Holenderski biskup pomocniczy diecezji 's-Hertogenbosch, Rob Mutsaerts, skierował list otwarty do papieża Leona XIV, poddając głębokiej krytyce model i dotychczasowe owoce Synodu o Synodalności. Hierarcha stawia fundamentalne pytanie o to, czy permanentny proces konsultacji rzeczywiście przybliża dusze do zbawienia, czy też przekształca Kościół w instytucję skupioną na własnej biurokracji i wewnętrznych procedurach.
W ocenie biskupa Mutsaerta największą tragedią całego przedsięwzięcia jest rozmijanie się z realnymi potrzebami współczesnego człowieka. W dobie głębokiego kryzysu duchowego, samotności i zagubienia świat nie potrzebuje kolejnej organizacji, która będzie go jedynie słuchać, lecz Kościoła, który z jasnością i mocą głosi Ewangelię, przypomina o sakramentach i wskazuje na Jezusa Chrystusa.
Pełna treść listu biskupa Roba Mutsaerta znajduje się poniżej.
List otwarty do Jego Świątobliwości Papieża Leona XIV
Ojcze Święty,
Z szacunkiem dla urzędu, który został powierzony Waszej Świątobliwości jako następcy świętego Piotra, oraz w jedności z Kościołem, który Chrystus zbudował na Apostołach, zwracam się z tym listem otwartym. Nie czynię tego lekkomyślnie. To, co skłania mnie do publicznego wypowiedzenia tych słów, to troska, która ostatecznie przewyższa wszelkie inne względy kościelne: zbawienie dusz. Salus animarum suprema lex — zbawienie dusz jest najwyższym prawem. Moje pytanie jest proste i poważne: czy proces synodalny rzeczywiście pomaga przybliżyć dusze do Chrystusa i do wiecznego zbawienia? To jest dla mnie pytanie rozstrzygające.
Ojcze Święty, w pełni zdaję sobie sprawę, że posługa Piotrowa niesie ze sobą odpowiedzialność, o której ktoś stojący poza tym urzędem może mieć jedynie pewne wyobrażenie. Właśnie dlatego nie piszę tych słów z braku szacunku dla urzędu papieskiego, lecz z miłości do tegoż urzędu. Wszak Piotr otrzymał od Chrystusa nie tylko zadanie jednoczenia braci, ale także umacniania ich w wierze: „Ty ze swej strony utwierdjaj twoich braci, gdy się nawrócisz”. Świat w gruncie rzeczy niewiele zyskuje na Kościele, który jedynie powtarza to, co świat sam już myśli. Potrzebuje On Kościoła, który z miłością, lecz bez lęku, wskazuje mu Chrystusa.
Moje zaniepokojenie Synodem o Synodalności należy odczytywać właśnie w tym świetle. Przede wszystkim pytam samego siebie, co to wszystko oznacza dla zwykłego wiernego, który od swojego Kościoła nie oczekuje nieustannego procesu, lecz jasności co do drogi prowadzącej do Boga.
List ten nie jest zatem oskarżeniem skierowanym przeciwko jakimkolwiek osobom. Nie chcę również kwestionować dobrych intencji wielu tych, którzy szczerze zaangażowali się w proces synodalny. Dobre intencje zasługują na uznanie. Jednak dobre intencje nie zwalniają nas z obowiązku badania owoców. Sam Chrystus dał nam ku temu proste kryterium: „Poznacie ich po ich owocach”. Dlatego uważam, że po latach synodalnych konsultacji, spotkań, raportów i dokumentów nadszedł czas, aby w pełnej otwartości zapytać o te owoce. Nie z cynizmu, lecz z miłości do Kościoła. Nie z nostalgii za zidealizowaną przeszłością, ale z troski o jego przyszłość. I nie po to, by prowadzić kościelno-polityczną walkę, lecz dlatego, że za wszystkimi dyskusjami kryje się rzeczywistość nieskończenie ważniejsza: wieczne zbawienie dusz, które Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. W trosce o to zbawienie, Ojcze Święty, przedkładam Waszej Świątobliwości poniższe rozważania.
