Pages

______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

wtorek, 19 września 2017

O Kościele. Nieomylność. Papież. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Nieprzyjaciele Kościoła


ZE SKARBNICY WIEDZY TEOLOGICZNEJ

STUDIUM DOGMATYCZNE NA PODSTAWIE
ŚW. TOMASZA, DOKTORA ANIELSKIEGO

KS. JAN DOMASZEWICZ



4. O Kościele. Nieomylność. Papież. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Nieprzyjaciele Kościoła.

De Ecclesia Christi

Niemożebnym jest oddzielać Boskiego Zbawcy duszy naszej Jezusa Chrystusa od Kościoła: trudno ich od siebie oddzielać, gdyż się nawzajem przypuszczają i podtrzymują. Albowiem, cóż jest Kościół, jeżeli nie przedłużeniem Jezusa Chrystusa? Kościół – to Jezus Chrystus ciągle nauczający i podnoszący dusze, to Boski Zbawiciel ciągle odradzający ludzi i dokonywający dzieło Odkupienia. W dzisiejszych czasach należy zwracać baczną uwagę na Kościół, i wykazywać ścisły i nierozerwalny związek, jaki go łączy z Jezusem Chrystusem. Tak, niepodobieństwem jest poznać Jezusa Chrystusa, kto nie ma pojęcia o Kościele. Ile to razy słyszymy mówiących o Kościele, jako o rzeczy zupełnie różnej od chrystianizmu, a połączonej tylko z Jezusem Chrystusem i z Jego nauką stosunkami czysto zewnętrznymi i przypadkowymi. A nawet, pomiędzy dziećmi posłusznymi Kościołowi, ileż to znajduje się takich ludzi, którzy bardzo mało znają matkę swoją, a którzy zaledwo słabe i niedokładne mają pojęcie o ustanowieniu wiary świętej

I tak, powtarzamy codziennie w symbolu wiary, mówiąc: "Wierzę w święty Kościół katolicki"! Cóż to jest Kościół Chrystusowy, Kościół chrześcijański we właściwym i ścisłym znaczeniu tego słowa? Kościół jest społeczeństwem wiernych, założonym przez Jezusa Chrystusa; społeczeństwem, w którym za pośrednictwem odwiecznego apostolatu, kierowanego Duchem Świętym, wszystkie dzieła, których dokonał Niebieski Odkupiciel podczas swego pobytu na ziemi, są i będą spełniane aż do końca wieków, celem wprowadzenia wszystkich ludów na drogę zbawienia i pogodzenia ich z Bogiem (1). Tak pojmują prawowierni katolicy społeczeństwo założone przez Zbawiciela; a wyznajemy, że Kościół prawdziwie Chrystusowy: jest jeden, powszechny, Apostolski, święty, cierpiący czyli prześladowany.

Rozbierzmy pokrótce te charakterystyczne przymioty, czyli znamiona Kościoła prawdziwego, Chrystusowego. Tak, nie może być dwóch albo więcej Kościołów Jezusa Chrystusa, czyli nie może być dwóch albo więcej spadkobierców Jego nauki, Jego ducha, Jego cnoty. Stąd, jest tylko jeden Kościół i więcej ich być nie może; a kto nie jest posłuszny temu jednemu Kościołowi, nie jest dzieckiem Boga, ani uczniem Jezusa Chrystusa: on wcale nie należy do familii Boskiej, jest cudzoziemcem i nieprzyjacielem. Wszyscy członkowie tego jednego Kościoła łączą się z sobą przez ich wspólną uległość jednej powadze, której najwyższym przedstawicielem jest Papież rzymski, Następca św. Piotra i Wikariusz Jezusa Chrystusa, którego Bóg ustanowił głową widzialną, a sam jest głową niewidzialną tego społeczeństwa (2): oto podstawa jedności Kościoła prawdziwego, Chrystusowego.

Zatem, Kościół Jezusa Chrystusa jest powszechny, czyli z greckiego nazwany katolicki; powszechność – jest to rozszerzenie się jego po całym świecie, nieograniczony rozwój jego godności, powszechność miejsc i że jest nauczycielem i matką wszystkich ludów świata. Ponieważ Jezus Chrystus umarł za wszystkich ludzi, a następnie chrystianizm nie jest religią miejscową, lecz powszechną i dla całej ludzkości przeznaczoną. Stąd, Kościół nie ogranicza się jednym krajem, jest rozszerzony pomiędzy rozmaitymi narodami i ma swe dziatki w każdym zakątku ziemi. Słowem, Kościół nie tylko jest katolickim w przestrzeni, lecz jest również takim i w czasie. Albowiem, Jezus Chrystus nie ustanowił go na czas określony jak Synagogę żydowską, lecz na wszystkie czasy i na wszystkie wieki: on musi zawsze żyć, jak i chrystianizm, którego jest wyrazem. Przekonany o swej nieśmiertelności, jako Oblubienica Jezusa Chrystusa, powtarza wciąż światu, w którym wszystko ginie i ulega śmierci, te pamiętne słowa Boskiego Założyciela swego: "A oto ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (3).

Dalej, prawdziwy Kościół Chrystusowy powinien być Apostolskim dlatego, że jest dziełem Jezusa Chrystusa, który wybrał i posłał Apostołów na cały świat dla rozszerzenia go. Owóż, Kościół rozszerzony przez Apostołów, ustanowiony przez Jezusa Chrystusa, wyznaje, że swój urząd i naukę i wszystkie dane do uświątobliwienia i zarządu duchowego ludzi odebrał od Apostołów. W nieprzerwanym szeregu Następców na Stolicy Apostolskiej ma dziś szczęśliwie panującego Leona XIII Papieża; ta cecha apostolskości zawiera w sobie dwa główne punkty: apostolstwo urzędu i apostolstwo nauki. Na mocy apostolstwa urzędu, Biskupi katoliccy są prawymi następcami Apostołów; na mocy zaś apostolstwa nauki, Kościół przechowuje w całości czystą naukę, wykładaną przez Apostołów i nic nie dodaje do tego depozytu świętego, jaki mu został powierzony. Apostolstwo urzędu jest podstawą, rękojmią i znakiem apostolstwa nauki: tak pojmuje tę cechę Kościół katolicki i tak ją zawsze pojmował.

Następnie, prawdziwy Kościół Chrystusowy jest święty. A święty w swym Założycielu, którym jest Jezus Chrystus; w swym celu, którym jest odrodzenie i uświątobliwienie ludzi; w swych środkach, jakimi są prawda i łaska: jest on pełen łaski i prawdy jak Ten, którego miejsce na ziemi zastępuje. Jest świętym przez swego ducha, którym jest Duch Święty, pochodzący od Ojca i Syna; jest uświątobliwiającym swe członki, ponieważ Założyciel jego, jako Odkupiciel, jest źródłem wszelkiej łaski i świątobliwości dla człowieka upadłego, a wstępując do Nieba zostawił go (tj. Kościół) powiernikiem i spadkobiercą swej nauki, ducha, Jego własnej Osoby. Jest świętym w swych członkach, którzy odbierają życie nowe i święte przez Sakramenty. Wielka liczba grzeszników nie uwłacza świętości jego: Kościół, podług Ewangelii, jest polem, na którym rośnie kąkol obok pszenicy. Nigdy Kościół nie pochwala grzechu, a potępia zło; przypomina ciągle swym członkom, aby stali się godnymi swego wysokiego posłannictwa i uczestnikami Boskiego życia, którego on zawiera w sobie źródło.

Na koniec, powinien być prześladowanym, czyli cierpiącym za prawdę: nosić cierniową koronę na wzór swego Boskiego Mistrza; dręczonym w członkach swoich, jak dali przykład tego legiony Męczenników świętych za wiarę. Słowem, Kościół jest to instytucja Boska w najściślejszym znaczeniu tego wyrazu; a to społeczeństwo, które tworzy familię Boską na ziemi, obejmuje dwie klasy członków: duchowieństwo i świeckich. Na mocy władzy danej od Boga Kościołowi, do niego należy się (4): nauczanie wszystkich ludzi, obsługiwanie duchownych potrzeb i zarząd czyli kierunek. Jest dogmatem wiary, że Biskupi stanowią zwierzchniczą część hierarchii i że mają na czele siebie Papieża, Następcę św. Piotra, jako najwyższego Zwierzchnika. Stąd, Sobór Trydencki wyrzekł: "Kto by uczył, że wszyscy chrześcijanie bez różnicy są kapłanami nowego Zakonu i wszyscy mają jednakową władzę duchową, ten wywraca całą hierarchię kościelną, którą można porównać z armią uszykowaną do boju; ten wykłada naukę wprost przeciwną nauce św. Pawła (5)..." (6). Zatem: "Ktobykolwiek rzekł, że w Kościele katolickim nie ma hierarchii z ustanowienia Bożego, składającej się z Biskupów, Kapłanów i ministrów, niech będzie przeklęty" (7).

Nieomylność

Jezus Chrystus ustanawiając swój Kościół nadał mu taką powagę i przywileje, jakich wymagało uzupełnienie Jego posłannictwa. Kościół powinien przechować religię czystą i w całości światu przyniesioną przez Słowo wcielone: dlatego też jest on tylko tąż samą religią wcieloną, zorganizowaną i ciągle żyjącą. Ta religia powinna pozostać na zawsze, a zatem i Kościół, jako jej widzialny wyraz ożywiony Duchem Świętym, powinien również trwać zawsze, gdyż inaczej nie odpowiadałaby swemu celowi, a chrystianizm przestałby istnieć. Owóż, jest dogmatem wiary, że Kościół jest niezmiennym i ciągle trwającym: zawsze jest ten sam i zawsze wykłada naukę Chrystusową czystą i nieskalaną. Jak również jest dogmatem wiary, że Kościół nie może się mylić w swym nauczaniu: jego słowo jest zawsze wiernym oddźwiękiem słów Zbawiciela, czyli innymi słowy mówiąc, Kościół jest nieomylnym. Wierzymy, że Kościół jest nieomylnym, bo wierzymy mocno obietnicy Jezusa Chrystusa: Duch Święty przebywa ciągle w Kościele, oświeca go, ożywia, kieruje nim i nie pozwoli nigdy, aby odstąpił od prawdy i wpadł w błąd. Wprawdzie, żaden człowiek, żadne stworzenie nie jest nieomylne samo przez się; lecz organ nauczycielstwa, czyli ciało Biskupów Kościoła, jest nieomylne, ponieważ ożywione jest duchem Jezusa Chrystusa, który jest Duchem prawdy; o tyle tylko jest nieomylnym, o ile jest organem Ducha Świętego.

Lecz, jakiż jest charakter i granice tej nieomylności Kościoła? Czy Kościół jest nieomylnym w każdej gałęzi nauk: może swym sądem rozstrzygać twierdzenia matematyczne, zawyrokować o systemie słońca, lub też o formie rządu, jaki ma być w jakim kraju? Ponieważ te wszystkie kwestie nie mają ścisłego stosunku z odrodzeniem moralnym i religijnym świata, Kościół nie miałby celu rościć sobie prawa najwyższego sądu nad nimi. Nie dlatego Syn Boży stał się człowiekiem i mieszkał między nami: przyszedł On na świat po to, aby nam udzielił prawdę w porządku moralnym i religijnym, wskazał nam drogę zbawienia. W tym właśnie duchu i porządku Kościół ciągle działa i jest wiernym przedstawicielem i organem Ducha Chrystusowego. Stąd, Kościół jest nieomylnym we wszystkim tym, co tylko dotyczy Objawienia Boskiego, czyli według wyrażenia przyjętego w teologii "w rzeczach wiary i obyczajów". Wiara i obyczaje stanowią właściwą i jedyną sferę Kościoła, albowiem w nich się koncentruje odwieczne przeznaczenie człowieka. Wiara i obyczaje, religia i moralność – oto pole wieczności, wszystko zaś pozostałe jest związane z czasem: Kościół zaś ustanowiony nie dlatego, aby człowieka obznajmiał z warunkami życia doczesnego, lecz żeby wskazywał na czym zależy istota życia wiecznego, i jakie środki do niego prowadzą. Kiedy Biskupi zjednoczeni z Papieżem, lub zebrani na Sobór wyrzekną swój sąd w rzeczach wiary lub obyczajów, taki sąd nie może być mylnym, lecz jest nieomylnym, co jest ogólnym przekonaniem wszystkich katolików i dogmatem wiary. Tylko ciało Biskupów, zjednoczone ze swą głową widzialną Papieżem, jest nieomylne na mocy Ducha Jezusa Chrystusa, który ożywia i kieruje Kościołem. Stąd, tylko Biskupi sami są sędziami wiary, nie zaś zwyczajni kapłani; fałszem jest, że Kościół w czym odstąpił od czystych swych pierwotnie zasad w rzeczach wiary lub obyczajów, jak to niektórzy zarzucają, gdyż jest, jak i był, nieomylnym.

