_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

czwartek, 20 kwietnia 2006

Msza św. - największy skarb

Rekolekcje wygłoszone przez x. Karola Stehlina FSSPX pt.

MSZA ŚWIĘTA NAJWIĘKSZY SKARB

Lublin, 24—26 III 2006 r.

Do pobrania i odsłuchania w formacie MP3

6 MP3

Wykład IWykład IIWykład IIIWykład IVWykład VWykład VI

niedziela, 5 lutego 2006

Kard. D. Castrillón Hoyos: Musimy lepiej przygotowywać kapłanów do wyzwań współczesnej kultury

Musimy lepiej przygotowywać księży, łącznie z biskupami i kardynałami, do pełnienia przez nich posługi duszpasterskiej we współczesnych warunkach kulturowych - powiedział KAI prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa i przewodniczący Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei" kard. Darío Castrillón Hoyos. Wyjaśnił, że chodzi o to, aby nauczanie Kościoła było w pełni zgodne z nakazem Chrystusa, gdy wymagał On, aby pasterze znali swoje owce i różne strony tego świata. Kolumbijski kardynał kurialny mówił też o możliwości powrotu księży-tradycjonalistów z Bractwa św. Piusa X do pełnej jedności z Kościołem.

Oto pełny tekst rozmowy z kardynałem:

- Jakie jest główne zadanie watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa, którą kieruje Wasza Eminencja?

- Przede wszystkim jest to dążenie do uświęcania kapłanów i wspieranie Ojca Świętego w tych działaniach oraz pomaganie kapłanom w pełnieniu ich zadań duszpasterskich. W odróżnieniu od Kongregacji Wychowania Katolickiego, która zajmuje się kandydatami do kapłaństwa, a także pracownikami naukowymi uczelni katolickich, nas interesują ci, którzy przyjęli już święcenia: uświęcanie ich życia zarówno kapłańskiego, jak i prywatnego, pomaganie im w doskonaleniu ich cnót ewangelicznych i w pracy duszpasterskiej.

- Jakie są główne wyzwania, stojące przed współczesnym duchowieństwem?

- Moim zdaniem takim wyzwaniem i problemem jest przede wszystkim głoszenie orędzia ewangelicznego jak gdyby w rytm kultury współczesnej, czyli inaczej mówiąc, dostosowywanie posługi duszpasterskiej do rytmu tej kultury.

- A nie np. zeświecczenie?

- Nie. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że musimy lepiej przygotowywać księży, łącznie z biskupami i kardynałami, do pełnienia przez nich posługi duszpasterskiej we współczesnych warunkach kulturowych. Musimy tak przygotować duszpasterzy, aby nasze rozumienie kultury było zgodne z tym, czego Chrystus nauczał nas, gdy mówił, że mamy znać swoje owce oraz znać pozytywne i negatywne aspekty tego świata, w którym mamy prowadzić naszych wiernych. Chodzi o to, aby Ewangelia, głoszona przez Kościół w obecnej rzeczywistości i kontekście społeczno-historycznym, była zgodna z przesłaniem Chrystusowym. Obecnie ciągle jeszcze nie jesteśmy przygotowani do udzielenia globalnej odpowiedzi duszpasterskiej na wyzwania współczesnej kultury i przeżywany przez nią kryzys. Są to wyzwania wobec naszego życia, wobec naszego powołania jako osoby ludzkiej, życia społecznego, koncepcji pracy, wypoczynku, wobec gospodarki i współczesnego świata, który w czasach internetu i globalizacji stał się bardzo mały. I my jako Kościół nie jesteśmy w pełni przygotowani do podjęcia tych wyzwań i problemów. A w pierwszej kolejności dotyczy to duchowieństwa.

- Czy można mówić o jakichś tendencjach w duszpasterstwie i o zadaniach stojących przed kapłanami w naszych czasach? Mam na myśli przede wszystkim problemy, z jakimi w swej codziennej posłudze muszą się oni stykać najczęściej. Czy są takie zjawiska, które byłyby wspólne księżom na całym świecie?

- Wydaje mi się, że trudno jest mówić o problemach wspólnych całemu Kościołowi katolickiemu, gdyż sytuacja jest bardzo zróżnicowana choćby w zależności od kontynentu, nie mówiąc już o poszczególnych krajach. Własne problemy i wyzwania stoją przed duchowieństwem w krajach, które uwolniły się spod systemów totalitarnych - tutaj chodzi, jak sądzę, o umiejętne wykorzystanie świeżo zdobytej wolności i o "dorastanie" do dobrobytu, o otwieranie się na kontakty z kulturą zachodnią. Z innymi zagadnieniami stykają się księża afrykańscy i azjatyccy. Dla tych pierwszych często problemem są stosunkowo niedawno powstałe państwa, w których często chodzi raczej o obronę czy rozwój kultury rodzimej, pojawiają się problemy rasowe czy etniczne, których na ogół nie ma w krajach wysoko rozwiniętych. W Azji w większym stopniu mamy do czynienia z wielkimi dysproporcjami w poziomie stopy życiowej między najbogatszymi a najbiedniejszymi, podczas gdy w Ameryce Łacińskiej występują napięcia związane ze spuścizną po dyktaturach wojskowych i z przechodzeniem tamtejszych społeczeństw właśnie od dyktatur do demokracji. Istnieje tam również problem właściwego ułożenia współżycia grup społecznych, etnicznych i narodowych, żyjących niekiedy na różnych szczeblach rozwoju społecznego i cywilizacji. Wszystko to są bardzo różne czynniki polityczne, społeczne, gospodarcze i inne, które mają ogromny wpływ na miejscowy Kościół, a więc także na życie i posługę księży, toteż trudno jest mówić o jakichś konkretnych trudnościach czy problemach wspólnych wszystkim kapłanom.

- Gdy Jan Paweł II rozpoczynał przed laty swój pontyfikat, ilość księży i seminarzystów od lat spadała. Dziś, w ponad ćwierć wieku od tamtych dni, liczba duchowieństwa ustabilizowała się, gwałtownie natomiast wzrosła, chociaż też nierównomiernie, liczba kandydatów do kapłaństwa. Jak widzi Eminencja perspektywy rozwoju tych tendencji? Jak ocenia to zjawisko?

- W okresie posługi Jana Pawła II liczba kapłanów zaczęła się zwiększać i odeszliśmy od tego kryzysu, jaki istniał w Kościele w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych. Był to problem całego Kościoła, który to problem istniał w nim zresztą zawsze. Można powiedzieć, że łaska Boża krąży po całym Kościele przez wszystkie czasy i daje o sobie znać na różne sposoby. Jan Paweł II, który przyszedł z kraju o licznych powołaniach kapłańskich, wniósł tu własne, cenne doświadczenia, zwłaszcza gdy chodzi o budzenie i pielęgnowanie ich. Obecnie mamy do czynienia z rozkwitem powołań kapłańskich, szczególnie w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej, na przykład w moim ojczystym kraju - Kolumbii mamy obecnie pełne seminaria. Dobra sytuacja istnieje także w Europie Wschodniej i Środkowej. W Europie Zachodniej jest to jeszcze marzenie przyszłości, ale tu również widzimy budzenie się nowych powołań, choć nie w takich rozmiarach, jak w tamtych rejonach. Mam na myśli Niemcy, Francję czy np. Hiszpanię. Myślę, że możemy mówić o stopniowym, powolnym przezwyciężeniu tego wielkiego kryzysu powołań, jaki istniał 20 i więcej lat temu i sądzę, że tendencja ta utrzyma się przez najbliższe lata.

