_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

sobota, 9 kwietnia 2016

Ciebie Boga wysławiamy... Muzyka w liturgii



O miejscu muzyki w liturgii, muzycznym wykształceniu duchownych i „nieziemskim” śpiewie gregoriańskim z ks. dr. Wojciechem Kałamarzem z Międzyuczelnianego Instytutu Muzyki Kościelnej w Krakowie rozmawia Błażej Tobolski.

Od początków chrześcijaństwa liturgii towarzyszy muzyka. Czy to jedynie piękny dodatek do niej czy coś więcej?

– Z całą mocą należy podkreślić, że muzyka jest integralną częścią liturgii. Nie jest żadnym dodatkiem, żadną ozdobą, ornamentem, kaprysem, ale sama jest częścią kultu oddawanego Bogu. Niestety, w ogłoszeniach, rozmowach, różnych pismach wciąż możemy spotkać się z wyrażeniem „oprawa muzyczna” np. Mszy św. Świadczy ono o kompletnym niezrozumieniu miejsca muzyki w liturgii oraz o nieznajomości dokumentów Kościoła i nauczania chociażby papieża Benedykta XVI. Jakkolwiek świeckich katolików można tu trochę usprawiedliwić, tak ignorancja duchownych jest niezrozumiała. Przecież na studiach, zgodnie z ratio studiorum, winni oni poznać dokumenty, w których jasno sformułowane jest m.in., że: „śpiew kościelny związany ze słowami jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii” (konstytucja II Soboru Watykańskiego Sacrosanctum concilium, nr 112); „Muzyka, a zwłaszcza śpiew, jest nie tylko jej ozdobą, ale po prostu jej integralną częścią” (Instrukcja Episkopatu Polski, p. 4). Swoim studentom tłumaczę to bardzo prosto i dosadnie: „oprawić” to sobie można obraz w ramkę. Muzyka zaś nie jest ramką, ale samym obrazem wewnątrz ramki, muzyka należy do liturgii, jest częścią tego obrazu, jest współpatrzeniem z Bogiem, jest zasłyszaną częścią liturgii niebios, jest aktem uwielbienia Boga przez Ciało Chrystusa, czyli Kościół, ale wraz z jego Głową, czyli z Synem Bożym.

Mamy więc pewnie w Polsce jeszcze sporo do zrobienia na tym polu...

– Jednym z poważniejszych problemów jest tutaj słabe przygotowanie muzyczne kapłanów, mające źródło m.in. w braku odpowiedniej edukacji muzycznej na poziomie szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego, średniego. Przychodzący do seminarium kandydat nierzadko po raz pierwszy ma do czynienia z muzyką dopiero na studiach. To trochę późno dla owocnej edukacji. Czyni to naukę trudną, ale nie niemożliwą. Ściśle z tym związany jest problem właściwie przygotowanych wykładowców muzyki kościelnej, którzy nie tylko powinni mieć wiedzę i odpowiednie uzdolnienia muzyczne, ale poprzez własne świadectwo powinni rozpalać w młodych miłość do muzyki, winni przekazywać niezbędne informacje oraz kształcić u studentów podstawowe umiejętności. Potrzebujemy wykładowców pasjonatów, zapaleńców, bo tylko oni zainicjują, często niestety w niezbyt muzycznie uzdolnionych alumnach, chęć muzykowania.

Zdaniem Księdza to przed kapłanami stoją największe wyzwania, jeśli chodzi o zmianę naszej świadomości muzycznej?

– Niewątpliwie najważniejsza jest edukacja duchownych. Oni stoją na czele Kościoła, zarówno na jego górze, jak i na czele lokalnych wspólnot, kształtują ich gust, dyktują poziom artystyczny. Brak odpowiedniego wyczucia estetycznego u księży owocuje bylejakością w duszpasterskiej działalności. Nie można dać czegoś, czego się nie ma. Natomiast muzycznie wykształcony ksiądz nie tylko sam będzie dbał o wysoki poziom we wspólnocie, w której będzie pracował, ale też doceni rolę świetnie przygotowanego organisty. Nie zatrudni domorosłego muzykanta, któremu się wiele wydaje, lecz niewiele umie, ale raczej zatrudni fachowego muzyka, potrafiącego akompaniować do śpiewu liturgicznego, prowadzić śpiew podczas liturgii, dyrygować chórem i ubogacać uroczystości artystyczną grą instrumentalną. Mądry rządca wspólnoty zna wagę dobrego organisty, wie, ile znaczy dobrze uformowany, przygotowany pod względem liturgicznym i teologicznym, muzyk w parafii.

A chorał gregoriański? Czy jest jeszcze miejsce dla niego w dzisiejszej liturgii polskiego Kościoła?

