Pages

______________________________________________________________________

_______________________________________________________________________________

sobota, 22 listopada 2014

Reformowanie liturgii: rewizja czy metamorfoza? Przypadek posoborowej modyfikacji w obrzędach Święceń i święceń niższych



W numerze 25. konstytucji Sacrosanctum Concilium, uchwalonej przez Sobór Watykański II i promulgowanej przez papieża Pawła VI w grudniu 1963, znajduje się dyrektywa o następującym brzmieniu: „Księgi liturgiczne niech zostaną jak najrychlej zrewidowane z udziałem znawców i po konsultacji z biskupami z różnych stron świata”.

W swoim generalnym zarządzeniu przeglądu ksiąg liturgicznych Sobór użył wyrażenia: recognoscantur. Posłużono się zatem słowem, którego dotychczasowe użycie wskazywało nie tyle na głębokie przetwarzanie treści, ile na retusz. Formuła otwierała możliwość modyfikacji, natomiast w żadnym razie nie upoważniała do przebudowy od podstaw.

Przedmiotem zarządzonej „rekognicji” miały być księgi liturgiczne, których podstawowy kształt wraz z zawartością został polecony całemu Kościołowi przez Stolicę Apostolską w edycjach wzorcowych wydawanych w latach po Soborze Trydenckim. Księgi te charakteryzowały się niekwestionowaną i naoczną ciągłości z wcześniejszymi etapami tradycji. Niektóre z tych ksiąg – najważniejsze: Brewiarz i Mszał, a w części także Pontyfikał – poddane były niedawno, w latach 60., okresowym retuszom (Brewiarz zaś miał ponadto za sobą dość gruntowną reorganizację z czasów św. Piusa X oraz zmianę wersji językowej za Piusa XII). Zdawano sobie sprawę, że niektóre rozważane modyfikacje zostały wstrzymane z myślą o zbliżającym się Soborze, po którym spodziewano się pewnych rozstrzygnięć. Wraz z uchwaleniem konstytucji liturgicznej stało się jasne, że zarządzona reforma liturgiczna poskutkuje nowymi edycjami typicznymi, zapewne zaznaczającymi faktycznie nowy etap.

Na podstawie świadectw z epoki można wnioskować, że oczekiwania co do głębokości zmian były zróżnicowane – i w jakimś stopniu liczba oczekujących była odwrotnie proporcjonalna do radykalizmu zmian. Na ogół, w kręgach rozważających zależność między owocnością duszpasterstwa a „funkcjonalnością” obrzędów, spodziewano się kilku prostych adaptacji, mających ułatwić duszpasterskie funkcjonowanie kultu – a równocześnie i życiowe funkcjonowanie duszpasterzom. Oczekiwania dalej idące były równocześnie dość wyraźnie sprecyzowane w wąskich kręgach specjalistów i mało widoczne w przeciętnej świata katolickiego.

Dzieło „wdrożenia Konstytucji o świętej Liturgii” zostało powierzone przez papieża Pawła VI już w roku 1964 specjalnie powołanej komisji, która przeszła do historii jako Consilium. Na czele tego dość licznego zespołu o jeszcze liczniejszym aparacie konsultacyjnym został postawiony kard. Giacomo Lercaro z Bolonii; nominacją o co najmniej równie ważnym znaczeniu było mianowanie na sekretarza Consilium o. Annibala Bugniniego CM – który w ten sposób „wracał do łask” po dwóch latach „oddalenia”.

W praktyce struktura Consilium została określona w ten sposób, jakby dedykowane tej instytucji dzieło „wdrażania konstytucji” o liturgii ogranizało się do poleconego w cytowanym n. 25 zrewidowania ksiąg liturgicznych: żadna z powołanych przez Consilium „grup studyjnych” – około trzydziestu – nie miała innego zadania niż przygotowanie modyfikacji w treści poszczególnych ksiąg liturgicznych.

Szeroki zakres podjętych zadań nie mógł wróżyć szybkich efektów końcowych – tym bardziej jeśli mandat na „rekognicję” miał być praktycznie interpretowany jako upoważnienie do głębokiej przebudowy obrzędów. Dlatego nie dziwi fakt, że przez pierwsze cztery lata Consilium nie przeprowadziło żadnej z oczekiwanych „rekognicji”. W tym czasie komisja wydała natomiast niejedną „instrukcję wykonawczą”, z której wynikało zaistnienie w Kościele bezprecedensowego stanu prowizorycznego porządku liturgicznego. Był to czas zmian zaznaczanych ołówkiem lub długopisem wewnątrz dotychczas używanych ksiąg liturgicznych.

Jednak podjęte prace zmierzały ze swej natury do wydania przez Stolicę Apostolską nowych edycji typicznych. Szerokim echem miało odbić się zwłaszcza wydanie w roku 1969 wydania wzorcowego „nowego porządku Mszy” i Kalendarza Rzymskiego, a rok później – nowego Mszału Rzymskiego i jego Lekcjonarza. W tym samym czasie Consilium dokonało także wymiany dwóch części Rytuału Rzymskiego: obrzędów małżeństwa i chrztu dzieci. Dokonywane dokładnie na przełomie lat 60. i 70. modyfikacje w przebiegu Mszy, chrztu i małżeństwa oraz w kształcie roku liturgicznego musiały znaleźć się w centrum uwagi ogółu wiernych – dlatego do dziś dyskusje dotyczące posoborowej reformy liturgicznej dotyczą niemal wyłącznie zagadnień liturgii mszalnej lub chrzcielnej oraz zmian w kalendarzu obchodów kościelnych. Nie oznacza to jednak, że szlak kontrowersyjnych „nowych porządków” zaczyna się od tych pozycji.

[...]

Paweł Milcarek

Całe studium można przeczytać w wydaniu papierowym numeru 56-57 oraz w pliku pdf.

List do Przyjaciół i Dobroczyńców nr 83



Drodzy Przyjaciele i Dobroczyńcy!

Przed siedemnastu laty kard. Józef Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, przedstawił swoją wizję przyszłości Kościoła. Wydawała się ona wtedy bardzo pesymistyczna, bo przewidywała, że nastąpi takie rozdrobnienie Mistycznego Ciała, które zredukuje Je do zbioru małych, ale wciąż żywotnych grup egzystujących pomimo powszechnego rozkładu.
Być może musimy się rozstać z ideą Kościoła skupiającego całe narody. Możliwe, że stoimy na progu nowej, zmieniającej wszystko epoki w dziejach Kościoła, w której chrześcijaństwo znów będzie jak ziarnko gorczycy, a jego wyznawcy skupiać się będą w niewielkich grupach, pozornie nie mających większego znaczenia, które jednak z całą mocą będą występować przeciw złu i wniosą dobro w świat…(1). 
[Kościół] mniej będzie tożsamy ze społeczeństwem, bardziej stanie się Kościołem mniejszości, żyjącym wśród niewielkich, ale żywych kręgów ludzi rzeczywiście przekonanych do wiary, oddanych jej i działających w jej świetle. Właśnie dzięki temu Kościół znowu stanie się «solą ziemi», jak powiada Pismo święte (2).
Czy ta wizja jest owocem osobistej przenikliwości kard. Ratzingera, czy też czerpie z innego źródła, np. Tajemnicy fatimskiej? – to może nam zdradzić tylko autor tych słów. Tak czy inaczej, zwłaszcza od czasu II Soboru Watykańskiego, jesteśmy świadkami stopniowego upadku Kościoła takiego, jakim był on przez przynajmniej 1500 ostatnich lat, to znaczy wspólnoty głęboko przenikającej całe życie człowieka, całe społeczeństwo, starającej się żyć w głębokiej harmonii z władzą doczesną, choć ta często próbowała ingerować w duchową władzę Kościoła. Od czasów rewolucji francuskiej można zauważyć nie tylko rozdzielenie tych dwóch władz, ale także bezwzględną wolę walki i zmniejszenia tak bardzo korzystnego wpływu Kościoła na społeczeństwo. Od zakończenia soboru nastąpił zatrważający spadek liczby powołań kapłańskich, utracono setki tysięcy zakonników i zakonnic ofiarujących życie Bogu i bliźnim, przez co obecność Kościoła w szkołach, szpitalach i w życiu społecznym i politycznym niemal ustała. Nie zostały podjęte żadne poważne kroki mające powstrzymać ten katastrofalny zanik obecności Kościoła w społeczeństwie; został on zredukowany niemal do zakrystii. Co gorsza, nawet w krajach, którym Kościół nie skąpił błogosławieństw i które niegdyś nazywano chrześcijańskimi, nawet tam kościoły i zakrystie są puste… Niewiele dzieli nas od realizacji niemal proroczej wizji kard. Ratzingera.

Ale te elementy zewnętrzne łączą się jeszcze z innymi, charakterystycznymi dla wewnętrznego życia Kościoła; są oznaką słabości wobec wroga już nie tyle zewnętrznego, ale odtąd wewnętrznego. Coraz bardziej kruszą jedność wiary i jedność rządu w Kościele świętym. W zakresie jedności liturgicznej, przez dokonane w nowej Mszy otwarcie na „kreatywność”, szczególnie przez mnożenie modlitw eucharystycznych, już od dawna jest ona rozbita. W obszarze moralności, ostatni synod poświęcony rodzinie jest tragicznym świadectwem wzrostu panujących w tej dziedzinie sprzecznych opinii, których władza [kościelna] zdaje się nie być w stanie już sama powstrzymać, o ile sama ich nie wspiera…

Nie ma wątpliwości, że pośrodku tej katastrofy, którą dostrzega wielu obserwatorów, nasza mała wspólnota jawi się jako „niewielka grupa, pozornie nie mająca większego znaczenia, która jednak z całą mocą występuje przeciw złu i wnosi dobro w świat…”. Chociaż opłakany stan Kościoła głęboko nas zasmuca, to i tak codziennie śpiewamy Magnificat dziękując za te wprost cudowne osiągnięcia, na które pozwala nam Wszechmogący.

