Pages

piątek, 27 maja 2016

Stosunki Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X z Rzymem



Wywiad z bp Bernardem Fellayem, przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, przeprowadziła 4 marca 2016 r. w Menzingen (Szwajcaria) agencja informacyjna DICI. W tłumaczeniu zachowano mówiony styl wypowiedzi.

W ostatnich tygodniach w prasie krążyły różne pogłoski1 odnośnie do ewentualnego kanonicznego uznania przez Rzym Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Zamiast dorzucać do nich własne komentarze, DICI wolało poprosić przełożonego generalnego Bractwa, bp. Bernarda Fellaya, o ustosunkowanie się do następujących kwestii:
  • Kontakty Bractwa Świętego Piusa X z Rzymem
  • Nowe propozycje rzymskie
  • „Być akceptowanymi takimi, jakimi jesteśmy”
  • Papież a Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X
  • Jurysdykcja przyznana kapłanom Bractwa Świętego Piusa X
  • Wizyty prałatów wysłanych przez Rzym
  • Obecny stan Kościoła
  • O co prosić Najświętszą Maryję Pannę?

1. Kontakty Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X z Rzymem od 2000 r.

Nasze kontakty z Rzymem są, w istocie, stałe, choć to słowo nie jest najlepiej dobrane… w tym sensie, że te kontakty nigdy nie zostały przerwane, z pewnością nigdy nie zostały całkowicie zerwane, chociaż zmieniała się ich częstotliwość, a także intensywność… Można powiedzieć, że od 2000 r. rzeczywiście jesteśmy w kontakcie z Rzymem. I to ze strony Rzymu wypłynęła chęć uregulowania sytuacji Bractwa. Były wzloty i upadki, jak powiedziałem, ale dzięki kard. Castrillón Hoyosowi w 2000 r. te kontakty przez jakiś czas były podtrzymywane. Następnie zostały ogłoszone nasze słynne postulaty2 i nastąpił pewien czas… nie chcę powiedzieć, że zawieszenia, ale prawie. W 2005 r. doszło do ponownego ożywienia naszych kontaktów i po 2009 r., to znaczy od momentu wycofania – tego, co my nazywamy wycofaniem ekskomunik, a powiedzmy raczej: korekty dekretu o ekskomunice – nasze relacje były bardziej obiecujące, zwłaszcza jeśli chodzi o dyskusje doktrynalne, o które wnioskowały obie strony i które trwały około dwóch lat3. Potem, można by powiedzieć, wkroczyliśmy w nową fazę, tym razem wokół dwojakiego proponowanego rozwiązania, czyli: była deklaracja doktrynalna i było rozwiązanie kanoniczne. To trwało około roku i nic z tego nie wyniknęło.

Następnie przez dwa lata te relacje były dość sporadyczne, by wreszcie z większą intensywnością można było je podjąć na nowo – myślę, że było to związane z powrotem abp. Pozzo do [Komisji] Ecclesia Dei. Co prawda pod zwierzchnictwem abp. Di Noi utrzymywaliśmy pewne kontakty, ale wraz z powrotem abp. Pozzo wkroczyliśmy w nową fazę. Z jednej strony rozmowy zostały wznowione, rozmowy doktrynalne w bardziej elastycznej formie, a więc nie całkiem oficjalne, ale bardziej poufne, ponieważ uczestniczyli w nich biskupi wysłani przez Rzym. Kontynuujemy te rozmowy i myślę, że warto. W tym samym czasie, trochę na innym poziomie, trochę równolegle, w lipcu ub.r. pojawiła się nowa propozycja, zaproszenie do refleksji nad ścieżką dojścia do naszego uregulowania kanonicznego i tam znowu dyskusje, przemyślenia biegną swoim torem. Nie ma pośpiechu, to na pewno. Czy postępujemy naprzód? Myślę, że tak, ale z pewnością powoli.

2. Nowe rzymskie propozycje rozważane przez wyższych przełożonych Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

Chcieliśmy zaangażować wielu naszych współbraci, począwszy od przełożonych, w refleksje nad tymi nowymi rzymskimi propozycjami. Myślę, że to bardzo ważne. Wyciągnęliśmy wnioski z 2012 r., gdy nastąpiły pewne tarcia wewnątrz Bractwa. Myślę, że jednym z powodów był brak komunikacji. To był dość trudny okres, więc tym razem wybraliśmy inną drogę, by poruszyć te kwestie, które wymagają wiele namysłu.

Kiedy widzimy sytuację Rzymu, Kościoła, oczywiście trudno pałać entuzjazmem w podejmowaniu jakiś kroków. Zaproszenie ze strony Rzymu jest dla nas zrozumiałe, ponieważ jesteśmy problemem dla Kościoła. Kiedy widzi się wszystkie żarliwe wysiłki podejmowane dla ekumenizmu – jeden Bóg wie, do jakiej to jedności mają doprowadzić – i kiedy widzi się, jak jesteśmy traktowani w Kościele, ewidentnie stanowimy problem. Jesteśmy dużym cierniem w aktualnym systemie ekumenicznym. Nie widzę innego wyjaśnienia [kroków podjętych przez Rzym]. Myślę, że to tylko to, ale w każdym razie – niezależnie od tego, jakie są motywy – jest pewne poruszenie, pewien ruch w Rzymie, chęć rozwiązania problemu.

Z drugiej strony widzimy dramatyczną sytuację Kościoła, gdzie naprawdę nie ma nic takiego, co skłoniłoby nas do wykonania jakiegoś ruchu. Trzeba więc głębokiej refleksji, a tego nie robi się w pojedynkę. Potrzeba wielu oczu, by dobrze obserwować i rozważyć wszystkie okoliczności towarzyszące tym kwestiom. Dlatego chcieliśmy prosić wszystkich przełożonych o ich opinie w tej sprawie.

3. „Być akceptowanymi takimi, jakimi jesteśmy”, bez dwuznaczności ani kompromisów

Trzeba absolutnie unikać jakiegokolwiek kompromisu; „kompromisu” w obu sensach tego słowa (bp Fellay użył wyrazu compromission, oznaczającego po francusku ‘rezygnację z jakiejś zasady’ oraz ‘nieczysty układ’ – przyp. red.). Kompromisu w takim sensie, że jedna strona rezygnuje z czegoś, żeby otrzymać coś innego. Od początku powtarzałem to w Rzymie: „Nie chcę dwuznaczności. Jeśli chcecie dojść do porozumienia w sprawie dokumentu, który każda strona rozumie inaczej, to zaowocuje to wkrótce chaosem”. Absolutnie trzeba tego unikać. Jest praktycznie jasne, już na samym początku, że w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę te rozbieżności, dokument będzie miał tendencję do uciekania w dwuznaczności, a my tego nie chcemy.

Oczywiście to czyni nas trochę sztywnymi, nieugiętymi, jeśli można tak powiedzieć. W każdym razie dość sztywnymi, co czyni sprawę trudniejszą, ale nie ma dla nas łatwych rozwiązań. Możemy powiedzieć: „Tak, teoretycznie to prawdziwe rozwiązanie, ale trzeba, by prawda była pełna i całkowita”.

To wstępne założenie, które uznałem za ważne w kontaktach z Rzymem. Już od pierwszego dokumentu powiedziałem: „To nie jest jednoznaczne, to nie wypali, nie chcemy tego!”. To był pierwszy tekst z 2011 r. Tym razem wydaje mi się, że jest dużo lepiej. Naprawdę nastąpiła znaczna poprawa, jeśli chodzi o niejednoznaczność. Ale to nie znaczy, że nie ma już z tym problemu…

Oprócz kwestii klarowności tekstu istnieje inny problem, znacznie głębszy i poważniejszy: jaki zakres działań, jaka wolność byłaby lub będzie nam dana w przypadku uregulowania naszej sytuacji? W tym kontekście wyszedłem od zdania i praktycznego wymogu abp. Lefebvre’a, który uważał za warunek sine qua non uregulowania naszych spraw właśnie to, że będziemy zaakceptowani, przyjęci tacy, jacy jesteśmy.

Musiałem jasno powiedzieć [w Rzymie]: „Jeśli nas chcecie, oto, jacy jesteśmy; musicie nas poznać, żebyście później nie mówili, że coś przed wami ukrywaliśmy. Tacy właśnie jesteśmy i tacy zostaniemy”. Tacy zostaniemy – dlaczego? To nie jest kwestia uporu, nie chodzi też o to, że myślimy, iż jesteśmy najlepsi. To raczej Kościół nauczył nas tego [jacy jesteśmy] i on tego wymaga. Nie chodzi tylko o wiarę – towarzyszy jej dyscyplina, która jest z nią w doskonałej harmonii i właśnie to [połączenie] stanowiło skarb Kościoła, który wydał tylu świętych – i tego nie porzucimy. Wielokrotnie mówiłem w Rzymie: „Oto, kim jesteśmy; oto, co myślimy”, nawet posługując się konkretnymi przykładami, a jeśli Rzym uważa, że te myśli i ta postawa powinny być sprostowane czy zmienione, to musi nam o tym teraz powiedzieć. Równocześnie wyjaśniałem, że – jeśli chodzi o te sprawy – nie możemy zrobić ani kroku dalej.

