wtorek, 8 grudnia 2020
Ks. Jules Didiot: Niepokalane Poczęcie
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Komisja Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski: "Opinia teologiczna na temat praktyki „przebaczenia Bogu”
1. Od pewnego czasu dostrzegamy wśród wiernych wzrost zainteresowania praktyką duchową, polegającą na wzbudzaniu w sobie aktów przebaczenia Bogu. Chociaż może ona przybierać różne formy, to jej istotą jest zawsze pewien akt wewnętrzny, a niekiedy także zewnętrzny (modlitwa publiczna), w którym deklaruje się przebaczenie Bogu lub prosi Boga o łaskę uczynienia tego. Ponieważ jest to praktyka stosunkowo nowa, nieobecna w tekstach liturgicznych Kościoła oraz w innych klasycznych źródłach duchowości i pobożności chrześcijańskiej, należy bacznie jej się przyjrzeć oraz ocenić, czy jest ona zgodna z nauczaniem Kościoła katolickiego, a w konsekwencji – czy powinna być zalecana, czy też należy przed nią przestrzegać.
2. Już na początku warto zauważyć, że niekiedy używa się wyrażenia „przebaczenie Bogu” na oznaczenie duchowego aktu, który tradycyjnie nazywany jest „przyjęciem Bożej woli”, zgodnie ze słowami z Modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja!” (Mt 6,10). „Przebaczeniem” nazywa się akt zgody na zrządzenia Opatrzności, a więc uznania, że za niezrozumiałymi i trudnymi do zaakceptowania zdarzeniami kryje się życzliwy zamysł Boga, którego w czasie naszego doczesnego życia nie potrafimy w pełni pojąć. Mamy więc tu do czynienia raczej z zmianą w obrębie języka, niż oznaczanej treści.
Podobnie, wyrażenie „przebaczenie Bogu” czasem stosuje się do oznaczenia tych aktów duchowych, które w Kościele katolickim tradycyjnie określa się nazwami: „akt nadziei”, „akt zaufania Bogu” lub „pojednanie z Bogiem”.
Chcemy podkreślić, że w obydwu przypadkach taka zmiana może prowadzić do niepotrzebnych nieporozumień i błędnych skojarzeń, dlatego lepiej zachować tradycyjne, osadzone w nauczaniu Kościoła katolickiego nazewnictwo: „przyjmuję wolę Bożą” oraz „ufam Bogu”, nie zaś: „przebaczam Bogu”.
W dalszej części tego dokumentu odniesiemy się jednak do praktyki, w której wyrażenie „przebaczenie Bogu” nie jest rozumiane jako równoznaczne z „przyjęciem Bożej woli”, „aktem nadziei”, „aktem zaufania Bogu” lub „pojednaniem z Bogiem”, lecz jest aktem o odmiennym charakterze.
3. Trudno określić historyczne pochodzenie tej praktyki. Niewątpliwy wpływ na jej powstanie miało wprowadzanie do chrześcijańskiej duchowości różnych twierdzeń i metod terapeutycznych, właściwych dla współczesnych nurtów psychologii. Dla zrozumienia omawianej praktyki ważne jest jednak przede wszystkim dostrzeżenie głębokich ludzkich potrzeb i reakcji, które przyczyniły się do jej powstania. Otóż, doświadczenie osobiście niezawinionej i niezrozumiałej krzywdy (przybierających rozmaitą postać: cierpienia płynącego z choroby i niepełnosprawności; bólu utraty bliskich; doznawania zła ze strony ludzi, szczególnie bolesnego wówczas, gdy jest wyrządzane przez najbliższych; samotności, zawiedzionych nadziei itp.) mogą prowadzić do potrójnej reakcji:
3.1. reakcji intelektu pytającego, kto jest za dane zło odpowiedzialny;
3.2. reakcji woli, odrzucającej Boże wyroki, a nawet samego Boga.
3.3. reakcji sfery uczuciowej, wyrażającej się w doświadczaniu osamotnienia, gniewu, niepokoju, żalu itp.
Praktyka przebaczenia Bogu – jak uczą jej zwolennicy – ma być w głównej mierze odpowiedzią na uczuciową reakcję na zło (3.3). Wychodzi się w tym przypadku z założenia, że uczucia żalu i pretensji wobec Boga, powstałe wskutek doświadczonego zła, mogą stanowić poważną przeszkodę w nawiązaniu głębokiej z Nim relacji. Praktyka przebaczania Bogu ma zatem doprowadzić do sytuacji, w której ktoś pokrzywdzony może otwarcie wypowiedzieć swoje często ukryte żale i pretensje wobec Boga. Takie szczere przyznanie się przed Bogiem do pretensji względem Niego, a następnie przebaczenie Mu miałoby mieć pożądane skutki terapeutyczne, prowadząc do pojednania z sobą samym oraz ze Stwórcą. W tej terapeutycznej logice nie ma konieczności poszukiwania odpowiedzi teoretycznych, a więc stawiania pytań dotyczących faktycznej odpowiedzialności Boga za cierpienia, które spotykają ludzi (3.1). Chodzi bowiem raczej o to, by – abstrahując od teologicznych rozstrzygnięć (3.1) – uleczyć zranione uczucia (3.3) i naprawić relację z Bogiem dzięki wyzwoleniu, które przynosi przebaczenie (3.2).
4. Aby wydać opinię na temat zgodności duchowej praktyki przebaczenia Bogu z nauką chrześcijańską, należy najpierw zauważyć:
4.1. W Piśmie Świętym, zarówno Starego jak i Nowego Testamentu, nie ma przypadków stosowania praktyki przebaczenia Bogu. Przebaczającym jest przede wszystkim sam Bóg, ludzie zaś mogą wprawdzie przebaczać innym ludziom, lecz nie Bogu.
4.2. Pan Jezus nie praktykował przebaczenia Ojcu i nie uczył tego, raczej prosił Ojca o przebaczenie dla innych. Pouczające jest, że w chwili wielkiego, całkowicie niewinnego cierpienia śmierci na Krzyżu, Chrystus prosi Boga o przebaczenie dla swoich oprawców:
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).
4.3. W żadnych pomnikach Tradycji nie znajdujemy zachęty do praktyki przebaczenia Bogu.
5. Nieobecność praktyki przebaczenia Bogu w depositum fidei jest w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę generalne zasady, którymi kieruje się Pismo Święte i Tradycja w opisie relacji człowieka do Boga. Duchowa praktyka przebaczenia Bogu sprzeciwia się bowiem objawionej nauce o transcendencji Boga wobec człowieka (5.1), o Opatrzności Boga (5.2) i o naturze przebaczenia (5.3 i 5.4):
5.1. W nauce objawionej Bóg jest kimś bliskim, ale równocześnie przekraczającym „myśli i drogi” człowieka (Ps 8,2), ponieważ „wielkość Jego niezgłębiona” (Ps 145,3). Św. Paweł pisze:
„O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi” (Rz 11,33).
Bóg jest więc kimś transcendentnym, przekraczającym wszystko, co człowiek może o nim pomyśleć i powiedzieć (Sdz 13,17-18; Koh 11,4-5; 1Tm 6,15-16). Jest absolutnie święty (Iz 6,3); jest „światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1 J 1,5). Ta właśnie „inność” pozwala Mu być zarazem kimś człowiekowi najbliższym, ponieważ skoro jest tak „inny”, a więc przekraczający właściwe stworzeniom uwarunkowania, może być bliżej człowieka niż jakiekolwiek stworzenie, a nawet bliżej niż człowiek sam dla siebie.
„Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone” (Iz 57,15).
Chrześcijańska nauka o Bogu oparta jest więc na przekonaniu o równowadze i wzajemnym warunkowaniu się Boskiej „inności” i bliskości. Gdyby w mocy człowieka leżało przebaczenie Bogu, oznaczałoby to istotne naruszenie tej równowagi. Człowiek umieszczałby siebie w miejscu przebaczającego Stwórcy, a Stwórcę w miejscu właściwym dla stworzenia. Przed tego rodzaju pokusą zamiany miejsc nauka Kościoła katolickiego ostrzega jasno i wyraźnie.
5.2. Katechizm Kościoła Katolickiego naucza:
„Dopuszczenie przez Boga zła fizycznego i zła moralnego jest tajemnicą. Bóg ją wyjaśnia przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał by zwyciężyć zło. Wiara daje nam pewność, że Bóg nie dopuściłby zła, gdyby nie wyprowadzał z niego dobra drogami, które poznamy w pełni dopiero w życiu wiecznym”[1].
Prawdą objawioną jest zatem istnienie Opatrzności Boga – są nią Jego tajemnicze zrządzenia, przez które Bóg z miłością i mądrością prowadzi wszystkie stworzenia, szczególnie te rozumne, do szczęścia i spełnienia w życiu wiecznym. Dlatego Chrystus wzywa do dziecięcego zaufania Opatrzności Ojca niebieskiego, który troszczy się o potrzeby swoich dzieci (Mt 6,26-32)[2]. Praktyka przebaczenia Bogu może kryć w sobie sugestię, że zamysły Stwórcy wobec stworzenia niekoniecznie są życzliwe, lecz kryje się za nimi jakaś złośliwość i chęć wyrządzenia krzywdy. Taki obraz Boga byłby jednak karykaturalny i wprost zaprzeczałby objawionej prawdzie o Jego Opatrzności.
