Pages


______________________________________________________________________

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Prof. Angela Pellicciari: Prawdziwe oblicze Marcina Lutra i rewolucji protestanckiej




Angela Pellicciari, Grzegorz Braun: Prawdziwe oblicze Marcina Lutra i rewolucji protestanckiej - Warszawa 4 kwietnia 2017

Gdzie są pracownicy do Winnicy Pańskiej?



Do kogo zwraca się zlękniona załoga statku w sytuacji, gdy nieoczekiwanie rozpętuje się potężny sztorm, zdolny pogrążyć go w morskich odmętach, jeśli nie do swego kapitana? Jego autorytet, spokój i doświadczenie stanowią źródło siły dla wszystkich, którzy widzą go stojącego nieustraszenie przy sterze. Podobnie na polu bitwy osłabli w boju żołnierze spoglądają na swego dowódcę, który zagrzewa ich swymi rozkazami i pobudza własnym przykładem. Gdyby dowódca zginął, odwaga żołnierzy mogłaby się zachwiać, co groziłoby ostateczną porażką. Tym, na którego pokolenia chrześcijan spoglądały na przestrzeni wieków, jest Chrystus obecny w Najświętszym Sakramencie — umacniający wątpiących, pocieszający strapionych, dodający siły słabym, rozpalający na nowo gorliwość letnich, wysłuchujący tych, którzy zwracają się do Niego i napełniający swą łaską tych, którzy o to proszą. Przez ponad dwa tysiące lat jest On prawdziwie obecny pośród nas we wszystkich tabernakulach świata, oddając się nam jako pokarm w Komunii św. Jednak Zbawiciel chciał, by ta obecność zależała od pośrednika — od kapłana. Jedynie on otrzymał na mocy swych święceń władzę przemieniania chleba i wina w prawdziwe Ciało i Krew Jezusa Chrystusa. Tam, gdzie jest kapłan, tam Christianitas zachowuje swą żywotność!

Drodzy przyjaciele, Christianitas potrzebuje kapłanów, gdyż ich brak powoduje, że załamuje się i obumiera. Bez kapłana Boże prawdy nie byłyby już przekazywane, a wiara musiałaby stopniowo zaniknąć. Bez niego Boże życie nie byłoby już w stanie utrzymać się w duszach poprzez łaskę, która je umacnia i uświęca. W konsekwencji niebo stałoby się dla nich zamknięte, utraciłyby wszelką nadzieję. Bez niego tabernakula byłyby puste, albowiem nie byłaby już składana Najświętsza Ofiara, a osierocone dusze czekałaby duchowa śmierć głodowa. Miłość stygłaby stopniowo, owczarnia zaś uległaby podziałom i rozproszeniu. Chrystus Pan chciał, aby kapłani nie tylko kontynuowali na ziemi Jego zbawcze dzieło, ale też naśladowali Jego posłuszeństwo, czystość i ubóstwo, modlili się i ofiarowali za tych, którzy tego nie czynią; by poświęcali całe swe życie głoszeniu Jego chwały, służeniu Mu i pocieszaniu Jego Serca — żyjąc wedle ewangelicznych zasad, które On sam przedstawił w kazaniu na górze.

Pamiętajmy zawsze o pełnych żalu słowach Zbawiciela przekazanych przez Ewangelię: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37). Właśnie dlatego każda katolicka rodzina musi nie tylko modlić się o powołania kapłańskie i zakonne, ale również żyć w taki sposób, aby mogły one rozbudzać się i rozwijać w nich samych. Aby rozkwitnąć, wezwanie Boże potrzebuje właściwej gleby, musi też rozwijać się w środowisku wolnym od wszystkiego, co mogłoby mu zagrozić.
Powołanie nie jest cudownym czy wyjątkowym wezwaniem, ale rozkwitem duszy chrześcijańskiej, która oddaje się swemu Stwórcy i Zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi z bezwarunkową miłością i podziela Jego pragnienie zbawienia dusz (1).
Zaprawdę, pierwszą kołyską powołań kapłańskich i zakonnych jest katolicka rodzina:
Głównym zaś i jakby przyrodzonym wirydarzem, w którym kiełkować i z którego wyrastać mają kwiaty powołań kapłańskich, jest bez wątpienia rodzina chrześcijańska, która po Bożemu myśli i po Bożemu żyje. Jest bowiem rzeczą wiadomą, że większość biskupów i kapłanów, „których chwałę głosi zgromadzenie” (Koh 49, 15), wzięła zarodki swej godności i świętości albo od ojca, odznaczającego się silną wiarą i cnotą, albo od czystej i pobożnej matki, albo w końcu od całej rodziny, w której nieskalanie w całej pełni krzewiła się miłość Boga i ludzi. Wyjątki od tej reguły potwierdzają tylko ogólną regułę przez Boga ustanowioną (2).
Atmosfera taka może istnieć jedynie wówczas, gdy nasz Pan Jezus Chrystus prawdziwie panuje nad rodziną, gdy rytm jej każdego dnia jest wytyczany przez wspólną modlitwę (przed posiłkami, różaniec, a także modlitwę wieczorną). Należy do tego dodać przykładne życie obojga rodziców, w którym ich jedność znajduje wyraz we wspólnym uczestnictwie w liturgii i przyjmowaniu sakramentów.

Życie kapłana i zakonnika jest skoncentrowane na ofierze i naśladowaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa. Ta orientacja życia musi być rozwijana od kołyski. Żadna dusza nie będzie w stanie odpowiedzieć na Boże wezwanie, o ile duch ofiary nie stanie się jej drugą naturą. Dzieci powinny uczyć się posłuszeństwa oraz okazywania bezinteresowności i pomocy nie tylko w domu, ale też względem innych oraz w swej parafii. Oby duch bogactwa nie zdusił w nich hojności, jak się to stało w przypadku bogatego młodzieńca z Ewangelii. Rodzice nie powinni rozpieszczać swych dzieci, ale wychowywać je, kierując się zdrową miłością.

Dla rozkwitu powołań jest również niezbędne środowisko czyste i niewinne. Właśnie dlatego, drodzy rodzice, zwracajcie pilną uwagę na rozrywki swych dzieci, na zawierane przez nie przyjaźnie oraz ich lektury. Wielce pomocne będzie tu również poświęcenie waszego domu Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

Dołóżcie wszelkich starań, by uczestniczyć we Mszach niedzielnych, których piękno uwzniośla dusze. Nie wystarcza jedynie uczestniczyć w tradycyjnej Mszy św., o ile to możliwe starajcie się być na Mszy uroczystej, podczas której Kościół manifestuje w liturgii cały swój majestat i wyśpiewuje swą wiarę, aby karmić i umacniać naszą własną. Wasi synowie mogą uczestniczyć w służbie ołtarza. Ministranci tworzą dwór Chrystusa Króla. Są Jego giermkami, spośród których Pan pragnie wybrać swych przyszłych kapłanów. Zbyt wielu wiernych unika uczęszczania na uroczyste Msze św. z czystego lenistwa, woląc Msze krótsze lub późniejsze, aby móc oddawać się niedzielnym rozrywkom. Taka postawa niesie za sobą poważne konsekwencje.

I na koniec, drodzy rodzice, podejmijcie silne postanowienie, aby zapisać wasze dzieci do dobrych szkół. Jestem pełen podziwu widząc, jak każdego roku coraz więcej z was podejmuje tę ofiarę, kierując się ich duchowym dobrem. Niektórzy posyłają nawet swe dzieci do szkół z internatem. Dusze waszych dzieci są waszym najdroższym skarbem. Nie jesteście ich właścicielami, ale depozytariuszami. Bóg powierzył je wam — i będziecie musieli przed Nim zdać z tego rachunek. Przewrotne zasady, jakie wpaja się dzieciom w szkołach publicznych, a również w szkołach nominalnie katolickich, niebezpieczne przyjaźnie oraz panująca w nich zgubna atmosfera mogą wycisnąć na waszych dzieciach trwałe piętno i zagrozić ich zbawieniu. Nie oszukujcie się: wasz autorytet — zwłaszcza w okresie dojrzewania — będzie znacznie słabszy od autorytetu ich nauczycieli i kolegów, którzy mogą stawiać im przed oczy ideały spaczone czy wręcz nikczemne.

Jak możemy wytłumaczyć kryzys powołań, jakiego obecnie doświadczamy? Jak możemy wyjaśnić fakt, że przez ostatnich kilka lat, poza nielicznymi wyjątkami, większość chłopców wstępujących do naszego seminarium pochodzi z rodzin niezwiązanych z Tradycją? Istnieją przeoraty, które od ponad 12 lat nie dały żadnych powołań, pomimo że w rodzinach korzystających z ich posługi nie brakuje dzieci. Zastanówmy się nad przeszkodami, które mogą zagłuszać Boże wezwanie w duszach waszego potomstwa.

Najważniejszą pośród nich jest brak ducha ofiary. Chrońcie wasze rodziny przed wpływem ducha tego świata. Telewizja, a zwłaszcza Internet, sieją w duszach prawdziwe spustoszenie. Pozwalanie dzieciom na posiadanie w ich pokojach telewizora czy łącza internetowego jest przejawem całkowitego braku odpowiedzialności. Pozwalanie im na korzystanie z tych urządzeń bez nadzoru jest równoznaczne ze stwarzaniem im bezpośredniej okazji do grzechu, za który wy jesteście odpowiedzialni przed Bogiem. Apeluję zwłaszcza do was, ojcowie rodzin, którzy częstokroć ze względu na różnorodne obowiązki zawodowe zbyt mało uwagi poświęcacie swym rodzinom. Bądźcie czujni. Nie macie wyobrażenia o spustoszeniach, jakie może wyrządzić Internet w duszy waszego dziecka. Zajrzyjcie na ich konto na Facebooku, a zrozumiecie, o czym mówię. Wasze nastoletnie dzieci potrzebują waszego autorytetu. Jest on ich siłą i tarczą, nawet jeśli w tym burzliwym okresie nie zawsze uświadamiają to sobie. Strzeżcie wasze domy przed umiłowaniem wygody, komfortu, rozwiązłością i konsumpcjonizmem.

