_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

czwartek, 1 października 2026

Bp. Joseph E. Strickland: „Idź i napraw mój dom, który, jak widzisz, cały leży w ruinie”

Umiłowani Synowie i Córki w Chrystusie!

Wiem, że niektórzy z Was uważają, iż uległem zmianie. Niektórzy lękają się, że przeszedłem na „drugą stronę”. Niektórzy zastanawiają się, czy po latach jawnego i odważnego duszpasterskiego świadectwa o kryzysie w Kościele, obrony tradycyjnej liturgii rzymskiej, kwestionowania decyzji podejmowanych pod hasłami Soboru Watykańskiego II oraz otwartego wypowiadania się o arcybiskupie Marcelu Lefebvre, wycofuję się teraz z tych przekonań. Niektórzy z Was mogą wręcz czuć się zawiedzeni. Zanim więc skieruję do Was jakiekolwiek inne słowa, pragnę wyznać to w sposób jednoznaczny: nie zmieniłem swojego stanowiska.

Słowa, które Chrystus skierował do św. Franciszka w San Damiano – „Idź i napraw mój dom, który, jak widzisz, cały leży w ruinie” – z wielką mocą ciążyły na moim pasterskim sercu.

Nie zapomniałem o tym, co dotknęło Kościół. Nie zapomniałem, co stało się ze świętą liturgią, z katolicką katechezą, z życiem zakonnym, z formacją kapłańską i z samym przekazem depozytu Wiary. Nie zapomniałem o ołtarzach, które usunięto, o prezbiteriach, które ogołocono, o łacinie, która zniknęła z kultu, o świętych tradycjach odrzuconych na bok, ani o pokoleniach wiernych, których uczono traktować bezcenne dziedzictwo własnych przodków jako bremię, od którego Kościół rzekomo musiał się wyzwolić.

Nie zaprzestałem obrony tradycyjnej liturgii rzymskiej. Nie przestałem wierzyć, że wiele skarbów porzucono bezpowrotnie i bezmyślnie, i że muszą one zostać przywrócone. Nie przestałem wierzyć, że Pismo Święte należy odczytywać wyłącznie w łonie Świętej Tradycji i w zgodzie z odwiecznym Magisterium Kościoła. Nie przestałem wierzyć, że żaden papież, sobór, biskup, kapłan, teolog ani żadne pokolenie nie posiada władzy kreowania nowej wiary katolickiej.

I nie przestałem wierzyć, że wciąż pozostają bez odpowiedzi fundamentalne pytania dotyczące Soboru Watykańskiego II oraz ogromnego zamętu, który po nim nastąpił.

Nie stałem się mniej gotowy do głoszenia prawdy. Staram się jedynie wypowiadać ją z większą precyzją.

Przez dziesięciolecia wiernym przedstawiano najczęściej dwie proste wykładnie owego kryzysu. Pierwsza głosiła: „To Sobór Watykański II doprowadził do wszystkiego”. Druga twierdziła: „Sobór był nieskazitelny; winne jest wyłącznie jego niewłaściwe wdrażanie”. Dziś nie mam wątpliwości, że żadna z tych odpowiedzi – rozważana osobno – nie jest wystarczająca.

Doszło do głębokiego wstrząsu. Coś dramatycznego stało się z katolickim kultem. Coś stało się z tożsamością katolicką. Coś stało się z katechezą, z życiem konsekrowanym i ze stanem kapłańskim. Coś stało się ze sposobem, w jaki katolicy pojmują Pismo Święte, Świętą Tradycję, autorytet Kościoła, ewangelizację, a wreszcie samą Oblubienicę Chrystusową. Nie wolno nam temu przeczyć.

Jednak po ponad sześćdziesięciu latach nie wystarczy już jedynie wskazywać na zniszczenia i powtarzać: „Nastąpiło zerwanie”. Musimy z całą rzetelnością ustalić, w którym miejscu owo pęknięcie faktycznie nastąpiło.