- Obecnie w Kościele wzrasta rola osób świeckich, a także diakonów stałych, którzy w związku z brakiem księży przejmują coraz więcej zadań. Jak na tym te wygląda rola kapłanów, których przecież pod wieloma względami nie da się do końca zastąpić?

- Jest to rzeczywistość, o której wiele mówiono na Synodzie Biskupów nt. Świeckich i której poświęcono wiele dokumentów ogólnokościelnych i papieskich. Problemy te rozumiał i poruszał w swym nauczaniu już Paweł VI, a bardzo rozwinął Jan Paweł II. Kościół potrzebuje zaangażowania świeckich w proces dojrzewania życia chrześcijańskiego, zarówno jednostkowego, jak i w rodzinie, a także w ekspansję chrześcijaństwa na ziemiach misyjnych. Zawsze zresztą tak było w dziejach Kościoła. Z drugiej strony, jak wiemy, w ciągu wieków dokonała się swego rodzaju klerykalizacja Kościoła i trzeba było właściwie dopiero Soboru Watykańskiego II, aby "obudzić" świeckich. Doprowadziło to jednak z czasem do pewnych zagrożeń, związanych z mieszaniem ról osób świeckich i duchownych. Należało więc zbadać ten problem i wyjaśnić, a właściwie przypomnieć nauczanie Kościoła pod tym względem. Chodzi przede wszystkim o rozróżnienie między kapłaństwem powszechnym, do którego powołani są wszyscy wierni, a kapłaństwem wynikającym ze święceń, które przysługuje tylko duchownym. Kapłan wyświęcony jest niezastąpiony w swej posłudze właśnie dzięki tym święceniom, a więc łasce sakramentalnej od samego Chrystusa, której nie mają świeccy. W Kościele istnieje, jak wiadomo, szeroki krąg spraw czysto doczesnych, też bardzo ważnych, którymi mogą i powinni zajmować się świeccy, ale są również dziedziny sakramentalne, zastrzeżone tylko dla kapłanów, których nikt w tym nie zastąpi. Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, istnieją dokumenty kościelne i wypowiedzi papieskie, które w sposób jednoznaczny i wyraźny omawiają te zagadnienia i wyjaśniają nauczanie Kościoła pod tym względem. Są wprawdzie jeszcze diecezje, zwłaszcza te, które najostrzej odczuwają brak księży (chociaż też nie można tego za bardzo uogólniać) i w których dochodzi jeszcze do pomieszania ról obu tych środowisk, ale myślę, że na ogół sprawa jest już uregulowana.

- Czyli, zdaniem Eminencji, nie można mówić o niebezpieczeństwa pomieszania miejsca i roli świeckich w Kościele z zadaniami duchowieństwa?

- Myślę, że nie. Jak wspomniałem, tu i ówdzie mogą występować jakieś nadużycia czy "przegięcia" na tym tle, ale ogólnie, na szczeblu światowym sytuacja jest jasna i wyraźna.

- Chciałbym jeszcze przywołać inne stanowisko, które piastuje Eminencja: przewodniczącego Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", a więc organizmu kurialnego, zajmującego się księżmi przywiązanymi do tradycyjnej, "trydenckiej" Mszy św. Jak przedstawia się Wasza działalność? Czym zajmujecie się na co dzień?

- Nasza komisja prowadzi spokojny, głęboki dialog z tradycjonalistami. Trzeba pamiętać, że Kościół musi rozmawiać ze współczesnymi kulturami za pomocą języków, symboli i innych środków, jakimi rozporządza w tych warunkach. Dlatego posoborowa reforma liturgiczna postawiła sobie za zadanie uczynienie jej bliższą współczesnemu człowiekowi i temu służyło m.in. wprowadzenie do liturgii języków narodowych. Na niedawnym Synodzie Biskupów nt. Eucharystii niektórzy teologowie mówili, że wprowadzając zmiany, niekiedy gdzieś zagubiono jakąś część misterium. Po Soborze stało się jasne, że istnieje przywiązanie do dawnych form, uznając jednocześnie, że zmiany posoborowe zachowały to, co istotne w liturgii mszalnej. Każdy wierny wie, że w czasie Eucharystii Chrystus daje nam swoje Ciało wtedy, gdy kapłan wypowiada słowa konsekracji, niezależnie, czy mówi to po polsku, po hiszpańsku, łacinie czy w jakimkolwiek innym języku. I wszystko to jest ten sam obrządek łaciński. Jeśli chodzi o Bractwo św. Piusa X, to należy podkreślić, że o ile sam akt sakry biskupiej, dokonany przez abp. Marcela Lefebvre'a 30 czerwca 1988 oznaczał schizmę, to konsekrowani wtedy duchowni nie są schizmatykami. Ich sakra jest ważna. Pozostajemy w dialogu i sądzę, że osiągniemy pewnego dnia pełną komunię. Wszyscy chcemy Kościoła zjednoczonego, większego szacunku dla Eucharystii, bez nadużyć, do jakich nieraz dochodzi.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawał Krzysztof Gołębiowski (KAI)

Źródło informacji: http://forum.fidelitas.pl

sobota, 17 grudnia 2005

Msza św. sercem naszej wiary

Wykład x. Karola Stehlina FSSPX pt.

MSZA ŚW. SERCEM NASZEJ WIARY

Lublin, 22 X 2005 r.

Do pobrania i odsłuchania w formacie MP3

MP3, 44 MB

POBIERZ PLIK

wtorek, 11 października 2005

KIEDY KANTOR BYŁ JAK KAPŁAN. Wywiad z ks. Domenico Bartoluccim



Wywiad z ks. Domenico Bartoluccim dla tygodnika L'Espresso, który przeprowadził Riccardo Lenzi.

P: Mistrzu, nie mniej jak sześciu papieży słuchało księdza koncertów. W którym z nich widział ksiądz najwięcej wiedzy muzycznej?

O: W ostatnim, Benedykcie XVI. Gra na pianinie, wykazuje głębokie zrozumienie Mozarta, kocha liturgię Kościoła, a w konsekwencji kładzie wielki nacisk na muzykę. Pius XII również wielce kochał muzykę i często grał na skrzypcach. Kaplica Sykstyńska wiele zawdzięcza Janowi XXIII. W 1959 udzielił mi pozwolenia na restaurację Sykstyny, która niestety była w złej formie, częściowo z powodu choroby poprzedniego dyrygenta, Lorenzo Perosiego. Nie miała już stałego członkostwa, archiwum muzycznego ani biura. Więc znalazło się biuro, falseciści zostali zwolnieni, a skład chóru i wynagrodzenie dla jego członków zostały ustalone. I w końcu udało się także utworzyć chór dziecięcy. Potem nastał Paweł VI, ale ten nie miał słuchu i nie wiem na ile cenił muzykę.

P: Czy Perosi był tak zwanym konserwatorem włoskiego oratorium?

