_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Bp. Atanazy Schneider: Kilka refleksji na temat Drugiego Soboru Watykańskiego i obecnego kryzysu w Kościele

Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci postawę przypominającą ślepą obroną wszystkich twierdzeń Drugiego Soboru Watykańskiego prezentowali nie tylko zadeklarowani moderniści, ale także kochający Kościół teolodzy oraz wierni. Taka postawa wydaje się wymagać czasami prawdziwej akrobatyki umysłowej i rozwiązania problemu kwadratury koła. Nawet obecnie ogólna mentalność dobrych katolików wiąże się z przypisywaniem całkowitej nieomylności wszystkim orzeczeniom Drugiego Soboru Watykańskiego, jak i papieskim wypowiedziom oraz działaniom. Ten rodzaj niezdrowego papocentryzmu był już w ciągu ostatnich dwóch stuleci obecny w przypadku kilku pokoleń katolików. Mimo tego zawsze istniała pełna szacunku krytyka i spokojna debata teologiczna, dozwolona przez wielką tradycją Kościoła. Szukać bowiem powinniśmy prawdy i wierności objawieniu oraz stałej tradycji Kościoła, co samo w sobie zakłada zastosowanie rozumu i racjonalność, unikając przy tym intelektualnej akrobatyki. Niektóre spośród wyjaśnień dotyczących oczywistych niejasności i zwodniczych wyrażeń zawartych w tekstach soborowych wydaje się być nieprzekonujące i sztuczne, zwłaszcza jeśli rozważyć je w sposób bardziej uczciwy intelektualnie, bo w świetle stałej i niezmiennej doktryny Kościoła.

Instynktownie tłumiono każdy sensowny argument, który – nawet w najmniejszym stopniu – kwestionował wyrażenie bądź pojęcie zawarte w tekstach soborowych. Takie nastawienie nie należy do zdrowych, przeczy wielkiej tradycji Kościoła, o czym możemy się przekonać analizując dwa tysiące lat historii wielkich teologów, Ojców i Doktorów Kościoła. Opinia różna od nauki Soboru Florenckiego na temat sakramentu święceń – dotycząca traditio instrumentorum – była przyjmowana przez wieki poprzedzające ten sobór i doprowadziła w 1947 r. do ogłoszenia przez Piusa XII konstytucji apostolskiej Sacramentum Ordinis, w której skorygował on omylne nauczanie Soboru Florenckiego poprzez stwierdzenie, że jedyną materią konieczną dla ważności święceń jest nałożenie rąk przez biskupa. Tym aktem Pius XII nie zastosował hermeneutyki ciągłości, tylko korekty - bowiem nauczanie soboru w tym aspekcie nie odzwierciedlało stałej doktryny liturgicznej i praktyki Kościoła powszechnego. Już w roku 1914 kardynał Willem Marinus van Rossum C.S.S.R. potwierdzał w kontekście Soboru Florenckiego, że ta doktryna soborowa podlegać może zmianie i należy ją porzucić (zob. De essentia sacramenti ordinis, Freiburg 1914, s. 186). W tym konkretnym przypadku nie było miejsca na hermeneutykę ciągłości.

 

Kiedy magisterium papieskie lub sobór ekumeniczny dokonywał korekty nie-nieomylnej doktryny poprzednich soborów ekumenicznych (do czego dochodziło rzadko), to – jak wskazuje historia –nie podważano w ten sposób fundamentów wiary katolickiej, nie przeciwstawiano przyszłego magisterium nauczaniu dnia dzisiejszego. W roku 1425 Marcin V zatwierdził bullą dekrety Soboru w Konstancji, w tym także dekret Frequens z 39. sesji soboru (z roku 1417). Dekret ten zatwierdzał błąd koncyliaryzmu, tj. o wyższości soboru nad papieżem. Jednakże w roku 1446 papież Eugeniusz IV oświadczył, że zatwierdza dekrety Soboru Powszechnego w Konstancji za wyjątkiem tych (z sesji od 3 do 5 oraz 39), które naruszają prawa i prymat Stolicy Apostolskiej („absque tamen praeiudicio iuris, dignitatis et praeeminentiae Sedis Apostolicae”). Dogmat I Soboru Watykańskiego o prymacie papieskim stanowił ostateczne odrzucenie koncyliarystycznych błędów Ekumenicznego Soboru w Konstancji. Jak już wspomniano, Pius XII skorygował błąd Soboru Florenckiego odnośnie materii święceń. Te rzadkie przypadki poprawiania nie-nieomylnych twierdzeń magisterium nie doprowadziły do podważenia fundamentów wiary właśnie z tego powodu, że chodziło konkretnie o te twierdzenia, które nie należą do magisterium nieomylnego.

 

Niektóre spośród wyrażeń zawartych w tekstach Drugiego Soboru Watykańskiego niełatwo pogodzić ze stałą tradycją doktrynalną Kościoła. Przykładami są niektóre spośród wyrażeń dotyczących kwestii wolności religijnej (rozumianej jako prawo naturalne, a zatem rzecz zgodna z wolą Bożą, prawo praktykowania i upowszechniania fałszywych religii, w zakres którego wchodzi idolatria, jak i rzeczy jeszcze gorsze); soborowe rozróżnienie między Kościołem Chrystusowym a Kościołem katolickim (problem związany z „subsist in” polega na tworzeniu wrażenia, że istnieją dwie rzeczywistości: z jednej strony jest Kościół Chrystusowy, a z drugiej – Kościół katolicki); stanowisko przyjęte względem religii niechrześcijańskich oraz wobec świata współczesnego. Choć Kongregacja Doktryny Wiary odpowiadając na pytania dotyczące niektórych aspektów nauki o Kościele przedstawiła(29 czerwca 2007 r.) wyjaśnienie pojęcia „subsist in”, to niestety uniknęła jasnego stwierdzenia, że Kościołem Chrystusowym jest naprawdę Kościół katolicki. Co oznacza, że pozostawiając pewne niejasności kongregacja uniknęła wyraźnej deklaracji dotyczącej tożsamości Kościoła Chrystusowego z Kościołem katolickim.

 

Istniej także stanowisko a priori odrzucające wszystkie możliwe zarzuty pod adresem wspomnianych powyżej twierdzeń soborowych. Zamiast tego jako jedyne rozwiązanie prezentowana bywa metoda znana jako „hermeneutyka ciągłości”. Niestety, wątpliwości dotyczące problemów teologicznych nierozerwalnie związanych z nauczaniem soboru nie są brane na poważnie. Musimy pamiętać, że zasadniczy cel soboru posiadał charakter pastoralny i że sobór ten nie zamierzał proponować własnego, definitywnego nauczania.

 

Nauczanie papieży poprzedzających ten sobór – także tych z wieku XIX i XX – wiernie i w sposób ciągły odzwierciedla nauczanie ich poprzedników oraz stałą tradycję Kościoła. Papieże XIX i XX wieku, których pontyfikaty miały miejsce po wybuchu rewolucji francuskiej, w zestawieniu z dwu tysiącletnią tradycją Kościoła nie stanowią jakiegoś „egzotycznego” epizodu. Nikt nie może stwierdzić jakiejkolwiek nieciągłości w przypadku nauczania tych papieży i wcześniejszego magisterium. Dla przykładu, jeśli chodzi o kwestie społecznego panowania Jezusa Chrystusa i obiektywnego fałszu religii niechrześcijańskich, to z jednej strony nie sposób znaleźć żadnego zauważalnego zerwania między nauczaniem Piusa XII i Grzegorza XVI, a z drugiej nie sposób go też dostrzec w przypadku Grzegorza Wielkiego (VI w.), jego poprzedników, jak i następców. Od czasów Ojców Kościoła aż po pontyfikat Piusa XII dostrzec można nieprzerwaną ciągłość, zwłaszcza w przypadku społecznego królowania Chrystusa, wolności religijnej i ekumenizmu. To ciągłość w następującym sensie: istnieje naturalne, zgodne z wolą Bożą prawo praktykowania wyłącznie jedynej prawdziwej religii – wiary katolickiej.

 

Przed Drugim Soborem Watykańskim nie istniała potrzeba podejmowania olbrzymich wysiłków związanych z obszernymi studiami wskazującymi na doskonałą ciągłość doktryny pomiędzy jednym a drugim soborem, pomiędzy danym papieżem a jego poprzednikami – ta ciągłość była oczywista. Dla przykładu, sam fakt, że w przypadku „Lumen gentium” konieczna była „nota explicativa previa” pokazuje nam, że tekst punktu 21. tej konstytucji jest niejednoznaczny w kwestii relacji między prymatem papieskim a kolegialnością. Dokumenty wyjaśniające nauczanie czasów posoborowych – takie jak encykliki „Mysterium Fidei”, „Humanae Vitae” czy Wyznanie Wiary Ludu Bożego Pawła VI – posiadały dużą wartość i były pomocne, nie wyjaśniały jednak wzmiankowanych niejasności.

 

Być może dzisiejszy kryzys związany z „Amoris laetitia” i deklaracją z Abu Zabi przymusza nas do pogłębienia rozważań dotyczących potrzeby wyjaśnienia lub poprawienia niektórych spośród tych wypowiedzi soborowych. Na kartach „Sumy teologicznej” św. Tomasz z Akwinu zawsze prezentuje zarzuty („videtur quod”) i kontrargumenty („sed contra”). Święty Tomasz był bardzo uczciwy intelektualnie: trzeba dopuścić do postawienia zarzutów i podejść do nich z powagą. Powinniśmy korzystać z tej metody w przypadku niektórych kontrowersyjnych punktów zawartych w tekstach soborowych, nad którymi to dyskusja trwa od niemal 60 lat. Większość tekstów soborowych odznacza się organiczną ciągłością względem wcześniejszego magisterium. Ostatecznie, to magisterium papieskie musi przekonywująco wyjaśnić kontrowersyjne aspekty niektórych zwrotów używanych w tekstach soboru. Do tej pory nie zawsze miało to miejsce w sposób przekonujący i uczciwy intelektualnie. Jeśli byłoby to konieczne, to w przyszłości papież bądź sobór powszechny będzie musiał dodać wyjaśnienia (coś w rodzaju „notae explicativae posteriors”), a nawet zaprezentować poprawki i sprostowania kontrowersyjnych punktów, bowiem twierdzenia te nie zostały zaprezentowane przez sobór jako nauczanie nieomylne i niezmienne. Jak powiedział Paweł VI, „sobór unikał prezentowania uroczystych definicji dogmatycznych, angażujących nieomylność nauczania kościelnego” (Audiencja generalna z 12 stycznia 1966 r.).

