_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

środa, 6 listopada 2013

Z księgarskiej półki c.d. - Pomiędzy modernizmem i Tradycją. Michał Krajski rozmawia z ks. Tomaszem Jochemczykiem


x. Tomasz Jochemczyk

POMIĘDZY MODERNIZMEM I TRADYCJĄ



Agencja SGK, Warszawa 2013
ISBN 978-83-88350-07-8
Format: A5, stron 60, op. miękka, cena 10,00 zł
Książkę można nabyć w księgarni internetowej LIBRI SELECTI


Tomasz Jochemczyk pracował po maturze w Zakopanem w nocnym klubie ze striptizem. W dniu 13 maja 1996 roku, zwolnił się na krótko z pracy, by na chwilę pomodlić się przed figurą Matki Bożej Fatimskiej, która na dwa dni nawiedziła Sanktuarium Maryjne na Krzeptówkach. Został w kościele całą noc. Następnego dnia podjął decyzję, że zostanie księdzem. Przez 15 lat zabiegał o to w Polsce, Bułgarii, Austrii, w Niemczech, we Włoszech i USA. Ostatecznie został wyświęcony na kapłana w roku 2010 przez Jego Ekscelencje ks. biskupa Mario Olivieri we włoskiej diecezji Albenga-Imperia znajdującej się na terenie Ligurii, w północnych Włoszech. Jako swoje kapłańskie zawołanie przyjął słowa: In Te, Domine, speravi non confundor in aeternum - W Tobie Panie zaufałem nie zawstydzę się na wieki. Od prawie 3 lat jest proboszczem w czterech włoskich parafiach. Odprawia tam wyłącznie Msze Święte trydenckie. 

Jest to książka o kondycji Kościoła, o modernizmie i Tradycji, o tym dlaczego należy przyjmować Komunię Świętą na kolanach, dlaczego katolik powinien być wierny Tradycji, o tym, że w wielu rejonach Kościoła wciąż jest ona żywa, o tym czym ta Tradycja jest.

W jaki sposób Matka Boża potrafi przemienić człowieka?

Dlaczego Tradycja jest tak ważna w Kościele?

Dlaczego należy przyjmować Komunię Świętą tylko na klęcząco?

Czy zanika wiara w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie?

Jak wygląda życie proboszcza we Włoszech?

Jakie wskazania dotyczące ołtarza i Mszy Świętej daje ordynariusz włoskiej diecezji Albenga-Imperia?

Na te i wiele innych pytań odpowiada ks. Tomasz Jochemczyk


FRAGMENT KSIĄŻKI


Jak należy przyjmować Komunię Świętą?

Komunię Świętą należy przyjmować do ust i na klęcząco. To jest jedyna właściwa forma. W naszych kościołach tutaj, z czego jestem dumny, wszędzie są balaski. To jest miejsce, gdzie wierni przyjmują Komunię Świętą. Przykrywa się je specjalnym obrusem. Ksiądz przyjmuje Komunię Świętą przy ołtarzu, także na obrusie. Komunia Święta przyjmowana na stojąco i do ręki sprzyja, tutaj we Włoszech na przykład, temu, że ludzie tracą wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Był tu taki sondaż, z którego wynikało, że dla ludzi Msza Święta to często już jedynie pamiątka, albo, że Pan Jezus jest obecny jedynie w trakcie Mszy Świętej, a nie ma Go natomiast w cząsteczkach eucharystycznych, które upadają. Postawa stojąca i do ręki to jest postawa wynikająca z pychy, ze stawiania się na równi z Panem Bogiem. To także traktowanie Komunii Świętej, jakby to był cukierek, po którego się przychodzi i bierze. Spotykałem się z przypadkami, że wierni przychodząc do Komunii Świętej mówili księdzu „dziękuję”.

A czy Ksiądz udziela Komunii Świętej do ręki?

Nigdy, nigdy. Byłem nawet kiedyś wezwany do biskupa, na początku jak zostałem księdzem, bo niektórzy przychodzili do biskupa się poskarżyć czy pisali skargi, że ja wprowadzam nowe jakieś udziwnienia. Ludzie przychodzili też do mnie i pytali się: „A dlaczego ksiądz nie może udzielać Komunii Świętej tak jak zawsze? ”. Odpowiadałem: „Jak to jak zawsze? Zawsze to się udzielało na klęcząco i do ust”. Na to ktoś mówił: „Bo inni księża, to zawsze udzielali na stojąco i przebiegało to sprawnie”. Stwierdzałem wtedy krótko: „Ja tak nie będę robił”. Potem biskup mnie wezwał na rozmowę, oczywiście biskup wystawiał mnie wtedy na próbę jak się później okazało, i powiedział: „Dlaczego ty tak robisz? Czy ty wiesz, że jest druga forma i nie możesz odmówić?”. Ja się wtedy uniosłem przy biskupie i zacząłem tłumaczyć. On poczekał aż się uspokoiłem i powiedział: „Masz rację, ja tylko chciałem zobaczyć, jaki jest twój powód, dlaczego ty nie chcesz udzielać Komunii Świętej na stojąco i do ręki”. Biskup chciał wiedzieć czy kieruję się swoim „widzimisię” czy miłością do Chrystusa i Tradycji. Często bowiem księża mówią – „tak trzeba robić”, a gdy ludzie pytają „dlaczego? ”, księża odpowiadają – „bo tak się robiło i tyle”. Nie, tu trzeba, im wytłumaczyć dlaczego. Jak się im wytłumaczy, to oni to inaczej przyjmują, a jak się ludzi zmusza, że tak ma być, bo tak zawsze było, to ich, oczywiście, nie przekonuje.

A jak Ksiądz tłumacz y ludziom dlaczego nie wolno tak przyjmować Komunii Świętej?

Bardzo prosto. Miałem np. taki przypadek człowieka, gościa parafii, bardzo nachalnego, który ostentacyjnie chciał przyjąć Komunię Świętą na rękę i na stojąco. W momencie udzielania Komunii Świętej ludzie śpiewali pieśń i w pewnym momencie ta pieśń ucichła i wszyscy słyszeli jak on się domaga i patrzyli, co będzie. Nie udzieliłem mu Komunii Świętej tak jak chciał. Powiedziałem głośno: „Albo pan przyjmuje Komunię Świętą jak się należy, albo ja wracam do ołtarza”. W końcu uległ, przyjął, ale bardzo z taką złością, nienawiścią w oczach, że nie wiem, czy nie lepiej byłoby, aby jej nie przyjął. Po Mszy Świętej mu to, oczywiście wytłumaczyłem tak spokojnie, jak ja to widzę. Komunia Święta powinna być udzielana przez kapłana. Kto konsekruje? Kapłan, a więc on jest zwyczajnym szafarzem Eucharystii. Nie potrzeba nadzwyczajnych szafarzy. Kielich, patena, puszka, z którymi styka się Najświętszy Sakrament są konsekrowane. Podczas rytu święceń kapłańskich biskup konsekruje olejami, świętym krzyżmem ręce kapłańskie. Po co? Bo te ręce i te naczynia stykają się z Ciałem i Krwią Pana Jezusa. Jeśli więc ryt przewiduje konsekracje dłoni kapłańskich i tych naczyń, bo one dotykają Ciała i Krwi Pańskiej, to znaczy, że zwykły człowiek, który nie ma konsekrowanych dłoni, nie może tego dotykać. Przyjmuje zatem Komunię Świętą do ust i to już jest największy przywilej, jaki może być. Jeżeli sobie uświadomi ktoś, kto wierzy, co się wtedy dzieje, do czego przystępuje, to nie pozostaje nic innego, jak uniżyć się przed Panem Bogiem i upaść na kolana, tak jak mówi ta piękna polska pieśń: „Upadnij na kolana ludu czcią przejęty, uwielbiaj swego Pana, Święty, Święty, Święty”. Ja nawet śpiewam na adoracjach po polsku tę pieśń i przetłumaczyłem ją wiernym i ludziom to się bardzo podoba. Nauczyli się ją śpiewać przy Komunii Świętej.

Obecny przy rozbiorze – filozof pamięta i przypomina – wywiad z dr Alice von Hildebrand



Poniższy tekst wydrukowany został w piśmie The Latin Mass w 2001 roku. Zapisana rozmowa z dr Alice von Hildebrand otwierała na łamach tego pisma dyskusję “Kryzys Kościoła – scenariusze rozwiązania”. Dr Alice von Hildebrand, emerytowany profesor filozofii Hunter College, na krótko przed udzieleniem wywiadu wydała biografię o swoim mężu, Dietrichu, pt Dusza lwa (The Soul of the Lion).

The Latin Mass – TLM: Doktor Hildebrand, czy w czasie gdy Papież Jan XXIII zwoływał Sobór Watykański II, odczuwała Pani potrzebę reform wewnątrz Kościoła?

Alice von Hildebrand – AVH: Większość spostrzeżeń na ten temat pochodzi od mojego męża. Zawsze twierdził on, że członkowie Kościoła – w związku ze skutkami grzechu pierworodnego i grzechu aktualnego – stale potrzebują reform. Jednak nauczanie Kościoła pochodzi od Boga i w związku z tym najmniejsza odrobina nie może zostać zmieniona czy rozważana jako wymagająca reform.

TLM: W przypadku obecnego kryzysu, kiedy po raz pierwszy odczuła Pani, że dzieje się coś straszliwie złego?

AVH: Było to w lutym 1965 roku, gdy przebywałam we Florencji podczas urlopu z uczelni. Mój mąż czytał jakieś pismo teologiczne, gdy nagle usłyszałam jak się rozpłakał. Podbiegłam do niego w obawie, że może nagle poczuł ból serca. Zapytałam się czy dobrze się czuje. Powiedział mi wtedy, że artykuł, który właśnie czytał ukazał mu wnikliwie, iż szatan wtargnął do Kościoła. Trzeba pamiętać, że mój mąż był pierwszym prominentnym Niemcem, który publicznie wypowiadał się przeciwko Hitlerowi i Nazistom. Miał zawsze wielką intuicję i umiejętność przewidywania.

TLM: Czy Pani mąż kiedykolwiek przed tym przypadkiem opowiadał o swoich obawach o Kościół?

AVH: Wspominam w biografii o moim mężu pt. “Dusza lwa”, że kilka lat po swojej konwersji na katolicyzm, w latach dwudziestych, zaczął wykładać na Uniwersytecie w Monachium. Większość katolików w tamtym czasie uczęszczała na Msze Św., ale mimo tego on zawsze mówił, że właśnie tam zaczął sobie zdawać sprawę, iż zatracony został wśród katolików sens nadprzyrodzoności. Jeden przypadek był dla niego szczególnie wystarczającym na to dowodem, jak również bardzo go zasmucił. Otóż przechodząc przez drzwi mój mąż zawsze zwykł przepuszczać tych studentów, którzy byli księżmi, z czego pewnego razu jeden z jego kolegów (katolik) wyraził zdziwienie i dezaprobatę: “Dlaczego pozwalasz na to, by twoi studenci wchodzili przed tobą?” Mąż odpowiedział: “Ponieważ oni są księżmi.” “Ale oni nie mają doktoratu!” – usłyszał. Mąż był zasmucony: docenianie doktoratu jest naturalną reakcją, jednak odczuwanie lęku przed wzniosłością kapłaństwa jest supernaturalną reakcją. Zachowanie się tego profesora udowodniło, że jego poczucie supernaturalności uległo erozji. Przypadek ten miał miejsce na długo przed Soborem Watykańskim II, ale aż do Soboru piękno i świętość liturgii trydenckiej maskowało ten fenomen.

