_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

wtorek, 14 listopada 2017

Recenzja książki "Luter. Ciemna strona rewolucji"





Kim był Marcin Luter? Reformatorem, który z miłości do prawdy wystąpił przeciw nadużyciom papiestwa? Czy rebeliantem, prekursorem późniejszych rewolucjonistów?

Książka Pawła Lisieckiego "Luter. Ciemna strona rewolucji" to ponad 300 stronicowy młot na protestantyzm. Pierwsze 50 stron to opis dokonującej się na naszych oczach protestantyzacji Kościoła. Autor na podstawie wypowiedzi papieża Franciszka i jego najbliższych współpracowników ukazuje nam nowy obraz Lutra jaki pojawia się w Kościele. Lutra nie heretyka, ale reformatora, nie buntownika ale wręcz nowego świętego. W tym kontekście nie powinny nas dziwić stwierdzenia, jakoby reformacja była lekarstwem dla Kościoła katolickiego w latach jego najgorszego upadku, i że przyniosła wyzwolenie i powrót do korzeni (Ewangelii), Luter zaś to renesansowy św. Franciszek. Konsekwencją tego typu myślenia jest ostatnia emisja poczty watykańskiej, która w związku z zakończeniem obchodów 500 lecia reformacji  wypuściła znaczek pocztowy przedstawiający dwóch herezjarchów Lutra i Melanchtona.

Lisicki przypomina także ubiegłoroczną wizytę papieża w Szwecji i jego spotkanie z panią „prymas Kościoła Szwecji” Antje Jackelén - popierającą najbardziej radykalne postulaty szwedzkiej lewicy, jaskrawo sprzeczne z dogmatami religii katolickiej. A gdy w tym kontekście wspomnimy jeszcze o tym, że papież nie miał zamiaru odprawiać podczas tej wizyty mszy dla katolickiej diaspory w Szwecji to nie może dziwić, że autor nie kryje swojego krytycznego stosunku względem dialogu ekumenicznego Stolicy Apostolskiej z protestantami, który prowadzi jak widać do wyjaławiania i fałszowania tradycji Kościoła Katolickiego.
(…) Papieżowi najwyraźniej nie przeszkadzał ani sam fakt – to, że modląc się jak równy z równym z panią prymas zachowywał się jakby uznawał jej urząd – ani też osobliwe, mówiąc delikatnie poglądy arcybiskupki Jackelen(…) Pani arcybiskupka, wspiera „śluby gejów”, uznaje „prawo kobiet do aborcji”, opowiada, że muzułmańscy terroryści nie różnią się od chrześcijańskich fundamentalistów – do licha ciężkiego, czy to jest właściwy partner, partnerka dla papieża w prowadzeniu wspólnych modlitw? (…)
Po takim wstępie autor przechodzi do omówienia fenomenu któremu na imię Marcin Luter. Przedstawia nam kolejne etapy jego życia, poczynając od omówienia jego powołania, kapłaństwa i jego życia zakonnego, jego pracy jako wykładowcy teologii, a także jego poglądów przed wystąpieniem w Wittenberdze, a także ewolucję, jaką przeszedł w kierunku odrzucenia instytucjonalnego Kościoła, roli dobrych uczynków, sakramentów oraz Tradycji Apostolskiej.

Dla osób, które znają Lutra z podręczników szkolnych czy biografii dostępnych w księgarniach czy ukazywanego nam przez współczesnych ekumenistów szokujące mogą być dość liczne cytaty z jego listów prywatnych jak i publicznych, fragmenty jego pism i broszur drukowanych po 1517 roku. Język mnicha, jest strasznie wulgarny a zajadłość i nienawiść dla Kościoła i swoich przeciwników nie ma chyba odpowiednika w historii. Nam się przedstawia tego ex-mnicha jako Ojca współczesnego języka niemieckiego. Czytajcie Lisieckiego a zobaczycie jakiego to ojca ma język niemiecki.

Kolejną ważną sprawą omówioną w książce jest, szczegółowa analiza sytuacji w Rzeszy Niemieckiej i samym Kościele rzymskim w XVI wieku. Autor choć nie ukrywa, że tamte czasy w Kościele nie były idealne a papieże mieli wiele na sumieniu pokazuje jednak, że duch reformy był obecny w Kościele a wystąpienie Lutra nie miało nic wspólnego z uzdrowieniem występującego zepsucia ale było chęcią oderwania Niemiec od Kościoła. Liczne interwencje teologów i największych umysłów tamtych czasów, ludzi, którzy próbowali z Lutrem prowadzić akademickie debaty, aby zachować jedność Kościoła były przez niego traktowane koniunkturalnie. Z jednej strony Luter prezentuje się jako wierny syn Kościoła zatroskany o czystość wiary a z drugiej mamy opętanego nienawiścią do Kościoła i papieża rewolucjonistę. Jednakże z bogatej korespondencji z tamtych lat, broszur i rycin propagandowych (wiele tych antykatolickich rycin jest reprodukowana w książce), wyłania się obraz reformatora jako człowieka całkowicie przekonanego o swoich poglądach. Luter, co wykazuje dobitnie Lisicki nie tylko na podstawie komentarzy katolickich teologów, ale także protestanckich badaczy, był w pełni świadom swoich posunięć oraz prowadzonej polityki nakłaniania do zerwania z Rzymem książąt niemieckich.

Niestety słabość papieża Leona X i jego następców, rzymska często błedna polityka wobec cesarzy niemieckich, a także zwykła opieszałość władców, którzy w buncie Lutra upatrywali własnych korzyści we współpracy z protestantami doprowadziło do oderwania sporej części Europy od Rzymu. 

Niezwykle cenna jest także opinia o skutkach reformacji, czyli tzw. owocach duchowych i moralnych w Europie. Współcześnie mówi się o „wartościach”, „pozytywnych aspektach” reformacji, podkreśla się zasługi reformatora oraz powtarza się bez końca, czego to Kościół Katolicki nie nauczył się dzięki wystąpieniu Lutra. Dla wielu wpółczesnych katolików reformacja była powrotem do korzeni chrześcijaństwa, była walką o prawdę, która została zatajona przez opieszały kler rzymski, zaś Marcin Luter wcale nie pragnął oderwania Niemiec od Rzymu, a sam wykazywał się głęboką pobożnością, zaś wojny wybuchłe na tle reformacji to niezamierzony rezultat dobrych pragnień reformatora.

Liczne przytoczone wypowiedzi Lutra, również relacje naocznych świadków, a także zamieszczone w książce ryciny z tamtych czasów dają spójny i jasny obraz reformacji a raczej rewolucji, jej genezy oraz przebiegu.

Żadnej politycznej poprawności i ekumenicznych bzdur. Zdrowe spojrzenie katolika na to czym jest/był protestantyzm. Książka o prawdziwej twarzy Marcina Lutra i o tym, czy obecne dążenie do jego rehabilitacji podyktowane jest dążeniem do prawdy czy też jest efektem zdrady.

Książka Pawła Lisieckiego to w tej chwili najlepsze opracowanie na temat Lutra i zapoczątkowanej przez niego Rewolucji w Polsce.


NAGRANIE Z PREZENTACJI KSIĄŻKI




WYWIAD Z AUTOREM KSIĄŻKI DLA PORTALU PCH24.PL

Mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i antychrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, gdy Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – biskupką w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa? - mówi Paweł Lisicki, autor książki „Luter. Ciemna strona rewolucji”, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.

Czy Marcin Luter był pierwszym niemieckim fuhrerem? Tak jak 400 lat później Hitler odpowiedzialność za niemiecką krzywdę zrzucał na Żydów, tak Luter całą odpowiedzialnością za niemieckie cierpienia obarczał papieża i Kościół katolicki.

Nie chciałbym stawiać tezy, że mamy do czynienia z prostym związkiem pomiędzy Lutrem a Hitlerem, ponieważ byłoby to nadużycie. Trzeba pamiętać, że w obecnej debacie ulubioną bronią lewicy jest tzw. reductio ad Hitlerum, czyli próba wykazania, że każdy, kogo się nie lubi, miał związki z tym moralnym potworem. Dostrzegam natomiast, przy całej różnicy, pewnego rodzaju powinowactwo duchowe obu tych postaci.

To co uderza w działaniach i doktrynie Lutra to kult samowoli i przekonanie, że człowiek sam nadaje prawo. Wola jest zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli popatrzymy na późniejszy rozwój myśli niemieckiej i źródła, z których czerpał Hitler i nazizm, to w oczywisty sposób zauważymy niczym nieograniczoną wiarę w kreacyjność ludzkiego ducha. Nie jest on niczemu poddany, sam nadaje sens wszystkiemu i sam narzuca wszelkie prawa. Wszystko to prezentował w XVI wieku Marcin Luter.

Podobnie to on przyczynił się do wyniesienia na piedestał germańskości. To za jego sprawą to, co niemieckie miało być antyrzymskie, antyłacińskie. Germańskość przeciwstawił duchowi łacińskiemu, a to musiało prowadzić do fascynacji pogaństwem, tym co barbarzyńskie. U Lutra mamy początek tego niebezpiecznego zwrotu ku barbarzyństwu i pogaństwu, które cechowało niemiecką myśl od końca XIX wieku. To było podglebie dla ruchu narodowych socjalistów, cała ta niezdrowa fascynacja pogaństwem, cała ta wrogość wobec chrześcijaństwa łacińskiego, które rzekomo próbowało okiełznać germańską bestię.

Dzieła augustianina są przesiąknięte obsesyjną nienawiścią do Kościoła katolickiego i w późniejszych latach również do Żydów. Dlaczego? Bo jedni i drudzy reprezentowali w jego oczach posłuszeństwo znienawidzonemu, zewnętrznemu prawu, któremu Luter przeciwstawia wyniesienie woli. Nic dziwnego, że antyżydowskie pisma Lutra tak chętnie wydawano w Niemczech po roku 1933.

Patrząc na życiorys Marcina Lutra można odnieść wrażenie, że człowiek ten od samego początku był skażony „diabelskim nasieniem”, na co niejednokrotnie zwraca Pan uwagę w swojej najnowszej książce „Luter. Ciemna strona rewolucji”. W którym momencie jego życia nastąpił najbardziej gwałtowny zwrot, któremu świat zawdzięcza „dary reformacji”?