– W dużej mierze ten śpiew już w niej funkcjonuje. Polacy nie skorzystali bowiem z możliwości ułożenia nowych melodii do tłumaczonych na język polski tekstów liturgicznych, ale dostosowali do niego melodie gregoriańskie. Tak więc melodie w Mszale rzymskim, tony Ewangelii, czytań, pasji, są melodiami w dużej mierze gregoriańskimi. Ponadto gregoriańskie tony psalmowe legły u fundamentów nie tylko psalmodii, ale także wielu polskich pieśni kościelnych. Nie jest więc z tym śpiewem gregoriańskim w naszej liturgii tak źle, jakby się mogło z pozoru wydawać. Owszem, mało jest go w postaci oryginalnej, z tekstami w języku łacińskim. Przyczyn tego stanu rzeczy upatrywałbym w braku odwagi u ludzi odpowiedzialnych za śpiew. Powiem szczerze, że największe wrażenie zrobiło na mnie wykonanie Missa de Angelis na wsi, na Zamojszczyźnie podczas prymicji mojego kolegi w 1997 r. Mało kto zachwycił mnie później podobną żarliwością i dbałością o wierność zapisowi.

Z kolei przed kilkoma laty, z inicjatywy mojej koleżanki ze studiów muzycznych, w jednym z krakowskich kościołów odprawiłem Mszę św. w języku łacińskim. Przygotowane były teksty łacińsko-polskie dla ludzi, a zespół zadbał o śpiewy. Daliśmy też informacje do ogłoszeń duszpasterskich w niedzielę, że w najbliższą sobotę o godz. 20.00 zostanie odprawiona taka Msza. Nigdy w sobotę o tej godzinie w tej parafii żadnej Mszy św. nie było. Księża w parafii wieszczyli więc wielką porażkę. Tymczasem kościół był pełen ludzi i to w większości studentów uczelni niemuzycznych! Powiem więcej – bez przygotowania wczytywali się w teksty i dialogowali ze mną po łacinie. Czasem naprawdę więcej jest w nas obaw i lęków niż rzeczywistych powodów tychże.

Czyli potrzeba tylko odwagi?

– Oczywiście! Co przeszkadza włączyć do liturgii Mszy Świętej jakiś śpiew gregoriański, chociażby z repertuaru podanego w Śpiewniku kościelnym ks. Jana Siedleckiego? Śpiew gregoriański jest nie tylko własnym śpiewem Kościoła, nie tylko legł u podstaw wszelkiej muzyki europejskiej, ale dzisiaj, przez swą antyczność, odmienność, wokalność, modalność, ametryczność, jest śpiewem ponadczasowym, nieziemskim, innym niż wszystko, co nas otacza. Przez to idealnie nadaje się do odsyłania do rzeczywistości odmiennej od tej, w której na co dzień żyjemy. W kościele nie powinno być łomotu, jaki w dużej mierze towarzyszy przeciętnemu Polakowi w przestrzeni jego życia rodzinnego i zawodowego. Tak jak świątynia jest miejscem innym, bo wyłączonym z profanum, a czas spotkania liturgicznego jest czasem świętym, bo uobecnia Tajemnicę. Również święte obrzędy winna przenikać muzyka, która się do tego najbardziej nadaje, czyli śpiew gregoriański, lub ten, który jest w nim zakorzeniony, czyli muzyka polifoniczna, pieśni kościelne, muzyka instrumentalna.

Wspomniał Ksiądz o Śpiewniku kościelnym ks. Siedleckiego. To ważna pozycja, jeśli chodzi o muzykę liturgiczną.

– Śpiewnik kościelny ks. Jana Siedleckiego to dzieło wyjątkowe pod wieloma względami. Jest wydawany od 136 lat. Najbardziej do jego wysokiej pozycji przyczynił się ks. Wendelin Świerczek, który jako redaktor naczelny 13 wydań z lat 1928–1975 nadał temu wydawnictwu rangę opracowania krytycznego, rzetelnego, wzorcowego. Jego założenia metodologiczne zawarte w zwięzłych wprowadzeniach do kluczowych wydań (1928, 1959) winne być istotnym katalogiem wskazań dla każdego, kto bierze się za ułożenie jakiegokolwiek śpiewnika kościelnego. Jednak nigdy oficjalnie śpiewnik ten nie uzyskał aprobaty Episkopatu jako śpiewnik ogólnopolski, choć niewątpliwie taką funkcję spełnia od ponad 100 lat. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu swego rodzaju formalnego ukoronowania tego, co de facto od wielu lat i tak ma miejsce, czyli że Śpiewnik kościelny ks. J. Siedleckiego uzyska kiedyś aprobatę Episkopatu Polski. Świadom ogromnej odpowiedzialności, wraz z księżmi redaktorami, rozpocząłem w tym roku w październiku przygotowanie 41. wydania tego śpiewnika, które powinno się ukazać ok. 2015-2016 r. Mam nadzieję, że ono także spotka się z przychylnym przyjęciem wśród polskich katolików.

ks. dr Wojciech Kałamarz


nr 46/2012

piątek, 8 kwietnia 2016

abp Guido Pozzo: Zastrzeżenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do soborowego nauczania nie stanowią przeszkody do prawnego i kanonicznego uznania Bractwa


Abp Guido Pozzo
Zastrzeżenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do soborowego nauczania o relacjach państwo-Kościół, wolności religijnej, ekumenizmie i dialogu z religiami niechrześcijańskimi oraz do niektórych aspektów reformy liturgicznej nie stanowią przeszkody do prawnego i kanonicznego uznania Bractwa – powiedział w wywiadzie dla dziennika La Croix abp Guido Pozzo, sekretarz komisji Ecclesia Dei, która z ramienia Stolicy Apostolskiej prowadzi dialogiem z FSSPX.

