_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Ferrara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Ferrara. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 października 2017

Krzysztof Ferrara: Przeciwko austriackiej herezji


Foto: Austriacka szkoła ekonomii https://bkmarcus.com/
Murray Rothbard miał wielu prominentnych katolickich przyjaciół w przeciągu swojego życia, ale ewidentnie żaden z nich nie zdołał go nawrócić. Twierdził, że jest „neotomistą” z powodu osobliwej zsekularyzowanej koncepcji „praw naturalnych”, oderwanej od jakiegokolwiek boskiego ustanowienia. Rothbard (i inni „Austriacy) próbowali przedstawić jego wersję praw naturalnych jako usankcjonowaną przez hiszpańskich scholastyków, ale, rzecz jasna, żaden scholastyczny filozof nigdy nie utrzymywał, iż mogą istnieć prawa naturalne bez boskiego prawodawcy nadającego im moc prawa naturalnego, które jest przyrodzonym udziałem człowieka w prawie wiecznym. Nie mogą istnieć prawa bez prawodawcy. I skoro nie ma boskiego stwórcy, który obdarzył człowieka stałą naturą, jaki jest sens mówienia o ludzkiej „naturze” i „naturalnych” prawach? Uczoność Rothbarda, przypisująca św. Tomaszowi z Akwinu i Suarezowi całkowitą niezależność kwestii prawa naturalnego od kwestii istnienie Boga, była nie tylko tandetna, lecz również nonsensowna.

Teoria prawa naturalnego Rothbarda była ograniczona do (nieistniejącego) „posiadania” własnego ciała i posiadania własności prywatnej. Skoro były to jedyne prawa naturalne uznawane przez Rothbarda jako uniwersalnie wiążące, ograniczał (podobnie jak stanowczy utylitarysta Ludwig von Mises) zakres władzy państwowej do ochrony tylko tych praw. Tak więc, definiował „wolność” jako brak naruszenia jakiejkolwiek osoby lub jej własności przez innego człowieka.

Na podstawie jego koncepcji praw naturalnych i wolności, których dewiacja od katolickiego nauczania jest oczywista, Rothbard był nie tylko rzecznikiem zalegalizowanej aborcji, lecz również prawa do sprzedaży własnego dziecka, tj. do sprzedania tytułu posiadania praw rodzicielskich lub, jeśli kto woli, pozwolenia na zagłodzenie własnego dziecka. O tym ostatnim „prawie”, Rothbard pisał, że pozwala na rozwiązanie tak irytujących dylematów jak: czy rodzic powinien pozwolić umrzeć zdeformowanemu dziecku (np. nie karmiąc go)? Odpowiedź, rzecz jasna, brzmi ‘tak’(…). Rothbard był jednak pewien, że w libertariańskim społeczeństwie, istnienie wolnego rynku niemowląt obniży takie zaniedbania do minimum. Takie poglądy Rothbarda są eksponowane w jego książce „Ethics of Liberty”, którą Lew Rockwell [szef amerykańskiego Ludwig von Mises Institute- dop. tłum.] promuje jako część kanonu i jedną z dziesięciu „niezbędnych” pozycji literatury „austriackiej”.

W ukazywaniu, że „Austriacy” nietrafnie przedstawili nauczanie scholastyków na temat sprawiedliwej płacy i sprawiedliwej ceny, dr Peter Chojnowski zrobił coś więcej, niż uczynienie naukowej obserwacji. Jak sam zwraca uwagę, Mises (i o wiele bardziej Rothbard) orędował na rzecz porządku społecznego, który neguje Christianitas i całe społeczne, gospodarcze i moralne nauczanie Kościoła Katolickiego oraz czyni „nieoperatywną” całą moralną i filozoficzną tradycję klasyczną.

Dr Peter Chojnowski odnosi się tutaj do fundamentalnej prawdy o ludzkiej egzystencji afirmowanej przez człowieka Zachodu od czasów pogańskich filozofów aż do wielkich, antyliberalnych papieży XIX i wczesnego XX wieku: człowiek jest zobligowany przez własną naturę do życia w społeczeństwie pod wspólną władzą i zestawem przepisów prawa oraz, że ten układ, zwany państwem, jest konieczny nie tylko dla utrzymania pokoju, lecz rownież dla osiągnięcia cnót, czyli stając się na tyle podobnym Bogu, na ile jest to dla człowieka możliwe. Jak oświadczył papież Leon XIII w swojej monumentalnej encyklice na temat natury ludzkiej wolności: Widziała to dosyć jasno filozofia starożytnych; zwłaszcza zaś ci, co uczyli, że oprócz mędrca nikt wolnym nie jest: mędrcem zaś, jak wiadomo, nazywali tego, kto nauczył się żyć wytrwale podług natury, to jest uczciwie i cnotliwie.

