_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

piątek, 22 listopada 2013

Franciszek Rostafiński: Księga, która nie ma sobie równej



Człowiek własnym rozumem nie może zgłębić nie tylko wszystkich problemów otaczającego świata, ale nawet swojego własnego życia. Bóg w nieskończonej miłości wytyczył człowiekowi cel nadprzyrodzony, a jednocześnie dał mu środki do jego osiągnięcia. W stanie jednak, w jakim znaleźliśmy się po upadku pierwszych rodziców, nie może nasz rozum z całą pewnością i nieomylnie poznać wszystkich prawd przyrodzonych, a co dopiero mówić o takich, które przekraczają jego przyrodzone zdolności i dotyczą porządku nadprzyrodzonego. Bóg nie chciał, aby człowiek trwał w niepewności lub zupełnej nieświadomości prawd, tak dla niego ważnych. Sprzeciwia się to Jego nieskończonej miłości, dobroci i miłosierdziu. Dlatego oznajmia człowiekowi jego początek i stosunek, w jakim znajduje się wobec swego Stwórcy, poucza co do jego przeznaczania i dał środki, za których pomocą może osiągnąć cel ostateczny – jednym słowem objawia mu to wszystko sposobem nadprzyrodzonym. Można powiedzieć za św. Janem Chryzostomem, że
oto bowiem słowa Boże, językami ludzkimi wyrażone, upodobniły się do mowy ludzkiej, jak niegdyś Słowo Ojca Przedwiecznego, przyjąwszy słabe ciało ludzkie, upodobniło się do ludzi (1).
Objawienia nie dokonał Bóg względem każdego człowieka z osobna, lecz za pośrednictwem pewnych ludzi, których wybrał jako swoich posłów i rzeczników, którym polecił, aby prawdy im objawione podali do wiadomości innych, czy to ustnie, czy pisemnie, a nadto otoczył ich szczególną opieką przed fałszem lub błędem. W ten sposób powstałe księgi zawierają część Boskiego objawienia i są jedną z jego skarbnic. Od początku były one przechowywane z wielką czcią i z powodu nadprzyrodzonego pochodzenia zwane są Pismem świętym. Pismem świętym nazywa je już św. Paweł. Pismo święte jest Księgą w najwznioślejszym sensie, która nie ma sobie równej. Pismo święte jest jakby listem, który Bóg wystosował do człowieka, aby go pouczyć o Sobie samym, objawić mu swoją wolę, a także wskazać sposób, w jaki dojść może do swego celu – do połączenia się z Bogiem.

Św. Tomasz z Akwinu mówi, że
Pismo święte symbolizuje Serce (2) Chrystusa, które pozwala poznać serce Chrystusa. Przed męką serce Chrystusa było zamknięte, ponieważ Pismo święte było niejasne. Pismo święte zostało otwarte po męce, by ci, którzy je teraz rozumieją, wiedzieli i rozeznawali, w jaki sposób powinny być interpretowane proroctwa (3).
Zawiera ono w sobie najgłębsze tajemnice, rady i prawa Boskie, jest nieskończonym źródłem prawd, z którego każdy czerpie naukę, pociechę i zbudowanie. Mówi o początku i przeznaczeniu ostatecznym wszechświata, zawiera najdawniejsze dzieje ludzkości i jej powstania, ukazuje stosunek do Stwórcy i Odkupiciela, przedstawia nie tylko prawidła; którymi się rządzi społeczność ludzka, ale i ustala zasady, na których opiera się wszelka władza, a zarazem wykreśla granicę, jakiej ani ludzkie rozkazy, ani ludzkie posłuszeństwo przekroczyć nie mogą. Wreszcie przenika całą wewnętrzną istotę człowieka tak, że nie ma najmniejszego przejawu życia ludzkiego, do którego nie dałoby się zastosować to lub owo zdanie Pisma świętego; nie ma radości i smutku, łzy i wesela, które by tam nie znalazły przykładu ukojenia lub uszlachetnienia.
Pamiętajcie, że to samo Słowo Boże rozciąga się na wszystkie księgi, że to samo Słowo rozbrzmiewa na ustach wszystkich świętych pisarzy. To Słowo, które było na początku u Boga, nie potrzebuje sylab, ponieważ nie jest zależne od czasu
– mówi św. Augustyn (4).

Nic więc dziwnego, że pierwsi chrześcijanie raczej gotowi byli poświęcić życie, niż księgi święte wydać poganom na pohańbienie, nic dziwnego, że Biblia stała się przedmiotem ich ustawicznych dociekań, że najwybitniejsze umysły szukały w niej nauki i pociechy, a św. Hieronim nie wahał się nawet powiedzieć, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa” (5). Biblia jest Księgą najdostojniejszą i najpoważniejszą, Księgą nad księgami, świętą zarówno co do swego początku, jak i co do treści. Zawarte w Biblii Objawienie Boskie posiada cechy przymierza, które Bóg zawarł z jednej strony z narodem izraelskim, z drugiej zaś, przez Jezusa Chrystusa – z całym rodzajem ludzkim. Hugo od św. Wiktora mówi, że „Omnis Scriptura divina unus liber est, et ille unus liber Christus est, quia omnis Scriptura divina de Christo loquitur, et omnis Scriptura divina in Christo impletur” – „Całe Pismo święte jest jedną księgą, a tą jedną księgą jest Chrystus...”, „ponieważ całe Pismo święte mówi o Chrystusie i całe Pismo święte wypełnia się w Chrystusie” (6).

Z tego powodu objawienie Boskie bywa nazywane przymierzem, a księgi, które je w znacznej części zawierają, Księgami lub Księgą Przymierza. Nadto sam Chrystus Pan, według słów św. Jana, nazwał Pismo święte, spisane przed Jego przyjściem, Zakonem, w ten sposób, zgodnie ze słowami św. Augustyna, „Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym” – „Novum in Vetere latet et in Novo Vetus patet” (7).