TLM: Czy Pani mąż myślał, że ten upadek supernaturalności rozpoczął się w tym czasie, a jeśli tak, to jak on to tłumaczył?

AVH: Nie, on uważał, że po potępieniu herezji Modernizmu przez Piusa X, jego przeciwnicy jedynie zeszli do “podziemii”. Powiedziałby, że przyjęli bardziej subtelne i praktyczne podejście, po prostu rozpowszechniali oni wątpliwości przez zadawanie pytań o wielkie ponadnaturalne interwencje w historii Zbawienia, jak np. o narodzenie Maryi Dziewicy, o trwałe dziewictwo Maryi, o Zmartwychwstanie czy Świętą Eucharystię. Oni wiedzieli, że gdy tylko wiara – jej fundamenty – zachwieje się, liturgia i nauczanie Kościoła za tym podążą.

Mój mąż zatytuował jedną ze swoich książek “Zdewastowana winnica”. Okazuje się, że po Soborze Watykańskim II tornado uderzyło w Kościół.

Modernizm, owoc nieszczęścia Renesansu i protestanckiej rewolty, wymagał długiego historycznego procesu, by się rozwinąć. Jeśli zapytałbyś przeciętnego katolika w wiekach średnich, aby wskazał swojego bohatera, idola, odpowiedziałby wymieniając imię jakiegoś świętego. W epoce Renesansu zaczęło się to zmieniać: zamiast wskazywać na świętych, ludzie myśleli o geniuszach jako o osobach do naśladowania, a z nadejściem wieku przemysłowego odpowiadali nazwiskiem jakiegoś wielkiego naukowca. Dzisiaj wskazaliby na jakiegoś sportowca czy gwiazdę filmową. Innymi słowy, utrata poczucia supernaturalności (nadprzyrodzoności) przyniosła odwrócenie hierarchii wartości.

Nawet pogański Platon był otwarty na poczucie nadprzyrodzoności. Mówił o słabości, kruchości, bojaźliwości często objawiającej się w naturze ludzkiej. Zapytany przez krytyków o wyjaśnienie dlaczego miał on tak niską opinię o ludzkości, odpowiedział, że nie jest tym, który oczernia, lecz tym, który porównuje do Boga.

Wraz z utratą poczucia nadprzyrodzoności następuje dzisiaj utrata sensu potrzeby wyrzeczeń. Ktoś kto zbliża się do Boga, powinien mieć większe poczucie grzeszności. Ktoś kto oddala się od Boga, tak jak ma to miejsce dzisiaj, słyszy coraz częściej filozofię New Age’owską, która głosi, że: “Ja jestem OK. Ty jesteś OK.” Ta utrata potrzeby ofiary spowodowała przyciemnienie odkupienia misji Kościoła. Tam gdzie rola Krzyża jest pomniejszana, zanika myślenie o konieczności naszego zbawienia.

Awersja do ofiary i zbawienia wspomogła sekularyzację Kościoła od środka. Słyszymy od wielu lat od księży i biskupów o potrzebie dostosowania się Kościoła do świata. A przecież wielcy papieże, jak np. Święty Pius X mówili coś zupełnie odwrotnego: to świat musi dostosować się do Kościoła.

TLM: Muszę stwierdzić, że z naszej rozmowy prowadzonej dzisiejszego popołudnia wynika, iż nie wierzy Pani w przyspieszoną utratę nadprzyrodzoności jako przypadek w historii.

AVH: Nie, nie wierzę. W ostatnich latach wydane zostały we Włoszech dwie książki, które potwierdzają to, co mój mąż podejrzewał od pewnego czasu, mianowicie to, że przez większą część tego [XX] wieku odbywało się systematyczne przenikanie Kościoła przez diabolicznego wroga. Mój mąż był z natury człowiekiem optymistycznym i ufnym, lecz podczas ostatnich 10. lat jego życia byłam świadkiem wielu momentów wielkiego smutku, kiedy to często powtarzał: “znieważyli Kościół (“Holy Bride of Christ“). Miał on na myśli “ohydę spustoszenia”, o czym mówił prorok Daniel.

TLM: To jest bardzo krytyczne stwierdzenie. Pani mąż został nazwany przez Papieża Piusa XII Doktorem Kościoła XX wieku. Jeśli tak mocno on to wyczuwał, czy nie miał on okazji w Watykanie, by przekazać Papieżowi Pawłowi VI swoje obawy?

AVH: Ależ on to zrobił! Nigdy nie zapomnę prywatnej audiencji, którą odbył on z Papieżem Pawłem VI, na krótko przed końcem Soboru, dokładnie 21 czerwca 1965 roku. Jak tylko zaczął on błagać o potępienie herezji, które się w Kościele szerzyły, Papież przerwał słowami: “Lo scriva, lo scriva”. (“Spisz to, spisz to”). Kilka chwil później po raz drugi mój mąż przyciągnął uwagę Papieża na ważkość sytuacji, lecz odpowiedź Papieża była taka sama. Jego Świątobliwość przyjęła nas na stojąco i było jasne, że Papież czuł się bardzo skrępowany. Audiencja trwała zaledwie kilka minut, po czym Paweł VI natychmiast dał znak swemu sekretarzowi, Ojcu Capovilla, aby przynieść nam różańce i pamiątkowe medale. Po tym wróciliśmy do Florencji, gdzie mąż napisał długi list (do dzisiaj nie opublikowany), który został doręczony Pawłowi VI na dzień przed ostatnią sesją Soboru, we wrześniu 1965 roku. Papież po przeczytaniu dokumentu powiedział ambasadorowi Niemiec przy Stolicy Apostolskiej, Dieter von Satter, który był bratankiem mojego męża, że przeczytał dokument uważnie, ale stwierdził, że list był “zbyt surowy”. Oczywiście powód był oczywisty: mój mąż pokornie w liście prosił o jednoznaczne potępienie heretyckich stwierdzeń [zainicjowanych w dokumentach Soboru].

TLM: Pani doktor, z pewnością zdaje sobie Pani sprawę, że gdy tylko wspomni Pani tę myśl o infiltracji, znajdą się tacy, którzy z irytacją zaczną mówić: “O nie, kolejna teoria spiskowa!”.

AVH: No cóż, mówię tylko to co wiem. Nie jest żadną tajemnicą na przykład to, że Bella Dodd, była komunistka, która wróciła do Kościoła, otwarcie mówiła o wyrachowanej infiltracji agentów Partii Komunistycznej w seminariach duchownych. Powiedziała ona memu mężowi i mnie, że kiedy była jeszcze aktywną członkinią Partii, miała kontakty z co najmniej czterema kardynałami z Watykanu, “którzy pracowali dla nas”.

Bardzo często słyszę Amerykanów, którzy mówią o Europejczykach, że “wszędzie węszą teorie spiskowe”. Ale przecież od samego początku ten Anioł Ciemności “spiskował” przeciwko Kościołowi, a w szczególności obierał sobie za cel zniszczenie Mszy Świętej i podkopywanie wiary w Prawdziwą Obecność Chrystusa w Eucharystii. To, że niektórzy skłonni są do nieproporcjonalnego przedstawiania tych niezaprzeczalnych faktów, nie może być powodem, by zaprzeczać ich istnieniu.

Jako urodzona w Europie mogę pokusić się za to na stwierdzenie, iż wielu Amerykanów jest naiwnych. Żyją oni w kraju, który dzięki Bogu nie zaznał wojny [blessed by peace], lecz posiadając niewielką wiedzę historyczną są oni, bardziej niż Europejczycy – których historia jest bardziej burzliwa – skłonni do padania ofiarą złudzeń. Filozofia Russeau ma kolosalny wpływ w USA.

Kiedy Chrystus powiedział swoim Apostołom podczas Ostatniej Wieczerzy, że “jeden z was wyda mnie” i Apostołowie byli oszołomieni. Judasz tak umiejętnie rozgrywał swoją rolę, że nikt go nie podejrzewał: przebiegły konspirator wie jak zamazywać ślady ukazując się w świetle ortodoksji.

TLM: Czy te dwie książki włoskiego księdza[1], o których wspomniała Pani, zawierają dokumentacje, które dałyby nam dowody na tę infiltrację?

AVH: Dwie książki, o których wspomniałam zostały opublikowane w 1998 i 2000 roku przez włoskiego księdza Don Luigi Villa[2], z diecezji Brescia, który na prośbę [świętego] Ojca Pio poświęcił wiele lat swego życia na badanie możliwej infiltracji Kościoła przez masonów i komunistów.

Don Villa (z którym razem z mężem spotkaliśmy się w latach sześćdziesiątych) mówi, że nie stwierdzałby niczego, czego nie mógłby udowodnić. Kiedy książka “Paulo Sesto Beato?” wydana została w 1998 roku, wysłano ją do każdego włoskiego biskupa z osobna. Nikt nie potwierdził przesyłki, ale nikt też nie zakwestionawał jego stwierdzeń.

Don Villa w swej książce przytacza sprawę, której żaden z kościelnych przedstawicieli ani nie odparł ani nie został poproszony o wyjaśnienie, mimo, iż Don Villa wymienił nazwiska poszczególnych osób powiązanych z tymi wydarzeniami. Sprawa odnosi się do rozbieżności pomiędzy Papieżem Piusem XII a Biskupem Montini, późniejszym Papieżem Pawłem VI, a wtedy Podsekretarzem Stanu. Pius XII, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą komunizm, który po II Wojnie Światowej dominował na połowie Europy, zabronił pracownikom Watykanu kontaktów z Moskwą. Ku swemu przerażeniu pewnego dnia poinformowany został przez Biskupa Upsali (Szwecja), że jego surowy zakaz został złamany. Papież wzbraniał się przed daniem wiary tym pogłoskom, aż do chwili, gdy otrzymał niezaprzeczalne dowody na to, że Montini korespondował z wieloma sowieckimi agencjami [rządowymi]. W międzyczasie Papież Pius XII (tak jak i Papież Pius XI) wysyłał potajemnie księży do Rosji, aby nieść posługę katolikom za Żelazną Kurtyną. Wszyscy z nich zostali aresztowani, torturowani, a później bądź straceni, bądź zesłani do gułagów. W końcu odkryto szpiega w Watykanie, którym był jezuita Alighiero Tondi, bliski doradca Kardynała Montini. Tondi był agentem pracującym dla Stalina z misją informowania Moskwy o posunięciach Watykanu, jak na przykład o wysyłaniu księży do Związku Sowieckiego.

