______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

niedziela, 20 stycznia 2019

Zapomniane prawdy: Św. Józef Sebastian Pelczar o Kościele



Kościół katolicki istniał przez dziesięć wieków, nim nastąpiło odszczepieństwo wschodnie, a wieków piętnaście, nim zjawił się protestantyzm; w tym czasie uznawano go powszechnie za Kościół Chrystusowy; jakże tedy stać się mogło, że nagle przestał nim być w wieku XI-tym na Wschodzie, a w wieku XVI na Zachodzie? Czyliż on porzucił naukę, powierzoną mu od Chrystusa? Nie. Czy zmienił doszczętnie swój ustrój, ustanowiony przez Chrystusa? Także nie. Więc może uległ gangrenie moralnej aż do szpiku? I to nie. Wprawdzie w wiekach X i XV więcej było zeświecczenia i zepsucia w duchowieństwie, niż kiedy indziej, także nawet na Stolicy św. zasiedli niektórzy papieże, tego urzędu niegodni, jak Jan XII w X-tym Benedykt IX w XI-tym, lub Aleksander VI w XV wieku; ale wnet nastąpiła reforma, którą w wieku XI przeprowadził św. Grzegorz VII, w szesnastym Sobór trydencki; zresztą i w onych wiekach zniesławionych spotykamy Świętych, jak niemniej znakomitych papieży i biskupów. A więc Kościół katolicki w wieku XI i XVI nie przestał być Kościołem Chrystusowym i jest nim dotąd.

Św. Józef Sebastian Pelczar 
Obrona religii katolickiej, tom I, Przemyśl 1920, str. 83.

środa, 16 stycznia 2019

Filozoficzne aspekty śmierci



Często jako ludzie zadajemy sobie pytanie jaki są rzeczy ostateczne. Chrześcijaństwo daje nam tę odpowiedź. W życiu człowieka są 3 sprawy ostateczne. Śmierć, sąd boży, niebo albo piekło. Z filozoficznego punktu widzenia najistotniejsza zdaje się być śmierć. Musimy przyjąć, że filozofia, jako dyscyplina opiera się na rozumie i stara się budować światopogląd oderwany od religii. Nie należy w tym kontekście, rozważać, że filozofia buduje myślenie ateistyczne czy racjonalistyczne w ujęciu nowożytnym. Rzecz idzie o to, jak śmierć jest spleciona z losami człowieka tu na ziemi.

Z reguły myśliciele starożytni mało zajmowali się śmiercią. Można powiedzieć kresem ludzkiej egzystencji. Czy jak to określił Jean Paul Sarte rozpadem ludzkiej egzystencji. Myśliciele jońscy skupiali się na ty, co było na początku. Poszukiwali arche. Dla Talesa była to woda, dla Anaksymandra apeiron, Heralkit mówił o ogniu, a Anaksymenes o powietrzu. Rozważania o kresie ludzkiego życia były poza obszarem ich zainteresowań. Pierwszym myślicielem, który dokonał przewrotu w myśleniu filozoficznym był Sokrates. Zainteresował się człowiekiem. Wypowiedział on słowa: „Interesuje mnie to, co dobre i to co złe w domostwach. Pierwszy podjął rozważania etyczne. Można go uznać za ojca etyki. Najbardziej śmiałym wypadem na to, co nazwalibyśmy rozważaniami wokół śmierci były poglądy Platona. Był on idealistą i uważał, że prawdziwym bytem są idee a świat materialny jest tylko jego odbiciem. Głosił, że świat idei jest, a świat materialny staje się. Od Platona znany jest pogląd na naturę ludzką. Uważał, że istnieje ona niezależnie od ciała i jest jego doskonalszą formą. W momencie śmierci dusza odrywa się od ciała i powraca do świata ideii.

Światopogląd chrześcijański przyniósł w rozważaniach nad tematyką śmierci zmianę. Wiążę się ona z poglądami Tomasza z Akwinu. Uważał on że człowiek to harmonijne połączenie ciała i duszy. Materii i formy. Współegzystują one równomiernie. Człowiek oprócz potrzeb materialnych ma również duchowe. Powiedzielibyśmy, że pierwsze zaliczają się do grupy materialno-popędowych a drugie do duchowych. Jednak te pierwsze nie są wystarczające do osiągnięcie szczęścia. Człowiek jest stworzony przez Boga. Jest to nazywane creatio ex nihilo. Przez boskie stworzenie człowiek jest nakierowany na zjednoczenie z Bogiem. W momencie śmierci człowiek nie ginie ale współistnieje z Bogiem i aniołami i w niebie cieszy się on wiecznym szczęściem.

Nowożytny pogląd przyniósł radykalną zmianę na naturę ludzką i świata. Średniowiecze było gruntownie teistyczne i traktowało świat jako okres przejściowy w życiu człowieka. Nowożytność odcięła się od poprzedniej epoki i uznała, że najważniejsze jest ziemskie bytowanie. Człowiekowi do szczęścia nie jest potrzebny Bóg czy wiara. Te poglądy w skrócie można nazwać naturalizmem. Francis Bacon powiedział, że jeśli nauczymy się właściwie żyć, to będziemy wiedzieli, jak w taki sam sposób umierać. Poglądy te wyrażają postawę nowożytną, że nasze wysiłki muszą być skoncentrowane na naszym ziemskim życiu. Z kolei wielki Leibnitz powiedział, że śmierć dzieli się na śmierć całkowitą i częściową. Śmierć całkowita oznacza ostateczny rozpad ludzkiej egzystencji. Natomiast częściowa to rozpad tylko tej części materialnej. Francuski myśliciel La Mettrie autor działa Człowiek maszyna napisał, że człowiek i dusza działają na tej samej zasadzie. Po części wyraził od pogląd starożytnego myśliciela Demokryta. Wg La Mettrie dusza odżywia się w taki sam sposób jak ciało, gdy ciało śpi dusza również śpi. Tym samym nie ma dla niego różnic w naturze pomiędzy nimi i w momencie śmierci można uznać za Leibnitzem, że człowiek w momencie śmierci doznaje śmierci całkowitej.

