Pages

______________________________________________________________________

_______________________________________________________________________________

środa, 28 stycznia 2015

Zrozumieć Tomasza, aby zrozumieć Chrystusa



Św. Tomasz z Akwinu prowadzi do modlitwy i do pobożności: klękam przed Najświętszym Sakramentem, nie przestając szukać coraz lepszego rozumienia wiary i Chrystusa – mówi dla portalu PCh24.pl o. dr Tomasz Mrozek OP, wicedyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie.

wtorek, 27 stycznia 2015

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Kwiateczki duchowe o. Ludwika Blozjusza OSB


x. Antoni Chmielowski

KWIATECZKI DUCHOWE


o. Ludwika Blozjusza OSB

czyli nauki i rady do pobożnego życia chrześcijan wyjęte z różnych jego dzieł wraz z niektórymi dodatkami z nauk św. Jana Marii Vianney'a

––––––––––


__________

__________

[Ks. Antoni Chmielowski,] Kwiateczki duchowne Ludwika Blozjusza, czyli nauki i rady do pobożnego życia chrześcijan wyjęte z różnych jego dzieł wraz z niektórymi dodatkami z nauk błog. Ks. Jana Maryi Vianey'a. Nakładem OO. Karmelitów Bosych w Czernej. [1907], str. 189+[II].

O prawdziwych początkach ruchu charyzmatycznego słów kilka


POCZĄTKI WSPÓŁCZESNYCH ZIELONOŚWIĄTKOWCÓW


Jak to się wszystko wogóle zaczęło? W 1900 roku ruchu charyzmatycznego nie było na świecie. Owszem były formy mistycyzmu, to wiemy na pewno. Ale nie w formie zielonoświątkowego ruchu charyzmatycznego. Był sobie pewien facet w Topeka, Kansas, a zwał się Charles Fox Parham. Był dziwnym człowiekiem, który w końcu został aresztowany za homoseksualizm. Sodomita płacący za sex ... dziwny facet. Założył małe szkoły biblijne w Topeka, Kansas w 1900 roku o nazwie Bethel College i działał przez rok. Jego podejście do Biblii nie polegało na studiowaniu księgi czy fragmentu Słowa. Wyszedł z Ruchu Świątobliwości (Holiness Movement), którego filozofia opierała się na doświadczeniach. W Pierwszym roku działalności a dokładnie 1 stycznia 1901 członkowie sekty zaczęli mieć jakieś dziwne doświadczenia. Jak się okazało poszukiwali tych doświadczeń.

Sposób studiowali Biblii polegał na skakaniu po konkordancji od fragmentu do fragmentu Pisma. Ktoś wpadł na pomysł, że muszą szukać czegoś o nazwie Chrzest Ducha połączyć to z mówieniem językami. I tak, w ostatnich dniach grudnia 1900 roku Parcham dał studentom zadanie szukać wiedzy na temat darów duchowych i wyciągnąć z tego wnioski. I studenci doszli do wniosku, że chrzest Duchem był tym czego powinni zapragnąć jako wydarzenia post-zbawiennego. I jeśli uda im się być ochrzczonymi w Duchu to będą mówić językami.


Studenci uznali, że będą to prawdziwe, obce języki, tak samo jak w Biblii. Pierwsza osoba zaczęła szukać chrztu w Duchu w Nowy Rok, 1901. Kolegium studenckie zebrało się, nie wiedzieli jak się do tego zabrać wiec szukali sposobu godzinami. Następnie, według jednego z historyków, tego samego dnia, trzydziestoletnia studentka o imieniu Agnes Osmond przyszła do Parhama i zwróciła się o nałożenie rąk, aby otrzymać Ducha Świętego i mówić językami.

”Gdy Parcham się modlił położył ręce na mojej głowie, zaczęłam mówić językami, wielbiąc Boga. Mówiłam kilkoma językami. Duch wyrażał się przez dialekty".

Świadectwo mówi dalej, że inni zaczęli mieć to samo doświadczenie. Agnes Osmond próbowała przelać swoje doświadczenia na papier, przy czym wierzyła, że umie pisać po chińsku. Istnieją kopie tych rysunków w formie zdjęć. Okazało się że to nie chiński a znaki przypominają bazgroły dwuletniego dziecka. Myślała, że to chiński, wyszedł bełkot.


Ruch ten trafił do Azusa Street w Los Angeles. Pastor Seymour, kolejny nieciekawy typ, kontynuował to dzieło i tak się złożyło, że szalony pomysł chrztu w Duchu, któremu towarzyszy mówienie językami został zrodzony.

Sześćdziesiąt lat później, w latach sześćdziesiątych, cała herezja wskoczyła do głównego nurtu tutaj w Van Nuys w Kalifornii. Zaczęło się od kościoła anglikańskiego św Marka w Van Nuys, Dennis Bennett. I po raz pierwszy herezja wyszła z małego ruchu charyzmatycznego który sam się nazywał Holy Rollers (świętorolkowcy), i wskoczył do głównego nurtu, do kościoła, który był martwy jak ptak dodo. Od tej pory ruch nie znał granic ani limitów. A potem zażądał akceptacji charyzmatycznych kościołów jako normalnych ewangelików i zmusił resztę ewangelików do milczenia, na podstawie, że wszystko nie będące ruchem charyzmatycznym jest bez miłości.

Źródło informacji: Forum byłych charyzmatyków

Amerykańskie siostry zakonne



Jeszcze w ubiegłym wieku a niewiele przed II Soborem Watykańskim, w USA powstała rada przełożonych żeńskich zgromadzeń czynnych. Miało to miejsce w 1956 r. a powołał ją do życia Pius XII. Na fali przemian w Kościele, rewolucji lat sześćdziesiątych i ogólnego przekonania, że oto ruszana jest z posad bryła świata, także i ta rada zaczęła zmieniać oblicze oraz, w 1971 r., definitywnie zmieniła nazwę z „The Conference of Major Superiors of Women” (Konferencja Głównych Przełożonych Żeńskich) na „The Leadership Conference of Women Religious” (Przywódcza Konferecja Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych – LCWR). Przez zmianę nazwy chciano podkreślić równość wszystkich sióstr, zaś w zakonach przełożone miały zostać zastąpione przez liderki, przez co akcent miał być położony nie tyle na sprawowanie przez nie władzy, co bycie przewodniczką na drodze duchowej i wspólnotowej.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Aberracje liturgiczne cz. 102 - Po raz kolejny w naszym cyklu tzw. taniec liturgiczny w Domu Bożym



Post użytkownika Jorge Maciel.

Święty Tomasz z Akwinu — geniusz nad geniuszami




Był człowiekiem postawnym, korpulentnym, na pewno nie przypominał jednak grubego cherubina z legendy. Miał jasne oczy – mówiło się, że jego wzrok zdawał się przenikać w głąb ludzkiej duszy. Ojciec Tomasz z Akwinu był spokojnym i cichym zakonnikiem, którego głos kontrastował z jego posturą.

Urodzony 22 listopada 1224 roku w Rocasecca w południowo-wschodniej Italii, w krainie która do końca XIX wieku znana była jako Królestwo Obojga Sycylii, Akwinata mógłby pomieścić na swej tarczy rycerskiej połowę znaków herbowych Europy. Biorąc pod uwagę fakt, iż spokrewniony był z Fryderykiem II, władcą Świętego Cesarstwa Rzymskiego, samo jego urodzenie predestynowało go do zostania rycerzem lub opatem benedyktyńskim. Widoczne od wczesnego dzieciństwa zamiłowanie do modlitwy wskazywało jednak, iż jego przeznaczeniem nie jest życie średniowiecznego rycerza i wielkiego władcy. Wysłany przez rodzinę jako chłopiec na naukę do słynnego klasztoru na Monte Cassino, stanowczo opierał się planom uczynienia z niego mnicha benedyktyńskiego, a następnie wyniesienia do rangi opata, co wydawało się odpowiadać zarówno jego powołaniu zakonnemu, jak i wysokiemu urodzeniu.

