Pages

______________________________________________________________________

_______________________________________________________________________________

piątek, 6 marca 2015

Święty Tomasz z Akwinu — geniusz nad geniuszami




Był człowiekiem postawnym, korpulentnym, na pewno nie przypominał jednak grubego cherubina z legendy. Miał jasne oczy – mówiło się, że jego wzrok zdawał się przenikać w głąb ludzkiej duszy. Ojciec Tomasz z Akwinu był spokojnym i cichym zakonnikiem, którego głos kontrastował z jego posturą.

Urodzony 22 listopada 1224 roku w Rocasecca w południowo-wschodniej Italii, w krainie która do końca XIX wieku znana była jako Królestwo Obojga Sycylii, Akwinata mógłby pomieścić na swej tarczy rycerskiej połowę znaków herbowych Europy. Biorąc pod uwagę fakt, iż spokrewniony był z Fryderykiem II, władcą Świętego Cesarstwa Rzymskiego, samo jego urodzenie predestynowało go do zostania rycerzem lub opatem benedyktyńskim. Widoczne od wczesnego dzieciństwa zamiłowanie do modlitwy wskazywało jednak, iż jego przeznaczeniem nie jest życie średniowiecznego rycerza i wielkiego władcy. Wysłany przez rodzinę jako chłopiec na naukę do słynnego klasztoru na Monte Cassino, stanowczo opierał się planom uczynienia z niego mnicha benedyktyńskiego, a następnie wyniesienia do rangi opata, co wydawało się odpowiadać zarówno jego powołaniu zakonnemu, jak i wysokiemu urodzeniu.

Uwięziony przez rodzonych braci

Stać się miało jednak inaczej. Po mniej więcej pięciu latach studiów na uniwersytecie w Neapolu, Tomasz przyłączył się do zakonu kaznodziejskiego. Dominikanie, podobnie jak franciszkanie, byli zakonem żebrzącym. Zamiast prowadzić spokojne życie na uprawianych przez siebie samych i swych dzierżawców ziemiach klasztornych, zapełniali drogi i ulice europejskich miast, głosząc Ewangelię Chrystusową i żyjąc z jałmużny udzielanej im przez wiernych. Owi noszący białe habity ludzie byli duchowymi synami św. Dominika, który zainicjował na zachodzie Hiszpanii i południu Francji krucjatę przeciwko albigensom, zwodniczej sekcie powstałej w Afryce Północnej i zdobywającej stopniowo coraz więcej zwolenników w południowej Francji. Heretycy mieli zostać poskromieni dopiero dzięki potędze różańca i męstwu chrześcijańskiego rycerstwa.

Jednak duchowieństwo diecezjalne nierzadko odnosiło się do dominikanów z podejrzliwością, widząc w nich zagrożenie dla spokoju żyjącego zasadniczo z pracy na roli społeczeństwa. Dominikanie nie byli rolnikami, byli żebrakami. To, że potomek znakomitego rodu mógłby odrzucić swą spuściznę, by przyłączyć się do owych pstrokatych „psów Pańskich” – dominicanes – stanowiło zniewagę dla dumy braci Tomasza. Porwali go więc i przyprowadzili siłą do rodzinnego zamku w Rocasecca. Przez rok był tam niejako więźniem, traktowanym co prawda ze względami należnymi jego stanowi, niemniej jednak pozbawiony był swobody. Upierał się przy noszeniu swego dominikańskiego habitu.

Powszechnie znana jest opowieść o tym jak jego bracia, pragnąc przełamać upór, sprowadzili do jego komnaty prostytutkę, mając nadzieję, że skuszą go w ten sposób do porzucenia swych planów. Słyszeliśmy też zapewne o tym, jak Tomasz, porwawszy z kominka płonące polano, wygnał kobietę ze swej komnaty, wypalając następnie na drzwiach znak krzyża. Hagiografowie sugerują, że od tego momentu Tomasz nie odczuwał już pokus cielesnych, ja jednak skłonny jestem podejrzewać, że już wówczas był od nich wolny. Był szczerze rozgniewany tą zniewagą okazaną jego osobie. Biedna kobieta ze strachu omal nie straciła zmysłów. Kto wie, może doświadczenie to skłoniło ją do porzucenia dotychczasowego sposobu życia? Wiarygodność tej historii zdaje się potwierdzać kult, jakim otaczali Tomasza miejscowi wieśniacy oraz szlachta na długo zanim został wyniesiony do chwały ołtarzy.

„Milczący wół” kiedyś przemówi...

Prawdopodobnie dzięki pobłażliwości swej matki Tomaszowi udało się uciec z aresztu i wkrótce pojawił się w Paryżu, gdzie odbywał nowicjat i pobierał nauki. Później udał się do Kolonii, gdzie jego mistrzem został sam Albert Wielki i gdzie przyjął święcenia kapłańskie, prawdopodobnie w roku 1250 lub 1251. Choć był dość małomówny, już wówczas zaczęły szerzyć się pogłoski o jego geniuszu. Jeden ze współnowicjuszy zaoferował mu pomoc w nauce, mylnie biorąc jego milczenie za przejaw tępoty umysłowej, szybko jednak role się odwróciły. Choć przez współbraci nazywany był „Milczącym wołem”, Albert Wielki trafnie ocenił jego zdolności wygłaszając przy tym przepowiednię, że „pewnego dnia ten «Milczący wół» zaryczy, a ryk jego usłyszy cały świat”.

Wysłany na uniwersytet paryski, najbardziej prestiżową uczelnię ówczesnego świata, Tomasz spędził w stolicy Francji siedem lat, nauczając i pisząc. Był do tego stopnia zaabsorbowany swą pracą, że nigdy nie nauczył się francuskiego. Mówił jedynie po łacinie i w rodzinnym dialekcie włoskim. Po latach powrócił do Neapolu, potem udał się do Orvieto i Rzymu, miejsca pobytu zmieniając zgodnie z poleceniami swych przełożonych, następnie na kolejne trzy lata udał się do Paryża, po czym powrócił ostatecznie do Neapolu. Wezwany na sobór do Lyonu, wyruszył w drogę na północ, podróżując na ośle. Stan jego zdrowia pogorszył się jednak i umieszczony został w opactwie cysterskim w Fossanova, gdzie zmarł 7 marca 1274 roku. Jego kanonizacja była jedną z najszybszych w historii Kościoła.

Życie św. Tomasza nie było długie, nie trwało nawet 50 lat, jednak jego pisma teologiczne i filozoficzne zająć mogłyby z powodzeniem dwie lub trzy długie półki biblioteczne. Jego energia wydawała się być niespożyta. Kim jednak był ów człowiek, tak cichy, tak spokojny i zwyczajny w stylu życia, tak rzeczowy w argumentacji, a równocześnie spieszący niemal bez wytchnienia z jednego kraju do drugiego, z miejsca na miejsce?

Nagle huknął pięścią w królewski stół!

Jako że św. Tomasz sam mówił o sobie bardzo mało, większość informacji na jego temat pochodzi od ludzi mu współczesnych. W ostatnich dwudziestu latach swego życia był osobą publiczną, powszechnie szanowaną ze względu na erudycję oraz mądrość – żył więc niejako na oczach wszystkich. Z rzadka jedynie zdarzało mu się dać wyraz swym uczuciom w pieśni, a poetyckość jego tekstów liturgicznych na uroczystość Bożego Ciała pozostaje do dziś niedościgłym wzorem, łącząc w sobie prostotę z najwznioślejszym liryzmem. Przyswoiwszy sobie mądrość ojców Kościoła oraz oczyszczone przez zawarte w Piśmie św. Objawienie dziedzictwo klasycznej Grecji oraz Rzymu, zdawał się łączyć w sobie całą dostępną ludzkości wiedzę. Gdy pewnego razu zaproszony został na ucztę przez króla Francji św. Ludwika, do tego stopnia zaabsorbowany był swymi myślami, że niemal nie dostrzegał swego otoczenia, aż nagle niespodziewanie uderzył pięścią w stół, strącając na podłogę naczynia i wykrzykując triumfalnie: „I w ten sposób manichejczycy zostaną pokonani!”. Zamiast skarcić swego gościa za złe maniery, świątobliwy król wezwał bezzwłocznie skrybę, by spisał argumentację Tomasza, zanim ten ją zapomni. Był to szlachetny gest szlachetnego człowieka – choć bez wątpienia zbędny.

Pamięć św. Tomasza była zdumiewająca. Jako młody człowiek pisał sam i kilka z jego rękopisów zachowało się do dziś. Jego pismo uznawano za niewyraźne i wręcz niemożliwe do odczytania. Myślał szybciej niż pisał. W późniejszym okresie ograniczał się do dyktowania, przy czym często jednemu lub dwóm sekretarzom równocześnie, i to tekstów dotyczących różnych kwestii. Zdarzało się nawet, choć rzadko, że dyktował czterem, a przynajmniej jeden raz pięciu sekretarzom, którzy zapisywali jego kunsztowne argumenty o niezrównanej głębi, podczas gdy on sam siedział z głową opuszczoną na piersi i z zamkniętymi oczyma.

Bomba wybucha w XX wieku

Niech mi będzie wolno powiedzieć to bez ogródek – św. Tomasz był najwybitniejszym teologiem i filozofem, jakiego znał świat. W pewnym sensie każdy myśliciel jest „produktem” swej własnej epoki. Jest to nieuniknione, w św. Tomaszu było jednak coś, dzięki czemu wyłamywał się z tej reguły. Mniej więcej 40 lat temu, zwracając się do zgromadzenia American Catholic Philosophical Society, msgr Geral Phelan, jeden z najwybitniejszych tomistów tego stulecia stwierdził, że św. Tomasz lepiej rozumiany jest w wieku XX niż w jego własnej epoce. Choć nie posiadam tekstu tego wystąpienia, mogę domniemywać, jako że sam studiowałem pod jego kierownictwem, że miał on na myśli doktrynę św. Tomasza o bycie.

W czasie gdy Zachód pogrążony był po II wojnie światowej w lęku i rozpaczy, we Francji oraz Niemczech narodził się egzystencjalizm. Święty Tomasz zaś „napomina” nas: „Nie zadręczajcie się o życie, jak to czynili Jean Paul Sartre i Martin Heidegger, ale radujcie się nim, ponieważ imieniem Boga jest «Jestem Który Jestem», jak sam powiedział do Mojżesza z gorejącego krzewu: «Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was»”. Natchniona wiarą metafizyka Akwinaty była prawdziwą bombą spuszczoną na świat intelektualny owych czasów. Bomba ta wybuchła jednak dopiero w wieku XX. Na początku 20. stulecia, gdy Europa opętana była przez sceptycyzm i racjonalizm, słynny Etienne Gilson właśnie u św. Tomasza znalazł jedyne zdrowe podejście do tego, co określał mianem „problemu poznania”.

Święty Tomasz zachęca nas, byśmy podeszli do otaczającego nas świata kierując się zmysłami oświeconymi przez intelekt. W ten sposób odkryjemy, że to co istnieje, istnieje naprawdę, a na tym podstawowym przeświadczeniu opiera się cała zdrowa filozofia. Wracając raz jeszcze do postaci Gilsona – kiedy wielu chrześcijańskich i niechrześcijańskich filozofów negowało prawdziwość chrześcijańskiej filozofii, Gilson zachęcał ich, by przyjrzeli się historii, nie całej historii myśli chrześcijańskiej, ale historii streszczonej w wyjątkowy sposób w osobie św. Tomasza. Tam gdzie jest on najbardziej teologiem, jest też w największym stopniu filozofem. Tam gdzie jest w największym stopniu człowiekiem rozumu, tam jest najbardziej człowiekiem wiary. Nie rozdzielając nigdy dwóch objawień danych przez Boga człowiekowi, objawienia poprzez stworzony przez Niego świat oraz Objawienia poprzez Jego Słowo, Akwinata łączy je we wspaniałą jedność.

„Dobrze o Mnie napisałeś”

Nieżyjący już dr Marshall McCluhan, uważany niegdyś za guru rewolucji telewizyjnej i traktowany przez „Time’a”, „Newsweeka” i „Fortune” jako zwiastun nowej epoki, zapytany został kiedyś przez kanadyjskich biskupów, co mogłoby pomóc im w zrozumieniu fenomenu współczesnych środków przekazu. „Lektura De spiritualibus creaturis” – odpowiedział. Człowiek współczesny, dzięki swej technice, zbliża się (choć nigdy jej nie osiągnie) do kondycji aniołów. Człowiek jest w coraz większym stopniu odcieleśniony, żyjąc w stworzonym przez siebie świecie sztuczek elektronicznych, w coraz większym stopniu oddzielającym go od ciała.