Misesowsko-rothbardowski system, idąc nawet dalej niż francuscy rewolucjoniści i Deklaracja Praw Człowieka, zdecydowanie odrzucą powyższą koncepcję państwa. Jak pisał Rothbard w „Ethics of Liberty”: Wielką wadą teorii prawa naturalnego – od Platona i Arystotelesa do tomistów oraz Leo Straussa i jego zwolenników w obecnych czasach- było to, że była ona głęboko etatystyczna zamiast indywidualistyczna.

Oznacza to, że cała zachodnia tradycja jest w błędzie a racja jest po stronie Rothbarda. W ślad za Rothbardem, wielu współczesnych „Austriaków” nie tylko ograniczyłoby zasięg władzy państwa do zwykłej ochrony przed przemocą i złodziejstwem ( à la Mises), ale obaliłoby państwo jako takie na rzecz utopijnego „anarcho-kapitalistycznego” ustroju, podtrzymywanego przez agencje ubezpieczeniowe i inne prywatne agencje umowne. Jak tłumaczy libertariański badacz Ralph Raico: Współcześni austriaccy ekonomiści, idąc w ślad Misesa, przyjęli w zasadzie bardziej radykalną formę liberalizmu. Przynamniej jeden z nich, Murray N. Rothbard (…) poszedł dalej w swoim antyetatyzmie. To w dużej mierze dzięki Rothbarda ‘libertariańskim badaniom i rzecznictwu’ (…) austrianizm jest kojarzony w umysłach wielu z obroną wolnego rynku i własności prywatnej aż do obalenia państwa i , tym samym, całkowitego tryumfu społeczeństwa obywatelskiego.

Tak więc, zarówno marksista jak i „Austriak” przewidują obumieranie państwa, choć dochodzą do swojej krainy snów z dwóch przeciwstawnych stron: jeden przez obalenie własności prywatnej, drugi wywyższając ją do summum bonum polityki (nawet jeśli Rothbard uznawał, że „osobista etyka” może wyznaczać wyższe cele człowiekowi).

Na tym tle, przedsięwzięcie zapoczątkowane przez Rothbarda, czyli próba uczynienia z hiszpańskich scholastyków „proto-Austriaków”, jest szczególnie istotne. Celem jest przekonanie nas, iż katolik może z czystym sumieniem uwierzyć w to, że cena rynkowa jest ceną sprawiedliwą bez potrzeby dalszego dochodzenia moralnego oraz, że to stwierdzenie jest prawdziwe zawsze i wszędzie, zarówno w odniesieniu do płac jak i towarów. Oczywiście, akceptacja tego twierdzenia jest równoznaczna z odrzuceniem nauczania siedmiu kolejnych papieży, zarówno przed- jak i posoborowych, którzy eksponują całkiem odmienne zdanie w kwestii sprawiedliwej płacy.

Leon XIII, św. Pius X, Pius XI, Pius XII, Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, wszyscy kładli nacisk dokładnie na to, iż „cena rynkowa” i sprawiedliwa płaca nie są moralnie równoważne, gdyż pracodawca jest zobowiązany przez sprawiedliwość zapłacić, kiedykolwiek na to okoliczności pozwalają, płacę wystarczającą dla zwykłego utrzymania najemnego pracownika i jego rodziny, niezależnie od tego co rzekomo dyktuje „rynek”. Jak oświadczył Leon XIII w „Rerum Novarum”: (…) zawsze pozostanie do spełniania prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron, które powiada, że płaca winna pracownikowi rządnemu i uczciwemu wystarczyć na utrzymanie życia. Jeśli zatem pracownik zmuszony koniecznością, albo skłoniony strachem przed gorszym nieszczęściem, przyjmuje niekorzystne dla siebie warunki, które zresztą przyjmuje tylko pod przymusem, ponieważ mu je narzuca właściciel warsztatu lub w ogóle pracodawca, wtedy dokonuje się gwałt, przeciw któremu głos podnosi sprawiedliwość.

Według „Austriaków”, hiszpańscy scholastycy podzielali ich teorię o tym, że ceny i płace są sumą subiektywnych ocen użyteczności dokonanych przez strony wymiany (czyli co każda strona sądzi o wartości dobra lub usługi podlegającej transakcji bądź nie pod kątem zaspokajania potrzeb na jego osobistej skali wartości), a nie takich obiektywnych czynników jak koszt plus rozsądny zysk, potrzeby związane z utrzymaniem się lub powszechnie szacowana wartość wewnętrzna dobra.