* * *

W kilku kolejnych zdaniach chcielibyśmy dokonać przeglądu tego, jak rozwija się Bractwo, które – mimo że ze wszystkich stron otrzymuje ciosy – wciąż szerzy łaskę Bożą, umacniając wiernych w ich trudnej i niebezpiecznej pielgrzymce do nieba. Od dawna mamy świadomość, że szczególną uwagę należy poświęcić chrześcijańskiej rodzinie, świętemu domowemu ognisku, w którym dzieci rodzą się nie tylko do życia na ziemi, ale też do życia w niebie. Jest coś przerażającego i diabolicznego w wyrafinowanym okrucieństwie, użytym żeby uderzyć w to sanktuarium, w życie nienarodzonego dziecka w łonie jego matki.

Widząc tak wiele rodzin spokojnie pielęgnujących cnoty i szukających chwały Bożej, nie zaniedbujących, a wręcz przeciwnie, poważnie podchodzących do swoich obowiązków wobec przyszłych pokoleń i społeczeństwa, możemy tylko błogosławić naszego Pana i podziwiać tak skuteczne działanie łaski! Tak, Drogie Rodziny, skoro chrześcijańskie życie ma swoje wymagania, to pomoc Boża, łaska, nigdy nie zawodzi, bez względu na okoliczności, które często wymagają pewnego heroizmu. Przez sam fakt Waszego chrześcijańskiego życia i poprzez Wasze wysiłki dajecie dowód, że takie życie jest nadal możliwe, i że porzucający przykazania Boga w poszukiwaniu innego życia, bardziej zgodnego ze współczesnym światem, są defetystami pozbawionymi ducha wiary, który powinien ożywiać każdego chrześcijanina.

To życie wiarą wymaga ochrony, a żeby się rozwijać potrzebuje katolickiej szkoły. Zawsze ważnym przedmiotem troski Kościoła było usilne przynaglanie rodziców do zapewnienia katolickiej edukacji ich własnym dzieciom – zaniedbującym ten obowiązek nawet dziś grożą kary! (3).

Jest to bardzo poważny problem praktyczny: gdzie można dziś znaleźć prawdziwie katolickie szkoły, w których wszystkie dziedziny wiedzy przenika nauka wiary? Gdzie znaleźć instytucje, w których przygotowuje się przyszłych rodziców do koniecznej na tym świecie walki o niebo?

Dlatego jeden z naszych największych wysiłków skupia się na szkołach. Wszędzie, gdzie jesteśmy obecni, poświęcamy temu większą część naszych zasobów, zarówno ludzkich, jak i materialnych. Dzięki temu ponad sto różnej wielkości szkół kształci na przyszłość tysiące przekonanych chrześcijan.

Skoro rodzina i szkoła zapewniają ochronę formowanym młodym ludziom, to co zrobić, aby wesprzeć tych, którzy opuszczają dom rodzinny i wchodzą w świat? Jest naszą wielką troską podtrzymanie tych młodych ludzi w dobru i cnocie, utrzymanie ich dusz w stanie łaski w tak bardzo zdeprawowanym świecie. Także tutaj trudno o doskonalszy środek zaradczy od Ćwiczeń duchowych św. Ignacego, które w poczuciu pewności uznajemy za jeden z największych skarbów i środków uświęcenia, jakie zostały złożone w naszych rękach – zaraz po Mszy św. Rzeczywiście, są one wprost stworzone dla naszych czasów; dodają odwagi, siły i heroizmu, tak dziś niezbędnych wszystkim ludziom dobrej woli. Dlatego nieustannie apelujemy, byście nie zaniedbywali tych środków, które stoją do Waszej dyspozycji. Prowadzenie ćwiczeń duchowych jest bez wątpienia jedną z najważniejszych inicjatyw Bractwa i przyczyną tego cudu łaski, który buduje dziś chrześcijańskie życie.

Ale życie nadprzyrodzone nie byłoby możliwe bez kapłana, uprzywilejowanego narzędzia, wybranego i powołanego przez Boga do oddania się bez reszty Mistycznemu Ciału, zwłaszcza przez składanie Najświętszej Ofiary Mszy. Głęboka więź, która musi spajać kapłana i Mszę, to testament, jaki pozostawił nam abp Lefebvre. Msza jest bowiem źródłem wszelkiej świętości i to przede wszystkim kapłan musi z niej czerpać, aby następnie obdarowywać powierzone mu dusze: „A za nich ja poświęcam samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 19).

Ta tajemnica stanowi ośrodek życia naszych seminariów. Strzeżemy jej zazdrośnie i troszczymy się o wszystko, co może przyczynić się do upiększenia ceremonii liturgicznych. Piękno znaków i gestów odzwierciedla największe tajemnice, przez które dokonuje się nasze Odkupienie. Stąd te ceremonie, wspaniałe i intymne zarazem, są jak przedsionek Nieba.

To codzienna radość i przywilej naszych blisko 200 seminarzystów, a także około 40 przedseminarzystów obecnych w sześciu seminariach Bractwa zlokalizowanych na czterech kontynentach. Rosnąca liczba kandydatów do kapłaństwa wymaga od nas budowy kolejnych – w USA, w stanie Wirginia, nowe seminarium powinno zostać zadaszone na wiosnę przyszłego roku.

Do tego dochodzi jeszcze budowa wielu kościołów na całym świecie, co pokazuje dynamizm wiary. Tak, rzeczywiście, wiara może przenosić góry! Wierzę, że tylko wiara może wyjaśnić ten fenomen przerastający ludzkie siły. To, co udało się nam osiągnąć zawdzięczamy łasce Bożej, Waszej nieustającej hojności i gorliwości. Bardzo dziękujemy. Możecie być pewni wdzięcznej modlitwy seminarzystów, kapłanów, zakonników i zakonnic, którzy każdego dnia proszą Boga, żeby stukrotnie Wam wynagrodził.

Niech Matka Boża zachowuje Was wszystkich w miłości i pokoju, Drodzy Przyjaciele, a Jej Niepokalane Serce prowadzi ku wiecznej szczęśliwości.

21 listopada 2014 r., w święto Ofiarowania N.M.Panny

bp Bernard Fellay

______________

PRZYPISY:

(1) Lettre aux Amis et Bienfaiteurs de la Fraternité Saint-Pie X – n°83 Le Sel de la Terre, Flammarion 1997, p. 16 
(2) Sól ziemi, Znak, Kraków 1997, s. 191 
(3) Por. Kodeks prawa kanonicznego z 1917 r., kan. 2319, § 2–4 ; Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r., kan. 1366 

Źródło informacji: http://news.fsspx.pl/

Piękno tradycyjnej liturgii (video) c.d. - Msza pontyfikalna celebrowana przez J. E. kard. Burka




Msza pontyfikalna celebrowana przez Jego Eminencję Rajmunda kard. Burka we wspomnienie św. Karola Boromeusza. 

środa, 19 listopada 2014

O. Volpi ostrzega biskupów: tylko nie przyjmujcie Franciszkanów Niepokalanej!


O. Volpi ostrzega biskupów: tylko nie przyjmujcie Franciszkanów Niepokalanej!

O. Fidenzio Volpi pojawił się na zebraniu biskupów z regionu Lacjum, aby ostrzec ich przed… Franciszkanami Niepokalanej. Z relacji korespondenta dziennika „La Stampa” wynika, że w trakcie spotkania o. Volpi znalazł sposobność na osobiste upomnienie biskupów, którzy chcą w swoich diecezjach przyjąć członków kierowanego przez niego zgromadzenia.

piątek, 14 listopada 2014

ks. Paweł Kramer: „Samobójcze w skutkach wypaczanie wiary wyrażonej w liturgii”


  

Powyższy tytuł nie pochodzi ode mnie. Zaczerpnięty jest z mowy papieża Piusa XII, dostrzegającego bliskie niebezpieczeństwo kryzysu wiary i mówiącego o Kościele wątpiącym na podobieństwo wątpiącego niegdyś Piotra, przypominając zaparcie się przez niego Zbawiciela w noc Jego Męki.

Msgr Eugeniusz Pacelli, przyszły papież Pius XII, wypowiedział swego czasu zadziwiającą przepowiednię odnośnie do przyszłych zaburzeń w Kościele:
Zmartwiło mnie przesłanie Matki Bożej skierowane do Łucji z Fatimy. Poprzez znaczące słowa Maryi na temat niebezpieczeństw, które zagrażają Kościołowi, Bóg ostrzega [nas] przed samobójczym w skutkach wypaczaniem wiary, [wyrażonej] w jego liturgii, w jego teologii, w jego duszy. (...) Dokoła słyszę głosy nowinkarzy, pragnących rozebrać Święty Przybytek, stłumić płomień powszechności Kościoła, odrzucić to, co jest jego chlubą, i sprawić, by poczuł wyrzuty sumienia z powodu swej przeszłości. 
Przyjdzie dzień, kiedy cywilizowany świat odrzuci swego Boga, kiedy Kościół zwątpi, tak jak zwątpił Piotr. Będzie kuszony, by wierzyć, że człowiek stał się Bogiem. W naszych kościołach chrześcijanie szukać będą bezskutecznie czerwonej lampki, [wskazującej miejsce] gdzie czeka ich Bóg. Podobnie jak Maria Magdalena, płacząca przy pustym grobie, będą pytać: „Dokąd Go zabrali?” (Roche, Pie XII devant l’historie, s. 52–53).
Jedną z metod, jaką posługują się heretycy w walce z Kościołem, jest infiltracja katolickiej hierarchii, a następnie taka zmiana liturgii, by nie była już ona precyzyjnym wyznaniem wiary, ale by zdawała się wspierać ich własną, heretycką doktrynę. Pius XII przestrzegał przed tym niebezpieczeństwem, przed „samobójczym w skutkach wypaczaniem wiary [wyrażonej] w liturgii”.

Wielu kapłanów i wiernych nie dostrzega w nowym rycie Mszy żadnego problemu. Uważają się za obrońców katolickiej tradycji i są demonstracyjnie antymodernistyczni. Jednak przebiegłość diabła jest tak wielka, że w istocie zajmują oni stanowisko modernistyczne, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Jest z nimi podobnie jak z żabami: jeśli umieści się je w gorącej wodzie, natychmiast z niej wyskoczą, ale jeśli włoży się je do wody zimnej i zacznie ją stopniowo podgrzewać, nie zauważą wzrostu temperatury, aż będzie za późno. Ugotują się.