Czy leżało ono w samym Soborze? Czy w konkretnych sformułowaniach poszczególnych dokumentów? Czy w niejednoznacznościach, które otworzyły drzwi do interpretacji sprzecznych z dotychczasowym nauczaniem Kościoła? Czy w powołanych później komisjach i reformach? Czy w sposobie ich realizacji? Czy w ideologii odwołującej się do „ducha Vaticanum II”, nawet gdy litera dokumentów mówiła coś zgoła odmiennego? A może zerwanie to dokonało się na różnych poziomach, w różnorodny sposób i w różnych momentach historii?

Postawienie tych pytań nie oznacza odstąpienia od moich dotychczasowych słów. Jest to konieczny, kolejny krok duszpasterski.

Bywa czas, kiedy męstwo wymaga od biskupa, by stanął w obliczu kryzysu i wołał: „Stała się rzecz straszna!”. Lecz ostatecznie męstwo wymaga czegoś więcej. Pasterz musi wejść w same zgliszcza i zbadać, co uległo zniszczeniu, gdzie popełniono błąd, jak do niego doszło i co należy obecnie odbudować. To właśnie staram się czynić.

Przez zbyt długi czas niemal wszystko, co dotknęło Kościół po Soborze, wrzucano do jednego pojęcia opatrzonego etykietą „Vaticanum II”. Pragnę to pojęcie otworzyć. Pragnę zbadać, co Sobór w rzeczywistości ogłosił, a czego nie powiedział. Pragnę dociec, co wydarzyło się później i co czyniono pod jego szyldem. I pragnę precyzyjnie wskazać miejsce, w którym odstąpiono od tego, co Kościół otrzymał z Rąk Boższych.

Świętej pamięci papież Benedykt XVI doskonale rozumiał, że właściwa interpretacja Vaticanum II znajduje się w samym sercu tego problemu. W swoim słynnym przemówieniu do Kurii Rzymskiej z 22 grudnia 2005 roku przeciwstawił to, co nazwał „hermeneutyką dyskontynuacji i zerwania”, „hermeneutyce reformy” – czyli odnowy w ciągłości jednego Kościoła przekazanego nam przez Chrystusa Pana. To rozróżnienie ma charakter fundamentalny.

Nie istnieje jakiś Kościół katolicki sprzed Soboru i inny Kościół katolicki po Soborze. Kościół nie rozpoczął swojego istnienia na nowo w 1962 roku. Sobór Watykański II nie posiadał żadnej władzy do stanowienia nowej wiary. Żaden sobór w historii takiej władzy nie posiada.

Każde zgromadzenie soborowe musi trwać w granicach Wiary, która je poprzedza: Pisma Świętego, Świętej Tradycji, nauki Ojców i Doktorów Kościoła, poprzednich soborów oraz odwiecznego Magisterium.

Papież Benedykt wykazał to niezwykle dobitnie podczas duszpasterskich starań o uzdrowienie rany podziału z Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X. Nie godził się na pogląd, jakoby autorytet nauczycielski Kościoła uległ zamrożeniu na roku 1962, ale równocześnie nie pozwalał na odcięcie Vaticanum II od całego dotychczasowego dziedzictwa. Nie wolno odcinać korzeni od pnia drzewa. To kluczowa zasada dla dzieła, które przed nami stoi.

Muszę jednak dodać rzecz równie istotną: ciągłości nie można jedynie deklarować. Ciągłość należy wykazać.

Moja zasada pasterska jest prosta: jeśli istnieje ciągłość – wykażmy ją; jeśli istnieje niejasność – zidentyfikujmy ją; jeśli nastąpiło zerwanie – zlokalizujmy je.

A jeśli coś w sposób obiektywny nie może się ostać, gdyż pozostaje w sprzeczności z Wiarą raz przekazaną Świętym, wówczas Kościół musi wreszcie znaleźć w sobie odwagę, by sprawę tę jednoznacznie rozstrzygnąć.