Do tego należałoby dodać traktowanie Kardynała Mindszenty’ego przez Papieża Pawła VI. Wbrew swej woli Mindszenty został wezwany przez Watykan do opuszczenia Budapesztu. Jak powszechnie wiadomo, uciekł on komunistom otrzymując schronienie w Ambasadzie Amerykańskiej. Papież obiecał mu solennie, iż zostanie on prymasem Węgier aż do końca życia. Jednak kiedy Kardynał przyjechał do Rzymu, Papież Paweł VI przyjął go ciepło, ale potem wysłał “na zesłanie” do Wiednia. Krótko po tym, ten świątobliwy prymas został poinformowany, że pozbawiono go tej funkcji, którą przydzielono komuś innemu, bardziej możliwemu do zaakceptowania przez węgierski komunistyczny rząd. Na dodatek, jeszcze bardziej tragiczny i smutny jest fakt, że gdy Mindszenty zmarł, żaden z reprezentantów Kościoła nie był obecny na Jego pogrzebie.

Innym przykładem infiltracji podanym przez Don Villa przekazany został autorowi przez Kardynała Gognon. Papież Paweł VI zwrócił się z prośbą do kard. Gagnon (wówczas jeszcze arcybiskupa) o nadzór nad dochodzeniem mającym zbadać infiltrację Kościoła przez potężnych wrogów. Kardynał zgodził się na przeprowadzenie tej nieprzyjemnej czynności i zebrał duże akta, bogate w dokuczliwe fakty. Gdy praca została już ukończona, poprosił on o audiencję u Papieża celem osobistego doręczenia rękopisu. Prośba o audiencję nie została udzielona. Papież wysłał tylko notę, by dokument został złożony w biurze Kongregacji ds Duchowieństwa, zaznaczając by znalazł się on w specjalnym sejfie z dwoma zamkami. Po umieszczeniu dokumentu w sejfie następnego dnia okazało się, że nastąpiło doń włamanie i oryginał tajemniczo zniknął. Zwykle Watykan dba o to, by tego typu wydarzenia nie ujrzały światła dziennego, ale tym razem wzmianka o tym ukazała się nawet w L’Osservatore Romano (prawdopodobnie w wyniku presji, gdyż o wydarzeniu tym zdążyła poinformować już prasa świecka). Kardynał Gagnon, mając oczywiście kopię dokumentu ponownie poprosił Papieża o prywatną audiencję i po raz kolejny jego prośba została odrzucona. Zdecydował się on wtedy na opuszczenie Rzymu i udał się do swego kraju, Kanady. Później Gagnon został wezwany z powrotem do Rzymu, gdzie Papież Jan Paweł II nadał mu godność kardynała.

TLM: Dlaczego Don Villa napisał te książki, które przecież ukazują Pawła VI w krytycznym świetle?

AVH: Don Villa niechętnie zdecydował się na opublikowanie książek, o których wspomniałam. Ale gdy kilku biskupów naciskało na beatyfikację Pawła VI, ksiądz Don Villa odebrał to jako sygnał do opublikowania informacji, które zebrał w ciągu wielu lat. Czyniąc to wypełniał przepisy Kongregacji [spraw kanonizacyjnych], które mówią wiernym, że obowiązkiem ich jako członków Kościoła jest przekazywanie Kongregacji wszelkich informacji, które mogą stanąć na przeszkodzie ku beatyfikacji.

Biorąc pod uwagę burzliwy pontyfikat Pawła VI i mieszane znaki od niego pochodzące, np. gdy mówił o “dymie Szatana, który wtargnął do Kościoła”, a jednocześnie odmawiał oficjalnego potępienia herezji [mnożących się w Kościele]; ogłosił Encyklikę Humanae Vitae (chwała jego pontyfikatu), jednak bardzo ostrożnie unikał proklamowania jej ex cathedra; wygłosił na Placu Św. Piotra w 1968 roku swoje Credo[ł], a po raz kolejny nie zadeklarował, by była ona wiążąca dla wszystkich katolików; nie podporządkował się surowym rozkazom Piusa XII, by nie utrzymywać żadnych kontaktów z Moskwą, za to działał by się przypodobać komunistycznemu rządowi na Węgrzech przez złamanie swego przyrzeczenia danego kardynałowi Mindszenty; sposób w jaki potraktował bogobojnego Kardynała Slipyj, który spędził 17 lat gułagów, aby w końcu zrobić z niego praktycznie więźnia Watykanu, czy w końcu zwrócenie się do arcybiskupa Gagnon, by przeprowadził dochodzenie o możliwą infitrację Watykanu i odmówienie jemu audiencji, gdy dochodzenie zostało zakończone – to wszystko przemawia dobitnie przeciwko beatyfikacji Pawła VI, nazywanego w Rzymie “Paolo Sesto, Mesto” (Paweł VI, Smutny).

Nie ulega wątpliwości, że obowiązek opublikowania tych smutnych informacji wiązał się z uciążliwościami i był przykry dla Don Villa. Każdy katolik raduje się tym, że może z nieograniczonym szacunkiem spoglądać na Papieża, ale katolicy zdają również sobie sprawę, że Chrystus nigdy nie obiecał, że da nam bezbłędnych przywódców; On nam obiecał, że bramy piekielne Go nie przemogą. Nie zapomnijmy jednak tego, że chociaż Kościół miał i bardzo złych papieży i miernych papieży, był również błogosławiony przez wielu wielkich papieży: osiemdziesięciu z nich zostało świętymi a wielu zostało beatyfikowanych. To jest właśnie historia sukcesu, która nie ma sobie równych w świeckim świecie.

Jeden jedyny Bóg jest sędzią Pawła VI, ale nie można zaprzeczyć temu, iż jego pontyfikat był zarówno bardzo skomplikowany jak i tragiczny. To właśnie podczas jego pontyfikatu, w ciągu piętnastu lat, więcej zmian wprowadzono w Kościele niż we wszystkich poprzednich wiekach razem wziętych. To co jest bardzo trapiące to fakt, że gdy czytamy zeznania byłych komunistów jak Bella Dodd, czy też gdy studiujemy masońskie dokumenty – pochodzące z dziewiętnastego wieku i najczęściej spisane przez upadłych księży w rodzaju Paul Roca [4] – to widzimy, że w dużym stopniu plany wrogów zostały już przeprowadzone: odpływ księży i zakonnic po Soborze Watykańskim II, brak potępienia dysydenckich teologów, feminizm, naciski na Rzym celem zniesienia celibatu, niemoralność wśród księży, bluźniercza liturgia[5], radykalne zmiany wprowadzone w świętej liturgii[6] i zwodniczy ekumenizm. Tylko ślepy może zaprzeczyć temu, że plany Wroga nie zostały przeprowadzone perfekcyjnie.

Nie zapominajmy też i tego, że gdy świat był zaszokowany tym, co zrobił Hitler, to właśnie tacy ludzie jak mój mąż właściwie wyczytali to co zostało napisane w Mein Kampf, gdzie spisany był cały plan, choć świat po prostu zdecydował, by w to nie wierzyć.

Jakkolwiek poważnie wygląda sytuacja [w Kościele], żaden zaangażowany katolik nie może zapomnieć tego, że Chrystus obiecał, iż pozostanie w Kościele, ze swoim Kościołem do samego końca świata. My powinniśmy medytować nad sceną przedstawioną w Ewangelii, gdzie łódź z apostołami targana była przez burzę i przerażeni tym uczniowie obudzili śpiącego Chrystusa. Wystraczyło wtedy, że wypowiedział On jedno słowo i nastała cisza. “O wy małej wiary!” ["Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?"]

TLM: Z Pani uwag o ekumenizmie wnioskuję, że nie zgadza się Pani z obecnym kierunkiem zbieżności zamiast konwersji.

AVH: Może wspomnę przypadek, który wydarzył się mojemu mężowi wielce go zasmucając. Było to w 1946 roku, zaraz po wojnie. Mój mąż wykładał wtedy w Fordham, gdzie na jednym z zajęć pojawił się żydowski student, który służył podczas wojny w marynarce wojennej. W czasie [jednej z rozmów] opowiedział on mężowi o pewnym przepięknym zachodzie słońca [które doświadczył] na Pacyfiku, które skierowało go na drogę poszukiwania prawdy o Bogu. [Po wojnie] najpierw poszedł więc studiować filozofię na Uniwersytecie Columbia, lecz stwierdził, że nie jest to to czego szukał. Kolega polecił mu, aby spróbował filozofię na Fordham i wspomniał nazwisko Dietricha von Hildebrand. Już zaledwie po jednej lekcji z moim mężem, przekonał się, że znalazł to czego szukał. Pewnego dnia po zajęciach mój mąż poszedł z nim na spacer i wtedy powiedział on mężowi, iż jest zdziwiony faktem, że wielu profesorów po tym, jak dowiadywali się o tym, że jest on Żydem, zapewniali go, że nie będą próbowali nawrócić go na katolicyzm. Mój mąż, oszołomiony tym, zatrzymał się i zwrócił się do niego: “Co oni powiedzieli?!” Student powtórzył historie, na co mój mąż odparł: “Jestem gotowy pójść na sam koniec świata, aby zrobić z Ciebie katolika.” Nie chcę przedłużać tej opowieści, ale ten młody człowiek został katolikiem, przyjął święcenia w zakonie Kartuzów, po czym wstąpił do jedynego w Stanach Zjednoczonych klasztoru Kartuzów (w stanie Vermount)[7].

TLM: Spędziła Pani wiele lat wykładając na Hunter College[8].

AVH: Tak, i wielu z moich studentów zostało katolikami. O, jak piękne historie o konwersjach mogłabym opowiadać, gdybyśmy mieli czas; o tym jak młodzi ludzie zostali zapaleni Prawdą.

Chciałabym jednak podkreślić jedną sprawę, mianowicie to, że to nie ja nawracałam swoich studentów. Myślę, że to co my możemy bowiem zrobić, to modlić się, by zostać narzędziem Boga. Aby być narzędziem musimy robić wszystko, by żyć Słowem Bożym każdego dnia i w każdych okolicznościach. Tylko łaska Boża może dać nam chęć i możliwości, by tego dokonać.

To jest właśnie jedno z moich obaw, które mam w odniesieniu do [niektórych] tradycyjnych katolików. Obaw o pewien flirt z fanatyzmem. Fanatykiem jest ten, kto uważa prawdę jako swoją osobistą własność, zamiast widzieć to jako dar boży. My jesteśmy tylko sługami prawdy, i właśnie jako słudzy powinniśmy się nią dzielić.

Jestem bardzo zatroskana tym, że są tacy “fanatyczni” katolicy, którzy nadużywają Wiary, a prawdę, którą głoszą traktują jako intelektualną zabawkę. A przecież autentyczne użycie wiary zawsze prowadzi do dążenia do świętości. Wiara, w swym obecnym kryzysie, nie może być intelektualną partią szachów, jednak dla każdego, kto nie dąży do świętości, właśnie tylko tym pozostanie. Tacy ludzie szkodzą Wierze, szczególnie gdy są oni zwolennikami tradycyjnej Mszy.

TLM: Zatem jako jedyny scenariusz na zaradzenie dzisiejszemu kryzysowi widzi Pani odnowienie tego dążenia ku świętości?

