_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

środa, 6 listopada 2013

Piękno tradycyjnej liturgii c.d.














Zdjęcia pochodzą z profila facebook'owego Ars Orandi Traditional Catholicism

prof. Jacek Bartyzel: Czy Kościół powinien ingerować w politykę?



W dniu 26 października 2013 r. w Sali Czarnej Hotelu Tumskiego we Wrocławiu na spotkaniu Klubu "Polonia Christiana" swój wykład wygłosił prof. Jacek Bartyzel. Znany wykładowca akademicki i badacz myśli politycznej przedstawił pogłębione studium historyczne na temat relacji państwa z Kościołem.

Gość klubu "Polonia Christiana" nawiązał obszernie do idei chrześcijańskiego porządku oraz relacji jakie powinny panować pomiędzy władzą duchowną a władzą polityczną. Prof. Bartyzel Opisał również wszystkie historyczne wypaczenia godzące we właściwe rozumienie roli Kościoła w polityce. W szczególności skupił się na szczegółowej analizie genezy poglądów rewolucyjnych odmawiających Kościołowi prawa do ingerencji a nawet oceny postępowania władzy państwowej nawet wtedy gdy ta jawnie sprzeciwia się moralności lub zaczyna walczyć przeciwko prawdziwej wierze.

Wykład składał się z dwóch części. W pierwszej części Gość wrocławskiego spotkania pod patronatem „Polonia Christiana” przedstawił teoretyczny model relacji pomiędzy państwem a Kościołem. Wykładowca przedstawił ten model w oparciu o tradycyjną naukę Kościoła. Przedstawił kompetencje władzy duchownej i władzy politycznej oraz to jak czasami te kompetencje przenikają się wzajemnie.

W drugiej części prof. Jacek Bartyzel przedstawił powody dla których doszło do tak poważnego rozdźwięku w cywilizacji chrześcijańskiej pomiędzy stanem postulowanym w nauce Kościoła a rzeczywistością. Przedstawił dzieje wielu błędów, nadużyć a w szczególności konsekwentny proces, który doprowadził do tak poważnego kryzysu w relacjach między państwem a Kościołem. Przedstawił również jakże ważną, a obecnie błędnie rozumianą, koncepcję państwa świeckiego, które niewiele ma wspólnego z lansowanym obecnie modelem państwa neutralnego wyznaniowo, czyli po prostu państwa bezbożnego. W cywilizacji chrześcijańskiej, jak dowiódł Prelegent, nigdy nie ma i nie może być innego państwa niż świeckie, co znaczy po prostu doczesne. Takie państwo świeckie nie ma nic wspólnego z rugowaniem roli wiary i Kościoła ze sfery publicznej. Prelegent przedstawił również poglądy po stronie ludzi Kościoła stojące u podstaw faktycznego porzucenia idei państwa chrześcijańskiego, mimo iż nigdzie wprost idea ta nie została odrzucona.

Na zakończenie Gość Klubu „Polonia Christiana” przedstawił wnioski z historii relacji pomiędzy państwem a Kościołem.



Źródło informacji: PIOTRSKARGA.pl

Zapomniane prawdy c.d. - Nienawiść do łaciny wrosła w serca wszystkich przeciwników Rzymu



W oczach heretyków to najważniejszy element. Obrządek to nie tajemnica. Ludzie - powiadają - muszą rozumieć co śpiewają. Nienawiść do łaciny wrosła w serca wszystkich przeciwników Rzymu. Postrzegają ją jako więź scalającą wszystkich Katolików z całego świata, jako arsenał ortodoksji wymierzony przeciw niuansom sekciarskiego ducha.
Buntownicza natura, która każe im przerabiać uniwersalną modlitwę na język każdego człowieka, każdej prowincji i stulecia wreszcie zrodziła swoje owoce i zreformowani na własne oczy przekonują się, że katolicy, pomimo ich łacińskich modlitw, bardziej się rozkoszują i lepiej wywiązują się ze swoich obowiązków niż Protestanci. Każdej godziny w katolickich Kościołach odbywa się boskie uwielbienie. Wierny katolik zastawia swój język ojczysty w domu. Poza kazaniem, słyszy jedynie tajemnicze słowa. Mimo to, ta tajemniczość oczarowuje go w taki sposób, iż nie jest on nawet odrobinę zazdrosny o protestantów, choć ich ucho nie usłyszy niczego, czego znaczenia by nie znali.

Trzeba przyznać, że pójście na wojnę ze świętym językiem było wielkim błędem protestantyzmu.Jeżeli kiedykolwiek uda mu się go zniszczyć, będzie to wielki krok ku całkowitemu zwycięstwu. Wystawiona na wzrok profanów Liturgia straciła wiele ze swego świętego charakteru i bardzo szybko ludzie stwierdzili, iż nie warto odkładać swojej pracy, czy też przyjemności po to, żeby iść i słuchać co jest mówione w sposób, w jakim rozmawia się na targu.
Dom Prosper-Louis-Pascal Guéranger

Polonia Christiana nr 35 - Teologia wyzwolenia. Reanimacja?



POLONIA CHRISTIANA
NR 35 LISTOPAD-GRUDZIEŃ 2013

Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańaskiej im. ks. Piotra Skargi, Kraków 2013
ISSN: 1898-7877
ss. 96, oprawa miękka, cena 12,00 zł

Teologia wyzwolenia na naszych oczach znów usiłuje przeniknąć do Magisterium. Sprawa wydaje się bardzo poważna, ważne osobistości zaliczają ją bowiem do „najważniejszych prądów dwudziestowiecznej teologii”. W najnowszym numerze magazynu „Polonia Christiana” przypominamy, czym w rzeczywistości jest ta niebezpieczna aberracja teologii prowadząca do uznania Jezusa Chrystusa za rewolucjonistę z karabinem na ramieniu.

Teologia wyzwolenia największe sukcesy odniosła wśród części kleru i wiernych Ameryki Łacińskiej. Czytelnikowi „Polonii Christiana” historię tego inspirowanego marksizmem nurtu teologii przedstawiają m.in. pochodzący z tego rejonu świata Luiz Sérgio Solimeo, Julio Loredo i Jose Antonio Ureta.

O niebezpieczeństwach związanych z nurtem teologii inspirowanym marksizmem, mówi w magazynie „Polonia Christiana” również ks. prof. Tadeusz Guz. - Jednym ze skutków jej rozprzestrzeniania się jest bez wątpienia olbrzymia ekspansja rozlicznych sekt i zniewalanie człowieka przez fałszywe religie. Kryzys religijny, jaki obserwujemy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w Ameryce Łacińskiej, to między innymi owoc działalności piewców teologii wyzwolenia – powiedział duchowny w rozmowie z Romanem Motołą. W najnowszym numerze dwumiesięcznika przypomniano również zdecydowane potępienie teologii wyzwolenia przez bł. Jana Pawła II i kard. Josepha Ratzingera.

