_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

sobota, 7 września 2019

Encyklika ACERBO NIMIS o wykładzie nauki chrześcijańskiej


św. Pius X

Encyklika

ACERBO NIMIS

o wykładzie nauki chrześcijańskiej.


Do czcigodnych Braci, Patriarchów, Prymasów, Arcybiskupów i Biskupów, pozostających w jedności ze Stolicą Apostolską.

W czasie bardzo przykrym i trudnym niezbadane wyroki Boże podniosły Naszą słabość do godności najwyższego Pasterza, abyśmy rządzili całą owczarnią Chrystusową. Nieprzyjaciel od dawna krąży około tej owczarni i zastawia nań zasadzki z bezecną chytrością tak, że dziś bardziej, niż kiedykolwiek, sprawdza się przepowiednia Apostoła do starszych kościoła efeskiego: „Jać wiem, że… wnijdą między was wilcy drapieżni, nie folgując trzodzie” (1).

Kto się stara o chwałę Bożą, szuka przyczyn tego przesilenia religijnego. Gdy każdy podaje ten lub inny powód, każdy także według swego rozumienia zajmuje się obroną i odbudowaniem królestwa Bożego na ziemi. Nie zaprzeczając innych przyczyn, my, czcigodni Bracia, skłaniamy się do uznania sądu tych, którzy w nieświadomości rzeczy Bożych upatrują obecną niemoc i słabość dusz, z których jeszcze większe zło wypływa. Zgadza się to zupełnie z tym, co sam Bóg powiedział przez proroka Ozeasza: „I nie masz znajomości Boga na ziemi. Złorzeczeństwo i kłamstwo i mężobójstwo i kradziestwo i cudzołóstwo wylało z brzegów, a krew się krwi dotknęła. Dlatego płakać będzie ziemia i zachorzeje każdy, który mieszka na niej” (2).

Nieświadomość religii nawet w warstwach wyższych

Niestety, w naszych czasach powszechnie i nawet słusznie narzekają, że pomiędzy ludem chrześcijańskim wielu nie zna zupełnie prawd koniecznych do zbawienia. Gdy wspominamy o ludzie chrześcijańskim, nie mówimy tylko o ludziach sfery niższej, którzy bardzo często nieświadomość swoją tym tłumaczą, że, posłuszni panom swoim, mogą zaledwie zajmować się sobą i sprawami swoimi, – ale mamy także i przede wszystkim na uwadze tych, którym nie brak rozumu i wykształcenia i odznaczają się obszerną nauką świecką a jednak pod względem religii prowadzą życie bardzo lekkomyślne i nieroztropne.

Trudno określić gęste ciemności, w których często ci ludzie się pogrążają, a co jest rzeczą jeszcze smutniejszą – pozostają w nich spokojnie. Prawie wcale się nie troszczą o Boga, najwyższego Sprawcę i Rządcę wszech rzeczy, o mądrość wiary chrześcijańskiej. Stąd nic nie wiedzą o Wcieleniu Słowa Bożego, o doskonałym przezeń odnowieniu rodzaju ludzkiego, o łasce która jest główną pomocą do osiągnięcia dóbr wiecznych, o Najświętszej Ofierze i Sakramentach, przez które otrzymujemy i zachowujemy łaskę. Co do grzechu – nie dbają o jego złość i sromotę i z tego powodu nie mają woli unikania go albo porzucenia; do ostatniego dnia życia znajdują się w takim usposobieniu, że kapłan, aby nie pozbawiać ich nadziei zbawienia, musi użyć na treściwą naukę religii ostatnie chwile, które powinny być obrócone na wzbudzenie aktów miłości Boga, jeżeli, co weszło prawie w zwyczaj, umierający nie jest w takiej nieświadomości, iż posługę kapłańską uważa za rzecz zbyteczną, mniemając, że bez przeproszenia Boga może spokojnie przekroczyć straszny próg wieczności. Stąd poprzednik nasz Benedykt XIV słusznie pisał: „Sądzimy, że wielka liczba potępionych na kary wieczne podlega zawsze temu nieszczęściu z przyczyny nieświadomości tajemnic wiary, które ludzie powinni zawsze umieć, aby byli zaliczeni do wybranych„.

Zepsucie obyczajów jest skutkiem tej nieświadomości

Jeżeli tak jest, czcigodni Bracia, pytam, czy można się dziwić, że skażenie obyczajów i zepsucie jest tak wielkie i z każdym dniem wzrasta i to nie między ludami barbarzyńskimi, ale nawet wśród narodów, noszących imię chrześcijańskie. Św. Paweł Apostoł, pisząc do Efezów, słusznie mówił: „Porubstwo i wszelka nieczystość albo łakomstwo niechaj nie będzie ani wspominane między wami, jako świętym przystoi; albo sprośność, albo głupia mowa” (3). Jako podstawę tej świętości i skromności, które kierują namiętnościami, położył znajomość rzeczy Bożych: „Patrzcież tedy, bracia, jakobyście ostrożnie chodzili, nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy… A przetoż nie bądźcie nieroztropnymi, ale rozumiejącymi, która jest wola Boża” (4).

Zaiste, wola ludzka zachowuje bardzo niewiele tego zamiłowania uczciwości i sprawiedliwości, złożonych w człowieku przez Stwórcę, a które, że tak powiemy, pociągały go nie tylko do dobra pozornego, ale do rzeczywistego. Skażona zepsuciem pierwszej winy i zapominając niejako o Bogu, swoim początku, kieruje uczucia do zamiłowania próżności i poszukiwania kłamstwa.

Wola zbłąkana i zaślepiona pożądliwością potrzebuje przewodnika, któryby jej wskazał drogę do odnalezienia nieszczęśliwie porzuconych ścieżek sprawiedliwości. Duch nasz jest tym przewodnikiem, który nie jest nam obcy, bo go daje natura; jeżeli brak mu prawdziwego światła, którym jest znajomość rzeczy Bożych, stanie się tak, że ślepy poprowadzi ślepego i obydwaj w dół wpadną. Święty król Dawid, wysławiając Boga, że dał duchowi ludzkiemu światło prawdy, mówił: „Naznamionowana jest nad nami światłość oblicza Twego, Panie„. I co idzie za tym darem światła, wspomina, dodając: „Dałeś wesele w sercu moim” (5). Radość, powiększając serce, sprawuje, że biegniemy drogą przykazań Bożych.

Zbawienne owoce nauki chrześcijańskiej

Łatwo się przekonamy, że tak być powinno. Mądrością chrześcijańską poznajemy rzeczywiście dokładniej Boga i to, co nazywamy Jego doskonałościami nieskończonymi, niż na to pozwalają siły przyrodzone. A w jaki sposób? Oto, każe czcić Boga z obowiązku wiary, zależnej od rozumu, z obowiązku nadziei, zależnej od woli, z obowiązku miłości, zależnej od serca; całego zatem człowieka poddaje pod moc Stwórcy i Rządcy najwyższego.

Podobnież tylko nauka Jezusa Chrystusa pozwala nam poznać prawdziwą i wzniosłą godność człowieka, syna Ojca Niebieskiego i powołanego do tego, aby na wieki żył z Nim szczęśliwie. Na zasadzie tej godności i znajomości jej Chrystus poucza, że wszyscy powinni się wzajemnie jak bracia miłować i żyć tu, jak przystoi świętym, „nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewstydliwościach, nie w zwadzie i w zazdrości” (6); nakazuje także troskać się o Boga, ponieważ On się nami zajmuje; każe dawać ubogim jałmużnę, czynić dobrze tym, którzy nas nienawidzą, przekładać wiecznie trwające korzyści duszy nad znikome dobra tego żywota. Aby nie przeglądać kolejno wszystkiego, czyż to nie rozkaz Chrystusowy zaleca i nakazuje pysznemu pokorę, która jest źródłem prawdziwej chwały? „Ktokolwiek się… uniży…, ten jest większy w królestwie niebieskim” (7).

Nauka Chrystusowa uczy nas również roztropności ducha, przez którą niedowierzamy roztropności ciała, – sprawiedliwości, którą oddajemy każdemu, co mu się należy; – męstwa, które nas przygotowuje do tego, abyśmy odważnie cierpieli dla Boga i szczęśliwości wiecznej; wreszcie wstrzemięźliwości, dla której kochamy nawet ubóstwo dla królestwa Bożego i chlubimy się nawet w krzyżu, gardząc niesławą. Więc przez mądrość chrześcijańską nie tylko rozum otrzymuje światło, pozwalające nam dojść do prawdy, ale i wola przejęta jest miłością, prowadzącą do Boga i łączącą nas z Nim przez ćwiczenie się w cnotach.