Przeszkodę w rozkwitnięciu powołań stanowi również pewien sentymentalizm w wychowaniu. Drodzy rodzice, dzieci nie są waszymi partnerami. Bóg obdarzył was władzą nad nimi, aby pomóc im pełnić Jego wolę, by strzec je przed niebezpieczeństwami życia i chronić przed samymi sobą. Bądźcie dobrzy, ale stanowczy. Miłość do dziecka nie przejawia się w przytulaniu go dziesięć razy dziennie, ale w pobudzaniu go do [czynienia] dobra i opierania się złu. Wychowanie jest najtrudniejszą ze sztuk, a od jakości otrzymanego wychowania zależy kierunek, jakie dziecko obierze w wieku dorosłym. Wasze dzieci muszą szanować waszą władzę poprzez okazywanie stosownego posłuszeństwa. Nie ulegajcie ich zachciankom. Uczcie je kochać krzyże. Bez tego nie ma zbawienia.

Wasz urząd nakłada na was obowiązek nadzorowania tego, z kim spotykają się wasze starsze dzieci i dokąd wychodzą. Nie pozwalajcie im na randki od 15. czy 16. roku życia, z którym to zjawiskiem nasi księża stykają się bardzo często. Te znajomości nie są niczym innym jak zakamuflowanym flirtem, nawet jeśli dwoje młodych ludzi jest tradycjonalistami. Ich natura jest zraniona przez grzech pierworodny i nie zmienią tego faktu. Zezwalając im na takie zachowania, wystawiacie na niebezpieczeństwo ich niewinność i odzieracie ich młodość ze szlachetności, do jakiej ten wiek jest zdolny. Zaloty mogą być traktowane jako coś stosownego w przypadku młodych dorosłych, nigdy jednak w odniesieniu do nastolatków. Ileż powołań zostało w ten sposób zmarnowanych! Jest to najskuteczniejszy podstęp, jakim posługuje się diabeł, aby zniszczyć czyjeś powołanie. Wasze dzieci muszą umieć rozróżnić pomiędzy miłością a zdrową przyjaźnią. Zbyt wielu rodziców nie dostrzega niebezpieczeństwa i nie tylko pozostaje głuchymi na uwagi kapłanów, ale nawet uważa, że są oni w tych sprawach niekompetentni i wyśmiewa się z nich. Każdy młody katolik powinien zadać sobie pewnego dnia pytanie, czy został wezwany przez Boga. W znalezieniu właściwej odpowiedzi dobrą okazją mogą być rekolekcje. Skoro jednak rozpalone już zostaną płomienie namiętności, młodzi zazwyczaj nie chcą nawet rozważać takiej możliwości.

Inną poważną przeszkodą dla rozwijania się powołań jest zwyczaj krytykowania kapłanów w domu. Kochajcie waszych kapłanów i okazujcie im szacunek. Ufajcie im. Jeśli zauważycie ich błędy czy upadki, módlcie się za nich! W przypadku nieporozumień z którymś z nich nie mówcie o tym w obecności dzieci. Nie mówcie publicznie o ich potknięciach, okazujcie uległość wobec tego, czego was uczą. Nie krytykujcie ich kazań. Jak możecie oczekiwać, aby wasze dzieci odpowiedziały na Boże wezwanie, jeśli są one świadkami stałego poniżania księży i zakonnic? Takie zachowanie jest niestety bardzo częste i wywołuje wiele szkody, nawet jeśli bierze się bardziej z lekkomyślności niż złej woli. Zwyczaj krytykowania księży ze względu na pragnienie ustrzeżenia bliźnich przed destrukcyjnym wpływem posoborowych zmian nie usprawiedliwia kontynuacji takiej praktyki wobec kapłanów posługujących w naszych przeoratach. Ileż to razy słyszałem: „Od czasu soborowego kryzysu nie ufam już księżom. Mój antyklerykalizm mnie uratował, tak więc zachowuję go w dalszym ciągu”. Jest to równoznacznie z twierdzeniem, że w Tradycji nie ma dobrych księży i że uległość oraz posłuszeństwo stanowiłyby przejaw słabości i naiwności. Sam Luter nie powiedziałby tego lepiej; prywatny osąd stał się normą postępowania. Takie usposobienie umysłu wywiera wpływ prawdziwie katastrofalny — dławiąc powołania i niszcząc jedność wspólnot. Takie rodziny nie są synami i córami Kościoła.

Pragnąłbym, abyście byli przekonani, że nie ma większego zaszczytu, jak oddać syna czy też córkę Kościołowi. Te powołania, drodzy rodzice, ściągną na was obfitość łask w tym życiu, w niebie zaś staną się najpiękniejszymi klejnotami zdobiącymi wasze korony oraz powodem waszej chwały. Tak więc nie dławcie ich, ale raczej pomagajcie się im zakorzenić i rozwinąć. Kościół tak bardzo ich potrzebuje. Jeśli nie narodzą się one w waszych rodzinach, wówczas nie wiem zaprawdę, gdzie mielibyśmy ich szukać. Najsolidniejsze i najbardziej trwałe powołania pochodzą ze zjednoczonych, żarliwych katolickich rodzin. Pobożność waszych dzieci zależy od waszej własnej pobożności. Wiele ojców i matek, którzy przystępowali do Komunii św. nie tylko w niedziele, ale też w tygodniu, wysłużyło łaskę powołania dla któregoś ze swych dzieci.

Módlmy się o liczne powołania kapłańskie i zakonne, a także o wytrwanie w nich. Módlmy się również za kapłanów, zakonników i zakonnice. Od ich świętości zależy nie tylko świętość waszych dusz, ale również świętość całego społeczeństwa. To właśnie z powodu kondycji katolickiego kapłaństwa Christianitas znajduje się dziś w stanie takiego upadku. Panie, daj nam wiele świętych powołań kapłańskich i zakonnych, daj nam wielu świętych kapłanów! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

ks. Christian Bouchacourt FSSPX

Tłum. Tomasz Maszczyk

Źródło informacji: ZAWSZE WIERNI nr 2/2017 (189)

Zapomniane prawdy: Nie można będąc katolikiem optować na rzecz postępu w zakresie katolickiej wiary.


Boże objawienie oraz Mistyczne Ciało Chrystusa różnią się całkowicie od wszelkich istnień przyrodzonych. Postawa konserwatywna, tradycjonalistyczna jest w tym przypadku istotnym składnikiem właściwej reakcji na jedyny w swoim rodzaju fenomen Kościoła. Nawet człowiek bynajmniej nie konserwatywnego usposobienia i pod wieloma innymi względami postępowy, musi być konserwatywny w stosunku do nieomylnego magisterium Kościoła, o ile ma pozostać prawowiernym katolikiem. Można być jednocześnie człowiekiem postępowym i katolikiem, nie można jednak, będąc katolikiem optować na rzecz postępu w zakresie katolickiej wiary. Idea katolika postępowego w tym sensie stanowi oksymoron, contradictio in adjecto. Wielu dziś, niestety, nie rozumie już tej sprzeczności i dumnie ogłasza się katolikami postępowymi.

Dietrich von Hildebrand
Koń trojański w mieście Boga, Fronda, wydanie III, s. 23.

Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. O źródłach celibatu kapłańskiego w Kościele


Ci, którzy nie chcą patrzeć na początek w świetle rezultatu są równie nieskorzy do przyjęcia, że całość może objaśnić części. Doktryny katolickie [...] są jakby członkami jednej rodziny, [...] wszystkie doktryny razem tworzą jedną integralną religię, wynika z tego, że poszczególne świadectwa, na jakich opierają się te doktryny, należą do jednej całości, trzeba je odnosić do wspólnego pnia i wszystkie razem można wykorzystać do obrony każdej z osobna. 
bł. John Henry Newman

Dekret Presbyterorum ordinis Drugiego Soboru Watykańskiego stwierdza, że celibat (coelibatus) „z wielu względów odpowiada kapłaństwu”. Wcześniej jednak wyjaśnia, że o ile „[d]oskonała i dozgonna powściągliwość (continentia), zalecana przez Chrystusa Pana ze względu na Królestwo niebieskie […] była zawsze uważana przez Kościół za rzecz wielkiej wagi, szczególnie dla życia kapłańskiego”, o tyle nie jest ona wymagana przez kapłaństwo „z jego natury, jak to okazuje się z praktyki Kościoła pierwotnego i tradycji Kościołów Wschodnich”. Natomiast w Kościele łacińskim, celibat, „który początkowo zalecano kapłanom, został później […] przez prawo nałożony wszystkim mającym otrzymać święcenia kapłańskie”[1].

