Pages

______________________________________________________________________

_______________________________________________________________________________

wtorek, 26 maja 2015

Charyzmaty



„I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie.”

Mk 16, 15-18

Znaki, o których mówi Jezus w pouczeniu danym Apostołom tuż przed Wniebowstąpieniem są niezwykle atrakcyjne i kuszące. Kto by tak nie chciał? Spektakularne efekty przyciągają uwagę i dają rozgłos. Czy jednak o to chodzi? O rozgłos i przedstawienie? Kryje się tu niebezpieczna pokusa, której zdają się ulegać członkowie różnych ruchów charyzmatycznych zarówno protestanckich, jak i tych, działających w ramach Kościoła katolickiego. Na ten fragment chętnie powołują się członkowie grup charyzmatycznych jako na argument nie tylko usprawiedliwiający ich praktyki ale wręcz je sankcjonujący. Twierdzą oni, że te właśnie słowa miałyby jakoby odnosić się do stosowanych przez nich praktyk, takich jak glosolalia czy rzekome uzdrowienia. Bardzo łatwo jednak zauważyć, oczywiście jeżeli chce się cokolwiek dostrzec, że odniesienie większości współczesnych praktyk ruchów duchackich do tych /i innych również/ słów i czynów Jezusa jest niewłaściwe i zwodnicze.

Przyjrzyjmy się liście znaków wymienionych przez Chrystusa w świetle Magisterium i dwóch tysięcy lat Tradycji Kościoła a więc w jedyny właściwy dla katolika sposób, gdyż Pismo nie jest do samodzielnej interpretacji /2P 1, 20-21/. Zanim przejdę do analizy poszczególnych znaków i ich właściwego rozumienia czuję się w obowiązku przypomnieć, że czytając Pismo Święte należy mieć na uwadze specyfikę języka oryginału, zasady translacji a także kulturę semicką z jej charakterystyczną mentalnością i sposobem obrazowania.

1.Wyrzucanie złych duchów.

Na szczęście jest to ten znak, za który katoliccy charyzmatycy raczej nie biorą się osobiście, choć wielu z nich wspiera modlitwami pracę egzorcystów, ale ten fakt nie należy do tematu. Jezus wyrzucał złe duchy bardzo często, ba, uciekały one nieraz same na sam Jego widok czy wieść, że się zbliża, co nie jest rzeczą dziwną. Udzielił też władzy nad duchami apostołom i TYLKO apostołom, oni zaś mogli jej udzielać innym osobom. Władza ta nigdy nie była powszechna a próby samodzielnych eksperymentów w tym zakresie mogły skończyć się bardzo źle dla eksperymentatora. Posługa egzorcystatu należała do święceń a dysponentami tej władzy byli i są zawsze biskupi. Przed niewłaściwym jej użyciem przestrzegali wielokrotnie Ojcowie Kościoła. W tym zakresie władze kościelne zawsze szczególnie dbały o dyscyplinę. Jak wspomniałam, na szczęście na ogół charyzmatycy katoliccy nie biorą się za ten charyzmat, zostawiając go egzorcystom ale starają się być blisko tej praktyki. Są jednak osoby, dziwnym trafem związane z ruchami charyzmatycznymi lub przez nie wspierane i promowane, którym przypisuje się wypędzanie złych duchów. Jest to rzecz bardzo niebezpieczna nie tylko ze względu na same te osoby ale i świadków czy współuczestników tego rodzaju praktyk. Nie dość, że nieprzygotowanie i nieusposobieni, wkraczają oni w obszar bezpośredniego działania złych duchów, to czynią to w stanie nieposłuszeństwa Kościołowi co jeszcze bardziej je naraża.

Znak, jakim jest wypędzanie złych duchów, jest szczególnie ważny, jest świadectwem władzy Boga nad całym światem, również nad Złym. Nieprzypadkowo, Jezus wymienia go na pierwszym miejscu. Znak ten, czyniony przez Niego samego, zwiastował jego posłannictwo, ujawniał Jego władzę. Nic więc dziwnego, że jest on szczególną pokusą dla niejednego człowieka oraz polem do popisu dla złego. Może się więc zdarzyć, że ktoś, nie mający władzy danej przez Kościół, wypędzi złego ducha. Tu jednak kryje się pułapka- taki duch z całą pewnością zaatakuje znowu- albo poprzednią ofiarę albo samego wypędzającego, który czyniąc takie rzeczy samowolnie otwiera się na działanie Szatana, albo wprost od niego otrzymuje swoją zwodniczą władzę. Dlatego też należy unikać osób, które twierdzą, że wypędzają złe duchy, dokonują egzorcyzmów, oczywiście fałszywych, poza posługą egzorcystatu. Osoby takie, w istocie rzeczy, stawiają się poza Kościołem.

2.Mówienie językami.

Praktyka mówienia „językami” jest wśród charyzmatyków bardzo popularna, jest powodem ich dumy i najwyraźniej daje im wiele radości. Niektórzy wręcz traktują ten znak jako podstawowy dowód, iż grupy te nie tylko znajdują się na dobrej drodze i cieszą się szczególnymi łaskami Ducha Świętego, ale i świadectwo swoistego wybrania, a nawet wyższości nad „zwykłymi” katolikami. Czy jednak jest to ten znak, którym mówił Jezus swoich pouczeniach? Nawet pobieżne przyjrzenie się słowom Pisma Świętego i Tradycji Kościoła pozwala stanowczo odpowiedzieć „nie”. Po pierwsze Pismo Święte opisuje posługiwanie się językami prawdziwymi, podczas, gdy każdy, kto był świadkiem tego „daru” w rozmaitych wspólnotach wiedzą doskonale, że rzecz polega tam na wydawaniu z siebie niezrozumiałego bełkotu, co jest wprost karykaturą daru a nie samym darem, po drugie św. Paweł wyraźnie mówi o zasadach posługiwania się tym charyzmatem /1 Kor, 14/, z czym praktyki stosowane w opisywanych wspólnotach nie mają nic wspólnego. O ile Dzieje Apostolskie i św. Paweł zaświadczają, że dar ten był dość powszechny w pierwotnym Kościele, o tyle obecnie zdarza się rzadko i wyjątkowych wypadkach.

Rzecz ciekawa, że tego rodzaju wydarzenia zdarzają się w ramach Kościoła katolickiego /bo nie mam zamiaru zajmować się tu heretykami i sekciarzami/ tylko i wyłącznie we wspólnotach charyzmatycznych co samo sobie inno budzić podejrzenie , jako, że stoi w jaskrawej sprzeczności z zasadą powszechnego działania Ducha Świętego a także władzy udzielonej Kościołowi przez samego Jezusa. Przypadki mówienia nieznanymi, ale istniejącymi, językami czy ich rozumienia zdarzają się rzadko, ale są potwierdzone przypadku niektórych świętych. Zawsze, podkreślam, zawsze, są to realnie istniejące języki a nie bełkot, jaki wydają z siebie zwiedzeni, powiem wprost, fałszywym charyzmatem, rozemocjonowani uczestnicy duchackich spektakli. Nie należy żadnym wypadku mylić daru języków, o którym mówi Jezus mowie pożegnalnej z efekciarskimi, a może i skądinąd pochodzącymi praktykami występującymi niektórych grupach charyzmatycznych.

3.Węże brać będą do rąk.

To trudny fragment. O jakie węże może chodzić? Czy faktycznie chodzi o pełzające jadowite gady, które na świadectwo Prawdzie należy chwytać gołymi rękami? Zapewne i to jest możliwe, skoro Bóg daje takie znaki jak wypędzanie złych duchów i mówienie językami. Należy jednak zwrócić uwagę na kontekst kulturowy i językowy. Otóż wąż w Biblii oznacza ni mniej, ni więcej, tylko zło, albo po prostu Szatana. Chwytanie węża gołymi rękami to starcie bezpośrednio ze złem, czy wprost z Szatanem. Znakiem jest fakt, że chrzest i działanie w imię Boga i w posłuszeństwie Kościołowi czyni człowieka bezpiecznym w starciu ze złem. Trzeba tu podkreślić z całą mocą- posłuszeństwie Kościołowi, gdyż to on jest depozytariuszem wiary- w nim jest pełnia Prawdy.

4.Jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić.

Ten znak ściśle się wiąże z poprzednim i wiążą się z nim podobne uwagi. Trzeba zdawać sobie sprawę, co oznacza wypicie trucizny. Oznacza to wpływ zła, zetknięcie się z czymś co zatruwa nie tylko ciało ale i duszę. Nawet, jeżeli ktoś znajdzie się obszarze bezpośredniego oddziaływania szkodliwych wpływów duchowych jest bezpieczny, gdyż wierność Bogu i posłuszeństwo Kościołowi zabezpieczy przed zgubnymi skutkami kontaktu ze złem.

5.Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie.

Kolejny bardzo lubiany i popularny charyzmat. Kto nie chciałby być zdrowy na ciele, duchu i umyśle? Kto nie chciałby pomóc cierpiącemu? Jak tylko rozejdzie się wieść, że ktoś gdzieś doznał uzdrowienia natychmiast zjawiają się tam tłumy. Niejeden oszust zbił majątek na fałszywych uzdrowieniach, niejedna sekta pozyskała członków dzięki tego rodzaju działalności. Wielu ludzi w dobrej wierze uczestniczyło i uczestniczy w religijno- uzdrowicielskich seansach, z których cześć to zwyczajne oszustwa a cześć wynika niewątpliwie z niewłaściwej i naiwnej interpretacji Pisma Świętego, co również jest szkodliwe i prowadzi na manowce.

Jezus uzdrowił na ciele i duchu bardzo wielu ludzi. Udzielił te władzy Apostołom i innym uczniom. Ci, również uzdrawiali, podkreślając zawsze i stanowczo, że czynią to mocą nie swoją lecz Ducha Świętego. Przyjrzyjmy się przede wszystkim uzdrowieniom dokonywanym przez Jezusa. Osoby były uzdrawiane często po wyrażeniu prośby, ale jest mowa o wielu, które po prostu były przynoszone czy przyprowadzane do Jezusa. Działo się to wtedy, gdy Jezus chciał i czasie, kiedy chciał, nigdy na zawołanie. I nie samo uzdrowienie ciała było celem a zbawienie duszy uzdrowionego. I dziś zdarzają się uzdrowienia i to wcale nierzadko. Ludzie ich doznają w wyniku modlitw własnych lub innych osób, czasami w sanktuariach, aczkolwiek niewiele zostaje uznane za cudowne. Nie znaczy to, że inne nie są darem Bożym. Żyły i żyją osoby, które są najwyraźniej obdarzone darem uzdrawiania /np. o. Pio/. To, co jest praktykowane przez niektóre wspólnoty, mało ma wspólnego z ewangelicznym darem uzdrawiania. Najbardziej niepokojące jest to, że organizatorzy twierdzą, że uzdrowienia mogą się dokonywać wręcz „na zawołanie”, podczas organizowanych zbiorowych modłów. Oczywiście, Bóg może działać zawsze i wszędzie ale imprezy te noszą wyraźne piętno próby wymuszenia na Panu Bogu określonych działań. Skutki takich działań bywają smutne, na przykład przekonanie o „magiczności” modlitw o uzdrowienie. Równie niepokojące jest to, że wstęp na niektóre takie spotkania bywa płatny ale to nie należy bezpośrednio do tematu. Również teatralność, widowiskowość tego rodzaju wydarzeń niemile kontrastuje z okolicznościami towarzyszącymi uzdrowieniom dokonywanym przez Jezusa czy tym, które zdarzają się w sanktuariach takich, jak Lourdes i zwyczajnie w domach czy szpitalach. Należy też pamiętać, że bywają uzdrowienia pozorne- będące wynikiem sugestii czy nawet działaniem złego. Wtedy choroba wraca, czasem ze zdwojoną siłą. Rozeznanie jest tu koniecznie potrzebne. Pismo Święte wyraźnie podkreśla, że uzdrowienia dokonywane przez Jezusa były trwałe i całościowe- obejmowały nie tylko ciało ale i duszę oraz psychikę. Co do rzekomych uzdrowień podczas spotkań charyzmatycznych, nie ma żadnej pewności co do ich trwałości i również duchowego charakteru a znane są przypadki uwolnienia z nałogu kosztem popadnięcia niezdrowe uzależnienie od grupy.