Głównym problemem apologetycznym jest obecnie konieczność głoszenia opartej na dogmacie o Wcieleniu religii odcieleśnionemu człowiekowi. Tak twierdził świętej pamięci Marshall McCluhan, konwertyta, który codziennie przystępował do Komunii św. Wyznał mi jednak z ironią, że jego dostojni rozmówcy nie mieli najmniejszego pojęcia, o czym mówił. Podkreślał, że chcąc zrozumieć gwałtowny rozwój środków przekazu, musimy najpierw zrozumieć pogląd św. Tomasza na proces myślowy jako komunikację. Inspiracją dla nauczania Akwinaty w tej kwestii była doktryna o Trójcy Świętej: na początku było Słowo. Dominikanin jak zawsze wydaje się tu nas wyprzedzać, podobnie jak wyprzedzał swoją epokę.

Cofając się na moment do reformacji i negowania doktryny o transsubstancjacji widzimy, w jaki sposób Kościół posłużył się na Soborze Trydenckim teologią św. Tomasza, aby wyjaśnić tajemnicę Sakramentu Ołtarza i rzeczywistej obecności Zbawiciela pod postaciami chleba i wina. W Trydencie Suma teologiczna umieszczona została na głównym ołtarzu. Również sam św. Tomasz złożył u stóp ołtarza swój Traktat o Eucharystii, podczas pokornej modlitwy do Chrystusa. Znajdujący się nieopodal brat usłyszał wówczas dobiegające z krucyfiksu słowa: „Tomaszu, dobrze napisałeś o Moim Ciele oraz Krwi”. Sam św. Tomasz nie opowiedział o tym oczywiście nikomu, był jednak postacią dobrze znaną i – jak już pisałem – obserwowaną przez swych współczesnych. Pomimo więc, iż sam zachowywał milczenie, już za życia cieszył się sławą świętego.

Liczy się nie opinia ludzi, ale prawda

Będąc postacią o formacie ponadczasowym, zaangażowany był również w wydarzenia własnej epoki. Chrześcijaństwo zmierzyć musiało się wówczas ze skrajną postacią arystotelizmu, która przeniknęła do Europy poprzez pisma Awerroesa. Jego europejscy zwolennicy głosili wieczność świata, negowali Bożą Opatrzność, odrzucali nieśmiertelność jednostkowej duszy. Święty Tomasz zbił ich argumenty publicznie podczas dysputy w Paryżu, kończąc swą mowę skierowaną przeciwko Sigerowi z Brabantu słowami: „Odpowiedzieliśmy ci argumentami filozofów. Jeśli w dalszym ciągu atakować pragniesz wiarę, nie czyń tego szepcąc po kątach z niedorostkami, ale wystąp publicznie, a odpowiedź dam ci albo ja, albo ktoś bardziej godny by wystąpić w jej obronie”.

W naszych czasach, które gardzą zarówno rozumem, jak i wiarą, potrzebujemy Akwinaty bardziej niż kiedykolwiek. W epoce, która kieruje się ulotnymi opiniami kształtowanymi przez media i która szczyci sie swym sekularyzmem, u św. Tomasza odnaleźć możemy zarówno zasady, jak i konkluzje, zdolne do rozproszenia ciemności, w jakich się obecnie znajdujemy. Pierwszym krokiem powinno być ponowne oparcie naszych uczelni na zasadzie św. Tomasza, która powinna stać się naszym hasłem.

Przejął ją on od Arystotelesa i uczynił własną: „Celem filozofii nie jest poznanie, co ludzie uważają, ale na czym polega prawda”. A czym jest prawda? Takie pytanie zadał Piłat Chrystusowi, będącemu Drogą, Prawdą i Życiem. Prawda ta, naucza św. Tomasz, jest jednym z Bogiem, ponieważ Bóg jest Prawdą. Po drugie, polega ona na zgodności intelektu człowieka z prawdziwą naturą rzeczy. I na koniec, prawda opiera się na swej przyczynie, na samej istocie porządku naturalnego, stworzonego z miłości przez Boga. Ten porządek natury oraz jego Stwórca zostali ukazani poprzez geniusz pokornego dominikanina.

Frederick Wilhelmsen

tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI 

Henry Donneaud OP: Debata wokół hermeneutyki Soboru



„Hermeneutyka” to uczone słowo, którego użycie mogłoby uchodzić za pretensjonalne, gdyby nie stało się nieuniknione. Jego etymologia odsyła do pojęcia interpretacji, zwłaszcza do interpretacji tekstów sakralnych. Hermes, posłaniec bogów, interpretował ich rozporządzenia. Według najbardziej dosłownego i starożytnego użycia „hermeneutyka” oznacza sztukę interpretacji, metodę albo technikę interpretacji tekstu. Wykonanie egzegezy perykopy Ewangelii albo teksu św. Augustyna na sposób Ojca Kościoła, doktora scholastycznego albo egzegety ze szkoły historyczno-krytycznej to właśnie praca hermeneutyczna. Podobnie odczytanie i komentowanie jakiegoś dekretu Soboru Watykańskiego II jest zależne od hermeneutyki.

W XX wieku termin ten otrzymał drugi wymiar znaczeniowy, na poziomie bardziej filozoficznym, w zakresie epistemologii. Nie oznacza już samego aktu interpretacji, lecz proces przejścia od jednej interpretacji do drugiej; nie zespół technik czy metod egzegetycznych, lecz najbardziej podstawowy i krytyczny poziom samej teorii interpretacji. Hermeneutyka, idąc w przeciwnym kierunku niż egzegeza tekstu, zmierza do wskazania kluczy interpretacyjnych, warunków, przedzałożeń i wkładu [odbiorcy], które kierują interpretacją i na nią wpływają. Chodzi tu więc o krytykę interpretacji.

W tym znaczeniu praca nad hermeneutyką Vaticanum II nie oznacza dodawania kolejnego historycznego, doktrynalnego czy pastoralnego komentarza do tekstów soborowych. Chodzi tu raczej o zbadanie w sposób krytyczny kluczy i przedzałożeń interpretacyjnych, kierujących różnymi wykładniami tekstów soborowych powstałymi po publikacji tych tekstów lub nawet po ich obmyśleniu, aby wyróżnić leżący u ich podstaw wkład własny [interpretujących], zwłaszcza w wymiarze ideologicznym czy po prostu teologicznym.

Krytyczna relektura interpretacji Vaticanum II, czyli hermeneutyka Soboru Watykańskiego II, mogła pojawić się dopiero po upływie wystarczająco długiego czasu, w ciągu którego Sobór był najpierw czytany, interpretowany i aplikowany, zanim jego bezpośrednie i niejako spontaniczne odczytanie oraz aplikacje, niekiedy sprzeczne, skomplikowane i konfliktogenne, same stały się przedmiotem krytycznej, pośredniej i świadomej relektury. Debata nad hermeneutyką Vaticanum II zbiegła się de facto w czasie z rozpoczęciem obchodów jubileuszowych oraz z pierwszymi wzmiankami Magisterium Kościoła w nauczaniu uroczystym o konieczności określenia i wyznaczenia ram dla interpretacji Soboru, aby uchronić go przed interpretacjami niewłaściwymi i niebezpiecznymi. Wraz z hermeneutyką Soboru oraz kościelną dyskusją, która rozpoczęła się nad tą kwestią, pojawiło się więc pytanie o „klucze interpretacyjne” Soboru. Same [jego] teksty nie są tu wystarczające, ponieważ można je zinterpretować różnorako, nawet w sposób wykluczający się. Należy starannie wskazać lekturę trafną, lekturę autentycznie kościelną z uwagi na to, że tak autorem, jak i pierwszym czytelnikiem Soboru jest sam Kościół pod natchnieniem Ducha Świętego.

W tym celu trzeba przypomnieć dwa znaczące momenty, które wyznaczyły ramy tej debaty. Pierwszym z nich był Synod Nadzwyczajny zwołany w 1985 roku przez Jana Pawła II z okazji dwudziestej rocznicy zamknięcia Soboru. Drugim – przemówienie do Kurii Rzymskiej wygłoszone w grudniu 2005 roku przez Benedykta XVI z okazji czterdziestej rocznicy zamknięcia Soboru podczas pierwszego roku jego pontyfikatu. Po opisaniu różnych rodzajów hermeneutyki, które ukształtowały się podczas tych dwóch etapów, oraz przedstawieniu mojej własnej typologii hermeneutycznej przeanalizuję „hermeneutykę reformy” zaproponowaną Kościołowi przez Benedykta XVI, ilustrując ją szczegółowym zagadnieniem wolności religijnej.

środa, 4 marca 2015

Dlaczego ekumenizm jest czystym nonsensem?



30 listopada ubiegłego roku papież Franciszek wygłosił mowę na zakończenie Boskiej Liturgii sprawowanej przez patriarchę „ekumenicznego” Bartłomieja I w cerkwi pw. św. Jerzego w Stambule. Wyraził w niej przekonanie, że powrót prawosławia do „pełnej komunii” nie oznacza asymilacji czy podporządkowania jednej ze stron drugiej. Jest to oczywista nieprawda. Każdy katolik powinien wiedzieć, że poprzez odmowę podporządkowania się autorytetowi Kościoła katolickiego człowiek stawia się poza nim. A jeśli ktoś znajduje się poza Kościołem, z pewnością nie może być z nim w „pełnej komunii”.

Przed epoką papieży stawiających dobre stosunki z heretykami i schizmatykami ponad szacunek dla objawionej przez Boga prawdy zwykli katolicy świadomi byli faktu, iż dwa sprzeczne ze sobą systemy wierzeń nie mogą w żaden sposób utworzyć jedności. Zdawali sobie sprawę z tego, iż niezależnie od ilości pochwał wygłaszanych pod adresem heretyków, intensywności prowadzonego z nimi dialogu oraz liczby realizowanych wspólnie z nimi dobrych inicjatyw, błędy owych heretyków nie stałyby się ani o jotę bliższe prawdzie. Jednym z takich katolików był Arthur Fatherstone Marshall, absolwent Oxfordu i duchowny anglikański, który w latach 60. XIX wieku nawrócił się na katolicyzm. Biografia Marshalla przedstawiona w Catholic Encyclopedia nie pozostawia wątpliwości, że gdyby żył on w naszych czasach z pewnością pisałby dla „The Remnant”: „[Marshall] był powszechnie znany jako autor The Comedy of Convocation, satyrycznej broszury demaskującej braki logiki u wszystkich trzech grup anglikanów: High, Low i Broad Church. Nie mniejszą popularnością cieszyła się bezpośrednio po I Soborze Watykańskim i odstępstwie Dollingera jego książka – Old Catholics at Cologne. Innymi dziełami tego błyskotliwego pisarza, napisanymi w bardziej już swobodnym i przystępnym stylu są Reply to the Bishop of Ripon’s Attack on the Catholic Church oraz Infalliability of the Pope”.

W roku 1883 na łamach „American Catholic Quarterly Review” opublikowany został znakomity esej Marshalla zatytułowany Reunion or Submission, stanowiący druzgocącą krytykę znanego nam z epoki posoborowej ekumenizmu, pomimo iż tekst ten powstał na długo przed tym, zanim myśl o zwołaniu soboru zrodziła się w głowie Jana XXIII. Już sam tytuł tego eseju – Reunion or Submission [‘Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie’] sugeruje w sposób jednoznaczny, że – wbrew opinii wyrażanej przez obecnego papieża – bez podporządkowania się nie może być mowy o żadnej „komunii” niekatolików z Kościołem.

W tym krótkim tekście Marshall wyjaśnia w sposób prosty i dobitny, dlaczego wszystkie posoborowe inicjatywy ekumeniczne z góry skazane są na niepowodzenie. Pokazuje też, jak w przystępny sposób przedstawić tę prawdę „nowokatolikom” i liberałom. Poniżej prezentujemy pierwszą część tego eseju. (...) W trakcie lektury pamiętać należy, że tezy prezentowane przez Marshalla nie są jedynie wyrazem jego własnych opinii, ale prawdami znanymi wszystkim katolikom w drugiej połowie XIX wieku.

