_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

sobota, 24 października 2026

Prawda, która wyzwala. Komentarz bp. Vardena w 10. rocznicę „Amoris Laetitia” — Czy Kościół odzyska odwagę głoszenia pełnej Ewangelii?

W czasach, gdy pojęcie rodziny i samego człowieczeństwa poddawane jest próbie głębokiego redefiniowania, a zamęt pojęciowy wkrada się w najświętsze obszary naszego życia, potrzeba nam głosów paserzy opartych na niewzruszonym fundamencie Ewangelii i Tradycji Kościoła.

Z wielką radością oddajemy w Państwa ręce niezwykle głęboki, dojrzały i poruszający komentarz bp. Erika Vardena OCSO — biskupa Trondheim i cenionego teologa z zakonu trapistów. Przemyślenia te zrodziły się podczas rzymskiego spotkania przewodniczących episkopatów, zwołanego przez papieża z okazji 10. rocznicy ogłoszenia adhortacji apostolskiej Amoris Laetitia.

Bp Varden z właściwą duchowości monastycznej mądrością oraz wielką kulturą słowa nie ucieka od trudnych diagnoz współczesności. Bez zbędnego sentymentalizmu wskazuje na błędy technokratycznego i konsumpcyjnego myślenia o człowieku, przypominając, że prawdziwym lekarstwem na kryzys jest powrót do Chrystusa — Chrystusa, który jest nie tylko naszym Zbawicielem, ale i Pierwowzorem, na którego obraz zostaliśmy stworzeni.

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto szuka duchowego oparcia, pragnie głębszego zrozumienia sakramentu małżeństwa i szuka prawdy wypowiadanej z miłością, pokojem oraz niezachwianą nadzieją.

Zapraszamy do wnikliwej lektury.


Laetitiae Amor

W tegoroczną uroczystość św. Józefa papież Leon XIV ogłosił wolę zwołania do Rzymu wszystkich przewodniczących konferencji episkopatów świata, aby omówić wpływ adhortacji Amoris Laetitia dziesięć lat po jej ogłoszeniu.

Ojciec Święty poprosił nas o rozważenie, w jaki sposób moglibyśmy skuteczniej głosić Ewangelię rodzinom.

Tygodniowe spotkanie zakończyło się wczoraj. Raport zostanie opublikowany, gdy Ojciec Święty powróci do zdrowia po chorobie — o którego szybki i pełny powrót do zdrowia się modlimy — jednak papież Leon XIV poprosił uczestników, aby bez zbędnej zwłoki podzielili się swoimi doświadczeniami ze spotkania ze swoimi konferencjami episkopatu i diecezjami.

Obrady przebiegały według schematu opartego na pięciu głównych tematach. Każdy z nich stanowił materiał do całodniowej wymiany myśli. Poniżej przedstawiam moje osobiste refleksje na ich temat.

Refleksje te nie stanowią głosu całego zgromadzenia, którego bogactwo pracy wszyscy poznają w odpowiednim czasie. Są one jedynie wkładem pojedynczego głosu — „drugiej altówki” w tej wielkiej, dobrze skomponowanej orkiestrze.

Dzisiejsze rodziny

Życie rodzinne jest dziś poddawane presji z najróżniejszych powodów — socjologicznych, finansowych i kulturowych. Dobrze zdajemy sobie z nich sprawę i wszystkie zasługują na uwagę.

Najbardziej uporczywy nacisk sięga jednak głębiej. W niezwykle krótkim czasie straciliśmy nasze zbiorowe poczucie człowieczeństwa. Z wyjątkiem zamkniętych grup interesu trudno dziś znaleźć wspólny język na określenie tego, kim jest istota ludzka. Nie zgadzamy się już co do tego, co czyni kobietę, mężczyznę czy dziecko.

Techno-transhumaniści kreślą wizję przyszłości, w której człowiek prawdopodobnie zostanie w tyle za „postępem”, o ile jego natura nie zostanie „ulepszona”. Odrzuciwszy myśl o odkupieniu, pokładamy teraz nadzieję w aktualizacjach. Za pewnik przyjmujemy, że dzisiejsze zasady nie będą miały zastosowania jutro. W rezultacie pojęcie trwałego zobowiązania jakiegokolwiek rodzaju wydaje się wręcz absurdalne.

