Pages

______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

środa, 16 września 2015

Modernistyczny pseudomistycyzm



Ostatnimi czasy możemy obserwować mnożące się jak grzyby po deszczu „objawienia” i „wizje”. Publikują je nawet wydawnictwa katolickie, zasłaniając się dekretem Kongregacji Doktryny Wiary potwierdzonym 14 października 1966 r. przez Pawła VI (A.A.S. nr 58/16), który zwalnia książki na temat zjawisk nadprzyrodzonych z obowiązku posiadania nihil obstat. Co o tym sądzić?

W normalnych czasach sprawa byłaby prosta: dzieci Kościoła winny iść za przykładem swej świętej Matki, która nie wyklucza objawień prywatnych, ale żąda pewnych gwarancji, że nie ma do czynienia ze złudzeniem lub, co gorsza, z oszustwem albo też, w najgorszym wypadku, z mamieniem szatańskim. Pierwsza z tych gwarancji, to zgodność „objawień” z Bożym Objawieniem, którego depozytu Kościół strzeże od dwu tysięcy lat.

„Powinniśmy jednak posługiwać się rozumem i nauką ewangeliczną – pisze św. Jan od Krzyża – w taki sposób, że gdyby coś zostało nam objawione w sposób nadprzyrodzony, czy tego chcemy czy nie, powinniśmy zeń przyjąć tylko to, co zgodne z rozumem i prawem ewangelicznym” (Wejście na Córę Karmel, ks. 2, rozdz. 21, nr 4; p. także o. Calmel, Mgły pseudoobjawień i światło wiary).

Z pomocą tej podstawowej zasady dałoby się osądzić przytłaczającą większość współczesnych „objawień”. Jednak fakt, że obecna mnogość zjawisk pseudomistycznych jest tak ściśle powiązana z neomodernistycznym kryzysem, który wstrząsa Kościołem, sprawia, że rzecz wymaga dłuższego potraktowania.

Protestanckie korzenie

Kościół katolicki naucza w sposób nieomylny, że wiara to nadprzyrodzone uznanie przez rozum objawionej przez Boga prawdy (Vaticanum I, DS 3008, Breviarium Fidei, 1, 48). To prawda, że rozum jest popychany ku temu przez działanie łaski; to prawda, że towarzyszy mu pokora, ufność i poddanie się woli Bożej (akt wiary to nie chłodny sąd naukowy), jednakże akt wiary to przede wszystkim i z samej swej natury akt rozumu, przylgnięcie duszy do prawdy, której „dlaczego” i „jak” pozostają niejasne, lecz która mimo to jest bardzo pewna, jako objawiona przez Boga, który nie może się mylić ani nas w błąd wprowadzać.

Protestantyzm natomiast przeprowadził prawdziwy przewrót kopernikański: dla Lutra akt wiary to nie akt poznania ani rozumu (rozum jest całkowicie ślepy w dziedzinie religii, a Kościół katolicki błądzi zbytnio mu ufając), ale zwykły akt uczuciowy lub emocjonalny; nie przylgnięcie do wszystkich prawd objawionych (wiara dogmatyczna), ale zwykłe poczucie duchowego komfortu, ufność, że nasze grzechy są wybaczone, a my sami zbawieni (wiara ufna). Luterański przewrót kopernikański został ujęty w ramy systemu filozoficznego przez kantyzm, który deprecjonuje rozum (agnostycyzm), a żeby oprzeć na czymś religie, odwołuje się do woli czyli „rozumu praktycznego”.

Rewolucja modernistyczna

Modernizm oraz dzisiejszy neomodernizm idą w ślady protestantyzmu i kantyzmu, nawet jeśli od kantowskiego przeciwstawiania „czystego rozumu” (tzn. intelektu) „rozumowi praktycznemu” (tzn. woli), wolą przeciwieństwo rozumu i uczuć: „wedle modernistów – pisze św. Pius X – objawienie Boże nie może się stać wiarygodne dzięki znakom zewnętrznym i dlatego ludzie mogą być skłaniani do wiary jedynie przez własne doświadczenie lub prywatne natchnienie” (Pascendi).