5.3. W kontekście relacji Boga do człowieka, przebaczenie nierozłącznie wiąże się z grzechem, a więc wykroczeniem człowieka przeciwko bliźniemu lub Bogu. Wykroczenie to sprowadza cierpienie i poczucie winy, które niekiedy są przytłaczające (Ps 38,5). Przebaczenie, którego pełnię przynosi Jezus Chrystus w Duchu Świętym (por. Mt 26,28; Ef 1,7; 1 J 2,12; J 20,22), jest uzdrawiającą odpowiedzią Boga na ten stan. Stosowanie praktyki przebaczenia Bogu sugerowałoby zatem, że Bóg jest krzywdzicielem i że dopuszcza się wobec ludzi rozmaitych wykroczeń, co stoi w jawnej sprzeczności z wypowiedziami autorów natchnionych na temat świętego, sprawiedliwego i miłosiernego Stwórcy i Pana.
„On Skałą, dzieło Jego doskonałe, bo wszystkie drogi Jego są słuszne; On Bogiem wiernym, a nie zwodniczym, On sprawiedliwy i prawy” (Pwt 32,4).
Bóg nigdy nie jest krzywdzicielem człowieka! Wytworzenie obrazu Boga nieżyczliwego człowiekowi jest – jak uczy Rdz 3,1-4 – zasadniczym celem szatana.
5.4. Przebaczenie winnemu powoduje, że zmienia się relacja pomiędzy obrażonym grzechem Bogiem a winowajcą, co umożliwia temu drugiemu zapoczątkowanie nowego życia. Przebaczenie więc może być uzdrawiające, jeśli grzesznik, ufając miłosierdziu Boga, wyznaje Mu swoje winy i skruszony oczekuje Bożego zmiłowania. W nauce biblijnej nie ma więc miejsca na praktykę przebaczenia Bogu, ponieważ jej przyjęcie prowadziłoby do absurdalnych konsekwencji: człowiek stawałby się uzdrowicielem Boga, zaś Bóg musiałby liczyć na miłosierdzie człowieka i odczuwać skruchę z powodu krzywdy mu wyrządzonej. Aby zatem przy stosowaniu praktyki przebaczenia Bogu uniknąć tych niedorzecznych konsekwencji, należałoby ją potraktować jako pewną analogię tego przebaczenia, którego udzielają sobie wzajemnie ludzie, nie zaś tego, którym Bóg obdarza człowieka. W takiej jednak sytuacji Bóg, któremu człowiek przebacza, musiałby zostać postawiony w miejscu drugiego człowieka, a zarazem, co gorsze, krzywdziciela. Dokonałaby się więc zamiana miejsca, o której była już mowa w punkcie 5.1. Taka zamiana miejsc wiązałaby się nadto z projekcją na Boga ludzkich, niegodziwych zachowań. Nauka objawiona natomiast dobitnie przed tym ostrzega:
„[…] Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku ciebie jestem Ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać” (Oz 11,7-9).
„Czy myślisz, że jestem podobny do ciebie?” (Ps 50,21).
„Czy oczy Twoje cielesne lub patrzysz na sposób ludzki?” (Hi 10,4).
„[…] przecież Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko” (1 J 3,19-20).
6. Choć w źródle objawionym – ani w Piśmie Świętym, ani w Tradycji – nie odnajdujemy przykładów praktyki przebaczenia Bogu, to jednak zawiera ono wiele przykładów niesłychanie szczerego, niekiedy wręcz dramatycznego wyrażania na modlitwie przed Stwórcą skargi, bólu i żalu z powodu doznanej krzywdy (por. Hi 3).
„Ciebie błagałem o pomoc. Bez echa. Stałem, a nie zważałeś na mnie. Stałeś się dla mnie okrutny. Uderzasz potężną Twą ręką. Porywasz mnie: jak wóz unosi mnie wicher, wśród burzy mnie zatapiasz. Wiem, że mnie prowadzisz do śmierci, wspólnego miejsca żyjących” (Hi 30,20-23).
Pismo nie waha się mówić o sporze udręczonego cierpieniem człowieka z Bogiem (Hi 16,20-21).
„Nie potępiaj mnie, powiem do Boga. Ujawnij mi, o co spór ze mną wiedziesz. Przyjemnie Ci mnie uciskać, odrzucać dzieło swoich rąk i sprzyjać radzie występnych?” (Hi 10,2).
Wiele podobnych modlitw „wylania duszy przed Bogiem” (1 Sm 1,15) i „wyjawienia przed Nim swej udręki” (Ps 142,3) znajdujemy w Psalmach, a sam Zbawiciel modlił się słowami jednego z nich na Krzyżu, gdy doznawał niezmiernej udręki: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Ps 22,1). To właśnie Psalmista z całkowitą otwartością przedstawia Bogu doświadczane przez siebie stany duchowe. Są to na przykład:
– świadomość oddalenia od Boga:
„Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku. Boże mój, wołam w ciągu dnia, a nie odpowiadasz, i nocą, a nie zaznaję pokoju” (Ps 22,2-3).
„Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał? Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze? Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania, a w moim sercu codzienną zgryzotę?” (Ps 13,2-3)
– przytłoczenie ogromem cierpienia:
„Zmiłuj się nade mną, Panie, bo jestem w ucisku, od smutku słabnie me oko, a także moja siła i wnętrzności. Bo zgryzota trawi me życie, a wzdychanie – moje lata” (Ps 31,10-11).
„Wybaw mnie, Boże bo woda mi sięga po szyję. Ugrzązłem w mule topieli i nie ma nigdzie oparcia, trafiłem na wodną głębinę i nurt wody mnie porywa. Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło, osłabły moje oczy, gdy czekam na Boga mojego” (Ps 69,2-4).
– lęk przed odrzuceniem przez Boga:
„‘Czy Bóg odrzuca na wieki i nie jest już łaskawy? Czy Jego łaskawość ustała na zawsze, a słowo umilkło na pokolenia? Czy Bóg zapomniał o litości, czy w gniewie powstrzymał swoje miłosierdzie?’ I mówię: ‘To dla mnie bolesne, że się odwróciła prawica Najwyższego’” (Ps 77,8-11).
Warto jednak dostrzec, że w Psalmach skargom zawsze towarzyszy dziękczynienie i modlitwa wyrażająca ufność w Bożą opiekę. Tak jest również w Ps 22, którego początkowy wers recytował Chrystus na Krzyżu:
„Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia: ‘Chwalcie Pana, wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela! Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego’” (Ps 22,23-25).
7. Biorąc zatem pod uwagę to, że praktyka przebaczania Bogu nie znajduje się w objawionym źródle Prawdy (4.1–4.3) oraz że stoi ona w sprzeczności z objawioną nauką o relacji Boga do człowieka (5.1), o Opatrzności Boga (5.2) oraz o naturze przebaczenia (5.3 i 5.4), należy stwierdzić, że praktyka przebaczenia Bogu jest nie do pogodzenia z wiarą Kościoła. Z tego powodu nie może być ona traktowana jako wyraz bardziej dogłębnego zrozumienia Bożego Objawienia. Nie powinno się zatem twierdzić, że chociaż materialnie praktyka przebaczenia Bogu nie znajduje się w źródle objawionej Prawdy (4.1–4.3), to jednak można ją postrzegać jako wynik naszego postępującego rozumienia tego Objawienia.
8. Zwolennicy praktyki przebaczania Bogu zwracają uwagę przede wszystkim na terapeutyczny pożytek, który może wypływać z jej stosowania (3.3). Musimy jednak zauważyć, że:
8.1. Żadna pomoc duchowa nie może uczyć fałszu. Choć dążenie do wewnętrznego pokoju i zaufania Bogu po doznaniu pewnego zła jest procesem żmudnym i długotrwałym, to jednak środkiem do osiągnięcia tego nigdy nie jest zgoda na jakąś nieprawdę dotyczącą Boga i Jego działania – „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32).
8.2. Stosowanie praktyki przebaczenia Bogu może zaszczepić w duszy człowieka obraz Boga jako wszechmocnego krzywdziciela, który niesprawiedliwie i złośliwie nadużywa swojej przewagi. Praktyka ta, mająca za zadanie – według jej zwolenników – ujawnić i uleczyć ukryte pretensje do Boga, w rzeczywistości może prowadzić do pojawienia się w sercu człowieka podskórnego lęku wobec Niego oraz stałej nieufności w Bożą Opatrzność. Pojednanie z Bogiem, któremu najpierw należy przebaczyć, nie jest już pojednaniem z Bogiem, któremu można bezgranicznie zaufać, ale z kimś, kto raz wyrządziwszy człowiekowi krzywdę, może to zrobić ponownie.
9. Nigdy nie należy lekceważyć, ani tym bardziej potępiać człowieka, który w bólu spowodowanym życiowymi doświadczeniami wręcz oskarża Boga, czy też nazywa go „okrutnym” (Hi 30,21). Boża pedagogia nakazuje pozwolić człowiekowi wyrzucić z siebie ów ból, czy też gniew, prowadząc go stopniowo ku spotkaniu z Bogiem. Tak Bóg postępował względem Hioba, Jonasza, czy Jeremiasza. Ich rozmowy z Bogiem, choć bardzo burzliwe, prowadziły nie tylko do stanięcia w prawdzie swojego serca, lecz także przybliżały do tajemnicy Niepojętego Boga, który góruje nad nami tak, jak niebo góruje nad ziemią (Iz 55,8-9) i którego drogi nie są naszymi drogami.
Jak zaświadczają Pismo Święte i Tradycja, na tej prowadzącej przez „ciemną dolinę” (Ps 23,4) drodze wielką pomocą są Psalmy. Niech przykładem dla nas będzie Chrystus, modlący się w chwili cierpienia Psalmami (Ps 22,1; Ps 31,6). Szczególnie warto polecić tu Psalmy: 22, 31 i 69, które pozwalają nie tylko szczerze wyrazić ból i skargę, ale również odnaleźć ufność w miłość i dobroć Boga.