Sojusze i przymierza w polityce czy handlu ustępują miejsca zwykłym transakcjom. To samo dotyczy relacji międzyludzkich, coraz częściej postrzeganych jako pragmatyczne układy: pozostaję z czymś lub z kimś tak długo, jak długo czerpię z tego korzyść lub przyjemność. A potem idę dalej.

W takim otoczeniu rodzina, jako podstawowa komórka społeczeństwa, nieuchronnie ulega rozkładowi. Przestaje być rzeczą oczywistą, że rodziny powinny stanowić stabilne wspólnoty zbudowane na całożyciowym związku jednej kobiety i jednego mężczyzny w nadziei na zrodzenie dzieci.

Kobieta i mężczyzna wciąż mogą się ze sobą połączyć — w końcu to wolny świat; ale taki związek nie jest postrzegany jako kategorycznie odmienny od związku dwóch kobiet, dwóch mężczyzn czy dwóch osób uważających swoją płeć za płynną. Zresztą, dlaczego ograniczać tę komórkę do dwóch osób? Coraz głośniejsze stają się żądania prawnego uznania poliamorii.

Znajdujemy się w stanie metafizycznego zaćmienia.

Wiara w Boga jako łaskawego Stwórcę w dużej mierze zanikła. Nie wierzymy już, że zostaliśmy powołani do istnienia z miłości. Jakże więc możemy zachować poczucie własnego życia jako daru, który z kolei możemy ofiarować, a nawet poświęcić drugiemu człowiekowi? Nasze czasy to epoka desakralizacji wynikająca z dosłownego braku nadziei — z odrzucenia samej możliwości „nadziei”.

Dostrzegam te zjawiska w moim otoczeniu społecznym, w korespondencji, w rozmowach i w konfesjonale.

Zauważam jednak także nurt przeciwny. Spotykam wielu młodych i nieco starszych ludzi, którzy są zmęczeni tym, co ulotne. Nie zgadzają się na odrzucenie „nadziei”. Mają odwagę myśleć, że może istnieć coś takiego jak „prawda”, na której mogliby zbudować swoje życie.

Pielęgnując i wspierając takich ludzi, pomagając im się rozwijać, możemy doprowadzić do odnowy kultury rodzinnej. Wszak każdy pragnie szczęścia. A wielu ludzi szczęśliwych nie jest — co do tego socjolodzy są zgodni. Widok kwitnącej rodziny sprawi, że inni również zapragną rozwijać się i kwitnąć.

Rozwijanie się i pomyślność nie oznaczają jednak nieustannego uniesienia ze szczęścia.

Ludzkie życie jest trudne, niezależnie od stanu. Widzę, że większość ludzi trzeźwo to ocenia. W efekcie bywają nieco zmęczeni pełnym dobrych intencji, lecz powtarzalnym słownictwem o „towarzyszeniu”, „byciu w drodze” czy „byciu wysłuchanym”. Oczywiście pragną spotkać się z uwagą i szacunkiem, ale oczekują kierunku, wskazania celu i nauczenia ich, jak dobrze żyć.

Bóg stał się człowiekiem właśnie w tym celu: aby pokazać nam, czym jest życie i dokąd zmierza, aby nauczyć nas poprzez rady i przykazania, jak prowadzić dobre, owocne życie. Kiedy Chrystus spotkał Samarytankę przy studni, nie powiedział: „Usiądźmy teraz i opowiedz mi o wszystkim”. On powiedział jej „wszystko, co uczyniła” (por. J 4, 29).

To właśnie pozwoliło jej rozpoczęć nowe życie.

Musimy pozwolić Chrystusowi, by powiedział nam, kim jesteśmy, wskazał nasze błędne drogi, przekonał nas o naszych winach i skierował do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni.

Chrystus jest naszym Zbawicielem, ale to nie wszystko. Jest także Obrazem, na który zostaliśmy stworzeni, Pierwowzorem, który objawia nas nam samym. Będziemy duszpastersko skuteczni w takim stopniu, w jakim pozostaniemy Mu posłuszni z miłością. Być może stanie przed nami szansa na ponowne nasycenie społeczeństwa nadzieją.

Młodzi ludzie i odkrywanie małżeństwa

Badanie opublikowane kilka lat temu przez American College of Pediatricians wykazało, że 54% nastolatków miało kontakt z pornografią przed ukończeniem 13. roku życia, a 15% przed ukończeniem 11. roku życia. Liczby te od tamtego czasu z pewnością wzrosły. Korzystanie z pornografii stało się powszechne wśród młodych dorosłych, kobiet i mężczyzn na całym świecie. Ma to ogromny wpływ na sposób, w jaki młodzi ludzie wchodzą w relacje uczuciowe.