 

Orzeknie to historia, patrząc z dystansu. Od zakończenia soboru minęło tylko 50 lat, być może za kolejnych pięć dekad będziemy widzieć rzeczy wyraźniej. Jednakże z punktu widzenia faktów, dowodów, z perspektywy globalnej, Drugi Sobór Watykański nie przyniósł w życiu Kościoła prawdziwego rozkwitu duchowego. Nawet jeśli przed zwołaniem soboru pośród duchowieństwa istniały już problemy, to przez wzgląd na sprawiedliwość i uczciwość musimy także przyznać, że problemy doktrynalne, moralne i duchowe nie były pośród duchownych ani tak powszechne, ani też tak głębokie i intensywne, jak w przypadku lat posoborowych – aż po dzień dzisiejszy. Pamiętajmy, że przed Drugim Soborem Watykańskim już istniały problemy, a pierwszym celem soboru powinno być wydanie możliwie jak najjaśniejszych (nawet i trudnych) norm i doktryn, wolnych od wszelkiej dwuznaczności. Tak, jak to miało miejsce w przypadku poprzednich soborów. Plany związane z Drugim Soborem Watykańskim, jak i intencje tego zgromadzenia, posiadały przede wszystkim charakter duszpasterski, ale mimo tego duszpasterskiego celu po jego zamknięciu nastąpiły katastrofalne konsekwencje, które obserwować możemy po dziś dzień.

 

Oczywiście, sobór przygotował wiele pięknych i wartościowych tekstów, ale jego negatywne konsekwencje i dokonywane w jego imię nadużycia były tak wielkie, że przysłoniły istniejące elementy pozytywne. W przypadku Drugiego Soboru Watykańskiego istniały elementy pozytywne: po raz pierwszy sobór ekumeniczny zaprezentował uroczysty apel do wiernych, aby na poważnie podchodzili do chrzcielnej przysięgi dążenia do świętości. Rozdział poświęcony laikatowi w „Lumen gentium” odznacza się pięknem i głębią. Wierni są wzywani do życia zgodnie ze swoim chrztem i bierzmowaniem, jako odważni świadkowie wiary w świeckich społeczeństwach. Ten apel posiadał prorocki charakter. Jednakże ten właśnie apel jest od czasów soboru nadużywany przez progresywny establishment w Kościele, tak jak i przez funkcjonariuszu i biurokratów pracujących dla kościelnych urzędów. Często ci nowy, świeccy biurokraci (w pewnych krajach Europy) byli nie tyle świadkami, co pomocnikami w dziele niszczenia wiary w parafiach, radach diecezjalnych i innych oficjalnych komitetach. Niestety, duchowieństwo i biskupi często wprowadzali tych świeckich w błąd.

 

Czas, jaki nastąpił po soborze, wywoływał wrażenie, że jednym z głównych jego owoców była biurokratyzacja. Biurokracja ta –odpowiadająca duchowi tego świata – w dekadach posoborowych znacząco ograniczyła duchową, nadprzyrodzoną gorliwość, a zamiast zapowiadanej wiosny nadeszła duchowa zima. Dobrze znane i trudne do zapomnienia słowa Pawła VI dają szczerą diagnozę duchowego zdrowia Kościoła w okresie posoborowym: „Myśleliśmy, że po soborze nadejdzie słoneczny dzień historii Kościoła. Zamiast tego nastał dzień chmur, burz, ciemności, poszukiwań i niepewności. Głosimy ekumenizm i coraz bardziej dystansujemy się od innych. Staramy się pogłębiać przepaści zamiast je zasypywać” (Kazanie z 29 czerwca 1972 r.).

 

W tym kontekście to zwłaszcza arcybiskup Marcel Lefebvre (choć nie jedyny) zaczął – na większą skalę i ze szczerością podobną do tej, którą posiadali niektórzy spośród wielkich Ojców Kościoła – protestować przeciwko rozwadnianiu i osłabianiu wiary katolickiej, zwłaszcza w zakresie ofiarnego i podniosłego charakteru rytu Mszy świętej. To właśnie miało miejsce w Kościele, przy wsparciu lub przynajmniej tolerancji najwyższych władz Stolicy Apostolskiej. W liście zaadresowanym na początku pontyfikatu do Jana Pawła II arcybiskup Lefebvre trafnie i realistycznie streścił prawdziwą skalę kryzysu w Kościele. Ciągle pozostaję pod wrażeniem jasności spojrzenia i prorockiego charakteru następujących stwierdzeń:

„Powódź nowości – akceptowanych i wspieranych przez biskupów – pustoszy wszystko, co napotka na swojej drodze, wiarę, moralność, instytucje kościelne, nie tolerując żadnych przeszkód ani żadnego oporu. Mieliśmy więc do wyboru dać się ponieść niszczycielskiemu prądowi wody i przyczynić się do klęski lub opierać się naporowi fal i wiatru strzegąc naszej wiary katolickiej i katolickiego kapłaństwa. Nie mogliśmy się wahać. Powiększają się kościelne gruzy: ateizm, niemoralność, porzucanie kościołów, zanik powołań kapłańskich i zakonnych jest tak wielki, że biskupi zaczynają się budzić” (List z 24 grudnia 1978 r.). Jesteśmy świadkami kulminacyjnego momentu duchowej katastrofy w życiu Kościoła, na którą już przed czterdziestu laty tak energicznie wskazywał arcybiskup Lefebvre.

 

Podchodząc do kwestii związanych z Drugim Soborem Watykańskim i jego dokumentami unikaćnależy wymuszonych interpretacji i metody „kwadratury koła”, równocześnie zachowując należny szacunek i zmysł kościelny („sentire cum ecclesia”). Zastosowanie zasady „hermeneutyki ciągłości” nie może być ślepe, chcąc wyeliminować wszelkie ewidentnie istniejące problemy bądź tworząc obraz harmonii w sytuacji, w której w hermeneutyce ciągłości ciągle pozostają niejasności. Co do istoty rzeczy, takie podejście w sposób sztuczny i nieprzekonujący prezentowałoby przesłanie o tym, że każde słowo Drugiego Soboru Watykańskiego pochodzi z Bożej inspiracji, jest nieomylne i pozostaje w doskonałej ciągłości doktrynalnej wobec wcześniejszego magisterium. Metoda ta stanowiłaby gwałt na rozumie, dowodach i uczciwości, nie przyniosłaby też czci Kościołowi, bowiem wcześniej bądź później (może po stu latach) prawda okaże się taką, jaka jest. Istnieją książki o udokumentowanych i możliwych do odtworzenia materiach źródłowych, które w kwestii Drugiego Soboru Watykańskiego przynoszą prawdziwszy i o wiele bardziej realistyczny wgląd w fakty i ich konsekwencje, w proces interpretacji i wprowadzania reform ostatnich pięciu dekad. Dla przykładu polecić mogę następujące pozycje, których lektura z pewnością przyniesie pożytek: Romano Amerio, „Iota Unum. Analiza zmian w Kościele Katolickim w XX wieku”; Roberto de Mattei, „Sobór Watykański II. Historia dotąd nieopowiedziana”; a także „Ecclesiastical Winter” Alfonso Gálveza.

 

Do naprawdę pozytywnych i trwałych zasług Soboru Watykańskiego Drugiego zaliczyć można następujące punkty: powszechne wezwanie do świętości, rola laikatu w obronie wiary i świadczeniu o niej, rodzina jako kościół domowy oraz nauczanie o Matce Bożej.

 

W ciągu ostatnich 150 lat magisterium zostało tak mocno przeciążone szaloną papolatrią, że nastała atmosfera w której centralną rolę przypisuje się ludziom Kościoła zamiast Chrystusowi i Jego Mistycznemu Ciału. To ukryty antropocentryzm. Zgodnie z wizją Ojców Kościoła, Kościół jest jedynie księżycem (mysterium lunae), a Chrystus jest słońcem. Sobór stanowił niestety przykład bardzo rzadkiego „magisteriocentryzmu”, samą bowiem liczbą długich dokumentów przewyższył wszystkie inne sobory. Sobór dał jednakże bardzo piękny opis tego, czym jest magisterium, a to w historii nigdy wcześniej nie miało miejsca. Opis ten odnaleźć możemy w punkcie 10. konstytucji dogmatycznej „Dei Verbum”: „Urząd (…) Nauczycielski nie jest ponad słowem Bożym, lecz jemu służy, nauczając tylko tego, co zostało przekazane”. Przez „magisteriocentryzm” rozumiem czynnik ludzki i administracyjny – a zwłaszcza ciągłą i nadmierną produkcję dokumentów oraz regularne fora dyskusyjne (odbywające się pod hasłem „synodalności”) – stawiany w centrum życia Kościoła. Choć pasterze muszą zawsze i z gorliwością wykonywać munus docendi, to inflacja dokumentów (często bardzo rozwlekłych) okazała się odbierać oddech. Mniej liczne, krótsze i bardziej treściwe dokumenty odniosłyby lepszy skutek.

 

Uderzającym przykładem tego „magisteriocentryzmu” – w którym to przedstawiciele Urzędu Nauczycielskiego zachowują się nie jako słudzy, tylko jako nauczyciele tradycji – jest reforma liturgiczna Pawła VI. Pod niektórym względami Paweł VI postawił się ponad Tradycją – nie Tradycją dogmatyczną (lex credendi), ale ponad wielką Tradycją liturgiczną (lex orandi). Odważył się rozpocząć rewolucję dotykającą lex orandi. W pewnym stopniu działał w sposób sprzeczny ze twierdzeniami Drugiego Soboru Watykańskiego przedstawionymi w punkcie 10. konstytucji „Dei Verbum”, który mówi, że Magisterium jest jedynie sługą Tradycji. W centrum stawiać musimy Chrystusa, to On jest słońcem: nadprzyrodzoność, stałość doktryny i liturgii, wszystkie prawdy Ewangelii zostawionej nam przez Chrystusa.