Między prawdą a herezją jedności nie ma nigdy

Co rozumie się poprzez „ponowne zjednoczenie „Kościołów”? Wydaje się, iż sformułowanie to jest celowo nieprecyzyjne. Nie może być przecież mowy o zjednoczeniu tam, gdzie nigdy nie było jedności: a pewne jest, że pomiędzy katolicyzmem a herezją nigdy nie istniała jedność wiary ani posłuszeństwa. Zastanówmy się więc, co w istocie oznaczać ma owo mityczne „zjednoczenie” i zobaczmy, czy nie da się znaleźć lepszego słowa na jego określenie.

Kiedy o zjednoczeniu mówi angielski High Church, ma przez to na myśli jedność „odgałęzienia rzymskiego, greckiego oraz anglikańskiego”, składających się wedle niego na Kościół katolicki. Dla katolika oczywistym jest, że zjednoczenie takie byłoby, zarówno teoretycznie jak i praktycznie, niemożliwe. Po pierwsze, zakłada się bowiem, że owe trzy tzw. odgałęzienia były kiedyś zjednoczone jako całość. Jedność taka jednak nigdy nie istniała, ani istnieć by nie mogła. Prawosławie i anglikanizm – dwie ze wspomnianych trzech „odgałęzień” – z istoty swej wrogie były katolicyzmowi, nie mogły się więc od niego wywodzić. Prawosławie stanowi wyraz buntu przeciwko władzy Stolicy Apostolskiej, podczas gdy anglikanizm, oprócz tego, że także wyrósł z tego buntu, odrzucił również znaczną część wiary katolickiej. Ponadto prawosławie nie uznaje ani ortodoksji „Kościoła” Anglii ani jego „sukcesji apostolskiej”.

Oczywiste jest więc, że nie można ponownie zjednoczyć „odgałęzień”, które nigdy nie były zjednoczone. Podobnie oczywiste jest, że Kościół katolicki, który nigdy nie był prawosławny ani anglikański, nie może zjednoczyć się z „odgałęzieniami”, których nigdy nie uznawał. Tak więc sformułowanie „ponowne zjednoczenie «Kościołów»” nie ma ściśle rzecz biorąc – w znaczeniu, w jakim używa go High Church – żadnego znaczenia, podczas gdy w rozumieniu Low Church oznacza jedynie zjednoczenie wszystkich dysydentów z establishmentem, który nigdy nie uważał ich za swe dzieci.

Ponowne zjednoczenie czy podporządkowanie?

Trzeba więc znaleźć jakiś lepszy i stosowniejszy termin. A słowem tym jest podporządkowanie. Podporządkowanie się wszystkich protestantów autorytetowi i władzy Kościoła katolickiego. „Nie! – zawołają na to anglikanie oraz dysydenci. – Podporządkowanie jest koncepcją zbyt upokarzającą”. Jest ono jednak koncepcją upokarzającą jedynie wówczas, gdy pojmuje się ją błędnie, w sensie prawdziwym zaś jest ideą budującą. Jako coś obrażającego nasze poczucie godności traktujemy przecież jedynie podporządkowanie się władzy, której autorytetu nie uznajemy.

Czy jest coś upokarzającego w posłuszeństwie dzieci względem rodziców, w posłuszeństwie wobec praw naszego kraju, czy nawet w posłuszeństwie wobec zasad życia społecznego, których celem jest ład publiczny? Bynajmniej. A dlaczego? Ponieważ władza rodzicielska postrzegana jest jako prawomocna, zarówno na mocy praw ludzkich, jak i boskich; ponieważ prawa kraju mają zasadnicze znaczenie tak dla naszego własnego bezpieczeństwa, jak i dla samego istnienia państwa, zaś zasady życia społecznego chronią zarówno jego członków, jak też całą społeczność przed wpływami zewnętrznymi.

W takim podporządkowaniu nie ma więc niczego upokarzającego. Wręcz przeciwnie – źródłem upokorzenia byłoby nieposłuszeństwo okazywane rodzicom, gwałcenie praw kraju czy ostracyzm, będący skutkiem naruszania zasad społecznych. Tak więc to nie posłuszeństwo – w każdym z tych trzech przypadków – pociąga za sobą karę w postaci upokorzenia, ale odmowa podporządkowania się prawowitej władzy.

Autorytet Kościoła, rodziców i państwa

W tym miejscu niekatolik zaprotestuje bardzo rozsądnie: „Tak, jest to całkowicie słuszne w odniesieniu do władzy, której prawomocność jest uznawana, jak jednak dowiedziecie, że podporządkowanie Kościołowi katolickiemu traktować można tak samo, jak w trzech omawianych wyżej przypadkach? Uważam, że jest to niedopuszczalne, ponieważ podczas gdy w tych trzech przypadkach rzeczywiście uznajemy autorytet, nie uznajemy jednak autorytetu Kościoła katolickiego. Popełniacie więc nadużycie”.

Nasza odpowiedź na ten zarzut brzmi następująco: przypisywanie sobie autorytetu jest główną przyczyną posłuszeństwa, ponieważ wysuwanie takiego roszczenia implikuje świadomość swych praw. Niemal we wszystkich sprawach ludzkich powoływanie się na posiadany autorytet stanowi trzy czwarte usprawiedliwień wysuwanych roszczeń. Gdyby rodzic powiedział do syna: „Nie bądź mi posłuszny”, albo gdyby podobną postawę zajęło względem obywatela państwo – mało kto okazywałby im posłuszeństwo. Ponieważ jednak zarówno rodzic, jak i państwo podkreślają z mocą: „Musisz być mi posłuszny”, nikt nie kwestionuje autorytetu, którego uznanie pociąga za sobą prawo do posłuszeństwa. Pomiędzy Kościołem katolickim, rodzicem oraz państwem istnieje analogia tak ścisła (choć nie całkowita) – że niezwykle łatwo jest wykazać, iż samo przypisywanie sobie pochodzącego od Boga autorytetu władzy dowodzić musi słuszności tego twierdzenia.

Cerkiew prawosławna podporządkowana państwu

Zacznijmy od spostrzeżenia, że Kościół katolicki jest jedynym Kościołem utrzymującym, iż władza jego pochodzi od Boga – i że to temu właśnie boskiemu prawu należy okazywać posłuszeństwo. Można udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że żaden inny „Kościół”, sekta czy denominacja – od Cerkwi prawosławnej po najmniejsze wyznanie chrześcijańskie – nie twierdził nigdy ani nie twierdzi obecnie, że jako jedyny posiada pochodzącą od Boga władzę wymagającą posłuszeństwa od wszystkich chrześcijan świata. Cerkiew jest tak daleka od wysuwania takiego twierdzenia, iż sama przyznaje, że jest jedynie czysto polityczną strukturą służącą zapewnianiu jedności imperium, nigdy też nie starała się poza imperium nawracać pogan na chrześcijaństwo, co więcej – nie wykazywała najmniejszego nawet zainteresowania ich konwersją.

Sam car nie popierał nigdy misji chrześcijańskich. Jedynym „dziełem misyjnym” imperium były prześladowania. Już ten jeden fakt wystarcza by udowodnić, że Cerkiew prawosławna nie przypisuje sobie pochodzącej od Boga władzy nauczania całego świata. Co więcej, nie usiłuje ona definiować dogmatów, nigdy nie przyszło jej do głowy zwoływanie soborów narzucających prawdy wiary – jest to ciało całkowicie martwe i nie wykazujące oznak rozwoju, który jest niezbitym dowodem żywotności Kościoła nauczającego.

Rosyjski „Święty Synod” jest jedynie fikcją i nie rości sobie prawa do ujmowania w formie dogmatycznej doktryny chrześcijańskiej atakowanej przez niewierzących. Schizma doprowadziła do takiego obumarcia rosyjskiego „odgałęzienia” – do takiego uwiądu jej duchowej żywotności na terenie całego imperium – że słusznie można by powiedzieć, iż w protestantyzmie znaleźć można więcej starego katolickiego ducha niż w tej wspólnocie zapoczątkowanej przez Focjusza.

Autorytet ludzki i autorytet boski

Co do Church of England, podkreśla on stanowczo, iż nie rości sobie prawa do nauczania; twierdzi, że ponieważ „wszystkie «Kościoły» zbłądziły” – również on może błądzić. Gwałtownie reaguje też na przypisywanie sobie nieomylności przez Kościół katolicki oraz na definiowanie jej zakresu i przedmiotu – nie będąc w stanie wybaczyć mu takiego formalnego potępienia niezdecydowania i omylności „Kościoła” Anglii.

Istnieje więc na świecie jedno tylko ciało chrześcijańskie roszczące sobie prawo do otrzymanej od Boga władzy nauczania wszystkich narodów i choć to twierdzenie samo w sobie nie dowodzi posiadania tego prawa, jest jednak silnym argumentem na jego prawdziwość. Powracając do naszej analogii, nikt nie myślałby o okazywaniu posłuszeństwa rodzicowi, który powiedziałby: „Nie posiadam otrzymanego od Boga ani ludzi prawa do nauczania”, nikt nie chciałby okazywać posłuszeństwa prawu państwa, które twierdziłoby: „Postępujcie wedle własnych praw, ja bowiem nie mam władzy wymagać żadnej uległości ani karać żadnych politycznych heretyków i schizmatyków”.

Podobnie nikt kto wierzyłby w boskie pochodzenie religii chrześcijańskiej nie powinien okazywać posłuszeństwa religii cara czy królowej Wiktorii (czy też religii wyznawanej przez którąkolwiek z 242 sekt angielskich, czy też 220 sekt amerykańskich), ponieważ każda z tych religii przyznaje, że cały jej autorytet opiera się jedynie na przyzwoleniu jej wyznawców. Pochodząca od Boga władza nauczycielska dana jest nie tylko dla uchwalania praw, ale też dla rządzenia wszystkim co dotyczy zbawienia, dlatego władza ta musi wymagać posłuszeństwa bardziej rozumnego i bardziej moralnego, bardziej wiążącego duchową naturę każdego chrześcijanina, niż wszystkie autorytety rodziców i państw razem wzięte, jako że te ostatnie odnoszą się jedynie do życia doczesnego.

Deifikacja ignorancji i przesądu

O ile więc uznalibyśmy nawet zasadność zastrzeżenia, iż „samo przypisywanie sobie otrzymanego od Boga autorytetu, nie wsparte żadnymi innymi dowodami, nie może być uznane za bezsprzeczny dowód na jego posiadanie”, niemniej powinniśmy uznać, że rezygnacja z roszczenia do posiadania takiego autorytetu może stanowić dowód na to, że się go nie posiada. Twierdzenie: „Nie mogę was nauczać, ponieważ jestem równie omylny jak wy” jest równoznaczne z wyznaniem: „Nie posiadam pochodzącego od Boga autorytetu w stopniu większym niż jakikolwiek inny członek mojej wspólnoty”.

A to właśnie mówią wszystkie „Kościoły” – za wyjątkiem Kościoła katolickiego – swym posiadającym równy autorytet wyznawcom, zaś „teologia” ich składa się z prywatnych opinii poszczególnych osób, z których każda uważa się za kompetentną w dochodzeniu prawdy. Szczycą się one nawet z tego co nazywają „wolnością prywatnego osądu”, a co w istocie jest niewolą własnego eklektyzmu. Ich „autorytetem” jest prywatny osąd jednego lub więcej protestanckich teologów lub własny pogląd na wszystkie doktryny wyrażone w Piśmie św. Innymi słowy, nie posiadają one żadnego autorytetu.

Nazywanie prywatnego osądu teologa czy też własnej interpretacji Pisma „pochodzącym od Boga autorytetem, całkowicie wystarczającym i wiarygodnym”, stanowi w istocie kpinę z najważniejszego dla duszy ludzkiej zagadnienia. Jest to jednak jedyny „boski” autorytet, jaki posiadać można poza Kościołem. Niezależnie od tego, czy chodzi o prawosławnego czy anglikanina, baptystę czy kwakra – jedynym „boskim” autorytetem może być dla nich wyłącznie prywatny osąd ich teologów lub też ich prywatna interpretacja całej doktryny Nowego Testamentu.

Żaden błąd nie wyrządził chrześcijańskiej duszy większej szkody niż błąd będący podstawą protestantyzmu: „Prywatna interpretacja Biblii jest tym samym, co sama Biblia”. Już sam zdrowy rozsądek wystarcza do obalenia tej teorii, stanowiącej deifikację ignorancji i przesądu. Przypisywanie wyłącznego autorytetu Biblii, przy równoczesnym odrzuceniu konieczności Bożego natchnienia przy jej interpretacji, porównać można do twierdzenia, że zasady astronomii poznać można wpatrując się w niebo w gwiaździstą noc. Fałszywości tzw. biblijnego chrześcijaństwa dowodzi każda sekta i każdy z jej wyznawców. Biblia rzeczywiście posiada boski autorytet, jednak nie odnosi się on do prywatnej jej interpretacji.