Gdy od dzieciństwa jest się nawiedzanym przez świat pożądliwości, w którym seks jest towarem konsumpcyjnym, obiekt pożądania jest stale wymienny (choć zawsze fizycznie idealny), w którym brakuje romantyzmu i nie ma żadnych zasad — wejście w trwałą, wierną relację z konkretnym, omylnym i potrzebującym człowiekiem, którego odmienności nie da się zignorować, staje się ogromnym, wręcz nieprzekraczalnym krokiem.

Świat pornografii ma charakter transgresyjny. Podsuwa granice tylko po to, by kusić konsumentów do ich przekraczania, roztaczając wizję zmiennej i nieograniczonej władzy. Klasyczny paradygmat „chłopiec poznaje dziewczynę” dawno odszedł do lamusa. Homoerotyzm, który jeszcze nie tak dawno wiązano z pojęciem „orientacji” seksualnej, jest dziś opcją dostępną dla wszystkich, wpisaną w nurt kulturowej rozrywki. Trendy płynności płciowej ujawniają fantazje zrodzone — często z wewnętrznego lęku — na rynku nieokiełznanego erosu, gdzie chwilowe pragnienie staje się bogiem, a obiektywna rzeczywistość ustępuje formom narzucanym i wywoływanym przez subiektywną wyobraźnię.

Ubolewamy nad pokusami tego, co wirtualne i nierealne, ale to nie wystarcza. Musimy wyciągnąć przyjazną dłoń do młodych mężczyzn i kobiet uwikłanych w te zniewalające formy nierzeczywistości, wyciągnąć ich z tego bagna i pozwolić im na nowo odkryć świat takim, jaki jest. Aby to zrobić, musimy być w stanie pokazać, że ten prawdziwy świat jest lepszy, ciekawszy i zdolny dać prawdziwe szczęście.

Trzy lata temu opublikowałem książkę zatytułowaną Czystość. Zostałem wtedy wyśmiany przez niektórych ludzi — głównie starszych Europejczyków — którzy zapewniali mnie, że jest to temat, który nikogo nie interesuje.

Zaskoczyło mnie jednak, gdy w kolejnych krajach przemawiałem do tłumów składających się w dużej mierze z młodych ludzi pragnących usłyszeć, czym jest ta niemal zapomniana i kłopotliwa cnota. Młodzi ludzie, daleko od ulegania erotyzowanym substytutom relacji, są nimi po prostu zmęczeni. Szukają przyjaźni i stabilnej miłości. Nie twierdzę, że stanowią oni główny nurt, ale jest ich na tyle dużo, by świadczyło to o wyraźnym trendzie.

Aby pomóc młodym dostrzec wartość małżeństwa, musimy wyjść naprzestawić się temu trendowi — najpierw pomagając młodym kobietom i mężczyznom odnaleźć pokój z samymi sobą. W jednym z głównych tekstów św. Pawła o małżeństwie, w Liście do Efezjan, przyrównuje on małżonków do ciała, po czym zauważa: „Przecież nikt nigdy nie miał w nienawiści własnego ciała” (Ef 5, 29).

Problem polega na tym, że dziś wielu ludzi ma w nienawiści własne ciało i czuje się od niego obco. W laickim ujęciu ciało to worek ścięgien, który można dowolnie przekształcać. Niezwykłe, wyzwalające przesłanie chrześcijańskie głosi, że ja jestem swoim ciałem, a moje ciało, nie mniej niż moja dusza, zostało stworzone na obraz Boży i zasługuje na szacunek.

Jeśli chcemy przygotować młodych do małżeństwa, musimy najpierw pomóc im odnaleźć ich cielesną tożsamość jako kobiet i mężczyzn. Zanim spróbujemy pomóc innym, musimy sami zrealizować tę pracę w sobie.

Uczące pokory może być odkrycie, nawet w dojrzałym wieku, że w tej kwestii wciąż mamy jeszcze długą drogę do przebycia.

Jaki język pomaga młodym ludziom rozwijać się uczuciowo?