Nawiązał on do niedawnej wizyty w Watykanie zwierzchnika Bractwa bp. Bernarda Fellaya i jego spotkania z Papieżem. Zaznaczył on, że Bractwo jest na drodze ku pełnemu pojednaniu. W tym, co dotyczy Soboru Watykańskiego II, dzięki rozmowom prowadzonym w ostatnich latach doszło do ważnych uściśleń. Sobór Watykański II może być zrozumiany prawidłowo jedynie w kontekście całej Tradycji Kościoła i jego niezmiennego nauczania. Prawdy wiary i nauczanie katolickie zawarte w soborowych dokumentach powinny być przyjęte w tej mierze, w jakiej jest to wymagane. Abp Pozzo wyraźnie odróżnia tu dogmaty od deklaracji zawierających wskazania dotyczące kwestii praktycznych i duszpasterskich. Odnosi się to zwłaszcza do deklaracji Nostra Aetate, która zainicjowała dialog z religiami niechrześcjańskimi. Wszystko to są kwestie, które nie stanowią przeszkody dla kanonicznego uznania Bractwa i będzie można nad nimi dyskutować również w przyszłości.

Od Bractwa Stolica Apostolska będzie się domagać uznania, że to jedynie nauczycielskiemu urzędowi Kościoła powierzony został depozyt wiary, aby przez niego był zachowywany, broniony i interpretowany. W deklaracji doktrynalnej, którą Bractwo będzie musiało zaakceptować, znajdują się ponadto trzy podstawowe elementy, które decydują o katolickości: wyznanie wiary, więź sakramentów i hierarchiczna jedność z Papieżem.

Źródło informacji: Radio Watykańskie / http://bdp.xportal.pl

Z księgarskiej półki: Fatima. Stuletnia tajemnica


Fatima. Stuletnia tajemnica. Nowoodkryte dokumenty 1915-1925 - Wincenty ŁaszewskiDlaczego Łucja słyszała wszystkie proroctwa, a Franciszek tylko niektóre? Jak wygląda piekło? Skąd możemy mieć pewność, że wszystko co czytamy o Fatimie to prawda, a nie zmyślone historie? Na te i inne pytania odpowiada książka, w której kompleksowo omówiono okoliczności objawień fatimskich, mających miejsce w 1914 r.

Dokumentacja, w której opisano objawienia liczy kilkanaście grubych tomów. Samych listów Siostry Łucji jest ponad dwa tysiące. Do tej pory nikt nie zadał sobie trudu ich całościowego zbadania i rzeczowej analizy. Były pomijane ze względu na to, że okazały się zbyt obszerne, aby omówić je w jednej książce. Wielu twierdziło także, że nie wnoszą nic istotnego do naszej wiedzy o tych niesamowitych wydarzeniach. Rzeczywiście, choćby pobieżne przejrzenie dokumentacji budziło dużo wątpliwości i nie pozwalało do końca odtworzyć przebiegu wydarzeń. Wiele zmieniło się po opublikowaniu fragmentów duchowego dzienniczka Siostry Łucji.

Po lekturze wszystkich dostępnych dokumentów równolegle z dzienniczkiem Siostry Łucji okazuje się, że nie stajemy przed naukową fortecą. Wystarczyło dokonać prostego, chociaż wymagającego dużej pracy zabiegu: przedstawienia wszystkich dokumentów mówiących o objawieniu z Fatimy i uzupełnienia ich stosownym komentarzem. Tego zadania podjął się autor niniejszej książki – dr Wincenty Łaszewski, międzynarodowy autorytet w dziedzinie objawień.

Zrozumienie objawień maryjnych jest drogą do radykalnej zmiany historii, także tej jednostkowej. Dla każdej wierzącej osoby lektura tych dokumentów stanie się medytacją, w której zachwyt podaje dłoń poczuciu pokoju, którego nic i nikt nie jest w stanie zabrać. Warto przy tym pamiętać, że Bóg wybrał sobie na proroków trójkę biednych dzieci, których prostota okazała się dla Niego ich największą cnotą. Opisywane w książce ich proste i szczere relacje niekiedy wywołują uśmiech na twarzy czytelnika.