Lecz, czy zarówno jest nieomylnym Kościół, gdy idzie już nie o naukę, lecz o fakt ściśle złączony z kwestią nauki, tj. o fakt dogmatyczny? Czy Kościół może wyrokować sądem nieomylnym, że nauka osądzona jako przeciwna prawdzie wiary znajduje się w jakiej książce lub piśmie, co w teologii się nazywa "faktem dogmatycznym". Janseniści i późniejsi nieprzyjaciele Kościoła, dla obrony swej błędnej nauki zawartej w pismach (8), rozdzielili nieomylność Kościoła na kwestię "zasady" (9) i na kwestię "faktu" (10). Owóż, w kwestii "zasady", czyli kwestii czysto dogmatycznej, stanowczo uznawali nieomylność Kościoła, a odmawiali takowej w kwestii "czynu": rzecz jasna, że uciekając się tylko do różnicy między zasadą i czynem, chcieli osłonić swą naukę od zarzutu herezji i zatrzymać swe błędy, uchodząc za katolików. My stanowczo twierdzimy i wierzymy, że Kościół Jezusa Chrystusa jest nieomylnym w kwestii faktów dogmatycznych co do treści ksiąg lub pism (11), i faktów co ściśle się łączą z objawieniem Bożym, chociaż nie są objawione, tak że nie mogą być odrzucone bez zachwiania prawdy objawionej, jako to: że Sobory Nicejski, Efeski, Trydencki, Watykański, były prawne; że Pius IX, Leon XIII Papież są prawymi następcami św. Piotra na Stolicy Apostolskiej w Rzymie i byli prawnie obrani etc. Sąd Kościoła o tego rodzaju faktach jest nieomylnym.

Papież

Jest dogmatem wiary, że Jezus Chrystus ustanowił św. Piotra głową widzialną Kościoła, czyli najwyższym Zwierzchnikiem, i że Papież Rzymski jako następca św. Piotra jest Zwierzchnikiem Episkopatu a z nim i całego Kościoła. Boski nasz Zbawca, aby przysposobić św. Piotra do tak wysokiego urzędu, natchnął go wielką wiarą, którą on wyraził, zwracając się do Chrystusa, w tych słowach: "Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego" (12). Publiczne wyznanie wiary św. Piotra daje zupełną rękojmię, że godzien jest zostać opoką, czyli głową Kościoła; a Słowo Chrystusa, który z niczego czyni co Mu się podoba, daje tę siłę śmiertelnemu człowiekowi. Stąd, Chrystus Pan rzekł: "A ja tobie mówię, iżeś ty jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój: a bramy piekielne nie zwyciężą go" (13). Tak jest, wierzymy, że Jezus Chrystus ustanowił św. Piotra podstawą i fundamentem Kościoła, że go uczynił ciągłym i niezachwianym głosicielem prawdy. Nadto, wierzymy, że Jezus Chrystus, udzielając św. Piotrowi ten przywilej i tę władzę, dał takowe w osobie tego Apostoła wszystkim jego następcom, tj. uczynił Papieży podstawą tej budowy Chrystusowej i głową tego ciała nieśmiertelnego, które nazywa się Kościołem. Wprawdzie, Kościół Rzymski był założony przez świętych Piotra i Pawła; lecz, posłannictwo Pawła św. w Rzymie było nadzwyczajne, czasowe i miało się skończyć z nim: gdy tymczasem Piotr św., głosząc Słowo Boże i umierając w stolicy świata w charakterze głowy, tj. najwyższego Zwierzchnika nowej społeczności założył w Rzymie katedrę, z której głos miał się rozbrzmiewać po całym świecie, a która miała pozostać na zawsze najwyższą katedrą Kościoła Chrystusowego. Rzym, przeto, nie jest katedrą Pawła św., lecz katedrą św. Piotra i jego następców, tj. Rzymskich Papieży. Potężny głos wszystkich wieków o tym świadczy, że Rzym jest katedrą św. Piotra, jest katedrą prawdziwie najwyższą, Mistrzynią, i że Papież na niej zasiadający jest Zwierzchnikiem całego Episkopatu, najwyższym Zwierzchnikiem Kościoła powszechnego, czyli katolickiego. Papieżowi, jako następcy książęcia Apostołów, służy prymat, tj. najwyższa władza duchowa, nie tylko czci i pierwszeństwa, lecz także i jurysdykcji, czyli władzy nad całym ciałem, tj. ogółem Biskupim i nad całym Kościołem. Najwyższa ta władza duchowa, prymat, należy mu z prawa Boskiego i na mocy postanowienia samego Jezusa Chrystusa, a nie z prawa ludzkiego i nie na mocy postanowienia kościelnego lub cywilnego. Na mocy tej władzy najwyższej Papież jest Zwierzchnikiem, nauczycielem, monarchą duchowym Biskupów i wszystkich wiernych, może stanowić prawa dla całego Kościoła, ustanowić Biskupów i im powierzać część trzody Zbawiciela; słowem, może rządzić najswobodniej i trzodą i Pasterzami: do Papieża, przeto, należy zwoływać Sobory powszechne, na nich prezydować i potwierdzać ich postanowienia. Do niego należy wyrokować sądem najwyższym w rzeczach wiary i obyczajów.

Jest dogmatem wiary, że Kościół z prawa Boskiego ma swoją władzę oddzielną i samoistną, niezależną od władzy cywilnej; na mocy tej władzy, którą ma od Jezusa Chrystusa, służy mu przywilej stanowienia praw w rzeczach dotyczących zbawienia wiernych, i karania cenzurami kościelnymi przekraczających takowe. Ten przywilej nazywamy władzą prawodawczą i wykonawczą Kościoła: ma on władzę stanowienia praw obowiązujących wszystkich chrześcijan we wszystkim, co należy tylko do karności kościelnej i zarządu religijnego. Przedmiotem władzy prawodawczej Kościoła są: cześć zewnętrzna, liturgia, obrzędy święte, sprawowanie Sakramentów (14), ustanawianie postów i dni wstrzemięźliwości, ślubów, zakonów, święcenia niedzieli i różnych świąt itp., co stanowi sferę religijną i zależy wprost od władzy duchownej. Władza stanowienia praw, czyli prawodawcza, zawiera w sobie władzę karania przekraczających takowe: Kościół może karać wiernych nie uznających jego praw lub gwałcących przykazania Boskie, których on jest tłumaczem i przechowawcą. Należy pamiętać, że władza wykonawcza ma tylko zastosowanie w dziedzinie moralności i religii; że kary Kościół wymierza nieposłusznym tylko duchowe: zabór majątku, wydziedziczanie, kary cielesne może prawo kościelne wymierzać tylko za pośrednictwem władzy cywilnej. Kary duchowe Kościoła są: ekskomunika czyli odłączenie od Kościoła, suspensa czyli zawieszenie w obowiązkach, interdykt czyli zakaz dotyczący osoby lub miejsca, pozbawienie beneficjum lub władzy, złożenie z urzędu i degradacja.

Jak określiliśmy wyżej, władza prawodawcza taka i wykonawcza wcale żadnego ciosu nie zadaje niezależności władzy cywilnej: są to dwie różne władze, działające w zupełnie odmiennych sferach. Tak, władza cywilna jest najwyższą w dziedzinie rzeczy czysto ziemskich i materialnych: jej wszechwładztwo w tym względzie Kościół szanuje i zostawia nietkniętym; władza zaś kościelna jest najwyższą w dziedzinie rzeczy czysto duchowych. Gdy te dwie władze spotykają się ze sobą w jakim punkcie, który w części należy do porządku duchowego a w części do porządku doczesnego, tedy niech każda zachowuje swoją niezależność i utrzyma się na swym własnym stanowisku. Albowiem, najwyższy Rządca wszech rzeczy chce, aby te władze, zachowując swą różną samoistność, łączyły się z sobą i działały jednozgodnie: chce, aby władza cywilna przyjmowała i popierała sądy i postanowienia władzy kościelnej. Kościół, przeto, nie jest państwem w państwie, ani rządem w rządzie, jak wymyślił Luter i Febroniusz (15). A to dlatego, że wtedy mówi się, że jest państwo w państwie, gdy istnieją dwie instytucje najwyższe, mające ten sam początek i ten sam cel i też same środki: tego o najwyższej władzy kościelnej i najwyższej władzy cywilnej w jednym narodzie powiedzieć nie można, albowiem one różnią się od siebie i początkiem i celem i środkami. Kościół jest instytucją Boską, a zatem ma początek Boski; każde państwo jest instytucją ludzką i ma początek ludzki. Cel Kościoła: zbawienie dusz ludzkich, czyli szczęście wieczne; cel zaś państwa każdego doczesny, czyli dobrobyt materialny ludzi. Kościół, aby doprowadzić ludzkość do swego celu, używa środków duchownych, jakimi są: modlitwa, Sakrament, łaska Boża; państwo zaś używa środków materialnych, aby zapewnić poddanym swym szczęście i pokój doczesny. A przeto, Kościół nie jest państwem w państwie, a swą najwyższą władzą duchowną wcale nie ogranicza najwyższej władzy cywilnej w jej sferze działalności.

Na koniec, Papież Rzymski, gdy mówi z katedry, tj. kiedy pełniąc obowiązek Pasterza i nauczyciela wszystkich chrześcijan, najwyższą powagą swą Apostolską, naukę wiary lub obyczajów określa dla wierzenia całemu Kościołowi, przez obecność Boską Mu w św. Piotrze obiecaną, posiada tę nieomylność, którą Boski Odkupiciel chciał mieć obdarzonym swój Kościół w określeniu nauki wiary lub obyczajów; przeto, tegoż Papieża Rzymskiego określenia same przez się, nie zaś za zgodą Kościoła, nie mogą ulegać żadnym poprawkom (irreformabiles esse). Taką jest myśl i określenie Soboru Watykańskiego (16) nieomylności Papieża w rzeczach wiary i obyczajów. Ta nieomylność wypływa z samego, jak widzieliśmy wyżej, określenia Kościoła, którego Papież jest głową widzialną; z władzy danej w zupełności przez Chrystusa samego paść, rządzić i kierować św. Piotrowi, którego Papież jest prawym następcą; w tej władzy zawarta jest pełność władzy nauczania, a tym samym nieomylności, bez której ta władza nie byłaby zupełną. Dalej, Chrystus Pan nazywa św. Piotra opoką, na której zbuduje Kościół swój (17), czyli fundamentem, co jest artykułem wiary; Kościół zaś jest szkołą Chrystusa, która gruntuje się na wierze i rządzi się wiarą: lecz, Piotr św. i jego następcy nie byliby fundamentem, opoką Kościoła, gdyby ich wiary moc mogłaby być zachwianą, czyli aby dekrety ich potrzebowały zgodzenia się, wzmocnienia, tj. utwierdzenia Kościoła, jakie od nich, jako głowy zależy: a więc, w samym obowiązku być opoką zawarty jest przywilej nieomylności. Stwierdzają to słowa samego Chrystusa: "Alem ja prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja: a ty kiedyś nawróciwszy się, utwierdzaj braci twoich" (18); czyli św. Piotr ma utwierdzać, wiara nie ustanie, tj. nie ulegnie żadnemu błędowi wiara następców św. Piotra w jego prymacie, tj. na Stolicy Apostolskiej w Rzymie. Nieomylność Papieża Rzymskiego cała starożytność stwierdza, do którego Stolicy wszyscy zawsze się zwracali we wszystkich wątpliwościach swych w wierze; kto się nie trzymał Stolicy Apostolskiej w Rzymie, był uważany zawsze za błądzącego, a Papieże, herezje i wszelki błąd potępiali wyrokiem nieodwołalnym nigdy. A więc, wierzono dawniej jeszcze, że błąd nie ma przystępu i mieć nie może do Stolicy Apostolskiej, czyli wierzono w nieomylność; dowodem czego są starożytne Sobory, dekrety które swym głosem zatwierdzał Papież Rzymski. Słowem, tyle jest świadectw na korzyść nieomylności Papieża, że trudno je wszystkie przytoczyć i zachować w tym konsekwentny porządek: więcej jest świadectw tego dogmatu nieomylności, niż można by było przytoczyć na korzyść innych.