Chris Jackson

Tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Z księgarskiej półki: Głośna książka pięciu kardynałów „Pozostać w prawdzie Chrystusa” już wkrótce po polsku



POZOSTAĆ W PRAWDZIE CHRYSTUSA

Małżeństwo i Komunia w Kościele katolickim

Pod redakcją Roberta Dodaro OSA

  

Jak pogodzić wierność nauce Kościoła i miłosierdzie względem osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach cywilnych? Pytanie to w ostatnich latach stawiamy coraz częściej.

Przed rozpoczęciem Zgromadzenia Nadzwyczajnego Synodu o rodzinie kardynał Walter Kasper przedstawił swój pogląd na tę delikatną i ważną kwestię. Sporo uwagi poświęcił też zagadnieniu Komunii eucharystycznej i możliwościom włączenia w nią osób rozwiedzionych, które żyją w związkach cywilnych.

Autorzy książki Pozostać w prawdzie Chrystusa w dziewięciu esejach podejmują ów niezwykle ważny dziś temat. Wykazują, że tradycyjnej doktrynie katolickiej, opartej na nauczaniu samego Jezusa, ani też aktualnej praktyce duszpasterskiej nie brakuje prawdziwego miłosierdzia i współczucia. Jeśli zagłębić się w nauczanie Kościoła, można w nim dostrzec autentyczną „ewangelię miłosierdzia”.

„Ta książka stanowi niezbędną pomoc dla zrozumienia synodu o małżeństwie i rodzinie. W szczególności dla zrozumienia tego, dlaczego wierność prawdzie o małżeństwie i rodzinie stanowi nieodzowny fundament miłosierdzia Kościoła dla osób cywilnie rozwiedzionych, które zawarły nowy związek cywilny.”

Abp Stanisław Gądecki
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski


Więcej informacji na stronie wydawnictwa https://www.swietywojciech.pl

wtorek, 3 marca 2015

Wywiad z ks. Emanuelem du Chalardem FSSPX


Od samego początku był Ksiądz jednym z najbliższych współpracowników abp. Lefebvre’a. Ja sam poznałem Księdza, gdy przyjechał Ksiądz głosić rekolekcje kapłańskie w Ecône i nauczył mnie doceniać ducha stanowiska naszego Bractwa. Jaka była idea kapłaństwa abp. Lefebvre’a, czym było dla niego kapłaństwo?

Po pierwsze nie powiedziałbym, że byłem „bliskim współpracownikiem” abp. Lefebvre’a. To prawda, że znałem go praktycznie od samego początku istnienia Bractwa, odkąd wstąpiłem do seminarium w Ecône we wrześniu 1970 r., a więc w roku, w którym seminarium zostało otwarte. Później pozostawałem z nim w kontakcie, ponieważ regularnie kilka razy w roku odwiedzał Rzym, ale także dlatego, że chciał być dobrze zorientowany w tym, co dzieje się w Wiecznym Mieście. To wszystko.

Mówić o abp Lefebvrze i o kapłaństwie to właściwie mówić o tym samym. Arcybiskup był nie tylko przykładem pełni kapłaństwa, ale był również, jak napisano, „doktorem” lub „mistrzem” kapłaństwa. Tak wiele kazań, konferencji, tak wiele rekolekcji! Prawdziwie kochał kapłaństwo i uznawał je za wielki dar Boży.

Dobrze wiemy, że Arcybiskup nie mógł mówić o kapłaństwie, nie mówiąc o Mszy św. Lubił powtarzać: „Nie ma Mszy bez kapłana i nie ma kapłana bez Mszy”. Msza św., ponieważ jest uobecnieniem na ołtarzu Ofiary naszego Pana, jest dziełem Odkupienia wciąż ponawianym, w każdym czasie, nawet dzisiaj. A „Odkupienie” oznacza zbawienie – zbawienie dusz, zbawienie świata.

Nasz założyciel, wielki misjonarz, mówił, że Msza święta i piękna liturgia są w swej istocie misyjne. Msza święta jest największym skarbem Kościoła. Jeśli traci swój sens, to wszystko jest stracone. W Kościele wszystko zaczęło się rozpadać, kiedy sens Mszy został utracony, do czego doszło na skutek reformy liturgicznej.

Prawdziwa reforma liturgiczna powinna ponownie odnaleźć prawdziwy sens Mszy św. oraz nieskończone bogactwo liturgii. Sukces wszystkich dzieł abp. Lefebvre’a tkwi właśnie w tym.

Często widzimy, że obecny kryzys w Kościele jest tak naprawdę przede wszystkim kryzysem „ludzi Kościoła”, a szczególnie jego kapłanów. Niektórzy z nich są zdezorientowani, inni zbyt „oryginalni”, wielu jest „pospolitych”, omal że przygniecionych przyziemnym sposobem widzenia rzeczywistości; jednym słowem, są oni „światowi”. Jakie są główne bolączki obecnego kryzysu kapłaństwa?

Głównym powodem kryzysu kapłaństwa jest utrata kapłańskiej tożsamości. Wielu księży nie wie, kim są ani dlaczego są kapłanami. To konsekwencja faktu, że nie wiedzą, czym jest Msza św.

Każdy, kto choć trochę zna tajemnicę ołtarza, rozumie wielkość i znaczenie kapłaństwa. Podczas ceremonii święceń pontyfikał – a przynajmniej tradycyjny pontyfikał – bardzo jasno poucza biskupa, że „kapłan jest ustanawiany w celu odprawiania Mszy św. za żywych i umarłych”.

Pamiętam, jak któregoś dnia przed spotkaniem zaprzyjaźnionych księży zapytałem pewnego zakonnika, czego ci kapłani potrzebują. Jego odpowiedź była natychmiastowa: „Niech im ksiądz wytłumaczy co to jest kapłaństwo, bo oni tego nie wiedzą”. To wydarzenie uderzyło mnie, a zarazem uświadomiło, że ci księża – i to nie jest ich wina – zostali pozbawieni prawdziwej formacji kapłańskiej.

Zna Ksiądz książkę La sainteté sacerdotale (‘Kapłańska świętość’, wyd. Clovis 2008 – przyp. tłum.), napisaną przy użyciu cytatów ze słów abp. Lefebvre’a. Wielu duchownych ją czytało, a jeden z biskupów, który został wyświęcony w latach 70., zwierzając mi się z wielkim smutkiem, zapytał: „Ale czemu nikt nam tego nie wytłumaczył?”.

W pracy duszpasterskiej młodzi kapłani są niekiedy bardzo nieroztropni. Są bardzo „młodzi”, a czasem po prostu brakuje im wskazówek, jednak często szukają ich w Tradycji. Na co możemy liczyć ze strony młodego duchowieństwa?

Nie byłbym zbyt surowy dla młodych księży interesujących się Tradycją. Wielu z nich studiuje i czyta dobre książki; swoją posługę wykonują dosyć dobrze – robią, co mogą. Inni mogliby zrobić dużo więcej. Ich niedostatkiem nie jest brak wielkoduszności, ale brak formacji. Oni po prostu nie znają wszystkich niezbędnych środków potrzebnych do pozyskania jak największej liczby dusz. W seminarium uczono ich, że pierwszym narzędziem uświęcenia jest oddanie się apostolatowi, co nawet stwierdza kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. Brakuje im jednak prawdziwego życia duchowego, którego potrzebują, aby móc to zrobić. Według Tradycji i całego Magisterium kapłan jest przede wszystkim człowiekiem modlitwy, co bardzo dobrze wyraża kodeks z 1917 r.; apostolat jest na drugim miejscu.

Apostolstwo bez modlitwy jest niczym „wiatrak” – wiele wysiłku, wielki ferwor, ale brak prawdziwych owoców. Pius X w swojej adhortacji apostolskiej Haerent animo bardzo dobrze to wyjaśnił. Coraz więcej kleryków i młodych księży na całym świecie interesuje się Tradycją. Jestem przekonany, że jeśli Pan Bóg ich do tego natchnął i na to pozwolił, to niewątpliwie jako przygotowanie do ich powrotu do Tradycji.

Przykład zgromadzenia franciszkanów Niepokalanej rozbudził nadzieje. Jego członkowie często byli oskarżani o „kryptolefebryzm”. A jednak ich poglądy dotyczące Mszy, soboru i sytuacji Kościoła bardzo różnią się od naszych. Co Ksiądz o tym sądzi?

Wydaje mi się, że tym, co ze strony zakonów spotyka się z największym brakiem akceptacji czy tolerancji, nie jest kwestia Mszy św. lub soboru, ale tradycyjnego życia zakonnego, jakie przez stulecia prowadziły wszystkie zgromadzenia.

Widać to wyraźnie, gdy czyta się wywiady oraz teksty autorstwa osób odpowiedzialnych za życie zakonne lub odpowiedzialnych za ten rok [2015] jako jemu poświęcony. Zdaje się, że dla nich jedynym prawdziwym problemem jest nadmierne przywiązanie i wierność wobec dawnych form życia zakonnego, co hamuje prawdziwą reformę. Ci innowatorzy zdają się nie troszczyć o osobiste uświęcenie, szacunek dla złożonych ślubów, życie modlitewne i umartwienie, które są fundamentem poważnie traktowanego życia religijnego.

Co do franciszkanów Niepokalanej, to fakt, że docenili wspierające tradycyjną Mszę św. motu proprio papieża Benedykta XVI i że publikowali teksty dotyczące rangi nauczania II Soboru Watykańskiego, był z pewnością pretekstem do uderzenia w nich. Ostatecznie tym, co nie mogło zostać zaakceptowane, było ich wzorowe życie zakonne oraz powaga i wierność, z jaką traktowali własną regułę, będące wyrzutem sumienia dla członków innych zakonów, zwłaszcza synów św. Franciszka. Być może były pewne trudności z kierunkiem, w jakim to szło – nie wiem; tak mówią. Jednak które zgromadzenie zakonne nie przeżywa trudności? To ludzkie. Ale w takich wypadkach władza koryguje, a nie niszczy!

Franciszkanie Niepokalanej są rodzajem ostatecznego dowodu na niepowodzenie reform soborowych. Ten zakon, żyjący w rzeczywistym ubóstwie, prowadzący intensywne życie modlitewne i praktykujący prawdziwą pokutę był przeciwieństwem reform ukierunkowanych raczej na życie łatwiejsze i bardziej otwarte na świat. Co więcej, mieli powołania, a było ich coraz więcej, gdy okazali pewną sympatię względem tradycyjnej Mszy św.

Ten, kto porzuca Tradycję, jałowieje, a kto do niej powraca, staje się płodny. Nasz Pan powiedział, że drzewo poznaje się po owocach. Ale zamiast dostrzec w tych zakonnikach znak dany przez Opatrzność dla zażegnania kryzysu życia zakonnego, woleli ich zniszczyć… jak Pan Jezus powiedział w Ewangelii: [jest to podobne do tego] jak Żydzi w Starym Testamencie zabijali prawdziwych proroków, którzy wzywali ich do powrotu na właściwą drogę.

Co najmniej tyle można powiedzieć, że ci, którzy od wewnątrz pracowali przy ich niszczeniu, współpracowali w dziele szatańskim.

Niemniej jednak jest coś nieobliczalnego w umieszczeniu ich pod kontrolą kuratora, a następnie czystce – czy może powiedzmy: prześladowaniu – gdy jednocześnie, przynajmniej na pozór, panujący w Kościele ton to, jak się wydaje, tylko otwartość i miłosierdzie. Jak by to Ksiądz skomentował?

Nie śledziłem tych wydarzeń od samego początku, ale jest dla mnie oczywiste, że surowość zastosowanych środków i wykorzystanych metod była daleka od wyrozumiałości i miłosierdzia – nawet jeśli sądzić, że były tam błędy – ale również daleka od szacunku dla osób, tak mocno akcentowanego przez sobór i kodeks prawa kanonicznego z 1983 r.

Niestety, w przypadku Kongregacji ds. Zakonów stosowanie podobnych metod nie jest niczym wyjątkowym. Jest mnóstwo innych spraw, które, gdyby wierni o nich usłyszeli, mogłoby sprowokować prawdziwy skandal i przynieść wstyd „ludziom Kościoła” używającym swojej władzy wbrew wszelkiej sprawiedliwości.