Język prawdy, który nazywa rzeczy po imieniu spokojnie, bez przemocy, nigdy nie wątpiąc w Boże miłosierdzie. Jest to język, który szanuje rany, ale nie idealizuje postawy ofiary. Wynika on z wiary w wolę Jezusa, by nas zbawić.

Małżeństwo objawia zbawienie. Aby być do niego zdatnym, trzeba najpierw dostrzec w sobie kogoś, kogo warto i można zbawić.

Pierwsze lata życia małżeńskiego

Pewne małżeństwo, które znam, opowiedziało mi o decyzji, jaką podjęli, gdy zobaczyli, że ich narzeczeństwo staje się poważne. Wyjechali razem na długi weekend do domku w lesie. W tym czasie opowiedzieli sobie nawzajem całe swoje życie. Oboje chcieli, aby ta druga osoba poznała całą ich historię — z jej blaskami i cieniami, sukcesami i porażkami. Skoro mieli powierzyć sobie swoją przyszłość, chcieli mieć pewność, że w przyszłości nie pojawią się przeszkody wynikające z przemilczanej przeszłości.

Taki krok wymaga odwagi i mądrości. Istotą miłości jest wiedzieć, że mogę być sobą, bez maski, a mimo to być kochanym. Bóg kocha nas właśnie w ten sposób. Uczyć się kochać tak jak On, to czynić podobnie. Małżeństwo będzie się rozwijać, jeśli obie strony potrafią powierzyć swoje intymne „ja” drugiemu.

Na początku obrzędu małżeństwa kapłan pyta: „Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?”. Wolność, od której zależy ważność sakramentu, wymaga, aby małżonkowie wiedzieli, z kim się łączą. Wiele wyzwań pojawiających się w pierwszych latach małżeństwa można uniknąć poprzez dążenie do szczerej przejrzystości jeszcze przed przypieczętowaniem przymierza.

Małżonkowie sami są szafarzami sakramentu. Zawierają go jednak w Kościele, przed krzyżem. Odpowiedzieć „tak” na pytanie: „Czy chcesz kochać i szanować współmałżonka przez wszystkie dni swojego życia oraz przyjąć z miłością potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, oznacza zgodę na udział w krzyżu. Każda miłość małżeńska i rodzicielska wiąże się z cierpieniem. Ona przebije serce. Będzie wymagać wylania własnego życia, aby inni mogli żyć.

Świadome przyjęcie tej rzeczywistości od samego początku, ze zgodą na udział w dającym życie krzyżu Chrystusa, da małżonkom siłę do dźwigania brzemion, sprawiając, że nawet ciężkie sprawy staną się lekkie. Horyzontalna relacja między mężem a żoną, rodzicami a dziećmi, będzie podtrzymywana przez pewną, niezawodną oś wertykalną.

Bardzo lubię obrzęd dozwolony w rytie rzymskim, gdy kapłan, po przyjęciu przysięgi małżeńskiej, owija złączone dłonie małżonków swoją stułą i mówi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

Za każdym razem, gdy kapłan nakłada stułę, odmawia piękną modlitwę: „Przywróć mi, Panie, szatę nieśmiertelności, którą straciłem przez upadek pierwszych rodziców”.

Przymierze małżeńskie pozwala nam dostrzec chwałę, która spoczywała na Adamie i Ewie przed upadkiem. W niektórych rytach wschodnich małżonkowie są koronowani na znak odzyskanej królewskiej godności dziecięctwa Bożego.

W naszym hiper-laickim klimacie, który sentymentalizuje małżeństwo i prezentuje konsumpcyjne podejście do dzieci — traktowanych jak towary zamawiane na dogodny moment, najlepiej według określonej specyfikacji — ta nadprzyrodzona perspektywa jest niezwykle pomocna. Przypomina o tym, że w małżeństwie nie chodzi tylko o kobietę i mężczyznę. Włącza ono ich oboje w żywą wspólnotę z Bogiem; co więcej, czyni z nich żywą ikonę świętego Kościoła Bożego.

Świadomość, że Chrystus jest istotowo obecny w ich związku, inspiruje ich do żmudnej pracy nad zastąpieniem pierwszej osoby liczby pojedynczej pierwszą osobą liczby mnogiej — by nie mówić już „ja chcę”, ale „my chcemy”; nie „ja mam”, ale „my mamy”. Może im to pomóc w dojrzałym przeżywaniu surowej siły i głębokiej wrażliwości sfery seksualnej, w dobrym zintegrowaniu jej wymiaru jednoczącego i prokreacyjnego. Przygotuje ich do przyjmowania dzieci z szacunkiem jako łaskawych darów Boga.

