równi z prawdą.

„Nie wolno też w żadnym razie żądać, bronić lub przyznawać swobody myśli, pisma, nauczania czy kultu, jakby to były równe prawa, które natura nadała człowiekowi. (...) Te różne wolności mogą być tolerowane, jeśli istnieje ku temu słuszna przyczyna, ale tylko w pewnych granicach umiaru, tak aby nie przerodziły się w samowolę i arogancję”.

4. Rozdział Kościoła od Państwa to błąd śmiertelny

Największą „zdobyczą” posoborowego świata jest rozdział Kościoła od państwa. Pius X w Vehementer Nos nazwał ten pomysł wprost: to błąd najniebezpieczniejszy. Kościół nie potrzebuje „autonomii” państwa; państwo potrzebuje nauczania Kościoła, by nie zginąć.

„Tezą absolutnie fałszywą, błędem najniebezpieczniejszym, jest myśl, że należy rozdzielić państwo od Kościoła. Opinia ta opiera się bowiem na zasadzie, że państwo nie powinno uznawać żadnego kultu religijnego: jest to obraza Boga (...) winniśmy Mu nie tylko kult prywatny, ale także kult społeczny i publiczną cześć”.

Czas na powrót do autorytetu

Dzisiejsza aberracja w życiu publicznym nie bierze się z przypadku. Jest logicznym skutkiem porzucenia powyższych zasad na rzecz soborowego otwarcia. Jeśli „autonomiczna” polityka i „wolność religijna” w wydaniu posoborowym doprowadziły nas do kryzysu, to znaczy, że ten eksperyment po prostu zawiódł.

Nie potrzebujemy Kościoła, który boi się polityki i ukrywa się w bezpiecznym cieniu „neutralności”. Potrzebujemy Kościoła, który ma odwagę przypominać, że „szczęśliwość wieczna” jest celem ważniejszym niż jakiekolwiek sondaże. Prawdziwa religia nie dostosowuje się do świata – ona ten świat porusza. A żeby go poruszyć, trzeba mieć stały punkt oparcia. Tym punktem nie jest soborowy kompromis, lecz Niezmienne Prawo Boże.

Niech żyje Chrystus Król!

Na podstawie książki: 
Magistero Politico. Insegnamenti papali sulla politica per l’instaurazione di un ordine cristiano, Wydawnictwo Radio Spada, 2022, s. 320




wtorek, 21 lipca 2026

Świadek w czasach przełomu: Dlaczego dzienniki ks. prałata Josepha Clifforda Fentona są nam dziś potrzebne?

Historia Kościoła XX wieku nie jest zapisana wyłącznie w oficjalnych dokumentach soborowych czy papieskich encyklikach. Prawdziwe dramaty, zmagania o czystość depozytu wiary (depositum fidei) i ścieranie się dwóch odmiennych wizji teologii rozgrywały się za kulisami. Jednym z głównych aktorów tych wydarzeń był ks. prałat Joseph Clifford Fenton (1906–1969).

Kapłan wierny Tradycji

Przez moment wydawało się, że zapisze się on w historii jako jeden z ludzi, którzy wyznaczyli kurs katolickiej myśli. Jako najzdolniejszy uczeń o. Reginalda Garrigou-Lagrange’a, biegle władał myślą neoscholastyczną, uznawaną wówczas za oficjalną filozofię Kościoła. Pełniąc funkcję redaktora American Ecclesiastical Review w okresie jego największej świetności, sprawił, że stało się ono jednym z najważniejszych czasopism teologicznych w języku angielskim.

Fenton był nieugiętym strażnikiem doktryny. Gdy o. John Hugo i Dorothy Day forsowali nowatorskie teorie katolickiego pacyfizmu, Fenton je obalał. Gdy o. Leonard Feeney głosił błędną interpretację dogmatu o zbawieniu, Fenton napisał książkę prostującą ten błąd. Gdy o. John Courtney Murray zaczął kwestionować sprzeciw Kościoła wobec wolności religijnej, to właśnie Fenton podjął wyzwanie.

Wszystkie te zmagania były jednak tylko preludium do burzy, która wybuchła wraz z otwarciem Soboru Watykańskiego II. Dziś, dzięki cyfrowej transkrypcji jego osobistych dzienników, otrzymujemy unikalny wgląd w umysł teologa, który z przerażeniem i wiarą obserwował przemiany mające na zawsze odmienić oblicze Kościoła.

Sobór Watykański II – dramat za kulisami

Kiedy rozpoczęto przygotowania do Soboru, ks. Fenton – jako peritus kardynała Alfredo Ottavianiego, sekretarza Świętego Oficjum – znalazł się w samym centrum wydarzeń. W swoich dziennikach z niezwykłą szczerością opisuje moment, w którym tradycyjne schematy przygotowane przez rzymskich teologów zostały odrzucone na rzecz nowych tekstów, pisanych pod dyktando „progresistów”.

Postawa Fentona – pełna teologicznej precyzji i braku zgody na „nowinki” – czyniła go postacią znienawidzoną przez środowiska modernistyczne. Najlepiej świadczy o tym wspomnienie o. Yvesa Congara, jednego z czołowych teologów soborowych, który tak opisał Fentona w swoim dzienniku (8 marca 1962):

„Fenton był tak pełen nienawiści, tak uparcie negatywny, tak agresywny, tak całkowicie bezsensowny, że prałat Philips wstał i powiedział z emocją, ale stanowczo i spokojnie: niemożliwe jest pracować w tych warunkach i odchodzę. Ponieważ (zwracając się do Fentona) oskarżasz wszystkich o herezję. Niemożliwe jest pracować, jeśli nie szanuje się innych i ich punktów widzenia…”

W oczach liberałów, którzy dążyli do „dialogu” za wszelką cenę, niezłomność Fentona była „agresją”. Dla samego Fentona jednak – jak i dla każdego wiernego syna Kościoła – nieustępliwość w obronie czystości wiary nie była nienawiścią, lecz kapłańskim obowiązkiem. Jego dzienniki to kronika powolnego osłabiania roli Świętego Oficjum i marginalizacji tych, którzy nie chcieli zgodzić się na rewolucję w liturgii i doktrynie.

Głos z wnętrza burzy: Cytaty, które dają do myślenia

Dzienniki Fentona są dokumentem wstrząsającym. Choć autor starał się zachować wiarę w Bożą opiekę nad Kościołem, nie potrafił ukryć rozpaczy nad tym, czego był świadkiem. Oto kilka kluczowych fragmentów:

  • O kondycji hierarchii (5 listopada 1960):Ogólnie rzecz biorąc, [Kościołem] kierują ludzie, którzy nie przejmują się w ogóle czystością ani integralnością katolickiej doktryny. A jednak, gdy przychodzi co do czego, doktryna Chrystusa zawsze zwycięża”.

  • O niebezpieczeństwie Soboru (13 października 1962):Zawsze uważałem ten sobór za niebezpieczny. Rozpoczęto go bez wystarczającego powodu. Zbyt wiele mówiono o tym, co miał osiągnąć. Teraz boję się, że nadchodzą prawdziwe kłopoty”.

  • O przeczuciu końca (23 listopada 1962): „Gdybym nie wierzył w Boga, byłbym przekonany, że Kościół katolicki zmierza do końca”.

  • O rozczarowaniu biskupami (31 października 1962):To będzie oznaczać koniec religii katolickiej, jaką znaliśmy. Będą Msze w języku narodowym, a co gorsza, w konstytucjach pojawi się jakaś nędzna teologia”.

  • O modernizmie w tekstach soborowych (11 maja 1963):Deklaracja soborowa może powodować zamęt lub, ostatecznie, stać się szkodliwą, gdy – nawet jeśli nie zawiera błędu co do wiary lub moralności – pomija Prawdy, które od dawna były powszechnie uznawane za twierdzenia katolickiej doktryny”.

Dlaczego warto sięgnąć do tych dzienników?

Lektura notatek prałata Fentona nie jest tylko wycieczką w przeszłość. To lekcja teologicznej czujności. Fenton uczy nas, że wierność Prawdzie jest ważniejsza niż chwilowe trendy czy medialny poklask.