Jeśli chodzi o to, co dotyczy zakonnic, to przecieki dotyczące raportu po prostu mnie zgorszyły – raport mówi bowiem, że „siostry za dużo się modlą i za dużo pokutują” i że siostry klauzurowe są „zbyt zamknięte”, że pilnie potrzebują „programu reedukacji zgodnego z kryteriami II Soboru Watykańskiego”. Klasztory przymusowej reedukacji: czy tak ma wyglądać życie zakonne?

Nie umiem powiedzieć niczego więcej w tej sprawie. Mogę tylko stwierdzić, że od lat życie zakonne, zwłaszcza życie kontemplacyjne, jest niedoceniane. Wielu biskupów wywiera presję na klasztory kontemplacyjne, aby „bardziej się otworzyły”, aby przyjmowały grupy, grupy szkolne, grupy modlitewne, aby słuchały wiernych itd. Przez lata, nawet przed soborem, życie małżeńskie było wywyższane kosztem pogardzanego, przynajmniej w sposób dorozumiany, dziewictwa konsekrowanego; w rzeczywistości życie konsekrowane jest lepsze od małżeństwa.

Według nowinkarzy mężczyzna i kobieta są przeznaczeni do tego, aby w pełni zrealizować się w życiu małżeńskim. Jakby dziewictwo konsekrowane było przeszkodą w tym, by w pełni stać się mężczyzną lub kobietą! To jest absurdalne! W końcu to podejście zniszczyło nie tylko życie konsekrowane, ale również samo małżeństwo – takie, jakim chciał je Bóg. Nie wiemy, co rok życia konsekrowanego przyniesie zakonom kontemplacyjnym, ale istnieją poważne powody do obaw. Te klasztory naprawdę są latarniami morskimi i piorunochronami Kościoła. Niszcząc je, można pogrążyć Kościół.

Zmieńmy temat. Przez ostatnie trzy lata obserwowaliśmy początki działalności przedseminarium w Albano. Odważni młodzi ludzie wstąpili do niego; niektórzy z nich zdecydowali się pójść do seminarium. Czy może Ksiądz powiedzieć kilka słów o początkowej formacji powołań?

Nawet jeśli liczba Bożych dróg jest nieskończona, to zwykle naturalną kolebką powołań jest katolicka rodzina, a później przykład prawdziwych i świętych kapłanów w parafii. Służba liturgiczna – ministrantura – odgrywa decydującą rolę, przybliżając przepełnionych szacunkiem młodych chłopców do ołtarza. Tradycyjna liturgia daje poczucie tajemnicy i sacrum, które dziś dla wielu ludzi już nie istnieją. Ideałem katolickiej rodziny była duża rodzina, zawsze uważana za chwałę dla Kościoła. Zatem duże rodziny są zwykle źródłem wielu powołań, w Bractwie jest wiele tego rodzaju przykładów. Ktoś mógłby zapytać, skąd ten związek pomiędzy dużymi rodzinami i powołaniami?

Duża rodzina wymaga od rodziców ducha ofiarności i poświęcenia, a od dzieci zdolności do dzielenia się, do wyrzeczenia. Nie mogą żyć jako egoiści; starsze pomagają młodszym. Czy istnieje lepszy sposób, aby wychować dziecko w duchu ofiary i służby?

Powołanie jest przede wszystkim odpowiedzią na Boże wezwanie do poświęcenia siebie, do zostawienia wszystkiego i podążania za Panem Jezusem. Ten, kto nie jest zdolny do poświęcenia, będzie mieć trudności z odpowiedzią na Jego wezwanie. Poza tym życie seminaryjne jest życiem uregulowanym i wspólnotowym. Jeśli ktoś nie jest do takiego życia zdolny, to realizacja powołania może być dla niego bardzo trudna, niemal niemożliwa.

Właśnie dlatego Bractwo otwiera coraz więcej przedseminariów: aby sprawdzić i umocnić powołania, ale również by wdrożyć przyszłych seminarzystów do uregulowanego i wspólnotowego życia.

Bóg jest nieprześcigniony w czynieniu dobra. Co można powiedzieć młodym ludziom rozeznającym swoje powołanie?

Jak mawiał abp Lefebvre: „Włochy to kraj powołań”. Podzielam to zdanie, i to z wielu powodów. Przede wszystkim powołanie jest dziełem Boga.

Wielu spośród tych młodych ludzi nie pochodzi ze środowisk tradycjonalistycznych. Do seminarium prowadzą bardzo różne ścieżki. Bóg dokonuje prawdziwych cudów! Życie kapłańskie jest najpiękniejszym, jakie tylko może istnieć na tej ziemi. To jest życie, które może dać pełną satysfakcję. Co jest piękniejszego i większego ponad to, że można każdego dnia sprawować Najświętszą Ofiarę, a tym samym – przez sakramenty i przepowiadanie – być narzędziem zbawienia i uświęcenia dusz? Rzeczywiście, nikt nie jest tego godny, nikt nie może sobie rościć do tego pretensji. To jest naprawdę wezwanie od Boga, wezwanie od Pana Jezusa.

Jeśli spojrzeć na ostatnie wydarzenia w Kościele, na nadzwyczajny synod, na niefortunne wypowiedzi niektórych biskupów, to niekiedy można poczuć, tak po ludzku, zakłopotanie, dezorientację, gorycz. Ale z upływem czasu widać działanie Bożej Opatrzności.

Te dwa tygodnie, podczas których obradował synod, były dniami dla Kościoła dramatycznymi; dniami mrocznymi i pełnymi bólu, kiedy Kościół został upokorzony przed całym światem. Widzieliśmy następców Apostołów nie tylko podających w wątpliwość nauki naszego Pana, ale również wyraźnie sprzeciwiających się Ewangelii. To nie są skomplikowane kwestie doktrynalne, ale jasne i proste nauczanie, które każdy może zrozumieć. Pewne aspekty odnoszące się do prawa naturalnego możemy poznać i przyjąć za pomocą samego tylko rozumu. W rzeczywistości wielu ludzi, nawet niepraktykujących, było zaskoczonych przebiegiem synodu.

Bóg jest ponad wydarzeniami na tym padole łez; jest On ponad zdradą tak wielu ludzi Kościoła. Bez względu na to, co się dzieje, nikt nie może Go powstrzymać od okazywania dobra ludziom, a On nawet ze zła może wyprowadzić dobro.

Z drugiej strony synod był okazją dla kilku odważnych biskupów, by powstać i zjednoczyć się w obronie zdrowej doktryny. Było to dla mnie wielką pociechą. Ich przykład stanowił olbrzymią zachętą dla wielu wciąż prawomyślnych katolików, cierpiących z powodu pewnych odchyleń, nawet jeśli tego publicznie nie okazują.

Kolejnym bardzo pozytywnym aspektem jest to, że mogliśmy zobaczyć, iż wielu dobrych ludzi, zwłaszcza młodych, poszukuje prawdy i autentycznego chrześcijańskiego życia. Im trudniejsza wydaje się sytuacja, tym lepiej widać, jak coraz więcej tych dusz poszukuje prawdziwej nauki. Tradycja jest dla nich latarnią morską.

Jest Ksiądz osobiście zaangażowany w misję w Indiach, gdzie zresztą teraz przebywa, a nasza rozmowa jest prowadzona za pomocą poczty elektronicznej. Jakie są Indie, jakie nadzieje towarzyszą Kościołowi na tym wielkim subkontynencie?

Indie są ogromne, liczą 1,3 mld mieszkańców, z których katolicy stanowią zaledwie 1,5%. Patrząc czysto po ludzku i biorąc pod uwagę dzisiejszy stan Kościoła, łatwo można byłoby stracić nadzieję – wśród tutejszych duchownych, jak prawie wszędzie na świecie, obecny jest modernizm, więc brakuje im zapału misyjnego. Szkoda tym bardziej, że Hindusów charakteryzuje wrodzona naturalna religijność, co sprawia, że łatwo tu o nawrócenia. Co więcej, ubóstwo (co nie znaczy nędza, nawet jeśli ona istnieje) sprzyja wierze. Widzimy w naszych krajach, jak bogactwo i dobrobyt sprzyjają nie wierze, ale jej porzucaniu.

Jak wygląda życie zakonne naszych sióstr w Indiach? Jak wygląda ich misja, ich dzień? Co robi na Księdzu największe wrażenie, gdy chodzi o życie poświęcone Bogu i bliźnim?

W tak bardzo pogańskim świecie dobrze jest ujrzeć dzieło prawdziwie katolickie. Ten sierociniec prowadzony przez siostry Najświętszego Serca znajduje się daleko na południu Indii, dziesięć minut od przeoratu naszego Bractwa (przeorat pw. Trójcy Przenajświętszej w Palayamkottai – przyp. tłum.). Mieszkają tam trzy siostry profeski, dwie nowicjuszki, postulantka, trzy wolontariuszki, 50 dziewcząt, 12 osób starszych lub niepełnosprawnych, a także pracownicy zajmujący się kuchnią, utrzymujący porządek i doglądający pięciu krów oraz cieląt. W sumie około 80 osób znajduje się pod całkowitą opieką sióstr, będąc nie tylko utrzymywanych przez nie, ale także leczonych, bo nie ma tam opieki zdrowotnej. Siostry dbają również o edukację dziewcząt i w ogóle o obsługę całego ośrodka. Nie otrzymują żadnej pomocy rządowej – ta praca jest całkowicie w rękach Bożej Opatrzności. Jest to nieprzerwanie trwający cud, który zawdzięczamy hojności naszych przyjaciół, dobroczyńców i czytelników naszych stron internetowych.

Jednak najbardziej budującym aspektem jest życie codzienne sióstr i ich podopiecznych, wypełnione nie tylko aktami miłosierdzia, ale także modlitwą – modlitwą, w której wszyscy mieszkańcy mają udział; jest to zwłaszcza Msza św. i codzienny różaniec. Dziewczęta i staruszkowie tam mieszkający są tym bardziej zadziwiający, że nie zawsze są katolikami; zostali przyjęci przez siostry bardziej ze względu na stan zdrowia niż z powodu problemów moralnych czy społecznych. Obecnie kilku pensjonariuszy wciąż wyznaje hinduizm, ale powinien Ksiądz zobaczyć jak się modlą i jak uczestniczą we Mszy św. Prawie wszyscy w końcu proszą o chrzest.

Życie tych sióstr jest przykładem dla wszystkich: to duchowa i materialna siła napędowa tego domu.

Dziękuję za te wszystkie refleksje, którymi Ksiądz się z nami podzielił.

Rozmawiał ks. Maksymilian Sbicego FSSPX.

Źródło informacji: WIADOMOŚCI TRADYCJI KATOLICKIEJ

x. prof. Tadeusz Guz - Zasady myślenia katolickiego



poniedziałek, 2 marca 2015

Kardynał Burke: trzymajmy się mocno prawd wiary




„Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, musimy zanurzyć się w niezmiennym nauczaniu Kościoła i przekazywać je naszym dzieciom, by wzmocnić jego zrozumienie w naszych parafiach i rodzinach. Nasz Pan nie zapewnił nas, że Kościół nie będzie atakowany, także od wewnątrz. Zapewnił nas, że bramy piekielne Go nie przemogą” – powiedział w rozmowie z „Rorate Caeli” kard. Raymond Leo Burke. Jak dodał, jako katolicy musimy z radością i determinacją dawać świadectwo wiary.


Czytaj dalej

czwartek, 26 lutego 2015

O tym, jak Msza tradycyjna wspiera aktywne uczestnictwo bardziej aniżeli Nowa Msza



Ileż to razy miłośnicy Mszy tradycyjnej słyszą zarzut: „Nowa Msza jest lepsza od starej, gdyż pomaga wiernym w bardziej aktywnym uczestnictwie”, czy też „Starą Mszę było trzeba po prostu zreformować, bo tylko ksiądz robił cokolwiek, a ludzie byli niemymi obserwatorami”. Celem tego artykułu jest ukazanie, iż rzeczy mają się zupełnie inaczej.