Istotnie, wbrew dogmatycznym definicjom Soboru Watykańskiego I (De fide, kan. 3; De Revelatione, kan. 1), moderniści twierdzą, że człowiek nie może być pewnym istnienia Boga ani faktu Jego interwencji w dzieje rodzaju ludzkiego poprzez zewnętrzne Objawienie. Jednakże modernizm nie podpisuje się pod ateizmem, a wręcz przeciwnie – twierdzi, że jest wierzący. „Bóg rzeczywiście istnieje – twierdzi – i jestem tego pewien”. Skąd ta pewność? Jej Źródłem nie jest ani rozum, ani Boże Objawienie, ale „doświadczenie religijne”. Wedle modernistów jedynie owo osobiste, subiektywne i wewnętrzne „doświadczenie religijne”, owo „przeczucie serca” sprawia, że człowiek osiąga pewność istnienia Boga. Kto nie „czuje” Boga, nie może Go znaleźć gdzie indziej: jedynie uczucie i doświadczenie religijne, objawiające Boga człowiekowi, konstytuują osobę „wierzącą” (patrz Pascendi św. Piusa X). Można stąd natychmiast wyciągnąć wniosek, że celem całej działalności modernistów jest wzbudzanie i propagowanie „doświadczenia” boskości, jako że „ludzie mogą być skłaniani do wiary jedynie przez własne doświadczenie lub prywatne natchnienie” (por. Pascendi i Vaticanum I, De Fide, kan. 3).

Jednak choć prawdą jest, że doświadczenie religijne, jeśli rozumie się je jako życie wiary, przydaje prawdom wiary większego światła i ciepła, to prawdą jest też, że źródłem życia wiary są prawdy wiary. Bez nich nie ma autentycznego życia wiary, ponieważ także i w tej dziedzinie rozum winien prowadzić i oświecać wolę, zmysły oraz wszelkiego rodzaju doświadczenie boskości. Kiedy doktrynę odsuwa się na bok, nic nie jest już w stanie zapewnić człowieka, że kiedy idzie za wewnętrznym poruszeniem lub pociągiem, nie pada ofiarą złudzenia (lub mamienia szatańskiego). Roszczenie sobie prawa do bezpośredniego zmysłowego kontaktu z istotą Boską to arogancja i równia pochyła, po której pseudomistycyzm ześlizguje się w złudzenia, szatańskie mamienia, a często i w błoto. Kiedy poszukiwaniu mistycznych doświadczeń, nawet nadzwyczajnych, towarzyszy choćby milczące odrzucenie doktryny katolickiej, wydanie przez Boga na pastwę „ducha obłędu” (Iz 19, 14) jest rzeczą pewną i zaczynają się mnożyć oszustwa.

Przewrót doktrynalny

Zanim do tego przejdziemy, należy rzucić okiem na całkowity przewrót doktrynalny, którego źródłem jest, w systemie modernistów, nacisk na „doświadczenie religijne”. Nie oszczędza on żadnej z fundamentalnych prawd katolickich; pseudomistycyzm to tylko czubek diabelskiej góry lodowej na prostej drodze Kościoła.