Ten element diabelski, o którym musimy wypowiadać się z ostrożnością, ponieważ nikt nie dał nam prawa do stawiania takich twierdzeń, uderza już na pierwszy rzut oka.

Powstało na ten temat wiele teorii. Jedna z nich, (tradycyjna, protestancka) mówi, że Luter wstępował do klasztoru pełen dobrych chęci i dobrej woli, a tam zostało to całkowicie zniszczone w skutek rzekomo opresyjnego trybu życia prowadzonego przez zakonników. Jest to kompletna nieprawda.

Po pierwsze: w klasztorze obowiązywał okres nowicjatu, w czasie którego Luter mógł w każdej chwili zrezygnować z życia zakonnego.

Po drugie: jego kariera w zakonie pokazuje, że nie był w żaden sposób sekowany, czy prześladowany. Wręcz przeciwnie! W roku 1515 roku stał się on jedną z najważniejszych postaci życia zakonnego w Niemczech! Sam decydował o obsadzie wielu ważnych stanowisk, co bardzo pomogło mu, kiedy doszło do wybuchu konfliktu. Nie ma też sygnałów z czasów, kiedy był mnichem, które wskazywałyby na to, że Luter traktował życie zakonne jako opresję. Dopiero później, kiedy jest już reformatorem, zmienia mu się perspektywa.

To co uderza w postawie Lutra to straszliwie nakręcająca się i ciągle narastająca nienawiść do Kościoła. Czytając jego pisma od lat 20. XVI wieku zaczynając można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś maniakiem opętanym obsesją na punkcie papiestwa, Rzymu, tradycji kościelnej i tego wszystkiego, co Kościół reprezentował. Luter nie mówił o papiestwie, on chciał je zdruzgotać. Ilekroć zabierał głos w debacie na temat katolicyzmu, to wobec „papistów” wykazywał się taką gwałtownością i nienawiścią, że trudno nawet dzisiaj znaleźć podobną. Dziś powiedzielibyśmy, że był – co się tyczy stosunku do Rzymu – hejterem.

Nienawiść w Lutrze wzrasta wraz z rozwojem jego „doktryny”. Gdy rozpatrzymy tę „naukę” wyłącznie w kategoriach logiczno-racjonalnych, to natychmiast zauważymy jej absurdalność.

Oczywiście. Zadam proste pytanie: jak człowiek może się sam usprawiedliwić własną wiarą, jeśli jednocześnie ten sam człowiek jest do cna zepsuty i całkowicie pogrążony w stanie grzechu pierworodnego? To absurdalne: okazuje się, że w doktrynie pryncypialnie odrzucającej uczynki pozostawia się ten jeden jedyny, nieskażony – akt ufności w Chrystusa.

Pójdźmy dalej: jeśli człowiek jest totalnie skażony, to nie może zdobyć się również na żaden nieskażony akt. W związku z tym, jak może usprawiedliwiać się przed Bogiem? Jest to zupełnie nielogiczne! Pytanie brzmi: co we mnie, jaka cząstka, jaki podmiot może uwierzyć, skoro wszystko jest całkiem zdegenerowane? I Jeśli moja wolna wola jest całkiem martwa, dlaczego w tym jednym wypadku zdobywa się na życie? I czy to życie, ta wiara w ogóle jest „moja”, skoro nie jest w ogóle wolny? To po prostu nauka religijnej schizofrenii.

Dlaczego Leon X dopiero w 1521 roku „na poważnie” zareagował na szerzone przez Marcina Lutra herezje?

Miało na to wpływ kilka czynników.

Pierwszy jest dosyć łatwy do opisania. Chodzi o brak wyobraźni Leona X niezdającego sobie sprawy z ogromu niechęci, z jaką w coraz większym stopniu patrzono na działanie papiestwa w cesarstwie niemieckim.

Krótko mówiąc: następca św. Piotra źle rozpoznał, z czym w rzeczywistości ma do czynienia. W przypadku Lutra nie chodziło bowiem o kolejną doktryną religijną czy też krytykę Kościoła. Z tego typu problemami papiestwo miało bowiem do czynienia w przeszłości. Niemiecki augustianin w swojej nauce bardzo mocno odwoływał się do sentymentów narodowych, które w Niemczech z każdym kolejnym rokiem stawały się coraz silniejsze.

Po drugie: Leon X nie rozumiał skali teologicznego zagrożenia, jakie niosła w sobie „teologia” Lutra. Być może papież początkowo uważał ją po prostu za tradycyjną formę krytyki i nie zdawał sobie sprawy, że „nowa religia” przyniesie aż tak głębokie i aż tak niebezpieczne następstwa. Kościół był wewnętrznie osłabiony. Zakony były zeświecczone, panował w nich duch światowy. Biskupi byli bardziej świeckimi urzędnikami, a nie duszpasterzami, wielu zakonników faktycznie wiodło już życie światowe. Nauka Lutra uwalniała ich sumienia od poczucia winy.

Trzecia rzecz to czynniki polityczne.

Czynniki polityczne?

W roku 1518 do Leona X zwrócił się cesarz Maksymilian z propozycją wspólnej akcji przeciwko Lutrowi. Niestety, kiedy na początku roku 1519 cesarz Maksymilian zmarł, papież nie postąpił zgodnie z ustalonym wcześniej planem, nie sprzeciwił się działaniom Lutra i nie nazywał rzeczy po imieniu, tylko wolał podjąć działania polityczne.

Papież wierzył, że tak naprawdę cała sprawa z Marcinem Lutrem będzie miała mniejsze znaczenie niż osadzenie na tronie cesarskim swego kandydata, czyli króla Francji - Franciszka. A do tego potrzebował wsparcia Fryderyka Mądrego, głównego protektora Lutra.

Używając świeckiego porównania można powiedzieć, że papież „wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle”, ponieważ nie udało mu się doprowadzić do obsadzenia niemieckiego tronu swoim człowiekiem i jednocześnie stracił bardzo dużo czasu na to, żeby jednoznacznie określić działalność Lutra. Co więcej, powstało wrażenie, że w gruncie rzeczy herezja Lutra to drobiazg.

Czy wymienione przez Pana aspekty wpłynęły również na działania następców Leona X?

Po Leonie X nastał bardzo krótki pontyfikat Hadriana VI - papieża rozumiejącego stopień zagrożenia, który próbował się mu faktycznie przeciwstawić. Niestety był on wyjątkowo niezręcznym politykiem. Nie zdawał sobie bowiem sprawy, że tego typu „operacja” musi być przeprowadzona ze współudziałem kurii rzymskiej. Hadrian VI chciał ją przeprowadzić wbrew własnemu otoczeniu i właśnie to skazywało go na przegraną.

Z kolei kolejny papież - Klemens VII tak naprawdę nie podjął żadnych konkretnych działań z powodów czysto świeckich. Czytając bowiem raporty regularnie wysyłane przez legatów papieskich doskonale znających nastroje w Niemczech, widać wyraźnie, że jedynym rozwiązaniem na wywołaną przez Lutra rewolucję jest zwołanie soboru przez papieża. Pozwoliłby on podjąć autentyczną reformę Kościoła. Bez niej reformacja będzie czyniła postępy, co niestety nastąpiło, ponieważ Klemens VII bał się, że zwołany sobór pozbawi go władzy papieskiej, jako że pochodził on z nieprawego łoża.

Do roku 1520, czyli momentu spalenia bulli papieskiej i Kodeksu Prawa Kanonicznego Luter cały czas powtarza, że nie chodzi mu o sianie zamętu i herezji, tylko naprawę Kościoła katolickiego. Wiemy doskonale co jest dobrymi chęciami wybrukowane...

Teza ta, tak popularna wśród współczesnych ekumenistów zakłada, że Luter nie walczył z Kościołem, tylko z nadużyciami.

Załóżmy na moment, że jego „doktryna” jest słuszna. Konsekwencją tej „słuszności” jest odrzucenie hierarchicznego Kościoła, sensu sakramentów świętych, jakiejkolwiek dyscypliny duchowej etc. Liczy się tylko poryw ufności, który człowiek ma w sobie! A skoro ufność wystarczy do zbawienia, to na co komu Kościół, papież i sakramenty? Od samego początku nowa doktryna usprawiedliwienia musiała doprowadzić do ataku na Kościół hierarchiczny. Nie było w niej miejsca na żadną formę Urzędu Nauczycielskiego, żadną formę Magisterium.

W swojej książce bardzo dobitnie zwraca Pan uwagę, że każda rewolucja jest inspirowana przez idee, które zebrał w swą doktrynę Marks, w związku z tym muszę zapytać: czy Luter był marksistą?

Nie nazwałbym go marksistą, ponieważ byłby to anachronizm.

Nie zmienia to jednak faktu, że istnieje bardzo wiele ogniw łączących Lutra i późniejsze rewolucje, jak chociażby element buntu i absolutnej wiary w swój prywatny osąd. To one stanowią swoisty „korzeń”, z którego wyrasta wrogość wobec zastanego ładu i porządku, i dlatego, zdaniem rewolucjonistów, można je na nowo wykreować.

To jednak nie wszystko. Rewolucjoniści zawsze charakteryzowali się wiarą w kreacyjną moc ludzkiego rozumu i przekonaniem, że mogą zlikwidować wszystkich, którzy się im przeciwstawiają. Wreszcie znaczenie miała też propaganda. To w czasach Lutra i za jego sprawą powstał największy zasób antykościelnej retoryki i propagandy, z której czerpali oświeceniowi rewolucjoniści wieku XVIII, a później również marksiści.

Jakie były skutki odrzucenia wolności Kościoła?

Chodzi o powrót do czasów sprzed cesarza Konstantyna, kiedy to władca świecki skupiał w swoim ręku całkowitą władzę, również całkowitą władzę duchowną. Dzięki poparciu Lutra i odrzuceniu Kościoła katolickiego świeccy władcy w cesarstwie niemieckim od XVI wieku mogli stać się jednocześnie „biskupami w stanie nadzwyczajnym”. Przejęte w wyniku tej operacji ziemie i dobra kościelne dawały władcą ogromne zaplecze finansowe i pozwalały na stworzenie nowej formy tyranii państwowej na niespotykaną wówczas skalę.