Nieomylność Papieża wypływa już z samego prymatu; lecz, jeżeli na co, to na to jedynie powołują się nieprzyjaciele Kościoła, jakoby Papież Honoriusz wpadł w błąd monoteletów i uległ klątwie Soboru VI powszechnego, a to fałszem jest. Albowiem, wiedzieć należy, że Papież Honoriusz żadnego dekretu, czyli określenia dogmatycznego z katedry nie ogłosił, a listy Papieża Honoriusza nie zawierały żadnego błędu przeciwko wierze. Narzekania Ojców Soboru były z powodu mało energicznego postępowania względem stłumienia grasującej herezji, co spowodowało jej rozszerzenie się. A tak, Papieże Rzymscy byli i są nieomylni (19) w rzeczach wiary i obyczajów, a ta nieomylność ściśle się łączy i wypływa z nieomylności danej przez Chrystusa Pana św. Piotrowi i jego prawym następcom na Stolicy Apostolskiej w Rzymie (20).

Poza Kościołem nie ma zbawienia

Wielka i wspaniała budowa Kościoła – jest to arka, którą ręka Boska rzuciła na bałwany ciągle miotające tym światem, a w której każdy musi szukać schronienia, kto nie chce być pochłoniętym przez fale wzburzone. Kościół jest jedynym środkiem, przez który Jezus Chrystus odradza, uzacnia i naprawia ludzkość upadłą: jest on rodziną Boską na ziemi, rodziną jedyną mającą na czele Syna jedynego Ojca. Aby być dzieckiem Boga, trzeba być synem Kościoła: Bóg i Kościół są nieoddzielne; stąd, wyrażenie św. Cypriana, które tak doskonale uwydatnia myśl katolicką: Ten kto nie ma Kościoła za matkę, nie będzie miał Boga za Ojca; stąd, owa maksyma: Poza Kościołem nie ma zbawienia. To zdanie tak proste, tak prawdziwe, rozumne, do tego stopnia zostało przekształcone przez ludzi złej woli, że stało się postrachem i powodem potępiania niesłusznie z góry katolicyzmu, nie badając go wcale, o ile ma rację bytu. A więc, jakież jest znaczenie tej sławnej maksymy, którą tak dumnie Kościół wygłasza, a jaką 16 wieków temu głosił św. Cyprian? W jakim duchu pojmowali ją Doktorowie Kościoła?

Wiadomo i w co mocno wierzymy: istnieje religia Boska, religia objawiona od początku przez Boga, odnowiona i rozwinięta przez Jezusa Chrystusa. Taż religia jest jedyną i prawdziwą drogą wiodącą ludzi do celu ich przeznaczenia, tj. do Boga, ponieważ w tym celu i zamiarze Bóg ją dał ludziom. Taż religia będąc ustanowioną dla ludzi, którzy nie są czystymi duchami, musiała się wcielić w społeczeństwo widzialne, ludzkie, czyli jaśniej mówiąc: musiała przyjąć formę zewnętrzną. Zadaniem tego społeczeństwa było religię taką przechować, rozszerzać i do życia całej ludzkości stosować: takie właśnie społeczeństwo nazywamy Kościołem katolickim. Przeto, Kościół jest wyrazem żyjącym religii danej i przepisanej dla człowieka i środkiem niezbędnym do osiągnięcia celu swego przeznaczenia. Jakiż stąd wniosek wypływa, jak nie ten, że: kto jest poza Kościołem, ten jest również i poza religią, którą powinien wypełniać, aby otrzymał cel swego życia, tj. zbawienie; jest on poza drogą, która jedynie prowadzi do zbawienia. A zatem, ściśle trzymając się zasady, można powiedzieć: poza Kościołem nie ma zbawienia, ponieważ Kościół jest drogą do zbawienia; nie można odrzucić tej zasady bez zaprzeczenia Boskości religii. Utrzymywać znowu, że wszystkie religie jakkolwiek z sobą sprzeczne i walczące o pierwszeństwo miejsca w sumieniu człowieka, są zarówno dobre i prawdziwe – jest toż samo, co odrzucić Boga i obalić rozum: utożsamiać błąd z prawdą, złe z dobrem; tyle powiedzieć możemy co do zasady.

Lecz, w jaki sposób rozumieją Doktorowie Kościoła tę zasadę w zastosowaniu do życia? jak rozumieją praktycznie, czyli nie w teorii, ale na praktyce? Jeżeli ta zasada jest prawdziwą, należałoby a priori potępić wszystkich, co nie pozostają w jedności zewnętrznej z Kościołem. Tymczasem, nie było i nie ma nawet jednego teologa katolickiego, któryby podzielał podobną opinię; według jednozgodnej myśli Doktorów Kościoła, każdego człowieka jest ścisłym obowiązkiem zostać członkiem Kościoła, poddać się jego powadze nieomylnej; przyjąć religię katolicką, która jest prawdziwą i pochodzi od Boga. Ktokolwiek tego nie uczyni z własnej winy, ten nie otrzyma królestwa Niebieskiego, albowiem dobrowolnie staje poza drogą nakreśloną ręką Boga samego, który jedynie może doprowadzić człowieka do jego celu, tj. do szczęścia wiecznego, jakie go czoka za grobem. Taki wniosek konieczny i jedyny bezpośrednio wypływa z powyższej zasady katolickiej. Co zaś dotyczy ludzi, którzy bez żadnej winy ze swej strony, nie wiedzą o tej drodze Boskiej, wiodącej do zbawienia: którzy nie znają Kościoła, nie będą potępieni jedynie dlatego, że nie są katolikami. Znajdują się oni, wprawdzie, poza obrębem religii danej i przepisanej przez Boga, idą poza drogą jaką Bóg wskazał do otrzymania zbawienia, tj. są poza Kościołem: lecz, to nie ich wina, a dobra wiara tłumaczy ich i Bóg miłosierny nieskończenie pociągnie ich do siebie ścieżkami dla nas zupełnie nieznanymi. Można należeć do Kościoła Jezusa Chrystusa, nie zostając w nim w jedności zewnętrznej, co teologia nazywa: należeć do duszy Kościoła; tj. ktokolwiek jest złączony z Duchem Świętym przez łaskę uświętobliwiającą, należy do duszy Kościoła bez względu na to, czy jest lub nie członkiem Jego ciała, tj. Kościoła. Teologowie robią różnicę między ciałem i duszą Kościoła tę, że ciało Kościoła stanowi społeczeństwo zewnętrzne wiernych ożywione i złączone z duszą. Duszą zaś ożywiającą to ciało – jest sam Duch Święty z Jego darami wewnętrznymi, jakimi są wiara, nadzieja i miłość.

Należy wierzyć, że Kościół ma wiele członków połączonych węzłami wewnętrznymi, chociaż żyjących poza obrębem jego, tj. jedności zewnętrznej. Albowiem, wszystkie dzieci ochrzczone, których liczba jest tak wielka, są dziećmi prawdziwego Kościoła, ponieważ on je odrodził, chociaż za pośrednictwem ministrów innych wyznań. Wszyscy, którzy nie odłączyli się od Kościoła z własnej woli i ze świadomością; którzy są w dobrej wierze że ich wiara prawdziwa, a nie mogą być oświeceni, jak na przykład człowiek ciężkiej pracy, rolnik, a spełniają swej religii przykazania i Boskie wiernie i są ochrzczeni, nie będą potępieni. Kościół Rzymsko-Katolicki o tyle ich usprawiedliwia, o ile kiedyś na sądzie przed Bogiem usprawiedliwi ich dobra wiara i niewiadomość nieprzezwyciężona.

Nieprzyjaciele Kościoła

Od kolebki chrystianizmu, widzimy powstające obok społeczeństwa założonego przez Jezusa Chrystusa i Apostołów, różne sekty nazywające się chrześcijańskimi, a które do głębi przekształcały naukę Zbawiciela i gardziły powagą żyjącą ustanowioną dla jej przechowania i wygłaszania. Ponieważ te sekty są owocem pychy ludzkiej, która zamiast przyjąć naukę Boską bezwarunkowo, wybiera z niej to, co się jej podoba i tworzy sobie swoją religię – nazywamy je herezjami. Potrzeba aby były zgorszenia, powiedział Zbawiciel: były herezje od początku i będą dopóty, dopóki chrześcijanie nie pomni na swe posłannictwo nie zechcą poddać swego rozumu pod jarzmo słodkie powagi Kościoła, która jest dalszym ciągiem powagi Jezusa Chrystusa na ziemi. Dalej, odszczepieństwo jest siostrą herezji: zasadza się głównie na buncie przeciwko prawej władzy religii świętej; dziś Kościół trapi przeważnie masoneria, która wyznaje bezbożność jawnie i oddaje cześć szatanowi. Dziś niedowiarstwo wielu i racjonalizm usiłują podkopać w zasadzie chrystianizm, starają się wszelkimi sposobami czernić Kościół, i jako fale wzburzonego morza uderzają na tę Arkę zbawienia.

"Dosyć będzie, aby zawstydzić tych, którzy oddzielają się od społeczeństwa katolickiego, ukazać tradycję Kościoła Rzymskiego i oświadczyć, że wiara, którą on głosi ludziom jeszcze dzisiaj, przyszła doń przez usta Biskupów, którzy są prawymi następcami Apostołów. Albowiem, konieczną jest rzeczą, aby każdy Kościół znosił się z Kościołem Rzymskim dla Jego wyższości i pierwszeństwa" (21), mówi św. Ireneusz (22). Wiadomym jest dla nas protestantyzm, nauka Lutra; lecz, jest druga jego forma, co zatrzymując ciało hierarchii katolickiej, odcięła mu głowę i zrobiła z niego trupa – to anglikanizm, czyli religia zwana episkopalną. Według tego systemu Papieża zastąpił w Anglii król: Naczelnik rządu cywilnego stanął na czele hierarchii duchownej, a Kościół stał się kancelarią państwa. Zasady anglikanizmu nawzajem się zbijają i obalają: z jednej strony uznaje on powagę duchowną Biskupów, która powinna być najwyższą, a pomimo tego podległą w dziedzinie wiary władzy cywilnej; następnie, z drugiej strony utrzymuje z Lutrem mylnie, że Pismo św. jest jedynym źródłem i jedyną zasadą wiary i że każda jednostka powinna w nim szukać religii swojej. Owóż, protestantyzm w miejsce powagi uczącej Kościoła, podstawił rozbiór i sąd indywidualny, co stanowi główną jego podstawę. Przeto, protestanci wszelkiego odcienia, uznający jakąś powagę religijną, są ze sobą w sprzeczności uderzającej i zadają sobie samym kłamstwo. Zwróćmy uwagę na fakt niezaprzeczony, że protestantyzm ze szkodą swej zasady natchnienia indywidualnego i rozbioru prywatnego, w miejsce ustanowionej przez Chrystusa powagi Kościoła, podstawił władzę tyrańską doktorów bez żadnego posłannictwa. Następnie, że ta zasada rozbierana na serio wytwarza albo śmieszny fanatyzm, albo racjonalizm: fanatyzm w tych, co przypuszczali, że są rzeczywiście natchnieni przez Ducha Świętego przy czytaniu Pisma św.; racjonalizm w tych, którzy odrzucając to natchnienie Boskie i nie przyjmując powagi Kościoła, chcieli badać przy świetle samego rozumu wiarogodność i boskość i treść ksiąg świętych. Dziś racjonalizm tak owładnął społeczeństwem protestanckim, że wielka liczba tych "predykantów", co mianują się ministrami Ewangelii, nie wierzą w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Do takich wniosków doprowadza logika protestantyzmu; nic dziwnego, albowiem trudno zrozumieć Chrystusa bez Kościoła: a kto odrzuci Kościół – ten musi koniecznie zaprzeczyć i Jezusa Chrystusa.