Gorąco zachęcamy do lektury tekstów Jacka Kowalskiego o katedrach mogących uchodzić za chrześcijańskie encyklopedie, Grzegorza Kucharczyka przybliżającego postać C. S. Lewisa, oraz Kazimierza Brauna wspominającego życie i twórczość Józefa Mehoffera.

35. numer magazynu „Polonia Christiana” to także teksty ks. Sławomira Kostrzewy o nowej, przerażającej modzie dla dzieci, eksponującej trupie czaszki nawet na niemowlęcych ubrankach, artykuł Moniki Gabrieli Bartoszewicz o rozpleniającym się na katolickich uczelniach islamie oraz Marcina Jendrzejczaka o nadciągającej do Polski katastrofie demograficznej.

Ponadto w numerze tekst Grzegorza Brauna o Bronisławie Geremku. Reżyser zwraca uwagę, że zmarły przed kilku laty dyplomata pozostaje jednym z wielu „ludzi bez biografii”. Przypomina, że za ujawnienie faktów z jego przeszłości przed sądem stanął m.in. Jan Pospieszalski.

Redaktor naczelny dwumiesięcznika „Polonia Christiana” Sławomir Skiba, w wyjątkowo mocnym tekście zauważa, że w przeciągu ostatniego pół roku najbardziej dotychczas zajadli wrogowie papiestwa zostali zagorzałymi papistami. Jakie są tego przyczyny? Dowiedz się kupując 35. numer magazynu „Polonia Christiana”. Od środy w kioskach!

***************

Do nabycia w wybranych kioskach RUCH-u, KOLPORTER-a, EMPIK-ach i bezpośrednio u wydawcy

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sobór Watykański II: Dlaczego Papież Jan XXIII zapłakałby dziś?


ALICE VON HILDEBRAND urodziła się w Belgii. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Fordham w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1946 roku uzyskała doktorat z filozofii. Uczennica, a później żona wybitnego filozofa Dietriecha von Hildebranda, którego papież Pius XII nazwal XX-wiecznym Doktorem Kościoła. Związała się z nowojorskim Hunter College, gdzie przez 37 lat wykładała filozofię. )

George Sim Johnston napisał artykuł na cały czas gorący temat Soboru Watykańskiego II. Minione czterdzieści lat naznaczone było tak wielkim zamieszaniem, że dzisiaj jesteśmy jeszcze chyba zbyt blisko tych wydarzeń, by ocenić je uczciwie i dokładnie. Mimo tego, artykuł Johnstona pt "Otwórzcie okna: Dlaczego Sobór Watykański II był potrzebny?" (magazyn Crisis, marzec 2004)jest zarówno prowokujący, jak i skłaniający do myślenia.

Słusznie krytykuje on "samo-satysfakcjonujący triumfalizm", czasami możliwy do zauważenia w Kościele przedsoborowym, i tych żałośnie samozadowolonych [katolików] żyjących miernym życiem lecz kontentujących się przez samo należenie do Jedynego Prawdziwego Kościoła.

Tak jak Wybrany Lud Starego Testamentu - który zamiast być pokornie wdzięcznym za ten bezgraniczny przywilej wybraństwa (na który nie zasłużył), mógł skłaniać się do spoglądania na innych z góry - tak samo ci przeciętni, mierni katolicy zbyt często zapominali, że dany im dar należenia do Jedynego Prawdziwego Kościoła nie usprawiedliwiał ich uczucia wyższości w stosunku do innych. Niestety, ludzie mają ten szczególny talent przechodzenia od jednej skrajności w drugą. "Triumfalizm" stał się sloganem potępiającym, czego rezultatem są niezliczone dzisiaj rzesze katolików, którzy stracili wizję otrzymanego zaszczytu i uciekają od głoszenia chwały Jedynemu Prawdziwemu Kościołowi. Smutny przykład tego stwierdzenia pochodzi od bliskiej mi osoby - codziennie przystępującej do Komunii św. - która strofowała mnie za to, że wierzę w Kościół Katolicki jako jedyny Kościół założony przez Chrystusa, do którego klucze przekazane zostały Piotrowi przez Zbawiciela. "Żadna religia nie jest prawdziwa" - powiedziała mi ta osoba. "Wszystkie religie poszukują prawdy" - dodała. To, że Chrystus powiedział: "Ja jestem Prawdą" (coś, czego żaden inny przywódca religijny nigdy nie ośmielił się stwierdzić) jest dzisiaj zapomniane. I tak też właśnie międzyreligijne spotkanie w Asyżu w 1986 roku jest interpretowane.

Nie zgodzę się ze stwierdzeniem Johnstona, który przytoczył słowa Martina Bubera, iż sukces nie jest jednym z określeń Boga. Ależ właśnie Chrześcijaństwo jest największym sukcesem w historii ludzkości. Kalwaria, największa niewyobrażalna ludzka porażka, poprzedzała Zmartwychwstanie, bez którego - jak mówi nam św. Paweł - bylibyśmy jedynie najbardziej nędznymi ze wszystkich stworzeń. Budzi zdziwienie, że w swojej odpowiedzi na krytycyzm wobec przytoczenia stwierdzenia Bubera, Johnston mówi, że Kalwaria "była momentem definiującym Chrześcijaństwo". Ale nic nie wspomina on o Zmartwychwstaniu! Patrząc z daleka na historię chrześcijan, widzimy, że jest ona nieustannymi ludzkimi porażkami, które poprzedzają wspaniałe supernaturalne zwycięstwa. Św. Paweł wyraził tę prawdę w swoim Drugim Liście do Koryntian: "znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu [...] obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy." (4:8-9). To jest niewątpliwie sukces, ale sukces ten może wyjaśnić tylko sam Bóg.

Johnston mówi nam, że papież Jan XXIII chciał wyciągnąć Kościół ze swej "Trydenckiej skorupy", aby aktywnie zaangażować się we współczesny świat. Ale to właśnie Sobór Trydencki przyniół największy plon świętych i największy urodzaj zgromadzeń religijnych, utworzonych z intencją, by roznosić światło Ewangelii światu, czy to poprzez kontemplacyjne życie zakonne czy aktywne zaangażowanie. Św. Franciszek Salezy, św. Jeanne Francoise d'Ars, św. Jan Bosco (jeden z największych nauczycieli wszystkich czasów), św. Teresa z Lisieux (apostoł misji) byli właśnie odżywiani tą "skorupą" Soboru Trydenckiego.