Jednak, jak wykazuje dr Peter Chojnowski, pisma samych „Austriaków” przyznają (lub przynajmniej nieopatrznie ujawniają), że scholastycy nie nauczali tego absolutystycznego poglądu. Raczej, na co wskazywał słynny tradycyjnie katolicki ekonomista Heinrich Pesch SJ w piątej księdze swojego encyklopedycznego traktatu o gospodarce, „Lehrbuch der Nationalokonomie”, scholastyczne nauczanie o sprawiedliwej cenie było połączeniem ’subiektywnych’ i ‘obiektywnych’ czynników, jako że te wywierają decydujący wpływ na kształtowanie się cen. Te czynniki obejmowały nie tylko subiektywną użyteczność, lecz również jakościową zdolność towarów dla zaspokajania ludzkich potrzeb, pracę i koszty związane z produkcją i udostępnianiem towaru i, najbardziej szkodliwą dla „austriackiej” argumentacji, ogólną [obiektywną] szacowaną wartość i oficjalnie ustanowioną cenę zgodnie z powszechną mediewalną praktyką prawną ustanawiającą pułap dla cen wprowadzonych przez księcia, zwłaszcza w odniesieniu do codziennych potrzeb. Zaiste, nawet w przypadku płac, hiszpańscy scholastycy generalnie pozostawali w zgodzie z późniejszym nauczaniem papieskim o tym, że na rynku pracy przymus był możliwy dzięki słabej sile przetargowej pracownika lub pracodawcy i że zmowa związana z kombinacjami na rynku pracy może wymagać bezstronnego obserwatora do ustalenia sprawiedliwej płacy, odpowiednio wzmocnionej przez przepis prawny – nie do końca muzyka dla „austriackich” uszu.

Skąd więc ten „austriacki” nacisk na ekskluzywną subiektywną teorię użyteczności i wynikającą z niej „wolną umowę” jako jedyne kryterium sprawiedliwości cen i płac? Dlaczego „Austriacy” na poważnie bronią Wuja Scrooge’a i praktykę cenowego żłobienia zdesperowanych konsumentów w sytuacjach kryzysowych, gdy głos sumienia każdego rozsądnego człowieka woła „skandal!” i „niesprawiedliwość!”? Odpowiedź brzmi: gdyż nie ma obiektywnego kryterium sprawiedliwej płacy i ceny oraz dlatego, że jeśli sprawiedliwa płaca lub cena – w każdej sytuacji, zawsze i wszędzie- są ustalane przez rynek, wówczas rynek staje się całkowicie „samoregulujący” i tym samym odporny na moralną korektę swoich nadużyć ze strony Kościoła lub władzy cywilnej. Jeśli sprawiedliwa cena to nic innego jak cena rynkowa, wówczas jest o tyle wygodne, że rynek nigdy nie zawodzi w osiąganiu sprawiedliwości w taki sposób zdefiniowanej. Oznacza to, że cudowna „samoregulująca” zdolność rynku może być silnym argumentem na rzecz „wolnorynkowego społeczeństwa” opartego na „zasadzie rynku”, gdzie ludzkie działanie generalnie jest uwolnione od jakiejkowiek „zewnętrznej” normy sprawiedliwości narzuconej przez prawo, poza przypadkami gospodarczej wymiany, tj. brak przemocy lub kradzieży. Jak argumentował sam Rothbard w ustępie pełnym tendencyjnej terminologii: Zasada rynkowa urzeczywistnia się za każdym razem, gdy następuje wolny, pokojowy i jednostkowy akt wymian; zasada hegemoniczna za każdym razem, gdy człowiek wymusza wymianę groźbą przemocy. Wszystkie odcienia społeczeństwa są mieszaniną tych dwóch podstawowych elementów. Dlatego im bardziej zasada rynku panuje w społeczeństwie, tym większe będą wolność i dobrobyt tego społeczeństwa. Im bardziej panuje zasada hegemoniczna, tym większa będzie skala niewolnictwa i biedy.

Wysiłek na rzecz „ochrzczenia” tego, co słusznie zostało nazwane (w szerokim, niekanonicznym znaczeniu) „austriacką herezją” doprowadziłby nas jedynie do bardziej „oczyszczonej” formy tego samego porządku społecznego potępionego przez każdego papieża od Piusa VI do Piusa XII. Jednak, jak dobrze rozumieją wierni katolicy, Murray Rothbard nie miał pojęcia co oznacza „wolność”, ani nie posiadał żadnego autorytetu, aby nauczać o naturze społecznej wolności. Cała prawda o wolności społecznej znajduje się jedynie w nauczaniu Magisterium, którego jeden ustęp niesie więcej mądrości niż całe nadęte zbiory austriackiej filozofii politycznej. Jak nauczał papież Leon XIII w encyklice Libertas Praestantissimum: Stąd zrozumieć można, że w wiecznym prawie Boga istnieje norma i reguła wolności, i to nie tylko pojedynczych ludzi ale także społeczności i zjednoczenia ludzkiego. Prawdziwa zatem wolność w społeczeństwie ludzi nie na tym polega, iżbyś działał, co się podoba: powstałoby z tego chyba największe zaburzenie i wyniknęło zamieszanie ze szkodą państwa, lecz na tym, abyś, zachowując cywilne prawa, mógł łatwiej żyć wedle przepisów wiecznego prawa. Wolność zaś zwierzchników nie na tym zależy, iżby płocho i za głosem namiętności rozkazywać mogli: byłoby to również występnym i z największą zgubą dla rzeczypospolitej połączonym, lecz moc praw ludzkich w tym być winna, aby o nich rozumiano, że z wiecznego wynikają prawa i aby nic nie stanowiły, co by nim, jako źródłem wszelkiego prawa, nie było objętym. Bardzo mądrze powiedział Augustyn. “Sądzę, że i ty także spostrzegasz, iż w owem czasowem (prawie) nie ma nic sprawiedliwego, ani prawowitego, czego by sobie ludzie z tego wiecznego (prawa) nie byli przyswoili” . Gdyby zatem jakakolwiek władza coś takiego przepisała, co by w rozterce z zasadami zdrowego rozumu zostawało, a dla państwa zgubnym było, nie miałoby to znaczenia prawa, gdyż nie byłoby ani regułą sprawiedliwości, a ludzi odwodziłoby od dobra, dla którego powstała społeczność.