Uwięziony przez rodzonych braci

Stać się miało jednak inaczej. Po mniej więcej pięciu latach studiów na uniwersytecie w Neapolu, Tomasz przyłączył się do zakonu kaznodziejskiego. Dominikanie, podobnie jak franciszkanie, byli zakonem żebrzącym. Zamiast prowadzić spokojne życie na uprawianych przez siebie samych i swych dzierżawców ziemiach klasztornych, zapełniali drogi i ulice europejskich miast, głosząc Ewangelię Chrystusową i żyjąc z jałmużny udzielanej im przez wiernych. Owi noszący białe habity ludzie byli duchowymi synami św. Dominika, który zainicjował na zachodzie Hiszpanii i południu Francji krucjatę przeciwko albigensom, zwodniczej sekcie powstałej w Afryce Północnej i zdobywającej stopniowo coraz więcej zwolenników w południowej Francji. Heretycy mieli zostać poskromieni dopiero dzięki potędze różańca i męstwu chrześcijańskiego rycerstwa.

Jednak duchowieństwo diecezjalne nierzadko odnosiło się do dominikanów z podejrzliwością, widząc w nich zagrożenie dla spokoju żyjącego zasadniczo z pracy na roli społeczeństwa. Dominikanie nie byli rolnikami, byli żebrakami. To, że potomek znakomitego rodu mógłby odrzucić swą spuściznę, by przyłączyć się do owych pstrokatych „psów Pańskich” – dominicanes – stanowiło zniewagę dla dumy braci Tomasza. Porwali go więc i przyprowadzili siłą do rodzinnego zamku w Rocasecca. Przez rok był tam niejako więźniem, traktowanym co prawda ze względami należnymi jego stanowi, niemniej jednak pozbawiony był swobody. Upierał się przy noszeniu swego dominikańskiego habitu.

Powszechnie znana jest opowieść o tym jak jego bracia, pragnąc przełamać upór, sprowadzili do jego komnaty prostytutkę, mając nadzieję, że skuszą go w ten sposób do porzucenia swych planów. Słyszeliśmy też zapewne o tym, jak Tomasz, porwawszy z kominka płonące polano, wygnał kobietę ze swej komnaty, wypalając następnie na drzwiach znak krzyża. Hagiografowie sugerują, że od tego momentu Tomasz nie odczuwał już pokus cielesnych, ja jednak skłonny jestem podejrzewać, że już wówczas był od nich wolny. Był szczerze rozgniewany tą zniewagą okazaną jego osobie. Biedna kobieta ze strachu omal nie straciła zmysłów. Kto wie, może doświadczenie to skłoniło ją do porzucenia dotychczasowego sposobu życia? Wiarygodność tej historii zdaje się potwierdzać kult, jakim otaczali Tomasza miejscowi wieśniacy oraz szlachta na długo zanim został wyniesiony do chwały ołtarzy.

„Milczący wół” kiedyś przemówi…

Prawdopodobnie dzięki pobłażliwości swej matki Tomaszowi udało się uciec z aresztu i wkrótce pojawił się w Paryżu, gdzie odbywał nowicjat i pobierał nauki. Później udał się do Kolonii, gdzie jego mistrzem został sam Albert Wielki i gdzie przyjął święcenia kapłańskie, prawdopodobnie w roku 1250 lub 1251. Choć był dość małomówny, już wówczas zaczęły szerzyć się pogłoski o jego geniuszu. Jeden ze współnowicjuszy zaoferował mu pomoc w nauce, mylnie biorąc jego milczenie za przejaw tępoty umysłowej, szybko jednak role się odwróciły. Choć przez współbraci nazywany był „Milczącym wołem”, Albert Wielki trafnie ocenił jego zdolności wygłaszając przy tym przepowiednię, że „pewnego dnia ten «Milczący wół» zaryczy, a ryk jego usłyszy cały świat”.

Wysłany na uniwersytet paryski, najbardziej prestiżową uczelnię ówczesnego świata, Tomasz spędził w stolicy Francji siedem lat, nauczając i pisząc. Był do tego stopnia zaabsorbowany swą pracą, że nigdy nie nauczył się francuskiego. Mówił jedynie po łacinie i w rodzinnym dialekcie włoskim. Po latach powrócił do Neapolu, potem udał się do Orvieto i Rzymu, miejsca pobytu zmieniając zgodnie z poleceniami swych przełożonych, następnie na kolejne trzy lata udał się do Paryża, po czym powrócił ostatecznie do Neapolu. Wezwany na sobór do Lyonu, wyruszył w drogę na północ, podróżując na ośle. Stan jego zdrowia pogorszył się jednak i umieszczony został w opactwie cysterskim w Fossanova, gdzie zmarł 7 marca 1274 roku. Jego kanonizacja była jedną z najszybszych w historii Kościoła.

Życie św. Tomasza nie było długie, nie trwało nawet 50 lat, jednak jego pisma teologiczne i filozoficzne zająć mogłyby z powodzeniem dwie lub trzy długie półki biblioteczne. Jego energia wydawała się być niespożyta. Kim jednak był ów człowiek, tak cichy, tak spokojny i zwyczajny w stylu życia, tak rzeczowy w argumentacji, a równocześnie spieszący niemal bez wytchnienia z jednego kraju do drugiego, z miejsca na miejsce?

Nagle huknął pięścią w królewski stół!

Jako że św. Tomasz sam mówił o sobie bardzo mało, większość informacji na jego temat pochodzi od ludzi mu współczesnych. W ostatnich dwudziestu latach swego życia był osobą publiczną, powszechnie szanowaną ze względu na erudycję oraz mądrość – żył więc niejako na oczach wszystkich. Z rzadka jedynie zdarzało mu się dać wyraz swym uczuciom w pieśni, a poetyckość jego tekstów liturgicznych na uroczystość Bożego Ciała pozostaje do dziś niedościgłym wzorem, łącząc w sobie prostotę z najwznioślejszym liryzmem. Przyswoiwszy sobie mądrość ojców Kościoła oraz oczyszczone przez zawarte w Piśmie św. Objawienie dziedzictwo klasycznej Grecji oraz Rzymu, zdawał się łączyć w sobie całą dostępną ludzkości wiedzę. Gdy pewnego razu zaproszony został na ucztę przez króla Francji św. Ludwika, do tego stopnia zaabsorbowany był swymi myślami, że niemal nie dostrzegał swego otoczenia, aż nagle niespodziewanie uderzył pięścią w stół, strącając na podłogę naczynia i wykrzykując triumfalnie: „I w ten sposób manichejczycy zostaną pokonani!”. Zamiast skarcić swego gościa za złe maniery, świątobliwy król wezwał bezzwłocznie skrybę, by spisał argumentację Tomasza, zanim ten ją zapomni. Był to szlachetny gest szlachetnego człowieka – choć bez wątpienia zbędny.

Pamięć św. Tomasza była zdumiewająca. Jako młody człowiek pisał sam i kilka z jego rękopisów zachowało się do dziś. Jego pismo uznawano za niewyraźne i wręcz niemożliwe do odczytania. Myślał szybciej niż pisał. W późniejszym okresie ograniczał się do dyktowania, przy czym często jednemu lub dwóm sekretarzom równocześnie, i to tekstów dotyczących różnych kwestii. Zdarzało się nawet, choć rzadko, że dyktował czterem, a przynajmniej jeden raz pięciu sekretarzom, którzy zapisywali jego kunsztowne argumenty o niezrównanej głębi, podczas gdy on sam siedział z głową opuszczoną na piersi i z zamkniętymi oczyma.

Bomba wybucha w XX wieku

Niech mi będzie wolno powiedzieć to bez ogródek – św. Tomasz był najwybitniejszym teologiem i filozofem, jakiego znał świat. W pewnym sensie każdy myśliciel jest „produktem” swej własnej epoki. Jest to nieuniknione, w św. Tomaszu było jednak coś, dzięki czemu wyłamywał się z tej reguły. Mniej więcej 40 lat temu, zwracając się do zgromadzenia American Catholic Philosophical Society, msgr Geral Phelan, jeden z najwybitniejszych tomistów tego stulecia stwierdził, że św. Tomasz lepiej rozumiany jest w wieku XX niż w jego własnej epoce. Choć nie posiadam tekstu tego wystąpienia, mogę domniemywać, jako że sam studiowałem pod jego kierownictwem, że miał on na myśli doktrynę św. Tomasza o bycie.