4. Papież a Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X: paradoksalna przychylność

Trzeba tu użyć słowa „paradoksalna”. Paradoks chęci posuwania się w kierunku… można wręcz powiedzieć Vaticanum III, w najgorszym sensie, który można nadać temu określeniu, a z drugiej strony chęć zwrócenia się do Bractwa słowami „jesteście mile widziani”. To prawdziwy paradoks, wręcz próba pogodzenia przeciwieństw. Nie sądzę, żeby wyjaśnieniem był ekumenizm. Niektórzy mogliby tak pomyśleć. Dlaczego nie sądzę, żeby to było przez ekumenizm? Wystarczy przyjrzeć się postawie biskupów w kwestii ekumenizmu: otwierają ramiona dla wszystkich z wyjątkiem nas! Często różni ludzie tłumaczyli nam, dlaczego jesteśmy odrzucani, mówiąc: „nie traktuje się was tak jak innych, dlatego że twierdzicie, iż jesteście katolikami; otóż wprowadzacie przez to u nas pewne zamieszanie, więc was nie chcą”. Wielokrotnie słyszeliśmy to wyjaśnienie, które wyklucza ekumenizm. No, dobrze! Jeśli więc podejście, opierające się na twierdzeniu, że „przyjmujemy wszystkich”, nie jest dla nas, to co zostaje? Myślę, że zostaje papież.

Gdyby najpierw Benedykt XVI, a teraz papież Franciszek nie mieli tego szczególnego spojrzenia na Bractwo, różnego od perspektywy ekumenicznej, którą właśnie przywołałem, to myślę, że nic by nie było. A raczej że znowu bylibyśmy obłożeni sankcjami, cenzurami, ekskomuniką, deklaracją schizmy, byleby tylko pozbyć się tej naszej zawadzającej grupy. Można postawić pytanie: dlaczego najpierw Benedykt XVI, a teraz papież Franciszek są tak przychylni Bractwu? Myślę, że jeden i drugi niekoniecznie kierowali się tym samym spojrzeniem. U Benedykta XVI, jak sądzę, wzięła górę jego konserwatywna strona, jego miłość do dawnej liturgii, jego szacunek dla dawnej dyscypliny w Kościele. Mogę powiedzieć, że wielu, naprawdę wielu kapłanów, a nawet stowarzyszeń, które miały problemy z modernistami w Kościele, szukało u niego schronienia, i znaleźli u niego, najpierw jako kardynała, potem jako papieża, przychylne spojrzenie i wolę ochrony i pomocy na tyle, na ile był on w stanie.

U papieża Franciszka nie widzi się tego przywiązania do liturgii ani do dawnej dyscypliny, można by nawet powiedzieć: wręcz przeciwnie, mamy tu do czynienia z wieloma sprzecznymi stwierdzeniami, co czyni jeszcze trudniejszym i bardziej skomplikowanym zrozumienie tej przychylności. Jednakże myślę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień, ale przyznam, że nie mam tu wyrobionego zdania. Próbą odpowiedzi jest pewna przychylność papieża Franciszka dla wszystkiego, co jest marginalizowane, co nazwał „peryferiami egzystencjalnymi”. Nie byłbym zdziwiony, gdyby uważał nas za jedną z tych peryferii, którym daje pierwszeństwo. I w tej perspektywie używa zwrotu „dokonania postępu” z ludźmi z owych peryferii, mając nadzieję, że dojdzie do poprawy stanu rzeczy. Oczywiście nie będzie to natychmiastowe: postęp to proces. Ale jesteśmy dość spokojni o jego wyniki. Prawdopodobnie właśnie to jest jednym z najgłębszych powodów tej przychylności papieża Franciszka.

Z drugiej strony: widzimy, że papież Franciszek wciąż krytykuje hierarchię kościelną, po angielsku użyłbym tu słowa establishment – czasem mówimy tak również po francusku (i po polsku – przyp. red.). Papież zarzuca Kościołowi, że jest zadowolony z samego siebie, że nie szuka już zaginionej owcy, która cierpi na wszystkich płaszczyznach, czy to będzie ubóstwo, czy nawet fizycznie. Ale u papieża Franciszka można dostrzec, że ta troska nie jest, mimo narzucających się pozorów, troską wyłącznie o sprawy materialne… Wyraźnie widać, że kiedy mówi o „ubóstwie”, to obejmuje ono również ubóstwo duchowe, ubóstwo dusz pogrążonych w grzechu, które trzeba z niego wyciągnąć i wprowadzić na ścieżkę wiodącą ku Bogu. Chociaż nie jest to zawsze dość jasno wyrażone, to jednak znajdujemy pewną liczbę wyrażeń, która na to wskazuje. Z tej perspektywy Franciszek widzi w Bractwie bardzo aktywną społeczność – zwłaszcza w porównaniu z establishmentem – bardzo aktywną, innymi słowy tych, którzy szukają i poszukują dusz, którzy się troszczą o ich dobro duchowe i są gotowi zakasać rękawy i pracować.

On zna abp. Lefebvre’a, dwa razy przeczytał jego biografię napisaną przez bp. Tissier de Mallerais’ego, co pokazuje, bez wątpienia, zainteresowanie; myślę że mu się to podobało. Podobnie jak kontakty, które miał w Argentynie z naszymi współbraćmi, u których widział szczerość i spontaniczność, bo nie mieliśmy absolutnie nic do ukrycia. Oczywiście staraliśmy się uzyskać u niego pewne wsparcie, z tego powodu, że mieliśmy trudności dotyczące pozwolenia na pobyt na terytorium Argentyny, ale nie mieliśmy nic do ukrycia i nie próbowaliśmy lawirować i myślę, że to mu się podobało. To raczej ludzka strona Bractwa, ale widzimy, że papież jest bardzo ludzki, on sam przywiązuje do tego dużą wagę i to mogłoby wyjaśnić życzliwość, jaką jesteśmy obdarzeni. Ale jeszcze raz podkreślam, że nie mam w tej kwestii wyrobionego zdania, ale z pewnością za tym wszystkim stoi Boża Opatrzność. To dzięki niej możemy obserwować przychylność papieża, którą ma w stosunku do nas. Jednak pod wieloma względami jego działalność nas niepokoi i nie tylko nas, ale można powiedzieć, że wszyscy, którzy są bardziej lub mniej konserwatywni w Kościele są przerażeni tym, co się dzieje, tym, co się mówi, jednakże Boża Opatrzność czuwa, by przeprowadzić nas przez te pułapki w bardzo zaskakujący sposób. Bardzo zaskakujący, bo jest jasne, że papież Franciszek chce zostawić nas przy życiu. Powiedział nawet, że nigdy nie wyrządzi krzywdy Bractwu. Przyznał również, że jesteśmy katolikami. Odrzucił tezę uznania nas za schizmatyków, mówiąc: „oni nie są schizmatykami, oni są katolikami”, nawet jeśli potem użył nieco zagadkowego wyrażenia, że jednak jesteśmy w drodze do „pełnej komunii”. Co do tego terminu, to chcielibyśmy choć raz otrzymać jasną definicję, bo od razu widać, że nie odpowiada ona żadnym konkretom. To jakieś sentymentalne wyrażenie, w którym nie wiadomo, o co chodzi. Jeszcze niedawno w wywiadzie dotyczącym Bractwa, a udzielonym przez abp. Pozzo, posłużył się on cytatem, który przypisał samemu papieżowi, można więc przyjąć to za oficjalne stanowisko; papież potwierdził w Ecclesia Dei, że jesteśmy katolikami w drodze do pełnej łączności4. Abp Pozzo określił również, jak ta komunia może się realizować, czyli poprzez przyjęcie formy kanonicznej, co jest dość zadziwiające: pomysł, że forma kanoniczna rozwiązałaby wszystkie problemy z łącznością!

Trochę dalej w tym samym wywiadzie abp Pozzo powiedział, że ta pełna komunia polega na przyjęciu zasad katolickich5. Chodzi tu o trzy aspekty jedności w Kościele, którymi są wiara, sakramenty i władza. Mówiąc o wierze, mówi tu raczej o Magisterium. Ale my nigdy nie zakwestionowaliśmy żadnego z tych trzech elementów, zatem nigdy nie wątpiliśmy w naszą pełną łączność, choć pomijamy przymiotnik „pełna” i mówimy po prostu: „Jesteśmy katolikami według klasycznej definicji używanej w Kościele; jesteśmy katolikami; jesteśmy katolikami i jesteśmy w łączności, ponieważ zerwanie komunii to właśnie schizma”.