 

Poprzez Drugi Sobór Watykański – a już w trakcie pontyfikatu Jana XXIII – Kościół zaczął prezentować się światu, flirtować z nim, przejawiać wobec niego kompleks niższości. Jednakże duchowni, a zwłaszcza biskupi i Stolica Apostolska, mają za zadanie głosić światu Chrystusa – a nie samych siebie. Vaticanum II stworzyło wrażenie, że Kościół katolicki żebrze o uznanie ze strony świata. Trwało to także w trakcie pontyfikatów papieży panujących po zakończeniu soboru. Kościół błagający o wsparcie i uznanie ze strony świata dopuszcza się czegoś niegodnego własnej natury, nie zaskarbi w ten sposób szacunku tych, którzy prawdziwie szukają Boga. Musimy błagać o wsparcie Chrystusa, wsparcie od Boga, z niebios.

 

Niektórzy krytycy Drugiego Soboru Watykańskiego twierdzą, że choć istnieją i dobre jego aspekty, to przypomina on poniekąd ciasto z dodatkiem odrobiny trucizny i dlatego też całe to ciasto należy wyrzucić. Nie sądzę, żebyśmy mogli zastosować taką metodę. Odnosząc się do prawowitego soboru ekumenicznego – nawet jeśli istniały kwestie negatywne – musimy prezentować postawę ogólnego szacunku. Należy ocenić i docenić wszystko to, co w tekstach soborowych jest naprawdę Boże, nie zamykając równocześnie intelektu (w sposób irracjonalny i nieuczciwy) na obiektywną i ewidentną dwuznaczność oraz błędy zawarte w niektórych tekstach. Pamiętać trzeba, że teksty Drugiego Soboru Watykańskiego nie są Słowem Bożym, nie są one ostatecznymi ocenami dogmatycznymi, ani też nieomylnymi orzeczeniami Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, sam bowiem sobór sam nigdy nie miał takich intencji.

 

Kolejnym przykładem jest adhortacja „Amoris laetitia”. Z całą pewnością zawiera ona wiele punktów, które należy obiektywnie krytykować w perspektywie doktrynalnej. Istnieją jednak też takie rozdziały, które są bardzo pomocne, naprawdę korzystne dla życia rodzinnego, np. te o osobach starszych w rodzinie – in se są bardzo dobre. Nie należy odrzucać całego dokumentu, tylko przyjąć to, co jest w nim dobre. Tak samo rzecz się ma w przypadku tekstów soborowych.

 

Choć nawet przed soborem wszyscy musieli składać przysięgę antymodernistyczną wydaną przez Piusa X, to niektórzy teologowie, kapłani i biskupi – a nawet kardynałowie – dokonywali tego z zastrzeżeniami myślnymi, co potwierdzają późniejsze wydarzenia historyczne. Za pontyfikatu Benedykta XV rozpoczęła się powolne, ostrożne przenikanie ducha tego świata, ducha w pewnym sensie modernistycznego, w szeregi duchowieństwa, aż po wysokie stanowiska kościelne. Ta infiltracja w sposób szczególny postępowała pośród teologów, dlatego też Pius XII musiał później interweniować potępiając znanych teologów tzw. nouvelle théologie (Chenu, Congara, de Lubaca itd.), a także ogłaszając w roku 1950 encyklikę „Humani generis”. Niemniej jednak od czasów Benedykta XV ruch modernistyczny pozostawał w ukryciu i stale się rozwijał. I tak w przeddzień Drugiego Soboru Watykańskiego znacząca część biskupów oraz profesorów wydziałach teologicznych i seminariów przepojona była mentalnością modernistyczną, która co do istoty sprowadza się do relatywizmu moralnego i doktrynalnego, światowości, umiłowania tego świata. W przeddzień soboru ci kardynałowie, biskupi i teologowie kochali „wzór” – wzorce myślowe – tego świata (zob. Rz 12, 2), jemu też chcieli się przypodobać (zob. Ga 1, 10). Prezentowali wobec tego świata wyraźny kompleks niższości.

 

Jan XXIII także prezentował w pewien sposób taki kompleks niższości. Co do mentalności, nie był on modernistą, ale posiadał on sposób politycznego postrzegania rzeczywistości i dziwnie zabiegał o względy ze strony świata. Z pewnością posiadał dobre intencje. Zwołał sobór, który następnie otworzył śluzę dla modernistycznego, protestantyzującego ruchu wewnątrz Kościoła; ruchu o mentalności tego świata. Bardzo znacząca jest surowa obserwacja dokonana przez Charlesa de Gaulle’a (prezydenta Franci w latach 1959-1969) odnośnie Jana XXIII i procesu reform zapoczątkowanego przez sobór: „Jan XXIII otworzył śluzę, ale nie mógł jej już zamknąć. Stało się tak, jakby runęła cała tama zapora. Jan XXIII został pokonany przez to, co sam wywołał” (zob. Alain Peyrefitte, C’était de Gaulle, Paris 1997, 2, 19).

 

Słowa o „otwieraniu okien” przed i w trakcie soboru stanowiły zwodniczą iluzją i źródło zamieszania. Wskutek tych słów ludzie odnieśli wrażenie, że duch niewierzącego, materialistycznego świata – najzupełniej ewidentny w tych czasach –mógł nieść pewne pozytywne wartości dla życia chrześcijańskiego. Zamiast tego, władze kościelne powinny jasno wyrazić, jakie jest właściwe znaczenie „otwierania okien”, polegające na otwieraniu życia Kościoła na świeże powietrze piękna nadprzyrodzonej prawdy, na skarby wiecznie młodej świętości, na nadprzyrodzone światło Ducha Świętego i na świętych, na liturgię celebrowaną i przeżywaną w sposób coraz to bardziej nadprzyrodzony, sakralny i pełen czci. Wraz z upływem czasu, w trakcie epoki posoborowej, częściowo uchylona śluza dała początek niszczycielskiej powodzi, która spowodowała olbrzymie zniszczenia w doktrynie, moralności i liturgii. Dziś poziom wody osiąga niebezpieczne poziomy, doświadczamy kulminacyjnego momentu fali powodziowej.

 

Zasłona dziś opadła i modernizm ujawnił swoją prawdziwą twarz, sprowadzającą się do zdrady Chrystusa i przyjaźni ze światem poprzez przyjęcie światowego sposobu myślenia. Kiedy kryzys w Kościele dobiegnie końca, Magisterium będzie musiało podjąć zadanie polegające na odrzuceniu wszelkich negatywnych fenomenów obecnych w życiu Kościoła ostatnich dekad. Kościół tego dokona, należy bowiem do Boga. Dokona tego w sposób dokładny i skoryguje wszelkie nagromadzone błędy, poczynając od kilku dwuznacznych wyrażeń zawartych w tekstach soborowych. Modernizm jest niczym niewidoczny wirus, ukryty częściowo w kilku twierdzeniach dokonanych przez sobór. Teraz wirus ten się ujawnił. Po kryzysie, po tej poważnej wirusowej infekcji ducha, jasność i precyzyjność doktryny, sakralność liturgii oraz świętość życia kapłańskiego świecić będzie z jeszcze większą mocą.

 

Kościół dokona tego w sposób jednoznaczny, tak jak to miało miejsce na przestrzeni ostatnich dwóch tysiącleci w okresach poważnych kryzysów doktrynalnych i moralnych. Do istoty nadprzyrodzonego zadania powierzonego papieżowi i biskupom należy jasne nauczanie prawdy o boskim depozycie wiary, obrona wiernych przed trucizną błędów, prowadzenie ich pewną drogą do życia wiecznego. Soborowa konstytucja „Sacrosanctum Concilium” przypomina nam o prawdziwej naturze Kościoła, w którym „to, co ludzkie, jest podporządkowane Bożemu i skierowane do Bożego, widzialne do niewidzialnego, życie czynne do kontemplacji, a to, co doczesne – do miasta przyszłego, którego szukamy”.

 

+ Athanasius Schneider

24 czerwca 2020 r.

 

Tłum. mat.



czwartek, 23 lipca 2020

Zapomniane prawdy: Postępujcie wszyscy zgodnie z wolą Bożą, szanujcie się nawzajem, a w odnoszeniu wzajemnym nie kierujcie się ludzkimi pobudkami, ale trwajcie w jedności z biskupem...




Ujrzawszy zatem całą waszą wspólnotę w osobach wyżej wymienionych oraz umiłowawszy ją w wierze, zaklinam, abyście starali się sprawować wszystko w świętej zgodzie pod przewodnictwem biskupa, który występuje w imieniu Boga, kapłanów, którzy stanowią jakby grono Apostołów, oraz tak bardzo mi drogich diakonów, sprawujących służbę Jezusowi Chrystusowi, który przed wiekami był u Ojca, a objawił się przy końcu czasów. Postępujcie wszyscy zgodnie z wolą Bożą, szanujcie się nawzajem, a w odnoszeniu wzajemnym nie kierujcie się ludzkimi pobudkami, ale trwajcie w jedności z biskupem, z tymi, którzy wam przewodzą, zapowiadając w ten sposób i ucząc o nieśmiertelności.

Podobnie więc jak Pan bez Ojca, z którym stanowi jedno, nie czynił niczego ani sam, ani przez Apostołów, tak i wy niczego nie czyńcie bez biskupów i prezbiterów. Nie starajcie się, aby uchodziło za dobre to, co czynicie osobno, ale wszystko czyńcie we wspólnocie: jedna modlitwa, jedno błaganie, jeden duch, jedna nadzieja w miłości i w szczerej radości, tak jak jeden jest Jezus Chrystus, który jest ponad wszystkim. Jednoczcie się wszyscy, jak w jednej świątyni Boga, jakby wokół tego samego ołtarza, tego samego Jezusa Chrystusa, który od jednego Ojca pochodzi, który był u Ojca i do Niego powrócił.

