Niedawno natrafiłem w sieci na niezwykły film archiwalny, będący cichym świadkiem minionej epoki
Kadr po kadrze wyłania się z niego rzeczywistość, która dzisiaj wydaje się niemal odległym, duchowym światem – w bolesnym i drastycznym kontraście do tego, co dzieje się dzisiaj w Kościele w Niemczech. Tamto dziedzictwo zostało niemal doszczętnie rozmienione na drobne w ogniu buntu, systemowego nieposłuszeństwa wobec Rzymu i całkowitego ześwieczenia. W krajobrazie instytucjonalnym dominują dziś zgliszcza, a tylko nieliczne, odizolowane środowiska konserwatywno-tradycjonalistyczne z trudem pielęgnują jeszcze autentyczne piękno i nienaruszalność katolickiej wiary.
Porównajmy te dwa obrazy niemieckiego Kościoła.
Z jednej strony mamy epokę przedstawioną na archiwalnej taśmie: Kościół żywy, pełen pokory i żarliwej pobożności
Ludzkie życie od pierwszego tchnienia aż po ostatni jęk było chrześcijańską pielgrzymką, w której każdy krok uświęcano sakramentami
W tym katolickim mikrokosmosie parafia była sercem, które pompowało krew do wszystkich komórek społecznego życia
Niezwykle poruszającym rozdziałem tej historii była bezkompromisowa postawa Kościoła w czasach panowania III Rzeszy. Gdy brunatna władza podjęła przymusową indoktrynację i deprawację młodzieży, próbując odciągnąć młode pokolenie od Boga na rzecz pogańskiej ideologii, katoliccy rodzice i kapłani podjęli cichą, lecz heroiczną walkę o duszę swoich dzieci. Kościół się nie ugiął. Mimo że reżim Hitlera brutalnie ograniczał działalność stowarzyszeń, zakazywał procesji i usuwał krzyże ze szkół, wierni szukali jedynego ratunku i ocalenia w żarliwej wierze oraz sakramentach
Gdy przychodziły majówki, nabożeństwa październikowe czy wielkie święta patronalne, wiara wylewała się z murów świątyń na drogi i pola
A z drugiej strony staje przed nami współczesny obraz niemieckiego katolicyzmu, paraliżowanego przez tzw. Synodale Weg (Drogę Synodalną). Dziś zza Odry docierają do nas wieści o wyludnionych świątyniach, masowych apostazjach i Kościele, który pod hasłami „dostosowania się do wymogów współczesnego świata” gotów jest wyprzedać depozyt Wiary. Zamiast nawrócenia proponuje się relatywizację moralności, błogosławienie związków grzesznych i niezgodnych z nauką Chrystusa, znoszenie celibatu oraz rozmywanie tożsamości kapłańskiej. Kościół, który niegdyś rodził męczenników i kształtował duchowo naród, dziś staje się w dużej mierze sprawnie zarządzaną korporacją finansowo-biurokratyczną, w której bogactwo struktur przysłoniło pierwotną gorliwość katakumb.
Gdzie leży źródło tej tragicznej transformacji?
Ten dawny, przedsoborowy Kościół z Sauerlandu rozumiał, że jego siła nie pochodzi z ulegania duchowi czasów (Zeitgeist), lecz z bycia znakiem sprzeciwu
Zderzenie tych dwóch światów stanowi dla nas bezwzględną przestrogę. Pokazuje, że gdy Kościół przestaje karmić się czystą nauką Ewangelii i bojaźnią wobec Eucharystii, wkrótce traci swą nadprzyrodzoną moc i staje się jedynie głuchym echem pogańskiego świata. Oglądanie starych kadrów z Sauerlandu to nie nostalgia za zamierzchłą przeszłością – to przypomnienie, gdzie tak naprawdę znajduje się jedyne źródło odrodzenia katolickiej wiary
Nie myślmy, że kryzys wiary na Zachodzie pojawił się nagle, z dnia na dzień, w wyniku jakiegoś historycznego przypadku. To była precyzyjna wypadkowa wielu powiązanych ze sobą procesów, które krok po kroku, przez dekady, doprowadziły do spektakularnego upadku. To, co dzisiaj określa się mianem Kościoła w Niemczech, tylko z nazwy i formalnej przynależności ma jeszcze cokolwiek wspólnego z katolicyzmem.
Tragizm naszej obecnej sytuacji polega na tym, że Kościół w Polsce bezmyślnie powiela dokładnie ten sam scenariusz. W bardzo wielu aspektach kserujemy wzorce niemieckie, zapominając, jak tragiczny był ich finał. Nie stawiajmy tu fałszywych diagnoz: znaczna część naszych teologów, duszpasterzy, a nawet biskupów kończyła studia na niemieckich czy zachodnich uczelniach, bezrefleksyjnie nasiąkając tamtejszym językiem, metodologią i przeświadczeniem o konieczności uległości wobec świata.