Słuchając wypowiedzi wielu hierarchów m.in. Kościoła w Niemczech można odnieść wrażenie, że katolicy i protestanci wierzą w tego samego Boga. To jednak nieprawda, co mocna podkreśla Pan w swojej książce. Jak to jest w związku z tym? Leon X potrafił wysyłać do dyskusji z Lutrem swoich teologów, którzy „rozkładali na łopatki” całą jego doktrynę. Dzisiaj tego nie ma…

To bardzo dobre spostrzeżenie i przyznam, że sam wielokrotnie się nad tym zastanawiałem.

Moim zdaniem jest to ściśle związane z przebiegiem i skutkami Soboru Watykańskiego II. To tam po raz pierwszy na dużą skalę wystąpili protestanccy obserwatorzy i wiele dokumentów przyjęto w taki sposób, aby odpowiadały „duchowi ekumenizmu”. W związku z tym podczas SW II po raz pierwszy w oficjalnych aktach Kościoła znalazły się fragmenty wyjątkowo niejasne i nie do końca określone i to tylko dlatego, żeby dostosować się do oczekiwań, jak wtedy mówiono, „braci odłączonych”.

Na marginesie: warto zaznaczyć, że dzisiaj w Kościele formuła „brat odłączony” praktycznie nie występuje, ponieważ uznaje się, że protestanci są w gruncie rzeczy takimi samymi chrześcijanami jak katolicy, a różnica między nimi jest sprowadzona w zasadzie do niewielkich różnic we wrażliwości, ewentualnie do spraw całkowicie marginalnych, żeby nie powiedzieć nieważnych i nieistotnych.

Zamieszanie wprowadzone w czasie SW II doskonale obrazuje późniejszy rozwój stosunków na linii katolicy-protestanci. Coraz bardziej niejasne i nieokreślone formuły stosowane przez hierarchów Kościoła powodują, że doktryna katolicka zostaje tak rozmyta, iż w oparciu o nią bardzo trudno ocenić błędy protestantyzmu. Ceną za jedność jest ucieczka od prawdy.

Skoro wszystko jest rozmyte, to dlaczego protestanci nie chcą nawrócić się na katolicyzm i wrócić do Kościoła?

Ale Kościół to nie wspólnota wierzących w cokolwiek i jakkolwiek, ale wspólnota jednej konkretnej, dogmatycznej wiary. Zresztą do jakiego Kościoła katolickiego mieliby wrócić dziś protestanci? Podam przykład: na początku września br. protestanci, w tym wypadku tzw. „wolne kościoły USA”, głównie południowi baptyści, czyli bardzo konserwatywna grupa chrześcijan, ogłosili coś, co można nazwać „deklaracją z Nashville”. Zapisano w niej najważniejsze, ich zdaniem, punkty dotyczące tradycyjnej etyki chrześcijańskiej i to w bardzo konserwatywnym duchu. W gruncie rzeczy ta deklaracja mogłaby wyjść spod pióra teologów katolickich. W „nagrodę” zostali za to skrytykowani przez kogoś, kto uchodzi w tej chwili za niemal oficjalnego rzecznika papieża Franciszka, czyli przez jezuitę Jamesa Martina i innych katolickich liberałów.

Właśnie to najlepiej pokazuje stopień chaosu i szaleństwa, w jakim żyjemy. Często zapominamy, że protestantyzm ma bardzo wiele odłamów począwszy od ludzi bardzo bliskich tradycyjnemu katolicyzmowi, szczególnie jego rozumieniu etyki i tradycji, aż po osoby, dla których chrześcijaństwo stanowi co najwyżej jakiś zewnętrzny sztafaż bez żadnego, realnego znaczenia. W większości są oni „wewnętrznymi ateistami” albo po prostu wrogami chrześcijaństwa. Niestety to właśnie ta druga grupa - tak zwani liberalni protestanci - dominuje w różnych państwowych kościołach europejskich.

Z którą z tych grup papież Franciszek prowadzi „dialog ekumeniczny”?

Powiem szczerze, że byłbym jeszcze gotów zrozumieć i zaakceptować spotkania z protestantami walczącymi o zachowanie w coraz bardziej zeświecczonym świecie tradycyjnych zasad chrześcijańskich, takich jak autorzy „deklaracji z Nashville”. Jednoznacznie potępili oni „śluby homoseksualne” i stwierdzili, że jakiekolwiek wspieranie ruchów homoseksualnych jest sprzeczne z tradycyjną doktryną Kościoła.

Niestety, mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i anty-chrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, że Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – „biskupką” w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa?

Jest to sytuacja absolutnie dramatyczna, ponieważ jedynym jej skutkiem jest pogłębianie chaosu w Kościele Jezusa Chrystusa.

Wiele zamieszania stwarzają również tezy głoszone przez „papieskiego teologa”, czyli kardynała Waltera Kaspera. W jednej ze swoich książek stwierdził on, że Marcin Luter uchylił zatrzaśniętą przez Kościół katolicki furtkę do ostatecznego pojednania katolików i protestantów.

Kard. Kasper to przykład na to, że we współczesnym świecie można stawiać najbardziej absurdalne tezy w dziedzinie historii teologii i w żaden sposób nie odbija się to na czyimś wizerunku czy też pozycji.

Dowodzi tego wspomniana przez Pana teza, której przeczą wszystkie fakty historyczne. To trochę tak, jakby jakiś historyk postawił tezę, że Lenin w 1917 roku był wielkim zwolennikiem porozumienia się z arystokracją w Rosji, albo że Stalin w 1940 roku chciał stworzyć silne, suwerenne państwo polskie całkowicie wolne od ideologii komunizmu, tylko nie znalazł do tego partnerów. Tezy na podobnym poziomie absurdu stawia kardynał Kasper.

Różnica polega na tym, że historyków, którzy stawiają tak niedorzeczne tezy albo w ogóle nie ma, albo nikt ich nie bierze na poważnie. Z kolei kard. Kasper jest ważnym przedstawicielem Kościoła i może spokojnie opowiadać światu swoją wizję Marcina Lutra i reformacji.

Jak Luter i jego nauka są odbierani dzisiaj w Polsce?

Ze względu na to, że Luter był Niemcem, a wszystko co przychodziło bezpośrednio zza zachodniej granicy Polacy traktowali z podejrzliwością, protestantyzm jeśli już przyjął się, to przede wszystkim w wersji kalwińskiej.

Luter nie jest jakimś istotnym punktem odniesienia w polskiej dyskusji. Problem polega również na tym, że Polacy często nie rozumieją wagi tej postaci i znaczenia sporu teologicznego jaki od wieków trwa w Niemczech.

Dla wielu Polaków Luter to postać, która w istotny wpłynęła na przebieg historii, co jest oczywiście prawdą. Niestety pytanie, czy wpływ ten okazał się dobry czy zły, pada niezwykle rzadko.

Przypomnę, że do komitetu obchodów 500-lecia reformacji wszedł prymas Polak. Jest to sytuacja przedziwna. Popierając tego typu inicjatywę prymas Polski udziela jednocześnie poparcia dla dokonań Lutra i „darów reformacji”. Przypominam, że w nauce Lutra nie ma miejsca ani dla celibatu, ani dla sakramentów, ani dla kapłaństwa a co za tym idzie również dla prymasa Polski!

Prymas Polak nie dostrzega zagrożeń z świętowania 500-lecia reformacji, a czy dostrzegają je „prości wierni”?

Siłą i jednocześnie słabością polskiego katolicyzmu jest to, że wierni darzą ogromnym zaufaniem hierarchów Kościoła. Wierni w zdecydowanej większości zakładają, że jeśli duchowny coś robi, to ma ku temu jakieś istotne powody. Dopiero kiedy ktoś zaczyna dokładniej wszystko badać, to wówczas okazuje się, że niejednokrotnie mamy do czynienia z sytuacjami co najmniej dziwnymi.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz D. Kolanek

**********

Paweł Lisicki - publicysta, pisarz, redaktor naczelny i współwydawca tygodnika "Do Rzeczy". W latach 2006-2011 redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita", założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika "Uważam Rze". W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę "Doskonałość i nędza" W latach 2013-14 wydał trylogię poświęconą początkom chrześcijaństwa "Kto zabił Jezusa", "Tajemnica Marii Magdaleny", "Czy Jezus jest Bogiem?". W latach 2015-17 ukazały się "Dzihad i samozagłada Zachodu", "Krew na naszych rękach?" i "Poza polityczną poprawnością". Stały uczestnik radiowych i telewizyjnych programów publicystycznych m.in. "Loży prasowej" czy "Minęła dwudziesta". Prowadzi "Salon Polityczny Trójki", współpracuje stale z telewizją "Wirtualnej Polski".

czwartek, 2 listopada 2017

Św. Jan Maria Vianney: O cierpieniach w czyśćcu i o sposobach ratowania dusz cierpiących



"Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, żeć idzie godzina i teraz jest, gdy umarli
usłyszą głos Syna Bożego, a którzy usły­szą, ożyją" Ew. u św. Jana r. 5, w. 25.

Bardzo bolesne i przejmujące jest położenie naszych rodziców, krewnych, znajomych, jeżeli zeszli z tego świata nie uczyniwszy zadosyć sprawiedliwości Bożej. Skazani bowiem zostali do tego strasznego więzienia, które się czyśćcem nazy­wa, i tam zostawać będą dopóty, dopóki długów swoich całko­wicie nie spłacą. "O jak straszną jest rzeczą – mówi Apostoł narodów – wpaść w ręce Boga żywego" (1).

Ale po co ja bracia drodzy wszedłem dziś na ambonę i w czyim imieniu mam przemawiać do was? – Wszedłem z rozkazu Boga i przemawiać mam w imieniu waszych rodzi­ców, krewnych, znajomych. Wszakże od was dla nich należy się dług wdzięczności. Przypomnijcie sobie co oni zrobili dla was, kiedy na tej ziemi żyli. Weźcie na uwagę ich położenie w płomieniach czyśćcowych i pośpieszcie im z pomocą.

