Pages

______________________________________________________________________

_______________________________________________________________________________

czwartek, 18 grudnia 2014

BIBLIOTEKA TRADYCYJNEGO KATOLIKA: Michael Davies,Nowa Msza papieża Pawła


Michael Davies

NOWA MSZA PAPIEŻA PAWŁA


Wydawnictwo TE DEUM, Warszawa 2014
ISBN 978-83-89345-35-6
format: 165x235, stron: 482, oprawa: twarda, cena 64,90 zł
Do nabycia w księgarni internetowej Libri Selecti

Monumentalne, znakomicie udokumentowane dzieło analizujące posoborową rewolucję liturgiczną, napisane przez wybitnego katolickiego apologetę, konwertytę z anglikanizmu i długoletniego prezesa organizacji Una Voce International. „Książka Daviesa jest poświęcona nowej Mszy, ale czytając, czym jest ta Msza i jak doszło do jej opracowania oraz upowszechnienia, nie sposób nie zatęsknić za tradycyjną Mszą św., za jej jednoznacznością doktrynalną, wzniosłością i liturgicznym pięknem” (fragment wstępu autorstwa ks. Karola Stehlina FSSPX).

Nowa Msza papieża Pawła (Michael Davies) -- spis treści


FRAGMENT VII ROZDZIAŁU KSIĄŻKI

Kult człowieka

„Istota humanistycznej teologii polega na tym, że jej wyłączne centrum stanowi człowiek; w stopniu, w jakim człowiek jest wywyższany, umniejszany jest absolut Boga. Na naszych oczach owo samowywyższanie się istoty ludzkiej przybiera postać kultu «nowego człowieka»”
(Tomasz Molnar, Christian Humanism, s. 132).

Zastanawiając się nad novus ordo Missae, dochodzimy nieuchronnie do wniosku, że liturgia ta nie ma nic wspólnego z intencjami ojców II Soboru Watykańskiego, którzy udzielili niemal jednomyślnej aprobaty projektowi konstytucji o liturgii. Rzeczywistość wyprzedziła zalecenia konstytucji, była ona przestarzała i anachroniczna już w dniu, w którym została promulgowana. Tylko najbardziej naiwny obserwator mógłby wyobrażać sobie, że zrewidowane księgi liturgiczne stanowią owoc i ostateczny skutek rewolucji. Posoborowa rewolucja nie ma końca, ma jedynie etapy, stanowiące kolejne fazy trwającego w nieskończoność procesu.

Gdy zaczynałem pracę nad niniejszą trylogią (1) , zastanawiałem się, jak dalece katolicka liturgia może zostać sprotestantyzowana. W miarę jednak, jak prowadziłem moje badania dotyczące soborowej rewolucji, coraz bardziej oczywiste stawało się dla mnie, że wykroczyła ona już poza ramy protestantyzmu - jej prawdziwym celem jest humanizm. Nie ma w tym nic dziwnego - trudno, by stanowiąca mniejszość grupa nie uległa wpływowi idei dominującej w społeczeństwie, którego stanowi integralną część. Począwszy od czasów renesansu, teocentryczne fundamenty średniowiecznego społeczeństwa były stopniowo podmywane przez coraz bardziej wpływowy prąd filozoficzny. Z początku nie atakował on jeszcze podstawowych chrześcijańskich prawd dotyczących transcendentnej natury Boga i drugorzędnej roli człowieka, z biegiem czasu zaczął jednak człowieka wywyższać, czynić go w praktyce jedyną miarą wszechrzeczy i arbitrem we wszystkich możliwych kwestiach.

We współczesnym społeczeństwie człowiek nie uznaje w istocie żadnego Boga, poza sobą samym. Prawa człowieka, o których zakresie decyduje on sam, są jedynymi kryteriami, którymi kieruje się współczesne społeczeństwo. Prawa Boga, postrzegane dotąd jako posiadające bezwzględny priorytet w stosunku do wszystkiego, co człowiek mógłby uznać za pożądane i właściwe, nie mają już żadnego znaczenia.

Wiele słyszy się o tym, że rodzaj ludzki osiągnął pełną dojrzałość - w rzeczywistości jednak jesteśmy świadkami powrotu ludzkości do wieku dziecięcego. Jedną z głównych cech dziecka jest to, że musi ono dostać to, co chce - i to natychmiast. W ten właśnie sposób wygląda życie współczesnego człowieka - najbardziej widocznymi oznakami jego rzekomej „dojrzałości” są antykoncepcja, aborcja i apologia perwersji seksualnych. Przeprowadzona przez francuskich rewolucjonistów detronizacja Boga okazała się przedwczesna. Panowanie „Rozumu” w katedrze Notre Dame było krótkie, a deifikacja człowieka została jedynie odroczona w czasie. Ostatecznie miejsce Stwórcy zajął człowiek, który sam siebie uczynił bogiem.

Trwający od średniowiecza przez renesans - aż po czasy nam współczesne - proces, który doprowadził do tego stanu rzeczy, opisał wnikliwie w swej książce zatytułowanej Christian Humanism prof. Tomasz Molnar. Wykazał w niej, że ateistyczny marksizm jest de facto logiczną konsekwencją humanizmu. Bóg staje się jedynie odwzorowaniem człowieka, a niebo iluzorycznym substytutem raju na ziemi, który zbudować można niszcząc niesprawiedliwy system klasowy. Budowanie utopii leży u podstaw wszystkich ruchów humanistycznych. Co znaczące, utopia ta zawsze znajduje się w stale oddalającej się przyszłości, choć równocześnie humaniści ganią chrześcijaństwo za nakłanianie ludzi do akceptowania ich doczesnego losu, w nadziei osiągnięcia przyszłej nagrody w niebie.

Najbardziej typową cechą współczesnego chrześcijanina jest pragnienie, obsesja, by dostosować się do społeczeństwa, które nie ma już czasu na transcendencję:

„Konsekwencją jest rosnące zaangażowanie się w realizację wizji przyszłej utopii społecznej. (…) Skoro tylko zrozumie się owo nowe kredo, wiele rzeczy staje się nagle się dla nas bardziej zrozumiałych: oświadczenia biskupów w kwestiach socjalnych czy seksualnych, debaty teologów na temat zniesienia celibatu, aborcji czy kapłaństwa kobiet, niezliczone książki i artykuły autorstwa kapłanów i profesorów, przeredagowywanie katechizmu, a nawet tłumaczenia dyrektyw Kurii Rzymskiej - i bezkrytyczna akceptacja świeckiej edukacji oraz metod takich jak trening wrażliwości, mowa ciała, edukacja seksualna, psychoanaliza.

Historyczność postaci Chrystusa podważana była długo i wytrwale. (…) Głównym przedstawicielem tego nurtu jest obecnie Rudolph Bultmann (zm. 1976), niemiecki teolog egzystencjalista, znany przede wszystkim ze swych prób «demitologizacji» początków chrześcijaństwa. Sam ów proces nie ma bezpośredniego związku z humanizmem, jego konsekwencje są jednak dla tego prądu użyteczne. Przy pomocy skomplikowanych wywodów historycznych Bultmann usiłuje wykazać, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy rzeczywiście istniała osoba zwana Jezusem, czy też nie, w religii chrześcijańskiej ważne jest bowiem przesłanie. (…) Interpretacja Bultmanna cieszy się obecnie wielką popularnością, ponieważ człowiek współczesny jest bardziej skłonny do uważania siebie samego za najwyższe źródło prawdy (istota humanizmu), za rzecznika «wewnętrznego Boga». Dlatego właśnie nowa teologia tyle miejsca poświęcana tematowi «nowego stworzenia», «nadejściu ery człowieka», «Bogu jako przyszłości» oraz ludzkiej «samowystarczalności» (teza egzystencjalistów) etc. (…) Choć nieustannie się temu zaprzecza, człowiek traktowany jest obecnie przez nową teologię jako absolut, co zgodne jest nie tylko z naukami Hegla i Marksa, ale również z poglądami pragmatycznego humanisty Schillera” (2).

Uwaga prof. Molnara, że faktowi temu „nieustannie się zaprzecza”, zasługuje na osobny komentarz. Mimo że nowa teologia wciąż jeszcze mówi o transcendencji Boga, w praktyce zachowuje się tak, jak gdyby On nie istniał. Podobnie nowa liturgia może deklarować, że chodzi o kult ofiarny składany transcendentnemu Bogu, w praktyce jednak ewoluuje w kierunku kultu deifikowanego człowieka. Ta deifikacja człowieka i akceptacja przez chrześcijan świeckich wartości nie jest z pewnością rezultatem Vaticanum II.

II Sobór Watykański przyspieszył jedynie rozwój wypadków, pod które grunt przygotowany został znacznie wcześniej. Choć dokumenty soboru podtrzymywały tradycyjne nauczanie, zawierały jednak złowieszcze zapowiedzi tego, co miało się wkrótce wydarzyć. Zwłaszcza Gaudium et spes stanowi przygnębiającą mieszaninę chrześcijaństwa oraz humanistycznego utopizmu. W całej historii Kościoła nie sposób znaleźć podobnego dokumentu.

To właśnie sobór dał zielone światło procesowi formalnej deifikacji człowieka. Jak wykazałem w tomie Sobór papieża Jana, sobór zgromadził liberalnych teologów z całego świata, ludzi, którzy zarażeni zostali liberalnymi poglądami świeckich środowisk naukowych krajów, z których pochodzili. Ludzie ci nie tylko byli w stanie wpłynąć na wynik soboru, udało im się również zdobyć w posoborowej biurokracji wpływowe stanowiska, dzięki czemu mogli przedstawiać całemu światu interpretację dokumentów soborowych - przypisując Vaticanum II swe własne intencje. Byli w stanie zyskać szerokie poparcie dla nowej teologii w jej doktrynalnej, moralnej i liturgicznej formie, ponieważ jej podstawowy aksjomat został już wcześniej podświadomie zaakceptowany przez najbardziej wykształconych katolików krajów Zachodu. Podstawowy dogmat nowej teologii wyrażony został z absolutną szczerością przez kanadyjskiego eksperta soborowego ks. George’a Bauma (który wkrótce miał porzucić kapłaństwo): „Lubię myśleć, że człowiek nie może podlegać żadnemu autorytetowi poza sobą samym” (3).

Podstawowy dogmat naszej wiary mówi, że chrześcijanin powinien żyć na tym świecie, nie wolno mu jednak być człowiekiem tego świata. Jest on obywatelem niebieskiej ojczyzny, stale w drodze do swego prawdziwego domu. Nie ma tu stałego mieszkania. W obecnym stuleciu jednak chrześcijanie stali się - ze względów praktycznych - ludźmi światowymi. Akceptują co prawda istnienie swej wiecznej ojczyzny, w praktyce jednak zachowują się tak, jak gdyby interesowało ich jedynie życie doczesne.

Profesor Molnar tak komentuje ten proces: „Pod pewnym względem przypomina to strumień, wchłaniany powoli przez otaczające go piaski; stąd widzimy chrześcijan, zarówno katolików jak protestantów, uchwalających prawa zezwalające na aborcję” (4).