Zawarte w Piśmie świętym objawienie nie było udzielone od razu, lecz powoli i w rozmaitych czasach, a według onych czasów i okoliczności, w jakich zostało dokonane, różne posiada znamiona. Objawienie przed-Chrystusowe zmierzało do tego, aby ludzkość przygotować do przyjęcia Odkupiciela, objawienie zaś dokonane przez samego Chrystusa Pana, Słowo Wcielone (8), miało na celu uczynić ludzi uczestnikami łask Odkupienia. Względnie do tego różni się objawienie przed Chrystusem od Chrystusowego, a ponieważ Bóg przyrzeka przez proroków, że zawrze z ludźmi nowe przymierze, a Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy przymierze zawarte z całą ludzkością nazwał Nowym Przymierzem lub Nowym Zakonem, dlatego też objawienie przed-Chrystusowe zwie się Starym Przymierzem lub Starym Zakonem, Chrystusowe zaś Nowym Przymierzem albo Nowym Zakonem. Zbiór wszystkich ksiąg nazywa się „Kanonem”, tj. regułą, gdyż zawierają one regułę albo formę wiary i obyczajów. Ponieważ nazwa ta rozciąga się na oba Zakony, przeto Księgi zarówno Nowego, jak i Starego Przymierza noszą miano kanonicznych. Które księgi należą do kanonu czyli składu Biblii rozstrzyga nieomylnie Kościół. Księgi święte bowiem Apostołowie przekazali Kościołowi, a ten od pierwszej chwili otoczył je najwyższą czcią i opieką.

Zgodnie ze słowami Orygenesa: „Kościół nosi w swojej Tradycji żywą pamięć słowa Bożego, a Duch Święty przekazuje mu duchową interpretację Pisma świętego” (secundum spiritualem sensum quem Spiritus donat Ecclesiae – „według sensu duchowego, który Duch daje Kościołowi”) (9). Z samej więc już natury rzeczy Kościół jest najodpowiedniejszym sędzią co do tego, które księgi wchodzą w skład kanonu Pisma świętego.

„Ego vero Evangelio non crederem, nisi me catholicae Ecclesiae commoveret auctoritas” – „Nie wierzyłbym Ewangelii, gdyby nie skłaniał mnie do tego autorytet Kościoła katolickiego”, mówi św. Augustyn (10). Ponadto Kościół otrzymał od swego boskiego Założyciela szczególny dar i łaskę nieomylności w sprawach wiary i obyczajów. Nie może więc odstąpić od prawdy i dlatego, nie kto inny, tylko Kościół wydaje nieomylny sąd o tym, które księgi są święte, czyli kanoniczne.

Jednakże czytanie Pisma świętego nie jest dla chrześcijańskich katolików nieodzownym warunkiem do zbawienia. Zasadę tę Kościół wypowiedział niejednokrotnie. Klemens XI potępił w roku 1713 naukę Quesnela utrzymującą, że czytanie Pisma świętego jest do zbawienia konieczne, a Pius VI w r. 1791 odrzucił wykład synodu w Pistoi, iż od obowiązku czytania Pisma świętego uwalnia tylko niemożność bezwzględna (fizyczna). Dlatego też Kościół nigdy wiernym nie nakazywał czytania Pisma świętego, zażądał tego tylko od kapłanów – i to nie ze względu na ich zbawienie, ale z uwagi na urząd i posłannictwo, aby objaśniali wiernym zawarte w księgach świętych prawdy objawione, a także i dla ich własnego pożytku.

Czytanie Pisma świętego może stać się niebezpieczne, a nawet szkodliwe, jak tego dowodzą przykłady heretyków, usiłujących oprzeć na nim swoje błędne nauki. Księgi święte zawierają w większej części prawdy nadprzyrodzone, wśród nich głębokie tajemnice, które nie każdy i niełatwo może zrozumieć, jeżeli ich nie zinterpretuje Kościół, spełniający, z woli Chrystusa Pana, posłannictwo nieomylnego nauczyciela. Dlatego czytający Pismo święte w tłumaczeniu niekatolickim, bez należytego przygotowania i właściwej pomocy, narażają się na niebezpieczeństwo niezrozumienia lub, co gorsza, wpadnięcia w różne błędy, i dlatego nie tylko papieże, jak Innocenty III, zwrócili uwagę na niebezpieczeństwo płynące z wykradania treści ksiąg świętych przez samych wiernych, ale i niektóre synody zabroniły świeckim czytania Pisma świętego. Uczyniły to synody w Tuluzie (1225), w Taragonie (1233) i w Oksfordzie (1108), zakazy te miały jednak charakter miejscowy, gdyż dotyczyły tylko pewnych prowincji kościelnych z uwagi na obecne tam konkretne herezje głoszone przez zwolenników np. Wyclifa czy albigensów i waldensów. Z chwilą jednak powstania pseudoreformacji niebezpieczeństwo stało się ogólne. Pseudoreformatorzy XVI wieku na równi z Wyclifem ogłosili Pismo święte za jedyne źródło wiary i każdemu chrześcijaninowi przyznali prawo nie tylko czytania go, ale i nieomylnego wykładu. Wobec tego Kościół, chociaż wprawdzie nie zakazał czytania Pisma świętego, ale ograniczył je na Soborze Trydenckim, a w IV regule indeksu postanowił, że jeśli się pozwoli wszystkim bez różnicy czytać Pismo święte w języku ojczystym, wówczas skutkiem ludzkiej lekkomyślności wyniknie z tego więcej szkody niż pożytku, dlatego wymagane było stosowne zezwolenie władzy duchownej. Postanowienie to złagodził Benedykt XIV, zatwierdzając w r. 1707 dekret Kongregacji Indeksu, pozwalający każdemu katolikowi czytać Biblię w języku narodowym, jeżeli przekład jest uznany przez zwierzchność duchowną, opatrzony objaśnieniami Ojców Świętych i tłumaczy katolickich; w r. 1877 Ojciec Święty Leon XIII ponowił dekret Benedykta XIV i nadał mu charakter obowiązujący cały świat katolicki.

Pomimo to czytanie Pisma świętego może się stać niebezpieczne dla tych, którzy tego nie czynią w duchu pobożności, ale dla zaspokojenia swojej ciekawości, albo znajdując w tym przyjemność, albo też z powodu poetyckich uniesień, wyrażających, pod szatą zmysłową, głębokie i wzniosłe myśli. Tak niegodne pobudki, z samej natury rzeczy, stanowiłyby znieważenie autorytetu i świętości Biblii, a na winnego podobnego występku sprowadzałyby surową odpowiedzialność wobec Pana Boga. Ponadto prawidłowe zrozumienie sensu Pisma św. wymaga odpowiedniej dojrzałości intelektualnej i wykształcenia, a przede wszystkim nieodzowna jest lektura Pisma św. w duchu pobożności katolickiej, aby żaden katolik nie stał się „próżnym głosicielem słowa Bożego na zewnątrz, nie będąc wewnątrz jego słuchaczem” (11). O tym, jak Pismo święte należy czytać, mówi jasno i wyraźnie św. Tomasz z Akwinu: „Omnes sensus [sc. sacrae Scripturae] fundentur super litteralem” – „Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym” (12).