O: Perosi był autentycznym muzykiem, człowiekiem bardzo pochłoniętym przez muzykę. Miał to szczęście, że kierował Sykstyną w czasach motu proprio na temat muzyki kościelnej, ale słusznie chciał oczyścić ją z teatralności, którą była nasycona. Mógł dać nowy impuls muzyce Kościoła, ale niestety nie posiadał wystarczającego rozumienia polifonii w tradycji Palestriny oraz tradycji Sykstyny. Powierzył także kierowanie chorałem Gregoriańskim swojemu zastępcy! Jego kompozycje liturgiczne często zasługiwały na uwagę ze względu na swój powierzchowny styl Cecyliański, daleki ideałowi połączenia tekstu i muzyki.

P: Perosi naśladował Pucciniego...

O: Ale Puccini był człowiekiem inteligentnym. A jego fugi dalece przewyższają fugi Perosiego.

P: Czy Perosi był w jakimś sensie zwiastunem obecnej trywializacji muzyki sakralnej?

O: Nie zupełnie. Dziś jest w kościołach moda na piosenki inspirowane popem i brzdąkanie na gitarach, ale błąd jest przede wszystkim po stronie pseudointelektualistów, którzy skonstruowali tę degenerację liturgii a stąd także i muzyki, doprowadzając do upadku i gardząc dziedzictwem przeszłości dla idei uzyskania nie wiadomo jakich korzyści dla ludu. Jeśli sztuka muzyki zamiast powracać do swej wielkości przedstawia sobą dostosowanie albo produkt uboczny, nie ma sensu pytać o jej funkcję w Kościele. Jestem przeciwny gitarom, ale jestem też przeciwny powierzchowności ruchu Cecyliańskiego w muzyce – to mniej więcej ta sama rzecz. Nasze hasło musi brzmieć: powróćmy do chorału Gregoriańskiego i do polifonii w tradycji Palestriny i podążajmy tą drogą!

P: Jakie inicjatywy powinien podjąć Benedykt XVI aby zrealizować ten plan w świecie dyskotek i iPodów?

O: Ten wielki repertuar muzyki sakralnej, który przekazała nam przeszłość składa się z Mszy, ofertoriów, responsoriów: kiedyś nie było czegoś takiego jak liturgia bez muzyki. Dziś nie ma miejsca dla tego repertuaru w nowej liturgii, która jest nieharmonijnym zgiełkiem – i nie ma sensu udawać że nim nie jest. To tak, jakby poprosić Michała Anioła żeby namalował sąd ostateczny na znaczku pocztowym! Proszę, niech mi pan powie, jak jest dziś możliwe wykonać Credo albo chociaż Gloria. Najpierw musielibyśmy powrócić, przynajmniej w Mszach w uroczystości albo święta, do liturgii która przyznaje muzyce jej właściwe miejsce i wyraża się powszechnym językiem Kościoła, łaciną. W Sykstynie, po reformie liturgii, byłem w stanie utrzymać tradycyjny repertuar przy życiu tylko w koncertach. Proszę tylko pomyśleć – Missa Papae Marcelli Palestriny nie została zaśpiewana w Bazylice Świętego Piotra od czasu papieża Jana XXIII! Łaskawie udzielono nam pozwolenia na wykonanie jej podczas rocznicy śmierci Palestriny i chcieli żeby była bez Credo, ale nie ustąpiłem wtedy i zostało wykonane całe dzieło.

P: Czy uważa ksiądz, że zgromadzenie wiernych powinno uczestniczyć w śpiewaniu chorału Gregoriańskiego podczas celebracji liturgicznych?

O: Musimy poczynić rozróżnienia w wykonywaniu chorału Gregoriańskiego. Część repertuaru, na przykład introity albo ofertoria, wymaga niezwykle wyrafinowanego poziomu artyzmu i może zostać zinterpretowana właściwie jedynie przez prawdziwych artystów. Jest też część repertuaru, która jest śpiewana przez lud: mam na myśli Mszę „o Aniołach”, muzykę procesyjną, hymny. Było kiedyś rzeczą bardzo poruszającą gdy się słyszało jak zgromadzenie śpiewa Te Deum, Magnificat, litanie - muzykę, którą ludzie przyswoili i uczynili swoją, ale dziś już nawet z tego niewiele zostało. Co więcej, chorał Gregoriański został zniekształcony przez rytmiczne i estetyczne teorie Benedyktynów z Solesmes. Chorał Gregoriański narodził się w gwałtownych czasach i powinien być męski i silny, a nie jak te słodkie i pocieszające adaptacje naszych własnych dni.

P: Czy myśli ksiądz, że tradycje muzyczne przeszłości znikają?

O: Wszyscy się z tym zgodzą: jeśli nie ma ciągłości, która utrzyma je przy życiu, są skazane na zapomnienie, a obecna liturgia z pewnością im nie sprzyja... Jestem z natury optymistą, ale obecną sytuację oceniam realnie i uważam, że Napoleon bez generałów zdziała niewiele. Dziś hasłem jest „idź do ludzi, spójrz im w oczy,” ale to wszystko to pusta gadanina! Gdy tak robimy to kończy się na tym, że celebrujemy samych siebie, a tajemnica i piękno Boga są przed nami ukryte. W rzeczywistości jesteśmy świadkami upadku Zachodu. Pewien afrykański biskup powiedział mi kiedyś: „Mamy nadzieję, że Sobór nie zabierze łaciny z liturgii, bo w przeciwnym razie w moim kraju utwierdzi się wieża Babel dialektów.”

P: Czy Jan Paweł II był w jakiś sposób pomocny w tych sprawach?

O: Pomimo pewnej liczby apeli, kryzys liturgiczny zakorzenił się głębiej podczas jego pontyfikatu. Czasami to właśnie papieskie celebracje przykładały się do tej nowej tendencji z tańczeniem i bębnami. Pewnego razu wyszedłem mówiąc „zawołajcie mnie jak skończy się show!” Dobrze pan rozumie, że jeśli takie przykłady idą od Bazyliki Świętego Piotra, apele i skargi na nic się nie zdadzą. Zawsze się tym rzeczom sprzeciwiałem. I nawet pomimo tego że mnie wywalili, rzekomo dlatego że przekroczyłem osiemdziesiątkę [Pius XII mianował ks. Bartolucciego kapelmistrzem dożywotnio – tłum.], nie żałuję tego co zrobiłem.

P: Co to kiedyś znaczyło: śpiewać w Kaplicy Sykstyńskiej?

O: Miejsce i chór tworzyły jedność, tak jak jedność tworzyły muzyka i liturgia. Muzyka nie była byle ozdobą, ale przywodziła tekst liturgiczny do życia, a kantor był czymś na kształt kapłana.

P: Ale czy jest dziś możliwe komponować w stylu Gregoriańskim?

O: Po pierwsze, musielibyśmy przywrócić ducha stałości. Ale Kościół dokonał czegoś odwrotnego, faworyzując uproszczone, inspirowane popem melodyjki łatwe dla uszu. Myślał, że to ludzi uszczęśliwi, a wyszło tak jak wyszło. Ale to nie jest sztuka. Wielka sztuka to spoistość.

P: Czy nie widzi ksiądz dziś żadnych kompozytorów, którzy byliby zdolni przywrócić taką tradycję do życia?

O: To nie jest kwestia zdolności; po prostu nie ma atmosfery. Problem nie dotyczy muzyków, ale tego, czego się od nich chce.