Książka zawiera:
- relacje spisane przez siostrę Łucję i fragmenty jej duchowego dzienniczka,
- apele orędzia fatimskiego – zbiór odpowiedzi siostry Łucji na listy, kierowane do niej, kiedy przebywała w klasztorze w Coimbra,
- wywiady z wizjonerami z czasów wielkiego cudu.
Dokumentacja, jaka znajduje się w pieczy Sanktuarium, obejmuje kilkanaście tomów. Zapiski siostry Łucji weryfikowane w czasie procesu beatyfikacyjnego liczą 20 tysięcy stron.

ZAJRZYJ DO ŚRODKA

----------

AUDYCJA Z UDZIAŁEM AUTORA W RADIO WNET



----------


Wincenty Łaszewski

Fatima. Stuletnia tajemnica 
Nowoodkryte dokumenty 1915-1925

 Oprawa: miękka | Ilość stron: 320 | EAN: 9788380790339 | Cena detaliczna: 39.90 zł 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Miłosierdzie, uporządkowana cnota czy nieuregulowane uczucie?



Nauczanie Świętego Tomasza za Akwinu

Słowo „miłosierdzie” jest jednym z obecnie najbardziej nadużywanych wyrazów. Niewłaściwy użytek terminu, tak ściśle związanego z Bożą Mądrością i Dobrocią pociąga za sobą konsekwencje, które odbijają się nawet na sposobie rozumienia natury Boga. Z jednej strony należy się zgodzić, że miłosierdzie można rozumieć na wiele sposobów, z drugiej jednak strony jest ważne, by dokonać pewnych sprecyzowań, aby nie dochodziło do poważnych błędów w materii Wiary i moralności.

W tym krótkim artykule przyjrzymy się niektórym kapitalnym rozróżnieniom uczynionym przez Świętego Tomasza w Sumie Teologii; przeanalizujemy głównie kwestię, jak należy rozumieć pojęcie miłosierdzia u człowieka i pojęcie miłosierdzia u Pana Boga. Ustanowiwszy te rozróżnienia – pomocne w uniknięciu zarówno niebezpieczeństwa panteizmu, jak i tego związanego z nadmierną antropomorfizacją Boga – przyjrzymy się, podążając za Doktorem Anielskim, jakie są powody i warunki miłosierdzia wobec grzeszników.

Miłosierdzie jest cnotą „zgodną z rozumem”

Święty Tomasz rozprawia o miłosierdziu pod względem ściśle moralnym w Secunda Pars i, odwołując się do etymologii, wyjaśnia nam czym ono jest i jak należy je zdefiniować. Mówi się o miłosierdziu [misericordia], kiedy ktoś patrząc na cudze nieszczęście posiada w „osierdziu, czyli w sercu, litościwą miłość” [cor miserum], czy inaczej, ma serce «współczujące» [1]. Innymi słowy, serce mającego miłosierdzie identyfikuje się z tym, który jest w nieszczęściu i w swojej kolejności lituje się nad tym nieszczęściem. Jest to fakt smucenia się z tym, który jest smutny, identyfikowania się po części z będącym w nieszczęściu utożsamiając się z jego własnym pragnieniem ku dobru.

To poruszenie duszy jest w pewnej mierze czymś wrodzonym dla naszej natury; to znaczy, że Bóg w Swojej nieskończonej Mądrości stworzył człowieka obdarzonego uczuciami [passiones], które same w sobie przyczyniają się do doprowadzenia nas do celu ostatecznego. Na przykład, wobec oczywistej niesprawiedliwości można odczuć poruszenie gniewu, który może być święty i sprawiedliwy oraz może popchnąć do działania w celu ochrony prawdy lub tego, który jest niesprawiedliwie zaatakowany. Perfekcja Stworzenia przewidziała istotnie, aby dla duchowego i społecznego zwierzęcia jakim jest człowiek, istniały „reakcje” mające same w sobie na celu skłonienie stworzenia zmysłowego ku swojemu własnemu dobru oraz dobru innych; jednakże – głównie z powodu grzechu pierworodnego – uczucia [passiones] muszą być zawsze kierowane przez rozum, aby ze względu na swoje nieuregulowanie nie stały się powodem do grzechu.

Taki sam dyskurs dotyczy również miłosierdzia, które rodzi się wobec „niedoli” czy bólu bliźniego prawie że z naszych wnętrzności. Tak przedstawione miłosierdzie jest poruszeniem duszy, które Święty Tomasz nazywa „poruszeniem dążenia [appetitus] zmysłowego”. Święty teolog dodaje: „w tym przypadku miłosierdzie jest uczuciem [passio] a nie cnotą” [2]. Innymi słowy, nasza natura zmysłowa sprawia wywołanie „natychmiastowej reakcji” wobec nieszczęśliwej sytuacji bliźniego i jest to połączone z wewnętrznym poruszeniem w naszej duszy, aby ulżyć nieszczęśnikowi w takiej niedoli. Jest to pierwszy sposób mówienia o miłosierdziu, „najniższy poziom”, poziom uczucia [passio]. Jest to jeszcze domena „natychmiastowej reakcji” zakorzenionej w zmysłach, która potrzebuje – tak jak inne uczucia [passiones] – uporządkowania dokonywanego przez rozum.