Dla modernistów wiara, jak już to widzieliśmy, nie jest już nadprzyrodzonym uznaniem przez rozum Bożego Objawienia, ale zwykłym, naturalnym uczuciem. Objawienie to nie wydarzenie historyczne, zewnętrzne wobec osoby wierzącej, zamknięte wraz ze śmiercią ostatniego Apostoła, które zostało nam przekazane drogą pisanej oraz ustnej tradycji, ale coś teraźniejszego, wewnętrznego, co ma się ustawicznie odnawiać w każdej jednostce i na użytek każdego pokolenia, uświadomienie sobie przez człowieka „doświadczenia” boskości. Sama religia chrześcijańska to nic innego, jak owoc doświadczenia boskości urzeczywistnionego w świadomości Chrystusa, „człowieka doskonałej natury, jakiej nigdy nie widziano i nigdy więcej się nie zobaczy” (ale tylko człowieka), które ma się odnawiać w Jego uczniach. Jednakże można, a nawet trzeba uznać, że analogiczne „doświadczenie religijne” było także udziałem Mahometa, Buddy oraz wszystkich innych założycieli wielkich religii. Co najwyżej można przyjąć, że stopień doświadczenia i świadomości religijnej u Chrystusa jest nieco wyższy, ale tak, jak mówi się o objawieniu chrześcijańskim, można i należy mówić (jak to dziś się faktycznie robi) o „objawieniu” mahometańskim, buddyjskim etc. Wynikiem tego jest zniesienie wszelkich różnic między religią naturalną, a objawioną religią nadprzyrodzoną, między religią prawdziwą a fałszywymi. Z jednej strony religia chrześcijańska u „Chrystusa – człowieka”, nie mniej niż u innych założycieli religii pozytywnych, „jest całkowicie spontanicznym owocem natury ludzkiej” (naturalizm), zaś z drugiej, wszystkie religie są dobre i objawione przez Boga (ekumenizm). Wystarczy odrzucić motywy wiarygodności chrześcijaństwa oraz odniesienie do solidnej doktryny, a zamiast tego oprzeć się na „doświadczeniu religijnym”, a natychmiast „teoria o doświadczeniu religijnym, połączona z teorią symbolizmu – pisze św. Pius X – prowadzi do uznania wszelkiej religii, nawet pogańskiej, za prawdziwą. Czyż bowiem w każdej innej religii nie spotykamy tego typu doświadczeń? Wielu się na to zgadza. A jeśli tak, to jakim prawem moderniści przeczą prawdziwości doświadczenia jakie znajdujemy np. w religii mahometańskiej; dlaczego prawdziwe doświadczenia mają być własnością jednych tylko katolików? I tu moderniści nie przeczą: jedni skrycie, inni otwarcie wyznają, że wszelkie religie są prawdziwe” (Pascendi).

Tradycja polega już nie na przekazywaniu prawd objawionych przez Boga, ale „doświadczeń religijnych”, które mają wzbudzać nowe doświadczenia („żywa” Tradycja). Samo Pismo Święte, Nowy i Stary Testament, staje się jedynie wytworem i zbiorem „doświadczeń religijnych”, a natchnienie nie jest niczym innym, jak impulsem pobudzającym do ich wyrażenia.

Dogmaty są jedynie intelektualnym wyrazem danego doświadczenia religijnego, zgodnie z koncepcjami filozoficznymi dominującymi w danej epoce. Jednakże ono samo, jak każde doświadczenie, pozostaje osobiste i nie da się go przekazać. Zatem dogmaty nie ustalają prawd objawionych, ale są tylko tymczasowym i nieadekwatnym wyrazem doświadczenia religijnego, a zatem ich przeznaczeniem jest ewoluowanie razem z nim. Nie mają żadnej wartości poznawczej, a jedynie praktyczną. Kiedy na przykład mówi się, że Bóg będzie nas sądził, oznacza to tylko: „Należy się zachowywać jak gdyby Bóg miał nas sądzić”. Czy zaś Bóg będzie nas rzeczywiście sądzić, tego nie wiemy i nigdy nie będziemy wiedzieć (agnostycyzm). Dogmat jest „prawdziwy” tak długo, jak okazuje się być zdolnym podsycać pobożność czy też; wzbudzać nowe uczucia religijne. Jeśli okazuje się ku temu nieużyteczny, to staje się „fałszywy”, a zatem powinien zostać zmieniony (ewolucja prawd wiary).

W ten sposób moderniści wszystko sprowadzają, do uczuć oraz do doświadczenia religijnego i wyjaśniają w zależności od nich. Sama zaś apologetyka sprowadza się dla nich do pobudzania ku niedowiarstwu i wątpliwościom, ku „doświadczeniu” chrześcijaństwa.

Apostazja

Droga, „doświadczenia religijnego” modernizm dochodzi w ten sposób do „nowej religii”, która nie jest religią ustanowioną) przez Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Mamy do czynienia z prawdziwa, apostazją przystrojoną w szaty pozornie słusznych racji, a w szczególności błędnej – bo pozbawionej swego fundamentu, którym jest wiara miłości (miłości „ekumenicznej”).