Powyższe uwagi i spostrzeżenia w zarysach pokazują, jak niewłaściwie i szkodliwie współczesne ruchy charyzmatyczne interpretują ewangeliczne charyzmaty. Czynią to nie zważając na nauczanie Kościoła, dwa tysiące lat Tradycji, posłuszeństwo, a także zwyczajny zdrowy rozsądek. Sugerują, iż charyzmaty są do zbawienia niezbędne co jest oczywistą nieprawdą- maja one być jedynie pomocą- znaki wedle słów Jezusa miały towarzyszyć a nie być warunkiem sine qua non działalności apostolskiej. Mylenie środków z celem zawsze jest groźne co widać po efektach takiego rozumienie charyzmatów- coraz więcej niejasności, odchodzenia od pradzieje doktryny, nieposłuszeństwa i zwykłej ignorancji.


Monika Łopatowska-Nowak

To przez psychologię pustoszeją zakony!



Policzmy - było w zgromadzeniu 615 zakonnic, po roku „terapii” wysłanych zostało 300 próśb do Rzymu o zwolnienie ze ślubów. Wnioski?

Magazyn tradycyjnych katolików "The Latin Mass" zamieścił niepokojący wywiad przeprowadzony ze skruszonym katolickim psychologiem, który twierdzi że jego współpraca z zakonami była bardziej destrukcyjna niż budująca. To niepokojące świadectwo dał Dr William Coulson, który był uczniem wpływowego amerykańskiego psychologa Carla Ransoma Rogersa, jednego z głównych przedstawicieli znanej także w Polsce „psychologii humanistycznej”.

Skruszony psycholog

Opowiadający tę historię William Coulson w 1964 roku został szefem instytucji skupiającej kadrę animatorów przeznaczonych między innymi do współpracy z zakonami (dokładnie Western Behavioral Sciences Institute z siedzibą w La Jolla, California, USA). Jego refleksja o destrukcyjności własnych działań dojrzała dosyć szybko. Już w 1971 roku zaczął się wycofywać z niektórych swoich twierdzeń i działań, a z czasem w pełni poświęcił swoje życie wykładom dla grup katolickich i protestanckich zagrożeniach związanych z psychoterapią.

Uczeń Rogersa

Coulson opisuje rolę jaką odegrał w niszczeniu pewnego katolickiego zakonu. Jego droga rozpoczęła się w latach 50-tych, od doktoratu z filozofii, poświęconego myśli Carla Rogersa. Rogers był wówczas jednym z najbardziej znanych amerykańskich psychologów, a jego myśl nie budziła kontrowersji. Także dr Coulson nie należał do wrogo nastawionych do Kościoła, przeciwnie, właśnie należał do praktykujących swoją wiarę katolików. Nie widział jednak przeszkód w fascynacją teoriami psychologii, która nazywana byłą „nondirective” czyli „bez autorytetów”.

Czy mamy zły (katolicki) „Pomysł na siebie”?

W Polsce istnieje Polskie Towarzystwo Psychologii Humanistycznej, powołujące się na myśl Rogersa http://www.psychologia-humanistyczna.pomoc-psychologiczna.com/. Teoria Rogersa definiowana jest tam następująco : „Kluczowym pojęciem teorii Rogersa jest tzw. "self - concept", czyli "wyobrażenie siebie samego takim jakim chciałoby się być jak i swojej przyszłości". Można by powiedzieć hasłowo iż chodzi tu o "pomysł na siebie". (…) Otóż, podkreśla on, iż w procesie wychowywania do umysłu dziecka są wtłaczane liczne "nakazy i zakazy", które czasami skutecznie blokują naturalny proces "aktualizacji pomysłu na siebie". W rezultacie na samopoczucie lub ogólniej kondycję psychiczną człowieka wpływają dwie siły : (1) "inklinacja do naturalnego, zgodnego z wrodzonym potencjałem rozwoju pomysłu na siebie" i przeciwdziałająca siła (2) "nie uświadamianych lub słabo uświadamianych nakazów i zakazów - kierujących jednak zachowaniem. (…) Skoro tendencja do aktualizowania siebie (pomysłu na siebie) może być znacznie zakłócona, należy więc obmyślić warunki kiedy owa "inklinacja do uaktualniania, rozwoju swoich potencjalnych możliwości" mogłaby być "wzmocniona".

Winne jest „Sumienie”!

Carl Rogers uważał, że kluczem do wielu psychologicznych zaburzeń jest „sumienie” w którym odzywa się echo wmówionych w dzieciństwie zakazów i nakazów. Robił badania nad ludźmi którzy wyrośli w I poł XX w. w tradycyjnie chrześcijańskich, konserwatywnych regionach USA. Jego pacjenci deklarowali, że posiadają „sumienie”, o którym często wspominali, jako o czymś hamującym pewne działania. Rogers wówczas nie nawoływał wprost do tego, aby jego pacjenci porzucili to co im nakazywało „sumienie”. Często jednak używał sformułowania "Kiedy myślę na tym co Pan powiedział, to mam wrażenie, że …” i dalej już zostawiał pacjenta nam na sam z jego myślami o wdrukowanych mu w domu, szkole, zakonie, ograniczeniach. Myślał, że to było ważne, żeby człowiek w kontakcie z „terapeutą” miał „szansę” pomyśleć nie koniecznie stosując się do norm, w których był wychowywany. Twierdził, że wówczas może samemu „usłyszeć Boga” czy nawet „Ducha Świętego”. Ponieważ używał niekiedy tej terminologii religijnej, jego teorie były łatwe do przyjęcia przez wierzących. Czyż źle jest poszukiwać „Głosu Boga”?

Wyleczmy „normalnych ludzi” z ”sumienia” !

Kiedy powiadający tę historię William Coulson poznał swojego mistrza Rogersa, ten stosował już swoje metody nie tylko wobec ludzi wykazujących zaburzenia psychiczne, ale także wobec tzw. „normalnych ludzi” których życie pragnął ulepszyć. Pojechali razem do Kalifornii, opuszczając te regiony USA gdzie katolicyzm był niezwykle tradycyjny, na słynące z tolerancji wybrzeże. Coulson zauważa dziś autoironicznie, iż był to spory błąd, poszukiwanie „normalnych ludzi” w Kalifornii, na dodatek u zakonnic które miały dom w Hollywood. Zgromadzenie prowadziło szkoły i wśród nich był bardzo wysoki procent sióstr z wysokim wykształceniem. Na dodatek niejednokrotnie wywodziły się one z domów aktorów i businessmanów z Hollwood, w których wychowanie odbiegało od tradycyjnych schematów. Tam już na samym początku było spore otwarcie zakonu na nowinkarstwo i siostry Niepokalanego Serca Maryi (skrót od angielskiej nazwy Zgromadzenia - IHM) zgodziły się, aby ekipa psychologów weszła ze swoimi pomysłami do ich szkoły, w środowisko nauczycieli, uczniów i rodziców, aby móc wpływać na rozwój normalnego katolickiego życia rodzinnego. To zapoczątkowało katastrofę!

Brak pomocy u spowiedników

Na pytanie ile czasu zajęło mu niszczenie Zgromadzenia Sióstr, skruszony psycholog odpowiada, że to trwało około półtora roku. Siostry poddane „terapii” likwidującej „sumienie” nie chciały już żadnej innej władzy, niż „własny wewnętrzny głos”. Na przykład: pewna siostra Mary Benjamin IHM, która świeżo wstąpiła do zgromadzenia, została tam uwiedziona przez starszą od siebie zakonnicę lesbijkę. Stało się to pod pretekstem psychologizującego „uwolnienia tego kim się jest naprawdę wewnętrznie”. Oficjalnie gry erotyczne nie były elementem terapii zalecanej przez Rogersa, ale stosowało ją wielu terapeutów jako rzekome narzędzie do wyzwalania „ukrytych pragnień” pacjentów. Bywało też tak, że zakonnice opuszczające zgromadzenie wchodziły w związki z kapłanami również pod wpływem psychologów porzucającymi swoje powołanie. Siostra Mary Benjamin wkrótce po współżyciu ze współsiostrą miała wrażenie że stało się coś złego i wyspowiadała się z tego, trafiła jednak na kapłana który powiedział jedynie, że „nie chce wydawać wyroku na jej działania” i to „od niej należy decyzja o osądzie, czy to co zrobiła było dobre czy złe”. Wówczas ta młoda zakonnica zorientowała się, że tak naprawdę została z tym wszystkim sama. Utraciła podstawową busolę moralności i wystąpiła. Kiedy rodzice przywozili ją do zakonu, robili to w dobrej wierze myśląc że córka oddaje siebie Bogu, niestety oddawali ją władzy psychologii. Co opowiedziałby jej Jezus? To co odpowiadało jej prawdziwe sumienie: „Idź i nie grzesz więcej”, zamiast tego usłyszała psychologizującą odpowiedź, że „sama ma zadecydować”. Tak siostry szły za swoim wewnętrznym głosem, który po prostu powinien być nazwany POKUSĄ i masowo występowały ze zgromadzenia wschodząc w związki z mężczyznami, a często również z kobietami. Istnieje zapis tej katastrofy, która z czasem rozszerzyła się na inne zakony, wydany w formie książki Nancy Manahan, Rosemary Keefer Curb „Lesbian Nuns, Breaking Silence” Która dokumentuje sprawę widzianą od strony zakonnic, które wystąpiły ze Zgromadzenia, po odkryciu pod wpływem owych terapeutów, że są lesbijkami. Książka o wiarygodnej treści stała się bestsellerem, klasyką literatury LGBT.

Co na to zarząd Zgromadzenia sióstr?