5. Jurysdykcja przyznana kapłanom Bractwa Świętego Piusa X: konsekwencje kanoniczne

Jeśli weźmiemy pod uwagę prawo Kościoła, to nikt nie może sprawować zwykłej jurysdykcji, o ile jego sytuacja nie jest doskonale uregulowana. Czyli ktoś, kto podlega jakiejkolwiek cenzurze (cenzura kościelna to kara poprawcza: ekskomunika, interdykt lub suspensa, którą karze się za ciężkie przestępstwa – przyp. red.). Rzym zawsze powtarzał i utrzymywał, że nasi kapłani podlegają cenzurze suspensy, ponieważ nie są inkardynowani (tj. nie przynależą do żadnej diecezji – przyp. red.). Powtarzamy oczywiście, że nasi kapłani są inkardynowani w Bractwie, które niegdyś zostało niesprawiedliwie lub nieważnie rozwiązane z naruszeniem prawa kościelnego. Mimo to Rzym utrzymywał i nadal utrzymuje, że nasi kapłani podlegają suspensie. Przyjrzyjmy się temu słowu: „suspensa” – co ono oznacza? Otóż precyzyjnie oznacza to zabronienie kapłanowi sprawowania jego posługi, jeśli chodzi o Mszę św. i inne sakramenty, w tym spowiedź. Jurysdykcja zwyczajna jest konieczna, by móc spowiadać6, pomijając przypadki wyjątkowe, np. niebezpieczeństwo śmierci. Kościół przewidział takie przypadki: jeśli ktoś jest w niebezpieczeństwie śmierci, jeśli umiera na ulicy, każdy kapłan, mało istotne jakiego stanu, nawet ekskomunikowany, nawet prawosławny, który nie jest nawet katolikiem, ale ma ważne święcenia, może w takiej sytuacji wysłuchać spowiedzi i udzielić rozgrzeszenia nie tylko ważnie, ale i godziwie. To są przypadki wyjątkowe – to nie jest „władza zwyczajna”. Mówimy tu o władzy zwyczajnej. Aby korzystać z jurysdykcji zwyczajnej trzeba, jeszcze raz to powtórzę, być wolnym od wszelakich cenzur. Od momentu, kiedy papież zadeklaruje, że udziela nam tej władzy zwyczajnej, oznacza to samo przez się zniesienie cenzury. To jedyny sposób, aby zrozumieć tę [papieską] dyspozycję zgodnie z prawem – nie tylko zgodnie z literą tego czy innego kanonu, ale w duchu prawa Kościoła.

6. Wizyty prałatów wysłanych przez Rzym: kwestie doktrynalne otwarte?

Te wizyty były bardzo interesujące. Oczywiście przez niektóre osoby od nas były postrzegane z pewną dozą nieufności: „Co ci biskupi robią w naszych domach?”. No cóż! To nie była moja perspektywa. Zaproszenie przyszło z Rzymu i być może jest następstwem pewnej idei, którą ich natchnąłem, a która była następująca: „Nie znacie nas; dyskutujemy tutaj w biurze w Rzymie, przyjedźcie zobaczyć nas na miejscu; nie poznacie nas prawdziwie, jeśli nie zobaczycie, jak żyjemy”. Żadna deklaracja – bez względu na to, czy huczy o niej w Internecie, czy nie – ani komunikat nie sprawią, że poznają nas takimi, jakimi jesteśmy; ponieważ na ogół w tych deklaracjach musimy zajmować stanowisko, może nawet potępić takie czy inne zdanie lub czyn, do którego dopuszczono w dzisiejszym Kościele, ale nasze katolickie życie nie sprowadza się tylko do tego. Można wręcz powiedzieć, że sedno leży gdzie indziej. Najważniejszą rzeczą jest wola życia katolicyzmem poprzez postępowanie zgodne z Bożymi przykazaniami, przez walkę o własne uświęcenie, przez unikanie grzechu, tak by żyć według dyscypliny Kościoła. Nasze szkoły, seminaria, kapłani, nasze życie kapłańskie, wszystko to tworzy całość, która jest rzeczywistością, prawdziwą rzeczywistością naszego Bractwa.

Dlatego wielokrotnie nalegałem, powtarzałem: „przyjedźcie do nas”. Jednak oni nigdy nie chcieli. Potem niespodziewanie pojawiła się ta propozycja, żeby wysłać biskupów na spotkanie z nami. I jakakolwiek byłaby idea przyświecająca Rzymowi, ze swej strony zgodziłem się, że to dobry pomysł. Dlaczego? Dlatego, że w ten sposób rzeczywiście zobaczą nas takimi, jakimi jesteśmy. I rzeczywiście mówiłem o tym wszędzie, dokąd przyjeżdżali: „Nic nie zmieniamy, niczego nie chcemy koloryzować, jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i niech nas takimi zobaczą!”. Rzeczywiście kardynał, arcybiskup i dwóch biskupów odwiedzili nas w różnych okolicznościach. Byli w seminariach, byli również w przeoracie. Pierwsze wrażenia, uwagi poczynione podczas tych dyskusji, w trakcie spotkań i po nich są bardzo interesujące i myślę, że potwierdzą, że miałem rację popierając to rzymskie zaproszenie.

Pierwsza rzecz, jaką nam powiedzieli – czy to było im nakazane, czy naprawdę tak myśleli, tego nie wiem, ale to fakt – wszyscy powiedzieli, że „te dyskusje odbywają się między katolikami; i to nie ma nic wspólnego z dyskusjami ekumenicznymi; jesteśmy między katolikami”. Na początku pozbyliśmy się więc wszystkich tych klisz typu „nie jesteście w pełni w Kościele, jesteście tylko w połowie lub jesteście na zewnątrz – Bóg wie gdzie! – schizmatykami”… Nie! Prowadziliśmy dyskusje między katolikami. To pierwszy punkt, który jest bardzo interesujący i bardzo ważny. Pomimo tego, co czasami mówi się nadal w Rzymie.

Drugi punkt – myślę, że jeszcze ważniejszy – jest taki, że kwestie poruszane w tych rozmowach to klasyczne kwestie, które od zawsze były przeszkodami [w porozumieniu]. Czy chodzi o wolność religijną, kolegializm, ekumenizm, nową Mszę, a nawet nowe ryty sakramentów… Cóż, wszyscy oni mówili, że te rozmowy dotyczą kwestii otwartych. Aż do tego momentu ciągle nalegano: „Musicie zaakceptować sobór”. Trudno jest dokładnie określić rzeczywisty zakres terminu „akceptować sobór”. Co on oznacza? Jest faktem, że dokumenty soborowe mają różną wagę: mają być akceptowane według stopniowalnych kryteriów, obowiązujące w różnym stopniu. Jeśli dany dokument dotyczy wiary, jego przyjęcie jest obowiązkowe, koniec, kropka. Jednak ci, którzy zupełnie błędnie twierdzą, że ten sobór jest nieomylny, wymagają wobec niego całkowitej uległości. No cóż, jeśli to właśnie ma oznaczać „akceptowanie soboru”, to nie akceptujemy tego soboru. Właśnie dlatego, że zaprzeczamy jego nieomylności. Jeśli pewne fragmenty tekstów soborowych powtarzają to, co Kościół od zawsze twierdził, to jest oczywiste, że te ustępy są i pozostaną nieomylne i nie mamy żadnego problemu z ich akceptacją. Właśnie dlatego, gdy ktoś mówi „zaakceptujcie sobór”, trzeba wyraźnie określić, co przez to rozumie. Niemniej jednak, nawet z tym rozróżnieniem, czuliśmy ze strony Rzymu pewien nacisk: „musicie zaakceptować te punkty; to jest część nauczania Kościoła, więc musicie je akceptować”. Nawet dziś – nie tylko w Rzymie, ale i wśród biskupów – widzimy to nastawienie wobec nas, ten poważny zarzut: „Nie akceptujecie soboru!”.

I oto teraz nagle dotychczasowe punkty sporne wysłannicy Rzymu nazywają kwestiami otwartymi. Kwestie otwarte są kwestiami, o których można dyskutować, a konieczność zaakceptowania jakiejś pozycji zostaje mocno ograniczona lub nawet całkiem zniesiona. Myślę, że to kluczowy moment. Trzeba będzie się jeszcze przekonać, czy to się potwierdzi, czy naprawdę możemy dyskutować swobodnie, uczciwie, z szacunkiem należnym władzom, żeby nie pogarszać obecnej sytuacji Kościoła, w którym panuje dezorientacja, szczególnie w kwestii wiary – i tu my upominamy się o tę klarowność, o wyjaśnienia ze strony władz. Robimy to od dłuższego czasu, powtarzając, że w dokumentach soborowych występują niejasności, których klaryfikacja nie należy do nas. My możemy naświetlić problem, ale rozwiązanie spoczywa w rękach Rzymu. Niemniej fakt, że ci biskupi mówią, że są to kwestie otwarte, jest dla mnie kluczowy.