To doprowadza mnie do postaci, której imienia nie sposób odłączyć od owej historii: arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Wypowiadałem się już wcześniej z uznaniem o tym Hierarsze i słów tych nie odwołuję. Wierzę, że historia osądzi owego męża oraz jego rolę w kryzysie Kościoła w sposób zdecydowanie odmienny od tego, jak bywa oceniany dzisiaj.

Co więcej, podtrzymuję myśli, iż możliwe jest, że Kościół powszechny wyzna kiedyś jego świętość. Taki osąd należy do powagi Stolicy Apostolskiej, nie do mnie. Mam jednak prawo dostrzegać cnoty heroiczne u biskupa, który musiał stawić czoło okolicznościom, jakich mało który pasterz w dziejach doświadczył.

Bądźmy ostrożni, byśmy po upływie dziesięcioleci, siedząc wygodnie w naszych ławach, nie wydawali pochopnych sądów nad sumieniem pasterza stojącego w samym centrum kościelnego trzęsienia ziemi. Arcybiskup Lefebvre był głęboko przekonany, że bezcenne skarby Wiary są zagrożone bezpowrotną utratą. Widział zagrożenie dla katolickiego kapłaństwa, dla wszechczasowej liturgii rzymskiej i dla samego przekazu Wiary. Działał w poczuciu bezpośredniej odpowiedzialności przed Bogiem za powierzony mu urząd biskupi.

Niezależnie od ocen poszczególnych decyzji, jakie podjął, nie sposób wyobrazić sobie przetrwania tradycyjnej liturgii rzymskiej w ostatnim półwieczu bez uznania wielkiej roli, jaką Arcybiskup i dzieła z nim związane odegrali w jej ocaleniu.

Bywają w historii zbawienia momenty, kiedy Opatrzność powołuje człowieka, aby strzegł depozytu w czasie, gdy niemal wszyscy wokół wydają się gotowi go porzucić. Mógł to być szczególny charyzmat arcybiskupa Lefebvre’a. Wyrażam głęboką wdzięczność za to, co dzięki temu nie uległo zatraceniu. Jednak wdzięczność za powołanie innego pasterza nie nakłada na mnie obowiązku mniemania, że Bóg wyznaczył mi dokładnie taką samą drogę. Jego misja nie musi być moją misją.

Być może arcybiskup Lefebvre został powołany, by w dobie gwałtownego sztormu trzymać się mocno brzegu, który zdawał się znikać pod falami. Być może moją pasterską odpowiedzialnością w tej godzinie jest pomoc w budowaniu mostu z owego brzegu. Lecz powiedzmy to z całą mocą – ten most nie ma nic wspólnego z kompromisem.

Pragnę wyrazić niezwykle precyzyjnie to, co mam na myśli. Nie buduję mostu pomiędzy prawdą a fałszem. Pomiędzy prawdą katolicką a błędem nie ma miejsca na żaden kompromis. Nie poszukuję dogodnego stanowiska pośredniego pomiędzy Świętą Tradycją a modernizmem. Nie wzywam tradycyjnych katolików do wyrzeczenia się Ojczystego Dziedzictwa dla osiągnięcia powierzchownej zgody. To nie byłaby jedność w Chrystusie.

Most, o którym mówię, ma wznieść się nad czymś innym: nad ranami, nieufnością, oskarżeniami, nieporozumieniami i podziałami, które ranią Mistyczne Ciało Chrystusa od ponad półwiecza.

Na jednym brzegu stoją katolicy, którzy patrzyli na niszczenie swojego dziedzictwa i nauczyli się – nierzadko poprzez bolesne prześladowania – odnosić z nieufnością do każdego, kto wypowiada się pozytywnie o Soborze. Na drugim brzegu znajdują się katolicy, których uformowano w przekonaniu, że wierność Vaticanum II wymaga spoglądania z podejrzliwością na wszystko, co poprzedzało rok 1962. Jedni i drudzy noszą głębokie rany. Jedni i drudzy ulegli uprzedzeniom. I jedni, i drudzy potrzebują Prawdy.