W czasie gdy Zachód pogrążony był po II wojnie światowej w lęku i rozpaczy, we Francji oraz Niemczech narodził się egzystencjalizm. Święty Tomasz zaś „napomina” nas: „Nie zadręczajcie się o życie, jak to czynili Jean Paul Sartre i Martin Heidegger, ale radujcie się nim, ponieważ imieniem Boga jest «Jestem Który Jestem», jak sam powiedział do Mojżesza z gorejącego krzewu: «Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was»”. Natchniona wiarą metafizyka Akwinaty była prawdziwą bombą spuszczoną na świat intelektualny owych czasów. Bomba ta wybuchła jednak dopiero w wieku XX. Na początku 20. stulecia, gdy Europa opętana była przez sceptycyzm i racjonalizm, słynny Etienne Gilson właśnie u św. Tomasza znalazł jedyne zdrowe podejście do tego, co określał mianem „problemu poznania”.

Święty Tomasz zachęca nas, byśmy podeszli do otaczającego nas świata kierując się zmysłami oświeconymi przez intelekt. W ten sposób odkryjemy, że to co istnieje, istnieje naprawdę, a na tym podstawowym przeświadczeniu opiera się cała zdrowa filozofia. Wracając raz jeszcze do postaci Gilsona – kiedy wielu chrześcijańskich i niechrześcijańskich filozofów negowało prawdziwość chrześcijańskiej filozofii, Gilson zachęcał ich, by przyjrzeli się historii, nie całej historii myśli chrześcijańskiej, ale historii streszczonej w wyjątkowy sposób w osobie św. Tomasza. Tam gdzie jest on najbardziej teologiem, jest też w największym stopniu filozofem. Tam gdzie jest w największym stopniu człowiekiem rozumu, tam jest najbardziej człowiekiem wiary. Nie rozdzielając nigdy dwóch objawień danych przez Boga człowiekowi, objawienia poprzez stworzony przez Niego świat oraz Objawienia poprzez Jego Słowo, Akwinata łączy je we wspaniałą jedność.

„Dobrze o Mnie napisałeś”

Nieżyjący już dr Marshall McCluhan, uważany niegdyś za guru rewolucji telewizyjnej i traktowany przez „Time’a”, „Newsweeka” i „Fortune” jako zwiastun nowej epoki, zapytany został kiedyś przez kanadyjskich biskupów, co mogłoby pomóc im w zrozumieniu fenomenu współczesnych środków przekazu. „Lektura De spiritualibus creaturis” – odpowiedział. Człowiek współczesny, dzięki swej technice, zbliża się (choć nigdy jej nie osiągnie) do kondycji aniołów. Człowiek jest w coraz większym stopniu odcieleśniony, żyjąc w stworzonym przez siebie świecie sztuczek elektronicznych, w coraz większym stopniu oddzielającym go od ciała.

Głównym problemem apologetycznym jest obecnie konieczność głoszenia opartej na dogmacie o Wcieleniu religii odcieleśnionemu człowiekowi. Tak twierdził świętej pamięci Marshall McCluhan, konwertyta, który codziennie przystępował do Komunii św. Wyznał mi jednak z ironią, że jego dostojni rozmówcy nie mieli najmniejszego pojęcia, o czym mówił. Podkreślał, że chcąc zrozumieć gwałtowny rozwój środków przekazu, musimy najpierw zrozumieć pogląd św. Tomasza na proces myślowy jako komunikację. Inspiracją dla nauczania Akwinaty w tej kwestii była doktryna o Trójcy Świętej: na początku było Słowo. Dominikanin jak zawsze wydaje się tu nas wyprzedzać, podobnie jak wyprzedzał swoją epokę.

Cofając się na moment do reformacji i negowania doktryny o transsubstancjacji widzimy, w jaki sposób Kościół posłużył się na Soborze Trydenckim teologią św. Tomasza, aby wyjaśnić tajemnicę Sakramentu Ołtarza i rzeczywistej obecności Zbawiciela pod postaciami chleba i wina. W Trydencie Suma teologiczna umieszczona została na głównym ołtarzu. Również sam św. Tomasz złożył u stóp ołtarza swój Traktat o Eucharystii, podczas pokornej modlitwy do Chrystusa. Znajdujący się nieopodal brat usłyszał wówczas dobiegające z krucyfiksu słowa: „Tomaszu, dobrze napisałeś o Moim Ciele oraz Krwi”. Sam św. Tomasz nie opowiedział o tym oczywiście nikomu, był jednak postacią dobrze znaną i – jak już pisałem – obserwowaną przez swych współczesnych. Pomimo więc, iż sam zachowywał milczenie, już za życia cieszył się sławą świętego.

Liczy się nie opinia ludzi, ale prawda

Będąc postacią o formacie ponadczasowym, zaangażowany był również w wydarzenia własnej epoki. Chrześcijaństwo zmierzyć musiało się wówczas ze skrajną postacią arystotelizmu, która przeniknęła do Europy poprzez pisma Awerroesa. Jego europejscy zwolennicy głosili wieczność świata, negowali Bożą Opatrzność, odrzucali nieśmiertelność jednostkowej duszy. Święty Tomasz zbił ich argumenty publicznie podczas dysputy w Paryżu, kończąc swą mowę skierowaną przeciwko Sigerowi z Brabantu słowami: „Odpowiedzieliśmy ci argumentami filozofów. Jeśli w dalszym ciągu atakować pragniesz wiarę, nie czyń tego szepcąc po kątach z niedorostkami, ale wystąp publicznie, a odpowiedź dam ci albo ja, albo ktoś bardziej godny by wystąpić w jej obronie”.

W naszych czasach, które gardzą zarówno rozumem, jak i wiarą, potrzebujemy Akwinaty bardziej niż kiedykolwiek. W epoce, która kieruje się ulotnymi opiniami kształtowanymi przez media i która szczyci sie swym sekularyzmem, u św. Tomasza odnaleźć możemy zarówno zasady, jak i konkluzje, zdolne do rozproszenia ciemności, w jakich się obecnie znajdujemy. Pierwszym krokiem powinno być ponowne oparcie naszych uczelni na zasadzie św. Tomasza, która powinna stać się naszym hasłem.

Przejął ją on od Arystotelesa i uczynił własną: „Celem filozofii nie jest poznanie, co ludzie uważają, ale na czym polega prawda”. A czym jest prawda? Takie pytanie zadał Piłat Chrystusowi, będącemu Drogą, Prawdą i Życiem. Prawda ta, naucza św. Tomasz, jest jednym z Bogiem, ponieważ Bóg jest Prawdą. Po drugie, polega ona na zgodności intelektu człowieka z prawdziwą naturą rzeczy. I na koniec, prawda opiera się na swej przyczynie, na samej istocie porządku naturalnego, stworzonego z miłości przez Boga. Ten porządek natury oraz jego Stwórca zostali ukazani poprzez geniusz pokornego dominikanina.

Frederick Wilhelmsen

tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: BIBULA.com

Z księgarskiej półki: Pokolenie wiecznej młodości


Alex Zhavoronkov

POKOLENIE WIECZNEJ MŁODOŚCI

O postępach w biomedycynie i technologiach przedłużających życie


Wydawnictwo M, Kraków 2014
ISBN: 978-83-80210-11-0 
Format 145 x 205, s. 292, op. miękka, cena 32,90

To porywająca lektura, każąca nam na nowo przemyśleć koncepcję wieku biologicznego i zakres ludzkich możliwości. Autor ukazuje w panoramicznej perspektywie to, czego już dokonała nauka – od leczenia zniszczonych tkanek do hodowania w pełni sprawnych organów ciała z pojedynczej komórki, nakreślając potencjał badawczy i możliwości medycyny, które wkrótce staną się rzeczywistością.