Rozmowy toczyły się zależnie od charakterów naszych rozmówców, mniej lub bardziej szczęśliwie, ponieważ zdarzały się też udane wymiany zdań, [w których byliśmy] niekoniecznie zgodni… Niemniej myślę, że wszyscy nasi rozmówcy są równie zadowoleni: zadowoleni z prowadzonych rozmów. Również pozytywnie oceniają swoje wizyty u nas. Pogratulowali nam poziomu naszych seminarzystów, mówiąc: „Oni są normalni (na szczęście! od tego trzeba zacząć…), to nie są ludzie ograniczeni ani tępi, ale pełni werwy, otwarci, radośni i po prostu normalni”. Wszyscy to przyznali. Niewątpliwie to ludzkie oblicze [rozmów], ale nie zapominajmy również o tym.

Dla mnie te rozmowy, a ściślej mówiąc ten ich łatwiejszy aspekt jest bardzo ważny. Ponieważ jednym z problemów jest brak zaufania. Z pewnością my jesteśmy nieufni i sądzę, że Rzym jest również nieufny wobec do nas. I jak długo będzie przeważała ta nieufność, naturalną tendencją będzie oceniania tego, co zostanie powiedziane, negatywnie, albo zakładanie najgorszego możliwego scenariusza, gdy ktoś zaproponuje jakieś rozwiązanie. I jak długo będzie panowała ta nieufność, nie postąpimy naprzód. Musimy osiągnąć minimalny stopień zaufania w atmosferze spokoju, by wyeliminować te oskarżenia a priori. Myślę, że nadal cechuje nas to nastawienie, jak również i Rzym. To wymaga czasu. Obie strony muszą dojść do właściwego oceniania osób i ich intencji, żebyśmy mogli pokonać ten etap. Myślę, że na to potrzeba jeszcze czasu.

Wymaga to również działań świadczących o dobrej woli, a nie o pragnieniu zniszczenia nas. Ciągle jesteśmy podszyci tą nieufnością, i jest to postawa dość rozpowszechniona: „jeśli nas chcą, to po to, żeby nas stłamsić i w końcu doprowadzić do rozpadu, całkowicie nas pochłonąć, zdezintegrować; to nie jest integracja, to jest dezintegracja”. Oczywiście, o ile to nastawienie przeważy, nie możemy niczego oczekiwać.

7. Obecny stan Kościoła: obawy i nadzieje

Martwię się tym, co się dzieje. Widzę powiększającą się dezorientację, będącą rezultatem [współistnienia] wzajemnie sprzecznych elementów, rozmywania doktryny, moralności i dyscypliny. W ten sposób dochodzimy do systemu „każdy dla siebie”. Biskupi mówią, co chcą, a jeden zaprzecza drugiemu. Nie ma oficjalnych, wyraźnych wezwań do porządku ani nawet do pewnej „linii partyjnej”, takiej czy innej. Jeszcze kilka lat temu można ją było dostrzec. To była linia modernizmu, to był ten niesławny duch Vaticanum II. Dziś możemy zaobserwować głębokie podziały wśród biskupów, a nawet w Rzymie, w tych sprawach. Która z tych stron zatriumfuje, która przeważy? W tej chwili nie mam na to odpowiedzi.

Można oczywiście opierać się na pewnych przemyśleniach, na pewnych przesłankach, mówiąc, że oczywiście im większy postęp zrobimy, tym bardziej moderniści osłabną lub zostaną osłabieni. Brakuje im wiernych, brakuje powołań; ich Kościół zanika. To prawda. Z drugiej strony widzimy pewną liczbę młodych ludzi – właściwie trudno ją oszacować, ale wystarczająco sporą, by to stwierdzić – młodych ludzi, którzy chcą Kościoła o wiele bardziej serio i to na wszystkich poziomach, a szczególnie na poziomie doktryny. To młodzi ludzie, seminarzyści, którzy chcą św. Tomasza, którzy chcą powrotu zdrowej filozofii, jasnej, zdrowej teologii, scholastycznej teologii św. Tomasza. Widzimy wśród tych młodych ludzi pragnienie liturgii… nie powiedziałbym „odnowionej”, ale powrotu do liturgii tradycyjnej. Ta liczba wydaje się imponująca. Dla nas to trudne do oszacowania, ale kiedy słyszymy od kapłanów, którzy zajmują się klerykami w modernistycznych seminariach, że nawet 50% we Francji i w Anglii wykazuje zainteresowanie tradycyjną Mszą św., to wydaje mi się, że to dużo i mam nadzieję, że to prawda.

Niemniej ten trend jest bardzo dostrzegalny, jak linia wznosząca na wykresie, i od wielu lat widzimy, że ta tendencja narasta. Wystarczy wziąć przykład z zeszłego roku, gdy na synodzie poświęconemu małżeństwu i rodzinie katolickiej można było zauważyć wyraźniejsze niż dotychczas starcie między dwoma obozami. Myślę, że powodem jest wzrost siły konserwatystów. A z drugiej strony jest większość, która jeszcze wyraźnie dominuje, ale już słabnie, traci moc narzucania swojego zdania, a przynajmniej narzucania wszystkiego, jak do tej pory.

Istnieją więc te dwie linie. Jaka jest nasza przyszłość w tej sytuacji? Po pierwsze, trzymać się. Jest wielkie zamieszanie. Kto wygra? Nikt nie wie. To powoduje, że nasze relacje z Rzymem są skrajnie trudne, ponieważ rozmawiamy z kimś i nie wiemy, czy następnego dnia dany tekst, co do którego po burzliwej dyskusji obie strony się zgodziły, rzeczywiście będzie ostateczny. Widzieliśmy, jak w 2012 r. na opracowany tekst zostały nałożone poprawki, wprowadzono zmiany przez pewną wyższą instancję, bez wiedzy papieża. Zatem jeszcze raz: kto rządzi Kościołem? Powiedziałbym, że to bardzo interesujące pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi. Są pewne nienazwane siły…

8. O co prosić Najświętszą Maryję Pannę?

Och, mamy tak wiele próśb. Najpierw o zbawienie. Zbawienie dla nas, dla każdego, dla wszystkich dusz, które przychodzą do Bractwa, które chcą się jemu powierzyć, jego kapłanom, więc prośmy Ją o wierność dla Bractwa. Wierność dla Kościoła. Całkowitą wierność temu skarbowi Kościoła, który – Bóg wie, dlaczego – znajduje się w naszych rękach. To nadzwyczajne dziedzictwo jest skarbem Kościoła i nie należy tylko do nas, a my mamy tylko jedno pragnienie: żeby wreszcie wróciło na swoje miejsce, swoje prawdziwe miejsce w Kościele.

Prośmy o triumf Najświętszej Maryi Panny. Ona go zapowiedziała. Powiedziałbym, że nawet każe na siebie czekać, a my jesteśmy trochę niecierpliwi, zwłaszcza widząc to wszystko, co się dzieje, co wydaje się z tym sprzeczne, ale to nie jest sprzeczność – to po prostu rozwój, na który dobry Bóg pozwala; przerażająca rozgrywka. Nawet sami katolicy nie są zgodni, o co prosić Niebo. A wystarczy spojrzeć na Fatimę, gdzie Niebo odpowiada, to znaczy Bóg pragnie ustanowienia nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi, niestety napotyka ono wiele przeszkód, jednakże nie jest takie trudne – jest piękne i pocieszające! Widzimy tę wielką walkę między demonem a Bogiem; polem bitwy są dusze, które Bóg zechciał uczynić wolnymi i które chce zachować dla siebie, ale nie na siłę. Bóg mógłby narzucić swój majestat – i to się stanie na końcu świata, ale wtedy już będzie za późno, to teraz musi rozegrać się ta walka.

Prośmy więc Boga, by zesłał łaski, które zachowają dusze dla Niego, i współpracujmy w tym zadaniu. W ten sposób prosimy Go o wiele rzeczy. O to, by Kościół odnalazł jedność w swojej misji, czyli zbawieniu dusz – jedynej rzeczy, która liczy się dla Kościoła!