Przypisy:

(1) Św. Jan Chryzostom, In Genesim, 3, 8 (PG 53, 134).
(2) Por. Ps 22, 15.
(3) Św. Tomasz z Akwinu, Expositio in Psalmos, 21, 11.
(4) Św. Augustyn, Ennarratio in Psalmos, 103, 4, 1.
(5) Commentarius in Isaiam, prolog (PL 24, 17).
(6) Hugo od św. Wiktora, De arca Noe, 2, 8: PL 176, 642 C.
(7) Św. Augustyn, Quaestiones in Heptateuchum, 2, 73: PL 34, 623.
(8) Św. Bernard z Clairvaux, Homilia super missus est, 4, 11: PL 183, 86B.
(9) Orygenes, Homiliae in Leviticum, 5, 5.
(10) Św. Augustyn, Contra epistulam Manichei quam vocant fundamenti, 5, 6: PL. 42, 176.
(11) Św. Augustyn, Sermo 179, 1 (PL 38, 966).
(12) Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, I, 1, 10 ad 1.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Muzyka integralną częścią liturgii



„Przede wszystkim tam gdzie jest to możliwe należy jak najczęściej śpiewać chorał gregoriański” - o prawdziwej muzyce kościelne i jej roli w liturgii, śpiewie jako wyznawaniu wiary mówi w rozmowie z PCh24.pl Józef Curyłło kierujący serwisem MusicamSacram.pl.

wtorek, 19 listopada 2013

Prawdziwe i fałszywe rozumienie Bożego miłosierdzia



Wykład x. Karola Stehlina FSSPX pt. „Prawdziwe i fałszywe rozumienie Bożego miłosierdzia" 16.11.2013 r. w Lublinie w sali Hotelu Mercury.

Gustave Thibon: Personalizm


Koniec z tradycjami, koniec z ramami! Nic, tylko osoby! Osoba jest dziś gwarantem wszystkiego. Bierzemy ślub z osobą z własnego wyboru, bez zwracania najmniejszej uwagi na otoczenie lub okoliczności, reżim polityczny wciela się w człowieka i wraz z nim umiera etc. Prowadzi to daleko: do końca wszystkich ciągłości społecznych, do zaburzenia powszechnej równowagi Osoba ludzka nie jest absolutem. Niegdyś kochano ludzi poprzez instytucje: małżeństwo w duszy żony z czasów grand siècle znaczyło więcej niż osoba jej męża, króla tolerowano przez wzgląd na szacunek dla monarchii etc. Obecnie instytucje toleruje się nie inaczej jak właśnie przez ubóstwioną osobę, a pewne ramy uważa się za rzecz abstrakcyjną lub martwą. Ale nie zawsze takie były: stały się takimi w miarę jak wzrastał kult osoby. To, co nieosobowe, niekoniecznie jest synonimem czegoś martwego i abstrakcyjnego; to, co nie jest osobą, także może być żywe i konkretne. A ramy, które wynoszą, ochraniają i przekraczają osoby także mogą być kochane, i to gorąco! W końcu, za owymi ramami kryje się osoba Boga – jedyna, którą można wielbić bez szkody – która wszystko ożywia i chroni…

Dążenie niektórych współczesnych “personalistów”, którzy chcieliby, jako sztuczne i czysto dekoracyjne, odrzucić wszystko, co nie jest osobowe, wprawia mnie w niepokój. Złożenie osoby w ofierze dla dobra ram (tu kryje się niebezpieczeństwo wszystkich ostrych i klasycznych klimatów) nie jest dobre, lecz poświęcenie ram na korzyść osób wydaje mi się gorsze: pierwsze wyjaławia, drugie powoduje rozkład. Jeszcze jakiś postęp owej religii osoby, a nie będziemy już mieli “dobrych domów”, ojczyzny, ducha kasty, wspólnoty – korzeni w czasie i w przestrzeni. Nie idźmy za daleko w naszych roszczeniach na rzecz osoby ludzkiej: jest ona bowiem względna, efemeryczna, niestała i często “odosobowiona” w najbardziej próżny sposób. Wierzę w personalizm, ale tylko Boży!

Nieograniczony prymat osoby pociąga za sobą inne kapitalne zagrożenie. Weźmy rojalistów kochających monarchię nie inaczej jak tylko poprzez obraz uwodzicielskiego księcia, katolików, których wiara w autorytet papieski wiąże się z rodzajem dziecinnego kultu osoby papieża, całe ludy, które ożywia jedynie słabość do dyktatora… Rzeczy najbardziej uniwersalne stały się “kwestią osoby”, “sprawą prywatną”. Oczy i serca dostrzegają tylko jednostki. To na ich barki zrzuca się ciężar całych instytucji, które wznoszą się i upadają wraz z nimi. Ów bałamutny personalizm stanowi jedną z przyczyn rewolucyjnych katastrof nowożytności: w miarę jak lud przyzwyczaja się do mylenia wysokich osobistości z wieczną zasadą, jaką mają reprezentować, jego uraza wobec nich przeobraża się powoli w chęć uniwersalnego zniszczenia. Przeszłość umiała odróżnić instytucje od osób: można było gardzić królem lub papieżem (Średniowiecze wcale sobie tego nie odmawiało!) w żadnym wypadku bez poddawania w wątpliwość sensu monarchii i papiestwa. Wiedziano, że zdrowa instytucja – instytucja pochodząca od Boga – pozostawała płodna, nawet poprzez najbardziej niedoskonałego człowieka. Przywódcy polityczni i religijni byli wtedy jakby łącznikami między Bogiem a ludźmi: przywiązywano więcej uwagi temu, co przekazywali, a nie temu, jacy byli. Ołtarz podtrzymywał kapłana, tron króla. Dzisiaj wymaga się od króla, by nosił swój tron, od księdza, by podtrzymywał ołtarz. W oczach ludu instytucje usprawiedliwiają się tylko poprzez geniusz lubmagnetyzm niektórych pojedynczych osób. Warunek ten pociąga za sobą dwie rujnujące konsekwencje: nieszczęsnym “stronnikom” instytucji narzuca po prostu nieludzki stopień napięcia i aktywności, a co za tym idzie, wiąże los instytucji z poślednimi wypadkami osobistymi. Żałosny antropocentryzm, który myli kanał ze źródłem i który zmierza do uczynienia z osoby ludzkiej absolutnej bazy tego, co, w rzeczywistości, przez człowieka przechodzi a opiera się tylko na samym Bogu…