Na tym etapie, kiedy już następowały te zbiorowe odejścia, władze Zgromadzenia Sióstr były już nieco zaniepokojone. Trudno było jednak wykształconym siostrom z nie zaufać psychologom , skoro powoływali się na psychologię jako naukę, Rogers był autorytetem w dziedzinie psychologii, a pełniący dużą rolę w zespole Coulson był katolikiem. Siostry doszły więc do wniosku, jakby wbrew już widocznym faktom "Ci ludzie nie zaszkodzą nam.” Tymczasem, Coulson, co obecnie wyznaje, choć był katolikiem miał nieraz podobnie anty-katolickie myśli jak Rogers. Nie lubili hierarchii kościelnej. Myśleli o sobie, że to oni są Kościołem i że to właśnie na nich Jan XXIII „otworzył okna, aby przewietrzyć Kościół”. Tymczasem ze zgromadzenia zaczynało „wywiewać” kolejne zakonnice. Czy i nie dzisiaj ilość odejść z zakonu wzrasta wraz z wpływem teorii psychologicznych na życie zakonne?

Społeczność bez hamulców.

Psychologowie w środowisko zakonu i szkoły zrobili eksperymentalną małą społeczność, w której miała panować zupełna wolność od wszelkich zahamowań. Korzystali tu ze specyfiki zamknięcia środowiska charakterystycznego dla szkół prowadzonych przez katolickie zakony. Dlaczego siostry na to pozwoliły? Czy nie czuły że są to destrukcyjne prądy? Jak się dało im okłamać jednocześnie ponad 600 zakonnic? Zapewne dla tego że w roku 1967 zakonnice wiedziały że wezwane są przez Sobór Watykański II do przewartościowania tego co było, a otwarcia się na to co nowe. To ogólne wezwanie w swojej gorliwości chciały natychmiast zrealizować. Czuły że jakoś jest to bolesne i rozwala ich wspólnotę, ale nie były dojrzałe do przerwania eksperymentu, który w założeniach wydawał im się dobry, bo był czymś nowym. Psychologowie jawili im się jako odpowiedź na „wezwania soborowe”. Był w tym czasie jeszcze zamęt i sposób odpowiedzi na wezwania soboru dopiero się kształtował, między innymi na tamtym tragicznym przykładzie. Z pewnością nie było to dobre rozumienie nauk soborowych, tylko jakaś manipulacja postanowieniami Soboru. Psychologizująca herezja.

Z 615 zakonnic, ile pozostało do dzisiaj?

Zgromadzenie zostało rozwiązane w sensie prawa kanonicznego, a przekształcone w świeckie zrzeszenie, co jest wyraźną oznaką że Kościół nie akceptuje czegoś takiego. Jest grupa kobiet na emeryturze, które mieszkają w ośrodku opieki; istnieje też niewielka grupa młodszych radykalnych feministek, która prowadzi sklepik w centrum teologii feministycznej w Hollywood. Istnieje też kilka szkół, ale ich sposób kształcenia nie ma już prawie nic wspólnego z tym co było kiedyś. Sprzedano też kampus uczelni. Nie istnieje też słynny niegdyś college. Te drogie szkoły, w fazie swojego upadku, były środowiskiem bardziej gorszącym od szkół państwowych. Jedna matka która zabierała jej córkę przed zamknięciem tego college mówiła: "Można stracić swoją wiarę za darmo na uczelni państwowej."

Skrucha

Skruszony psycholog wyznaje, że musiał zatem przerwać swoje działania po dwóch latach, ponieważ ich przedmiot badań przestał istnieć. Wyznaje: nie chcieliśmy zniszczyć, chcieliśmy ulepszyć. Tymczasem wszystko rozpadło się nam w rękach…

Maria Patynowska

Bibliografia


  1. "WE OVERCAME THEIR TRADITIONS, WE OVERCAME THEIR FAITH" Pierwodruk: "The Latin Mass.", Vol. 3, No. 1, 1994; zamieszczonego na stronie http://www.ewtn.com/
  2. Film „Tearing Down Catholic Schools - Dr William Coulson 1993 https://www.youtube.com/watch?v=8dGy8iuYgWA
  3. Polskie Towarzystwo Psychologii Humanistycznej http://www.psychologia-humanistyczna.pomoc-psychologiczna.com/.
  4. Nancy Manahan, Rosemary Keefer Curb „Lesbian Nuns, Breaking Silence” fragment on-line, http://www.bellabooks.com/mm5/appetizer/app-%20Lesbian%20Nuns%20Breaking%20Silence.pdf
  5. O autorze: http://www.issuesetcarchive.org/issues_site/resource/journals/coulson.htm
  6. Wasiukiewicz Anna, Psychologia jak religia, religia jak psychologia, Bollinari Publishing House, 2015.
Źródło informacji: FRONDA.pl

Msza tradycyjna jest bardziej odpowiednia dla dzieci niż Msza zreformowana


Foto http://www.newliturgicalmovement.org/
Napisałem już wiele o komunikacji niewerbalnej w liturgii i, jeśli chodzi o dzieci, których zdolności werbalne są ograniczone, jest czymś oczywistym, że jest to niezwykle ważny temat. W zreformowanej Mszy wszystko sprowadza się do kwestii komunikacji werbalnej: na głos wypowiada się wszystko co możliwe, występuje o wiele mniej powtórzeń podczas jednej Mszy, a także mniej powtórzeń między kolejnymi Mszami niedzielnymi. Oczywiście komunikacja niewerbalna jest istotna nie tylko dla dzieci. W nieśmiertelnych słowach katolika z klasy pracującej z Newcastle, z którym rozmawiał socjolog Anthony Archer, powiedział on na temat Nowej Mszy: „Człowieku, to jest jak jakiś wykład. Tylko się gada w kółko.” Novus ordo jest tak odbierane nie dlatego, że jest ono dłuższe, ale ponieważ wierny odbiera zwyczajną formę jako jeden wielki potok słów. Archer doszedł do wniosku, że Nową Mszę chwalą sobie głównie wykształceni, elokwentni katolicy wywodzący się z klasy średniej.

poniedziałek, 25 maja 2015

Z księgarskiej półki: Obóz świętych



Jean Raspail

OBÓZ ŚWIĘTYCH

[[img_alt]]

Wydawnictwo FRONDA, Warszawa 2015
ISBN: 978-83-64095-42-9
format 145x222, ss. 384, op. miękka ze skrzydełkami, cena 31,90 zł


AŻ TRUDNO UWIERZYĆ!

Autor 40 lat temu przewidział wydarzenia w Europie, które dzieją się na naszych oczach.

Książka odważna. Niesamowicie wizjonerska i prorocza. Aż do bólu niepoprawna politycznie.

I AŻ DO BÓLU PRAWDZIWA

W nękanych głodem i epidemiami krajach Orientu setki tysięcy ludzi opanowują statki, barki i łodzie. Niepowstrzymaną wściekłą falą ruszają ku Europie. Ów barbarzyński potop powoduje, że Europa umiera. Jej mieszkańcy – z nielicznymi wyjątkami – są od dawna sparaliżowani duchowo, moralnie i fizycznie przez ideologię permisywizmu, poprawności politycznej, tolerancji i multi-kulti. Poddają się więc biernie dzikim hordom. Ostatnie bastiony oporu, wierne ideałom cywilizacji chrześcijańskiej, są bezradne. Niemal już nie ma szlachetnych i mądrych elit.

ROZPOCZYNA SIĘ ARMAGEDON

Dlaczego Europa Białego Człowieka biernie poddaje się unicestwieniu i jaką rolę w tym procesie odgrywają media?

UWAGA! POWIEŚĆ TYLKO DLA OSÓB O MOCNYCH NERWACH!

Jean Raspail jest jak latarnia morska. Stara i samotna, ale niezłomna, trwająca mimo naporu nawałnic. Próbuje pokazać drogę żeglującym po coraz bardziej wzburzonym morzu, tym, którzy już nie potrafią marzyć, uświadomić im, gdzie jest port. 
Maciej Pawlicki, „wSieci”

czwartek, 21 maja 2015

Czy tradycyjna liturgia jest odpowiednia dla dzieci?


Foto: http://www.newliturgicalmovement.org/
Tematem, który zasługuje na o wiele większą uwagę niż do tej pory przyciągnął (przynajmniej z tego co wiem), jest to, jak dzieci pojmują Mszę „trydencką”. Jedna rzecz wydaje się jasna i wynika z mojego doświadczenia z własnymi dziećmi, a także dziećmi moich przyjaciół, które regularnie uczęszczają na Msze w tym rycie, mianowicie: wbrew wszystkim przewidywaniom liturgistów, uważających że dzieci potrzebują uproszczonej liturgii, podczas której wydziela im się malutkie porcje duchowego pokarmu, dzieci nie tylko często są zadowolone, mogąc uczestniczyć we Mszy w formie nadzwyczajnej, ale także mogą zostać naprawdę zauroczone i zafascynowane tą liturgią. Wszyscy znamy chłopców, którzy są brojącymi urwisami do czasu kiedy, zakładając sutannę i komżę, wkraczają w zwarte szeregi ministrantów i zachowują się jak żołnierze, a także młode kobiety, które z mantylką na głowie poświęcają się modlitwie w sposób który jest naprawdę budujący, nawet dla ich własnych rodziców.

niedziela, 17 maja 2015

Bp Mark O’Toole o tradycyjnej liturgii


W wywiadzie dla wydawanego przez Latin Mass Society magazynu Mass of Ages biskup Plymouth Mark O’Toole pochwalił „wierność tych osób, które chcą uczestniczyć w Nadzwyczajnej Formie Mszy” i stwierdził, że chciałby ustanowić w swojej diecezji regularny dostęp do tradycyjnej liturgii.

bishopmarksm3„Nie podoba mi się to że ktoś chodzi tam i z powrotem i odprawia Mszę tu, tam i wszędzie. Znacznie lepiej jest mieć zapewniony stały dostęp”.

Nie chodzi tu jedynie „o dostęp do celebracji Mszy. Chodzi również o to w jaki sposób duszpastersko towarzyszy się osobom, które na nią przychodzą – wsparcie kapłana w zakresie katechezy, a także wsparcie i doradztwo”.

Dodał, że chciałby utworzyć centrum liturgii tradycyjnej. Takie centrum istnieje już w Lanherne, na zachodzie jego rozległej diecezji, ale to nie wystarcza.

„Jeśli mielibyśmy coś takiego w rejonach wschodnich diecezji, byłoby to pomocne”. Nie widzi też problemu jeśli ludzie przychodzili by do takich ośrodków zamiast do swoich parafii.

„Jeśli jest regularny dostęp do Mszy, wtedy tam jest parafia. Ludzi podróżują tak czy inaczej”

Bp O’Toole przyznał też, że odbył „bardzo dobre spotkanie” z ks. Armandem de Malleray z Bractwa Kapłańskiego św. Piotra i pozostaje „otwarty” na kwestię przyznania Bractwu jednej z parafii w diecezji.

Biskup zwrócił też uwagę na miejsce łaciny i chorału w liturgii: „Jeśli wiele osób mówi o swojej miłości do starej Mszy, często chodzi tu o miłość do chorału gregoriańskiego i tego co za tym idzie. Te rzeczy muszą być normalną częścią katolickich celebracji”.