Zasada „lex orandi, lex credendi” znajduje wyraz nie tylko w protestantyzacji nowej Mszy, ale też w jej humanizacji. Te dwa procesy nie są od siebie niezależne, gdyż jak wskazałem w czwartym rozdziale książki Sobór papieża Jana, humanizm jest logiczną konsekwencją protestantyzmu. Protestant czyni swój własny rozum najwyższym arbitrem, rozstrzygającym o tym, co nakazuje a czego nie nakazuje wiara chrześcijańska. Sam decyduje o tym, co jest wolą Boga. Kolejnym krokiem jest uczynienie bogiem samego siebie. T. S. Gregory był z pewnością jednym z najbardziej wykształconych świeckich katolików. Pracując przez wiele lat jako pastor metodystów, po swym nawróceniu stał się uznanym autorytetem w kwestii Eucharystii. Był on bardzo zaniepokojony posoborowymi reformami i już przed pojawieniem się nowej Mszy jasno widział kierunek, w jakim zmierzała sytuacja. W 1967 r. ostrzegał na łamach „The Tablet”: „Choć nie możemy zmienić katolickiej Mszy w większym stopniu, niż potrafimy zmienić naturę samego Boga, możemy ją jednak odrzucić i zastąpić innym sakramentem, ukierunkowanym na całkowicie inny cel. Możemy zapomnieć lub zlekceważyć istotę i skoncentrować całą naszą uwagę na nadbudowie. Możemy nawet wmówić sobie, że sercem Mszy nie jest składający się w Ofierze Syn Boży, ale zgromadzenie wiernych” (5).

Były to zaiste prorocze słowa, dobrze oddające naturę nowej Mszy, sami jej autorzy zdefiniowali ją bowiem w niesławnym paragrafie 7 Ogólnego wprowadzenia jako zgromadzenie wiernych. Ci, którzy zadadzą sobie trud przebrnięcia przez choćby część propagandy towarzyszącej wprowadzaniu nowej Mszy w krajach Zachodu, z pewnością zauważą, że definiuje ona Mszę jako zgromadzenie, a nie jako ofiarę, wokół której, przynajmniej teoretycznie, gromadzą się wierni. We Francji Mszę określa się powszechnie jako „niedzielne zgromadzenie”.

Autorem pierwszej, powstałej w 1970 r., rzeczowej tradycyjnej krytyki nowej Mszy był Ludwik Salleron. Po dziś dzień analiza ta pozostaje najbardziej wartościowym studium reformy. Profesor Salleron zauważył od razu, że nowa Msza stanowi liturgiczny wyraz kultu człowieka: „Wspólnym powodem zamieszania, jakiego jesteśmy dziś świadkami, tak w sferze doktryny, jak i liturgii, jest stopniowe zastępowanie kultu Boga kultem człowieka. Odrzuciliśmy tradycyjną wiarę, że Bóg stworzył człowieka, a Słowo stało się ciałem - by stworzyć boga, który jest po prostu człowiekiem znajdującym się na drodze do ubóstwienia. Oddajemy cześć bogu, którego źródłem jesteśmy my sami. Między humanizmem nauki i marksizmu oraz humanizmem neochrześcijan, których prorokiem jest Teilhard de Chardin, istnieje jedynie różnica semantyczna. Pierwszy z nich głosi śmierć Boga, a drugi Jego narodziny - ani jeden ani drugi nie wierzy jednak w nic poza samym człowiekiem, który jutro stanie się jedynym panem wszechświata albo pod swym własnym imieniem, albo jako bóg” (6).

Ks. Ludwik Bouyer, jeden z najbardziej zasłużonych żyjących członków przedsoborowego ruchu liturgicznego, przytacza słowa pewnego biskupa:

„Jedyną akceptowalną Eucharystią jest dziś taka, która koncentruje się wokół postępu technologicznego, dojrzałości rodzaju ludzkiego etc. Innymi słowy, mamy do czynienia z samouwielbieniem człowieka zamiast wychwalania Bożej łaski, z modlitwą faryzeusza zamiast Eucharystii Kościoła” (7).

Oczywiście ojcowie II Soboru Watykańskiego nie przewidzieli zastąpienia kultu Boga kultem człowieka, jednak zatwierdzona przez nich konstytucja o liturgii zawierała bomby zegarowe, które radykałowie wykorzystali jako pretekst dla zainicjowania planowanych zmian. Paragraf XIV Sacrosanctum Concillium podkreśla, że „przy odnowieniu i pielęgnowaniu świętej liturgii” trzeba bardzo mieć na uwadze „pełne i czynne uczestnictwo całego ludu”.

Celem tradycyjnej liturgii było złożenie transcendentnemu Bogu ofiary ze stosowną powagą i godnością. To właśnie owo dostojeństwo i godność były celem, do którego przywiązywano największe znaczenie. W tradycyjnej Mszy znaczenie ma cześć oddawana Bogu, istotne jest więc przede wszystkim to, by ofiara sprawowana była w sposób odpowiadający majestatowi Boga, któremu ma zostać złożona. Paragraf XIV konstytucji o liturgii jest jednoznaczny: uwagę należy skupić raczej na zgromadzeniu, niż na Bogu. W swym komentarzu do nowych obrzędów Mszy ks. Peter Couglan zauważa, że główne kierunki reformy wyrazić można za pomocą dwóch haseł: „zrozumiałość” i „uczestnictwo”:

„Zrozumiałość i uczestnictwo – zasady te posiadały swój własny dynamizm, stąd raz zastosowane w praktyce dały początek procesowi, który trwa po dziś dzień” [8]. Proces ten nie może się zakończyć, gdyż jeśli Msza musi być dostosowywana, by zadowolić zgromadzenie, musi ona nieustannie ewoluować, by dotrzymać kroku stałemu rozwojowi kulturalnemu i społecznemu. To właśnie to przewidywał kard. Staffa podczas soborowej debaty o liturgii, nie przewidział on jednak tempa, z jakim będzie postępować owa permanentna ewolucja.(9).

Nie jest możliwe, by ów proces adaptacji i ewolucji polegał po prostu na dostosowaniu liturgii do wzorca kulturowego danego kraju, czy nawet konkretnej diecezji. Żadna parafia nie mogłaby dziś otrzymać od liturgicznego establishmentu czterogwiazdkowego ratingu, gdyby celebracja każdej Mszy nie była starannie przygotowana w taki sposób, by wyjść naprzeciw rzekomym potrzebom konkretnego zgromadzenia. Owe domniemane potrzeby uzależnione są od wieku, kultury i uwarunkowań etnicznych.

Niektórzy amerykańscy liturgiści twierdzą wprost, że nie są usatysfakcjonowani z używania angielskiego tłumaczenia nowego mszału – potrzebują rzekomo formy kultu, która byłaby wyrazem amerykańskiego stylu życia. Wymaga to oczywiście nowych tekstów, opracowanych konkretnie dla Stanów Zjednoczonych i napisanych w idiomatycznym dialekcie amerykańskim. „Catholic Telegraph” z 26 października 1979 roku donosił o dwudniowym seminarium liturgicznym w archidiecezji Cincinnati, podczas którego postulaty te zostały wprost wyartykułowane. Jeden z mówców, o. Thomas Reichstatter OFM, wystąpił z następującą propozycją, mającą pomóc w stworzeniu „autentycznego” amerykańskiego kultu:

„Rozwiązaniem nie jest kategoryzowanie kultu, ani odrywanie go od życia codziennego, ale celebracja w prawdziwie amerykańskim kontekście kulturowym, w której będziemy mogli wyrazić siebie samych. Obecnie posługujemy się jedynie liturgią tłumaczoną (z języków obcych – przyp. tłum)”, instrukcje z roku 1978 przyznawały, że „teksty tłumaczone z innych języków nie spełniają oczekiwań”, stąd konieczne będzie opracowanie nowych.

„Czas rozpocząć tworzenie tekstów, które uchwycą piękno i poetykę naszego języka. (…) W naszej kulturze rzeczą normalną jest mówienie do siebie po imieniu. Sprawy te odgrywają duże znaczenie w naszych celebracjach”. Dlatego Amerykanie „powinni móc podczas liturgii witać się i pozdrawiać”.

„Amerykanie uczeni byli zawsze, że Msza to coś, na co się idzie”. W rezultacie wielu ludzi musi dziś zrozumieć, że „jest to coś, co sprawujemy wspólnie”.

Mówca stwierdził dalej, że „gdy Ewangelia stanowi element naszej kultury, wówczas naprawdę znajdujemy się blisko Boga, wiemy o wiele lepiej, czego On od nas chce i mamy lepszą motywację, by to czynić”.

Z kolei siostra Renee Rust z University of Dayton mówiła o różnorodności symboli w życiu i o znaczeniu, jakie one przekazują. Podkreślała, że symbole wyrastające z naszego doświadczenia kulturalnego są w liturgii nie tylko czymś całkowicie odpowiednim, są też środkami naszego własnego duchowego ubogacenia. Warsztaty, podczas których uczestnicy mogli swobodnie wymieniać swe poglądy, zaowocowały wieloma propozycjami i spostrzeżeniami. Oto kilka z nich:

– Powinno się zaprowadzić zwyczaj wspólnego przygotowywania niedzielnej Mszy przez kapłanów oraz poszczególne rodziny. Byłaby to odpowiedź na „palącą potrzebę osobistego udziału”, pobudzająca poczucie przynależności i odpowiedzialności rodziny za parafię.

– Należy zaakceptować „pewien zakres chaosu” w kościele, w tym „możliwość okrążania ołtarza i gromadzenia się wokół niego”. Sugeruje się nawet możliwość „usunięcia ławek”.

– W naszym codziennym życiu często napotykamy na różne „przejawy świętości”, których nie potrafimy rozpoznać. Świętości doświadczamy wszędzie. Liturgia ukształtowana wedle doświadczeń wiejskiej rodziny może być nadzwyczaj głęboka, Kościół jednak musi odpowiedzieć również na doświadczenia życia miejskiego. „Przebywanie na ruchliwej miejskiej ulicy, doświadczanie różnorodności otaczających mnie ludzi oraz poczucie wolności i jedności z tym, co rozgrywa się wokół, jest intensywnym przeżyciem sacrum, jednak nasza liturgia w żaden sposób tego nie uwzględnia” – mówił jeden z uczestników.

– Silny nacisk na wolność, obecny w amerykańskiej kulturze, powinien znaleźć wyraz w liturgii.

Realizacja takich postulatów musi nieuchronnie doprowadzić do podziału w parafii. Przed soborem, gdy liturgia była skoncentrowana na Bogu, każdy członek parafii mógł uczestniczyć w każdej z licznych Mszy, z których każda sprawowana była zasadniczo w identyczny sposób – jedyna różnica polegała na tym, że we większości parafii Msza niedzielna była śpiewana. Obecnie przeciętny parafianin musi starannie wybierać Mszę, w przeciwnym razie ryzykuje, że trafi na taką, której etos jest całkowicie obcy jego własnemu wyobrażeniu o kulcie. Msze te upodobniane są do przedstawień dla dzieci, albo wypełniane pseudofolkową kakofonią mającą przyciągnąć nastolatków, którzy są rzekomo tak uzależnieni od atmosfery dyskotek, że nie sposób oczekiwać od nich uczestnictwa w liturgii, jeśli jej atmosfera nie będzie przeniknięta duchem muzyki disco.