Mostu tego nie wzniesie się poprzez udawanie, że nic się nie stało. Można go zbudować jedynie poprzez rzetelne dochodzenie do tego, co naprawdę zaszło. A most ten musi posiadać niewzruszony fundament. Fundamentem tym jest Pismo Święte i Święta Tradycja; jego filarami – odwieczne nauczanie Kościoła, a celem – sam Jezus Chrystus.

Jeśli coś nie jest w stanie utrzymać się na tym fundamencie, nie może zostać przeniesione na drugą stronę jedynie w imię fałszywie pojętego pojednania.

Niektórzy z Was mogą stawiać sobie pytanie: czytanie konstytucji Dei Verbum czy Sacrosanctum Concilium to jedno, ale co się stanie, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z trudnymi deklaracjami Soboru? To słuszne obawy. Moja odpowiedź brzmi: zbadamy je z równą odwagą.

Mam pełną świadomość, że istnieją dokumenty soborowe rodzące znacznie poważniejsze trudności w ich odniesieniu do wcześniejszego Magisterium Kościoła. Nie będziemy od nich uciekać.

Zestawimy je z Pismem Świętym. Zestawimy je ze Świętą Tradycją. Zestawimy je z nauką Ojców i Doktorów Kościoła. Zestawimy je z dotychczasowym nauczaniem papieży i soborów.

I zrobimy to, pytając: czy te sformułowania mogą ustać w świetle Wiary, którą Kościół zawsze wyznawał?

Jeśli odpowiedź brzmi „tak” – wyznajmy to z dziękczynieniem. Jeśli konieczne jest uściślenie – wskażmy je. Jeśli pozorna sprzeczność daje się rozstrzygnąć poprzez właściwe odczytanie tekstu w duchu Tradycji – wykażmy to. Lecz jeśli czegoś nie da się w żaden sposób pogodzić, nie wolno nam fabrykować sztucznej ciągłości tylko dlatego, że przyznanie się do błędu byłoby trudne i bolesne.

Nie oceniamy Tradycji w świetle Soboru Watykańskiego II. Oceniamy Sobór Watykański II w świetle Tradycji. W tym kryje się zasadnicza różnica.

Nikt z nas, pełniących dziś służbę w Kościele, nie wywołał kryzysu lat 60. i 70. Nie my redagowaliśmy dokumenty soborowe. Nie my nadzorowaliśmy ich wdrażania. Nie my tworzyliśmy powojenne reformy ani nie podejmowaliśmy decyzji, których tragiczne owoce zbieramy do dzisiaj.

Jednak biskupowi nie wolno powiedzieć: „Mnie tam nie było”. Jestem tu teraz. Kościół, który otrzymałem, jest Kościołem, za który ponoszę odpowiedzialność przed Bogiem jako pasterz.

Ojciec rodziny, który dostrzega poważne uszkodzenia domu, nie mówi: „To nie ja go uszkodziłem” i nie odchodzi w obojętności. Tam żyją jego dzieci. Ma on obowiązek zbadać fundamenty. Musi sprawdzić, które kamienie naruszono, co zostało bezpotrzebnie zmienione i co wprowadzono wbrew woli Budowniczego. Musi ocalić to, co nienaruszone, przywrócić to, co utracono, i naprawić to, co uległo ruinie. Tak pojmuję moją pasterską posługę w tej dziejowej godzinie.

Nie ja zadałem te rany, lecz jestem biskupem w Kościele, który nimi krwawi. Dlatego w pewnej mierze są one teraz moją odpowiedzialnością. Biskupi naszych czasów nie mogą w nieskończoność cedować tych pytań na kolejne pokolenia. W którymś momencie ktoś musi podjąć to dzieło.

Zwracam się do Was, którzy obawiacie się, że Was zdradziłem: rozumiem Waszą ostrożność. Wielu z Was cierpiało prześladowania jedynie dlatego, że pragnęliście tego, co pokolenia katolików przed Wami otrzymywały jako oczywisty dar Wiary. Bywaliście wyśmiewani, spychani na margines, traktowani jak nieposłuszni tylko dlatego, że umiłowaliście starożytną liturgię. Patrzyliście, jak Wasze dzieci tracą Wiarę, podczas gdy urzędowo zapewniano Was, że Kościół przeżywa „nową wiosnę”.