Nie twierdzimy jednak, aby złość duszy i skażenie obyczajów nie mogły istnieć jednocześnie ze znajomością religii. Dałby Bóg, iżby fakty nie dowodziły tego zbyt często! Mniemamy atoli, że tam, gdzie umysł jest otoczony ciemnościami grubej nieświadomości, nie może znaleźć się nigdy wola prawa i dobre obyczaje, albowiem kto idzie z otwartymi oczyma, może z pewnością zejść z drogi prostej, dotkniętemu jednak ślepotą grozi pewne niebezpieczeństwo. Zważcie także na to, że zepsucie obyczajów daje nadzieję powrotu, jeżeli światło prawa niezupełnie wygasło; gdzie jednak skażenie obyczajów spotyka się razem z brakiem wiary, pochodzącym z nieświadomości, tam nie ma prawie lekarstwa i droga zatracenia stoi otworem.

Ponieważ z nieznajomości religii wypływa tyle złego, a z drugiej strony konieczność i pożytek nauki chrześcijańskiej jest wielki, bo na próżno ludzie mniemają, że kto nie zna obowiązków chrześcijańskich, może je spełnić, zobaczmy teraz, do kogo należy strzec umysły od tej zgubnej nieświadomości i podawać im tak potrzebną naukę.

Obowiązki kapłanów

Czcigodni Bracia, pytanie nie przedstawia trudności, ponieważ ta ważna troska dotyczy duszpasterzy. Z rozkazu Chrystusowego oni są obowiązani znać i paść powierzone im owce. Paść to znaczy przede wszystkim uczyć. „Dam wam pasterzy według serca mego i będą was paść umiejętnością i nauką„. Tak mówił Bóg przez Jeremiasza (8). Stąd Apostoł Paweł powiedział: „Chrystus nie posłał mię chrzcić, ale ewangelię przepowiadać” (9), dając znać, że pierwszą powinnością tych, którzy z jakiego bądź tytułu mają obowiązek rządzenia Kościołem, jest nauczać wiernych rzeczy świętych.

Uważamy za rzecz zbyteczną wychwalać tę naukę i wskazywać jej wartość wobec Boga. Jałmużna, jaką dajemy ubogim dla ulżenia ich nędzy, ma zapewne wielką zasługę przed Bogiem. Któż jednak zaprzeczy większej gorliwości i pracy, gdy zyskujemy dla dusz, ucząc je i upominając, nie dobra znikome ciała, ale dobra wieczne? Nic nadto nie może być milszego dla Jezusa Chrystusa, Zbawiciela dusz, który mówi o sobie przez Izajasza: posłał mię, abym opowiadał ewangelię ubogim (10).

Potrzeba jednak, czcigodni Bracia, abyśmy tę sprawę przekładali ponad wszystko: każdy kapłan nie ma nad tę ważniejszej powinności, ani nie jest ściślej do czegokolwiek innego zobowiązany. Kto może też zaprzeczyć, że kapłan z nauką powinien łączyć świętość życia?

„Wargi kapłańskie będą strzec umiejętności” (11). Tej umiejętności Kościół surowo domaga się od tych, którzy mają być dopuszczeni do kapłaństwa.

Dlaczego? Ponieważ lud chrześcijański spodziewa się u nich znajomości prawa Bożego i Bóg sam do ogłaszania go przeznacza ich. „I zakonu pytać będą z ust jego, ponieważ Aniołem Pana zastępów jest” (12). Dlatego Biskup w czasie święceń tak się odzywa do przyjmujących kapłaństwo: „Oby wasza nauka była lekarstwem duchowym dla ludu Bożego; oby byli współpracownikami naszego urzędu, aby, rozważając Jego prawo w nocy i we dnie, wierzyli, co czytają, i nauczali, w co wierzą”.

Jeżeli nie ma kapłana, do którego by tego stosować nie można, co myśleć o tych, którzy przyobleczeni w nazwę i godność proboszczów, mają obowiązki kierownictwa dusz na mocy godności i jakoby z umowy?

Ci kapłani mieszczą się niejako w rzędzie pasterzy i doktorów, danych przez Chrystusa, aby wierni nie byli dziećmi chwiejnymi i kierowanymi każdym wiatrem nauki wśród zepsucia ludzkiego, ale, iżby, postępując według prawdy z miłością, wzrastali wśród wszystkiego w tym, który jest naszą Głową – Chrystusem (13).

Przepisy Soboru Trydenckiego

Dlatego św. Sobór Trydencki, mówiąc o duszpasterzach, głosi, że najpierwszym i największym ich obowiązkiem jest uczyć lud chrześcijański. Rozkazuje im mówić ludowi o religii przynajmniej w niedziele i święta uroczyste i co dzień w Adwencie i Wielkim Poście, albo przynajmniej trzy razy tygodniowo. I to jeszcze nie wszystko, dodaje bowiem, że proboszczowie są obowiązani przynajmniej w niedziele i święta, albo sami albo przez innych, uczyć dzieci prawd wiary a także posłuszeństwa dla Boga i rodziców.

Gdy mówi o przyjmowaniu Sakramentów, każe uczyć o ich istocie tych, którzy mają je przyjmować, i czynić to językiem łatwym i powszechnie używanym.

Poprzednik nasz Benedykt XIV w konstytucji Etsi minime tak streścił i ponowił przepisy świętego Soboru: „Sobór Trydencki dwa włożył szczególne posłannictwa na tych, którzy mają pieczę dusz: z tych jedno jest mówić do ludu o rzeczach Bożych w dni świąteczne a drugie uczyć dzieci i nieumiejętnych prawa Bożego i początków wiary„.

Mądry Papież słusznie rozróżnia te dwa obowiązki: kazania, którym zazwyczaj nazywają objaśnienie Ewangelii, i podawania nauki chrześcijańskiej. Są rzeczywiście tacy, którzy dla zmniejszenia pracy wmawiają w siebie, że homilia może zastąpić katechizm. Jasną jest rzeczą dla każdego człowieka myślącego, że takie zdanie jest fałszywe. Przemówienie na temat Ewangelii stosuje się tylko do tych, którzy już poznali początki wiary. Można ją przyrównać do chleba, rozdawanego dorosłym. Przeciwnie zaś, nauka katechizmu jest mlekiem, – tym mlekiem, którego według św. Piotra Apostoła mają bez zdrady pożądać wierni, „jako dopiero narodzone niemowlęta” (14).

Słowem, do katechety należy brać prawdę, tyczącą się wiary lub obyczajów chrześcijańskich i objaśniać ją wszechstronnie. Nadto, ponieważ, naprawa życia ma być celem nauczania, katecheta powinien robić porównanie między przepisami życia, jakie Bóg dał, a sposobem rzeczywistego życia ludzi; następnie, posługując się przykładami odpowiednimi i roztropnie wybranymi z Pisma świętego, historii kościelnej, żywotów Świętych, trzeba przekonać słuchaczów i niejako namacalnie pokazać, w jaki sposób mają swoje życie urządzić; wreszcie na zakończenie należy upomnieć, aby obecni zrozumieli brzydotę występków i od nich się odwrócili a szli za cnotą.

Wielka zacność nauczania katechetycznego

Niestety, wiemy, że obowiązek podawania nauki chrześcijańskiej wielu się nie podoba, ponieważ mało ją sobie cenią, mniemając, iż nie jest zdolna do zjednania sobie ogólnej wziętości. Sądzimy jednak, że taka ocena pochodzi od umysłów, kierujących się raczej lekkomyślnością, niż prawdą. Nie odmawiamy, co prawda, należnej pochwały kaznodziejom, którzy starają się szczerze, dla chwały Bożej, bronić wiary lub wychwalać Świętych. Jednakże ich usiłowania domagają się innej pracy uprzedniej, pracy katechetów. Jeżeli tej pracy brakuje, nie ma fundamentów i na próżno pracują ci, którzy dom budują. Bardzo często krasomówcze słowa, które liczne zgromadzenia słuchają z zapałem, łechczą tylko uszy a serca bynajmniej nie poruszają. Przeciwnie zaś, nauka katechizmu, choć skromna i prosta, zasługuje na to, aby do niej stosować słowa, które Bóg wyrzekł przez usta Izajasza: „A jako zstępuje deszcz i śnieg z nieba, a tam się więcej nie wraca, ale napaja ziemię i namacza ją, i czyni że rodzi i dawa nasienie siejącemu i chleb jedzącemu; tak będzie słowo moje, które wynijdzie z ust moich: nie wróci się do mnie próżne, ale uczyni cokolwiekem chciał, i powiedzie się mu w tym, na com je posłał” (15).

Mniemamy, że tak samo należy sądzić o kapłanach, którzy dla wyjaśnienia prawd religijnych piszą pracowite dzieła; słusznie zasługują za to na wielką pochwałę. Ileż jednak znajdujemy ludzi, którzy by te dzieła czytali tak, aby odnieśli owoc, odpowiedni do pracy i zamiarów autora? Przeciwnie zaś, podawanie nauki chrześcijańskiej, jeżeli jest dobrze prowadzone, przynosi zawsze jakąś korzyść słuchaczom.