Najradykalniejszym poglądem w kwestii człowieczeństwa i śmierci są poglądy marksistów-leninistów. Byli oni zagorzałymi wrogami religii, w szczególności chrześcijańskiej i jak stwierdził Lenin ich zadaniem jest budowa naukowego poglądu na świat bez religii i Boga. Nazwali oni religię opium dla ludu. Oznacza to, że ludzie utrudzeni życiem na ziemi, wykonujący z dużym zaangażowaniem swoje obowiązki liczą na nagrodę w niebie, która wynagrodzi im trudy ziemskiego życia. Lenin w swoim dziele Socjalizm a religii napisał, że musimy oczyścić rzeczywistość z pleśni średniowiecza. Zrywa się z chrześcijańskim poglądem, że człowiek jest skierowany na Boga i życie wieczne, tak jak głosiła to epoka nowożytna. Pozbawia się w ten sposób człowieka nadziei na osiągnięcie wiecznego szczęścia i czy się go niewolnikiem naturalizmu.

To wszystko są poglądy wielkich myślicieli na przestrzeni epok. Jakie jest miejsce człowieka w tej dyskusji? Podczas rozmowy dwóch profesorów filozofii Elzenberga i Czeżowskiego jeden z nich na pytanie o śmierć odpowiedział: Rok wcześniej, rok później, co za różnica. Wielki Arystoteles powiedział, że życie ludzkie musi być nakierowane na cel. Bez celu człowiek traci sen. Naszym celem tu na ziemi jest zgodne współżycie w społeczeństwie i wśród ludzi, z którymi łączą nas szczególne zażyłości. Kolejnym celem jest praca. Tomasz z Akwinu napisał, że jest ona obowiązkiem i celem człowieka i musi ona zapewniać pracownikowi przyzwoite utrzymanie. W końcu przyjdzie taki moment, że nasz czasu tu na ziemi dobiegnie końca. Wtedy za nasz trud i poświęcenie, jakie włożyliśmy w naprawę i godne życie tu na ziemi otrzymamy nagrodę.

Mateusz Sanicki

piątek, 21 grudnia 2018

Zapomniane prawdy: (...) prawdziwymi bowiem przyjaciółmi ludu nie są ani rewolucjoniści ani nowatorowie, lecz tradycjonaliści.





Doktryna zaś katolicka uczy, że pierwszy obowiązek miłości nie polega na tolerancji błędnych przekonań, choćby najbardziej szczerych, ani na obojętności teoretycznej czy praktycznej dla błędu lub występku, w którym widzimy pogrążonych braci naszych, lecz na gorliwości o ich podniesienie umysłowe i moralne, nie mniej jak o ich dobrobyt materialny. Ta sama doktryna katolicka uczy nas również, że źródło miłości bliźniego znajduje się w miłości Boga, wspólnego Ojca i wspólnego celu całej rodziny ludzkiej i w miłości Chrystusa, którego jesteśmy członkami, tak że wspomożenie nieszczęśliwego jest to wyświadczenie przysługi samemu Chrystusowi. Wszelka inna miłość jest złudzeniem lub uczuciem jałowym i przemijającym.

Nie, Czcigodni Bracia, nie ma prawdziwego braterstwa poza miłością chrześcijańską, która z miłości dla Boga i Syna Jego, Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcy, obejmuje wszystkich ludzi, by wspomóc ich wszystkich i wszystkich doprowadzić do tej samej wiary i tego samego szczęścia w niebie.

Lecz jeszcze dziwniejsze, jednocześnie przerażające i zasmucające, jest umysłowe zuchwalstwo i lekkomyślność ludzi, którzy, nazywając siebie katolikami, marzą o przerobieniu społeczeństwa w podobnych warunkach i o ustanowieniu na ziemi, ponad Kościołem Katolickim, "królestwa sprawiedliwości i miłości", przez robotników, przybyłych zewsząd, ze wszystkich religii lub bez religii, z przekonaniami lub bez przekonań, byleby tylko zapomnieli tego, co ich dzieli, tj. swych przekonań religijnych i filozoficznych, a oparli swą akcję na tym, co ich jednoczy, tj. na szlachetnym idealizmie i siłach moralnych, zaczerpniętych "gdzie kto może". Gdy się pomyśli, wiele to dla ustanowienia społeczeństwa chrześcijańskiego potrzeba było sił, nauki, cnót nadprzyrodzonych, cierpień milionów męczenników, światła Ojców i Doktorów Kościoła, poświęcenia wszystkich bohaterów miłości, potężnej hierarchii, pochodzącej z nieba, potoków łask Boskich, a wszystko to zbudowane zjednoczone i przeniknięte życiem i duchem Chrystusa Pana, Mądrości Bożej, Słowa Wcielonego - gdy się pomyśli, mówimy, o tym wszystkim, przerażenie zdejmuje na widok nowych apostołów, zacietrzewiających się w usiłowaniach robienia lepiej przez oparcie akcji na czczym idealizmie i cnotach obywatelskich. Co oni stworzą? Co wyjdzie z tego współpracownictwa? Gmach, zbudowany tylko ze słów i chimery, gdzie, zmieszane w czarującym nieładzie, błyszczeć będą słowa: wolność, sprawiedliwość, braterstwo, miłość, równość i wyniesienie człowieka, wszystko oparte na źle zrozumianej godności ludzkiej. Będzie to ruch hałaśliwy, bezowocny dla zamierzonego celu, a którym posłużą się mniej utopistyczni agitatorowie mas.