Pod płaszczykiem zwodniczej „mistyki”

Odrzucenie obiektywnej i niezmiennej prawdy (która jest jedynym kryterium przy ocenie rzekomych „objawień”), które wynika z poszukiwania „doświadczeń religijnych”, nawet nadzwyczajnych (czego surowo zakazuje prawdziwa mistyka), czyni z modernizmu, podobnie jak wcześniej z protestantyzmu, sprzyjający grunt dla przeróżnych „mistycznych” złudzeń, będących owocem fantazji i uczuć, ludzkich oszustw, a nawet mamień szatańskich. Św. Jan od Krzyża pisze: „Szatan cieszy się bardzo kiedy dusza łatwo przyjmuje objawienia i kiedy widzi, że ma do tego pociąg, ponieważ ma on wtedy wiele okazji i sposobów, by podsuwać liczne błędy i odciągać ile może od wiary” (Wejście na Górę Karmel, ks. 2, rozdz. 10, nr 10).

Faktem jest (niech to wyjaśni, kto potrafi), że prawie wszyscy dzisiejsi „mistycy” i „charyzmatycy”, pod płaszczykiem zachęty do modlitwy, postu, etc. (Szatan, jak wiadomo, gotów jest „stracić trochę, aby zyskać wiele”), szerzą dwa najgroźniejsze błędy modernizmu: indyferentyzm religijny i ekumenizm.

Spójrzmy na jedną z charyzmatyczek Vassulę Ryden. Informacje czerpiemy z książki pt. „Medjugorie – duch i prawda” (warto zauważyć, że Vassula Ryden i Medjugorie propagują się nawzajem). Vassula Ryden, „św. Franciszka Rzymska naszych czasów”(tylko dlatego, że jest mężatką i ma dzieci), która nie jest nawet katoliczką, ale prawosławną, jeździ dokoła świata, aby głosić katolikom, w imieniu arcykatolickiego „Najświętszego Serca”, modernistyczną „miłość bez wiary” (patrz św. Pius X). „Klucz do jedności – mówi ona – to miłość i pokora (...). Wielu księży prawosławnych sądzi, że jedność nadejdzie wtedy, gdy katolicy nawrócą się na prawosławie, zaś wielu katolików sądzi, że na odwrót. Otóż obie strony są w błędzie” (s. 82). „Zatem wszystko dokona się w sercu?” – pyta dziennikarz. Odpowiedź brzmi: „Właśnie tak” (s. 83). „Zatem – mówi Vassula – nie ma żadnego powodu, bym miała zostać katoliczką” (s. 83), to czego pragnie Jezus to „jedność osiągnięta poprzez serce”. Nowy (!) Kościół, który pragnie On zjednoczyć, jest zjednoczony w sercu (tamże).

Jak widać Jezus Vassuli ma zupełnie inne poglądy niż Jezus z Ewangelii, który nie ma zamiaru jednoczyć żadnego „nowego Kościoła”, ponieważ Jego Kościół został już przezeń zjednoczony dwa tysiące lat temu, i to nie tylko „w sercu”, ale i w rzeczywistości. Od tamtej pory do dziś został przezeń zachowany w jedności, pomimo niedoskonałości wielu jego członków w przeciągu dziejów.

„Czy nigdy nie zastanawiał się Pan – pyta „mistyczka” Vassula dziennikarza – dlaczego Jezus nie wybrał katolika, aby przekazać to przesłanie, mimo, iż przedstawia się jako Najświętsze Serce? Zechciał wybrać prawosławną, która na niczym się nie zna i formuje ją wedle wzorców katolickich właśnie po to, by pokazać, że Jemu nie robi to różnicy. Tak, jedność dokona się w sercu. Najświętsza Dziewica powiedziała to w Medjugorie” (tamże). Zatem, „w niedzielę idę do cerkwi..., w inne dni –do katolików: Dla mnie to bez różnicy... Jezus mnie prowadzi i nigdy się nie przeciwstawiał mojemu zachowaniu.” W ten sposób, w imię „mistycznego” Jezusa, „widząca” chce zamknąć usta tym, którzy chcieliby zaprotestować w imieniu Jezusa z Ewangelii. Nie! Jezus – ten prawdziwy – nie przeczy własnym słowom. Nie przeczy także temu, czego Jego Kościół nauczał w sposób nieomylny od dwu tysięcy lat. W rzeczywistości „Jezus” Vassuli podaje do wierzenia doktrynę niekatolicką, przystrojoną w kilka katolickich terminów, czyli herezję modernizmu, która naucza, że wszystkie religie są dobre i wpaja indyferentyzm religijny, Jedność w różnorodności”, o której mówią protestant Cułmann i kard. Ratzinger (p. „Courrier de Rome”, styczeń 1994: „Ratzinger, «Ekumeniczny prefekt»... ku obaleniu papiestwa...!?”).