Dla badaczy oraz wszystkich zainteresowanych autentyczną historią Vaticanum II przygotowaliśmy w formie cyfrowej pełny zbiór notatek prałata. Jeśli chcesz samodzielnie zgłębić te bezcenne świadectwa, poniżej udostępniamy archiwum 11 tomów dzienników. Kliknij w odpowiedni tom, aby rozpocząć pobieranie:

TOM 1  TOM 2   TOM 3  |  TOM 4  | TOM 5  |  TOM 6  |  TOM 7  |  TOM 8  |  TOM 9  |  TOM 10  |  TOM 11  |  

Zachęcamy do sięgnięcia po te dokumenty, by w czasach zamętu szukać światła w świadectwie ludzi, którzy do końca trwali przy niezmiennej nauce Chrystusa. Pozwalają one zrozumieć, że kryzys w Kościele nie wziął się z próżni – był procesem, który Fenton zdiagnozował z niezwykłą precyzją, zanim jeszcze cały świat dostrzegł jego skutki.

Renesans Fentona: Między fascynacją a krytyką

Warto na koniec zauważyć, że postać prałata nie odeszła w zapomnienie. Obecnie jego dorobek teologiczny przeżywa nieoczekiwany renesans – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce, gdzie wznawiane są jego najważniejsze dzieła. Choć dla wielu współczesnych akademików, takich jak Patrick Carey (emerytowany profesor teologii z Marquette University), powrót do jego pism wydaje się anachronizmem niezgodnym z duchem Vaticanum II, zainteresowanie jego myślą wciąż rośnie.

Dzieła prałata Fentona trafiają wreszcie także do polskiego czytelnika, otwierając przed nami skarbnicę jego precyzyjnej myśli teologicznej. W 2023 roku nakładem Wydawnictwa ANTYK – Marcin Dybowski ukazała się niezwykle ważna praca pt. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Dogmat w świetle orzeczeń Stolicy Apostolskiejj”. Książka ta powstała jako merytoryczna odpowiedź na błędy o. Leonarda Feeneya i stanowi wykładnię poprawnej, katolickiej interpretacji dogmatu Extra Ecclesiam nulla salus. Jest to lektura niezbędna dla każdego, kto pragnie zgłębić klasyczne nauczanie Kościoła, które dziś – podobnie jak w czasach Fentona – bywa poddawane niebezpiecznym reinterpretacjom. Mamy nadzieję, że także inne fundamentalne dzieła prałata Fentona trafią wkrótce do polskiego czytelnika, wzbogacając naszą rodzimą myśl teologiczną.


Źródło: https://novusordowatch.org/

czwartek, 14 stycznia 2021

Abp Carlo Maria Viganò: Jak rewolucja Vaticanum II służy Nowemu Porządkowi Świata


Każdy z nas zapewne zdaje sobie sprawę, że znajdujemy się w przełomowym momencie dziejów. Przeszłe wydarzenia, które wydawały się od siebie oderwane, teraz okazują się być ściśle powiązane zarówno ze względu na ich podstawy ideowe, jak i na cele, do których dążą. Uczciwy i obiektywny obserwator obecnej sytuacji nie może nie dostrzec doskonałej spójności między ewolucją globalnego układu politycznego a rolą, jaką Kościół Katolicki przyjął w ustanawianiu Nowego Porządku Świata. Precyzując, chodzi tu o rolę tej pozornej większości w Kościele, która w rzeczywistości nie jest zbyt liczna, ale za to bardzo potężna, i którą dla zwięzłości określam mianem głębokiego kościoła. Oczywiście nie ma dwóch Kościołów. 

Takie twierdzenie byłoby niemożliwe, bluźniercze i heretyckie. Prawdziwy Kościół Chrystusowy nie porzucił i dzisiaj swojej misji i nie zdegenerował się do postaci sekty. Kościół Chrystusowy nie ma nic wspólnego z tymi, którzy przez ostatnie sześćdziesiąt lat realizowali plan jego okupacji. Zjawisko nakładania się na siebie katolickiej hierarchii i członków głębokiego kościoła nie jest faktem teologicznym, ale raczej rzeczywistością historyczną, która wykracza poza znane nam pojęcia, i jako takie musi być analizowane. 

Wiemy, że projekt Nowego Porządku Świata dąży do ustanowienia tyranii masonerii. Przedsięwzięcie to zostało zapoczątkowane w czasach Rewolucji Francuskiej, wieku oświecenia, końca monarchii katolickich i rozpętywania wojny z Kościołem. Można zaryzykować stwierdzenie, że Nowy Porządek Świata jest antytezą społeczeństwa chrześcijańskiego, realizacją diabelskiej Civitas Diaboli (Miasto Diabła) w przeciwieństwie do Civitas Dei (Miasta Boga), w wiecznej walce między Światłem i Ciemnością, Dobrem i Złem, Bogiem i Szatanem. 

W tej walce Opatrzność umieściła Kościół Chrystusa, a w szczególności papieża, jako kathèkon, czyli tego, który sprzeciwia się objawieniu się tajemnicy nieprawości (2 Tes. 2, 6-7). Pismo Święte ostrzega nas, że w momencie pojawienia się Antychrysta ta przeszkoda – kathèkon – przestanie istnieć. Wydaje mi się całkiem oczywiste, że na naszych oczach zbliża się koniec czasów. Tajemnica nieprawości rozprzestrzeniła bowiem się po całym świecie wraz z zanikiem odważnej opozycji kathèkonu. 

piątek, 4 września 2020

Abp Carlo Maria Viganò: Kościół po Soborze Watykańskim II

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem esej Jego Ekscelencji Athanasiusa Schneidera opublikowany 1 czerwca na portalu „Life Site News”, a następnie przetłumaczony na język włoski przez „Chiesa e post concilio” i zaprezentowany pod tytułem Różnorodność religii nie jest wyrazem woli Bożej ani prawem naturalnym. Studium Jego Ekscelencji streszcza – z jasnością wyróżniająca słowa tych, którzy mówią w sposób zgodny z Chrystusem – zastrzeżenia wobec domniemanej prawomocności korzystania z wolności religijnej, o której teoretyzował Drugi Sobór Watykański, przecząc świadectwu Pisma Świętego i głosowi Tradycji, a także Magisterium Kościoła będącym ich wiernym strażnikiem.

 

Zaleta eseju Jego Ekscelencji polega przede wszystkim na uchwyceniu związku przyczynowego między zasadami sformułowanymi bądź zakładanymi przez Drugi Watykański a ich logicznymi konsekwencjami w postaci odstępstw doktrynalnych, moralnych, liturgicznych i dyscyplinarnych, jakie nastąpiły i rozwijały się stopniowo aż po dziś dzień. Stworzone w kręgach modernistycznych monstrum mogło z początku wprowadzać w błąd, ale tak wzrosło i się umocniło, że dziś prezentuje się takim, jakim jest naprawdę w swojej wywrotowej i buntowniczej naturze. Twór, który począł się w tamtym czasie, jest zawsze taki sam i byłoby naiwnością myśleć, że jego przewrotna natura mogłaby ulec zmianie. Próby skorygowania soborowych ekscesów – przywołujące hermeneutykę ciągłości – okazały się nieudane: Naturam expellas furca, tamen usque recurret [Wpędź naturę widłami, od razu wróci] (Horacy, Epist. I,10,24). Deklaracja z Abu Zabi – i jak trafnie zauważa biskup Schneider, jej pierwsze symptomy z Asyżu – „poczęła się w duchu Soboru Watykańskiego II”, co z dumą potwierdza Bergoglio.

 

Ten „duch soboru” stanowi mandat legalności, przeciwstawiany krytykom przez innowatorów, nie uświadamiając sobie przy tym, że przyznają się tak do błędnego charakteru ich dzisiejszych deklaracji, jak i do mającej je uzasadniać heretyckiej matrycy. Po bliższym przebadaniu kwestii, w historii Kościoła sobór nigdy nie przedstawiał się jako tak wydarzenie historyczne różne od wszystkich innych soborów. Nigdy nie mówiono o „duchu soboru nicejskiego” czy „duchu soboru ferrarsko-florenckiego”, a w szczególności o „duchu soboru trydenckiego”. Tak samo nigdy nie było ery „posoborowej” po Soborze Laterańskim Drugim czy też po Pierwszym Soborze Watykańskim.

 

Powód jest oczywisty: wszystkie te sobory były jednomyślnym głosem Świętej Matki Kościoła, stanowiąc w ten sposób głos Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Co znamienne, ci którzy obstają przy wyjątkowej nowości Drugiego Soboru Watykańskiego trzymają się także heretyckiej doktryny według której Bóg Starego Testamentu przeciwstawia się Bogu Nowego Testamentu, tak jakby pomiędzy Boskimi Osobami Trójcy Świętej mogły istnieć sprzeczności. Oczywiście takie przeciwstawienie – będące rzeczą niemal gnostycką bądź kabalistyczną – pełni funkcję legitymizującą nowy podmiot, będący z własnej woli czymś innym od Kościoła katolickiego i temu Kościołowi przeciwnym. Błędy doktrynalne niemal zawsze zdradzają jakiś rodzaj herezji trynitarnej, dlatego też można je pokonać wracając do głoszenia dogmatu trynitarnego: Ut in confessione verae, sempiternaeque Deitatis, et in personis proprietas, et in essentia unitas, et in majestate adoretur aequalitas (tak, iż wyznając prawdziwie i wiekuiste Bóstwo, wielbimy Osób odrębność, w Istocie jedność i równość w Majestacie).