Źródło: Interview with Bp. Bernard Fellay – March 4, 2016, Menzingen (Switzerland)

  1. Zob. DICI nr 332 z 11.03.2016 r., przegląd prasy po konferencji bp. de Galarrety w Bailly. 
  2. Te postulaty to możliwość odprawienia Mszy trydenckiej dla każdego kapłana i zniesienie cenzury wobec Bractwa, zob. DICI nr 74 z 12.04.2003 r. 
  3. Od października 2009 r. do kwietnia 2011 r. 
  4. W tym przypadku odpowiedź abp. Gwidona Pozzo, sekretarza Komisji Ecclesia Dei w wywiadzie dla agencji ZENIT z 25 lutego 2016 r. Pytanie: „Ekscelencjo, w 2009 r. papież Benedykt XVI zniósł ekskomunikę wobec Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X. Czy to oznacza, że teraz są ponownie w komunii z Rzymem?”. Odpowiedź: „Po zniesieniu przez Benedykta XVI cenzury ekskomuniki z biskupów FSSPX (2009) nie są oni już poddani tej karze kościelnej. Pomimo tego FSSPX jest nadal w sytuacji nieregularnej, ponieważ nie otrzymało ono uznania kanonicznego przez Stolicę Apostolską. Tak długo, jak wspólnota nie posiada statutu kanonicznego w Kościele, jej członkowie nie sprawują służby w sposób legalny, co tyczy się również sakramentów. Według ówczesnego kard. Bergoglio z Buenos Aires, a teraz papieża Franciszka, co zostało potwierdzone w Komisji Eclessia Dei, członkowie FSSPX są katolikami w drodze do pełnej komunii z Stolicą Apostolską. Ta komunia nastąpi po kanonicznym uznaniu Bractwa”. 
  5. Abp Pozzo, ibidem: „To, co wydaje się istotne, to znalezienie pełnej zbieżności w tym, co jest wymagane do pełnej komunii ze Stolicą Apostolską, a mianowicie wspólne Credo, sakramenty i uznanie najwyższego Magisterium Kościoła”. 
  6. Papież Franciszek, list z 1 września 2015 r. do abp. Rino Fisichelli na zbliżający się Rok Święty: „Ustanawiam mocą mojej dyspozycji, że ci, którzy w trakcie Roku Miłosierdzia skorzystają z sakramentu pojednania u kapłanów Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, otrzymają ważne i godziwe odpuszczenie grzechów”. 
Źródło informacji: http://news.fsspx.pl/

Kard. Sarah: Eucharystia musi się ponownie znaleźć w centrum naszego życia, a Bóg w centrum liturgii





Eucharystia musi się ponownie znaleźć w centrum naszego życia, a Bóg w centrum liturgii – podkreśla kard. Robert Sarah, prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. W wywiadzie dla tygodnika Famille chrétienne zauważa on, że wiele liturgii to dziś niestety swoiste spektakle. Kapłan nie sprawuje już ofiary Chrystusa, lecz prowadzi spotkanie w gronie przyjaciół. Kiedy wymyślamy sobie własne liturgie kreatywne, grozi nam, że popadniemy w kult czysto ludzki, na miarę naszych pragnień i aktualnej mody, a wierni oddalą się stopniowo od tego, co jest źródłem życia – mówi kard. Sarah. Jego zdaniem Eucharystia to dla chrześcijan kwestia życia lub śmierci. Bo jeśli w centrum liturgii znajduje się człowiek, również i Kościół staje się organizacją ludzką, światową, przed czym przestrzega Papież Franciszek. Kiedy, przeciwnie, w centrum stoi Bóg, Kościół odzyskuje żywotność – zapewnia szef watykańskiej dykasterii ds. liturgii.

W opinii kard. Saraha na polu liturgii musi się dziś dokonać swoiste nawrócenie. Potrzebna jest do tego refleksja, formacja oraz ponowne odczytanie tekstów soborowych. Jednakże zdaniem szefa watykańskiej dykasterii w nawrócenie to trzeba też zaangażować nasze ciała, aby i one wyrażały ukierunkowanie liturgii na Boga. Najlepszym ku temu środkiem jest zwrócenie się w niektórych częściach liturgii całego zgromadzenia wraz z kapłanem w jednym kierunku. Tu nie chodzi o to, czy ksiądz stoi plecami bądź twarzą do wiernych, lecz o to, by wszyscy zwracali się razem w kierunku absydy, która symbolizuje Wschód, czyli Boga.

Kard. Sarah podkreśla, że tak sprawowana liturgia jest zgodna z literą i duchem Soboru. „Jako prefekt Kongregacji chcę przypomnieć, że sprawowanie liturgii „ad orientem” jest dozwolone w rubrykach Mszału, które precyzują, kiedy celebrans ma się obrócić w kierunku ludu. Nie potrzeba więc zezwoleń partykularnych, by sprawować liturgię w kierunku Boga” – powiedział kard. Sarah. Przypomniał, że już w ubiegłym roku oficjalnie zachęcił kapłanów i wiernych, by przynajmniej podczas niektórych części liturgii, takich jak akt pokuty, Gloria czy modlitwa eucharystyczna, zwracali się razem na wschód.

bjad/radio watykańskie

Źródło informacji: FRONDA.pl

czwartek, 26 maja 2016

Kardynał Burke: Eucharystia to sakrament miłości


Zapomniane prawdy: Wielki wróg nowoczesnego społeczeństwa: rewolucja.


Ks. bp Louis Emile Bougaud
Rewolucja nie jest to nowoczesne społeczeństwo, to rak, który je toczy.

Rewolucja nie utworzyła nowoczesnego społeczeństwa, ale omal go nie zdławiła w kolebce jeszcze, i teraz stanowi jego żywioł rozkładowy.

Rewolucja nie zrodziła się z Ewangelii; zrodziła się mimo Ewangelii, z namiętności przez Ewangelię potępionych. Jest jej przeciwieństwem i pała do niej nienawiścią.

Ten, kto to rozumie, przejrzy jasno w straszliwych ciemnościach chwili obecnej i wytłumaczy sobie zachowanie się Kościoła. Kościół nowoczesnego społeczeństwa nie potępiał nigdy, ale rewolucję potępił wielokroć i zawsze będzie ją potępiał.

Pomiędzy Kościołem a społeczeństwem tegoczesnem, jest możliwość porozumienia się; pomiędzy Kościołem a rewolucją – żadnej. Albo Kościół zabije rewolucję, albo ona Kościół. Śmiertelny to pojedynek.

Czemże jest tedy rewolucja?

Przedewszystkiem rewolucja – to idea: gdyby nie to nie wstrząsałaby tak światem. Następnie, to idea przeciwna wyraźnej nauce Kościoła; to herezja jak arjanizm, jak pelagianizm, która jak wszystkie wielkie herezje będzie miała swój przebieg, zrobi może więcej szkód od innych, bo nastaje na same podstawy społeczne; ale która, jak i inne herezje, nie ostoi się przed wszechmogącymi gromami Kościoła.

W całkowitej ewolucji idei rewolucyjnej są trzy stadia, następujące po sobie. Liberalizm: doktryna wyznawana przez tych, którzy przez zdrowy rozsądek lub bojaźliwość zatrzymują się w pół drogi. Następnie radykalizm, zagrażający nam obecnie: doktryna tych, którzy przez namiętność albo logikę idą aż do końca. I nareszcie socjalizm, który ostrożnie utwierdza się w zajętej pozycji i oczekuje przyszłości.

A na przekór wszystkim zaprzeczeniom, ta trójca stanowi jedność. Z pierwszego wynika drugi, a z drugiego – trzeci. Wszystkie zaś razem są tem, co określiłem mianem raka nowoczesnego społeczeństwa i byłby tego społeczeństwa całkowitą zgubą, gdyby nie Kościół.

Naprzód rewolucja stawia jako zasadę, że człowiek rodzi się dobrym, a zatem powinien być wolnym. Otóż, to sprzeciwia się wierze. Człowiek nie rodzi się dobrym; rodzi się w stanie upadku, z winy pierwszego człowieka. Według nauki Kościoła każdy człowiek przychodzi na świat skłonny do złego, potrzebujący dla oparcia się mu łaski Boskiej, wychowania chrześcijańskiego, któreby zniweczyło w nim złe popędy i skłaniało go ku dobremu. Tak samo i każdy naród, chociażby w najbardziej kwitnącym stanie rozwoju, jest skłonnym do złego tak w całości swojej, jak i w każdej jednostce, i także potrzebuje praw ochronnych i hamulców. Ludzkość cała, na którą składają się te wszystkie jednostki i narody, jest chora. Zapewne, że jest mniej chora, aniżeli przed odkupieniem; że jest rekonwalescentką. Stopniowo nabiera sił coraz więcej. To też może stopniowo używać coraz większej swobody; i to stanowi postęp społeczny, zależny od coraz lepszego stanu zdrowia chorego. Ale ponieważ to zawsze jest stan rekonwalescencji, a nie zupełnego zdrowia, więc swobody tej musi chory używać zawsze przezornie, pod okiem i nadzorem lekarza.

I to jest drugi punkt, na którym teoria rewolucyjna sprzeciwia się nauce Kościoła i stanowi herezję. Ponieważ przyjęto za pewnik, że człowiek jest dobry, rewolucja domaga się dlań wolności; nie wolności rozsądnej, ograniczanej i powstrzymywanej przez prawa, odpowiedzialnej za swoje wybryki i nadużycia, ale wolności bezwzględnej, nieograniczonej, prawa strasznego i wyższego od wszystkich praw i konstytucji, mówienia i pisania o wszystkiem, o czem się chce, jako też stowarzyszenia się w celu propagowania swoich pojęć. Wolność to tak zgubna dla dusz, tak antyspołeczna, że wszyscy publicyści tegocześni, nawet najmniej chrześcijańscy, potępiają ją również surowo, jak i Kościół.