Zdaje mi się, że słyszę ich, jak wołają: "Powiedz naszym ojcom, naszym matkom; powiedz naszym dzieciom, wszystkim naszym krewnym, co my za straszne męki cierpimy. Niech się zlitują nad nami i niech nam swej pomocy nie odmawiają. Od czasu, jakeśmy się rozłączyli z nimi, ciągle w tych płomie­niach gorejemy. Oby się poruszyli naszymi wołaniami i wyr­wali nas z tej niedoli! Przedstaw im sługo Boży szczegółowo naprzód wielkość mąk naszych, a potem środki, którymi mogą nam ulżyć albo całkiem uwolnić". Pocieszycielko strapionych, wstaw się za nami.

Zdrowaś Maryjo!

I.

α) Jako katolicy wiemy dobrze bracia drodzy, że jest czy­ściec, to jest miejsce, gdzie się dusze wiernych zmarłych wy­płacają Boskiej sprawiedliwości. Jest to artykuł naszej wiary, że jeżeli pokuta nasza nie była odpowiednią do wielkości na­szych grzechów, to chociaż grzechy nasze Pan Bóg nam prze­baczył, gdyśmy się spowiadali, chociaż nas z wiecznej kary uwolnił, zostaniemy jednak dla uiszczenia się w zupełności z kary doczesnej skazani na męki do czyśćca. Jeśli Bóg nie zostawia bez nagrody żadnej myśli dobrej, żadnego pragnienia i czynności chociażby najmniejszej; to nie zostawi także bez kary żadnego przewinienia chociażby najlżejszego. Pójdziemy do czyśćca i cierpieć będziemy, dopóki sprawiedliwość Boska nie uzna nas za zupełnie oczyszczonych. W Piśmie świętym wiele dowodów znajdujemy na to, że chociaż grzechy nasze zostają nam darowane, Bóg jednak wkłada na nas obowiązek, abyśmy na tym świecie ponosili różne kary doczesne, a na tamtym wypłacali się aż do ostatniego szelążka w płomieniach czyśćcowych.

Patrzmy, co się stało z Adamem: kiedy żałował za grzech swój, Bóg mu przebaczył, skazał go jednak na pokutę; więcej niż 900 lat trwającą. Jakaż to długa pokuta! Dawid wbrew woli Boga rozkazał spisać wszystkich swoich poddanych; ale później dręczony wyrzutami sumienia uznał swój grzech, padł twarzą na ziemię i prosił Boga o przebaczenie. Bóg wejrzał na żal jego, winę darował, ale pomimo to proroka Gada posłał, aby mu powiedział: Wybierz królu jedną z trzech kar, jakie Bóg przeznaczył za grzech twój: morową zarazę, wojnę lub głód. Dawid rzekł: lepiej wpaść w ręce Pana, który już tyle razy okazał swe miłosierdzie, niż w ręce ludzkie. Wybrał więc mo­rową zarazę, która trwała trzy dni, i zabrała mu przeszło siedemdziesiąt tysięcy poddanych; a gdyby był Pan Bóg nie po­wstrzymał ręki anioła wyciągniętej na miasto, to by była spu­stoszała cała Jerozolima. Dawid widząc, ilu nieszczęść był powodem grzech jego, prosił Boga, aby karę swą przeciw niemu samemu zwrócił, a oszczędził lud, który był niewinny.

Ach! bracia drodzy, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy odpowiedniej pokuty. Ileż lat męczarni czeka nas na tamtym świecie!

β) Ogień w czyśćcu jest ten sam co w piekle; różnica na tym tylko polega, że nie jest wieczny. Dałby Bóg, żeby która z tych dusz biednych, które tam przebywają, stanęła dziś na moim miejscu otoczona ogniem ją pożerającym i opowiedziała sama mę­czarnie swoje, napełniła ten kościół swymi jękami: to może by zmiękczyła i do litości pobudziła serca wasze! O jakże my cierpimy, uwolnijcie nas bracia z tych męczarni, wy to możecie uskutecznić. O gdybyście wy czuli, co to za boleść być w rozłączeniu z Bogiem! Któż to wysłowi? Goreć w ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą, ponosić bóle niesłychane, być trawionymi żalem, wiedząc, żeśmy mogli tego uniknąć! O dzia­tki drogie, wołają rodzice, myśmy was tak kochali, czyż podo­bna, abyście nas teraz opuścili? Wy spoczywacie na miękkim łożu, a my w ogniu strasznym. Wy się oddajecie zabawom, a my dzień i noc cierpimy i płaczemy. Mieszkacie w domach, któreśmy wam zostawili, używacie owocu trudów naszych; a my opuszczeni przez was od tylu lat ponosimy katusze tak stra­szne. Ani jałmużny nie czynicie, ani o Mszę świętą nie pro­sicie dla przyjścia nam z pomocą. Możecie nam ulżyć, może­cie nas z więzienia uwolnić, a jednak nie pomyślicie o tym. O jakże straszne są męczarnie nasze!

Tak bracia drodzy, kiedy w płomieniach jęczymy, to sąd nasz zmieniamy o tych lekkich przewinieniach, jeżeli je można nazwać lekkimi, którycheśmy się dopuszczali. "O mój Boże – woła Król-Prorok – biada człowiekowi nawet najsprawiedliw­szemu, jeżeli go sądzisz bez miłosierdzia. Jeśli plamy na słoń­cu znalazłeś a złość w aniołach, to cóż będzie z grzesznikiem?". Ileż lat mąk czyśćcowych nam się należy, którzyśmy popełnili tyle grzechów śmiertelnych, a prawie nic nie czyniliśmy dla zadosyćuczynienia sprawiedliwości Bożej!

γ) Czytamy w Piśmie świętym, że Pan Bóg raz rzekł do jednego ze swoich proroków: "Idź do króla Jeroboama i stro­fuj go w moim imieniu za grzech bałwochwalstwa, którego się dopuścił. Nie przyjmuj żadnego pożywienia ani u niego, ani w drodze". Prorok zastosował się do rozkazu bez uwagi, że się na niebezpieczeństwo wielkie naraża. Stanął przed kró­lem i wyrzucał mu występek, stosownie do woli Boga. Król się mocno obraził taką śmiałością proroka, podniósł rękę i ka­zał go pojmać. Ale ręka króla uschła natychmiast. Widząc taką karę upamiętał się Jeroboam i począł żałować. Pan Bóg wejrzał na żal jego, przebaczył mu grzech i uzdrowił rękę. Dobrodziejstwo to zmieniło umysł króla, nie gniewał się już na proroka; ale prosił, aby z nim do stołu zasiadł i posiłek przyjął. "Nie mogę – odpowiedział prorok – Pan Bóg mi zabronił; chociażbyś mi połowę królestwa dawał, nie uczynię te­go". Gdy wracał, napotkał fałszywego proroka, który mówił że jest posłany od Pana i nakłaniał go do spożycia z nim po­karmów. Przyjął to zaproszenie nakłaniany i cokolwiek się pożywił. Ale jak tylko z domu fałszywego proroka wyszedł, zaraz lwa ogromnego napotkał, który go pożarł. Jeśli się za­pytamy, co sprowadziło tę śmierć, to w odpowiedzi otrzymamy, że nieposłuszeństwo proroka.

Patrzmy jeszcze na Mojżesza, który był tak miłym Bogu. Na chwilę tylko zwątpił, że woda ze skały nie wytryśnie i dwa razy w skałę uderzył. Bóg jednak rzekł: obiecałem ci, że wej­dziesz do ziemi obiecanej, która mlekiem i miodem płynie; ale żeś zwątpił i dwa razy w skałę uderzył, jak gdyby jeden raz nie wystarczał, przeto za karę z daleka tylko tę ziemię ujrzysz, ale do niej nie wejdziesz.

Jeśli Bóg tak surowo karze lekkie przewinienia, to jakże karać będzie roztargnienia w modlitwie, niewłaściwe zachowa­nie się w kościele. Ach! jakże my jesteśmy zaślepieni! Ileż lat i wieków gotujemy dla siebie w czyśćcu za tyle przewinień, które za nic sobie poczytujemy. Jakże się inaczej odzywać będziemy, gdy się wśród tych płomieni znajdziemy, w których sprawiedliwość Bożą tak dotykalnie, tak boleśnie odczujemy!

δ) Bóg jest sprawiedliwy bracia drodzy w tym wszystkim, co czyni. Nagradza nas za najmniejszą czynność, nagradza nawet nasze pragnienia, każdą myśl dobrą, każdą chęć, chociaż byśmy jej dla jakich przeszkód uskutecznić nie mogli. Ale z drugiej strony, kiedy idzie o karę, nic nie daruje. Każde przewinienie, chociażby najlżejsze, może nas do czyśćca zapro­wadzić. Wielu ze Świętych nie pierwiej dostali się do nieba, aż po przebyciu odpowiedniego czasu w czyśćcu. Święty Piotr Damian mówi, że siostra jego przez wiele lat zostawała w czy­śćcu za to, że słuchała raz z pewną przyjemnością piosenki lu­bieżnej. Dwaj zakonnicy przyrzekli sobie nawzajem, że który z nich pierwiej umrze, to w jakikolwiek sposób da znać pozo­stałemu przy życiu o stanie, w jakim się znajduje po śmierci. Bóg pozwolił temu, co pierwiej umarł, aby spełnił swoją obie­tnicę. Pokazał się więc swemu przyjacielowi i zapewnił go, że 15 dni przebywał w czyśćcu za to, że zbyt lubował się w spełnianiu swojej woli. Kiedy żyjący winszował mu, że tak niedługo przebywał w czyśćcu, umarły odrzekł: "Wolałbym za życia ze skóry być obdzieranym przez dziesięć tysięcy lat; gdyż to cierpienie jakkolwiek wielkie nie wyrównywałoby cier­pieniom, jakie w czyśćcu ponosiłem". Pewien kapłan zapewniał swego przyjaciela, że przez kilka miesięcy zostawał w czyśćcu za to, że zwlekał z wykonaniem testamentu, w którym były zapisy na różne cele dobroczynne.