Catholic Herald

Źródło informacji: http://bdp.xportal.pl

Schizma hybrydowa – nowy numer magazynu „Polonia Christiana”


Najnowszy numer najlepszego ilustrowanego magazynu dla katolików można już nabyć w dobrych sklepach i salonach prasowych. Wiodącym tematem tego wydania jest dramatyczna sytuacja Kościoła na kilka miesięcy przed drugą częścią synodu ds. rodziny.

Czym jest schizma hybrydowa? „Takie nieoczekiwane zestawienie pojęciowe może na pozór wydawać się nieadekwatne do rangi omawianego problemu i paradoksalnie rodzić zarzut hybrydowości. Kiedy jednak uważnie przyjrzymy się wydarzeniom i wypowiedziom związanym z  trwającym synodem o rodzinie, zauważymy analogie, które trudno lepiej określić” – pisze redaktor naczelny magazynu Sławomir Skiba.

O „niemieckiej herezji” w kontekście obecnego kryzysu Kościoła pisze prof. Grzegorz Kucharczyk. „Kościół niemiecki trwa w schizmie co najmniej od roku 1993, gdy tamtejsi biskupi ogłosili, że zamierzają udzielać Komunii Świętej rozwodnikom żyjącym w związkach cywilnych” – przypomina historyk. Podejmując temat owego kryzysu, nie sposób nie podjąć próby analizy obecnego pontyfikatu. O „efekcie Franciszka”, pisze Piotr Doerre: „Niektórzy nazywają Franciszka papieżem-celebrytą, inni – samotnym rewolucjonistą. Jedni chłoną jego słowa i wypatrują niestandardowych zachowań, inni czują niepokój i konsternację za każdym razem, kiedy staje przed obiektywami kamer” – czytamy w nowym numerze dwumiesięcznika.

W magazynie „Polonia Christiana” podjęto oczywiście również inne tematy. O stosunkach polsko-ukraińskich inaczej niż pozostałe „niezależne media” pisze Roman Motoła. O fali nielegalnych imigrantów szturmujących wybrzeża Europy pisze natomiast Krzysztof Warecki w artykule zatytułowanym "Jak powstrzymać falę?".

W numerze – jak zwykle – nie zabraknie tekstów na temat prawdy, dobra i piękna. Piszemy między innymi o gotyku (a więc o tym jak Tradycja katolicka tworzyła przyszłość), nieznanej Europejczykom stronie Maroka oraz godnych polecenia – z katolickiego i patriotycznego punktu widzenia - książkach i filmach.

Do najnowszego wydania magazynu „Polonia Christiana” dołączono BEZPŁATNY DODATEK - płytę z filmem „Październikowa rewolucja. Co się stało na synodzie”.

Zapraszamy do dobrych sklepów i salonów prasowych, a od wtorku 12 maja zapraszamy do zamawiania przez stronę internetową: 


Już teraz zachęcamy do zamówienia rocznej prenumeraty magazynu "Polonia Christiana". Na prenumeratorów czekają wyjątkowe ceny i upominki. Zapraszamy tutaj: Prenumerata magazynu "Polonia Christiana"

Komunia do ręki ? – Non possumus



Komunia do ręki ? – Non possumus
List otwarty o powodach pewnej odmowy

Do mojego Biskupa, Jego Ekscelencji Giuseppe Amari, Biskupa Werony

Czcigodny Ojcze!

Niniejszym powiadamiam Ojca o bolesnym wyborze, jakiego muszę dokonać, a do jakiego zobowiązuje mnie sumienie. Moja decyzja nie dojrzała niespodziewanie. Jest owocem bolesnych przemyśleń, które są moim udziałem od maja, kiedy to biskupi włoscy skierowali do Papieża formalną prośbę o to, by również we Włoszech dano możliwość przyjmowania Eucharystii do ręki.

Oto mój wybór: Dnia 2 grudnia, kiedy to ze Mszą przedświąteczną pierwszej niedzieli Adwentu wchodzi w życie owo rozporządzenie, nieodwołalnie podaję się do dymisji z posługi wikariusza, którą od lat piętnastu spełniam w parafii Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej, i zgłaszam Ojcu moją niedyspozycyjność do przyjęcia posługi w innych miejscach, gdzie istnieje choćby tylko ryzyko, że będzie trzeba dawać wiernym Eucharystię do rąk.

Nie zmienia to faktu, ze niewzruszony pozostaje mój zamiar dalszego spełniania posługi kapłańskiej, a Panu Bogu dziękuję, że mnie do niej powołał.

Chciałem na początku zaznaczyć, że nie chodzi o wybór uczuciowy, ale przemyślany i rozważony w świetle Wiary.

Istnieją obiektywne powody, które mnie zobowiązują do podjęcia kierunku, jaki przyjąłem.

1) Dając wiernym Eucharystię do rąk, sprawiamy, że wielu z nich lekceważąc wskazówkę, aby konsekrowaną Hostię spożywać przed kapłanem, wracając na miejsce rozsiewają Jej cząstki po podłodze kościoła. Czy te cząstki są duże, czy małe, czy jest ich wiele, czy mało, nie zmienia to istoty skandalu, że systematycznie dokonuje się profanacja Ciała Pańskiego! Czy wprowadzając ten nowy sposób udzielania Eucharystii, Kościół pozostaje w zgodzie z nakazem Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 898): „Wierni powinni z największym szacunkiem odnosić się do Najświętszej Eucharystii, ...z największą pobożnością i często przyjmując ten sakrament i adorując Go z najwyższą czcią (...)”? Upadło poczucie rzeczywistości świętej i już otwarcie lekceważy się systematycznie inne normy Kościoła dotyczące Eucharystii. Łatwo przewidzieć, że wielu wiernych stopniowo dojdzie do spożywania Eucharystii z taką swobodą, z jaką na poczęstunku braliby coś do zjedzenia.

2) Wszyscy kapłani z doświadczenia wiedzą, że przy rodzaju chleba, z jakiego są wypiekane hostie, po udzieleniu Eucharystii na palcach prawie zawsze pozostają cząstki Chleba konsekrowanego. Właśnie dlatego po Komunii świętej odbywa się puryfikacja palców, aby nawet najmniejsza cząstka nie została zgubiona, a to w duchu należnego szacunku uwielbienia dla Ciała Pańskiego. W „Ogólnym wprowadzeniu do Mszału rzymskiego“ w nr. 237 czytamy: „Ilekroć przylgnie do paIców jakaś cząstka Hostii, zwłaszcza po łamaniu Chleba i Komunii wiernych, kapłan powinien otrzeć palce nad pateną a jeśli to konieczne, obmyć je. Ma również zebrać cząstki znajdujące się poza pateną”.

A wierni? Co dzieje się z cząstkami, które - nawet bez ich wiedzy - pozostają na ich palcach, a które w pełnym tego słowa znaczeniu są Ciałem Pańskim? Jedynie Bóg wie!

Czy są to skrupuły? Ktoś może tak myśleć, ale nikt tego nie udowodni! Jedno jest pewne: to mianowicie, że lepiej jest „grzeszyć“ przez nadmiar wyczulenia na Eucharystię, jak do tego zawsze Kościół zachęcał w minionych stuleciach, aniżeli grzeszyć powierzchownością, lekkomyślnością, brakiem uwielbienia i profanacją, jak ma to miejsce dzisiaj!

3) W dwóch parafiach, gdzie pełniłem posługę kapłańską, skradziono Eucharystię. Dla ścisłości należy dodać, że nie zabrano pieniędzy ani świętych naczyń, ani innych przedmiotów. Celem owych złodziei była Eucharystia, by Jej używać w obrzędach satanistycznych w tzw. czarnych mszach, które w ostatnim czasie rozpowszechniają się w sposób zatrważający. świadczy o tym fakt, że w coraz liczniejszych parafiach dochodzi do kradzieży Eucharystii.

Odtąd ów rodzaj profanatorów opanowanych przez diabła, nie będzie potrzebował dokonywać lub powodować ryzykownych nocnych kradzieży: sami przyjdą, aby Eucharystię otrzymać do ręki, podadzą im Ją kapłani na złotym talerzu. Czy również i to jest problemem fałszywym? Kto chce, niech tak myśli i według tego niechaj postępuje. Dla mnie problem jest rzeczywisty i jak najbardziej poważny, a także ja mam prawo i obowiązek odpowiedniego działania.

Liczę się z oczywistym zarzutem względem moich przemyśleń i mojej decyzji: „Jeśli Papież, przez kompetentne Kongregacje watykańskie, zatwierdził udzielanie Komunii do rąk, powinieneś to przyjąć w duchu posłuszeństwa”. Wiem, że powinienem być posłuszny Papieżowi (i staram się to czynić we wszystkim), lecz nie jestem zobowiązany do posłuszeństwa wówczas, gdy to, czego się ode mnie wymaga, przez moje sumienie jest postrzegane jako nieposłuszeństwo względem Pana Boga.

św. Paweł, świadom swojej władzy apostolskiej, lecz również granic tej władzy, pisze: „Nie możemy niczego dokonać przeciw prawdzie, ale (wszystko) dla prawdy” (2 Kor 13, 8). A ponieważ Chrystus jest Prawdą (por J 14, 6) i stał się Eucharystią, przeto jest tak, jakby nam Apostoł powiedział: Nie mamy żadnej władzy przeciw Chrystusowi, ale dla Chrystusa. Nie mamy żadnej władzy przeciw Eucharystii, lecz dla Eucharystii. Nasuwa się pytanie. Czy ci, którzy dzisiaj są następcami Apostołów, zdają sobie sprawę, jak św. Apostoł sobie ją zdawał, że ich władza nie jest ograniczona, lecz ma granice wyraźne i nieprzekraczalne?

Z jednej strony Sobór Watykański II uczy mnie, że w Najświętszej Eucharystii zawiera się całe duchowe dobro Kościoła (Presbyterorum ordinis), a z drugiej nagle zaczyna się wymagać, abym przyjął normę, która dozwoli udzielania Komunii do ręki. Jest to jaskrawa sprzeczność między zasadą doktrynalną przypomnianą przez Sobór, a normą dyscyplinarną zatwierdzoną teraz. Postawione wobec tej sprzeczności moje sumienie wybiera zasadę doktrynalną, a odrzuca normę, która się sprzeciwia zasadzie.

Czy więc osądzam biskupów i Papieża jako winnych wytworzenia tej sprzeczności? Nic podobnego! Ja nie osądzam ich sumień, a tylko nie pochwalam wyboru, którego dokonali, a mam prawo i obowiązek to czynić. Nieomylność Papieżowi wcale nie jest zapewniona w posunięciach duszpasterskich i w normach dyscyplinarnych. Jeszcze mniej w tych sprawach nieomylni są biskupi. Wiem, ze jest moim obowiązkiem przyjmować decyzje i normy dane przez następców Apostołów, także wówczas, gdy nie są najlepsze. Lecz nie wolno mi ich przyjmować, gdy w rzeczywistości depczą tego Chrystusa, który - według ich własnego nauczania, a więc według naszej wiary - jest całym duchowym dobrem Kościoła. W takich warunkach moje sumienie już nie może przyjmować i okazywać posłuszeństwa. Jeżeli okazałbym posłuszeństwo tej normie, czułbym się nieposłuszny Chrystusowi Panu.