AVH: Nie powinniśmy zapominać, że walczymy nie tylko przeciwko naturze ludzkiej, ale i przeciwko Siłom Zła. To powinno wydobyć z nas pewien lęk i skłonić nas do większego niż kiedykolwiek dążenia do świętości oraz do żarliwych modlitw o to, by Kościół, który teraz znajduje się na Kalwarii, wyszedł z tego przeraźliwego kryzysu bardziej promieniujący niż kiedykolwiek.

Katolicka odpowiedź jest zawsze taka sama: absolutna wierność świętemu nauczaniu Kościoła, wierność Stolicy Apostolskiej, częste przystępowanie do Sakramentów Świętych, odmawianie różańca, codzienna lektura pism i książek wzbogacających duchowo i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy pełnię Boskiego objawienia: “Gaudate, iterum dico vobis, Gaudete“.

TLM: Nie mógłbym skończyć tego wywiadu bez spytania się Pani o reakcję na pewien znany i być może trochę wyświechtany temat. Otóż są pewni krytycy wiekowej Mszy Łacińskiej, którzy wskazują na to, że kryzys w Kościele wytworzył się [już wcześniej] w czasie kiedy łacińska Msza Święta odprawiana była na świecie. Dlaczego zatem mielibyśmy sądzić, że jej przywrócenie rozwiązałoby dzisiejszy kryzys?

AVH: Szatan nienawidzi wiekowej Mszy Świętej. Nienawidzi Jej ponieważ jest Ona najbardziej perfekcyjnym wyrażeniem nauki Kościoła. (Tę całą głębię Mszy Świętej pokazał mi właśnie mój mąż.) Tradycyjna Msza Święta nie była problemem obecnego kryzysu. Problemem było to, że księża ją odprawiający już wcześniej stracili sens supernaturalności i transcendencji. Spieszyli się z modlitwami, mamrotali coś, nie wypowiadali modlitw wyraźnie. To był znak tego, że wnosili oni do Mszy Świętej swoje rosnące zeświecczenie. Wiekowa Msza Święta nie znosi lekceważenia i właśnie dlatego tak wielu księży było zadowolonych z jej zniknięcia.

TLM: Dziękujemy Pani za ofiarowanie swego czasu i za umożliwienie naszej rozmowy.

Tłumaczenie: Lech Maziakowski (2002)

PRZYPISY:

[1] Sac. Luigi Villa, Paolo VI beato?, Editrice Cività, Brescia, 1998, str. 285
[2] Jako znamienne można dodać, iż naczelna instytucja “tropiąca antysemityzm na świecie”, czyli Stephen Roth Institute, działająca przy Uniwersytecie w Tel-Aviwie, kwalifikuje o. Don Luigi Villa jako “jednego z najbardziej ekstremalnych katolickich fundamentalistów, [który] stoi na stanowisku przedsoborowym i antyżydowskim, oraz publikuje artykuły broniące osoby i publikacje zaprzeczające [oficjalnej wersji] Holocaustu. [...] Wydawany przez Don Luigi Villa miesięcznik Chiesa Viva (Brescia) [...] publikuje artykuły ‘udowadniające’ istnienie żydowsko-masońskiej konspiracji”. – przyp. Red. BIBUŁA
[3] The Credo of the People of God, Promulgated by Pope Paul VI, 1968. – przyp. Red. BIBUŁA
[4] O. Paul Roca (zm. 1891), apostata, teozof, mason, potępiony przez Kosciół, napisał m.in: “Wierzę, że boski kult w formie określonej przez liturgię, ceremonię, rytuał i przepisy Kościoła Rzymskiego przejdzie wkrótce transformacje na powszechnym soborze, który przywróci mu czcigodną prostotę złotego wieku apostolskiego, w zgodzie z nakazami sumienia i nowoczesnej cywilizacji.” – przyp. Red. BIBUŁA
[5] Patrz artykuł “Przyszłość papiestwa” w First Things, kwiecień 2001, pióra Davida Hart.
[6] Patrz książka Kardynała Ratzingera Milestones, strona 126 i 148, Wydawnictwo Ignatius Press
[7] Charterhouse of the Transfiguration, 1800 Beartown Road, Arlington, Vermont 05250-9ł15, USA – przyp. Red. BIBUŁA
[8] Hunter College należy do The City University of New York – CUNY – przyp. Red. BIBUŁA
ALICE VON HILDEBRAND urodziła się w Belgii. Studiowała m.in. na Uniwersytecie Fordham w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1946 roku uzyskała doktorat z filozofii. Uczennica, a później żona wybitnego filozofa Dietriecha von Hildebranda, którego papież Pius XII nazwal XX-wiecznym Doktorem Kościoła. Związała się z nowojorskim Hunter College, gdzie przez 17 lat wykładała filozofię. Wykładała i prowadziła zajęcia na innych uczelniach i uniwersytetach, m.in. w Arlington, VA, Dunwoodie, NY, Thomas More College w Rzymie i Franciscan University w Steubenville, OH, gdzie otrzymała tytuł doktoraHonoris Causa. Dorobek Alice von Hildebrand obejmuje wiele książek m.in. takie pozycje jak: “Uświęcone miłością” (wydanie polskie: “Jak kochac po ślubie?” – Wyd. “W drodze”), “Sztuka życia”, “Wprowadzenie do filozofii religii”, “Kobiety i kapłaństwo”, “By Love Refined: Letters to a Young Bride”; “By Grief Refined: Letters to a Widow”; “The Privilege to Be a Woman”, czy “Dusza lwa” (The Soul of a Lion: Life of Dietrich von Hildebrand“). Ta ostatnia stanowi biografię jej zmarłego w 1977 r. męża.
Powyższy tekst – “Kryzys Kościoła i scenariusze rozwiązania – Obecny przy rozbiorze. Filozof pamięta i przypomina – wywiad z dr Alice von Hildebrand” – ukazał się pierwotnie w piśmie BIBUŁA Numer 16, czerwiec 2003

Źródło informacji: http://www.bibula.com/?p=37163

Wróg jest wśród nas – homoseksualny atak na Kościół


Zdjęcie: Brian Talbot, Flickr

„Aby osiągnąć swoje cele, Szatan wykorzystuje wyrafinowane, nadludzkie umiejętności, by mylić i tworzyć struktury w których nadprzyrodzony porządek jest stawiany na głowie, od dobro po zło, a zło wydaje się służyć dobru, występek staje się cnotą a cnota występkiem, zdrowa doktryna herezją a herezja zdrową doktryną. Tak rozwinęły się przerzuty, które dziś porażają kościelne ciało” – tłumaczy ks. Ariel Gualdo di Stefano Levi, kapłan i egzorcysta.

Jak podkreśla duchowny, nigdy nie walczył z osobami przeżywającymi tendencje homoseksualne. Niektórzy homoseksualiści prosili go o duchową pomoc, problem ten podejmował także w trakcie posługi w konfesjonale. – Moje zadanie polega na kierowaniu łaską i przebaczeniem Boga – tłumaczy w rozmowie z „Nuova Bussola Quotidiana”. Dodaje, że homoseksualiści są tolerowani i traktowani przez katolików z dużą dyplomacją. „Nie są oni zdatni dla kapłaństwa, pośród męskiego świata, składającego się z mężczyzn od których wymaga się równowagi psychicznej i seksualnej abstynencji, do których można dojść, ale nie są one łatwo dostępne, ani proste do utrzymania” – napisał duchowny w jednej ze swoich książek.

- Kiedy otrzymałem święcenia kapłańskie biskup powiedział mi: „Bądź zawsze sobą”. Ale jak można powiedzieć homoseksualnemu księdzu „bądź zawsze sobą”, albo czy może można budować kapłaństwo na fikcji, na podwójnym życiu? Zamiast być z Panem tak jak uczniowie w drodze do Emaus (Łk 24,13-35), homoseksualni duchowni będą ciągle na Via Crucis skupionej na samym sobie, nie odnajdą na niej kamienia odsuniętego od pustego grobu. Efektem będą poważne szkody wyrządzone samemu sobie i Kościołowi. Nie dlatego, że są to osoby o tendencjach homoseksualnych, dla których przebaczenie, łaska i zbawienie nie są niedostępne, ale dlatego, że nie korzystają z wolności i radości bycia samym sobą. Dlatego też homoseksualni księża natrafiają, w przeciwieństwie do homoseksualnych wiernych świeckich, na poważne zagrożenie dla ich odpuszczenia grzechów, dla łaski, a zbawienie pozostaje dla nich zamknięte – powiedział w rozmowie dla włoskiego czasopisma.

Odpowiadając na pytanie dlaczego ks. Ariel di Stefano Levi zdecydował się na podjęcie problemu zagrożenia, jakim jest homoseksualizm w Kościele, duchowny odpowiedział, że musiał go podjąć, ponieważ jego boski „pracodawca” to Słowo, które stało się ciałem, by lepiej głosić prawdę. – Zawsze, gdy jest to konieczne, praktykowane jest miłosierdzie, co konkretnie oznacza ukazywanie doktryny i autorytetu Kościoła. Niewykonywanie tego prowadzi do zepsucia samej idei miłosierdzia, które zostałoby pozbawione właściwego znaczenia, przekształcone we własną parodię. Jeśli chrystologiczne miłosierdzie zostanie zamienione na urzędową „dobroczynność”, stworzy to po tysiąckroć nieszczęśliwe milczenie, którego celem jest zastąpienie faktyczną Boskość ludzką potencjalnością – tłumaczy kapłan, konwertyta z judaizmu.

- Celem, jakim sobie postawiłem jako mężczyzna i kapłan, jest być bardziej żywym, aktywnym sługą prawdy, która jest Słowem, które stało się ciałem. Ostre i bezpośrednie słowa Jezusa przeciwko niemoralności skorumpowanej władzy żydowskich kapłanów Jego czasów zaprowadziły Go do klęski krzyża, a niedługo po tym do chwały zmartwychwstania, ponieważ Jezus, Słowo, jest Bogiem (J 1,1) – tłumaczy duchowny. – Dziś Jezus, gdyby przybył do tych oddziałów Sodomy i Gomory, które stworzyli niektórzy w Watykanie, które sprowokowały papieża do słów „Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami”, użyłby wobec niemoralności skorumpowanej władzy katolickiego duchowieństwa tych samych słów: „gniazdo żmij” (Łk 3,7), „groby pobielane” (Mt 23,27). Kto wie, jak wiele razów wymierzyłby współczesnym handlarzom w świątyni (Mk 11, 15-19). Prawdopodobnie nie tylko użyłby słów „Może jaskinią zbójców stał się w waszych oczach ten dom, nad którym wzywano mojego imienia?” (Jr 7,11). (…) Ponownie zobaczyłby krzyż i Sanhedryn. Kto wie, jak wielu biskupów, kapłanów i teologów oskarżyłoby Go o arogancję, ilu odmówiłoby Mu wiarygodności, twierdząc, że nie ma prawa, by przemawiać: „Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam (…)?” (Mt 13:55) – podkreśla kapłan-konwertyta.