10. W chwilach cierpienia i duchowych ciemności przylgnijmy całym sercem do Chrystusa, jedynego Pana i Zbawiciela. Niech Jego obecność w naszych duszach będzie pociechą i upewnieniem, że „cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić” (Rz 8,10). Chrystus, który „za wielką cenę” (1 Kor 6,19) nabył nas Bogu, bo za cenę swojej krwi (Ap 5,9), wezwał nas do ufności w Jego łaskę i moc:
„A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie” (Mt 11,5).
11. Na zakończenie chcielibyśmy przypomnieć piękne słowa św. Augustyna, które czytamy w Liturgii Godzin w czwartek 29 tygodnia Okresu Zwykłego:
„Tak więc w utrapieniach, które mogą pomóc i zaszkodzić, nie wiemy, o co należy się modlić. Ponieważ jednak są one zawsze bolesne, uciążliwe, sprzeciwiają się naturalnym skłonnościom, dlatego pod wpływem pragnienia wspólnego wszystkim ludziom prosimy o ich oddalenie. Tymczasem powinniśmy ufać Panu Bogu naszemu, że jeżeli nie oddala utrapień, to nie dlatego, iż o nas zapomina. Raczej cierpliwie znosząc zło spodziewajmy się dostąpienia dóbr większych. W taki bowiem sposób ‚moc w słabości się doskonali’ […] Toteż jeśli się zdarzy coś przeciwnego, niż prosimy, wtedy znosząc cierpliwie i dziękując Bogu za wszystko, nie powinniśmy wątpić – nawet w najmniejszym stopniu – iż bardziej pożyteczne dla nas jest to, co Bóg chce, niż to, czego my sami pragniemy. Taki właśnie przykład dał nam Boski Pośrednik, gdy powiedział: ‚Ojcze, jeśli to możliwe, niech odejdzie ode Mnie ten kielich’. Wkrótce jednak, doskonaląc swą ludzką wolę przyjętą we Wcieleniu, dodaje: ‚Wszakże nie jako Ja chcę, ale jak Ty, Ojcze’. Przeto słusznie ‚przez posłuszeństwo Jednego, wszyscy stają się sprawiedliwymi’” (List do Proby 130, 14, 25-26: CSEL 44, 68-71).
Dokument zatwierdzony na posiedzeniu (online) Komisji Nauki Wiary KEP dnia 14 listopada 2020 roku.
[1] KKK, nr 324.
[2] KKK, nr 305.
czwartek, 26 listopada 2020
Zwiedzenie a posłuszeństwo - głos karmelity bosego w sprawie o. Daniela Galusa
List przełożonego generalnego do członków i wiernych Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X z okazji 50. rocznicy jego założenia
Drodzy Członkowie Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X! Drodzy Wierni!
Z wielką radością kieruję do Was niniejsze słowa w tym wyjątkowym momencie historii naszego Bractwa, którego złoty jubileusz właśnie obchodzimy.
Pięćdziesiąta rocznica założenia Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X jest przede wszystkim okazją do wyrażenia szczerej i głębokiej wdzięczności. Po pierwsze, wdzięczności Bogu, który nie przestaje nas wspierać i pokrzepiać pomimo wystawiania nas na próby i który umacnia nas poprzez te dopusty. Jeśli podczas tego półwiecza naszej historii nigdy nie brakowało krzyży, musimy w nich widzieć dowód szczególnej życzliwości opatrzności Bożej, która dopuszcza zło jedynie w tym celu, żeby zaprowadzić panowanie Chrystusa oraz dla uświęcenia swoich wiernych sług. Po drugie, wdzięczności dla naszego Założyciela, który potrafił przekazać nam najcenniejsze skarby Kościoła katolickiego, z płomieniem nieulękłej miłości, oświecany głęboką wiarą i podtrzymywany niesłabnącą ufnością w miłość samego Boga: Credidimus caritati.
Ta 50. rocznica skłania nas także do przyjrzenia się naszej obecnej sytuacji. Czy płomień przekazany nam przez naszego Założyciela wciąż mocno płonie? Czy płomieniowi tej drogocennej pochodni, targanej huraganami kryzysu, który wydaje się ciągnąć w nieskończoność, zarówno w Kościele jak i w całym społeczeństwie, nie grozi przygaszenie?
Z jednej strony jest zrozumiałe, że wszelkiego rodzaju bitwy, które wciąż trwają i których końca nie widać, powodują nasze zmęczenie: [możemy zadawać sobie pytanie,] czy naprawdę toczenie naszej walki jest nadal konieczne? Z drugiej strony, po 50 latach toczenia bojów, Bractwo Św. Piusa X może uznać, że ma już wystarczająco silne struktury i może cieszyć się względnym pokojem. Czy jednak także taka sytuacja nie stanowi dla nas zagrożenia? Czy nie należy podsycić tego płomienia, który i my z kolei musimy przekazać naszym następcom?
Jest uzasadnione zadawanie sobie pytania, czy zawsze pamiętamy o raison d’être1 naszego Bractwa, czy realizujemy jego prawdziwy cel, wykorzystując wszystkie pozostające do naszej dyspozycji środki. W istocie ta refleksja jest konieczna, jeśli pragniemy kontynuować dzieło tych pierwszych 50 lat.
Czy Bractwo musi być wojujące?
Okoliczności, w których opatrzność Boża powołała do życia Bractwo Św. Piusa X, czasy straszliwego kryzysu nękającego Kościół katolicki przez minionych 60 lat, zmusiły nas do zajęcia bardzo szczególnego miejsca w bitwie, która rozgorzała. Moglibyśmy powiedzieć, że ta wojownicza postawa stała się niejako jedną z charakterystycznych cech Bractwa. Od samego początku musiało ono walczyć z wrogami Kościoła katolickiego z wiarą, odwagą i wytrwałością. Nie wolno nam jednak popełnić błędu odnośnie do faktycznej natury tej walki, która, jeśli zastanowimy się nad nią uważnie, nie jest ani wyjątkowa, ani oryginalna. Walka należy bowiem do samej natury Kościoła katolickiego na ziemi. Bractwo jest częścią Kościoła katolickiego, a więc i ono musi być z konieczności wojujące.
Czym jest nasza walka? Od samego początku była, i jest nadal, walką o zachowanie kapłaństwa oraz – co jest z tym związane – o Mszę św. oraz [katolicką] liturgię. Bezdyskusyjnie są to również zmagania o zachowanie wiary, boje toczone w obronie doktryny katolickiej, poważnie dziś zagrożonej, nawet w samym Rzymie, przez postępującą apostazję obecnego stulecia. I wreszcie na koniec – co stanowi niejako streszczenie tego wszystkiego – jest to walka dla Chrystusa Króla, o Jego panowanie w duszach i nad narodami.
Musimy jednak dobrze rozumieć, co to oznacza… i nie zatrzymywać się w pół drogi. Jaki jest prawdziwy motyw wspomnianej wyżej walki? Jaki jest główny powód zmagań o Mszę św. oraz o katolickie kapłaństwo? Dlaczego walczymy o naszą wiarę i dla Chrystusa Króla? Powodem tym jest rzeczywistość, która jest celem całego Kościoła i ostateczną racją bytu wszystkich jego bitew toczonych w ciągu wieków: jest nią życie nadprzyrodzone, życie w ścisłym zjednoczeniu z naszym umiłowanym Panem i Królem.
Bractwo musi stale o tym pamiętać, gdyż powodem, dla którego Opatrzność powołała je do istnienia oraz je w tym istnieniu podtrzymuje, jest postęp życia duchowego w naszych duszach. Tak więc bój toczony przez Bractwo jest jedynie fragmentem walki prowadzonej na znacznie większą skalę, walki naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz Jego Kościoła, prowadzonej od samego początku jego istnienia: „a przyszedłem, żeby życie miały, i obficiej miały” (Jan 10, 10). Jeśli nasza walka jest fragmentem tej wielkiej bitwy i walczymy na wyznaczonym nam odcinku, ostatecznym celem jest zjednoczenie się z naszym umiłowanym Zbawicielem. Tym celem jest Jego panowanie! Nie jest to abstrakcyjna idea: jest to bardzo konkretne, autentyczne i ścisłe z Nim zjednoczenie. Jest to życie!
Arcybiskup Lefebvre wspaniale mówił o tym tak: „Całe nasze Bractwo znajduje się w służbie tego Króla: nie zna innego. Wszystkie jego myśli, miłość i działania są dla Niego, dla Jego panowania, dla Jego chwały i dla kontynuacji Jego zbawczego dzieła na ziemi”2. „Nie mamy innego celu, żadnego innego celu dla bycia kapłanami, niż pomoc w szerzeniu panowania naszego Pana Jezusa Chrystusa – i czyniąc to, dajemy duszom życie nadprzyrodzone”3.
I przeciwnie, gdybyśmy wskutek rutyny lub znużenia osłabli w tej walce o życie duchowe oraz zjednoczenie z naszym umiłowanym Panem, nie tylko stalibyśmy się mniej użyteczni w zasadniczej bitwie, ale też stracilibyśmy z oczu raison d’être walki, jaką pragniemy odważnie toczyć za Mszę św., kapłaństwo, doktrynę katolicką oraz za Chrystusa Króla.
Czym jest życie duchowe?
Życie duchowe jest to po prostu życie naszej duszy, dla którego Bóg nas stworzył i które ma nam dać szczęście w wieczności: jest to życie wieczne, rozpoczynające się już tu na ziemi. Jaką definicję tego życia podaje nam Zbawiciel? „To zaś jest życie wieczne, aby poznali ciebie, jedynego Boga prawdziwego i tego, któregoś posłał, Jezusa Chrystusa” (Jan 17, 3). Tak więc życie duchowe polega na poznaniu Boga, na poznaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa: Jego osoby, Jego Bóstwa, Jego cnót oraz wysłużonego nam przez Niego odkupienia. Mamy Go poznać, żeby Go naśladować i w ten sposób osiągnąć wieczne zbawienie.