Z listu św. Ignacego Antiocheńskiego, biskupa i męczennika, do Magnezjan

czwartek, 9 lipca 2020

Św. Jan Chryzostom: O strzeżeniu się fałszywych proroków




NAUKA ŚWIĘTEGO JANA CHRYZOSTOMA PATRIARCHY KONSTANTYNOPOLITAŃSKIEGO I DOKTORA KOŚCIOŁA

O strzeżeniu się fałszywych proroków


––––––––

"Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków, którzy do was przychodzą w odzieniu owczym, a wewnątrz są wilcy drapieżni; z owoców ich poznacie je". Ew. u św. Mat. r. 7.

Poprzednio zalecając Pan Apostołom swoim, aby nie czynili jałmużny swojej wobec ludzi dlatego, aby byli widziani od ludzi, jak obłudnicy – aby nie modlili się dlatego, aby byli widziani od ludzi jak obłudnicy – aby nie pościli dla oka ludzkiego jak obłudnicy: tym samym objaśnił, że dawanie jałmużny, modlenie się i poszczenie może być obłudnym i nie stanowić wcale o dobroci człowieka. Teraz to samo niejako powtarza, innymi tylko słowy, gdy mówi: "Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków, którzy do was przychodzą w odzieniu owczym".

Co to jest odzienie owcze? – Ach! nic innego tylko pozór pobożności. Jałmużna, która się czyni dla ludzkiego oka, jest odzieniem owczym. Modlitwa, którą odbywamy przez wzgląd na ludzi, jest odzieniem owczym. Post, który się podejmuje z uwagi na ludzi, jest odzieniem owczym. Ci co tak czynią nie rzeczywiście, ale tylko pozornie są pobożni; złość swoją i przewrotność pokrywają tym odzieniem owczym, pomimo że wewnątrz są wilkami drapieżnymi. A nic tak nie niszczy dobra, jak udane dobro.

Przed widocznym złem jako przed złem uciekamy, na ostrożności się mamy; ale się inaczej wcale zachowujemy, gdy nam złe przedstawiają jako dobre. Dopóki się nie przekonamy, za takie je mamy, i dlatego je przyjmujemy; tymczasem ono będąc zmyśleniem niszczy w nas dobro. Tak słudzy szatana wtedy najbardziej chrześcijaninowi szkodzą, gdy się za chrześcijan podają. Dlatego Chrystus Pan ostrzega uczniów swoich przed nimi, a przez nich i nas wszystkich mówiąc: "Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków".

Wielka to jest rzecz, gdy złe umiemy rozpoznać i silna rękojmia zbawienia, gdy wiemy kogo unikać mamy, przed kim stronić. Herezja jest rzecz niebezpieczna, ale bardzo użyteczna. Niebezpieczna, bo wielu zwodzi i o zgubę przyprawia; użyteczna, bo doświadcza wiernych i od niewiernych oddziela. Kto by szemrał na niebezpieczeństwo próby, musiałby szemrać i na nagrodę za szczęśliwe wyjście z próby. Spoczynku nie ma, jeśli trud nie poprzedzi; podobnie i w rzeczach duchownych: jeślibyśmy nie byli doświadczeni, to byśmy nie mogli być wypróbowani.

"Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków". Naprzód wiedzieć potrzeba, że są istotnie fałszywymi. Nic tak nie gubi chrześcijan jak to, że tych za chrześcijan uważają, którzy się za takich przedstawiają. Jeśli to niezawodna, że są fałszywi chrześcijanie, to albo on jest fałszywym chrześcijaninem albo ty. Jeśli nie ty, to on; jeśli ty, to nie on. Jeśli on, to po co go masz za chrześcijanina, skoro wiadomo: że chrześcijaninem nie jest, kogo Bóg za swego syna nie uznaje. Jakże ty masz go za brata?

Ale może powiesz: jakże go chrześcijaninem nie mam nazywać, kiedy widzę że on Chrystusa wyznaje, że ołtarz ma, że ofiarę chleba i wina sprawuje, że chrzci, że Pismo święte czyta, że inne obowiązki doń przynależne spełnia. Mój bracie! gdyby nie wyznawał Chrystusa i jawnym było jego pogaństwo, a ty byś go jednak za chrześcijanina uważał, to by było wielkie z twojej strony szaleństwo. W tym zaś przypadku, że on wyznaje Chrystusa, ale nie tak jak rozkazał Chrystus, niedbalstwo twoje jest, któremu podlegasz i którym się zwodzisz. Bo kto przypadkiem w dół wpada, ten się za niebacznego uważa, mówią o nim że źle patrzał; kto zaś umyślnie w dół wpada, ten się szalonym zowie. Co mi o praktykach religijnych nadmieniłeś, na to odpowiedź otrzymałeś. I małpa ma członki ludzkie i w wielu rzeczach naśladuje człowieka; czyliż dlatego jest człowiekiem? Tak i herezja, wszystkie tajemnice Kościoła ma i naśladuje, ale Kościołem nie jest.

Wiedząc Pan, że to nie byli jawni poganie, ale ukryci pod imieniem chrześcijańskim, nie powiedział: patrzcie, ale strzeżcie się; bo patrzeć jest to wprost na jaki przedmiot oczy skierować; strzec się zaś jest to wszechstronnie coś rozważać. Gdzie rzecz jest pewna i niewątpliwa, tam się patrzy; a gdzie niepewna i wątpliwa, tam się rozważa. Wiedząc przeto Chrystus Pan, że w nich jest co innego z wierzchu a co innego wewnątrz ukryte, rzekł: "Strzeżcie się", to jest nie tyle oczami ciała patrzcie, ile oczami ducha. Bo jeśli oczami ciała na nich spojrzysz, nie poznasz; gdyż się za chrześcijan podają i pozory chrześcijańskie zachowują. Jako ludzie, jakże możecie widzieć kłamstwo osłoną prawdy pokryte?

Przede wszystkim więc zważać trzeba na uczynki dobre. Jeśli sami uczynki sprawiedliwości pełnimy, jeśli żadnemu błędowi nie podlegamy; to i wszelki błąd odczujemy. Sam błąd to sprawia, jeśli mu podlegamy, że błędu obcego nie poznajemy. Kto nie poznaje kłamstwa drugiego, ten sam mija się z prawdą. Dopóki więc dobre uczynki pełnimy, samo światło sprawiedliwości oczom naszym odkryje prawdę. Grzechy grzeszników tak im zmysły zaciemniają, iż nie widząc kłamstwa wpadają weń.

Sięgnijmy do początku wszech rzeczy, a mianowicie do tej chwili, w której ludzie pobłądzili. Nie błąd szatański uczynił ludzi złymi, lecz ludzie źli błąd szatański sobie przyswoili. Jeśliby błąd uczynił ludzi złymi, to by wina była Boga, który takich ludzi stworzył, aby od błędów byli zwodzeni. Ale skoro człowiek sam wybrał błąd, to wina jest człowieka; zwykle poprzedzają grzechy, a potem następują błędy. Naprzód wieloma grzechami zaślepia się człowiek i tak ułudą szatańską zwodzi, a potem w śmierć popada. Jak dopóki słońce świeci, noc nie następuje, ale dopiero wtedy gdy zajdzie; tak dopóki światło sprawiedliwości w człowieku przebywa, dopóty ciemnia błędu go nie opanowuje.

A więc na dobre uczynki baczność dawać należy, bo nie błąd rodzi grzechy, ale grzechy błąd. Mędrzec mówi: "Bezbożność wiedzie człowieka do błędów".

Strzeżcie się – mówię – strzeżcie się myśleć, jakoby pomimo woli Boga, szatan herezje wywoływał: nie pomimo woli Boga, ale z dopuszczenia Jego. Jeśliby poganie nie uwierzyli byli w Chrystusa, to byśmy sądzili, że to była moc szatana, który poganom nie pozwolił wierzyć. Ale skoro poganie uwierzyli, skoro potem dopiero spośród wierzących powstały herezje; to pokazuje się, że to nie była moc szatana, ale dopuszczenie Boga.

Dlaczegoż tak Pan upomina, jakby nie chciał, aby się to stało? Ponieważ nie chce, aby słudzy Jego byli bez sądu, bez zdania; dlatego ich doświadcza, próbuje. Że zaś nie chce, aby przez niewiadomość zginęli, dlatego upomina. Na to próbuje, aby źli z dobrymi nie byli uwieńczeni: na to zaś upomina, ażeby dobrzy ze złymi nie zginęli: "Strzeżcie się fałszywych proroków".

Napisano jest: wszystek zakon i prorocy aż do Jana. Nie mamy tego tak rozumieć jakoby po Janie już proroków nie było; owszem byli i Agabus i Sylas i inni. O Chrystusie tylko po Janie proroctwa ustały. Prorocy zaś byli i są nie tacy, którzy by prorokowali o Chrystusie; ale tacy którzy by tłumaczyli i wyjaśniali, co o Chrystusie Panu od dawna było prorokowanym, to jest, doktorowie Kościoła. Wszyscy chrześcijanie prorokami się zowią, jako tacy, którzy do królestwa, do kapłaństwa i do proroctwa się namaszczają. Prorockich myśli tłumaczyć nie może, kto ducha prorockiego nie ma.

Powiedzieliśmy to, abyśmy okazali, że prorokami, o których mówi Chrystus Pan, zowią się doktorowie Kościoła. Wiedząc Zbawiciel, że będą i fałszywi doktorowie, różnych herezyj twórcy, tacy którzy Pisma prorockie i apostolskie przewrotnym tłumaczeniem zamącą: przeto upomina wszystkich wiernych, wszystkich zwierzchników Kościoła słowy: "Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków".

Aby zaś który heretycki doktór nie powiedział, że fałszywymi prorokami nazywa nie pogańskich i żydowskich doktorów, ale nas, Zbawiciel dodał: "którzy do was przychodzą w odzieniu owczym". Zatem miał na myśli nie swoich synów, nie swoich wybranych, ale przybyszów obłudnych.