Z księgarskiej półki: Autorytet doktrynalny św. Tomasza z Akwinu


o. Santiago Ramirez OP

AUTORYTET DOKTRYNALNY 
św. Tomasza z Akwinu



Katolicki Instytut Apologetyczny, Warszawa 2014
ISBN: 978-83-937882-0-0
Format: 195x125, ss. 322, op. miękka,  cena: 40,00 zł
Książka do nabycia w Księgarni Rodziny Katolickiej

Książka Ramireza stanowi bardzo ciekawe opracowanie problemu autorytetu, jakim Kościół darzy św. Tomasza z Akwinu i jego doktrynę. Jest to również cenny zbiór opatrzonych komentarzem wypowiedzi papieskich dotyczących znaczenia Akwinaty dla katolickiej doktryny, pochodzących głównie z XIX i pierwszej połowy XX wieku. W obszernym załączniku zamieszczono pokaźny zbiór papieskich dokumentów odnoszących się do nauczania św. Tomasza.

wtorek, 24 lutego 2015

Michael Voris rozmawia z autorem książki "Oszustwo Medjugorje" E. Michaelem Jonesem



W drugiej części naszego programu mówić będziemy o Medjugorie. Od jakichś 600 lat (żart) mają tam miejsce objawienia, więc postaramy się to jakoś rozgryźć i rozłożyć na czynniki pierwsze. Jednym z najlepszych ekspertów w tej dziedzinie jest autor książki Medjugorie Deception\Oszustwo Medjugorie, E. Michael Jones, który jest z nami w studio.


Witam.

Proszę opowiedzieć nam pokrótce, co się wydarzyło ostatnio w Watykanie odnośnie tych rzekomych objawień.

Kardynał Ruini przekazał swój raport do Watykanu. Komisja, powołana przez Watykan, zakończyła raport i został on przekazany dalej. Wydaje mi się, że miało to nastąpić rok temu, ale wynikły jakieś opóźnienia (z powodu abdykacji Benedykta XVI - przyp. tłum.). Tak więc raport został złożony i teraz wszystko w rękach papieża Franciszka.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, to jakim sposobem jakikolwiek raport czy śledztwo może być zakończone, gdy przedmiot śledztwa (objawienia) wciąż trwa.

Natura tych rzekomych objawień, czymkolwiek są, nie ma nic wspólnego z oceną ich autentyczności. W XVIII w. Kościół ustanowił kryteria, według których oceniane są prywatne objawienia. Była to kontynuacja wcześniejszych badań dotyczących kanonizacji świętych i tego, jak badać tego typu zjawiska. Te kryteria są bardzo jasne. Jeśli pojawia się jakikolwiek dowód kłamstwa czy manipulacji, te dwie rzeczy, którymi się tutaj zajmujemy, to muszą być one zbadane w ten sam sposób jak podczas zeznań w sądzie. Nie zakładamy, że jest tam coś nadprzyrodzonego, opieramy się na zebranych dowodach. I jeśli coś się w trakcie pojawia, jest dyskwalifikowane.

Porozmawiajmy teraz o ludziach, którzy byli w Medjugorie i widzieli to wszystko. Wielu z nich jest bardzo zaangażowanych. Twierdzą, że wrócili do wiary, że przezwyciężyli kryzys wiary. Nie chcę, by ktoś pomyślał, że żartujemy sobie z ludzi, którzy wierzą w Medjugorie. Chcemy tylko obiektywnie ocenić to zjawisko, informacje, których dostarczają widzący oraz ludzi, którzy tam na miejscu to wszystko wspierają. Nie chcemy oceniać ludzi, którzy jeżdżą tam na pielgrzymki. Jakie jest pana zdanie na temat "dobrych owoców" Medjugorie?

Argument o "dobrych owocach". Po pierwsze, chciałbym powiedzieć, że argument o "dobrych owocach" automatycznie eliminuje argument o "złych owocach". A złych owoców jest tam pełno. Napisałem na ten temat cały tom. Począwszy od rozbijanych małżeństw, poprzez molestowanie seksualne pielgrzymów, seanse spirytystyczne, wojnę domową i ludzi zabijanych w kraju, w którym podobno objawia się Królowa Pokoju.

Przecież to cała lista złych owoców!

Możemy mówić o bardzo wielu złych owocach, ale żaden z nich nigdy nie jest poddawany dyskusji.

Handel ludźmi to poważny zarzut. Czy widzący mają z tym jakiś związek?

Musimy rozgraniczyć widzących od ludzi, którzy faktycznie kierują tym wszystkim. Wzorcowym przykładem, o którym już kiedyś mówiłem, jest proces czarownic z Salem. Były tam dzieci, które zostały przyłapane na robieniu czegoś, czego nie powinny, a przyłapane wymyśliły historyjkę, która zaczęła żyć własnym życiem w chwili, gdy pastor orzekł, że to wszystko prawda. To samo wydarzyło się w Medjugorie. Być może te dzieciaki coś paliły, sam nie wiem co, jedno z nich miało opinię punkowca z Sarajewa, ale zostały przyłapane i zabrane do kościoła. Jozo Zovko przesłuchał je a zaznania nagrał, kaseta z nagraniem wciąż tam jest. To jasne, że im uwierzył. W pewnym momencie orzekł, że to wszystko prawda. I wtedy zaczęły się objawienia a zakon franciszkański zaręczył za ich wiarygodność. I o to tu chodzi. Trzeba też prześledzić życiorysy ludzi, którzy za tym stali, czyli franciszkanów. Jeżeli przyjrzymy się bliżej, zobaczymy wiele złych rzeczy. Nie ja jeden mówię o tym, ale jestem pierwszą osobą, która ujawniła historię nieślubnego dziecka o. Tomislava Vlasica. Było to 25 lat temu. Teraz można dowiedzieć się o tym na stronie diecezji Mostar. Tomislav Vlasic, razem z o. Jozo Zovko, został usunięty z zakonu, gdyż nie poddał się pod suspensę, którą nałożono na niego wiele lat temu. Usunięto go głównie za wykorzystywanie seksualne pielgrzymów i seanse spirytystyczne (w org. trafficking in spirits - przyp. tłum.).

To były ksiądz.

Były ksiądz franciszkański. A więc trzeba to wszystko dodać, by mieć pełny obraz a nie skupiać się tylko na tych dzieciach lub na orędziach.

Mamy teraz na ekranie wypowiedzi widzących lub to, co rzekomo powiedziała Matka Boska. Przyjrzyjmy się niektórym. Są naprawdę dziwne. Nie wydaje mi się, by zbyt wiele osób, które dają temu wszystkiemu wiarę, lub zastanawiają się nad autentycznością Medjugoria, znało te wypowiedzi. Wiele z nich pochodzi z książki o. Janko Bubalo.

Zwolennik.

Tak, on jest pro-Medjugorie. Twierdzi, że widząca Miriana poprosiła Panią o znak i wtedy wskazówki jej zegarka obróciły się. W 1981 widzący twierdzili, że Dziewica znikała kilka razy, gdyż ludzie deptali po Jej welonie. Kilka miesięcy później, wieczorem podczas zjawienia, ludzie po kolei dotykali welona, głowy, ręki i sukni Zjawy. Na koniec Dziewica była brudna i cała poplamiona. Miesiąc później Vicka zapisała w swoim dzienniczku: "Zapytaliśmy Panią o mężczyznę, który..." to długi fragment o poplamionej chusteczce, pominiemy go, gdyż ma dodatkowy kontekst. Kilka miesięcy później Jakov spytał "Panią", czy drużyna Dynamo z Zagrzebia wygra zawody, co wywołało szaleńczy śmiech innych widzących. Królowa Nieba przychodzi na ziemię i irytuje się, bo ludzie depczą jej welon, dotykają Jej, mimo że nie ma tam niczego fizycznego do dotykania, i pokrywa się błotem. A to dopiero początek, rok 1981. Czy rzeczy tego rodzaju mogą być czerwona flaga? Dzwonkiem alarmowym? Jeśli jesteś katolikiem, reagujesz - co?!

Jasne. Ważne jest, by przypomnieć, że to wszystko było drukowane przez zwolenników Medjugorie. Po drugie, na początku widzący wypowiadali się szczerze, mówili wprost do ludzi i była to jedna bzdurą za drugą.Stopniowo franciszkanie przejęli kontrolę nad widzącymi i nad przesłaniami. Franciszkanie byli wykształceni w dziedzinie teologii i usuwali niedorzeczności.

Czy może nam pan nakreślić tło? To ważne, by zrozumieć kontekst konfliktu między franciszkanami a lokalnym biskupem.

Istniał tam konflikt o jurysdykcję nad lokalnymi parafiami. Biskup chciał przejąć nad nimi kontrolę, franciszkanie z kolei chcieli zatrzymać je w swoich rękach. Wywiązał się spory konflikt, w wyniku którego cała gałąź zakonu została zasuspendowana. Takie jest tło tych objawień. Toczyła się bitwa a franciszkanie potrzebowali czegoś by pokonać biskupa. Czy może być coś lepszego, niż Matka Boska, która staje po naszej stronie i mówi, że to my mamy rację a biskup się myli? Oto kontekst.

A cała historia nie ma bez niego żadnego sensu. Wielu ludzi sympatyzuję z Medjugorie lub jest skłonnych, by w nie wierzyć, bo któż by nie chciał, by objawiała się Matka Boska i pocieszała swoje dzieci. Ale nie o to chodzi. Istotny jest kontekst, w którym się to wszystko dzieje. Przejdźmy do drugiej części. O. Tomislav Vlasic pyta widzących: "Czy uważacie, że Dziewica Maryja jest tą, która udziela łask czy tą, która modli się do Boga?" Vicka odpowiada: "Tą, która się modli." Mamy tu problem teologiczny. Czy postrzegasz Maryję, która ci się objawia, jako tą, która udziela łask, a jest to tradycyjne katolickie nauczanie, czy jaką tą, która się tylko modli do Boga. A ona (Vicka) odpowiada: "Ona się tylko modli do Boga".

Więc Ona nie udziela łask, nie jest Mediatrix.

I jest to sprzeczne z katolickim nauczaniem.

Dzieci nie są teologami.

To było w 1984 roku, początek objawień. Kolejny punkt. Dziewica miała we zwyczaju odmawiać Ojcze nasz razem z widzącymi. Wielu z was może nie zdawać sobie sprawy, że gdy Nasza Pani się objawia i modli się z widzącymi, odmawia, jak twierdzą, Ojcze nasz, ale pytanie brzmi - jak Maryja może mówić: i odpuść nam nasze winy, skoro sama jest bez grzechu? W Lurdes Maryja miała zamknięte usta podczas odmawiania Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, odmawiała natomiast Chwalą Ojcu podczas różańca. Kolejna rzecz. Miriana zapytała Dziewicę: "Czy wiele dusz jest potępionych?" A Ona odpowiedziała: "Dzisiaj wiele dusz idzie do czyśćca". To ciekawe, wziąwszy pod uwagę nauczanie św. Augustyna czy św. Tomasza czy wielu innych świętych, którzy twierdzili, że wiele dusz jest potępionych.

Ewangelie także.

Ewangelie też. Więcej idzie do piekła niż do nieba, to pewne.

"Wąska jest brama" itp.

To kłopotliwe sprawy. A tutaj najbardziej szokujące. Nasza Pani mówi rzekomo podczas jednego z pierwszych objawień (1981), że wszystkie religie są równe przed Bogiem. Słysząc coś takiego, jeśli jesteś katolikiem, natychmiast to odrzucasz. Absolutna herezja. Nie ma mowy, by Matka Boża powiedziała coś takiego. Dziewica, która wydała na świat Boga, mówi, że wszystkie religie są równe? Więc czemu zgodziła się, by zostać Matką Boga? Mamy tu olbrzymi problem. Skąd więc tyle wiary w te rzekome objawienia?

Ma to swoje źródło w kryzysie w Kościele z początku lat 60-tych. Mamy tu sytuację, gdzie wszystko wydaje się być na sprzedaż, co jeszcze będą zmieniać, w co mam wierzyć? I nagle pojawiają się jacyś ludzie, jak ci tutaj, i mówią - odrzućcie to wszystko, oto tu jest przesłanie prosto od Boga, wszystko jest ok. Wielu znalazło w tym ukojenie. Otrzymałem kiedyś list, w którym ktoś napisał -"Może wszystko jest źle, ale zawsze mamy Bayside" (fałszywe objawienia w USA z lat 70-tych). I z tym mamy do czynienia. Oszust w rodzaju Veroniki Lueken ("widząca" z Bayside) przychodzi i mówi: Wiem, co czujecie, ale prawda jest taka, że prawdziwy papież Paweł VI został porwany, tu są zdjęcia jego uszu (odniesienie do teorii, że papież Paweł VI został podmieniony- przyp. tłum.). I nagle wszyscy czują ulgę i mówią - teraz rozumiem. I to właśnie generują tego rodzaju wydarzenia. W Kościele brak jest autorytetu, mają miejsce różne nadużycia, która są tolerowane i oto pojawia się głos z nieba, który mówi - wszystko w porządku.