Odpowiadając na pytanie, jakie są cele lobby homoseksualnego w Kościele, ks. di Stefano Levi nie pozostawia wątpliwości. –Zniszczenie Kościoła od wewnątrz, to oczywiste! Parę lat temu byłem formowany do podjęcia posługi egzorcysty. Mój biskup powierzył mi takie zadanie, choć do tej pory egzorcyzmy wykonywałem tylko dwukrotnie. (…) Byłem zaangażowany w prawdziwy przypadek (opętania przyp. red.), jak wtedy wszystko wskazywało, jak też teraz uważam, nie zrozumiałem dlaczego z tajemnicą zła w jego czystej formie nie możemy walczyć naszymi własnymi siłami. (…) Aby osiągnąć swoje cele, Szatan wykorzystuje wyrafinowane, nadludzkie umiejętności, by mylić i tworzyć struktury, w których nadprzyrodzony porządek jest stawiany na głowie, od dobro po zło, a zło wydaje się służyć dobru, występek staje się cnotą a cnota występkiem, zdrowa doktryna herezją a herezja zdrową doktryną. Tak rozwinęły się przerzuty, które dziś porażają kościelne ciało. Spowodowało to brak przywództwa na różnych poziomach, na których można zaradzić gnostyckiemu, teologicznemu relatywizmowi, przesadnemu indywidualizmowi i nieposłuszeństwu wobec osłabionego Kościoła, Papieża i biskupów. Ten mechanizm odwrócenia ma na celu zastąpienie Boga przez ego człowieka. Wystarczy posłuchać niektórych księży-teologów w garniturach i krawatach, którzy w okresie posoborowym stworzyli ich własny egonomiczny Sobór i ich osobiste wątpliwe nauczanie wygłaszane z katedr papieskich uczelni – tłumaczy.

Jak dodaje, homoseksualizacja katolickiego duchowieństwa to konsekwencja złożonego procesu społecznego. Ks. Ariel Gualdo di Stefano Levi wspomina, że w czasach jego dzieciństwa obserwowane dziś występki obyczajowe były nieznane. Zdarzało się, że niektórzy duchowni rezygnowali z kapłaństwa wiążąc się z kobietami. W latach 60-tych rozpoczął się proces niszczenia seminaryjnej formacji. – W ciągu tylko trzydziestu lat zaatakowano doktrynę i zakwestionowano depozyt wiary. (…) Wystarczy pomyśleć o liturgii, lub o tym, co niektórzy nazywają teologią antropologiczną. W końcu doszliśmy do homoseksualizacji Kościoła i homoseksualizacji władzy. Należy jak najszybciej dokonać zmian w seminariach, w których przyszli księża stają się w swojej wyobraźni klerykami, a nie chrześcijanami w sercu. Często w seminariach brakuje podstawowej edukacji a przed rozpoczęciem formacji trzeba się cieszyć zdrowym i solidnym wykształceniem. Sam znalazłem się w sytuacji wielu młodych niszczonych ludzi, ponieważ byli stygmatyzowani jako osoby heteroseksualne przez ich mniej lub bardziej homoseksualnych nauczycieli w seminariach, którzy dodatkowo w sposób oczywisty chronili gejowskich seminarzystów – powiedział ks. Ariel.

Jak tłumaczy, duchowni, którzy dokonali tej rewolucji w latach 70-tych i 80-tych są dziś przełożonymi i biskupami, otaczając się osobami o podobnym nastawieniu. – Oni muszą otaczać się osobami o podobnym nastawieniu, które są systematycznie umieszczane na kluczowych stanowiskach w diecezji, włączając w to seminaria – kontynuuje. Jak dodaje, receptą na ten kryzys jest autorytet apostolski. Samo to słowo wywołuje u wielu lęk, zwłaszcza u „egomaniackich teologów” pracujących nad upowszechnieniem w Kościele „kolegializmu” i „demokracji”.

Ks. Ariel Gualdo di Stefano Levi jest konwertytą z judaizmu i księdzem diecezji rzymskiej. Jest redaktorem czasopisma teologicznego „Fides Quaerens Intelletcum”, wydał m. in. prace „Erbe Amare, il secolo del sionismo” (2007) i „E Satana si fece Trino relativismo, individualismo, disobbedienza. Analisi sulla Chiesa del terzo millenio”, w której podjął problem posoborowego kryzysu i homoseksualnego zagrożenia dla Kościoła.

Nuova Bussola Quotidiana

Źródło informacji: POLONIA CHRISTIANA

Każdego roku ponad 3 tys. zakonników i zakonnic porzuca życie konsekrowane


Każdego roku ponad 3 tys. zakonników i zakonnic porzuca życie konsekrowane

Dane te ujawnił arcybiskup José Rodriguez Carballo OFM, sekretarz Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. Szacunku dokonano na podstawie danych z lat 2008-2012.

Ryszard Mozgol: Salva semper iustitia. Droga Jana Husa na stos


(...) w mojej ojczyźnie wydaje się, że Kościół katolicki szczególnie boleśnie odpokutowuje dzisiaj za popełnione w jego imię w przeszłości błędy i grzechy przeciwko wolności sumienia, takie jak śmierć duchownego Jana Husa, spalonego żywcem w XV wieku, oraz narzucony dużej części ludu czeskiego w XVII wieku obowiązek nawrócenia na katolicyzm...
 
abp Pragi, Josef kard. Beran, 20 IX 1965 r., w dyskusji nad przyjęciem deklaracji O wolności religijnej na Soborze Watykańskim II
„Przezwyciężanie przeszłości” stało się ostatnimi czasy oficjalną linią polityczną Watykanu. W myśl tej koncepcji pozytywna historia Kościoła rozpoczyna się trzydzieści lat temu, od zakończenia pamiętnego Soboru Watykańskiego II. Wcześniejsze czasy były pasmem wypaczeń, dawania „antyświadectwa”, nietolerancji i prześladowań popełnianych przez Kościół. Pycha dzisiejszych hierarchów każe im myśleć, że są godni tego, by móc przepraszać za Kościół przeszłości.

Dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej 2000 pt. Pamięć i pojednanie: Kościół i winy przeszłości, postulując „reformę Ludu Bożego”, rozeznaje etycznie jako „antyświadectwo” zaangażowanie „wątpliwych środków dla osiągnięcia słusznych celów, takich jak obrona jedności wiary”. Odwołuje się tu do dokumentu Tertio millennio adveniente:
Innym bolesnym zjawiskiem, nad którym synowie Kościoła muszą się pochylić z sercem pełnym skruchy, jest przyzwolenie – okazywane zwłaszcza w niektórych stuleciach – na stosowanie w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą.
W historycznych dyskusjach pojawiają się w tym kontekście zawsze postacie Jana Husa, Girolamo Savonaroli czy Giordano Bruna, jako ofiar metod inkwizycyjnych. W tym artykule interesować nas będzie tylko postać Jana Husa, ponieważ w przeciągu ostatnich lat wysunął się na prowadzenie jako lider w ekumenicznym rankingu, ponadto jest wzorcowym przykładem historycznych przekłamań, charakterystycznych dla naszych czasów... Hus stał się idolem postępowych intelektualistów, takich jak chociażby prof. Stefan Świeżawski. Awansował z czeskiego heretyka, propagatora herezji Wyclifa i społecznego mąciciela na „Mistrza Jana Husa” (Jan Paweł II), „kapłana mającego (...) wielkie znaczenie dla religijnych i kulturowych dziejów czeskiego narodu” (Jan Paweł II), człowieka o „nieskazitelnym życiu osobistym” (Jan Paweł II), „czeskiego reformatora” (Luigi Accatoli), „wielkiego kaznodzieję” („Gość Niedzielny”), człowieka „bliskiego eklezjologii II Soboru Watykańskiego” (ks. G. Ryś w „Tygodniku Powszechnym”), „męczennika” („Trybuna Śląska”), „nieprzeciętnie uczciwego kapłana” („Świat. Przegląd Międzynarodowy”). Problem rehabilitacji Husa był już kilkakrotnie poruszany we wcześniejszych numerach Zawsze wierni. Ewentualna zakończona sukcesem rehabilitacja Jana Husa otwiera modernistom zupełną możliwość protestantyzacji Kościoła, rozumianej jako PEŁNA i oficjalna akceptacja protestanckiej wizji religijnej. Tuż za Husem stoi Luter.

Nie znamy dokładnej daty przyjścia na świat człowieka, którego poglądy spowodowały w XV wieku zamęt w całej środkowej Europie. Jan Hus (czyli ‘gęś’) urodził się w 1369 lub 1370 roku w dobrej czeskiej katolickiej rodzinie, jak podają zgodnie źródła. Miejsce jego urodzenia – mały domek w Husineczu koło Prachatic – było otoczone czcią wszystkich wyznawców husytyzmu.

Była to jednak tylko mistyfikacja jego zwolenników, którzy potrzebowali w XIX wieku „obrazowych” argumentów wspomagających tworzenie się narodu czeskiego. Badania wybitnego czeskiego historyka Josefa Pekara udowodniły, że Hus nie urodził się w pięknym, małym domku czeskim niedaleko Prachatic, a w Husineczu pod Kleczanami. Tam jednak nie zachował się żaden budynek ...nadający się na miejsce pielgrzymek. Ponieważ w niewielkiej wiosce nie było szkoły, Hus najprawdopodobniej uczęszczał do niej w Pradze, gdzie osiągnął wyniki pozwalające mu na kontynuację nauki na Uniwersytecie Karola IV. Był to wtedy najlepszy uniwersytet w środkowej Europie. Propaganda husycka i komunistyczna rozpisywała się o niezwykłym umyśle Husa, jego nieprzeciętnych zdolnościach, które rzekomo miały go wynieść na najwyższe stanowiska naukowe. Analiza jego wyników osiąganych na studiach pokazuje raczej, że był przeciętnym uczniem, któremu z trudem przychodziła nauka. Jak na Czecha przystało, był jednak uparty. Wstępując na uniwersytet znajdował się pomiędzy ostatnimi studentami, wśród bakałarzy (1393 r.) był na szóstym miejscu na 22, a kończąc studia (w 1396 r.) był dziesiąty na szesnastu magistrów. Święcenia kapłańskie dawały mu możliwość dalszej kariery, ponieważ niwelowały niskie pochodzenie. Ostatnie z nich przyjął przed Wielkanocą 1400 r. Dzięki protekcji wpływowego abp. Zbynka, rozpoczął się dla Husa okres błyskotliwej kariery i dostatniego życia.