Jest to w modzie wśród pewnych środowisk, że, jak tylko przystępuje się do kwestii społecznej, naprzód usuwa się Bóstwo Chrystusa, następnie zaś mówi się tylko o Jego najwyższej łaskawości, o Jego współczuciu dla wszystkich nędz ludzkich, o Jego naglących upomnieniach do miłości bliźniego i do braterstwa. Zapewne, że Chrystus Pan umiłował nas miłością bezmierną, nieskończoną; że zstąpił na ziemię cierpieć i umrzeć, by, zjednoczeni wokoło Niego w sprawiedliwości i miłości, ożywieni tymi samymi uczuciami miłości wzajemnej, wszyscy ludzie żyli w szczęściu i pokoju: lecz za warunek osiągnięcia tego szczęścia doczesnego i wiecznego najwyższą powagą Swoją postawił należenie do Jego owczarni, przyjęcie Jego doktryny, praktykowanie cnoty i poddanie się nauczaniu i kierownictwu Piotra i następców jego. Następnie, jeśli Pan Jezus był dobry dla zbłąkanych i grzeszników, to bynajmniej nie w tym znaczeniu, by miał szanować ich błędne przekonania, chociażby nawet wydawały się najszczersze; lecz miłował ich wszystkich, by ich nauczyć, nawrócić i zbawić. Jeśli wzywał do Siebie, by im ulżyć, wszystkich pracujących i cierpiących, to nie po to, by głosić im zawiść chimerycznej równości. Jeśli podnosił pokornych, to nie po to, by natchnąć ich uczuciem godności niezależnej i buntowniczej wobec posłuszeństwa. Jeśli Serce Jego przepełnione było łaskawością dla dusz dobrej woli, to jednak zarówno potrafił On zapalać się świętem oburzeniem przeciwko profanatorom domu Bożego, przeciwko nędznikom, gorszącym maluczkich, przeciwko władzom, obarczającym lud ciężkimi brzemionami, których nawet palcem nie tkną same. Chrystus byt zarówno nieugięty, jak słodki; karcił groził, karał, wiedząc i ucząc nas, że często bojaźń jest początkiem mądrości i że niekiedy wypada odciąć członek, by uratować ciało.

Zresztą Chrystus bynajmniej nie zapowiadał, że w przyszłym społeczeństwie panować będzie szczęśliwość idealna, wolna od wszelkiego cierpienia; lecz nauką i przykładem wskazał drogę możliwego szczęścia na ziemi i doskonałego szczęścia w niebie: królewską drogę Krzyża. To są nauki, które błędem byłoby stosować tylko do życia indywidualnego, pod względem wiecznego zbawienia; to są nauki w najwyższym stopniu społeczne, które nam ukazują w Chrystusie Panu coś innego, niż humanitaryzm bez konsystencji i powagi.

Niech jednak kapłani owi nie dozwolą, by miraż fałszywej demokracji zabłąkał ich w labiryncie opinii współczesnych; niech od retoryki najgorszych wrogów Kościoła i ludu nie zapożyczają emfatycznego języka, pełnego obietnic, zarówno górnobrzmiących, jak nieziszczalnych. Niech będą przekonani, że kwestia społeczna i nauki społeczne nie zrodziły się wczoraj; że po wszystkie czasy Kościół i państwo, w szczęśliwym porozumieniu, w tym celu powoływały do życia owocne organizacje; że Kościół, który nigdy nie zdradził szczęścia ludu przez kompromitujące alianse, nie ma potrzeby zrywać z przeszłością i wystarcza mu wznowić, z pomocą prawdziwych szermierzy odnowienia społecznego, organizmy, zniesione przez Rewolucję, i przystosować je, w tym samym duchu chrześcijańskim, który był ich natchnieniem, do nowego środowiska, jakie stworzyła ewolucja materialna społeczeństwa współczesnego; prawdziwymi bowiem przyjaciółmi ludu nie są ani rewolucjoniści ani nowatorowie, lecz tradycjonaliści.

Św. Pius X,  Encyklika Notre Charge Apostolique 
o błędach Sillonu z dnia 25 VIII 1910 r.

czwartek, 20 grudnia 2018

George W. Kosicki CSB: Walka szatana wypowiedziana Niewieście



Na naszych oczach realizuje się treść dwunastego rozdziału Księgi Apokalipsy: trwa opisana w nim walka szatana z Niewiastą i jej potomstwem. Walka trwa, ale zwycięstwo zostało przyobiecane Niewieście (zob. Rdz. 3,15). Szatan i jego aniołowie zostali strąceni z nieba (zob. Ap. 12,7-8) i obecnie walka rozgrywa się na ziemi (zob. Ap. 12,9). To co już dokonało się w niebie, dokona się też na ziemi. Walka duchowa obejmuje wszystkie karty Pisma Świętego, poczynając od Księgi Rodzaju, a kończąc na Apokalipsie św. Jana.