Synod o Synodalności
Kto ocenia Synod o Synodalności wyłącznie na podstawie jego własnych założeń i celów, z łatwością może napisać pozytywną historię. Słuchano. Rozmawiano. Skonsultowano tysiące ludzi. Biskupi, kapłani, osoby konsekrowane i świeccy zgromadzili się razem. Mówiono o wspólnocie, uczestnictwie i misji. Powstał wręcz nowy słownik kościelny: synodalność, słuchanie, rozeznawanie, partycypacja, conversatio in the Spirit (rozmowa w Duchu), inicjowanie procesów.
Lecz na tę samą historię można spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Pozwolę sobie zadać to niewygodne pytanie: Co tak naprawdę to wszystko przyniosło? Nie: ile zorganizowano spotkań? Nie: ile napisano raportów? Nie: ile osób wzięło w tym udział? Ale: czy wiara stała się silniejsza? Czy Chrystus jest wyraźniej głoszony? Czy tożsamość katolicka uległa pogłębieniu? Czy więcej ludzi się nawróciło? Czy zwiększyła się frekwencja na niedzielnej Mszy świętej? Czy jest więcej powołań kapłańskich? Czy katecheza stała się mocniejsza? Czy wzrósł szacunek dla Eucharystii? Czy nauka moralna Kościoła stała się jaśniejsza? Czy wzrosła gorliwość misyjna?
Kiedy stawia się takie pytania, niemożliwością jest uznanie Synodu za sukces. Do tego dochodzi coś jeszcze. Przedsięwzięcie synodalne nie zostało tak naprawdę zakończone. Oficjalna faza wdrażania trwa nadal i poprzez spotkania diecezjalne, narodowe i kontynentalne ma ostatecznie doprowadzić do zgromadzenia kościelnego w Rzymie w październiku 2028 roku. W maju 2026 roku Watykan opublikował w tym celu kolejny obszerny program. To czyni krytykę tym bardziej uzasadnioną. To, co zaczęło się jako synod lat 2021–2024, grozi przekształceniem się w permanentną formę zarządzania.
Synod o synodzie
Pierwszy osobliwy aspekt kryje się już w samej nazwie: Synod o Synodalności. Tradycyjnie synod zwoływano dlatego, że Kościół musiał o czymś konkretnym podyskutować i zdecydować: o ewangelizacji, małżeństwie i rodzinie, kapłaństwie, Eucharystii, Piśmie Świętym, jakiejś herezji, kryzysie duszpasterskim czy konkretnym problemie. W przypadku Synodu o Synodalności przedmiotem obrad czyni się sam proces. Można by to porównać do zebrania, które zbiera się bez końca, aby przedyskutować, jak odtąd należy obradować.
Kościół od starożytności zna sobory i synody. Apostołowie zgromadzili się w Jerozolimie. Biskupi naradzali się ze sobą. Papieże konsultowali się z biskupami. Wielkie sobory ekumeniczne są nie do pomyślenia bez wspólnych narad kościelnych. Ale to co innego niż traktowanie synodalności jako permanentnego paradygmatu kościelnego. Klasyczny synod był środkiem. W dzisiejszym dyskursie synodalnym sama synodalność grozi staniem się celem. I właśnie tam, z tradycyjnego punktu widzenia katolickiego, zaczyna się problem.
Kościół nie jest rozmową, lecz rzeczywistością otrzymaną
Kościół nie rozpoczyna się bowiem od naszego dialogu. Rozpoczyna się od Chrystusa. Brzmi to oczywiście, lecz niesie ze sobą brzemienne w skutki konsekwencje. Chrystus nie założył grupy dyskusyjnej. Powołał Apostołów. Dał im władzę. Posłał ich, aby głosili, chrzcili i nauczali: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Kierunek jest tu fundamentalny. Wiara nie rodzi się z tego, że Kościół najpierw inwentaryzuje to, w co ludzie wierzą, a następnie ze wszystkich tych doświadczeń destyluje wspólną przekonanie. Wiarę się przyjmuje.