Czy błądzę? Jestem pewien, że nie, w każdym razie osądzi to Pan! Wszystkim jednak, włącznie z moimi przełożonymi, przypominam ich obowiązek szanowania mojego sumienia.

Sobór naucza: „Nakazy Bożego prawa, człowiek dostrzega i rozpoznaje za pośrednictwem swojego sumienia, do którego jest obowiązany wiernie się stosować w całym swym postępowaniu, aby dotrzeć do swojego celu. Boga. Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swemu sumieniu. Lecz nie wolno mu także przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej (Diginitatis humanae, n. 3). Nieco dalej można tam przeczytać, że „każdy jest obowiązany być posłusznym własnemu sumieniu” (Diginitatis humanae, n. 11).

Można postawić mi zarzut: „Te stwierdzenia Soboru odnoszą się do ludzi należących do innych reigii, a kto jest chrześcijaninem, tym bardziej kapłanem, ma obowiązek kształtować swoje sumienie według nauczania Magisterium Kościoła i temu sumieniu potem ma obowiązek okazywać posłuszeństwo”. Oczywiście! I właśnie dlatego, że moje sumienie zostało ukształtowane przez nauczanie doktrynalne Kościoła, nie może ono przyjąć normy dyscyplinarnej, która dozwala na Komunię do ręki, a to ze względu na skutki takiego procederu. Nie jest moją winą, jeśli zasada doktrynalna i norma dyscyplinarna pozostają ze sobą w sprzeczności. Nie jest moją winą, jeśli jestem zmuszony wybierać między jedną a drugą. Jeśli wybrałbym normę, ofiarą tego stałaby się zasada, a na to nie pozwala moje sumienie.

Jeśli, pozostając w parafii, odmówiłbym udzielania Komunii do ręki, wzbudziłbym ostre sprzeciwy wiernych, którzy by się czuli obrażeni w swoich prawach; byłbym też nieposłuszny Papieżowi. Jeśli natomiast ugiąłbym się przed normą dopiero co zatwierdzoną, to byłbym nieposłuszny mojemu sumieniu. Nie chcąc zaś wpaść w żadną z tych dwu form nieposłuszeństwa, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko złożyć dymisję z parafii i nie przyjmować innych obowiązków, przy których, dla okazania posłuszeństwa Papieżowi, musiałbym być nieposłuszny mojemu sumieniu lub dla okazania posłuszeństwa mojemu sumieniu, musiałbym być nieposłuszny Papieżowi. Ponadto musiałbym oglądać gniewne reakcje tych wiernych, którzy za wszelką cenę żądają Eucharystii do ręki.

Przewiduję też inny zarzut: „Ty wprawdzie nie osądzasz odpowiedzialności subiektywnej biskupów i Papieża, lecz uważasz ich wybór za obiektywnie błędny”. Oczywiście! Ale stąd nie można wnioskować, że pobłądziłem. Apostoł Paweł sprzeciwił się Piotrowi otwarcie, bo na to zasłużył i skarcił go w obecności wszystkich, ponieważ Piotr nie szedł prostą drogą według prawdy Ewangelii i działał obłudnie (Gal 2, 11-14). Jeśli więc zwierzchnik apostołów, człowiek święty i przez Jezusa ubogacony szczególnymi charyzmatami, popadł w obłudę, to dlaczego mielibyśmy uważać za pewne, że dzisiaj następcy Apostołów są ustrzeżeni od ryzyka dokonywania wyborów błędnych i szkodliwych dla życia Kościoła? Ja, w odróżnieniu od Pawła, nikogo nie oskarżam o obłudę, lecz nie potrafię nie widzieć sprzeczności, które w pewnych przypadkach istnieją między tym, co się głosi, a tym, co się czyni. Przy tym zaś chodzi mi o to, co się czyni w Kościele na płaszczyźnie publicznej, przez posunięcia zaprogramowane, które najpierw powinny byłyby zostać uważnie rozpatrzone, a jednak w niektórych przypadkach są w jawnej sprzeczności z tą Ewangelią, której duszpasterstwo powinno być ucieleśnieniem.

Rozprzężenie w Kościele, i to bardzo poważne, jest dziś większe niż kiedykolwiek. Należy je przypisać nie tylko zamieszaniu i duchowi anarchii, panującym wśród wiernych i księży. Za wiele przypadków odpowiedzialne są szczyty Kościoła. Rozprężenie panujące na poziomie doktrynalnym zauważa się nawet wcześniej niż na duszpasterskim.

Nie są to moje opinie, lecz fakty. W świetle mojej wiary, zbudowanej na nauczaniu Kościoła, mogę i powinienem osądzać, czy dzisiaj twierdzenia pasterzy są zgodne z nauczaniem pasterzy wszechczasów, czy są mu przeciwne. W świetle wiary Piotra nie tylko mogę ocenić czyn Piotra (jak to zrobił św. Paweł Apostoł), lecz mogę także oceniać nauczanie następców Piotra i wszystkich innych pasterzy Kościoła.

1) W Mszale rzymskim, we Mszy za zmarłego Papieża, Biskup Rzymski zostaje zdeklasowany, bo jest teraz przedstawiony jako zastępca Piotra, choć Wiara zawsze nam go ukazywała jako zastępcę Chrystusa i następcę Piotra. Czy to przeoczenie? Nie! Wyjaśnienie znajdujemy tylko w wietrze, który dmie z wiary „nowej teologii”.

Oto chce się dać coraz to więcej przestrzeni i władzy dawnym konferencjom biskupów, z uszczerbkiem dla władzy Papieża; władzy, której nikt na ziemi nie może umniejszyć - nawet Kościół, nawet sam Papież - bo ona pochodzi wprost od Chrystusa Pana.

Można mi postawić zarzut, że w kilku innych miejscach tej samej Mszy Papież jest ukazany jako „zastępca Chrystusa”. Zgoda, lecz to nie naprawia błędu poprzedniego, a raczej powoduje zamieszanie wśród wiernych, którzy już nie wiedzę, czy Papież jest zastępcą Chrystusa, czy po prostu zastępcą Piotra. Kto jest odpowiedzialny za to zdeklasowanie postaci Papieża? Odpowiedzialnymi są właśnie owe szczyty Kościoła, które nie umieją (lub nie chcą) oddzielać błędu od prawdy, jak miało to miejsce dawniej, lecz honorują błąd, i to do tego stopnia, że go włączają jako pełnoprawny składnik do tekstów liturgicznych Kościoła.

2) W Dziesiątej prefacji na niedzielę okresu zwykłego czytamy: „Dzisiaj Twoja rodzina, zebrana na słuchaniu słowa i we wspólnocie jedynego chleba połamanego, wspomina zmartwychwstałego Pana, w oczekiwaniu na niedzielę, która nie będzie mieć zachodu, kiedy to cała ludzkość wejdzie do Twojego spoczynku, wtedy ujrzymy Twoje oblicze i bez końca będziemy chwalić Twoje miłosierdzie”. Widać, że nie chodzi tu o pragnienie, o życzenie, aby wszyscy zostali zbawieni, lecz o stwierdzenie: wszyscy będą zbawieni! Przeto... wszyscy w raju! Piekło już nie istnieje, nawet jako hipoteza. Czy jest to „nowa” prawda Kościoła? Czy ta ‚nowa” prawda jest w zgodzie z Ewangelią Jezusa? Czy jest w zgodzie z nauką św. Pawła: „Sprawujcie wasze zbawienie z bojaźnią i drżeniem” (Flp 2, 12)?

Kto jest odpowiedzialny za to, że wśród dobrego ziarna zawartego w tekstach liturgicznych, wyrasta ten kąkol?

Jeszcze raz: odpowiedzialnych trzeba szukać nie we wspólnocie, lecz na szczytach Kościoła, które są coraz słabsze i już niezdolne, by oprzeć się wiatrowi „nowej teologii”. „Nowej teologii”, która rozprzestrzenia się i zaraża wszystko oraz wszystkich. Są to jedynie dwa przykłady spośród wielu, które mógłbym przytoczyć.

Jeśli na poziomie doktrynalnym przewodnicy kościelni źle prowadzą wiernych, to na poziomie dyscyplinarnym oraz duszpasterskim sytuacja jest jeszcze gorsza, i nie może być inaczej! Kiedy ci, którzy mają władzę w Kościele, błądzą jako nauczyciele, wprowadzając heretyckie błędy do ksiąg liturgicznych, należy uznać za oczywiste, że pobłądzą jako pasterze, wprowadzając normy lub tolerując praktyki przeciwne Ewangelii. Kiedy zaś we Mszy nie ma szacunku dla Chrystusa-Prawdy, tym bardziej nie ma szacunku nawet dla Chrystusa-Eucharystii. Kto, znając prawdę Ewangelii, zdolny jest ją zdradzić, ten zdolny jest do wszystkiego.

To właśnie według tej logiki daje się wyjaśnić nowa norma, która zezwala na Komunię do rąk. ów wybór populistyczny, uległy wobec nalegań pewnych wiernych. Lecz nie tak samo uległy względem pierwszej, ze wszech miar pierwszorzędnej powinności Kościoła, która polega na tym, by Chrystusa-Eucharystię uważać za dobro największe, za skarb, który ma być zazdrośnie strzeżony oraz udzielany z całym szacunkiem i z możliwymi zabezpieczeniami, aby nie dopuścić do uronienia nawet najmniejszej cząsteczki.

Ta ostatnia „zdobycz” (?) Kościoła włoskiego (Eucharystia do ręki), uzyskana na podstawie prośby jego pasterzy przez „placet” Watykanu, była przygotowana i ułatwiona, umożliwiona i uznana za właściwą, przez ów klimat wielkiej nieczułości oraz utraty poczucia świętości Eucharystii; klimat, który od dawna tworzył się na wszystkich płaszczyznach, przy bierności lub sprzyjaniu tych, którzy powinni interweniować, a tego nie uczynili. Oto wybrane dowody:
1) Niektórzy wierni, pobudzeni wyczuleniem religijnym, przyjęli na siebie niewdzięczne zadanie braterskiego napomnienia kapłanów, bo ci na ogół nie przyklękali, gdy wchodzili do kościoła (z wyjątkiem wejścia dla odprawienia Mszy) lub kiedy przechodzili przed tabernakulum. W odpowiedzi, którą zostali uraczeni, powiedziano, że są to rzeczy przebrzmiałe, zwyczaje z innych czasów.

2) Wielu księży posyła „nadzwyczajnych szafarzy“ Eucharystii, aby zanosili Komunię osobom starym i chorym, które w ten sposób zmuszone są przyjąć ją bez spowiedzi. W pewnych przypadkach ci wierni, jeżeli przez kapłana zostaliby przygotowani, przystaliby na spowiedź, a byłaby ona niezbędna dla pewnych starców albo chorych! Mówię to z własnego doświadczenia. Czyż ów sposób działania nie prowadzi do Komunii świętokradzkich? Ja coś o tym wiem.