Racjonalizm, dziecię protestantyzmu, odziedziczył jego nienawiść ku Kościołowi Rzymskiemu, który jest dalszym ciągiem autorytetu Jezusa Chrystusa i jedynym zupełnym i żywym wcieleniem religii, którą z Nieba ludziom przyniósł. Lecz, dwa są rodzaje racjonalizmu: 1-szy który, chociaż zupełnie odrzuca objawienie nadprzyrodzone, przemawia językiem teologicznym, przytacza Pismo św., i zachowuje przynajmniej pozór chrystianizmu; 2-gi który zrzucając z siebie wszelką barwę teologiczną, przemawia tylko w imię samego rozumu ludzkiego i odrzuca wyraźnie co przechodzi granice porządku przyrodzonego. Dwa te rodzaje racjonalizmu, z których pierwszego przedstawicielką jest teologia protestancka, a drugiego filozofia niedowiarstwa, mają ten sam grunt i różnią się tylko formą, a jedną i tąż samą nienawiść mają oba ku Kościołowi katolickiemu. Wielu uczonych protestanckich pomimo swego przesądu doskonale pojmowało związek konieczny, jaki zachodzi między objawieniem chrześcijańskim a Kościołem katolickim i wyznali, że nie ma środka, tj. drogi średniej, między katolicyzmem a racjonalizmem. Tak, przypuściwszy raz, że Bóg dał ludzkości Objawienie pozytywne i nadprzyrodzone i przepisał dla ludzi religię, trzeba koniecznie przyznać, że Jego Opatrzność ustanowiła pewną powagę, czyli autorytet, której zadaniem byłoby tę religię przechowywać całą i nietkniętą, takową podtrzymywać i rozszerzać. Największa niedorzeczność przypuszczać, że Bóg objawiwszy religię, którą ludzie mają wykonywać, aby otrzymali swój cel, zostawił tęż religię samej sobie i przypadkom losu, nie troszcząc się bynajmniej o jej przechowanie. Dalej, pozwalając na jej zepsucie i zaciemnienie, czemu łatwo mogła ulec, zostając pod wpływem czasu, różnych namiętności i innych ludzkich słabości, już to ze strony rozumu lub ze strony woli, których ciągłą widownią jest natura ludzka. Bóg, któryby tak postępował, nie byłby Bogiem nieskończenie mądrym i doskonałym: Kościół, przeto, mówiący z godnością o Bogu, jest bardzo logicznym i konsekwentnym w swym nauczaniu, że od kolebki ludzkości aż do obecnej chwili religia nie była nigdy zostawiona sama sobie. Zatem, istniała zawsze na ziemi powaga Boska, której zadaniem było czuwać nad religią objawioną i przekazywać ją od pokolenia do pokolenia w całości i nienaruszoną. Wprawdzie, forma tej powagi zmieniła się: inna była pod patriarchami a inna pod Mojżeszem, lecz zawsze istniała i to pod formą widzialną, zewnętrzną, jako jedynie przystępną dla ludzi. A gdzie tylko nie było tej opiekuńczej powagi, tam wszędzie najgłówniejsze zasady porządku moralnego i religijnego uległy zepsuciu: najznakomitsi mędrcy posiadali zaledwo odłamki prawdy zepsute i błędami skażone, a nieraz sprowadzające w rezultacie zagładę wszelkiej religii. Kościół chrześcijański był ustanowiony spadkobiercą i prawym sukcesorem, czyli dziedzicem powagi Boskiej, jaką miała Synagoga, lecz z posłannictwem daleko większym i z wyższymi przywilejami: Jezus Chrystus przyszedł na ziemię dokonać i dopełnić wszystkich rzeczy. A zatem chrystianizm uzupełnia i kończy dzieło religijne na ziemi, zamyka szereg Objawień Boskich, jest religią zupełną i doskonałą, której religia Mojżesza i patriarchów zaledwo była szkicem i figurą. Przeto, potrzeba było, aby na się przyjął formę odpowiednią i zgodną z charakterem religii doskonałej i stanowczej: tę formę właśnie znajdujemy w Kościele, który jest nieskończenie wyższym od Synagogi. A wyższym: w Kościele, bowiem, Jezus Chrystus przebywa, ożywia go swym duchem i obiecał go podtrzymywać nie przez kilkanaście wieków, lecz aż do skończenia świata. Stąd, Kościół katolicki jest stanowczym i niezmiennym wyrazem religii: nie może ani postępować, ani ulegać żadnym zmianom, gdyż prawda niezmienna.

Wiemy, jak Słowo, które stało się ciałem, ustanowiło Kościół i nadało mu odpowiednią władzę i urząd. Hierarchia, do której składu wchodzi część nauczająca i kierująca społeczeństwem założonym przez Zbawiciela, składa się z Papieża, Biskupów, Kapłanów i ministrów przeznaczonych do pomocy Kapłanom. A nic cudowniejszego na widok tego ciała hierarchicznego, którego ramię rozciąga się na cały świat i stara się ująć w swe objęcia wszystkie ludy i narody. Wielkie to ciało hierarchii katolickiej jest ciałem żyjącym: żyje ono już 19 wieków, a jego żywotność nie tylko nie słabnie z czasem, ale owszem z każdym dniem zdaje się nabierać większej siły i hartu. To wszystko dowodzi, że w nim spoczywa zasada nieśmiertelna i Boska, która mu udziela tego życia, ciągle to ciało odmładza i odświeża: duch Jezusa Chrystusa, Duch Święty jest prawdziwie duszą Kościoła; On go ożywia i nim kieruje. Kościół, wierny obraz Zbawiciela, ma jak On dwie natury, tj. ludzką i Boską, jest razem i Boskim i ludzkim. Jest ludzkim, ponieważ składa się z ludzi i powiernikami jego władzy są ludzie, tj. Papież, Biskupi, Kapłani; jest Boskim, ponieważ Słowo Wcielone przebywa ciągle w nim z Duchem, który pochodzi od Niego i od Ojca, i że ta zasada Boska działa w nim i przez niego. Dlatego Apostoł narodów nazywa Kościół ciałem Chrystusa, dając przez to znać, że Chrystus jest w Kościele jak dusza w naszym ciele. Kościół na mocy tej zasady Boskiej, która go ożywia, jak mówiliśmy, jest nieomylnym; Bóg sam, będąc prawdą bezwarunkową, jest nieomylnym z natury, a Kościół nieomylnym w rzeczach wiary i obyczajów, o ile jest ustami samego Jezusa Chrystusa, czyli organem Ducha Świętego. Z tego źródła czerpią Pasterze powagę, której wierni słuchają ze czcią najwyższą: ulegają oni dobrowolnie Biskupowi w rzeczach religijnych i szanują głęboko jego słowo, widząc w nim przedstawiciela Syna Bożego a nie zwyczajnego człowieka i słysząc w nim głos samego Zbawiciela. Bogu, przeto, a nie człowiekowi jest posłuszny chrześcijanin, a jak nic nie ma nad to pokorniejszego, tak i nic dumniejszego: stąd godność i zasługa jego posłuszeństwa Kościołowi.

Kościół, jak Słowo Wcielone, którego on jest dalszym ciągiem na ziemi, pełen łaski i prawdy, rozwija się ciągle w duszach, które się nie zamykają na jego głos i są posłuszne wezwaniu. W ten sposób przedłuża uzupełnienie wielkiego dzieła Odkupienia i naprawy rodzaju ludzkiego: na wzór Boskiego Mistrza nieustannie oddziaływa na świat; pracuje ciągle i tworzy chrześcijan, ucząc i uświątobliwiając ludzi. Kościół jest pełen prawdy: rozdaje prawdziwą naukę wolną od wszelkich błędów; pełen łaski: otwiera człowiekowi źródła łaski, której głównymi kanałami są Sakramenty święte. Kiedy umysły słabe albo uporczywe, na których niestety nigdy nie zbywa, podnoszą wątpliwość albo jakieś spory o tym lub owym artykule nauki, czyli dogmacie wiary świętej; albo uczeni wygłaszają zuchwałe swe opinie: w takim razie jest koniecznie potrzebna najwyższa powaga naukowa, którą Jezus Chrystus dał Kościołowi. Ta najwyższa powaga żyjąca i niezależnie istniejąca od ludzi występuje w obronie prawdy przeciwko napadom błędu; kładzie koniec sprzeczkom i uspakaja umysły wzburzone, wyłączając z liczby katolików tych, którzy uporczywie trwają w swym błędzie i obstają przy niedorzecznej nauce. Niezbędna jest potrzeba takiej powagi, która by załatwiała wszelkie sprzeczki religijne, ponieważ Pismo św. będąc nieraz ciemne, potrzebuje tłumacza widzialnego mającego powagę, którego wyrokowi najwyższemu wszyscy chrześcijanie ulegać powinni, mówi uczony Bellarmin. Potrzeba sędziego dla określenia prawdziwego znaczenia Pisma św., mianowicie w miejscach ciemnych i różnie tłumaczonych. Albowiem, zadaniem Pisma św. nie jest tworzyć chrześcijanina: owszem, przeciwnie, ono go już przypuszcza; przypuszcza, że człowiek jest obeznany z nauką Jezusa Chrystusa i że ono może być zrozumiane tylko przez takiego.

Dalej, Pismo św., które protestanci przeciwstawiają Kościołowi, dopiero wtedy zostało ułożone, kiedy Kościół już był uformowany i zupełnie ustanowiony. Pismo św. jest późniejsze od Kościoła: wyszło bowiem z jego łona; jest córką Kościoła; nauka, przeto, Pisma św. jest nauką Kościoła, która przy pomocy Ducha Świętego przeszła z serc Apostołów do ksiąg, które nam zostawili. Te jednak księgi Pisma św. nie zawierają w sobie tak jasnego i dokładnego wykładu wiary świętej, jak nam podaje nauka Kościoła; stąd wynika, że nauka zawarta w Piśmie św. powinna być objaśniona i dopełniana wykładem Kościoła. To się stosuje tak do ksiąg Nowego jak i Starego Testamentu, ponieważ Kościół jest spadkobiercą Synagogi, a Jezus Chrystus jest celem i uzupełnieniem prawa. Zarówno księgi Starego, jak i Nowego Testamentu są własnością Kościoła: jedne i drugie pochodzą od tego samego Ducha Świętego; a ten Duch Święty, który jest Duchem Ojca i Syna, jest również i Duchem Kościoła: Duchem, który go oświeca, ożywia i nim rządzi. Kościół, przeto, czuwa nad Pismem św., przechowuje je całym i nietkniętym i tak je podaje od pokolenia do pokolenia. Stąd, co by się stało z Pismem św., gdyby nie było powierzone ciągłej pieczy Kościoła? Jakże byśmy je przyjęli, gdyby Kościół podając nam nie zapewnił nas o jego Boskim pochodzeniu? A przeto, od Kościoła przyjmujemy Pismo św.: zatem, powinniśmy je tylko czytać i pojmować według ducha tegoż Kościoła. Trudno oddzielić Pismo św. od Kościoła: ono żyje przez Kościół, jest jego własnością, i napisane jest dla dziatek jego; jest księgą rodzinną dla nich, którą oni pojmują dobrze, ponieważ przemawia ich językiem i jest ożywione ich duchem.

Racjonalizm napada na powagę Kościoła niby w imię swobody myślenia, jako jedynej zasady postępu we wszystkim. Lecz, cóż jest owa swoboda myślenia? Co rozumieją racjonaliści utrzymując, że myśl ludzka powinna być swobodną i niekrępowaną żadną powagą Kościoła? Owóż, że wola jest przymiotem istotnym ducha ludzkiego – Kościół tę prawdę donioślej wyznaje, jak sami racjonaliści. Ale, różne są sposoby pojmowania tej woli, a racjonaliści przyjmują ją w zupełnie innym znaczeniu, jak my. Kiedy racjonalizm upomina się dla człowieka o swobodę myślenia, rozumie przez to, że rozum ludzki jest najwyższym i nie może być kontrolowany przez żadną powagę zewnętrzną. Następnie, że każdy ma prawo wygłaszać o wszystkich rzeczach takie opinie, które uważa według siebie za prawdziwe. Owóż, w taki sposób można sformułować zasadę, jaką nam przeciwstawia racjonalizm: wola jest przymiotem istotnym ducha ludzkiego; lecz, duch wtedy jest prawdziwie swobodnym, kiedy sam sobą rządzi i oprócz siebie nie uznaje żadnej innej powagi; a zatem, katolicyzm, przemawiający do człowieka w imię powagi zewnętrznej, zadaje cios swobodzie myślenia. Racjonalizm, określając w ten sposób swobodę myślenia, utracił wszelkie prawo uderzania na zasadę Kościoła i zabił siebie sam: powyższe określenie woli ludzkiej jest fałszywe i dowolne, a taka wola jest przymiotem tylko Boga, nie zaś człowieka. Taka wola, jaką wygłasza racjonalizm, przypuszcza zupełną niezależność; że duch ludzki zależy sam od siebie, i sam dla siebie jest zasadą i prawem. Tymczasem, Bóg tylko sam jest niezależny w ten sposób: Bogu tylko jest właściwą taka swoboda myślenia, ponieważ sam będąc prawdą bezwarunkową, prawdą z natury swojej, znajduje w sobie nieomylną zasadę swej myśli. A tak, zasada racjonalizmu ściśle rozbierana miesza ducha ludzkiego z inteligencją Boską, a rozum stworzony i z natury swej zależny z rozumem niestworzonym i najwyższym. Według zasady (23) racjonalizmu, swoboda myślenia jest to wyzwolenie się ducha ludzkiego od wszelkiej zasady prawdy i konsekwentnie stąd: uwolnienie się woli ludzkiej od wszelkiej zasady dobra. Innymi słowy: nie ma ani prawdy ani fałszu, ani złego ani dobrego: rozum każdej jednostki jest jedyną miarą prawdy, a wola jedyną miarą dobrego. A ponieważ rozumy i wole pojedyncze bardzo często są z sobą sprzeczne; a zatem stąd wynika, iż wszystko jest zarówno dobrym i prawdziwym: oto przepaść do jakiej ostatecznie prowadzi racjonalizm ze swymi fałszywymi zasadami o swobodzie i niezależności myśli.