Intencją dekretu, jak wspominał Joseph Ratzinger, było skierowanie „słowa zachęty” do kapłanów, w kontekście, w którym „katolickie pojęcie kapłaństwa przestało być zrozumiałe samo z siebie nawet w świadomości samych katolików”[2]. Na pogłębione rozważania zabrakło jednak „czasu i sił”, a po Soborze „kryzys pojęcia” szybko przerodził się w „kryzys egzystencji kapłana i powołań do kapłaństwa”[3]. Z pewnością jedną z głównych oznak tego kryzysu jest dziś kwestia celibatu. Po pierwsze, głęboko zakorzeniona przez nowożytność mentalność nominalistyczna, skłania współcześnie do wniosku, że skoro celibat nie wynika z natury (czyli nie należy do „istoty” kapłaństwa), to jest on czymś „nieistotnym”, a więc pozbawionym głębszego znaczenia i możliwym do porzucenia. Po drugie, szeroko rozpowszechnione mniemanie o tożsamości starożytnego charakteru wyświęcania żonatych księży i praktyki zachowanej na Wschodzie („praktyka Kościoła pierwotnego i tradycja Kościołów wschodnich”), rodzi często przekonanie, że nałożony później przez łacińskie prawo kościelne (a więc ludzkie) celibat, ma źródła wyłącznie doczesne (polityka, ekonomia) i jest znamieniem typowego dla Kościoła „rygoryzmu”. W związku z tym, szukając źródeł i znaczenia celibatu dla życia kapłańskiego należy ustalić (przynajmniej) jaki jest jego związek z naturą nowotestamentalnego kapłaństwa oraz jaką rolę odgrywa tu prawo kościelne.

W poniższych rozważaniach, z oczywistych względów lakonicznych, będę opierał się przede wszystkim na ustaleniach zawartych w pracach o. Christiana Cochini’ego SJ[4], kard. Alfonsa M. Sticklera[5], grekokatolickiego ks. Romana Cholija [6] oraz uczonych nawiązujących do ich badań.

Na samym wstępie trzeba wprowadzić konieczne uściślenie natury językowej. Termin „celibat”, pochodzący od łacińskiego caelebs, oznacza „stan bezżenności”. Jako taki, powszechny celibat został wprowadzony w Kościele łacińskim dopiero po Soborze Trydenckim, który ustanowił seminaria duchowne jako podstawową instytucję przygotowującą do święceń. Wcześniej wyświęcano zarówno żonatych, jak i nieżonatych mężczyzn. W dokumentach kościelnych poświęconych „celibatowi” pojawia się jednak jeszcze jeden termin – mianowicie „wstrzemięźliwość” (continentia). Ściśle rzecz biorąc nie są to terminy zamienne. W jakiejś mierze widać to w sformułowaniu kanonu 277 (§1) bieżącego Kodeksu Prawa Kanonicznego, który mówi, że duchowni „obowiązani są zachować […] doskonałą i wieczystą wstrzemięźliwość, i dlatego zobowiązani są do celibatu”, co znaczy, że bezżenność wynika tu z nadrzędnej zasady wstrzemięźliwości (lex continentiae). Utarło się jednak używać słowa „celibat” w szerokim sensie, zarówno „celibatu bezżenności”, jak i „celibatu wstrzemięźliwości”, co niekiedy bywało powodem konfuzji[7].

Z kanonicznym sformułowaniem zasady wstrzemięźliwości po raz pierwszy spotykamy się na początku IV wieku. Sformułowany ok. 305 r., 33. kanon Synodu w Elwirze (Hiszpania) stwierdza, że biskupi, prezbiterzy i diakoni, tj. „wszyscy duchowni oddani służbie ołtarza”, mają zachowywać całkowitą wstrzemięźliwość w stosunku do swoich żon, pod karą wykluczenia ze stanu duchownego. Kan. 27 zakazywał zaś kobietom (poza siostrami lub córkami będącymi poświęconymi dziewicami) zamieszkiwania z duchownymi. Powołując się na te kanony, papież Pius XI w encyklice Ad catholici sacerdotii (1935), twierdzi, że „celibat dawno już był w zwyczaju”, co potwierdzają współczesne badania kanonistów. Kard. A. Stickler zauważył, że Kościół w Hiszpanii składał się najprawdopodobniej w większości z żonatych kapłanów (tzw. viri probati), którzy po przyjęciu święceń byli zobowiązani do zachowywania całkowitej wstrzemięźliwości. Lakoniczność kanonów oraz brak odnotowanego sprzeciwu wobec ich treści świadczy, że obyczaj ten był znany, lecz łamany, przeciwko czemu wystąpił Synod. Jest to zgodne również z samą naturą rzymskiej kultury prawnej, pod której wpływem znajdowała się młoda społeczność Kościoła. Odróżnia ona prawo przekazywane ustnie lub przez obyczaj (ius), od proklamowanego prawa sformułowanego pisemnie (lex). Takie rozumienie prawa znajduje również potwierdzenie w Listach św. Pawła (2 Tes 2,15)[8]. Dlatego wniosek, że celibat ma swój początek dopiero w IV w., jak twierdzili niektórzy XIX-wieczni badacze[9], wydaje się tu mniej prawdopodobny.

Kilkadziesiąt lat później Synody w Rzymie (384) i w Kartaginie (ok. 390)[10] potwierdziły powszechność prawa wstrzemięźliwości, wskazując wprost na jego apostolskie pochodzenie:

Stosowne jest, aby święci biskupi i kapłani Boży, jak również Lewici, tj. ci, którzy służą boskim sakramentom, zachowywali doskonałą wstrzemięźliwość, aby w ten sposób osiągnęli w całej prostocie to, do czego są wezwani przez Boga; zachowujmy to, czego nauczali Apostołowie i to, czego przestrzegała sama starożytność… Podoba się nam, aby każdy biskup, kapłan oraz diakon, strażnicy czystości, powstrzymali się od współżycia małżeńskiego ze swoimi żonami, a w ten sposób, żeby ci, którzy służą przy ołtarzu, mogli zachować doskonałą czystość. (Kartagina, kan. 3)[11]

Pod koniec IV stulecia, przekonanie o apostolskich źródłach celibatu znajduje się również w dekretach papieża św. Syrycjusza, świadczących zarazem o teologicznej debacie wokół prawa wstrzemięźliwości żonatych kapłanów. Pierwszy z nich, Directa (385), jest reakcją na wiadomość o duchownych, którzy powołując się na prawo obowiązujące Lewitów w Starym Testamencie nie przestrzegali całkowitej wstrzemięźliwości i poczęli dzieci. Odpowiedź papieża opiera się na zasadzie, że Chrystus nie przyszedł znieść prawa, lecz je wypełnić i w ten sposób tymczasowa wstrzemięźliwość Lewitów na czas służby w Świątyni, uzyskała swoje doskonałe wypełnienie w permanentnej wstrzemięźliwości kapłanów Nowego Przymierza. Z kolei w dekrecie Cum in unum (386), Syrycjusz reaguje na argumenty wywiedzione z pasterskich zaleceń św. Pawła, zwłaszcza z formuły, że kandydat do święceń ma być „mężem jednej żony” (unius uxoris vir) (1 Tm 3,2.12; Tt 1,6). Papież stwierdza, że z zalecenia tego nie wynika prawo do kontynuowania pożycia małżeńskiego po przyjęciu święceń, lecz że Apostoł przedstawił je biskupom, aby wybierali mężczyzn zdolnych do późniejszego zachowania wstrzemięźliwości (propter continentiam futuram)[12]. Oba zestawy argumentów warte są tu do odnotowania, ponieważ na nich zasadniczo opiera się teologia celibatu formułowana przez Ojców, podejmowana również na nowo przez współczesnych teologów i Magisterium. Przyjrzyjmy się jednak najpierw najczęstszym zarzutom względem apostolskiego pochodzenia lex continentiae, opartym na świadectwie Pisma św.

Zacznijmy od tego, który przed chwilą się pojawił: o ile św. Paweł radził życie wstrzemięźliwe, wskazując na swój własny przykład (1 Kor 7,8), o tyle przedstawiając kryteria wyboru kandydatów do święceń sformułował zalecenie, aby kandydat taki był „mężem jednej żony”. Można by z tego wnioskować, że warunkiem wejścia w stan duchowny było uprzednie małżeństwo. Gdyby jednak tak było, należałoby przyjąć, że innym warunkiem było również posiadanie potomstwa, co wynikałoby z analogicznych zaleceń w tym samym kontekście. Następnie sam kontekst: składa się nań prezentowany przez Pawła katalog cech stanowiących „negatywne” kryterium wyboru, tzn. takich, które pozwalają odrzucić nieadekwatnych kandydatów (a nie katalog obowiązków, które mieliby spełniać już wyświęceni duchowni, na co wskazuje fakt, że adresatami są tu Tymoteusz i Tytus, a nie całe duchowieństwo). Innymi słowy, jeśli aspirujący do święceń mężczyzna byłby żonaty powtórnie, należało odrzucić jego kandydaturę (jednoczesna poligamia nie wchodzi tu w grę, ponieważ wymóg monogamiczności dotyczy wszystkich chrześcijan) – podobnie, gdyby nie spełniał któregokolwiek z innych kryteriów. Jaki zatem był „pozytywny” sens tego zalecenia? W niektórych wypadkach Paweł dopuszczał powtórne małżeństwo (1 Tm 3,14), zabronił go jednak kandydatom do święceń. Wyjaśnienie dla tego pasterskiego zalecenia można znaleźć w siódmym rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian, gdzie Apostoł zalecał małżeństwo jako lekarstwo na pożądliwość („ze względu na niebezpieczeństwo rozpusty”), remedium concupiscentiae, dla tych, którzy nie otrzymali „daru” (gr. charisma), życia doskonale wstrzemięźliwego. Przez pryzmat takiej optyki wyraźniej widać cel omawianego kryterium: jeśli mężczyzna owdowiał i pojął kolejną żonę, znaczy to, że nie potrafił panować nad pożądaniem, co w istocie wykluczało go z możliwości przyjęcia święceń, które zakładały przyjęcie całkowicie wstrzemięźliwego stylu życia. Pawłowi nie mogło tu chodzić wyłącznie o tymczasową wstrzemięźliwość („by oddać się modlitwie”), ponieważ taka praktyka stosowna była dla świeckich (1 Kor 7,5); najprawdopodobniej nie mogło też chodzić o wymóg wstrzemięźliwości po śmierci małżonki (jeśli żyła w momencie przyjęcia święceń), ponieważ przedmiot kryterium stałby się przygodny (zależny od tego jak długo żyłaby żona), a przez to – samo kryterium nieistotne. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe rozstrzygnięcia wydaje się, że wniosek wyciągany przez Tradycję (propter continentiam futuram) był zgodny z intencją Apostoła, którą można odczytać z kontekstu i wewnętrznej spójności jego Listów[13].