 

Biskup Schneider przytacza kilka kanonów soborów ekumenicznych, które postulują jego zdaniem doktryny, których akceptacja sprawia trudności. Chodzi na przykład o nakaz zgodnie z którym żydzi powinni odróżniać się ubiorem czy o zakaz służenia żydowskim bądź islamskim panom. Wśród tych przykładów znajduje się także wymóg traditio instrumentorum ogłoszony przez Sobór Florencki, który został potem skorygowany konstytucją aspostolską Piusa XII Sacramentum ordinis. Biskup Athanasius komentuje: „Można słusznie mieć nadzieję i wierzyć, że przyszły papież albo sobór ekumeniczny skoryguje błędne stwierdzenia” Soboru Watykańskiego II. Choć jest to argument podniesiony z jak najlepszymi intencjami, to wydaje mi się, że podważa on gmach katolicyzmu u samych jego podstaw. Jeśli faktycznie przyznamy, że istnieją akty Magisterium, które wskutek zmieniającej się wrażliwości mogą być uchylane, zmieniane lub na przestrzeni czasu interpretowane w sposób odmienny, nie możemy uniknąć popadnięcia w potępienie przedstawione w dekrecie Lamentabili sane exitu. W ten sposób proponować będziemy usprawiedliwienie dla tych, którzy – opierając się na podstawie takiego właśnie błędnego założenia – oświadczyli, że kara śmierci „nie jest w zgodzie z Ewangelią”, zmieniając następnie Katechizm Kościoła Katolickiego. Podążając za taką zasadą można byłoby utrzymywać, że nauczania Piusa IX przedstawione w Quanta cura zostało w pewien sposób skorygowane przez Drugi Sobór Watykański; tak też, jak Jego Ekscelencja żywi nadzieję, że stanie się z deklaracją Dignitatis humanae. Pośród przedstawianych przez niego wielu przykładów żaden nie jest w sobie obarczony ciężkim błędem ani herezją. Fakt, że Sobór Florencki ogłosił, iż traditio instrumentorum jest konieczne dla święceń kapłańskich, w żaden sposób nie przekreślał posługi kapłańskiej w Kościele, skutkując nieważnym udzielaniem święceń. Nie wydaje mi się też, aby kwestia ta – jakkolwiek ważna – prowadziła do błędów doktrynalnych ze strony wiernych, a więc do czegoś, co nastąpiło wyłącznie wskutek ostatniego soboru. Kiedy na przestrzeniach historii szerzyły się różne herezje, Kościół natychmiast interweniował i je potępiał, tak jak to miało miejsce w trakcie Synodu w Pistoi w roku 1786, który w pewien sposób antycypował Drugi Sobór Watykański – zwłaszcza w punktach, w których znosił udzielanie Komunii poza Mszą, wprowadzał język narodowy i znosił wypowiadanie słów Kanonu submissa voce. W jeszcze większym stopniu wówczas, gdy stwarzał teoretyczne podstawy kolegialności biskupów czy ograniczał prymat papieski do zwykłej funkcji duszpasterskiej. Ponowna lektura akt tego synodu wprawia we zdumienie wskutek dosłownego sformułowania błędów, które później – zwielokrotnione – odnajdujemy w przypadku soboru mającego miejsce pod przewodnictwem Jana XXIII i Pawła VI. Z drugiej strony, tak jak Prawda pochodzi od Boga, tak błąd karmiony jest przez Wroga i nim też się żywi; wróg ten nienawidzi Kościoła Chrystusowego i jego serca: Mszy Świętej i Przenajświętszego Sakramentu.

 

W naszym życiu nadchodzi taki moment, w którym wskutek zarządzenia Opatrzności stajemy wobec decydującego wyboru dotyczącego przyszłości Kościoła i naszego zbawienia. Mówię o zrozumieniu błędu, w który wpadł praktycznie każdy z nas, niemal nigdy nie mając przy tym złych zamiarów albo o udawaniu, że się go nie dostrzega bądź o usprawiedliwianiu samego siebie.

 

My także popełniliśmy błąd – jeden z wielu – traktowania naszych rozmówców jako ludzi, którzy mimo różnic w wyznawanej wierze i prezentowanych poglądach są motywowani dobrymi intencjami; jako ludzi, którzy byliby skłonni do skorygowania swoich błędów jeśli otworzyliby się na naszą Wiarę. Wraz z licznymi ojcami soborowymi myśleliśmy o ekumenizmie jako o procesie, zaproszeniu odszczepieńców do jednego Kościoła Chrystusa, bałwochwalców i pogan do poznania jedynego Prawdziwego Boga, a naród żydowski do uznania obiecanego Mesjasza. Jednak od chwili, w której ekumenizm stał się przedmiotem konceptualizacji w komisjach soborowych, został określony w sposób znajdujący się w bezpośredniej sprzeczności wobec doktryny wyrażanej poprzednio przez Magisterium.

 

Myśleliśmy, że pewne ekscesy wynikały jedynie z przesady osób, które dały się porwać entuzjazmowi wobec nowości; szczerze wierzyliśmy, że widok Jana Pawła II otoczonego przez zaklinaczy-uzdrawiaczy, buddyjskich mnichów, imamów, rabinów, protestanckich pastorów i innych heretyków stanowił dowód zdolności Kościoła do gromadzenia ludzi po to, by prosić Boga o pokój, kiedy to autorytatywny przykład takiego działania rozpoczął nikczemną sukcesję mniej lub bardziej oficjalnych (pogańskich) panteonów, aż po chwilę, w której mogliśmy ujrzeć biskupów noszących na swych ramionach nieczystego bożka Pachamamy, skrywanego świętokradczo pod pretekstem jakoby przedstawiał on święte macierzyństwo.

 

Skoro jednak wizerunek piekielnego bóstwa zdołał znaleźć się w Bazylice Św. Piotra, to jest to częścią crescendo od początku przewidywanego przez drugą stronę. Liczni praktykujący katolicy (a być może także większość katolickiego duchowieństwa) żywią dziś przekonanie, że wiara katolicka nie jest już konieczna do zbawienia; wierzą, że objawiony naszym ojcom Jeden Bóg w Trzech Osobach jest tożsamy z bogiem Mahometa. Już dwadzieścia lat temu słyszeliśmy takie głosy powtarzane z ambon i z biskupich katedr, ostatnio słyszymy jednak, że są one z naciskiem potwierdzane przez głos dochodzący z najwyższego Tronu.

 

Dobrze zdajemy sobie sprawę – przywołując sentencję Pisma Świętego: Littera enim occidit, spiritus autem vivificat [litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia (2 Kor 3,6)] – że postępowcy i moderniści doskonale wiedzieli jak w soborowych tekstach ukryć twierdzenia dwuznaczne, które wówczas większości wydawały się niegroźne, ale dziś ukazują całą swoją wywrotową wartość. Tę metodę wykorzystano używając wyrażenia subsistit in: mówienia półprawdy nie po to, by nie urazić rozmówcy (zakładając, że rzeczą godziwą jest przemilczenie Bożej prawdy z szacunku dla Jego stworzenia), ale z tym zamiarem, by użyć pół-błędu, który zostałby całkowicie rozpędzony gdyby proklamowano całą prawdę. Stąd Ecclesia Christi subsistit in Ecclesia Catholica nie określa tożsamości obu, ale istnienie jednego w drugim i – w konsekwencji – także w innych kościołach. Tu właśnie otwiera się możliwość uroczystości międzywyznaniowych, modlitw ekumenicznych i nieuniknionego końca Kościoła koniecznego dla zbawienia, tak w zakresie jedności jak i misyjnej natury.