Wilk w owczej skórze

Aby ktoś nie pomyślał, że nie o heretyckich doktorach, ale o grzesznych chrześcijańskich mówił, Zbawiciel powiedziawszy "którzy do was przychodzą w odzieniu owczym", dodał: "a wewnątrz są wilkami drapieżnymi". Chrześcijańscy doktorowie, chociażby byli grzesznikami, sługami ciała się zowią, bo podlegają ciału; jednak nie mają zamiaru gubić chrześcijan, i dlatego nie nazywają się wilkami drapieżnymi. Widzisz więc, że wyraźnie o heretyckich doktorach mówi, którzy w tej myśli chrześcijan odzienie przywdziewają za staraniem szatana, aby tych chrześcijan niegodziwym zwodzeniem jakby zębami rozszarpywali.

O tych wilkach w liście do Efezów, mówił Apostoł narodów: "Wiem, że po odejściu moim przyjdą wilcy zjadliwi na was, nie szczędząc trzody, i z was samych wyjdą tacy, którzy przewrotne rzeczy mówić będą, ażeby uwiedli uczniów za sobą" (*).

Bierz to na uwagę, bracie drogi, bierz do serca i strzeż się pilnie fałszywych proroków za łaską i pomocą Pana naszego Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym przez wszystkie wieki wieków. Amen.

–––––––––––


Cyt. za: Nauki na niedziele i święta całego roku miane w Kollegiacie Łowickiej przez Księdza Antoniego Chmielowskiego. T. III: Czas po Zielonych Świątkach. Warszawa 1893, ss. 151-155.


(Pisownię nieznacznie uwspółcześniono; ilustracje od red. Ultra montes).



Pozwolenie Władzy Duchownej:



APPROBATUR.


Varsaviae die 14 (26) Junii 1891 anno.

Judex Surrogatus,

Canonicus Metropolitanus


R. Filochowski.

pro Secretario

J. Podbielski.

N. 2870.



Przypisy:

(*) S. Joannis Chrysostomi homilia 19 in 7 cap. Math. Selectiora vetustissimorum ac probatissimorum Patrum iudicia de praecipuis Evangelistarum narrationibus. Regiomonti. 1560 a. (a)


(a) Nota o autorze: "Św. Jan Chryzostom (Ioannes Chrysostomus), Biskup, Wyznawca, Doktor Kościoła; – święto 27 stycznia (w Kościele Wschodnim 13 listopada).

Ur. w Antiochii ok. r. 354. Po przyjęciu chrztu (w r. 372) spędził dwa lata w pustelni. Został kapłanem (r. 386) i okazał się porywającym kaznodzieją. "Złotoustym" (Chrysostomus) nazwano go jednak dopiero w VI wieku. Przez lat 12 był kaznodzieją kościoła patriarchalnego w Antiochii. W r. 398 objął stolicę arcybiskupią w Konstantynopolu i rozpoczął wielkie reformy w swej rozległej diecezji; budował szpitale, przytułki, wysyłał misjonarzy do Gotów i wpływem swym uspakajał bunty w Efezie. Przeprowadził ostateczną rewizję liturgii greckiej, która odtąd zwie się liturgią św. Jana Chryzostoma. Tzw. "synod pod dębem", na którym zebrała się gromada jego przeciwników, usunął go ze stolicy arcybiskupiej (w r. 403). Wkrótce jednak, gdy lud domagał się powrotu arcypasterza, cesarz cofnął dekret banicyjny, ale ostre wystąpienie Jana przeciw nadużyciom cesarzowej Eudoksji spowodowało ponowne jego uwięzienie i deportację do Pytios w Kolchidzie. W drodze, wśród wąwozów górskich, pędzony wciąż naprzód, zapadł poważnie na zdrowiu i umarł w Komana w Poncie, 14 września r. 407 ze słowami na ustach: "Bogu dzięki za wszystko". Dzień 27 stycznia, w którym obchodzi jego pamiątkę Kościół łaciński, jest rocznicą sprowadzenia uroczystego jego zwłok do kościoła Apostołów w Konstantynopolu, w r. 438. Relikwie przewieziono w r. 1204 do Rzymu (bazylika św. Piotra).

Św. Chryzostom jest patronem kaznodziejów, jednym z czterech Wielkich Doktorów Kościoła greckiego i pierwszym z 3 hierarchów, czczonych wspólnym uroczystym świętem (30 stycznia) na Wschodzie. Jego wystąpienia na ambonie w ostatnich latach jego życia cechowała może zbytnia gwałtowność, jednakowoż postępowanie dworu cesarskiego względem Jana było krzyczącą niesprawiedliwością, której starał się przeciwdziałać papież św. Innocenty I, niestety bezskutecznie. Jako kaznodzieja Chryzostom był nieustraszonym obrońcą moralności chrześcijańskiej; piętnował wszelkie nadużycia bez względu na to, kto je popełniał – przy tym mistrz słowa, największy mówca Kościoła greckiego. Spuścizna literacka: Homilie, kazania, rozprawy ascetyczne i teologiczne, najgłówniejsza z nich: O kapłaństwie". – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], ss. 202-203. (Przyp. red. Ultra montes).

Źródło informacji: Ultramontes.pl

czwartek, 11 czerwca 2020

Biała sukienka. Filmowa przypowieść na Boże Ciało


niedziela, 7 czerwca 2020

Św. Tomasz z Akwinu: O Trójcy Przenajświętszej



Zdaje się, że Trójcę Osób Boskich można poznać przyrodzonym rozumem, bo:

1. Filozofowie zdołali dojść do poznania Boga i to właśnie tylko w oparciu o siły przyrodzonego rozumu; spotykamy też u nich wiele wypowiedzi o Trójcy Osób. Arystoteles np. tak pisze: „Liczba ta (chodzi mu o trójkę) przynagla nas do uwielbienia Boga jednego, górującego przymiotami nad wszelkim stworzeniem". A oto wypowiedź Augustyna o dziełach platończyków: „Wyczytałem z nich, nie tymi samymi słowy wprawdzie, ale treściowo zupełnie to samo, i to wieloma różnymi poparte dowodami, że „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo"; to, i dalszy ciąg wskazują, że mowa o odrębności Osób Boskich. Również glosa wypowiada się, że moc czarodziejów faraona ustała przy trzecim znaku, tj. przy znajomości trzeciej Osoby, czyli Ducha Świętego. A więc znali przynajmniej dwie Osoby. Wreszcie Trismegist wyraża się: „Monada-jedność zrodziła monadę-jedność i ku sobie zwróciła żar"; jak się zdaje, ma to wskazywać na rodzenie Syna i pochodzenie Ducha Świętego. A więc można zdobyć poznanie Osób Boskich za pomocą rozumu przyrodzonego. /45/

2. Czytamy u Ryszarda od św.: Wiktora: „Wierzę bez powątpiewania, że nigdy nie zabraknie dowodów nie tylko prawdopodobnych, ale i koniecznych na uzasadnienie każdej prawdy". Dlatego też dla udowodnienia Trójcy Osób niektórzy posłużyli się takim argumentem, jak nieskończona dobroć Boga, która samej siebie nieskończenie udziela właśnie w pochodzeniu Osób Boskich. Inni zaś powołali się na to zdanie (Seneki) : „Bez towarzystwa nie ma mowy o szczęściu z posiadania dobra — jakiekolwiek by ono było". Wreszcie Augustyn podjął się wyjaśnienia Trójcy Osób na sposób pochodzenia słowa i miłości w naszym umyśle; tą też drogą i my poszliśmy. Można więc poznać Trójcę Osób samym tylko rozumem przyrodzonym.

3. Objawiać człowiekowi to, czego rozum ludzki nie jest zdolny poznać, jak się zdaje, to krok daremny. Otóż wcale nie godzi się mówić, że objawienie Boże tajemnicy Trójcy jest krokiem daremnym. A więc rozum ludzki może poznać Trójcę Osób.

Wbrew temu wypowiada się Hilary: „Niechaj człowiek wyzbędzie się myśli o tym, że swoim rozumem zdoła zgłębić tajemnicę Rodzenia". Ambroży zaś tak pisze: „Niemożliwością jest poznać tajemnicę Rodzenia: umysł zawodzi, głos zamiera". Lecz jak z powyższego wynika, właśnie sam ów wywód (początek) rodzenia i pochodzenia wyodrębnia Trójcę Osób Boskich. Ponieważ zaś człowiek wcale nie może ani wiedzieć, ani zrozumieć tego, czego nie może udowodnić koniecznie przekonywującym argumentem, dlatego wniosek: zgoła nie można poznać rozumem Trójcy Osób.

Odpowiedź: Niemożliwe jest dojść do poznania Trójcy Osób Boskich rozumem przyrodzonym.

Uzasadnienie:

Jak to wyżej wykazaliśmy, człowiek może rozumem przyrodzonym dojść do poznania Boga li tylko ze znajomości stworzeń. Stworzenia zaś wiodą do poznania Boga tak, jak w ogóle skutek wiedzie do poznania przyczyny. Wynika z tego, że tego tylko możemy dowiedzieć się o Bogu przyrodzonym rozumem, co przysługuje Mu jako początkodawcy wszelkiego bytu. Na tym też fundamencie oparliśmy podane wyżej nasze rozważania o Bogu. Siła zaś stwórcza Boga jest wspólna całej Trójcy; dotyczy przeto jedności istoty, a nie odrębności Osób. Rozumem przeto przyrodzonym tego tylko możemy dowiedzieć się o Bogu, co dotyczy jedności Jego istoty, nie zaś tego, co dotyczy odrębności Osób.

Ten przeto, kto sili się rozumem przyrodzonym udowodnić Trójcę Osób, w dwojaki sposób występuje przeciw Wierze: pierwsze, przeciw godności samej Wiary dotyczącej właśnie spraw niewidzialnych, które przekraczają siły rozumu ludzkiego; po tej myśli idą też wypowiedzi Apostoła: „Wiara… jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy" i „Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata, ani władców tego świata… lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą". /46/ Drugie, godzi w tak pożyteczne wysiłki pociągania innych do Wiary. Przytaczając bowiem dla udowodnienia Wiary nie przekonywujące argumenty, naraża ją tym samym na pośmiewisko ze strony niewierzących; wyrabia przecież w nich przekonanie, że my opieramy się na tych właśnie dowodach i z powodu nich właśnie wierzymy.