Na ten kryzys intelektualny nakłada się walec dzisiejszego świata – wybujały materializm oraz bezgraniczny konsumpcjonizm, napędzany przez wielkie korporacje i popkulturę. Widzimy potężną atrofię społeczną i postępującą atomizację: ludzie odizolowani przed ekranami smartfonów tracą zdolność do budowania wspólnoty, a z polskich domów znika zwykła, wieczorna rozmowa o Bogu i wartościach.
Jednak Kościół w Polsce jest niszczony również od wewnątrz, przez własne grzechy i słabości duszpasterskie. Niezwykle niszczycielskie okazuje się rozpolitykowanie duchowieństwa – zamiana ambony w trybunę partyjną i uwikłanie w doczesne gierki, co trwale odbiera Kościołowi autorytet duchowego przewodnika narodu. Do tego dochodzą bolesne i gorszące afery moralne, w tym grzech pedofilii, które zamiast natychmiastowego zadośćuczynienia i pokuty, przez lata próbowano zamiatać pod dywan, raniąc Chrystusa w Jego najmniejszych.
Widzimy także porażkę na polu nauczania: kiepska, podręcznikowa i pozbawiona duchowej głębi katecheza w szkołach, która zamieniła naukę o łasce i zbawieniu w jeszcze jeden bezbarwny przedmiot szkolny, zamiast prowadzić duszę ku poznaniu Prawdy Bożej, życiu w łasce uświęcającej i dążeniu do świętości. Dochodzi do tego biurokratyzacja życia parafialnego, gdzie wierny w kancelarii traktowany jest często jak petent w urzędzie, a nie jak brat w wierze.
Na samym szczycie tej destrukcji stoi brak sacrum w liturgii i powszechna bylejakość. Gdy kapłan odprawia Mszę Świętą w pośpiechu, niedbale, traktując Najświętszą Ofiarę jak rutynowy spektakl, a ołtarz jak teatr własnego „ja”, wierni podświadomie przestają wierzyć w Rzeczywistą Obecność.
Dodatkowo, pod fałszywym pretekstem „wskrzeszania wiary” wydano cichą, ale bezwzględną wojnę katolickiej Tradycji i Liturgii. Zapomniano o fundamencie: lex orandi, lex credendi – jak się modlimy, tak wierzymy. W miejsce sprawdzonej przez wieki formacji wpuszczono modne ruchy nowinkarskie. Z jednej strony mamy nurt pentekostalny (zielonoświątkowy), który stopniowo protestantyzuje Kościół, zastępując cichą adorację i bojaźń Bożą emocjonalnym show i głośnym aktywizmem. Z drugiej – grupy w rodzaju Drogi Neokatechumenalnej, które pod osłoną własnej liturgiki efektywnie odcinają wiernych od tradycyjnej, łacińskiej i polskiej pobożności, kierując ich ku koncepcjom wręcz judaizującym.
Kolejną pułapką, na którą daliśmy się złapać, było pofragmentowanie wspólnoty: osobne Msze dla dzieci, osobne dla młodzieży i dla dorosłych. Tworząc infantylną „Mszyckę” z piosenkami i teatrzykami, wyrządziliśmy młodym pokoleniom niedźwiedzią przysługę. Gdy zbuntowany nastolatek czy dwudziestolatek po latach zagubienia zapragnie powrócić do Kościoła, nie znajdzie w nim niczego, co miałoby wagę i majestat. Kościół jego dzieciństwa kojarzyć mu się będzie z prymitywną rozrywką, a nie z sacrum, w którym spoczywa Prawda o Zbawieniu i Wieczności.
Gdy dodamy do tego postępującą laicyzację samego duchowieństwa – kapłana porzucającego sutannę, byle tylko „nie kłuć w oczy” na ulicy i stać się kumplem z sąsiedztwa – otrzymujemy obraz ucieczki od własnej tożsamości. A przecież świat nie potrzebuje słabej podróbki samego siebie. Świat potrzebuje Kościoła, który jest Latarnią Morską i Znakiem Sprzeciwu.
Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na ten sam smutny los, co niemieccy katolicy? Nie! Widząc ten cały obraz zniszczenia, musimy zrozumieć jedno: w Polsce wciąż jeszcze mamy czas.
Niemiecka tragedia rozegrała się dlatego, że tamci ludzie biernie przyglądali się, jak krok po kroku odbierano im wiarygodność, tradycję i sacrum. My dzisiaj widzimy już owoce tego upadku i wiemy, dokąd prowadzi ta droga. Nasze korzenie wiary w Polsce są wciąż mocne, ale nie utrzymają się same.
Pamiętajmy o proroczych słowach czcigodnego sługi Bożego, abp. Fultona J. Sheena, który wprost przypominał, że w czasach wielkiego kryzysu ratunek dla Kościoła leży w rękach wiernych świeckich. Bóg dał nam rozum, oczy i sumienie nie po to, byśmy milczeli, gdy niszczone jest sacrum.