Concise Oxford Dictionary definiuje „celebrację” jako „wykonywanie publicznie i w odpowiedni sposób (obrzędów religijnych etc.)” – stosowna celebracja Ofiary Mszy powinna więc zawsze cechować się godnością i dostojeństwem, choć atmosfera może się różnić w zależności od konkretnego święta czy okresu liturgicznego. Sam Kościół wprowadził tu urozmaicenie poprzez różne kolory szat liturgicznych, muzykę, pomijanie pewnych modlitw i obrzędów oraz dodawanie ich przy konkretnych okazjach, jak np. błogosławienie palm lub obnażanie ołtarza w Wielki Czwartek. Obecnie jednak słowo „celebracja” kojarzy się raczej z atmosferą przyjęcia, niż godnym publicznym sprawowaniem (religijnej zasadniczo) ceremonii. To skojarzenie z atmosferą party dominuje z pewnością wśród liturgicznego establishmentu.

Liturgiści bardzo często posługują się słowem „świąteczny” (festive), powodując w ten sposób niemałe zamieszanie semantyczne. W krajach katolickich festiwal rozpoczynała zawsze formalna celebracja liturgiczna, po której następowały celebracje o charakterze uczty, z jedzeniem, napojami, tańcami i pochodami. Współcześni liturgiści błądzą, usiłując wprowadzić atmosferę politurgicznego świętowania do samej liturgii. Ks. Fryderyk L. Miller poświęcił temu tematowi bardzo mądry artykuł opublikowany na łamach „Homiletic and Pastoral Review” z maja 1977 roku. Jak wyjaśniał:

„Jest oczywiste, że niektórzy liturgiści i kapłani nie akceptują już Mszy jako celebracji w klasycznym sensie tego słowa. Termin «celebracja» został oderwany od swego etymologicznego korzenia oraz historycznego znaczenia i skażony sensem, jaki nadaje się temu słowu współcześnie. Zdarza się, że ludzie postrzegają Mszę jako sposobność do doświadczenia wspólnotowości, braterstwa i mglistych uczuć jedności, posuwając się do lekceważenia wszelkiej transcendencji”.

Budzenie poczucia wspólnoty, będącego jednym z głównych celów współczesnej celebracji liturgicznej, odnosi stosunkowo mały skutek, poza wąską elitą entuzjastów z klasy średniej. Gdy ludziom takim powie się, że śpiewanie hymnu podczas Komunii wyraża jedność, jaką powoduje przyjęcie Eucharystii, będą śpiewać z entuzjazmem i doświadczać poczucia wspólnoty. Przeciętny parafianin, który nie należy do elity, będzie śpiewał dlatego, że każe mu się śpiewać, będzie ściskał ręce dlatego, że się go uczy. Przy przyjmowaniu Komunii będzie raczej stał niż klęczał, ponieważ każe mu się tak zachowywać, nie będzie jednak przez to czuł się dojrzałym chrześcijaninem, oświeconym dzięki Vaticanum II.

Liturgiści z klasy średniej i ich pochodzący z tej samej klasy uczniowie bez wątpienia powiedzą, że ponieważ całe zgromadzenie zachowuje się tak, jak się mu mówi, odczuwa ono to, co powinno odczuwać. Na szczęście dla ich miłości własnej są oni tak bardzo oderwani od rzeczywistości, że prawdopodobnie nigdy nie uświadomią sobie, iż liturgiczne sztuczki, które oni sami uważają za tak ważne, są dla przeważającej części wiernych zupełnie bez znaczenia. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że wielu zwykłych katolików zostało przez błazeństwa liturgicznych entuzjastów tak wyalienowanych, że przestają oni w ogóle przychodzić na Mszę, a skoro to już nastąpi, bardzo niechętnie dają się nakłonić do powrotu. Zwykły wierny widzi sens w oddawaniu czci Bogu, który go stworzył i który będzie go kiedyś sądził, nie potrafi jednak dostrzec żadnego sensu w oddawaniu czci sobie samemu.

Ks. Miller pisze:

„Jedyną regułą wydaje się być obecnie brak jakichkolwiek reguł. Skoro twierdzi się, że istotą liturgii jest celebracja życia, wspólnoty, braterstwa czy też ucztą, w sposób oczywisty konieczne jest wprowadzenie licznych zmian. Przede wszystkim należy wprowadzić swobodną i nieformalną atmosferę – kto zachowuje się w sposób sztywny i formalny podczas radosnego świętowania? Stąd też konieczność licznych komentarzy i dialogów. Nierzadko spotkać można spontaniczną Modlitwę Eucharystyczną. Punktem kulminacyjnym wielu z tych liturgii wydaje się być moment, w którym celebrans i wierni wchodzą ze sobą w fizyczny kontakt, podczas wymieniania znaku pokoju. Kiedy znak ten uważany jest za punkt szczytowy liturgii – za jej dopełnienie – coś ewidentnie zostaje zepchnięte na dalszy plan”.

Podobne spostrzeżenie czyni – wyrażając je w słowach bardziej jeszcze dobitnych – William F. Buckley:

„Po II Soborze Watykańskim Kościół pogrążył się we wielomówstwie, do tego stopnia akcentując znaczenie relacji pomiędzy członkami zgromadzenia, że obserwator zewnętrzny odnosi wrażenie, iż punkt szczytowy Eucharystii ma miejsce wówczas, gdy kapłan wzywa zgromadzonych do przekazania znaku pokoju”. (10).

Ks. Miller zauważa, że dla niektórych liturgistów sukces celebracji zależy od stopnia, w jakim budzi ona poczucie wspólnoty:

„Dla niektórych ludzi taki sentymentalizm i manifestowanie osobistych więzi równoznaczne są z sukcesem celebracji liturgicznej. W atmosferze liturgicznej asertywności wszelkie odniesienia do transcendencji wydają się być nie na miejscu. Można by wręcz powiedzieć, że poczucie świętości i tajemnicy utrudnia wyrazistą celebrację!

Trzeba zauważyć, że swobodna atmosfera panująca podczas wielu współczesnych liturgii może być przyczyną zaniku pełnej szacunku ciszy, która dominowała niegdyś w naszych kościołach. Logiczną konsekwencją tego nowego podejścia jest traktowanie kościołów jako sal do zebrań. Nie sposób radośnie świętować w miejscu, którym panuje modlitewne skupienie (…)

Nie trzeba dodawać, że dla tak pojmowanej celebracji konieczne było dobranie zupełnie nowej muzyki. Wielu reaguje dziś szyderstwem na samą sugestię, że może istnieć jakaś różnica między muzyką świecką a sakralną. W umysłach niektórych wizjonerów najbardziej nawet świeckie utwory posiadają skojarzenia religijne, narzucają je więc siłą zdezorientowanym wiernym. Prawda jest jednak taka, że usiłuje się za wszelką cenę przypodobać gustom młodzieży. Do kościołów zawleczone zostały bębny, a w opustoszałych galeriach chórów zagnieździły się grupy rockowe, występujące pod przykrywką wykonywania muzyki folkowej”.

Skoro zaakceptuje się – nawet, jeśli nie uzna się tego formalnie – że człowiek nie ma Boga poza sobą samym, każdy rodzaj ludzkiej aktywności posiadać będzie charakter sakralny. Konsekwentnie świeckie nawet piosenki posiadać będą konotacje religijne. Słowo „świecki” wydaje się być dziś pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ponieważ człowiek jest bogiem, a wszystko, co czyni bóg, posiada charakter sakralny. Prof. James Hitchcock zauważył, że począwszy od Vaticanum II ruch liturgiczny dąży do przesunięcia uwagi człowieka ze „świata przyszłego”, na świat, w którym żyjemy obecnie. Dokładnie tego domagał się Karol Marks. Prof. Hitchcock pisze:

„Rewolucja z końca lat 60. odrzuciła – niekiedy w sposób zdecydowany a nawet brutalny – tradycyjne przekonanie, że kult odnosi się do świata przyszłego, że skupia ma uwagę człowieka na transcendentnym Bogu, że jest aktem, przez który człowiek wznosi się ponad ten doczesny świat, by spojrzeć na źródło, z którego pochodzi i cel, do którego zmierza. Według «teologii Wcielenia» Boga odnaleźć można w świecie i tylko w nim, a aspiracje do transcendencji, jak je pojmował tradycyjnie Kościół, są w istocie heretyckie i anty-ludzkie”. (11).

W cytowanym wcześniej artykule ks. Miller dodaje:

„Można zaobserwować, że znaczna liczba nowych «hymnów» wychwala w istocie i wielbi samo zgromadzenie. Wiele z tych piosenek skierowanych jest nie do Boga, ale do siedzących w ławkach wiernych. Jest to zresztą czymś naturalnym w sytuacji, gdy świecki humanizm współzawodniczy transcendentną religią”.

Być może najbardziej dramatycznym wyrazem skoncentrowania nowej liturgii na człowieku jest odwrócenie ołtarza, czy raczej zastąpienie go stołem. W rozdziale XIX wykażę szczegółowo, że sposób, w jaki Msza sprawowana była przed soborem, gdy kapłan i wierni znajdowali się po tej samej stronie ołtarza zwróceni ku wschodowi, był wyrazistym symbolem zorientowania tradycyjnej liturgii na Boga. Obecnie celebracja skierowana jest ku środkowi – człowiek odwrócił się od Boga, by patrzeć na swych bliźnich.

Nie wszyscy eksperci liturgiczni byliby skłonni przyznać oficjalnie, że zastępują kult Boga kultem człowieka. Dla niektórych jest to proces podświadomy. Pozostaje jednak faktem, że trend ten, nawet jeśli nie został zdefiniowany oficjalnie, posiada jednak wyraźny kierunek. Pisząc o chrześcijańskich humanistach, prof. Molnar zauważa: „Nie mówią oni wiele o tym, że obecnie człowiek zajął miejsce Boga, wysuwają jednak liczne propozycje, których logiczna konkluzja jest właśnie taka. Sugerują, że człowiek osiągnął dojrzałość i nie może obecnie akceptować mitów, którymi żyli jego przodkowie; że jego sumienie musi być respektowane jako autonomiczne, niezależne od jakichkolwiek zewnętrznych nakazów, czy to ze strony Kościoła jako instytucji, czy ze strony prawa moralnego”. (12).

Przygnębiającym dowodem na ustępstwo wobec tej idei są propria niedzielnych Mszy w zrewidowanej liturgii. Oczywiste jest, że wszelkie aluzje do grzechu, sądu czy umartwienia nie pasują do swobodnej i radosnej atmosfery wspólnotowej. Intencje, kryjące się za wprowadzonymi zmianami, odnaleźć możemy w wywodach M. Augé’a, V. Raffa oraz W. Ferrettiego.(13).