Widziałem to na przykładzie wielu katolickich biskupów. Dwadzieścia pięć, trzydzieści lat temu byli najzagorzalszymi konserwatystami. Jednak stopniowo szli na kompromisy i pomimo że pod koniec swej posługi jako głowy diecezji nadal uważają się za zagorzałych konserwatystów, trzymających się tradycji Kościoła – nie zdają sobie sprawy, że prawie nikt inny nie postrzega ich już w ten sposób. Żyją iluzją.

Nie zamierzam wymieniać tu nazwisk, niektórzy z tych biskupów zostali już osądzeni przez Chrystusa. Nie ma potrzeby, bym ja wydawał o nich swe sądy.

Wielu ludzi popełnia błąd wynikający z przeświadczenia, iż tradycja apostolska to same tylko dogmaty, natomiast inne rozporządzenia w kwestiach wiary, moralności etc. są jedynie kwestiami dyscyplinarnymi, które mogą zostać zmienione stosownie do woli prawodawcy – biskupa lub papieża.

Kiedy jednak św. Paweł mówi o tradycji, nie ma na myśli tylko dogmatów. W 2 Liście do Tesaloniczan pisze: „Tak więc, bracia, stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz”. Jest tu mowa zarówno o tradycji pisanej, jak i ustnej. Jednak św. Paweł nie odnosi się jedynie do doktryny. Wyjaśnia to w jednym z najbardziej znanych ustępów Nowego Testamentu: „Ja bowiem otrzymałem od Pana, co wam też przekazałem”. I w kolejnych zdaniach wyjaśnia, co otrzymał – a tym, co opisuje, jest Msza święta. Pisze, że Zbawiciel przed swą Męką wziął chleb, mówiąc: „To jest ciało Moje, które za was będzie wydane. To jest kielich krwi Mojej” etc. Tak więc kiedy św. Paweł mówi: „trzymajcie się podań” i „przekazałem to, co otrzymałem”, odnosi się w szczególny sposób do liturgii Mszy św.

A jednak nauka o liturgii jest w Kościele bardzo słabo znana. W Sumie teologicznej św. Tomasza nie można znaleźć niemal nic na temat liturgii. Powód tego jest oczywisty dla każdego, kto zna historię rozwoju doktryny. Jeśli jakiś jej punkt staje się kontrowersyjny, teologowie poświęcają mu wiele słów i pism. Jeśli jednak dana nauka nie jest kwestionowana, niewiele się o niej mówi.

Kontrowersje chrystologiczne pierwszych wieków i rozwój doktryny o przeistoczeniu – wyjaśniającej rzeczywistą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina – doprowadziły do powstania wielu traktatów na ten temat. Najmniej kwestionowana była nauka o liturgii, ponieważ była dobrze znana i powszechnie rozumiana. Liturgia była świętym dziedzictwem, przekazywanym w Kościele z pokolenia na pokolenie.

Właśnie ten proces przekazywania nazywamy tradycją. (...) Liturgia wzrasta stopniowo, podobnie jak istota ludzka, w naturalny i organiczny sposób, aż wreszcie osiąga swój wiek dojrzały. Osiąga pełnię swego rozwoju i w tym momencie rozwój ów się kończy. Forma liturgii pozostaje od tego czasu stała i podlega bardzo niewielkim modyfikacjom. W życiu tradycji nieuchronnie pojawiają się mniej istotne dodatki i niewielkie zmiany, stąd po pewnym okresie czasu liturgia musi być ponownie oczyszczana. I w takich właśnie momentach papieże podejmowali dzieło jej rewizji. Po wiekach rozwoju ryt rzymski (...) musiał zostać oczyszczony i skodyfikowany. To właśnie uczynił św. Pius V.

Główne nieporozumienie w Kościele po Vaticanum II polega na przeświadczeniu, iż Paweł VI zrobił dokładnie to, co poprzednio św. Pius V. Zobaczymy jednak, że uczynił on w istocie coś wręcz przeciwnego.

Pierwsze pytanie, na które musimy odpowiedzieć, brzmi jednak: co zmiana w liturgii ma wspólnego z orędziem fatimskim? Odpowiedź brzmi: wszystko. Emerytowany ordynariusz diecezji Leiria-Fatima, bp Albert Cosme do Amaral, mówił w 1984 r. na Politechnice w Wiedniu, że trzecia tajemnica fatimska dotyczy apostazji i utraty wiary na całych kontynentach.

Co wspólnego ma zmiana w liturgii z utratą wiary? Zobaczymy, że istnieje między nimi najściślejszy związek (...).

Nakazy tradycji w dziedzinie liturgii

Tradycjonaliści podkreślają wartość rytu rzymskiego Mszy, przeciwstawiając go zawierającemu liczne niedoskonałości rytowi Pawła VI. Jednak skoro tylko ktoś wspomni o niedoskonałościach w rycie Pawła VI, tzw. konserwatywni katolicy odpowiadają oburzeni: „Przecież ryt Pawła VI został promulgowany dla całego Kościoła i posiada znamię nieomylności. Jak możecie twierdzić, że zawiera on jakiś defekt, skoro sam Duch Święty czuwa nad papieżem, kiedy promulguje on obrzędy dla całego Kościoła?”.

Ludzie ci nie zdają sobie sprawy, że nie przeczytali wystarczająco uważnie dokumentacji dotyczącej tzw. promulgowania mszału Pawła VI, nazywanego mylnie mszałem rzymskim, ponieważ ryt Mszy w nim zawarty nie jest rytem rzymskim. To nie jest liturgia rzymska. Sam wielki architekt nowego rytu Mszy, msgr Hannibal Bugnini, nazywał go całkowicie nowym tworem. Jego prawa ręka, Józef Gelineau SI, powiedział o nowym rycie: „Musimy powiedzieć to otwarcie: ryt rzymski już nie istnieje. Został zniszczony”. Z pewnością wiedział, co mówi – był jednym z głównych sprawców jego zniszczenia.

Zwróćmy uwagę na pewną zdumiewającą rzecz – wedle kanonu 846 nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego, promulgowanego przez Jana Pawła II, szafarze sakramentów mają ich udzielać stosownie do swego własnego obrządku. Prawo to jest jedynie odzwierciedleniem wiary katolickiej. Istnieje nieomylne Magisterium Kościoła odnoszące się do regulacji w obrębie liturgii. (...)

Zastanówmy się najpierw, co Kodeks Prawa Kanonicznego rozumie przez sformułowanie „w swym własnym obrządku”. Dla grekokatolików (jako należących do obrzędu bizantyjskiego) obrządkiem własnym jest liturgia św. Jana Chryzostoma. Dlatego właśnie Sobór Florencki pod przewodnictwem papieża Eugeniusza IV zadekretował, że ci, którzy należą do obrządku wschodniego, mają przyjmować Eucharystię stosownie do zwyczaju swego Kościoła, podobnie jak ci, którzy należą do obrządku rzymskiego, muszą ją przyjmować stosownie do zwyczaju Kościoła rzymskiego.

Nie było to rozporządzenie arbitralne. Zasada mówiąca, że liturgią rządzi prawo zwyczajowe, ma swe zakorzenienie w doktrynie. Cóż jednak jest tak świętego w zwyczaju? Dlaczego rządzi on liturgią? Dlatego, że zwyczaj ugruntowany jest w tradycji, a prawo tradycji wyrażone jest w Piśmie św. Św. Paweł nie wprowadził żadnych innowacji do liturgii, którą otrzymał. „Przekazałem to, co otrzymałem”.

Tak więc Pismo św. ustanawia prawo tradycji, a tradycja ustanawia zwyczaj, stąd Sobór Florencki, wprowadzając uroczysty nakaz używania w rycie bizantyjskim chleba przaśnego, a na Zachodzie niekwaszonego, odwołuje się do zasady mówiącej, że to zwyczaj rządzi liturgią.

Kanon 27 nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego wyjaśnia, że zwyczaj jest najlepszym interpretatorem prawa. Jeśli więc patrzymy na prawo liturgiczne w duchu tradycji kanonicznej, czyli chcemy interpretować je w autentyczny sposób (...), musimy je rozumieć stosownie do tradycji, która ustanowiła zwyczaje kościelne i liturgiczne. Tak wielkie jest znaczenie zwyczaju w wyjaśnianiu i interpretacji prawa. Św. Jan Chryzostom zawarł to w jednym wersie: „Czy jest to tradycją? Więcej pytań nie trzeba”.

W pismach średniowiecznych Doktorów Kościoła kwestia ta nie jest zbyt często poruszana, jednak jednomyślne ich nauczanie (wyrażone dobrze przez św. Piotra Damianiego i innych) głosi, że nie wolno naruszać wytyczonych granic. Nie wolno zmieniać tego, co zostało przekazane – i to do tego stopnia, że nawet gdyby papież wprowadził zmianę w powszechnych zwyczajach Kościoła, nie powinno się okazywać mu posłuszeństwa. Wedle traktatu teologicznego autorstwa wielkiego Innocentego III, gdyby papież wprowadził zmiany w powszechnych zwyczajach Kościoła, nie powinno się okazywać mu w tym posłuszeństwa.

Obecnie jednak wielu biskupów nalega, by kapłani i wierni z pokorą i posłuszeństwem przyjęli ów nowy ryt, ponieważ – jak twierdzą – zostało to nakazane przez Rzym. Jeśli upieramy się przy pozostaniu przy starym rycie, zarzuca się nam, że nie jesteśmy lojalnymi katolikami. Istnieje jednak nauczanie Ojców i Doktorów Kościoła, wedle którego mamy obowiązek trzymania się tradycyjnej liturgii Kościoła. Jak widzieliśmy, również jeden z najwybitniejszych następców św. Piotra wyjaśniał, iż gdyby papież ośmielił się dokonać takich zmian, nie powinno się okazywać mu w tym posłuszeństwa.