Małżeństwo potrzebuje oparcia we wspólnocie. Fałszywe jest traktowanie pary jako samowystarczalnej i oczekiwanie, że sama wytworzy wszystkie swoje zasoby i poczucie spełnienia: takie podejście przenosi jedynie laicki indywidualizm na jednostkę zbiorową, która chwieje się pod tym ciężarem.

W tym miejscu ujawnia się rola wspólnoty katolickiej i parafii, powołanych do świadczenia troski, praktycznej pomocy, życzliwego humoru i współczującej rady, które dawniej mogły zaoferować wielopokoleniowe rodziny, dziś w dużej mierze nieistniejące.

Rodziny w trudnych sytuacjach

Mówimy o „radości i pięknie” małżeństwa. Mamy rację, tak czyniąc. Cechy te stanowią pewien ideał. Powinniśmy jednak zachować ostrożność i unikać banałów.

Wystarczy przeczytać Annę Kareninę lub obejrzeć Sceny z życia małżeńskiego Bergmana, aby zobaczyć, że małżonkowie mogą zgotować sobie nawzajem piekło na ziemi. O tym również trzeba pamiętać.

Przed obłóczynami zakonnymi postulant często czyta fragment z Księgi Mądrości Syracha: „Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie” (Syr 2, 1). Narzeczeni mogliby zrobić to samo. Próby nadejdą.

Papież Franciszek napisał adhortację Evangelii gaudium („Radość Ewangelii”), ale o małżeństwie użył sformułowania Amoris laetitia. To ciekawa różnica znaczeniowa.

Podstawowe znaczenie łacińskiego rdzenia laet-, od którego pochodzą słowa laetus i laetare, to „szczęście”. Jednak już w łacinie klasycznej rdzeń ten miał znaczenie agro-ekologiczne, wskazujące na „bujność/rozkwit” roślin i „żyzność” gleby. Ma to głęboki sens. „Szczęśliwa” roślinność rośnie w glebie, która została uprawiona, by stać się pożywną. Dlatego rdzeń laet- dał również początek rzeczownikowi laetamen — „nawóz”. W starożytności nawóz był równoznaczny z obornikiem, który śmierdzi. Laetitia (szczęście/radość) miłości wymaga terenu oczyszczonego z kamieni, dobrze zaoranego i odpowiednio nawożonego.

Wskazanie na to nie oznacza odbierania małżeństwu i rodzinie radości; oznacza to nacisk na fakt, że ta radość zrodzi się z trudu — i że praca ta jest ciężka, często wydająca się bezowocna.

Stan zakonny i małżeński zakładają się nawzajem i stanowią dla siebie lustrzane odbicie. Wierzę i dostrzegam, że rodziny mogą czerpać z mądrości i doświadczenia życia zakonnego.

Zakonnicy żyją według reguły, która chroni przymierze wspólnego życia, czyniąc jego cel i sens jasnym. Gdy mąż i żona uzgodnią ostateczny cel swojej rodziny, będą lepiej prepared do pokonywania przeszkód, niż gdyby nie sformułowali swojego związku jako zadania.

Jest tak zwłaszcza wtedy, gdy ich wspólny cel ma charakter transcendentny. Wtedy pozwolą Bogu działać w sobie. Będą postrzegać trudności jako okazje do nawrócenia, do wyjścia z ciasnej celi własnego „ja”.

Mnisi i mniszki realistycznie podchodzą do walk, które wiążą się z ich powołaniem. Pierwsza literatura monastyczna, Apophthegmata Patrum (Apoftegmaty Ojców Pustyni), podejmuje standardowe zmagania bez ogródek. Pozwalają one zakonnikom szukać sposobów rozwiązywania konkretnych problemów pod rzeczowymi hasłami, takimi jak: „Ubóstwo/Wyrzeczenie”, „Cierpliwość”, „Pożądliwość”, „Wyrozumiałość”.

Praktyczna przydatność tych rad po 1500 latach wciąż zdumiewa.

Wiele można by zyskać, jak sądzę, przygotowując zwięzły, oparty na doświadczeniu i wierze zbiór apoftegmatów dla rodzin, pokazujący, jak w uzdrawiającym świetle przykazań Chrystusa i Jego skutecznej łaski można konstruktywnie radzić sobie z próbami.