Pozostałe zarzuty dotyczą stanu cywilnego samych apostołów. Opierają się przeważnie na wzmiance o teściowej Piotra (Mk 1,29-31) oraz retorycznym pytaniu Pawła, które jako oczywistość formułuje możliwość zabierania w podróże misyjne przez innych apostołów (zwłaszcza „Kefasa i braci Pańskich”), kobiet do pomocy (1 Kor 9,2-6). W pierwszym przypadku egzegeci wskazują jednak na prawdopodobieństwo wdowieństwa Piotra (o czym miałby świadczyć brak wzmianki o obecności żony tam, gdzie relacjonowane jest uzdrowienie teściowej)[14]. Niezależnie od tego, kluczowe fragmenty przemawiające za wstrzemięźliwością apostołów to relacje dialogu Piotra z Panem Jezusem, w którym Kefas pyta o zysk z „opuszczenia wszystkiego”, aby pójść za Mistrzem (Mt 19,27-29; Mk 10,28-30; Łk 18,28-30). W odpowiedzi Apostoł słyszy, że każdy kto dla Imienia Jezusa/Ewangelii opuszcza „dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole” stokroć więcej otrzyma teraz, a życie wieczne w czasie przyszłym. Łukasz dodaje do tej listy jeszcze żonę. Niezależnie od tego, czy jego wzmianka jest autentyczna, trudno w tym kontekście przyjąć możliwość wymogu porzucenia dzieci przez rodziców, tak więc porzucenie dzieci byłoby komplementarne z porzuceniem żony. Dodatkowo, w relacji Mateusza dialog poprzedzony jest odnowieniem nierozerwalności małżeństwa w kontekście Prawa Mojżeszowego, które „przez zatwardziałość serc” dopuściło list rozwodowy, zakończone logionem o „eunuchach dla Królestwa niebieskiego”: „Bo są niezdatni do małżeństwa (dosł. eunuchoi), którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni (eunuchoi), którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni”. Niektórzy sądzą, że Jezus wybrał to określenie, nadając nowy sens obeldze, która miała stanowić pogardliwe wyjaśnienie bezżennego trybu życia, jaki prowadził wraz z uczniami. W każdym razie to, co jest tu dla nas ważne, to zauważenie, że obok obiektywnych przeszkód dla małżeństwa, istnieje możliwość dobrowolnej rezygnacji z płodności na rzecz Królestwa, czyli wybór wstrzemięźliwości seksualnej. Co istotne – bycie eunuchem jest kondycją nieodwracalną, a więc nie chodzi tu o wybór tymczasowy. Jezus zachęca do „pojęcia tego”, lecz zastrzega, że nie wszystkim „jest to dane”. Podsumowując, poza wzmianką o teściowej Piotra, teksty kanoniczne nie mówią wprost nic na temat ewentualnych żon Apostołów[15]. Niezależnie od tego, z cytowanych wyżej fragmentów wynika, że po spotkaniu Jezusa, Apostołowie wyrzekli się wszystkiego „ze względu na Królestwo”, w tym ewentualnego życia małżeńskiego i rodzinnego.

Jednak w kontekście słów Pawła, który zwracając się do chrześcijan w Koryncie stwierdzał, że apostołowie biorą ze sobą w podróże misyjne kobiety (1 Kor 9,5: dosłownie „siostry kobiety”, adelphe gyne), pojawiła się wątpliwość, czy po etapie wędrówek z Nauczycielem, najbliżsi uczniowie Jezusa nie wrócili do swoich żon. Faktem jest, iż gyne może oznaczać również „żonę”, a Paweł używa (1 Kor 7,15) rzeczownika „siostra” na określenie małżonki. Jednak w tym samym liście pojawia się również określenie „kobieta niezamężna” (gyne agamos) (7,34), co oznacza, że w uzusie Pawłowym gyne nie musi oznaczać żony. Pomijając jednak kwestie filologiczne, wydaje się, że sam kontekst rozstrzyga przynajmniej kwestię wstrzemięźliwości. Oto zirytowany Paweł pyta retorycznie Koryntian, czy on i Barnaba nie mają prawa do pomocy kobiet, które byłyby utrzymywane przez gminę, ponieważ takie prawo przysługuje apostołom. Paweł jednak podróżował i utrzymywał się sam. Stąd niektórzy wysnuwali wniosek, że nie jest on prawdziwym apostołem! Mówiąc nieco kolokwialnie, kwestia sprowadza się tu do tego, kto za kogo płaci i co z tego wynika. Przyjmując więc hipotezę, że siostry zabierane w podróż były żonami apostołów, należy zauważyć, że Paweł nie wspomina w ogóle o ich dzieciach, które również byłyby na utrzymaniu gminy, stąd zaś wynikałoby, że apostołowie zachowywali wstrzemięźliwość. Bardziej jednak prawdopodobnym wyjaśnieniem jest tłumaczenie adelphe gyne jako „ochrzczona kobieta”, przez co Paweł wskazywał, że jest to kobieta zdolna do wstrzemięźliwości; natomiast sam zwyczaj kobiet pomagających zarówno Jezusowi, jak i Jego uczniom, znajduje się już w ewangeliach (por. np. Łk 8,1-3).

Z powyższych rozważań wynika zarazem, że sami Apostołowie, wzorem Jezusa, prowadzili życie wstrzemięźliwe, oraz że sformułowane w Nowym Testamencie wymagania dotyczące kandydatów do kapłaństwa wskazują na to samo wymaganie względem duchowieństwa. Przekonanie to wyrażają również liczni Ojcowie oraz cytowane wyżej prawo regulujące wstrzemięźliwość żonatych księży w pierwotnym Kościele. Stwierdzenie, że celibat stanowi factus apostolicus dowodziłoby, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłą kwestią dyscyplinarną wprowadzoną przez Kościół, lecz raczej z kwestią wynikającą z prawa Bożego[16].

Dotychczas skupialiśmy się przede wszystkim na ustaleniu starożytnych źródeł lex continentiae. Teraz należy zapytać o teologiczne racje wstrzemięźliwości kapłańskiej, aby móc dokładniej ustalić stosunek celibatu do kapłaństwa jako takiego.

Jak widać w cytowanych wyżej rozporządzeniach prawnych, powodem wymagania wstrzemięźliwości przez duchownych był od początku ścisły związek ze służbą ołtarza. Nie było to jednak proste powtórzenie prawa Starego Testamentu, wymagającego od Lewitów rytualnej czystości w czasie przepisanej im służby w Świątyni. Po pierwsze zauważyć należy, że obowiązek wstrzemięźliwości jest jedynym z praw Starego Przymierza dotyczących czystości rytualnej, które nie zostało zniesione przez Prawo Ewangelii[17]. Po drugie, wymóg ten z tymczasowego, został rozciągnięty na całe życie kapłana. Dynamika ta znajdowała uzasadnienie w hermeneutyce Ojców, wedle której Stare Przymierze stanowi figurę rzeczywistości Nowego Przymierza w Chrystusie. I tak kapłaństwo i ofiary Lewitów stanowiły znak i zapowiedź jedynego Kapłaństwa i jedynej Ofiary Jezusa Chrystusa, która ustanawiała Nowe Przymierze. Dopiero hermeneutyka figura-veritas pozwala rozwiązać sakramentalne napięcie pomiędzy legalnym małżeństwem, a kapłaństwem, które widoczne było w prawodawstwie dotyczącym żonatych duchownych. Gdyby celibat stanowił jedynie zewnętrzną wobec kapłaństwa normę dyscyplinarną, nie mógłby, jako taki, pozbawiać prawa do prawowitego korzystania z sakramentu małżeństwa. Tymczasem zarówno Ojcowie, a za nimi starożytne penitencjały, określały brak wstrzemięźliwości małżeńskiej żonatych kapłanów mianem „cudzołóstwa”! Znajduje to wyjaśnienie w tym, że kapłaństwo, nie znosząc małżeństwa, transcendowało je, tak jak „duch” transcenduje „ciało”. Mówiąc dokładniej, jeśli małżeństwo cielesne jest figurą oblubieńczego związku Chrystusa i Kościoła, Jego dziewiczej Oblubienicy (Ef 5,21-33 & 2 Kor 1,2), to kapłan – powołany do sprawowania świętych misteriów in persona Christi – na mocy sakramentu święceń znajduje się już w rzeczywistości tego „duchowego małżeństwa”. Niektórzy teolodzy dostrzegają już w samej kanonicznej formule Listów Pasterskich unius uxoris vir, odniesionej wyłącznie do biskupa, kapłana i diakona, formułę przymierza, tzn. formułę wyrażającą oblubieńczy charakter kapłaństwa[18]. Oblubieńcza teologia kapłaństwa została we współczesnym Magisterium przypomniana i wyrażona w adhortacji Jana Pawła II Pastores dabo vobis (1992)[19].