Po trzecie, według nauki katolickiej społeczeństwo pochodzi z woli Bożej, Bóg je stworzył; zatem wszystko, na czem się ono wspiera, władza, prawo, rodzina, własność, powinny być szanowane, jako nadane od samego Boga. Przeciwnie według nauki rewolucji wszystko to ma początek czysto ludzki, wszystko wynika z umowy społecznej, bez żadnego, choćby tylko pośredniego, wdania się Boga. Cóż za rolę ma mieć Bóg w podobnem społeczeństwie? Już co najmniej można powiedzieć, że rolę niepotrzebną, przywłaszczoną a zatem szkodliwą, i że ażeby przywrócić panowanie prawny, trzeba go zeń wygnać.

To też ostatnim artykułem rewolucyjnego credo jest to później tak zwana laicyzacja społeczeństwa, rzecz równie barbarzyńska, jak i nazwa. Precz z Bogiem zewsząd: z rządu, ze zgromadzeń narodowych, z praw, ze szkół, ze szpitali, zewsząd. Na tym ostatnim punkcie nauka rewolucyjna staje w tak końcowej sprzeczności z nauką Kościoła, że żadne porozumienie się, żadna zgoda nie może mieć miejsca pomiędzy Kościołem a rewolucją.

Ks. bp Louis Emile Bougaud, Kościół. Poznań 1925, s. 313-314, 320-321.

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Zasady życia duchowego



O. Józef Schryvers CSSR


ZASADY  ŻYCIA DUCHOWEGO

––––––––––



__________

Zasady życia duchowego (djvu, 47,5 Mb)

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15.4 Mb)
__________

O. Józef Schryvers C. SS. R., Zasady życia duchownego. Przekład z francuskiego. Wydanie trzecie. Warszawa 1939. NAKŁADEM WYDAWNICTWA KSIĘŻY JEZUITÓW, str. 483. (BIBLIOTEKA ŻYCIA WEWNĘTRZNEGO. TOM XIII)

Tomasz Rowiński: Czy Pius XII poparł ewolucjonizm, czyli o konsekwencjach „otwartych furtek”



Kwestia teorii darwinowskiej w pierwszej połowie XX wieku budziła coraz więcej napięć, nie omijały one także naukowców identyfikujących się z wiarą katolicką, odbijały się one również na kolejnych pracach apologetów i teologów.

Kulturowa ekspansywność ateistycznego wyjaśnienia pochodzenia człowieka jak i całego świata biologicznego zyskiwała coraz szerszą popularność – nadawała sens filozoficzny, a nawet parareligijny scjentyzmowi naukowemu dogmatycznie uczepionemu naturalistycznemu wyjaśnieniu świata. Pierwsza połowa wieku XX to okres silnej presji nauki na religię, presji budowanej przez wyznaczanie nieprzekraczalnej granicy pomiędzy tymi rzeczywistościami. Była to w skrócie granica pomiędzy tym co sensowne i bezsensowne, racjonalne i zabobonne. Dziś, kiedy kryzys XX wieczny osłabił i zmusił do autorefleksji dominujący typ postoświeceniowej racjonalności, trudno sobie wyobrazić intensywność tego starcia.

Wydaje się, że przełomowym momentem, który stał się punktem wyjścia dla powszechnej akceptacji w Kościele tzw. teistycznego ewolucjonizmu i odrzucenia tradycyjnej nauki o bezpośrednim utworzeniu przez Boga ciała Adama była encyklika Piusa XII „Humani generis”. Amerykański teologii Robert Stackpole w taki sposób charakteryzuje okoliczności i konsekwencje „Humani generis”:
W 1950 roku jedna linijka z encykliki papieża Piusa XII „Humani generis – jedno zdanie mówiące o możliwości ewolucji ludzkiego ciała z niższej „żywej materii” – doprowadziło do jednej z największych zmian w historii nauczania katolickiego. Nieważne, że zdanie to było zazwyczaj wyrywane z kontekstu całej encykliki. Nieważne, że papież w tej samej encyklice podkreślał, że katoliccy badacze nie powinni „pochopnie przekraczać granic wolności w debacie” poprzez twierdzenie, że proces ewolucji jest faktem, że nie powinni ignorować tego, że „w źródłach objawienia Bożego są rzeczy, które wymagają największego umiaru i rozwagi. Papieskie ostrzeżenia i zachęty zostały powszechnie zignorowane. Teraz istotne stało się to, że korek został wyjęty z butelki. Katoliccy teologowie, rozpaczliwie poszukujący uznania wśród swoich akademickich kolegów, nareszcie poczuli, że mogą z całą wolnością przyjąć ewolucję neodarwinistyczną jako najlepsze wyjaśnienie pochodzenia wszystkich żywych gatunków. W ten sposób zredukowali istotny moment napięcia między sobą a swoimi akademickimi kolegami z wydziałów nauk ścisłych. Odtąd wiara i rozum, Biblia i nauka mogły pozostać pojednane za pomocą prostego rozwiązania: Ewolucja neodarwinistyczna była mechanizmem, który Bóg wybrał od początku i wszczepił w prawa przyrody, aby wytworzyć wszystkie rodzaje istot żywych, jakie znajdujemy na Ziemi.
Można zrozumieć teologa, który broni papieża i jego intencji warto jednak przyjrzeć co Humani generis faktycznie mówi o ewolucji i na czym polega jej problem.

W roku 1941, w początkach swojego pontyfikatu, podczas przemówienia do Papieskiej Akademii Nauk Papież powtórzył tradycyjną naukę Kościoła na temat pochodzenia człowieka. Była to jego pierwsza wypowiedź na ten temat:
Człowiek został ukształtowany z prochu ziemi, a Bóg tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, i tak stał się człowiek istotą żyjącą. […] Tego samego dnia, którego Bóg ukształtował człowieka, ukoronował jego głowę swoim własnym obrazem i podobieństwem.
Co więcej Papież aluzyjnie odnosił się do ewolucjonizmu mówiąc, że „tylko od człowieka może pochodzić inny człowiek”. Podkreślał także niepewność ustaleń nauk szczegółowych i zwracał uwagę, że konieczne muszą one być oświecone i prowadzone przez Objawienie jeśli mają zbliżyć się do właściwiej odpowiedzi w kwestii genezy.

„Humani generis” opublikowana dziewięć lat później poświęca problemowi relacji pomiędzy antropologią i biologią jeden akapit. Choć jest on zbyt długi by przytoczyć go tu w całości to jednak i tak stanowił zupełnie niewielki ułamek całego tekstu encykliki. Przywołajmy najistotniejszy fragment:
Magisterium Kościoła nie zabrania uczonym i teologom badania doktryny ewolucjonizmu według dzisiejszego stanu nauk przyrodniczych i teologicznych, gdy się bada problem powstania ciała ludzkiego z już istniejącej i żyjącej materii.
Chociaż fragment ten nie zawiera żadnej wykładni dotyczącej pochodzenia ludzkiego życia to jednak nie jest on obojętny. Widzimy w nim także zmianę w stosunku do przemówienia z roku 1941, gdzie wyłożona została tradycyjna nauka. Przede wszystkim Pius XII dopuszczając możliwość odkrycia ewolucyjnego pochodzenia ciała człowieka sprawił implicite, że prawda ta przestała być odczytywana jako kwestia wiary. Wyjęcie jej spod ochrony wiary – opartej przecież na najstarszej tradycji Kościoła – oznaczało oddanie kompetencji naukowcom, działającym w paradygmacie ateistycznym, kwestii rozstrzygnięcia sprawy. Taka zmiana ontologii człowieka nie okazała się przypadkiem – Papież powtórzył swoją propozycję z „Humani generis” podczas przemówienia do uczestników Pierwszego Międzynarodowego Kongresu Genetyki Medycznej w roku 1953. To faktyczne odcieleśnienie nauczania Kościoła o powstaniu człowieka, odcieleśnienie jego nadprzyrodzonego charakteru w oczywisty sposób musiało stać się zachętą do mitologizacji (odrealnienia) pewnych elementów wiary w łonie samego Kościoła.

Mamy zatem dwie możliwości wytłumaczenia braku zakazu ze strony Papieża – co było nowością explicite – prowadzenia badań w nurcie ewolucjonistycznym. Pierwsze wytłumaczenie skłania nas ku przyjęciu tezy o faktycznym przekonaniu Papieża, że nauka może dotrzeć do ostatecznych rozstrzygnięć i że ewolucja biologiczna jest prawdopodobnym mechanizmem w jaki doszło do uformowania się człowieka. Drugie wytłumaczenie byłoby wyjaśnieniem z wolności prowadzenia badań. Kościół i tak wie jaka jest prawda dotycząca powstania człowieka, ale będzie z ciekawością przyglądał się ludzkim wysiłkom próbującym wywieźć ludzkie pochodzenie od zwierząt.