Swoboda myślenia w ścisłym znaczeniu tego wyrazu – jest siła, energia, działalność właściwa, jaką duch rozwija myśląc; a ponieważ każda myśl musi mieć przedmiot, a ten przedmiot musi być koniecznie prawdziwym, a zatem, swobodę myślenia stanowi władza czyli możebność poznania prawdy (24). W Bogu ta władza jest nieskończona, zawsze czynna, nigdy nie zboczy ani od swego przedmiotu ani od swej zasady; w człowieku zaś jest ona skończoną, działa powoli i stopniowo, nieraz odstępuje od prawdy, która jest jej przedmiotami i zarazem zasadą; rozwija się, doskonali i potęguje się w miarę coraz większego jednoczenia się z prawdą. Wszystko co tylko sprzyja temu zjednoczeniu ducha z prawdą, co stanowi właściwie poznanie, sprzyja tym samym i rozwojowi czyli postępowi swobody myślenia. A więc, jeżeli powaga Kościoła sprzyja rozwojowi naszej władzy poznawania prawdy, musi sprzyjać również i swobodzie myślenia.

Jak bez sfałszowania historii i zaparcia rozumu niepodobieństwem jest zaprzeczać Jezusowi Chrystusowi Bóstwa, tak konsekwentnie odmawiać charakteru Boskiego powadze Kościoła. Poddając człowieka nauce Kościoła, katolicyzm jest posłuszny prawu natury i zadość czyni istotnym potrzebom naszego umysłu. Człowiek powinien się kształcić, takie jest prawo jego istnienia: owóż, Kościół jest powagą naukową, której obowiązkiem jest wykładać prawdy moralne i religijne. A zatem, katolicyzm pod tym względem nie tylko nie staje w sprzeczności z naturą ludzką, ale owszem zadosyć czyni jej prawom, i jest dokładnym i zupełnym wyrazem tychże praw, którymi natura ludzka się rządzi. Katolicyzm nie tylko pozostaje w zgodzie z istotnymi prawami naszej natury, lecz nadto przeznaczeniem jego jest zabliźniać wszelkie jej rany i podnosić ją z upadku, i zadaniem Kościoła jest odradzać rozum oraz naprawiać wolę. Gdy spojrzymy na świat, przekonamy się, że wielka część ludzi przy swym kształceniu się przymuszona jest czerpać naukę w nieczystych źródłach, tj. nauczanie szafuje zarówno fałszem jak prawdą, czyli uczą człowieka dobrego i złego; czerpie śmierć, zamiast życie dla duszy, jeżeli szuka prawdy gdzieindziej, a nie w nauce Kościoła prawd Bożych.

W rzeczy samej, czego dokonał Jezus Chrystus, ustanawiając swój Kościół? Naprzód, uroczyście uznał to prawo nauczania, którym się kieruje nasza natura intelektualna; zatem, ogłosił je powtórnie zakładając Kościół; nadto, naprawił w nim to, co znalazł zepsutego od czasu upadku, przywrócił go do pierwotnej czystości w dziedzinie moralności i religii. Kościół katolicki na mocy swej nieomylności rozdaje swym wiernym prawdę nieskalaną w zakresie rzeczy dotyczących zbawienia: mogą oni, przeto, iść śmiało za głosem praw swej natury z tym mocnym przekonaniem, że nie przyjmują fałszu za prawdę, a trucizny za pokarm życia.

Kościół bierze w swą macierzyńską opiekę człowieka od samej kolebki, powoli wznosi nad sferę zmysłów: dziecię wychowane na łonie katolicyzmu odbiera w formie najodpowiedniejszej jego uzdolnieniu i rozwinięciu umysłowemu najwznioślejsze prawdy o Bogu, o jego przeznaczeniu, o świecie, o celu wszystkich rzeczy stworzonych; pojęcie w 8-9 roku o wielu prawdach metafizycznych i moralnych, do których nie mógł się wznieść niejeden mędrzec pogański swym potężnym geniuszem. O jakże drogie ziarno postępu umysłowego składa powaga katolickiej nauki w młode umysły, a wpływ nauczania religijnego trwa przez cały bieg życia, dając pojęcie o tych ideach Boskich, które są podstawą wszelkiej wiedzy! Prawdy objawione przez Boga z jakiejkolwiek strony rozbierane, nie tylko nie są przeszkodą do rzeczywistego postępu, ale są mu niezbędne: wywołują go, podtrzymują i kierują nim. Któżby się ośmielił utrzymywać, że zasady ogólne i powszechne, które stanowią prawdy rodzaju ludzkiego (25) i są przyjęte przez wszystkich, mogły być szkodliwe dla nauki i krępowały postęp? Według głosu ludzi zdrowego umysłu: prawdy rodzaju ludzkiego sprzyjają rozwojowi nauki, oświecają umysł nowym światłem, które mu przewodniczy i pomaga w jego poszukiwaniach.

Owóż, nauka katolicka jest światłem nowym, silniejszym, jaśniejszym, dodanym do światła początkowego natury; dogmaty objawione przekraczają pod pewnym względem granice porządku naturalnego i tworzą w ten sposób dla uczonych chrześcijan prawdy porządku wyższego. Jeżeli ludzkość słusznie nazywa barbarzyńcami tych nędznych mędrców (26), co w swej zuchwałej zarozumiałości śmią uderzać na prawdy rodzaju ludzkiego, to katolicy w imię logiki mogą cechować tym piętnem czoła wszystkich, którzy nie przyjmują wiary katolickiej. Pod opieką racjonalistów nauka, a mianowicie filozofia, pod sztandarem której występują do walki z Kościołem, nie tylko nie czyni żadnego postępu, ale ciągle idzie wstecz; prawdy już dawno odkryte albo zostały zupełnie zaciemnione, albo przekształcone. Wiadomo, że filozofia antykatolicka, która od dawna trzyma w swym ręku berło świata, cofnęła się prawie do kolebki filozofii pogańskiej: zniosła prawdy porządku moralnego i religijnego, ale ich miejsca niczym nie zastąpiła. Czy to można nazwać postępem, kiedy tak postępować, jest to kopać grób cywilizacji, rozumowi i całemu porządkowi społecznemu.

W ubiegłym wieku między filozofami niedowiarkami przeważał materializm, co jest zupełnym pochłonięciem rozumu i ducha przez materię i siłę, a którego ojcem był sensualizm (27). W pierwszej połowie tego wieku palmę pierwszeństwa w szkołach racjonalistowskich trzymał panteizm, co jest zupełne oddanie filozofii w ręce sofistyki: oto postęp rozumu wyzwolonego z pod jarzma powagi Kościoła. Racjonalizm wygłasza z początku wszechpotęgę rozumu ludzkiego, a w końcu wykazuje jego zupełną niemoc i niedostateczność. Racjonalizm nie jest ani rozumem ani filozofią: jest on śmiertelnym wrogiem obojga, naraża ich godność i przyprawia je o zgubę tak przez zbytnią przesadę jak i zbyteczne poniżenie. Nauka katolicka, jedyna zasada postępu w naukach moralnych, sprzyja rozwojowi wszelkich nauk, i nie powstrzymuje naturalnego biegu ducha ludzkiego.

Sami uczeni czują potrzebę powagi najwyższej naukowej, która by usunęła ich wątpliwości i niepewności nie tylko w dziedzinie religii pozytywnej i nadprzyrodzonej, lecz nawet i w dziedzinie religii przyrodzonej, a co może tylko Kościół. A przeto, filozofia racjonalistowska nie wytrzymuje krytyki, napadając na powagę Kościoła w imię niezależności myśli, w imię postępu, lub w inny jaki sposób. Niezależność, której racjonalizm wymaga, jest bezzasadną, a postęp z którego się chełpi, jest tylko rozkładem i śmiercią. W naukach, które powinny rozwiązywać najwyższe zagadnienia w porządku religijnym i moralnym, a zatem i w naukach filozoficznych, nie ma prawdziwego postępu możliwego poza nauką katolicką. Rozum na to się zgadza, a doświadczenie potwierdza; stąd, św. Tomasz, Doktor Anielski, św. Augustyn, i inni nauczyciele Kościoła więcej rozwiązywali kwestyj filozoficznych, jak wszyscy razem filozofowie niedowiarkowie, co jest faktem nieulegającym żadnej wątpliwości.

–––––––––––

Ze skarbnicy wiedzy teologicznej. Studium dogmatyczne na podstawie św. Tomasza, Doktora Anielskiego. Napisał Ks. J. D., Warszawa 1899, ss. 176-215.

PRZYPISY:

(1) Moehler, Symbolika, ks. I, rozdz. 5, § 36.

(2) Katechizm Soboru Trydenckiego, cz. I, rozdz. 1.

(3) Matth. XXVIII, 20.

(4) Tak zwane w teologii: Magisterium, Ministerium et Regimen.

(5) I Corint. XII, 28; Eph. IV, 11.

(6) Concilium Tridentinum, Sessio XXIII, c. IV; cf. Act. XX, 28.

(7) Concil. Trident., Sessio XXIII, can. 6.

(8) Dzieło "Augustinus" Janseniusza.

(9) Quaestio juris.

(10) Quaestio facti.

(11) "Textus dogmatici humanae originis, scripta scil. ab homine citra divinam inspirationem composita, quae de dogmate agant". – H. Hurter SI, Theologiae dogmaticae compendium in usum studiosorum theologiae, Tomus I. Editio septima aucta et emendata. Oeniponte 1891, n. 389.

(12) Matth XVI, 16.

(13) Ibid. 18.

(14) Rzeczy jednak stanowiące istotę Sakramentów zostały określone przez samego Chrystusa.

(15) A za nimi wszyscy inni nieprzyjaciele Kościoła.

(16) Concilium Vaticanum, Sess. IV, c. 4.

(17) Matth. XVI, 18.

(18) Luc. XXII, 32.

(19) Nimis temeraria est assertio inimicorum hujus infallibilitatis, qui dicunt eam XIII s. ad finem vergente per s. Thomam, deceptum spuriis testimoniis, in theologiam scholae esse inductam: a) Quia tam antiqua est haec doctrina, quam antiqua sunt verba Christi: "Tu es Petrus", quare b) s. Thomas hanc fidem non invexit, sed in Ecclesia jam reperit. Neque confictus est c) textus s. Luc. XXII, 32, cui in primis innititur s. Thomas 2, 2. q. 1. a. 10. Cf. H. Hurter SI, Theologiae dogmaticae compendium, T. I, n 587.

(20) Nie jest dogmatem, lecz, aby nie tamować naturalną i prawowitą swobodę działalności i wpływu, rzecz konieczna zwrot Papieżowi władzy doczesnej, którą samozwańczo od r. 1870 posiada rząd Włoski (masoni). Jest to krzywda wołająca o pomstę do Boga, a w obronie więźnia Watykanu z głosem katolików całego świata, przemawia z Hagi słynny publicysta angielski p. W. Stead i z nim wielu innowierców. ("Przegląd Katolicki", Nr 30, rok 1899).