Paweł nieustannie używa w tym kontekście słów takich jak: przyjąć, przekazać, zachować. Kościół nie posiada Objawienia dlatego, że je wymyślił, lecz dlatego, że je otrzymał. Oznacza to, że chrześcijaństwo w swej istocie nie może być demokratyczne. Nie dlatego, że demokracja jako forma państwowa miałaby być zła, ale dlatego, że prawda nie powstaje większością głosów. Gdyby jutro 90 procent katolików przestało wierzyć w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii, Chrystus nie stałby się przez to mniej rzeczywiście obecny. Gdyby 80 procent odrzuciło określoną naukę moralną, nauka ta nie stałaby się automatycznie fałszywa. Prawda nie jest wytworem konsensusu. To stanowi pierwsze wielkie pole napięć wokół projektu synodalnego.
Słuchanie: kogo?
Słowem-kluczem podczas całego procesu było „słuchanie” (jakbyśmy nigdy wcześniej tego nie robili). Samemu w sobie nie można nic temu zarzucić. Biskup musi słuchać. Kapłan musi słuchać. Chrześcijanie muszą słuchać siebie nawzajem. Pasterz, który nigdy nie słucha swojej owczarni, nie jest dobrzy pasterzem. Lecz natychmiast wyłania się pytanie: Kogo Kościół powinien słuchać przede wszystkim? Tradycyjna odpowiedź brzmi: Chrystusa, Pisma Świętego, Tradycji apostolskiej, świętych, świadectwa dwudziestu wieków chrześcijaństwa, Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. I oczywiście również wiernych.
W niektórych tekstach synodalnych ta kolejność wydaje się jednak łatwo odwracać. Zaczyna się od doświadczeń, pragnień, frustracji i oczekiwań współczesnych ludzi, a następnie pyta się, jak Kościół powinien na nie zareagować. Wygląda to duszpastersko atrakcyjnie, lecz niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Co się bowiem dzieje, gdy pragnienia współczesnego człowieka zderzają się z Ewangelią? Wtedy to nie Ewangelia ma się zmienić; to człowiek musi się zmienić. W chrześcijaństwie nazywa się to nawróceniem. I właśnie to słowo brzmi zadziwiająco rzadko w wielu współczesnych dyskusjach kościelnych.
Wielki nieobecny: nawrócenie
Tu leży najgłębsza słabość całego tego projektu. Kościół nie istnieje przede wszystkim po to, by utwierdzać ludzi w tym, kim już są. Ostatecznie istnieje po to, by przyprowadzać ich do Chrystusa. Pierwsze słowa publicznego nauczania Jezusa nie brzmią: „Powiedzcie Mi najpierw, jak się czujecie w obecnych strukturach kościelnych”, lecz: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Jest to znacznie mniej biurokratyczne. I znacznie bardziej radykalne.
Kościół męczenników nie zmienił świata rzymskiego poprzez organizowanie spotkań poświęconych słuchaniu na temat tego, jak Rzymianie mogliby doświadczyć wspólnoty chrześcijańskiej w sposób bardziej inkluzywny. On głosił Chrystusa. Piotr głosił Chrystusa. Paweł głosił Chrystusa. Franciszek głosił Chrystusa. Dominik głosił Chrystusa. Franciszek Ksawery głosił Chrystusa. Jan Maria Vianney głosił Chrystusa. Matka Teresa głosiła Chrystusa. Jan Paweł II głosił Chrystusa. Nie ulega wątpliwości, że słuchali ludzi. Ale słuchanie nigdy nie było punktem docelowym. Punktem docelowym było nawrócenie do Chrystusa.
Słoń w sali synodalnej
Istnieje ponadto osobliwa rozbieżność między problemami, o których obszernie dyskutuje się w procesie synodalnym, a faktycznym kryzysem, w jakim znajduje się zwłaszcza Kościół zachodni. Fundamentalne problemy Kościoła w Holandii, Belgii, a w szczególności w Niemczech, ale i w dużych częściach Europy Zachodniej, nie są trudne do rozpoznania. Kościoły pustoszeją. Parafie są łączone. Klasztory znikają. Zakony się starzeją. Znajomość wiary katolickiej zanika. Spowiedź dla wielu katolików niemal przestała istnieć. Liczba powołań kapłańskich w wielu miejscach pozostaje znikoma. Wielu ochrzczonych ledwie wierzy jeszcze w istotne prawdy wiary. Wśród dużych grup katolików życie sakramentalne uległo poważnemu osłabieniu. Na tym tle można by oczekiwać, że ogólnoświatowa operacja kościelna postawi przede wszystkim jedno pytanie: Jak możemy na nowo pozyskać świat dla Chrystusa?