Nie silmy się przeto udowadniać spraw Wiary inaczej, jak tylko powołując się na powagi i to oczywiście wobec tych, którzy takowe uznają. Wobec innych zaś wystarczy dla obrony wykazywać, że nie jest niemożliwe to, czego Wiara uczy. Taką drogę wskazał Dionizy mówiąc: „Kto całkowicie robi się głuchy na siłowa, do niego nie trafimy naszą filozofią; gdy jednak otwiera uszy na prawdę słów — słów Bożych, wtedy dostrajamy się i nimi posługujemy".

Na 1. Filozofowie zgoła nie znali tajemnicy Trójcy Osób Boskich w jej najistotniejszych rysach, a więc : ojcostwo, synostwo, Pochodzenie; zgodne to ze słowami Apostoła: „Głosimy tajemnicę… której nie pojął żaden z władców tego świata"; a glosa przez owych władców każe mieć na myśli filozofów. Poznali oni wszakże niektóre istotowe przymioty, które zwykło się przyznawać Osobom, jako to: potęgę przyswajaną Ojcu, mądrość Synowi i dobroć Duchowi Świętemu; o tym zresztą niżej będzie mowa.

Wypowiedzi Arystotelesa: „liczba ta przynagla nas itd." nie należy rozumieć w sensie tym, że on przyjmował w Bogu liczbę trzech; po prostu chciał powiedzieć, że w starożytności posługiwano się liczbą trzy przy ofiarach i modłach; a to dlatego, że w liczbie tej dopatrywano się jakiejś doskonałości.

Również co do owych ksiąg platończyków, gdzie znajdujemy podobno słowa: „Na początku było słowo itd.", to u nich słowo bynajmniej nie oznacza Osoby w Bogu rodzonej, ale pomysł w umyśle Boga, według którego Bóg wszystko stworzył, a ten pomysł właśnie my przyswajamy Synowi.

A chociaż poznali przymioty przyswajane trzem Osobom, powiadamy, że zawiedli „przy trzecim znaku", tzn. przy poznaniu trzeciej Osoby, gdyż zbłądzili co do dobroci, którą przyswajamy Duchowi Świętemu: w sensie wskazanym przez św. Pawła, mianowicie, że: „Choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu".

Można i tak powiedzieć: Platończycy uznawali jeden naczelny byt i mówili o nim, że jest Ojcem całości wszechrzeczy; przyjmowali z kolei jeszcze inne jestestwo niższe od Niego i nazwali je: umysł lub myśl ojcowska; w tej to myśli, jak pisze Makrobiusz, znajdowały się idee-pomysły wszystkich rzeczy. Nie przyjmowali wszakże jakiegoś osobnego trzeciego jestestwa, które zdawałoby się być odpowiednikiem Ducha Świętego.

Ale my dalecy jesteśmy od takiego pojmowania Ojca i Syna, mianowicie że się różnią co do istoty; w ten właśnie błąd wpadli Orygenes i Ariusz, bo poszli za platończykami.

Co do słów Trismegista: „Monada-jedność zrodziła monadę-jedność i ku sobie zwróciła własny żar", to nie należy ich łączyć z rodzeniem Syna czy pochodzeniem Ducha Świętego, ale ze stworzeniem świata, w sensie: jeden Bóg stworzył jeden świat z miłości samego siebie.

Na 2. Zwykle przytaczamy dowody na dwie rzeczy: pierwsze, by przekonywująco udowodnić jakąś zasadę; tak np. astronomia podaje dostateczne dowody na jednostajną szybkość ruchu nieba; drugie, nie by przekonywująco udowodnić zasadę, ale założywszy ją, przytacza się dowody, by wykazać zgodność wypływających skutków; tak np. astronomia podaje teorię obiegów ciał dokoła ziemi i epicykli po to, by nią tłumaczyć wyraźne dane zmysłów o ruchach ciał niebieskich. Aliści teoria ta wcale nie dowodzi przekonywująco; dane te mogłaby nawet z lepszym powodzeniem wytłumaczyć jakaś inna teoria.

Otóż pierwszym sposobem można przytaczać racje na udowodnienie, że Bóg jest jeden i na temu podobne. Za to racje przytaczane na wytłumaczenie Trójcy są drugiego typu. Dopiero bowiem po przyjęciu Trójcy jako faktu, racje te wchodzą w grę; i to nie tak, by przekonywująco udowadniały Trójcę, ale jedynie, by wykazały jej zgodność czy słuszność. /47/

Jaśniejsze się to stanie, gdy omówimy poszczególne próby. I tak nieskończona dobroć Boża przejawia się także w powoływaniu do bytu stworzeń ; przecież tworzyć coś z niczego może li tylko Moc Nieskończona. Jeśli przeto Bóg w nieskończonej dobroci udziela się, to nie aż tak, żeby coś od razu nieskończonego musiało Odeń pochodzić; wystarczy, że na swój sposób korzystać będzie z dobroci Bożej. Również przytoczone zdanie: „Bez towarzystwa nie ma mowy o szczęściu z posiadanego dobra, jakiekolwiek by ono było", jest słuszne w wypadku, gdy jedna osoba nie ziszcza w sobie doskonałej dobroci i dlatego do szczęścia pełnej dobroci potrzebuje dobra od kogoś współtowarzyszącego.

Co do podobieństwa z naszą myślą, to ono nie udowadnia dostatecznie czegoś o Bogu, a to dlatego, że myśl nie znajduje się w Bogu i w nas jednoznacznie. Słusznie wyraził się Augustyn twierdząc, że wiara prowadzi do poznania, ale nie na odwrót.

a 3. Poznanie Osób Boskich było dla nas konieczne z dwóch powodów: pierwsze, byśmy mieli prawdziwy sąd o stworzeniu rzeczy. I tak, twierdzeniem, że Bóg uczynił wszystko swoim Słowem, odpieramy błąd, że Bóg stworzył rzeczy z konieczności natury; twierdzeniem zaś, że w Bogu jest pochodzenie Miłości, wykazujemy prawdę, że Bóg stworzył rzeczy nie dlatego, by ich potrzebował, ani też dla jakiejś innej zewnętrznej Dlań przyczyny, ale z miłowania swojej dobroci. Stąd też i Mojżesz, stwierdziwszy, że: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię", zaraz dodaje: „Wtedy Bóg rzekł: niechaj się stanie światłość", po to, by wskazać na Słowo Boże; potem zaś napisał: „Bóg, widząc że światłość jest dobra itd.", a to dla okazania dowodu miłości Bożej. To samo pisze po każdym dziele. Drugim, i to głównym powodem, było urobienie w naszych umysłach prawowitego zapatrywania na zbawienie rodu ludzkiego, mianowicie że jest ono dziełem Syna wcielonego i darem Ducha Świętego.

Św. Tomasz z Akwinu, Suma Teologiczna, O Trójcu Przenajświętszej, Cz. III, O Bogu, London, s. 66-71

niedziela, 31 maja 2020

Ks. Karol Teliga: Kazanie na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego o chrześcijańskiej prawdzie i jej skutkach w ludziach




"Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek bym wam powiedział". (Jan 14, 26).



Już dzień dziesiąty upływał od owej chwili, w której Chrystus Pan, prawdziwy Bóg-człowiek, własną mocą z góry Oliwnej, w obliczu swych uczniów, wstąpił do nieba i zasiadł miejsce po prawicy Ojca swojego. Apostołowie zgromadzeni razem oczekiwali spełnienia owej obietnicy, którą po tylekroć słyszeli z ust swojego Mistrza, a którą mianowicie powtórzył przed swoim wniebowstąpieniem w tych słowach: "Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy, i przypomni wam wszystko, cokolwiek bym wam powiedział".

I w rzeczy samej, jak to wszystko, co Chrystus Pan przepowiedział, spełniło się co do słowa, tak też i obietnica Jego o zesłaniu Ducha Świętego nie była daremna... W 10 dni albowiem po wniebowstąpieniu Chrystusa, gdy się Apostołowie zgromadzili na modlitwę, alić nagle usłyszeli szum jakby wiatru burzę zwiastującego; pokazały się też zaraz nad każdym z nich ogniste języki, i napełnieni byli wszyscy Duchem Świętym, i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał.

Od tej to błogiej chwili Apostołowie zostają zupełnie nowymi ludźmi. Z prostaczków, którzy z trudnością tylko mogli pojmować naukę Zbawiciela, stają się od razu mistrzami, nad których mądrością nadzwyczajną zdumiewają się zarozumiali Żydzi i filozofowie pogańscy. Z ludzi słabych, przesądnych, bojaźliwych, zostają nieustraszonymi bohaterami; gotowi nie tylko do ponoszenia największych trudów dla Chrystusa, ale do przelania krwi za prawdę Jego świętej nauki. Więżą ich, prześladują, katują; a oni cieszą się, iż mają szczęście cierpieć za swojego ukochanego Mistrza. Ów Piotr, który niedawno uląkłszy się jednej służebnicy, po trzykroć zapierał się Chrystusa, teraz najpierwszy wychodzi na ulicę, i wobec mnóstwa żydowskiego ludu prawi żarliwe o Chrystusie kazanie.

Wszyscy też Apostołowie wstępują w jego ślady, wszyscy cierpią i umierają za prawdę. Taki to był skutek nadzwyczajnego wypadku, który opisuje dzisiejsza Ewangelia; taka moc zesłania Ducha Świętego na Apostołów, takie owoce Jego nadzwyczajnych darów. Już przedtem Apostołowie przekonali się o prawdziwym posłannictwie Chrystusa, bo patrzyli na tyle zadziwiających Jego cudów; oglądali Go po zmartwychwstaniu, widzieli na własne oczy jak do nieba wstępował; a przecież aż do zstąpienia na nich Ducha Świętego byli lękliwi, przesądni, i nie wiedzieli co dalej począć; Duch Święty dopiero natchnął ich serca nieporównaną odwagą, oświecił ich umysły światłem nadprzyrodzonym, i napełnił ich niewymownym uczuciem prawdy, za którą nie wahali się teraz cierpieć i umierać.