Tłum. Jan Kaznowski

Przekład na podstawie: Gustave Thibon, “Diagnostics. Essai de physiologie sociale”, Fayard 1985

Christianitas 23/24 2005

Źródło informacji: http://pismo.christianitas.pl

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: ks. Jakub Balmes: O SPOSOBIE OSIĄGNIENIA PRAWDY. FILOZOFIA PRAKTYCZNA



O SPOSOBIE OSIĄGNIENIA PRAWDY

 

FILOZOFIA PRAKTYCZNA


KS. JAKUB BALMES

__________


  Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15.4 Mb)
__________

O sposobie osiągnienia prawdy. Filozofia praktyczna, przez Jakóba Balmès. (Tłómaczenie z hiszpańskiego). Poznań. NAKŁADEM KSIĘGARNI J. K. ŻUPAŃSKIEGO. 1853, str. VIII+208.

Zapomniane prawdy - Bp Pelczar o kościelnych pseudoreformatorach



W obozie katolickim niemałe szkody wyrządzają dążności pseudoreformatorskie niektórych duchownych i świeckich pisarzy, zwane modernizmem, amerykanizmem i liberalnym czy reformowanym katolicyzmem, które z bałwochwalczej czci dla ewolucyjnego postępu i dzisiejszej kultury, na wskroś realizmem przesiąkniętej, pchają katolicyzm na obce mu dotąd tory, by go niby to "odmłodzić", to jest, do ducha czasu przystosować, i z protestantyzmem, jako też z nowszą cywilizacją pojednać. Nie wszyscy zwolennicy tych dążności posuwają się do ostatecznych granic, – bo chcą zostać w Kościele; – wszyscy atoli wołają o reformy, czy to w dziedzinie filozofii i teologii, czy na polu życia religijnego i ustroju Kościoła. [...] Na początku XX. wieku zwolennicy modernizmu i "reformowanego katolicyzmu" wymagają zdemokratyzowania rządów Kościoła, zreformowania Kongregacji rzymskich, zwłaszcza Kongregacji Indeksu i św. Inkwizycji, zredukowania ceremonii liturgicznych, zaprowadzenia liturgii w języku narodowym, rozluźnienia karności kościelnej i zniesienia celibatu. Rozumie się, że gdyby te dążności wzięły górę, z religii i z Kościoła ledwie by ślad pozostał. Nic też dziwnego, że Leon XIII potępił skrajne tendencje amerykanizmu w przytoczonym piśmie [List Testem Benevolentiae z 22 stycznia 1899], a Pius X błędy modernizmu, loisyzmu i reformizmu w encyklice Pascendi z 8 września 1907, w Syllabusie Lamentabili z 3 lipca 1907 i w Motu proprio Sacrorum antistitum z l września 1910. Historia świadczy, że Kościół katolicki był i jest opiekunem zbawiennej cywilizacji i prawdziwego postępu, ale nie może dla ludzkiego widzimisię zmieniać swoich dogmatów, ani swojego ustroju, bo nie od ludzi ale od Boga ma swój początek. Dlatego też przy tym, co wziął od Boga, stoi niewzruszenie, choćby go miały opuścić miliony, jak się to stało w czasach reformacji".

Bp Józef Sebastian Pelczar
OBRONA RELIGII KATOLICKIEJ, TOM I.: JAK WIELKIM SKARBEM JEST RELIGIA KATOLICKA I DLACZEGO TA RELIGIA MA DZISIAJ TYLU PRZECIWNIKÓW, drugie przejrzane i pomnożone wydanie, PRZEMYŚL 1920, ss. 356

Naturalne planowanie rodziny czy naturalna antykoncepcja?



Na początek parę słów o tym, co rozumiemy poprzez tzw. naturalne planowanie rodziny (dalej: NPR). Wolno nam dyskutować o samej metodzie – jedyne oficjalne ograniczenie nałożone przez Kościół dotyczy jej nauczania i polecania. Zbyt długo milczeliśmy, podczas gdy nieroztropni i gorliwi zwolennicy rozpropagowali ją na całym świecie. (...) Metoda oparta jest na rytmie płodności i niepłodności, występującym w miesięcznym cyklu menstruacyjnym kobiety. Mówiąc krótko, wydaje się dziś pewne z medycznego punktu widzenia, że w niektóre dni miesiąca jest całkiem prawdopodobne, że kobieta pocznie nowe życie, w inne natomiast jest to mało prawdopodobne. Dni, w które poczęcie jest prawdopodobne, nazwano dniami "płodnymi", pozostałe zaś – "niepłodnymi". Metoda "cyklu" polega na spełnianiu powinności małżeńskich jedynie w dni "niepłodne". Stosuje się ją w celu uzyskania odstępów pomiędzy kolejnymi poczęciami lub wprost dla unikania potomstwa. Niezależnie od tego, czy metoda ta stosowana jest przez kilka miesięcy, lat, czy przez cały okres naturalnej płodności, pobudka zostaje ta sama – jest nią zapobieżenie poczęciu i ciąży.

Przestańmy mówić o "wstrzemięźliwości", to tylko slogan służący do skierowania rozumowania na inny tor. Ludzie, którzy stosują tę metodę, nie troszczą się w pierwszym rzędzie o wstrzemięźliwość, próbują po prostu uniknąć poczęcia. To dlatego ograniczają akty małżeńskie jedynie do dni niepłodności – tzw. okresów bezpiecznych.