P: A jednak mnisi z Santo Domingo de Silos sprzedali miliony płyt z chorałem Gregoriańskim. Jest też Trzecia Symfonia Henryka Góreckiego z jej średniowiecznymi odniesieniami...

O: To są zjawiska konsumenckie, które niewiele mnie interesują.

P: Ale są szanowani kompozytorzy, którzy postawili wiarę na centralnym miejscu, jak Pärt czy Penderecki...

O: Oni nie mają poczucia liturgii. Mozart też był wielki, ale nie wydaje mi się żeby jego muzyka sakralna czuła się dobrze w katedrze. Za to chorał Gregoriański i Palestrina pasują do liturgii jak ulał.

P: W efekcie, listy Mozarta nie niosą żadnego wielkiego uczucia religijnego. A jednak w „et incarnatus est” z jego Mszy w C-moll, fraza sopranowa instrumentów dętych doskonale wyjaśnia nam tajemnice wcielenia...

O: Niech pan nie zapomina, że ojciec Mozarta był kapelmistrzem. I tak, czy chciał tego czy nie, głęboko oddychał powietrzem Kościoła. Zawsze jest coś bardzo konkretnego, zwłaszcza w młodości człowieka, co wyjaśnia taką duchową głębię. Niech pan pomyśli o Verdim, który jako dziecko miał księdza za swojego pierwszego nauczyciela muzyki i grał na organach do Mszy.

P: Czy czuje się ksiądz trochę samotny, bez następców?

O: Nie pozostał nikt. Myślę, że jestem ostatnim kapelmistrzem.

P: Ale w Lipsku, w kościele św. Tomasza, jest szesnasty kantor od czasu Bacha...

O: W Niemczech, na arenie protestanckiej, dzieci kompozytora koncertów Brandenburskich zazdrośnie strzegą swojej tożsamości. Verdi słusznie powiedział, że Niemcy są wiernymi dziećmi Bacha, podczas gdy my Włosi jesteśmy zwyrodniałymi dziećmi Palestriny.

P: Jeśli już mówimy o Verdim, wielka muzyka sakralna nie zawsze współgra z liturgią...

O: Z pewnością. Mszy Requiem Verdiego nie można nazwać Mszą stosowną dla liturgii, ale proszę pomyśleć o mocy, z jaką znaczenie tekstu się przebija! Beethoven też: niech pan posłucha otwarcia Credo. Z ruchem Cecyliańskim jest zupełnie inaczej. To są arcydzieła muzyki sakralnej, które mają słuszne miejsce w wykonaniach koncertowych.

P: Bruckner także był bardzo natchniony...

O: On ma wadę rozwlekłości. Jego Msza na instrumenty dęte, ta w E-moll, jest raczej nudna.

P: Czy Mahler miał rację mówiąc, że jest „pół-bogiem i pół-głupolem”?

O: To prawda. Miał pewne nadzwyczajne momenty, jak jego mistrzowskie traktowanie łuku. Ale potem zaczął przesadzać, a potem...

P: A czy ksiądz lubi Mahlera?

O: On jest jak Bruckner – niektóre momenty piękne, ale raczej się powtarzał. W pewnych miejscach chciałoby się na niego nakrzyczeć: daj spokój! już załapaliśmy!

P: Według kard. Ratzingera, jest muzyka jako zjawisko masowe, muzyka pop, którą mierzy się wartościami rynku. I jest ta muzyka uczona, celebracyjna, która jest skierowana do małej elity...

O: To jest muzyka współczesnych, począwszy od Schönberga, ale muzyka kościelna musi podążać za duchem chorału Gregoriańskiego i szanować liturgię. Kantor jest w kościele nie jako artysta, ale jako kaznodzieja, czy też jako ktoś, kto naucza poprzez śpiew.

P: Czy w ogóle zazdrości ksiądz Kościołom Wschodnim?

O: Oni nie zmienili niczego, i dobrze zrobili. Kościół Katolicki wyrzekł się siebie i swojego szczególnego wizerunku, jak te kobiety, które przechodzą operację plastyczną: stają się nierozpoznawalne i czasem są poważne konsekwencje.

P: Czy to księdza ojciec zbliżył księdza do muzyki?

O: Był robotnikiem w fabryce cegieł w Borgo San Lorenzo, w prowincji Florencja. Uwielbiał śpiewać w kościele. I uwielbiał romanse Verdiego i Donizettiego. Ale w tamtych czasach wszyscy śpiewali: rolnicy podczas pielęgnacji winnicy, szewcy gdy podzelowywali buty. Były zespoły na ulicach, podczas wakacji reżyserzy muzyczni przyjeżdżali z Florencji i każdego roku teatr miał dwa sezony operowe. Teraz tego wszystkiego już nie ma.

P: We Włoszech władze poobcinały budżety orkiestrom i teatrom...

O: I słusznie. Te organizacje mają zbyt wielu ludzi, którzy są po prostu martwym balastem. Niech pan weźmie na przykład urzędy administracji: na początku było czterech czy pięciu ludzi, a teraz jest ich dwadzieścia czy dwadzieścia pięć.

P: W jakim sensie można uważać Palestrinę, Lasso czy Victorię za powiązanych ze sobą?

O: Ze względu na ich muzyczną spoistość. Palestrina jest ojcem-założycielem, który jako pierwszy zrozumiał, co to znaczy tworzyć muzykę. Przeczuł konieczność kompozycji kontrapunktowej powiązanej z tekstem, w przeciwieństwie do złożoności i reguł kompozycji flamandzkiej.

P: Dla filozofa Schopenhauera muzyka jest szczytem wszystkich sztuk, natychmiastową obiektywizacją Woli. Czy dla katolików może być ona zdefiniowana jako bezpośrednie wyrażenie Boga, jako Słowo?

O: Muzyka jest Sztuką przez duże S. Rzeźba ma marmur, a architektura ma gmach. Muzykę widzi się tylko oczyma ducha; ona wchodzi do wnętrza. I Kościół ma tę zasługę, że pielęgnował ją w swoich śpiewach, że dał jej gramatykę i składnię. Muzyka jest duszą słowa które staje się sztuką. Z całą pewnością usposabia do odkrycia i przyjęcia piękna Boga. Z tego powodu teraz bardziej niż kiedykolwiek Kościół musi się nauczyć ją odbierać.

Źródło informacji: SANCTUS.pl

czwartek, 10 czerwca 1999

Pamięci ks. Malachiego Martina



We wtorek 27 lipca 1999 r., w wieku 78 lat, wskutek następstw udaru mózgu zmarł w Nowym Jorku Malachi Martin, ksiądz katolicki, ex-jezuita, teolog, egzorcysta, wybitny znawca kulis polityki Watykanu, autor 16 bestsellerów. Popularność jego książek, nekrologi, jakie ukazały się we wszystkich dużych gazetach amerykańskich, wreszcie grono jego bliskich przyjaciół, do których należeli m.in. Michael Davies, ks. Charles Fiore, William Marra, ks. Alfred Kunz, Jerry Matatics czy Rama Coomaraswamy świadczą dobitnie, że ks. Martin był z pewnością postacią nietuzinkową i zasłużoną dla Tradycji katolickiej. Ale... czy ks. Martin od samego początku opowiedział się po stronie Tradycji w jej śmiertelnych zapasach z modernizmem? Niestety, nie brak świadectw niechlubnej roli, jaką ks. Martin miał rzekomo odegrać w czasie przygotowań i obrad Soboru Watykańskiego II; niektóre z nich sugerują nawet, że był on... głównym architektem deklaracji Nostra aetate, o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, w tym do Żydów.