Nie jest to czysto spekulatywna wiedza naukowców czy też ekspertów z dziedziny teologii biblijnej. Jest to poznanie nadprzyrodzone – poprzez wiarę i łaskę – Tego, który jest „drogą, prawdą i życiem” (Jan 14, 6). Jest to wiedza, która ma stać się fundamentem tego życia, aby mogło rozkwitać w ścisłym zjednoczeniu z naszym umiłowanym Panem, w żarliwej miłości: „Wierzyć to nie jedynie podporządkować swą duszę prawdzie, oznacza to także podporządkowanie całej swej duszy i istoty Temu, który ją głosi […] i który jest tą prawdą. Wierzyć to żyć […] i życie to jest samym Życiem: «Wierzcie we mnie, powiedział Jezus, kto wierzy we mnie ma życie wieczne»”4.
W ten sposób dusza jest stopniowo coraz bardziej uszczęśliwiana przez miłość Tego, który stał się dla niej wszystkim. Im lepiej Go poznaje, tym bardziej Go kocha; a im bardziej Go kocha, tym dalej kroczy w Jego poznaniu. Wiara i miłość wzajemnie się karmią – i w ten sposób dusza jest coraz bardziej przeobrażana i upodabniana do boskiego wzorca.
Następnie dusza wyzwala się z łańcuchów, które utrudniają jej podróż ku zbawieniu. Od czasu grzechu pierworodnego upadły człowiek ma skłonność do odnoszenia wszystkiego do samego siebie. Zna jedynie siebie, interesuje się tylko sobą, żyje skupiając się na sobie samym… aż do tego stopnia, że zapomina o Bogu. Jednakże kiedy Bóg, poprzez chrzest, rozpoczyna w tym człowieku swoje dzieło zbawienia, dając mu znajomość wiary i upodabniając go do siebie poprzez dzieła łaski, człowiek na powrót zaczyna odnosić wszystko do Chrystusa. Niebawem zna jedynie Jego, żyje przez Niego i jest skupiony na Nim… aż osiąga punkt, w którym zapomina o sobie samym. Oto ideał chrześcijański! Pozwala on nam przezwyciężać wszelkie przeszkody, aż wreszcie nasz umiłowany Pan staje się prawdziwie życiem duszy, całkowicie Nim wypełnionej. Jest to wolność prawdziwa i definitywna, urzeczywistniana przez Tego, który jest Wieczną Prawdą.
W niebie, w życiu wiecznym, nasz umiłowany Pan całkowicie wypełni nasze dusze i prawdziwie stanie się dla nas wszystkim, tak jak dla niezliczonej liczby aniołów i świętych. A ponieważ życie wieczne rozpoczyna się już na ziemi jako życie duchowe, nic dziwnego, że nasz Zbawiciel już obecnie pragnie stopniowo wypełniać naszą duszę.
Oczywiście tu na ziemi nie widzimy jeszcze Boga, jednak w niebie ujrzymy Go twarzą w twarz. Nasza wiara nie jest absolutnie doskonałym poznaniem Boga, jednak miłość, przez którą będziemy na całą wieczność z Nim zjednoczeni, nie różni się od miłości, jaką kochamy Go już za ziemskiego życia. Co więcej, już obecnie staje się On dla nas wszystkim, kiedy prawdziwie kochamy Go całym naszym sercem, całą naszą duszą, ze wszystkich naszych sił i ze wszystkiej myśli naszej, aż po całkowite ofiarowanie Mu siebie samych.
Byłoby błędem sądzić, że to wspaniałe życie jest dostępne jedynie dla jakiejś duchowej elity. Nasz umiłowany Pan pragnie oddać się wszystkim. To przepełnione coraz większą miłością poznanie Wcielonego Słowa jest po prostu rozwojem daru poznania, otrzymanego przez wszystkich ochrzczonych i bierzmowanych. I to właśnie dla przyjęcia tego daru oraz życia nim zostaliśmy stworzeni.
Środki niezbędne dla życia duchowego
W jaki sposób jest nam przekazywane to poznanie wiary? Dzięki jakim środkom rozkwita ono w życie miłości, upodabniając nas do Chrystusa? Otóż dokonuje się to poprzez sakramenty oraz Najświętszą Ofiarę. To właśnie te kanały łaski umożliwiają naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi wszczepienie nas w Niego.
Dzięki łasce nasz umiłowany Pan żyje w nas i sprawia, że my żyjemy w Nim. Im bardziej wzrasta w nas ta łaska, tym bardziej życie w zjednoczeniu z Nim wypełnia przestrzeń naszych dusz, tak iż nic nie jest w stanie nas od Niego odłączyć. Tak właśnie wygląda duchowość Ewangelii. Ideał ten nadaje doskonałą jedność życiu chrześcijanina, ponieważ jest on zjednoczony z osobą naszego umiłowanego Pana. Syn Boży stał się centrum jego życia, w którym ogniskują się wszystkie jego troski i działania. Ściśle się z Nim zjednoczył, a zasadą tej ścisłej jedności jest sam nasz Zbawiciel.
Na tym więc polega nasza walka: aby pozwolić naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi stać się osią naszego życia duchowego, źródłem wszystkich naszych myśli, wszystkich naszych słów i wszystkich naszych czynów. Z tego powodu walczymy o Mszę św.: aby nasze dusze mogły być uświęcane przez łaskę. Z tego powodu walczymy o wiarę: aby dusze mogły poznać swego Zbawiciela, aby mogły Go ukochać i lepiej Mu służyć. Wreszcie z tego powodu walczymy o panowanie Jezusa Chrystusa: aby dusze mogły Mu służyć i zjednoczyć się doskonale ze swoim Królem.
Jest to prawdziwie duch krucjaty, którą nasz Założyciel zainicjował w 1979 r., z okazji złotego jubileuszu swego kapłaństwa, czerpiąc ze swego długiego doświadczenia misjonarza. „Jest konieczne, abyśmy się nieco zastanowili nad faktycznym motywem tego przeobrażenia [pogan w chrześcijan]: jest to kwestia ofiary. […] Powinniśmy rozpocząć krucjatę! Krucjatę opartą na ofierze Mszy św., na Krwi naszego Pana Jezusa Chrystusa, na tej niezwyciężonej skale, aby odbudować Christianitas. A wówczas znów ujrzycie rozkwit chrześcijańskiej cywilizacji – cywilizacji, która nie jest dla tego świata, ale będącej cywilizacją prowadzącą do katolickiego miasta, którym jest niebo”5. Ta krucjata jest naszą krucjatą: mamy walczyć duchowo, wspierani przez Najświętszą Ofiarę, tak aby życie naszego Pana Jezusa Chrystusa mogło być przekazywane poszczególnym duszom oraz społeczeństwu jako całości.
Co się jednak dzieje, kiedy walka o życie duchowe słabnie i ustaje?
Współczesny człowiek jest pozostawiony samemu sobie i brak mu punktów odniesienia
Aby odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy przyjrzeć się współczesnemu człowiekowi. Uderza nas przede wszystkim cechujący jego życie brak jedności. Już nie wie kim jest, skąd pochodzi ani dokąd zmierza. Nie posiada żadnych punktów odniesienia. Jest zdezorientowany, wewnętrznie rozdarty i rozbity. Jeśli nawet nie jest całkowicie pozbawiony wiary, to pozostało mu jej niewiele – i nie stanowi już ona centrum jego życia. Człowiek współczesny dąży przede wszystkim do wolności i niezależności, poszukuje sfery, w której nie byłby odpowiedzialny przed nikim, nawet przed samym Bogiem.
I tak na przykład widzimy, jak współczesna nauka podkreśla własny autorytet, odmawiając podporządkowania się wierze, a nawet zuchwale roszcząc sobie prawo do jej osądzania. Widzimy, jak współczesna edukacja oraz moralność odrzucają wszelkie zasady, podążając w sposób nieskrępowany za swymi pragnieniami, czego efektem jest chaos i zamieszanie. Jesteśmy świadkami, jak kierujący się ideą sekularyzmu politycy usiłują całkowicie usunąć wiarę i sacrum z życia społecznego.
Nasiona apostazji, poprzez którą sam nasz umiłowany Pan jest w praktyce eliminowany z życia ludzi, oraz brak zasad moralnych, prowadzący do dezintegracji i chaosu, w efekcie uniemożliwiają prowadzenie integralnego, zwykłego życia duchowego, skupionego na naszym Zbawicielu. Jest to zuchwałe i wyzywające odrzucenie panowania Chrystusa. Jest to pogardliwe odrzucenie Jego królewskich praw wobec jednostek i społeczeństw. Być może nasz umiłowany Pan pozostaje jakąś niewielką cząstką w życiu współczesnego człowieka, jednak nie stanowi już centrum tego życia. Nie ma już pełnego wpływu na człowieka. Nie jest już fundamentem wszystkich jego działań… W ten sposób doskonałe zjednoczenie współczesnego człowieka z naszym Panem Jezusem Chrystusem staje się niemożliwe.
Źródło kryzysu w Kościele: jego otwarcie na świat oraz na ducha świata
Kryzys, w jakim się obecnie znajdujemy, stał się szczególnie dramatyczny przez fakt, że przez 60 lat Kościół akceptował ten współczesny ideał i koncepcję świata, w którym dla naszego umiłowanego Pana nie pozostawia się wiele miejsca. Jego powszechna władza królewska nie jest już uznawana, ponieważ Kościół stał się obrońcą wolności religijnej: poprzez uznanie autonomii osoby ludzkiej, poprzez uznanie prawa każdego do życia zgodnie ze swoim sumieniem, hierarchia kościelna doszła do faktycznego zanegowania praw naszego Pana Jezusa Chrystusa nad człowiekiem.