Praktyka ta stwarza problem moralny jedynie wówczas, jeśli traktowana jest jako system, w którym każdy akt współżycia płciowego lub abstynencji staje się elementem pomysłowego planu uniknięcia normalnej i naturalnej konsekwencji zjednoczenia małżonków, jakim jest poczęcie. Dopóki rozważamy odosobnione akty małżeńskie w dni bezpłodności czy wstrzemięźliwość w dni płodne, obowiązują nas zwykłe reguły prawa moralnego. Kiedykolwiek mamy do czynienia ze stosunkiem małżeńskim, musi on być dokonany właściwie i kompletnie. Wszystkie nienaturalne i sztuczne metody unikania poczęcia, stosowane przed, w trakcie czy zaraz po akcie małżeńskim określa się jako antykoncepcję – ciężki grzech przeciwko naturze. Musimy więc ocenić moralność NPR jako systemu. Czy małżonkowie mogą przez świadomy wybór stosować tę metodę, aby uniknąć poczęcia?

Wbrew szeroko rozprzestrzenionemu przekonaniu, metoda "cyklu" nie jest tym samym, co antykoncepcja. To prawda, że czasem cel małżonków jest ten sam: stosują oni tę metodę, aby uniknąć poczęcia – ale nie jest to to samo, co sztuczna kontrola urodzin. Praktykowanie antykoncepcji jest wbrew naturze, jest zboczeniem takim samym jak homoseksualizm. Jednak z samego tylko powodu, że "cykl" jest czymś naturalnym, nie wynika, że stosowanie NPR jest moralnie dobre i dozwolone. Stosowanie tej metody wynika z wolnej i rozumnej woli – woli uniknięcia posiadania dzieci, która jest wprost sprzeczna z pierwszym celem stosunków małżeńskich. Czy taki wolny wybór jest grzeszny i sprzeczny z wolą Boga?

Ważne warunki

Podsumujmy więc opinie teologiczne na ten temat. Kościół ani nie aprobuje, ani nie zakazuje stosowania metody "cyklu" jako systemu. Kościół jednak zaledwie toleruje jej stosowanie. Toleruje, tzn. niechętnie zezwala. Toleruje ją, jednak pod warunkiem zaistnienia trzech ściśle określonych faktów. Po pierwsze, musi istnieć wystarczająco poważny powód dla zezwolenia małżeństwu na stosowanie tej metody, wystarczająco poważny, by omijać pierwszy cel małżeństwa. Po drugie, zarówno mąż, jak żona, muszą godzić się na jej stosowanie – nikt nie może być zmuszony do stosowania tego systemu wbrew swej woli. Po trzecie, stosowanie tej metody nie może pociągać za sobą grzechów śmiertelnych przeciwko czystości ani stać się bliską okazją do takich grzechów. Złamanie któregokolwiek z tych warunków czyni stosowanie tej metody grzesznym. Opinia brzmi więc: "stosowanie NPR czasami nie jest grzechem, czasem jest grzechem powszednim, a czasem grzechem ciężkim". Nie mówmy zatem: "Wszystko w porządku. Kościół to aprobuje".

Przeanalizujmy teraz szczegółowo owe trzy warunki.

Po pierwsze: wystarczający powód. Teologowie przyznają, że czasami istnieją poważne powody dla usprawiedliwienia stosowania tej metody. Powody te mogą występować stale lub okresowo – ubóstwo, słabe zdrowie matki (rzeczywiste, nie udawane), częste poronienia czy cesarskie cięcia przy porodzie, medyczna konieczność dłuższych przerw pomiędzy kolejnymi połogami ze względu na dużą płodność żony; innymi słowy – solidne i uczciwe powody unikania poczęcia w pewnym tylko okresie lub stale. Jednak nawet jeśli takie uczciwe powody mają miejsce, konieczna jest dobrowolna zgoda obu stron na stosowanie tej metody.

Po drugie: zwykle w codziennym życiu jedna ze stron pozostaje niechętna i ulega naciskom drugiej. Wszyscy teologowie moralni zgodnie potępiają jako grzech ciężki współżycie wyłącznie w okresach niepłodności, bez prawdziwego porozumienia obu stron. Jeśli brak tej wolności – jednej ze stron, która ma prawo do normalnego pożycia małżeńskiego, wyrządzana jest ciężka niesprawiedliwość. (...)

Najbardziej kontrowersyjny jest trzeci warunek. Stosowanie NPR nie może prowadzić do ciężkiego grzechu przeciwko czystości ani stwarzać okazji do niego. Teologowie moralni są zgodni, że poważny grzech popełniają małżonkowie, kiedy narażają się na bliskie niebezpieczeństwo niewierności czy stosowania kontroli urodzeń. Takie zagrożenia i grzechy są częste w naszych zmaterializowanych czasach. Spowiednicy zrobiliby dobrze, badając związek niewierności małżeńskich ze stosowaniem NPR. Tak więc dobry powód sam z siebie nie wystarcza – ważne są okoliczności. W sprawach tych doradza się pomoc spowiednika. (...)

Czy więc przy założeniu, że istnieje zgoda obu stron i nie ma specjalnego niebezpieczeństwa grzechu ciężkiego, mogą małżonkowie stosować tę metodę z pobudek samolubnych? Opinie teologiczne są tu podzielone: niektórzy twierdzą, że takie postępowanie byłoby grzechem ciężkim, inni – że jedynie powszednim. Wszyscy jednak wybitni teologowie są zgodni, że postępowanie takie byłoby grzeszne i bardzo niebezpieczne.

Im więcej bada się opinii teologicznych w tych kwestiach, tym wyraźniej widać, jak wiele ostrożności kapłani i świeccy powinni wykazywać, zalecając NPR. (...) Z pewnością nigdy nie zostało oficjalnie zadeklarowane, że Stolica Apostolska aprobuje metodę "cyklu". Nawet najczęściej cytowane fragmenty encykliki Piusa XI Casti connubii nie mogą być przytaczane jako udzielające takiej aprobaty. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że papież miał na myśli ludzi fizycznie bezpłodnych (o "pewnych defektach") czy tych, którzy przeszli menopauzę ("powody czasu"), a nie NPR. Jednak obecnie potężna kampania reklamowa, towarzysząca sprzedaży wysyłkowej urządzeń do określania cyklu, używa bezwstydnie słów Ojca Świętego rzekomo aprobujących owe, propagowane dla celów komercyjnych, metody ograniczenia urodzeń.