Czynią oni aluzje do poglądów współczesnego człowieka (l’uomo d’oggi). Szczegółowa analiza ich książek przeprowadzona na łamach „The Ampleforth Journal” ujawnia, że uważają oni l’u omo d’oggi za niechętnego wobec wszystkich „negatywnych” idei. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mu modlitwy radosne (più gioscosi) i wyrażające poczucie wspólnoty (più communitari) (14). Ten sam artykuł przynosi analizę elementów, które autorzy owi postrzegają jako „negatywne” oraz sposobu, w jaki tematy te traktują.

„Autorzy reformy liturgicznej zastosowali politykę polegającą na eliminacji «negatywnych» tematów lub na przesuwaniu ich na okres Wielkiego Postu. Zagadnienie «negatywnych aspektów» w teologii, etyce czy liturgii jest prawdopodobnie jedną z kluczowych idei współczesnego Kościoła, której ogólny zarys dały doniesienia z obrad II Soboru Watykańskiego. Nie istnieje angielski odpowiednik tego pojęcia, a próby zdefiniowania go przy zastosowaniu terminów filozoficznych czy teologicznych wydają się być skazane na niepowodzenie, zwłaszcza gdy dowiadujemy się, że Kongregacja Kultu Bożego posługuje się nim nawet w odniesieniu do czegoś tak zdrowego jak Marsz Weselny z Lohengrina.

Koncepcji tej nie można wyprowadzić również z Pisma Świętego. Prawdopodobnie najlepszym wyjściem będzie więc próba sformułowania definicji w oparciu o to, co trzej wymienieni wyżej autorzy postrzegali jako elementy negatywne w starej liturgii. Chodzi tu o wszelkie aluzje do grzechu, słabości ludzkiej, zależności człowieka od Boga, gniewu Bożego, obecności zła w świecie, konwersji, pokuty, umartwienia, modlitwy, medytacji, polemik i napomnień moralnych. W tych bardzo obszernych ramach mieści się oczywiście również znaczna część samego Pisma. Nie jest oczywiście możliwe traktowanie negatywnych tematów w Biblii w sposób tak swobodny, jak postąpiono z tekstami liturgicznymi. Polityka cenzorów wydaje się więc polegać raczej na usuwaniu «niemiło brzmiących wersów» z niedzielnych Ewangelii, przy pozostawianiu ich w dni ferialne, gdy – jak się zakłada – ryzyko błędnej interpretacji jest mniejsze. Owo usuwanie i przesuwanie modlitw wywołujących «negatywne» skojarzenia było skutkiem dostosowywania ich do mentalności współczesnego człowieka”.

Typowym przykładem tego, w jaki sposób manipuluje się Pismem św., by wyeliminować z niego „negatywne pojęcia”, jest czytanie z 22. rozdziału Apokalipsy na 7. niedzielę okresu wielkanocnego w cyklu B nowego lekcjonarza. Wersy, które zostały pominięte, zaznaczyliśmy kursywą. Oficjalny tekst zawiera wersy 12–14; 16–17 i 20.

Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by tak każdemu odpłacić, jaka jest jego praca.
Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec.
Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała i aby bramami wchodzili do Miasta.
Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje.
Ja, Jezus, posłałem mojego anioła, by wam zaświadczyć o tym, co dotyczy Kościołów. Jam jest Odrośl i Potomstwo Dawida, Gwiazda świecąca, poranna».
A Duch i Oblubienica mówią: «Przyjdź!» A kto słyszy, niech powie: «Przyjdź!». I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie, kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie.
Ja świadczę każdemu, kto słucha słów proroctwa tej księgi: jeśliby ktoś do nich cokolwiek dołożył, Bóg mu dołoży plag zapisanych w tej księdze.
A jeśliby ktoś odjął co ze słów księgi tego proroctwa, to Bóg odejmie jego udział w drzewie życia i w Mieście Świętym – które są opisane w tej księdze.
Mówi Ten, który o tym świadczy: «Zaiste, przyjdę niebawem». Amen. Przyjdź, Panie Jezu!

Oczywiste jest, że wers 15 musiał zostać pominięty ze względu na nasuwający się wniosek, iż bynajmniej nie wszyscy ludzie muszą być zbawieni, powodem usunięcia wersów 18 i 19 było natomiast zawarte w nich twierdzenie, że ludzie, którzy odważą się wypaczać Pismo św., zostaną pozbawieni oglądania Boga.

Do koncepcji „negatywnych” zaliczono również pokutę i umartwienie – o potrzeby współczesnego człowieka zatroszczono się tu ograniczając post i abstynencję do – co zakrawa na kpinę – dwóch dni w roku: Środy Popielcowej oraz Wielkiego Piątku. Z tego samego powodu tradycyjna nauka Kościoła o poście i umartwieniu, oraz samo Pismo św., musiały zostać zmodyfikowane w taki sposób, by człowiek współczesny nie był niepokojony przez wysłuchiwanie rzeczy, który mogłyby zakłócać jego dobre samopoczucie. A jak odpowiedział na to człowiek współczesny? Miliony katolików porzuciły praktykowanie swej wiary, podczas gdy Cerkiew prawosławna może się pochwalić licznymi konwersjami, pomimo wymagających przepisów postnych i przypominania, że rolą Kościoła jest ratowanie biednych grzeszników od piekła.

Do momentu, w którym Kościół katolicki usunie kult człowieka z każdego aspektu swego życia – z katolickich szkół, college’ów, uniwersytetów, klasztorów, seminariów i zgromadzeń zakonnych, nie ma nadziei na przywrócenie katolickiej liturgii jej właściwej funkcji – jaką jest Kult Boga. W chwili obecnej większość organizacji katolickich, zwłaszcza komisje posoborowe, w sposób oczywisty nie są zainteresowane zmianą status quo. Nowa liturgia dobrze oddaje wiarę współczesnego establishmentu liturgicznego – lex orandi, lex credendi.

PRZYPISY:

(1) Chodzi o trylogię Liturgical Revolution, której trzeci tom stanowi niniejsza książka
(2) Thomas Molnar, Christian Humanism, Chicago 1978, s. 50–51.
(3) Ibid. s. 51.
(4) Ibid. s. 110¬ 111.
(5) „The Tablet”, 23 września 1967, s. 1003.
(6) La Nouvelle Messe, Paryż 1970, s. 57.
(7) T. Molnar, Christian Humanism, Chicago 1978, s. 32.
[8] P. Couglhan, The New Mass, A Pastoral Guide, Londyn 1969, s. 14.
(9) Michael Davies, Pope John’s Council, Devon 1977, s. 233.
(10) „The Courier-Journal”, 11 sierpnia 1978.
(11) J. Hitchcock, The Recovery of the Sacred, Nowy Jork 1974, ss. 18-19.
(12) Thomas Molnar, ibid., s. 133.
(13) M. Augé, Le collette del proprio del tempo del nuovo messale, „Ephem. Liturg.” 84, ss. 175-198; V. Raffa Le orazione sulle offerte del tempo del nuovo messale, „Ephem. Liturg.” 84, ss. 299-322; W. Ferretti Le orazioni post communionem de tempore nel nuovo messale romano, „Ephem. Liturg.” 84, ss. 323-341.
(14) „The Ampleforth Journal”, lato 1971, s. 59.

wtorek, 16 grudnia 2014

List otwarty do papieża Franciszka. Kim są faryzeusze XXI wieku?


Drogi Papieżu Franciszku,

Popierałam i broniłam Cię wiele razy w tym roku. Nawet wtedy, gdy nie byłam dokładnie pewna co powiedziałeś - zawsze dawałam ci kredyt zaufania i stałam za Tobą wobec tych którzy Cię krytykowali. Jednak w odniesieniu do Twoich niedawnych komentarzy potępiających „sztywne” trzymanie się doktryny i określenie tego jako faryzeizm muszę z ciężkim sercem nie zgodzić się z Tobą:
Pewnie niektórzy z was to pamiętają. Nie wolno było nawet napić się kropelki wody. A przy myciu zębów trzeba było uważać, by nie połknąć wody. Ja sam kiedyś jako młody chłopak spowiadałem się z tego, że przystąpiłem do komunii, choć zdawało mi się, że jakiś łyczek wody wpadł mi do środka. To prawda. Gdy Pius XII zmienił dyscyplinę, już odezwały się głosy: «Herezja! Tak nie może być! Naruszył dyscyplinę Kościoła!». Tylu faryzeuszy się zgorszyło, że Pius XII uczynił jak Jezus: dostrzegł ludzką potrzebę. Biedni ludzie cierpiący w upale. Księża, którzy odprawiali trzy Msze, ostatnią o pierwszej po południu, na sucho. Taka była kościelna dyscyplina. I tacy byli faryzeusze z tym swoim rygoryzmem: sztywni na zewnątrz, a w środku, jak powiedział Jezus, przegnici, słabi aż do zgnilizny. Mroczni w sercu. Także nasze życie może się takie stać – zaznaczył Papież. – I powiem wam, że czasem, gdy spotykam takich ludzi, takich chrześcijan o słabym sercu, nie opartym na Jezusie jako skale, a za to bardzo sztywnych na zewnątrz, modlę się: «Panie, podłóż im skórkę od banana na drodze, niech fikną niezłego kozła, niech się zawstydzą z powodu swej grzeszności i tak niech spotkają Ciebie, który jesteś Zbawicielem”. Ech, ile razy jakiś grzech powoduje wstyd i potem spotkanie z Panem, który przebacza, tak jak było z tymi chorymi, którzy przychodzili do Pana, by wyzdrowieć.
Masz rację, mówiąc, że faryzeusze w pierwszym wieku w Jerozolimie byli politykami. Nie byli zainteresowani duchowością żydowskiej wiary w żadnej z jej form. Wszyscy oni byli zainteresowani zaspokajaniem swoich żądzy władzy i swojego statusu wśród ludzi. W ten sposób pogardliwie „trzymali” lud Boży. Używali zasad i przepisów, aby utrzymać ludzi w niewoli.

Ale Ojcze Święty, nie rozumiesz tego? ...

Religijni politycy XXI wieku - Walter Kasper i Cormac Murphy O'Connor - są twoimi przyjaciółmi na tym świecie. Oni są tymi, którzy starali się przejąć kontrolę nad Synodem, Oni manipulowali mediami. Oni są tymi którzy załatwiają swoje sprawy i ustawiają swoich ludzi na pozycji biskupów aby wprowadzać swój własny plan polityczny, a oni naprawdę, naprawdę nigdy nie powinny tam się się znaleźć (Kieran Conry).

Podobnie jak faryzeusze z pierwszego wieku w Jerozolimie, są przede wszystkim związani z ich własnymi żądzami władzy i statusu wśród ludzi. Ukrywają to za zasłoną (dymną) słów i zwrotów, które wydają się oferować zbawienie, ale w rzeczywistości są puste jak zasady i przepisy sprzed 2000 lat. Utrzymują lud Boży w pogardzie, oferując mu pozorne rozwiązania związane z problemem grzechu. Oni tego nie robią trzymając lud w niewoli zasad i przepisów, lecz dążą do zniesienia wszystkich zasad i przepisów aby zapoczątkować klimat relatywizmu. Kiedy ludzie zaczną relatywnie postrzegać swój grzech, zasady i przepisy przestaną obowiązywać, i w konsekwencji ich grzech też przestanie istnieć.