Ach! bo prawda tak wielką wywiera moc na człowieka, iż dla niej wszystko poświęcić jest gotowy... Tak jest najmilsi Słuchacze! dla prawdy winniśmy poświęcić zdrowie, majątek, związki przyjaźni, a nawet samo życie; bo jak kłamstwo jest najniższym upodleniem człowieka, tak prawda jest największym jego zaszczytem... Prawda stawia ludzi w rzędzie aniołów, kłamstwo strąca ich do rzędu nierozumnych zwierząt. Prawda jest prostą drogą do nieba; kłamstwo prowadzi do piekła, gdzie panuje ojciec i pierwszy twórca tego grzechu...

W dniu przeto dzisiejszym, w tym dniu, w którym serca Apostołów tak wielkim zamiłowaniem prawdy przez dary Ducha Świętego napełnione zostały, posłuchajmy nauki o chrześcijańskiej prawdzie i jej skutkach w ludziach, a następnie uczyńmy sobie zapytanie: czy też miłujemy prawdę, lub przeciwnie jesteśmy zwolennikami obrzydłego kłamstwa? I to będzie treścią obecnej nauki dla odniesienia zbawiennego pożytku z uroczystości dzisiejszej.

Duchu Przenajświętszy! któryś tak gorącym zamiłowaniem prawdy napełnił serca Apostołów, iż za nią gotowi byli krew swoją w każdej chwili przelać; ożyw i serca nasze ku szukaniu rzeczywistej prawdy; zapal umysły nasze ku temu, co do jej poznania prowadzi; wzbudź w nas święte uczucia miłości Ojca i Syna, od których Ty pochodzisz; zlej na nas wszystkie Twoje dary, a mianowicie dar myślenia zawsze o prawdzie, mówienia prawdy, i wykonywania tego, co Prawda najwyższa wykonywać nam poleca. O wyjednanie tego daru prośmy Oblubienicy Przenajświętszego Ducha słowy Archanioła: "Zdrowaś Maryja".

Najpierwszą i najwyższą prawdą jest sam Bóg. Człowiek na obraz i podobieństwo Boga stworzony winien starać się o poznanie tej prawdy, dążyć do niej, i wyrażać ją w swojej mowie i czynach. Wszystko to, co nam Bóg objawić raczył przez swego Syna, jest również niezaprzeczoną prawdą, bo to wszystko pochodzi od Niego. – Każdy więc z nas jako Chrześcijanin wszystkimi środkami starać się powinien o poznanie prawdy przez Jezusa Chrystusa ludziom objawionej, bo ona jest wolą Boga i do Niego prowadzi. Świadectwo tej najwyższej prawdzie oddawać mamy naszymi myślami, które zawsze zmierzać powinny do Boga; naszymi słowami, które za jedyny cel Boga mieć powinny; naszymi na koniec uczynkami, które stosować należy do woli Boga. I to stanowi miłość Boga. Oprócz prawdy tej, winniśmy tęż prawdę bliźnim naszym nie tylko w słowach, ale i w uczynkach. Obowiązani jesteśmy mówić każdemu prawdę, życzyć każdemu dobrze, dotrzymywać obietnic, wzajemnych umów i zobowiązań, i taką prawdę wkłada na nas sprawiedliwość i miłość bliźniego. Kto prawdę w sercu swoim ukochał, ten niezawodnie ma tęż prawdę w ustach. Chrześcijanin wie dobrze, że sam Chrystus prawdą się nazywa; nie śmiałby więc dopuścić się kłamstwa, bo by tym samym zaparł się prawdy, którą jest sam Chrystus. Z ust prawdziwego Chrześcijanina nigdy daremnego nie usłyszysz słowa; bo wie on doskonale, że za każde słowo próżno wyrzeczone czeka go surowy rachunek przed Najwyższym Sędzią; brzmi mu nieustannie w uszach ów wyrok Zbawiciela: "A niechaj mowa wasza będzie: jest, jest: nie, nie" (Mt. 5, 37). Dlatego też o kim Słuchaczu! jesteś przekonany, że jest gorliwym wyznawcą Jezusa Chrystusa, na tego śmiało rachować możesz w każdym razie. W nieszczęściu da ci niezawodnie pomoc, w utrapieniu pocieszy cię, danego słowa wiernie dotrzyma, bo mu tak najwyższa prawda sam Bóg nakazuje. Prawdziwy Chrześcijanin modli się z przekonania; daje jałmużnę, nie żeby odbierał ludzkie pochwały, ale dlatego, ażeby wykonywał ewangeliczne polecenie, aby w ubogim i nieszczęśliwym bracie uczcił obraz Boga, który jest najpierwszą i najwyższą prawdą. Prawdziwy Chrześcijanin nigdy nie odważy się wzywać Imienia Pańskiego na próżno; owszem to święte Imię w takim ma poszanowaniu, iż wtenczas je tylko wymawia, gdy tego po nim chwała Boska wymaga. Przykazanie to: "Nie bierz imienia Pana Boga twojego nadaremno" tak wielką ma wagę u Chrześcijanina, że chyba tylko dla oddania świadectwa prawdzie mógłby odważyć się do wzięcia na świadectwo Boga. Prawdziwy Chrześcijanin nie wstydzi się wyznawać swojej religii przed wszystkimi ludźmi, choćby mu to wyznanie koronę męczeńską przynieść miało. Zgoła zawsze i wszędzie jest dobrym sługą i wiernym wyznawcą swojego Zbawiciela.

Takimi to wyznawcami prawdy byli Apostołowie, którzy po odebraniu darów Ducha Świętego nie wahali się onej wyznawać wobec najzaciętszych nieprzyjaciół Chrystusa, tak Żydów jako też pogan, i dla tej prawdy śmierć męczeńską ponieśli.

Takimi prawie bez wyjątku byli Chrześcijanie pierwszych wieków. Między wiernymi tych czasów krwawego prześladowania napotykamy częste przykłady, jak nawet niedorosłe dziatki odważnie wyznawały Chrystusa wobec swych srogich oprawców, śmiało odpowiadały na pytania sędziów i mówiły prawdę najzaciętszym tyranom. A cóż dopiero powiedzieć o tych wielkich biskupach, jakimi byli Ambroży, Bazyli, Chryzostom i inni, którzy największym tego świata mocarzom nie wahali się prawdy mówić.

Tak św. Ambroży biskup Mediolanu dowiedziawszy się, że Teodozjusz cesarz, z którego rozkazu kilka tysięcy mieszkańców miasta Tessaloniki wymordowano, przybywszy do Mediolanu, wybiera się do kościoła; otoczony klerem wychodzi naprzeciw niego, nie dozwala wstępu do świątyni, i w mowie pełnej gorliwości ewangelicznej, strofując cesarza za dopuszczenie się tak wielkiej zbrodni, do pokuty publicznej zachęca. Wielki monarcha, większym okazał się Chrześcijaninem: okryty włosiennicą pokutnika, w zdroju własnych łez, wylanych tak w publicznej jak w sakramentalnej pokucie, oczyszcza sumienie, na którym ciążyła krew niewinnie wylana. Święty Jan Chryzostom biskup Konstantynopola, za ostre upomnienie cesarzowej Eudoksji o niesprawiedliwość i rozpustę publicznie czynione; idzie na wygnanie, gdzie wśród srogich prześladowań swych nieprzyjaciół kończy doczesne życie, aby za mówienie prawdy otrzymał wieniec nieśmiertelnej chwały... A my Bracia! nie słusznież szczycimy się naszym Stanisławem, który za mówienie prawdy krew przelał? Gdzież są dzisiaj ci wielcy biskupi, ci prawdziwi pasterze owczarni Chrystusowej? Ich święte szczątki z poszanowaniem religijnym czczą prawi katolicy. Ich dusze używają w niebie tej nagrody, którą przyrzekł Zbawiciel sprawiedliwym, mówiącym i wyznawającym wszędzie i zawsze prawdę... Gdzież są ich prześladowcy? Jak cień przeminęli: ich ciała burzą gwałtownych namiętności za życia miotane, w proch się rozsypały, które dopiero straszliwa trąba Archanioła wywoła z nicości, aby kłamliwe dusze połączywszy z nimi, usłyszały z ust Zbawiciela głos straszliwszy od gromu, głos wiecznego potępienia za okazywaną wzgardę dla prawdy!!!

Gdy więc tak okropna przyszłość czeka tych wszystkich, którzy bardziej umiłowali ciemności aniżeli prawdę; pozwólcie się zapytać Najmilsi Chrześcijanie! ilu też dzisiaj naliczyć można Chrześcijan, którzy by odznaczali się zamiłowaniem prawdy? Ilu za religię Jezusa Chrystusa chciałoby ponieść męczeński wieniec, jak się to działo w pierwszych wiekach naszego Kościoła?

Ach smutno wyznać, bardzo mało! A przeciwnie, jakże to wielka liczba dzisiaj zwolenników kłamstwa, którzy najoczywistszą nawet prawdę tak przekręcą, iż z największą tylko trudnością dociec jej można! Iluż to jest takich, którzy katolikami być się mienią, a cóż w sobie oprócz nazwy katolickiego mają? Co mają wspólnego z katolickim Kościołem? Kościół katolicki jest jeden, jest święty. A oni niweczą jedność jego, bo wypowiadają posłuszeństwo temu, którego postanowił Chrystus Pan głową swojego Kościoła.

Kościół katolicki głosi naukę świętą, a oni czynami swoimi i postępkami grzeszą przeciw tej nauce...

Kościół katolicki głosi, że głównym celem człowieka na tej ziemi jest religia, jest chwała Boga; a oni religię uważają tylko jako środek do dopięcia swoich celów... Kościół katolicki za przykładem Chrystusa powtarza ciągle Chrześcijanom: "Królestwo moje nie jest z tego świata" a oni o niczym bardziej nie myślą, jak o dostąpieniu szczęścia na tej ziemi, i dla dopięcia tego celu wszystkie czynią wysilenia...