W istocie zaczęła być kwestionowana nie tylko królewska władza Zbawiciela, ale nawet samo Jego Bóstwo, ponieważ Kościół postanowił uznać, że człowiek, na mocy swej rzekomej godności, może w sposób wolny wybrać lub odrzucić Chrystusa Pana. Czyniąc to, hierarchowie Kościoła zatkali uszy na słowa Zbawiciela, który powiedział: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (Jan 14, 6), a nawet de facto zarzucili kłamstwo św. Piotrowi, który uczył, jak czytamy w Dziejach Apostolskich, że „nie ma w nikim innym zbawienia. Nie ma bowiem innego imienia pod niebem, danego ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4, 12).
Tak więc – nie przesądzając o osobistych łaskach, jakich Bóg może udzielić każdemu – w dzisiejszym Kościele niemalże niemożliwe stało się poznanie naszego Pana Jezusa Chrystusa w pełni i prawdziwie, poznanie Jego Bóstwa, Jego władzy królewskiej i wszystkich Jego przywilejów oraz obiecanego przezeń zbawienia. W praktyce bardzo trudne stało się prowadzenie, będącego owocem tego poznania, życia duchowego. Pokazuje nam to głębię kryzysu, który dotyka nas wszystkich. Zagrożona jest nie tylko Msza św., sakramenty oraz wiara, lecz także to, co te środki mają nam umożliwić – życie w zjednoczeniu ze Zbawicielem. Wypaczana jest sama misja Kościoła, ostateczny cel życia chrześcijańskiego.
Nasz Założyciel pisał o tym wszystkim z wielkim smutkiem: „Nie przekazują już oni naszego Pana Jezusa Chrystusa, ale religijność sentymentalną, powierzchowną i charyzmatyczną. […] Ta nowa religia nie jest religią katolicką. Jest ona jałowa i niezdolna do uświęcenia społeczeństwa oraz rodziny”6.
Stępiony miecz Ewangelii
Jak Kościół katolicki mógł znaleźć się w tak tragicznej sytuacji? Jak to możliwe, że mogła się dokonać taka zmiana, że w Kościele mogły się narodzić takie idee, sprzeczne z nauczaniem i wiarą wszystkich czasów?
Niestety! Powód tego jest bardzo prosty. Owo życie duchowe, o którym mówiliśmy, jest źródłem walki. Ten bój, nieodzowny dla każdej duszy pragnącej pogłębiać panowanie Jezusa Chrystusa w niej samej, jest również – i przede wszystkim – bojem całego Kościoła katolickiego. Jest to uniwersalny konflikt, w którym Kościół oraz świat są przeciwnikami, zaś stawką jest właśnie zjednoczenie dusz z Jezusem Chrystusem. Bój ten jest ciężki, wyczerpujący i nieustanny. Rozpoczął się wraz z narodzinami Kościoła, w dniu zesłania Ducha Świętego – i będzie trwać aż do końca czasów. Istnieje więc, obok trudności immanentnych dla tego konfliktu, trudność szczególna – a mianowicie jego długotrwałość. Mówiąc wprost, ulegliśmy znużeniu. Stopniowo ów ideał życia duchowego, ze wszystkim, czego od nas wymaga, gdzieś zanikł. Coraz większa liczba katolików uznała dalsze prowadzenie walki za zbyt trudne. Wahali się, gdy byli wzywani do całkowitego podporządkowania się łasce naszego umiłowanego Pana, tak aby mogła ich ona przemienić oraz zbawić. Nie chcieli już Jego panowania i wymogów Jego miłości. Zmęczyli się nieustannym opieraniem się pokusom tego świata, który dzień i noc spiskuje przeciwko ustanowieniu panowania Jezusa Chrystusa w ich duszach. Zatykali uszy na słowa św. Pawła, który ich przestrzegał: „nie upodabniajcie się do tego świata” (Rz 12, 2) i ostatecznie popadli w zniechęcenie. W obliczu nieustannych ataków świata wielu katolików okazało, niestety, karygodną słabość. Ich katolicyzm stał się letni, ugodowy, zgodny z duchem II Soboru Watykańskiego, liberalny i zeświecczony. Ich sposób życia stał się światowy. Ofiarę, tę kluczową cechę każdego autentycznie chrześcijańskiego życia, skazano na wygnanie.
Niebawem pojawiło się doktrynalne usprawiedliwienie tej apatii i bierności: „Nigdy więcej wojny”. I ludzie zaczęli wierzyć w doczesny pokój, w powszechną harmonię pomiędzy wyznawcami wszystkich religii, w utopię katolicyzmu pogodzonego ze światem. „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam” – powiedział nasz umiłowany Pan, dodał jednak: „nie jako świat daje, ja wam daję” (Jan 14, 27). Jednakże, aby nie mieć więcej wrogów, ludzie postanowili odrzucić Jezusa Chrystusa i bez Niego budować utopijny pokój. Nie bacząc na to, czy odpowiada to Jego woli czy też nie, szukanie uznania w oczach świata jest łatwiejsze, wygodniejsze i mniej wymagające.
Ponieważ chrześcijański ideał zjednoczenia z naszym Panem Jezusem Chrystusem stał się – w zdeformowanym Kościele, który ten ideał w coraz większym stopniu ignoruje i porzuca – coraz trudniejszy do urzeczywistnienia, kluczowe jest tu zrozumienie, że to właśnie na tym polu Bractwo – tak w przeszłości, jak i obecnie – ma obowiązek walczyć, niezależnie od kosztów.
Jednakże to niebezpieczeństwo porzucenia Zbawiciela, aby upodobnić się do świata, istniało zawsze, od czasu Getsemani, gdzie najwierniejsi przyjaciele Chrystusa musieli zmierzyć się z tą pokusą. Ta walka o wierność jest toczona każdego dnia. Czy możemy więc powiedzieć, że nasze Bractwo pozostaje wierne?
Czy Bractwo jest całkowicie uodpornione?
Istnieje realne niebezpieczeństwo, że po 50 latach rozwoju uznamy, iż skoro Bractwo już dobrze okrzepło, Tradycja może być zachowywana łatwiej i spokojniej broniona, a tym samym życie katolickie jest dziś łatwiejsze i mniej wymagające. Nic dalszego od prawdy! Obowiązki związane z życiem duchowym, życiem wewnętrznym, życiem w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem wymagają codziennej i ofiarnej walki ze zwodniczą pokusą do upodobnienia się do świata.
Arcybiskup Marceli Lefebvre w kazaniu jubileuszowym z 1979 r. powiedział: „Idea ofiary jest ideą głęboko chrześcijańską i głęboko katolicką. Nasze życie nie może obyć się bez ofiary, ponieważ nasz Pan Jezus Chrystus, wcielony Bóg, zechciał przybrać ciało podobne do naszego i powiedział nam: «Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, a weźmie krzyż swój na każdy dzień»”.
Istnieje również niebezpieczeństwo, że po 50 latach walki pozwolimy, aby pokonało nas znużenie i zniechęcenie, które stopniowo prowadzi dusze do utraty sensu życia chrześcijańskiego, sprawiając, iż przestają dostrzegać faktyczne motywy swych pierwotnych wysiłków, których podejmowanie wciąż jest konieczne.
Jest więc absolutnie kluczowe, aby to prawdziwie katolickie życie pozostawało naszym stałym celem i abyśmy czynili wszystko, co jest w naszej mocy, każdego dnia, z pomocą łaski Bożej, aby to życie miłości w zjednoczeniu ze Zbawicielem było możliwe. Musimy pozwolić naszemu Boskiemu Zbawicielowi zdobyć nasze dusze poprzez usuwanie wszelkich przeszkód utrudniających zaprowadzenie w nas Jego panowania. Ta codzienna walka duchowa, podtrzymywana przez nadprzyrodzoną nadzieję, jest nieodzowna, jeśli naprawdę pragniemy pozostać wierni naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi. Jedynie wówczas będzie On w nas żył prawdziwie, my zaś będziemy dla Niego nowym człowiekiem, w którym będzie mógł oddawać swemu Ojcu należną Mu cześć i chwałę.
Jeśli nie nadamy naszym zmaganiom tego głębokiego duchowego wymiaru, będziemy ryzykować prowadzenie walki czysto abstrakcyjnej. Nasze bitwy doktrynalne będą niczym więcej niż intelektualnymi grami, spekulatywnymi i abstrakcyjnymi, w których idee ścierają się z ideami, bez życia moralnego oświecanego światłem naszej wiary. Nasza walka o najświętszą ofiarę Mszy będzie miała tylko wymiar estetyczny: będziemy bronić tradycyjnej liturgii jedynie dlatego, że jest ona piękniejsza lub bardziej pobożna. Jest to zapewne prawdą – jednak to nie dlatego jej bronimy! Trzeba patrzeć głębiej. Bronimy jej, ponieważ jest to środek par excellence do uświadamiania ludziom miłości Zbawiciela obecnego na ołtarzu. Jest środkiem par excellence do wkraczania w pełni w tę samą miłość i tę samą ofiarę, poprzez adorację i dar z siebie. Taki właśnie jest ostateczny powód walki o Mszę – i takie jest prawdziwe znaczenie słowa „Tradycja”!