W minionym dwudziestoleciu byliśmy świadkami setek przełomowych odkryć w medycynie i biologii, które mają szansę wydłużyć ludzkie życie poza granice dziś trudne do wyobrażenia. Większość z nich nie weszła jeszcze jednak do praktyki klinicznej ani szeroko się o nich nie pisze. Biomedycyna na zawsze odmieni oblicze społeczeństw, ludzie będą żyć dłużej, dłużej pracować i budować podwaliny gospodarcze świata, nie tylko przechodzić na emeryturę i korzystać z należnej seniorom darmowej opieki zdrowotnej. Starość przejdzie do lamusa, biomedycyna będzie dokonywać kolejnych odkryć, a my będziemy świadkami bezprecedensowego, globalnego wzrostu gospodarczego, opartego na rosnącej liczbie sprawnych, starszych wiekiem pracowników i konsumentów. 
Alex Zhavoronkov - naukowiec i ekspert w dziedzinie badań nad starzeniem

**********

Wstęp

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego się starzejemy? Czy marzyliście o tym, żeby raz jeszcze być młodzi – znów mieć energię i witalność dwudziestolatka? Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co zrobić, żeby świat był lepszym miejscem dla waszych dzieci i wnuków? Ja tak. Jak prawdopodobnie każdy, kto przekroczył trzydziestkę. Ta książka jest napisana dla was.


Jesteśmy na progu uzyskania odpowiedzi na jedno z najważniejszych pytań stojących przed ludzkością – dlaczego się starzejemy? Zaczęliśmy rozgryzać kod życia dzięki postępom genetyki i medycyny regeneracyjnej, która pozwala nam hodować nowe organy i tkanki. To, co było jeszcze dziesięć lat temu nie do pomyślenia jest teraz w zasięg ręki. Wkrótce będziemy mogli spowalniać sam proces starzenia. Choć może się to wydać zbyt daleko idące, naukowcy już tego dokonali na zwierzętach laboratoryjnych, które w 99% dzielą ludzkie geny. Chociaż myszy wydają się do nas niepodobne, mają większość naszych genów i tak, jak ludzie, chorują na raka i cukrzycę, a przebieg tych chorób jest zadziwiająco podobny. Dzięki nowym terapiom genetycznym myszy żyją 28% dłużej – odpowiednikiem takiej długości życia u człowieka byłby wiek 105 lat. A to jest tylko średni wzrost. Nowa terapia komórkowa ponad dwukrotnie zwiększyła przewidywalną długość życia pewnemu typowi myszy – u człowieka byłoby to równoważne życiu do 160 lat. To tylko kwestia czasu i odpowiedniego finansowania badań, zanim zalety tych i innych osiągnięć nauki będzie można wykorzystać u ludzi.


I oby jak najszybciej. Seniorzy nie tylko się starzeją, ale robią się starzy. Obecnie funkcjonujące systemy opieki zdrowotnej utrzymują seniorów przy życiu mimo nękających ich śmiertelnych chorób i nie zawsze w dobrym zdrowiu. Starzejący się seniorzy wychodzą obronną ręką z jakiejś choroby, która kiedyś była śmiertelna, tylko po to, żeby zachorować na inną, a później jeszcze na inną. W dzisiejszych czasach wydatki na głowę pacjenta na obszarze opieki zdrowotnej ludzi starszych rosną szybciej niż inflacja, liczba seniorów gwałtowne rośnie, przy czym stosunek ilościowy ludzi pracujących do seniorów równomiernie maleje. Postępy w leczeniu chorób serca i nowotworów mają znaczący wpływ na śmiertelność, ale nowe terapie są bardzo drogie. W efekcie adresowane do seniorów programy ubezpieczeniowe są na obecnym poziomie finansowym nie do utrzymania. Jeżeli pozwolimy na dalsze wydatki w tej sferze bez żadnej kontroli, ogólnoświatowy kryzys finansowy, który może być efektem takiej lekkomyślności, będzie większy niż wszystkie kryzysy gospodarcze w historii ludzkości.


Kiedy konsekwencje jakiegoś problemu są zbyt straszne, żeby się nad nimi zastanawiać, człowiek sięga po mechanizm kompensacji psychologicznej i wypiera fakty, jak gdyby problem nie istniał, lub chwyta się fałszywej nadziei, czekając na przysłowiowego rycerza na białym koniu, który przyjedzie i wszystkich ocali. To wyparcie widzimy wyraźnie na przykładzie finansowania programów emerytalnych seniorów, bo jeśli politycy w ogóle o nich mówią, to tak, żeby unikać co drażliwszych tematów, od dziesiątków lat zamiatając je pod dywan lub przekazując następcom. Sytuacja w końcu zrobi się tak poważna, że nasi przywódcy polityczni będą musieli podjąć jakieś kroki. Pytanie pozostaje, czy będą w stanie zapobiec poważnemu kryzysowi gospodarczemu? Gdy je postawiono ekipie dwustu ekspertów od sprawi finansowych odpowiedzieli dźwięczącą w uszach ciszą.


Jeśli spojrzeć wstecz na historię powtarzających się porażek politycznych związanych z aprobatą nadmiernych wydatków w skali kraju, widzimy, że prowadzą one do przerażających rezultatów – hiperinflacji, masowego bezrobocia, niepokojów społecznych i – o ironio, bo przecież mowa o zapaści gospodarczej – do niemożności finansowania programów wspierających seniorów, a to one w pierwszym rzędzie stanowiły źródło kryzysu. Słaby poziom zarządzania finansowego był jednym z głównych czynników powstania nazistowskich Niemiec i upadku Związku Radzieckiego, w rezultacie czego miliony emerytów w Rosji żyje w nędzy. Już Aldous Huxley ostrzegał: „To, że człowiek niewiele uczy się z lekcji historii, to najważniejsza lekcja, której historia chce nas nauczyć. ”


Czy skorzystaliśmy z lekcji historii? Na szczęście tym razem może nas wybawić technika, która w ostatnim dziesięcioleciu idzie naprzód tak szybko, że jesteśmy coraz bliżsi atrakcyjnym medycznym rozwiązaniom tych problemów gospodarczych. Dzięki osiągnięciom nauki będziemy w stanie w ciągu następnych kilku dziesięcioleci poprawić zarówno stan zdrowia i odmłodzić starzejącą się populację. A to radykalnie zmieni naszą obecną koncepcję sześćdziesięciopięciolatka osiągającego uznany za normę wiek emerytalny. Jeżeli sześćdziesięciopięciolatkowie jutra będą tak samo zdrowi jak dzisiejsi pięćdziesięciopięciolatkowie, seniorzy będą mogli pracować o dziesięć lat dłużej, jeśli wyrażą taką chęć. Jeżeli miliony seniorów będą zasilały system wpłatami, a jednocześnie opóźniały uczestnictwo w programach emerytalnych przez dziesięć lub więcej lat, problemy funduszów świadczeń socjalnych i ubezpieczeń zdrowotnych będzie można znów odsunąć o całe dziesięciolecia w przyszłość. Cykl ten będzie trwał, ponieważ lekarze i naukowcy będą mieli więcej czasu na zwiększenie witalności i poprawę poziomu zdrowia seniorów, co w zasadzie wyeliminuje pojęcie wieku emerytalnego. Jak się wkrótce dowiemy, przełomy w sferach nauki zajmujących się podnoszeniem długości życia, których będziemy świadkami w ciągu następnych dwudziestu lat, zmienią obraz starzenia i jego implikacje społeczne i gospodarcze.
Aby osiągnąć te szczytne cele, zarówno politycy, jak i naukowcy oraz organizacje finansujące muszą współpracować w celu przyspieszenia badań dotyczących walki ze starzeniem i regeneracją organizmu, a jednocześnie podnosić świadomość społeczną, informując, że wiele chorób związanych z wiekiem i starzeniem się w ogóle może niedługo odejść w przeszłość. Nie chodzi tylko o mierzone ilością lat dłuższe życie – chodzi o dłuższe życie w dobrym zdrowiu bez licznych schorzeń trapiących dzisiejszych seniorów.