Johnston pisze, że celem Soboru Watykańskiego II było otwarcie Kościoła na świat i że dzisiejszy posoborowy Kościół jest już "dla tego świata". Ale samo słowo "świat" jest bardzo dwuznaczne. Kiedy ktoś czyta Ewangelię św. Jana, rozdział 14-16, to uderza go jak często słowo "świat" jest wymieniane. Chrystus mówi nam, że świat nienawidzi Go i że On nie z tego świata pochodzi. Mówi On swoim Apostołom, że tak jak świat nienawidzi Go, tak i ich nienawidzić będzie. Choćby przez to, że właśnie Szatan nazywany jest "księciem tego świata", nie można wymyślić wyraźniejszej przyczyny odrzucenia "tego świata". Ale jest też religijny i metafizyczny dualizm pomiędzy Bogiem a "Księciem tego świata" i ten dualizm będzie trwał aż do końca czasów, kiedy to Wielki Zły będzie pokonany.

Ten, kto kocha Chrystusa, musi nienawidzić świata ze swoją pompą, ponieważ świat jest królestwem szatana. Podczas chrztu zobowiązani jesteśmy do odrzucenia tego świata. Papież Paweł VI lamentował, że "otwarcie [Kościoła po Soborze Watykańskim II] na świat, przyczyniło się do faktycznej inwazji Kościoła przez myślenie pochodzące z tego świata" (23 listopada 1973 roku).

Słowo "świat" ma także i inne znaczenie. Odnosi się do świata, które Bóg stworzył z niczego: widzialny świat, który odzwierciedla piękno Boga, świat zamieszkany przez Jego dzieci, miejsce gdzie albo osiągną one swój cel, albo daną im boską misję zdradzą. To, że Chrześcijan powinien aktywnie zaangażować się w ten świat, wynika z Chrystusowego zawołania: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody." Prawdziwie odnosi się to także do tych, którzy wezwani są do czysto kontemplacyjnego życia - nie uciekającego jednak do zapomnienia o tym świecie - życia modlitwą, ofiarą, pokutą za braci ze świata.

Pełna podziwu praca misyjna dokonywana przez wieki, była właśnie odpowiedzią na wezwanie do ewangelizowania świata. Kiedyś mieliśmy coroczne rekolekcje dawane głównie przez misjonarzy, którzy poruszali nasze serca ku modlitwie i ofierze za ich pracę. Ci misjonarze - tak jak Peres Blancs ["Biali Ojcowie"], którzy wykonywali zachwycającą pracę misyjną w Afryce - właśnie pochodzili z tej "Trydenckiej skorupy". Niestety, od czasu Soboru Watykańskiego II, Chrystusowe wezwanie: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody" zostało zastąpione przez "Idźcie i dialogujcie ze wszystkimi narodami".

Niestety, od czasu Soboru Watykańskiego II, Chrystusowe wezwanie: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody" zostało zastąpione przez "Idźcie i dialogujcie ze wszystkimi narodami"

Papież Jan XXIII miał nadzieję na pogłębienie działalności misyjnej. To, że jego nadzieje spełzły na niczym, świadczą uwagi wypowiedziane w sekrecie do swego bliskiego przyjaciela, kardynała Silvio Oddi, na krótko przed swoją śmiercią. Miałam ten zaszczyt, że odbyłam dwugodzinną rozmowę z kardynałem Oddi w marcu 1985 roku. Jego Eminencja powiedział mi: "Wiedząc, że śmierć już jest blisko, Jan XXIII zawołał mnie i powiedział: 'Silvio, Silvio. Mój pontyfikat był niepowodzeniem. Nic z tego, co chciałem osiągnąć, nie zostało zrobione, a to, czego nie chciałem, aby zaistniało - zrealizowało się."

Jakżeby inaczej zinterpretować te tragiczne słowa, jeśli nie przez przypuszczenie, że Jego Świątobliwość słusznie obawiał się, że jego przekaz będzie zniekształcony i niezrozumiany?

Jako przykład można przytoczyć przypadek pewnej kobiety, wyznawczyni hiduizmu, która - jak zrelacjonował to reporter brytyjskiego pisma Christian Order - udała się do misjonarza informując go o swoim życzeniu wstąpienie do Kościoła. Powiedziano jej wtedy, że nie jest to wcale potrzebne, że powinna ona czynić wszystko, by stać się jeszcze lepszą wyznawczynią hinduizmu.

Działalność misyjna tak bardzo upada, że niektórzy tak zwani "katolicy" interpretują tę świętą posługę jako wyraz aroganckiego i dumnego "triumfalizmu".

Wielu z nas posiada talenty, które jednak wykorzystujemy do czynienia dobrych rzeczy w zły sposób. Nie można zaprzeczyć temu, że niektórzy katolicy, którzy grzmią przeciwko błędom i herezjom, jednocześnie tak słabo ukazują piękno przekazu Zbawiciela, Tego, który jest "cichy i pokornego serca" [Mateusz 11:29]. Prawda jest piękna i powinna być pokazywna tym, którzy karmieni są uprzedzeniami. Z drugiej strony, głoszenie Prawdy nie jest możliwe bez potępienia błędów. Święty Jan tak wspaniale łączy prezentację promieniowania Prawdy z "anathema sit". Ten Apostoł Miłości był przecież także "synem gromów". Bojaźń przed Bogiem jest początkiem mądrości, lecz dzisiaj nie widzimy już ciężkości religijnych, metafizycznych i etycznych błędów. Platon przypomina nam, że im wyższa prawda, tym bardziej powinniśmy się nią interesować, bardziej dokładnie powinniśmy ją poznawać. Nie ma znaczenia, gdy jestem w błędzie co do długości jelita cienkiego świni, ale jeśli jestem w błędzie co do Boga, ma to wielkie znaczenie. Współczesny człowiek nie tylko toleruje aberracje religijne, ale nie odbiera już ich jako trucizna dla ludzkiej duszy.

Dzisiejsze kazania nieustanie powtarzają nam o tym jak Bóg kocha nas - i jest to oczywiście prawda! - ale słowa takie jak: grzech, Diabeł, Piekło są dzisiaj odrzucane. Dwóch księży, których znam zostali mocno skarceni przez swego biskupa za mówienie o wiecznym potępieniu, ponieważ "odpychają parafian od kościoła".

Ilu księży ośmiela się dzisiaj grzmieć przeciwko aborcji, tej odrazie, która musi sprawiać szloch u aniołów? Ilu biskupów oświadcza, że "proaborcyjni" politycy nie mogą otrzymać Komunii świętej? Przywiązanie do życia ziemskiego, materialnego - dzisiejsze hasło polityków - nie jest chrześcijańską cnotą. Jeśli Jan XXIII byłby świadkiem tego wszystkiego, zapewne zapłakałby.