 

Niektórzy być może pamiętają, że pierwsze spotkania ekumeniczne odbywały się ze schizmatykami ze Wschodu, a z sektami protestanckimi z zachowaniem dużej ostrożności. Początkowo, poza Niemcami, Holandią i Szwajcarią, kraje o tradycji katolickiej nie witały z entuzjazmem uroczystości organizowanych razem z protestanckimi pastorami. Pamiętam, że w tamtym czasie mówiono o usunięciu przedostatniej doksologi z Veni Creator, aby nie urażać prawosławnych, którzy nie akceptują Filioque. Dziś z ambon naszych kościołów recytowane są sury, zakonnice i zakonnicy adorują bożka uczynionego z drewna, słyszymy jak biskupi wypierają się tego, co jeszcze wczoraj wydawało się nam być najbardziej wiarygodnym usprawiedliwieniem tak wielu ekstremizmów.

 

To, czego za namową masonerii i przy użyciu jej piekielnych macek chce świat, to stworzenie religii uniwersalnej o ekumenicznym i humanitarnym charakterze; religii z której wygnany został adorowany przez nas zazdrosny Bóg. Skoro więc tego chce świat, to każdy poczyniony przez Kościół krok w tym kierunku stanowi niefortunny wybór, który obróci się przeciwko tym, którzy myślą, że mogą drwić z Boga. Nadziei na Wieżę Babel nie ożywi globalistyczny plan, którego celem jest anulowanie Kościoła katolickiego i zastąpienie go konfederacją bałwochwalców i heretyków połączonych ekologią i powszechnym braterstwem. Nie ma innego braterstwa niż w Chrystusie i tylko w Chrystusie: qui non est mecum, contra me est.

 

Rzeczą niepokojącą jest to, że tylko niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego wyścigu w stronę otchłani, a także to, że niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności ponoszonej przez najwyższe poziomy hierarchii Kościoła wspierające te antychrześcijańskie ideologie – tak, jakby kościelni przywódcy chcieli sobie zagwarantować odpowiednie miejsce i rolę na platformie ujednoliconego myślenia. Rzeczą zaskakującą jest to, że ludzie uparcie nie chcą badać pierwotnych przyczyn obecnego kryzysu, ograniczając się do ubolewania nad aktualnymi ekscesami – tak jakby nie były one logicznymi i nieuniknionymi konsekwencjami planu przygotowanego kilkadziesiąt lat temu.

 

Skoro Pachamama może być adorowana w kościele, to zawdzięczamy to Dignitatis humanae. Skoro mamy sprotestantyzowaną (a czasem także spoganizowaną) liturgię, zawdzięczamy to rewolucyjnym działaniom prałata Annibale Bugniniego i posoborowym reformom. Skoro podpisano deklarację z Abu Zabi, zawdzięczamy to Nostra aetate. Skoro doszliśmy do momentu w którym decyzje przekazywane są konferencjom episkopatów – nawet jeśli poważnie narusza to konkordat, jak miało to miejsce we Włoszech – to zawdzięczamy to kolegialności i jej zaktualizowanej wersji: synodalności.

 

Dzięki synodalności otrzymaliśmy Amoris laetitia, szukając sposobu zapobieżenia czemuś, co było dla wszystkich od samego początku oczywiste: dokument ten, przygotowany przez imponującą machinę organizacyjną, miał na celu uzasadnienie udzielania Komunii osobom rozwiedzionym i żyjącym w konkubinacie. Tak samo, jak Querida Amazonia zostanie wykorzystana do uzasadnienia kobiet-księży (co niedawno obserwowaliśmy w przypadku „wikariuszki biskupiej” we Fryburgu) oraz zniesienia świętego celibatu. Prałaci, którzy przekazali Franciszkowi swoje Dubia, w mojej ocenie wykazali się tą samą pobożną naiwnością myśląc, że Bergoglio w konfrontacji z rozsądnymi argumentami zrozumie błędy, naprawi heterodoksyjne kwestie i poprosi o przebaczenie.

 

Sobór został wykorzystany do uzasadnienia najbardziej dziwacznych odstępstw doktrynalnych, najśmielszych innowacji liturgicznych i nadużyć pozbawionych wszelkich skrupułów – wszystko to przy milczeniu Władzy. Sobór ten był tak bardzo ponad wszystko wynoszony, że był przedstawiany jako jedyny właściwy punkt odniesienia dla katolików, duchowieństwa i biskupów, zaciemniając doktrynę, której Kościół zawsze nauczał i łącząc ją z odczuciem pogardy; zabraniając odwiecznej liturgii, która przez tysiąclecia karmiła wiarę nieprzerwanego orszaku wiernych, męczenników i świętych. Sobór ten między innymi okazał się jedynym, który przyniósł tak wiele problemów interpretacyjnych i tak wiele sprzeczności względem poprzedzającego go Magisterium. Nie było żadnego innego soboru – począwszy od Soboru Jerozolimskiego po I Sobór Watykański – który nie harmonizowałby z całym magisterium bądź wymagał takiej interpretacji.

 

Ze spokojem i bez kontrowersji wyznaję, że byłem jednym z wielu ludzi, którzy mimo wielu rozterek i obaw – które dziś okazały się całkowicie słuszne – ufali władzy hierarchicznej z bezwarunkowym posłuszeństwem. Po prawdzie myślę, że wielu ludzi – w tym i ja – początkowo nie rozważało możliwości, że zaistnieć może konflikt między posłuszeństwem wobec porządku hierarchicznego a wiernością wobec samego Kościoła. Przyczyną, która sprawiła, że rzeczą namacalną stało się to nienaturalne (a nawet powiedziałbym: przewrotne) oddzielenie Hierarchii i Kościoła, posłuszeństwa i wierności, był z pewnością obecny pontyfikat.

 

W Komnacie Łez przylegającej do Kaplicy Sykstyńskiej, podczas gdy prałat Guido Marini przygotowywał białą rokietę, mucet i stułę na pierwsze pojawienie się „nowo wybranego” papieża, Bergoglio wykrzyknął: Sono finite le carnevalate! [Karnawały się skończyły!], pogardliwie odrzucając insygnia, które każdy papież – aż do tamtej chwili – pokornie przyjmował jako strój wyróżniający Namiestnika Chrystusa. Słowa te zawierały jednak prawdę, nawet jeśli wypowiedziane zostały mimowolnie. 13 marca 2013 opadły maski zasłaniające twarze konspiratorów, w końcu uwolnionych od niewygodnej obecności Benedykta XVI, bezwstydnie dumnych z tego, że udało im się wypromować kardynała ucieleśniającego ich ideały, ich sposób rewolucjonizowania Kościoła, uplastyczniania doktryny, adaptowania moralności, fałszowania liturgii i dowolnego rozporządzania dyscypliną. Wszystko to było w mniemaniu samych uczestników tego spisku logiczną konsekwencją i oczywistym sposobem zastosowania Drugiego Soboru Watykańskiego, osłabionego – ich zdaniem – krytyką wyrażoną przez Benedykta XVI. Największym „afrontem” jego pontyfikatu była liberalna zgoda na celebrację czcigodnej liturgii trydenckiej, której prawomocność została w końcu uznana, kończąc pięćdziesięcioletni okres bezprawnego ostracyzmu. Nie jest kwestią przypadku to, że zwolennicy Bergoglia są tymi samymi ludźmi, którzy postrzegali sobór jako pierwsze wydarzenie nowego kościoła, przed którym istniała stara religia i stara liturgia.

 

Nie ma tu przypadku: to co ci ludzie bezkarnie stwierdzają (wywołując skandal pośród umiarkowanych) jest równocześnie czymś, w co wierzą katolicy, a mianowicie: mimo wszystkich wysiłków związanych z hermeneutyką ciągłości, która poniosła porażkę przy pierwszej konfrontacji z rzeczywistością obecnego kryzysu, rzeczą bezsprzeczną jest to, że począwszy od Drugiego Soboru Watykańskiego budowano równoległy kościół, całkowicie sprzeczny z Kościołem Chrystusowym i na ten Kościół nakładany. Ten równoległy kościół stopniowo zaciemnił obraz Bożej instytucji ustanowionej przez naszego Pana po to, by zastąpić ją fałszywym bytem, odpowiadający pożądanej religii uniwersalnej, o której wpierw teoretyzowali masoni. Wyrażania takie, jak nowy humanizmpowszechne braterstwogodność człowieka, to hasła przewodnie filantropijnego humanitaryzmu kwestionującego prawdziwego Boga; humanitaryzmu horyzontalnej solidarności o niejasnej, spirytualistycznej inspiracji oraz ekumenicznego irenizmu, jednoznacznie potępionego przez Kościół. Nam et loquela tua manifestum te facit [nawet twoja mowa cię zdradza] (Mt 26,73) - to bardzo częste, nawet obsesyjne uciekanie się do słownictwa nieprzyjaciela zdradza identyfikacje z inspirowaną przez niego ideologią, podczas gdy z drugiej strony systematyczne odrzucanie jasnego, jednoznacznego i krystalicznego języka Kościoła potwierdza pragnienie oderwania się nie tylko od katolickiej formy, ale także i od substancji.