Dziś walka ta jest szczególnie bolesna. Podejmuje się zmasowane napaści na kobiety, ich seksualną-tożsamość i rolę, a wszystko po to, by zwalczyć wyjątkowe zadanie zlecone kobiecie - "matce życia". Walka wypowiedziana kobiecie zaniepokoiła i poruszyła głęboka kobiety obecnego pokolenia. Zresztą nie tylko kobiety, zareagowało bowiem i wielu mężczyzn. Powstało tak wielkie zamieszanie, iż ludzie zwalczają się nawzajem, a nikt nie potrafi wskazać na naszego rzeczywistego nieprzyjaciela; większość nawet nie wie o jego istnieniu.

Szatan do tego stopnia zamącił w ciągu stuleci ludzkie umysły, że dziś potrafi już z łatwością zaatakować samą tożsamość mężczyzny i kobiety, nie ujawniając swej własnej tożsamości nienawistnego wroga!

Toczona walka wydaje się naszym oczom tak bardzo niejasna, że nie potrafimy nawet wprost o niej rozmawiać. Nasze słownictwo uległo pomieszaniu przez nadanie słowom nowych znaczeń. Język i zasady gramatyki uległy zniszczeniu tak samo jak wzajemne zaufanie. Konkurencja, niezależność kosztem drugiego wyznaczają bardziej styl komunikacji międzyludzkiej aniżeli współczucie, zrozumienie, dodawanie otuchy, wzajemna pomoc i współpraca. Nawet w chwili, gdy piszę te słowa, nie mam zbyt wielkiej nadziei, by "kobieta wyzwolona" mogła przyjąć przekazywane przeze mnie treści, a może nawet i nie zechce z nimi zapoznać. Ale przecież trzeba głosić naukę o walce, jaką szatan wypowiedział kobiecie. Zły atakuje kobiety, kwestionuje zadania wynikające z ludzkiej płodności, płciowość i samą wartość życia. 

Konsekwencją tego szatańskiego ataku jest zmiana moralności seksualnej i inne spojrzenie na cel pożycia, na kwestię regulacji poczęć, aborcję, cudzołóstwo, rozwody, życie rodzinne, eutanazję, manipulację genetyczną in vitro. To również rewolucyjne tendencje niektórych kobiet ze świeckich ruchów wyzwolenia, eksplozja pornografii i kultu przemocy ukazywane w środkach masowego przekazu, lekceważenie wartości życia ludzkiego, co przejawia się w zwiększeniu potencjału broni nuklearnej i narastaniu politycznej niesprawiedliwości w świecie. Musimy przeanalizować bliżej tę olbrzymią listę i znaleźć "korzenie zła", by w ten sposób odkryć sposób działania  i cele ataku szatana.

W swym Raporcie o stanie wiary kardynał Ratzinger wskazuje nam na cel ataku Złego i mówi o rozejściu się dróg płciowości i prokreacji ludzkiej. Tłumaczy dalej, iż odrębność każdej z płci została zakwestionowana, że mężczyzna przejmuje rolę kobiety i odwrotnie, że pomiędzy życiem i ludzką płciowością stworzono sztuczne rozróżnienie. Seks stał się obecnie przedmiotem przyjemności; życie to rzecz, którą kontrolujemy według własnego upodobania. Chcemy uwolnić się z "niewoli natury".

Ten sam rodzaj zasadniczego (tzn. skierowanego przeciw całej ludzkości) ataku przeprowadził szatan wobec Adama i Ewy: "Będziecie jak Bóg..." (Rdz. 3,5). Również my stajemy w obliczu pokusy stania się jak Bóg przez kontrolę i wyzwolenie z "niewoli natury". Odkrywamy nową formę wolności - wolności, którą szatan obiecał człowiekowi już u początku istnienia rodzaju ludzkiego.

Papież Paweł VI w "Humane Vitae" (1968) w sposób iście prorocki opisał szatański atak na płciowość i życie. Jego list apostolski skupia się bardziej wokół tematyki autorytetu Kościoła w kwestii oceniania prawa naturalnego aniżeli wokół zagadnienia kontroli urodzeń. Podczas ponownej, uważnej lektury encykliki czułem niemal namacalnie ból Ojca Świętego, jego współczucie i łzy z powodu sytuacji Kościoła i życia tak wielu par małżeńskich. W rozdziale podejmującym konsekwencje metod sztucznej kontroli urodzin papież pisał proroczo o otwartych drogach do niewierności i rozwiązłości, i wreszcie o zagrożeniu szacunku do kobiet, o kontrolowaniu życia rodzinnego przez instytucje rządowe. Od ukazania się "Humane Vitae" w samych tylko Stanach Zjednoczonych wystarczająco naocznie spełniają się ostrzeżenia wypowiedziane przez Pawła VI: zalew pornografii, piętnaście milionów aborcji w ciągu dziesięciu lat, strylizacje, eutanazja (negatywna i pozytywna), dzieci z "próbówki", prawa dla homoseksualistów, ruchy wyzwolenia kobiet, lawinowo wzrastająca liczba rozwodów. Nie trzeba szukać bezpośrednich związków przyczynowych pomiędzy tymi zjawiskami; wystarczyło otworzyć przed ludźmi drzwi do antykoncepcji, by zniesiono wszelkie ograniczenia kontroli ludzkiego ciała i jego funkcji.