Johnston ma rację lamentując nad faktem, że seminarzyści w przedsoborowym Kościele karmieni byli "skostniałą" wersją nauk św. Tomasza. [...] Gdy tylko "okna zostały otworzone", wielu seminarzystów, nowicjuszy i księży pożerali prace Nietschego, Darwina, Freuda i Sarte'a. Przynajmniej nie były one nudne. Carl Rogers przekonał tysiące z nich, że celem ich życia jest samospełenienie się, a był on tak przekonywujący, że wyzwolił exodus tysięcy księży, zakonnic i nowicjuszy [z Kościoła].

Wielka encyklika papieża Leona XIII Aeterni Patris (1879) ilustruje tę sprawę. Dawała ona tomizmowi swoje dumne miejsce, [wtedy] gdy istniała nagląca potrzeba ostrzeżenia wiernych przeciwko błędom dominującym na polu filozofii. Kant, Hegel, Schopenhauer, Nietzsche, Darwin i Spencer byli intelektualnymi bohaterami tamtych dni. Jego Świątobliwość wiedział, że filozofia (ancilla theologiae) jest najważniejsza w scholastycznej formacji i również wiedział, że znakomicie przejrzyste myśli św. Tomasza czyniły go bardziej przystępnym dla seminarzystów niż św. Augustyn, którego myśl nie była tak systematyczna. [...]

Człowiek posiada niesamowity talent przechodzenia od jednego błędu do drugiego. Przypominam sobie późne lata sześćdziesiąte, kiedy to zakonnica, która poczuła "wyzwalające wpływy" Soboru Watykańskiego II głośno oznajmiała, że "tomizm umarł". Ta droga siostra zakochała się we "współczesnym myśleniu" nie widząc żadnej różnicy pomiędzy pozytywnym wkładem a otwarcie wyznaną aberracją. Poza tym, oznajmienie, że filozofia będąca produktem gigantycznych umysłów i wielkich świętych "umarła", jest co najmniej ryzykowne. Prawda pozostaje prawdą i wszystko co w dziełach św. Tomasza jest prawdziwe, nie może umrzeć. Wyraźnie siostra poszła śladami Zeitgeist, ducha który był tak powszechny towarzyszysząc Soborowi Watykańskiemu II. Wszystko co było nowe, było witane jako "odświeżające". Co prawda, skostniały tomizm - ten niewierny św. Tomaszowi - musiał być odrzucony, ale zrobienie z Sartre'a bohatera jest zapełnie czymś innym.

Johnston narzeka, że przed Soborem Kościół był "jurydyczną maszyną operowaną przez Biskupa Rzymu. Przez wieki, władza kościelna stała się niezwykle ciężka i scentralizowana." Sobór Watykański II chciał skorygować te niedoskonałości - Johnston dodaje - przez podkreślenie "kolegialności". Oczywiście dużo słyszeliśmy o "kolegialności" w czasie tych ostatnich czterdziestu latach. To jest kolejny przypadek, gdzie przeszliśmy z jednej skrajności w drugą. Dzisiaj, gdy Piotr, który trzyma klucze, mówi jasno, że chce aby pewne rzeczy zostały poprawione, jego żądania są bezceremonialnie ignorowane. Wielu świeckich ludzi bardzo boleśnie przeżyło odpowiedź amerykańskich biskupów na Ex Corde Ecclesiae. Fakt wielokrotnego ignorowania przez niemieckiego biskupa Karla Lehmana (teraz już kardynała Lehmana) papieskich żądań dotyczących zaprzestania podpisywania dokumentów zezwalających na aborcje, jest również doskonale znany. Dopiero, gdy Piotr użył pełnego swego autorytetu jako "trzymający klucze", kard. Lehmann w końcu odpuścił. Jaki sens ma posiadanie autorytetu władzy, jeśli nie jest ona używana? Takie rzeczy nie zdarzały się w czasie pontyfikatu Piusa XI, który odebrał kardynalskie insygnia, ponieważ kardynał ośmielił się kwestionować decyzję papieską. Pius XI był prawdziwym przywódcą.

Dzisiaj, gdy Piotr, który trzyma klucze, mówi jasno, że chce aby pewne rzeczy zostały poprawione, jego żądania są bezceremonialnie ignorowane. [...] Jaki sens ma posiadanie autorytetu władzy, jeśli nie jest ona używana? Takie rzeczy nie zdarzały się w czasie pontyfikatu Piusa XI, który odebrał kardynalskie insygnia, ponieważ kardynał ośmielił się kwestionować decyzję papieską. Pius XI był prawdziwym przywódcą.

Autorytet może być nadużywany, ale kiedy autorytet nie jest już autorytetem, innego rodzaju rak niszczy Kościół. Wszyscy znamy biskupów, którzy z pewnością nie żyją życiem, do jakiego zostali powołani. Rzym ma świadomość tego. Ale ci biskupi wiedzą również, że mogą dalej zaniedbywać powierzoną im odpowiedzialność, ponieważ zdają sobie sprawę, że nie będą zdegradowani.

Innym zagadnieniem poruszonym przez Johnstona jest reforma liturgii. Jednym z przejrzystych celów Soboru była gwarancja, że język łaciński pozostanie językiem liturgicznym Kościoła. "Szersze użycie" języków narodowych było dozwolone tylko tam, gdzie zachodziła taka potrzeba ku większemu dobru wiernych., ale Sobór orzekł również, że: "użycie języka łacińskiego [...] ma być zachowane". Słowa Soboru są tak jasne, że można się tylko dziwić, jak zostało to radykalnie zreinterpretowane. Język łaciński, właśnie jako język martwy, gwarantuje ortodoksję. Języki narodowe zmieniają się i modlitwa w języku narodowym nie może dać nam tej gwarancji. Słowa zmieniają swoje znaczenie. Na przykład "dyskryminacja", która miała pozytywne znaczenie (jako inteligentna dystynkcja, rozróżnienie), stała się teraz brzydkim słowem. Dlaczego życzenia Soboru zostały tak bardzo zniekształcone? Dlaczego użycie łaciny stało się takim przekleństwem? Dlaczego nieustannie mówi się, że "Sobór Watykański II to i to nakazał", kiedy nie ma w takich stwierdzeniach cienia prawdy? Kto jest odpowiedzialny za uprowadzenie dokumentów soborowych i wypaczenie ich przesłania? Wierni są upoważnieni do zadawania takich pytań i, prędzej czy później, historia ukaże te odpowiedzi. Nie bądźmy zdziwieni, jeśli pewnego dnia odkryjemy, że Judasz dalej kontynuuje niszczenie Kościoła.

Jednym z przejrzystych celów Soboru była gwarancja, że język łaciński pozostanie językiem liturgicznym Kościoła. [...] Sobór orzekł, że: "użycie języka łacińskiego ma być zachowane".