Ojciec Święty nie widzisz tego? Prawdziwi faryzeusze XXI wieku działają utrzymując Lud Boży w niewoli ich własnych grzechów.

Nie wiem, jak działa Kościół w Argentynie. Czuję że istnieją pewne różnice kulturowe w Europie, których być może nie jesteś w pełni świadom. Widzisz, tu Kościół przetrwał dzięki tym, którzy pozostali wierni nauczaniu Kościoła. Kościół poniósł duże szkody tutaj w ciągu ostatnich 50 lat od ludzi, którzy chcą wprowadzić własny program polityczny - umieszczenie Człowieka w centrum wiary, a nie Chrystusa. Prawdę i piękno Chrystusa - prawdziwą duchowość i serce wiary katolickiej zostały niemal całkowicie zastąpione przez nic więcej jak syntetyczny substytut.

Rozumiem twoje orędzie miłosierdzia. Chcesz dotrzeć do tych, których wiara nie jest bezpieczna (jest zagrożona) - do tych, którzy być może cierpią przez brak właściwej edukacji religijnej i katechezy i nigdy nie poznali, prawdziwego Jezusa ani Jego miłości. Wiem, że jest wielu, którzy są już ugruntowani w wierze, którzy nie rozumieją, dlaczego używasz takich metod - ja to rozumiem. Ale są też tacy, którzy chcą przekształcić to posłanie na własną korzyść. Miłosierdzie, które oferuje Kasper skupia się tylko na życiu doczesnym. Szuka on tylko sposobu na usatysfakcjonowanie człowieka. Nie wspomina w żaden sposób jak by to wpłynęło na życie ludzi w przyszłym życiu. Pozwolić ludziom pozostać w grzechu śmiertelnym to znaczy nie zważać na Bożą prawdę i Bożą sprawiedliwość. Jak nauczanie Kaspera o miłosierdziu wpłynie na czas przebywania ludzi w czyśccu - lub w jeszcze gorszym miejscu? Czy to jest prawdziwe miłosierdzie?

Ojcze Święty, podziwiam twoją odwagę podjęcia tak ciężkiego krzyża i zostania papieżem i modlę się za ciebie każdego dnia. Proszę Cię Ojcze Święty, błagam - nie daj się zwieść tym, którzy chcą umieścić człowieka w centrum wiary katolickiej. Jezus nie przyszedł aby przypodobać się ludziom. Przyszedł on aby wyzwolić nas od nas samych. Proszę rozpoznaj kim tak naprawdę są faryzeuszy XXI wieku.

Kocham cię i polecam Cię w moich modlitwach 
Clare Short


Źródło informacji http://faithinourfamilies.com

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Aberracje liturgiczne cz. 100 - Niedziela Gaudete w jednej z włoskich parafii


x. Jan Jenkins FSSPX: Grzech pierworodny a rodzina



Ludzie są istotami bardzo obdarowanymi. Mamy wiele zdolności, którymi obdarzył nas Bóg ze względu na jakieś poszczególne dobro, konieczne dla naszej doskonałości. Wszystkie te zdolności dane są nam, byśmy postępowali w doskonałości i mogli ostatecznie osiągnąć cel, dla którego zostaliśmy stworzeni: byśmy poznali oraz ukochali Boga i mogli cieszyć się Nim przez całą wieczność. Zdolności te powinny zostać ukierunkowane na ten właśnie cel, każda z nich powinna zostać mu podporządkowana.

Przez łaskę chrztu Trójca Święta zamieszkuje w naszej duszy jak w świątyni. Nasze dusze są świątyniami Ducha Świętego, świątyniami, w których mieszka Bóg, gdyż za pośrednictwem łaski zostaje nam zaszczepiona Jego natura. Jesteśmy nawet więcej niż świątyniami, ponieważ świątynie są jedynie budynkami – my natomiast jesteśmy żywymi stworzeniami, zdolnymi do czczenia i kochania Boga, mogącymi osiągnąć szczęście wieczne. Świątynia, niezależnie od tego, jak byłaby piękna i wspaniale ozdobiona, nie jest zdolna do miłości. Jednak jako żyjące istoty ulegamy wielu wpływom, a nie wszystkie z nich odpowiadają godności, którą otrzymaliśmy poprzez sakrament chrztu.

W chwili swego stworzenia Adam był na wszelki sposób doskonały. Jego umysł był natchniony Boską wiedzą, jego wola ukierunkowana na najwyższe dobro, a ciało wolne od bólu i zepsucia. Wszystko to było skutkiem specjalnego daru Bożego, było konsekwencją łaski i posłuszeństwa Bożemu prawu. Wszystkie umiejętności Adama znajdowały się w doskonałej harmonii i porządku w taki sposób, że on sam był gwarantem ładu w świecie naturalnym i ich związku ze Stwórcą, ponieważ był jedynym ziemskim stworzeniem posiadającym nieśmiertelną duszę.

Najgorsza jest pożądliwość

Jednak ten dar integralności, który kierunkował wszystkie zdolności Adama ku jego nadprzyrodzonemu przeznaczeniu, został utracony wraz z popełnieniem grzechu pierworodnego. Wraz z utratą łaski utracił także posiadaną prawość, a ponieważ stan ten został odziedziczony przez jego dzieci – wszyscy rodzimy się nie tylko oddaleni od Boga, ale też bardzo dalecy od panowania nad sobą. Pożądliwość, cierpienie i śmierć zatruły naszą naturę tak, że – jak mówi św. Paweł – czynimy zło, którego nie chcemy, a jednak niezdolni jesteśmy do dobra, którego pragniemy.

Z tych trzech konsekwencji – pożądliwości, cierpienia i śmierci – najgorsza jest prawdopodobnie pożądliwość. Nawet Chrystus Pan mógł cierpieć i przyjąć śmierć bez zniewagi dla swego Bóstwa, nie mógł jednak przyjąć na siebie nieuporządkowania, jakie niesie nasza pożądliwość. Czym więc jest pożądliwość i w jaki sposób możemy z nią walczyć?

Jesteśmy istotami bardzo obdarowanymi – posiadamy tak wiele zdolności, którymi obdarzył nas Bóg ze względu na jakieś poszczególne dobro, konieczne dla naszej doskonałości. Posiadamy zmysł dotyku, byśmy mogli czuć otaczający nas świat, zmysł wzroku pozwalający nam widzieć i czytać, zmysł słuchu, dzięki któremu możemy poznać dźwięki muzyki, zmysł smaku i węchu, byśmy mogli znaleźć to, co jest nam potrzebne do pożywienia i rozwoju. Posiadamy też zdolności pozwalające na zrodzenie dzieci i zapewnienie ciągłości oraz doskonałości rodzaju ludzkiego jako całości.

Wszystkie te zdolności dane są nam po to, byśmy postępowali w doskonałości i mogli ostatecznie osiągnąć cel, dla którego zostaliśmy stworzeni: byśmy poznali oraz ukochali Boga i mogli cieszyć się Nim przez całą wieczność. Zdolności te powinny zostać ukierunkowane na ten właśnie cel, każda z nich powinna zostać mu podporządkowana – gdyż jedynie on zapewnić nam może szczęście i doskonałość.

Namiętności – armia bez dowódcy

Kiedy Adam został stworzony, każda z tych zdolności podporządkowana była innej: jego zmysły podporządkowane były woli, wola z kolei osądowi intelektu, a intelekt prawdzie. Jednak grzech pierworodny zburzył ten ład. Każda z naszych zdolności nadal zachowuje swą pierwotną moc i cel, dla którego została przeznaczona, funkcjonuje jednak w sposób niezależny i bez względu na dobro całej osoby czy celu, dla jakiego została stworzona. Poprzez swe nieposłuszeństwo Adam odrzucił swój ostateczny cel, którym jest Bóg, niszcząc w ten sposób sam fundament ładu porządkującego jego władze, pozostawiając je nienaruszone, pozbawione jednak zasady jednoczącej – poza samą naturą.

Wszystkie jego władze są więc poważnie osłabione nawet w tym, co dotyczy ich naturalnej mocy, są jak armia bez dowódcy. Ludzie jedzą i piją często bez względu na swe zdrowie; przyjemność, która normalnie byłaby jedynie pomocą dla osiągnięcia celu, dla którego zostaliśmy obdarzeni zdolnościami, stała się obecnie celem samym w sobie. Nawet przyjemność, która jest owocem dobrze wykonanej pracy i nagrodą za nią, często jest pozostawiona jak sierota bez opieki. Ten smutny stan prowadzi wiele dusz do ruiny: zamiast szukać rzeczy wyższych, rzeczy, które mogą im dać prawdziwe szczęście, ulegają one nieuporządkowanym namiętnościom prowadzącym donikąd, gdyż namiętności są ślepe.

Naszym obowiązkiem jako chrześcijan, czy nawet jako ludzi, jest odbudować znowu ten ład w naszej naturze. Już poganie dostrzegali to nieuporządkowanie w naszej naturze, nawet jeśli nie wiedzieli, w jaki sposób ten ład odbudować. Taki właśnie jest cel umartwienia: zaprowadzić ład wśród zdolności, które znajdują się w tak godnym pożałowania stanie. Trzeba powstrzymać się od tego, ku czemu nas popychają, aby wykształcić w sobie nawyk podporządkowania ich rozumowi.

Potrzebujemy umartwienia

Dzieło chrześcijańskiej doskonałości polega w wielkiej mierze na usiłowaniu odbudowy ładu, który Bóg ustanowił w Adamie; ładu, który Chrystus Pan pragnie odbudować przy pomocy swojej łaski. Ponieważ umartwienie jest nam tak bardzo potrzebne i ponieważ jest ono tak istotnym elementem chrześcijańskiej doskonałości, nierzadko mylnie bierzemy je za samą doskonałość. Jest to jednak błąd. Doskonałość polega zasadniczo na miłości Boga, do czego umartwienie jest jedynie niezbędnym środkiem. Umartwienie jest jedynie wynikiem realistycznego spojrzenia, uznania, że nie wszystko, co się nam podoba, musi koniecznie prowadzić do szczęścia, że często nasza niewiedza i naiwność prowadzą nas na manowce.

Tak więc w praktyce musimy myśleć, zanim cokolwiek uczynimy. A skoro zrozumiemy jasno, co powinniśmy uczynić, musimy starać się dążyć do realizacji tego celu. To właśnie poprzez nieustanny nacisk naszego intelektu na nasze działanie jesteśmy w stanie postępować w cnocie, czyniąc nasze dusze dobrymi i sprawiając, że po długim ćwiczeniu osiągniemy pewną biegłość w czynieniu dobra. I będzie nam to sprawiało przyjemność. Cnota, jak każdy inny nawyk, nie pojawia się nagle. Podobnie jak nauka jazdy na rowerze czy gry na fortepianie wymagają znacznego wysiłku, tak również nasze starania, aby być dobrymi i mieć dobre nawyki, wymagają czasu, cierpliwości i energii.