Jeszcze w 1400 r. został mianowany kaznodzieją kościoła św. Michała w Pradze, a w dwa lata później kaznodzieją Kaplicy Betlejemskiej, wówczas jednego z najnowszych i większych kościołów Pragi. Poza tym Jan Hus piastował godność dziekana fakultetu artystycznego, a później rektora uniwersytetu w latach 1402-1403 i 1409-1410. Tymczasem został jeszcze spowiednikiem królowej Zofii i kaznodzieją synodalnym. Wiódł nie tylko pracowite życie, ale również bardzo dostatnie. Beneficjum z Kaplicy Betlejemskiej było bardzo wysokie, do tego zaopatrzenie z tytułu pracy na uniwersytecie i zaopatrzenie kaznodziei synodalnego dawało mu ni mniej, ni więcej tylko 60 kop groszy rocznie. Austriacki biograf Husa V. Flajshans stwierdził, że dochody Husa porównywalne są do rocznego uposażenia posła cesarskiego w parlamencie Austro-Węgierskim. Na próżno szukać wzmianek na ten temat w apologetycznych biografiach poświęconych Husowi. Czyżby bycie bogatym było czymś wstydliwym, czymś moralnie złym?... Oczywiście, nie. Przyczyna leży w postulowanym przez Husa ubóstwie Kościoła, powrocie do ewangelicznej zasady zapomnianej przez księży, potępianiu przez niego beneficjów kościelnych, zakonów kontemplacyjnych, które posiadają – rzekomo nieprawnie – dobra ziemskie. Warto porównać postawę tego „nieprzeciętnie uczciwego kapłana” ze św. Franciszkiem z Asyżu. Hus głosił potrzebę rezygnacji z dóbr ziemskich przez Kościół, głosił powrót do Kościoła ubogiego, ale sam nie wyrzekł się ani swoich dochodów, ani godności, ani beneficjów... Św. Franciszek, głosząc totalne ubóstwo i prostotę, czynił to z czystości serca i pokory, nawoływał do dobrowolnej rezygnacji z posiadania dóbr, nie wymagając tego od wszystkich. Hus był tym, który widział „źdźbło w oku bliźniego”, a nie był w stanie zauważyć „belki w swoim oku”. Św. Franciszek rozpoczynał od samego siebie, biorąc ślub z „Panią Biedą” dobrowolnie. Okazuje się, że człowiek „o nieskazitelnym życiu osobistym” był zakłamanym, chciwym wichrzycielem, dla którego dostosowanie życia do głoszonych poglądów było niemożliwe do zrealizowania. Ba, Hus nawet nie próbował! Spłonął na stosie jako bogaty człowiek, domagający się od wszystkich ubóstwa, gdy w tym samym czasie jeden z jego zwolenników, Jakub ze Stŕibra, wyzbył się wszelkiej własności i żył w biedzie.

Na Uniwersytecie Karola IV Jan Hus zetknął się z poglądami angielskiego heretyka Johna Wyclifa, które w środowiskach intelektualnych ówczesnej Pragi były bardzo modne. John Wyclif, właściwie John Wig-Löw, urodził się ok. 1320 r. w rodzinie żydowskich konwertytów z hrabstwa Yorkshire. Chorobliwie ambitny, jako proboszcz Lutterwirth starał się o godność biskupa Wighorn, która została mu odmówiona przez papieża Urbana V. Urażony Wyclif wraz z garstką zwolenników wystąpił przeciw Kościołowi, otrzymując poparcie możnego, zadufanego w sobie regenta, hrabiego Lancaster, obrażonego na Kościół, ponieważ ten nie chciał podporządkować się jego planom politycznym. Wyclif i jego poplecznicy rozpoczęli kampanię oszczerstw, oskarżając hierarchię angielską o herezję. Jego poglądy, coraz niebezpieczniej radykalizujące się, zostały potępione przez synod londyński i Uniwersytet w Oxfordzie w 1382 r. Tezy swoje zawarł w dziele Trialogus, przełożonym później przez Husa na język czeski. Wyclif był zwolennikiem nieuniknionej predestynacji; twierdził, że i Bóg i ludzie nie są wolni; negował transsubstancjację, spowiedź, używanie krzyżma i olejów w udzielaniu sakramentów. Zaprzeczał potrzebie istnienia hierarchii kościelnej, twierdząc, że została ona stworzona przez ludzi i nie posiada władzy duchowej, od czasów Konstantyna wszyscy papieże są potencjalnymi antychrystami, posiadanie dóbr przez duchowieństwo świeckie i zakonne jest wykroczeniem przeciwko ewangelicznej zasadzie ubóstwa. Król i szlachta powinna Kościołowi odebrać wszelkie dobra, a dawanie zakonnikom jałmużny zawarowane winno być ekskomuniką. Księgi Wyclifa dotarły do Czech jeszcze za jego życia (zm. 1384 r.), w związku ze ślubem czeskiej księżniczki Anny z królem Anglii Ryszardem II w 1382 r. Dla księdza (!) Husa potępione poglądy angielskiego heretyka stały się głównym credo dalszego życia. Warto zauważyć że Hus, otrzymując magisterium z teologii na uniwersytecie praskim, złożył przysięgę wierności: że nie odstąpi od Kościoła i będzie występował przeciwko heretyckim błędom. O. Wojciech Metelka CSsR, autor cyklu artykułów poświęconych Husowi i husytyzmowi w przedwojennym piśmie redemptorystów czeskich „Svata Hora”, podsumował fascynację Husa poglądami Wyclifa starym czeskim przysłowiem, znanym również w Polsce: „Jeśli ślepy wiedzie ślepego, to razem do dziury wpadną”.

Zafascynowany poglądami Wyclifa Jan Hus rozpoczął głoszenie ich na uniwersytecie, zyskując zwolenników wśród czeskich studentów. Doprowadziło to do wybuchu konfliktu pomiędzy Czechami a Niemcami na uczelni w 1408 r. Tezy Husa, uzupełnione o heretyckie poglądy Niemca Jana Hubnera, wywołały sprzeciw niemieckich wykładowców oraz studentów z Pragi, którzy przy pomocy normalnej w XV wieku procedury uniwersyteckiej chcieli przegłosować zakaz głoszenia „wycklifizmu”. Niemcy dysponowali trzema głosami na uczelni (saskim, bawarskim i polskim) przeciw jednemu – czeskiemu. Sytuacja Husa była przesądzona... ale Hus był sprytny i postanowił rozegrać partię po swojemu. Uzyskał poparcie pisarza królewskiego Mikulasza Augustina, któremu udało się wpłynąć na króla Wacława, nie darzącego Husa zbytnią sympatią. Przekonano króla, że należy odebrać Niemcom trzy głosy, a przekazać je Czechom, bo są w „demokratycznej” większości, ponieważ w Paryżu Francuzi mają trzy głosy. 18 kwietnia 1409 r. król Wacław odebrał nacjom przywileje Karola IV, przekazując je tylko Czechom, na mocy dekretu w Kutnej Górze. Hus był uratowany, gdyż jego zwolennicy posiadali od tego momentu przewagę nad prawowiernymi katolikami. Ale była to katastrofa dla praskiego uniwersytetu, który opuścili liczni naukowcy znajdujący się w konflikcie z Husem. Część z nich zasiliła odnowioną przez św. Jadwigę Akademię Krakowską, doprowadzając do jej ponownego rozkwitu. Studenci z Polski, Śląska, Moraw, a także z krajów niemieckich wybierali studia w Wiedniu, Erfurcie, Heidelbergu czy Krakowie. Uczelnia, z której był tak dumny cesarz Karol IV, znalazła się w kryzysie. Bardzo często propaganda husycka przedstawiała opisywany konflikt jako starcie narodowościowe. Hus miał być przywódcą antyniemieckiego ruchu w Czechach. Jednak walka „o trzy głosy” w rzeczywistości była konfliktem religijnym zwolenników Husa (głównie Czechów, ale również Niemców!) z wiernymi Kościołowi katolikami (Niemcami, Polakami, ale także Czechami!)1. Zwycięstwo na Uniwersytecie Karola IV napełniło Husa przekonaniem, że może głosić swoje tezy nie tylko z uniwersyteckiej katedry, ale również z ambony.

W tym samym roku, w którym rozgrywały się ważne wydarzenia na uczelni, zaniepokojony rozszerzaniem się poglądów kacerskich w Pradze, wystąpił przeciwko Husowi jego wcześniejszy dobrodziej abp Zbynek – ten sam, dzięki któremu Hus uzyskał wszystkie swoje zaszczyty i godności. Heretyk na czele swoich zwolenników bezpardonowo zaatakował arcybiskupa. W Pradze wybuchły zamieszki, do których przyłączyli się przeciwnicy władzy Luksemburgów nad Czechami. Skarga abp. Zbynka zbiegła się z protestem mistrzów uniwersytetu praskiego u papieża Grzegorza XII, który upoważnił arcybiskupa do potępienia Husa i zażądał od króla zażegnania konfliktu i likwidacji herezji. 20 maja 1408 r. ówczesna elita naukowa Królestwa Czech (ponad 1200 osób) jednomyślnie potępiła 45 artykułów głoszonych przez Husa i jego zwolenników. Poparcie dla Husa wcale nie było takie powszechne, jak przedstawiają to prace gloryfikujące husytyzm. Potępienie wcale nie zraziło Husa, czeski historyk Jan Sedlak w biografii Husa cytuje fragmenty kazań, w których swoje potępienie nazwał on dziełem szatana, papieża antychrystem, arcybiskupa faryzeuszem, a siebie przyrównywał do Chrystusa. Na razie Hus był panem uniwersytetu.

Sytuacja papiestwa w tym czasie ulegała niestety pogorszeniu. Aby zażegnać gorszącą dwuwładzę, kardynałowie zarządzili zwołanie soboru w Pizie, na który miał przybyć papież Grzegorz XII i antypapież Benedykt XIII. Po długich naradach sobór pozbawił władzy obu papieży jako schizmatyków i powierzył pieczę nad Kościołem abp. Mediolanu Philargiemu, który przyjął imię Aleksandra V. Sobór z 1409 r. pogłębił chaos, z papieży dwóch zrobiło się trzech (papież Grzegorz XII, antypapież Benedykt XIII i nowy antypapież Aleksander V). Wierności prawowitemu następcy św. Piotra dochowała duża część Italii i Rzeszy. Europa podzieliła się, zachodziło już słońce chrześcijańskiego uniwersalizmu. Odpowiedzialność za losy Kościoła spoczęła już nie pierwszy raz na cesarzu, którym od 1410 r. był pomysłodawca zwołania soboru w Konstancji Zygmunt Luksemburczyk.

Czechy (tak jak i Polska w tym czasie) znalazły się w obrębie wpływów kurii Aleksandra V, który zażądał od abp. Zbynka złożenia raportu z sytuacji w kraju. Owocem przesłania papieżowi spisu tez Husa było wydanie zakazu głoszenia przez niego kazań pod karą ekskomuniki i spalenie w Pradze w czerwcu 1410 r. książek Wyclifa. Hus odwołał się do antypapieża Jana XXIII, następcy zmarłego Aleksandra V. Jan XXIII powołał Husa przed swój sąd, przed którym Hus nigdy nie stanął. Słał mu natomiast niezwykle pokorne listy, zapewniając o swoim poparciu, o swojej prawowierności i miłości, jaką otacza Ojca Świętego. Jan odpowiedział groźbą ekskomuniki w razie niewypełnienia poleceń. Hus powoli tracił oparcie w uczelni i sprzyjających mu do niedawna kręgach politycznych. Pozostała ulica... i właśnie ona dała Husowi potrzebne poparcie w dalszych działaniach. Zwolennicy heretyka rozpoczęli rozruchy, polała się krew. Zorganizowano „procesję”, w czasie której spalono zwoje papieru symbolizujące papieskie bulle. Czeski historyk Jan Palacky, którego nie można oskarżyć o stronniczość, tak opisuje Husa: „nieobyczajna śmiałość, nieustępliwość, bezwzględność dla przeciwników, widoczna dla oka łasość na poważanie i sławę u ludu...”. Jan XXIII nałożył na Pragę interdykt, dopóki przebywać w niej będzie Hus. Król Wacław IV, izolujący się do tej pory od narastającego konfliktu, nakazał sprawcy tego zamieszania opuszczenie Pragi. Ale sytuacja uspokoiła się tylko na kilka tygodni, bo Hus osiadłszy pod Pragą w dalszym ciągu oddziaływał na nastroje ulicy. Król, który chciał rozwiązać problem po dobroci, zwołał na 6 lutego 1413 r. synod, który miał zająć się tą sprawą. Zwolennicy herezjarchy, Hieronim z Pragi, Maciej Knyna i Stanisław ze Znojma przybyli na synod doskonale przygotowani i nie tylko nie odwołali poglądów heretyckich, ale oskarżyli o odstępstwo hierarchię. Ojciec Metelka CSsR pisze, że w tym momencie nastąpiło formalne odłączenie Husa i jego zwolenników od Kościoła. Na Pragę po raz kolejny nałożony został interdykt, Hus zaś nadal głosił kazania i podburzał do kolejnych rozruchów. Król przeszedł do bardziej zdecydowanego działania, winnych rozruchów osądził, a głównego wichrzyciela wygnał z Pragi. „Mistrz Jan” znalazł schronienie u szlachcica z Usti na zamku Kozi Hrad, zwanym Taborem. Szybkimi krokami zbliżał się czas ostatecznej konfrontacji.