 

To, co od lat słyszeliśmy ze strony najwyższego Tronu, wypowiadane w sposób mętny i bez wyraźnych konotacji, odnajdujemy jako rozwinięte w formie prawdziwego manifestu zwolenników obecnego pontyfikatu: demokratyzację Kościoła, już nie poprzez kolegialność wynalezioną przez II Sobór Watykański, ale przez drogę synodalną zainaugurowaną przez Synod ds. Rodziny; zniszczenie kapłaństwa służebnego poprzez osłabianie go wyjątkami wobec kościelnego celibatu i wprowadzenie figur kobiecych o obowiązkach quasi-kapłańskich; milczące przejście od ekumenizmu skierowanego ku braciom oddzielonym do pewnej formy panekumenizmu redukującego Prawdę Jednego Boga w trzech Osobach do poziomu bałwochwalstw i najbardziej piekielnych zabobonów; akceptacja dialogu międzyreligijnego zakładająca relatywizm religijny i wykluczająca misyjne głoszenie słowa; demitologizacja papiestwa, prowadzona przez Bergoglio jako motyw jego pontyfikatu; postępowa legitymizacja wszystkiego, co jest politycznie poprawne: teorii gender, sodomii, małżeństw homoseksualnych, doktryn maltuzjańskich, ekologizmu, imigracjonizmu... Jeśli nie dostrzeżemy, że źródła tych odstępstw znajdują się w zasadach wyłożonych przez sobór, znalezienie lekarstwa będzie niemożliwe. Jeśli nasza diagnoza uparcie, wbrew wszelkim dowodom, wykluczać będzie pierwotną patologię, nie będziemy w stanie przepisać odpowiedniej terapii.

 

Ta operacja intelektualnej uczciwości wymaga wielkiej pokory, przede wszystkim w przyznaniu, że przez dziesięciolecia dawaliśmy się – w dobrej wierze – wprowadzać w błąd przez ludzi, którzy posiadając określoną władzę nie wiedzieli, jak strzec i chronić owczarnię Chrystusa. Niektórzy nie czynili tego po to, by żyć w spokoju, niektórzy z powodu zbyt wielu zobowiązań, inni z wygody, a w końcu byli też i tacy, którzy czynili tak w złej wierze a nawet wskutek nikczemnych zamiarów. Tych ostatnich, którzy zdradzili Kościół, należy identyfikować, brać na bok i zapraszać do zadośćuczynienia, a jeśli nie wyrażą oni skruchy, należy ich wykluczyć ze świętego gmachu. Tak właśnie działa prawdziwy Pasterz, któremu dobro owiec leży na sercu i który ofiarowuje za nie swoje życie. W przeszłości mieliśmy i wciąż mamy zbyt wielu najemników, dla których zgoda ze strony nieprzyjaciół Chrystusa jest ważniejsze od wierności Jego Oblubienicy.

 

Tak, jak z uczciwością i z pogodą ducha sześćdziesiąt lat temu wykonywałem wątpliwe polecenia, ufając, że reprezentują one kochający głos Kościoła, tak dzisiaj z równą pogodą i uczciwością uznaję, że zostałem oszukany. Bycie dzisiaj spójnym poprzez trwanie w błędzie byłoby wyborem nędznym i sprawiłoby, że stałbym się wspólnikiem w oszustwie. Przypisywanie sobie od początku jasności oceny nie byłoby uczciwe: wszyscy wiedzieliśmy, że sobór będzie mniej lub bardziej rewolucją, ale nie mogliśmy sobie wyobrazić, że okaże się tak destrukcyjny, nawet przez wzgląd na tych, którzy powinni byli temu zapobiec. I jeśli do czasów Benedykta XVI mogliśmy wciąż sobie wyobrażać, że zamach stanu przeprowadzony przez drugi sobór watykański (nazywany przez kard. Suenesa „rokiem 1789 Kościoła”) doświadczył spowolnienia, to w tych ostatnich kilku latach nawet ci najbardziej prostoduszni pośród nas zrozumieli, że milczenie z powodu obawy przed schizmą, wysiłek reperowania papieskich dokumentów w duchu katolickim, by zaradzić ich zamierzonej dwuznaczności, apele i dubia skierowane do Franciszka, które wymownie pozostają pozbawione odpowiedzi – wszystko to stanowi potwierdzenie najpoważniejszej apostazji, na którą narażone są najwyższe szczeble hierarchii, podczas gdy lud chrześcijański i duchowieństwo czują, że zostali beznadziejnie porzuceni i są traktowani przez biskupów niemal jako utrapienie.

 

Deklaracja z Abu Zabi jest ideologicznym manifestem idei pokoju i współpracy pomiędzy religiami, który mógłby być tolerowany, gdyby pochodził od pogan pozbawionych światła Wiary i ognia Miłości. Jednak każdy, kto z racji chrztu świętego posiada łaskę bycia dzieckiem Bożym, powinien być przerażony na samą myśl o możliwości stworzenia współczesnej wersji wieży Babel, o zebraniu jednego prawdziwego Kościoła Chrystusa, dziedzica obietnic danych narodowi wybranemu, z tymi, którzy odrzucają Mesjasza oraz z tymi, którzy samą myśl o Bogu w trzech Osobach uważają za bluźnierstwo. Miłość Boga nie zna miary i nie toleruje kompromisów, w innym przypadku nie byłaby po prostu Miłością umożliwiającą pozostawanie w Nim: qui manet in caritate, in Deo manet, et Deus in eo [kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim] (1 J 4,16). Niewielkie znaczenie posiada to, czy jest to deklaracja, czy dokument Magisterium: wiemy dobrze, że wywrotowa mens innowatorów gra takimi drobiazgami szerząc błąd. Wiemy też dobrze, że celem tych ekumenicznych i międzyreligijnych inicjatyw nie jest nawracanie do Chrystusa tych, którzy znajdują się daleko od jedynego Kościoła, tylko rozpraszanie i psucie tych, którzy wciąż wyznają wiarę katolicką – prowadząc ich do przekonania, że rzeczą pożądaną jest wielka, uniwersalna religia łącząca w „jednym domu” religie abrahamowe. To zwycięstwo masońskiego planu przygotowującego nadejście królestwa Antychrysta! To, czy zmaterializuje się to wskutek bulli dogmatycznej, deklaracji czy wywiadu ze Scalfarim na łamach „La Repubblici” posiada niewielkie znaczenie bowiem zwolennicy Bergoglia czekają na jego słowa jako znak, na który odpowiadają serią inicjatyw organizowanych i przygotowywanych od jakiegoś już czasu. A jeśli Bergoglio nie podąża za wskazówkami, jakie otrzymał, szeregi teologów i duchowieństwa gotowe są biadać nad „samotnością papieża Franciszka” jako przesłanką jego rezygnacji (myślę na przykład o Massimo Faggiolim i jednym z jego ostatnich esejów). Z drugiej strony, nie byłby to pierwszy raz, kiedy wykorzystują oni papieża wówczas, gdy zgadza się z ich planami, a pozbywają się go albo atakują, gdy tego nie robi.

 

W zeszłą niedzielę Kościół świętował Najświętszą Trójcę, a w brewiarzu podaje nam do odmówienia Symbolum Athanasianum, obecnie skazane na banicję przez soborową liturgię i zredukowane przez reformę liturgiczną z roku 1962 do dwóch tylko okazji. Pierwsze słowa tego nieobecnego teraz Symoblum pozostają zapisane złotymi literami: Quicumque vult salvus esse, ante omnia opus est ut teneat Catholicam fidem; quam nisi quisque integram inviolatamque servaverit, absque dubio in aeternum peribit – „Ktokolwiek pragnie być zbawiony, przede wszystkim winien się trzymać katolickiej wiary. Której jeśliby kto nie zachował całej i nienaruszonej, ten niewątpliwie zginie na wieki”.

 

+ Carlo Maria Viganò

9 czerwca 2020 r.
dzień św. Efrema

 

źródło: onepeterfive.com

tłum. Jan J. Franczak


środa, 12 sierpnia 2020

Prof. Jacek Bartyzel: Sobór Watykański II i progresiści konspiracji nadreńskiej

piątek, 20 września 2019

Sobór Watykański II w świetle dokumentów Departamentu I oraz polityki zagranicznej komunistów




wtorek, 27 sierpnia 2019

Ks. dr Gregory Hesse: Kryminał wokół II Soboru Watykańskiego


sobota, 22 września 2018

Remnant Underground - Sobór Watykański II i efekt Vigano




Napisy polskie dostępne po kliknięciu w ikonkę NAPISY

wtorek, 24 kwietnia 2018

Zapomniane prawdy: Czyż obecna niezwykle poważna sytuacja Kościoła nie wynika właśnie z lekkomyślności, jaką była chęć wystawiania Boga na próbę?