Istnieje jeszcze więcej przykładów. Kard. Torquemada mianowany został przez Eugeniusza IV oficjalnym teologiem Soboru Florenckiego, tego samego, który potwierdził zasadę, że liturgią rządzi prawo zwyczajowe. Kardynał wyjaśnia – cytując rozprawę Innocentego III, o której wspomniałem wcześniej – że gdyby papież usiłował zmienić zwyczaje Kościoła, zwłaszcza obrzędy i ceremonie liturgiczne, mógłby popełnić akt schizmatycki.

Sto lat później wielki Suarez, nazywany przez papieża Pawła V najpobożniejszym i najznakomitszym Doktorem Kościoła, wyjaśniał, że „gdyby papież usiłował zmienić liturgię, mógłby popaść w schizmę”. Jest to więc nauczanie dwóch największych teologów swych czasów, potwierdzone przez panujących wówczas papieży. Uznaje się powszechnie, że nauczanie to było autentycznym wyrazem poglądów następców św. Piotra.

Prowadzi nas to dnia 19 listopada 1969 roku. Paweł VI podczas środowej audiencji ogłosił, że nastąpi zmiana w liturgii Kościoła Zachodniego. Msza ma być odprawiana w sposób odmienny od tego, w jaki sprawowana była wcześniej. Zwrócił też uwagę na fakt, że może to budzić zdziwienie, ponieważ „Mszę św. uważa się za wyraz tradycji i nietykalności naszego kultu religijnego oraz autentyczności naszej wiary”.

Paweł VI nie zatrzymuje się jednak dłużej nad tą kwestią. Dlaczego – powinien był zapytać – Mszę uważa się za wyraz tradycji i nietykalności naszego kultu religijnego oraz autentyczności naszej wiary? Odpowiedź brzmi – ponieważ nieomylne nauczanie Kościoła mówi, że mamy obowiązek przyjąć i trzymać się tradycyjnej liturgii naszego własnego obrządku.

Zdarzyło mi się niegdyś rozmawiać o owej kwestii z pewnym kapłanem. Zanim nawet zdążyłem wysunąć ten argument, powiedział on: „To nie może być kwestią wiary, ponieważ Msza trydencka, ryt rzymski, nie istniał jeszcze w momencie śmierci ostatniego Apostoła. W jaki więc sposób można w przypadku Mszy trydenckiej mówić o prawie Bożym?”. Powiedziałem wówczas: „Odpowiem na księdza pytanie. Prawo Boże wyrażone jest w nieomylnych symbolach wiary. Trydenckie wyznanie wiary zobowiązuje wszystkich katolików do przylgnięcia do tradycyjnej liturgii, do «zwyczajem uświęconych i zatwierdzonych obrzędów». Dlaczego są one nazywane uświęconymi zwyczajem i zatwierdzonymi? Ponieważ są zatwierdzone o tyle, o ile zostały one uświęcone przez tradycję (...). Są one częścią dziedzictwa, które otrzymaliśmy na przestrzeni wieków od tradycji apostolskiej, od Ojców Kościoła. Otrzymaliśmy naszą świętą liturgię za pośrednictwem tradycji. Liturgia, która nie zostałaby w taki sposób przekazana, nie byłaby liturgią autentyczną, ponieważ jest prawem Bożym – jak to zostało zdefiniowane przez Kościół i wyjaśnione przez św. Pawła – że ma być ona przekazywana właśnie poprzez przekaz tradycji”.

Papież Paweł VI, nie rozumiejąc, że jest to kwestia Boskiej i katolickiej wiary uroczyście wyrażonej w wyznaniu trydenckim, ogłosił, że liturgia ta ma zostać zmieniona. Zapowiedział, że mają w niej nastąpić wielkie zmiany. Z jakiego jednak powodu, skoro sam przyznawał, że Msza uważana była za wyraz tradycji i nietykalności naszego kultu religijnego oraz autentyczności naszej wiary?

Gdy zastanawiamy się nad utratą wiary, o której wspominała Matka Boża w trzeciej tajemnicy fatimskiej, możemy zauważyć, że słowa te już się spełniły. Od czasów rewolucji protestanckiej tak wielki nacisk kładziono na jasność doktrynalną w odrzuceniu fałszywej nauki protestantów, że nauczanie Kościoła dotyczące liturgii zostało zaniedbane. A gdy zostało zaniedbane, powoli zostało również zapomniane. Gdy więc pojawiły się zmiany, były one wdrażane przez hierarchów, którzy zlekceważyli to nauczanie Kościoła. Dlatego właśnie trzecia tajemnica dotyczy zaniedbań pasterzy, należących do wyższej hierarchii kościelnej.

„Promulgowanie” nowej Mszy?

Zanim przejdę do omówienia konstytucji Sacrosanctum Concilium, pragnę zwrócić uwagę, że jeśli przeczytamy bardzo dokładnie dekret Pawła VI Missale Romanum, zauważymy, że nigdy nie zadekretował on, nigdy nie promulgował prawa, wedle którego nowy ryt Mszy zastąpić ma stary. Tak naprawdę, nigdy nie promulgował on nowej Mszy we właściwy sposób.

Podczas jednej z moich rozmów ze śp. bpem Salwatorem Lazo zauważyłem: „Ekscelencjo, musi być ekscelencja bardzo uważny czytając te dokumenty, ponieważ są one bardzo podchwytliwe. Wydają się sugerować pewne rzeczy, nie wyrażając tego wprost. Stwarzają pozory nakazywania czegoś, jeśli jednak przyjrzymy się temu tekstowi dokładnie, widać, że absolutnie nic nie jest nakazywane”. Bp Lazo odpowiedział: „Ale Rzym, Watykan, przełożeni Kurii Rzymskiej, dykasterii, są naszymi ojcami duchowymi. Nasze relacje z nimi opierają się na synowskim oddaniu (...). Nie spodziewaliśmy się więc, że musimy czytać ich dokumenty tak wnikliwie”. Po czym rozgniewał się bardzo i powiedział: „Wykorzystali nasze synowskie oddanie i oszukali nas”.

Pod koniec obrad Vaticanum II kilku biskupów poprosiło sekretarza soboru kard. Peryklesa Feliciego o określenie tzw. rangi teologicznej II Soboru Watykańskiego. Odpowiedź kard. Feliciego brzmiała:
Musimy rozróżnić w schematach i poszczególnych ich rozdziałach to, co było już przedmiotem doktrynalnych definicji w przeszłości, natomiast co do deklaracji, które mają charakter nowości, można mieć zastrzeżenia.
W posoborowym tzw. mszale rzymskim, nie zawierającym jednak rytu rzymskiego, ale ryt Pawła VI, przeczytać można (...) uroczyście brzmiące słowa tego papieża: „To, co zarządziliśmy, wejdzie w życie dnia 30 listopada przyszłego roku”. Ludzie odczytują ten ustęp tak samo, jak czynili to ponad trzydzieści lat temu: „To, co zarządziliśmy, będzie miało moc prawną od następnego listopada. Oznacza to, że mszał ten ma stać się prawem Kościoła. To tego mszału mamy używać od listopada przyszłego roku”. Takie właśnie miało to stwarzać wrażenie. Jednak twórcy [nowego rytu] nie chcieli wziąć na siebie odpowiedzialności za jego uprawomocnienie.

Czytacie raz jeszcze cały dokument. Czytacie kolejny raz. Co właściwie zostało zadekretowane? Cóż takiego ma stać się prawem w listopadzie przyszłego roku wedle owego uroczystego rozporządzenia papieskiego? Konstytucja apostolska Missale Romanum Pawła VI zawiera dokładnie dwa rozporządzenia. Dekretuje, że w mszale mają być wydrukowane trzy nowe modlitwy eucharystyczne. Określa też, jakie ma być brzmienie słów konsekracji, które mają znaleźć się we wszystkich czterech modlitwach eucharystycznych. Jest to jedyna rzecz, jaką papież nakazuje w całym dokumencie (...). Przeczytajcie ten tekst uważnie. Zobaczycie, że nic innego nie zostało w nim zadekretowane. Nowy ryt Mszy nie został w tym dekrecie promulgowany.

Przyjrzyjmy się teraz bulli św. Piusa V Quo primum tempore – tak właśnie wygląda promulgacja. Czytamy, że od tego momentu, aż po wieczne czasy, mszał ten ma być używany przez wszystkich kapłanów we wszystkich kościołach obrządku rzymskiego, we wszystkich domach zakonnych; za wyjątkiem tych rytów, które mają ponad 200 lat, wszystkie inne mają być od tego czasu całkowicie zarzucone. To właśnie nazywamy aktem prawnym. Missale Romanum Pawła VI prezentuje jedynie mszał i wydaje rozporządzenia co do kilku nowych modlitw, które mają być w nim wydrukowane; dokument ten nie posiada w ogóle natury dyscyplinarnej. Nikt nie został zobligowany, ani nawet uprawniony do używania nowego mszału. Paweł VI absolutnie nie autoryzował jego stosowania.

Kto ma obowiązek używania tego nowego mszału? W konstytucji nie ma o tym ani słowa. Komu wolno go używać? Gdzie może być używany? Znów żadnych szczegółów. Mamy tu do czynienia z bardzo osobliwym tworem. W tytule tego dokumentu mówi się o „promulgacji”. Czytamy jednak jego treść i nie widzimy, aby cokolwiek zostało promulgowane. Wyobraźmy sobie, że w uroczystej definicji dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny brakowałoby kluczowego ustępu, w którym Pius XII mówi:
ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej.
Jaka byłaby wartość, ranga doktrynalna, takiego dokumentu? Byłby całkowicie bezwartościowy. Gdyby brakowało mu tego zdania, nie byłby on definicją dogmatyczną. Nieważne, jak brzmiałby jego tytuł, nieważne, ilekolwiek zawierałby zapisanych podniosłym stylem stwierdzeń – gdyby nie pojawiło się w nim to zdanie, będące właściwą definicją doktrynalną, dokument byłby pozbawiony znaczenia. Nie miałby żadnej wartości jako definicja dogmatyczna. Byłby bezwartościowy.