Brutalna rzeczywistość

Przejdźmy teraz do praktyki. Katolickie małżeństwa zaszły już bardzo daleko w niewłaściwym stosowaniu NPR. Teologiczne rozróżnienia zostały całkowicie zarzucone, pozostało jedynie pragnienie uniknięcia potomstwa. Zbyt wielu księży działa nierozważnie, publicznie polecając tę metodę (na prelekcjach i w kazaniach), o której Stolica Apostolska powiedziała, że jedynie "spowiednicy mogą [ją] ostrożnie sugerować". Każdego dnia przybywa dowodów, że jedynie w stosunku do wyjątkowo duchowo silnych małżeństw można mieć nadzieję, iż uczciwie korzystają z metody "cyklu", nawet jeśli mają rzeczywiście wystarczające powody. Najwięcej par stosuje tę metodę po prostu w celu uniknięcia potomstwa. Używają oni NPR, kiedy to możliwe; różnych środków antykoncepcyjnych, jeśli wiedzą, że ta pierwsza metoda będzie nieskuteczna; a nawet posuwają się do aborcji, kiedy "wpadną" (cóż za określenie początku nieśmiertelnej duszy!). Osoby takie próbują później żartować ze spowiednikiem: "O nie! Jaka znowu kontrola urodzin, my jedynie stosujemy się do »cyklu« !". Powoli jednak sytuacja ta zaczyna gorszyć ich bliźnich. Przeciętny człowiek nie jest teologiem. Nie widzi różnicy pomiędzy sztuczną a naturalną kontrolą uroA~‚Âdzeń. Widzi jedynie, że te samolubne pary zawierają małżeństwa i nie mają dzieci, co więcej – chwalą się sposobem, w jaki ich unikają. Zaczyna się zastanawiać, jak mogą oni tak łatwo przystępować do spowiedzi i Komunii św. Ja również zaczynam się nad tym zastanawiać. Nawet nasi przeciwnicy wykorzystują to przeciw nam, mówiąc: "Jaka to różnica Tak stanowczo potępiacie antykoncepcję, ale wasze małżeństwa omijają ten zakaz stosując »cykl« !".

Promowanie bezpłodności

W ten sposób metoda, mająca być jedynie okresowym rozwiązaniem krytycznych sytuacji, stała się stylem życia – samolubnego, zmaterializowanego i rozkochanego w luksusie. Jakiż teolog mógłby usprawiedliwić rozpowszechnione obecnie praktyki: wręczania przez księży parafialnych egzemplarza "książki cyklu" każdej zaręczającej się parze; wychwalania przez rekolekcjonistów podczas cotygodniowych dni skupienia zalet tej metody; wykładania jej przez nauczycieli na wielu naszych najlepszych uczelniach, często również dziewczętom, które są dobrze zabezpieczone finansowo? Ginekolodzy wykładający dziś na wiodących katolickich uczelniach medycznych zachęcają całe roczniki naszych studentów do nauczania pacjentów tej metody, wskutek czego ci przyszli lekarze przekonani są, że jest ona aprobowana przez Kościół. Coraz częściej narzeczeni planują dzień ślubu według "cyklu" tak, by nie zajść w ciążę przez najbliższy rok-dwa i cieszyć się przywilejami bez żadnych obowiązków małżeńskich. Czym innym jest niechętne udzielanie zgody na stosowanie tej metody, tak jak to czyni Kościół, a czymś zupełnie innym promowanie bezpłodności, tak jak to dziś czyni wielu katolików. Oczywiście metoda ta została szybko skomercjalizowana. Obecnie dostępne są drogie urządzenia, "które każdy student medycyny czy teologii, pielęgniarka czy pracownik socjalny powinien mieć" – jak czytamy w ulotkach reklamowych. Katolicy otrzymali nagle dziecinnie prostą metodę "współżycia według kalendarza", skutecznie niweczącą stwórcze zamiary Boga. Wystarczy to, by Bóg wyrzucił ze swych ust (Apok 3, 16) stworzenia, które ignorują zupełnie cele, jakie On wyznaczył małżeństwu. W jaki sposób nawrócimy kiedykolwiek bezbożną Amerykę, skąd weźmiemy współ­czesnych świętych, jeśli nie chcemy dać Bogu nowych poddanych Jego Niebieskiego Królestwa?

Co ciekawe, ci katolicy, którym najbardziej zależy na przynależności do Akcji Katolickiej, są często najbardziej zdecydowanymi zwolennikami NPR. Ciężko pracują, aby zachęcić innych do uczestnictwa w wykładach, Konferencjach Kany, do czytania książek – ale bynajmniej nie do przyjęcia dzieci, które Bóg chce im dać. Czy zauważyliście rozpowszechnienie tej metody w bogatych parafiach, pośród małżeństw z wyższym wykształceniem, wśród naszych społecznych i kulturalnych elit?

Mentalność "cyklu"

Z tej pogańskiej propagandy wyrasta chorobliwa mentalność "cyklu" – charakteryzująca dusze, które zatraciły ufność w Bogu. Ludzie chętnie dziś przyznają, że Bóg wie, jak utrzymać równowagę we wszechświecie, wie, jak zaprząść do pracy energię atomową; Bóg potrafi podtrzymywać bieg gwiazd i planet – ale dzieci? Och, nie, Bóg po prostu nie ma pojęcia o tych sprawach! Zajmiemy się tym sami, wykorzystując naturalne metody planowania. Jednak to planowanie rodziny koncentruje się na tym, jak nie mieć rodziny. (...) Jego propagatorzy nie przyjmują do wiadomości ani nie troszczą się o grzechy śmiertelne, będące wynikiem stosowania tego systemu. Jedyne, co ich zaprząta, to obsesyjne pragnienie uniknięcia ciąży. Ludzie ci utracili wiarę w Bożą Opatrzność.