Papież Leon wyjaśnia tutaj w zwięzły sposób na czym polega jedyna koncepcja społecznej wolności do której mogą przylgnąć katolicy. Nie powinniśmy również podzielać argumentacji niektórych katolickich „Austriaków” o tym, że koncepcja społecznej wolności w rozumieniu Kościoła jest dzisiaj nieaktualna i że powinniśmy zgodzić się na oportunistyczne pogodzenie się „z faktami”. Mając na uwadze dokładnie taki typ liberalnego katolika, Pius XI deklarował:

Wielu wierzy, lub twierdzi że wierzy i mocno trzyma się nauki katolickiej w takich kwestiach jak: autorytet społeczny, prawo do posiadania własności prywatnej, stosunek między kapitałem a pracą, prawa ludzi pracy, stosunki między Kościołem a państwem, religią a państwem, stosunki między różnymi klasami społecznymi, stosunki międzynarodowe, prawa Stolicy Świętej i uprawnienia Biskupa Rzymu i Episkopatu, prawa społeczne Jezusa Chrystusa, który jest Twórcą, Odkupicielem i Panem nie tylko jednostek, ale narodów. Pomimo tych uroczystych zapewnień mówią oni, piszą, a co więcej działają, jak gdyby nie trzeba już było postępować według tych nauk, lub jak gdyby już w pełni nie obowiązywały te nauki i uroczyste oświadczenia, które można znaleźć w tak wielu dokumentach Stolicy Świętej, szczególnie w tych, napisanych przez Leona XIII, Piusa X i Benedykta XV. Jest to rodzaj moralnego, prawnego i społecznego modernizmu, który potępiamy nie mniej stanowczo, jak potępiamy modernizm teologiczny.

Wreszcie, możemy odpowiedzieć tym społecznym modernistom, którzą chcą, aby katolicki ideał poszedł na kompromis, cytując przeciwko nim napomnienie samego Rothbarda, aby nigdy nie porzucać „radykalnego idealizmu”:

Wolnorynkowy ekonomista F.A. Hayek, sam nie będąc żadnym ekstremistą, napisał elokwentnie o istotnym znaczeniu dla powodzenia wolności, jakie ma trzymanie wysoko czystej i ‘ekstremalnej’ ideologii, jako niezapomnienej wiary. Hayek napisał, że jedną z wielkich atrakcji socjalizmu zawsze był niesutający nacisk na jego ‘idealny’ cel, ideału, który przenika, informuje i kieruje działania wszystkich tych dążących do jego osiągnięcia (…) Hayek podkreśla tutaj istotną prawdę i ważny powód dlaczego należy podkreślać ostateczny cel: emocje i entuzjazm, które mogą zainspirować logicznie spójny system.

Katolicy mogą, rzecz jasna, podpisać się pod sentymentem Rothbarda o „trzymaniu wysoko” ich „niezapomnianej wiary” odnośnie prawdziwej wolności. Katolickie nauczanie o wolności znajduje się w doktrynie im przekazanej, nie przez pisma liberalnych Żydów, lecz przez Kościół, który Wcielony Bóg założył w celu uczynienia uczniów ze wszystkich narodów.

Tłum. Michał Krupa

Źródło informacji: Konserwatyzm.pl

niedziela, 18 października 2015

Gabinet osobliwości, czyli tajny synod sponsorowany przez papieża Franciszka Ostrzeżenie:




Ostrzeżenie: Zgryźliwy komentarz. Ostrożność przy lekturze wysoce wskazana.

Szokująco dosadny nagłówek, w rzeczy samej. Lecz, skoro wydarzenia w nowej auli synodalnej – gdzie, jak nam powiedziano, wszystko stanie się nowym – przebiegają w sposób całkowicie przewidywalny, czemu mielibyśmy się bawić w niuanse? Mamy przecież papieża, który nie owija w bawełnę i którego intencje nie mogłyby być wyrażone dosadniej w przeciągu ostatnich osiemnastu miesięcy zadziwiających zniewag i umniejszania praktycznie każdego elementu apostolskiej tradycji i duchowości. Jest jasne, że Franciszek przygotowywał się na tę chwilę od momentu swego powołania, jeśli nie wcześniej, i oto nastał ten moment w całej swej mało zaszczytnej glorii. Nazwijmy ten synod po imieniu: jest to przedsięwzięcie tajemne, manipulanckie, zdominowane przez klikę progresistów, siedemdziesięcio- i osiemdziesięcioletnich twardogłowych, posoborowych „odnawiaczy”, którzy śpieszą, by dokończyć „dzieła” – tak brutalnie przerwanego przez papieża Benedykta – byleby śmierć nie wyrwała Kościoła z ich szponów, nim skończą.