Istnieje też inny sposób mówienia o miłosierdziu: to znaczy jako o poruszeniu dążenia [appetitus] regulowanego przez rozum. Odnosi się to do poruszenia duszy, przez które w sposób rozumny – a nie tylko uczuciowy – smucimy się z powodu bólu bliźniego. Takie poruszenie, przez które nasze serce staje się „nieszczęsne z nieszczęśnikami”, nie jest tylko krzykiem, zawołaniem czy uderzeniem serca, ale jest kierowane ono przez rozum i ukierunkowane na cel przez nasz intelekt. Odwołując się do autorytetu Świętego Augustyna Akwinata wyjaśnia, że poruszenie miłosierdzia jest cnotliwe, kiedy służy rozumowi, kiedy pozostaje w porządku i w dobru, oraz kiedy jest ono sfinalizowane na utrzymanie sprawiedliwości porządku Bożego[3]. Innymi słowy Święty Augustyn i Święty Tomasz jasno stwierdzają, iż celem miłosierdzia nie jest współczujący romantyzm, który obejmuje wszystko i wszystkich bez żadnego kryterium, niczym chorągiewka na wietrze, lecz jest to poruszenie wpisane przez Stworzyciela w naturę ludzką w konkretnym celu, którym w głównej mierze jest skłonienie ludzi do niesienia ulgi bliźniemu w nędzy, ażeby wkroczyć w sprawiedliwy porządek chciany przez Boga.

Nie przypadkiem Doktor Anielski idąc w ślad Arystotelesa stwierdził wcześniej, iż miłosierdzie jest intensywniejsze, gdy nieszczęśnik znajduje się w niedoli z powodów losowych, na przykład kiedy zło spotyka niespodziewanie kogoś, kto miał nadzieję na nadejście dobra; a miłosierdzie jest jeszcze silniejsze wobec nieszczęścia spotykającego osobę, która wybiera zawsze dobro. W tym przypadku jest ono intensywniejsze, gdyż ofiara jest całkowicie niewinna, jest to cierpienie sprawiedliwego i dlatego silniejsza jest „zachęta” do powrotu ku sprawiedliwemu porządkowi rzeczy [4].

Sprawiedliwość i miłosierdzie u Boga

Po zajęciu się kwestią „czym jest Miłość Boża”, Akwinata w kwestii 21 Prima Pars rozprawia o sprawiedliwości i miłosierdziu Boga, które są połączone w jednej kwestii. Oczywiście, nie tylko są one jednym u Boga, lecz są również zjednoczone w studium teologicznym, gdyż nie można zdefiniować jednego abstrahując od drugiego. Sprawiedliwość i miłosierdzie jaśnieją we wszystkich dziełach Boga [5].

Przed przejściem do odpowiedzi Świętego Tomasza dobrze jest zatrzymać się na pierwszej obiekcji artykułu pierwszego, ponieważ zawiera ona rozróżnienie przydatne do zrozumienia obecnego zamieszania wokół pojęcia miłosierdzia. Święty Tomasz posługując się swoją zwyczajową metodą zadawania „quaestio” stwierdza, iż miłosierdzie nie wydawałoby się należeć do Boga, gdyż jest ono rodzajem smutku. Biorąc pod uwagę, że u Boga nie ma miejsca na smutek, nie może być tym bardziej miejsca na miłosierdzie [6].

Będąc w trakcie rozprawiania o miłosierdziu u Boga, Doktor Wspólny postępuje wykluczając z miłosierdzia aspekt „bezpośredniego smutku”, który ludzie odczuwają widząc nieszczęście innych, czyli to „poruszenie serca”, które dotyka tylko zmysłową naturę człowieka, lecz nie niezmienną naturę Boga. Bóg nie „smuci się” z powodu nieszczęścia innych tak jak to następuje w przypadku naszej zmysłowej natury, działa On jednakże, aby usunąć przyczynę nieszczęścia i aby przynieść ulgę nieszczęśnikowi w swoim brzemieniu. U Boga więc nie ma nigdy tego nieładu, który w związku z miłosierdziem znaleźć można u człowieka; zatem Bóg nie lituje się nigdy w sposób nieuporządkowanie uczuciowy, lecz całe Jego działanie jest zawsze uporządkowane i sprawiedliwe. Człowiek mógłby smucić się i odczuwać ból, czyli mógłby być naprawdę ukierunkowany ku miłosierdziu (jako uczuciu [passio]) wobec fałszywego żebraka, który symuluje niedolę czy to dla błahych powodów, czy też dla nieuporządkowanej miłości wobec pozornego dobra wiodącego do potępienia wiecznego; dusza takiego człowieka mogłaby nawet odczuwać poważny i dysproporcjonalny niepokój wobec „nieszczęśliwej” sytuacji bliźniego. U Boga nie może być miejsca na podobny proces, nie ma podobnego „afektu” wynikającego z uczucia [passio], ale istnieje wyłącznie „efekt” – mówi Święty Tomasz – czyli istnieje tylko wola Boga do przyniesienia ulgi nieszczęśnikowi w potrzebie materialnej lub duchowej, zgodnie z porządkiem Swojej sprawiedliwości [7].