Na marginesie należy tu podkreślić, że dynamika ciało-duch wpisuje się w tradycji apostolskiej w hermeneutykę figura-veritas i nie ma nic wspólnego z często zarzucanym Ojcom manichejskim dualizmem:

Nie znajdujemy w tej tradycji żadnego odniesienia do gnostyckiego dualizmu materii i ducha, lecz przeciwnie – liturgiczny rozwój konkretnych, tj. symbolicznych, sakramentalnych implikacji biblijnego dualizmu ciała i ducha, który stanowi zupełnie inne przedsięwzięcie, polegające na afirmacji historii jako zbawczej, zamiast ucieczki od niej jako czegoś demonicznego. Biblijny dualizm ciało-duch ma u Ojców wymiar zbawczo-historyczny, jest przeżywaniem wędrówki w historii […], która nie anuluje, lecz nadaje nowe znaczenie i na nowo integruje wszystkie wydarzenia przeszłości w świetle tego, co przyszłe – zarazem sakramentalnie uobecnianego i sakramentalnie ukrytego tu i teraz.[20]

Zanim przejdziemy do podsumowania, na końcu zostaje jeszcze wskazanie źródeł dyscypliny Kościoła wschodniego, która wymaga ścisłej wstrzemięźliwości wyłącznie od biskupów, natomiast na pozostałych duchownych nakłada jedynie obowiązek tymczasowej wstrzemięźliwości.

Aż do VII wieku zarówno prawodawstwo kościelne, jak i wypowiedzi Ojców zachodnich i wschodnich, zasadniczo potwierdzają nakaz całkowitej wstrzemięźliwości dla żonatych kapłanów. W 691 r. cesarz Justynian zwołał Synod nazwany później „in Trullo”, ponieważ odbył się „pod kopułą” konstantynopolitańskiego pałacu. Choć Justynian chciał, aby ustawodawstwo trullańskie objęło cały Kościół, z powodu uchwalenia kanonów sprzecznych z prawem Rzymu, papież nie podpisał dokumentów synodu, który w związku z tym nie cieszy się znamieniem ekumeniczności. Było to pierwsze w historii formalne odrzucenie przez Rzym dyscypliny wschodniej. Głównym punktem spornym był kanon 13., ograniczający wymóg kapłańskiej czystości do jedynie czasowej wstrzemięźliwości, czyli de facto do praktyki, stosowanej przez wszystkich świeckich żyjących w małżeństwie, zgodnie z radą św. Pawła z 1 Kor 7,5. Warte odnotowania jest, że mimo zasadniczej rozbieżności z dyscypliną wcześniejszą, powołując się (wybiórczo) na kanony kartagińskie, Trullo potwierdziło apostolskie źródła wymagania wstrzemięźliwości dla żonatych kapłanów. Dopuszczając jednak zwykłe życie małżeńskie księży (poza biskupami), Trullo stanowiło „kompletną nowość” w stosunku do wcześniejszego obyczaju i „tworzyło po raz pierwszy w formie legislacyjnej zerwanie związku pomiędzy zakazem używania małżeństwa przez duchownych, a jego [teologiczną] przyczyną”[21]. O ile same kanony trullańskie zachęcały księży do normalnego życia małżeńskiego, o tyle już w następnych stuleciach rada ta zamieniła się w nakaz. Mierząc się z falą nielegalnie zawieranych małżeństw przez duchownych, Kościół wschodni polegając na zasadzie remedium concupiscentiae wprowadził nakaz wyświęcania wyłącznie żonatych mężczyzn. W ten sposób, jak zauważa R. Cholij, tracąc z oczu teologiczne podstawy celibatu – według których, przypomnijmy, zgodnie z tradycją apostolską same święcenia niosły ze sobą zobowiązanie do całkowitej wstrzemięźliwości – „do XI wieku, pierwotne znaczenie ducha tego wcześniejszego prawodawstwa [dotyczącego celibatu] zostało całkowicie zatracone, a w ten sposób już nie małżeństwo było ograniczane ze względu na celibat, lecz samo przyjęcie i wykonywanie święceń zostało ograniczone przez celibat”[22]. Uczony dodaje, że sama zasada nielegalności zawierania małżeństw przez już wyświęconych duchownych straciła tu swoje podstawy teologiczne, a jej stosowanie stało się „szczątkowym śladem pozytywnej dyscypliny, świadczącym o istnieniu prostszej starożytnej dyscypliny, która harmonizowała naturalną relację między kapłaństwem a celibatem”[23].

Choć Kościół łaciński inaczej zachował się wobec przeżywanego w okresie potrullańskim kryzysu wstrzemięźliwości kapłańskiej i potwierdzając zasadę wstrzemięźliwości uznał na I Soborze Laterańskim (XII w.) zawierane przez duchownych małżeństwa za nieważne, to samo ustawodawstwo trullańskie (za sprawą Dekretów Gracjana, który legitymizował dyscyplinę wschodnią jako apostolską) przedostało się do łacińskiego korpusu kanonicznego, przyczyniając się do zagubienia związku przyczynowo-skutkowego między wymaganiem wstrzemięźliwości a przeszkodą w zawieraniu małżeństw przez duchownych. Nie mogąc ustalić tego związku, XII-wieczni kanoniści (a za nimi również św. Tomasz z Akwinu) wypracowali teorię votum adnexum, dodatkowego ślubu czystości, który miał przyłączać się do święceń. Zgodnie z tym, co powiedziane zostało wyżej, teoria ta jest zbędna w świetle apostolskich źródeł pierwotnej praktyki całkowitej wstrzemięźliwości kapłańskiej, jako wynikającej z samych święceń.

Wnioski

Apostolskie pochodzenie celibatu potwierdzają współcześnie rzetelne badania biblistyczne, patrystyczne, kanoniczne i teologiczne, cieszące się kościelnym autorytetem. Z badań tych wynika m.in., że:

Mimo że pełna wstrzemięźliwość nie stanowi warunku sine qua non święceń, ani ich ważnego wykonywania, to celibat kapłański – mając swe źródła w praktyce apostolskiej, a jako taki wynikający z Objawienia – nie może być sprowadzony jedynie do poziomu ludzkiego wymysłu, zwyczajnej dyscypliny kościelnej w postaci dodawanego do święceń, opcjonalnego ślubu, lecz należy do pełni Chrystusowego kapłaństwa.

Choć kształt obecnej praktyki Kościoła łacińskiego, utwierdzonej przez współczesne Magisterium[24] – celibat bezżenności – wywodzi się z XVI w. (Sobór Trydencki), to co do zasady – celibat wstrzemięźliwości – jest ona zgodna z najwcześniejszym znanym kościelnym ustawodawstwem dotyczącym tej materii, a najprawdopodobniej wynika z samej praktyki apostolskiej.

Dyscyplina wschodnia ma swoje źródło w Synodzie in Trullo (koniec VII w.). Wymienienie przez Presbyterorum ordinis 16 tej praktyki obok praktyki pierwotnego Kościoła można traktować jako swoistą formę „ekumenicznej kurtuazji”[25], ponieważ został tu pominięty istotny fakt, że w ustawodawstwie przedtrullańskim żonaci księża byli zobowiązani do całkowitej wstrzemięźliwości[26].

Piotr Kaznowski
"Znak" 684, maj 2012


PRZYPISY:

[1]DK 16.
[2]Kościół. Pielgrzymująca wspólnota wiary, Kraków 2005, 139.
[3]Tamże, 141, 139.
[4]Les Origines apostoliques du célibat ecclésiastique (1981) / Apostolic Origins of Priestly Celibacy (1990).
[5]The Case for Clerical Celibacy. Its Historical Development & Theological Foundations (1993).
[6]Clerical Celibacy in East and West (1989).
[7]Por. S. Heid, Discipline of Obligatory Continence for Clrics in East and West (1997), 13n
[8]„Przeto, bracia, stójcie niewzruszenie i trzymajcie się tradycji, o których zostaliście pouczeni bądź żywym słowem, bądź za pośrednictwem naszego listu.”
[9]XIX-wieczne badania nad źródłami celibatu wyznaczają paradygmaty ustalone przez dwóch uczonych: Gustava Bickella (1838-1917) oraz Francisa Xaviera Funka (1821-1917). Bickell optował za apostolskimi początkami celibatu, tymczasem Funk twierdził, że dyscyplina ta rozpoczyna się z pierwszymi zapisami prawnymi w IV w. i nie ma źródeł apostolskich. Stickler odrzuca stanowisko Funka z powodu błędnej metodologii oraz opierania się na źródłach, których nieautentyczność została dowiedziona (11n).
[10]Por. Stickler, 23-33.
[11]Cyt. za Cochini, 5 (tłum. własne z jęz. ang. – PK). Jak zauważa Th. McGovern, kanon ten był znany wszystkim diecezjom Kościoła Rzymskiego, a na Wschodzie odniósł sie do niego Synod in Trullo, jako do pewnego źródła Tradycji. W XI w. podczas promotorzy odnowy gregoriańskiej znaleźli w kanonach kartagińskich swój „najsilniejszy argument”. Na tej samej podstawie, już w nowożytności, po Reformacji, Paweł IV odmówił zaś prośbę niemieckich książąt dotyczącą ustanowienia żonatego kleru (Priestly Celibacy Today, rozdz. I, korzystam z tekstu zamieszczonego na stronie christendom-awake.org).
[12]Por. Stickler, 28-30; 32-37, McGovern, rozdz. I.
[13]Więcej, zob. Heid, 41-52.
[14]Niektórzy idą jeszcze dalej, twierdząc, że „teściowa” oznacza tu drugą żonę ojca Piotra i Andrzeja, por. J. Galot TJ, Wybrane zagadnienia z teologii współczesnej. Stan cywilny apostołów, 1994, 105-121.
[15]O tradycjach apokryficznych, zob. m.in. Galot, Heid.
[16]G. Ryś, Celibat, 2002, 10.
[17]Cochini. Por. Keefe, przypis 14.
[18]I. de la Potterie, Le fondement biblique du célibat sacerdotal (1993), opieram się na tł. ang. (The biblical foundation of priestly celibacy) z watykańskiej strony Kongregacji ds. Duchowieństwa. Zob. też Keefe.
[19]Zob. zwł. n. 12, 22, 29.
[20]Donald J. Keefe SJ, The Eucharistic Foundation of Sacerdotal Celibacy (http://www.renewamerica.com/columns/abbott/061118)
[21]Por. Cholij, 64, 196; Stickler, 45-48.
[22]Cholij, 197
[23]Cholij, 68; por. McGovern.
[24]Wyłom w tradycyjnej dyscyplinie łacińskiej stanowi, przywrócona po II Soborze Watykańskim, praktyka diakonatu, zwalniająca z całkowitej wstrzemięźliwości przyjmujących święcenia żonatych mężczyzn.
[25]Keefe.
[26]Cholij, 8; 201.