Kim był ks. Malachi Martin? Tradycyjnym katolickim kapłanem, czcicielem Matki Boskiej z Gwadelupy, przerażonym obecnym stanem kryzysowym w Kościele (o którym, jako Vatican insider, wiedział więcej niż ktokolwiek inny), jak chcą jedni, czy też cynicznym „Judaszem XX w.” na służbie B’nai B’rith, jak twierdzą inni? A może współczesnym św. Pawłem, który – oślepiony okropieństwami, które widział z tak bliska – postanowił bronić Jednego i Świętego Kościoła?

Jezuita

Malachi Brendan Martin urodził się 23 lipca 1921 r. w Kerry, w Irlandii. W 1939 r. wstąpił do zakonu jezuitów; został wyświęcony na księdza w święto Wniebowstąpienia, 15 sierpnia 1954 r. W międzyczasie wiele studiował, uzyskując magisterium z filologii semickich i historii orientalnej w National University, równolegle poznając asyriologię w Trinity College. Następnie studiował na uniwersytecie w Louvain, w Belgii, gdzie również uzyskał dyplom z filozofii, teologii, języków semickich, archeologii i historii orientalnej. Zdobywał także wiedzę z zakresu psychologii eksperymentalnej i antropologii. Jeszcze później – równolegle na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i na uniwersytecie w Oxford – specjalizował się w studiach nad rękopisami hebrajskimi i arabskimi z okresu przedchrześcijańskiego. Napisał jedną z pierwszych prac nt. zwojów znad Morza Martwego, a ponadto wiele naukowych artykułów o paleografii semickiej. Jego pierwszą książką było dwutomowe dzieło Kronikarski charakter zapisu zwojów znad Morza Martwego.

Od 1958 do 1964 r. ks. Martin przebywał w Rzymie jako sekretarz Agostino kard. Bei i bliski współpracownik papieża Jana XXIII, wypełniając na ich zlecenie wiele dyskretnych misji. Był również profesorem Papieskiego Instytutu Biblijnego, gdzie wykładał język hebrajski i aramejski, paleografię i biblistykę. W 1964 r. wystąpił z Towarzystwa Jezusowego; w następnym roku uzyskał zwolnienie ze ślubów posłuszeństwa i ubóstwa (nie prosił o dyspensę ze ślubu czystości). Sam ks. Martin twierdził, że Paweł VI zezwolił mu na prywatne odprawianie Mszy św. W pisanym przed śmiercią liście do przyjaciela wspomniał, że odprawiał ją codziennie – codziennie też odmawiał brewiarz.

Pisarz

Po wystąpieniu z zakonu ks. Martin z Rzymu – przez Paryż i Irlandię – wyjechał do Nowego Jorku. Początkowo, wciąż jako ksiądz, pracował tam jako taksówkarz i pomywacz (sic!) (1). Później kardynał Cooke przydzielił mu obowiązki w archidiecezji nowojorskiej; dostojnik nalegał także, aby ks. Martin dla swego własnego bezpieczeństwa zamieszkał u poleconej przezeń rodziny. Ks. Martin, który początkowo chciał mieszkać sam, zgodził się i wprowadził się na Manhattan, do domu Kakii Livanos. Rodzina, chociaż nie katolicka, okazała się troskliwa i opiekuńcza, a Kakia Livanos stała się oddaną gospodynią. Niestety, w czasie jego choroby nadużyła okazywanego sobie zaufania – ale tę sprawę, dotyczącą dwóch stron internetowych ks. Malachi Martina, opiszemy później.

Nadal wypełniając obowiązki kapłańskie, ks. Martin wkrótce poważniej zajął się pisarstwem. Liczne artykuły i książki szybko zdobyły mu nie tylko wiele znajomości w literackim światku Nowego Jorku, ale i zasłużoną sławę erudyty i świetnego znawcy tajemnic Watykanu. Już pierwsza powieść, The Encounter, okazała się znaczącym sukcesem, zdobywając tytuł jednej z „Trzydziestu Najlepszych Książek 1969 Roku”, przyznawany przez „Library Journal”. Później przyszły następne książki i następne sukcesy; umiejętnie łącząc obszerną wiedzę teologiczną i historyczną z błyskotliwym stylem pisarskim, wykorzystując wieloletnie obserwacje poczynione na najwyższych szczytach kościelnej władzy w Rzymie (znał osobiście trzech papieży!) ks. Martin co kilka lat zaskakiwał czytelników kolejnymi świetnymi pozycjami. I zarazem proroczymi.

W 1970 r. ks. Martin uzyskał obywatelstwo amerykańskie. W 1972 r. ukazała się powieść Three Popes and the cardinal. Ks. Martin przedstawił w niej wizję niedalekiej przyszłości („na długo przed rokiem 2000”), w której zabraknie instytucji, którą znaliśmy do tej pory jako Kościół Rzymski, Katolicki i Apostolski. Jego wydawca omal nie dostał apopleksji po przeczytaniu rękopisu... W 1973 r. książka Jesus now przyniosła szokującą prawdę o ciężkiej chorobie papieża Pawła VI; chorobie, którą Watykan przez długie lata starał się utrzymać w tajemnicy, a która ostatecznie wyszła na światło dzienne (Paweł VI cierpiał na białaczkę). Rok 1976 r. przyniósł super-bestseller Zakładnicy diabła, długo nie schodzący z list przebojów książkowych: pięć autentycznych historii opętanych Amerykanów. Zakładnicy doczekali się wielu wydań i entuzjastycznych recenzji wśród osób zajmujących się problemem opętania i egzorcyzmów; bez przesady można powiedzieć, że ta książka weszła na stałe do kanonu literatury przedmiotu.

W 1978 r. ukazało się The Final Conclave, książka odsłaniająca wiele ściśle strzeżonych tajemnic Watykanu: polityczne intrygi i cyniczne alianse najwyższych dostojników. Ks. Malachi Martin był jedyną osobą, która nie tylko publicznie przewidziała, że w przeciągu roku odbędzie się konklawe, ale także kto zostanie wybrany papieżem! Ta przepowiednia był tak nieprawdopodobna, że tylko jedna gazeta zdecydowała się ją opublikować przed śmiercią Pawła VI i wyborem jego następcy...

Rok 1987 r. to rok ukazania się Jezuitów (tylko ta książka oraz Zakładnicy diabła zostały wydane w Polsce (2), w ocenie „World Economic Review” „najbardziej przerażającego i kontrowersyjnego portretu Towarzystwa Jezusowego w ciągu ostatnich 300 lat”; portretu przedstawiającego członków szacownego zakonu jako grupę stawiającą sobie za cel propagowanie ideologii marksistowskiej. Liczne głosy jezuitów z całego świata, którym ks. Martin dał do przeczytania rękopis, były zgodne – o. John Hardon SI wyraził to mówiąc: „Jezuici są w 100% prawdziwi”.