Ach! iluż jest i teraz bracia drodzy, co mają sobie do wyrzucenia tę samą winę. Od ośmiu albo i dziesięciu lat po­umierali ich rodzice i zobowiązali ich do dania takiej a takiej jałmużny, do zamówienia tylu a tylu Mszy świętych, a oni dotychczas tego nie spełnili! Iluż jest takich, którzy z obawy aby nie było jakich zapisów na uczynki dobre, nie chcą zaj­rzeć do testamentu na ich korzyść sporządzonego przez rodzi­ców lub przyjaciół! Oto te biedne dusze w czyśćcu zostają, straszne męki ponoszą, ponieważ nie spełniono ich ostatniej woli. Biedni, cóżeście zrobili? Chodziło wam o to, aby uszczę­śliwić dzieci albo spadkobierców waszych; i ażeby przysporzyć im mienia, polepszyć ich los, zaniedbywaliście własne dusze, nie troszczyliście się o ich zbawienie. Spełnienie dobrych uczyn­ków, które mogliście sami wykonać, powierzyliście waszym dzieciom. Ach! jakże byliście nierozsądnymi, kiedyście zapo­minali o samych sobie, o swoim zbawieniu!

Powie kto: moi rodzice dobrze żyli, o łaskę Boga i zba­wienie swoje bardzo się starali. Ach! czy to tak wiele po­trzeba, aby się do czyśćca dostać? Posłuchajmy, co mówi w tej mierze Albert Wielki, którego cnoty znane były powszechnie (a). Oto pokazał się po śmierci jednemu ze swoich przyjaciół i oznaj­mił, że go Pan Bóg posłał do czyśćca za to, że miał chwilowe upodobanie w swojej nauce. Co dziwniejsza, wielu Świętych nawet kanonizowanych przechodziło przez czyściec. Święty Seweryn, arcybiskup koloński, w kilka lat po śmierci pokazał się jednemu ze swoich przyjaciół i powiedział, że był w czyśćcu za to, że odłożył do wieczora modlitwę, którą był powinien zmówić rano. O jakże wielu chrześcijan w czyśćcu będzie za to, że swe modlitwy odkładali na czas inny, pod pozorem że coś ważniejszego mieli do załatwienia! Gdybyśmy szczerze pragnęli posiadać Boga, to byśmy unikali zarówno małych jak wielkich grzechów; ponieważ odłączenie od Boga, chociażby krótkie, jest tak strasznym dla dusz!

ε) Ojcowie Święci mówią, że czyściec jest w pobliżu piekła. Łatwo to pojmiemy, gdy pomyślimy, że grzech powszedni nie­daleko jest od śmiertelnego. Według tychże Ojców nie wszystkie dusze pokutują w czyśćcu dla zadośćuczynienia Boskiej spra­wiedliwości – niektóre z nich pokutują w tych miejscach, w któ­rych grzeszyły. Święty Grzegorz papież podał nam w tej mie­rze przykład. Pewien świątobliwy kapłan, będąc chorym, z roz­kazu lekarza chodził co dzień do kąpieli w dosyć odległe miejsce. Zawsze tam czekał na niego jakiś nieznajomy człowiek, który mu pomagał rozebrać się, a po kąpieli podawał płótno do otarcia się. Kapłan przez wdzięczność przyniósł raz swe­mu nieznajomemu kawałek chleba poświęconego. "Mój ojcze – rzekł nieznajomy – dajesz mi rzecz, której ja nie spożytkuję; bo jestem duchem, chociaż widzisz mnie w ciele. Byłem tu kiedyś panem i odbywam tu mój czyściec. Sługo Boży, zlituj się nade mną; jeśli zechcesz, możesz mnie uwolnić z tych mąk, które ponoszę: ofiaruj za mnie Msze święte, ofiaruj modlitwy twoje". To powiedziawszy, zniknął.

Ach! bracia drodzy, wiedząc o tym, czyż możemy nie pamiętać o naszych rodzicach, którzy może tu są około nas? Je­śliby im Bóg pozwolił nam się pokazać, to by się nam do nóg rzucili. "Dzieci drogie, powiedzieliby, miejcie litość nad nami, nie zapominajcie o nas". Tak bracia drodzy, wieczorem idąc na spoczynek, widzielibyśmy biednych rodziców naszych, wo­łających o pomoc, widzielibyśmy ich w naszych domach, w na­szych polach. Te biedne dusze krążą około nas, idą za nami wszędzie; ale niestety są to biedni żebracy około złych bogaczów! Przedstawiają im swoje potrzeby i swoje męczarnie, ale źli bogacze nie zwracają na to uwagi. "Prosimy – wołają – o jedno Ojcze nasz, o jedno Zdrowaś, o jedną Mszę świętą".

Ach! jakże byśmy byli niewdzięczni, gdybyśmy odmówili naszemu ojcu, naszej matce, jakiej małej cząsteczki tych dóbr, które oni z takim mozołem nabyli dla szczęścia naszego! Po­wiedzcie mi: jeśliby wasz ojciec lub wasza matka, albo jedno z waszych dzieci było w ogniu, gdybyście widzieli ich ręce wyciągnięte do was z prośbą o pomoc, czyżbyście byli tak nie­czuli, żebyście pozwolili na ich palenie w oczach waszych? Ach! wiara nas uczy, że te biedne dusze ponoszą męki tak straszne, iż żaden człowiek pojąć tego nie jest w stanie.

ζ) Jeśli chcemy, bracia drodzy, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek zbawienia, modlitwa za umarłych. Pismo święte dostarcza nam porównania cudo­wnego w historii Jonaty. Saul, ojciec jego, zabronił wszyst­kim żołnierzom pod karą śmierci nie brać żadnego pożywienia, dopóki by nie pokonali Filistynów. Jonatas, który na ten za­kaz nie zważał, będąc bardzo zmęczonym, umoczył koniec swej strzały w miodzie i skosztował. Saul pytał Pana, czy kto nie naruszył danego zakazu? Dowiedziawszy się, że syn jego naruszył, kazał go pojmać i rzekł: "To mi niech uczyni Bóg, i to niech przyczyni, że śmiercią umrzesz". Jonatas widząc, że jest skazanym na śmierć przez ojca, za naruszenie danego rozkazu, zwrócił oczy swoje do ludu i płacząc zdawał się przypominać wszyst­kie usługi, jakie mu wyświadczył, wszystkie łaski, jakimi obsy­pał. Lud rzucił się do nóg Saulowi: "Czemu skazujesz na śmierć Jonatę, który wybawił Izraela, który uwolnił nas z rąk nieprzyjaciół? Nie, nie, nie spadnie ani włos z głowy jego; my musimy go ocalić, on nam wiele dobrodziejstw wyświad­czył, my nie możemy, nie powinniśmy o tym zapomnieć". "I wybawił lud Jonatę, że nie umarł".

Jest to obraz tego, co się dzieje przy śmierci. Ten co się modli za duszami w czyśćcu cierpiącymi, skoro tylko stanie przed trybunałem Jezusa Chrystusa dla zdania rachunku ze swego życia, dusze owe już staraniem jego uwolnione z czyśćca rzucą się do stóp Zbawiciela i powiedzą: "Panie, zlituj się nad tą duszą, ona nas wyrwała z płomieni, ona za nas uczy­niła zadość Twej sprawiedliwości. Zapomnij jej przewinień, jak ona błagała, żebyś zapomniał przewinień naszych".

Ach! Jakże to potężne są pobudki do rozbudzenia w nas współczucia dla tych dusz cierpiących. Tymczasem, jakże prędko zapominamy o tych duszach. Można powiedzieć, że pamięć o umarłych przemija razem z dźwiękiem dzwonów. Cierpcie biedne dusze, płaczcie w tym ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą, daremne wasze wołania, nikt was nie usłyszy, nikt wam nie ulży. Oto, jak się wywdzięczamy bracia drodzy za miłość, za dobroć, jaką nam okazywali najbliżsi, najserdeczniejsi za życia.

Ach! nie bądźmy – błagam was na wszystko – z liczby tych niewdzięcznych, tych przewrotnych; ponieważ pracując nad ich wybawieniem, pracujemy nad naszym własnym zba­wieniem.

II.

η) Ale, powiecie może, jakim sposobem moglibyśmy te dusze pocieszyć, uwolnić z czyśćca i do nieba zaprowadzić? – Odpo­wiedź na to łatwa, już dawno przez Kościół wskazana. 1° Przez modlitwy i jałmużny. 2° Przez odpusty. 3° Przez ofiarę Mszy świętej.

Naprzód przez modlitwy. Kiedy się modlimy za duszami w czyśćcu, to na ich korzyść odstępujemy to wszystko, co by Bóg nam udzielił, gdybyśmy się za siebie modlili. Ale nie­stety, modlitwa nasza jest czymś bardzo małym, ponieważ je­steśmy grzesznikami i prosimy za winnymi. Mój Boże, czegoż to potrzeba, aby twoja miłość była wielką? Każdego poranku możemy ofiarować za dusze w czyśćcu cierpiące wszystkie czyn­ności nasze dzienne i wszystkie modlitwy, jakie w ciągu dnia odmówimy. Jest to niewiele zaprawdę. Wyobraźmy sobie, że ktoś ma ręce związane i jest ciężarem obciążony; że my prze­chodzimy każdego dnia około niego i trochę z tego ciężaru ujmujemy: po niejakim czasie owego biedaka spod ciężaru cał­kiem uwolnimy. Z duszami w czyśćcu cierpiącymi rzecz się ma podobnie, ujmujemy im ciężaru, zmniejszamy ich cierpienia, ile razy coś dla nich czynimy. To o kwadrans, to o godzinę zmniej­szamy ich karę, i coraz bardziej zbliżamy ich do nieba.

Po wtóre, możemy dusze z czyśćca uwalniać za pośrednictwem odpustów. Jest to wielka pomoc, ceny niesłychanej, dusze nią wsparte bardzo prędko przybliżają się do nieba. Ofiarujemy im bowiem zasługi Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, zasługi cnót Najświętszej Maryi Panny i Świętych różnych, którzy większe czynili pokuty, niż ich grzechy wymagały. Ach! gdybyśmy chcieli, to byśmy prędko czyściec pustym uczynili, ofiarując za biedne dusze czyśćcowe wszystkie odpusty, jakie pozyskać możemy. Pomyślcie bracia drodzy, ile odpustów otrzy­mać można, odbywając drogę krzyżową, odmawiając różaniec lub inne modlitwy, do których odpusty są przywiązane. Bar­dzo winnymi jesteśmy, bardzo nieczułymi, gdy tak łatwymi środkami mogąc uwolnić dusze rodziców, nie czynimy tego, ale pozwalamy, aby się paliły w strasznych płomieniach czyśćcowych!