Ponadto, czyż nie jest prawdą, że wyświadcza się jak najgorszą przysługę tym „ostatnim” w parafii? Tyle mówi się o „ostatnich”, lecz niektórzy „ostatni” są tak bardzo ostatni, że nie zasługują na nic, nawet na to, by ksiądz raczył umożliwić im spowiedź. O wspomaganiu „ostatnich” w ich potrzebach fizycznych i psychologiczno-uczuciowych mówi się wiele, natomiast nie myśli się o pomocy w ich potrzebach duchowych.

3) Niemało jest księży, którzy depczą normy istniejące, i - co jeszcze cięższe - depczą wymogi Wiary, dając Eucharystię osobom jawnie rozwiedzionym i złączonym cywilnie lub razem mieszkającym.

4) Znana jest zdrada pewnych księży (i biskupów), którzy z uporem dają Eucharystię katolikom (oni się uważają zu takich), którzy są zadeklarowanymi aborcjonistami i publicznie, na polu kulturalnym i politycznym, podjęli zacięte starania na rzecz najbardziej niecnego i morderczego prawa, skierowanego przeciw życiu poczętemu, a również obecnie, nie odżegnując się od owego wyboru aborcjonistycznego, usprawiedliwiają go.

5) Zresztą, jeśli Kościół pozwala, by księża, którzy są zadeklarowanymi aborcjonistami jak ojciec Ernesto Balducci, sprawowali Eucharystię i nie interweniuje przez wyraźne sankcje względem nich, jak to powinien uczynić, to już w ogóle nie ma się czemu dziwić.

6) Znani są także księża, co w jawnvm nieposłuszeństwie względem rozporządzeń Kościoła, zachęcają wiernych do pozostania na stojąco podczas konsekracji, bo - jak mówią - postawa stojąca lepiej wyraża wiarę w Chrystusa zmartwychwstałego. Lecz kiedy i jak ci księża uczą wiernych klękać, aby lepiej wyrazić uwielbienie dla Pana Jezusa, który właśnie dlatego, że zmartwychwstał, jawi się jako nasz Bóg, a więc jako godzien uwielbienia naszego?

7) A co powiedzieć o nadzwyczajnych szafarzach Eucharystii, którzy w niektorych parafiach, z winy ich proboszcza o „szerokich horyzontach”, stali się szafarzami „zwyczajnymi” (oczywiście dlatego, ze ich księza są zmęczeni i potrzebują odpoczynku, a podczas gdy oddają się pogawędkom w zakrystii, ich podopieczni rozdają Komunię? Ci zaś, z uporem łamiąc normy kościelne, rozdaią Eucharystię w zwykłvch koszu1ach tzn. bez szaty liturgicznej, którą powinni wdziewać.

8) Te rzeczy jednak juz nie budzą zdumienia, gdy się pomyśli, że ci ludzie świeccy jedynie naśladują, i to z mniejszą wiarą, przykład niektórych księży, którzy jak tylko się nadarzy sposobność w jakiejś małej grupie, odprawiaią Mszę w koszuli i niebieskich dżinsach!.

9) Jest jeszcze coś bardzo poruszającego: przy pewnych okazjach niektórzy księża osobliwie ekumeniczni odprawiają Mszę, mając w pobliżu, tzn. w prezbiterium, pastorów protestanckich, do których przy Komunii kierują zaproszenie, aby tamci wzięli sobie Eucharystię. Niech żyje ekumenizm!

10) Kilka lat temu wysokie szczyty Kościoła zezwoliły nam już nie klękać na obydwa kolana przed Panem Jezusem uroczyście wystawionym w Eucharystii. Czy naprawdę była potrzeba usunięcia tego małego znaku uwielbienia? Jeśli zważy się, że w meczetach przez cały czas klęczy się na obydwu kolanach i jest się pochylonym do ziemi, to - choć pozostaje prawdą, że katolicy nie mają się czego uczyć od islamu - przychodzi na myśl, że w odniesieniu do ducha uwielbienia my, katolicy, powinniśmy uczyć się od muzułmanów. Oto piękna zdobycz chrześcijaństwa modernistycznego!

11) Jak w wielu Kościołach zostało przebudowane prezbiterium po Soborze? Po prostu, udało się z Chrystusa uczynić wielkiego wyłączonego.Wierni patrzą na piękną twarz księdza; ten patrzy na piękne twarze swych wiernych.

A Jezus Chrystus? Niech Jezus Eucharystyczny sobie cicho siedzi za plecami księdza. Wobec Papieża - nie, lecz wobec Chrystusa - tak. Dla Papieża - wyrazy szacunku, a dla Chrystusa - obraza. Złe wychowanie religijne panuje w domu, i to w domu własnym!

12) Wiadomo, że albo chrześcijanie zmieniają świat, albo świat zmienia chrześcijan. Jak bardzo w ostatnim czasie rozwinął się bezwstyd w naszych Kościołach. W jakich strojach niektóre kobiety przychodzą do Kościoła, a nawet - przyjmują Komunię. Czyż i to nie jest obrazą Chrystusa Eucharystycznego? Większość księży woli udawać, że tego nie widzi. Może lepiej nie mówić o pewnych parafiach, gdzie spódnica „mini” ma wolny wstęp na ambonę dla czytań mszalnych. Czy to jest emancypacja kobiet? Czy jest to prawowite uwspółcześnienie chrześcijaństwa? Czy nie jest to raczej profanacja miejsca świętego, obraza innych wiernych, a zwłaszcza obraza Chrystusa, który jest obecny w Eucharystii?

13) A co myśleć o oklaskach, do których pewni księża „biesiadnicy” zachęcają w kościele na cześć nowożeńców lub w innych okolicznościach? W Biblii czyta się: „Wszystko ma swój czas (...) jest czas milczenia i czas mówienia” (Koh 3, L 7). Oklaski osobami pierwszoplanowymi czynią nowożeńców, a nie Chrystusa, rzeczywiście obecnego w Eucharystii.

14) Jak ocenić tolerancję, jaką prawie wszyscy biskupi latami okazywali księżom, bez pozwolenia i stale udzielającym wiernym Komunii do ręki, wprowadzając do Mszy ich własne nieposłuszeństwo?

Do Mszy, która jest ofiarą spełnianą przez Chrystusa w posłuszeństwie względem Ojca?....
To właśnie na gruncie tej rozpowszechnionej już i zakorzenionej nieczułości wobec Eucharystii dojrzala niedawno decyzja udzielania Komunii do ręki także we Włoszech. Kiedy nie było jeszcze pozwolenia, biskupom, bardziej niż innym, przysługiwało prawo i do biskupów należał obowiązek interweniowania. Z powodu ich ukrywania się, nieposłuszeństwo rozszerzało się jak plama z oleju, aż zmusiło Kościół do ugięcia się przed wolą buntowników.

Do usunięcia nieposłuszeństwa prowadzą tylko dwie drogi: albo nagięcia buntowników i doprowadzenia ich do posłuszeństwa, albo usunięcia prawa, któremu oni są nieposłuszni. Trudownicy Kościoła także w tym przypadku wybrali drugą drogę: jeszcze raz - układ wygodniejszy; rozwiązanie, które niczego nie rozwiązuje, a przeciwnie - powiększa problem! Wysiłki w celu doprowadzenia upartych buntowników do posłuszeństwa były ryzykowne: istniało niebezpieczeństwo, lub dokładniej mówiąc - pewność, że trzeba będzie się poddać i ulec ich woli. W ten sposób gra się skończyła: już nie ma nieposłusznych; a przy tym zadowoleni są buntownicy, którzy uzyskali to, czego chcieli, i zadowoleni są pasterze, którym udało się uniknąć kłopotów. Jeśli płacić za to ma Chrystus Eucharystyczny... to już Jego rzecz!

Ktoś, nie zdając sobie sprawy z głupstwa, które mówił, starał się uwolnić mnie od moich „skrupułów”, twierdząc: „Aniołowie pomyślą o tym, by zebrać cząsteczki”. Jakże bardzo jesteśmy daleko od czasów, gdy Kościół nie delegował Aniołów do spełnienia tego, co było (i jest!) ścisłym obowiązkiem Kościoła, ale stosował wszelką możliwą przezorność, udzielając Eucharystii przy balaskach pokrytych obrusem oraz używając pateny, aby uniknąć zagubienia jakiejkolwiek cząstki Eucharystii.

Jeżeli dzisiaj nie ma już tej samej troskliwości, co kiedyś, to może już się nie wierzy w rzeczywistą obecność Jezusa w małych cząstkach Chleba konsekrowanego! Często tak niestety jest! Również to należy do osiągnięć „nowej” teologii, która zdobywa pola przy wsparciu pewnych wydawnictw katolickich (?) i pewnych księgarń katolickich, rozpowszechniających opracowania i książki zawierające herezję. Nawet biskupi połknęli ten haczyk.

Zanim pozwolono udzielać Komunii do ręki, biskupi nie tylko nie starali się doprowadzić buntowników do posłuszeństwa, lecz „pokornie” poddawszy się, zaczęli naśladować ich najgorszy przykład. Jeszcze raz można było zobaczyć smutne, powtarzające się przedstawienie: oto przewodnicy, którzy zamiast prowadzić, sami dali się prowadzić, i co gorsza, dali się prowadzić na manowce.

Na tle nowej normy księża buntownicy, którzy latami dawali wiernym Eucharystię do ręki, nie mając do tego uprawnienia, z buntowników, jakimi byli (i jakimi są nadal), stali się prorokami i teraz jaśnieją jako ci, którzy wyprzedzili nowy nurt Kościoła. Prawda jednak pozostaje inna: odpowiedzialność tych księży pozostaje bardzo wielka, i to w różnych odniesieniach.

1) Swoim przykładem zarazili kapłanów, którzy zaczęli udzielać Komunii do ręki, gdy nie było to dozwolone. W ten sposób, przez swoją „świętą krucjatę” stali się „nauczycielami nieposłuszeństwa”.

2) Przez modę, którą chcieli wzbudzić, albo którą rozpowszechniali, dopuścili się przemocy względem innych kapłanów, którzy, jeżeli nawet nie podzielali tej mody, poczuli się prawie zmuszeni do ustąpienia, i rzeczywiście ustąpili pod naciskiem „nowoczesnych” wiernych, coraz bardziej aroganckich w żądaniu Eucharystii do ręki.

3) Księża, którzy jak ja, nie ugięli się - ani dobrowolnie, ani wbrew woli - niedozwolonej modzie Komunii do ręki, z winy tamtych właśnie swoich „współbraci”, co swoim uczynili ideał posłuszeństwa modzie i mody na nieposłuszeństwo, doznali krzywdy przez to, że wyglądali jak ludzie, co nie mieszczą się we współczesności i są buntownikami względem Kościoła.

Dla potwierdzenia przytaczam trzy przypadki, które mi się zdarzyły. Oto pewien starszy pan wyciągnął rękę po Hostię Konsekrowaną. Ruchem głowy dałem mu znak, że nie mogę. Wobec tego nie chciał przyjąć Komunii i w sposób oschły i pospieszny wyszedł z Kościoła, nie czekając nawet na koniec Mszy świętej. Jest oczywiste, ze ów pan ocenił moją odmowę jako niesprawiedliwość w odniesieniu do jego prawa, a to - z powodu tamtych księży, co wykrzywili sumienia bardzo wielu ludzi, doprowadzając ich do mniemania, że jest prawo tam, gdzie prawa nie było.