W ciągu następnych dwudziestu lat miliardy ludzi osiągną wiek sześćdziesięciu pięciu lat. Wielu podejdzie do tradycyjnie pojmowanego pojęcia emerytury z ukształtowanymi oczekiwaniami, ale czekające ich realia będą prawdopodobnie bardzo odmienne. Do arsenału współczesnej medycyny w najbliższej przyszłości lekarze dodadzą cały szereg nowych, ekscytujących odkryć, dzięki którym pokonamy choroby wieku starczego. Nowe, coraz bardziej wyrafinowane technologie otworzą drzwi do kolejnych przełomów. W rezultacie na świecie nastąpi renesans drugiej młodości, ale pytanie pozostaje, czy nowa era lepszego zdrowia seniorów i dłuższych okresów produktywnego życia przyjdzie na czas i czy uda się ocalić kraje przed zapadnięciem się pod ciężarem finansowanie programów emerytalnych? Nasza przyszłość i przyszłość naszych dzieci i wnuków może zależeć od odpowiedzi na to pytanie. Zacznijmy od poszukania historycznych źródeł problemu.

sobota, 24 stycznia 2015

ks. Stefan Somerville: Dostojeństwo i wielkość ofiary Mszy św.



Łacina była językiem liturgicznym Kościoła od IV wieku, a nawet wcześniej, tj. przez co najmniej szesnaście stuleci. Przedmiotem naszych obecnych rozważań jest sama Msza św., jej wartość i dostojeństwo. Wiemy, że Msza św. czy też święta Eucharystia jest największym z siedmiu sakramentów, wiemy też dzięki św. Tomaszowi z Akwinu, że pozostałe sakramenty są jej podporządkowane i że Eucharystia ma swoich konsekrowanych sług. Prawdopodobnie wszyscy czytaliśmy te czy inne inspirujące i poruszające komentarze do Mszy św. Być może pamiętamy też piękne słowa kard. Jana Henryka Newmana: „Mógłbym nieustannie uczestniczyć we Mszy i nie odczuwać zmęczenia”. Pewien irlandzki dominikanin napisał: „Msza jest największym cudem na tym świecie. Ani na ziemi, ani w niebie ma nic jej równego” (o. O’Sullivan OP, The Wonders of the Mass). Św. Alfons Liguori zaś powiedział: „Nawet sam Bóg nie mógł uczynić nic świętszego, lepszego czy większego niż Msza św.”. Na koniec przytoczmy słowa św. Wawrzyńca Justyniana: „Żadna modlitwa ani dobry uczynek nie jest tak wiel­ki, tak miły Bogu, tak pożyteczny dla nas, jak Msza św.”.

Po tych krótkich świadectwach odnośnie do dostojeństwa Mszy św. pragnę przekazać wam również parę refleksji dotyczących obecnej sytuacji w Kościele świętym. Dzieje się wiele rzeczy niepokojących, groźnych czy wręcz gorszących. Dzieje się wiele rzeczy, powiedzmy to wprost, grzesznych. Pewien poeta pisał o duszy chorej od grzechu. Wydaje się, że dziś całe ciało Kościoła trapi ta sama choroba.

Skutki zmian

Zacznijmy od uczestnictwa we Mszy. Nasze kościoły nie są nawet w przybliżeniu tak zapełnione, jak uprzednio. Św. Jan Chryzostom napisał kiedyś, że „kiedy ma być odprawiana Msza, sanktuarium wypełnione jest niezliczonymi aniołami, które adorują Boską Żertwę, ofiarowaną na ołtarzu”. Jednak nawa kościoła, przeznaczona dla wiernego ludu, jest coraz bardziej pusta. Trudno podać dokładne liczby, jednak poważne badania mówią, że regularne uczestnictwo we Mszy św. spadło z ok. 70% do 15–20%, na niektórych obszarach może mniej, jednak prawdopodobnie gdzie indziej – zwłaszcza w wielkich miastach – jeszcze bardziej. Spadek zaczął się w latach 1960. i stopniowo robiło się coraz gorzej.

Innym problemem jest liczba kapłanów. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. miał miejsce przerażający exodus z kapłaństwa. Proces ten zwolnił nieco tempo, ale się nie zatrzymał. Liczba księży, którzy porzucili kapłaństwo, przekroczyła znacznie 100 tys., a liczba obecnych kandydatów do kapłaństwa jest ułamkiem tego, z czym mieliśmy do czynienia uprzednio. Wiele seminariów zostało zamkniętych. Dla porównania: rocznik, z którym byłem wyświęcany w roku 1956 w Quebecu, liczył 50 kleryków.

Wiecie też zapewne, że wiele parafii zostało zlikwidowanych. Zgromadzenia zakonne tak bardzo cierpią z powodu braku kandydatów, że większość z nich po prostu „umiera ze starości”. Bardzo niewiele nowych, niedawno założonych zgromadzeń znajduje się w stanie rozkwitu. Liczba unieważnień małżeństw i separacji podskoczyła z bardzo nieznacznego poziomu przed Vaticanum II do 40 czy 50%. Pamiętajcie również, że zjawiskiem powszechnym jest dziś współżycie bez ślubu. Wszędzie szerzą się straszliwe plagi aborcji oraz sztucznej antykoncepcji, dwa grzechy, które wcześniej były stosunkowo rzadkie i zaledwie wspominane.

Czy znamy remedium?

Jednak dosyć tych przerażających statystyk, tych „wskaźników wzrostu” choroby Kościoła katolickiego. Wszyscy znamy je aż za dobrze. Przed tymi złymi wiadomościami przedstawiłem wam krótki szkic o dostojeństwie Mszy św., prezentując wypowiedzi kilku wielkich świętych i teologów. Pozwólcie mi teraz przytoczyć jeszcze kilka cytatów, by pokazać, że ta sama Msza, w całej swej wielkości, mogłaby stać się remedium, lekarstwem na wspomniane wyżej, bolesne problemy. Św. Bonawentura mówi nam, że: „Msza jest kompendium całej miłości Bożej, wszystkich Jego dobrodziejstw wyświadczonych ludziom, każda Msza obdarza świat dobrodziejstwem nie mniejszym od tego, jakim obdarzyło go wcielenie”. Św. Tomasz z Akwinu uczy, że „każda Msza przynosi ludziom te same dobrodziejstwa co ofiara krzyża”. A sługa boży Fornerius mówi: „Poprzez jedną Mszę św., której wysłuchujemy w stanie łaski, (...) uzyskujemy dla siebie więcej dobrodziejstw i korzyści, niż przez najdłuższe i najuciążliwsze pielgrzymki”.

Wypływa z tego wniosek, że traktując uczestnictwo we Mszy św. poważniej, łatwo otrzymalibyśmy od Boga łaski, które pozwoliłyby uzdrowić sytuację czy zapobiec litanii nieszczęść, o których przed chwilą wspomniałem. Z pewnością św. Bonawentura i inni święci mężowie zgodziliby się z nami! Pamiętajcie jednak, że litania ta zaczęła się od masowego opuszczania Mszy św. Zaczęła się od pustoszenia kościołów i porzucania kapłaństwa. Zaczęła się od odrzucenia Mszy św. Możecie w tym miejscu zaoponować i powiedzieć, że liberalizm i ekumenizm zaczęły wywierać wpływ na mentalność katolików nawet przez II Soborem Watykańskim, który zaczął się pod koniec 1962 roku. Bez wątpienia wy, starsi obserwatorzy, macie słuszność, mówiąc, że sam symptom opuszczania Mszy św. nigdy nie występował samodzielnie, że towarzyszyły mu lub poprzedzały go inne grzechy. Pamiętam, jak mój ojciec mówił mi, gdy byłem jeszcze nastolatkiem w latach 1940., że zna na naszej ulicy więcej katolików nieuczestniczących we Mszy św., niż uczęszczających na nią. Mój ojciec, Henryk Somerville, był przez całe życie poważnie traktującym swą wiarę katolikiem i przez dwadzieścia lat redaktorem ukazującego się w Toronto tygodnika „Catholic Register”. Był wnikliwym, zawodowym obserwatorem katolickiego życia.