Po trzecie, sposobem najpotężniejszym do uwolnienia dusz z czyśćca jest Msza święta. Gdy ją ofiarujemy za te biedne dusze, to już nie grzesznik prosi za grzesznikiem, ale Bóg ró­wny Ojcu swojemu, który nic nie odmówi Synowi. Zapewnił nas o tym Jezus Chrystus, kiedy powiedział: "Ojcze mój, dzię­kuję Ci, ponieważ mnie zawsze wysłuchujesz".

Oto przykład, który świadczy jak wielka jest skuteczność Mszy świętej. Czytamy w historii kościelnej, że w krótkim czasie po śmierci cesarza Karola [Łysego], pewien człowiek świątobliwy z diecezji Reimskiej, imieniem Bernold, zachorowawszy i otrzymawszy ostatnie Sakramenta, przez cały dzień prawie nic nie mówił i zaledwie słabe oznaki życia dawał; pod wie­czór otworzył oczy i o spowiednika poprosił. Stało się jego woli zadość, spowiednik przybył, a on zalawszy się łzami w te słowa przemówił: "Byłem na tamtym świecie i znalazłem się w tym miejscu, w którym biskup Pardul z Laon przebywa. Strasznie cierpi w płomieniach. Zobaczywszy mnie rzekł: «Po­nieważ wracasz jeszcze na ziemię, proszę cię nie zapomnij o mnie; możesz mnie stąd uwolnić i z Bogiem, czego ja tak pragnę, połączyć». «Jakiż sposób na to?» – zapytałem. «Wyszukaj tych, którym ja dobrze za życia czyniłem, i powiedz im, żeby się modlili za mną, żeby o Mszę świętą prosili». Uczyniłem, czego ode mnie żądał, i ujrzałem go wkrótce pięknym jak słońce, nie cierpiącym wcale, zadowolonym zupełnie, te słowa mówiącym: «Patrz, ile modlitwy i Msza święta sprawiły mi szczęścia». Nieco dalej ujrzałem króla Karola, który tak przemówił: «Mój przyjacielu, ach! jakże ja cierpię; pójdź do biskupa Hinkmara i powiedz mu, że cierpię za to, iż nie słuchałem rad jego; li­czę jednak na to, że on mi dopomoże do wyjścia z tego miej­sca mąk. Proś także tych wszystkich, którym ja czyniłem do­brze za życia, aby się za mną modlili, aby Msze święte ofia­rowali, abym był wyzwolony». Biskup Hinkmar, który zabierał się właśnie do odprawiania Mszy świętej, począł zaraz modlić się z ludem na tę intencję. Ujrzałem następnie króla odzia­nego swymi szatami królewskimi i jaśniejącego chwałą" (2).

Mamy w tym dowód, jak dzielnie pomagają do uwolnie­nia biednych dusz z mąk czyśćcowych nasze modlitwy, nasze dobre uczynki, a nade wszystko Msze święte.

Weźmy inny przykład, który również znajdujemy w historii kościelnej; jest on jeszcze bardziej uderzający. Pewien święty kapłan dowiedziawszy się o śmierci swego przyjaciela, którego bardzo miłował w Bogu, nie znalazł lepszego środka dla podania mu pomocy, nad ofiarowanie za jego duszę jak naj­rychlej Mszy świętej. Rozpoczął ją z wielką pobożnością i z wiel­kim bólem zarazem. Po konsekracji podnosząc w górę hostię rzekł: "Ojcze Przedwieczny, oto ofiaruję Ci Ciało i Duszę twe­go Najdroższego Syna. Błagam pokornie, zlituj się nad duszą mego przyjaciela, który zostaje w płomieniach czyśćcowych. Zróbmy zamianę: ja Ci dam twego Syna, a Ty mi uwolnij me­go przyjaciela". Prośbę swoją zanosił z tak żywą wiarą, że Bóg wysłuchał i on spostrzegł, jak dusza jego przyjaciela, przeszła z czyśćca do nieba.

θ) Święta Perpetua zaleca usilnie modlitwy za dusze w czyśćcu. Bóg sprawił, że widziała jak jej brat gorzał w płomie­niach, pomimo że umarł mając zaledwie lat siedem, i pomimo że przez całe życie cierpiał na raka, wydając jęki straszne we dnie i w nocy. Wiele modlitw i wiele pokut czyniła dla uwolnienia go; wreszcie ujrzała, że przeszedł do nieba promie­niejący jak anioł. Ach! jakże są szczęśliwi ci wszyscy, którzy mają takich przyjaciół.

Biedne te dusze w miarę jak się zbliżają do nieba, zdają się jeszcze więcej cierpieć. Są w tym położeniu, w jakim Absalon: zostawał on przez jakiś czas na wygnaniu, potem po­wrócił do kraju, ale nie wolno mu było widzieć się z ojcem, który go czule kochał. Kiedy mu oznajmiono, że jest blisko ojca, ale go nie zobaczy, zawołał: "Ach! zobaczę okna i ogro­dy mojego ojca, a nie zobaczę jego samego. Powiedzcie mu, że wolę umrzeć, niż tu być a jego nie widzieć. Powiedzcie mu, że to nie dosyć, iż mi przebaczył, ale że ja pragnę i proszę, aby mi pozwolił widzieć się ze sobą". Z owymi duszami biednymi rzecz się ma podobnie: im bardziej zbliża się czas ich wyjścia z wygnania, tym bardziej zwiększa się ich miłość ku Bogu, ich pragnienie widzenia Go – nie czują w sobie dość siły do wytrwania w męczarniach. "Panie – wołają – wejrzyj na nas okiem swego miłosierdzia, jesteśmy już przy końcu na­szych cierpień, pozwól nam co rychlej ujrzeć Siebie. Ach! jak­że szczęśliwi są ci, którzy mogą uniknąć tych płomieni. My już jesteśmy pozbawieni tego szczęścia; nie mamy nadto ani rodziców, ani przyjaciół. Oby się przynajmniej zlitowali nad nami ci, których głos nasz dojdzie; od tylu lat zostajemy w tym ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą. Gdybyście mogli po­jąć wielkość tych cierpień, jakie ponosimy, to byście nas nie opuścili. Cóż za straszne położenie nasze, nikt nad nami lito­ści nie ma!".

ι) Jest to rzecz pewna bracia drodzy, że te biedne dusze dla siebie nic nie mogą, ale dla nas wiele mogą. Kto się do nich odwołuje, ten zawsze upragnioną łaskę otrzyma. Jeśli Święci, co są w niebie, naszym zbawieniem się zajmują, cho­ciaż od nas nic nie potrzebują; to o ileż bardziej dusze czyśćcowe, które naszymi modlitwami wspieraliśmy, po wydostaniu się z czyśćca, przez wdzięczność będą o nas pamiętać i nam w zbawieniu dopomagać. "Nie odmawiaj – powiedzą – swej łaski Panie tym braciom naszym, którzy tyle starań dołożyli, aby nas z płomieni wydobyć". Czyliż nie będzie błagać Boga matka o łaskę dla swych dzieci, które ją miłowały i o uwolnienie z czyśćca prosiły? Pasterz, który za życia bardzo się troszczył o zbawienie swych parafian, czyliż zapomni o nich w wieczności? Ach! nie.

Tak bracia drodzy, za każdą razą, kiedy będziemy po­trzebowali o co prosić, zwracajmy się z ufnością do tych świę­tych dusz, pewni będąc, że za nami się wstawią do Boga. Ja­kież to szczęście dla nas, że w modlitwach jakie za dusze czyśćcowe zanosimy, mamy tak wyborny środek na zapewnienie sobie nieba! Kiedy zechcemy prosić Boga o żal za grzechy, zwracajmy się do tych dusz, które tyle lat przebywały w pło­mieniach czyśćcowych! Kiedy zechcemy prosić o wytrwałość w dobrym, wzywajmy te dusze, które wskutek swej wytrwa­łości teraz oglądają Boga. W chorobie, w smutku, myślmy o czyśćcu i tych duszach, co tam były; a nie zawiedziemy się, owszem osiągniemy skutek pożądany!

κ) Jakiż koniec tego wszystkiego? Oto pewną jest rzeczą, że nadzwyczaj mała jest liczba wybranych, którzy nie przechodzili przez płomienie czyśćcowe; że kary jakie tam ponosili, są nad pojęcie nasze. Pewną jest rzeczą, że w rękach naszych mamy to wszystko, co potrzebne jest dla przyjścia z pomocą tym duszom nieszczęśliwym, to jest, modlitwy, pokuty, jałmużny, a nade wszystko Msze święte. W końcu, to niezawodna, że te dusze pełne miłości, wywdzięczając się, wyproszą dla nas tysiąc razy więcej niż my im dajemy. Jeśli będziemy w czyśćcu, to te dusze nie omieszkają prosić Boga o tę samą łaskę dla nas, jaką myśmy wyprosili dla nich: bo one dobrze wiedzą, jakie tam cierpienia straszne, jakie rozłączenie z Bogiem okrutne.

Poświęćmy bracia drodzy kilka godzin w ciągu tej okta­wy na rzecz tak zbawienną. Wiele, wiele bardzo dusz dosta­nie się do nieba przez Msze święte i modlitwy nasze, jałmużny, umartwienia. Niech każdy z nas myśli o swoich biednych ro­dzicach, krewnych, znajomych, dobrodziejach. Tak, bracia dro­dzy, czyńmy co tylko możemy dla sprawienia im ulgi w cier­pieniach. Podobamy się w ten sposób Bogu, który pragnie ich wyzwolenia, i pozyskamy dla nich szczęście najpożądańsze, szczęście widzenia Boga, który żyje i króluje po wszystkie wieki wieków. (3) Amen. (b)

–––––––––––

PRZYPISY:

(1) Hebr. 10, 31.

(2) Fleury, Hist., t. 11, r. 877.

(3) Sermons du Vénérable Serviteur de Dieu Jean-Baptiste-Marie Vianney, Curé d'Ars. Tome quatrième. Paris. Librairie Victor Lecoffre. 1883 a.