Rok 1990 przyniósł kolejną obszerną powieść (ponad 700 stron): The Keys of This Blood. Tytuł nawiązuje do wydarzeń z 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra; podtytuł jest jeszcze bardziej wymowny: „Papież Jan Paweł II kontra Rosja i Zachód [w walce] o kontrolę nad Nowym Porządkiem Świata”. Książka przynosi dogłębną analizę obecnej sytuacji geopolitycznej oraz opis wydarzeń, które do niej doprowadziły. Ks. Malachi Martin daje się tu niespodziewanie poznać jako wyborny znawca historii krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a zwłaszcza Rosji i Polski (w indeksie znajdujemy wiele polskich nazwisk oraz kilka terminów, których Autor używał w oryginale, nie tłumacząc na angielski, m.in. „Rzeczpospolita” oraz „racja stanu”!). Co dla nas, Polaków, szczególnie istotne, ks. Martin pisze o historii Polski z największą sympatią i szacunkiem.

Vatican insider

Ostatnia książka ks. Martina, Windswept House (1996), jest bodaj najważniejsza w całej jego działalności pisarskiej. Jest też chyba najbardziej szokująca: zaczyna się realistycznym opisem satanistycznego rytuału intronizacji Księcia Piekła, Lucyfera, który miał mieć miejsce w... kaplicy św. Pawła w Watykanie, 29 czerwca 1963 r., zaledwie tydzień po koronacji Pawła VI! (3). W licznych wywiadach ks. Martin z całą mocą powtarzał: „Tak, to prawda. Te rzeczy miały miejsce. Znam nazwiska, i wiele osób z Watykanu również je zna”. Po takich rewelacjach, choć podanych w formie beletrystycznej, trudno się właściwie dziwić, że Windswept House był przyjmowany z niedowierzaniem, a w USA, chociaż wydany przez znaną oficynę „Doubleday”, pominięty milczeniem przez oficjalne media. Ks. Fiore, pisząc dla „Catholic Family News” w czerwcu 1996 r. recenzję tej książki, wyraził się, że jest to „powieść, w której rzeczywiste osoby i wydarzenia są zamaskowane w postaci fikcji literackiej”.

Nawet niezwiązani z Kościołem krytycy zarzucali ks. Martinowi niekatolicki, czy wręcz antykatolicki wydźwięk jego powieści, zaludnionej cynicznymi dostojnikami, zupełnie nie po chrześcijańsku walczącymi o władzę, tajnymi lożami masońskimi, biskupami kontaktującymi się z mafią i wywiadami, kręgami satanistów i pedofilów otaczającymi Papieża. Odpowiadając na te zarzuty, w jednej z audycji radiowych Malachi Martin odparł: „Z teologicznego punktu widzenia (...), przybyliśmy do miejsca, kiedy musimy nazwać czarne czarnym, nawet jeśli jest to zgodne z opiniami, które zawsze wyrażali nasi krytycy i wrogowie”. Jego zamiarem było, aby Windswept House stał się orężem w rękach konserwatywnych katolików.

Czy ks. Martina poniosła tym razem literacka fantazja? Przecież od ponad 20 lat mieszkał poza Wiecznym Miastem, skąd więc mógł wiedzieć, co się tam dzieje, i to w dodatku nie na forum publicznym, ale za kulisami Kurii? On sam, jakby wychodząc naprzeciw podobnym wątpliwościom, w wywiadzie udzielonym stacji NWO 18 kwietnia 1996 r. powiedział:

Opuściłem Rzym i wyjechałem do USA, ale zostawiłem tam przyjaciół, nawiasem mówiąc wrogów też, tak więc miałem dobre kontakty z mnóstwem ludzi w Rzymie. (..) Co jakiś czas jeżdżę tam i utrzymuję bardzo bliski kontakt.

Rewelacje o praktykach satanistycznych w Watykanie zostały potwierdzone w grudniu 1996 r. na Międzynarodowym Kongresie na rzecz Światowego Pokoju „Fatima 2000” przez abp. Emmanuela Milingo, watykańskiego Specjalnego Delegata Komisji Pontyfikalnej ds. Opieki Duszpasterskiej nad Emigrantami i Uciekinierami. Abp. Milingo, ongiś arcybiskup Lusaki i przewodniczący Episkopatu Zambii (4), został oskarżony przez tamtejszych biskupów o czarnoksięstwo i w 1982 r. odwołany do Rzymu. Poddany upokarzającym przesłuchaniom i testom psychologicznym pozostał wierny Kościołowi i swemu powołaniu (5). Dodajmy też, że abp Milingo, podobnie jak ks. Martin, jest praktykującym egzorcystą (6).

Ciekawą, ale i kontrowersyjną sprawą jest przedstawienie osoby Jana Pawła II w Windswept House. Występuje on tam jako Slavic Pope – Słowiański Papież. Ks. Martin odmalowuje go jako postać tragiczną, w pełni świadomą nadejścia biblijnej „godziny i władzy ciemności”. Opuszczony przez hierarchię, otoczony przez ludzi pozbawionych wiary, zdecydowany jest walczyć z całych sił, aby opóźnić nadejście Zła. Bo Zło, zdaniem ks. Martina, musi nadejść. Wielokrotnie, w artykułach i wywiadach radiowych dawał on wyraz swemu przekonaniu, że żyjemy obecnie w czasach ostatecznych, opisanych w Apokalipsie św. Jana. I jednocześnie oznajmiał wprost, bez niedomówień, że zna treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej, co sprawiało, że jego wizje upadku Rzymu stawały się jeszcze bardziej złowieszcze.

Czy można mu wierzyć? Nawet najzagorzalsi przeciwnicy ks. Martina nie podważają jego opinii eksperta w sprawach dotyczących najściślej strzeżonych tajemnic Watykanu. Najrozsądniej będzie zatem odpowiedzieć na to pytanie tak: można mu nie wierzyć, ale nie można po prostu zbywać ani bagatelizować jego twierdzeń. Pozostaje otwartą natomiast inna kwestia – osobistego udziału ks. Malachi Martina w zakulisowym wyścigu o władzę i zdradzie Tradycji.

Periti

Przez kilka lat ks. Martin był, jak już wspomnieliśmy, sekretarzem kard. Bei. Zaiste, tajemnicza to postać i warto poświęcić jej kilka zdań. Jezuita, długoletni spowiednik Piusa XII i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, jako Prezydent Sekretariatu Jedności Chrześcijan na II Soborze Watykańskim stał się jednym z nieformalnych przywódców opcji liberalno-modernistycznej pośród Ojców Soboru. Niektórzy przypisywali mu żydowskie pochodzenie (7); pozostaje faktem, że odegrał ważną rolę w dialogu katolicko-żydowskim (por.: ks. K. Stehlin, Zdrada Jezusa Chrystusa, Zawsze wierni nr 29, lipiec-sierpień 1999). Gazety nowojorskie opublikowały informację, że tuż przed rozpoczęciem obrad Soboru złożył wizytę w tamtejszej siedzibie żydowskiej organizacji B’nai B’rith (8). Zapytawszy ich, czego oczekują od Soboru, uzyskał odpowiedź: „Wolności religijnej!”. Kard. Bea istotnie przygotował wówczas projekt dokumentu o wolności religijnej, powołujący się na rewolucję we Francji oraz na Deklarację Praw Człowieka; dokument ten został następnie przeciwstawiony innemu, całkowicie tradycyjnemu, o „tolerancji religijnej”, autorstwa kard. Ottavianiego. Starcie wokół tych dwóch opcji na Głównej Soborowej Komisji Przygotowawczej było zarazem pierwszą większą potyczką Tradycji i moderny (9).