Poza bredniami biskupów i kardynałów o „miłosierdziu”, „prawie stopniowania” i „nowych drogach współtowarzyszenia” oraz nowo odkrytym wyimaginowanym podziale między doktryną a duszpasterstwem, poza bredzeniem samego papieża o dostrzeganiu „tempa naszych czasów i woni współczesnego człowieka” – jak Ojcu Świętemu mogło się wyrwać coś takiego? – odnajdziemy motyw przewodni Tajnego Synodu, jak go nam już zdążyli wyłuszczyć synodalni liderzy. Motyw ten nie może być bardziej czytelny: ustąpić, gdzie to tylko możliwe. Wszędzie tam, oczywiście, gdzie jeszcze nie zdążono oddać pola.

Kadra posoborowych rewolucjonistów, którzy się jeszcze ostali, przewodzi synodowi i proponuje Ostateczną Reformę II Soboru Watykańskiego, to jest porzucenie doktryny poprzez radykalną zmianę „posługi duszpasterskiej”, która potwierdza doktrynę, równocześnie ją rozbrajając. Plan ów jest wprowadzany w życie za pomocą tajnych zabiegów, w których w z góry ustalonych rezultatach papież Franciszek, uznany na całym świecie za Pierwszego Papieża Miłosierdzia i Pokory, uwzględni tylko niewielką konserwatywną opozycję. „Wszyscy możemy ponieść jakiś wkład”, mówi, klepiąc konserwatystów po ramieniu. „Jest to dla mnie wielka radość móc debatować z konserwatywnymi biskupami, gdy [ich] argumenty są tak inteligentnie skonstruowane.”

Za nic mając sobie niuanse, Franciszek łaskawie wyjawił ideologiczną esencję Tajnego Synodu: otóż papież wraz z kliką modernistów, osobiście przezeń wybranych, staje w opozycji względem tych kilku pozostałych konserwatywnych biskupów, którym pozwolono zabrać głos (pod warunkiem zgłoszenia swoich przemówień z wyprzedzeniem), gdyż „raduje” go przyznanie zgody na tę „debatę”, która oczywiście nie powstrzyma go przed uczynieniem tego, co tam sobie zaplanował – z całą pokorą.

Tajny Synod nie przestaje wrzeć, dowodzony przez papieża, przez jego niemieckie progresywne brygady uderzeniowe oraz niezawodnych liberalnych prałatów, pozbieranych z całej rozległej sfery posoborowej apostazji. Taki na przykład kardynał Wuerl. Poza aulą synodalną zupełnie otwarcie wzywa do „stopniowości”, która dopuszcza osoby wszelkiego autoramentu, żyjące, obiektywnie rzecz biorąc, w grzechu śmiertelnym, do przystąpienia do Komunii świętej; osoby, które dopiero rozważają, że może kiedyś, w przyszłości, zaczną przestrzegać nauczania Kościoła na temat małżeństwa i prokreacji (tak jakby większość kleru poruszała jeszcze, przy jakiejkolwiek okazji, te tematy).

„Przyjmowanie Komunii nie jest zagadnieniem doktrynalnym czy stanowiskiem, to jest duszpasterskie zastosowanie doktryny Kościoła” – mówi Wuerl uspokajającym tonem. Stary pochlebca próbuje nas zwieść. Warunek sumienia, który mówi, że przyjmowanie Najświętszego Sakramentu w stanie grzechu ciężkiego jest zabronione, to nie „duszpasterskie zastosowanie” doktryny, lecz raczej prawda objawiona u samych podstaw naszej wiary: „Tak więc ktokolwiek by jadł ten chleb, albo pił kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej. Niech zaś każdy bada samego siebie i tak niech je z chleba tego i pije z kielicha. Kto bowiem je i pije niegodnie, sąd sobie je i pije, nie rozróżniając ciała Pańskiego” (1 Kor 11, 27–29).