Przypadek drugi: Wobec mojej odmowy pewna pani przyjęła Komunię, lecz głosem zmienionym, bo przełykała Hostię, powiedziała oschle: „Już więcej nie przyjdę do tef parafii!” Jest oczywiste, że owa pani była z parafii bardziej „nowoczesnej” niż moja!

A oto, w istocie wdzięczny, przypadek trzeci: Pewnej młodej pani, która wyciągnęła rękę, by przyjąć Eucharystię, dałem znak, że nie mogę. Poruszona moją odmową, dopytywała się przy wszystkich: „Dlaczego ksiądz nie chce dać mi Komunii do ręki?” - „Ponieważ nie można! ” - „A właśnie, że można; mój proboszcz daje mi Ją zawsze”. - „Popełnia błąd, bo nie wolno mu tego czynić! ”

Przyjęła ona Hostię Konsekrowaną do ust (w jakim stanie ducha, łatwo to sobie wyobrazić!), lecz po Mszy bardzo rozgniewana przyszła do zakrystii na drugą fazę dyskusji: „A jakim prawem odmówił mi ksiądz Komunii do ręki? „A jakim prawem odmówił mi ksiądz Komunii do ręki?“ - „Według prawa, które wynika z mojego obowiązku! W rzeczywistości bowiem, łaskawa pani, jeszcze nie ma pozwolenia na to, czego pani pragnie”. - „A jednak ‚nożna to czynić, powiedział to również mój wujek”. - „A któż to jest ten wujek tak dobrze poinformowany” - „To ksiądz prałat...” (przemilczę to nazwisko tylko ze względu na miłość bliźniego, lecz uwaga: jest to znaczna postać w Kurii) - „Proszę powiedzieć wujowi, aby się lepiej zaznajomił, a niezależnie od tego, proszę sobie zrobić kopię dokumentu, który pozwala na udzielanie we Włoszech Komunii do ręki. Potem, jeśli uda się Pani zdobyć dowody na to, że Pani ma słuszność, a ja jestem w błędzie, proszę przyjść do mnie”.

W dwa tygodnie później ujrzałem ją znowu w zakrystii. Była jeszcze bardziej rozzuchwalona: „Mój wujek powiedział, że jest odpowiedni dokument, lecz on nie ma czasu, aby go odnaleźć”. - „Proszę powiedzieć swojemu wujowi, ze jest fałszywy i nieuczciwy, bo sprawia, że ja wyglądam jak fałszywy i nieposłuszny Kościołowi, podczas gdy prawdziwym buntownikiem jest on, mimo że jest prałatem Kurii!”

Mógłbym przytoczyć wiele innych przypadków podobnych, które mi się zdarzyły.

Wy, biskupi, nie macie prawa - i to mówię także do Ciebie, Czcigodny Ojcze, mój biskupie - pozwalając, aby ten, kto jest posłuszny Kościołowi, płacił tak wielką cenę i znosił te poniżenia ze strony ludzi bezczelnych, co zostali „wychowani” do błędu i do arogancji przez tych księży, których przywołać do porządku wy nie staraliście się wszystkimi środkami, jakie mieliście do dyspozycji. Wasza tolerancja wobec sytuacji anormalnych żadną miarą nie sprzyja braterskiej wspólnocie między księżmi a wiernymi, lecz prędzej czy później doprowadza do wybuchu konfliktu, jakiego chciałoby się uniknąć. Nie macie prawa pozostawiać samymi tych księży, co walczą nie w obronie przekonań osobistych, lecz w obronie rozporządzeń Kościoła. Tak czyniąc dopuszczacie się niesprawiedliwości, bo otwieracie serce temu, kto was zdradza, a zamykacie je przed tym. kto wam rzeczywiście służy!!!

4) Całe wspólnoty sióstr zakonnych, związane z Kościołem uroczystym ślubem posłuszeństwa, weszły na drogę nieposłuszeństwa publicznego i upartego (od lat proszą i otrzymują Komunię do ręki) właśnie z winy pewnych księży, którzy je zepsuli, a mówiąc o „zepsuciu” nie przesadzam, bo jeśli cnotą jest posłuszeństwo, to nieposłuszeństwo jest wadą! W wydaniu tych sióstr i tych księży, co są ich nauczycielami, uwspółcześnienie życia zakonnego zgodnie z duchem Soboru, utożsamia się z nieposłuszeństwem względem Kościoła, a jednocześnie z posłuszeństwem różnorakiej modzie chwilowej.

5) Owi księża „nowocześni”, owi „poprzednicy” i „prorocy”, dawniej nie rozumiani, a teraz zwycięscy, wyrządzili wielką szkodę całej wspólnocie chrześcijańskiej, która została wychowana do nieposłuszeństwa i wpadła w zamieszanie większe niż to było wcześniej.

6) W końcu, wyraźną krzywdę wyrządzali też wam, biskupom, sięgając po władzę, jaką Pan dał wam. Wywłaszczywszy was z lejców, do których oni nie mieli prawa, podczas gdy wy nie mieliście prawa ustąpić. Wspólnota chrześcijańska. potrzebowała i potrzebuje innych proroków, zarówno w górze, jak i na dole; potrzebowała i potrzebuje przewodników oświeconych i odważnych, zdolnych do rozpoznania prawdziwych i ciężkich problemów dręczących dziś Kościół, a także zdolnych do prowadzenia dobrej walki ( Tm 1, 18) i gotowych do poświęceń w celu odnowienia świata, uczynienia go z dzikiego ludzkim, a z ludzkiego - chrześcijańskim.

Wspólnota chrześcijańska potrzebuje, aby jej pasterze skupili uwagę na problemach pilniejszych i większych. Od kilku dziesięcioleci Kościół przegrywa wszystkie walki, a jednak większość pasterzy nie wydaje się być zaniepokojona. Zwykło się uciekać do wygodnego optymizmu i tonem musującej nadziei mówić o „wiośnie Kościoła”.

Kiedy zaś znajdzie się odwaga, by spojrzeć w twarz rzeczywistości, prawie nigdy nie wychodzi się poza diagnozę. Niemal wszyscy pasterze w tej smutnej porze Kościoła sprowadzili swą władzę rządzenia do bladej władzy doradczej, a tymczasem choroba rozwija się nadal.

Prawie dziesięć lat temu (6 II 1981 r.) Papież Jan Paweł II podniósł krzyk grozy, który powinien był zakłócić sen wszystkim: „ W poczuciu bolesnej rzeczywistości trzeba przyznać - są to słowa Papieża - chrześcijanie w dużej mierze czują się zagubieni, zmieszani, zakłopotani, a nawet rozczarowani. Pełnymi garściami rozrzucono idee przeciwstawne prawdzie objawionej i nauczanej od zawsze. Rozpowszechniły się prawdziwe herezje na polu dogmatycznym i moralnym, wywołując wątpliwości, zamieszanie, bunty. Sfałszowano także liturgię. Zanurzeni w relatywizmie intelektualnym i moralnym, a przez to w permisywiźmie, chrześcijanie są kuszeni przez ateizm, agnostycyzm, iluminizm o mrocznej moralności, przez chrześcijaństwo socjologiczne, bez określonych dogmatów i bez moralności obiektywnej”.

Obraz to raczej ciemny, dramatyczne wezwanie skierowane do wszystkich, ale przede wszystkim - do biskupów. Jednak letarg nie został przerwany: wszystko toczy się jak dawniej, a nawet jeszcze gorzej! Jak można nie zdawać sobie sprawy z tego, że dzisiaj Kościół potrzebuje całkiem innych reform i całkiem innych interwencji? Innej walki trzeba było i trzeba było ją prowadzić! Cóż uczyniono po krzyku grozy, jaki podniósł Papież, co uczyniono, aby znaleźć lekarstwo na zło wskazane przez Głowę Kościoła? Prawie nic, z wyjątkiem deszczu dokumentów, potopu słów, które nie zmieniły sytuacji.

Wszyscy widzą na własne oczy, że wspólnota chrześcijańska jest dziś osaczona przez pewnych fałszywych pasterzy, co w rzeczywistości są drapieżnymi wilkami, już nawet nie bardzo zamaskowanymi. Na polu teologicznym proponują oni coraz otwarciej herezje albo dwuznaczność lub rozwodnienie prawdy. Na polu teologicznym zło oni nazywają dobrem, w jaskrawej sprzeczności z tym, czego nauczał Pan Jezus i Magisterium Kościoła. Na polu dyscyplinarnym trwają oni w anarchii i tym zakażeniem zarażają swych uczniów. Na polu duszpasterskim, zamiast wychowywać według ducha Ewangelii, psują owczarnię mniej lub bardziej przysłoniętymi formami pornografii, która trafia nawet do katolickich sal kinowych.

W maju tego roku kardynał Poletii, przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch, wyraził swoje wielkie zmartwienie listem 63. „krzewicieli nauk Kościelnych”. List – są to jego słowa - nie wykazuje zgodności z prawidłowym myśleniem i działaniem kościelnym; a dalej: Nasze zmartwienie dotyczy zwłaszcza wychowanków naszych seminariów oraz instytutów teologicznych, którzy jutro zostaną naszymi kapłanami, a dzisiaj na pewno nie mają w swoich nauczycielach przykładu wychowawczego w zakresie teologii duchowości i zmysłu Kościelnego. Do tych poważnych i uzasadnionych obaw kardynała Polettiego dołączył się Papież i zgromadzenie biskupów włoskich.

Alarm był jasny i bardzo poważny: Jeśli pewni teologowie nadal będą uczyć w seminariach, to możemy być pewni, że zepsują nam przyszłych księży. Jednakże mimo tego uzasadnionego alarmu, biskupi, których to dotyczyło, niczego w swoich owczarniach nie zmienili Ani jeden z teologów, co podpisali ów list, nie został usunięty. Wszyscy zostali na miejscu i swobodnie mogą działać tak, jak chcą i zarażać przyszłych księży. Niektórzy z nich nie tylko zostali potwierdzeni w swych poczynaniach, lecz ponadto spotkała ich publiczna pochwała ze strony biskupów. Oto jakie poczucie rzeczywistości i jaką odwagę wykazało wielu pasterzy Kościoła włoskiego!

Cukierkiem, jakim jest Komunia do ręki, nie rozwiąże się bardzo poważnych problemów, co nękają naszą wspólnotę chrześcijańską. Uporczywie leczy się wypryski, a zaniedbuje bardzo poważny wylew krwi w Kościele, Kościele który zdaje się być w agonii!