Czy Malachi Martin wiedział o rozmowach kard. Bei z masońską lożą B’nai B’rith? Odpowiedź jest prosta: jako jego sekretarz i bliski współpracownik nie mógł nie wiedzieć. Co więcej, w walce z Tradycją miał także swój własny udział: w wywiadzie, udzielonym Benjaminowi Kaufmanowi („Cincinnati Enquirer”, 22 grudnia 1973) przyznał, że celem jego przyjazdu do Rzymu było zbieranie informacji, które będą mogły posłużyć do szantażowania konserwatywnych kardynałów, aby zmusić ich do popierania opcji przyjętej przez Jana XXIII i kard. Beę (10). Natomiast Joseph Roddy, redaktor cieszącego się ongiś bardzo dużą popularnością pisma „Look” opublikował w styczniu 1966 r. artykuł, w którym twierdził, że choć osobą, która spowodowała, iż Sobór ugiął się pod żądaniami B’nai B’rith był Jules Isaac, współpracujący z „piątą kolumną” pośród Ojców Soboru, to jednak ostateczny sukces dążeń żydowskich został osiągnięty dzięki działaniom tajemniczego „szpiega w sutannie”, który nieustannie kursował pomiędzy Watykanem a nowojorską siedzibą B’nai B’rith, przewożąc instrukcje i – prawdopodobnie – duże sumy pieniędzy. Roddy nie podał nazwiska owego „szpiega”, podał natomiast szereg wskazówek, mogących pomóc w jego identyfikacji. Na ich podstawie inny dziennikarz amerykański, Lawrence Patterson, wydawca miesięcznika „Criminal Politics”, zidentyfikował tego szpiega jako Malachi Martina (11).

Znowu powraca zadane przez nas pytanie, tym razem w jakże odmiennym kontekście: czy można ufać tym relacjom? Czy ks. Martin istotnie odegrał tak niechlubną rolę w poddaniu Soboru dyktatowi wrogich katolicyzmowi żydowskich lóż masońskich? W 1964 r., już po śmierci Jana XXIII, Malachi Martin pod pseudonimem Michaela Serafiana wydał książkę The Pilgrim, opisującą wysiłki zmierzające do nieprzyjęcia deklaracji Nostra aetate. Jak twierdzi niechętny ks. Martinowi Michael A. Hoffman II, historyk i rewizjonista o jednoznacznie antysyjonistycznych inklinacjach (12), książka ta zaalarmowała „masońskich infiltratorów Kościoła”, którzy – ostrzeżeni – mogli ponowić wysiłki w walce z konserwatywnymi kardynałami.

To twierdzenie aż razi swoją naiwnością: czy „szpieg w sutannie” musiałby istotnie pisać książkę, aby poinformować swoich mocodawców o grożącym ich planom niebezpieczeństwie? Przecież wystarczyłaby jedna dyskretna rozmowa... I dalej: dlaczego zwykły jezuita miałby wiedzieć więcej niż wpływowy kard. Bea? Chyba Hoffman w swojej niechęci do ks. Martina posunął się tu ciut za daleko.

Wydaje się, że to, co ks. Martin widział i w czym uczestniczył jako sekretarz kard. Bei stało się bezpośrednią przyczyną decyzji o wystąpieniu z zakonu i wyjeździe z Rzymu. Być może właśnie pisana pod pseudonimem książka – wspomniany The Pilgrim – była pierwszym krokiem na długiej drodze walki z siłami, które niszczyły Kościół? Aż sama narzuca się hipoteza, że jedna z głównych postaci Windswept House, młody ksiądz Christian Gladstone, który przybywa z USA do Wiecznego Miasta, by pracować dla watykańskiego Sekretarza Stanu i podczas swojej pracy odkrywa z przerażeniem niewyobrażalną korupcję, dotykającą dosłownie wszystkie amerykańskie diecezje – to literackie alter ego autora. W powieści ks. Gladstone postanawia działać jako podwójny agent na rzecz Tradycji; czy takim „podwójnym agentem” był sam ks. Malachi Martin? Jeśli tak, to krótko; po r. 1964 określił się zdecydowanie po jednej ze stron konfliktu.

Tradycjonalista

Malachi Martin był bardzo ważną postacią w ruchu Tradycji. Akceptował jako swoje własne słynne Wyznanie wiary z Campos. Utrzymywał bliskie kontakty z wieloma księżmi i działaczami organizacji tradycjonalistycznych. Przez pewien czas był redaktorem religijnym konserwatywnego „National Review” Williama Buckleya. W latach 80-tych i wczesnych 90-tych miał stałą kolumnę w „The Remnant”, znanym piśmie katolickiej Tradycji. W 1997 r. założył stronę internetową i wydawał comiesięczny newsletter, rozsyłany pocztą elektroniczną, przynoszący zarówno najnowsze wiadomości prosto z Watykanu, jak i religijne rozważania, często w duchu Maryjnym.

Na jednej ze swych stron internetowych ks. Martin zamieścił odpowiedzi na najczęściej zadawane mu pytania. Jego krótkie i treściwe odpowiedzi jednym mogą wydawać się zbyt łagodne, innym – zbyt konserwatywne; wybierzmy kilka przykładów.

Czy Novus Ordo jest ważnym rytem?

Novus Ordo może być sprawowany w sposób, który ważnie oddaje Ofiarę Chrystusa na Kalwarii (13).

Co sądzi Ojciec o ruchu sedewakantystycznym?

Żeby osądzić, czy Tron Piotra jest pusty, trzeba mieć autorytet. Ja takiego autorytetu nie posiadam.

Czy katolik może należeć do loży masońskiej? Jeśli nie, dlaczego?

Katolik nie może należeć do masonerii, gdyż jest to organizacja, która stawia sobie za cel zniszczenie chrześcijaństwa.

Czy to prawda, że Rosja nie została poświęcona Niepokalanemu Sercu NMP?

Tak, to prawda.

Czy pisze Ojciec kolejną część Windswept House?

Tak, ale nie będzie to beletrystyka. Będzie to podręcznik dla tych, którzy przeżyją”.
Zacytujmy jeszcze dwa pytania i dwie odpowiedzi ks. Martina:

Należę do parafii Bractwa Św. Piusa X. Słyszałem, jak mówił Ojciec o „podziemnym Kościele” i zastanawiałem się, czy miał Ojciec na myśli FSSPX. Jestem pewien, że zna Ojciec sprawę oraz oskarżenia wysuwane pod adresem Bractwa. Co może Ojciec na ten temat powiedzieć?

Uczestnictwo we Mszach św. w kaplicach FSSPX spełnia wszystkie obowiązki katolickie. Analogicznie, sakramenty udzielane przez kapłanów Bractwa są ważne.

Jak Ojciec sądzi, dlaczego papież Jan Paweł II ekskomunikował świątobliwego arcybiskupa Marcela Lefebvre, a nie robi nic w sprawie biskupów takich jak Weakland, Gumbleton, Mahoney, Bernardin, Clark?