Zygmunt Luksemburczyk zwołał na 1 listopada 1414 r. sobór do miasta Konstancja. Celem soboru miało być zakończenie trójpapiestwa i rozpoczęcie reformy wewnątrzkościelnej. Idea soboru cieszyła się zasłużonym zainteresowaniem wszystkich państw Europy. Zygmunt zadecydował, że w Konstancji rozpatrzona zostanie również kwestia wyclifizmu głoszonego w Czechach przez Jana Husa. Na rozwiązaniu sprawy zależało także królowi Wacławowi, który nakazał Husowi udanie się do Konstancji. Hus, któremu grunt palił się pod nogami, starał się za wszelką cenę znaleźć potwierdzenie swojej prawowierności, co udało mu się wymóc na chwiejnym, upominanym przez Jana XXIII następcy na praskim tronie arcybiskupim, Konradzie z Vechty. Z drugiej strony napisał list do prażan, obiecując wytrwanie w tej nauce, którą im głosił w kazaniach i za którą z radością umrze, jeśli trzeba. Zygmunt obiecał zaopatrzyć Husa na drogę w list żelazny.

Jan Hus wyruszył do Konstancji w październiku 1414 r. Jako że kancelaria nie wystawiła na czas listu żelaznego, cesarz przydzielił mu obstawę złożoną z kilku czeskich rycerzy (m.in. Jana z Chluma). Obawy o bezpieczeństwo heretyka były bezpodstawne, w Konstancji nie został aresztowany, cieszył się pełną swobodą, przez jakiś czas mógł odprawiać Mszę św., mógł też bez przeszkód przyjmować gości. Mieszkał w Konstancji na swój koszt u wdowy Fidy. Dopiero wtedy otrzymał sławny list żelazny od cesarza.

Pomimo wielu ważnych spraw na soborze już 28 listopada rozpoczęto przygotowania do sądu inkwizycyjnego. Wraz z jego rozpoczęciem, według przepisów prawa kanonicznego, osoba oskarżona miała przebywać w areszcie. Hus trafił najpierw do pałacu biskupiego, potem do domu kantora katedralnego, później do klasztoru dominikanów, w końcu do franciszkanów w Konstancji. Wokół opisywanych poniżej wydarzeń narosła niebywała „mitologia”, podsycana z jednej strony przez ignorantów, z drugiej zaś przez masonów i historyków antykatolickich. Przedwojenny doktor teologii A. A. Neumann przedstawił proces powstawania tych mitów historycznych w dziewiętnastowiecznej i dwudziestowiecznej historiografii czeskiej, opierającej się na husyckich źródłach. Według Ladislava Horaka, Hus został uwięziony w celi szerokiej na trzy stopy, długiej na siedem, a wysokiej na sześć stóp, śmierdzącej, mokrej, w której nie mógł wyschnąć. W Polsce dorobiono do tego historyjkę o odwiedzinach Zawiszy Czarnego w klasztorze, w którym aresztant był przetrzymywany, i jego oburzeniu na panujące tam warunki. Inny jednak obraz znajdujemy w korespondencji Husa wysyłanej przez cały ten czas do rycerza Jana z Chluma. Cela Husa była taką samą celą klasztorną, w jakiej mieszkali zakonnicy; Hus posiadał „swojego” zakonnika do posług, co świadczy o tym, iż był traktowany w klasztorze raczej jako gość niż więzień; miał prawo do pisania listów, przyjmowania gości, posiadania wbrew regule klasztornej poduszek i ciepłej pierzyny. Kiedy zachorował, Jan XXIII posłał mu swojego osobistego lekarza.

Hus w czasie badania tez Wyclifa „szedł w zaparte” twierdząc, że nie jest wyclifistą, ale prawowiernym katolikiem. Wyparł się wszystkiego, co spowodowało wściekłość niektórych jego zwolenników. Jan z Chluma zarzucał mu nawet, że tak łatwo wyparł się „prawdy Bożej”. Gdyby Hus w czasie dalszego procesu postępował w podobny sposób, niechybnie uratowałby życie – tym bardziej, że cesarz przychylał się do zwolnienia go i przeprowadzenia dalszego dochodzenia w Czechach. Ale nastąpił dość dziwny zwrot... Nadszedł czas badania poglądów samego Jana Husa. Kanclerz paryskiej Sorbony Gerson i mistrz uniwersytetu praskiego Palecz przygotowali spis wypowiedzi Husa w oparciu o jego dzieło Tractatus de Ecclesia (Traktat o Kościele) i głoszone kazania, składający się z ponad trzydziestu zdań sprzecznych z nauką Magisterium. Hus zaatakował, podważając ich prawdziwość, twierdząc, że zostały sfałszowane i wypaczają jego poglądy. Pisał: „niektóre fragmenty sam napisałem i głosiłem, twierdziłem, że są prawdziwe, ale niektóre jednak zostały wymyślone przez nieprzyjaciół, tam przydając, tu ubarwiając”. Argumentacja ta stała się podstawą oskarżania Kościoła o prześladowanie i uśmiercenie niewinnego człowieka, której echa pobrzmiewają w modernistycznych uzasadnieniach rehabilitacji Husa. J. Sedlak i A. A. Neumann dokładnie zanalizowali źródła (wypowiedzi Husa) i porównali je z fragmentami przytaczanymi przez Gersona i Palecza. Aż 17 zdań z przygotowanych przez inkwizytorów 30 było dokładnymi cytatami z pism Husa2. Oskarżony odmówił uznania 7 zdań, które jednak mają odzwierciedlenie w jego poglądach, np. fragment 18 – „Dostojność papieska ma swój początek od cesarza rzymskiego”, w rozdziale XIII O Kościele brzmi – „Widzimy z kronik, jak powstała władza papieża od cesarza Konstantyna”; fragment 20 – „Papież nie żyjący jak św. Piotr nie może nazywać się papieżem lub Namiestnikiem Piotra, ale Antychrysta”, w rozdziale XIV brzmi – „Żyje przecież na przekór cnotom (...) jest prawym i rzeczywistym Namiestnikiem Chrystusa i Piotra, czy raczej namiestnikiem Antychrysta?”. Dr Neumann pisze zdecydowanie: „Nie może być prawdą spreparowanie fragmentów”. Gerson i Palecz ustąpili, heretyckie wypowiedzi ograniczono do trzydziestu dziewięciu. Zdania potępione zawierały poglądy bliskie wyclifizmowi. Oto niektóre z nich: „Jedynym, świętym i realnym Kościołem jest zbiorowość wszystkich predestynowanych do zbawienia” (pkt 1); „Piotr nigdy nie był głową Kościoła” (pkt 7); „Księża, którzy żyją w grzechu, tracą moc kapłańską” (pkt 8); „Bez wyraźnego wskazania Bożego nikt nie może twierdzić, że jest głową któregokolwiek Kościoła, a biskup rzymski nie jest głową Kościoła rzymskiego” (pkt 10); „Posłuszeństwo kościelne zostało wymyślone przez księży, nie ma żadnego potwierdzenia w Piśmie św.” (pkt 15); „Ktokolwiek został wyświęcony na księdza, ten otrzymał rozkaz, aby głosić kazania i musi być temu posłuszny, nałożenie klątwy nic nie zmienia” (pkt 18); „Jeśli jest papież zły i obrzydliwy, to jest predestynowany [do potępienia]; tak jak Judasz jest diabłem, złodziejem i synem zguby, a nie głową Kościoła” (pkt 20); „Miłość predestynowanych jest związkiem, takim jak ciało Kościoła, a każda część nierozerwalnie jest związana z Chrystusem jako głową” (pkt 21); „Wyklęcie przez doktorów 45 tez Wyclifa jest bezdowodne i niesprawiedliwe, gdyż sugerują, że tezy te są sprzeczne z katolicyzmem, że są błędne i gorszące” (pkt 25); „Nikt nie jest panem świeckim, nikt nie jest prałatem, nikt biskupem, jeśli znajduje się w grzechu śmiertelnym” (pkt 30). Wybrane fragmenty, charakterystyczne dla poglądów Husa, pochodzą z bulli papieża Marcina V, który 22 II 1418 r. jeszcze raz uroczyście potępił tezy Husa, zaiste „bliskie eklezjologii II Soboru Watykańskiego”...


Hus grał na zwłokę, licząc na fiasko Soboru, który przecież za główny swój cel postawił sobie zażegnanie gorszącego podziału władzy papieskiej. Całkiem jednak pogrzebał swoje nadzieje w momencie, kiedy przechwycono w Czechach jego list do prażan, w którym napisał, że „otrzyma pozwolenie na publiczne wysłuchanie tylko wtedy, gdy zapłaci sługom Antychrysta 2000 dukatów”. Hus z wielkim wstydem musiał przyznać przed Ojcami Soborowymi, że był autorem listu...