Tak długo, jak długo ten ideał życia duchowego pozostaje w nas zakorzeniony i tak długo, jak pozwalamy łasce Bożej dzień po dniu przemieniać nas i upodabniać do naszego Pana Jezusa Chrystusa, nasza wierność walce o Tradycję będzie zagwarantowana i wzmacniana. To właśnie ten ideał, ucieleśniony w życiu autentycznie ożywianym tym duchem, zagwarantuje członkom i wiernym Bractwa Św. Piusa X siłę i energię konieczne do wiernego służenia Chrystusowi Królowi.
Jak przygotowujemy się na ostateczne zwycięstwo?
Jak długo potrwa obecny kryzys w Kościele? A co ważniejsze, dlaczego Bóg dopuszcza, aby nadal trwał? Czego oczekuje od nas? Wyjaśniliśmy wszystkie powody szkodliwości nowej Mszy. Zdemaskowaliśmy wszystkie błędy wolności religijnej i ekumenizmu etc. Co pozostaje do zrobienia? Czego brakuje, aby Tradycja na powrót odzyskała swe miejsce w Kościele?
Nie pozostało już nic nowego do powiedzenia – choć jest oczywiste, że nie wolno nam zachowywać milczenia, ale stale mówić, głosząc prawdę i potępiając błędy II Soboru Watykańskiego. Z drugiej strony wciąż pozostaje coś do dania. Jest to rozstrzygająca bitwa. Ta sytuacja, ze wszystkimi jej trudnościami, wymaga, aby każdy z nas poczynił wysiłek ofiarowania Chrystusowi Panu czegoś bardziej doniosłego, czegoś bardziej radykalnego niż to, co dotąd Mu ofiarowaliśmy: a mianowicie oddania Mu się całkowicie i bez zastrzeżeń.
To właśnie o to prosi nas nasz Pan Jezus Chrystus – i aby to uzyskać, dopuszcza dalsze trwanie obecnego kryzysu. W swej dobroci daje nam więcej czasu. Nie po to, żeby nas zniechęcić czy też uszlachetnić – ale żebyśmy oddali się Mu bardziej wielkodusznie. Dobry Pan wykorzystuje ten czas, abyśmy mogli podporządkować się jeszcze bardziej Jego opatrzności i Jego miłości. Ostatecznie, ponieważ ta walka jest Jego walką, to On decyduje o godzinie zwycięstwa! My zaś dochowajmy wierności niezależnie od tego, jak długo spodoba Mu się nas doświadczać. Obecny kryzys jest konieczny, aby pobudzać przyjaciół naszego umiłowanego Pana do doskonalszych i bardziej heroicznych odpowiedzi na ataki Jego wrogów. Jest konieczny dla ożywienia dusz, które poprzez te doświadczenia staną się bardziej hojne, bardziej otwarte i bardziej podatne na działanie Jego łaski. Jednym słowem, aby uczynić je świętszymi.
A wówczas płomień, który pragniemy przekazywać ludziom mającym kontynuować Jego walkę po nas, zapłonie ponownie, jasno i wysoko.
Do tej właśnie wielkoduszności pragnę was zachęcić. Oby – poprzez ofiarę Mszy św., poprzez gorliwe przystępowanie do sakramentów, zwłaszcza do Komunii św., poprzez ducha ofiary i pobożną modlitwę – poznanie i miłość do Wcielonego Słowa wzrastała w naszych duszach! Oby łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa podtrzymywała nas w naszej walce duchowej i przeobrażała nas na Jego podobieństwo! Oby nasze dusze jednoczyły się z Nim ściśle i obyśmy mogli powtórzyć za św. Pawłem: „uważam wszystko za stratę dla wzniosłego poznania Jezusa Chrystusa Pana naszego, dla którego wszystko postradałem i mam sobie za gnój, bylebym Chrystusa pozyskał i był znaleziony w nim nie jako mający swoją sprawiedliwość, która jest z Zakonu, ale tę, która jest z wiary Chrystusa Jezusa, która jest z Boga – sprawiedliwość przez wiarę, żebym go poznał i moc zmartwychwstania jego i uczestnictwo w cierpieniach jego, upodabniając się do śmierci jego” (Fil 3, 8–10).
Tych kilka słów św. Pawła streszcza w sobie najcenniejszą rzecz, jaką nam przekazał abp Lefebvre: „głębię i niezmiennego ducha katolickiego kapłaństwa oraz ducha chrześcijańskiego, związanych zasadniczo z wielką modlitwą naszego błogosławionego Pana, wyrażoną po wszystkie czasy w Jego ofierze na krzyżu”.
To wszystko, czego mógłbym Wam życzyć, ponieważ nic innego nie ma w istocie znaczenia. Niech Wam Bóg błogosławi!
Menzingen, w uroczystość Wszystkich Świętych A.D. 2020
ks. Dawid Pagliarani FSSPX, przełożony generalny
PRZYPISY:
- Z fr. ‘racja bytu’.
- „Cor Unum”, List do członków Bractwa, Boże Narodzenie 1977.
- Konferencja duchowa, Ecône, 29 lutego 1980.
- Dom Guillerand, Au seuil de l’abîme de Dieu, Ed. Parole et Silence, s. 60.
- Kazanie abp. Lefebvre’a wygłoszone w Porte de Versailles 23 września 1979.
- Spiritual Journey, Iris 2010, s. 14.
O. Reginald Garrigou-Lagrange OP: Pokora dusz postępujących
POKORA DUSZ POSTĘPUJĄCYCH
O. REGINALD GARRIGOU-LAGRANGE OP
––––––––
"Syn Człowieczy nie przyszedł, by Mu służono, ale służyć i oddać życie Swoje, jako okup za wielu" (Mt. XX, 28).
Pokorę uważamy za fundament życia duchownego. Ona bowiem usuwa pychę, oddalającą nas od Boga (1), będącą początkiem każdego grzechu.
Główny jednak, właściwy i najwznioślejszy akt pokory nie zasadza się na stłumieniu poruszeń pychy w dziedzinie rozumu czy życia duchownego. Wszak Chrystus Pan i Najświętsza Panna nigdy nie doznali poruszeń pychy, które musieliby tłumić, a mimo to oboje zawsze posiadali i posiadają cnotę pokory. Czymże zatem jest właściwy akt pokory, najpierw względem Boga, następnie w stosunku do bliźniego?
* * *
POKORA WZGLĘDEM BOGA
Właściwy akt pokory polega na skłanianiu się ku ziemi. Mówiąc bez przenośni – właściwym jej aktem jest uniżenie się przed Bogiem oraz przed tym wszystkim, co Bożego jest w każdym stworzeniu. Uniżać się więc przed Najwyższym, to uznawać nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie własną niższość, małość i braki, od których nie bylibyśmy wolni nawet w stanie pierwotnej niewinności, a po grzechu uznawać ponadto własną nędzę. Oto właściwy akt pokory.
W ten sposób pokora utożsamia się z posłuszeństwem i cnotą religii. Ale i różni się od obu. Posłuszeństwo ma za przedmiot powagę Boga i Jego przykazań; cnota religii, Jego doskonałości i cześć Mu należną; pokora natomiast, skłaniając nas ku ziemi, uznaje naszą małość, biedę i w ten sposób wielbi Jego wielkość. Wyśpiewuje chwałę Jego słowami Michała Archanioła: Quis ut Deus? Któż jak Bóg? Dusza, żyjąca życiem wewnętrznym, odczuwa świętą radość, gdy może niejako unicestwić się przed Bogiem, aby przez to praktycznie uznać, że tylko On jest wielki, że w porównaniu z Jego wielkością wszystkie potęgi ziemi są jak kłamstwo, ogołocone z prawdy.
Pokora, tak pojęta, opiera się na następującej prawdzie: Między Stwórcą a stworzeniem istnieje nieskończona odległość. Im żywiej i dotykalniej ujawni się duszy ta odległość, tym dusza stanie się pokorniejszą. Bez względu na to, jak wysoko stałoby stworzenie, przepaść będzie zawsze nieskończoną i im bardziej ktoś naprawdę postępuje, tym też i jej oczywistość staje się mu wyraźniejszą. W tym więc znaczeniu, kto postąpił bardzo daleko, jest bardzo pokornym, dzięki głębokiemu odczuciu tej rzeczywistości. Najświętsza Panna pokorniejszą jest od wszystkich świętych, a Zbawiciel nasz jest ponadto o wiele pokorniejszy od swej Świętej Matki.
Gdy zbadamy podwójny fundament dogmatyczny pokory, nieznany mędrcom pogańskim, poznamy jej łączność z cnotami teologicznymi. Pokora bowiem ma w swoim podłożu dwa dogmaty.
Przede wszystkim opiera się ona na tajemnicy stworzenia świata z niczego, "ex nihilo". Rozum potrafi wprawdzie poznać tę prawdę drogą swych sił przyrodzonych, mimo to jednak filozofowie starożytności jej nie znali, przynajmniej zupełnie wyraźnie. Jesteśmy stworzeni z niczego: oto podstawa pokory widziana w świetle rozumu (2).
Pokora również (3) opiera się na tajemnicy łaski oraz konieczności łaski uczynkowej do wykonania najdrobniejszego uczynku, zasługującego na zbawienie. Tajemnica ta przewyższa naturalne siły rozumu. Jednak poznajemy ją w świetle wiary, gdyż zawartą jest w słowach Zbawiciela: "Beze mnie nic uczynić nie możecie", gdy idzie o zbawienie (Jan XV, 5).
* * *
Z powyższej zasady wypływają pewne normy, wskazujące nam jak mamy się ustosunkować do Boga jako Stwórcy, do Jego Opatrzności i Dobroci, tej Dobroci, która jest źródłem łaski i maże nasze grzechy.