Nasza odpowiedzialność za Kościół musi objawić się dziś dwutorowo:
Po pierwsze – w dojrzałej, bezkompromisowej postawie wobec duszpasterzy. Miejmy odwagę wymagać od naszych biskupów, kapłanów i zakonników, aby z gorliwością i bezkompromisowo strzegli godności kapłańskiej, nie wstydzili się noszenia sutanny czy habitu w przestrzeni publicznej oraz pamiętali o swoim niezatartym znamieniu sakramentalnym. Dopominajmy się z szacunkiem, ale i ze świętą stanowczością, aby Msza Święta w naszych parafiach była godną, przejmującą Ofiarą i bezkrwawym uobecnieniem Kalwarii, a nie pobłażliwym bankietem, rozrywkowym show czy spłyconą „mszyczką” dla dzieci. Dopominajmy się tradycyjnej formy udzielania Komunii Świętej – na kolanach i do ust – oraz większego udziału języka łacińskiego i chorału gregoriańskiego, co przecież wyraźnie zalecał sam II Sobór Watykański. Miejmy także odwagę przypomnieć kapłanom, że ten sam Sobór nakazywał pielęgnowanie niedzielnych Nieszporów. W ilu naszych kościołach odprawia się dziś jeszcze niedzielne Nieszpory?
Po drugie – i najważniejsze – w naprawie naszego własnego życia oraz powrocie do skarbnicy pobożności. Odnowa nie przyjdzie z samych wymagań stawianych innym ani z górnolotnych, synodalnych deklaracji. Przyjdzie z konkretnych, prostych decyzji każdego z nas:
Pielęgnuj skarby polskiej pobożności. Bierz gorliwy udział w tradycyjnych nabożeństwach: majowych, październikowych, Drogi Krzyżowej, Gorzkich Żalach i Godzinkach. Nie pozwólmy, by te wspaniałe naczynia łaski i tożsamości naszych ojców popadły w zapomnienie.
Nie dyspensuj się z łatwizną. Nie szukaj usprawiedliwienia dla absencji na niedzielnej Mszy Świętej w zwykłym przeziębieniu, lekkim bólu głowy czy braku nastroju. Niedzielna Eucharystia to nie opcja – to obowiązek miłości i serce naszego chrześcijańskiego życia.
Szanuj Sacrum w codzienności. Przechodzisz obok przydrożnego krzyża lub figurki? Zdejmij czapkę, przeżegnaj się z powagą. Mijasz kościół, w którym spoczywa Twój Bóg? Wzdychaj pobożnie w sercu lub na głos, mówiąc: „Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.”
Nie wstydź się wiary w przestrzeni publicznej. Gdy słyszysz dzwony bijące na Anioł Pański, nie mów obojętnie, że „coś tam dzwoni w kościele”. Zatrzymaj się, pochyl głowę i nie patrząc na ludzkie spojrzenia czy kpiące uśmiechy, odmów modlitwę.
Bądź świadkiem przy stole. Jesteś w restauracji, barze czy zakładowej stołówce i zamawiasz obiad lub przekąskę? Miej odwagę przeżegnać się przed jedzeniem, a nawet zmówić krótką modlitwę dziękczynną. To proste gesty, które przypominają światu o Bogu, Dawcy wszelkich dóbr.
Zawierzaj swoje podróże. Wsiadasz do samochodu, autobusu, metra, pociągu czy samolotu? Zanim ruszysz w drogę, przeżegnaj się z powagą i poleć się opiece Matki Bożej oraz świętego Krzysztofa.
Bądź wierny katolickiej nauce o ciele i zmartwychwstaniu. Choć w twojej parafii modne i powszechne stają się pogrzeby połączone z kremacją ciała, bądź odważny i powiedz jasno swojej rodzinie: „Ja się nie kremuję i moja rodzina również wybierze tradycyjny, chrześcijański pochówek”.
Żyj sakramentami i tradycyjną pobożnością. Bierz czynny udział w pielgrzymkach, procesjach i uroczystościach Bożego Ciała. Co więcej – dopominajmy się u naszych duszpasterzy o procesje w Oktawie Bożego Ciała! Jako jedyny kraj na świecie posiadamy wciąż ten wyjątkowy indult, a tak często z niego bezmyślnie rezygnujemy.
Praktykuj prawdziwy post. Jesteś w drodze, na rynku, głodny, a wokół dostępne są tylko fast foody? Gdy w piątek widzą Cię inni, nie szukaj wymówek. Miej odwagę dać świadectwo i powiedzieć: „Dziękuję, jestem katolikiem i dziś poszczę”.
Bądź autentycznym świadkiem dla młodego pokolenia. I wreszcie – przestań nieustannie narzekać na młodych! Jeśli sam nie żyjesz na co dzień pełnią katolickiej wiary, jak możesz wymagać jej od młodego pokolenia? Bądź dla nich żywym, pociągającym świadkiem Chrystusa, a nie bezwzględnym, surowym belfrem, który potrafi jedynie strofować i wytyczać błędy. Młodzi ludzie nie szukają moralizatorstwa – szukają prawdy, męstwa i przykładu, który zobaczą w Twoim własnym życiu.
Trzeba nam dzisiaj żywej wiary, która nie boi się być znakiem sprzeciwu. Odwagi! Nie lękajmy się być katolikami w pełni i bez kompromisów!
Na podstawie materiału archiwalnego:





























0 komentarze:
Prześlij komentarz