„Sobór wprawił mnie w konsternację: nadmiar dokumentów, ich długość, często ich język – to właśnie mnie przeraża. Istnieją dokumenty, które bardziej świadczą o czysto ludzkiej pysze i nadmiernej pewności siebie aniżeli o prostej pewności wiary. Ale przede wszystkim jestem oburzony zachowaniem teologów”.

(...)

Sobór jest najwyższym wyrazem Magisterium i jego zwołanie może być uzasadnione tylko w przypadku najwyższej konieczności. Czyż obecna niezwykle poważna sytuacja Kościoła nie wynika właśnie z lekkomyślności, jaką była chęć wystawiania Boga na próbę? Czyż nie istniało, być może, pragnienie, aby przymusić Boga, by przemówił, gdy nie zachodziła ta najwyższa konieczność? Czy nie tak to się odbyło? Usprawiedliwienie zwołania Soboru, który miał odmienić wszystko, wymagało, aby episkopat – a jeśli nie on, to teologowie – mieli pewność, że wszystko idzie źle i że jest to stan chroniczny.

(...)

Nic nie wydaje mi się bardziej poważne, w przeciwieństwie do świętości Boga, niż pycha duchownych, którzy z czysto diaboliczną dumą wierzą, że mogą manipulować prawdą, którzy ośmielają się odnawiać Kościół i ratować świat bez odnawiania samych siebie. W całej historii Kościoła nie ma niczego, co można by porównać z ostatnim soborem, podczas którego katolicki episkopat uwierzył, że może odnowić wszystkie rzeczy nie będąc posłusznym niczemu innemu niż własna duma, bez wysiłku świętości, otwarcie przeciwstawiając się prawom Ewangelii, która wymaga od nas uznania, że człowieczeństwo Chrystusa było instrumentem wszechmocnej miłości, która zbawia przez Jego śmierć”.

ks. Divo Barsotti (1914–2006)

środa, 14 marca 2018

Bp. Atanazy Schneider: Interpretacje Soboru Watykańskiego II a kryzys Kościoła



Obecna sytuacja bezprecedensowego kryzysu Kościoła jest porównywalna z generalnym kryzysem w IV wieku, kiedy arianizm skaził przytłaczającą większość episkopatu, zajmując dominującą pozycję w życiu Kościoła. Musimy dążyć do zajęcia się tą obecną sytuacją z jednej strony z realizmem, a z drugiej w nadprzyrodzonym duchu – z głęboką miłością do naszego Kościoła – naszej matki – który doświadcza męki Chrystusa z powodu tego ogromnego i ogólnego doktrynalnego, liturgicznego i duszpasterskiego zamieszania – pisze bp Athanasius Schneider.

Musimy odnowić naszą wiarę wierząc, że Kościół jest w bezpiecznych dłoniach Chrystusa i że zawsze będzie On interweniować, by odnowić Kościół w chwilach, w których kościelna łódź wydaje się wywracać do góry dnem, co jest oczywistym przypadkiem w naszych czasach.

Jeśli chodzi o stosunek do Soboru Watykańskiego II musimy uniknąć dwóch skrajności: albo całkowitego odrzucenia (jak robią to sedewakantyści i część Bractwa św. Piusa X (FSSPX), albo traktowania jako nieomylnego wszystkiego, o czym sobór mówił. Sobór Watykański II był prawowitym zgromadzeniem, któremu przewodniczyli papieże i musimy zachować wobec tego soboru postawę pełną szacunku. Tym niemniej nie oznacza to, że nie wolno nam wyrażać dobrze ugruntowanych wątpliwości czy pełnych szacunku sugestii ulepszeń, dotyczących pewnych specyficznych kwestii, jednocześnie czyniąc to w oparciu o całą tradycję Kościoła i niezmiennego Magisterium.

Tradycyjne i stałe orzeczenia doktrynalne Magisterium w kilkusetletnim okresie mają pierwszeństwo i stanowią kryterium weryfikacyjne odnośnie ścisłości późniejszych autorytatywnych orzeczeń. Nowe orzeczenia Magisterium muszą z zasady być ściślejsze i jaśniejsze, ale nigdy nie powinny być niejednoznaczne i w rzeczywistości w sprzeczności z poprzednimi autorytatywnymi orzeczeniami. Te orzeczenia Soboru Watykańskiego II, które są niejednoznaczne, muszą być odczytywane i interpretowane według orzeczeń całej tradycji i niezmiennego Magisterium Kościoła.

W przypadku wątpliwości, orzeczenia niezmiennego Magisterium (poprzednich soborów i dokumentów papieży, których treść wykazuje pewną i powtarzającą się tradycję rozumianą tak samo w ciągu wieków) przeważają nad tymi obiektywnie niejednoznacznymi czy nowymi orzeczeniami Soboru Watykańskiego II, które z trudnością dają się pogodzić z konkretnymi orzeczeniami niezmiennego i poprzedniego Magisterium (np. powinność państwa, by publicznie oddawać cześć Chrystusowi, Królowi wszystkich ludzkich społeczności; prawdziwy sens biskupiej kolegialności w stosunku do prymatu Piotrowego i powszechnego zarządzania Kościołem; szkodliwość wszystkich niekatolickich religii oraz ich niebezpieczność dla wiecznego zbawienia dusz).

Sobór Watykański II należy postrzegać i przyjmować tak, jakim w rzeczywistości jest i jakim był: zasadniczo jako sobór duszpasterski. Sobór ten nie miał w zamierzeniu proponować nowych doktryn, ani proponować ich w ostatecznej formie. W swoich orzeczeniach sobór potwierdził głównie tradycyjną i stałą doktrynę Kościoła. Niektóre nowe orzeczenia Soboru Watykańskiego II (np. kolegialność, wolność religijna, dialog ekumeniczny i międzywyznaniowy, stosunek do świata) nie mają charakteru ostatecznego, a jako na pozór albo rzeczywiście niezgodne z tradycyjnymi i niezmiennymi orzeczeniami Magisterium należy je dopełnić dokładniejszym objaśnieniem i bardziej sprecyzowanymi suplementami o charakterze doktrynalnym. Ślepe zastosowanie zasady „hermeneutyki ciągłości” również nie pomaga, gdyż w ten sposób tworzy się wymuszone interpretacje, które nie są przekonujące i nie są pomocne w dochodzeniu do jasnego zrozumienia niezmiennych prawd wiary katolickiej i jej konkretnego zastosowania.

Orzeczenia do szlifu

Były przypadki w historii, kiedy nieostateczne orzeczenia pewnych soborów ekumenicznych były później – dzięki spokojnej debacie teologicznej – dopracowane czy po cichu korygowane (np. orzeczenia Soboru Florenckiego dotyczące materii sakramentu święceń kapłańskich, tj. że materią było przekazywanie instrumentów, podczas gdy pewniejsza i niezmienna tradycja mówiła, że nałożenie dłoni biskupa wystarczało, co było prawdą, która została ostatecznie potwierdzona przez Piusa XII w roku 1947). Gdyby po Soborze Florenckim teologowie zastosowali ślepo „hermeneutykę ciągłości” do tego konkretnego orzeczenia Soboru Florenckiego (obiektywnie błędnego stwierdzenia), broniąc tezy, że przekazanie instrumentów jako materii sakramentu święceń kapłańskich zgadza się z niezmiennym Magisterium, prawdopodobnie nie osiągnięto by ogólnego consensusu teologów dotyczącego prawdy, która mówi, że tylko nałożenie dłoni biskupa jest rzeczywistą materią sakramentu święceń kapłańskich.

Należy w Kościele stworzyć spokojny klimat dyskusji doktrynalnej dotyczącej tych orzeczeń Soboru Watykańskiego II, które są niejasne albo które wywołały błędne interpretacje. W takich dyskusjach doktrynalnych nie ma nic skandalicznego, ale wprost przeciwnie – będzie to wkład mający na celu podtrzymanie i wyjaśnienie w pewniejszy i bardziej integralny sposób depozytu niezmiennej wiary Kościoła.