Dlaczego tak się dzieje, że głębsze uczestnictwo wiernych we Mszy św. jest interpretowane jako nieustanna przeszkoda, podczas gdy znaczyło to tyle, że wierni powinni lepiej zrozumieć znaczenie Ofiary Świętej jako bezkrwawego powtórzenia ofiary na Kalwarii i wstrzymać się z odmawianiem różańca podczas celebracji tego największego misterium. Prawdą jest, że wielu katolików nie było właściwie pouczanych i prawdziwie nie rozumieli cudowności misterium Mszy św. Ale znowu trzeba zapytać: dlaczego musimy przechodzić z jednej skrajności w drugą, poprzez zrobienie ze Mszy jakiegoś środowiskowego spektaklu na kształt protestanckich "nabożenstw"?

Dlaczego tak się stało, że wielkimi nakładami finansowymi zlikwidowano balaski, kiedy Sobór nawet nic nie wspominał o tej najbardziej godnej pożałowania innowacji, nie mówiąc o takim obrazoburczym zwyczaju eliminowania cennych prac artystycznych, malarstwa, rzeźb, które rzekomo "odwracały naszą uwagę". Powinno się poczytać o życiu św. Teresy z Avia, aby zdać sobie sprawę ze znaczenia chrześcijańskiej sztuki na życie religijne. Zarówno muzyka sakralna (zastąpiona dzisiaj przez "dzieła" artystycznego ubóstwa), jak i piękne rzeźby są niezbędne dla autentycznego katolicyzmu, które rozumie podstawową wagę sztuk wizualnych i muzyki w przekazie boskiego posłania.

Inny niezwykle delikatny temat dotyczy zmiany pozycji w stosunku do wolności religijnej, którą Johnston nieugięcie określa jako "radykalne odejście". Kościół jest skłonny współpracować z każdą formą rządów, który respektuje prawo moralne. Nie ulega wątpliwości, że takie "narzucanie prawdy" - jak ujmuje to Johnston - jest nieproduktywne. Z drugiej strony, Chrystus przekazał swym Apostołom misję nauczania wszystkich narodów, co zawiera coś więcej niż zwykła "propozycja" - jak to Johnston mówi nam powołując się na rekomendacje soborowe. Wielu współczesnych myślicieli lamentuje dzisiaj bolejąc nad faktem "rozdzielenia Kościoła i Państwa", które prowadzi do podstępnego ataku na każdą manifestację religii w życiu publicznym. [Wystawianie publiczne] bożonarodzeniowych żłobków przestało być dzisiaj dozwolone [m.in. w USA], modlitwy w publicznych szkołach zostały zniesione, walczy się ze słowami "tak mi dopomóż Bóg" w hołdzie składanym fladze [Pledge of Allegiance], itd. Cieszymy się, gdy demokrację odnosi się do metafizycznej równości wszystkich ludzi, ale gdy znaczy ona, że "wszystkie idee są sobie równe" i że nie ma hierarchii we wszechświecie - wtedy mamy do czynienia z wielkim problemem.

Wszechświat ma strukturę architektoniczną a liberalna demokracja skupia się właśnie coraz bardziej na walce przeciwko tego typu hierarchii. Czy nam się to podoba czy też nie - a biada tym, którym się to nie podoba - Bóg jest Królem wszechświata; każda eliminacja tego Królestwa źle wróży tym, którzy ją wspierają. Monarchia boska jest podstawą, kamieniem węgielnym wszechświata. Johnston mówi jednak: "Sobór wypowiedział się jasno, że nie chce dłużej wyznaniowego państwa zespolonego z monarchią. Nadszedł najwyższy czas, aby pogodzić się z liberalną demokracją." Nie jest moją intencją stwierdzanie, że monarchia jest najlepszą formą rządów, ale w dzisiejszym świecie jest ona tak zajadle atakowana, że pozwolę sobie na uwagę na ten temat.

Podstawowa struktura monarchii jest symboliczna i jedną z rzeczy, którą możemy opłakiwać jest to, że po Soborze Watykańskim II symbole - tak istotne dla życia religijnego - zostały porzucone. Francuscy monarchowie byli namaszczani przez biskupów w Rheims i przypominano im fakt, że ich autorytet pochodzi od Boga i że pewnego dnia będą musieli zdać rachunek przed Nim, przed Królem wszechświata. Byli oni Jego reprezentatami przed ludźmi i powinni być ich "ojcami", czyli zmierzać do służenia im duchowo i fizycznie dla ich dobra. Co prawda niewielu spełniło to szlachetne wezwanie, ale nie zapominajmy, że narody katolickie wydały wielu wielkich świętych - królów i królowe. Drzewo, które wydaje takie owoce nie może być całkowicie złe... Cały czas czekam na moment, gdy liberalna demokracja wyda świętego. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego prezydenta w Stanach Zjednoczonych, który kwalifikowałby się do takiego zaszczytu. Zatem ponownie możemy słusznie kwestionować interpretacje Johnstona czy takie właśnie były intencje Soboru.

Módlmy się gorliwie aby nasi duchowi przywódcy - z pomocą pobożnych i pełnych poświęcenia wiernych - przywrócili Świętą Barkę piotrową z powrotem na właściwą drogę.

Tłumaczenie: Lech Maziakowski

Powyższy tekst ukazał się w piśmie New Oxford Review, lipiec 2004, Volume LXXI, Number 7. Tytuł org.: How did we get off course? The Second Vatican Council: Why Pope John XXIII would weep?

Źródło informacji: BIBULA.com

Co to znaczy być ministrantem




Aby włączyć napisy na panelu odtwarzacza po prawej stronie należy kliknąć w ikonkę CAPTIONS

Waldemar Łysiak o papieżu Franciszku, Kościele, Soborze i reformie liturgicznej



"Zaczęło się", w: Do Rzeczy, Nr 36/2013 z dn., 30.09.2013

Znalezione na blogu ZAPISKI NA ROZDROŻU

Reformy małżeńskie Lutra


Luter zajmuje się sprawami małżeńskimi często i obszernie. Złożyły się na to różne przyczyny: walka z celibatem kapłańskim i ślubami zakonnymi, walka z autorytetem Kościoła i papieża, potrzeba obrony małżeństwa własnego i towarzyszy najbliższych, zamieszanie w sprawach małżeńskich jako skutek usuniętego prawa kanonicznego itd. Toteż uważa się Luter za odnowiciela małżeństwa i w rozmowach z przyjaciółmi chełpi się, mówiąc: “Książkami swymi postawiliśmy stan małżeński znowu na nogi”.

dr Marcin Luter i Katarzyna von Bora
Wobec tego rozpatrzymy w niniejszej rozprawce, jaka była treść i wartość reform małżeńskich Lutra. W okresie tworzenia się polskiego prawa małżeńskiego, temat ten posiada – sądzę – pewną aktualność.