Rzeczywiście (a przypomnienie tego powinno zapalić gorliwość sług Bożych) bardzo wielka jest liczba i ciągle się powiększająca tych, którzy nie znają wcale religii albo którzy mają o wierze chrześcijańskiej takie tylko wiadomości, że wśród światła wiary katolickiej mogą żyć jako bałwochwalcy. Jakże liczni są, niestety, nie tylko między dziećmi, ale także pomiędzy dorosłymi i starcami, którzy bezwzględnie nic nie wiedzą o głównych tajemnicach wiary, i którzy, słysząc imię Chrystusowe, odpowiadają: „Który jest…, abym weń uwierzył?” (16). Z tego powodu nie uważają za występek powziąć i żywić nienawiść przeciw drugiemu, zawierać najniegodziwsze umowy, oddawać się zajęciom nieuczciwym i pożyczać pieniądze na lichwę i wykonywać inne sprawy nie mniej zasługujące na potępienie. Stąd, nie znając prawa Chrystusowego, które nie tylko zabrania wykonywać uczynków haniebnych, ale także świadomie o nich myśleć i pożądać, wiele ludzi dla tej lub innej przyczyny wstrzymuje się od grzesznych przyjemności; przekonani są jednak w duchu, że żadne pojęcia religijne nie bronią myśli najbardziej niezdrowych, i mnożą tak nieprawości jako liczbę włosów na głowie.

Powtarzamy także, że te występki trafiają się nie tylko pomiędzy ludnością wiejską albo wśród biednego ludu, ale także i to może częściej wśród warstw wyższych, nie pomijając tych, których nauka nadyma, i którzy, wsparci na powierzchownym wykształceniu, mniemają, iż mogą szydzić z religii, bo „czegokolwiek nie wiedzą, bluźnią” (17).

Jeżeli na próżno oczekujemy czasu żniwa z ziemi nieobsianej, jakże dojść do pokoleń moralnych, gdy w czasie właściwym nie otrzymują nauki chrześcijańskiej? Ponieważ za naszych czasów wiara słabnie tak, że u wielu jest prawie martwa, stąd słusznie wnioskujemy, iż obowiązek przekazywania prawd katechizmowych albo jest wypełniany niedbale, albo zupełnie opuszczany. Na próżno, w celu uniewinnienia się, chciano by wmawiać, że wiara darmo jest nam dana, bo każdy ją przy chrzcie świętym otrzymuje. Zapewne, kto jest ochrzczony w Chrystusie, jest obdarzony wiarą w stanie ukrytym, ale to ziarno Boże nie wzrośnie i nie uczyni wielkich gałęzi (18), jeżeli pozostawione będzie sobie i cnocie wrodzonej. Człowiek od urodzenia posiada zdolność pojmowania; ta zdolność jednak potrzebuje słowa macierzyńskiego, pod którego wpływem mogłaby się, jak to mówią, w czyn obrócić. To właśnie dzieje się z człowiekiem chrześcijaninem, który, odradzając się w wodzie i Duchu Świętym, przynosi z sobą wiarę w zarodku; potrzebuje jednak nauki Kościoła, aby ta wiara mogła się karmić, rozwijać i przynosić owoce. Dlatego pisał Apostoł: „Wiara tedy ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusowe” (19). Dla okazania zaś potrzeby nauczania dodaje: „A jako usłyszą bez przepowiadającego?” (20).

To, co powiedzieliśmy do tej pory pokazuje najwyższą doniosłość nauki religii. Powinniśmy więc zrobić wszystko co leży w naszej mocy, aby z pełnym zaangażowaniem kontynuować nauczanie doktryny chrześcijańskiej, a jeśli doszło przy tym do jakichś zaniedbań, aby doprowadzić do jego odnowy. Albowiem jak powiedział nasz poprzednik, Benedykt XIV, Dla szerzenia chwały Bożej i zapewnienia zbawienia dusz nie ma nic bardziej skuteczniejszego od nauki katechizmowej (Konstytucja Etsi minime, 13).

Pragnąc spełnić nasz najwyższy obowiązek apostolski i w tak ważnej sprawie jedność zaprowadzić; najwyższą władzą Naszą rozkazujemy ściśle zachować we wszystkich diecezjach następujące prawidła:
  1. Wszyscy proboszczowie i ogólnie mówiąc wszyscy ci, którzy mają pieczę dusz powierzoną, będą wykładali katechizm we wszystkie niedziele i święta w roku bez żadnego wyjątku, przez godzinę, dzieciom obu płci, o prawdach, w które każde ma wierzyć i czynić, aby było zbawione.
  2. Powinni także przez kilkodniowe rekolekcje, w czasach roku ściśle określonych, przygotować je do przyjęcia Sakramentów Pokuty i Bierzmowania.
  3. Podobnież i ze szczególnym staraniem codziennie w Wielkim Poście i, jeżeli potrzeba, po świętach wielkanocnych przygotują chłopców i dziewczęta, aby pobożnie przyjęli pierwszą Komunię.
  4. We wszystkich parafiach należy założyć stowarzyszenie kanoniczne nauki chrześcijańskiej, w którym proboszczowie znajdą, szczególniej tam gdzie liczba kapłanów jest nieznaczna, pomocników cywilnych, którzy poświęcą się tej posłudze już to z gorliwości dla chwały Bożej, już też dla zyskania odpustów, przywiązanych przez Najwyższych Pasterzy do tych uczynków miłości.
  5. W miastach większych a szczególniej w tych, w których znajdują się uniwersytety, licea, kolegia trzeba urządzić lekcje religii dla uczenia dogmatów i moralności chrześcijańskiej tej młodzieży, która uczęszcza do szkół publicznych, gdzie nie ma wykładów religii.
  6. Ponieważ wiek dojrzały, szczególniej w naszych czasach, nie mniej od dzieci potrzebuje nauki, wszyscy proboszczowie i ci, którym pieczę dusz powierzono, oprócz homilii na Ewangelię, głoszonej we wszystkie dnie świąteczne na Mszy parafialnej, w godzinie najwygodniejszej dla ludu, – prócz godziny katechizmu dla dzieci, – wykładać będą przystępnie katechizm dla wiernych. W tym celu posługiwać się będą „Katechizmem Soboru Trydenckiego” tak, aby w czterech lub pięciu latach przejść mogli Skład Apostolski, Sakramenty, Dziesięcioro przykazań Bożych, modlitwę i przykazania kościelne.

Wezwanie Biskupów do wykonania tych przepisów

Czcigodni Bracia, stanowimy i rozkazujemy to wszystko na mocy Naszej władzy apostolskiej. Z waszej strony powinniście to samo robić w diecezjach, aby te przepisy były wykonane całkowicie i niezwłocznie. Jesteście obowiązani czuwać i pilnować, w granicach waszej władzy, iżby Nasze przepisy nie poszły w zapomnienie, albo, co na jedno wychodzi, nie były wykonywane niedbale i leniwie. Aby uniknąć tej wady, zalecajcie jak najpilniej i najusilniej, iżby proboszczowie nie zabierali się do katechizmu bez przygotowania, ale przeciwnie naprzód pilnie się przygotowywali, – nie głosili tylko słów mądrości ludzkiej, ale „w prostości serca i szczerości Bożej” (21) szli za przykładem Chrystusa, który, chociaż „wypowiadał skryte rzeczy od założenia świata” (22), „wszystko mówił… w podobieństwach do rzeszy” (23). Wiemy, że tegoż sposobu trzymali się Apostołowie, nauczeni przez Pana. O nich to Grzegorz Wielki powiedział: „Najbardziej starali się o to, aby uczynić rzeczy proste dla ludów prostych, nauczać rzeczy zrozumiałych a nie wzniosłych i trudnych„. W rzeczach, tyczących się religii, prawie wszyscy ludzie w czasach obecnych mogą być zaliczeni do prostych.

Nie chcemy, aby kto, z przyczyny usposobienia dla prostości, wmawiał w siebie, że ten rodzaj nauczania nie wymaga pracy i uwagi. Owszem, potrzebuje więcej od innych. Łatwiej znaleźć mówcę, który obficie i świetnie przepowiada, niż katechetę, którego nauczanie byłoby pod każdym względem bez nagany. Jakkolwiek zatem ktoś z natury posiada łatwość myśli i wysłowienia, niechaj o tym pamięta: tylko wtedy mówić będzie dzieciom i ludowi o nauce chrześcijańskiej z pożytkiem dla dusz, gdy się przygotuje i ćwiczyć się będzie przez poważne rozważanie. Mylą się ci, którzy, patrząc na nieświadomość i niższość umysłową ludu, poważają się postępować w tych rzeczach niedbale. Owszem, im więcej słuchacze są niewprawni, więcej też trzeba użyć gorliwości i starania do zastosowania prawd najwznioślejszych, już i tak wyższych od pojęć zwyczajnych, do zrozumienia nieumiejętnych, którzy tak jak mądrzy potrzebują ich znajomości, iżby doszli do szczęśliwości wiecznej.