Ukazuje się więc, jak bezsensowne są teorie (często o podłożu panteistycznym), które chciałyby wprowadzić u Boga cierpienie i uczucie [passio], aby następnie podchodzić w sposób sentymentalny (jeśli nie w sposób otwarcie hedonistyczny) do samych rozporządzeń Mądrości Bożej co do miłosierdzia. Święty Tomasz tłumaczy klarownie, iż cnoty relatywne w odniesieniu do uczuć i ich uporządkowania można przypisać Bogu tylko poprzez metaforę, oraz że u Boga nie ma uczuć ani dążenia [appetitus] zmysłowego [8]; zatem nie ma u Niego nawet śladu poruszenia miłosierdzia, które nie byłoby w doskonałej harmonii z całością Swojego prawa.

Święty Tomasz mówi, iż „do Boga nie należy smucenie się z nieszczęścia innych, lecz fakt niesienia ulgi w takim nieszczęściu, owszem należy to do Niego w stopniu najwyższym” [9]. A to z tego powodu, że Bóg kochając samego siebie, kocha swoje stworzenia i porządek przez Siebie ustanowiony we wszystkim, co stworzył, kocha On każdego w całości porządku stworzonego oraz w nadprzyrodzonym porządku zbawienia, w konsekwencji działa tym samym dopełniając brak dobra w takim porządku. Hojność Boga wpisuje się w sprawiedliwość w tym sensie, że pragnie dać On stworzeniom to, do czego są one przeznaczone [10]. Bóg zatem ponad wszystko chce, aby stworzenia duchowe dostąpiły zbawienia poprzez łaskę. Pragnąc ich dobra nadprzyrodzonego, Bóg chce dopełnić przede wszystkim ten „brak”, który mógłby doprowadzić dusze do zatracenia. Tak więc miłosierdzie w najwyższym stopniu działa i najbardziej jaśnieje w nawróceniu grzesznika, gdzie brak porządku moralnego w jego życiu jest skorygowany – poprzez miłosierdzie Boże – na życie zgodne z wlaniem łaski i zbawieniem wiecznym. Jest to dzieło prawdziwie Boskie, mówi święty Augustyn, „większe niż stworzenie nieba i ziemi” [11].

Można nawet powiedzieć więcej: Bóg jest aż tak sprawiedliwy w Swoim miłosierdziu, że raz jeszcze zachowuje porządek przez Niego ustanowiony, gdyż jeśli rzeczywiście Bóg zechciał człowieka obdarzonego naturą duchową, tak więc wolną, to owszem, będzie On miłosierny, ale szanując wolność człowieka [12]. Kiedy na przykład Bóg nawraca grzesznika do nowego życia, zachowuje się trochę jak wierzyciel, który z jednej strony udziela dłużnikowi równowartość długu, a z drugiej strony sprawia, aby to dłużnik zdobył to wszystko, co niezbędne jest do wypełnienia długu (a nawet więcej), samemu użyczając mu wszystkich potrzebnych do tego środków. W tym porządku sprawiedliwości i miłosierdzia jest zatem również niezbędne, ażeby wolne stworzenie zgodne było z miłosierdziem poprzez wolne i konkretne czyny. Miłosierdzie posiada więc aspekt łaskawości oraz aspekt związany z zasługą.

Lecz istnieją również ci, którzy nie zasługują na miłosierdzie, czy raczej ci, którzy już nie zasługują na nie w porządku zbawienia, tak jak Judasz Iskariota, który na zawsze stracił Niebo. Jakkolwiek miłosierdzie Boże dociera aż do piekła, gdzie wieczne kary potępionych nie są tak poważne, jakby na to zasługiwali według ścisłej sprawiedliwości [13].

„Wszystkie ścieżki Pana są miłosierdziem i prawdą” mówi Psalmista (24, 10). Nie może być inaczej, każde dzieło Boże postępuje zgodnie z porządkiem i proporcją Jego Mądrości i Dobroci. W każdym dziele Bożym siłą rzeczy musi być sprawiedliwość, tak jak w każdym dziele Bożym musi być miłosierdzie [14]; „w każdym dziele Bożym objawia się miłosierdzie jako pierwsze źródło” [15], i jest tak w przypadku nawrócenia Magdy Magdaleny, tak jak i w przypadku wiecznej kary Judasza.