Kiedy jest ciężko, nasza perspektywa się zwęża. Widzimy tylko nasz obecny ból, a nie drogę, która może się za nim rozciągać.

Głównym zadaniem duszpasterskim w takich sytuacjach jest przypomnienie szerszego obrazu, pozwolenie cierpiącym na odkrycie potencjalnie twórczego sensu ich kłopotów, co może posłużyć osłabieniu egoizmu i oczyszczeniu miłości. Małżeństwo, nie mniej niż życie zakonne, jest szkołą nawrócenia.

Jeśli chodzi o relacje „nieregularne”, dostrzegam, że nasze wspólnoty katolickie zazwyczaj przyjmują je dojrzałe i dobrze. Dla osób w takich sytuacjach wyzwalające może być przebywanie w środowisku, w którym ich „nieregularność” jest uznana, a nie relatywizowana, a mimo to są oni przyjmowani z chrześcijańską przyjaźnią i mogą wnosić swój wkład we wspólnotę.

Myślę tu o przykładzie wielu wiernych ludzi, których znam, a którzy niedziela po niedzieli podchodzą po błogosławieństwo w czasie Komunii Świętej, wiedząc, że nie mogą przystąpić do sakramentu, a jednak powierzając się Bożemu miłosierdziu działającemu w Kościele.

Ich przykład wierności przyczynia się do budowania wspólnoty chrześcijańskiej. Świadczy o żywym realizmie sakramentu i o cnocie nadziei. Trwające w czasie „wygnanie sakramentalne” może przygotować radosny powrót do domu.

Chrystus dał nam swoje wymagające przykazania, aby nas wychować i wyzwolić z samych siebie, „abyśmy już nie żyli dla siebie, ale dla Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał” (IV Modlitwa Eucharystyczna). Jego intencją jest doprowadzenie nas do wzrostu ku nowemu, przebóstwionemu życiu.

To życie musi być zawsze celem, który proponujemy ludziom, a nie tylko zwykła ludzka akceptacja — choć każdego z nas po trosze również potrzebuje.

Rodziny jako podmiot misji

Co odróżnia światopogląd chrześcijanina od światopoglądu laickiego?

Przekonanie, że poprzez wszystkie zmienności historii, wszystkie zmiany dokonane przez ewolucję natury i pomysłowość człowieka, wierność Boga wobec ludzkości, stworzonej na Jego obraz, jest bezwzględna. Cokolwiek by się nie działo, miłość Boga, definitywnie objawiona w Jezusie Chrystusie, jest pewna. Jest skałą, na której można zbudować życie i społeczeństwo. Mogą nadejść burze, winds mogą dąć i uderzać, ale ten fundament trwa.

Pierwszą misją rodziny jest świadczenie o tej stabilnej miłości. Dlatego nierozerwalność małżeństwa należy postrzegać jako dar i wysokie zadanie, jako dowód zaufania ze strony Boga (por. AL 62). Obiecując sobie wierność aż do śmierci, mąż i żona urzeczywistniają w historii realność Bożej miłości.

Ludzka natura, zraniona przez grzech, naznaczona jest egoizmem i rozwiązałością: szukamy własnej korzyści i nie mamy nic przeciwko podążaniu w wielu kierunkach naraz. Możemy w ten sposób zaznać kilku dreszczyków emocji; ale raczej nie znajdziemy spokojnego spełnienia. Wciąż tęsknimy za jedyną, definiującą miłością: dowodem na to są popularne piosenki każdej epoki, także w naszych, na ogół bezbożnych czasach.

Rodzina jest zatem misyjna przede wszystkim przez swoją wierność. Właśnie teraz, gdy wokół nas rozpada się tak wiele tradycyjnych struktur więzi społecznych, ta misja jest niezmiernie ważna.

Drugą formą misji rodziny jest gościnność. Tak jak klasztor „nigdy nie jest pozbawiony gości” (Reguła św. Benedykta, rozdz. 53) — nie ma być samowystarczalnym klubem wyłącznie dla członków — tak chrześcijańska rodzina zaprasza innych do środka. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25, 35). Poprzez mądre, odpowiedzialne zaangażowanie w ten ideał, sama spójność rodziny może zostać wzmocniona w duchu służby i życzliwości.