Ta rzeczywistość grzechu pierworodnego, którą do pewnego stopnia rozumieli nawet starożytni poganie, jest jednak w naszej postchrześcijańskiej erze czymś wyśmiewanym, a nierzadko całkowicie zapomnianym. Upadek społeczeństwa nie jest skutkiem braku technologii, pieniędzy, czy nawet środków i władzy posiadanych przez rządy – wynika po prostu z tego, że ludzie nie chcą obecnie panować nad sobą. Dzisiejsi rodzice, którzy rozpieszczają swe dzieci i spełniają każdy kaprys ich nieuporządkowanych namiętności, przygotowują im dożywotnie niewolnictwo. Patrząc na dzisiejszą młodzież, widzimy ze smutkiem, że będzie ona niezdolna zrozumieć nawet nauki przekazane im przez poprzednie pokolenie. Jest niezdolna do koncentracji na dłużej niż kilka minut i trzymania w ryzach swej wyobraźni.

Nie potrafi odmówić sobie nawet najbardziej błahej przyjemności, niezdolna jest zrozumieć wartość ofiary. Nie potrafi nawet wstać rano z łóżka, narzeka na wszystko, z czego mogłaby czerpać naukę. Państwo może przetrwać każdy rodzaj naturalnego kataklizmu, a nawet obcą okupację, jeśli jego mieszkańcy są silni. Jednak państwo, którego obywatele niezdolni są do panowania nad sobą, nie potrzebuje żadnego wroga zewnętrznego – upadnie po prostu pod swym własnym ciężarem, podobnie jak wiele imperiów, które zniszczyła pożądliwość.

Rodzina jest pierwszym miejscem walki

Dlatego właśnie życie rodzinne ma dziś tak wielkie znaczenie. Święty Tomasz z Akwinu uczy nas, że grzech pierworodny przekazywany jest przez rodziców. Skutki grzechu pierworodnego widzimy zwłaszcza w życiu rodzinnym, i to właśnie w rodzinie będzie się toczyć pierwsza walka. Rodzina jest fundamentem społeczeństwa, a społeczeństwo będzie prosperowało lub chyliło się ku upadkowi proporcjonalnie do liczby tworzących je świętych rodzin. Z tego właśnie powodu rodzice, bardziej niż ktokolwiek inny, muszą nie tylko zrozumieć istotę katastrofalnych skutków grzechu pierworodnego, muszą mieć również rzeczywistą świadomość tego w codziennym życiu.

Z katechizmu wiemy, że chrzest gładzi grzech pierworodny, nie usuwa jednak jego skutków. Stan nieprzyjaźni z Bogiem zostaje naprawiony, jakbyśmy się na nowo narodzili, obumarłszy grzechowi i przeniesieni zostali do życia. Jednak blizny po tym grzechu pozostają, pozostaje nasza słabość. Tak więc rodzice muszą prawdziwie kochać swe dzieci – nie takimi, jakimi chcą, żeby one były, ale takimi, jakimi są w rzeczywistości. Prawdziwa miłość nie jest sentymentalizmem. Prawdziwa miłość uznaje w innych słabość i możliwość błądzenia, jednocześnie czyni wszystko co w jej mocy, by pomóc im przezwyciężyć ich słabość. Ignorowanie skutków grzechu pierworodnego jest w istocie duchowym samobójstwem.

Rodzice, tak jak trzymają swe dzieci z dala od używanych w domu środków chemicznych, którymi mogłyby się zatruć, tak też w porządku moralnym muszą chronić je przed wszystkim, co mogłoby zatruć je duchowo. Największym z możliwych zaniedbań w stosunku do nich jest dawanie im wszystkiego, czego chcą. Dzieci, zwłaszcza gdy są młodsze, nie rozpoczęły nawet walki o dominację rozumu, stąd ich pożądliwości są znacznie bardziej związane z instynktem. Instynkt jest ślepy i całkowicie zdeterminowany przez bodźce dawane przez środowisko.

Rodzice nie powinni naiwnie wierzyć, że ich dzieci spontanicznie będą postępowały dobrze. Muszą być kierowane, ponieważ nie w pełni rozumieją, co jest dobre a co złe, kierują się głównie instynktem i emocjami. Dzieci stopniowo nauczą się rozumować, obserwując rozumność wymagań rodziców. A później, kiedy ich intelekt zacznie zdobywać przewagę i panowanie nad innymi władzami, będą bardziej skore do słuchania rodziców, tłumaczących im, co jest dobre, a czego powinny się wystrzegać. W pierwszej kolejności dzieci powinny uczyć się posłuszeństwa.

I przeciwnie, pozostawienie dzieci samymi sobie, pozwolenie im na błąkanie się bez jakiegokolwiek ich korygowania i pozostawienie na pastwę ich własnych decyzji oznacza przygotowanie ich do życia tylko nieco różniącego się od życia zwierząt – do bycia niewolnikami, którzy ulegają każdej namiętności. Jest to po prostu śmierć za życia, gdyż rozum, najwyższa władza ich duszy, na zawsze pozostanie więźniem w ich ciałach. Mamy obecnie całe pokolenie będące z winy rodziców duchowymi sierotami, którzy uważali, że mogą delegować ciążącą na nich odpowiedzialność na współczesną technologię.

Módlmy się o święte rodziny, które rozumieją tę walkę między ciałem a duchem. Módlmy się, by w tych rodzinach, które dotąd tego nie zrozumiały, proces ten mógł się przynajmniej rozpocząć. Oby Bóg, poprzez sakramenty, które nam pozostawił, zwłaszcza poprzez sakrament małżeństwa, udzielił nam łaski zwycięstwa nad pożądliwością. Przez sakrament chrztu staliśmy się świątyniami Ducha Świętego. Nie bezcześćmy więc naszych dusz dla przyjemności tego świata, ale zachowujmy je dla celów wyższych – niech będą domami modlitwy. Oby to nie do nas odnosił się zarzut Zbawiciela, że uczyniliśmy je „jaskinimi zbójców”. Raczej prośmy Go, aby pomógł nam wyzbyć się rzeczy, które nie są nas godne. Prośmy, by oczyścił nasze dusze i uczynił je świątyniami godnymi Jego samego.

Źródło informacji: BIBULA.com

bł. John Henry Newman o Kościele


„Kościół Katolicki głosi, że jest zbudowany na faktach, nie na opiniach; na obiektywnych prawdach, nie zaś na podlegających zmianom uczuciach; na świadectwie sięgającym czasów niepamiętnych, a nie na prywatnych sądach; na przekonaniach lub doświadczeniu, a nie na wnioskowaniu. Żadna inna instytucja poza Kościołem nie zgłasza podobnych roszczeń.

Precyzja i apodyktyczność nauki Kościoła, tytułem oskarżenia, przedstawiane są jako brak tolerancji i ekskluzywność. Twierdzenie Kościoła, że doskonale rozumie i radzi sobie z powierzonym sobie depozytem, że potrafi kierować wypełnieniem swoich zadań, że objawia to co nieznane i przekazuje co niewidzialne, jest, w oczach rozumu – bynajmniej nie zastrzeżeniem co do pochodzenia Kościoła z góry – lecz potwierdzeniem nadania mu jego wzniosłej misji; tym, co byłoby pewnym znamieniem Kościoła, gdyby otrzymał tego rodzaju misję.

Nie można pojąć Kościoła w oderwaniu od jego posłannictwa i darów. Kościół jest narzędziem i wyrocznią – i niczym innym – nadprzyrodzonej nauki, która nie zależy od jednostek, która od pierwszych wieków została mu powierzona raz na zawsze, i która jest tak głęboko z nim zrośnięta, że, nawet gdybyście próbowali, to nie jesteście w stanie mu jej wyrwać i odebrać. Nauka ta krok po kroku, majestatycznie, w miarę upływu czasu i wówczas gdy pojawia się tego rodzaju potrzeba, przyjmuje postać dogmatów – nie na mocy sądu prywatnego, lecz z woli Dawcy owej nauki i jako nieomylny skutek refleksji całego Kościoła; jako coś, co jest konieczne do zbawienia każdego z nas”.

bł. John Henry Newman
Certain Difficulties Felt by Anglicans in Catholic Teaching [1850] [Lecture 7] 
tłum. Paweł K. Długosz)

Tak o Kościele pisał ks. Newman w 1850 r. w swoim dziele pt. Certain Difficulties Felt by Anglicans in Catholic Teaching, które Richard Hudson, uznany brytyjski lingwista, nazwał „pierwszą katolicką książką szeroko czytaną w środowisku protestanckim”:

Źródło informacji: http://jacquesblutoir.blogspot.com

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Liturgia rzymska ks. Nojszewskiego



LITURGIA RZYMSKA

objaśniona przez

ks. Antoniego Nojszewskiego

Profesora liturgii w Seminarium lubelskim


__________

Liturgia rzymska (djvu, 71,2 Mb)

 Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15.4 Mb)
__________

Liturgia rzymska, objaśniona przez X. Antoniego Nojszewskiego, Profesora liturgii w Seminaryum lubelskiem. Wydanie drugie uzupełnione. Warszawa. Druk Piotra Laskauera, Nowy-Świat 41. 1914, str. 475.

sobota, 13 grudnia 2014

Kardynał Raymond Burke w ekskluzywynym wywiadzie dla Glorii.TV.




O zmianach posoborowych, o wielkiej różnicy pomiędzy Starą a Nową Mszą, nieszczerym użyciu terminu "Miłosierdzie" podczas Synodu ds. Rodziny, o tym dlaczego jest tak mało kardynałów męczenników i o wielu innych interesujących sprawach kościelnych opowiedział Kardynał Raymond Burke w ekskluzywynym wywiadzie dla Glorii.TV.

Prałat Fenton: Kardynał Ottaviani i II Sobór Watykański


Ataki prasowe na kard. Ottavianiego, zwłaszcza ze strony prasy komunistycznej i liberalnej, potwierdziły, że był on najważniejszą postacią pierwszej części soboru.

W trakcie pierwszych trzydziestu ośmiu zgromadzeń II Soboru Watykańskiego nie było z pewnością osoby, która zyskałaby taki rozgłos jak uczony, błyskotliwy i wytworny sekretarz najważniejszej kongregacji rzymskiej – Świętego Oficjum – kard. Alfred Ottaviani. I nie ma żadnej przesady w twierdzeniu, że zdecydowana większość komentarzy prasowych na jego temat była mu stanowczo nieprzychylna, niekiedy do stopnia graniczącego z histerią.

W czasie pomiędzy uroczystym otwarciem soboru 11 października a ogłoszeniem 8 grudnia w kaplicy papieskiej przerwy w jego obradach komunistyczne gazety we Włoszech nie ustawały w atakach prasowych na kardynała. Wkrótce dołączyła do nich zawodowa prasa antyklerykalna, a zwłaszcza rzymski „L’Espresso”, który 2 grudnia zamieścił na pierwszej stronie wielki nagłówek reklamujący artykuł, który wyjaśnić miał la sconfitta di Ottaviani – ‘klęskę Ottavianiego’. Artykuł ten, być może najważniejszy i najbardziej znaczący spośród tekstów wymierzonych w kardynała, napisany został przez byłego katolika. Jak można było oczekiwać, również nasze „Time” i „Newsweek” przyłączyły się do chóru niezadowolonych. W tekstach niezwykle podobnych pod względem ilości nieścisłości i złej woli starano się na wszelkie możliwe sposoby przekonać najbardziej podatną na wpływ część amerykańskiej opinii publicznej, że kard. Ottaviani uważany jest, lub przynajmniej powinien być, za całkowicie niereprezentatywnego członka kolegium kardynalskiego.