I. ZAPRZECZENIE SAKRAMENTALNOŚCI MAŁŻEŃSTWA

Już w roku 1519 wyraża Luter w kazaniu o małżeństwie oraz w liście do przyjaciela poważne wątpliwości co do godności sakramentalnej małżeństwa.

Roku następnego wydaje rozprawę “De captivitate Babylonica”, w której odrzuca bezwzględnie autorytet Kościoła katolickiego. Nie jest to zapewne przypadkiem, że w tym właśnie piśmie wypowiada się Luter otwarcie już przeciwko sakramentalności małżeństwa, zostawiając na razie 3 tylko sakramenty: chrzest, pokutę i eucharystię. Nieraz czyni Kościołowi zarzut z tego, że Kościół głosi niby sakramentalność i świętość małżeństwa, równocześnie jednak zakazuje księżom małżeństwa, jakoby było czymś nieczystym i grzesznym. Wiadomo, jak zręcznie umiał Luter dobierać argumenty demagogiczne.

Tego samego roku w odezwie “Do szlachty chrześcijańskiej” zezwala kapłanom zawierać związki małżeńskie wbrew prawu kanonicznemu, które, jego zdaniem, jest niczym więcej jak sumą błędnych i niebezpiecznych praw. Walcząc niby o wolność chrześcijańską i wolność sumienia, objawia Luter na każdym kroku wyraźną niechęć albo wręcz nienawiść wobec praw ludzkich; a już prawników obrzuca przez całe życie niewybrednymi wyzwiskami z bogatego swego arsenału.

Na miejsce prawa kanonicznego stawia Luter jako najwyższe instancje w sprawach małżeńskich Pismo św., zwłaszcza Stary Testament [Tak! - admin], i sumienie ludzkie. Przykład patriarchy starozakonnego ma dla niego moc prawa, ma w oczach jego większą wartość niż 100000 papieży. Takich i podobnych nieostrożnych słów uczepił się później książę Filip Heski, żądając pozwolenia na bigamię wedle przykładu patriarchów. I ostatecznie pozwolenie się znalazło, podpisane – jak wiadomo – przez Lutra i Melanchtona.

Lecz rychło zrozumiał Luter, że sprawy małżeńskie są zbyt zawikłane, aby można je pozostawić wyłącznie subiektywnemu uznaniu; stwarza więc w miejsce papieży i soborów nową instancję prawną: Zgodny sąd dwóch uczonych i uczciwych mężów w imieniu Chrystusa; sąd taki ma dla niego większe znaczenie, niż współczesne sobory.

Nie dziw, że w tych warunkach zamieszanie w sprawach małżeńskich rosło coraz więcej. “Wolność chrześcijańska” wyrodziła się w swawolę i rozpasanie, czego dowodem choćby straszny bunt chłopski. Okazała się potrzeba stałych norm prawnych i instancyj prawnych. I otóż ten sam Luter, który tak namiętnie walczył o wolność chrześcijańską przeciwko prawu kościelnemu, nie waha się przekazać prawnego uregulowania spraw małżeńskich władzy świeckiej. “Sprawy te należy zostawić zwierzchności świeckiej… Nikt przecież nie może zaprzeczyć, że małżeństwo jest rzeczą zewnętrzną, świecką, tak jak suknie i pokarm, dom i gospodarstwo, poddane władzy świeckiej”.

Luter nie chce się mieszać do tych świeckich spraw, jak to papież czynił, on chce być jedynie doradcą sumień ludzkich. Później mówi jeszcze wyraźniej: “Ponieważ ślub i małżeństwo są sprawą świecką, nie należy nam duchownym i sługom Kościoła niczego w tym względzie zarządzać”. Jeżeli wierni żądają błogosławieństwa kościelnego, modlitwy albo udzielenia ślubu, mają duszpasterze prośbę ich spełnić. Asystencja kościelna więc zależy od życzenia wiernych; małżeństwo istotnie staje się coraz wyraźniej “sprawą świecką”. Nie bez słuszności więc mogą zwolennicy ślubów cywilnych uważać Lutra za patrona swego.

Luter umiał burzyć, ale nie umiał tworzyć, a już zmysłu prawniczego nie posiadał wiele. Toteż z biegiem czasu uprzykrzył sobie sprawy małżeńskie zupełnie, a w pewnym liście wyznaje, iż sprawy te odrzucił od siebie a niektórym napisał, aby w imię wszystkich diabłów czynili, co chcą. Ostatecznie daje radę, aby każdy postępował tak, jak mu każe sumienie; tam, gdzie papież daje dyspensę, może każdy sam siebie dyspensować; a jeżeli swawola stanie się zbyt wielką, wtedy książęta mogą zarządzić zmiany. Rozpaczliwe istotnie rady! Nie dziw, że w tych warunkach prawo świeckie pozostało jako jedyna, stała norma postępowania.

Lecz dziwnie destruktywny umysł Lutra niebawem i to prawo świeckie podkopał i pogmatwał. Uczył bowiem, że istnieje różnica między prawem dla chrześcijan a dla niechrześcijan albo złych chrześcijan. Prawdziwy chrześcijanin żyje w porządku duchowym, kierując się ewangelią i sumieniem; zły chrześcijanin zaś może używać wolności, jaką mu daje Stary Testament, dla niego normą jest nie ewangelia, lecz prawo świeckie i juryści. Prawo świeckie jest w oczach Lutra jakoby środkiem policyjno-przymusowym ku poskromieniu grzesznych ludzi, dla chrześcijan prawdziwych zaś jest zbyteczne. Poglądy takie nie bardzo sprzyjały powadze prawa.

Nie dosyć na tym. Luter robi dalszą różnicę między dziedziną prawa a dziedziną sumienia. Sumienie, według niego, nie jest subiektywnym zastosowaniem obiektywnego prawa, lecz jest prawem samo dla siebie. Gdziekolwiek zachodzi sprzeczność między sumieniem a prawem, tam należy pójść za głosem sumienia, a nie dbać o prawo, albowiem “prawo istnieje dla sumienia, a nie sumienie dla prawa”.

W praktyce zastosował Luter zasadę tę m. in. w sprawie bigamii księcia Filipa Heskiego. Książę oświadczył, że mu “dla zbawienia duszy” potrzeba drugiej żony, 16-letniej Małgorzaty de Sale. Acz niechętnie, dał jednak Luter aprobatę swą, ale tylko w dziedzinie sumienia, jako tajemną radę spowiednika; zastrzega się jednak, że wobec świata i prawa publicznego rada ta nie istnieje i nie ma znaczenia.