(21) Propter potiorem principalitatem.

(22) Adversus haereses, lib. III, c. 3.

(23) Teorii.

(24) S. Thomas: An intellectus noster possit cognoscere infinita? Sic, infinita in potentia, quia est eius objectum, sed non infinitum in actu, Deum non totaliter.

(25) Consensus communis naturae.

(26) Sofistów.

(27) Locke'a i Condillaka.


Pierwotnie tekst ukazał się na stronie ULTRAMONTES.pl 

środa, 13 września 2017

Zapomniane prawdy - Pius XII: Błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu.



"Jest zapewne rzeczą mądrą i godną pochwały powracać myślą i sercem do źródeł liturgii świętej. Badanie bowiem przeszłości nie mało przyczynia się do głębszego i dokładniejszego poznania znaczenia świąt i treści używanych formuł i świętych ceremonii. Natomiast nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. I tak, aby użyć przykładu, błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu; kto chce wykluczyć czarny kolor z szat kościelnych; kto nie dopuszcza w kościele posągów i świętych obrazów; kto wymaga, aby wizerunek Zbawiciela przybitego na krzyżu tak był dostosowany, iżby na Jego ciele nie było znać okrutnych mąk, które poniósł; kto wreszcie gani i odrzuca wszelką muzykę polifoniczną, choćby nawet przystosowaną do przepisów wydawanych przez Stolicę Apostolską."

Pius XII, Encyklika Mediator Dei et Hominum

wtorek, 12 września 2017

Modernizm w ascetyce



Próby unowocześnienia pojawiają się również i w dziedzinie religijności. Z chęcią modernizacji nie odstąpiono nawet od Świętych. Dobrze jest, gdy uwydatnia się aktualność świętości we współczesnym społeczeństwie i w ten sposób pociąga się umysły i serca do świętości. Widok specjalnych potrzeb współczesnego życia każe istotnie podkreślać tę lub ową stronę teologii życia duchowego. Wspaniale, jeśli wiedzę Świętych wydobywa się ze starych barci zakonnych i podaje w nowoczesnym języku, jak to uczynił Merton. Życzyć sobie należy, aby literaci przyswajali sobie coraz więcej zasady teologii ascetycznej. Lecz, gdy unowocześnienie ascezy odbywa się w sensie modernistycznym, to jest gdy przybierając treść nauki w nową szatę przemienią się i samą treść, zachodzi wówczas wielkie niebezpieczeństwo.

Wegetujący dziś jeszcze tu i ówdzie modernizm ukazuje się nieśmiało na gruncie ascezy. Uznaje on, że celem ascezy jest miłość Boga, lecz do tego celu usiłuje wytorować nową drogę. Pomniejsza świadomie wagę środków tradycyjnych, jakie Kościół nakładał osobom dążącym do doskonałości. Twierdzi, że humanizm przyjęty przez naukę katolicką nie godzi się z "średniowieczną" modłą pokuty i "cierpiętnictwa", że należy potępić umartwienie rujnujące człowieka. Pod adresem rachunku sumienia szczegółowego powiadają: "Nie zagłębiać się w nędzy własnej". "Wiele się modli, kto dobrze spełnia obowiązek pracy. Wobec silnej potrzeby szerokiego apostolstwa  i najróżniejszych rodzajów pracy życie kontenplacyjne jest dzisiaj nie tylko nieaktualne, ale wprost niemożliwe."

"Zreformować trzeba przestarzałe formy nabożeństwa". A więc: "Modlitwa różańcowa jest nieliturgiczna". "Drodze Krzyżowej brak najważniejszej sceny, Zmartwychwstania." Pieśń Wisi na Krzyżu jest  torturą dla człowieka o wyrobionym smaku estetycznym". "Metodyczne rozmyślanie komplikuje modlitwę , więc - o dziwo i to głoszą nowe prądy - trzeba wrócić do modlitwy Ojców Kościoła". "Ludzie dzisiaj są nerwowi i nie wytrzymują przykazań postu". Z tego samego powodu "nie należy ludzi straszyć śmiercią, sądem, ani ogniem piekielnym". "Należy podnosić w człowieku poczucie osobistej godności" itd.

Jednym słowem w życiu religijnym wszystko powinno być miłe, psychologiczne i postawione na wysokim poziomie artystycznym. Dzieła religijne winny być pisane na poziomie literackim. A kapłan winien być społecznikiem i humanistą. Najwyższym osiągnięciem jakim chciała się pochlubić ta nowa ascetyka, jest zasada: "Tyle ograniczenia wolności ile konieczne, a tyle swobody ile możliwe".

Zdradliwość tych haseł polega na tym, iż mieszają prawdę z fałszem. Postulat zmiany formy jest tak silnie postawiony, iż zahacza najczęściej o istocie rzeczy, o same zasady. W kaznodziejstwie o humanizmie, ginie głos chrystianizmu. Zamiast Krzyż ukazać jako najwyższą postać miłości, zostaje on przysłonięty "ideałem" miłości. Gloryfikacja umiejętności radowania się stworzeniami rodzi zapomnienie o umartwieniu i pokucie. 

Pius XII wykazał jasno wieloznaczność tych modernistycznych zasad. W przemówieniu do Międzynarodowego Kongresu Zakonnego odbytego w Rzymie w roku 1950, napiętnował je jako rozbiegające się z duchem Chrystusa, który "uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci" (Fil. 2,8)

A więc i w zagadnieniach życia duchownego, tym bardziej w kwestii naszego osobistego życia kapłańskiego, trzymać się trzeba przestrogi: "Nie każdemu duchowi wierzcie, ale doświadczajcie czyli z Boga jest" (1 Jan 4,1)

"Nowa asceza" niezgodna jest również ze zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Niezgodna jest zwłaszcza z tym, czego nauczają nas ostatni papieże w orędziach skierowanych do kapłanów: św. Pius X w orędziu "Haerent animo", Pius XI w encyklice "Ad catholici sacerdotii", Pius XII w adhortacji "Menti nostrae". Posłuchajmy dłuższego wyjątku z tego ostatniego dokumentu:
Kapłan nie powinien ufać zbytnio siłom swoim ani cieszyć się nieumiarkowanie swoimi zdolnościami; nie będzie szukać ludzkiego uznania i pochwał, ale będzie pokornie naśladował Chrystusa, który "nie przyszedł aby mu służono, ale aby służyć" (Mt 20,28). Kapłan będzie się starał praktykować zaparcie siebie (Mt 16,24) będzie unikał zbytniego przywiązania do rzeczy ziemskich, aby tym łatwiej i swobodniej móc iść za swoim Boskim Mistrzem!".
Mimo zatem tak przeciwnych poglądów panoszących się dzisiaj, pozostaje nadal prawdą, że umartwienie, zaparcie samego siebie, oderwanie od dóbr ziemskich, pokora, skromność, pozostają nadal jedyną drogą do spotkania z Chrystusem. Pozostałe  poglądy tę tylko mają zaletę iż są nowe. Zamiast liberalnej zasady: "tyle ograniczenia wolności ile konieczne, a tyle swobody ile możliwe", kapłan kierujący się duchem Chrystusa i nauką Kościoła zastosuje w praktyce wręcz coś przeciwnego. Tyle ograniczenia swobody, tyle umartwienia ile to tylko możliwe; tyle zaś swobody ile konieczne.

Nie zapominajmy rzeczywistego stanu naszej natury ludzkiej, jak to czyni "nowoczesna asceza" nie dostrzegająca tego niebezpiecznego pochylenia natury człowieka skłonnej do złego z przyrodzenia. Pretendując do psychologiczności i humanizmu jest w rzeczy samej mało psychologiczna. Patrzy bowiem na człowieka tylko z jednego punktu widzenia. Strzeżmy się także jednostronnego intelektualizmu i estetyzmu w życiu wewnętrznym. Zaglądajmy więcej do Ewangelii niż do nowoczesnych podręczników psychologii. Nie zapuszczajmy się w tych praktykach ascetycznych, do jakich zaprawiono nas w seminarium. Mimo iż są one może proste, to jednak są bardzo zasadnicze. Wyższe opiera się zawsze na niższym, heroizm na umartwieniu, mistyka na pacierzu. Maryja była duszą mistyczną, gdyż posiadała wyższe stany modlitwy, a jednak nie zaniedbywała skromniejszych form życia religijnego. Odbywała np. popularne piesze pielgrzymki z prostaczkami do Jerozolimy. Praktykowała "małe cnoty" i nimi Bogu szczególnie się spodobała. 

Święty Paweł zalecając wiernym gruntowną ascezę: "mortificate membra vestra... umartwiajcie członki wasze" (Kol 3,5), jak gdyby chciał nam przed oczy cnoty Maryi, abyśmy je sobie dzięki gruntownej ascezie przyswoili, kiedy dodaje: "Przyobleczcież się tedy jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w czułe miłosierdzie, w dobroć, w pokorę, w cichość, w cierpliwość" (tamże, 12). "Małe cnoty" Maryi przybliżają nas bardziej niż cokolwiek innego do wielkości Maryi. A znajdując Maryję, odnajdziemy tym samym i Chrystusa. Amen.



O. Otto od Aniołów
Zagadnienia życia wewnętrznego. Maryja w życiu kapłana,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1960, ss. 112-116

niedziela, 10 września 2017

Ks. Jean-Michel Gleize FSSPX: Prawdziwe oblicze i dokonania dr. Marcina Lutra



20 maja A.D. 2017 ks. Jean-Michel Gleize przedstawił w Krakowie tematykę swej książki "Prawdziwe oblicze Lutra" wraz z zarysem głównych zasad protestantyzmu. Prelegent podkreślił znaczenie osobowości Lutra, rodowód zasady "sola fides" (sama wiara), oraz jej dzielącego oddziaływania. W drugiej części spotkania, podczas zadawania pytań, nawiązała się żywa dyskusja, między innymi dzięki udziałowi protestanckich wydawców i teologów przybyłych na spotkanie.

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Dogmatyka Katolicka ks. Sieniatyckiego





DOGMATYKA KATOLICKA

Podręcznik szkolny

KS. DR MACIEJ SIENIATYCKI
––––––––––

__________

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15,4 Mb)
__________

Ks. Dr. M. Sieniatycki, Prof. Uniw. Jagiell. w Krakowie, Dogmatyka katolicka. Podręcznik szkolny. Wydanie ósme, rozszerzone i poprawione, ZASTOSOWANE DO PROGRAMU MIN. W. R. I O. P., Kraków 1930, str. 239.

Jedność wiary z papieżem Franciszkiem a kanoniczne uznanie Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X



W niniejszym artykule, opublikowanym za zgodą Domu Generalnego Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, ks. Paweł Robinson (profesor dogmatyki w seminarium Świętego Krzyża w Goulburn w Australii – przyp. red. WTK) zajmuje się kwestią, czy papież musi być tradycjonalistą, żeby Bractwo postąpiło słusznie, przyjmując z jego rąk rozwiązanie kanoniczne.



Wprowadzenie

W debacie dotyczącej tego, czy Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X powinno zaakceptować prałaturę personalną w trakcie pontyfikatu papieża Franciszka, pojawiły się opinie, że nie powinno ono zajmować się kwestią, czy uznanie kanoniczne jest rzeczą stosowną lub roztropną. Rzeczywiste pytanie, które należałoby postawić, powinno raczej dotyczyć tego, czy Bractwo i Franciszek mają wspólny cel oraz czy wyznają tę samą wiarę. Jeśli nie, to wówczas czymś złym z zasady byłoby nawet samo rozważanie przyjęcia uznania kanonicznego. Jeśli tak, to wtedy i tylko wtedy takie rozważania byłyby z zasady słuszne, można byłoby więc się zastanawiać, czy akceptacja prałatury personalnej jest roztropna.

Ci, którzy wyrażają tę opinię, milcząco zakładają, że papież Franciszek nie ma tej samej wiary ani tego samego celu, co Bractwo, zatem akceptacja uznania kanonicznego podczas pontyfikatu papieża Franciszka byłaby rzeczą złą co do zasady. Więcej nawet, byłoby to nielogiczne, gdyż „ustanowienie jedności prawnej bez rzeczywistej jedności […] wprowadzałoby sprzeczność”1.