Każdego bezstronnego obserwatora zjawisko to powinno skłonić do refleksji. Oczywiście należało oczekiwać, że komunistyczne gazety, jak „L’Unitŕ” i „Il Paese” będą robić co tylko w ich mocy, by przeciwstawiać się wpływowi każdego lojalnego i skutecznego rzecznika Kościoła katolickiego. „L’Espresso” zazwyczaj usiłuje dyskredytować duchownych. Również „Time” poszczycić się może długim i wyjątkowo mało chwalebnym rejestrem wrogości okazanej kard. Ottavianiemu.

Nie wyjaśnia to jednak nawet w przybliżeniu liczby i gwałtowności ataków prasowych skierowanych przeciw niemu podczas dni poprzedzających otwarcie soboru, w trakcie samych sesji i w dniach następujących bezpośrednio po jego przerwaniu. Jeśli chcemy poznać prawdziwe powody tej zorganizowanej nagonki, powinniśmy poszukać motywów innych niż jedynie zwyczajowo niechętny stosunek gazet do kard. Ottavianiego (…). Przede wszystkim należy zaznaczyć, że w charakterze czy kwalifikacjach kardynała nie ma niczego, co mogłoby jakoś wyjaśniać ową złą prasę, jaką miał w trakcie soboru. Kościół katolicki szczęśliwie posiada w swych szeregach wielu wybitnych pod względem intelektualnym członków hierarchii – wątpię jednak, czy któregokolwiek z ojców soborowych można by określić jako wykształconego lepiej niż kardynał sekretarz Świętego Oficjum. Jest on doświadczonym i błyskotliwym wykładowcą, którego praca z zakresu publicznego prawa kościelnego jest standardowym tekstem, (…) znanym na każdym uniwersytecie świata, na którym przedmiot ten jest wykładany. Był on również jednym z najbardziej błyskotliwych zastępców sekretarza stanu w XX wieku. Jego erudycja w dziedzinie teologii, zwłaszcza w zakresie fundamentalnej teologii dogmatycznej, jest niezrównana.

Będąc człowiekiem niezwykle uprzejmym, kard. Ottaviani ma co najmniej tylu przyjaciół wśród amerykańskich kapłanów i członków amerykańskiej hierarchii, co każdy inny kardynał Kurii Rzymskiej. Jest zawsze życzliwy, zawsze przystępny. Ponadto, cicho i bez fanfar, kard. Ottaviani poświęcał wiele swego czasu i środków na poprawę warunków życia ubogich chłopców i dziewcząt z Borgo. Wraz ze swoim starym przyjacielem, śp. kard. Borgongini-Duca, utrzymywał obok budynku Świętego Oficjum instytucję dbającą o wypoczynek oraz poprawę warunków materialnych i duchowych tych dzieci. Wspiera również dom dla ubogich dziewcząt, Oazę Św. Rity w Fascati.

Jak więc widzimy, ataki komunistycznej i antykatolickiej prasy skierowane przeciw kard. Ottavianiemu były całkowicie bezpodstawne – nie sposób zarzucić mu ani braku miłosierdzia, ani braku kwalifikacji intelektualnych, ani wreszcie braku cech charakteru niezbędnych dla piastowania zajmowanego przez niego stanowiska.

Ataki skierowane przeciwko kardynałowi przez gazety rodzaju „L’Espresso”, „Il Paese” czy „Time”, brały się po prostu z tego, że wypełniał on, z widocznym powodzeniem, obowiązki wynikające z piastowania dwóch stanowisk, na które został mianowany przez Jana XXIII. Kardynał Ottaviani jest sekretarzem Kongregacji Św. Oficjum oraz kardynałem przewodniczącym teologicznej komisji przygotowawczej na II Sobór Watykański.

To Jan XXIII wyznaczył kard. Ottavianiego na stanowisko sekretarza Świętego Oficjum. Należy jednak pamiętać, że kardynał był rzeczywistą głową tej najbardziej wpływowej kongregacji rzymskiej od 1935 r., kiedy to mianowany został asesorem Świętego Oficjum po wyróżniającej służbie w charakterze zastępcy sekretarza stanu. Nominacji w 1935 r. dokonał papież Pius XI. W roku 1953, kiedy Ottaviani wyniesiony został do godności kardynalskiej, zmienił stanowisko z asesora na drugiego sekretarza. Pierwszym sekretarzem był wówczas kard. Pizzardo.

Tak więc od 1935 r., przez 28 najbardziej burzliwych lat w historii Kościoła katolickiego, nazwisko kardynała związane było z Kongregacją Świętego Oficjum. W okresie tym opublikowanych zostało kilka książek, które zasłużyły na dezaprobatę ze strony Stolicy Apostolskiej i stosownie do tego zostały potraktowane. Niektóre z nich umieszczono na indeksie, inne wycofano z obiegu. W niektórych przypadkach opublikowano ostrzeżenia przed czytaniem pozycji sprzeciwiających się doktrynie Kościoła katolickiego, w innych upomnień udzielano prywatnie. Nierzadko ucierpiała przy tym miłość własna autorów. Bez wątpienia niechęć niektórych dysydenckich pisarzy i wykładowców do kard. Ottavianiego wytłumaczyć można tym, że był on w owym czasie jedną z czołowych postaci Świętego Oficjum. Taki sam jest powód negatywnego nastawienia do niego prasy komunistycznej i liberalnej.

Ottaviani – wróg „nowej teologii”

Nikogo nie trzeba przekonywać do istnienia w dzisiejszym świecie agresywnie antykatolickej prasy, która, choć nie jest dogmatyczna w tym sensie, co dawne „Menace” czy „Fellowship Forum”, chętnie widziałaby jednak, jak Kościół katolicki zmienia podstawy swego nauczania i stosunek do innych organizacji religijnych. Rozkoszują się one perspektywą, że w taki czy inny sposób Kościół katolicki mógłby wyrzec się w przyszłości stanowiska określonego w Lamentabili sane exitu, w Pascendi dominici gregis czy przysiędze antymodernistycznej. Gazety tego rodzaju są oczywiście zawsze gotowe do przyklaskiwania ludziom wewnątrz Kościoła, co do których przekonane są, że podzielają ich odczucia. Gotowe są też skierować całą swą machinę propagandy przeciw człowiekowi, którego uważają za przeszkodę w realizacji swych celów.

Kard. Alfred Ottaviani jest dla pism tego rodzaju naturalnym celem ataków. Mówiąc słowami prawa kanonicznego: „Congregatio Sancti Officii, cui ipse Summus Pontifex praeest, tutatur doctrinam fidei et morum”. Człowiek, który jako asesor, zastępca sekretarza i wreszcie sekretarz tej kongregacji pracował dla trzech papieży nad ochroną czystości i integralności wiary przez niemal 28 lat, jest siłą rzeczy niepopularny wśród tych, którzy chcieliby widzieć zmiany w doktrynie katolickiej. Ataki skierowane przeciwko kardynałowi stanowią więc w gruncie rzeczy dowód na to, że przez ostatnich 28 lat naprawdę dobrze wykonywał swoją pracę.

Skoro kard. Ottaviani zasłużył sobie na niechęć pism takich jak „L’Espresso” czy „Newsweek” swą ofiarną służbą Kościołowi katolickiemu w Kongregacji Świętego Oficjum, nie dziwi fakt, że taką samą reakcję wywołała jego praca na stanowisku kardynała przewodniczącego teologicznej komisji przygotowawczej na II Sobór Watykański. Komisja teologiczna, tak jak inne komisje przygotowawcze i sekretariaty, powołana została latem 1960 r., po zakończeniu pracy przez komisję przedprzygotowawczą. Kard. Ottaviani zgromadził członków swojej komisji w październiku tego samego roku, na miesiąc przed rozpoczęciem prac pozostałych komisji przygotowawczych. Po starannym i szczegółowym zbadaniu postulatów przedstawianych przez biskupów, uczelnie, kongregacje, urzędy i trybunały Kurii Rzymskiej komisja teologiczna przystąpiła do sporządzenia wstępnego schematu, który miał być przedstawiony najpierw komisji centralnej, potem Ojcu Świętemu, a na koniec soborowi. Końcowe spotkanie całej komisji teologicznej odbyło się w marcu 1961 r.

Ani kardynał przewodniczący, ani członkowie i doradcy komisji nie byli na tyle naiwni, by wyobrażać sobie, że efekt ich pracy zostanie przyjęty przez sobór bez poprawek. Mieli całkowitą świadomość że przedstawiają jedynie szkice dokumentów, które przed ostatecznym ogłoszeniem przez sobór jako definitywny wyraz nauki katolickiej, będą poddawane modyfikacjom i radykalnym zmianom.

Krzykliwa opozycja i potok obelg miotanych przeciwko kard. Ottavianiemu dowodzą, że praca komisji teologicznej została w zasadzie uwieńczona sukcesem. Gdyby komisja pod kierownictwem kardynała przedstawiła w swych postulatach elementy „nowej teologii”, odrzuconej przez encyklikę Piusa XII Humani generis, zarówno ona, jak i jej przewodniczący staliby się bożyszczami komunistycznej i liberalnej prasy. Gdyby jednak nauczanie takie znalazło się w dokumentach opracowywanych przez papieską komisję teologiczną, tak ona, jak i jej przewodniczący winni byliby przestępstwa przeciwko czystości i integralności doktryny katolickiej.

Przed zakończeniem pierwszej części II Soboru Watykańskiego papież Jan XXIII mianował członków nowej komisji, która miała być odpowiedzialna za koordynację prac w okresie pomiędzy zakończeniem pierwszej części soboru (8 grudnia 1962 r.) a rozpoczęciem drugiej (8 września 1963 r.). Odnosząc się do nowej komisji, znany i szanowany kapłan amerykański powiedzieć miał (wedle agencji informacyjnej NCWC News Service): „Ustanowienie przez papieża specjalnej komisji koordynującej nanoszenie poprawek podczas długiej przerwy w obradach soboru oznacza, że teologia kontrreformacji nie będzie w stanie wywrzeć wpływu na [ostateczny] schemat”.

Człowiek, który poczynił to spostrzeżenie, jest jednym z najbardziej szanowanych, a zarazem kompetentnych kapłanów w USA. Uważam jednak, że w tym przypadku na jego ocenę wpłynęły w pewnym stopniu ośrodki, które atakowały kard. Ottavianiego. Postrzega on komisję, którą Ojciec Święty powołał 6 grudnia, jako ciało mające zapobiec wywarciu na schemat jakiegokolwiek wpływu przez to, co nazywa on „teologią kontrreformacyjną”. Niewątpliwie nazwisko kardynała Ottavianiego było w pewien sposób wiązane – i słusznie – z tym, co ks. Sheerin określał jako „teologia kontrreformacyjna”. I wydaje się, iż właśnie fakt, że nie pozwolił on na deprecjonowanie tej teologii, był powodem brutalnych ataków, jakich doświadczył w ostatnich miesiącach.