Nie będę prosił Was o wymazanie tych doświadczeń. Nie będę prosił Was o wyrzeczenie się Tradycji, by przejść przez ten most. Proszę Was o coś innego: przynieście Tradycję ze sobą! Przynieście Pismo Święte, pismá Ojców i Doktorów Kościoła, uchwały soborowe, encykliki papieskie, tradycyjne katechizmy, naukę św. Tomasza z Akwinu i czcigodną liturgię rzymską. Przynieście wszystko, co Kościół Wam przekazał. Będziemy tego wszystkiego potrzebować.

A potem zbadajmy stan rzeczy. Jeśli Sobór Watykański II trwa w harmonii z tym, co go poprzedzało – nie lękajmy się tego wyznać. Jeśli decyzje podjęte po nim stanęły w sprzeczności z depozytem – nie lękajmy się tego nazwać. A jeśli w samych tekstach soborowych odnajdziemy rzecz nie do pogodzenia z odwieczną Wiarą – nie ukrywajmy tego.

Prawda nie musi lękać się próby ognia.

A do tych, którzy bronią Soboru, kieruję również pasterski apel: nie traktujcie poważnych pytań teologicznych jako przejawów nieposłuszeństwa! Nie odpowiadajcie na rzeczowe argumenty bezmyślnymi hasłami! Nie wymagajcie od tradycyjnych katolików, by zaprzeczali faktom, których byli świadkami! Nie zasłaniajcie się autorytetem Soboru dla usprawiedliwienia praktyk, o których Sobór nigdy nie wspominał!

Jeśli cokolwiek cennego odrzucono bezmyślnie – pomóżcie to przywrócić. Jeśli reforma przekroczyła dyspozycje soborowe – miejcie odwagę to przyznać. Jeśli sformułowanie soborowe wymaga korekty w świetle nauki wszechczasów – nie lękajcie się tego procesu.

I nie mniemajcie, że miłość do Kościoła polega na udawaniu, iż ostatnie sześćdziesiąt lat nie ujawniło głębokiego zamętu. Kościoła nie chroni nasze milczenie wobec Jego ran. Kościół jest chroniony przez samego Jezusa Chrystusa.

Mogę przypuszczać, że w tym miejscu dzieło arcybiskupa Lefebvre’a i moje własne powołanie odnajdują wspólny punkt. Być może Opatrzność wymagała od pasterza wcześniejszego pokolenia, by stanął i zawołał: „Nie pozwolę, by to zaginęło!”.

Być może papież Benedykt XVI został powołany, by przypomnieć Chrystusowej Owczarni, że ratunek nie leży w rewolucyjnym zerwaniu, lecz w prawdziwej reformie w ciągłości jednego Kościoła. A być może nam, pełniącym obecnie posługę biskupią, przypadła w udziale kolejna część tej pracy.

Naszą odpowiedzialnością staje się powrót do źródeł: zbadanie, rozróżnienie, odzyskanie, skorygowanie, przywrócenie i odbudowa.

Jedno pokolenie ocala kamienie węgielne, inne zostaje powołane do podniesienia z ruin samego domu. Jedno pokolenie broni brzegu, inne otrzymuje zadanie przerzucenia mostu. Te powołania nie stoją w sprzeczności – jedno zależy od drugiego.

Nie sposób przywrócić tego, czego nikt wcześniej nie ocalił. I nie sposób wznieść mostu z brzegu, który uległ zatarciu.

Oddaję cześć tym, którzy trwali na posterunku. Oddaję cześć tym, którzy znosili cierpienia, by zachować depozyt. Oddaję cześć tym, którzy podnosili głos głosu wołającego na puszczy, gdy było to niepopularne. Lecz wierzę, że nadeszła godzina odbudowy.

Powracam więc do punktu wyjścia: nie zmieniłem swojego stanowiska.