4 maja 1415 r. Sobór potępił poglądy Johna Wyclifa. Husa przeniesiono z klasztoru do pobliskiego zamku bp. Konstancji w Gottlieben, wkrótce po odczytaniu mu zarzutów. Zareagował wymijająco, nie przyznał się do winy, twierdził, że dowody są spreparowane, domagał się możliwości wygłoszenia obszernego wykładu i pojednania. Z drugiej strony w liście do swoich przyjaciół sam przyznawał, że nie był szczery i uczciwy w rozmowie z przedstawicielami Soboru, podsumowując to słowami: „Bóg Wszechmogący dał mi dziś serce stateczne i niebojaźliwe”. Mimo wszystko Sobór i trybunał przez Sobór powołany liczył na skruchę heretyka. Husa odwiedzał dominikanin Jan Falkenberg, z którym więzień rozmawiał przez cały czas pobytu w klasztorze dominikanów. On również na specjalne życzenie Husa był jego ostatnim spowiednikiem przed śmiercią. 7 i 8 czerwca podsądny miał rozmowę z Piotrem kard. de Ailly i Franciszkiem kard. Zabarellą, którzy z prawdziwym zatroskaniem starali się namówić Husa do odwołania poglądów. Nie odniosło to jednak żadnego skutku. Oskarżony trwał w uporze, żądając w imię Boga i swojej świadomości pouczenia z Pisma św. i „z rozumu”, w czym jego poglądy są sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Czyżby rektor uniwersytetu w Pradze był aż tak nieświadomy?... Hus otrzymał pouczenie, zawierające również żądanie uznania błędów, przyrzeczenia, że nie będzie ich głosił w przyszłości, publicznego ich odwołania i uczenia ich przeciwności, czyli nauki Kościoła katolickiego. Następnie otrzymał miesiąc na przemyślenie żądań. Zygmunt Luksemburczyk osobiście starał się przekonać zaślepionego heretyka, aby nie gubił samego siebie. 5 czerwca kardynałowie Zabarella i de Ailly wraz z sześcioma Ojcami Soboru przybyli przekonać więźnia o bezsensowności trwania w uporze i przedstawić mu nową formułę odwołania. Głosiła ona, że Hus „poglądów tych nigdy nie głosił, a nawet gdyby to uczynił, to byłby postępował nagannie, bo uznaje je za błędne i potwierdza pod przysięgą, że w przyszłości ich nie chce głosić”. Na większy kompromis Kościół nie mógł już pójść, bo sprzeniewierzyłby się „powszechnie uznanym prawom Kościoła – tępienia herezji i heretyków” (o. Guilleux). Był to gest dobrej woli, ponieważ sam Hus był poniekąd autorem tych słów. Hus jednak odmówił... i na nic się zdało sprowadzenie z rozkazu Zygmunta na zamek jego przyjaciół Jana z Chluma i Vaclava z Dube, czy osobista wizyta księcia Ludwika Bawarskiego. Jak pisze Warren H. Carroll, Hus był coraz bardziej zatwardziały, w rozmowach bluźnił, nie słuchał życzliwych sobie ludzi. 6 czerwca 1415 r. w katedrze odbyła się ceremonia publicznego wyklęcia Jana Husa jako zatwardziałego heretyka, który sprzeniewierzył się swojemu stanowi duchownemu; uznano go za szerzyciela herezji Wyclifa, zdegradowano i zobowiązano wszystkich do spalenia jego książek. Oskarżony został wezwany przed ołtarzem po raz ostatni do odstąpienia od herezji, ale nic nie odpowiedział. Po tym zdjęto z niego szaty duchowne, zgolono tonsurę i po obleczeniu w pokutne szaty włożono na głowę czapkę z przedstawieniem diabła, połykającego dusze potępieńców z napisem: „Hic est haeresiarcha!”. Sobór orzekł, że od tej chwili nie ma z Husem nic wspólnego. Właściwie na tym można by zakończyć smutną historię Jana Husa, ponieważ od tego momentu znajdował się on w mocy władzy świeckiej. Ale z finałem tej całej sprawy łączą się największe oskarżenia miotane pod adresem Kościoła.


Kościół nie spalił Husa na stosie. Prawo kanoniczne również w średniowieczu nie przewidywało kary śmierci. W najcięższych przypadkach, dotyczących zwłaszcza heretyków, którzy byli duchownymi, heretyków zatwardziałych lub szczególnie niebezpiecznych przekazywano władzy świeckiej – prawu świeckiemu, które za takie przestępstwa przewidywało karę śmierci przez spalenie. Dla władzy świeckiej herezja była groźnym przestępstwem, które zazwyczaj pociągało za sobą niebezpieczne konsekwencje społeczne i polityczne, stąd surowość rozprawiania się z kacerzami. Jeśli uświadomimy sobie ogrom zniszczeń w całej Europie Środkowej, jaki był udziałem husytów, spalone miasta, zamki, zniszczone klasztory, splądrowane kościoły, głód, który szedł za oddziałami taborytów, czy okrucieństwo „rozmodlonego” żołdactwa husyckiego w Czechach, na Morawach, na Pomorzu, na Śląsku i w Niemczech, to śmierć Husa przestaje przerażać. Warto przypomnieć sobie bezwzględność przywódcy husyckiego, ślepego Jana Żiżki, mordującego duchownych i katolików, którzy nie chcieli wyrzec się Wiary, uderzeniem czekana w czaszkę (twierdzi się nawet, że nosił „naszyjnik” z nosów i uszu księży i zakonników).

Zatwardziałość Husa znalazła swój koniec na stosie. Oddany w ręce elektora Palatynatu, został przekazany władzom miasta Konstancji i tego samego dnia (6 lipca 1415 r.) przed zachodem słońca spalony... Prochy wsypano do Renu. W tym czasie przedstawiciel polskiego Kościoła na soborze, abp Mikołaj Trąba odprawił w katedrze „solenną sumę”. Papież Leon X pisał o Husie: „Wieluż-to wykładało szkodliwsze jeszcze zasady, ale żaden nie był tak krnąbrnym i niepohamowanym jak Hus, a błędy te powiodły go na rusztowanie”.

Kościół nie złamał gwarancji danych Husowi przez cesarza Zygmunta Luksemburczyka. Ten fałszywy zarzut powtarzany był z wielką lubością przez protestantów, posiłkujących się rzekomo wypowiedzianym przez Sobór zdaniem, że „heretykom żadnej wiary dochowywać nie trzeba”. Nie występuje ono jednak w jakimkolwiek dokumencie Soboru czy źródle dotyczącym wydarzeń z 1414-1415 r. i stanowi wymysł protestanckiego historyka Gieselera, pragnącego usprawiedliwić niestawienie się Lutra przed sądem kościelnym. Badający ten problem o. Guilleux jednoznacznie stwierdza, że cesarz zastosował normalną w tych czasach procedurę względem osoby podejrzanej o ciężkie przestępstwo, która miała stanąć przed sądem i złożyć wyjaśnienia. List-glejt, który chronił Husa w czasie drogi do Konstancji (jako, że list nie dotarł na czas, przydzielono eskortę), miał zapewnić również spokój w samej Konstancji, aż do rozstrzygnięcia sprawy. Hus miał całkowitą pewność, że w razie udowodnienia herezji kara go nie minie. Pisał: „Jeśli mnie [Sobór] o jaki błąd przekona, a dowiedzie, żem uczył rzeczy z wiarą niezgodnych, nie odmówię poddania się wszelkim karom, na heretyków ustanowionym”. Nie było to jedyne stwierdzenie Husa, posiada ono potwierdzenie w stwierdzeniach Jana z Chluma. Podobnie Zygmunt Luksemburczyk przestrzegając Husa przed obstawaniem przy herezji, miał powiedzieć: „Zamiast potakiwać twoim błędom, raczej sam stos twój podpalę. Jeśli więc chcesz ich bronić, pamiętaj, że Sobór ma władzę i prawa, według których postąpi z tobą”. Stosunek samego Soboru do kwestii listu żelaznego możemy poznać z odpowiedzi udzielonej Hieronimowi z Pragi, uczniowi Husa, który prosił Sobór o list żelazny. Otrzymał w odpowiedzi: „Sobór, o ile to odeń zależy i podług wymagań wiary prawdziwej, udziela ci listu żelaznego, aby cię uchronić od wszelkiej przemocy, z zachowaniem wszakże praw sprawiedliwości, salva semper iustitia”. Gdyby uznano Hieronima heretykiem, zażądanoby od niego wyrzeczenia się błędów lub osądzono by go. Tak też się stało... List żelazny nie miał chronić przed sprawiedliwą karą. Jan XXIII powiedział w czasie Soboru: „Gdyby nawet Hus zabił mego własnego brata, jeszczebym nie dopuścił, aby mu się stała jakaś krzywda w Konstancji”.

Jak widać, Kościół nie ponosi moralnej winy za śmierć Husa. Postępował w jego kwestii delikatnie, starając się nawrócić heretyka, zwlekał z wydaniem wyroku skazującego i przekazaniem podsądnego w ręce władzy świeckiej. W związku z tym rodzi się pytanie, dlaczego Kościół katolicki w osobie następcy św. Piotra, następcy Grzegorza XII i Marcina V przeprasza za śmierć Jana Husa? – Przyczyna leży w ekumenizmie, który jest zakamuflowanym synkretyzmem religijnym, w akceptacji antropocentrycznych praw człowieka, humanizmie integralnym, wyznawanym przez Jana Pawła II. Jednym słowem – w liberalizmie, który błąd wynosi do godności prawdy. Ω

Prace wykorzystane w artykule

L. Accattoli, Kiedy papież prosi o przebaczenie. Wszystkie „mea culpa” Jana Pawła II, Kraków 1999.
J. Alzog, Historya powszechna Kościoła, t. IV, Warszawa 1855.
W. H. Carroll, The Glory of Christendom. A History of Christendom. t. III, Fort Royal 1993.
Encyklopedja kościelna pod red. ks. M. Nowodworskiego, t. VII, Warszawa 1875, s. 552-577.
V. Flajshans, Mistŕ Jan, ŕeceny Hus z Husince, Praga 1901.
H. Masson, Słownik herezji w Kościele katolickim. Katowice 1993.
V. Metelka CSsR, Otazka Husova a „husitsky” narod. [w:] „Svata Hora”. R. 1937, s. 36-38; 57-60; 83-87; 103-107; 129-133; 171-174; 215-221; 254-256.
P. Mracek OP, Priručka cirkevnich dejin, Praga 1994.
A. A. Neumann, Hus dle najnovejsi literatury, Praga 1931.
Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości. Dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej 2000, Sandomierz 2000.
Podręczna encyklopedia kościelna pod red. ks. Z. Chełmickiego, t. XV-XVI, Kraków 1908, s. 402-405.
A. J. Sarwa, Herezjarchowie i schizmatycy, Poznań 1991.
O. von Schaching, Jan Hus und seine Zeit, Ratyzbona 1914.
J. Sedlak, Mistŕ Jan Hus, Praga 1915.
F. K. Seppelt, K. Loffler, Dzieje papieży od początków Kościoła do czasów dzisiejszych. t. I, Warszawa 1995.
ks. J. Umiński, Historia Kościoła, t. I, wyd. IV, Opole 1959.

Przypisy:

(1) Hus tak naprawdę nigdy nie głosił poglądów antyniemieckich, wysławiał cesarza Karola IV i kierował swoje kazania również do Niemców. Dopiero po jego śmierci husyci podnieśli hasło oczyszczenia królestwa z wpływów niemieckich, co oznaczało utopienie monarchii we krwi wojny domowej. Propagandę antykatolicką wzmocniła jeszcze przegrana przez Czechów w 1620 r. bitwa pod Białą Górą.
(2) Gerson i Palecz nad wypowiedziami Husa pracowali osobno. Lista Gersona zawierała 20 zdań, lista Palecza aż 30 zdań – w sumie 50, jednak duża część z nich pokrywała się ze sobą, z czego bierze się liczba 30 zdań. Papież Marcin V potępił w 1418 r. 30 wypowiedzi Jana Husa.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.