„Teologia kontrreformacyjna”

Czym dokładnie jest „teologia kontrreformacyjna”? Oczywiście najprostsza odpowiedź brzmi, że jest to doktryna przedstawiona przez wybitnych teologów, którzy głosili naukę katolicką i bronili jej przed atakami przywódców protestanckiej reformacji. Byłoby to więc nauczanie zawarte w pracach takich pisarzy jak Eck, Cochlaeus, Pighius, Tapper, Driedo i Latomus. Mówiąc jednak ściślej, jest to nauczanie uporządkowane w pismach mistrzów epoki kontrreformacji, ludzi takich jak Melchior Cano, św. Piotr Kanizjusz, św. Robert Bellarmin, Tomasz Stapleton, William Estius, John Wiggers, Franciszek Sylvius, John Lens, Franciszek Suarez, Grzegorz z Walencji i Adam Tanner.

Wszyscy oni jednogłośnie twierdzili, że istnieją pewne prawdy, które Kościół przedstawia nam do wierzenia wiarą Boską i katolicką, a które nie są zawarte w żaden sposób, wprost czy też pośrednio, w księgach Pisma świętego. Nauczali nieugięcie, że Kościół katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem Jezusa Chrystusa i że poza tym jedynym prawdziwym Kościołem człowiek nie może osiągnąć wiecznego zbawienia. Uczyli, że jedyny prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa jest – wedle Nowego Testamentu – społecznością prawdziwie widzialną (…).

Takie są właśnie fundamentalne tezy „teologii kontrreformacyjnej”, które wywoływały irytację pośród niektórych środowisk, śledzących uważnie prace II Soboru Watykańskiego. I z całą pewnością byli ludzie, którzy nie chcieli, by któreś z tych tez znalazły się w konstytucjach i dekretach ostatecznie uchwalonych przez sobór.

Sprzeciw wobec tez „teologii kontrreformacyjnej” pochodził z trzech kierunków. Przede wszystkim od tych, którzy nie są katolikami i którzy pragną, by Kościół zmienił swe nauczanie. Ludzie ci nie wierzą, że doktryna „teologii kontrreformacyjnej” jest prawdziwa. Potem oczywiście mamy tych katolików, którzy są przekonani, że powyższe tezy są całkowicie prawdziwe, uważają jednak, że ich uroczyste przedstawienie przez sobór powszechny nie posłuży obecnie ekumenizmowi. Trzecią grupę stanowią katolicy, którzy wydają się przekonani, że pomimo iż tezy te da się jakoś obronić, to głoszenie ich obecnie byłoby nierozsądne, ponieważ potrzeba znacznie więcej badań i dochodzeń, zanim Kościół mógłby nauczać ich w sposób pewny i bezsporny.

Nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że nazwisko kard. Ottavianiego może być kojarzone z twierdzeniami typowymi dla „teologii kontrreformacyjnej”, ale które są również elementami zwyczajnego Magisterium Kościoła katolickiego. Jest on uważany za jednego z tych, a nawet w jakimś stopniu za przywódcę tych, którzy utrzymują, że jeśli sobór ma wypowiadać się w ogóle w tych dziedzinach doktryny, musi sformułować swe tezy jasno i przekonująco. Słusznie postrzega się go jako tego, który wierzy, że Urząd Nauczycielski Kościoła katolickiego wymaga jasnego i precyzyjnego sformułowania tych objawionych prawd, nawet jeśli znaczna część wyznawców religii niekatolickich nie chce ich zaakceptować i pomimo tego, że dalsze studia na ten temat są możliwe i pożądane.

O nikim, a już na pewno nie o kardynale i tych, którzy podzielają jego stanowisko, nie można powiedzieć, by wyobrażali sobie, że badanie jakiejś kwestii mogłoby powstrzymać wykonywanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, zwłaszcza w wyrażeniu uroczystego osądu przez sobór powszechny (…). Można i bez wątpienia powinno się prowadzić dalsze studium nad dogmatem o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Studium takie będzie zawsze jednak badaniem dogmatu, wedle którego pod koniec swego ziemskiego życia Matka Boża została wzięta z ciałem i duszą do chwały nieba. Były i z pewnością powinny być kontynuowane studia nad dogmatem o nieomylności papieskiej. Badania takie, jeśli mają zachować naukowy obiektywizm, powinny jednak polegać na pogłębieniu zrozumienia objawionej prawdy, wedle której papież, kiedy przemawia ex cathedra, obdarzony jest tą nieomylnością, w którą Zbawiciel pragnął uposażyć Kościół w zakresie definiowania doktryny dotyczącej wiary i moralności. Powinno się dążyć do lepszego zrozumienia prawdy, że definicje ex cathedra biskupa Rzymu są wolne od błędu same z siebie, a nie z powodu zgody Kościoła.

Dokładnie na tej samej zasadzie – i kardynał bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę – konieczne będą dalsze studia nad zagadnieniami, którymi zajmować się będzie II Sobór Watykański. Jednak to, że mogą one i powinny mieć miejsce, w żaden sposób nie sprzeciwia się faktowi, że Kościół nauczał w przeszłości i dalej będzie nauczał, iż pewne prawdy przedstawiane katolikom jako objawione, nie są zawarte w Piśmie św. (…). Niechęć okazywana kard. Ottavianiemu przez niekatolicką prasę wynikała właśnie z tego, że w obliczu całej tej gadaniny o duchu ekumenicznym i charakterze pastoralnym soboru, nigdy nie zapomniał, że „nauczanie kontrreformacyjne” jest integralną częścią doktryny Kościoła katolickiego.

Podstawowym obowiązkiem Urzędu Nauczycielskiego Kościoła katolickiego jest głoszenie prawdy jego członkom. Każdy świadomy katolik wie bardzo dobrze, że Kościół nie mógłby zaprzeczyć żadnemu ze swych dogmatów, nawet jeśli w rezultacie tego zaprzeczenia miliony niekatolików miałyby się do niego dołączyć. Nawet gdyby wszystkie prześladowania Kościoła i jego wiernych członków mogły zostać powstrzymane przez odwołanie przez Kościół jednego z dogmatów należących do „teologii kontrreformacyjnej”, nie mógłby on tego uczynić. Aż do końca czasów Kościół musi pozostać i pozostanie posłuszny Bożemu nakazowi przekazywania wszystkiego, co Zbawiciel kazał mu nauczać. Częścią tego depozytu prawdy jest nauka negowana lub kwestionowana przez protestanckich reformatorów, a zawarta w dokumentach Magisterium Kościoła ogłoszonych podczas i po Soborze Trydenckim. Chlubę przynosi kardynałowi fakt, że jego nazwisko wiązane jest z otwartą i nieugiętą obroną tych elementów doktryny. Ataki wymierzone w niego przez mniej lub bardziej antykatolickie odłamy świeckiej prasy są skutkiem jego stanowczego nalegania, by żadna z części objawienia przekazanego przez Zbawiciela nie była pomijana w imię czy pod pretekstem lepszego czy doskonalszego zrozumienia.

„On nie dał się omamić”

Należało się spodziewać, że w przerwie w obradach soboru, przed jego wznowieniem we wrześniu, prasa będzie próbowała wywrzeć na swych czytelników wpływ i przekonać ich, że sprawa ludzi, którzy przedstawiani byli jako przeciwnicy kardynała, jest sprawą, która ostatecznie zatryumfuje i która na tryumf ten zasługuje. Co ciekawe, w słowie od redakcji „Washington Post” z 16 grudnia p. Leon Wollemborg napisał: „Należy się spodziewać, że nawet długa przerwa przed wznowieniem obrad soboru we wrześniu następnego roku pomoże raczej reformatorom niż tradycjonalistom”. Powodem tego typu prognoz jest przypuszczenie, że ludzie, o których pisze się jako o „reformatorach” (większość z nich nie byłaby szczególnie zachwycona tym określeniem), będzie miała szansę przez 9 miesięcy wymieniać między sobą korespondencję. P. Wollemborg zdaje się zapominać, że poczta pracuje również dla „tradycjonalistów”. Jednak jego artykuł (w którym nazywa on kardynała Ottavianiego człowiekiem „uważanym za przywódcę «starej gwardii»”) dostarcza jeszcze jednego dowodu, że pewien odłam świeckiej prasy nigdy nie pominie okazji do wychwalania ludzi, po których spodziewa się, że gotowi są zmienić doktrynę katolicką czy porzucić jakąś jej część, i nigdy nie pominie sposobności, by przedstawić obrońców czystości i integralności wiary katolickiej w złym świetle.

To właśnie ataki prasowe na kard. Ottavianiego potwierdziły, że był on najważniejszą postacią pierwszej części soboru. Nieprzychylne komentarze prasowe odnośnie do kard. Manninga podczas I Soboru Watykańskiego i po jego zakończeniu poświadczyły jedynie, że był on jednym z najwybitniejszych i najważniejszych członków tego czcigodnego zgromadzenia. Również inni, którzy przyczynili się w wielkim stopniu do ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieskiej, jak np. kardynałowie Pie i Cullen czy bp Senestrey, atakowani byli wówczas przez prasę.

Z pewnością historia pokaże kiedyś, że misja kardynała sekretarza Świętego Oficjum podczas ostatniego soboru powszechnego Kościoła katolickiego była prawdziwie opatrznościowa. Za cenę swej własnej popularności i lekceważąc pragnienia antykatolickiej prasy, człowiek ten nieugięcie bronił czystości i integralności wiary katolickiej. Nie dał się omamić przez złudzeniu, że cokolwiek dobrego wyniknąć może dla Kościoła z pomijania milczeniem pewnych dogmatów, aby przypochlebić się tym, którym nie podoba się stałość jego nauczania. Podkreślał potrzebę odważnego głoszenia doktryny katolickiej, nawet wówczas, kiedy sprzeciwiała się ona tezom reformatorów i modernistów.

Jednak świadomi katolicy nie dadzą się zwieść napaściom i insynuacjom miotanym przeciwko kard. Ottavianiemu, tak przeszłym, jak i tym, które z pewnością nadejdą. Byłoby czymś tragicznym, gdyby lud Boży, dla którego ów serdeczny, a zarazem niezwykle wykształcony i wybitny sługa Kościoła pracował tak dobrze, zwrócił się przeciwko temu, który jak niegdyś św. Atanazy, pracował dla prawdy Chrystusa podczas soboru powszechnego prawdziwego Kościoła.

RZYMSKI KATOLIK nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Przypominamy, że osoba zamieszczająca komentarze zawierające treści zabronione przez prawo, wulgarne, obraźliwie, naruszające prawa RZYMSKIEGO KATOLIKA lub innych osób albo naruszające zasady współżycia społecznego może ponieść za ich treść odpowiedzialność karną lub cywilną.

Linki zamieszczone w zakładkach "Czasopisma katolickie" i "Z księgarskiej półki" nie są płatnymi reklamami.

NASZA POLITYKA PRYWATNOŚCI TUTAJ