Wreszcie, czcigodni Bracia, niechaj Nam wolno będzie zakończyć ten list, stosując do was słowa Mojżesza: „Jeśli kto jest Pański, przyłącz się do mnie” (24). Zważcie, prosimy was i błagamy, bo jakież nieszczęścia wypływają dla dusz z samej niewiadomości rzeczy Bożych! Wiele zapewne rzeczy pożytecznych i bardzo chwalebnych zaprowadzono w waszych diecezjach dla dobra powierzonej owczarni, chciejcie jednak ponad wszystko użyć wszelkiego wysiłku, gorliwości, starania i usilnych próśb, aby znajomość nauki chrześcijańskiej zupełnie umysły przeniknęła i wskroś je przeszła. „Każdy, mówimy słowami Apostoła Piotra, jako wziął łaskę, usługując ją jeden drugiemu, jako dobrzy szafarze rozlicznej łaski Bożej” (25).

Niechaj troskliwość i starania wzbudzą się w was dla wstawiennictwa Przebłogosławionej Dziewicy Niepokalanej przez błogosławieństwo apostolskie, którego z serca udzielamy wam, duchowieństwu i ludowi waszej pieczy powierzonemu – jako świadectwo Naszej życzliwości i zadatek darów niebieskich.

Dan w Rzymie u św. Piotra 15 kwietnia 1905, papiestwa Naszego roku drugiego.


Pius X, Papież.


PRZYPISY:

1) Dz. Ap. XX, 29.
2) Ozeasz IV, 1-3.
3) Efez. V, 3 i 4.
4) Tamże 15 i 17.
5) Ps. IV, 7.
6) Rzym. XIII, 13.
7) Mt. XVIII, 4.
8) Jerem. III, 15.
9) I Kor. I, 17.
10) Łk. IV, 18; Iz. LXI, 1.
11) Malach. II, 7.
12) Tamże.
13) Efez. IV, 14. 15.
14) I Piotr II, 2.
15) Iz. LV, 10 i 11.
16) Jan IX, 36.
17) Jud. 10.
18) Marek IV, 32.
19) Rzym. X, 17. 14
20) Tamże 14.
21) II Kor. I, 12.
22) Mt. XIII, 35.
23) Tamże 34.
24) Wyjścia XXXII, 26.
25) I Piotr IV, 10.


"Homiletyka". Pismo miesięczne poświęcone kaznodziejstwu i życiu duchownemu, pod kierunkiem literackim Ks. Mariana Nassalskiego Magistra Teologii. Rok ósmy. – Tom XIV. Włocławek. Redakcja i Administracja "Homiletyki". 1905, ss. 437-449. (Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; brakujący fragment encykliki uzupełniono). Przypisy: (*) Przekład własny, dokonany z tekstu francuskiego, umieszczonego w piśmie La Croix z d. 26 kwietnia r. b. (Początkowe słowa Encykliki w języku łacińskim to: "Acerbo nimis ac difficili tempore". – Red. Ultra montes).

Źródło informacji: gloria.tv & ultramontes.pl

Matka Boża w Quito ostrzegała przed kryzysem Kościoła



Cristian Castañeda (Ekwador) z Towarzystwa błogosławionego Piusa IX przedstawia przesłanie objawień Matki Bożej Pomyślności, które miały miejsce w Quito - mieście leżącym na terenie dzisiejszego Ekwadoru. Zaskakują podobieństwa co do przesłania fatimskiego orędzia oraz opis kryzysu jaki dotknie Kościół w XX wieku.

Łacina liturgiczna – jej początki i charakter. Trzy wykłady



W ramach trzech wykładów, które miałam zaszczyt wygłosić na Catholic University of America wiosną 1957 r., i które teraz, dzięki Fundacji Monsignora George’a A. Dougherty’ego, ukazują się drukiem, starałam się dokonać charakterystyki łaciny liturgicznej jako języka sakralnego i rytualnego, a także rzucić nieco światła na jej związek z łaciną wczesnochrześcijańską jako taką. Łacina liturgiczna ma podwójną wagę. Będąc językiem sakralnym i mając ustaloną formę wynosi oficjalną modlitwę Kościoła ponad zmienność i wielopostaciowość języków narodowych używanych do komunikacji, oraz służy za łącznik, wręcz bezpośredni łącznik z pierwszymi wiekami chrześcijaństwa i z dziedzictwem Ojców.

Badanie łaciny liturgicznej w sposób konieczny wiąże się z badaniami nad łaciną wczesnochrześcijańską, z niej bowiem ta pierwsza pochodzi. Nie ma możliwości, aby w trzech krótkich wykładach zająć się głębiej fascynującym zjawiskiem „chrystianizacji” języka Rzymu – procesem, który miał miejsce w pierwszych wiekach naszej ery, i który doprowadził do przekształcenia języka łacińskiego w narzędzie odpowiednie dla wyrażenia chrześcijańskiego życia i myśli. W pełniejszy sposób mogłam zająć się tą „prehistorią” łaciny liturgicznej w serii wykładów, wygłoszonych na Uniwersytecie Notre Dame latem 1956 r. Mam nadzieję, że ukażą się one wkrótce drukiem.

Jeśli chodzi o więcej informacji na temat rozwoju łaciny wczesnochrześcijańskiej jako języka, którym posługiwały się starożytne wspólnoty, mogę odesłać do publikacji „Szkoły z Nijmegen”, ukazujących się w serii Latinitas Christianorum Primaeva oraz do odpowiednich artykułów, ukazujących się w piśmie Vigiliae Christianae.

Obudzone na nowo i coraz bardziej widoczne zainteresowanie życiem wczesnego Kościoła, które wiąże się ściśle z odrodzeniem świadomości liturgicznej, pozwala mi mieć nadzieję, że ta skromna praca znajdzie odbiorców również poza wąskim kręgiem specjalistów. Być może przyczyni się ona do tego, że również szersze kręgi docenią bogate dziedzictwo łacińskiej modlitwy liturgicznej Kościoła. Jak już wspomniałam stanowi ona podwójne vinculum unitatis – więź, która łączy nas z naszą wczesnochrześcijańską przeszłością oraz zapewnia naszą obecną jedność-w-modlitwie.

Specjalne słowa wdzięczności pragnę skierować do profesora Martina R. P. McGuirego, dzięki któremu te wykłady mogły zostać wygłoszone i wydane drukiem. Chciałbym również podziękować jemu oraz jego koledze, profesorowi Bertrandowi M. Peeblesowi za wnikliwą korektę i przygotowanie rękopisu do publikacji.

Christine Mohrmann

____________________

Z pełną wersją tych wykładów można zapoznać się na stronie pisma CHRISTIANITAS. 

Synod Amazoński – Kościół o twarzy szamana?



Głównym zadaniem najbliższej nadzwyczajnej sesji Synodu Biskupów jest „odnalezienie nowych ścieżek rozwoju amazońskiego oblicza Kościoła” (Dokument przygotowawczy Synodu Amazońskiego, p. 12). A skoro rozwijać można wyłącznie coś, co już istnieje, warto zapoznać się z obrazem wspólnot z Amazonii, stworzonym przez zainstalowanych w tym regionie misjonarzy; warto także zapoznać się z wymarzonym przez nich modelem ewangelizacji. W tym celu przestudiujemy przypadek o. Karla Heinza Arenza, niemieckiego werbisty, który do katolickiego duszpasterstwa chciałby wprowadzić magiczne rytuały amazońskich szamanów.

Ojciec Karl Heinz Arenz SVD pracował w latach 1993-2003 jako formator ds. duszpasterskich dla ówczesnej prałatury (dziś już diecezji) Óbidos oraz dla diecezji Santarém. Dziś jest wykładowcą historii nowożytnej i współczesnej na Federalnym Uniwersytecie Stanu Pará. Tematem jego pracy doktorskiej, napisanej pod kierownictwem o. Paulo Suessa, była zakładana zbieżność pomiędzy Ewangelią a praktykami szamanistycznymi. (Sam o. Suess jest zresztą współautorem dokumentu przygotowawczego poświęconego Amazonii). Praca doktorska o. Arenza została opublikowana w roku 2003 pod tytułem „São e salvo: A pajelança da população ribeirinha do Baixo Amazonas como desafio para a evangelização” („Cali i zdrowi: szamanizm Dolnej Amazonii jako wyzwanie ewangelizacyjne”). Przedmiotem tej dysertacji były praktyki lecznicze „caboclos”, ludu o autochtonicznym pochodzeniu, którego przodkowie zostali w XVII i XVIII wyprowadzeni z dżungli przez jezuitów i franciszkanów, stając się później mieszkańcami miast i osad.