Lecz oszukaństwo Wuerla jest zaledwie słabym odbiciem mistyfikacji, jaką jest ten Tajny Synod w swej istocie. Nie ma możliwości, by brać na serio „duszpasterskie rozważania nad rodziną” prowadzone przez modernistycznych wywrotowców, którzy nie tylko nie stanęli w obronie czy też zupełnie otwarcie podkopywali nauczanie Kościoła o moralności – w tej liczbie protektor duchownych molestujących ministrantów, kardynał Danneels, skandalicznie nominowany na „Ojca Synodu” z woli Franciszka, czy też ta nikczemna figura, kardynał Kasper, nagle wywindowany, także przez Franciszka, do najwyższych zaszczytów w wieku lat osiemdziesięciu. Nam z kolei próbuje się wcisnąć tę niedorzeczną historyjkę, że zwołanie Tajnego Synodu było konieczne, żeby zająć się „wyzwaniami duszpasterskimi”, które nie istniały jeszcze 33 lata temu, kiedy to papież Jan Paweł II podkreślał odwieczne posłuszeństwo Kościoła dla tej prawdy wiary, która głosi nierozerwalność małżeństwa:

“Kościół jednak na nowo potwierdza swoją praktykę, opartą na Piśmie świętym, niedopuszczania do komunii eucharystycznej rozwiedzionych, którzy zawarli ponowny związek małżeński. Nie mogą być dopuszczeni do Komunii świętej od chwili, gdy ich stan i sposób życia obiektywnie zaprzeczają tej więzi miłości między Chrystusem i Kościołem, którą wyraża i urzeczywistnia Eucharystia. Jest poza tym inny szczególny motyw duszpasterski: dopuszczenie ich do Eucharystii wprowadzałoby wiernych w błąd lub powodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa” (Familiaris consortio, n. 84).

„Dopuszczenie ich do Eucharystii wprowadziłoby wiernych w błąd lub powodowałoby zamęt.” Oto nauka papieża, którego Franciszek uczynił świętym. Mimo to nauka ta jest na Tajnym Synodzie atakowana przez intrygantów zdeterminowanych, by wprowadzić wiernych w błąd i wywołać zamęt, pozostawiając w ciemnościach tych, którzy już ulegli apostazji. Bowiem cel Tajnego Synodu to „duszpasterskie” uprawomocnienie grzechu śmiertelnego w Kościele. Cóż innego, jeśli weźmie się pod uwagę jawną deklarację, by ani nie przypominać, ani potwierdzać tego, o czym Kościół od zawsze nauczał odnośnie do cudzołóstwa i innych grzechów nieczystości? I czy istnieje jakiś inny powód zwołania Tajnego Synodu niż ten, żeby jego delegaci (pomijając konserwatywną mniejszość) potwierdzili, iż z dawien dawna praktycznie odstąpili od tego moralnego nauczania, które co do zasady kłamliwie potwierdzają?

Tajny Synod przestaje być taki tajny w chwili, gdy jego liderzy, prosto z auli synodalnej, życzą sobie powiadomić media o najświeższym wystąpieniu jakiegoś progresisty, brzemiennym obietnicą radykalnej przemiany. Stąd na przykład zachwyt światowych mediów nad przemówieniem pociesznej pary niewyżytych seksualnie osiemdziesięciolatków, bezwstydnie przechwalających się swoim pięćdziesięciosiedmioletnim pożyciem, w tym “rozmowami przez telefon, miłosnymi liścikami, otwartym okazywaniem, że się nawzajem pożądamy,” ponieważ “małżeństwo to sakrament zmysłowy, wyrażający się najpełniej w akcie płciowym.” Małżeństwo to sakrament zmysłowy? Oto wytwór nieprzeniknionej “teologii ciała” Jana Pawła II, którą pozostawił on różnym świeckim interpretatorom do “rozpakowania”, niczym walizkę pełną nieprzyzwoitej bielizny.

Ta sama para dziwaków rozpływała się w pochwałach nad inną rodziną, podając ją za przykład przyjęcia syna “geja” i jego “partnera”, by wspólnie świętować Boże Narodzenie, jednocześnie narażając własne wnuki na ten skandaliczny, perwersyjny spektakl: “Zawierzyli całkowicie nauczaniu Kościoła, choć zdawali sobie sprawę, że wnuki będą świadkami, jak ich syn wraz ze swym partnerem jest przez nich przyjmowany do grona rodziny. Ich [rodziców] reakcję najlepiej streszczają trzy słowa : “To nasz syn.” Według podanej do prasy relacji kardynała Nicholsa, “synod nagrodził ich rzęsistą owacją”. Bez wątpienia, niejedna para biskupich oczu zasnuła się łzami.

Tanim sentymentalizmem zagłuszyć moralność i zdrowy rozsądek – “duszpasterski” leitmotiv Tajnego Synodu. Na nic zdały się protesty londyńskiego Stowarzyszenia na rzecz Obrony Dzieci Poczętych, że “homoseksualna agenda wdziera się do szkół, na uniwersytety, w miejsca pracy i do klubów sportowych. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują rodziny i parafie, to zalecenie duszpasterzy, by przyjmować z radością pary homoseksualne.” Lecz Stowarzyszenie na rzecz Dzieci Poczętych na Tajny Synod nie zostało zaproszone, a przecież, według Franciszka, został on zwołany po to właśnie, by usłyszeć “wołanie ludu” – jednakowoż tylko tych spośród ludu, których “wołania” zostały z wyprzedzeniem przećwiczone i zaaprobowane w sposób przypominający trąbkę na apel na rewolucjonistyczną zbiórkę.