Wydaje się, że szatan wykorzystał papieską encyklikę, by wprowadzić rozłam pomiędzy nauczaniem Kościoła a poglądami wielu teologów. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych szybko spostrzegł załamanie się  - po opublikowaniu "Humane Vitae" - stanowiska biskupów w kwestii moralności i zdołał doprowadzić do wydania prawa dopuszczającego przerywanie ciąży i zezwalającego na szerzenie pornografii! Ich werdykt był - można rzecz - słuszny, bowiem w owym czasie Kościół wymownie milczał. Myślę, że na nas, katolikach ciąży obowiązek zadośćuczynienia za niepopieranie proroczego głosu papieża Pawła VI mówiącego o kontroli narodzin! Teraz możemy oglądać skutki  przeprowadzonego przez szatana ataku.

George W. Kosicki CSB, Walka duchowa, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1992, s. 39-42

środa, 19 grudnia 2018

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Etyka katolicka. Podręcznik szkolny


KS. DR MACIEJ SIENIATYCKI

ETYKA KATOLICKA

Podręcznik szkolny




__________

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15,4 Mb)
__________

("Grzechami przeciw wierze są: niedowiarstwo, apostazja, herezja, indyferentyzm religijny, zabobon. 1. Niedowiarstwo jest to brak wiary. Zaliczają się tutaj wszyscy nieochrzczeni, jak poganie, żydzi, mahometanie. Brak wiary może być u nich niezawiniony lub zawiniony. Niezawiniony jest u tych, którzy nigdy nie słyszeli o religii katolickiej lub w dobrej wierze są przekonani o prawdziwości swej religii. Niewiara nie jest wtedy u nich grzechem. Zawiniony brak wiary, wskutek tego grzeszny, jest u tych niewiernych, którzy mając wątpliwość, czy ich wiara jest prawdziwa, nie starają się, choćby mogli, poznać prawdziwej religii, lub, znając prawdziwą, nie chcą jej przyjąć dla różnych ludzkich względów. 2. Apostazja polega na całkowitym odpadnięciu katolika od chrześcijaństwa. Dzieje się to wtedy, gdy katolik porzuca zupełnie religię chrześcijańską, a staje się bezwyznaniowym, żydem, mahometaninem itp. 3. Herezja (kacerstwo) jest to dobrowolne i uporne trzymanie się błędu przeciwnego wierze. Jest formalnym heretykiem, ciężko grzeszącym, kto wie, że jego błąd Kościół potępia; jest tylko materialnym, nie popełniającym grzechu, gdy o tym nie wie i myśli, że jego zapatrywanie jest zgodne z nauką Kościoła, a przy tym jest tak usposobiony, że odstąpiłby zaraz od błędu, gdyby się dowiedział o jego potępieniu przez Kościół. Herezja może być wewnętrzną i zewnętrzną. Jest wewnętrzną, gdy kto w duszy, nie objawiając tego na zewnątrz, przeczy jakiej prawdzie; jest zewnętrzną, gdy ją objawia na zewnątrz. W tym drugim razie, popada w klątwę. Kto w prywatne objawienia nie wierzy, nie jest heretykiem, lecz jeśli fakty tego rodzaju objawień są dobrze uzasadnione, jak np. objawienie w Lourdes, postępuje nieroztropnie, kto je lekceważy i w nie nie wierzy. Popada w herezję także ten i grzeszy ciężko, kto dobrowolnie powątpiewa o jakiej prawdzie wiary. Katolik nigdy nie ma dostatecznego powodu do powątpiewania o prawdach swej wiary. 4. Indyferentyzmem religijnym grzeszy ten, kto każdą religię uważa za dobrą i nie troszczy się wcale o religię i praktyki religijne. Indyferentyzm religijny jest grzeszny, bo skoro Bóg objawił jedną religię, jako jedynie prawdziwą i ją jedynie kazał wyznawać, lekceważy sobie objawienie Boże i wolę Bożą, kto inne religie uważa też za dobre. Jest też nierozumny, bo sprzeciwiające się sobie religie nie mogą być wszystkie prawdziwe. 5. Zabobon jest to przypisywanie rzeczom stworzonym skutków, jakich one nie mogą sprawić ani z natury swej, ani z modlitw Kościoła, ani z ustanowienia Bożego. Zabobon jest grzechem, bo jest rzeczą nierozumną, a więc przez Boga zakazaną, używać całkiem nieodpowiednich środków do osiągnięcia pewnych celów. (Święcona woda, medaliki, w ogóle Sakramentalia, nie są zabobonem, bo im się przypisuje pewne skutki dla modlitw Kościoła. Nie jest też zabobonem odprawiać Nowennę (nabożeństwo przez 9 dni bez przerwy)). Zabobonem jest np. utrzymywać, że piątek jest dniem nieszczęścia; gdy sowa zahuczy na dachu, umrze kto w domu; 13 osób przy stole – nieszczęście; jest zabobonem przypisywać pewnym modlitwom niezawodny skutek; znachorstwo czyli zamawianie chorób", – ss. 62-63)
__________

Ks. Dr. M. Sieniatycki, Prof. Uniw. Jagiel. w Krakowie, Etyka katolicka. Podręcznik szkolny. Wydanie siódme poprawione. Kraków 1931. NAKŁADEM AUTORA, str. 176.

wtorek, 18 grudnia 2018

Kulisy Vaticanum II: Wygląda na to, że ten sobór oznacza koniec religii katolickiej jaką znamy



Czuję, że to zgromadzenie jest kompletnie w duchu liberalizmu. Nie mogę się doczekać, żeby wrócić do domu. Obawiam się, że nic tu po mnie. Bycie na soborze, oczywiście, to wspaniałe doświadczenie mojego życia, ale jednocześnie to jest wstrząsające rozczarowanie. Nigdy nie podejrzewałem, że episkopat może być aż tak zliberalizowany. Wygląda na to, że ten sobór oznacza koniec religii katolickiej jaką znamy. Będą msze w językach narodowych, co więcej - będzie nędzna, ohydna teologia w konstytucjach soborowych (31.01.1962)

Ks. infułat Joseph Clifford Fenton 

Aberracje liturgiczne cz. 125 - Nagranie ze spotkania (Mszy) biskupa z wiernymi w jednym z włoskich kościołów.