Decyzja o dawaniu Eucharystii do ręki na pewno nie jest wyborerm pozytywnym, lecz negatywnym. Nie uda się wyleczyć nawet wyprysków, ale przeciwnie – wytworzą się nowe zakażenia, które sprawią, że sytuacja stanie się jeszcze bardziej ciężka. Jest pewne, że nie wzrośnie szacunek, miłość oraz uwielbienie dla Eucharystii. Zobaczymy natomiast, że będzie ona coraz bardziej banalizowana. W tygodniku diecezjalnym można było przeczytać: „Z pewnością nie trzeba będzie oglądać scen, w których osoby przystępujące do Komunii świętej, same biorą Hostię z rąk szafarza pincetą albo w inny, niezdarny, śmieszny lub niegodny sposób. Przy odrobinie cierpliwości, nauczania i wychowania nie powinno braknąć dobrych wyników” (Verona Pedele, 15 X 1989 r.). Są to słowa pełne optymizmu i nadziei, lecz wystarczy kilka miesięcy, najwyżej lat kilka, aby im zaprzeczyć.

1) Na początku warto powiedzieć, że już dzisiaj wiadomo, iż pewien biskup północnowłoski zachęcił swych księży do dawania Eucharystii wszystkim wiernym tylko do ręki, „aby uniknąć zamieszania”. W ten sposób biskup nie tylko nie wychowuje do posłuszeństwa, ale staje w pierwszym szeregu zbuntowanych przeciw rozporządzeniu Papieża, które - jeżeli już o to chodzi - przewiduje nie jeden, ale dwa sposoby udzielania Eucharystii.

2) Nawet jeśli nie spłynie z góry (od jakiegoś biskupa bezkrytycznego i zbuntowanego) nakaz dawania Komunii wyłącznie do ręki, to jednak wkrótce ten, kto chciałby przyjąć Hostię świętą do ust zauważy iż jest postrzegany jako ktoś przestarzały. Tak jak przez niektórych współbraci już został nazwany ten, kto nie chciał wprowadzenia Komunii do ręki. W ten sposób, wbrew decyzjom podjętym na wysokim szczeblu, pozostanie tylko jeden sposób udzielania Eucharystii, ten gorszy (!). Zostanie naruszona wolność tych, którzy z najwznioślejszych powodów chcieliby nadal przyjmować Hostię świętą do ust, a nie odważą się o to poprosić, aby nie wyglądać śmiesznie albo staromodnie.

3) Niektórzy „prorocy” Komunii do ręki, zadowoleni ze swoich osiągnięć wywalczonych bronią nieposłuszeństwa, udzieliwszy sobie samym pozwolenia zanim ono przyszło z góry, już wyznaczają nowe zdobycze”. Wkrótce zachęcą wiernych, aby podchodzili do ołtarza i sami brali sobie Hostię święta, mimo że pozostaje to zabronione jasno i wyraźnie. Ich zaś biskupi, tak jak dotychczas, będą udawali, że nic nie widzą. Będą milczeć i pozwalać na wszystko. Jest to nowy sposób kierowania Kościołem.

4) Istnieje jeszcze inny problem: Co będzie z dziećmi pierwszo-komunijnymi? Ponieważ same decydować nie mogą, kto uczyni to za nie? Czy rodzice?

W większości przypadków zadecyduje proboszcz. A co postanowi? Jest oczywiste, ze wybrana zostanie nowinka.

Powie się dzieciom, aby wyciągały ręce; przez to przyszłe pokolenia nie będą nawet znały drugiej możliwości, czyli przyjmowania świętej Hostii do ust. A jeśliby w tym kontekście jakiś tato lub mama, którzy są pierwszymi wychowawcami swych dzieci także na polu religii, nie przyjęli chętnie wytycznej proboszcza, to co powinni uczynić? Czy może na szyi dziecka zawiesić kartkę z wypisaną ich decyzją, aby proboszcz wiedział, że w odróżnieniu od wszystkich innych, ich dziecko nie powinno przyjmować Komunii do ręki? Czy może powinni zdać się na oglądanie ich dziecka w ogólnej masie, a samych siebie - pozbawionych prawa i obowiązku pierwszych wychowawców swych dzieci? Czy nie będzie tak, że rodzice zostaną zmuszeni do przyjęcia tego, czego by nie chcieli dla swojego dziecka, w obawie, by nie zostało ono przez kolegów i koleżanki wyśmiane, ponieważ jest „inne”? Zależy mi na tym. aby podkreślić, że ten problem nie wyniknął z mojej wzburzonej fantazji, lecz został mi ukazany przez tatę i mamę pewnej dziewczynki, która w przyszłym roku przystąpi do Komunii świętej.

Nowa norma stworzy wiele problemów i to bardzo ciężkich! Będą to problemy napięcia wśród duchowieństwa, mimo, że wielu kapłanów nie wyrazi na zewnątrz goryczy, którą mają w sercu.

Problemy zagubienia u wielu ludzi świeckich, w których oczach Kościół, od prawie dwudziestu lat ciągle polując na nowości, wygląda jak starsza pani, wstydząca się swojego czcigodnego wieku i niezdarnie starająca się małpować postępowanie młodzieży.

Przede wszystkim zaś będą to problemy dotyczące szacunku dla Eucharystii.

W ostatnim czasie odkurzono słowa św. Cyryla Jerozolimskiego, aby uzasadnić możliwość otrzymywania Eucharystii do ręki: „Kiedy podchodzisz, nie idź z rękami rozłożonymi ani z rozłączonymi palcami, ale złącz lewicę z prawicą na podobieństwo tronu, który ma przyjąć Króla. Spożywaj Go zważając, aby się nic nie zgubiło. Jeśli jakąś cząsteczkę zgubisz, to powinieneś taką stratę uważać za odcięcie jednego z twych członków. Powiedz mi, jeśli ktoś dałby ci cząstki złota, to czy nie trzymałbyś ich ze wszelką pilnością bardzo uważając, aby nie stracić żadnego kawałeczka? Czy więc nie będziesz znacznie bardziej uważny, aby nie stracić nawet małego ułomku z tego, co jest cenniejsze od złota i od drogich kamieni?”

Stronnicy Komunii do ręki, opierając się na pierwszej części tych słów św. Cyryla, wyciągają bezpodstawny wniosek: „Jeśli czyniono to w pierwszych wiekach Kościoła, dlaczego nie można by tego czynić też dzisiaj?” Ja natomiast, opierając się na drugiej części tych słów, wyciągam wniosek przeciwny:

Prawdą jest, że w czasach św. Cyryla Eucharystię przyjmowano do ręki, lecz także jest prawdą, że nie pochwaliłby on takiego zwyczaju, gdyby hostie były sporządzane z chleba używanego obecnie, bo dziś nie można uniknąć nie tylko rozproszenia jakiejś cząstki pojedynczej, lecz bardzo wielu cząsteczek. Wystarczy dokładnie rozważyć, co dla św. Cyryla oznaczała utrata jednej tylko cząstki Chleba konsekrowanego.

Mówiąc, że Ciało Pańskie powinno być traktowane z pieczołowitością większą niż złoto, ów święty biskup dał nam kryterium oceny sytuacji dzisiejszej. Czy naprawdę możemy powiedzieć, że w obecnym czasie Kościół traktuje Ciało Pańskie z pieczołowitością większą od tej, którą ma względem złota? Po prostu myślę, że nie! Jestem pewien, ze Kościół włoski - poszczególne diecezje, a także poszczególni księża oraz wierni - są bardziej czujni przy zarządzaniu swoimi dobrami, niezależnie od tego, czy mają ich dużo, czy mało, aniżeli względem Eucharystii. Jeśli zdarzy im się jakaś strata, to chodzi o przypadek wyjątkowy, a nie o zjawisko stałe, jak dotąd będzie to miało miejsce w odniesieniu do Eucharystii. Wierni (a właściwie ich drobna mniejszość!) żądali Komunii do ręki, biskupi stali się wyrazicielami tego żądania, a Papież wyraził swą zgodę. A księża?

Księża się nie liczą: w Kościele są oni tylko robotnikami niewykwalifikowanymi! Także księża mają swą godność, ale wydaje się, że nikt tego nie wie, tam na górze, ani na dole. Wszyscy w Kościele mają prawa, z wyjątkiem księdza, który ma tylko obowiązki! Wierny ma prawo przyjmować Komunię do ręki, ale ksiądz nie ma prawa dla swojej parafii wybrać dawnego sposobu udzielania Komunii tylko do ust, mimo że tym, co go zmusza do takiego wyboru jest jego sumienie. Na dole się żąda, a na górze podejmuje decyzje; dół woła, a zwierzchnicy pozwalają. A ksiądz? Ksiądz musi być posłuszny i milczeć. A jeśli jego sumienie na to mu nie pozwala? Och, niech nie bierze zbyt poważnie tego swojego sumienia!

Czy to ja błądzę, bo ranię Kościół moją decyzją? Czy nie błądzi raczej Kościół, który mnie rani i przez swoje decyzje stwarza trudności dla mojego sumienia? A stwarza on trudności nie tylko mnie, bo jest bardzo wielu kapłanów niezadowolonych z tej ostatniej decyzji naszvch pasterzy i nie tylko z tej, lecz wolą milczeć. Nie wiem, czy to milczenie jest cnotą serca, które ofiaruje to, co przychodzi mu znosić, czy raczej wadą, oznaką wewnętrznego zmęczenia, zniechęcenia i błędnego a wygodnego zdania się na bieg rzeczy. Wiem jedynie, ze w moim przypadku takie milczenie stanowiłoby winę, grzech zaniedbania ze względu na brak upomnienia braterskiego względem pasterzy.

Ufając modlitwie Księdza Biskupa i Jego Ojcowskiej wyrozumiałości, proszę o błogosławieństwo i przesyłam najszczersze pozdrowienia synowskie.

Ksiądz Enzo Boninsegna

Werona, 26 listopada 1989 r. święto Pana naszego Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata

PS.

Niektórzy przyjaciele, dowiedziawszy się o mojej decyzji, choć rozumieją mój dramat i podzielają moje argumenty, to jednak postawili mi dwa pytania, jakie może sobie stawiać również ten, kto przeczytał niniejsze stronice.

1) Dlaczego List otwarty, a nie list osobisty, zastrzeżony dla biskupa?

Ponieważ moje kapłaństwo nie jest czymś prywatnym, co dotyczy tylko mnie i mojego biskupa, lecz ma odniesienie do całego Kościoła, a zwłaszcza do mojej wspólnoty parafialnej. Poza tym, ponieważ publicznym był fakt, który spowodował moje odejście, więc słuszne było, aby publicznie wskazać na powody, które uwarunkowały mój wybór, a także w tym celu, by wykluczyć dwuznaczności i czyjeś błędne tłumaczenia.

2) Po co uporczywie prowadzić walkę skazaną na klęskę?

Bardzo dobrze wiem, że moja decyzja zasadniczo nie zmieni stanu rzeczy. W tym znaczeniu walka jest przegrana, nie przeczę. Kiedy jednak, choćby wbrew wszystkiemu oraz wbrew wszystkim, ktoś pozostaje wierny temu, czego Pan oczekuje od niego, wówczas walka jest wygrana, przynajmniej dla niego. To zaś jest wystarczającym powodem do tego, by się nie cofać, nie dostosowywać się, lecz dalej iść w tym samym kierunku, niezależnie od znikomych owoców, które mogą dojrzeć wokół tego człowieka. Ufam jednak, że lektura tych stronic wywoła pozytywny skutek w jakimś wiernym chrześcijaninie, albo w jakimś księdzu, i za to jestem Panu Bogu wdzięczny!