Drugie wytłumaczenie pozostawałoby w zgodzie z takimi istotnymi dla naszej kwestii dokumentami jak orzeczenie Synodu z Kolonii z 1860, encyklika „Arcanum” Leona XIII 1880 roku oraz dekretem Papieskiej Komisji Biblijnej z 1909 roku. I właściwie niezależnie od osobistych intencji Piusa XII tak należy czytać „Humani generis”, ponieważ nie jest ona prywatna opinią Papieża, ale dokumentem Magistrium. Co więcej jak widać nie da się jej prawidłowo czytać poza Magisterium. Interpretacja teologów poszła jednak tam gdzie było jej wygodniej, czyli ku zamienieniu niewielkiej furtki w szeroką bramę, w którą katolicy weszli z radością porzucając tradycyjną naukę Kościoła.

A przecież dwa miesiące przed publikacją tekstu encykliki kard. Ernesto Ruffini w „L’Osservatore Romano” oznajmiał:
Ewolucja była dotąd dyskutowana w szkołach i w książkach przez kilka dekad, niemniej katolicy nigdy nie uważali, że mogą podawać w wątpliwość nauczanie katechizmu, że człowiek został stworzony bezpośrednio przez Boga, również w odniesieniu do jego ciała.
Przypadek Piusa XII i encykliki „Humani generis” oczywiście można by potraktować znacznie szczerzej – nie poruszyliśmy tu nawet wszystkich aspektów zawartych w akapicie poświęconym biologii i antropologii. Nawet jednak na tym drobnym wycinku widzimy pewien proces, polegający na tym, że chociaż Papież choć nie ma kompetencji by zmieniać doktrynę, to jednak przez swoje nieprecyzyjne wypowiedzi lub też mieszanie prywatnych opinii nieuzgodnionych w pełni z nauczaniem Kościoła do wypowiedzi magisterialnych, może wpłynąć na rozpowszechnianie się zdeformowanej praktyki kościelnej. W tym wypadku chodziło o zaangażowanie katolików w rozwijanie fałszywej doktryny ukrywającej się pod autorytetem naukowości.

Nierzadko się zdarza (na zasadzie pewnego automatyzmu), że praktyka kształtuje faktyczne pojęcie o doktrynie dlatego tak istotne jest by wypowiedzi Kościoła były ścisłe i nie powodowały dwuznaczność, w której sytuacje nadzwyczajne zaczną być odbierane jako normy.

Problem genezy wielu czytelnikom może wydać się egzotyczny i mało ważny – co nie jest słuszne – jednak zwracam na niego uwagę także dlatego, że koresponduje on również silnie z dzisiejszymi problemami, które są czymś znacznie więcej niż spór wokół dyscypliny sakramentów. Uchylenie furtki pomiędzy ortodoksją i ortopraksją naraża całe obszary życia kościelnego na martwicę spowodowaną szerzeniem się - także w dobrej woli – nieprawdziwych nauk.

Źródło informacji: PCH24.pl

środa, 18 maja 2016

Teologia Polityczna Co Tydzień [Nr 7]: Zgubiona forma Kościoła



"Co stało się takiego, że będący epicentrum kultury Kościół dziś jawi się nierzadko jako miejsce pozbawione, już nawet nie tyle wysokiej jakości sztuki, co „smaku”

Wstęp do Teologii Politycznej Co Tydzień nr 7: Zgubiona forma Kościoła

Sztuka ma wyrażać wiarę Kościoła, a nie tylko indywidualną wiarę artysty - rozmowa z bp. Michałem Janochą

Prof. Stanisław Rodziński: O laicyzacji współczesnej sztuki sakralnej

Dietriech von Hildebrand: Rola piękna w liturgii

Tomasz Rowiński: Rytuał i forma

Antonina Karpowicz-Zbińkowska: Muzyka - zgubiona forma liturgii

Gdy mówimy o liturgii, to odkrywamy potrzebę pewnego wtajemniczenia - rozmowa z ks. prof. Andrzejem Filaberem

Tomasz Herbich: Ikona a kryzys zachodniej sztuki sakralnej

Zupełnie zatraciliśmy to, co było czymś oczywistym dla ludzi antyku, średniowiecza - przeczytaj rozmowę z ks. prof. Henrykiem Paprockim

Kard. Joseph Ratzinger: Problem obrazów



Całość do przeczytania tutaj

x. prof. Tadeusz Guz: Czym jest liberalizm?


wtorek, 17 maja 2016

Według księdza Dollingera nieopublikowana część Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej mówi o "złym soborze i złej Mszy"


"Dzisiaj, w święto Zesłania Ducha Świętego zatelefonowałam do ks. Ingo Dollingera, niemieckiego kapłana i byłego profesora teologii w Brazylii, który jest obecnie w dość podeszłym wieku i słabuje na ciele. Pozostaje on od wielu lat osobistym przyjacielem papieża emeryta Benedykta XVI. Ks. Dollinger niespodziewanie potwierdził podczas tej rozmowy następujące okoliczności:

Niedługo po publikacji w czerwcu 2000 roku przez Kongregację Doktryny Wiary trzeciej tajemnicy fatimskiej kard. Joseph Ratzinger powiedział ks. Dollingerowi podczas bezpośredniej rozmowy, że istnieje część Trzeciej Tajemnicy, której nie opublikowano! "Istnieje więcej niż to co opublikowaliśmy" powiedział Ratzinger. Powiedział również Dollingerowi że ogłoszona część Tajemnicy jest autentyczna oraz że niepublikowana część Tajemnicy mówi o "złym soborze i złej Mszy", która miała pojawić się w bliskiej przyszłości. Ks. Dollinger dał mi upoważnienie do opublikowania tychże faktów w to wielkie święto Ducha Świętego i dał mi swoje błogosławieństwo (...)

Ks. Dollinger był zaangażowany w dyskusje w ramach konferencji biskupów niemieckich na temat masonerii w latach 70-tych XX wieku, które zakończyły się oświadczeniem że masoneria jest niezgodna z wiarą katolicką. Nauczał później teologii moralnej w seminarium Zakonu Kanoników Regularnych Krzyża Świętego, które należy do Opus Angelorum. Biskup Atanazy Schneider, biskup pomocniczy Astany w Kazachstanie jest członkiem tego samego zakonu. Co ważniejsze, spowiednikiem ks. Dollingera przez wiele lat był Ojciec Pio (zm. w roku 1968) i ks. Dollinger bardzo się do niego zbliżył (...)

Informacja powyższa [o nieujawnionej części tajemnicy fatimskiej - przyp. wł.] może również wyjaśniać dlaczego papież Benedykt XVI, jak tylko został papieżem, próbował naprawić niektóre niesprawiedliwości, które są bezpośrednio związane z przedmiotem oświadczenia ks. Dollingera: uwolnił Tradycyjną Mszę św. z ucisku, zniósł ekskomuniki z biskupów Bractwa św. Piusa X (SSPX), a wreszcie publicznie w roku 2010, ogłosił w Fatimie: "pomylilibyśmy się myśląc że profetyczna misja fatimska wypełniła się". Ponadto, podczas wywiadu w powietrznej podróży do Fatimy dodał te słowa: 'Co do nowych rzeczy, które możemy znaleźć dziś w tym przekazie [tj. fatimskim - przyp. wł.] jest również to, że ataki na papieża i Kościół pochodzą nie tylko z zewnątrz, ale cierpienia Kościoła pochodzą dokładnie z jego wnętrza, z grzechu jaki występuje w Kościele. Jest to także coś co zawsze wiedzieliśmy, ale co dzisiaj staje przed naszymi oczami w naprawdę przerażający sposób: że największe prześladowanie Kościoła pochodzi nie od jego wrogów na zewnątrz, lecz wynika z grzechu w Kościele, dlatego Kościół znajduje się w głębokiej potrzebie nauczenia się na nowo pokuty, przyjęcia oczyszczenia, poznania z jednej strony przebaczenia, ale również potrzeby sprawiedliwości.' (...)"

Całość dostępna tutaj

Źródło informacji: GLORIA.tv

Msza tradycyjna nawraca ludzi. Sprawia, że zmieniają swe życie.



W odpowiedzi na tekst ks. Pope’a: czy tradycyjni katolicy czynią wystarczająco wiele?

Ks. Charles Pope zamieścił na blogu wpis o tym, że ci, którzy kochają Mszę tradycyjną, powinni włożyć więcej wysiłku w przekonywanie do niej innych. Pisze tak, ponieważ na podstawie niepotwierdzonych informacji uważa, że liczba osób uczestniczących w starej Mszy przestała rosnąć. Wiąże to z letargiczną postawą, jaką kiedyś zaobserwował u katolików Novus Ordo, stających wobec perspektywy utraty swojej szkoły parafialnej. Wyznaję, że nie pojmuję tej paraleli.

Owi katolicy Novus Ordo sprzed kilkudziesięciu lat, z którymi ks. Pope w młodości rozmawiał na temat ich szkoły, w większości ludzie starsi (gdyż, jak mówi, mieli już dorosłe dzieci i wnuki), należeli do pierwszej, czy też początków drugiej generacji katolików, którzy nie zostawili po sobie potomstwa w liczbie zapewniającej przynajmniej zastępowalność pokoleń i nie przekazali dalej Wiary.