Jednak uwaga skupia się w dużej mierze na strukturach, partycypacji, procesach decyzyjnych, odpowiedzialności kobiet, inkluzywności, relacjach władzy i sposobie funkcjonowania organów kościelnych. Mogą to być kwestie uzasadnione. Ale płonący dom ma inne priorytety niż sprawy natury porządkowo-domowej.
Kościelne prawo Parkinsona
Instytucje, które tracą z oczu swój pierwotny cel, często zaczynają coraz intensywniej rozmawiać o własnej organizacji. Firmy mówią wtedy bez końca o procesach. Uniwersytety o zarządzaniu (governance). Rządy o modelach partycypacji. A organizacje kościelne o strukturach. Im mniej ewangelizacji, tym więcej komisji ds. ewangelizacji. Im mniej powołań, tym więcej dokumentów o powołaniach. Im mniej ludzi przychodzi do kościoła, tym dłuższe stają się zebrania na temat „bycia Kościołem”. Brzmi to cynicznie, ale kryje się za tym poważna myśl: biurokracja może stwarzać iluzję działania, podczas gdy rzeczywistość wskazuje na coś zgoła odmiennego. Zmierza się dokądś bez kompasu.]
Oczekiwania, których nie da się spełnić
Proces synodalny rozbudził oczekiwania. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że podczas różnych etapów konsultacji dopuszczono tematy dotykające kwestii, w których Kościół posiada już jasną naukę: diakonat kobiet, kapłaństwo, moralność seksualna, relacje homoseksualne, stosunek między świeckimi a duchowieństwem, władza w Kościele, decentralizacja, pozycja kobiet. Kiedy o takich tematach „dyskutuje się” całe lata, naturalnie powstaje wrażenie, że w rezultacie mogą one zostać zmienione. W przeciwnym razie nie rozmawiano by o nich bez końca.
Tu powstaje paradoks duszpasterski. Prosi się ludzi o wyrażenie swoich oczekiwań. Następnie okazuje się, że niektórych oczekiwań nie da się spełnić bez narażenia na szwank ciągłości z nauką katolicką. Co się wtedy dzieje? Powszechne rozczarowanie. Kościół sam rozbudził oczekiwania, których ostatecznie nie może spełnić. To żaden zysk duszpasterski. To przepis na frustrację.
Protestantyzacja katolickiego pojęcia Kościoła
Z perspektywy tradycjonalistycznej widoczna jest tu ponadto historyczna ironia. Szereg elementów współczesnej kultury synodalnej wykazuje wręcz uderzające podobieństwo do procesów, które w kościołach protestanckich można obserwować od dziesięcioleci. Większy nacisk na partycypację. Większy współudział w zarządzaniu. Więcej struktur konsultacyjnych. Większe znaczenie wspólnot lokalnych. Większy nacisk na indywidualne doświadczenie. Więcej dyskusji o zmieniających się poglądach społecznych. Mniejsza oczywistość władzy hierarchicznej. Nie wszystko to musi być samo w sobie złe. Jednak pytanie historyczne jest nieuniknione: Czy model ten doprowadził w świecie protestanckim do spektakularnego odrodzenia chrześcijaństwa? W przeważającej części Europy Zachodniej odpowiedź brzmi jednoznacznie: nie. Dlaczego zatem Kościół katolicki miałby przejmować wzorce organizacyjne i duszpasterskie od wspólnot, które doświadczyły tej samej sekularyzacji często wcześniej i mocniej? Pacjent rzadko zdrowieje, przejmując lekarstwo od pacjenta z sąsiedniego łóżka, którego stan jest jeszcze gorszy.
Zapomniana alternatywa: dążenia do świętości
Wielkie reformy katolickie prawie nigdy nie zaczynały się od struktur. Zaczynały się od świętych. Po okresach zepsucia przychodzili reformatorzy: Benedykt, Bernard, Franciszek, Dominik, Katarzyna ze Sieny, Ignacy Loyola, Teresa z Ávili, Karol Boromeusz, Franciszek Salezy, Jan Bosco, Teresa z Lisieux, Maksymilian Kolbe, Jan Paweł II. Ich program był zaskakująco prosty: bądź święty.