Do samej natury prawa należy, że musi mieć ono charakter nakazowy. Innymi słowy, dekret musi nakazywać, musi narzucać pewien obowiązek tym, którzy są podmiotem prawa. Musi być jasno określone, kto jest tym podmiotem. Musi być dokładnie wyjaśnione, co jest nakazane. Jeśli w akcie prawnym nie można odnaleźć tych rzeczy, wówczas po prostu nie jest on prawem, ponieważ brak mu tego, co stanowi samą istotę prawa. Prawo, które czegoś nie nakazuje albo nie zakazuje, jest jak definicja, która niczego nie definiuje. Lex dubia lex nulla. Wątpliwe prawo nie jest prawem. Lex dubia non obligat, wątpliwe prawo nie ma mocy wiążącej, ponieważ akt prawny musi w sposób jasny podawać zasadę – narzucać prawny obowiązek tym, którzy są wymienieni jako podmiot prawa.

Missale Romanum wyraźnie tego brakuje. Dokument ten nie ustanawia prawa dotyczącego dyscypliny Kościoła. Nie nakazuje ani upoważnia nikogo do używania mszału Pawła VI. Dlatego właśnie istnieje druga promulgacja. Konstytucja Missale Romanum nazywa sama siebie promulgacją. Gdy jednak dochodzimy do końca tego dokumentu, znajdujemy tam... promulgację Kongregacji Kultu Bożego, podpisaną przez kard. Guta, promulgującą nowy mszał po tym, jak został on rzekomo promulgowany przez Pawła VI w konstytucji Missale Romanum. To naprawdę bardzo dziwne.

Kardynał prefekt kongregacji rzymskiej nie może, nawet przy autoryzacji papieża, uchylać ani unieważniać uroczystych dekretów papieskich, wyrażonych w konstytucjach apostolskich. Jest to wyraźnie określone nawet w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 roku i stanowi wyraz starożytnej zasady prawnej, która była od wieków w Kościele tradycją kanoniczną: inferior non potest tollere legem superioris.

Jednak promulgacja kard. Guta nawet nie próbuje unieważnić mszału św. Piusa V. Zezwala jedynie na używanie nowego mszału, dodając, że do biskupów należy władza określania, kiedy może on być stosowany. Brzmi to tak, jak gdyby promulgacja nowego mszału nigdy nie miała miejsca. Jest to jedynie zezwolenie. Ma być ono udzielane przez biskupów. Fałszem jest jednak twierdzenie, że mszał Pawła VI promulgowany został dla katolików obrządku łacińskiego Kościoła powszechnego. Nie został. Stworzono jedynie takie wrażenie. W konstytucji Missale Romanum nie sposób odnaleźć kluczowych sformułowań, które konstytuowałyby prawo, będące prawdziwą promulgacją odnośnie do powszechnej dyscypliny Kościoła.

Bezzasadny jest więc zarzut wysuwany przez księży uformowanych przez Opus Dei: „Ojcze, w jaki sposób mogą być w tym rycie defekty? Jak w nowej Mszy może być cokolwiek złego, skoro została ona promulgowana dla [całego] Kościoła powszechnego?”. Jest to błąd dotyczący faktu. Otóż nie została ona nigdy promulgowana dla Kościoła powszechnego. Jest jedynie dozwolona w drodze wyjątku.

Czy nowa Msza jest niedoskonała? Z pewnością. II Sobór Watykański określił, w jaki sposób powinna zostać przeprowadzona reforma liturgii. Przytaczam dokładne słowa Sacrosanctum Concilium:
[Sobór] pragnie też, aby w miarę potrzeby zostały one [obrzędy] roztropnie i gruntownie zmienione w duchu zdrowej tradycji.
Podstawową zasadą tradycji w odniesieniu do rozwoju liturgicznego jest stopniowy, organiczny wzrost, na podobieństwo dziecka, które dorasta, aż osiągnie wiek dojrzały. Jeśli odetniemy komuś głowę i transplantujemy w to miejsce głowę innej osoby, nie będzie to naturalny, organiczny rozwój. A jednak na czcigodnej tradycyjnej liturgii Kościoła rzymskiego dokonano masowych amputacji. (...)

Ekumeniczna liturgia

Do wspomnianego gangu wandali liturgicznych należał również ks. Karol Braga. Wedle rozporządzenia soboru, liturgia powinna być odnowiona wedle pierwotnej tradycji Ojców Kościoła. Jednak reformatorzy, którzy stworzyli nowy ryt Mszy, wprowadzali zmiany – by użyć słów ks. Bragi – „w perspektywie ekumenicznej”, będącej „nowym fundamentem teologii Eucharystii”. Nie ma już teologii Soboru Trydenckiego, doktryny św. Tomasza z Akwinu. Mamy dziś nowy fundament teologii Eucharystii.

W miarę jak przyglądamy się poszczególnym zmianom w liturgii, widzimy, że odpowiadają one dokładnie zmianom wprowadzonym w XVI wieku przez protestantów. Czyż nie wydaje się to czymś więcej niż tylko zwykłym zbiegiem okoliczności? Wszystko, co raziło protestantów, wszystko, co było najdroższe tradycyjnej katolickiej doktrynie eucharystycznej, zostało albo złagodzone, albo całkowicie usunięte z liturgii, i to do tego stopnia, że jeden z protestanckich obserwatorów na Vaticanum II, który pomagał i doradzał w kwestii nowego rytu, powiedział, iż „protestanci z całym spokojem mogą używać tego nowego obrzędu Mszy”. „Nowe fundamenty” teologii Eucharystii są wyraźnie protestanckie.

Prawdziwe zasady odnowy liturgii wedle pierwotnej tradycji Ojców Kościoła, wyjaśnił Leon XIII w encyklice Orientalum dignitas, pisząc, że Kościół zarządza i pozwala na pewne zmiany w formie zewnętrznej głównie wtedy, kiedy są one w zgodzie ze starożytną tradycją, czyli kiedy zmiany te są ze swej natury odnową. Dokładnie to uczynił św. Pius V. Odnowił on liturgię wedle zasad Ojców Kościoła. Było to wyraźną wolą Soboru Trydenckiego (...). Sacrosanctum Concilium używa niemal identycznego sformułowania – „wedle pierwotnych tradycji Ojców Kościoła”.

Pokazuje to wyraźnie, że bezprawne jest wprowadzanie do liturgii radykalnych zmian, wyrażających w jakiś sposób protestancką naukę o sakramentach, a w szczególności o Najświętszej Eucharystii .

Konieczność zachowywania istoty obrzędów liturgicznych jest kwestią wiary. Jak wskazałem, katolicy zobowiązani są przez trydenckie wyznanie wiary do „przyjmowania także przyjętych i potwierdzonych przez katolicki Kościół obrzędów używanych podczas uroczystego sprawowania wszystkich (...) sakramentów”.

Niekiedy osoby broniące nowej liturgii odwołują się do pewnych teologów jak np. Tanquereya, którzy twierdzili, że papież – jako jedyny – ma prawo zmieniać obrzędy liturgiczne. Należałoby im zadać pytanie: czy papieże mogliby mylić się w swym uroczystym wyznaniu wiary składanym przez 600 lat? Bowiem pierwszym publicznym aktem, jakiego dokonywali papieże od czasów św. Agatona, było uroczyste wyznanie wiary i przysięga składana przed koronacją papieską, w której uroczyście przysięgali i wyznawali, że nie będą mieli władzy i nie zmienią dyscypliny oraz liturgii Kościoła. Wzywali gniewu Bożego na siebie, w przypadku, gdyby ośmielili zmianę taką wprowadzić lub na nią zezwolić.

Czy oznacza to jednak, że absolutnie nic nie może być nigdy w liturgii zmienione? Jak wskazałem, wedle nauczania Leona XIII, mogą być dokonywane pewne zmiany, będące ze swej natury odnową. Dozwolone są drugorzędne dodatki. I oczywiście – jak tego nauczał Pius XI – zadanie odnowy liturgii należy do papieża, podobnie jak troska o jej zachowywanie. Obowiązkiem papieża jest chronić liturgię i bronić ją przed wypaczaniem.

Przez 600 lat, od czasów św. Agatona do Bonifacego VIII, kolejni biskupi Rzymu składali tę uroczystą przysięgę. Wyjaśniali niekiedy, że papież ma władzę zmienić przepisy dyscyplinarne Kościoła, zmienić je stosownie do obecnych jego potrzeb. Jednak dokonywanie niewielkich modyfikacji obrzędu to jedno – czymś zupełnie innym jest natomiast wprowadzanie do niego drastycznych zmian, znoszenie go całkowicie i zastępowanie nowym. Wszyscy papieże przez 600 lat uroczyście wyznawali, że nie posiadają do tego prawa.

Papież Bonifacy VIII nie złożył przysięgi koronacyjnej z powodu uwarunkowań politycznych. Istniały wówczas napięcia pomiędzy nim a królem Filipem Pięknym, co ostatecznie doprowadziło do konfliktu zbrojnego, uwięzienia Bonifacego i jego śmierci. Bonifacy VIII nie chciał stworzyć wrażenia, że ubiega się o zgodę czy aprobatę władzy świeckiej, nie podpisał więc przysięgi koronacyjnej i nie wysłał jej do monarchów w tym czasie panujących. Osądził, że byłoby to nieroztropne. Tak więc przysięga przestała być składana nie dlatego, że nie zgadzał się on z jej treścią, ale z powodu sytuacji politycznej, wymuszającej takie właśnie postępowanie.