(a) Św. Albert Wielki, dominikanin, biskup (zm. 15. 11. 1280 r.) – beatyfikowany r. 1622; Papież Pius XI zaliczył go w r. 1931 w poczet świętych i jednocześnie nadał mu tytuł Doktora Kościoła. Św. Albert był mistrzem św. Tomasza z Akwinu.

(b) Por. inne tłumaczenie: Błogosławiony X. Jan Maria Vianney (Proboszcz z Ars), Kazania niedzielne i świąteczne. Wydał z francuskiego w skróceniu Ks. Dr Jakób Górka (Profesor Seminarium biskupiego w Tarnowie). Tom II. W Krakowie. CZCIONKAMI DRUKARNI "CZASU". 1906, ss. 307-315.

Cyt. za: Nauki na niedziele i święta całego roku miane w Kollegiacie Łowickiej przez Księdza Antoniego Chmielowskiego. T. III: Czas po Zielonych Świątkach. Warszawa 1893, ss. 657-668.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; przypisy nienumerowane od red. Ultra montes).


**********

(*) Nota o autorze: "Św. Jan-Maria Vianney (Ioannes-Maria), Wyznawca; – święto 9 sierpnia. Ur. w Dardilly w r. 1786, jako syn ubogich wieśniaków, odznaczał się już w chłopięcym wieku niezwykłą pobożnością i miłością dla ubogich. Pragnął zostać kapłanem, nauka jednak przychodziła mu tak trudno, że kilkakrotnie doradzano mu, by zaniechał studiów. Wreszcie w r. 1815 dotarł do święceń kapłańskich. Był przez 3 lata wikariuszem w Ecully, po czym otrzymał zapadłą i zapuszczoną parafię wiejską Ars pod Lugdunem. Wkrótce pod wpływem świątobliwego duszpasterza odnowiło się oblicze parafii. I wpływ ten sięgał dalej. Schodzili się ludzie z dalekich stron, by się u niego spowiadać, by choć popatrzeć, jak «święty» odprawia Mszę św. Coraz liczniejsze rzesze wypełniały wiejski kościołek. Życie znanego już poza granicami Francji «proboszcza z Ars» upływało pomiędzy plebanią a kościołem. Długie godziny spędzał w konfesjonale, gdzie dokonywały się cudowne nawrócenia pod wpływem spowiednika, czytającego w sumieniach jak w księdze otwartej. Jeśli były wolne chwile, proboszcz spędzał je na klęczkach przed Najświętszym Sakramentem. W ciągu 20 lat przeszło 100 tysięcy pielgrzymów przesunęło się przez Ars, nawet z Ameryki przybywali penitenci. Opowiadano sobie o cudach, na jakie patrzano, główne jednak cuda dokonywały się w głębi dusz. Misje, rozpoczęte w Ars, przeszły do innych parafij, proboszcz bowiem śpieszył, gdzie go wzywano z posługą duszpasterską. Wreszcie wyczerpany nadludzką pracą – na sen miał tylko czasu 4 godziny – zmarł 4 sierpnia 1859 r. Kanonizowany w r. 1925. Ogłoszony patronem proboszczów w roku 1929". – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], s. 227.

Dr. Scott Hahn - Czyściec a Nowy Testament



Polskie tłumaczenie po kliknięciu w ikonkę NAPISY

wtorek, 31 października 2017

Herezjarchowie Luter i Melanchton na znaczku Watykanu. Quo vadis, Ecclesia?


Watykan upamiętnił specjalnym znaczkiem pocztowym bunt Marcina Lutra. Przedstawia on ukrzyżowanego Jezusa na złotym tle miasta Wittenbergi, miasto Saksonii, gdzie 31 października 1517 augustiański mnich zaprezentował 95 swoich tez. W pokutnej postawie obok krzyża klęczą Marcin Luter trzymający w rękach Biblię, źródła jego doktryny, oraz Filip Melanchton, teolog i przyjaciel Marcina Lutra, jeden z liderów reformacji trzymający Konfesję Augsburską, która była pierwszą oficjalną prezentacją zasad protestanckich. Całość zwieńczona napisem "500 lecie reformacji protestanckiej 1517-2017".


Wszystko to ma miejsce w tym samym czasie gdy młodych ludzi modlących się na różańcu do Najświętszej Maryi Panny pogromczyni wszelkich herezji wyprowadza się w asyście policji z katedry w Brukseli gdyż są modlitwą przeszkodzili fałszywym nauczycielom zwanym ekumenistami w propagowaniu nowej synkretycznej religii. 

***

Pamiętajmy 31 października to nie żadne święto reformacji ale smutny dzień w którym zepsuty mnich z Górnej Saksonii, pod wpływem księcia ciemności, podzielił chrześcijaństwo na zawsze i pozbawił miliony dusz życia sakramentalnego..

piątek, 27 października 2017

Aberracje liturgiczne cz. 119 - Msza erotyczna



W kościele młodzieżowym w Schweinfurt, diecezja Würzburg we wspomnienie św. Walentego (Walentynki) odbyła się "msza erotyczna" Nie wiem co to jest ale diecezja zapewnia na swojej stronie, że Pismo Święte jest pełne erotyki a kościół doskonałym miejscem gdzie można o tym mówić. 

Bp. Bernard Fellay FSSPX: Nasza nadzieja jest zwrócona do Boga, który daje nam Serce swojej Matki



Tłumaczenie kazania wygłoszo­nego w języku francuskim przez bp Bernarda Fellaya, przełożonego generalnego Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X podczas Mszy św., odprawionej 20 sierpnia 2017 r. w Fatimie, , Zachowano styl mówiony.

Czcigodni Księża Biskupi, Drodzy Kapłani, Seminarzyści i Bracia, Drogie Siostry, Drodzy Wierni!

Fatima napawa lękiem. Matka Boża, wysłanniczka nieba, przybywa, żeby przemówić do trojga małych pastuszków. Nasza dobra Niebieska Matka nie waha się; Ona, która jest tak słodka i łagodna, która jest mistrzynią niebiańskiej psychologii, niebiańskiej pedagogiki, ani przez chwilę nie waha się pokazać małym dzieciom piekła – rzeczywistości, która staje się udziałem niezmierzonej liczby istot ludzkich. Wieczne potępienie jest czymś strasznym, tym bardziej, że jest jasne, iż piekło nie jest puste. Jest to konsekwencja życia ludzkiego, które nie dostosowuje się do Bożych wymogów, wyrażonych w Bożych przykazaniach.

Fatima napawa zbawczą bojaźnią

Fatima napawa lękiem, gdy patrzymy również na doczesne konsekwencje grzechu. Wojna napawa lękiem. Matka Boża nie waha się ogłosić: „Jeśli świat się nie nawróci, nastąpi kolejna wojna, jeszcze straszniejsza niż pierwsza”, niż pierwsza wojna światowa. Nie waha się objawić dzieciom fatimskim, że całe narody zostaną unicestwione. Można się zastanawiać nad znaczeniem tych słów; jednak najwyraźniej Najświętsza Maryja Panna mówi tu dosłownie. Całe narody zostaną starte z powierzchni ziemi. W przesłaniu fatimskim jest bardzo jasne, że te kary są konsekwencją grzechu.

Nie jest rzeczą trudną, nie trzeba być naukowcem ani teologiem, żeby porównać sytuację świata i narodów – tych narodów katolickich z 1917 r., których zachowanie doprowadziło do drugiej wojny światowej – z naszą sytuacją sto lat później. Czy świat się nawrócił? Czy obecnie państwa stanowią prawa bardziej zgodne z przykazaniami Bożymi?… I wydaje się Wam, że wszystko będzie w porządku? Tak, to napawa strachem. I słusznie odczuwamy lęk.
Istotnie, spójrzcie na Ewangelię. Jedną z rzeczywistości, o której Pan Jezus najwięcej mówił w Ewangelii, jest piekło. To fakt. To Pan Jezus powiedział, że istnieje szeroka droga, którą zdąża wielu. To łatwa droga tych, którzy tu na ziemi głoszą używanie przyjemności i rozkoszy. I Pan Jezus przepowiada im zgubę. Nalega, ucząc nas, że droga do nieba – albowiem niebo istnieje! – jest trudna, niewygodna, że niewielu odnajduje ciasną bramę, idzie wąską drogą (por. Mt 7, 13–14).

Ten lęk, Drodzy Bracia, jest lękiem zbawiennym. Również Pismo święte głosi, że bojaźń Boża jest początkiem mądrości (Ps 110, 10; Przyp 9, 10). Innym razem, przez usta św. Pawła, Pan Bóg mówi nam, że trzeba zabiegać o własne zbawienie „z bojaźnią i z drżeniem” (Fil 2, 12). I ci, którzy dzisiaj – mężowie Kościoła – uspokajają sumienia, wskazują drogi, które nie istnieją – otóż, z całą pewnością, nie wypełniają oni swoich obowiązków. Zasługują na miano morderców dusz.

Fatima tchnie nadzieją

Ale Fatima jest również przesłaniem nadziei. Pamiętajcie, że nadzieja ma swój przedmiot, a jest nim coś przyszłego, coś możliwego, choć trudnego do osiągnięcia. Nie żywi się nadziei odnośnie do rzeczy łatwych do osiągnięcia, zaś droga [do nieba] człowieka na ziemi jest trudna, ale możliwa do przebycia. Jest ona możliwa, gdy Bóg przychodzi nam z pomocą. I Bóg posyła nam swoją Matkę, Serce swej Matki jako środek zbawienia.

Rzeczywiście, bojaźń jest niedoskonałym stanem wewnętrznym, ale odpowiada sytuacji upadłego stworzenia, tej szczególnie niedoskonałej sytuacji, w której się znajdujemy, a mianowicie istot skłonnych do zła. Jeśli pozostawimy upadłą naturę samą sobie, pociągnie nas ku grzechowi. Dlatego też potrzebujemy tego zbawczego lęku. Bojaźń sprawia, że zwracamy się do Boga, aby prosić o Jego pomoc i należycie przyjąć rękę, którą wyciąga do nas z samego nieba. Ci, którzy będą praktykować to nabożeństwo, nabożeństwo, którego Bóg sobie życzy – [albowiem Matka Boża w Fatimie mówiła:] „mój Syn chce zaprowadzić w świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca” – ci będą zbawieni. Nie ma tu nawet żadnych dodatkowych warunków: „Ci, którzy będą praktykowali to nabożeństwo, będą zbawieni”.