W duchowej rzeczywistości Kościoła ani Marcel Lefebvre, ani jego biskupi i księża, ani wierni uczęszczający do kaplic Bractwa nie byli, ani nie są ekskomunikowani. Historia pokaże, że próba rzucenia takiej ekskomuniki była nieważna i nielegalna (14).
Strona internetowa

Mniej więcej na rok przed śmiercią ks. Martin doznał pierwszego udaru mózgu. Wykorzystując ten fakt i powołując się na zalecenia lekarzy pracująca dla niego wolontariuszka, Denise Zuppe, wspólnie z Kakią Livanos najpierw odcięła go od kontaktu z przyjaciółmi (odłączyła telefon i faks), a następnie wysłała – rzekomo w imieniu ks. Martina – polecenie do teksaskiej firmy Star Harbor, aby ta usunęła z jego strony wszystkie odsyłacze do Unity Publishing, kalifornijskiej organizacji zajmującej się m.in. zwalczaniem „oszustwa Medjugorje”. Kiedy pracownicy Star Harbor odmówili, rozpoczęły się anonimowe telefony i emaile z pogróżkami. Równolegle powstała druga, „autentyczna” strona Malachi Martina, nota bene zawierająca przez długi czas tylko zdjęcie ks. Martina i informację, że zostanie otwarta „po powiadomieniu”. Tymczasem strona na serwerze Star Harbor została zamknięta, co jeszcze bardziej pogłębiło zamieszanie. Odsunięty od kontaktu z przyjaciółmi, ks. Martin nie miał żadnego wpływu na tę żenującą sprawę.

Całe to zamieszanie najwidoczniej miało swój związek z rzekomymi objawieniami w Medjugorje. W licznych rozmowach z przyjaciółmi i współpracownikami ks. Martin dosłownie twierdził, że tamtejsze wydarzenia są „od samego początku dziełem Szatana” (15). Dziękował Unity Publishing za ich walkę z „oszustwem Medjugorje”, dodając, że on sam prowadził ją od piętnastu lat. Nie przeszkodziło to jednak Tedowi i Maureen Flynnom twierdzić czegoś wręcz przeciwnego: że ks. Malachi Martin aprobował posłanie z Medjugorje i napisał przedmowę do ich książki (The Thunder of Justice), w której jest ono uznane za prawdziwe słowa Matki Boskiej.

Śmierć

Niejako ukoronowaniem pełnego tajemnic życia ks. Martina była jego tajemnicza śmierć. Wedle oficjalnych danych zmarł na skutek następstw udaru mózgu, który powstał w wyniku upadku i uderzenia się w głowę. Był to, jak już wspominaliśmy, drugi taki udar w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Stojąc w obliczu śmierci, ks. Martin wyjawił bliskiemu przyjacielowi, że czuł, iż został popchnięty: „Poczułem, że coś mnie popycha, ale... nikogo tam nie było”. Zwidy? Cóż, trzeba przyznać, że sam ks. Martin wierzył, iż ktoś czyha na jego życie; tym kimś miał być... diabeł. Od pewnego czasu ks. Martin obawiał się, że padnie ofiarą maleficium. Wiele wskazuje na to, że nieszczęśliwy upadek miał miejsce, kiedy śpieszył zorganizować kolejną sesję egzorcyzmów.

O swych podejrzeniach mówił tylko prywatnie najbliższym przyjaciołom; publicznie wyjawił jednak, że widział diabła w swojej bibliotece. W audycji Art Bell, nagrywanej 4 kwietnia 1997 r., powiedział:

Stałem na krześle w swoim pokoju, sięgając po książkę, i zobaczyłem go. Kucał na podłodze, patrząc na mnie. Jego ciało było muskularne jak u pitbullteriera, ale twarz dawała się rozpoznać jako ludzka. To była twarz Diabła. Rozpoznałem oczy. To były oczy najzimniejszej, najbardziej śmiertelnej nienawiści. Kiedy skoczył w moim kierunku, spadłem z krzesła i złamałem rękę, ale miałem szczęście. Widziałem Szatana i przeżyłem.

Starcze halucynacje? Niewykluczone. Ale kiedy doświadczony egzorcysta miewa takie halucynacje, to sceptycyzm zbywający wszystko protekcjonalnym machnięciem ręki wydaje się być jeszcze bardziej naiwny niż najbardziej nawet bezkrytyczna wiara.

Śmierć zaskoczyła ks. Malachi Martina w trakcie przygotowywania kolejnej, siedemnastej już książki; miała ona przedstawiać polityczny krajobraz Watykanu u progu nowego tysiąclecia i nowego pontyfikatu oraz analizować zmiany, jakie zaszły od czasów Soboru w rozumieniu roli papiestwa i Stolicy Apostolskiej. Pozostały obfite notatki, ale – jak pisze jego długoletni przyjaciel, ks. Charles Fiore – nikt już nie napisze tej książki, bo nikt nie jest tak unikalnym i natchnionym wizjonerem, jakim był ks. Malachi Martin.

Requiescat In Pace!

Przypisy:

  1. Ten i wiele innych szczegółów z życia ks. Martina zawdzięczamy relacji jego wieloletniego przyjaciela, ks. Charlesa Fiore z Bractwa Św. Piotra.
  2. Wydała je gdańska oficyna Exter.
  3. Pierwsza wzmianka o tych praktykach ukazała się jednak już w The Keys of This Blood, New York 1990, s. 632.
  4. Jego bezpośrednim poprzednikiem był przez dziesięć lat abp Adam Kozłowiecki SI, od zeszłego roku kardynał.
  5. John Cornwell, Moce ciemności, moce światła. Warszawa: 1998.
  6. Określenie „praktykujący egzorcysta” jest tautologią, której używam celowo, aby podkreślić praktyczny aspekt wiedzy ks. Martina i abp. Milingo; nie wszyscy wiedzą, że np. najbardziej znany współczesny demonolog włoski, bp Balducci, nigdy egzorcyzmów nie odprawiał.
  7. Wspomina o tym choćby Józef Mackiewicz w książce W cieniu krzyża.
  8. Abp M. Lefebvre, Oni Jego zdetronizowali, Warszawa 1997, s. 68-69.
  9. Abp M. Lefebvre, Kościół przesiąknięty modernizmem, Chorzów-Poznań 1995, s. 52-53.
  10. The Siri Thesis, zestawione przez dr. Williama G. von Petersa na podstawie badań Gary’ego Giuffré.
  11. Revilo P. Oliver, How They Stole The Church, „Liberty Bell”, sierpień 1991.
  12. Autor licznych książek, prowadzi „Kampanię Na Rzecz Radykalnej Prawdy w Historii” oraz tworzy w Idaho pierwsze na świecie „Muzeum Żydowsko-Komunistycznego Holokaustu Przeciwko Narodom Wschodniej Europy” oraz „Muzeum Izraelskiego Holokaustu Przeciwko Palestyńczykom”.
  13. Podkreślmy, że chodzi tu o sakramentalną ważność Novus Ordo, nie zaś o jego godność. Ks. Martin codziennie odprawiał w swojej domowej kaplicy Mszę św. w klasycznym rycie rzymskim („trydencką”).
  14. „In the spiritual reality of the Church, neither Marcel Lefebvre, nor his bishops and priests, nor the people who frequent the SSPX chapels suffered or suffer excommunication. History will record that the intent to impose such an excommunication was invalid and illicit”.
  15. To samo twierdził też o mniej znanych „objawieniach” z Bayside.

Źródło informacji: http://www.piusx.org.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.