Luter woli raczej “poczciwe, mocne kłamstwo” aniżeli przyznanie się publiczne do owej tajemnej rady. Przy tej sposobności wygłasza takie oto zasady: Tajemne “tak” jest publicznym “nie“; albo: necessitas (w tym przypadku: żądza książęca) frangit legem, sed non facit legem; albo: consilium …fit nullum per publicationem itd. Różnica między sumieniem a prawem – powiada Luter – jest uznana przez samego Pana Boga, nie trzeba jej tylko zacierać. Stwarza więc Luter fatalny dualizm między moralnością teologiczną dla użytku sumień ludzkich, a prawem publicznym. Nic to Lutra nie obchodzi, że decyzje dwóch tych instancyj są nieraz wręcz sprzeczne ze sobą: obydwie mają za sobą autorytet Boży. Dodać należy, że tzw. potrzeba sumienia często nie jest niczym innym jak nieopanowaną żądzą.

Wielu uważa Lutra jako bojownika wolności indywidualnej wobec przewagi autorytetu. Nie przeszkadza to jednak Lutrowi bynajmniej, by dzieci w sprawach małżeńskich poddać bezwzględnemu autorytetowi rodziców. Dziecko winno się poddać, gdy ojciec zmusza je do małżeństwa lub narzuca mu małżonka; owszem jeżeli młodzi pobrali się wbrew woli rodziców, wtedy ojciec w zasadzie ma prawo małżeństwo to rozerwać, chociażby małżonkowie kochali się wzajemnie a nawet mieli dzieci. Zapomina też Luter o zasadzie, którą tak namiętnie szermował przeciwko Kościołowi: Co Bóg połączył, niech człowiek nie rozłącza. Później co prawda zmienił Luter znowu stanowisko swoje, bo konsekwencją nie odznaczał się zupełnie; nie chcę tu jednak sprawy tej obszerniej rozwijać.

Pierwsza a zasadnicza reforma małżeńska Lutra polega więc na zaprzeczeniu sakramentalności małżeństwa i radykalnym usunięciu powagi Kościoła i prawa kanonicznego. Zamiast tego przekazuje po różnych wahaniach sprawy małżeńskie jako rzeczy świeckie prawu świeckiemu. Lecz powagę tego prawa niebawem znowu podkopuje niebezpiecznymi dystynkcjami między prawem dla chrześcijan a dla grzeszników, między forum sumienia a forum prawa publicznego, oraz niebezpieczną praktyką tajemnych rad i dyspens. Więc chociaż Luter nieraz wskazuje na ideał ewangeliczny, chociaż fatalne swe rady daje z litości dla nędzy ludzkiej, nie można mu oszczędzić zarzutu, że reformą swą małżeńską utorował drogę ludzkiej swawoli i namiętności.

II. PRZESZKODY MAŁŻEŃSKIE

Przeszkody małżeńskie, ustanowione przez Kościół, są zdaniem Lutra wypływem tyranii i chciwości, która stwarza przeszkody na to, aby za pieniądze od nich dyspensować. Toteż nie sili się wcale na jakąś rzeczową argumentację; za cały argument starczy mu nieraz – wyzwisko. A przecież były mu zapewne znane głębokie racje, jakie przytacza teologia scholastyczna dla umotywowania przeszkód małżeńskich, np. Tomasz, Summa c. Gent., lib. III. cap. 125 itd.

W imię rzekomej wolności znosi Luter jednym zamachem wszystkie przeszkody iuris ecclesiastici, stwarzając nowe, własne prawo małżeńskie. Przypatrzmy się niektórym jego szczegółom.

Jako przeszkodę uznaje Luter na razie 2. stopień pokrewieństwa i 1. stopień powinowactwa, a to dlatego, ponieważ o tych stopniach jest wzmianka w Piśmie św., specjalnie w Starym Testamencie. Mimo to na innym miejscu uznaje za ważne małżeństwo nawet w 1. stopniu powinowactwa, a także małżeństwo między kuzynostwem lub między stryjem a bratanką. Później widzimy u niego nowe wahania i nowe jaskrawe sprzeczności. Luter nie miał bowiem w tej sprawie ani jasnego zdania, ani jasnych zasad, lecz wahał się między dorywczo wybranymi przykładami z Starego Testamentu a paragrafami prawa świeckiego. Dziwne sprawia wrażenie, że Luter, który tak namiętnie zwalczał prawo kościelne jako dzieło ludzkie, poddaje się pokornie prawu świeckiemu. Dzięki temu prawu i dzięki interwencji książąt świeckich skierowano powoli znowu wolność albo raczej swawolę chrześcijańską, głoszoną przez Lutra, na wypróbowane tory prawa kanonicznego.

Pokrewieństwo duchowne usuwa Luter lekkim sercem jako zabobon ludzki; jeszcze bezwzględniej usuwa pokrewieństwo legalne, wynikające z adoptowania, jako bezwartościową zabawkę ludzką.

Przeszkodę wyższych święceń nazywa Luter wynalazkiem ludzkim i przeklętą ludzką tradycją, po pewnym wahaniu odrzuca także przeszkodę ślubów zakonnych.

Za to ogłasza Luter z wielką energią nowe impedimentum dirimens: brak zezwolenia rodzicielskiego.

Przeszkodę różnicy religii (cultus disparitas) Luter odrzuca z następującą dziwną zaiste argumentacją: “Wiedz, że małżeństwo jest rzeczą zewnętrzną, cielesną jak inne świeckie czynności. Podobnie więc, jak mogę z poganinem, żydem, turkiem, kacerzem jeść, pić, spać, chodzić, jeździć, kupować, rozprawiać i handlować, tak też mogę wstąpić z nim w stan małżeński i trwać w nim, i nie dbaj zupełnie o błazeńskie prawa, które tego zakazują”.

Ustanowienie impedimentum criminis nazywa Luter głupotą i bezbożnością.

Z wyjątkowym za to zapałem broni impedimentum impotentiae, zgodnie z swym zapatrywaniem o potędze żądz cielesnych.

Przeszkody wzbraniające oczywiście zbywa Luter jednym słowem: głupie żarty.

Luter odrzuciwszy autorytet Kościoła, odrzuca także całe prawodawstwo kościelne, dotyczące przeszkód małżeńskich. Ale łatwiej było odrzucić prawo stare, aniżeli stworzyć nowe. Wynikły stąd decyzje wahające, sprzeczne i niebezpieczne. Przewodnią ich nutą jest nienawiść wobec Kościoła, obrona tzw. wolności chrześcijańskiej i jak najdalej posunięta ustępliwość wobec przemożnego popędu płciowego.