Święty ma bowiem siłę misyjną, której żaden dokument programowy nie jest w stanie dorównać. Parafia ze świętym proboszczem ma większą przyszłość niż diecezja z dwudziestoma zespołami ds. synodalności i wysoko opłacanymi menedżerami. Klasztor z dziesięcioma żarliwymi zakonnikami ewangelizuje bardziej niż sto stron kościelnego żargonu. Kapłan, który widzialnie wierzy, że przy ołtarzu stoi przed Bogiem, może przyprowadzić do wiary więcej ludzi niż konferencja na temat liturgii partycypacyjnej.
Tu być może leży alternatywa, której Synod nie podkreślił dostatecznie: nie mniej słuchania, ale więcej świętości. Nie mniej partycypacji, ale więcej nawrócenia. Nie mniej dialogu, ale więcej głoszenia.
Liturgia jako papierek lakmusowy
Z tradycyjnego punktu widzenia uderza również fakt, że kryzys liturgii stosunkowo rzadko znajdował się w centrum uwagi. Bo jeśli naprawdę chce się wiedzieć, jaki jest stan Kościoła, trzeba spojrzeć na jego kult. Lex orandi, lex credendi. Jak człowiek się modli, tak wyraża się jego wiara.
Gdy katolicy niemal przestają rozumieć, że Msza święta uobecnia sakramentalnie ofiarę Chrystusa, gdy słabnie poczucie sacrum, gdy znika cisza, gdy konfesjonały świecą pustkami, a adoracja eucharystyczna staje się marginesem, wtedy Kościół nie ma problemu z zarządzaniem. Ma problem z wiarą. Nowa struktura partycypacji tego nie rozwiąże. Nowe zebranie również nie. Ponowne odkrycie Boga — jak najbardziej.
Paradoks partycypacji
Projekt synodalny kładzie nacisk na partycypację. Lecz pojawia się tu osobliwy paradoks. Ludzie, którzy intensywnie uczestniczą w kościelnych procesach konsultacyjnych, niekoniecznie są reprezentatywni dla całego Kościoła. Cichy katolik, który każdego ranka uczestniczy we Mszy świętej, odmawia różaniec i uczy wnuki katechizmu, zazwyczaj nie pisze raportu synodalnego. Młody katolik, który jedzie trzy godziny, aby wziąć udział w tradycyjnej liturgii, z reguły nie zasiada w diecezjalnym zespole roboczym. Matka sześciorga dzieci, która stara się wychować rodzinę po katolicku, ma zapewne mało czasu na spotkania poświęcone słuchaniu. Siostra kontemplacyjna nie wypełnia ankiet. A przecież ich wiara może być głębiej zakorzeniona niż wiara profesjonalnych kościelnych bywalców zebrań. Kto słucha tylko tych, którzy podchodzą do mikrofonu, łatwo może zapomnieć, że Lud Boży jest większy niż grono zgromadzone wokół stołu obrad.
Synodalność czy kolegialność?
Być może część zamieszania zniknęłaby, gdybyśmy ponownie zaczęli mówić precyzyjniej. Tradycja katolicka zna jasne pojęcie: kolegialność. Biskupi tworzą wraz z Piotrem i pod jego przewodnictwem kolegium biskupie. Ponadto istnieją rady kapłańskie, rady duszpasterskie, synody, kapituły, wspólnoty zakowne i liczne inne formy narad. Dlaczego potrzebna była nowa, wszechogarniająca kategoria: synodalność?
Właśnie dlatego, że pojęcie to jest tak szerokie — wręcz nie sposób podać jego ścisłej definicji — każdy może pod nim rozumieć co innego. Dla jednego oznacza ono słuchanie. Dla drugiego decentralizację. Dla trzeciego demokratyzację. Dla czwartego odnowę duszpasterską. Dla piątego reformę urzędu. Dla szóstego inną moralność seksualną. Pojęcie, które może znaczyć wszystko, w ostateczności nie znaczy nic. Dlatego pytanie o proporcjonalność jest w pełni uzasadnione. Ile energii należy w to jeszcze włożyć? Ile spotkań? Ile zespołów synodalnych? Ile raportów? Ile ewaluacji z ewaluacji?