Źródło informacji

christianitas.org

poniedziałek, 29 maja 2017

Recenzja książki "Święci którzy odmienią Twoje życie."




Święci, którzy odmienią Twoje życie to książka jakiej jeszcze w Polsce nie było. To zbiór 300 żywotów katolickich świętych będących niebiańskimi sojusznikami dla każdego i w każdej potrzebie. Zwieńczeniem każdego żywotu jest informacja pomagająca czytelnikowi zrozumieć, dlaczego to akurat ten a nie inny święty jest przez wiernych wzywany w danej potrzebie, 

Układ książki jest alfabetyczny jeśli chodzi o pośrednictwo świętych i zaczyna się od św. Jana Bosko patrona akrobatów a kończy na św. Jerzym, patronie żołnierzy. Każdemu świętemu autor poświęca 1-2 strony tekstu. Całość napisana bardzo przystępnym językiem, przypominającym momentami Złotą legendę Vorgine, przez to czyta się lekko i choć książka liczy 400 stron to wystarczy kilka godzin aby się zapoznać z jej zawartością. 

To pośrednictwo opisane w tych 300 historiach świętych można by podzielić na kilka grup. Pierwszą z nich stanowią święci, będący patronami zawodów, grup społecznych i tu mamy m.in  patronów ateistów, blogerów, fotografów, fryzjerów, gospodyń domowych, imigrantów, kanciarzy i szulerów, hazardzistów, hotelarzy, mających problemy z teściami, motocyklistów, niesłusznie oskarżanych, nieszczęśliwych małżeństw, ofiar gwałtu, ogrodników, pilotów i pasażerów samolotów, specjalistów public relations, specjalistów od reklamy, upadłych kobiet, właścicieli lombardów a nawet - to nie żart morderców, złodziei, łowców wampirów a nawet apostatów. 

Inną grupę stanowią święci pomagający w naszych codziennych problemach m.in. pokusach seksualnych, autyzmie, chorobach nowotworowych, bólach zębów, chorobach oczu, chorobie alkoholowej, dolegliwościach gastrycznych, głodzie, bólach gardła, gorączce, kacu :), kaszlu, problemach z bezpłodnością, migrenach, oparzeniach, Ale są także tacy święci, którzy pomogą nam w problemach z czarami, odpędzeniem diabła, szkodnikami w ogrodzie,a nawet deszczem. 

Ostatnią grupę stanowią święci będący patronami instytucji, ruchów czy pewnych wydarzeń kościelnych m.in bibliotek, szkół katolickich, mediów, ruchu Pro-Life, Światowych Dni Młodzieży, telewizji, uniwersytetów.

Czytelnikom Rzymskiego Katolika rekomenduje szczególnie świętego Atanazego, patrona ortodoksji katolickiej. 





Warto nadmienić, że książka została bardzo starannie wydana. Dobrej jakości papier plus piękne reprodukcje obrazków (tradycyjna ikonografia) z wizerunkami świętych sprawiają, że książka śmiało może być polecana jako doskonały prezent na wiele różnych okazji jak Pierwsza Komunia, Bierzmowanie etc. Książka będzie także doskonałą pomocą dla katechetów i księży a także dla osób chcących pogłębić swoją wiedzę na temat świętych pomocników w potrzebie.  


Thomas J. Craughwell jest autorem książek i niezliczonych artykułów na temat świętych. Publikował na łamach Wall Street Journal, Emmy, Inside the Vatican, Catholic Digest, St. Anthony Messenger oraz Our Sunday Visitor. Prowadzi także comiesięczną rubrykę o świętych w gazetach parafialnych oraz na portalu catholicexchange.com Miał gościnne wykłady w trakcie konferencji dwóch głównych amerykańskich stowarzyszeń katolickich nauczycieli National Catholic Educator Association i National Conference for Catechetical Leadership. Opowiadał o świętych i procesach kanonizacyjnych w CNN, EWTN, BBC i The Learning Channel. Mieszka w Connecticut. 

INNE KSIĄŻKI AUTORA WYDANE W JĘZYKU POLSKIM

- Święci na każdą okazję. 1001 najskuteczniejszych niebiańskich patronów, Wydawnictwo Hodie, Sandomierz 2006
- Święci nie-święci. O nicponiach, rzezimieszkach, oszustach i wyznawcach szatana, którzy jednak zostali świętymi, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2007
Biblijne czarne charaktery. O biblijnych złych córkach, wyrodnych synach, zdradliwych braciach i o tym, czego możemy się dzięki nim nauczyć, Wydawnictwo Esprit,  Kraków 2009 



czwartek, 18 maja 2017

Abp Pozzo: Bractwo św. Piusa X chce pojednania z Watykanem



Data pojednania "lefebrystów" ze Stolicą Apostolską nie została jeszcze ustalona, atmosfera dialogu jest jednak bardzo dobra – oświadczył abp Guido Pozzo, który z ramienia Watykanu jest odpowiedzialny za relacje z Bractwem św. Piusa X. W wywiadzie dla agencji Rome Reports zaznaczył, że kolejny krok należy teraz do samych "lefebrystów". „Pojednanie nastąpi, kiedy bp Fellay formalnie uzna deklarację doktrynalną zaprezentowaną mu przez Stolicę Apostolską. Jest to też niezbędny warunek ich instytucjonalnej regulacji w postaci prefektury personalnej” – powiedział sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei.

Abp Pozzo dodał, że istniejące nadal różnice opinii nie koniecznie muszą prowadzić do podziałów, lecz do wzajemnego ubogacenia. „Przekonałem się, że dla nich przezwyciężenie tego rozbicia z pomocą Ducha Świętego jest priorytetem. Ten priorytet jest dla nich ważniejszy niż inne troski” – zapewnił sekretarz watykańskiej dykasterii. Wskazał, że przed ustanowieniem prałatury personalnej przeprowadzone zostaną konsultacje z episkopatami krajów, gdzie Bractwo prowadzi działalność duszpasterską.

Zdaniem abp. Pozzo kluczowym elementem pojednania jest rozumienie Soboru Watykańskiego II. Przypomina on, że do zerwania relacji z "lefebrystami" doszło na skutek błędnej interpretacji nauczania soborowego, promowanej przez niektórych teologów, intelektualistów i media. Sugerowały one, że zerwano z dotychczasowym nauczaniem Kościoła. Powstała atmosfera konfliktu, zamętu i niepewności. I stąd właśnie wyrasta krytyczna postawa Bractwa św. Piusa X – zauważa abp Guido Pozzo.

kb/ rv, rome reports

Źródło informacji: RADIO WATYKAŃSKIE

wtorek, 16 maja 2017

Stworzenie, ewolucja i kryzys wiary cz. 3



Trzecia część seminarium "Stworzenie, ewolucja i kryzys wiary", które odbyło się w 04.08.2016r w Gdyni. Wykład wygłosił Thomas Seiler, dr fizyki, Kolbe Center for the study of Creation (http://kolbecenter.org/).

Prof. Jacek Bartyzel: Szkoła Frankfurcka, Antonio Gramsci i Nowa Lewica



Predykat «nowa» w określeniu Nowa Lewica zobowiązuje do rozważenia jej specyfiki, wszelako w jej „dialektycznym związaniu” z lewicą «starą». Zastanawiający się nad tą kwestią brytyjski konserwatysta Roger Scruton (ur. 1944) zauważa, iż, z jednej strony, każdy lewicowy intelektualista jest typowym jakobinem, to znaczy „wierzy, że światu brak mądrości i sprawiedliwości, a wina leży nie w naturze ludzkiej, lecz w panującym systemie władzy”, z drugiej jednak strony – „intelektualista nowej lewicy jest zarazem «liberacjonistą», wiecznym wyzwolicielem. Pragnie sprawiedliwości społecznej dla mas, a także wyzwolenia dla siebie. Sądzi, że ucisk, który rządzi światem, działa zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Skuwa masy ludzkości łańcuchami wyzysku, a jednocześnie wytwarza dziwną świadomość, więzy wewnętrzne, które kaleczą, deformują duszę. Wyrazisty ton głosu nowej lewicy to wynik syntezy wielu złożonych uczuć. Nowy intelektualista broni starej idei sprawiedliwości [społecznej], ale wierzy, że w ramy tej sprawiedliwości wchodzi i jego własne wyzwolenie od każdego systemu, każdej «struktury», każdego przymusu wewnętrznego”[1]. Istotne jest tu zatem już samo terminologiczne przejście od hasła «wolności» (liberté/liberty) do «wyzwolenia» (libération/liberation), co ujawnia rozczarowanie niemożnością dokonania jednorazowego „skoku do królestwa wolności”, a także „odkrycie” (czy raczej „odkrywanie”) coraz to nowych, nieznanych poprzednikom i bardziej wyrafinowanych obszarów oraz sposobów „zniewolenia” ego, co uzasadnia stosowanie dynamicznego, procesualnego i w zasadzie rzutowanego ad infinitum pojęcia «wyzwolenia». Nowa Lewica przeto, w swojej podstawowej intencji jest postawą totalnego liberacjonizmu.