Kardynał Sarah i „pojednanie liturgiczne”


Zdjecie: MiL / Riposte catholique
Poniższy artykuł został opublikowany w drukowanym wydaniu „Catholic Family News” we wrześniu 2017 r. Pojawił się na stronie internetowej z okazji 11. rocznicy ogłoszenia przez Benedykta XVI motu proprio Summorum Pontificum, dotyczącego tradycyjnej Mszy św. (redakcja CFN).

W Roku Pańskim 2017 przypadają okrągłe rocznice kilku wydarzeń historycznych, m.in. rewolucji protestanckiej (500 lat), powstania masonerii (300 lat), objawień Matki Bożej w Fatimie (100 lat) oraz rewolucji bolszewickiej w Rosji (100 lat). Przypada w nim również 10. rocznica ogłoszenia przez Benedykta XVI słynnego motu proprio Summorum Pontificum, dokumentu potwierdzającego oficjalnie to, co tradycyjni katolicy zawsze utrzymywali, czyli 1° że tradycyjna Msza „nigdy nie została zniesiona” (art. 1) oraz 2º że dla jej odprawiania „ksiądz katolicki obrządku łacińskiego, diecezjalny czy zakonny […] nie potrzebuje żadnej zgody Stolicy Świętej ani ordynariusza”. To przełomowe wyjaśnienie z pewnością przejdzie do historii jako jeden z najdonioślejszych aktów pontyfikatu Benedykta XVI, choć bowiem dokument ten nie jest (jak zaraz zobaczymy) pozbawiony wad, niemniej przyczynił się do upowszechnienia tradycyjnej liturgii w stopniu większym niż jakakolwiek inna inicjatywa papieska od czasu narzucenia novus ordo Missa.
Obecnie jednak, w 10 lat po ogłoszeniu tego dokumentu, z zaniepokojeniem odnotowujemy akcentowanie niektórych z jego najbardziej kontrowersyjnych elementów przez pochodzącego z Gwinei prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Jego Ekscelencję kard. Roberta Saraha. W wygłoszonych niedawno wykładach oraz w trakcie udzielanych wywiadów kard. Sarah, znany ze swego zdeklarowanego poparcia dla sprawowania liturgii mszalnej ad orientem, zaatakował tych wszystkich, którzy wykorzystują tradycyjną Mszę do kwestionowania (lub – co gorsza – odrzucania) II Soboru Watykańskiego. Wezwał do położenia kresu „wojnie liturgicznej” poprzez stworzenie obrządku określanego przez niego mianem „wspólnego zreformowanego rytu” – innymi słowy połączenia novus ordo z Mszą wszech czasów.
Celem niniejszego artykułu jest przeanalizowanie znajdujących się w Summorum Pontificum oraz w związanym z jego ogłoszeniem liście Benedykta XVI do biskupów ziaren kąkolu, jak również potencjalnych szkód, jakie te chwasty mogłyby wyrządzić.