Owa „jedność w sercu”, bez jedności wiary, została już potępiona przez Piusa XI w Mortalium animos słowami, które wyglądają jak gdyby napisano je specjalnie dla Vassuli Ryden: „Zdawać by się mogło, że panchrześcijanie, dążąc do połączenia wszystkich Kościołów, zmierzają ku wzniosłemu celowi, jakim jest pomnożenie miłości wśród wszystkich chrześcijan. Jakżeż jednak byłoby rzeczą możliwą, by po zniszczeniu wiary zakwitła miłość? Wszyscy przecież wiemy, że właśnie Jan, Apostoł miłości, który w swej Ewangelii odsłonił w pewien sposób tajemnicę Najświętszego Serca Jezusowego, a który uczniom swym zwykł wpajać nowe przykazanie: „Miłujcie się nawzajem”, że właśnie on ostro zabronił utrzymywać stosunki z tymi, którzy nie wyznawaliby wiary Chrystusa w całości i bez uszczerbku: Jeśli do was przyjdzie ktoś i wniesie z sobą tej nauki, nie przypuśćcie go do domu i nie powiedzcie bądź pozdrowiony” (Mortalium animos, Jaidhof 1995, s. 10n.).

Jednak w naszych czasach nowa „apostołka miłości”, wybrana przez Jezusa wśród prawosławnych, „właśnie po to, by pokazać, że Jemu nie robi to różnicy”, wyjawia katolikom, że Najświętsze Serce Jezusowe... zmieniło dziś zdanie i sądzi coś dokładnie odwrotnego!

Współwinny kler i hierarchia

Jaki katolik może brać na poważnie podobne „objawienia”? Katolickie reguły, które pozwalają poznać czy rzekome „objawienia” pochodzą od Boga, czy z innego źródła (złudzenie albo diabelskie oszustwo), są jasne: „Za fałszywe należy uważać wszelkie objawienie prywatne, stojące w sprzeczności z jakąś prawdą wiary” (Tanquerey, Zarys teologii ascetycznej i mistycznej, nr 1501, WAM, Kraków 1949). „Zatem gdyby została nam objawiona jakaś rzecz nowa albo inna w dziedzinie wiary, nie powinniśmy jej przyjmować w żaden sposób, nawet gdybyśmy byli pewni, że ten, który nam ją przedstawia jest aniołem z Nieba. Tak mówi św. Paweł (Gal, 1,8) i (św. Jan od Krzyża, „Wejście na Górę Karmel” ks. 2, rozdz. 27, nr 3).

Cóż zatem powiedzieć, kiedy jako wysłannik Nieba przychodzi nie anioł, ale prawosławna, która pomimo „mistycznych” kontaktów z „Najświętszym Sercem” głosi, że chce pozostać w schizmie i herezji?

A jednak daje się zauważyć (co już łatwiej wytłumaczyć), że tego rodzaju „mistycy” i „charyzmatycy” znajdują życzliwe przyjęcie wśród neomodernistycznego duchowieństwa. Wydawnictwa „katolickie”, na których błędy nie ma już miary, wydają pisma Vassuli Ryden, podczas gdy Laurentin – jeden z najbardziej nieszczęsnych teologów epoki posoborowej, który nie wierzy w dziewictwo Najświętszej Maryi Panny, ale za to „wierzy” w Medjugorie – bardzo aktywnie propaguje ekumeniczną „mistyczkę”. Natomiast włoskie pismo „II Segno del sopranaturale” (naiwnie mieszające prawdziwe i fałszywe objawienia, z przewagą, prawdę mówiąc, tych drugich) opublikowało niedawno zdjęcie Vassuli Ryden przyjętej na audiencji przez... Jana Pawła II!