III. ROZWODY

Luter wypowiada się wprawdzie nieraz przeciwko rozwodom, ale już w roku 1520 nie śmie bronić nierozerwalności małżeństwa, owszem tego samego roku ogłasza – choć jeszcze z pewnym wahaniem – wiarołomstwo jako powód do rozwodu. Separacji nie uznaje, gdyż, jego zdaniem, Chrystus nikogo nie zmusza do celibatu. W roku 1522 Luter już bez wahania godzi się na rozwód, a stronie niewinnej przyznaje prawo do zawarcia nowego związku. Lecz cóż ma uczynić strona winna? Najlepszym wyjściem byłoby, zdaniem Lutra, gdyby władza wiarołomną powiesiła; ale wobec niedbalstwa władz niechby sobie wiarołomca poszedł do innego kraju i tam się ożenił, skoro “nie może się powstrzymać”. Śmierć albo małżeństwo – oto lekarstwo na żądzę zmysłową. Przekonanie Lutra o niezmożonej potędze popędu płciowego wywiera fatalny wpływ na kształtowanie się nauki jego o małżeństwie.

Niebawem ogłasza Luter drugi powód do rozwodu: złośliwe opuszczenie małżonka lub małżonki. I tutaj znowu widzimy u niego w początkach pewne wahanie, lecz wkrótce już wyzbył się wątpliwości. Dostatecznym motywem wydaje mu się wzgląd na to, że nie można od nikogo wymagać niedobrowolnego celibatu; poszukał sobie też szybko uzasadnienie biblijne, rozciągając privilegium Paulinum, dotyczące niewiernych, śmiało także na takich “fałszywych chrześcijan”, co to opuszczają małżonków. Czas trwania owej dezercji małżeńskiej ocenia Luter w różnych czasach różnie; początkowo podaje termin 6-letni, później wystarcza mu pół roku, po którym to czasie pozwala wszcząć formalności rozwodowe.

Gdzie zachodzi gniew i kłótnia między małżonkami, tam Luter godzi się jedynie na separację.

Lecz cóż uczynić, kiedy jedna strona nie chce się pojednać; a druga “nie może się powstrzymać i musi mieć małżonkę względnie małżonka”? W takim razie Luter śmiało zezwala na powtórne małżeństwo; “ponieważ taki małżonek nie zna nakazu, by żył w czystości ani też nie posiada ku temu łaski…, nie będzie go Pan Bóg zmuszał do rzeczy niemożliwej”. W tym przypadku oczywiście powodem rozwodu jest już nie gniew, ale niemożliwość powstrzymania się, powód istotnie niezwykły, ale wypływający logicznie z przekonań Lutra.

Luter usunął wprawdzie przeszkodę, wynikającą z różnicy religii, mimo to uznaje niedowiarstwo jako powód do rozwodu, mianowicie w tym przypadku, gdy stronie chrześcijańskiej zakazuje się żyć po chrześcijańsku albo gdzie mąż przynagla żonę do kradzieży, wiarołomstwa itd. Ponownie stosuje tu Luter tzw. privilegium Paulinum nie tylko do niewiernych, ale także do “fałszywych chrześcijan”.

Odrębność religii sama przez się nie uprawnia do rozwodu, “albowiem związków świeckich i politycznych nie rozwiązuje się dla religii”.

O impotencji była już mowa przy przeszkodach małżeńskich. Ale Luter nie ogranicza się do impotentia antecedens, lecz przyznaje rozwód także przy impotentia subsequens, mimo dopełniania małżeństwa i mimo dzieci, z tego małżeństwa pochodzących, przy czym poleca następujący sposób postępowania: “Man exspecta 4. partem anni: si melius fit, bene, si non, separentur”.

Żonę, która mężowi odmawia debitum, winna władza przymusić albo zabić (dosłownie!). Jeżeli tego nie czyni, ma mąż wolną drogę do rozwodu.

O chorobie jako przyczynie do rozwodu Luter w różnych czasach różne wypowiadał sądy. Był czas, gdzie radzi pielęgnować troskliwie chorego małżonka, przy czym Bóg udzieli sam wstrzemięźliwości. Za to w liście z roku 1527 daje inne rozstrzygnięcie: Skoro żona trędowata dobrowolnie z mężem się rozstaje, można ją uważać za umarłą i mąż może z spokojnym sumieniem pojąć inną żonę. Luter pragnie bardzo, aby władza świecka ogłosiła trąd jako dostateczny powód do rozwodu, tymczasem zaś godzi się na rozwód, przynajmniej dla forum sumienia, na podstawie prawa Mojżeszowego.

Wobec ogromu materiału trudno tu podać wszystkie zdania i rozstrzygnięcia Lutra, dotyczące rozwodów; daremnie jednak czekalibyśmy w nich jakiejś myśli przewodniej; przeciwnie, pełno tam niekonsekwencyj, wahania, niejasności. Tak np. pozostaje niejasnym, czy wiarołomstwo, dezercja same ze siebie rozrywają małżeństwo, czy dopiero na podstawie wyroku władzy; dalej domaga się Luter w sprawach rozwodowych postępowania publicznego, a jednak zezwala na tajemne rozwody; zezwala na powtórne małżeństwo jednej stronie, zakazuje go drugiej itp.

Nauką o rozwodach wstrząsnął Luter podstawami małżeństwa, do reszty zaś pomieszał stosunki małżeńskie decyzjami swymi szczegółowymi; a przecież on sam kiedyś uznaje, że rozwód jest niebezpieczeństwem dla wychowania dzieci, dla utrzymania życia rodzinnego oraz dla rządów państwowych.

Poprzez wszystkie reformy małżeńskie Lutra obserwujemy dwie cechy charakterystyczne: jedna – to walka namiętna z Kościołem i prawem kościelnym; druga – to obrona wolności chrześcijańskiej, która bardzo często polega tylko na możności zaspokojenia przemożnego popędu płciowego. Mówiąc językiem nowoczesnym: Luter bronił wolności indywidualnej wobec więzów prawa ogólnego, bronił praw ludzkich w zakresie miłości i osobistego szczęścia.

Niestety, przewodnikami w tej obronie były mu z jednej strony nienawiść, z drugiej zaś upokarzająca pobłażliwość dla namiętności ludzkiej. Toteż skutki reformy luterskiej były opłakane; on sam pełen goryczy skarży się na sodomskie rozpasanie obyczajów za panowania “czystej ewangelii”.

Poznań. X. Zygmunt Baranowski

Artykuł z “Przeglądu Teologicznego”. Kwartalnik naukowy. Organ Polskiego Tow. Teologicznego. R. VIII (1927). We Lwowie, ss. 315-323.

Źródło informacji: KONSERWATYWNA EMIGRACJA  

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.