Niemniej jednak nauka ta jest elementem doktryny Kościoła, a sama przysięga koronacyjna jest świadectwem tradycji, wedle której papieże nie mają władzy znoszenia uświęconych zwyczajem i zaaprobowanych obrzędów oraz zastępowania ich czymś innym. Jest to określone uroczyście przez Kościół, a więc jest prawem Bożym. Należy trzymać się uświęconych tradycją obrzędów. Jest to wyznanie wiary. Dlatego właśnie w kanonie 13 sesji 7 Soboru Trydenckiego czytamy:
Gdyby ktoś powiedział, że przyjęte i zaaprobowane obrzędy Kościoła, tradycyjnie używane przy uroczystym szafowaniu sakramentów, mogą być zmienione przez jakiegokolwiek pasterza Kościoła na inne, nowe obrzędy, niech będzie wyklęty.
W sposób jednoznaczny z anatemy tej wynika, iż herezją jest twierdzenie, że jakikolwiek pasterz Kościoła katolickiego ma władzę rewidować świętą liturgię, tradycyjne ryty, zmieniając przyjęte powszechnie obrzędy na nowe.

Kiedy Synod w Pistoi w 1786 r. zaproponował uproszczenie liturgii, używanie podczas niej języków narodowych i głośną recytację Kanonu, papież Pius VI potępił te propozycje. Owe proponowane przez Synod w Pistoi reformy są dokładnie tymi samymi, jakie zaproponował II Sobór Watykański.

W tym miejscu ci wszyscy, którzy kierują się fałszywą lojalnością względem soboru, zaczynają podejrzewać tradycyjnych katolików o to, że nie są w pełni ortodoksyjni: „Jak śmiecie kwestionować II Sobór Watykański? Sam papież wraz z biskupami ogłosił te rozporządzenia. Jak możecie się im sprzeciwiać? Okażecie w ten sposób nieposłuszeństwo wobec władzy Kościoła”. Odpowiedź jest całkiem prosta. Wystarczy przypomnieć słowa kard. Ratzingera o tych, którzy uczynili z II Soboru Watykańskiego „superdogmat”.

Oficjalne stanowisko Vaticanum II wyraził jasno abp Felici, będący wówczas sekretarzem soboru. Na mocy swego urzędu, jako sekretarz generalny, powiedział ojcom soborowym, proszącym o podanie rangi teologicznej soboru, coś, o czym nigdy nie powinno się zapominać:
Musimy rozróżnić w schematach i poszczególnych ich rozdziałach to, co było już przedmiotem doktrynalnych definicji w przeszłości, natomiast co do deklaracji, które mają charakter nowości, można mieć zastrzeżenia.
Bardzo jednoznacznie, bardzo wyraźnie, stanowisko Vaticanum II odnośnie do swego własnego nauczania brzmi, że te propozycje i nauki, które mają charakter nowości, nie mogą być wiernym narzucane do wierzenia. Sam sobór pozostawia wiernym prawo do posiadania zastrzeżeń, tzn. nie muszą oni zgadzać się ze wszystkim, czego nauczał, a jedynie z tym, co zostało uprzednio zdefiniowane. Tego właśnie nauczania musimy się trzymać.

Mamy więc prawo kwestionować pewne zmiany liturgiczne, do których wzywano podczas II Soboru Watykańskiego. Ci, którzy zachowali jeszcze katolickie rozumienie liturgii Kościoła, pojmują dobrze, że nie może ona zawierać żadnych dwuznaczności. Nie może sugerować herezji. A jeśli przyjrzymy się artykułowi 7 Wprowadzenia ogólnego do mszału rzymskiego, widzimy wyraźnie, czym jest Msza św. dla twórców nowego rytu.

W tym miejscu liberałowie powiedzą: „Ale ta definicja została wycofana. Jest już nieaktualna”. Przypomina to jednak zamykanie wrót stajni, kiedy konie już uciekły, ponieważ reforma liturgii przeprowadzona została właśnie stosownie do tej heretyckiej, protestanckiej definicji Mszy. I jeśli przyjrzycie się dokładnie różnym elementom nowego rytu Mszy, sugeruje on jej heretycką, protestancką interpretację. Nie będę w tym miejscu wykazywał tego punkt po punkcie, ponieważ istnieje na ten temat masa literatury dostępnej dla wszystkich zainteresowanych.

Zwróćmy jednak uwagę, że nowa liturgia nie spełnia dwóch koniecznych wymogów. Po pierwsze, nie jest ona uświęconym tradycją rytem, do którego przylgnięcia wymaga od nas Kościół katolicki. Kanon 846 nakazuje przylgnięcie do tych obrzędów, które są naszymi własnymi, tradycyjnymi rytami. Naszymi rytami jako rzymskich katolików są obrządki rzymskie, a nie nowo powstałe mieszanki, które jacyś biurokraci w Rzymie stworzyli i usiłują nam narzucić. Ryt rzymski należy do nas, tak jak ryt bizantyjski przynależy do grekokatolików. Nie można tego zmienić, ponieważ wyznanie wiary wymaga od nas, byśmy trzymali się naszych własnych, tradycyjnych rytów.

Po drugie, dwuznaczności oraz protestancka wymowa nowego rytu są dobrze udokumentowane (zwrócili na nie nawet uwagę kardynałowie Ottaviani i Bacci za pontyfikatu Pawła VI). Wszystko to pokazuje, że nowy ryt nie jest tym, czym wedle Piusa XII musi być liturgia: jasno sprecyzowanym wyznaniem wiary katolickiej. To właśnie zawarte w nowym rycie Mszy dwuznaczności, niejasności i wyrażenia sugerujące heretycką interpretację doprowadziły do sytuacji, którą s. Łucja określiła w kontekście trzeciej tajemnicy fatimskiej jako „diaboliczna dezorientacja w Kościele”.

Pius XI nauczał, że Msza jest najważniejszym wyrazem zwyczajnego Magisterium Kościoła. Kiedy liturgia stanie się na powrót jednoznacznym wyznaniem wiary katolickiej, wierni wyzwoleni zostaną z mroków dezorientacji, będącej rezultatem zaniedbania przez pasterzy oraz wyższą hierarchię obowiązku precyzyjnego i jednoznacznego wyznawania wiary, przez co doprowadziła do stanu, który opisuje trzecia tajemnica fatimska – do apostazji i utraty wiary na całych kontynentach. 

Tłumaczył z jęz. angielskiego Tomasz Maszczyk.

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI

Tradiclaromontana 2014. IX Ogólnopolska Pielgrzymka Wiernych Tradycji Łacińskiej na Jasną Górę


Marcin Dybowski: Neokatechumenat na rozdrożu



"W czasie pierwszego skrutinium chrzcielnego za dwa lata, powie się wam, że macie sprzedać dobra. I powinniście je sprzedać wszystkie, bo jeśli ich nie sprzedacie, to nie będziecie mogli wejść do Królestwa, nie będziecie mogli wejść w katechumenat. Teraz nie macie na to sił, ale później będziecie je mieć, bo udzieli wam się Ducha Świętego, byście to mogli uczynić."

Jedna z wypowiedzi Kiko, założyciela neokatechumenatu, "Konwiwencja", Warszawa 1983, str. 87, druk wewnętrzny, dostępny tylko dla katechistów

Ruch Neokatechumenalny, (tzw Droga) a zwłaszcza proponowana przez jego twórcę, Kiko Argüello, nowa, protestancka wizja Kościoła, spotyka się z coraz większą krytyką - zarówno wśród wiernych, jak i duchownych. Trzeba wiedzieć, że w ostatnich latach wielu biskupów, arcybiskupów i kardynałów, szczególnie z Włoch, wypowiedziało się oficjalnie i ogłosiło szereg dokumentów pastoralnych krytycznych pod adresem neokatechumenatu.

W naszym kraju podobnie wypowiedział się posiadający duży autorytet ks. bp Zbigniew Kraszewski, bliski współpracownik Prymasa Tysiąclecia, w tamtych czasach dbałości o czystość wiary, wykładowca dogmatyki warszawskiego seminarium. W przedmowie do polskiego wydania książki włoskiego teologa ks. Henryka Zoffoliego "Czy droga neokatechumenaltu jest prawowierna..." Biskup określił neokatechumenat jako odnowiony luteranizm. Niestety na zarzuty, jakie wymienione są w książce pod adresem doktryny Kiko, wierni w Polsce nie doczekali się żadnych wyjasnień ani zaprzeczeń ze strony kogokolwiek z neokatechumenatu. Jedynie padły fałszywe pomówienia pod adresem ks. bpa Kraszewskiego i wydawcy. Dodajmy, że kanoniczne badanie tego ruchu przeprowadzone w diecezji Clifton zakończyło się definitywnym rozwiązaniem i wyproszeniem neokatechumenatu z diecezji. Na stronie www.antyk.org.pl można się o tych zastrzeżeniach szczegółowo dowiedzieć, łącznie z tekstami katechez dostępnymi tylko katechistom "drogi" z zaznaczonymi fragmenatami niezgodnymi z nauczaniem Kościoła Katolickiego.

Przypadek, który opisujemy poniżej, wydaje się potwierdzać, że kilkunastoletnia formacja neokatechumenalna, jest raczej indoktrynacją, niż rzeczywistą pracą nad rozwojem duchowości katolickiej. Co więcej, trening prowadzony przez super-przewodników (tzw. katechistów), bardziej służy przywiązaniu członków ruchu do konkretnej grupy ludzi, czyli tzw. wspólnoty, niż kształtowaniu chrześcijańskiego sumienia.

***

Pan Michał, obecnie siedemdziesięcioletni mężczyzna, wstąpił na neokatechumenalną drogę w 1979 roku. Jak mówi, szukał miejsca, w którym mógłby rozwijać swoją wiarę, i, czego nie ukrywa, łatwiej sobie poradzić z poplątaną sytuacją życiową. Po wysłuchaniu katechez, głoszonych na ogólnodostępnych rekolekcyjnych spotkaniach, przyszedł na wstępne zebranie. Wspólnota ujęła go ciepłem i serdecznością.