„Cobocles” – zwani także „ribeirinhos” – to ludność o mieszanym pochodzeniu rasowym, która w połowie XX wieku stanowiła połowę liczby mieszkańców całego regionu, zachowując – wskutek oporu wobec integracji – wiele ze swojej plemiennej tożsamości. Sprzyjał temu styl życia rodzinnego, autonomia, jaką cieszą się małe wspólnoty żyjące na brzegach Amazonki, a zwłaszcza praktykowana po kryjomu „pajelança”. Termin ten został wynaleziony przez antropologów jako nazwa rytuałów praktykowanych przez „pajés”, czyli przez lokalnych uzdrowicieli.

Religia „ribeirinhos” to synkretyczna mieszanka wiary zaszczepionej przez dawnych rzymskokatolickich misjonarzy z praktykami szamanistycznymi, kluczowymi dla zrozumienia mentalności tego ludu. Z katolicyzmu lud ten zachował kult świętych, ale nie wynika on z praktykowanych przez świętych cnót, a z wiary w istnienie nadprzyrodzonych sił chroniących ludzi. Wśród tak rozumianych „świętych” – bez żadnego rozróżnienia – odnaleźć możemy obrazy tak Matki Bożej, św. Antoniego i św. Benedykta, jak i… Trójcy Świętej, Ducha Świętego, Dzieciątka Jezus czy Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Z czasów pogańskich „ribeirinhos” zachowali wiarę w „zaczarowanych” – w tajemne istoty żyjące w głębi wody i w dżungli, symbolizujące siły natury przybierające różne formy i kształty: ludzi, zwierząt, głosów bądź dźwięków. W przeciwieństwie do świętych, którzy chronią, „zaczarowani” odgrywają dwuznaczną rolę: pomagają bądź szkodzą, w szczególności życiu i zdrowiu poszczególnych wspólnot. Istoty te mają ożywiać naturę, dlatego ludzie starają się żyć z nimi w harmonii, unikając interwencji „zaczarowanych” w sprawy życia codziennego. Miejscem zamieszkania tych istot ma być dżungla i wody Amazonki, dlatego też posiadają one sakralny charakter.

Bóg (często nazywany przez „ribeirinhos” „Staruszkiem na górze”) wydaje się im odległy i statyczny, podobnie jak Niebo – w przeciwieństwie do dynamicznej i angażującej dżungli, miejsca w którym toczą się sprawy „świętych”, ludzi i „zaczarowanych”. Jak pisał José Veríssimo (socjolog i nauczyciel z końca XIX wieku), ta „religia to połączenie fetyszyzmu i politeizmu (…). Trudno wśród nich odnaleźć prawdziwego monoteistę”. W tym amalgamacie politeizmu i fetyszyzmu istnieją także „caruanas”, czyli „zaczarowani” bytujący na dnie rzeki i należący do najbardziej sugestywnych pośród wyobrażeń „caboclos”. Uzdrowiciele mogą korzystać z ich mocy, walcząc z zaklęciami i chorobami przysparzanymi ludziom przez złe duchy jako karę za brak szacunku wobec natury bądź za naruszenie któregoś z tabu.

„Dzięki inicjacji pajé, jako ekspert religijny – pisze o. Arenz w „São e salvo: A pajelança da...” – staje bliskim znajomym zaczarowanych z dna rzeki, których uważa za swoich towarzyszy i osobistych przewodników. (…) To dzięki ich pomocy szaman może przekształcić stan nieładu (choroby, zaburzenia) w stan porządku (zdrowia, dobrostanu)”. Ten wymiar terapeutyczny ujawnia się w trakcie sesji leczniczych. Choć te nie posiadają ustalonego rytuału, można w ich przypadku wyodrębnić pewne regularności. Rytuały te odbywają się w nocy w zamkniętym pokoju. „Pajé” siedzi, a wokół niego zbierają się domownicy i przyjaciele rodziny. Szaman nosi w tym czasie strój stworzony z piór i wstążek, a w ramach przygotowania spożywa alkohol, często w nadmiernych ilościach. Pajé wygłasza różne wezwania, trwa to do chwili w której wpada on w „ekstazę”, w trakcie której ma opuszczać swoje ciało przebywając w świecie nadprzyrodzonym, w którym – szukając „uzdrowienia” – spotyka się z różnymi „caurana”. W tym czasie potrząsa grzechotką wypełnioną nasionami, zipie, śpiewa, tańczy, a wszystko to aż do momentu w którym „zaczarowany” go opuści. Po tym w szamana wciela się kolejna istota. Jak opisywał ten rytuał antropolog, Raymundo H. Maués, „atmosfera pełna jest relaksu, możliwe są żarty i zabawne wypowiedzi tak ze strony zaczarowanego przemawiającego przez szamana, jak i ze strony uczestników” (R. H. Maués, Padres, pajés, santos e festas: catolicismo popular e controle eclesiástico, s. 185).

Kulminację stanowi moment w którym w danego pajé wciela się główny zaczarowany, zwracając się – poprzez szamana – do pacjenta siedzącego zazwyczaj na środku pokoju. Następnie szaman, palący papierosa tauri, wydycha dym w stronę „pacjenta”, w szczególności w stronę tej części ciała, która dotknięta jest chorobą. Następnie „wysysa” chorobę, czasem udając, że udało mu się wyciągnąć z ciała pacjenta jakiś drobny przedmiot. Koniec rytuału zwiastują konwulsje towarzyszące powrotowi szamana do swego naturalnego stanu. „Pajé” twierdzi zazwyczaj, że nie pamięta mających wcześniej miejsce wydarzeń, tak jakby budził się z głębokiego snu.

Przywoływany już Raymundo H. Maués zwracał uwagę na podobieństwo tego rytuału do praktyk magicznych. „Pajé, mogąc leczyć choroby, jest postrzegany także jako ktoś, kto może choroby prowokować. Z tej zasadniczej niejednoznaczności często wynika podejrzenie, że każdy szaman może być czarownikiem” (R. H. Maués, Padres, pajés…, s. 174). O. Claude d'Abbeville – kapucyński misjonarz z początków XVII stulecia – podkreślał diaboliczny charakter duchów wzywanych w trakcie tych rytuałów Opisywał on uzdrowicieli jako „osoby, które diabeł wykorzystuje po to, by utrzymać Indian w zabobonie”; przez których „ludzie wierzą, że wystarczy dmuchnąć na chorą część ciała by ją wyleczyć, wysysając i wypluwając zło”. Jak zauważał, pajé „czasami wkładają sobie do ust kawałki drewna, metalu albo kości, a po wysysaniu choroby prezentują te przedmioty ofierze, udając że pochodzą one z jej ciała”. Współczesna medycyna nazwałaby skutki takiej „terapii” efektem placebo.

Jednakże dla o. Karla Arenza SVD w przypadku takich rytuałów szaman ma w sposób magiczny manipulować nieprzerwanym strumieniem kosmicznej energii. Zauważa, że, „magia jest postrzegana jako podstawa całego systemu szamanizmu”. Jak dodaje, „magia opiera się na spójnym i zorganizowanym wykorzystaniu ciągłego ruchu natury dla dobra społeczności. Ta funkcja magiczna posiada głęboką konotację duchową poprzez ustanowienie rytuałów transcendujących środowisko naturalne, sytuujących się w horyzoncie tajemnicy” (São e salvo: A pajelança da..., s. 135). Niemiecki wykładowca i misjonarz dostrzega zbieżności między „pajelançą” a chrześcijaństwem właśnie w społecznej funkcji przywracania kosmicznego porządku w ramach wspólnoty. O Jezusie Chrystusie mówi, że należy do grona „postaci magiczno-prorockich”, pojawiających się w sytuacjach zmiany i niepewności, takich jak w przypadku Galilei po podboju rzymskim, w trakcie przyśpieszonego procesu hellenizacji. „W swoich czynach i mowach Jezus nie przypominał filozofów swoich czasów” – kontynuuje o. Arenz. „Chcąc być prorokiem Królestwa i przybliżać moc tego królestwa ludziom swych czasów wykorzystywał on znaki bliskie magii, nie martwiąc się – jak uczyniliby to filozofowie – racjonalnością, logiką tych znaków” – stwierdzał.