Nie należy tak bardzo uwydatniać pewnego soboru, absolutyzując go albo zrównując w rzeczywistości z ustnym (Tradycja święta) czy spisanym (Pismo Święte) Słowem Bożym. Sam Sobór Watykański II słusznie stwierdził (por. Verbum Dei, 10), że Magisterium (papieże, sobory, Magisterium zwykłe i powszechne) nie stoi ponad Słowem Bożym, ale poniżej, poddane mu i będąc jedynie jego (ustnego Słowa Bożego, tj. Tradycji świętej i spisanego Słowa Bożego, tj. Pisma Świętego) sługą.

Z obiektywnego punktu widzenia orzeczenia Magisterium (papieży i soborów) o ostatecznym charakterze mają większą wartość i większą wagę w porównaniu do orzeczeń o charakterze duszpasterskim, które w sposób naturalny nacechowane są zmiennością i tymczasowością, w zależności od okoliczności historycznych albo reakcji na sytuacje duszpasterskie pewnego okresu czasu, jak ma to miejsce w przypadku dużej części orzeczeń Soboru Watykańskiego II.

Oryginalny i wartościowy wkład Soboru Watykańskiego II polega na powszechnym wezwaniu do świętości wszystkich członków Kościoła (rozdz. V Lumen gentium), na znaczeniu świeckich wiernych w podtrzymywaniu, bronieniu i propagowaniu wiary katolickiej oraz ich powinności ewangelizowania i uświęcania doczesnych realiów zgodnie z nieprzemijającym sensem Kościoła (rozdz. IV Lumen gentium), na prymacie adoracji Boga w życiu Kościoła i w sprawowaniu liturgii (Sacrosanctum concilium, nn. 2,5-10). Resztę można uważać do pewnego stopnia za wkład drugorzędny, tymczasowy i – w przyszłości – prawdopodobnie niewart pamiętania, jak było to w przypadku pewnych nieostatecznych, duszpasterskich i dyscyplinarnych orzeczeń różnych soborów ekumenicznych w przeszłości.

Następujące zagadnienia – Matka Boża, uświęcenie osobistego życia wiernych wraz z uświęceniem świata zgodnie z odwiecznym sensem Kościoła oraz prymat adoracji Boga – to najpilniejsze aspekty, które należy przeżywać w naszych czasach. W tym Sobór Watykański pełni rolę profetyczną, która niestety nie jest jeszcze uświadamiana w sposób zadawalający.

Zamiast przeżywać te cztery aspekty, znaczna część „nomenklatury” teologicznej i administracyjnej w życiu Kościoła promowała przez ostatnie 50 lat i wciąż promuje niejasne doktrynalne, duszpasterskie i liturgiczne zagadnienia, zniekształcając tym samym pierwotny zamiar Soboru, albo nadużywając jego mniej jasne czy niejednoznaczne orzeczenia doktrynalne, aby tworzyć inny Kościół – Kościół typu relatywistycznego i protestanckiego. W naszych czasach doświadczamy kulminacji tego rozwoju.

Zablokowana korekta

Problem obecnego kryzysu Kościoła polega częściowo na fakcie, że niektóre orzeczenia Soboru Watykańskiego II – które są obiektywnie niejednoznaczne, albo te nieliczne orzeczenia, które z trudem dają się pogodzić z niezmienną nauczycielską tradycją Kościoła – zostały potraktowane jako niezmienne. W ten sposób zdrowa debata, obejmująca z konieczności ukrytą lub cichą korektę, została zablokowana.

Jednocześnie dano zachętę do tworzenia teologicznych twierdzeń przeciwnych odwiecznej tradycji (np. dotyczących nowej teorii zwykłego podwójnego podmiotu głównej władzy Kościoła, tj. samego papieża i całego kolegium biskupiego razem z papieżem; doktryny o neutralności państwa wobec publicznej czci, którą musi oddawać prawdziwemu Bogu, jakim jest Jezus Chrystus, Król także każdego człowieka i społeczności politycznej; relatywizacji prawdy, że Kościół katolicki jest jedyną drogą zbawienia, chcianą i nakazaną przez Boga). Musimy wyzwolić się z łańcuchów absolutyzowania i traktowania jako całkowicie nieomylnego Soboru Watykańskiego II. Musimy prosić o klimat spokojnej i pełnej szacunku debaty w szczerej miłości do Kościoła i do niezmiennej wiary Kościoła.

Pozytywny sygnał dostrzegamy w fakcie, jakim 2 sierpnia 2012 roku było napisanie przez papieża Benedykta XVI przedmowy do tomu dotyczącego Soboru Watykańskiego II w wydaniu jego Opera omnia. W tej przedmowie Benedykt XVI wyraził zastrzeżenia związane z konkretną treścią dokumentów Gaudium et spes i Nostra aetate. Na podstawie wymowy tych słów Benedykta XVI można zrozumieć, że konkretne wady w pewnych partiach tych dokumentów nie należą do takich, które da się poprawić „hermeneutyką ciągłości”.

FSSPX, kanonicznie i w pełni włączone w życie Kościoła, mogłoby także wnieść cenny wkład w tę debatę – jak pragnął arcybiskup Marcel Lefebvre. Pełna kanoniczna obecność FSSPX w życiu Kościoła naszych czasów mogłaby także pomóc w stworzeniu ogólnego klimatu konstruktywnej debaty, aby to, w co wierzono zawsze, wszędzie i w co wierzyli wszyscy katolicy przez 2000 lat, było również przedmiotem wiary w jaśniejszy i pewniejszy sposób w naszych czasach, spełniając tym samym prawdziwe duszpasterskie intencje ojców Soboru Watykańskiego II.

Autentyczny zamiar duszpasterski ma za swój cel wieczne zbawienie dusz – zbawienie, które osiągnie się jedynie głoszeniem całej woli Boga (por. Act 20,7). Niejednoznaczność doktryny wiary i jej konkretnego zastosowania (w liturgii i w życiu duszpasterskim) zagroziłaby wiecznemu zbawieniu dusz i byłaby w konsekwencji antyduszpasterska, gdyż głoszenie jasności i integralności wiary katolickiej oraz jej wierne konkretne zastosowanie jest wyraźną wolą Boga.

Jedynie doskonałe posłuszeństwo woli Boga – który poprzez Chrystusa objawił nam Słowo Wcielone, a poprzez apostołów prawdziwą wiarę, wiarę interpretowaną i praktykowaną nieustannie w tym samym rozumieniu przez Magisterium Kościoła – doprowadzi do zbawienia dusz.

Athanasius Schneider, 
biskup pomocniczy archidiecezji Najświętszej Maryi Panny 
w Astanie w Kazachstanie

Źródło: „Rorate Caeli”

Tłum. Jan J. Franczak

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-08-22)

czwartek, 12 października 2017

Kulisy Vaticanum II: Kardynał ucichł, a zebrani ojcowie zaczęli się śmiać, a potem wiwatować...



"Kiedykolwiek myślę o Soborze zawsze mam w wyobraźni jeden obraz: starzejącego się kardynała Alfredo Ottavianiego, wówczas niewidomego, mającego około 80 lat, utykającego, głowę Świętego Oficjum, a więc głównego urzędnika doktrynalnego Kościoła, urodzonego w Trastevere w rodzinie wielodzietnej, a zatem Rzymianina z Rzymu, z ludu Rzymu, jak bierze mikrofon, by przemówić do 2000 zebranych biskupów. A gdy mówi, prosząc biskupów, by rozpatrzyli teksty, na których przygotowanie kuria poświęciła trzy lata, nagle mikrofon zostaje wyłączony. Mówił dalej, ale nikt nie mógł usłyszeć słowa. Wówczas zdziwiony i podenerwowany, w zakłopotaniu urwał, a zebrani ojcowie zaczęli się śmiać, a potem wiwatować..."

ks. prof. Brunero Gherardini

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dziwaczna opowieść o soborowym ekspercie


Sobór Watykański II
Sobór Watykański II / Źródło: Wikimedia/Lothar Wolleh/CC BY-SA 3.0

Polskim czytelnikom, obawiam się, ani nazwisko Gregory Bauma, ani też sensacje dotyczące jego przeszłości, które właśnie ujawnił portal Lifesitenews wiele nie mówią. A szkoda. Ten 93-letni, kanadyjski były ksiądz jak mało kto zaważył na losach Kościoła katolickiego w XX wieku, a siłą rzeczy i w wieku XXI.