Kąkol w Summorum Pontificum i liście do biskupów

Niezależnie od wszystkich pozytywnych zmian, jakie pociągnęło za sobą ogłoszenie tego dokumentu, nie wolno nam zamykać oczy na pewne fundamentalne wady motu proprio Benedykta XVI O posługiwaniu się liturgią rzymską sprzed reformy roku 1970. Być może największy problem stanowi wprowadzona przez papieża fałszywa dychotomia „forma zwyczajna” (novus ordoversus „forma nadzwyczajna” (tradycyjna Msza św.). Rozróżnienie to, sugerujące że obie „formy” są równe pod względem godności, stanowiło dla Benedykta punkt wyjścia do twierdzenia, że „te dwa wyrazy zasady modlitwy (lex orandi) Kościoła nie mogą w żaden sposób prowadzić do podziału w zasadach wiary (lex credendi). Są to bowiem dwie formy tego samego rytu rzymskiego”. Z wielu różnych powodów twierdzenie to jest po prostu nieprawdziwe – tak pod względem historycznym, jak i teologicznym.
„Forma nadzwyczajna” – czyli tradycyjne ordo Missa – rozwinęła się w sposób organiczny z tego, co ustanowił sam Zbawiciel, co praktykowali apostołowie i co ich następcy (ojcowie Kościoła pierwszych wieków) skrupulatnie zachowywali. Oczywiście z biegiem czasu stopniowo różne modlitwy i obrzędy były dodawane, usuwane lub modyfikowane, zawsze jednak z wielką dbałością o zachowanie istoty rytu jako całości. Trzeba też zwrócić uwagę na fakt, że w pewnym momencie (stosunkowo wcześnie w skali całej historii Kościoła) wprowadzanie jakichkolwiek poważniejszych zmian ustało zupełnie. Ks. Adrian Fortescue (1874–1923) pisał o tym w swym uczonym dziele na temat historii liturgii The Mass: A Study of the Roman Liturgy (opublikowanym po raz pierwszy w 1912 r.):
Panowanie Grzegorza Wielkiego (590–604) oznacza epokę w dziejach liturgicznych mszy. Pozostawił liturgię rzymską co do istoty w tym właśnie stanie, w jakim ją jeszcze dzisiaj posiadamy. […] Ponadto istnieje dawna stała tradycja, że św. Grzegorz jako ostatni zajmował się liturgiczną formą istotnej części mszalnej, mianowicie kanonu. […] Mniej więcej od czasów św. Grzegorza posiadamy tekst Mszy; układ jej i porządek modlitw tradycją są uświęcone; nikt nie poważył się tej tradycji naruszyć, wyjąwszy drobniejsze szczegóły1.
Sytuacje, w których w liturgii mszalnej pojawiały się gwałtownie – niczym trujące chwasty – radykalne zmiany, były nieodmiennie rezultatami schizmy lub herezji. Było tak np. w czasie rewolucji protestanckiej:
Reformatorzy protestanccy tępili dawną liturgię jakoby ogniem i mieczem. W niej bowiem wyrażały się prawdy owe (rzeczywista obecność Zbawiciela w chwale, ofiara eucharystyczna itd.), które odrzucali. Stąd zastąpili ją nowym nabożeństwem komunii, które uwydatniało nowe zasady; liturgia ta wszakże naturalnie zerwała zupełnie z wszelkim historycznym rozwojem rytuału.
W reakcji na te ataki Sobór Trydencki
pragnął, aby msza rzymska wszędzie odprawiała się w jednolity sposób. Średniowieczne zwyczaje miejscowe2 dosyć były już długo istniały; rozkwitnąć były zdołały i nawet bardzo wybujały, a ich rozmaitość powodowała zamieszania. Byłoby lepiej zdaniem soboru dla katolików rzymskich powrócić do dawniejszej i więcej prostej formy rytu rzymskiego. Na XVIII sesji (16 lutego 1562) sobór wyznaczył komisję do zbadania mszału: miała go poprawić i przywrócić do dawniejszej formy. […] Spełnili swoje zadanie bardzo dobrze. Nie mieli układać nowego mszału, jeno istniejący przywrócić do dawniejszego kształtu „stosownie do zwyczaju i rytu świętych Ojców Kościoła”; a w tym celu mieli czerpać z najlepszych rękopisów i innych dokumentów34.
Tak więc mszał rzymski opracowany przez komisję liturgiczną Soboru Trydenckiego i promulgowany przez św. Piusa V w 1570 r. stanowi owoc prawdziwej reformy liturgicznej, tj. odnowy i kodyfikacji starożytnej liturgii rzymskiej. To jej właśnie zawdzięczmy organiczną ciągłość i klarowność teologiczną „formy nadzwyczajnej”.
W przeciwieństwie do tego „forma zwyczajna” – wprowadzona 400 lat późniejprzez Pawła VI w 1970 r. – jest, jak przyznawał to sam kard. Ratzinger – „banalnym produktem stworzonym dla potrzeb chwili”5. Zastała ona ułożona przez komisję posoborową, tzw. Consilium, ustanowioną przez Pawła VI w 1964 r., kierowaną przez msgr Hannibala Bugniniego6).] i przy współudziale sześciu pastorów protestanckich7. Choć zachowuje ona wiele elementów tradycyjnego ordo missa (często w postaci okrojonej), zgodnie ze słowami kard. kard. Ottavianiego i Bacciego „Novus ordo Missa – biorąc pod uwagę elementy nowe i podatne na rozmaite interpretacje, ukryte lub zawarte w sposób domyślny – tak w całości, jak w szczegółach, wyraźnie oddala się od katolickiej teologii Mszy św., sformułowanej na XXII sesji Soboru Trydenckiego”8. Taki właśnie osąd sformułowali w słynnej Krótkiej analizie krytycznej novus ordo Missa, drobiazgowej analizie przygotowanej przez grupę rzymskich teologów wkrótce po ogłoszeniu przez Pawła VI zapowiadającej wprowadzenie nowej liturgii Mszy konstytucji apostolskiej Missale Romanum (3 kwietnia 1969).
Dziwaczne więc jest określanie tego „banalnego produktu, stworzonego dla potrzeb chwili” mianem „formy zwyczajnej”, przy równoczesnym nazywaniu Mszy wszech czasów „formą nadzwyczajną” (tj. czymś niezwykłym, nietypowym). Niektórzy ludzie wysuwali hipotezę, że Benedykt użył w odniesieniu do tradycyjnego rytu sformułowania „nadzwyczajny” w sensie „lepszy” czy też „wyjątkowy”, jednak treść jego listu do biskupów w oczywisty sposób dowodzi czegoś przeciwnego. Pragnąć rozwiać obawy hierarchów wrogich tradycyjnej Mszy ze względu na przywiązanie do nauczania II Soboru Watykańskiego, papież pisał:
Po pierwsze, lękano się, że dokument ten godzi w autorytet II Soboru Watykańskiego, którego jakoby jedna z ważniejszych decyzji, «reforma liturgiczna», zostałaby poddana w wątpliwość. Lęk ten jest całkowicie nieuzasadniony. Powinno być w związku z tym wyraźnie powiedziane, że mszał opublikowany przez Pawła VI, a ponowiony w dwóch wydaniach przez Jana Pawła II w najoczywistszy sposób jest zwyczajną formą (forma ordinaria) liturgii eucharystycznej i nim pozostanie. Ostatnia wersja Missale Romanum wydana przed soborem autorytetem papieża Jana XXIII w 1962 roku, używana zresztą w trakcie trwania soboru, będzie teraz możliwa do celebracji jako forma extraordinarialiturgii. Nie jest czymś właściwym odnoszenie się do tych dwóch wersji mszału rzymskiego jako do „dwóch rytów”. To raczej podwójne użycie jednego i tego samego rytu.
Napotykamy tu po raz kolejny twierdzenie że „dwie formy” „tego samego rytu” są równe pod względem godności i prawowitości. Papież powtarza tę tezę również w dalszej części swego motu proprio, stwierdzając: „W tej materii obie formy rytu rzymskiego mogą się przecież wzajemnie ubogacać: nowi święci i niektóre z nowych prefacji powinny zostać uwzględnione w starym mszale”, a także:
Nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy tymi dwoma wydaniami rytu rzymskiego. W historii liturgii jest wzrost i postęp, nie ma za to żadnych zerwań. […] Zbędnym jest dodawać, że by doświadczyć pełnej jedności, kapłani wspólnot przywiązanych do starszej formy nie mogą z zasady wykluczać odprawiania liturgii zgodnie z nowymi księgami. Całkowite wykluczenie nowego rytu nie byłoby zgodne z rozpoznaniem jego jako cennego i świętego.
Rodzi to jednak pewne pytanie. Dlaczego ktokolwiek, czy to duchowny, czy świecki, miałby domagać się prawa do uczestnictwa w tradycyjnej Mszy lub też jej sprawowania, gdyby nie dostrzegał niczego złego w novus ordo? Sam Benedykt XVI bez wątpienia nie wierzył, by ludzie byli przywiązani do tradycyjnej liturgii jedynie ze względów sentymentalnych. Jeśli ktokolwiek, to z pewnością właśnie on zdawał sobie sprawę, że od samego początku istnienia ruchu „tradycjonalistycznego” przyczyny opierania się posoborowym zmianom miały podłoże doktrynalne. I jest tak po dziś dzień w przypadku ludzi, którzy dzięki łasce Bożej odkrywają Tradycję i starają się pozostać jej wierni. Msza św. zawsze zajmowała – i będzie zajmować również w przyszłości – centralne miejsce w walce o przywrócenie Tradycji należnego jej miejsca.
Być może właśnie z tego powodu kard. Sarah mówił ostatnio tak otwarcie o potrzebie „pojednania liturgicznego”, tj. wypracowania kompromisu pomiędzy tymi, którzy trzymają się Tradycji (por. 2 Tes 2, 14) a tymi, którzy albo wolą formę nową (por. 1 Tym 6, 20–21), albo też nigdy nie poznali niczego innego poza nią. Rzeczywisty problem, jak za chwilę zobaczymy, polega na tym, iż kard. Sarah (podobnie jak Benedykt XVI) nie chce przyznać, że istnieją poważne problemy z samymi dokumentami soborowymi, w tym również z konstytucją Sacrosanctum concilium.