Z wielu źródeł wiadomo, że Jan Paweł II „z niepokojem ,ale i radością” obserwuje wydarzenia w Medjugorie (patrz bp Hlinica w: „Il Segno del sopranaturale”, maj 1988, „Eco di Medjugorie”, nr 96, październik 1992). Z kolei kard. Ratzinger wyraża opinię zasadniczo przychylną ruchowi charyzmatycznemu: „Jest to z pewnością nadzieja, pozytywny znak czasu, dar Boży dla naszej epoki” („Raport o stanie wiary”).

Nie możemy zatem zgodzić się z wiernymi, którzy twierdzą, że Kościół oficjalny odrzuca pseudobjawienia pseudomistyków. Być może paru księży czy biskupów, świadomych odpowiedzialności przed Bogiem, nie chce być wspólnikami tak poważnego i ordynarnego oszustwa, nawet jeśli zorganizowane jest ono na skalę światową. Natomiast faktem jest, że „mistycy” i „charyzmatycy” cieszą się dziś nieostrożną i bezwarunkową sympatią, podczas gdy prawdziwi mistycy (że dość wspomnieć Padre Pio) napotykają nie tylko na powściągliwa, ostrożność, ale nawet na wrogość. Dlatego charyzmatyczny ruch zielonoświątkowców, aby pozostać przy przytoczonym przykładzie, spotkał się z poparciem Jana Pawła II, pomimo demonstrowanych ze wszystkich stron herezji. Dlatego też kard. Ratzinger przemyślnie pogrzebał opinie bpa Zanica potępiającą Medjugorie, a także zasadniczo negatywny wyrok jugosłowiańskiej konferencji episkopatu („nie ustalono, że zjawiska mają charakter nadprzyrodzony”). Dlatego biskup – „uzdrowiciel” Milingo, który popiera śmieszną fałszywkę „cudownego” zdjęcia Jezusa (patrz „Si si no no”, 15 kwietnia 1995 r.), odrzucaną przez jego afrykańskich współbraci, znalazł poparcie i gościnę w Watykanie. Skąd bierze się to odstąpienie od tradycyjnej przezorności Kościoła wobec zjawisk „charyzmatycznych”? Stąd, że dzisiejsza hierarchia, i to aż po same szczyty (mamy obowiązek jasno to powiedzieć), składa się z licznych modernistów i filomodernistów, którzy z przedstawionych wyżej powodów, są przychylni wszelkiego rodzaju „doświadczeniom religijnym”. Wystarczy wspomnieć Ursa von Balthasara, jednego ze „świętych ojców” neomodernizmu, pogrążonego w fałszywym „mistycyzmie” Adrianny von Speyr, którego Jan Paweł II mianował kardynałem, wspierając jednocześnie swym autorytetem rzymskie sympozjum ku czci tejże Adrianny von Speyr (patrz „Courrier de Rome”, czerwiec 1993, ,,Urs von Balthasar, ojciec ekumenicznej apostazji”).

„Stracić trochę, aby zyskać wiele”

Istnieje jednak inny motyw, który może wyjaśnić mniej lub bardziej jawną przychylność modernistów w hierarchii dla rozwijającego żagle „pseudomistycyzmu”. Kiedy wydawało się, że dawny modernizm jest już martwy, A. Loisy tak wyjaśniał przyczynę klęski: „Mniej czynnika rozumowego, a więcej religijnego entuzjazmu, a byłby silniejszy” („Choses passies”, s. 355). Moderniści to bowiem w istocie rzeczy intelektualiści i nawet jeśli ich sofizmy i język zdołały zafascynować jakieś „elity”, to dla mas pozostały niezrozumiałe (jakiś czas temu kard. Ratzinger skarżył się w identyczny sposób odnośnie „nowych teologów”). Zatem nie ma nic lepszego od „mistyków” i ruchów „charyzmatycznych”, by wzbudzić u zwykłych wiernych ów „entuzjazm religijny”, którego tak potrzebuje neomodernizm, aby nie stać się również „sztabem bez wojska” (J. Riviere), skazanym po raz kolejny na przegraną. Nawet Teilhard de Chardin S.J., jeden ze „świętych ojców” neomodernizmu, pragnął, aby jego „nowa Wiara dla Ziemi” rozwijała się w łonie dawnego chrystianizmu „wychodząc od cudownej rzeczywistości Jego „Chrystusa Zmartwychwstałego”: nie jak abstrakcyjna całość, ale jak przedmiot szerokiego prądu mistycznego, nadzwyczaj żywotnego i potrafiącego się przystosować” (list do pewnego dominikanina-apostaty, który go zachęcał do oficjalnego wystąpienia z Kościoła; patrz „Courrier de Rome”, czerwiec 1994).