Stworzenie ideologicznego paradygmatu Nowej Lewicy z naukowym „oprzyrządowaniem” zostało zrealizowane przez założoną po I wojnie światowej w Niemczech tzw. Szkołę Frankfurcką, której twórcami i głównymi przedstawicielami byli Max Horkheimer (1895-1973) i Theodor W. Adorno (1903-1969). Wprawdzie po upadku Republiki Weimarskiej i dojściu do władzy NSDAP szkoła została zamknięta, lecz jej twórcy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, gdzie główną gwiazdą szkoły – wręcz duchowym guru rewolty studenckiej i rewolucji seksualnej lat 60. – stał się Herbert Marcuse (1898-1979). Po II wojnie światowej natomiast część „frankfurtczyków” powróciła do Niemiec (zachodnich), otrzymując od amerykańskich władz okupacyjnych mandat do intelektualnej rekonstrukcji „niemieckiej świadomości” w paradygmacie «antyautorytaryzmu», uznanego – zgodnie z ich przekonaniami – za źródło „faszyzmu” (czyli – w Niemczech – narodowego socjalizmu). Główny przedstawiciel drugiego pokolenia szkoły – Jürgen Habermas (ur. 1929) – uzyskał wręcz status „nadwornego filozofa” Republiki Federalnej, czego skutkiem jest całkowite zdominowanie establishmentu uniwersyteckiego i kulturalnego przez jego wychowanków, skutecznie blokujących jakąkolwiek opozycję, co (znów paradoksalnie) pozostaje w niejakiej sprzeczności z naczelną ideą Habermasa, tj. swobodnego dyskursu w „społeczeństwie komunikacyjnym”, stających się zatem w istocie „nadzorcami dyskursu”.

Dostrzeżona przez „frankfurtczyków” klęska doktrynalna marksizmu-leninizmu skłoniła ich do wszechstronnego przemyślenia dalszej przydatności metody materializmu dialektycznego i historycznego w analizie rzeczywistości, w szczególności zaś reinterpretacji stosunku zachodzącego pomiędzy rewolucyjną theoría i práksis oraz pomiędzy ekonomiczną bazą a świadomościową i prawno-polityczną nadbudową. Wbrew sztywnemu stanowisku Marksa, który uważał nadbudowę za prosty wykładnik bazy, tworzony na potrzeby klas posiadających, przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej zaczęli kłaść nacisk na sferę ideologii, zauważając, że niekoniecznie sprzyjać musi ona trwałości istniejącego porządku społecznego, ale może też być wykorzystana przeciw niemu i tkwiącemu w nim społeczeństwu. Rozmaite formy świadomości i jej ekspresji w nauce, literaturze, sztuce itp. odzwierciedlają bowiem (choćby wbrew intencjom autorów, nawet tych tworzących świadomie na „zamówienie” klas posiadających) rozmaite aporie świata w danym momencie historycznym, toteż wskazują, chcąc nie chcąc, sposoby przeciwstawiania się tym aporiom, a nie tylko dostosowywania się do nich. Należy zatem wykorzystać tę „burzycielską” potencjalność form świadomości przejawiających się w twórczości naukowej, artystycznej, w ideach i poglądach, których cyrkulacja i popularyzacja dokonuje się w środkach przekazu społecznego, do prowadzenia systematycznej już i celowej krytyki kultury (burżuazyjnej), tak, aby dokonać w obszarze jej panowania „rewolucji w ideach”, która tę postać kultury pozwoli unicestwić i zastąpić ją inną, bez przeprowadzania rewolucji w dotychczasowym stylu, co jedynie odstrasza mieszczańskie społeczeństwo, podczas gdy chodzi o to, aby zmienić sposób myślenia i świat wartości ludzi. Trzeba tu nadmienić koniecznie, że „frankfurtczycy” dostrzegli, że w społeczeństwach coraz bardziej sytego Zachodu nie ma już warunków niezbędnych do przeprowadzenia antykapitalistycznej rewolucji społeczno-politycznej i ekonomicznej typu bolszewickiego, a przede wszystkim najważniejszego z nich – w postaci podmiotu historycznego, tj. zrewolucjonizowanego proletariatu, jako że klasa robotnicza, uzyskująca stałą poprawę swojego położenia materialnego i warunków pracy sama podlega procesowi „zburżuazyjnienia” i staje się częścią świata konsumpcyjnego. Neomarksistowscy intelektualiści nie solidaryzują się już z robotnikami, lecz identyfikują się z elitą ponadklasowego społeczeństwa obywatelskiego. W tej sytuacji rewolucja „w starym stylu” jest już niemożliwa, co musi także znaleźć konsekwencje w metodzie nowej filozofii – neomarksistowskiej – która zamiast być, jak „klasyczny” marksizm, krytyką ekonomii politycznej, winna stać się krytyką rozumu instrumentalnego. Ów neomarksizm przestaje zatem być teoretyczno-praktyczną ideologią szykującej się do antykapitalistycznego powstania klasy robotniczej, której głównym zadaniem jest zmiana stosunków własnościowych, jako warunku wstępnego do zbudowania systemu socjalistycznego, a w ostateczności – bezklasowego społeczeństwa komunistycznego, lecz staje się krytyką burżuazyjnej kultury; tę zmianę wyraża określenie będące podstawową samoidentyfikacją Szkoły, czyli Teoria Krytyczna.

Nietrudno zauważyć, że taka reinterpretacja marksizmu oznaczała odwrót od konsekwentnie materialistycznego stanowiska i powrót na pozycje idealistyczne, do heglizmu (a u Habermasa także do Kanta): nawiązując do znanego powiedzenia, iż Marks postawił idealistyczną dialektykę Hegla na (materialistycznej) głowie, można rzec, że neomarksiści dokonali powtórnego obrotu o 180 stopni. Był to proces jednokierunkowy, ponieważ w ostatnim, czyli powojennym etapie ewolucji, na którym piętno wycisnął Habermas, doszło do pełnej adaptacji Szkoły do świata demoliberalnego i jego ideologii, acz przy zachowaniu materialistycznej podbudowy, choć innego rodzaju niż dotychczasowa. Rekompensatą za to odstępstwo od materializmu historycznego jest uzyskanie przez intelektualistę Nowej Lewicy monopolu władzy w «nadbudowie», aby móc ją skutecznie kontrolować, sprawować hipermoralny nadzór nad procesami społeczno-politycznymi.

Nie przecząc w żadnym wypadku przemożnej roli Szkoły Frankfurckiej w stworzeniu teoretycznej podbudowy dla nowej rewolucji trwającej od lat 60. ubiegłego wieku, należy z równą mocą powiedzieć, że prawdziwym „herosem” Nowej Lewicy, zrywającej się do szturmu w 1968 roku, który dostarczył jej wzorca filozofii praktycznej był kto inny, działający w zupełnie innym otoczeniu i w inny sposób, oraz – z powodów akcydentalnych – w izolacji. Był nim włoski komunista Antonio Gramsci (1891-1937). Można u niego dostrzec wręcz prestidigitatorską zręczność intelektualną, z jaką dokonując faktycznie radykalnej rewizji dogmatów marksizmu-leninizmu, czynił to jednocześnie w języku „ortodoksji” i utrzymując, że cały czas pozostaje jej wierny, nie odstępując od niej ani na jotę. Rewizja dotyczyła właśnie fundamentalnej w marksizmie kwestii, to znaczy relacji bazy do nadbudowy, szła zatem w tym samym kierunku, co dociekania twórców Szkoły Frankfurckiej, lecz w bardziej dynamicznym aspekcie filozofii praktyki, czyli działalności rewolucyjnej, z której Gramsci – w przeciwieństwie do neomarksistów – rezygnować nie zamierzał. Pytanie, które Gramsci sobie postawił brzmiało: skoro – jak twierdzą „urzędowi” marksiści-leniniści w ZSSR, na czele z Nikołajem Bucharinem – zmiany w nadbudowie są pochodną zmian ekonomicznych, to gdzie pozostaje miejsce dla działalności politycznej, rewolucyjnej? Zachodzi tu przecież deterministyczny automatyzm: gdy sprzeczności w łonie gospodarki kapitalistycznej osiągną swoje apogeum, musi nastąpić jej rozkład, dojdzie zatem do zmiany systemowej, a ta pociągnie za sobą zmiany w nadbudowie. Świadome działanie na rzecz tej zmiany (a więc to, co dzieje się w sferze „ducha”), tym bardziej zaś próba jej przyspieszania, może być postrzegana jako i zbędna, i jałowa. Aby rozwiązać tę, w istocie najbardziej podstawową aporię marksowskiej „teorii” społecznej, Gramsci wprowadza swoją najbardziej podstawową i oryginalną kategorię hegemonii klasowej, w której ramach szczególnie ważne miejsce przypada hegemonii kulturalnej. Uprzedzając ewentualny atak „strażników” czystości doktrynalnej twierdzeniem, że „wierzenia mas ludowych” – i w ogóle wierzenia rozmaitego rodzaju – „posiadają wagę sił materialnych”, Gramsci zaatakował „wulgarny materializm”, nazwany przezeń „ekonomizmem”, i obwieścił, że „trzeba (…) zwalczać ekonomizm nie tylko na gruncie teorii historiografii, ale także – i to przede wszystkim – na gruncie teorii i praktyki politycznej. Na tym polu walka może i powinna być prowadzona poprzez rozwijanie pojęcia hegemonii…”[2].