Inne zastrzeżenie mogliby wysunąć ci z was, którzy pamiętają zarówno soborowe, jak i przedsoborowe lata, panowanie Piusa XII w latach 1939–1958. Również najmłodsi spośród was mogą, z lektury, znać epokę poprzedzającą lata 1960. Możecie powiedzieć, że Msza była nadal wielką świętością aż do połowy lat 60., do pierwszych zmian w jej ceremoniach. Tak, zgadzam się z tym wszystkim, być może z tym zastrzeżeniem, że trudno mówić już było o świętości w pełnym znaczeniu tego słowa. Kiedy więc obiektywnie Msza św. zaczęła być mniej święta, kiedy przestała być świętością w ogóle? Kiedy nastąpiła zmiana priorytetów kapłańskiego życia i kryzys osobistej świętości kapłanów? Kiedy seminaria utraciły swą niewinność?

Patrząc wstecz pamiętam, że zmiany następowały stopniowo. Mimo to, po głębszym zastanowieniu, trzeba powiedzieć, że zmiana była niepokojąco gwałtowna. Pamiętam niewypowiadane głośno, lecz powszechne opinie, że katolicy żyli w mrokach aż do lat 60., a głosiciele „nowej teologii” oświecali nas i mówili nam po raz pierwszy prawdę. Pamiętam moje własne, osobiste wrażenie, że Kościół wychodził z długiego okresu dzieciństwa i wchodził w niespokojny wiek dojrzewania. Pamiętam uczucie zakłopotania i niepewności, jakie odczuwałem, pomimo ekscytującego faktu mianowania mnie pierwszym kanadyjskim i zarazem najmłodszym członkiem doradczej komisji ICEL. Pracowałem w niej w latach 1964–1973, po czym zostałem konsultantem ICEL na kolejnych piętnaście lat. W tym czasie stawałem się coraz bardziej krytyczny wobec prac ICEL i coraz bardziej sfrustrowany kierunkiem, w jakim ewoluowała.

Sobór a reforma Mszy św.

Jednak odłóżmy na bok osobiste wspomnienia i powróćmy do naszego tematu. Poważne problemy pojawiły się w latach 60. i po Vaticanum II. Święci powtarzali niejednokrotnie, że Msza św. jest największym darem, jaki Bóg mógł nam ofiarować, a jednak Kościół odwrócił się od lepszego ku gorszemu. Msza św., serce wszystkich łask, źródło niewypowiedzianej siły duchowej, przestała powściągać i leczyć słabości. Dlaczego tak się stało? Skąd tak wielki kryzys katolickiego życia?

Spróbuję teraz przedstawić moją odpowiedź. Być może nie będzie ona odpowiedzią całkowitą – jest jednak poważną i wnikliwą analizą, dotykającą kwestii Mszy św. i samej wiary. Musicie wiedzieć, że reformatorzy Vaticanum II ułożyli swój rewolucyjny terminarz na długo przed rozpoczęciem soboru. Obejmował on zarówno silne zaangażowanie ekumeniczne, jak i drastyczną reformę Mszy św. Po, a nawet podczas II Soboru Watykańskiego, niejeden czołowy biskup i ekspert teologiczny powtarzał, że Vaticanum II jest rewolucją francuską w Kościele katolickim. Mówiono o tym z aprobatą. Również abp Bugnini, sekretarz Consilium, komisji, która przygotowała szkic nowej liturgii, mówił: „Miłość do dusz i pragnienie przyjścia z pomocą braciom odłączonym, poprzez usunięcie wszystkiego, co nawet w odległy sposób mogłoby być dla nich przeszkodą, czy sprawiałoby, że czują się źle na drodze do jedności, zmotywowały Kościół do poniesienia nawet tych bolesnych ofiar” („L’Osservatore Romano” 6 marca 1965). Jednak protestanci nie wierzą w przeistoczenie, w rzeczywistą obecność Chrystusa czy w ofiarną naturę Mszy św. Konsekwentnie, wszystkie te ważne elementy doktryny katolickiej, będące przedmiotem definicji dogmatycznych Soboru Trydenckiego, musiały zostać zatuszowane, umniejszone, rozmyte i przedstawione w sposób możliwy do zaakceptowania dla protestantów. Sześciu czołowych liturgistów protestanckich było obserwatorami prac Consilium w Rzymie. Nowe katolickie ordo missş kształtowało się na ich oczach.

Jakiś czas temu przeprowadziłem dogłębną analizę nowej Mszy pod względem, po pierwsze: prawdziwej zmiany substancji chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, po drugie: prawdziwego ofiarowania Żertwy Bogu Ojcu, i po trzecie: wynikającej stąd obecności rzeczywistej i prawdziwej ofiary składanej w sposób widzialny przez prawdziwego kapłana, będącego sługą niewidzialnego Najwyższego Kapłana – głównego Ofiarnika każdej Mszy św. W moim studium zająłem się porównaniem tradycyjnego i nowego ordo missş. Przyglądałem się słowom, wyrażeniom i gestom wspierającym doktrynę prawdziwej ofiary Mszy św., składanej Bogu na prawdziwym ołtarzu, w poświęconej świątyni, w intencji odpuszczenia grzechów i oczyszczenia, by stać się bardziej miłym i przyjemnym Bogu. Zadałem sobie pytanie: czy usunięcie pewnych słów, wyrażeń i gestów prowadzi do osłabienia naszej wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa oraz prawdziwą i rzeczywistą ofiarę, verum et proprium sacrificium, o której mówi Sobór Trydencki? Odpowiedź brzmi: z pewnością tak, zmiany te naprawdę osłabiły naszą wiarę. Wiecie, ile osłabiających doktrynę zmian i pominięć znalazłem? Dziewięćdziesiąt dwie! Liczba ta jest do pewnego stopnia przybliżona, gdyż niektóre z nich niejako wtapiają się w inne. Wiele gestów obecnie jest pomijanych, jak np. znaki krzyża, pochylenia i pokłony, ucałowania ołtarza. Moje obliczenia obejmują również te elementy, które znaleźć można w Kanonie rzymskim, a pamiętajmy, że tzw. I modlitwa eucharystyczna nie jest prawie nigdy odmawiana przez księży podczas odprawiania Novus Ordo.

Lex orandi, lex credendi

Powód, dla którego te pominięcia osłabiają naszą wiarę, wynika ze starej zasady teologicznej: Lex orandi, lex credendi, prawo modlitwy implikuje prawo wiary. Wierzymy tak, jak się modlimy. Oznacza to, że im dłużej odmawiamy, słuchamy i powtarzamy pewne modlitwy, zwłaszcza przebogate w treść stare modlitwy, tym bardziej te modlitwy będą kształtować naszą wiarę i utrzymywać jej siłę.

Również inne katolickie teksty kształtują naszą wiarę, na przykład katolicki katechizm, Credo – zarówno Skład Apostolski, jak i Symbol nicejsko­-konstantynopolitański, a także nowenny czy inne praktyki wiary. Jednak szczególnie potężnym, cennym i niezastąpionym wsparciem naszej wiary są nasze codzienne i cotygodniowe modlitwy, zwłaszcza liturgia Mszy św., taka, jaka odprawiana była w Kościele przez ok. 1600 lat do lat 60. ubiegłego wieku. Co się z nią stało? Została niemal całkowicie zniszczona! Uległa rewolucyjnej zmianie! Została w swej istocie zastąpiona czymś całkowicie nowym. Ten nowy ryt czy też prawo modlitwy zasługuje na miano rozwodnionego, zubożonego, wieloznacznego, synkretycznego, sprotestantyzowanego, zeświecczonego, zdemokratyzowanego i w ostatecznym skutku – jak możemy się słusznie obawiać – prowadzącego do apostazji.

Oczywiście chętnie przyznaję, że w liturgii nowej Mszy znaleźć można wiele elementów wyrażających wiarę katolicką. Czy inaczej udałoby się szatanowi zwieść nas tak łatwo? Uznaję też, że twórcami tej nowej formy kultu byli przypuszczalnie eksperci teologiczni, biskupi i papież. Jednak czy Pan Jezus nie przepowiedział, że powstanie wielu fałszywych proroków i fałszywych chrystusów i że zwiodą wielu? Przyznaję dalej, że wielu dobrych katolików, włączając w to kapłanów, karmi swe życie wiary poprzez stałą, głęboką modlitwę, nowenny, nabożeństwa, psalmy brewiarzowe i przede wszystkim ulubioną modlitwę Matki Bożej – różaniec. Niemniej jednak uważam, że tak długo, jak ich główną liturgią będzie Novus Ordo, katolicy ci znajdują się w stanie poważnego niebezpieczeństwa utraty wiary.