Arenz upiera się przy tym, że „pojęcie magii nie może być wykorzystywane wyłącznie w sposób pejoratywny bądź dyskryminujący”, bo wiąże się z „chęcią przywrócenia porządku stworzenia w życiu osób i grup”. Stwierdza także, że „Jezus bezinteresownie zaprezentował gesty i magiczne znaki powszechne w jego czasach, wykorzystując je w służbie Królestwa, a przez to stosując dobrą magię, promującą życie i dostarczającą sensów” (s. 210 - 211). Nawet „kluczowe wydarzenie w życiu Jezusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie, można – jak czytamy – łączyć z ekstazą, konstytutywną cechą szamanizmu. Jezusowe zejście do królestwa śmierci - lub raczej do domu umarłych – i następujące po tym wniebowstąpienie stanowią analogię wobec podróży do drugiej rzeczywistości, będącej celem ekstatycznych doświadczeń szamanów” (s. 214).

Aby potwierdzić taką tezę, ks. Arenz przywołuje zdanie Eduardo Hoonaerty’ego (belgijskiego historyka i eks-księdza, dziś żonatego), który twierdzi, że „porównanie Jezusa do szamana nie stanowi dowodu najmniejszego braku szacunku, bo [szaman – przyp. red.] to osoba, która leczy, doradza, przywraca utraconą wolność. W rzeczy samej uważna lektura Ewangelii nie pozwala nam zapomnieć, że Jezus prezentował znaczące gesty jako uzdrowiciel i doradca”.

Próbując uzasadnić teologicznie bluźniercze zestawienie Naszego Pana Jezusa Chrystusa ze znachorem, Arenz obala nadprzyrodzone i moralne znaczenie Odkupienia, nadając temu wydarzeniu czysto naturalny i terapeutyczny charakter. „Misją Jezusa – jak czytamy – nie było udzielenie Bogu zadośćuczynienia ofiarując się za błędy i przewinienia ludzi. Jego misja polegała na przyniesieniu im spójności i całości Boga poprzez poddanie się zadawanym ranom. Jezus stał się sprzymierzeńcem ludzi, po to, aby mieli oni więcej życia” (s. 264). Z tego powodu Kościół ma „ratować terapeutyczne sedno projektu ewangelicznego”, a teologia ma już uwzględniać „terapeutyczne konotacje w jej dotychczas dobrze zdefiniowanych koncepcjach”. Więcej: „termin zbawiać nie jest już wyłącznie kojarzony z życiem po śmierci czy też z etycznymi postępami osoby, ale zawiera także praktyczny wymiar leczenia i uzdrawiania” (s. 246).

Jak kontynuuje o. Arenz, „o ile w czasach Jezusa i w dwóch kolejnych stuleciach człowiek w centrum swojej wiary stawiał chorobę i przynależność do Leczącego Chrystusa, to soterologia grzechu, wraz z silnie moralistycznym nacechowaniem, nadeszła wraz z wejściem do hellenistycznego środowiska kulturowego, uniemożliwiając w ten sposób rozwój terapeutycznej teologii mającej na uwadze całą osobę” (s. 197). Dlatego „leczenie i inne praktyki terapeutyczne straciły na znaczeniu, jakie posiadały w świadectwach ewangelicznych, kiedy Kościół dokonał kulturalnej zmiany w stronę środowiska hellenistycznego” (s. 197).

Ten brak dialogu z kulturą miał przekształcić Kościół w „instytucję patogenną”. Jak dalej twierdził Arenz, przywiązanie „Kościoła do pewnych koncepcji moralnych i doktrynalnych, zwłaszcza w odniesieniu do grzechu i winy, zdusiło terapeutyczne przywiązanie do życia”. Jednakże przywiązanie do ludzkiego pragnienia, aby być równocześnie „całym i zdrowym” jest dziś… „uznawane przez bardziej współczesną refleksję katolickiej teologii, poddającej w wątpliwość dychotomię duszy i ciała obecną w tradycji spekulatywno-dogmatycznej, ratując w ten sposób prezentowaną prze Biblię, integralną wizję osoby ludzkiej” (s. 56).

Ten proces teologicznego ratowania holistycznego obrazu człowieka ma umożliwiać konwergencję między tradycją ewangeliczną oraz tradycjami szamanistycznymi, uznając, że ich „osią jest przekształcalność nieporządku, komplementarność istniejąca pomiędzy elementami religijnymi i magicznymi, a także skuteczność życia codziennego”. To odnowienie porządku „w przypadku Jezusa celuje w definitywne dopełnienia stworzenia” (jak inaczej ująłby to Teilhard de Chardin, w ewolucję w stronę Chrystusa-Omegi), podczas gdy w przypadku „pajelança celem tym jest stałe utrzymanie harmonii na poziomie kosmicznym, dzięki postawie szacunku i czci wobec innych współuczestników kosmosu” (s. 210).

Stąd „konkluzje refleksji teologicznej i kategorie praktyk szamanistycznych dopełniają się wzajemnie w celu służby życiu”. W tej komplementarności praktyki szamanistyczne wydaję się wychodzić na prowadzenie „dzięki kosmicznym horyzontom udowadniają, że są bardziej praktyczne, bo jako w gwarancję dobrostanu celują w stałą i dynamiczną relację pomiędzy członkami kosmosu”. Naturalnym wnioskiem o. Arenza jest – doprawdy przedziwne! – twierdzenie, że „pomiędzy pajelançą a chrześcijaństwem istnieją mosty”, a „praktyki szamanistyczne nie powinny być dalej oceniane jako przesąd i skazywane na potajemność, tylko traktowane jako wydarzenia przekształcające wymiar duchowy” (s. 216). „Dlatego też pajelança – kontynuuje duchowny – posiada prawo do powrotu, świadomie i z uznaniem, w centrum codziennego życia chrześcijańskich wspólnot zamieszkujących brzegi Amazonki” (s. 217).

Na zarzut, że taki powrót i uznanie wspiera synkretyzm, niemiecki werbista odpowiada następująco: synkretyzm „to fenomen, od którego nie jest wolny żaden system religijny”, a co więcej, stanowić ma on „ważny kamień milowy na drodze przekształcania się religii oficjalnej w religię żyjącą”. W rzeczywistości chodzić ma o natychmiastowe uznanie szamanów jako terapeutów wiernych ich przywiązaniu do życia. „Hierarchiczny stan Kościoła – twierdzi o. Arenz – nie jest w sposób konieczny przeszkodą w uznaniu wagi ich posługi. Hierarchii nie należy postrzegać jako faktu absolutnego”.

Ze względu na charyzmatyczny charakter działalności szamanów, ich „posługa” terapeutyczna miałaby się cieszyć sporą autonomią. „Jako szamani, nie zależą oni od ustalonych struktur i konwencji mających legitymizować ich dar, tylko od mistycznego towarzystwa ze strony ich cauranas. Ten fakt czyni ich niezależnymi od jakiejkolwiek instytucji” (s. 260). Takie włączenie rytuałów pajelançi do terapeutycznej posługi Kościoła ma być konieczne dlatego, że… „siedem sakramentów, definitywnie określonych, uregulowanych i uduchowionych przez Sobór Trydencki, nie przypomina już trzech komplementarnych linii diakonalnej posługi Chrystusa: przebaczania, leczenia i dzielenia się”, a z kolei same sakramentalne gesty, słowa i materie powinny zostać w związku z tym ożywione w zakresie ich „symbolicznej efektywności” (s. 258-259).

Uznanie tej terapeutycznej posługi szamanów, oparte na autonomii szamanistycznego uzdrawiania i jego komplementarności wobec tradycyjnej posługi Kościoła katolickiego, miałoby wspierać „reformy eklezjologii”. Uznając, że „Kościół to lud Boży podróżujący pośród różnych kultur” (s. 265). Równocześnie zabieg ten miałby świadczyć, że podstawowym celem Kościoła jest „służba życiu pośród podzielonego i zranionego świata” (s. 266). Pod tym względem „uznanie specjalistów od pajelançi – którzy w większości uważają się za katolików – byłoby pierwszym krokiem”… w stronę „nawrócenia Kościoła”, a w dalszej perspektywie mogłoby przysłużyć się „narodzinom teologii amazońskiej”.

To – tak dobrze zdefiniowany – cel przyświecający osobom, które zajmują stanowiska umożliwiające im wpływanie na prace najbliższego zgromadzenia Synodu Biskupów. Celem tym jest stworzenie Kościoła Amazońskiego o twarzy szamana – uzdrowiciela. To próba bluźniercza, ale i skazana na porażkę, bo „jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym?” (2 Kor 6, 15).