Oto nasza nadzieja, nadzieja całkowicie zwrócona ku niebu, całkowicie zwrócona ku Bogu, który daje nam Serce swej Matki.

Fatima zachęca do wynagradzania

A więc co czynić? Na czym polega to nabożeństwo, które prowadzi nas prosto do nieba? Czym jest ta niesłychana opieka w tak trudnych czasach, tak nieprawdopodobnych czasach jak obecne? To bardzo proste, chodzi o zastosowanie Ewangelii. I pierwsza rzecz, o której często zapominamy, to wynagradzanie. Aby uwolnić się od grzechu, trzeba zadośćuczynić. Powiedział to sam Pan Jezus: „jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy […] zginiecie” (Łk 13, 5). Jest to bardzo jasno powiedziane, a słowa te wyszły z ust Zbawiciela: „jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy […] zginiecie”. Tak więc życie pokutą, umartwieniami, jest obowiązkiem chrześcijanina. Można powiedzieć, że od strony ludzkiej to jakby pierwsza odpowiedź na te złe skłonności, które mamy w sobie: trzeba je uśmiercać! Stąd też bierze się słowo umartwienie. A Matka Boża zachęca nas do tego w dwojaki, pełen podziwu sposób.

Po pierwsze, prosząc nas o wynagradzanie za grzechy popełniane przeciw Niej. W ten sposób prowadzi nas do tego, abyśmy Ją kochali. Uświadamia nam, że nie tylko samych siebie mamy miłować. Albowiem pierwszym przykazaniem bożym jest miłowanie Boga, nie samych siebie. Miłowanie Go z całego serca, ze wszystkich sił, z całej duszy. Następnie miłowanie bliźniego – nadal nie nas samych. Tymczasem mówi się, że dobrze uporządkowana miłość zaczyna się od nas samych, ale przecież kiedy zapominamy o samych sobie i miłujemy Boga, wówczas miłujemy należycie również samych siebie.

Zadośćuczynić, zadośćuczynić aby pocieszyć, pocieszyć Niepokalaną Dziewicę, Jej bolesne i Niepokalane Serce, a nawet pocieszyć Boga! To była główna troska, wręcz obsesja małego Franciszka, która w przeciągu dwóch, trzech lat doprowadziła go do nieba, uczyniła zeń świętego! Właśnie ta myśl: wynagrodzić, pocieszyć Boga, który jest tak bardzo obrażany przez grzech.

Jest również druga intencja związana z tym umartwieniem. Tyle dusz idzie do piekła, gdyż nikt nie czyni za nich ofiar! Stąd też nasze małe zmartwienia, nasze duże udręki, nasze ofiary, nasze umartwienia, przeciwności, które nas spotykają, wszystkie te cierpienia, od których staramy się uciec – wszystkie je możemy w bardzo prosty sposób zamienić w środki zbawienia. Wystarczy przyjąć je z rąk Bożych. Wystarczy ofiarować te trudy, spoglądając na Pana Boga. A wówczas, Drodzy Bracia, zbawiają one dusze i prowadzą je do nieba. Dzięki nim unikną one piekła. Kto wobec takiej perspektywy stroniłby od czynienia podobnych ofiar? Kto byłby na tyle egoistą, aby powiedzieć: „Trudno, niech ta dusza idzie do piekła”, podczas gdy mógłby w tak prosty sposób pociągnąć ją [do zbawienia], bez narażania się, po prostu przez zwykłą akceptację tych małych rzeczy, tych małych przeciwności, które wypełniają nasze dni. Nie chodzi o to, aby marzyć o rzeczach nadzwyczajnych i bohaterskich – chodzi o „małe rzeczy”. Najświętsze Serce Jezusowe powiedziało s. Łucji: „pokuta, której oczekuję dzisiaj, to aby ludzie wypełniali swoje obowiązki stanu”. A nasze obowiązki stanu to coś, co i tak mamy obowiązek wypełniać.

Oto pierwszorzędny element tego nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi: wynagrodzić; spojrzeć na krzyż. Drodzy Bracia, to właśnie to uważne spojrzenie na krzyż stanowi pierwszorzędne lekarstwo na grzech. Spojrzenie na Pana Jezusa ukrzyżowanego, na to, co dla nas uczynił. A Jego Matka stała u stóp krzyża: stabat Mater.

Maryjna pobożność i poświęcenie Rosji

Oto ostatni punkt tej homilii, być może najważniejszy.

Matka Boża przedstawia nam to nabożeństwo do swego Niepokalanego Serca mówiąc nam, tak jak mówiła s. Łucji: „Moje Serce będzie twoim schronieniem i drogą prowadzącą cię do Boga”. Trzeba więc, abyśmy pracowali, żeby to matczyne Serce stało się dla nas schronieniem. Trzeba, abyśmy się w nim schronili. Ona ze swej strony daje nam to Serce, otwiera je przed nami. Od nas zależy, czy weń wstąpimy, praktykując to nabożeństwo jak dziecko wobec swej matki, z całą możliwą ufnością, oczekując wszystkiego od tej matczynej opieki, przewodniczki: nie tylko będzie Ona naszym schronieniem, ale również drogą, która poprowadzi nas do Boga. Ta obietnica jest jak przepustka, jak list żelazny na drodze przez ten piekielny świat.

Jesteśmy chronieni w sposób szczególny przez Serce Maryi, do którego nabożeństwo Bóg chce dać dzisiejszemu światu jako środek zbawienia. Przyswójmy sobie te niebiańskie słowa, traktujmy je poważnie. Nie praktykujmy tego nabożeństwa w sposób powierzchowny. Wymaga się od nas pewnych dzieł, jak np. pięć pierwszych sobót miesiąca; bardzo dobrze, spełnijmy je, tylko nie w sposób mechaniczny, automatyczny, tak jakbyśmy mieli powiedzieć: oto wypełniłem moje pięć pierwszych sobót miesiąca, wszystko jest teraz w porządku, żyję dalej. Nie, nie tego oczekuje niebo. Niebo zachęca nas do wstąpienia w prawdziwą relację osobową z tym Niepokalanym Sercem. Kiedy mówi się o duchowym dziecięctwie, to jest to coś, co powinno stać się naszą jakby drugą naturą. To coś, co powinno przeniknąć całe nasze życie.

Kiedy Najświętsza Maryja Panna mówi o poświęceniu, mówi w bardzo precyzyjny sposób o konsekracji Rosji. Poświęcić – to znaczy dać, dać całkowicie, tak że samemu przestaje się posiadać daną rzecz. Własność zostaje przekazana osobie, której poświęca się tę rzecz. Kiedy Matka Boża prosi Ojca Świętego, aby poświęcił Rosję, to prosi przedstawiciela Pana Jezusa na ziemi, aby ofiarował Jej w sposób specjalny, w imię władzy, którą otrzymał od samego Pana Jezusa, jako Jego przedstawiciel na ziemi – a więc obdarzony odpowiednią władzą, którą jako jedyny posiada – Matka Boża prosi go, aby poświęcił Jej ten kraj, niewątpliwie okazując przez to szczególną miłość do tego ludu, który już tak dawno temu oddalił się od Kościoła.

Siostra Łucja mówiła jak najbardziej serio: ten akt, który jest czymś bardzo prostym – albowiem cóż to może kosztować papieża, aby go spełnić, spełnić zgodnie z prośbą Najświętszej Maryi Panny? – ten akt w jednej chwili dokona nawrócenia Rosji. Nawrócenie to precyzyjne słowo, które oznacza, że Rosja stanie się na nowo katolicka. Twierdzić, że już doszło do nawrócenia bez tego elementu, to kpić sobie z ludzi.

Bóg jest wszechmocny. W pewnym sensie złożył tę wszechmoc w ręce swojej Matki, tę moc łask zdolną czynić cuda; nie tylko takie jak cud słońca, ale cud jeszcze bardziej zachwycający: nawrócenie całego kraju tylko z powodu prostego poświęcenia dokonanego przez Ojca Świętego, w łączności z biskupami z całego świata. Wówczas ten kraj zostanie ofiarowany Matce Bożej.

Tę ideę poświęcenia musimy również stosować do nas samych, do każdego z nas. Nic tego nie zabrania; wręcz przeciwnie, jesteśmy zachęcani, aby żyć poświęceni Matce Bożej. Można powiedzieć, że to najdoskonalszy aspekt nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi. Matka Boża nie tylko chce użyczyć nam ochronnego płaszcza, Ona sama chce być naszym schronieniem; schronieniem, do którego się wchodzi, w którym się mieszka i które prowadzi nas do Boga, prowadzi nas do nieba. Niech to będzie naszą odpowiedzią, według naszych możliwości, naszych skromnych możliwości, na to wezwanie nieba.

Na koniec tej Mszy zwrócimy się do Najświętszej Maryi Panny i odnowimy poświęcenie Rosji w sposób można powiedzieć antycypowany – tak jak 30 lat temu uczynił to właśnie tutaj abp Lefebvre. Ten akt poświęcenia jest w pewnym sensie wyrazem naszego protestu, [świadectwem,] że z naszej strony pragniemy – według naszych sił, świadomi naszych ograniczeń – poświęcić ten kraj tak, jak Ona o to prosiła. Wiemy, że to nie wystarczy, ale jeśli ten akt może wyjednać łaski dla tego, który winien to zrobić, to czynimy to ochoczymi sercami.

Jednocześnie ofiarujemy Jej całą naszą krucjatę różańcową, wszystkie owoce tej modlitwy. Pozwólcie, że Wam to powiem: nie sądźcie, że teraz, kiedy skończyła się krucjata, wszystko się kończy… Jeśli prosiliśmy Was o zmówienie tylu różańców, o życie w tym duchu ofiary, to po to, aby to trwało. Krucjata się oficjalnie kończy, Wasza praktyka winna jednak trwać. To przecież Matka Boża prosiła o tę pokutę i o modlitwę różańcową.

Bądźmy więc wierni prośbom Najświętszej Maryi Panny. Wołamy z całego serca o Jej tryumf, który nastąpi, gdy Bóg zechce, tak jak zechce, ale z pewnością nastąpi. Amen.

Źródło informacji: https://news.fsspx.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.