Czy przesadzam? Czy maluję sytuację w zbyt czarnych barwach? Pozwólcie mi najpierw przytoczyć pewną wymowną statystykę. Nie tak dawno przeprowadzony został poważy sondaż dotyczący wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Wynikało z niego, że siedemdziesiąt procent dorosłych katolików [w USA] w wieku 20–40 lat już w to nie wierzy. Nie powinno to być zaskoczeniem, jeśli pamiętamy o usuwaniu tabernakulum, przyjmowaniu Komunii na rękę i na stojąco oraz faktycznym zniesienie postu eucharystycznego. Jednak jeśli Ciało i Krew Chrystusa nie są rzeczywiście obecne, gdzie jest Żertwa ofiarna? Jeśli nie ma Żertwy, nie ma ofiary!

Klejnot nieskończonej wartości

W tym miejscu, drodzy przyjaciele, powróćmy do naszego ukochanego św. Alfonsa, którego słowa przytoczyłem na początku: „Nawet sam Bóg nie mógł uczynić nic świętszego, lepszego i większego niż Msza”. Dlaczego? Dlaczego nie ma nic świętszego, lepszego ani większego niż Msza św.? Ponieważ jest ona darem, jaki czyni z siebie samego Bóg Syn Wcielony, ofiarując się Bogu Ojcu. Nie sposób wyobrazić sobie większego daru ani większego ofiarodawcy, większego obdarowanego ani większych więzi miłości jednoczących tych Dwóch, niż Duch Święty. „Zawsze czynię Jego wolę” – powiedział Zbawiciel. A Bóg Ojciec rzekł: „To jest Syn mój miły, w którym sobie upodobałem”. Czy to historyczne samoofiarowanie się Pana Jezusa jest ofiarą religijną? Oczywiście, i to od momentu, kiedy Chrystus przychodząc na ten świat powiedział: „Oto jestem, abym pełnił wolę Twoją”, do ostatniego momentu męki na Kalwarii, kiedy wypowiedział słowa: „Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mego”.

Jeśli śmierć Chrystusa jest ofiarą, czy jest On również prawdziwym kapłanem? Zaprawdę jest, gdyż Ojciec powiedział do Niego, jak czytamy w Psalmie: „Jesteś kapłanem na wieki, wedle porządku Melchizedeka”. Zbawiciel potwierdził to w Ewangelii według św. Mateusza (rozdz. 22) i w Liście św. Pawła do Żydów (5–10), który jest traktatem o Chrystusowym kapłaństwie. Sobór w Efezie w roku 431 orzekł, że Słowo Boże, stając się Ciałem, stało się naszym Najwyższym Kapłanem. Chrystus dzieli Boską naturę ze swym Ojcem, a ludzką naturę z nami. Tak więc jest on „z ludzi wzięty, dla ludzi (...) postanowiony w tym, co do Boga należy; aby składał dary i ofiary za grzechy” (Hbr 5, 1).

Ofiara jest najbardziej podstawową funkcją urzędu kapłańskiego. W liturgii ofiara oznacza zewnętrzny akt religijny polegający na ofiarowaniu materialnego daru przez wyświęconego sługę ołtarza, w uznaniu najwyższej władzy Boga i dla uzyskania przebaczenia grzechów. Czy samoofiarowanie się Chrystusa na krzyżu było prawdziwą i rzeczywistą ofiarą? Oczywiście. Sobór w Efezie to stwierdził, a potwierdził to Sobór Trydencki. Izajasz i św. Paweł nauczają o tym bardzo często. Mówił o tym sam Zbawiciel w ofiarnych słowach ostatniej wieczerzy. Ciało wydane! Krew przelana! Odpuszczenie grzechów!

Zaczynamy rozumieć prawdziwość słów św. Alfonsa: „Nawet Bóg nie mógł uczynić nic świętszego, lepszego i większego niż Msza”. Jest ona doskonałym darem z samego siebie, złożonym z najdoskonalszą miłością najdoskonalszemu Bogu. Jest czymś więcej niż tylko oddaniem czci Bogu. Składa się ją również jako wynagrodzenie za ludzkie grzechy, co teologowie nazywają zastępczym zadośćuczynieniem. Oznacza to, że Chrystus Pan zajmuje nasze miejsce, albo zastępuje nas, czyniąc zadośćuczynienie za nasze grzechy. W nieco podobny sposób papież, wikariusz Chrystusa, zastępuje Chrystusa w rządzeniu Kościołem. Pismo św. pośrednio wspomina o tym zastępczym zadośćuczynieniu. Jan Chrzciciel, powtarzając słowa Izajasza o niewinnym Baranku, woła na widok Jezusa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. Św. Paweł naucza o tym w bardzo mocnych słowach (2 Kor 5, 21): „Tego, który nie znał grzechu, uczynił [Bóg] grzechem, abyśmy my stali się w nim sprawiedliwością Bożą”. Sam Zbawiciel mówi bardzo prosto: „Kładę moje życie za owce moje” (J 10, 15). Jednak nie koniec na tym. Ten sam Chrystus Pan przychodzi, by odnawiać swą ofiarę Kalwarii w każdej Mszy św. sprawowanej w Jego Kościele przez wyświęconego kapłana.

Ofiara czysta

Reformatorzy protestanccy w pożałowania godny sposób zanegowali prawdziwie ofiarną wartość Mszy św. Uczynili to sądząc, że Msza św. jest niezależną ofiarą obok ofiary krzyża i że ma ona zyskiwać nam łaski tylko przez działanie ludzkiego kapłana. Prawda wygląda natomiast tak, że Msza św. odnawia ofiarę Kalwarii i uobecnia ją, tym razem w sposób sakramentalny, używając chleba i wina, których istota staje się Ciałem i Krwią Chrystusa, nie tracąc swych akcydensów. Sam Chrystus jest więc prawdziwie obecny na Mszy św. jako główny kapłan i sam siebie składa w ofierze, z tą samą mocą i wysługując te same łaski, co podczas ofiary Kalwarii.

Ponadto Eucharystia jest równocześnie ofiarą i sakramentem. Jako ofiara istnieje dla czci Boga i jest akcją przemijającą. Jako sakrament istnieje dla dobra człowieka i jest rzeczywistością trwałą, istniejącą w przyjmujących ją wiernych oraz adorowaną przez nich na ołtarzu. Stary Testament zwiastował tę ofiarę Nowego Przymierza. W rozdziale 14 Księgi Rodzaju kapłan Melchizedek składa w ofierze chleb i wino oraz błogosławi Abrahama po zwycięstwie. Prorok Malachiasz zaś zapowiada powszechną „czystą ofiarę” wśród narodów, wśród których „Imię Boże jest wielkie” (Mlch 1, 10). Wedle Didache i św. Justyna Męczennika, ustęp ten dotyczy Eucharystii, podobnie uczą późniejsi Ojcowie Kościoła i katolicka tradycja.

„Czysta ofiara” Malachiasza zawiera w sobie potężny ładunek treści. Musimy przede wszystkim pamiętać, że rzeczywista obecność Ciała i Krwi Chrystusa gwarantuje również obecność Jego Duszy i Bóstwa. Na mocy słów konsekracji, wypowiadanych podczas Mszy św., Ciało i Krew stają się obecne oddzielnie w postaci ofiarowanej Żertwy. Jednak Jezus nie jest już martwy – żyje w chwale i nie może już umrzeć. Tak więc, ponieważ Jego Ciało i Krew są obecnie ponownie połączone w chwalebnym życiu, razem z Jego Duszą i Bóstwem – w tak zwanym współistnieniu – mamy całego Chrystusa obecnego w sakramencie i w naszej Komunii św.