José Antonio Ureta

Tłumaczenie: mat


Źródło informacji: http://www.pch24.pl

O powołaniach w Bractwie Św. Piusa X – wywiad z ks. Troadekiem FSSPX



Wyświęcony w 1988 r., ks. Patryk Troadec FSSPX przez ostatnie 23 lata był przełożonym międzynarodowego seminarium św. Jana Marii Vianneya we francuskim Flavigny, w którym francuskojęzyczni alumni odbywają tzw. rok duchowości, czyli pierwszy rok formacji kapłańskiej; mieści się tam również nowicjat braci Bractwa Św. Piusa. Ks. Troadec od 15 sierpnia będzie przeorem w Breście w Bretanii; odchodząc ze swej dotychczasowej placówki, udzielił serwisowi fsspx.news wywiadu, dzieląc się swym wieloletnim doświadczeniem w zakresie przyjmowania kandydatów do kapłaństwa i życia zakonnego.


W sierpniu opuści Ksiądz stanowisko rektora seminarium we Flavigny, które zajmował od 1996 r. Zapewne poznał Ksiądz w tym czasie wielu seminarzystów i braci?

Rzeczywiście, w czasie mej posługi przyjąłem 459 seminarzystów i braci, co daje średnio 20 młodych ludzi rocznie.

Czy mógłby Ksiądz bliżej określić pochodzenie kandydatów do kapłaństwa?

Seminarium we Flavigny, jak każde seminarium Bractwa, ma status międzynarodowy i nie jest to czcze określenie. Trzy czwarte kleryków stanowią Francuzi, a reszta wywodzi się głównie ze Szwajcarii i Włoch, ale także z innych krajów europejskich, takich jak Anglia, Irlandia, Szkocja, Polska, Hiszpania czy Portugalia. Przyjmowałem również Afrykańczyków, Amerykanów, a nawet młodego człowieka ze Sri Lanki.

Czy kandydaci wywodzą się z jakiegoś szczególnego rodzaju rodzin?

Seminarzyści w większości pochodzą z rodzin wielodzietnych, mających średnio po sześcioro dzieci. Trzy czwarte francuskich seminarzystów było kształconych w szkołach autentycznie katolickich i przeważająca większość z nich miała matki zajmujące się na co dzień rodziną.

Kościół zawsze stawiał jako wzór rodziny wielodzietne i wspierał ideał matki wychowującej swe dzieci, a także nalegał, aby były one kształcone w szkołach gruntownie katolickich. Analiza pochodzenia kandydatów do kapłaństwa i życia zakonnego potwierdza zasadność tych zaleceń.

Gdzie pełnią posługę kapłani, którzy ukończyli francuskojęzyczne seminarium Bractwa?

Ponad 40% z nich jest poza Francją, w 18 różnych krajach. Połowa z nich jest w Europie, a reszta na innych kontynentach – m.in. w USA, Kanadzie, Meksyku, Argentynie, Gabonie, Kenii, RPA, Zimbabwe, Singapurze, Australii i Nowej Zelandii. W swym misjonarskim poczuciu katolicyzmu abp Lefebvre pragnął, aby Bractwo na całym świecie przychodziło z pomocą wiernym, proszącym o opiekę duszpasterską w celu zbawienia swych dusz.

Czy widzi Ksiądz różnicę między młodymi ludźmi, których przyjmował Ksiądz w ostatnich latach, a tymi, których formował 20 lat temu?

Większość seminarzystów otrzymało w dzieciństwie nadzwyczajne łaski (uczynkowe – przyp. red. WTK), które pozwoliły im harmonijnie rozwinąć łaskę otrzymaną na chrzcie świętym. Często zostali zachowani od zła tego świata, niemniej jest to młodzież naszej epoki, wyciskającej na niektórych z nich swoje piętno.

Gdy byłem seminarzystą, abp Lefebvre mówił nam, że jesteśmy dotknięci powszechnym liberalizmem. Podobnie i dziś współczesne formy życia oddziałują na część naszego środowiska.

Gdy przybyłem do Flavigny, używałem określenia „mentalność fast-foodów” odnośnie do części seminarzystów, mając na myśli trudności zmierzenia się z bardziej wymagającymi zagadnieniami. Już wówczas, aby zostać zrozumianym, należało wyrażać się w sposób prosty. Osiem lat później zauważyłem tendencję „skakania z kanału na kanał”, tzn. pragnienia ciągłej zmiany, nietrwania zbyt długo przy jednym temacie. Od około ośmiu lat część naszej młodzieży jest naznaczona tym, co nazwałbym „erą klikania”, to znaczy pragnieniem otrzymania natychmiastowej odpowiedzi na wszystkie pytania. Rolnicy wiedzą, że jest czas na siew i czas na zbieranie plonów, ale ludzie epoki Google’a często zapominają o tym podstawowym prawie natury.

Na szczęście nadzwyczajne położenie geograficzne seminarium we Flavigny umożliwia seminarzystom gruntowne zakorzenienie się w rzeczywistości; żyją tu z dala od świata Internetu, zanurzeni w atmosferze sprzyjającej kontemplacji.

Jaka jest specyfika pierwszego roku seminarium?

Regulamin seminarium jest owocem mądrości Kościoła dążącego do uformowania zrównoważonych osobowości. Podstawowym zadaniem pierwszego roku jest praca nad życiem w jedności z Panem Bogiem. Jednym z warunków tego życia jest cisza. Bóg przemawia w ciszy, klimat seminaryjny jest więc klimatem ciszy. Cisza seminarium nie jest próżnią, ale pełnią. Cisza pozwala także połączyć zalety życia w odosobnieniu z życiem wspólnotowym.

Inną charakterystyczną cechą życia seminaryjnego jest liturgia. Jak mawiał św. Pius X, liturgia jest pierwszym źródłem ducha chrześcijańskiego. Każdemu świętu towarzyszą właściwe mu łaski. Seminarzyści znajdują się w bardzo dobrych warunkach, aby je otrzymać.

Innym ważnym elementem kształtowania przyszłych kapłanów jest życie wspólnotowe. Bractwo Św. Piusa X jest zbudowane na życiu wspólnotowym. Seminarzyści są stymulowani do praktyki cnót, wzajemnie się wspierając. Fakt przebywania z innymi młodymi ludźmi, którym przyświeca ten sam ideał, stanowi dla seminarzystów cenne wsparcie. Różnice, które występują między nimi, są źródłem wzajemnego ubogacenia: niektórzy mają 18 lat, inni są starsi; niektórzy są świeżo po maturze, inni mają za sobą studia wyższe; niektórzy urodzili się w środowisku Tradycji, inni są konwertytami; jak już wspomniałem, są i Francuzi, i obcokrajowcy. Ten szeroki wachlarz seminarzystów i braci czyni życie wspólnotowe bardzo pociągającym.

Oczywiście nie należy idealizować życia w seminarium. Nie ma życia mistycznego bez życia ascetycznego, nie ma jedności z Bogiem bez wyrzeczeń. Aby być szczęśliwym w seminarium, trzeba być hojnym, dawać z siebie nie rachując: trzeba potrafić ustępować, aby porozumieć się z innymi, albowiem różnice między seminarzystami mogą być nie tylko źródłem ubogacenia, ale także nieporozumień. Dlatego też abp Lefebvre dał tę cenną radę: „Seminarzyści będą się starli darzyć wszystkich tym samym poważaniem, tym samym oddaniem, zwłaszcza w czasie rekreacji i wyjść na zewnątrz. Będą oni zawsze zważali bardziej na to co, ich łączy, niż to, co dzieli. […] Nie łudźmy się: tego szczęścia dostępuje się na drodze posłuszeństwa, wyrzeczeń, pokory, zapomnienia o sobie i prawdziwej gorliwości o panowanie Pana Jezusa”.

Wspomniał Ksiądz o konwertytach. Czy regularnie pukają do drzwi seminarium i jak doń docierają?

Po czasach, gdy rekrutacja miała miejsce prawie wyłącznie w środowisku Tradycji, od kilkunastu lat młodzi ludzie spoza niego także pukają do drzwi seminarium. Większość poznaje nas przez Internet i wielu z nich było już we wspólnotach korzystających z Mszy trydenckiej, ale zależnych od biskupów diecezjalnych.

Co sprawia, że przychodzą do Flavigny?

Kandydatom do kapłaństwa, uzasadniającym wstąpienie do seminarium św. Jana Marii Vianneya we Flavigny, spontanicznie przychodzą na myśl dwa hasła: „spójność” i „arcybiskup Lefebvre”. Młodzi ludzie pukający do drzwi seminarium doceniają integralność doktrynalną Bractwa i brak zewnętrznych ograniczeń w piętnowaniu błędów, które wdarły się do Kościoła w czasie II Soboru Watykańskiego i wciąż są w nim obecne.

Również usłyszawszy kazania abp. Lefebvre’a (czy przeczytawszy jakieś jego książki) zostali ujęci jego duchem wiary oraz głębią i prostotą jego słów. Dostrzegli w nim męża Bożego, wybranego przez Opatrzność, aby prowadzić dusze na drodze do nieba w tym bolesnym czasie kryzysu, który od pół wieku nęka Kościół.