Jest to psychologiczna gra na umysłach. Ludzie muszą mieć poczucie sensu wobec chaosu w Kościele. Jest to prawie niemożliwe, jeśli rozejrzysz się dookoła, chyba że przyznasz sam przez sobą, że dzieją się naprawdę strasznie, bezbożne rzeczy. A wielu nie chce tego uznać, wolą zwrócić się w stronę wydarzeń, które mają ta mistyczna, duchową pieczątkę prosto z nieba.

Tak, wyeliminować to, co pośrodku, dotrzeć do źródła i czujesz się lepiej, przynajmniej przez jakiś czas.

Mówił pan na początku, że wszystko jest teraz na biurku papieża Franciszka. Z czym będzie się musiał Franciszek zmierzyć?

Dostaję maile, w których ludzie pytają, jak zareaguję, gdy Medjugorie zostanie uznane. Odpowiadam, że Kościół nigdy tego nie uzna, to niemożliwe. Postawiłbym na to ostatniego dolara. Dwóch biskupów potępiło Medjugorie a lokalni biskupi są w pierwszej kolejności autorytetami w tej materii. Obaj odmówili uznania objawień twierdząc, że to oszustwo. Konferencja biskupów Jugosławii nie zatwierdziła autentyczności. Ostatnio diecezja Mostaru zamieściła na swojej stronie info o seansach spirytystycznych, o nadużyciach seksualnych. Kościół za nic w świecie nie uzna tego. I teraz, testem pontyfikatu Franciszka będzie, czy coś z tym zrobi czy nie. Gdyż cała strategia nie polega na tym, by uzyskać potwierdzenie, ale by wszystko nadal toczyło się starym torem. Zostawcie nas w spokoju, nie mówcie nic negatywnego, nic nie róbcie. W ten sposób będziemy mogli po staremu zarabiać pieniądze, prowadzić biznesy i wszyscy będą szczęśliwi. I jeśli tak się znowu stanie, to dla mnie osobiście będzie to sygnał, że Franciszek nie ma kontroli nad swoim pontyfikatem.

Wielu ludzi mówiło to samo o Benedykcie XVI.

Moim zdaniem, powodem rezygnacji Benedykta był nieudany pontyfikat. Porażka, do której przyczynili się ludzie, którzy kierowali tym pontyfikatem. Benedykt nie miał nad tym żadnej kontroli. Za sukcesem Medjugorie stoją ludzie, którzy mają wystarczająco władzy, by nie dopuścić do żadnej krytyki. Dzieje się tak od 30 lat a powody są różne. Na początku była to antykomunistyczna krucjata, pranie pieniędzy, biskup Milic był w to zamieszany. Gdy byłem tam ostatnio, biskup Peric powiedział, że franciszkanie mieli tyle pieniędzy, że założyli własny bank. I gdy doda się to wszystko razem, pranie pieniędzy, handel ludźmi, znajdziemy się w samym centrum kryzysu, z którym musi się zmierzyć Watykan. Benedykt nie poradził sobie z tym i dlatego zrezygnował. Pytanie, czy Franciszek da sobie radę. Czy wyda jakieś oświadczenie.

Nie wydaje mi się, by chodziło konkretnie o Medjugorie - prawda to czy fałsz. Chodzi o cała otoczkę. Jasne jest, że katolicy, którzy angażują się w dobre rzeczy w Kościele, którzy nie wspierają małżeństw homoseksualnych czy wyczynów złych księży, oni właśnie wspierają papiestwo z prawej strony, a ci z lewej wykorzystują to.

Dodaj do tego sytuację w Chorwacji. Objawienia stały się podstawa ruchu natykomunistycznego. Myślę, że właśnie dlatego papież Jan Paweł II nigdy nie wypowiedział się na ten temat. Byłem tam w 1988 roku, rozmawiałem z biskupem Zanicem...

Komunizm, dla tych, których jeszcze wtedy nie było na świecie, miał się w tamtym okresie bardzo dobrze.

Tito umarł na rok przed objawieniami. Biskup Zanic powiedział mi, że rozmawiał z kardynałem Ratzingerem, który był wtedy przewodniczącym Kongregacji Nauk Wiary. Spytałem - co na to kardynał Ratzinger. Odpowiedział - zgadzam się z tobą. Innymi słowy, Ratzinger zgadzał się z Zanicem. Zanic powiedział mi też, że rozmawiał z papieżem, więc spytałem, co papież na to. A on odpowiedział - papież nie powiedział nic. Myślę, że to, z czym tu mamy do czynienia, to przede wszystkim papież Jan Paweł II, który był bardzo zaangażowany w obalenie komunizmu. A Medjugorie było to nic innego, jak chorwacka krucjata antykomunistyczna. Wplatało się w polityczne machinacje.

PO PRZERWIE POKAŻEMY WAM VIDEO, KTÓREGO NIE CHCECIE PRZEGAPIĆ

Witam po przerwie. Szaleństwo Medjugorie. Oto książka Oszustwo Medjugorie i jej autor E. Michael Jones. I chyba nie znajdzie się drugie tak dokładne opracowanie tematu. Ale tak piszę Michael. On po prostu wie niemal wszystko. Czy wciąż twierdzi pan, że ta książka to ekspertyza?

Oczywiście. Na pewno jeśli chodzi o początek wydarzeń, o wojnę, tło historyczne, o źródło objawień, zaangażowanie franciszkanów. Nic się nie zmieniło.

Książkę możecie dostać na stronie culturewars.com. W historii Kościoła, gdy ktoś ma objawienie i widzi coś na własne oczy i nie jest to tylko wewnętrzne odczucie, np. Dziewicę Maryję czy aniołów, to zdaża się, że doznaje ekstazy i staje się zupełnie nieświadomy wszystkiego, co się dzieje dookoła. Ci ludzie są tak skupieni na nadnaturalnym doświadczeniu, że obojętnieją kompletnie na świat materialny. Pokażemy wam teraz wideo. Dla ludzi, którzy wspierają Medjugorie i wierzą w to, co się tam mówi, to wideo może być bardzo trudne do przyswojenia.

Prof Louis Belanger: "Wizjonerzy twierdzą, że podczas objawień nie mają żadnego kontaktu z otoczeniem. Nie widzą i nie słyszą innych obecnych i są całkowicie skoncentrowani na Zjawie".

Lektor: "Co tydzień Dziewica Maryja objawia się młodym wizjonerom podczas piątkowej mszy. Belanger przyniósł z sobą kamerę".

Belanger: "Teraz robią znak krzyża i zaczynają odmawiać Ojcze nasz. Podczas modlitwy nagle zaczyna się ekstaza. Klękają przed Matką Boską".

Lektor: "Jeśli to prawdziwa ekstaza, nic nie powinno rozpraszać dzieci. Lecz nagle jeden z obecnych, Jean Louis, wykonał gwałtowny ruch ręką w stronę Vicki".

Belanger: "Podczas filmowania niczego nie zauważyłem. W kaplicy panowało zamieszanie, ponieważ wszyscy byli zaniepokojeni reakcja Vicki. Jean Louis wykonał szybki ruch ręką w stronę oczu Vicki, a ona zareagowała. Jean Louis był z tego powodu niezadowolony".

Lektor: "Moment, w którym palce zbliżają się do oczu Vicki, pokazuje, że dziewczyna się cofa".

Belanger: "Teraz palce się cofają, ona lekko mruży oczy. Ale na następnym zdjęciu mamy ten gwałtowny ruch głową. Vicka sie uchyla. Po zakończeniu ekstazy zapomniałem wyłączyć kamerę, kiedy nagle weszła Vicka z kimś jeszcze".

Lektor: "Chciała wyjasnić, czemu się poruszyła. W trakcie transu chciała złapać Dzieciątko Jezus, wyślizgujące się z rąk Maryi".

Belanger: "(Vicka) powiedziała: ""Gdy weszłam do kaplicy, wszystko było w porządku. Podczas ekstazy nie widziałam i nie słyszałam nikogo, prócz Dziewicy Maryi. Dziewica trzymała w ramionach Dzieciątko Jezus. Nagle wydało mi się, że Dzieciątko zsuwa sie na dół, więc by temu zapobiec, poruszyłam się"". Chciała wyjasnić swoją reakcję na gest Jean Louisa".

Dziewica Maryja o mało nie upuściła Dzieciątka Jezus. To już nawet nie jest zastanawiające, to absurdalne.

Gdyby chociaż zostawili to bez komentarza, może by to jeszcze jakoś przeszło, ale ona wraca i daje jakieś kompletnie pokręcone wyjaśnienie. Nic nie odrzuca bardziej w ich wypowiedziach niż tego rodzaju bzdury. Czemu oni wciąż o tym mówią? Czemu cały czas się do tego wraca, gdy poruszana jest kwestia autentyczności? Idzie o to, że konkretna grupa ludzi zarabia na tym pieniądze i bardzo im zależy, by nie poruszać kwestii tych świadectw, które są ze sobą sprzeczne. I znowu, gdzie jest Kościół? Dwóch lokalnych biskupów, podpierając się swoim autorytetem, wydało oświadczenie negatywne, więc dlaczego Kościół nie zakończył jeszcze całej tej historii? Coś tu jest na rzeczy. Wracając do twierdzenia o nieudanym pontyfikacie. Nie twierdzę tutaj, że on (Benedykt XVI) robił wszystko źle. Abdykował, bo nie potrafił zapanować nad konkretnymi wpływowymi grupami. Twierdzę, że Medjugorie jest uosobieniem tych sił, zarówno jeśli chodzi o handel ludźmi jak i pranie pieniędzy. Dwie kwestie, z którymi walczy Watykan.

Być może jest to punkt krytyczny dla Franciszka. Symboliczny a zarazem całkiem realny. Kim są te "siły" w Watykanie, czym się kierują? Brzmi to jak teoria spiskowa. Co się tam dzieje? Napisał pan już sporo na ten temat.

Cóż, niektórzy są zamieszani w pranie brudnych pieniędzy. Pewien monsignore został przyłapany z 25 milionami dolarów w walizce, gdy próbował dostać się do Szwajcarii. Wcześniej jeden że słowackich biskupów ( Milicev\Nilicev?) został aresztowany przez włoską policję za zakup walizki należącej do Roberta Calvi. Cofamy się do czasów, gdy Stany Zjednoczone były zaangażowane w finansowanie ruchów niepodległościowych typu Solidarność w krajach Europy Wschodniej.

Przeciwko komunizmowi.

Tak. Ostatnia faza krucjaty antykomunistycznej, a Medjugorie było jej częścią. Czerpano korzyści z tych transakcji, co przygotowało grunt pod proceder prania pieniędzy. Przecież oni założyli tam własny bank. Sam biskup Peric zwrócił mi na to uwagę. Oni wyciągają z tego ogromne ilości pieniędzy w twardej walucie, która płynie do Jugosławii. Co się dzieje z tymi pieniędzmi? Tego nie wie nikt. I te siły właśnie odpowiadają za brak transparentności finansowej, za zapsucie moralne. Te siły paraliżują Kościół, odpowiedzialne są za nieudany pontyfikat Benedykta XVI a Medjugorie jest z tym wszystkim powiązane.

Komentarze typu - Dziewica Maryja o mało nie upuściła Dzieciątka, one nie pochodzą od ludzi, którzy nie uznają autentyczności tych objawień. Są to wypowiedzi jednej z widzących, która zamrugała oczami na gwałtowny ruch czyjejś ręki w stronę jej twarzy. Pytanie czy Łucja, Hiacynta lub Franciszek zareagowaliby równie gwałtownie podczas wizji? Nie, nic takiego by się nie stało. Jeden z lekarzy poddał testowi św. Bernadettę z Lourdes, podczas wizji nakłuł jej skórę igłą. Nie było żadnej reakcji. Rodzą się poważne wątpliwości względem całej tej historii, gdyż aby wspierać i promować opowieści o Matce Bożej upuszczającej małego Jezusa, musiałbyś wyrzec się całej swojej katolickiej wiary. Żałosne. Na stronie medjugorie.com - mamy ja teraz na ekranie - są sami zwolennicy, to ich miejsce. Przeczytam teraz panu rzekomą wypowiedź naszej Błogosławionej Matki, skierowaną do Ivanki podczas ostatniego z objawień otrzymywanych przez dziewczynkę każdego dnia. 7 mają 1985 roku Królowa Pokoju powiedziała: "Nikt nigdy nie otrzymał tylu łask, niż ty i twoi bracia i siostry." Jeśli mówi to Matka Boża, Królowa Nieba, to mam nadzieję, że nie ma na myśli siebie. Nikt nie otrzymał nigdy więcej łask niż nasza Błogosławiona Matka. Nawet jeśli pominiemy tutaj Matkę Bożą, to czy myśli pan, że te dzieci zostały obdarowane większą łaską niż o Pio czy św. Tomasz z Akwinu?