Celem niniejszego artykułu będzie wykazanie, że przyjęcie uznania kanonicznego od modernistycznego papieża nie jest czymś złym z zasady oraz próba ustalenia kryterium pozwalającego określić stopień, w jakim współpraca z modernistycznym papieżem jest możliwa do zaakceptowania. Przedmiotem tego artykułu nie będzie [natomiast] rozważanie tego, czy w obecnych okolicznościach przyjęcie przez Bractwo prałatury personalnej od papieża Franciszka jest rzeczą roztropną.

Historia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

Pierwszym faktem, na który należy zwrócić uwagę, jeśli chodzi o wyrażone powyżej stanowisko, jest to, że sprzeciwia się ono duchowi przenikającemu całą historię Bractwa. Pozwólmy sobie dokonać krótkiego przeglądu tej historii, aby zobaczyć, że tak właśnie ma się sprawa w omawianym przypadku.

Wydaje się, iż bez specjalnego trudu można wykazać, że papież Paweł VI przejawiał silne tendencje modernistyczne – a jednak Bractwo zostało erygowane kanonicznie właśnie za jego pontyfikatu i w latach 1970–1975 miało status stowarzyszenia pobożnego (łac. pia unio – przyp. red. WTK). Zatem, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, współpraca z modernistycznym papieżem, polegająca na posiadaniu podległej mu struktury kanonicznej, nie mogła być – przynajmniej w opinii abp. Lefebvre’a – uznawana za rzecz złą.

Zdarzenia prowadzące do tego, co dokonało się w roku 1988, są w tym względzie nawet bardziej pouczające. Gdy ktoś rozumie, że abp Lefebvre czekał na znaki, iż powinien konsekrować biskupów, i że po otrzymaniu dwóch takich znaków (w postaci modernistycznych skandali wywołanych przez Rzym) udał się do Rzymu, aby uzyskać uznanie kanoniczne, powinien wyprowadzić z tego ogólną zasadę: „modernistyczne skandale same w sobie nie stanowią przeszkody do przyjęcia uznania kanonicznego z rąk tych, którzy są odpowiedzialni za ich wywołanie”.

Wkrótce potem Arcybiskup wycofał swój podpis z protokołu mającego być podstawą nadania struktury kanonicznej, ponieważ utracił zaufanie do osób, z którymi negocjował. Po zakończeniu tej ciężkiej przeprawy uznał on, że większy tradycjonalizm – pod względem doktrynalnym – po stronie przedstawicieli Rzymu zapewniłby solidny fundament zaufania. Zatem ocena wiary papieża stanowiła dla niego punkt wyjścia do dokonania oceny [ewentualnej] akceptacji uznania kanonicznego – nie w tym znaczeniu, czy jest ono możliwe, lecz raczej czy jest ono roztropne. Jeśli można zaufać papieżowi, że pozwoli Bractwu pozostać „takim, jakim jest” i sprawować własną posługę – „eksperyment Tradycji” – z wystarczającym stopniem autonomii, wówczas uznanie kanoniczne dobrze przysłuży się Kościołowi i powinno zostać przyjęte.

Bractwo przyjęło tę samą linię postępowania w swoich obecnych kontaktach z hierarchią rzymską. Bractwo nigdy nie poszło do Rzymu prosząc, aby papież i biskupi nawrócili się na tradycjonalizm, zanim kwestia uznania kanonicznego w ogóle miałaby zostać rozważona. Bractwo nigdy nie domagało się złożenia przez papieża wyznania wiary, wyparcia się herezji, [sformułowania] syllabusa błędów ani temu podobnych rzeczy. Podobne żądania oznaczałyby, że Bractwo jest nadrzędne w stosunku do papieża i że to papież ma uzyskać legalne uznanie od Bractwa, a nie na odwrót. Krótko mówiąc, byłyby przejawem ducha schizmatyckiego.

Bractwo tymczasem stawiało jedynie takie wymagania, jakie pozostają w zgodzie z jego właściwym stanowiskiem; w szczególności chodzi o wymóg, aby pozostawić je „takim, jakim jest”. Na kapitule generalnej, zwołanej w 2012 r., Bractwo sformułowało sześć warunków – z których żaden nie dotyczył wiary papieża – aby zagwarantować, że pozostanie ono nietknięte i będzie się cieszyć wystarczającym stopniem autonomii po hipotetycznym uznaniu kanonicznym.

Nie oznacza to jednak, że wśród członków Bractwa, nawet tych bardzo wysoko postawionych, co pewien czas nie pojawiała się pokusa utrzymywania, że prawdziwy duch Arcybiskupa – a zatem i Bractwa – wymaga, aby papież wyznawał doktrynalny tradycjonalizm (doctrinal traditionalism), zanim będzie mogło nastąpić jakiekolwiek uznanie kanoniczne. Właśnie takie jest stanowisko tej luźnej grupy byłych kapłanów Bractwa, która określa się jako „ruch oporu” („The Resistance”), a w której gronie znajduje się także nie należący już do Bractwa biskup.

Twierdzę natomiast, że pogląd, zgodnie z którym „ścisła jedność wiary ma poprzedzać uznanie kanoniczne” nigdy, w żadnym momencie, nie był oficjalnym stanowiskiem Bractwa: ani w czasach, gdy żył Arcybiskup, ani też po jego śmierci.

Współpraca jest możliwa

Co do zasady pewna forma współpracy z modernistycznym papieżem jest zatem możliwa. Tymczasem odsuńmy nieco na bok zagadnienie rozmów Bractwa z Rzymem, aby zrozumieć fakt, który ma znaczenie fundamentalne dla całej tej dyskusji: Bractwo zawsze do pewnego stopnia współpracowało z posoborowymi papieżami. Trzy zasady pomogą doprecyzować, że tak właśnie ma się sprawa z papieżem Franciszkiem.

Pierwsza zasada brzmi: Bractwo uznaje papieża Franciszka za papieża. O ile abp Lefebvre wykazywał pewną dozę tolerancji wobec poszczególnych sedewakantystów, o tyle zawsze odrzucał sedewakantyzm jako rozwiązanie dla bractwa kapłańskiego, które założył. Po dziś dzień kandydaci do święceń wyższych w Bractwie w wieczór poprzedzający święcenia muszą oświadczyć przed Najświętszym Sakramentem, że uznają aktualnego papieża za papieża.

Druga zasada mówi, że papież Franciszek jest papieżem Kościoła katolickiego. Oznacza to, że sprawuje on najwyższy urząd w instytucji, którą założył nasz Pan, Jezus Chrystus. Jako taki, papież nie decyduje i nie może decydować o celu (finality) tej instytucji. Kościół jest Kościołem niezależnie od jego osobistych odczuć w tym względzie. Jest to zapewne jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy papież Franciszek mógłby zasadnie zapytać: „Kimże jestem, aby decydować?”2.

O tym właśnie należy pamiętać, gdy rozważamy pewne kierunki, w których papież Franciszek zdaje się prowadzić Kościół. Wydaje się na przykład, że chce on, aby Kościół był rzecznikiem ideologii ekologicznej w jej nowoczesnej, antyludzkiej formie, reprezentowanej przez takie osoby jak Jeffrey Sachs3 czy Paul Ehrlich4. Nie trzeba dodawać, że promowanie „celów zrównoważonego rozwoju”5 nie należy do misji Kościoła, zwłaszcza wtedy, gdy pociąga to za sobą drastyczne ograniczenie liczby ludności na świecie. Jest to prawdą niezależnie od tego, czy papież Franciszek wierzy, że stanowi to część misji Kościoła bądź też chce, aby część tej misji stanowiło.

Po trzecie wreszcie, zarówno członkowie Bractwa, jak i związani z nim wierni są już członkami rzeczywistej społeczności Kościoła katolickiego, którego widzialną głową jest papież Franciszek. Innymi słowy, są oni w realny sposób zjednoczeni z papieżem Franciszkiem (nie chodzi tu o papieża Franciszka wraz z jego „osobistym magisterium”, lecz o papieża Franciszka jako papieża). Uznają oni, że jest on sprawującą władzę głową Kościoła, umieszczają jego wizerunek w swoich kaplicach, wymieniają jego imię podczas Mszy świętej i w trakcie błogosławieństw. Wymienione akty nie są ani obłudnym pozerstwem, ani pustymi symbolami – wskazują one na rzeczywistą jedność, jaka istnieje między Bractwem a papieżem. Wskazują na to, że Bractwo, mając na względzie dobro Świętej Matki Kościoła, współpracuje – przynajmniej do pewnego stopnia – z papieżem Franciszkiem.

Uznanie kanoniczne, a nie przyłączenie

To, że realna jedność Bractwa z papieżem Franciszkiem już ma miejsce, uświadamia nam drugi, kluczowy fakt często pomijany przez przeciwników akceptacji prałatury personalnej: w kanonicznym uznaniu Bractwa przez papieża Franciszka nie chodzi o to, że Bractwo się do czegoś przyłącza. Chodzi natomiast o to, że Bractwo otrzymuje status prawny w ramach instytucji, której już faktycznie jest częścią.

Nazbyt często przeciwnicy akceptacji uznania kanonicznego starają się przedstawiać dyskusję dotyczącą relacji między Bractwem a Rzymem tak, jak gdyby Bractwo miało uzyskać członkostwo w „Kościele Franciszka”. Tymczasem w ogóle nie ma mowy o tym, aby Bractwo miało się przyłączyć do czegoś, do czego wcześniej nie należało. Bractwo przyłączałoby się do jakiejś organizacji wtedy i tylko wtedy, gdyby:

1◦ miało obecnie charakter schizmatycki, znajdując się poza Kościołem – jest to twierdzenie, któremu z całą stanowczością zaprzeczamy;

2◦ władze Rzymu tworzyły nie-katolicki Kościół w ściśle organizacyjnym znaczeniu tego słowa – temu również zaprzeczamy.

Wielu z nas, należących do Bractwa, w trakcie rozmów z naszymi krewnymi i przyjaciółmi przywiązanymi do Kościoła posoborowego było przez nich oskarżanych – na podstawie pozorów – o to, że znajdujemy się „poza Kościołem”, ponieważ nasze parafie (to słowo należy tu rozumieć w sensie potocznym, a nie ściśle kanonicznym – przyp. red. WTK) nie są uznawane przez diecezje [w których się znajdują]. A my, rzecz jasna, wyjaśnialiśmy im, że to oddzielenie jest jedynie pozorne, ponieważ w pełni uznajemy władzę papieża i biskupów. Lecz tak jak wspomniane „oddzielenie” od władz kościelnych spowodowane brakiem struktury kanonicznej jest tylko pozorne, tak też i „połączenie się” z czymś poprzez uznanie struktury kanonicznej będzie miało charakter jedynie pozorny. Gdyby papież nadał Bractwu prałaturę personalną, niektórym mogłoby się wydawać, że tym samym Bractwo osiągnęło jedność z Kościołem („pełną jedność” w ich nomenklaturze!). W rzeczywistości jednak, biorąc pod uwagę jedność Bractwa z Kościołem, nic by się nie zmieniło. Jedność ta istniałaby bowiem w sposób integralny zarówno przed, jak i po nadaniu struktury kanonicznej.

Ten punkt jest ważny z powodu tych, którzy utrzymują, że uznanie kanoniczne jest złe w każdej sytuacji, gdy papież inaczej rozumie Kościół katolicki niż tradycjonaliści, bowiem wówczas tradycjonaliści staraliby się zjednoczyć swe wysiłki z osobą, z którą nie łączy ich wspólny cel. Jest faktem, że z konieczności tradycjonaliści muszą do pewnego stopnia jednoczyć swoje wysiłki z papieżem Franciszkiem, po prostu uznając go za papieża i starając się działać dla dobra instytucji, której on jest widzialną głową. Modernistyczna wiara papieża Franciszka nie może zatem być przeszkodą całkowicie uniemożliwiającą podjęcie z nim współpracy.

Jeśli zgodzimy się na to, że całkowita jedność wiary z Ojcem Świętym nie jest sama w sobie konieczna do współpracy, pojawi się pytanie: czy kanoniczne uznanie Bractwa stanowi jeden z tych obszarów, w których współpraca z modernistycznym papieżem jest możliwa? Innymi słowy: czy modernizm wyraźnie wyklucza taką możliwość, skoro współpraca dotyczy [przyjęcia] struktury kanonicznej?