Wychowani zostali zazwyczaj w rodzinach znacznie liczniejszych, otrzymali systematyczną katechizację w starym stylu i zostali wprowadzeni we wszelkie tradycje katolickie: błogosławieństwa przed posiłkiem, modlitw codziennych, odpowiedniego ubioru na Mszę niedzielną, oczekiwania, że młody katolik czy katoliczka powinni szukać przyszłego małżonka również wśród katolików; poznali też tradycyjną Mszę. Niemal wszyscy wszystko to odrzucili, wszystko z wyjątkiem wyjścia na Mszę w niedzielę. „Tego, co otrzymałem, nie przekazałem dalej” – takim mottem kierowało się to pokolenie. Czasem z żalem, czasem z ulgą, czasem z dziką radością wandala. Jednak pod koniec życia pozostało im bardzo niewiele. Ich dzieci w większości odeszły od praktyk religijnych. Mniej więcej połowa z nich zupełnie się pogubiła. Ci spośród młodzieży, którzy jeszcze zachodzili do kościoła, z czasem nie mieli pojęcia o Wierze. Dziś katolicy niekoniecznie wiedzą nawet, że Kościół naucza o Rzeczywistej Obecności.

Czy ks. Pope uważa, że dzisiejsi katolicy tradycyjni są jak oni?

Katolicy tradycyjni, którzy odkryli na nowo Wiarę, liturgię i tradycje Kościoła. Katolicy tradycyjni, którzy na nowo zaczęli odmawiać błogosławieństwo przed posiłkami, którzy stworzyli liczniejsze rodziny, którzy starają się przynajmniej nie przychodzić na Mszę niedzielną w stroju plażowym, którzy katechizują swoje dzieci, a czasem zapewniają im pełną edukację domową; katolicy tradycyjni, którzy nie tylko robią to wszystko, ale jeszcze są za to atakowani. Proszę Księdza, niech mi Ksiądz wyjaśni, w jaki sposób tamto doświadczenie z katolikami Novus Ordo sprzed lat daje Księdzu wgląd w postawy dzisiejszych katolików tradycyjnych? I dlaczego zakłada Ksiądz, że zwykli katolicy zapełniający ławki na Mszy tradycyjnej nie dokładają swoich cegiełek do dzieła ewangelizacji?

Czyżby ks. Pope mówił o głoszeniu kazań na rogach ulic? Czy też ma na myśli, zgodnie z normalnymi oczekiwaniami katolików wszystkich wieków, dawanie świadectwa poprzez życie Wiarą? Życie Wiarą, a więc życie rodzinne związane z rytmem roku liturgicznego, gdzie przestrzega się okresów postu i wstrzemięźliwości; obrazy religijne w domu; życie osobiste zgodne z nauczaniem Kościoła na temat seksualności i małżeństwa; odmowę nagięcia się do wymogów nowej, pogańskiej policji myśli w kwestiach takich jak teoria gender. Gotowość, z zachowaniem stosownej ostrożności, by delikatnie dawać świadectwo w pracy i innych miejscach, jeśli ktoś szczerze docieka Prawdy, choć takie świadectwo może kosztować utratę pracy lub nawet postawienie przed sądem.

Być może ma na myśli to, że katolicy powinni odgrywać pewną rolę w ruchu obrony życia. Że powinni uczestniczyć w publicznych świadectwach Wiary, takich jak procesje eucharystyczne i spektakularne pielgrzymki piesze. Że powinni wspomagać odnawianie zabytkowych kościołów w centrach miast, które mogą być ucieleśnieniem Wiary i skłaniać zaciekawionych przechodniów do wejścia.

Być może uważa, że katolicy powinni próbować wpływać na politykę kościelną, zachęcać swoich biskupów, by nie ukrywali Wiary, lecz silniej o niej świadczyli. Że powinni wspierać księży występujących przeciw tym, którzy chcą obrażać Boga i gorszyć wiernych podczas samej liturgii, poprzez nadużycia liturgiczne i świętokradcze komunie.

Jeśli jednak taki był sens wypowiedzi ks. Pope’a, to powinno być oczywiste, że właśnie katolicy tradycyjni czynią te wszystkie rzeczy. I jeśli autor ma rację, że stanowimy tylko 2 % społeczności katolików, to udział pozostałych 98 % we wszystkich tych dziełach jest zaiste żałosny, gdyż wiem bardzo dobrze, nie z potwierdzonych danych, ale z własnego doświadczenia, że jeśli przyjdę na jakieś wydarzenie zorganizowane w obronie życia, to znaczną część jego uczestników będę znał z działalności na rzecz Mszy tradycyjnej. Że jeśli znajdziemy sto reprezentatywnych rodzin katolickich z więcej niż czwórką dzieci, to o wiele ponad 2 % z nich okaże się uczestnikami Mszy tradycyjnej. Że jeśli ktoś zainicjuje petycję internetową w jakiejś katolickiej sprawie, to lista podpisów pod nią szybko stanie się spisem katolików tradycyjnych. Że jeśli któryś z biskupów zechce ocalić przed zamknięciem zabytkowy kościół w centrum miasta, to prawdopodobnie zwróci się do jednego z tradycyjnych zgromadzeń kapłańskich. Że jeśli w pokoju pełnym dzieci z rodzin katolików tradycyjnych zadam pytanie o Wiarę, będą one miały przynajmniej jakieś pojęcie o tym, czym jest Trójca Przenajświętsza.

Pewnie moglibyśmy czynić więcej. Odrzucam jednak myśl, że sposobem promowania ruchu na rzecz Tradycji miałoby być oskarżanie jego uczestników o lenistwo. Przepraszam Księdza, ale uważam to za wielką niesprawiedliwość. Katolicy tradycyjni na co dzień ponoszą dla Wiary, dla liturgii, dla zbawienia swoich dzieci i dla swych księży, poświęcenia, o których inni katolicy nawet by nie pomyśleli.

Dlaczego w takim razie nie rośnie liczba uczestników Mszy tradycyjnej? Ależ rośnie. Wbrew niepotwierdzonym obserwacjom ks. Pope’a, liczba Mszy, które łatwiej jest zliczyć niż wiernych, stale rośnie, a ograniczeniem tego wzrostu jest ograniczona liczba księży umiejących i gotowych je odprawiać. Wokół Mszy w nowych miejscach gromadzą się społeczności wiernych niezwiązanych wcześniej z ruchem tradycyjnym: to właśnie mamy na myśli, mówiąc, że sama Msza ewangelizuje. Msza tradycyjna nawraca ludzi. Sprawia, że zmieniają swe życie. I, co najbardziej widoczne, wzbudza powołania do kapłaństwa i życia zakonnego.

Niesprawiedliwe jest oskarżanie wiernych o lenistwo w rozpowszechnianiu Mszy tradycyjnej, kiedy kapłani, którzy ją odprawiają, wciąż zbyt często traktowani są w swoich diecezjach jako ekscentrycy czy wręcz pariasi. Kiedy ludzie świeccy, którzy w niej uczestniczą, stają się persona non grata w wielu instytucjach katolickich. Kiedy motywowane ideologicznie komisje kurialne niweczą starania na rzecz odnowy zniszczonej tkanki zabytkowych świątyń. Przykro mi to mówić, proszę Księdza, ale biskupi mogą zrobić bardzo wiele, by energię katolików tradycyjnych skierować na ewangelizację, bo wciąż zbyt wiele tej energii trzeba tracić na przezwyciężanie przeszkód wewnątrz Kościoła.

Ks. Pope ma rację, że Msza tradycyjna nie zachwyca od razu każdego, kto doświadcza jej po raz pierwszy. Msza w Novus Ordo także nie. Z Mszą tradycyjną jest jednak pewien szczególny problem. Owocny udział w niej wymaga głębokiego zrozumienia i przyjęcia faktu, że Bóg jest transcendentny i nieskończenie godny czci; że Jezus Chrystus jest Bogiem i zstępuje na ołtarz w momencie Konsekracji; że jest coś takiego jak grzech i że grzech czyni człowieka niegodnym przyjęcia Komunii świętej; że istnieją święci, którzy wstawiają się za nami. Tak, tu jest problem, emocjonalny i często intelektualny, ponieważ wielu nominalnych katolików, nawet przychodzących do kościoła, już w te rzeczy nie wierzy. Trudno jest przekonać ich do Mszy tradycyjnej, gdyż trudno jest przekonać ich na nowo do Wiary.

Winę za ten stan rzeczy zaciągnęło wiele osób w ciągu wielu lat. Proszę nią jednak nie obarczać katolików tradycyjnych.

Joseph Shaw

Tłumaczenie: Ewa Monika Małecka

Źródło informacji: http://www.unacum.pl/


______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________