Iluż to jest dzisiaj takich, którzy dla pozyskania sobie względów wyższych osób, pochlebiają im bezczelnie, największe ich wady poczytują za dobre przymioty, największe występki usprawiedliwić usiłują! Inni znowu dla pozyskania sobie czczych honorów, godności i urzędów, najpodlejszych używają środków; obkładają obelgami daleko godniejszych od siebie, bo im się zdaje, że im zawadzają na drodze promocji. Iluż znowu wyzuwa się z wszelkiego uczucia ludzkiej godności, byle tylko zdobyć większy kęs chleba, lub dogodzić przez wyżebranie jakiego tytułu osobistej próżności! "Prochem jesteś i w proch się obrócisz" wyrzekł sam Bóg do człowieka; a choć ta prawda od początku świata aż do dnia dzisiejszego powtarza się co chwila, przecież wielu z Chrześcijan zdaje się zupełnie o niej zapominać, bo goniąc tylko za doczesnymi rzeczami, prawie zupełnie o przyszłym swoim losie zapominają. Są prawda tacy, którzy przez sztuki chcą unieśmiertelnić swoje imiona, bez żadnej atoli troski o zbawienie wieczne. Niebaczni! i wy, i wasze pomniki, i wasze dzieła w proch się rozsypią, a wasza pamięć rychlej czy później zaginie! Nie o to więc, co czasowe i znikome, lecz o to co trwałe i wieczyste starać się przede wszystkim powinniście: to jest przez poznanie i zamiłowanie prawdy dążyć do poznania i zamiłowania najwyższej prawdy, którą jest sam Bóg!

Niestety! jakże wielu z dzisiejszych Chrześcijan zapomina o tej najświętszej powinności! jakże wielu z tryumfującym wyrazem na twarzy, a z szatańskim uśmiechem na ustach, wyszydza tych, których podejść i oszukać potrafi!

Jezus Chrystus, który sam nazwał się prawdą, taką naukę daje uczniom swoim: "Słyszeliście, iż powiedziano starym: nie będziesz krzywoprzysięgał... A ja wam powiadam, abyście zgoła nie przysięgali, ani na niebo, bo jest stolica Boża, ani na ziemię, albowiem jest podnóżkiem nóg Jego; ani na Jeruzalem, albowiem jest miasto wielkiego Króla, ani na głowę twoją będziesz przysięgał, albowiem nie możesz uczynić jednego włosa białym albo czarnym. A niechaj mowa wasza będzie: jest, jest, nie, nie. A co nad to więcej jest, od złego jest" (Mt. 5, 33-37).

O! mój Boże! cóż się to jednak za dni naszych dzieje, na cóż to patrzą oczy nasze! Ty zakazujesz przysięgi na niebo. A dzisiejsi Chrześcijanie nie wzdragają się przysięgać na samego Ciebie. A im częściej oświadczają że kochają Boga, tym też częściej kłamią!! Ty mój Boże! zakazujesz przysięgi na ziemię, na Jeruzalem, na własną głowę. A dzisiejsi Chrześcijanie w najdrobniejszych nawet interesach, w potocznej mowie, biorą nadaremno święte imię Twoje! klną się na duszę, na dzieci, na rodziców, na świętości. Czy dla oddania świadectwa prawdzie? Dla zatwierdzenia kłamstwa... Ty o! Boże nauczasz: "niechaj mowa wasza będzie: jest, jest, nie, nie". A dzisiaj im bardziej kto kłamie, tym za dowcipniejszego uchodzi; im bardziej się przysięga, tym pewniej nie zasługuje na żadną wiarę...

Ty o Boże! po sobie, każesz najwięcej kochać bliźniego. A dzisiaj im czulej kto przyciska cię do serca, tym jest obłudniejszy; im większe w oczy prawi ci grzeczności, tym pewniej zaocznie będzie cię obgadywał.

O! bo w sztuce obłudy stali się dzisiaj ludzie mistrzami, i tak są bezczelni, że się nawet chełpią z tej samego piekła nauki! Chrystus Pan zaprowadzając prawdę na tej ziemi, przez swoją mękę i śmierć zapewnił jej panowanie aż do końca świata: dzisiejsi Chrześcijanie usiłują przywrócić panowanie ojca kłamstwa. Chrystus Pan w dzisiejszej świętej Ewangelii tak mówi: "Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy, i przypomni wam wszystko, cokolwiek bym wam powiedział". A dzisiejsi katolicy nie słuchają nauki Ducha Świętego, który nieprzerwanie czuwa nad świętym naszym Kościołem i jego czynnościami tak widocznie kieruje; ale słuchają nauk ducha ciemności, który w lśniące fałszywym blaskiem wolności szaty ubrany, jak pierwszych naszych rodziców skusił do zerwania zakazanego owocu, tak i dzisiaj kusi niebacznych katolików do wypowiedzenia posłuszeństwa Kościołowi swojemu, nad którym czuwa i czuwać będzie aż do skończenia świata Duch Święty. "Zaprawdę powiadam wam, że wszystkie grzechy będą odpuszczone synom ludzkim, i bluźnierstwa, którymi by bluźnili. Ale kto by bluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nie ma odpuszczenia na wieki, ale będzie winien grzechu wiecznego" (Mk 3, 28-29). Tak mówił Chrystus do Żydów zaprzeczających prawdy, bo to jest właśnie grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Straszliwy zaprawdę wyrok Zbawiciela! którego abyśmy okropnych skutków uniknęli, prośmy gorąco Ducha Przenajświętszego. Oby! ten Nauczyciel prawdy zapalił w sercach naszych chęć do szukania tylko prawdy, do jej zamiłowania i statecznego w niej wytrwania. Prośmy gorąco Ducha Świętego, aby nam dawał takich tylko pasterzy i przewodników, którzy by w sprawie zbawienia zawsze nam prawdę mówili, prawdy bronili, i za prawdę życie nawet samo w każdej chwili poświęcić byli gotowi. Prośmy Ducha Świętego, aby mocą swoją zniszczył panowanie kłamstwa, przesądów i zabobonów, a zaprowadził w ich miejsce światło czystej prawdy, jaką jest nasza święta katolicka wiara.

O! Duchu Pocieszycielu! racz wysłuchać próśb naszych, racz nas owionąć tchnieniem Twoim, abyśmy mieli na myśli zawsze prawdę, abyśmy w ustach i sercach naszych nosili zawsze prawdę, abyśmy za przewodnictwem tej prawdy po zakończeniu pielgrzymki doczesnej, za Twoją Duchu Święty pomocą trafili do Tego, który jest drogą, żywotem i prawdą. Amen.

Ks. Karol Teliga


Kazania świętalne ku większej chwale Boga w Trójcy ś. jedynego, na pamiątkę pięciusetletniej rocznicy założenia Uniwersytetu Krakowskiego, wydał X. Karol Teliga, S. T. Dr., Kanonik katedralny Krakowski, Rektor Uniwersytetu Krakowskiego, Profesor historii kościelnej i patrystyki, Proboszcz kościoła parafialnego Ś. Floriana w Krakowie, członek Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, członek Akademii Rzymskiej Sztuk i Umiejętności, protektor Towarzystwa Dobroczynności, b. administrator Diecezji Krakowskiej. W Krakowie. W DRUKARNI "CZASU" W. KIRCHMAYERA. 1864, ss. 379-392. (1)

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono. 

Pozwolenie Władzy Duchownej:

Rękopism pod tytułem: Kazania świętalne i t. d., przez J. W. Jmość X. KAROLA TELIGĘ Ś. Teologii Doktora, Kanonika katedralnego Krakowskiego, Rektora i Prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego i t. d., i t. d., z uwagą przeczytałem, a znalazłszy przedmioty w nim objęte, w duchu nauki Kościoła katolickiego jasno i w sposób przekonywający wyłożone, za godny druku poczytuję.

w Krakowie, d. 12 Maja 1864 r.

Xiądz Filip Gołaszewski,
Cenzor ksiąg treści religijnej.


Przypisy:

(1) Por. 1) Ks. Karol Teliga, a) Kazanie na Wniebowstąpienie Pańskie. O nagrodach i karach wiecznych. b) Kazanie na uroczystość św. Stanisława Biskupa i Męczennika, Patrona Królestwa Polskiego. O gorliwości chrześcijańskiej, której wzór wystawia nam życie św. Stanisława.

2) Ks. Walenty Gadowski, Nauka Kościoła. Wybór orzeczeń dogmatycznych Kościoła katolickiego i jego praw kanonicznych.

3) O. Maurycy Meschler SI, a) Dar Zielonych Świąt. Rozmyślania o Duchu Świętym. 1. Modlitwa. 2. Urząd Nauczycielski w Kościele. b) Trzy podstawy życia duchownego

4) Henryk Edward kard. Manning, Arcybiskup Westminster, O sprawach Ducha Świętego działającego w duszy człowieka.

5) O. Tilmann Pesch SI, Chrześcijańska filozofia życia.

6) Ks. dr Maciej Sieniatycki, a) Apologetyka czyli dogmatyka fundamentalna. b) Zarys dogmatyki katolickiej. c) System modernistów. d) Modernistyczny Neokościół. e) Problem istnienia Boga. f) Dogmatyka katolicka. Podręcznik szkolny. g) Główne zasady etyki Kanta a etyka chrześcijańska. h) O rzeczach ostatecznych.

7) Św. Alfons Maria Liguori, a) O wielkim środku modlitwy do dostąpienia zbawienia i otrzymania od Boga wszystkich łask, jakich pragniemy. Cz. I-II. b) Myśli pobożne. c) Uwielbienia Maryi (De Mariae gloriis). d) Doskonałość chrześcijańska według nauk i pism św. Teresy.

8) Ks. Józef Stagraczyński, Nauki katechizmowe o prawdach Wiary i obyczajów katolickiego Kościoła.

9) Ks. Jacek Tylka SI, a) Dogmatyka katolicka. b) O cnotach heroicznych.


ŹRÓDŁO INFORMACJI: ultramontes.pl

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.