Mówił Ksiądz o średnio dwudziestu seminarzystach i braciach, którzy wstępują co roku do seminarium. Liczba powołań jest stała, gdy tymczasem w szkołach Bractwa jest obecnie więcej wychowanków niż dwadzieścia lat temu. Jak wytłumaczyć trudności z kiełkowaniem powołań?

Kilka różnych czynników tłumaczy tę stagnację. Zapewne najważniejszym jest Internet, który odrywa dusze od tego, co najważniejsze i kieruje je ku temu, co drugorzędne, powierzchowne, efemeryczne, przypadłościowe, okolicznościowe, bezpośrednie… Inwazja świata cyfrowego sprowadza katastrofę na to pokolenie, gdyż uniemożliwia on rozwój życia duchowego. Do tego trzeba, niestety, dorzucić poważny problem nieczystości, która kala tylu nastolatków, a nawet dzieci, poprzez niegodziwe, a nawet prowokujące obrazy w tylu filmach czy reklamach. Im więcej oddajemy się życiu ciała, tym bardziej oddalamy się od życia ducha. Św. Paweł jasno mówi, że „człowiek zwierzęcy nie rozumie rzeczy Bożych”.

Inną poważną przeszkodą w rozwoju powołań jest duch krytykanctwa. Francuzi są z natury bardzo krytyczni, tymczasem krytyka kapłanów odbiera nastolatkom pragnienie oddania się Panu Bogu. Dziecko wierzy i jest posłuszne, nastolatek podziwia i wybiera – a krytyka względem kapłanów zabija u nastolatków podziw.

Również wewnętrzne trudności, które dotknęły Bractwo, z pewnością przyczyniły się do przyhamowania zapału wstąpienia do seminarium. Nawet jeśli nie da się tego zmierzyć, to jest to niezaprzeczalne. Diabeł jest mistrzem podziałów – nie należy podejmować jego gry.

Jakie rady dałby Ksiądz rodzicom chcącym sprzyjać rozwojowi powołań we własnych domach?

Powiedziałbym, że dwa zasadnicze czynniki wspierające rozwój powołań to duch pobożności oraz duch ofiary. Duch pobożności rodzi się u dziecka w sposób naturalny, gdy widzi ono, że w jego rodzinie Bóg zajmuje pierwsze miejsce. Gdy dziecko widzi, że ważne decyzje jego rodziców są podejmowane z uwzględnieniem Bożej perspektywy; gdy widzi, że trudności są znoszone w duchu nadprzyrodzonym; gdy wie, że jego rodzice z szacunkiem mówią o powołaniu kapłańskim czy zakonnym; gdy widzi, że okazują szacunek kapłanom; gdy słyszy, że mówią o nich dobrze – wówczas rodzi się w nim naturalny szacunek dla powołania. Oddychając nadprzyrodzoną atmosferą od najmłodszych lat, dziecko zdobywa nadprzyrodzony instynkt, który bardzo ułatwia jego otwarcie się na Boże wezwanie. Oczywiście wspólna modlitwa rodzinna, tak bardzo zalecana przez papieża Piusa XII, wpisuje się w te ogólne ramy, podobnie jak uczestnictwo w pielgrzymkach, ceremoniach święceń czy obłóczyn, a także codzienna lektura duchowa.

Jest ważne, aby oprócz ducha pobożności młodzież posiadała także ducha ofiary. Rodzice powinni rozwijać w nich tego ducha i być stanowczy wobec kaprysów swych dzieci, zachęcając je do odmawiania sobie nie tylko rzeczy zabronionych, ale także niektórych rzeczy dozwolonych w duchu ekspiacji za tak liczne grzechów, popełniane na całym świecie. Brak ducha ofiarności czyni człowieka słabym i pozbawionym obrony, szczególnie wobec grzechów nieczystości. Paweł Claudel powiedział do swego przyjaciela Jakuba Rivière: „Mówi się, że młodość jest stworzona do przyjemności, gdy w rzeczywistości jest ona stworzona do heroizmu”. Młodość nie jest dana dla przyjemności, albowiem przyjemność nie jest celem samym w sobie. Gdy poszukuje się przyjemności dla niej samej, poszukuje się samego siebie, karmi się swój egoizm, swoją satysfakcję i stopniowo popada się w narcyzm. Człowiek nie jest stworzony do brania, ale do dawania, za przykładem Dobrego Pasterza, który oddał własne życie za swoje owce. Oto dlaczego seminarzyści i kapłani wierni swemu powołaniu są tak spełnieni. Rozwijajmy więc u młodzieży ducha pobożności i ofiary, aby mogli oprzeć się złu i znaleźć szczęście w Bogu.

Najlepszym sposobem rozwijania ducha pobożności i ofiary jest uczestnictwo w ofierze Mszy św. Widząc wszystko to, co Pan Jezus wycierpiał za nas w czasie swojej męki, widząc, jak ofiaruje się na naszych ołtarzach, jesteśmy zachęceni do podążania drogą cnoty, która jest drogą do nieba.

Co powiedziałby Ksiądz młodym ludziom, aby pomóc im rozeznać wolę Bożą?

Po pierwsze, nakłaniałbym ich do poddania się kierownictwu duchowemu, które jest jednym z najwłaściwszych sposobów pomocy w rozeznaniu woli Bożej. Kierownik duchowy pomaga odkryć piękno życia w jedności z Bogiem i wdrożyć strategię walki przeciw „staremu człowiekowi”, który w nas tkwi.

Namawiałbym także młodzieńców do zaangażowania się w jakiś dobry ruch młodzieżowy, który pomoże im rozwinąć ducha ofiary i rozbudzi gorliwość apostolską.

W końcu radziłbym młodzieży uczestnictwo w rekolekcjach co najmniej raz na dwa lata. Rekolekcje są czasem sprzyjającym rozwojowi życia duchowego i tworzą najlepsze warunki, aby usłyszeć głos Boży.

Mówił Ksiądz o powołaniu kapłańskim, ale we Flavigny był Ksiądz odpowiedzialny także za formację braci. Jaka jest ich właściwa duchowość?

Bracia są zakonnikami. Składają śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa i są pomocnikami kapłanów. Dzielą ich życie modlitwy i wspólnotowe oraz odciążają w najróżniejszych zadaniach, takich jak prowadzenie zakrystii, chóru czy też w różnych obowiązkach materialnych związanych z prowadzeniem domu.

Wśród tych, których przyjąłem, 35 jest obecnie po ślubach, z czego 30% pracuje poza Francją. Ich posługa jest bardzo cenna, szczególnie w szkołach, ale także w przeoratach, a nawet w seminariach.

Dzięki swej wytrwałości są oni podporą dla kapłanów. W szkołach doskonale sprawdzają się jako pośrednicy między dziećmi a kapłanami, ułatwiając przez to tym drugim głębsze oddziaływanie. W przeoratach współuczestniczą w życiu modlitewnym i są bardzo cenieni przez księży. Rozwój powołań braci w Bractwie był dla mnie powodem do wielkiej radości kapłańskiej.

Trzeba dodać, że w obecnych czasach nadal można spotkać młodych ludzi, którzy mają predyspozycje, aby zostać świetnymi braćmi, ale nie wybierają tej drogi albo dlatego, że nie znają specyfiki tego powołania, albo dlatego, że obawiają się, iż nie sprostają jego wymogom. Jest prawdą, że duch niezależności wpajany przez świat nie sprzyja rozwojowi tego powołania. Gorąco pragnę, aby zarówno kapłani, jak i rodzice silniej utwierdzali swoich wychowanków w przekonaniu o wielkiej wartości tego pięknego powołania, aby uwydatnić zakonny charakter Bractwa, który Arcybiskup chciał mu przekazać. Dzięki Bogu istnieją także Siostry Bractwa Św. Piusa, które również stanowią dla nas cenną pomoc!

Opuszcza Ksiądz seminarium i udaje się do przeoratu – będzie to duża zmiana.

To prawda. Będzie to stanowisko analogiczne do tego, które piastowałem zanim znalazłem się we Flavigny. Ale skoro pierwszym staraniem Bractwa jest kapłaństwo i wszystko, co się z nim wiąże, w Breście będę przekazywał rodzinom i dzieciom podstawy, które, mam nadzieję, umożliwią rozwój nowych powołań. Moja kolejna posługa pozostanie więc ukierunkowana na kapłaństwo i jego rację bytu, Najświętszą Ofiarę Mszy, z której otrzymujemy wszystkie łaski naszego odkupienia.

Ks. Patryk Troadec FSSPX jest autorem kilkunastu książeczek o modlitwie, jednego dzieła o rodzinie katolickiej, a także zbiorów myśli abp. Lefebvre’a na temat Mszy św. i świętości kapłańskiej.

Źródło informacji: https://news.fsspx.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.