To Baum był bowiem autorem pierwszej wersji jednego z najbardziej przełomowych dokumentów Soboru Watykańskiego II, o stosunku Kościoła do innych religii – „Nostra aetate”. Razem z nieżyjącymi już kardynałem Augustinem Beą i księdzem Johnem Oesterreicherem, Baum był też prawdziwym współautorem deklaracji w jej ostatecznej formie. Jak pisał o nim w 2011 roku magazyn "Commonweal": „Sobór był dziełem Gregory Bauma. (…) Pracował wykonując różne funkcje w komisjach przygotowujących najważniejsze dokumenty. Zaczął swoją pracę w listopadzie 1960 roku, a zakończył ją w grudniu 1965 roku, dzięki czemu mógł napisać pierwszy szkic Nostra aetate”.

Można zatem uznać, że to w dużej mierze dzięki aktywności Bauma, Kościół zmienił zasadniczo swoje podejście do judaizmu. Po pierwsze odrzucił zdecydowanie wszelkie próby przypisywania Żydom odpowiedzialności za śmierć Jezusa, po drugie, co było nie mniejszą nowością, praktycznie zrezygnował z głoszenia konieczności nawrócenia Żydów na chrześcijaństwo. Zamiast wzywać do nawrócenia Kościół postanowił przepraszać za własne winy i głosić walkę z wszelką formą antysemityzmu. Dokument ten stał się prawdziwym punktem wyjścia dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. To po jego publikacji pojawiła się też absurdalna teoria o istnieniu dwóch równych, niezależnych dróg do zbawienia – drogi chrześcijańskiej i żydowskiej. To do niego nieustannie nawiązywali i nawiązują kolejni hierarchowie, kiedy chcą podkreślić nowość i oryginalność posoborowego Kościoła.

Życiowa droga i ewolucja myśli Bauma doskonale pokazują ogólny proces zmian w całym katolicyzmie. Jeszcze w latach 50. kiedy był księdzem katolickim i profesorem teologii w Toronto bronił „Nowego Testamentu” przed zarzutami o antysemityzm, twierdząc, że oskarżane o to teksty były jedynie niewłaściwie interpretowane. Wydawał się zapewne wyjątkowo wiarygodnym świadkiem – jego matka była Żydówką, a on sam musiał uciekać z Europy przed prześladowaniami Niemców. Po przybyciu do Kanady i studiach nawrócił się na katolicyzm. Zdobył sławę i rozgłos, dzięki czemu mógł wyjechać do Rzymu. Wtedy też zaczął zmieniać swoje stanowisko. Dzięki licznym spotkaniom z przedstawicielami środowisk żydowskich i zaangażowaniu w działalność ekumeniczną doszedł do wniosku, że problemem nie jest interpretacja niektórych tekstów z Nowego Testamentu, ale w ogóle wiara chrześcijańska jako taka. Kto wierzy w to, że Jezus jest Chrystusem, utrzymywał, ten potępia tych, którzy owej wiary nie przyjęli, tym samym zaś odrzuca Żydów. Przyjęcie chrześcijaństwa kwestionuje tożsamość żydowską, sądził, zatem wszelkie próby konwersji powinny zostać odrzucone. Po Holocauście dążenie do nawracania Żydów stawało się przejawem antysemityzmu. Jak powiedział sam Baum: „Po Auschwitz kościoły chrześcijańskie nie chcą już nawracać Żydów. Nawet jeśli nie mogą być one pewne teologicznych podstaw, które pozwalają im odejść od tej misji, kościoły doszły do świadomości, że próba nawracania Żydów na chrześcijaństwo jest drogą do ich duchowego wymazania z powierzchni Ziemi i faktycznym dopełnieniem Holocaustu”.

Rzeczywiście, dość to śmiały wniosek jak na soborowego eksperta. Przyjęcie takiego punktu widzenia oznacza przecież nie tylko zerwanie z całą historyczną tradycją chrześcijaństwa, ale też prowadzi do wzięcia na siebie przez Kościół współwiny za cierpienie Żydów w czasie II wojny światowej. Nie ma wątpliwości, że to co Baum nazywał eufemistycznie brakiem pewności co do teologicznych podstaw nowego podejścia, było po prostu zerwaniem i zaprzeczeniem całej wcześniejszej tradycji i żadna dialektyka nie jest tego w stanie przekreślić. Całe posłannictwo Jezusa było skierowane najpierw do Izraela, wszystkie misje Pawła kierowały się najpierw do Żydów, a dopiero później do pogan, w czasie pierwszego wystąpienia w Jerozolimie do mieszkańców świętego miasta Piotr wyraźnie wzywał do nawrócenia i wiary w Chrystusa. Można się pytać jak Kościół może zachować powszechność, rezygnując z misji do Żydów? Jednak wraz z przyjęciem nowej teologii i uznaniem dokumentu „Nostra aetate” wszystko się zmieniło. Nagle pojawiła się teoria dwóch dróg, dwóch ludów, starszych i młodszych braci. To, że sam dokument nie był końcem, ale raczej początkiem dialogicznej przygody świadczy dalszy życiorys Bauma. Właśnie wskutek prac nad soborowym tekstem doszedł on do wniosku, że chrześcijaństwo ma w sobie nieusuwalny bakcyl antysemityzmu i wrogości. Zanim jednak osiągnął ten stan oświecenia cieszył się sławą autorytetu i pracował nad najważniejszymi tekstami kościelnymi.

I właśnie tego jeszcze okresu dotyczą informacje z Lifesitenews. Portal cytuje własne, szczere wyznania Bauma, który opowiada o swoim czynnym homoseksualizmie i powodach jego dotychczasowego skrywania. „Nie opowiadałem wcześniej publicznie o moim homoseksualizmie, gdyż taki akt uczciwości zmniejszyłby mój wpływ jako krytycznego teologa” – stwierdził kanadyjski profesor. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że swoją aktywność homoseksualną Baum rozpoczął w 1963 roku, kiedy to trwały w najlepsze prace Soboru i Baum przygotowywał tekst „Nostra aetate”. „Miałem 40 lat (1963 r.) kiedy doszło do mojego pierwszego stosunku seksualnego z mężczyzną. Spotkałem go w restauracji w Londynie. To było podniecające i jednocześnie rozczarowujące, bo wiedziałem czym jest miłość i tym co naprawdę chciałem to dzielenie życia z partnerem”.

Rzeczywiście, taki skandal mógł wpłynąć na jego pozycję jako teologa. Od 1962 roku był redaktorem pisma „The Ecumenist”, współpracował także z innym znanym pismem „Concillium”, gdzie publikowali m.in. Yves Congar, Hans Kueng i Karl Rahner. Baum od lat 70. zaangażował się w popieranie teologii wyzwolenia, walkę z niesprawiedliwością społeczną i inne lewicowe projekty. Jak wielki był jego wpływ na Kościół w Kanadzie świadczy to – zauważa John-Henry Westen – że to pod wpływem Bauma i jego publicznej krytyki kanadyjscy biskupi odrzucili encyklikę Pawła VI „Humanae Vitae”. Sam Baum ogłosił o swym wystąpieniu z kapłaństwa w gazecie, mimo to nadal uważany był za wpływowego i miarodajnego teologa katolickiego. Następnie ożenił się z byłą zakonnicą, o której mówił, że „nie przeszkadzało jej to, że gdy w 1986 roku przeprowadziliśmy się do Montrealu spotkałem Normanda, byłego księdza, w którym się zakochałem.” Jak opisywał dalej Baum, Normand jest „gejem i dobrze przyjął moją orientację seksualną”.

Dziwaczna to bardzo opowieść, w której współautor najbardziej znanego tekstu Soboru opowiada o swoich stosunkach z byłą zakonnicą i księżami gejami. Trudno oczywiście przyjąć, że homoseksualna postawa Bauma determinowała całą jego działalność w czasie Soboru. Z drugiej strony czy można mieć wątpliwości, że istotnie musiała ona wpłynąć na jego ocenę Kościoła i na dążenie do podważenia jego nauki i doktryny? Dla wielu kanadyjskich i amerykańskich katolików Baum stał się symbolem wierności duchowi Soboru. Tyle, że nic wcześniej o jego homoseksualnej orientacji nie wiedzieli. To, co wydaje się wielce prawdopodobne, to to, że Baum musiał od wczesnych lat 60. dążyć do rozmycia i osłabienia katolicyzmu, czego doskonałym przykładem jest właśnie tekst „Nostra aetate”.

Paweł Lisicki







Źródło informacji: DoRzeczy.pl 


Tekst ten możecie Państwo przeczytać na Rzymskim Katoliku dzięki uprzejmości redakcji Tygodnika Do Rzeczy, która pozwoliła nam go przedrukować, za co z góry serdecznie dziękujemy.

© ℗ Materiał chroniony prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.