- Pociągała mnie pewna ich tajemniczość... Teraz widzę, że nie jest żadna "tajemniczość", lecz programowa izolacja. Podsyca się tam atmosferę zamknięcia, odrębności od wspólnoty parafialnej, istnienia jakiegoś nieokreślonego zagrożenia. "Niedzielni dreptacze do kościoła" przedstawiani są jako chrześcijanie gorszego gatunku, tylko z przyzwyczajenia przychodzący na niedzielną Mszę świętą. To jest, według mnie, główna przyczyna niezdrowej atmosfery panującej wewnątrz wspólnot neokatechumenalnych... - mówi pan Michał, nie zdając sobie chyba sprawy, że w ten sposób charakteryzowane są przez znawców tematu współczesne sekty. Co jednak tak silnie zraziło go do ruchu neokatechumemalnego? Odpowiedź wydaje się zaskakująca: pieniądze. Pieniądze i niefrasobliwy stosunek do własności. Oczywiście, do własności cudzej.

- W pewnym etapie drogi neokatechumenalnej przychodzi czas wyrzekania się dóbr materialnych - mówi pan Michał. - Następuje to po tzw. pierwszym scrutinium, czyli wyjazdowym, zamkniętym etapie, na którym nastepuje "rewizja" życia poszczególnych członków wspólnoty. W 1984 roku atmosfera na scrutinium była wyjątkowo gorąca. Zresztą, zawsze przy tych okazjach wszystkich ogarniała euforia. Ludzie oddaliby naprawdę wszystko: swoje i nie swoje. Wtedy właśnie postanowiłem pomóc Matyldzie, samotnej kobiecie z mojej wspólnoty. Otrzymała ona przydział na mieszkanie, ale nie była w stanie go wykupić. Postanowiłem pożyczyć jej 550 tysięcy ówczesnych złotych, co stanowiło 75% ceny dwupokojowego spółdzielczego mieszkania w Warszawie. Pożyczka, mimo inflacji, była nieoprocentowana i miała być spłacana w ratach ustalonych przez Matyldę.

Wyrzekaniu się dóbr towarzyszy chyba specyficzny nastrój, skoro znany jest przypadek, gdy matka pod wpływem impulsu oddała wspólnocie miesięczne alimenty, które, na nieszczęście swojego dziecka, akurat miała przy sobie. Działanie na uczuciach jest wadą niektórych ruchów, także tych bez wątpienia katolickich. Tymczasem wyrzekanie się dóbr, ofiara, dar - nie może się wiązać tylko z emocjami. Pozbycie się czegoś powinno wywoływać uczucie przykrości, że oto nam czegoś ubywa; bo taka jest istota ofiary. Oddawanie swej własności w nastroju euforii rodzi podejrzenie, że wobec ofiarodawców zastosowano jakąś metodę ze zbioru psychotechnik. Nie posądzamy katechistów o świadome, a więc zabarwione złą wolą, stosowanie ich. Twierdzimy, że stosują oni te techniki... nieświadomie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że cała Kikowa metodologia - pozyskiwania i utrzymywania członków Neokatechumenatu oraz uzyskiwania środków materialnych - jest przemyślana i prze-eksperymentowana.

I tak pan Michał, uległszy - jak mówi - tej euforycznej atmosferze - zdecydował się pożyczyć ogromną sumę pieniędzy bez żadnego pokwitowania. Co więcej, przekazanie pieniędzy odbyło się bez świadków. Ale czyż po pięciu latach podążania wspólną, neokatechumenalną "Drogą" mógł żądać jakiegoś kwitu od "siostry" z tej samej wspólnoty? Żyrantów?

- Powiedziałem Matyldzie - podkreśla pan Michał - że pieniądze, które jej daję, są pożyczką. Dodałem, że traktuję to jako formę lokaty. Przekazanie pieniędzy odbyło się w moim domu bez świadków i dokumentów. Nie ustaliliśmy też terminów spłaty i wysokości rat. Matylda po pewnym czasie zwróciła mi 60 tysięcy złotych. Jasne więc, że od początku rozumiała, iż nie jest to darowizna, lecz właśnie pożyczka - pomoc w uzyskaniu mieszkania. Dzisiaj mnie oskarża: 'Ty zaplanowałeś mi życie. Byłam od ciebie uzależniona. Zachowywałeś się, jakby pieniądze nic dla ciebie nie znaczyły.'

Michał, nie widząc możliwości dojścia do porozumienia ze swą dłużniczką, poprosił o pośrednictwo zwierzchnika, którym w neokatechumenacie jest osoba świecka tzw. katechista. Chciał się spotkać w jego obecności z Matyldą, by przedstawić jedno z możliwych rozwiązań. Matylda mieszka sama w dwupokojowym (kupionym min. za pieniądze Michała) mieszkaniu, więc Michał wpadł na pomysł, że - skoro jest już ona na emeryturze i nie ma możliwości spłacania długu - mogłaby je zamienić na kawalerkę, a resztę pieniędzy - zwrócić. Przedstawia na piśmie gwarancję, że - za zwrot jego mieszkania - da taką sumę, aby Matylda uzyskała prawo do mieszkania lokatorskiego. Matylda, chociaż nie "obciążona" rodziną, jednak odrzuca to rozwiązanie. Wie zapewne, że od czasu udzielenia pożyczki minęło piętnaście lat, sprawa jest przedawniona prawnie. Niewątpliwie bardzo przywiązała się do tego mieszkania, "lęka się" przyszłości. Być może uważa, że mieszkanie to należy się jej przez zasiedzenie, że Michał - nie przypominający jej o długu przez całe piętnaście lat - zrezygnował z tych pieniędzy. Można to wszystko rozumieć, tylko dlaczego na wszelkie propozycje porozumienia i mediacji, także katechisty, odpowiada: 'Nie!'?

Tu trzeba wyjaśnić, że katechiści pełnią w ruchu neokatechumenalnym szczególną rolę jakby "ojców duchownych" kierowanych bezpośrednio przez Ducha Świętego, automatycznie wchodzą w posiadanie daru rozeznawania duchów. Oni decydują kto już osiągnął dostateczny poziom rozwoju, aby 'postępować na drodze', a kto jeszcze musi 'powtórzyć' jakiś etap. Towarzyszą temu pełne rozdarcia sceny, godne brazylijskiego serialu, gdy taki "niedojrzały" - według nieomylnego wyroku katechisty - musi na dłużej lub krócej opuścić swą grupę, by jeszcze raz przejść jakiś odcinek "Drogi" neokatechumenalnej (praktycznie polega o na powtórzeniu materiału Kikowego programu). Nie chcemy tu zanadto ironizować, gdyż w istocie jest to niesłychane nadużycie. Nadużycie, którego przeprogramowani neokatechumeni nie są w stanie w ogóle dostrzec. Cierpliwie cierpią; a gdy ktoś próbuje wskazać na niedopuszczalność postępowania katechistów, są oburzeni. Zamknięci w swoim neokatechumenalnym świecie, zatracają umiejętność obiektywnej samooceny. Jest to notabene jedna z głównych cech zjawiska zwanego sekciarstwem.

Pierwsze nadużycie katechistów polega na tym, że dopuszczają się oceniania czyjejś wiary-niewiary, i to publicznie! Dzieje się tak na różnych etapach drogi. Ale dla przykładu: na samym początku tzw. drogi wymaga się od ludzi przecież już ochrzczonych publicznego aktu zaprzeczenia swej wierze dotychczasowej, bo oto teraz dopiero ta wiara (w neokatechumenacie) jest wiara prawdziwą. A przecież człowiekowi wiara dana jest w pełni już we Chrzcie świętym, do czego zatem ma prowadzić owe jawne nakłanianie do publicznej apostazji, w ruchu który podobno ma pogłębiać świadomość wielkości i niepowtarzalności tego właśnie daru jakim jest udzielony już Chrzest święty?.

Drugie zaś nadużycie "katechistów" to stawianie się ponad kapłanów, którzy są już tylko po to by obsługiwać wspólnotowe nabożeństwa.. Choć oficjalne deklaracje są inne w praktyce jest to "anty kapłańska" fobia Kiko, przedmiotowe traktowanie księży, fobia wszczepiana teraz także Polakom-katolikom.

Izolacjonizm neokatechumenatu przejawia się niedostępnością ceremonii i liturgii dla osób spoza ruchu, których się bezpardonowo wyprasza nawet z Mszy Świętej, sprawowanej koniecznie w soboty i według rytu, który nie jest zatwierdzony ani przez Rzym ani przez Kosćiół loklany (min. brak Credo, Komunia Święta na siedząco i do ręki, w postaci wypiekanego po domach placka, rozrywanego podczas ceremonii rękami). Oprawa nabożeństw jest szczególna, pełna tajemniczych symboli i niemal układów scenograficznych. Rygorystyczne przestrzeganie tych "znaków neokatechumenatu" doprowadza często do przykrych i groteskowych sytuacji jak w przypadku otwarcia Redemptoris Mater w Warszawie kiedy to nawet doszło do swoistego skandalu z udziałem Kiko.

W trakcie kiedy inni zajęci byli przekazywaniem znaku pokoju Kiko zajął się niszczeniem przygotowanego wystroju ołtarza, układając kwiaty nie według zastanego wzoru lecz przekładając je podług owych "znaków w neokatechumenacie". Neokatechumenat izoluje się poprzez wprowadzanie swojej własnej nomenklatury, mającej zaakcentować odrębność od parafialnego Kościoła. Zaawansowany neokatechumen nie używa nazw: Msza święta, nabożeństwo, ksiądz. Zachodzi zjawisko odcinania się od korzeni. Dla neokatechumena obce, niezrozumiałe a nawet drażniące są takie terminy, jak: Święta Tradycja, herezja, prawowierność, odpust, koronka, Droga Krzyżowa, koło różańcowe, itp.

Bezgraniczne zdziwienie neokatechumena wywołuje zarzut, że nie szanują oni i odrzucają Świętą Tradycję, która - przypomnijmy - jest takim samym Źródłem Objawienia jak Pismo Święte. Otóż każdy będący "w Drodze" tłumaczy, iż Neokatechumenat jest właśnie powrotem do Tradycji, bo przywołuje i kultywuje wiarę i liturgię pierwszych wieków. Ale dla neokatechumenatu Tradycja to raczej "midrasze", opowieści rabinackie i to co wiąże się z judaizmem, a więc ten powrót do źródeł jest przez neokatechumenat utożsamiany z powrotem do judaizmu.