Czym jest i jak się przejawia owa hegemonia? Gramsci wyjaśnia, że w kapitalizmie burżuazja sprawuje władzę nie tylko przez kontrolowanie środków produkcji, ale również utwierdzając ją poprzez wywieranie przemożnego wpływu na dwa podstawowe kanały artykulacji i zabezpieczania jej interesów – należące właśnie do sfery nadbudowy – czyli na segmenty władzy stricte politycznej (aparat państwowy i administrację) oraz władzy, którą można określić (za Alainem de Benoistem) jako kulturową bądź metapolityczną, umiejscowionej w instytucjach religijnych, oświatowych, naukowych, artystycznych i w mediach. Dzięki tej podwójnej hegemonii klasa panująca może osiągać dwa cele. Po pierwsze, naginając do swoich potrzeb wolę polityczną wykonywaną przez członków aparatu rządowo-administracyjnego może niwelować skutki periodycznych kryzysów gospodarczych i zapewnić przetrwanie ustrojowi kapitalistycznemu. Po drugie, dając klasie rządzącej potężne i masowe środki indoktrynacji, kontroluje świadomość mas ludowych i neutralizuje inne (niż burżuazja i proletariat) klasy i warstwy, skłaniając je do uznania panowania burżuazji za naturalne i prawowite. Ze względu zatem na tę podwójną hegemonię klasa kapitalistyczna może skutecznie przezwyciężać ciśnienia powstające w bazie ekonomicznej i utrzymywać władzę zapobiegając rewolucji. Płynie z tego wniosek, że „teoria” historii tłumacząca wszelki rozwój w kategoriach ekonomicznych jest fałszywa, bo zmiany w nadbudowie nie są dyktowane tylko przez zmiany w bazie, lecz oba czynniki wpływają na siebie wzajemnie. Co więcej, w praktyce działania podejmowane w sferze nadbudowie – te, dyktowane wolą polityczną, oraz te, w zakresie celowego oddziaływania na świadomość mas poprzez instytucje kulturalne – są prymarne i przesądzające o możliwości zmiany. Zawodowi rewolucjoniści muszą nauczyć się od burżuazji tego, jak sprawować hegemonię i odebrać jej wprzódy władzę właśnie tam, gdzie sprawuje się kontrolę nad umysłami.

Dodatkowy argument Gramsciego dotyczył odmienności (w stosunku do przedrewolucyjnej Rosji) sytuacji na Zachodzie. W Rosji carskiej istniało bowiem silnie rozbudowane społeczeństwo polityczne, a społeczeństwo obywatelskie było amorficzne. Lenin, tworząc koncepcję dyktatury proletariatu, musiał wziąć to pod uwagę i oprzeć swoją strategię na koncepcji wojny manewrowej, zmierzającej do bezpośredniego przejęcia władzy politycznej. Na Zachodzie natomiast społeczeństwo obywatelskie jest rozbudowane, złożone i odporne – jak system okopów w nowoczesnej wojnie, który nawet w razie przerwania frontu na jakimś odcinku, pozwala dalej prowadzić skuteczne działania obronne. W tej sytuacji trzeba zastosować wojnę pozycyjną, pozwalającą przezwyciężyć opór systemu obronnego. Polega to na wdzieraniu się w poszczególne odcinki systemu okopów i fortyfikacji, w jego instytucje polityczne, oświatowe, religijne, w prasę, wydawnictwa i radio, zdobywając jeden okop po drugim, a do jeszcze niezdobytych wprowadzając ducha „rozłamu” (scissione). Ten etap walki, poprzedzający ostateczny przewrót, Gramsci nazywa (zresztą za rewolucyjnym syndykalistą Georgesem Sorelem) bierną rewolucją, „o charakterze, jeśli tak można rzec, negatywnym i przygotowawczym”[3].

Nawet jednak „bierna” rewolucja, o ile ma przejść w uwieńczoną sukcesem wojnę pozycyjną, musi mieć swoje kierownictwo, będące kontaminacją działających jako blok historyczny dwóch skoordynowanych sił: naciskającej „z dołu” siły „mas” i wdzierającej się „z góry” do instytucji metapolitycznych inteligencji komunistycznej. Kluczowe zadanie koordynacji owych sił przypada komunistycznej Partii, którą Gramsci – w poetyce sorelowskiego „mitu społecznego” i w re-lekturze „kanonicznej” księgi włoskiej myśli politycznej, inaugurującej zarazem in universo polityczną Nowożytność, czyli Księcia Niccoló Machiavellego – nazywa Nowoczesnym Księciem (Il moderno Principe), akcentując, iż jest to i musi być „książę kolektywny”: „Nowoczesny książę, książę-mit, nie może być osobą rzeczywistą, konkretną jednostką; może być tylko organizmem, złożonym elementem społeczeństwa, w którym zaczyna się konkretyzować wola zbiorowa, ujawniona już po części i potwierdzona w działaniu. Taki organizm w wyniku rozwoju historycznego wytworzył się już dawno: jest nim partia polityczna, pierwsza komórka mieszcząca w sobie zalążki woli zbiorowej o aspiracjach uniwersalnych i totalnych”[4]. W praktyce oznacza to zarazem zorganizowanie przez Księcia dwóch postaci partii nierozwijających bezpośredniej akcji politycznej: jednej „masowej”, poddanej (jawnemu bądź niejawnemu, w zależności od panujących warunków) zmilitaryzowanemu ośrodkowi politycznemu, któremu „masy służą (…) po prostu jako masy «operacyjne» i zdobywa się je za pomocą haseł moralnych, bodźców sentymentalnych i mesjanistycznych mitów w oczekiwaniu na legendarną erę, kiedy to wszystkie obecne sprzeczności i niedole zostaną automatycznie rozwiązane i naprawione”[5]; oraz drugiej elitarnej, składającej się z elity kulturalnej. Ów drugi oddział zostaje określony jako „intelektualny sztab główny partii organicznej”, który „działa jako samoistna siła kierownicza”[6].

Należy jeszcze powiedzieć, jaki jest najważniejszy, śmiertelny wróg Nowoczesnego Księcia, a przeto główny cel biernej rewolucji kierowanej przez intelektualny sztab rewolucyjnej elity intelektualnej. Wrogiem tym jest religia, a celem – totalna laicyzacja społeczeństwa, zaś zdolność do przeprowadzenia tego dzieła jest nawet kryterium moralnej wartości wszelkiego czynu, co usprawiedliwia także samoubóstwienie Nowoczesnego Księcia (Partii): „Nowoczesny książę powinien być w znacznej mierze poświęcony sprawie reformy intelektualnej i moralnej – a więc sprawie religii i poglądu na świat. (…). Książę zajmuje w ludzkiej świadomości miejsce bóstwa czy kategorycznego imperatywu, staje się podstawą nowoczesnego laicyzmu oraz pełnej laicyzacji całego życia i wszystkich stosunków obyczajowych”[7].

Teoria Krytyczna neomarksistowskiej Szkoły Frankfurckiej i filozofia praktyczna „wydoskonalonego” leninisty Gramsciego stały się zatem dwoma potężnymi dźwigniami pozwalającymi przezwyciężyć kryzys rewolucji typu leninowskiego i przejść do nowego jej typu. Pozostawiając bez zmian jako zasadę leninowskie hasło „szturmu na centralne ośrodki władzy” kapitalistycznej Gramsci zredefiniował jednak same te ośrodki, wskazując, iż nie stanowią ich jedynie urzędy państwowe, punkty dowodzenia wojskiem i policją, koleje, poczty czy telegrafy, lecz również instytucje opiniotwórcze, konstytuujące a nawet kreujące świadomość, jak ambony, szkoły, katedry uniwersyteckie, domy wydawnicze, redakcje czasopism i rozgłośni radiowych (a dziś oczywiście także telewizja i media elektroniczne). Jego bierna rewolucja, prowadząca wojnę pozycyjną, była precyzyjnie opracowanym scenariuszem komunistycznego Kulturkampf, realizowanego jako marsz przez instytucje władzy nazywanej później metapolityczną, a zapewniającej zdobycie hegemonii najpierw kulturalnej, a wreszcie i politycznej. Ten marsz przez instytucje Nowa Lewica podjęła po tym, jak przegrała nazbyt frenetyczną, by mogła się powieść, rewoltę młodzieżową 1968 roku, a także równie beznadziejną próbę szturmu na instytucje państwowe drogą terroru indywidualnego (RAF, Czerwone Brygady, Czarne Pantery etc.), wyciągając wnioski z obu porażek. Wykształconych kadr koniecznych do opanowania sieci instytucji kulturalnych dostarczyli Nowej Lewicy właśnie adepci i wychowankowie Szkoły Frankfurckiej. Dziś, po półwieczu od rozpoczęcia tego marszu można stwierdzić, że został on uwieńczony pełnym powodzeniem, także w sferze stricte politycznej. Co więcej, ta marksistowsko-leninowsko-freudowsko-demoliberalna mikstura nie tylko zatruła Zachód, lecz stamtąd infekuje dziś narody i państwa Europy Środkowo-Wschodniej, które ledwie wyzwoliwszy się z opresji komunistycznej w jej „klasycznej” postaci, żarliwie rzuciły się w objęcia Zachodu, naiwnie sądząc, że wracają do wspólnej tradycji, a otrzymując od niego tę samą truciznę w nowej massa tabulettae i w nowym, atrakcyjniejszym opakowaniu.


prof. Jacek Bartyzel

PRZYPISY:

[1] R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, przeł. T. Pisarek, Poznań 1999, ss. 16-17.
[2] A. Gramsci, Nowoczesny Książę, przeł. B. Sieroszewska, Warszawa 2006, s. 26.
[3] Ibidem, s. 4.
[4] Ibidem, s. 5.
[5] Ibidem, s. 17.
[6] Ibidem.
[7] Ibidem, s. 8.


Dziękujemy autorowi, Panu profesorowi Jackowi Bartyzelowi, oraz redakcji Teologii Politycznej za wyrażenie zgody na przedruk artykułu na stronie bloga Rzymski Katolik.



Źródło informacji:




______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________