O ile chodzi o stosunek nasz do Boga-Stwórcy, to winniśmy uznać nie tylko w sposób oderwany, ale praktycznie i konkretnie, że sami z siebie jesteśmy niczym. "Istota moja wobec Ciebie jest jakby nicością" (Ps. XXXVIII, 6). "Co masz czegoś nie wziął" – mówi św. Paweł (I Kor. IV, 7).
Zostaliśmy stworzeni przez jedno Boże fiat płynące z Jego najzupełniej wolnej woli, przez miłość życzliwości, która również podtrzymuje nasze istnienie, bez którego jedna chwila pogrążyłaby nas w nicość.
Co więcej – po stworzeniu – mimo istnienia wielu bytów – nie ma więcej rzeczywistości ni doskonałości, ani więcej mądrości lub miłości, bo już przed aktem stworzenia istniała nieskończona pełnia doskonałości Bożej – stąd w porównaniu z Bogiem możemy powiedzieć, że nie jesteśmy.
Gdyby znowu odjęto naszym najlepszym aktom to, co w nich pochodzi od Boga, ściśle biorąc, nie zostałoby nic, gdyż uczynki te nie posiadają odrębnych części, z których jedne by pochodziły od nas, a drugie od Boga, ale cały uczynek pochodzi od Boga jako pierwszej przyczyny, jak też od nas jako przyczyny drugorzędnej. Podobnie owoc drzewa w zupełności pochodzi od Boga jako swej przyczyny pierwszorzędnej – i drzewa, które jest jego drugorzędną przyczyną.
I właśnie to winniśmy poznać praktycznie: Bez Boga Stwórcy i Zachowawcy wszystkiego, jesteśmy niczym.
* * *
Bez Boga również najwyższego Rządcy, bez Jego Opatrzności, która kieruje wszystkim, życiu naszemu brak byłoby zupełnie kierunku. Od Niego przeto należy nam kornie przyjąć zarówno ogólne kierownictwo zawarte w przykazaniach, wiodących do życia wiecznego, jak i kierownictwo indywidualne, które On, Najwyższy przed wiekami wybrał dla każdego z nas. To Boże kierownictwo indywidualne objawia się nam przez przełożonych – pośredników między Bogiem a nami, – przez rady, których nieraz musimy szukać, przez szczególne zdarzenia, przez natchnienie Ducha Świętego. Tak np. trzeba nam pokornie przyjąć stanowisko, może i bardzo skromne, ale które dobry Bóg wyznaczył dla nas przed wiekami. Podobnie w życiu zakonnym – niektórzy, z woli Bożej muszą być jakby gałęziami drzewa, inni jakby kwiatami, niektórzy znowu – korzeniami ukrytymi w ziemi. A i te ostatnie są niezmiernie pożyteczne: ciągną z ziemi soki, tworzące treść potrzebną do wyżywienia drzewa. Gdyby więc odcięto wszystkie korzenie, drzewo zamarłoby. Nie uschnie zaś w razie wycięcia wszystkich kwiatów i gałęzi. I oto w chrześcijaninie, w zakonniku, pokora, która skłania go do chętnego przyjęcia nieznacznego miejsca, jest ogromnie owocną – nie tylko dla niego samego – lecz i dla innych. Chrystus Pan w swoim bolesnym życiu pragnął z wielką pokorą tego ostatniego miejsca, które nawet nie Barabaszowi, lecz Jemu ofiarowano, tj. hańby krzyża – a dzięki temu stał się kamieniem węgielnym w budowli Królestwa Bożego. "Kamień, który odrzucili budujący, stał się głową węgla. Od Pana to się stało i dziwne jest w oczach naszych" (Mt. XXI, 42). A św. Paweł pisze do Efezjan: "Nie jesteście już obcymi... aleście... domownikami Bożymi, budowaniem opartym na fundamencie Apostołów i Proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Jezus Chrystus" (II, 19. 20).
Takie to są cudowne cechy pokory, która nawet w najskrytszych zakątkach śpiewa Bogu chwałę. Należy więc przyjąć z pokorą od Boga owe kierownictwo indywidualne, które zastosował do nas, chociażby ono miało nas doprowadzić do głębokiej ofiary z nas samych: "Pan zabija i ożywia, wwodzi do grobu i zeń wywodzi, Pan ubogiego czyni i wzbogaca, uniża i wywyższa" (I Sam. II, 6). Oto jeden z najpiękniejszych leitmotywów Ksiąg świętych!
Dalej, znajdując się pod wpływem tego indywidualnego kierownictwa, wybranego dla nas przez Boga, nie możemy bez pomocy łaski uczynkowej uczynić ani najmniejszego kroku naprzód w życiu duchowym, najmniejszego aktu zasługującego na zbawienie i nagrodę. Szczególną zaś jej potrzebę odczuwamy, gdy idzie o wytrwanie aż do końca. I tę łaskę musimy wypraszać z pokorą.
Gdybyśmy nawet posiedli wysoki stopień łaski poświęcającej i miłości, powiedzmy – dziesięć talentów, – to jeszcze będziemy potrzebowali łaski uczynkowej do wykonania najmniejszego uczynku nadprzyrodzonego. Jeżeli znowu idzie o dobrą śmierć – to i tu potrzebujemy wielkiego daru wytrwania do końca, – który codziennie wypraszać winniśmy w "Zdrowaś Maryjo", odmawianym z wielką pokorą i ufnością.
Pokora chrześcijańska powtarza z radością słowa św. Pawła (II Kor. III, 5): "Nie iżbyśmy byli zdatnymi co pomyśleć sami z siebie, jako z siebie, ale zdolność nasza z Boga jest". – "Nikt nie może wymówić «Pan Jezus», jeno w Duchu Świętym" (I Kor. XII, 3). Krótko mówiąc, pokora winna poznać wielkość Boga-Stworzyciela, Sprawcy wszelkiego porządku i łaski.
Cnota pokory, uznająca nasze braki, musi znajdować się we wszystkich sprawiedliwych, podobnie, jak musiała istnieć w człowieku w stanie przed grzechem. Po grzechu jednak musimy uznać praktycznie nie tylko nasze braki, ale też i naszą nędzę: nędzę egoistycznego, ciasnego serca, niestałej woli, niezrównoważonego, popędliwego i kapryśnego charakteru, nędzę ducha, cierpiącego na zawinione zapomnienia i popadającego w sprzeczności, których moglibyśmy uniknąć, nędzę pychy, pożądliwość, która prowadzi aż do obojętności na chwałę Bożą i zbawienie dusz. Niedola ta gorsza jest od nicości, gdyż jest nieporządkiem i nieraz stawia duszę w stan odrzucenia, naprawdę godny pogardy.
Modlitwy kapłańskie często przypominają nam te wielkie prawdy. "Zmiłuj się nade mną, Panie, według Twej dobroci, według wielkiego Twego miłosierdzia zmaż nieprawości moje. Obmyj mię zupełnie od nieprawości mojej i oczyść mię..., a ponad śnieg stanę się bielszym... Odwróć swe oblicze od grzechów moich... stwórz we mnie serce czyste i ducha prawego... wróć mi radość zbawienia Twego" (Ps. L). "Występki któż zrozumie? Oczyść mię od tych, których nie znam" (Ps. XVIII, 13).
Jakże dalece różni się ta uniżoność prawdziwej pokory od małoduszności, rodzącej się zazwyczaj ze względu ludzkiego lub lenistwa duchowego. Małoduszność stoi bowiem w przeciwieństwie do wielkoduszności i unika koniecznych wysiłków. Pokora, daleka od tego, by przeciwstawić się wielkoduszności, idzie z nią w parze. Stąd prawdziwy chrześcijanin jest obowiązany dążyć do wielkich rzeczy, przynoszących wielkie zaszczyty, ale w sposób pełen pokory, a nawet, gdy zachodzi potrzeba, drogą wielkich upokorzeń (4). Często musi sobie powtarzać: "Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam". "Nie nam, Panie, nie nam, lecz imieniowi Twemu daj chwałę" (Ps. CXIII).
Małoduszny – to taki, który wzbrania się spełnić to, co jest w jego mocy i co powinien. Może w ten sposób zgrzeszyć śmiertelnie, jeśli nie wykona obowiązku, ciążącego na nim pod grzechem ciężkim.
Przeciwnie pokora – uniża człowieka przed Bogiem, stawiając go na właściwym miejscu. Skłania nas ona do uniżenia się przed Bogiem w tym tylko celu, by mógł On działać w nas z większą swobodą. Daleka od zniechęcenia, dusza pokorna oddaje się w ręce Boga, a gdy On dokona przez nią wielkich rzeczy – nie będzie chlubiła się więcej od siekiery w ręku drwala, od harfy w ręku artysty. Powie z Najświętszą Panną: "Otom ja służebnica Pana, niech mi się stanie według słowa twego".
* * *
POKORA W STOSUNKU DO BLIŹNIEGO
Św. Tomasz omawia to zagadnienie w sposób prosty jak i głęboki zarazem: "Każdy człowiek – twierdzi on – mając na uwadze to, co w nim jest jego tylko własnością, winien upokarzać się przed tym, co w drugim jest Bożego" (5). – Człowiek, zastanawiając się nad tym, iż sam z siebie jest niczym, a to, co ma od siebie, to tylko braki, wady i upadki, musi uznać i to nie tylko w teorii, ale też praktycznie, że wszystko, co ma ze siebie, jako pochodzące od niego samego wartościowo stoi niżej od tego, co inny otrzymał od Boga, zarówno w dziedzinie natury, jak i łaski.