Miłosierdzie dla grzesznika

Jeśli pojęło się wyjaśnienie Świętego Tomasza to można zrozumieć, że grzesznik nie może poruszyć Boga do czynienia miłosierdzia, o ile narusza on dobrowolnie sprawiedliwość Bożą, lecz tylko ze względu na doznawaną karę. Bóg czyni miłosierdzie właśnie dla tego aspektu nieszczęścia, czyli dla niedoli doczesnej i duchowej – które są karami – a nie, rzecz jasna, ze względu na zło grzesznika, którym, wręcz przeciwnie, należy gardzić. Współczesna mentalność, włączając w to mentalność pewnych pasterzy, jest tak nasycona prymatem immanencji, że przenosi się nawet omawiane nieuporządkowane uczucie [passio] miłosierdzia do intelektu i woli Bożej. Nieuporządkowane uczucie miłosierdzia, które to – będąc z dala od jakiejkolwiek prawdy czy jakiegokolwiek kryterium – hipokrycko „rozczula się” nad zatwardziałością w grzechu, prawie że do niej zachęcając. A dzieje się to dokładnie tam, gdzie Ewangelia wręcz przeciwnie głosi – ponieważ jest miłosierna – stanowczość i niezmienność postanowienia Bożego.

A zatem imitując Boga nie można nigdy litować się nad grzesznikiem poprzez wspieranie go w złu. Można jednakże odczuwać miłosierdzie wobec tego co on znosi, na przykład wobec kar związanych z grzechem, wobec ataków demona któremu się on poddał, wobec słabości i ułomności wynikających z grzechu pierworodnego czy też wobec braków i przewinień pasterzy, którzy go nie upomnieli i pozwolili mu upaść w grzechu, oraz pozostawiających grzeszników „jak owce nie mające pasterza” (Mt, 9, 36) [16].

Wspólnota Świętego Grzegorza Wielkiego


[1] S. Th., IIa IIae, q. 30, a. 1, c. : „dicitur enim misericordia ex eo quod aliquis habet miserum cor super miseria alterius”.
[2] Ibidem, a. 3 c. : „dicendum quod misericordia importat dolorem de miseria aliena. Iste autem dolor potest nominare, uno quidem modo, motum appetitus sensitivi. Et secundum hoc misericordia passio est, et non virtus”.
[3] Ibidem : „iste motus animi, scilicet misericordia, servit rationi quando ita praebetur misericordia ut iustitia conservetur : sive cum indigenti tribuitur, sive cum ignoscitur penitenti”. Patrz również: Ia IIae, q. 59, a.1, ad 3.
[4] S.Th., IIa IIae, q. 30, a. 1, c.
[5] S.Th., Ia, q. 21, a. 4.
[6] S. Th., Ia, q. 21, a. 3, arg. 1.
[7] S.Th., Ia, q. 21, a. 3, c.
[8] S. Th., Ia, q. 21, a. 1, ad 1.
[9] Ibidem, a. 3, c.: „Tristari ergo de miseria alterius non competit Deo: sed repellere miseriam alterius, hoc maxime ei competit”.
[10] Ibidem, a.1, ad 3.
[11] S.Th., IIIa, q. 43, a. 4, ad 2.
[12] S. Th., Ia IIae, q. 113, a. 3, c.: „Unde et homines ad iustitiam movet secundum conditionem naturae humanae. Homo autem secundum propriam naturam habet quod sit liberi arbitrii. Et ideo in eo qui habet usum liberi arbitrii, non fit motio a Deo ad iustitiam absque motu liberi arbitri”.
[13] S. Th., Ia, q. 21, a. 4, ad 1.
[14] Ibidem, a. 4, c.
[15] Ibidem.
[16] S. Th., IIa IIae, q. 30, a.1, ad 1.

środa, 30 marca 2016

Aberracje liturgiczne cz. 114 - Liturgia Wigilii Paschalnej czy religijny kicz z bielankami w roli głównej?




„Także taniec nie jest formą wyrażania liturgii chrześcijańskiej. Około III wieku kręgi gnostycko-doketyckie próbowały wprowadzić go do liturgii. Ukrzyżowanie traktowano tam jako pozór: ciało, którego nigdy tak naprawdę nie przyjął, Chrystus opuścił przed męką. I w ten sposób, skoro Krzyż był tylko pozorem, miejsce liturgii Krzyża mógł zająć taniec. (...) Zatem absolutny nonsens stanowią próby „uatrakcyjniania”liturgii pantomimą, i to wykonywaną w miarę możliwości przez profesjonalne zespoły, co kończy się często (w tej perspektywie całkiem słusznie) aplauzem zgromadzonych. Jeśli w liturgii oklaskuje się ludzkie dokonania, to jest to zawsze ewidentny znak tego, iż całkowicie zagubiono istotę liturgii i zastąpiono ją rodzajem religijnej rozrywki." 


kard. Józef Ratzinger, Prefekt Kongregacji Doktryny Wiary

"Zniszczenie Kościoła zaczyna się od utraty Eucharystii, od zaniedbywania Eucharystii, od niezrozumienia Eucharystii. Od Soboru Watykańskiego II Eucharystia została bardzo zbagatelizowana." 