Czasami pojawia się pytanie: w jaki sposób rodziny mogą przyczynić się do formacji kapłanów? Nie przede wszystkim poprzez masowe przybywanie do seminarium z prezentacjami multimedialnymi o życiu rodzinnym, ale poprzez zapraszanie kleryków, kapłanów (a kto wie, może nawet biskupów?) do swojego życia. Żyjący w celibacie kapłan, wierny swojemu powołaniu, przypomina rodzinie o jej wymiarze nadprzyrodzonym; rodzina przypomina kapłanowi, że jego celibat służy owocności. Następuje obopólna, radosna korzyść.

Świadectwo owocności jest dziś bardzo potrzebne. Wskaźniki urodzeń na całym świecie gwałtownie spadają. Nasz gatunek nie odtwarza się. Trzydzieści lat temu socjolodzy martwili się przeludnieniem, wylewając pomyje na katolickie nauczanie o regulacji urodzin. Dziś widzimy, że przeważa odwrotna tendencja. Pewna siebie wola przekazywania życia szybko słabnie na każdym kontynencie.

Katolickie planowanie rodziny musi się dziś skupić na umożliwieniu rodzinom mówienia „tak” dzieciom. Wymaga to practical środków: przystępnych cenowo mieszkań, opieki nad dziećmi i szkół — misja ta ma wymiar polityczny. Ale przede wszystkim dotyka nawrócenia serc.

Pragnienie założenia owocnej rodziny jest dziś wyrazem kontrkultury, czymś porównywalnym do bycia punkowcem w burzliwych latach 70. Kościół jest powołany do wspierania tej zdrowej rewolucji, umożliwiając młodym wybór i zaangażowanie na rzecz życia.

Oczywiście każda próba mówienia o rodzinie jako podmiocie misyjnym napotyka na pewien egzegetyczny dylemat.

Stosunek Chrystusa do rodziny bywa wymagający. Powołuje On Jakuba i Jana, wyrywając ich z więzów rodzinnych i zostawiając biednego, zdezorientowanego Zebedeusza w łodzi (Mk 1, 19-20). Uzdrowienie teściowej Piotra każe nam pytać, co stało się z żoną Piotra, gdy Kefa został powołany (Mk 1, 30-31)? Drżymy na słowa: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37).

Sformułowania te nie pomniejszają wartości rodziny; nawołują nas jednak do rozważenia rodziny w świetle radykalnego uczniostwa.

„Szukajcie najpierw Królestwa Niebieskiego!” (Mt 6, 33).

Zasada ta odnosi się również do rodzin. Gdy jest realizowana, rodzina może w sposób mistyczny, ale wiarygodny, objawiać to Królestwo.

W dniu następującym po zgromadzeniu w Rzymie, gdy my, którzy mieliśmy błogosławieństwo w nim uczestniczyć, spoglądamy na nie z wdzięcznością, Kościół — jak zrządziła Opatrzność — obchodzi wspomnienie tej niezrównanej Doktor Kościoła, św. Teresy z Ávila. Dzisiejsza Liturgia Godzin (Godzina Czytań) daje nam fragment z jej Księgi życia, który zaczyna się tak:

„Tylko ten, w kim Jezus Chrystus mieszka jako przyjaciel i szlachetny przewodnik, może znieść wszystko. Chrystus nam pomaga, umacnia nas i nigdy nie opuszcza. Jest prawdziwym przyjacielem. I wyraźnie widzę, że jeśli chcemy Mu się przypodobać i otrzymać obfitość Jego łask, Bóg pragnie, aby łaski te przychodziły do nas z rąk Chrystusa, przez Jego Najświętsze Człowieczeństwo, w którym Bóg ma upodobanie”.

To wspaniała perspektywa, w której można rozważać łaski i wyzwania życia rodzinnego. W kolekcie na dzisiejszą uroczystość modlimy się: „Rozpal w nas pragnienie prawdziwej świętości.” Amen!

Ale czy takie powołanie nie jest zbyt wysokie dla nas, zwykłych, ubogich ludzi?

Nie, jeśli pozwolimy Bogu dokonać w nas Jego odkupienia i jeśli będziemy pamiętać o głębokim znaczeniu zwykłych, codziennych aktów wierności, które urzeczywistniają i odnawiają postanowienie — dane raz na zawsze — by kochać wiernie.

Ostatnie słowo należy do Tewjego i Goldy.

Bp Erik Varden

15 października 2026 r.

Źródło: https://coramfratribus.com/life-illumined/laetitiae-amor/

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.