Już słyszymy głośnie protesty tych obłudników, zwłaszcza wścibskich krewnych i sąsiadów: "Ale kto będzie się opiekował następnym dzieckiem?". Odpowiedź jest prosta: "Ten sam Bóg, który opiekuje się tobą, nawet jeśli się sprzeciwiasz Jego woli". "Ale przecież musimy zapewnić naszym dzieciom bezpieczeństwo i wykształcenie!". To, że Bóg nie zapewnia wszystkim rodzicom i dzieciom wysokiego standardu materialnego, nie oznacza, że ich opuszcza. Nie dał również swej własnej Matce więcej, jeśli chodzi o materialne bezpieczeństwo. To niebo, a nie bezpieczeństwo, jest celem, jaki mają osiągnąć dzieci, które Bóg zsyła rodzicom. Małżeństwo zostało ustanowio-ne przede wszystkim dla przekazywania życia dzieciom, które kiedyś osiągnąć będą mogły życie wieczne.

Zbyt wielu ludzi próbuje bawić się w Boga. On sam jest dawcą nowego życia i nie potrzebuje do tego histeryzujących lekarzy, rozpaczających rodziców, ani nawet bezmyślnych księży, próbujących wchodzić w Jego kompetencje i decydować, kiedy ma się narodzić nowy człowiek. Tego, czego od nas oczekuje, to dobrowolna współpraca z Jego wolą. To jedyny wkład, jaki możemy wnieść. Jedyne, czego Bóg wymaga od małżonków, to chęć przyjęcia dzieci, które zdecyduje się im zesłać. Ludzie idą do nieba przez pełnienie woli Boga, a nie przez układanie za Niego planów.

Czy więc każda rodzina powinna mieć całą gromadkę dzieci? To zależy od Boga. Każda rodzina powinna mieć tyle dzieci, ile Bóg chce im dać. Jednak ich nie mają. Czterdzieści cztery procent amerykańskich rodzin nie ma dzieci w ogóle. Dwadzieścia dwa procent ma zaledwie jedno dziecko. A katolicy żyjący w miastach mają obecnie o kilkoro dzieci mniej, niż na terenach wiejskich (które są w 80% protestanckie). (...). Z pewnością nie jest to wolą Bożą. Stosowanie NPR przez tzw. "pobożnych" katolików jest jednym z głównych powodów spadku liczby urodzeń. Twierdzicie, że liczba dzieci wzrasta? Tak, ale dotyczy to jedynie wzrostu liczby rodzin z jednym czy dwojgiem dzieci. Natomiast ilość rodzin z większą ilością potomstwa stale spada.

Nadmiar roztropności

Zwolennicy NPR używają często pewnego sentymentalnego argumentu. Brzmi on mniej więcej tak: "Przecież Bóg chce, by ludzie okazywali roztropność w powoływaniu dzieci na świat. Ani On, ani Kościół nie wymagają od nas, byśmy mieli tyle dzieci, ile to tylko możliwe. To małżonkowie, rozważywszy uczciwie wszystkie okoliczności, powinni decydować, jak zaplanować swe rodziny. Czy nie lepiej, jeśli kilkoro dzieci jest dobrze odżywionych, ubranych i wykształconych, niż gdy liczna rodzina cierpi ubóstwo?". Brzmi rozsądnie, prawda? Ludzie używających tych argumentów często rzeczywiście przekonani są o ich słuszności. Z faryzejskim zadowoleniem z siebie wyrażają współczucie wobec "nierozważnych ciąży" naszych biednych przodków. Mnie jednak na ich widok robi się niedobrze. Należą oni do tego rodzaju ludzi, którzy prawdopodobnie współczuliby Maryi z Nazaretu noszącej pod sercem Syna Bożego, dla którego ani Ona, ani św. Józef nie mogli znaleźć miejsca; do tego rodzaju ludzi, którzy współczuliby mojej własnej matce, kiedy nosiła mnie, swoje dwunaste dziecko. I ja, i wiele innych biednych dzieci miałoby nikłą szansę zostać księżmi, gdyby "mentalność cyklu" przeważyła. (...) Nie byłoby św. Bernardetty z Lourdes, urodzonej w więzieniu, ani pochodzącej od chorobliwych rodziców św. Teresy z Lisieux, której matka straciła troje dzieci z rzędu, a już z pewnością nie byłoby św. Katarzyny Sieneńskiej, dwudziestego trzeciego dziecka. Wszyscy ci chwalcy roztropności zapominają, że celem człowieka i istotą świętości jest pełnienie woli Bożej. Jego rolą jest utrzymywanie świata, naszą – pełnienie Jego woli. Roztropność jest cnotą kardynalną i naprawdę chwalebną, większą od niej jest jednak miłość. Czyż istnieje szlachetniejszy sposób praktykowania miłości, jak współpraca z Bożą wolą w dawaniu nowego życia wówczas, kiedy On tego pragnie, a nie wtedy, kiedy ludzie tego chcą? Pozwólcie tylko Bogu czynić to, co do Niego należy.

Ukryte koszty

Jak ostrzegali biskupi belgijscy na Synodzie Prowincjalnym w 1937 roku: "Taki sposób używania praw małżeńskich, stosowany bez bardzo poważnego powodu podczas części, czy też w trakcie całego życia małżeńskiego, jest sprzeczny z planami Opatrzności mającymi na celu rozmnożenie rodzaju ludzkiego, jest też poważnym zagrożeniem dla czci małżeństwa, a zwłaszcza godności żony oraz stwarza poważne niebezpieczeństwa dla małżonków". Słowa te odnosiły się do ukrytych kosztów stosowania "naturalnego planowania rodziny". Wielu nawet niekatolickich psychologów twierdzi, że 50% dzisiejszych matek to neurotyczki. W wielu przypadkach stosowanie się do "cyklu" powoduje neurozę – mówi się wręcz o symptomach "odrzuconego macierzyństwa". Kobiety pomimo wszystkich tych "zabezpieczeń" zachodzą w ciążę, której tak bardzo chciały uniknąć, w rezultacie czego przychodzą na świat samotne, neurotyczne i niechciane dzieci. Nerwica sprzyja bezpłodności, często osoby stosujące NPR ostatecznie decydują się, że chcą mieć dziecko – ale już nie mogą. Dziwne, że kobiety nie potrafią dostrzec, jak bardzo poniżający jest dla nich ten system, który używa ich systematycznie dla zaspokojenia pożądania płciowego, ale z rzadka jednak pozwalając na rodzenie dzieci.