I jeszcze ta odezwa kard. Nicholsa, która była niczym innym jak nawoływaniem do zaniechania stosowania słownictwa odnoszącego się do grzechu: “uczestnicy synodu usłyszeli dzisiaj prośbę do stonowania wypowiedzi odnoszących się do terminów takich jak: «żyć w grzechu», «mentalność antykoncepcyjna» czy «wewnętrzne nieuporządkowanie». “Wydaje się, że sugestia ta została ciepło przyjęta”. I rzeczywiście, większośc na Tajnym Synodzie faktycznie ciepło odniosła się do wystąpienia Nicholsa. Gdyż zasadniczym celem Tajnego Synodu jest ogłoszenie dobrej nowiny o Zmierzchu Ery Potępienia w sferze moralności seksualnej oraz o nadejściu Czasu Miłosierdzia, którego świt ma obwieścić Pierwszy Miłosierny Papież. A przynajmniej taka jest popierana przez media narracja.

Jak to Franciszek zadeklarował dzień przed rozpoczęciem Tajnego Synodu, jego uczestnicy ” będa wsłuchiwać się w rozbrzmiewający dzisiaj w Kościele głos Boga”, aby ” dobra nowina o rodzinie została przez nas dobrze rozeznana i wiarygodnie zaproponowana.” Innymi słowy, nauczanie Kościoła o małżeństwie i prokreacji z czasów przed Tajnym Synodem było wybrakowane, gdyż nie skonsultował sie on [Kościół] z Panem Bogiem w sprawie najnowszych aktualizacji. Czas najwyższy na nowe Objawienie!

Tradycjonaliści widzieli, co się święci, juz z daleka: że Tajny Synod ogłosi się quazi-gnostyckim Objawicielem nowego “ducha”, który narzuci Kościołowi kolejny przewrót w postaci tańszej i na mniejszą skalę wersji III Soboru Watykańskiego, na którym dopełni się to, co na Soborze Watykańskim II się zaczęło.

Po zakończeniu tajnych wystąpień siedemdziesięciu “Ojców Synodalnych” w dniu 7 października, o. Lombardi podsumował ton obrad: “Stanowisko w wielu kręgach jest jednakże takie, iż istnieje potrzeba dostosowania języka Kościoła, aby nauczanie o rodzinie, życiu i seksualności było właściwie rozumiane: potrzeba wejścia na drogę dialogu ze światem, za przykładem Soboru Watykańskiego”…

Dostosowanie głosu Kościoła i “dialog ze światem”… znowu? Czy oni tam tak na poważnie? Z całą pewnością – tak poważnie, jak każdy obłąkaniec wierzący w prawdziwość swoich urojeń. Już dwa miesiące temu w artykule “Powstrzymać Synod” ostrzegałem, że ten Synod “zdradza wszelkie oznaki, by przeobrazić się w SW II”. Prognozować w ten sposób było mi równie trudno jak zakładać, że słońce wzejdzie pierwszego dnia Synodu. Sprawozdawcy obecni na synodzie zastosowali nawet określenie, używane na SW II i będące pochwałą “pierwiastków uświęcenia i prawdy” w sektach protestanckich, w odniesieniu do konkubinatu, rozwodników i “powtórnie poślubionych” oraz “par gejowskich.” Lombardi zauważył, że: “zostało podkreślone, iż nawet nieidealne sytuacje muszą być rozpatrywane z szacunkiem: na przykład związki osób de facto żyjących ze sobą w wierności i miłości, zdradzają obecność pierwiastków uświęcenia i prawdy.” A więc, jako rzecze Tajny Synod, związki pomiędzy ludźmi żyjącymi w cudzołóstwie lub w sodomskiej “unii” mają być teraz “akceptowane” w jakimś dziwacznym przedłużeniu nowatorskiego posoborowego ekumenizmu.

Kard. Baldisseri, sekretarz Tajnego Synodu powiedział, że papież Franciszek “pragnie otworzyć drzwi, które były zamknięte na głucho przez tak długi czas.” Zamknięte, oczywiście, przez 2000 lat; zamknięte nawet wtedy, gdy urzędował Jan Paweł zwany “Wielkim”, który najwidoczniej był nie dość wielki na to, by zasłużyć sobie na miano zdolniachy opromienionego boską iluminacją zapowiadającą, iż będzie on odtąd nauczał, ale całkiem na odwrót. Do tej pory to Kościół nauczał na temat seksualności, lecz teraz, na Tajnym Synodzie, seksualność dyktuje Kościołowi, a wszystko to razem jest przenicowaniem naturalnego porządku rzeczy oraz wyraźną oznaką diabelskiej ingerencji. Tajny Synod jest w szponach szaleństwa.