Poziomy współpracy

Gdybyśmy mieli podjąć próbę ustalenia ogólnej zasady dotyczącej okoliczności, w jakich współpraca z legalnie wybranym papieżem, którego wiara jest wątpliwa, jest rzeczą dobrą, a kiedy nią nie jest, byłaby ona następująca: współpraca z takim papieżem jest dobra wtedy, gdy jest rzeczą moralnie pewną, że sprawuje on swoją posługę dla dobra Kościoła, natomiast zła, kiedy jest moralnie pewne, że tego nie robi.

Wydaje się, że w oparciu o taką właśnie zasadę działał abp Lefebvre. W swoim kazaniu, zawierającym krytykę sedewakantyzmu, a wygłoszonym podczas święceń w 1982 r., oświadczył on:

„[…] mimo ran Kościoła, mimo trudności, które piętrzą się przed nami, mimo prześladowań, jakich wszyscy doznajemy, nawet ze strony tych, którzy sprawują władzę w Kościele, kochajmy naszą Matkę, Kościół Święty, zawsze mu służmy – pomimo władz, jeśli to konieczne […] chcemy wspierać święty rzymski Kościół katolicki” (Apologia pro Marcel Lefebvre, t. III, ss. 415–416).

Gdy Arcybiskup mówi „pomimo władz, jeśli to konieczne”, to zarazem daje do zrozumienia, że „z władzami, jeśli to możliwe”. Cokolwiek się zdarzy, Bractwo musi służyć Kościołowi, a nie jego hierarchii. Gdy duchowni działają przeciwko Kościołowi – i widać to wyraźnie – Bractwu nie wolno z nimi współpracować. W przypadku konsekracji biskupich z 1988 r. Bractwo musiało wręcz posunąć się do tego, aby działać w opozycji do władz kościelnych po to, aby dobrze służyć Kościołowi. Z drugiej strony, gdy duchowni działają dla dobra Kościoła, wówczas – rzecz jasna – Bractwo musi z nimi współpracować; uczynienie czegoś przeciwnego byłoby działaniem przeciwko Kościołowi. Jest to prawdą niezależnie od tego, czy ci duchowni działający dla dobra Kościoła są modernistami, czy też nie, a także niezależnie od tego, czy ich wiara pokrywa się z wiarą tradycyjnych katolików, czy nie.

W odniesieniu do prałatury personalnej osobiste magisterium papieża Franciszka samo w sobie nie jest przeszkodą, żeby Bractwo mogło posłużyć się tą prałaturą dla dobra Kościoła. Papież nie musi być zagorzałym zwolennikiem encykliki Pascendi, żeby jego hipotetyczne uznanie Bractwa przyniosło owoce. Wszystko, co musi zrobić, to respektować warunki umowy ustanawiającej prałaturę.

Przykład

Aby zrozumieć, dlaczego współpraca z modernistycznym papieżem nie byłaby czymś złym, gdyby działał on w prawdziwym interesie Kościoła, rozważmy następujący przykład. Załóżmy, że we Francji za czasów socjalistycznego rządu Françoisa Hollande’a funkcjonowała organizacja o nazwie „Stowarzyszenie Ratowniczek Życia”: grupa kobiet, starających się uchronić matki w stanie błogosławionym i ich nienarodzone dzieci przed aborcją. To stowarzyszenie już istnieje we Francji, działając w interesie wspólnoty. A jednak jego członkinie mogłyby uczynić jeszcze więcej dobra, gdyby zostały zarejestrowane jako organizacja (tzn. gdyby uzyskały status prawny). Zakładając, że rząd Hollande’a jest prawowity, [należy uznać, że] otrzymał on władzę od Boga i to w celu krzewienia wspólnego dobra. Jeśli sam Hollande słyszy o prośbie „Stowarzyszenia Ratowniczek Życia”, mając świadomość, czym się ono zajmuje, i postanawia nadać związkowi tych wspaniałych kobiet osobowość prawną, wówczas będzie promował dobro wspólne czynem i – przynajmniej w tym przypadku – kobiety te będą współpracowały z władzami dla dobra kraju.

Czy wspomniane kobiety powinny mieć jakieś skrupuły w przyjęciu tej formy prawnego uznania ze strony takiej władzy, mówiąc sobie: „Hollande nie ma tej samej idei dobra wspólnego, co my, i dlatego nie możemy z nim współpracować dla dobra ogółu”? Z pewnością nie, ponieważ w tym konkretnym przypadku Hollande działa obiektywnie dla wspólnego dobra. Co więcej, Hollande posiada władzę, która nie opiera się na nim samym, lecz ostatecznie na Bogu. A Bóg określił cel wszystkich społeczności i stowarzyszeń, przekazując władzę głowom państw, aby one ten cel wspierały. Kiedy więc „Ratowniczki Życia” współpracują z Hollande’em dla dobra Francji, w gruncie rzeczy współpracują z Bogiem.

Oczywiście, koniecznie należałoby się upewnić, że Hollande nie próbuje zwabić tych kobiet w pułapkę, przyznając ich grupie status prawny tylko po to, aby ją później zniszczyć – lecz jest to kwestia roztropności, a więc zagadnienie, które nie stanowi przedmiotu analizy w niniejszym artykule – nie zaś kwestia samej zasady. Co do zasady, to w opisanej sytuacji nie można byłoby niczego zarzucić „Stowarzyszeniu Ratowniczek Życia”, gdyby przyjęły status prawny od socjalistycznego rządu.

Powyższy przykład nie został przytoczony po to, żeby sugerować, że Kościół jest pod każdym względem równoważny rządowi świeckiemu; mamy tu raczej do czynienia z pewną analogią. Jedną z podstawowych różnic między nimi jest na przykład to, że jako instytucja Kościół nigdy nie może upaść. Nasz Pan obiecał, że pozostanie z nami aż do końca czasów – czegoś podobnego nie obiecał żadnemu rządowi świeckiemu. Zatem nigdy nie mogłoby dojść do sytuacji, w której katolik byłby usprawiedliwiony odrzucając władzę kościelną jako taką.

Z drugiej strony, w pewnych przypadkach katolicy zostali upoważnieni do zakwestionowania władzy rządów świeckich; przykładowo św. Pius V radził angielskim katolikom, aby ci nie uznawali władzy królowej Elżbiety I podczas jej niegodziwego panowania.

Taki scenariusz nie jest możliwy w przypadku Kościoła, ponieważ Kościół nie może upaść ani w swej widzialnej strukturze, ani w wypełnianiu swojego celu. Zatem katolicy – a przynajmniej ci spośród nich, którzy wierzą w doskonałość Kościoła – nie mogą spodziewać się, że przyjdzie im stanąć przed koniecznością rozeznania, kiedy i w jakiej sytuacji mieliby odrzucić jego władze.

Zastosowanie

Wspomnieliśmy powyżej, że papież nie posiada władzy zmieniania misji Kościoła. To nie on ustanowił swój urząd, gdyż ten pochodzi od naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Urząd ten został przez Niego przeznaczony do wspomagania realizacji celu Kościoła, którym jest zbawienie dusz – taki jest powód, dla którego Pan Jezus ustanowił swój Kościół. Papież sam w sobie, z samej natury swego urzędu, jest narzędziem Jezusa Chrystusa i – o ile nie nadużywa swego urzędu – pracuje dla celu wytyczonego przez Jezusa Chrystusa. W rzeczywistości akty prawne papieża mają powagę i moc tylko o tyle, o ile służą interesom Jezusa Chrystusa.

Zatem, gdy papież Franciszek podejmuje działania, służące interesom Kościoła, Bractwo również służy Kościołowi, gdy te działania wspiera. Z pewnością ma to miejsce wtedy, gdy Bractwo z wdzięcznością przyjmuje z rąk papieża Franciszka jurysdykcję zwyczajną w celu udzielania rozgrzeszenia i przyjmowania przysięgi małżeńskiej.

Ta sama zasada ogólna ma zastosowanie do zagadnienia uznania kanonicznego. Jeśli służy ono interesom Kościoła, Bractwo powinno współpracować; jeśli nie służy, Bractwo nie powinno współpracować. Dla Arcybiskupa odpowiedź na to pytanie była taka sama, jak odpowiedź na pytanie następujące: czy Bractwo będzie w stanie pozostać takim, jakim jest i kontynuować swoją działalność, ciesząc się odpowiednią dozą wolności? Czy też zostanie ono przez uznanie kanoniczne zniszczone?

Ci, którzy uważają, że to zagadnienie sprowadza się do pytania o wiarę papieża, zdają się mylić go z Kościołem, popadając tym samym w pewną postać papolatrii6. Zdają się sądzić, że dobro Kościoła może zależeć tylko od osobistego magisterium papieża. Gdy to magisterium jest ortodoksyjne, wówczas uznanie kanoniczne umacnia dobro Kościoła; gdy w pewnych punktach sprzeciwia się ortodoksji, wówczas dobro Kościoła nie może być krzewione przez uznanie kanoniczne [Bractwa]. Albo papież w doskonały sposób realizuje obowiązki wynikające ze swego urzędu, albo bogobojni katolicy nie mogą z nim współpracować.

Wprost przeciwnie: można sobie wyobrazić wiele sytuacji, w jakich uznanie kanoniczne Bractwa faktycznie służyłoby dobru Kościoła, niezależnie od osobistej wiary papieża, a zatem powinno zostać zaakceptowane, jeśli naprawdę chce się służyć Kościołowi. Jednak rozstrzyganie, czy taka sytuacja właśnie teraz ma miejsce, nie stanowi przedmiotu niniejszego artykułu. A jednak to, iż wspomniana sytuacja mogłaby rzeczywiście zaistnieć, powinno być oczywiste dla wszystkich. Przez sam fakt, iż mogłoby dojść do czegoś takiego, stanowisko, wedle którego przyjęcie uznania kanonicznego mogłoby być osądzane tylko na podstawie czyjejś jedności z wiarą papieża, okazuje się fałszywe.

Podsumowanie

Uznanie, że współpraca [z Rzymem] jest możliwa tylko wówczas, gdy zachodzi pełna jedność wiary z papieżem, nigdy nie było stanowiskiem osób kierujących Bractwem – ani w czasach, gdy żył Arcybiskup, ani potem. Współpraca między Bractwem a papieżem do pewnego stopnia zawsze miała miejsce; także w chwili obecnej mamy do czynienia z pewnym poziomem współpracy. Mówiąc ogólnie, należy odmówić współpracy, gdy sprzeciwia się ona interesom Kościoła, a podjąć ją, gdy dokonuje się ona w interesie Kościoła. W szczególności zatem uznanie kanoniczne powinno być przyjęte, jeśli jest dobre dla Kościoła, i odrzucone, jeśli takim nie jest – niezależnie od tego, jaka jest wiara papieża.

PRZYPISY

  1. Autor artykułu polemizuje tu ze zdaniem ks. Patryka de La Rocque’a FSSPX. 
  2. Aluzja do słynnych słów Franciszka podczas konferencji prasowej 28 lipca 2013 r., zorganizowanej w trakcie powrotu z XXVIII Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. Papież powiedział wtedy m.in.: „Jeśli ktoś jest gejem i szuka Boga, i ma dobrą wolę, kimże ja jestem, aby go osądzać?” – przyp. red. WTK 
  3. Jeden z najbardziej znanych na świecie ekonomistów, rzecznik terapii szokowej jako remedium na kryzysy gospodarcze; autor założeń „planu Balcerowicza”, czyli programu transformacji polskiej gospodarki w latach 90. XX wieku – przyp. red. WTK. 
  4. Amerykański biolog i demograf; zajmuje się prognozowaniem zmian w środowisku naturalnym pod wpływem wzrostu liczby ludności Ziemi – przyp. red. WTK. 
  5. Sustainable Development Goals, przyjęty w 2015 r. przez ONZ globalny plan zawierający siedemnaście celów, do których realizacji zobowiązały się dążyć państwa członkowskie. Zawiera godne pochwały postulaty (walka z ubóstwem, głodem i chorobami, edukacja, ochrona środowiska naturalnego, innowacyjność w gospodarce itd.), jednak są one z założenia (oczywiście) areligijne, zaś niektóre z nich są interpretowane wbrew katolickiej nauce moralnej, a nawet prawu naturalnemu (np. postulat 3.7 zapewnienia „powszechnego dostępu do świadczeń z zakresu zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” oznacza w praktyce postulat powszechnej dostępności aborcji na życzenie) – przyp. red. WTK. 
  6. Przypisywanie urzędowi papieskiemu większej roli i prerogatyw, niż ma je w rzeczywistości – przyp. red. WTK. 
Źródło informacji: https://news.fsspx.pl


______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________