Zacytujmy samego Kiko, by uzmysłowić nie tylko ten judaizujący sposób na tłumaczenie tajemnic katolickiej wiary, lecz także dla ukazania jednego z jego błędnych mniemań na temat Mszy Świętej:

"Niedopuszczalny jest absolutnie obrzęd indywidualny. Żydzi nie mogą świętować Paschy, jeśli nie ma jedenastu osób w gronie rodzinnym. /.../
Nie może być Eucharystii bez zgromadzenia/.../ I z tego zgromadzenia wypływa Eucharystia/.../"
"Już powiedziałem, że pierwsza rzecz, jaka się pojawia, to doświadczenie życiowe, a nie pisma na ten temat. Pierwszą rzeczą, jaką znajdujemy w Izraelu, jest odpowiedź na to wyzwolenie dokonane przez Boga, a tą odpowiedzią będzie właśnie Pascha, święto, które nie zostało przez nich wymyślone, tak jak Jezus nie wymyślił Eucharystii."

***

Judaizująco-protestanckie cofanie się neokatechumenatu do przeszłości jest kolosalnym nieporozumieniem. Po pierwsze, Tradycja jest wciąż obecna w Kościele a Kościół sam jest żywą Tradycją. Nie są uprawnione ani też potrzebne takie "powroty"! Po drugie, ów neokatechumenalny powrót następuje wyłącznie według dowolnego mniemania o pierwszych wiekach Kościoła, a więc w duchu protestanckim! To Kiko poprzez własną niewiedzę tworzy nieprawdziwą historię Kościoła, opowiadając na przykład o rzekomych powszechnych zwyczajach celebracji Mszy św. czy o praktykach związanych dawniej ze spowiedzią po to by uzasadnić dziwaczność praktyk liturgicznych w swym ruchu, na które nota bene nie ma zgody Kongregacji d/s Liturgii.

***

Wróćmy jednak do sprawy Michała, do której włącza się katechista Andrzej. Włącza się i nie włącza jednocześnie.

- Andrzej powiedział, że nie zamierza być stroną w tej sprawie, ale zaczął mnie naciskać, abym... darował całą sumę Matyldzie - mówi pan Michał. - Zarzuca mi ponadto, że Matylda była przeze mnie terroryzowana. Wreszcie zaproponował, że z własnej kieszeni ureguluje dług Matyldy. Wtedy zatkało mnie zupełnie. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć; obecnie mieszkanie Matyldy ma wartość w starych złotych półtora miliarda. Z innej zaś strony licząc, owe 550 tysiące z 1984 roku to dzisiejsze, jak mi wyliczyli w Głównym Urzędzie Statystycznym, 28 874 złote, biorąc oczywiście pod uwagę oficjalny stopień rewaloryzacji i bez doliczania bankowych odsetek. Byłem więc zaszokowany, bo przecież mówiłem Andrzejowi o wielkości tych sum.. Zanim ochłonąłem, on mi wyjaśnił, że udał się do banku, gdzie uzyskał informacje, z których wynikało, że ja pożyczyłem Matyldzie równowartość... 4000 dolarów. I że te pieniądze on mi może zwrócić. Na moje przypomnienie, że dług Matyldy ma zupełnie inną rzeczywistą wartość, zawołał: 'Nie bądź lichwiarzem! Lichwa jest karalna!'

Michał, gdy doszedł do siebie, znów zadzwonił do katechisty Andrzeja. Ten zmienił koncepcję i, wbrew nawet Matyldzie, która nie zaprzecza, że otrzymane pieniądze były pożyczką, że pamięta, iż Michał użył słowa "lokata", że spłaciła pierwszą ratę w wysokości sześćdziesięciu tysięcy złotych, wbrew temu wszystkiemu Andrzej zmienia zdanie.

- Tym razem znów mnie zatkało - mówi pan Michał. - Zatkało mnie, bo Andrzej stwierdził: 'Nie jest ci nic winna Matylda, ponieważ darowałeś jej całą sumę.' 'Ja? Kiedy!?' A on na to: 'Na konwiwencji!' Na konwiwencji, czyli wewnętrznych neokatechumenalnych 'sesjach wyjazdowych'.
- 'Człowieku!', zawołałem, 'Przecież tam wybaczaliśmy sobie krzywdy, a nie darowali długi!' Ale nie było dyskusji, bo tylko znów mi poradził:
- 'Daruj jej te pieniądze, to jedyny dla ciebie ratunek. Inaczej trafisz do piekła'. No i co mam teraz zrobić?

Do dnia dzisiejszego pan Michał nie odzyskał swego długu, z punktu widzenia prawa stanowionego, rzecz się przedawniła i ani prokurator ani sądy tym typowym wyłudzeniem pieniędzy się nie zajmą. Nie chcą się tym też zająć duchowni bowiem musieliby narazić się ruchowi neokatechumenalnemu, który jest coraz silniejszy i stanowi "państwo w państwie", lub powoli staje się strukturą równoległą do Kościoła.

***

Wieloletnia obserwacja grup neokatechumenalnych potwierdza uzasadniony niepokój, iż nie sprzyjają one rozwojowi ich członków. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, najintymniejsze rodzinne sprawy roztrząsane są publicznie. Publiczne wyznawanie grzechów nie zna granic, zdarzają się przypadki wyznania zdrady małżeńskiej przy dzieciach i współmałżonku, zdarzają się publiczne przyznania się kapłanów do łamania celibatu i to z podaniem takich okoliczności, na podstawie których z łatwością dojść można kto był tą drugą osobą. Panuje w tych wspólnotach wymuszana szczerość. Gdy przychodzi czas próby, zdarza się, że wieloletnie przebywanie ze sobą w tej atmosferze (spotkania odbywają się dwa razy w tygodniu i trwają wiele godzin) i wspólnych wyjazdów na tzw. konwiwencje wcale nie sprzyjają tworzeniu się normalnych międzyludzkich relacji. Zamknięcie się na osoby z zewnątrz doskonale "zabezpiecza" przed zdrową, życzliwą (i nieżyczliwą, która - paradoksalnie - także bywa potrzebna...) krytyką. Osoby postronne, które chciałyby uczestniczyć w spotkaniach, odbywających się wszak w pomieszczeniach parafialnych, są wypraszane!

Takich praktyk nie znają katolickie, parafialne wspólnoty. Czy ktokolwiek, normalnie się zachowujący, zostałby wyproszony ze spotkania np. Koła Żywego Różańca? Gdy ktoś pojawi się na spotkaniu jakiejś parafialnej grupy, obecni cieszą się, że oto przyszedł ktoś nowy, aby wspólnie modlić się!

Podobnie niezdrowa jest mania "wybebeszania" się ze swoich win, rozterek duchowych czy rodzinnych przeżyć. Od tego jest konfesjonał i rozmowa z duchowym przewodnikiem. Patologia tego zjawiska jest psychologicznie oczywista i przypomina inicjacje tajnych bractw. Tam kandydaci mają podczas obrzędu inicjacyjnego opowiedzieć o swych najbardziej intymnych czynach i wybrykach seksualnych, oraz o tajemnicach małżeńskiej sypialni. W ten sposób powstaje sztuczna, właśnie patologiczna, ale niezwykle silna solidarność, a raczej - uzależnienie.

Pewna wieloletnia neokatechumenka, w obecności swego małżonka, zawołała z błyszczącymi oczami: "Nie mąż, nie rodzina, ale Neokatechumenat jest dla mnie najdroższy!' Na uwagę księdza, że jednak najpierw jest Pan Bóg, potem mąż, a dopiero na trzecim miejscu wspólnota, ona powtórzyła: "Nie, wspólnota, wspólnota!"

Czy jednak przypadek Michała może posłużyć do uogólniającej, negatywnej opinii o ruchu neo-katechumenalnym?...

Otóż, uważamy, że w historii Michała, jak w soczewce mogą ogniskować się błędy i niedostatki ruchu neokatechumenalnego. I dlatego właśnie opisujemy tę bardzo przykrą sprawę.

Kończąc, należy zaznaczyć, że w powyższych relacjach nie zależy nam na demonizowaniu neokatechumenatu. Stopień zainteresowania wiernych neokatechumenatem wskazuje potrzebę formacji będącej pogłębianiem tajemnicy Chrztu Świętego. Z brakiem katechezy w rodzinach związany jest najgłębszy kryzys naszej religijności a nawet wyraziście rysujący się kryzys naszej łacińskiej cywilizacji. Katecheza księdza czy siostry zakonnej w szkole, czy krótkotrwała z okazji Pierwszej Komunii nie zaradzi brakowi fundamentu, którym jest rodzinny przekaz depozytu wiary. Kryzys katechizacji pogłębia brak przykładu ze strony rodziców, zanik ideału Matki Polki i Wiernego Ojca. Czy temu zaradzi specyficzny przekaz neokatechumenalny? Przecież idzie nam o formację, która by zarówno w doktrynie katechetycznej, jak i w szeroko pojętych znakach (znaki liturgiczne, znaki - świadectwa moralne, znaki ewangelizacyjne) budowała i pogłębiała jedność komunii kościelnej.

Poruszone powyżej sprawy - jak wiemy nie odosobnione - wskazują na konieczność uważnego przyjrzenia się i oczyszczenia neokatechumenatu. Bo choć można podziwiać neokatechumenat za jego zdolności pozyskiwania wiernych, trzeba jednak domagać się, aby zechciał zrezygnować z wydumanych przez siebie nieprawowiernych praktyk i teorii a ludziom pozwolił trwać w katolicyzmie i katolickiej moralności.

RZYMSKI KATOLIK nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Przypominamy, że osoba zamieszczająca komentarze zawierające treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwie, naruszające prawa RZYMSKIEGO KATOLIKA lub innych osób albo naruszające zasady współżycia społecznego może ponieść za ich treść odpowiedzialność karną lub cywilną.

Linki zamieszczone w zakładkach "Czasopisma katolickie" i "Z księgarskiej półki" nie są płatnymi reklamami.

NASZA POLITYKA PRYWATNOŚCI TUTAJ