Jakakolwiek by nie była subiektywna intencja Franciszka, nie obawiajmy sie prawidłowo rozeznać tych “drzwi”, które otworzył: są to wrota do piekieł. W wywiadzie dla liberalnego magazynu “Ameryka”, wydawanego przez jezuitów, liberalny jezuita Franciszek uradował świat ogłaszając: “Musimy na nowo odnaleźć równowagę, w przeciwnym razie nawet moralny gmach kościoła zawali się jak domek z kart tracąc świeżość i woń Ewangelii”. Jako że moralnemu gmachowi Kościoła, niczym domkowi z kart, grozi zawalenie pod nawałnicą Tajnego Synodu, przychodzi nam do głowy, że jakże często zarzuty Franciszka względem innych dotyczą jego samego.

Apel do naszych neo-katolickich krytyków, w miarę zbliżającej się katastrofy: jeśli Tajny Synod zarekomenduje radykalną zmianę, łącznie z odrzuceniem odwiecznego posłuszeństwa Kościołowi – potwierdzonego przez największego idola neo-katolików, Jana Pawła II, niespełna 33 lata temu – co wtedy? Czy cichutko zaakceptują nawet coś takiego, jak to już się im zdarzało przy każdej jednej “oficjalnie zatwierdzonej” niszczycielskiej innowacji Kościoła od 1965 roku? Czy przyznają się, że są gotowi do przyjęcia czegokolwiek, co zarządzą hierarchowie, byleby pozostać w swych wygodnych niszach spod znaku novus ordo, czy raczej wystąpią w obronie tych obiektywnych i niezmiennych prawd objawionych naszej wiary oraz tych zwyczajów, w których owe prawdy się zawierały przez ostatnie dwa millenia – bez względu na koszt, nawet jeśli skapituluje ta resztka kardynałów, którzy do tej pory jeszcze się przeciwstawiali dyktatowi Synodu? Krótko mówiąc, czy nareszcie dostrzegą ten niesłychany kryzys w Kościele, którego początek siostra Łucja opisała w dwóch słowach, w świetle Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej, do której papież Benedykt tak wymownie nawiązał tuż przed swą zagadkową abdykacją: “zwodzenie diabelskie”?*

Chesterton pisał: “Jedynie w Kościele Katolickim znajduje człowiek ocalenie przed hańbiącą niewolą bycia dziecięciem swych czasów.” Obecnie jednak sam Wikariusz Chrystusa przewodnicząc synodowi wyraźnie podkreśla, iż będzie się kierował “rytmem naszych czasów i wonią współczesnego człowieka.” Tak oto dobrnęliśmy do krańca posoborowej katastrofy, więc powinno być jasne dla każdego katolika dobrej woli , że żyjemy jak w czasach ariańskiej schizmy. Jak to w swej słynnej wypowiedzi wyraził kard. Newmann, podczas tamtego kryzysu – największego jak dotąd w historii Kościoła – Wiara została zachowana “nie przez niezachwianą jedność Stolicy Apostolskiej, synodów biskupich, ale (…) poprzez consensus fidelium [zgodę wierzących].” Wtedy to, jak i obecnie, “nastąpiła chwilowa niepewność co do poczynań Ecclesia docens [Kościoła nauczającego]. Ogół biskupów zawiódł w wyznawaniu wiary (…) Były tam niegodne zaufania synody, niewierni biskupi; była tam słabość, strach przed konsekwencjami, zbłądzenie, bałamuctwo, omamy, bez końca i w rozpaczy rozciągające się nad całym niemal Kościołem katolickim.”

Mimo to, w całej tej z pozoru beznadziejnej sytuacji jest jeszcze dla nas nadzieja. Historia uczy, a obietnica Chrystusowa gwarantuje, iż wierni potrzebują jedynie przylgnąć z całych sił do tych tradycji, których ich wyuczono (2 Tes 2, 15)** nauką prawowiernego Magisterium, aż do czasu, gdy przeminą jak burza ci, którzy ją nad Kościołem rozpętali, i odejdą w cień, razem z wszystkimi biskupami a nawet samym papieżem (Liberiuszem), który w IV w n.e. prześladował św. Atanazego i tych spośród wiernych, którzy głosili wytrwale boskość Chrystusa.

Jeśli nie dojdzie do jakiejś Boskiej interwencji, uczestnicy Tajnego Synodu mogą świętować. Lecz, koniec końców, tyle tylko będą z tego mieli. Tymczasem, cokolwiek się stanie, my musimy dochować Wiary. I, z łaską Boską, dochowamy.

Christopher Ferrara

Przypisy:

* 29 grudnia 1969 r. [s. Łucja] napisała: „Ten zamęt jest diabelski! Nie pozwólcie się wprowadzić w błąd!” (przyp. tlum.)

** “Tak więc, bracia, stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz” (przyp. tlum.)

– Cytat z Pisma św. z ks. Jakuba Wujka.

Tłum. marthix

Źródło: “The Secret Synod Freak Show, Brought to You by Pope Francis” – The Remnant, October 9, 2014


Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.