A przede wszystkim: co by się stało, gdyby tę samą ilość czasu, pieniędzy, energii intelektualnej i uwagi biskupiej zainwestowano w katechezę, seminaria, szkolnictwo katolickie, liturgię, spowiedź, adorację eucharystyczną, duszpasterstwo małżeństw i bezpośrednią ewangelizację? Wydaje mi się, że to pytanie retoryczne.
Najgłębszy problem: eklezjologia
Ostatecznie dyskusja nie toczy się więc tak naprawdę o obradowanie. Toczy się wokół pytania: Czym jest Kościół? Czy jest on przede wszystkim wspólnotą, która wspólnie szuka tego, czym ma się stać? Czy też jest przede wszystkim rzeczywistością boską, która otrzymała to, czym ma być? Katolicka odpowiedź może być tylko druga. Kościół musi się nieustannie nawracać, ale jest zbudowany na Apostołach. Przechowuje wiarę, której sam nie wymyślił. Dlatego każda synodalność musi być ostatecznie ograniczona przez coś, co nie podlega dyskusji synodalnej: prawdę, którą objawił Chrystus.
Świat nie czeka na Kościół synodalny
I tu leży być może największa tragedia. Współczesny świat znajduje się w nadzwyczajnym kryzysie duchowym. Ludzie szukają sensu. Młodzi szukają tożsamości. Narasta samotność. Rodziny się rozpadają. Technologia coraz głębiej wnika w ludzkie życie. Pornografia wykrzywia seksualność. Materializm nie daje zaspokojenia. Zmiana klimatu staje się dla wielu zastępczą religią. Ludzie boją się śmierci, lecz ledwie wiedzą jeszcze, po co żyją. A w samym środku tego świata Kościół posiada coś nadzwyczajnego. Posiada Ewangelię. Sakramenty. Eucharystię. Spowiedź. Dwa tysiące lat mądrości. Pismo Święte. Ojców Kościoła. Tomasza z Akwinu. Augustyna. Mistyków. Świętych. Niezrównaną tradycję sztuki, muzyki, filozofii, moralności i duchowości. A nade wszystko: Jezusa Chrystusa.
Świat nie czeka na kolejną organizację, która będzie go słuchać. Tych jest aż nadto. Świat czeka na kogoś, kto powie mu, do czego został stworzony.
Z Emaus do Jerozolimy
Być może Ewangelia o uczniach z Emaus daje ostatecznie najlepszy model autentycznej synodalności katolickiej. Chrystus idzie z uczniami. Rzeczywiście słucha. Pyta ich, co ich nurtuje. Pozwala im mówić. Daje przestrzeń ich rozczarowaniu. Do tego momentu każdy podręcznik synodalny mógłby z entuzjazmem przyklasnąć. Ale wtedy dzieje się to, co rozstrzygające. Chrystus nie potwierdza ich interpretacji. On ją koryguje. Otwiera przed nimi Pisma. Uczy ich, jak mają rozumieć te wydarzenia. I ostatecznie rozpoznają Go przy łamaniu chleba. To jest katolicka synodalność w swej najczystszej postaci. A potem uczniowie nie zostają bez końca w Emaus, by ewaluować swoje doświadczenia z drogi. Wstają. Wracają do Jerozolimy. Idą głosić. Proces synodalny utknął w Emaus i pytaniem jest, czy zdoła się stamtąd wyrwać. Jesteśmy tak zajęci dyskutowaniem o tym, jak Kościół ma być razem w drodze, że czasami zapominamy, dokąd podąża.
Kościół katolicki nie potrzebuje w ostatecznym rachunku permanentnego synodu o samym sobie. Potrzebuje świętych. Biskupów, którzy nauczają. Kapłanów, którzy się modlą. Osoby konsekrowane, które żyją radykalnie dla Boga. Rodziców, którzy przekazują wiarę. Młodzieży, która odkrywa, że prawda to coś więcej niż opinia. Liturgii, w której Bóg naprawdę stoi w centrum. Konfesjonałów, w których grzesznicy znajdują przebaczenie. Seminariów, w których formuje się mężczyzn gotowych oddać życie Chrystusowi. Katolików, którzy nie pytają ciągle, jak Kościół ma się dostosować do świata, lecz mają odwagę zaprosić świat, by dał się odmienić Chrystusowi.