Święty Doktor dorzuca (6): "Człowiek naprawdę pokorny uważa się za niższego od innych, nie ze względu na czyny zewnętrzne, ale gdyż obawia się, by nawet tego dobra, które czyni, nie spełnił pod wpływem ukrytej pychy". Dlatego Psalmista woła: "Ab occultis meis munda me Domine". "Oczyść mię, Panie, od ukrytych mych błędów". A św. Augustyn (7): "Jeśli na zewnątrz ukazujecie się lepszymi od innych, to pamiętajcie, że przewyższają was może zaletami, których nie znacie".
Powiedzmy sobie z tym wielkim Świętym: "Nie ma grzechu, popełnionego przez kogokolwiek, którego bym ja nie mógł popełnić z powodu mej ułomności, a jeśli ich nie popełniłem, to tylko dzięki temu, że Bóg w swym miłosierdziu do tego nie dopuścił" (8). Bogu też trzeba za to dziękować: "Panie, stwórz we mnie serce czyste i ducha prawego. Nawróć mię do siebie, a będę nawrócony. Zmiłuj się nade mną, grzesznikiem, bo jestem słaby i nędzny".
Pokora świętych staje się więc coraz głębszą, gdy przez kontrast z wielkością i dobrocią Bożą, poznają oni coraz lepiej własną ułomność. I my winniśmy dążyć do tej pokory świętych. Nie używajmy jednak maksym, które oni często powtarzali, o ile głęboko nie przekonamy się o ich prawdziwości życiowej. Jasne, że postąpić inaczej byłoby cechą fałszywej pokory, która tak się ma do prawdziwej, jak świecidełka ze szkła zwykłego do czystego diamentu.
* * *
Jakaż nieskończona różnica między pokorą w stosunku do bliźniego, tak jak ją określił święty Tomasz, a względem ludzkim i małodusznością!
Wzgląd na ludzi (timor mundanus) jest obawą przed opinią i gniewem złych ludzi. Bojaźń taka odwraca nas od Boga.
Małoduszność uchyla się przed konieczną pracą, unika wielkich rzeczy, które by należało wykonać, a zwraca się ku niskim. Natomiast pokora uniża nas przed Bogiem i przed tym, co jest Bożego w bliźnim, w sposób pełen szlachetności. Pokorny nie uniża się przed potęgą ludzi złych i w tym różni się, według św. Tomasza, od ambitnego, który uniża się więcej, niż wypada celem osiągnięcia swych pragnień i robi się płaskim służalcem, byle dojść do upragnionego celu.
Pokora nie unika rzeczy wielkich, owszem wzmacnia naszą wielkoduszność, każąc nam pokornie dążyć do rzeczy wzniosłych. Są to dwie cnoty, wspierające się wzajemnie, jak dwa łuki jednego sklepienia.
I właśnie dwie te cnoty zajaśniały w Chrystusie w chwili, gdy mówił: "Syn Boży nie przyszedł, aby mu służono, ale aby służyć (cnota pokory) i dać życie swoje za okup wielu". (Cnota wielkoduszności w połączeniu z żarliwością o chwałę Boga i zbawienie dusz). Nie mógł Zbawiciel do większych rzeczy dążyć i z większą pokorą: chciał dać nam życie wieczne, drogą właśnie upokorzeń, męki i krzyża. Nie inaczej też obie te cnoty, tak, zdawałoby się, sobie przeciwne, łączą się odpowiednio w świętych. – Pokorny Jan Chrzciciel nie boi się gniewu Heroda i mówi mu: Nie godzi się robić tego, co czynisz. – Apostołowie w pokorze swej nie obawiają się sprzeciwu ludzkiego – są wielkoduszni aż do męczeństwa. Coś podobnego jest u wszystkich świętych: im pokorniejsi, tym silniejsi, tym mniej obawiają się opinii ludzkiej, choćby nie wiem jak była groźną. Taki np. pokorny Wincenty à Paulo był nieustraszony wobec pychy jansenizmu, który rozpoznał i o którym doniósł władzy kościelnej, byle tylko zapewnić wiernym łaskę częstej Komunii świętej.
Praktycznie rzecz biorąc, co należy czynić, by dojść do doskonałej pokory, bez której przecież nie można posiąść pełni miłości?
Przede wszystkim ważną jest rzeczą odpowiednie zachowanie się w stosunku do pochwał i upomnień.
Jeżeli idzie o pochwały, nie należy chwalić siebie samego: znaczyłoby to brudzić się – podług przysłowia włoskiego: "Chi si loda, s'imbroda". Ci, którzy chwalą się, sądzą, że nie są dość chwaleni przez innych. Tym więcej nie należy szukać pochwał. Równałoby się to wystawianiu siebie na śmieszność i pozbawienie zasługi naszych dobrych uczynków. W końcu nie należy szukać upodobania w pochwałach, gdy przychodzą: byłoby to utratą, jeśli nie zasługi za dobre uczynki, to co najmniej najpiękniejszej jej części.
Dalej w naszym stosunku do bliźniego musimy wyżej postąpić. Winniśmy więc przyjmować z cierpliwością zasłużone nagany, zwłaszcza, gdy pochodzą od przełożonych, mających do tego prawo i obowiązek. Przyjmując je z cierpką miną, tracimy korzyści, płynące z tych słusznych uwag. – Winniśmy przyjmować cierpliwie wyrzuty, niekiedy mało lub wcale niezasłużone. Św. Tomasz z Akwinu, jeszcze jako nowicjusz, otrzymał niesłuszną naganę za błędne przeczytanie łacińskiego słowa w refektarzu. Na rozmowie poobiedniej bracia zakonni ze zdziwieniem mówią: "Ależ Tomaszu, miałeś słuszność, dobrześ przeczytał – dlaczegoś się poprawił?". "Większą wartość – odpowiedział – ma w oczach Bożych jeden błąd gramatyczny, niż uchybienie w posłuszeństwie i pokorze". W końcu, wspominając na przykłady świętych, dobrą jest rzeczą modlić się o umiłowanie wzgardy. Św. Jan od Krzyża, zapytany przez Chrystusa, jakiej pragnie nagrody, odpowiedział: "Być wzgardzonym i cierpieć z miłości ku Tobie". W kilka dni potem został wysłuchany i to w sposób dla siebie jak najbardziej bolesny: obchodzono się z nim bowiem jak z niegodnym zakonnikiem a przy tym bardzo nieludzko. A św. Franciszek z Asyżu powiedział raz do brata Leona: "Jeśli przybędziemy dziś późnym wieczorem do bram naszego konwentu, a brat odźwierny nie zechce nam otworzyć, jeśli weźmie nas za złodziei, obije i zostawi całą noc na deszczu i zimnie; – wówczas trzeba nam będzie powiedzieć: santa letizia: jakaż to radość, o Panie, że możemy cierpieć dla Ciebie i stać się odrobinę podobnymi do Ciebie". Oto, jak wysoko wznieśli się święci.
Św. Anzelm (9) przepięknie opisał stopnie pokory: Poznać, uznać się za godnego pogardy pod pewnymi względami; cierpieć z tego powodu; przyznawać, że w gruncie rzeczy takimi jesteśmy; pragnąć, by drudzy w to uwierzyli; cierpliwie znosić, gdy inni o tym mówią; przyjmować odpowiednie traktowanie jako osoba rzeczywiście godna pogardy; znajdować w tym upodobanie.
Wymienione stopnie pokory znajdziemy w różnych książkach pobożnych. Jak mówi św. Teresa, "są to czyste dary Boże, dobra nadprzyrodzone" (10). Przypuszczają one istnienie w nas uprzednio pewnej wlanej kontemplacji pokory Jezusowej oraz żywe pragnienie, aby stać się Mu podobnymi.
Zapewne, że powinniśmy dążyć do tej wysokiej doskonałości, choć mało jest takich, którzy ją osiągają. Jednak nim dusza wewnętrzna dotrze do niej, nieraz będzie mogła przypomnieć sobie słowa Pana Jezusa, tak głębokie, a tak prawdziwie godne naśladowania: "Syn Człowieczy nie przyszedł, by mu służono, ale służyć i dać życie swoje za okup wielu".
–––––––––––
O. Reginald Garrigou-Lagrange O. P., Pokora dusz postępujących, Lwów 1936. WYDAWNICTWO OO. DOMINIKANÓW, str. 14.
(Pisownię nieznacznie uwspółcześniono).
PRZYPISY:
- Często porównywano pokorę z fundamentem pod budynek, który o tyle należy głębiej wkopać w ziemię, o ile budynek ma być wyższy.
- Biorąc rzecz pod kątem widzenia pokory, jako cnoty nabytej.
- Pod kątem widzenia pokory, jako cnoty wlanej.
- Por. 2-2, q. 161, a. 1, 3m: "Pokora powściąga władzę pożądawczą od dążenia do rzeczy wielkich w sposób mijający się z rozsądkiem. Wielkoduszność zaś skłania ducha do wielkich rzeczy, zgodnie z rozsądkiem". Por. art. 2, 3m i q. 129, a. 3, 4m. Są to dwie cnoty, dopełniające się, jak dwa łuki. Cnoty z natury solidarnie wzrastają razem, jak pięć palców u ręki – stąd nie można posiadać głębokiej pokory, nie posiadając prawdziwej szlachetności duszy czyli wielkoduszności.
- 2-2, q. 161, a. 3.
- Tamże art. 6, 1m.
- De virginitate, rozdz. 52: "Existimate aliquos in occulto superiores, quibus estis in manifesto meliores".
- Wyznania, ks. II, rozdz. 7.
- Liber de similitudinibus, rozdz. CI-CIX, cyt. przez św. Tomasza, 2-2, q. 161, a. 6, 3m.
- Życie, rozdz. XXXI; Droga doskonałości, rozdz. XII.
Printfriendly
POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.

