Nie będzie rzeczą zuchwałą wysnuć przypuszczenie, że obecni modernistyczni członkowie hierarchii widzą we wszelkiego rodzaju ruchach „charyzmatycznych” i w różnych ekumenicznych „mistykach” skuteczne narzędzie dla rozprzestrzeniania modernizmu wśród mas, a także dla usprawiedliwienia „z nieba” nowego kierunku Kościoła. Zaś lud chrześcijański, podwójnie wprowadzony w błąd, nawet sobie nie wyobraża, że poprzez „mistyczno – charyzmatyczne” mgliste obłoki w postaci zachęty do miłości, modlitwy i pokuty (w tym i postu), popychany jest na drogę apostazji. Jak bardzo prawdziwa jest zasada, że szatan „wie, że trzeba stracić trochę, aby zyskać wiele” (bł. Maria Acarie, założycielka Karmelu we Francji). W tym przypadku stawka jest wielka i decydująca. Papieże ostrzegali wielokrotnie: „podstawa, na której opiera się [ruch na rzecz jedności między chrześcijanami] ma tę właściwość, że wywraca od stóp do głów Boską konstytucję Kościoła” – pisał Pius IX do angielskich biskupów (16 września 1884), zaś Pius XI ostrzegał katolików, że przystępując do ruchu ekumenicznego lub udzielając mu swego wsparcia, „przydaliby wagi do fałszywej religii, różnej całkowicie od jedynego Kościoła Chrystusowego” (Mortalium animos). Nie należy się dziwić, że Szatan używa wszelkich środków dla poparcia współczesnego ruchu ekumenicznego.

Jak się obronić!

Jak widać, oszustwo „mistyków” i wszelkiego rodzaju ruchów „charyzmatycznych” (do tej kategorii zaliczamy także tzw. „nowe ruchy kościelne”, wszystkie mniej lub bardziej skażone pietyzmem), jest zjawiskiem o wiele poważniejszym, niż przeróżni fałszywi mistycy, przed którymi Kościół od czasu do czasu zmuszony był się bronić.

Widać też jasno, że nasza walka sytuuje się na płaszczyźnie doktrynalnej, ponieważ zwalczając błędy neomodernizmu, sięgamy korzeni obecnego pseudomistycyzmu. Co by nie było, tak na płaszczyźnie doktrynalnej, jak i w stosunku do rzekomych „objawień”, postawa dzieci Kościoła powinna być w istocie taka sama: trzymać się nieugięcie tego, co Kościół nauczał od dwu tysięcy lat, co tak streszcza Tanquerey odnośnie zjawisk mistycznych: „wszelkie objawienie przeciwne wierze lub dobrym obyczajom powinno być odrzucone bez litości, zgodnie z jednomyślną nauką mistrzów duchownych, opartą na tych słowach św. Pawła: „Ale choćbyśmy my, albo anioł z nieba przepowiadał wam ponad to, cośmy wam przepowiadali, niech będzie przeklęty” (Tanquerey, op. cit. nr 1501).

Isidorus (,,Courrier de Rome” nr 169, czerwiec 1995)

Zawsze Wierni, nr 17, 07-08.1997, s. 10.

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Skrajne wnioski są złe i kierują do niewłaściwych osądów. Trzeba różne, a przede wszystkim chcieć wszystkie argumenty wyłowić pod uwagę, nie tylko te, które są korzystne teraz.
Kochając ślepo Boga, można podeptać człowieka, a kochając ślepo człowieka, zapomina się o Bogu. Jest jeszcze kwestia miłości do siebie samego, którą często się pomija.
Dramat nas Katolików polega na tym, że wyobrażamy sobie, że jesteśmy narodem wybranym i mamy zagwarantowane miejsce w Niebie z powodu Wiary, przez co przesypiamy i oblewamy egzamin z Miłości do bliźniego i samego siebie.

Prześlij komentarz



______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________