Nie odstąpiłem od Pisma Świętego. Nie odstąpiłem od Świętej Tradycji. Nie odstąpiłem od odwiecznego Magisterium. Nie odstąpiłem od Najświętszej Ofiary Mszy Świętej. Nie odstąpiłem od Wiary Przekazanej przez Apostołów. Nie odstąpiłem od głębokiego przekonania, że Kościół dotknięty jest kryzysem i że wszystko, co bezpodstawnie porzucono, musi zostać przywrócone.

I nie odstąpiłem od mojej biskupiej odpowiedzialności za odważne i jasne głoszenie Prawdy, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mi zapłacić.

Trwanie w wierze nie oznacza jednak, że dzieło zostało zakończone. Są pytania, na które musimy dać odpowiedź. Są rany wymagające balsamowania. Są błędy domagające się sprostowania. Są skarby czekające na wydobycie. Jest Dom Boży, który należy odbudować. I jest most, na który ktoś musi odważyć się wejść.

Wkraczam na ten most. Nie dlatego, że chwieję się w swoich przekonaniach, lecz właśnie dlatego, że wiem, Komu uwierzyłem.

Wkraczam nań, niosąc całą Wiarę Kościoła. Nie poświęcę katolickiej Prawdy, by uczynić tę drogę łatwiejszą. Nie będę głosił fałszywej ciągłości tam, gdzie jej nie ma. Nie będę bronił nadużyć tylko dlatego, że opatrzono je imieniem Soboru. Będę szukał Prawdy, dokądkolwiek mnie poprowadzi.

Czynię to jako biskup mający pełną świadomość, że pewnego dnia stanę przed Sędzią Żywych i Umarłych, by zdać sprawę z włodarstwa nad powierzonym mi ludem. Ów Sąd Boży znaczy dla mnie więcej niż uznanie ze strony jakichkolwiek ludzkich stronnictw.

Błam Was tedy: idźcie ze mną! Nie w stronę jakiegoś „nowego Kościoła”. Nie w stronę Kościoła kompromisu ze światem. Nie w stronę Kościoła wymyślonego w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ani też nie w stronę urojonego Kościoła, który udaje, że sześćdziesiąt lat trudnej historii można po prostu wymazać z pamięci.

Podążajmy razem ku pełni katolickiej Wiary, którą otrzymaliśmy od Ojców. Zachowajmy to, co prawdziwe. Odzyskajmy to, co utracono. Nazwijmy to, co zbłądziło. Skorygujmy to, co uległo skażeniu. Uzdrowimy to, co zranione. I odbudujmy to, co legło w gruzach.

Nie w duchu gniewu. Nie w lęku. Nie jako wrogie obozy. Lecz jako katolicy, którzy tak umiłowali Kościół, iż nie spoczną, dopóki nie poznają pełnej Prawdy o Jego losach.

Kościół nie jest naszą własnością. On należy do Jezusa Chrystusa. Pan nie opuścił swojej Oblubienicy – i my Jej nie opuścimy.

Niech Najświętsza Maryja Pannie, Matka Kościoła, zachowuje nas w nieustanne wierności swojemu Boskiemu Synowi. Niech Święci Apostołowie Piotr i Paweł umacniają nas w wierze apostolskiej. Niech Święty Józef, Patron Kościoła Świętego, ma w swojej opiece dzieło, które rozpoczynamy.

A Bóg Wszechmogący niech udzieli nam mądrości do rozpoznania Prawdy, odwagi do Jej obrony, pokory do naprawiania błędów oraz chrześcijańskiej miłości do wspólnej odbudowy tego, co uległo zniszczeniu.

Nie zmieniłem swojego stanowiska.

Lecz stojąc niewzruszenie na fundamencie Świętej Tradycji, wyznaję z głębi serca: nadszedł czas, aby rozpocząć dzieło odbudowy.

† Joseph E. Strickland

Emerytowany Biskup Tylor w Teksasie


Źródło: https://pillarsoffaith.net

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.