Chrystus nie posłał przecież swojego Kościoła w świat ze słowami: „Idźcie i organizujcie wszędzie procesy synodalne”. Powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Od tego Kościół się zaczął. I ilekroć doznawał prawdziwej odnowy, zaczynał od tego na nowo.
Ojcze Święty,
Pozwól mi zakończyć ten list tą samą myślą, od której go zacząłem: zbawieniem dusz. Mam nadzieję i modlę się, aby pod pontyfikatem Waszej Świątobliwości z wielką jasnością znowu stało się widoczne, że Kościół nie jest powołany do bezkońcowych dyskusji o samym sobie, lecz do głoszenia Chrystusa; nie do odzwierciedlania ducha czasów, lecz do prowadzenia świata ku życiu wiecznemu.
Właśnie po następcy Piotra wierni mają prawo oczekiwać, że pośród zamętu naszych czasów utwierdzi braci w wierze. Że przypomni nam, iż prawda głoszona przez Kościół nie jest własnością, którą możemy swobodnie dysponować, lecz bezcennym skarbem, który otrzymaliśmy i który musimy przekazać w stanie nienaruszonym. Że doda odwagi kapłanom wiernie pełniącym swoje powołanie, osobom konsekrowanym oddającym swoje życie Bogu, rodzicom starającym się pod prąd wychowywać dzieci po katolicku oraz młodym ludziom, którzy właśnie w czasach relatywizmu pragną prawdy, świętości, piękna i radykalnej przygody życia z Chrystusem.
Moja prośba do Waszej Świątobliwości jest zatem prosta: daj nam jasność. Kiedy świat mówi niepewnie, niech Piotr przemawia jasno. Kiedy Kościół męczy się wewnętrznymi dyskusjami, wskaż nam na nowo Chrystusa. Kiedy zatracamy się w procesach i strukturach, przypomnij nam o naszej misji. Kiedy boimy się głosić Ewangelię w jej pełni, by nie zgorszyć współczesnego człowieka, przypomnij nam słowa samego Piotra: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”.
Ojcze Święty, piszę to wszystko w głębokim szacunku dla Urzędu Waszej Świątobliwości i z miłością do Kościoła. Moja krytyka procesu synodalnego nie wynika z pragnienia siania podziałów, lecz z lęku, że tracimy cenny czas, podczas gdy tak wielu ludzi nie zna już Chrystusa. Żniwo jest wielkie, ale robotników mało. Kościoły Zachodu pustoszeją, podczas gdy jednocześnie nowe pokolenia zdają się na nowo poszukiwać prawdy i transcendencji. Właśnie teraz nie potrzebujemy Kościoła niezdecydowanego, lecz Kościoła misyjnego, który wie, co jest jego skarbem, i nie boi się tego skarbu ukazać światu.
Dlatego modlę się, aby pontyfikat Waszej Świątobliwości naznaczony był odnowionym skupieniem na tym, co ostatecznie stanowi serce każdej prawdziwej reformy kościelnej: na Chrystusie, nawróceniu, świętości, Eucharystii, ewangelizacji i zbawieniu dusz. Kiedy bowiem dobiegną końca wszystkie synody, kiedy zostaną napisane wszystkie dokumenty, kiedy rozwiążą się wszystkie komisje i zapomniane zostaną nasze własne imiona, pozostanie tylko jedno pytanie, które naprawdę się liczy: czy przyprowadziliśmy ludzi powierzonych naszej trosce bliżej Jezusa Chrystusa?
Niech święty Piotr wstawia się za Waszą Świątobliwością. Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Kościoła (Mater Ecclesiae), ma Waszą Świątobliwość w swojej opiece. I niech Pan udzieli Waszej Świątobliwości mądrości, odwagi i ojcowskiej determinacji, aby prowadzić Jego Kościół w prawdzie i miłości.
Z uczuciami głębokiego szacunku, połączony w modlitwie,
in Christo,
+Rob Mutsaerts
Biskup pomocniczy diecezji 's-Hertogenbosch
* herb biskupi, twórca SajoR, CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=44922129
Źródło: https://vitaminexp.blogspot.com/
































0 komentarze:
Prześlij komentarz