Propagatorzy NPR często podkreślają "naturalność" tej metody. Jednak, jak pisał o. Lavaud OP: "Trudno dostrzec coś naturalnego w sztuczce, mającej na celu oszukać naturę". Wykorzystywanie naturalnych okresów płodności i bezpłodności w taki sposób, jak się to obecnie odbywa, jest całkowicie nienaturalne. Wymaga, by małżonkowie "współżyli według kalendarza", a więc według wykresów, przyrządów, grafików – a nie z miłości i wzajemnego oddania. Niektórzy lekarze zapewniają nas, że pragnienie zjednoczenia małżeńskiego u żony jest największe w okresie płodności. Wydaje się, że nawet praktyki żydów, zachowujących wstrzemięźliwość w okresach bezpłodności (Leviticus) były bardziej naturalne. Nawet dr Ogino, twórca tej metody NPR, przedstawiał ją głównie jako środek mający na celu prokreację. "Cykl na odwrót", odnoszący się do dni płodnych, stosowany dla zwiększenia prawdopodobieństwa poczęcia, jest czymś naturalnym.

Innym ukrytym kosztem jest niewierność. (...) Oziębłość i sprzeczki spowodowane przez "naturalne planowanie rodziny" mogą przynieść nieobliczalne szkody. Wypełnienie małżeństwa jako powołania wymaga, by mąż i żona służyli sobie nawzajem przez czułość i zrozumienie, często najlepiej wyrażone przez miłosne intymne zjednoczenie, które NPR usiłuje podporządkować kalendarzykowi cyklu płodności.

Kto może oszacować ukryte koszty, jakie wyrządzi w życiu emocjonalnym i psychicznym kobiety strach przed poczęciem kolejnego dziecka? Kiedy taki lęk się zagnieździ, jakże trudno go wykorzenić! Jak łatwo wówczas doprowadzić do rozpaczliwego unikania ciąży za wszelką cenę! Bądźcie pewni, że szatan wie, jak wykorzystać taki stan, by wtrącić w rozpacz i skłonić do zaniechania ufności w Bogu. Dopiero w dniu Sądu dowiemy się, ilu nieśmiertelnym duszom odmówiono szansy osiągnięcia nieba, ponieważ jako dzieci zostały zabite podczas aborcji, wywołanych tym strachem.

Nowa synteza

Jaka jest więc odpowiedź na tę propagandę, straszącą małżonków dziećmi? Można by ją wyrazić słowem vivant: niechaj żyją! Pewna grupa rodziców z Milwaukee przyjęła te słowa jako swój slogan i zarazem tytuł pisma adresowanego do młodych małżeństw. Jest to żywy przykład zapomnianej cnoty nadziei. Opatrzność Boża wciąż rządzi światem. Prawdziwi chrześcijanie, pamiętając o swoich duchowych narodzinach przez chrzest św., o wzroście w życiu łaski poprzez modlitwę i uczestnictwo we Mszy oraz pozostałych sakramentach wiedzą, że nadzieja nie tylko wiecznie się odradza, ale też przynosi wieczność jako nagrodę. Pozwala przezwyciężyć paraliż rozpaczy, lecząc z lęku i niepewności przez ufne zawierzenie Bogu. Małżeństwa, troszczące się nadmiernie o to, co będą jeść i w co się będą ubierać dzieci, które już się narodziły albo mają narodzić się wkrótce, powinny często rozmyślać nad słynnym szóstym rozdziałem św. Mateusza "Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane". Szukanie sprawiedliwości oznacza pełnienie woli Bożej z nadzieją, że zaopatruje On i wynagradza szczodrze. Bóg nigdy nie da się prześcignąć w hojności, powinniśmy wiedzieć to z własnego doświadczenia. Z pewnością napełni wasze serca i życie miłością i przywiązaniem dzieci, jeśli tylko zaufacie Mu na tyle, by je przyjąć. Naprawdę, mało radości przyniosą wam futra z norek, urlop czy samochód, na które tyle pracowaliście, jeśli dla osiągnięcia tego wyrzekliście się miłości i serdecznych uścisków dzieci. (...).

Dobrze byłoby medytować często nad napomnieniem św. Pawła o "wielkim sakramencie", jakiego udzielają sobie nawzajem małżonkowie w dniu zaślubin. Małżeństwo łączy dwa serca, dwie dusze i dwa życia, poprzez nałożenie naturalnych i nadprzyrodzonych więzów. Bóg, mąż i żona zostają współpracownikami, aby to wielkie powołanie mogło się wypełnić. Cnota nadziei bardzo wzrasta tego dnia: w każdej chwili swego wspólnego życia mąż i żona mogą mieć pewność, że łaska Boża wspiera ich w stopniu wystarczającym do wszystkich ich potrzeb.

Jak napisał w swej słynnej książce Cykl w małżeństwie i moralność chrześcijańska o. Orville Griese: "Małżeństwa chrześcijańskie muszą być świadome, jak wyjątkową, opatrznościową łaską jest zdolność wzbudzenia nowego życia, zapewniająca małżonkom głębsze, bardziej trwałe zjednoczenie, dostarczająca im środków do osobistego uświęcenia, przyczyniającą się do wzrostu liczebnego i siły zarówno Kościoła jak i państwa. Sam fakt, że przyszłość rysuje się niepewnie lub obawa, że dzieci mogą być słabowite czy chore nie jest powodem do zastępowania ufności należnej Bogu wiarą w kalkulację biologiczną opartą na okresach płodności".

x. Hugon Calkins OSM

Powyższy artykuł został po raz pierwszy opublikowany ponad 50 lat temu na łamach "The Integrity Magazine"

Źródło informacji: RODZINA KATOLICKA

niedziela, 17 listopada 2013

Tomasz E. Woods: Jak Kościół Katolicki zbudował zachodnią cywilizację odc. 3




Zachodnia cywilizacja ofiaruje nam cuda współczesnej nauki, bogactwa gospodarki wolnorynkowej, bezpieczeństwo płynące z przepisów prawa, wyjątkowe wyczulenie na prawa człowieka i jego wolność, dobroczynność postrzeganą jako cnota, wspaniałą sztukę i muzykę, filozofię zakorzenioną w rozumowym myśleniu i wiele innych rzeczy, które uważamy za zupełnie naturalne i oczywiste dla cywilizacji będącej najbogatszą i najpotężniejszą w dziejach ludzkości.

Jakie jest prawdziwe źródło tych darów? Profesor Thomas E. Woods, wskazuje na zapomnianą już odpowiedź: Kościół katolicki.

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.