Muszą mieć tam jakiś licznik do pomiaru świętości.

Matka Boża opowiada jakieś dziwne rzeczy.

Gożej. Marija Pavlovic-Lunetti w jednym z objawień otrzymała pełne poparcie Matki Bożej dla mieszanej, damsko-męskiej grupy charyzmatycznej, która założył we Włoszech o Tomislav Vlasic razem z s Agnes Heupel. Matka Boska zatwierdziła tę wspólnotę. Gdy pisałem swoją pierwszą książkę Medjugorie: The Untold Story\Medjugorie: Historia, o której się nie mówi, wysłałem tam reportera by pokazać jej (s Agnes), co udało mi się znaleźć na temat Vlasica i jego nieślubnego dziecka. Dziennikarz pokazał jej to wszystko, gdy tylko się pojawiła. Rzuciła na to okiem i z wyrazem przerażenia na twarzy wskoczyła do samochodu i odjechała. Następnego dnia napisała notatkę, w której oświadczyła, że to, co powiedziałem na temat o Vlasica, jej samej oraz wspólnoty to nieprawda i że powiedziałem to wszystko, bo zmuszono mnie do tego. I tak cała sprawa się przedstawia.

A przypisuje się to Matce Bożej.

Wkładają różne słowa w usta Matki Boskiej, sami się przyznają, że kłamali, a przyznają się, bo ktoś ich do tego zmusił. I tak to wygląda.

I tak to wszystko wygląda.

Według kryteriów ustanowionych przez Benedykta XIV to wszystko automatycznie staje się bezprawne, nie można dawać temu wiary.

Następny komentarz. Przypominam, że wszystkie są spisywane przez zwolenników. Matka Boża mówi rzekomo: "To nie Bóg stworzył podziały i religie, to ludzie wymyślili podziały. Każda religia musi być szanowana a wy macie zachowywać waszą dla was samych i waszych dzieci. To wy jesteście podzieleni". I jeszcze to: "Muzułmanie i prawosławni, podobnie jak katolicy są równi przed moim Synem i przede mną. Wszyscy jesteście moimi dziećmi". Jak w tej operze mydlanej "All my children" (serial amerykański nadawany w latach 1970 - 2011, przyp. tłum.). Muzułmanie, prawosławni i katolicy są równi przed Bogiem. Czy mógłby pan to skomentować?

Ale jaki jest sens wchodzić w jakieś głębokie teologiczne rozważania nad czymś, co te dzieciaki bez zastanowienia wygadywały? Na samym początku były albo zbyt szczere albo zbyt głupie, spisując słowo w słowo wszystko, co paplały. Można by wymienić całe katalogi bzdur. Z biegiem czasu wszyscy zaczęli cierpieć na luki w pamięci, później zajęli się nimi franciszkanie, którzy zadbali, by w przekazach nie znalazło się nic wzbudzającego wątpliwości. Tak więc nie ma potrzeby debatować nad tym. To są bzdury.

Kilka miesięcy temu papież Franciszek powiedział, nie odnosząc się bezpośrednio do Medjugorie, że Matką Bożą nie jest naczelnikiem poczty (cyt. "Maryja jest Matką i kocha nas wszystkich, nie jest jednak naczelnikiem poczty, rozsyłającym codziennie wiadomości" - przyp. tłum.).

To działa na korzyść komisji Ruiniego. Nie wydaje mi się, by Franciszek patrzył na to przychylnym okiem gdyż, w przeciwieństwie do Jana Pawła II, nie ma w tym żadnego interesu, jak walka z komunizmem. Ale to dawne czasy. Ale wypowiedź Franciszka to dobry znak.

Gdy pojawiła się informacja, że komisja Ruiniego przekazała swój raport do Watykanu, natychmiast zaczął się szum, że to jeszcze nie oznacza, że wydarzenia te nie mają nadnaturalnego charakteru. Informacje tego typu przeciekły do prasy, jakby chciano ochronić te dzieci, by nikt nie mógł powiedzieć, że to nie jest nadprzyrodzonego pochodzenia, bo przecież wszyscy ci ludzie w to wierzą. W ten sposób agenda pogrywa sobie w Watykanie. Coś się dzieje i zaraz ktoś biegnie do mikrofonu z interpretacja wydarzeń.

Jasne.

Czy pana zdaniem podejmowane są celowe działania, by osłabić pontyfikat Franciszka, tak aby wszystko zostało po staremu?

Oczywiście. Są tam ludzie, którym bardzo zależy na utrzymaniu statusu quo. Rezygnacja Benedykta oznaczała, że status quo nie był już dłużej tolerowany i że Benedykt nie potrafił rozwiązać tego problemu. Franciszek został wybrany, by się tym zająć. Brak jasnych deklaracji, milczenie, tolerowanie Medjugorie sygnalizuje ogromny problem. To, że nie podjęto żadnych działań, oznacza, że istnieją wpływowe siły, które chronią Medjugorie. I w zależności od tego, jakie stanowisko zajmie Franciszek, będę mógł stwierdzić, czy ma coś do powiedzenia w Watykanie czy nie. Czy wystąpi z jakimś oświadczeniem, czy da jasny sygnał? Do tej pory nic takiego nie miało miejsca.

Kardynał Schonborn z Wiednia popiera Medjugorie.

Za co został zbesztany przez papieża. Wystosował potem nieco szydliwe przeprosiny do biskupa Pericia za negatywny komentarz pod adresem innego biskupa. Jego zachowanie było bardzo niestosowne, wręcz kompromitujące. Schonborn jest promotorem Medjugorie, bez dwóch zdań.

Schonborn stoi za reformą Katechizmu.

To jak podczas konferencji na uniwersytecie Notre Dame poświęconej Medjugorie. Istnieje coś w rodzaju symbiozy pomiędzy heretykami a szaleńcami. Wszyscy oni kreują podział w Kościele a jednocześnie nie wchodzą sobie nawzajem w drogę. Są szczęśliwi, gdy nikt nie przeszkadza im w zbiorowej halucynacji tak długo, jak pieniądze płyną. Doszliśmy do martwego punktu, gdyż w Kościele nie ma jedności ani spójności, tylko zastój.

Wracając do tych konferencji w Notre Dame, które odbywają się co roku. Notre Dame ma reputację miejsca bardzo liberalnego, gdzie się przyjmuje heretyków a mordercom dzieci przyznaje nagrody. Więc gdy ludzie reprezentujący katolicka prawicę, przychylni chrześcijańskiej ortodoksji, wierzący w Dziewicę Maryję, przychodzą na taką konferencję, mogą odnieść wrażenie, że w Notre Dame robi się krok do tyłu.

I że oni tam są tacy tolerancyjni, zapraszając tych ludzi. Ale nie ma żadnego zagrożenia. Identyczne manie i urojenia koegzystują obok siebie w najlepsze. Jedno jest przeciwieństwem drugiego, mimo to istnieją między nimi ścisłe powiązania na zasadzie dialektyki. Denis Nolan, jeden ze znaczniejszych promotorów Medjugorie, studiował na uniwersytecie Notre Dame. Był studentem o Burtchaella, który negował jedna doktrynę za drugą.

Ojciec Burtchaell był moim wykładowcą.

Więc wie pan, co mam na myśli. I znów mamy do czynienia z promowaniem kolejnych herezji. A biedny Nolan, który nie może się w tym wszystkim połapać, wycofuje się i stwierdza, że tego nie potrzebuje, bo ma Ducha Świętego. Działo się to wtedy w obrębie ruchu charyzmatycznego.

Wspólnota Ludu Chwały ( People of Praise).

Zajrzyjcie do książki Kevina Ranghana (założyciela People of Praise - przyp. tłum.). "Wy macie rozum, my wiarę". Ale chwileczkę, przecież Kościół katolicki to rozum i wiara. Oni rozdzielili te pojęcia. Heretyccy profesorowie twierdzą - nasze jest szkiełko i oko, tamci - a my mamy wiarę. Wszyscy oni błądzą.

Na konferencji na uniwersytecie Notre Dame we wrześniu lub październiku miał się pojawić jeden z widzących (Ivan Dragicevic, jednak w wyniku listu i działań biskupów, w wielu amerykańskich parafiach odwołano spotkania i konferencje z "widzącym" - za breviarium. blogspot.com, przyp. tłum.). Spotkanie miało się odbyć na boisku do gry w kosza, a na godzinę 8 wieczorem zapowiedziano objawienie Matki Bożej. Ale okazało się, że w tym samym czasie ma się tam odbyć mecz koszykówki i że do tego czasu wszyscy mają się stamtąd wynieść. I jakże wygodnie przesunięto wizytę Matki Boskiej o godzinę lub dwie. To już nie jest nawet anty katolickie, to jest po prostu niekatolickie i śmiechu warte. Razem z całym tłem, które pan nakreślił.

Można było iść na te konferencję i spytać Matkę Bożą, kto wygra mecz a potem zrobić zakład. Wtedy zwróciłyby się chociaż te pieniądze za wejściówkę.

Ostatnie pytanie. Oczywiście nie będziemy tu przewidywać, jak postąpi Franciszek. W która stronę, pana zdaniem, to wszystko zmierza? W jakim punkcie my, jak Kościół, się obecnie znajdujemy, skoro wydarzenia w rodzaju Medjugorie przyciągają uwagę mediów i tworzą nagłówki gazet?

Próżnia, brak autorytetu doprowadziły do zdarzeń w Medjugorie. Mówiłem już kiedyś, że wszyscy ci niezadowoleni ludzie, kobiety pakowane przez biskupów do autobusów i samolotów, oni wszyscy głosują nogami i za ciężkie pieniądze kupują sobie przeżycie duchowe. Św. Jan od Krzyża, jeden z największych mistyków chrześcijańskich, powiedział, że diabeł raduje się, gdy ludzie szukają prywatnych objawień. Medjugorie stało się towarem konsumpcyjnym, miejscem, w którym wszędzie dochodzi do manifestacji demonicznych.

Wszystko to świadczy jasno i wyraźnie, że kondycja Kościoła jest tragiczna i nie wiadomo, śmiać się czy płakać. Mamy telefon od słuchacza. John dzwoni z Teksasu i chciałby zadać pytanie odnośnie pańskiej książki.

Dobry wieczór. Przede wszystkim chciałbym podziękować panu Jones'owi za jego książkę Medjugorie:Deception. Chciałbym zapytać pana o głosy krytyczne względem pańskiej książki. Sięga pan po informacje z wielu źródeł, książka zaopatrzoną jest w bibliografię, jednak brakuje odnośników, numerów stron, przez co trudno jest iść pańskim tokiem myślenia. Proszę o komentarz. Chciałbym też odnieść się do wcześniejszego komentarza. Powiedział pan mianowicie, że pontyfikat Benedykta XVI był nieudany.

Odnośnie drugiego pytania. Pontyfikat Benedykta był nieudany, gdyż nie udało mu się zapanować nad siłami, które sabotowały ten pontyfikat. Fakt abdykacji jest tego dowodem. Pierwsze pytanie o cytaty. Gdy zacząłem pracę nad książka, doszedłem do wniosku, że nie ma sensu zamieszczać odnośników, gdyż wiele materiałów pochodzi z medjugorskich gazet, prywatnych wywiadów. Wydało mi się to nie na miejscu, by zamieszczać je w mojej książce, standardowo jednak używam odnośników, jak przy pisaniu The Jewish Revolutionary Spirit czy innych książek. Materiały, z którymi miałem do czynienia, były to artykuły prasowe. Stosowanie odnośników nie bardzo się tutaj nadaje.

Przy zbieraniu materiałów trzeba sięgać do źródeł.

Ale ja nie mogę pokazać panu medjugorskiej gazety z 1987 roku, gdzyż nic takiego nie jest już dostępne. Nie możesz iść do biblioteki czy poszukać w Internecie, niczego nie można było znaleźć z Internecie, gdy pisałem te książkę.

E. Michael Jones, proszę państwa. Zapraszam na jego stronę culturewars.com

tłum. marthix

Forum Tradycji Katolickiej Strona Główna


Źródło informacji: http://www.traditia.fora.pl/