Przez tysiąc lat teologowie prowadzili dyskusje na ten temat, jednak Duch Święty już w pierwszym wieku natchnął św. Jana do zapisania słów Chrystusa: „Kto spożywa Moje Ciało i Krew Moją pije, mieszka we mnie”. W następnym wersie Jezus mówi: „Kto mnie spożywa” – i wskazuje, że w sakramencie tym obecna jest cała Boska Osoba, cały Chrystus. Prawda ta jest dogmatem Kościoła katolickiego. Kolejny dogmat, będący konsekwencją poprzedniego, mówi, że Chrystusowi obecnemu w Eucharystii należne jest uwielbienie, tj. latria (kult boski). Biorąc pod uwagę, że obecność całego Chrystusa we Mszy św. stała się dogmatem, nie dziwi nas, że święci opisywali tę tajemnicę w najwznioślejszych słowach. Św. Bonawentura mówi: „Msza św. jest tak pełna tajemnic, jak ocean pełny jest kropel [wody], jak niebo pełne jest gwiazd, a dwór niebieski pełen aniołów”. Papież Pius XII nauczał nas w encyklice Mystici corporis Christi, że „w Nim przebywa Duch Św. z taką pełnią łask, że większej nawet wyobrazić sobie nie można”; „A wreszcie jest On osobiście tak pełen łaski i prawdy, że z niezgłębionej tej pełni Jego wszyscy bierzemy”.

Msza świętych

Owa „niezgłębiona pełnia” to właśnie cały Chrystus obecny podczas Mszy. O. Pio, jak wiadomo, bardzo długo przygotowywał się do odprawiania Eucharystii, a kaplica, w której ją sprawował, zatłoczona była przez setki wiernych od ok. drugiej w nocy, na wiele godzin przed rozpoczęciem Mszy św. Znany z odprawiania długich Mszy św. był też augustianin św. Jan z Facundo. Jego przeor, irytując się początkowo z tego powodu, wybadał o. Jana i zapisał, że „odprawia [on] Mszę św. tak powoli, ponieważ Bóg objawia mu głębokie tajemnice, które dokonują się podczas Eucharystii – tajemnice tak wzniosłe, że rozum ludzki nie jest w stanie ich pojąć. (...) Uświadomiło mi to ogrom dobrodziejstw, jakie spotykają ludzkość poprzez odprawianie czy słuchanie Mszy św. Uczyniłem silne postanowienie nigdy nie zaniedbać jej odprawienia czy wysłuchania”.

Nie wątpimy ani przez chwilę, że Msza św. uobecnia święte tajemnice męki naszego Zbawiciela. Zresztą obie te ofiary są jedną i tą samą, różnią się jedynie sposobem ofiarowania: męka krzyżowa jest ofiarą krwawą, a Msza św. – bezkrwawą. Wierzymy też, że wszystkie tajemnice Chrystusa zawarte są w Jego ofierze i że męka i śmierć są jedynie ich szczytem i wypełnieniem. Chrystus Pan spiął swą zbawczą misję dwiema klamrami. Na samym początku: „Oto jestem, abym pełnił wolę Twoją”, i na końcu: „Ojcze, nie moja wola, ale Twoja niech się stanie”. Jak możemy wątpić, że cała reszta tajemnic jest również zawarta w Eucharystii! Słuchajcie słów kapłana podczas Mszy św., kiedy obmywa ręce przy słowach Psalmu 25: „Przystąpię do Twego ołtarza Panie (...) by (...) głosić wszystkie Twoje cudowne dzieła”. Król Dawid prorokuje w Psalmie 110: „Pan uczynił pamiątkę swych cudownych dzieł”. Bez wątpienia oznacza to Mszę św.

Tajemnice Chrystusowe we Mszy św.

Zacznijmy od cudownego dzieła wcielenia, fundamentu wszystkich pozostałych. W momencie tym Najświętsza Maryja Panna ofiarowała się Bogu, ofiarowała ciało i duszę, by stać się Jego narzędziem, przez które Bóg weźmie ciało. „Oto ja służebnica Pańska”. „A Słowo stało się ciałem i mieszkało między nami”. Podobnie, kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji nad chlebem i winem, stają się one prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa i odnawiana jest Boska tajemnica wcielenia. Kapłan trzyma w swych dłoniach Wcielone Słowo, podobnie jak Najświętsza Dziewica trzymała Je w swym niepokalanym łonie. W chwilę potem kapłan ukazuje Hostię wiernym dla adoracji, podobnie jak Maryja pokazała nowonarodzonego Chrystusa pasterzom w Betlejem. Tak więc możemy powiedzieć, że również tajemnica narodzin Chrystusa znajduje odbicie we Mszy św. Chrystus ukazywany wiernym podczas Mszy ukazany został również Mędrcom i Symeonowi oraz przedstawiony swemu Ojcu w świątyni jerozolimskiej. Również te tajemnice wspominane są podczas Mszy św.

Podczas każdej Mszy św. słuchamy kapłana czytającego Ewangelię, przypominającą nam o słowach i dziełach Chrystusa, podjętych dla naszego uświęcenia i zbawienia naszych dusz. Następnie kapłan mówi: „Niech słowa Ewangelii zgładzą moje grzechy”. Tak więc w różne niedziele i święta przed naszymi oczyma przesuwa się obraz tajemnic zbawienia, zawarty na kartach Pisma św.

W trakcie Mszy św. wspominane są kolejno i stopniowo coraz wyraźniej wielkie tajemnice Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Soboty Wielkanocnej. To prawda, nie możemy widzieć ich naocznie, jak Apostołowie i pierwsi uczniowie, ale tym większą mamy z tego powodu zasługę. Pan Jezus powiedział: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Pod koniec swej ziemskiej misji Zbawiciel pocieszał swych uczniów słowami: „Oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Słowa te są prawdziwe nie tylko z powodu wszechobecnego Bóstwa Chrystusa, ale również poprzez Jego cielesną, sakramentalną obecność, będącą owocem każdej Mszy św.

Chrystus Pan jako Oblubieniec objawia się swej oblubienicy – Kościołowi świętemu. Wierny jej, tj. nam, nie zostawia nas samych, ale pozostaje zawsze obecny, a ta obecność eucharystyczna jest wspaniałą manifestacją Jego wierności. Bóg powiedział przez usta proroka Ozeasza: „I poślubię cię sobie na wieki, a poślubię cię sobie w sprawiedliwości i w sądzie i w miłosierdziu i w litościach, (...) a poznasz, żem ja Pan” (Oz 2, 19–21).

Z wiarą w te natchnione słowa strzeżmy dalej Mszy Wszechczasów i pamiętajmy o słowach Doktora Kościoła św. Alfonsa Liguoriego: „Nawet sam Bóg nie mógł uczynić nic świętszego, lepszego i większego niż Msza św.”

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

czwartek, 22 stycznia 2015

Odpowiedzialne rodzicielstwo - odpowiedzialne papiestwo



Sposób ujęcia przez Franciszka w ramach konferencji prasowej problemu odpowiedzialnego rodzicielstwa, aż prosi się o refleksję nad odpowiedzialnym papiestwem, szczególnie w jakże istotnej warstwie komunikacji. Mnogość podobnych sytuacji w czasie stosunkowo krótkiego pontyfikatu każe zapytać, czy możemy się spodziewać u Ojca Świętego pełnej odpowiedzialności za własne słowa. Odpowiedzialności, która musiałaby się wiązać ze świadomością jak mogą one zostać i zostaną odebrane, i zinterpretowane oraz z troską o przejrzystość komunikacyjną. Jest to coś, czego wierni chcieliby i powinni móc oczekiwać od następcy Piotra, zwłaszcza jeśli jest on tak aktywny medialnie i kiedy porusza kwestię, która w samym Kościele jest ciągle przedmiotem kontrowersji, i którą część katolików rozwiązuje w sposób mało katolicki. Słowa papieża mają bowiem największe znaczenie nie dla mediów czy niewierzących, ale dla samych członków Kościoła.

środa, 21 stycznia 2015

Jezus historyczny cz. 2 - Film dokumentalny "Jezus okiem świadków"




Copyright © 2014 wersji polskiej: Krzysztof Dubis, Opracowanie wersji polskiej: Krzysztof Dubis

W filmie między innymi

1. Historyczność Jezusa
2. Czy Ewangelie są wiarygodne?
3. Cuda
4. Świadectwo proroctwa
5. Zmartwychwstanie - fakt czy fikcja?
6. Dobra Nowina