kard. Sarah, Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów

wtorek, 29 marca 2016

Kard. Sarah: Wielkim zagrożeniem jest banalizacja Liturgii



"Osobiście uważam, że trzeba wykonać wielki wysiłek, aby na nowo odkryć piękno i świętość Liturgii. To jest ten jedyny tak szczególny moment, kiedy człowiek staje twarzą w twarz z Bogiem. A kiedy jesteśmy twarzą w twarz z Bogiem, to wtedy jak Mojżesz zstępujący z góry promieniejemy Bogiem, bo tak jego twarz promieniała. Jeżeli banalizujemy Eucharystię, traktujemy ją jak jakiś zwykły posiłek, ucztę, wtedy zatracamy to trwanie twarzą w twarz z Bogiem. Zniszczenie Kościoła zaczyna się od utraty Eucharystii, od zaniedbywania Eucharystii, od niezrozumienia Eucharystii. Od Soboru Watykańskiego II Eucharystia została bardzo zbagatelizowana i od tej pory zaczął się zmierzch Kościoła. Papież Benedykt XVI bardzo chciał, abyśmy na nowo odkryli ten kontakt, ten święty charakter trwania z Bogiem twarzą w twarz na Eucharystii. Nigdy nie będzie dość podkreślania tego. Musimy bardzo namawiać, zachęcać do odkrywania na nowo Eucharystii, i to zarówno jeśli chodzi o księży, jak i o wiernych świeckich."

wtorek, 22 marca 2016

Ks. Łukasz Szydłowski FSSPX: Co katolik może przed ślubem?


Dygamy czy klękamy?


Od kilku lat mam zaszczyt i łaskę uczestniczyć we Mszy Św. Trydenckiej. Spełniam na niej swój niedzielny obowiązek, ale też uczestniczę w niej kiedy tylko mogę w tygodniu, jeżdżąc do kaplicy FSSPX w Warszawie. Zachowanie księży i ministrantów na Tridentinie było na początku, dla takiego nowicjusza jak ja, kompletnym zaskoczeniem. Ta pełna Boskiej czci postawa, zachowanie w kościele pełne namaszczenia, pokory i uwielbienia Pana Boga W Trójcy Świętej Jedynego. Bez niepoważnych uśmieszków i porozumiewawczych mrugnięć do wiernych. Wszystko jest tam skierowane na Boga i oddane Jemu. Dusze, serca, umysły, uczucia, postawy ciała. Dominującym dźwiękiem na Tridentinie jest cisza. Ona buduje nastrój, skłania do skupienia i modlitwy. Większość wiernych korzysta z mszalików śledząc tok Mszy Św. i modląc się jego słowami, ale niektórzy klęczą całą Mszę Św., niektórzy odmawiają pobożnie Różaniec. Nie zauważyłam przez te kilka lat żadnych niestosownych zachowań. Rodziny z małymi dziećmi skutecznie i bez problemu radzą sobie z niektórymi wybrykami milusińskich. Dzieci zresztą zachowują się w kościele zupełnie „nienormalnie” – są po prostu grzeczne…

Człowiek „zmanierowany” Tridentiną idzie czasem na nową Mszę Św. do swego parafialnego kościoła i doznaje szoku. Oczywiście nie samą Mszą Św. ale jej oprawą, często luźną i zbyt swobodną nie licującą z godnością Przenajświętszej Ofiary Krzyżowej Pana Jezusa. Kolejny szok – to zachowanie służby liturgicznej. Młodsi ministranci już nie klękają przed Tabernakulum, a tylko pośpiesznie i bardzo niedbale skłaniają przed Panem Jezusem głowę. Nie wiem czy istnieją na ten temat jakieś nowe przepisy kościelne, w każdym razie mnie to zachowanie zawsze tak samo zaskakuje i gorszy. No i wreszcie rzecz, która zainspirowała mój artykuł – dyganie księży przed Tabernakulum. Dyganie, które ma zastąpić klękanie; dyganie, które ma sugerować cześć dla Pana Jezusa w Tabernakulum albo cześć dla Pana Jezusa obecnego na Ołtarzu… Dyganie, a nie klękanie. To budzi zgorszenie i zadziwienie…tym bardziej, że księża, o których mówię są ludźmi w średnim wieku i nie wygląda, żeby mieli jakieś poważne problemy ze stawami kolanowymi czy biodrowymi…

Nowa ewangelizacja idzie w niektórych parafiach w kierunku nadmiernej, świeckiej aktywności, której odpryskiem są gorszące oznaki braku oddawania należnej czci Panu Bogu. Taka ewangelizacja, jeśli nie zwróci się przede wszystkim do Boga i nie postawi Go na pierwszym miejscu, jest skazana na niechybne niepowodzenie. Nihil novi, ale serce krwawi…

Elżbieta Połomska/blogpubliki.com

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.