Wystąpienie kard. Saraha

6 czerwca 2017 roku kard. Sarah wygłosił przemowę do uczestników międzynarodowej konferencji liturgicznej Sacra Liturgia Milan 2017. Jego wystąpienie było zatytułowane Święta liturgia – spotkanie z wszechmocnym Bogiem: perspektywa chrystologiczna i eklezjologiczna. Trzeba w tym miejscu oddać kardynałowi sprawiedliwość – w trakcie swojego wystąpienia rzeczywiście powiedział wiele rzeczy zasługujących na najwyższe uznanie. Podkreślił konieczność przynależności do „jedynego prawdziwego Kościoła katolickiego założonego przez Chrystusa”, mówił o znaczeniu celebracji ad orientem, o grzechu, jakim jest opuszczanie Mszy w niedziele oraz święta, o potrzebie okazywania należnej czci Chrystusowi jako naszemu Panu oraz Bogu, jak również o stosowności przyjmowania Komunii św. do ust w postawie klęczącej w świetle stulecia objawień fatimskich. Powiązał nawet swój apel o przyjmowanie Komunii św. w sposób tradycyjny z objawieniami Anioła Pokoju:
Również objawienia fatimskie możemy postrzegać jako kierowane do nas przez Boga wyraźne wezwanie do przyjmowania Komunii św. do ust w postawie klęczącej. W tym roku obchodzimy stulecie objawień Matki Bożej w Fatimie. Przed objawieniem Najświętszej Maryi Panny, wiosną 1916 r., Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi objawił się Anioł Pokoju, który powiedział do nich: „Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną…”
Jesienią 1916 r., podczas trzeciego objawienia, dzieci ujrzały, że Anioł, ten sam co uprzednio, trzymał w lewej ręce kielich, nad którym unosiła się Hostia. Wypływające z niej krople Krwi skapywały do kielicha. Pozostawiając kielich oraz Hostię zawieszone w powietrzu, Anioł zbliżył się do dzieci i pokłonił się aż do ziemi, powtarzając trzykrotnie słowa modlitwy: „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, uwielbiam Cię ze czcią najgłębszą. Ofiaruję Ci przenajdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, na przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, które Go obrażają. Przez niezmierzone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi proszę Cię o nawrócenie biednych grzeszników”.
Doceniając wszystkie te godne pochwały apele kard. Saraha, nie możemy zgodzić się z jego oceną II Soboru Watykańskiego w ogólności, a konstytucji Sacrosanctum concilium w szczególności, jak również z wysuwaną przezeń tezą o „wzajemnym ubogaceniu”, o którym wspomniał po raz pierwszy Benedykt XVI. W tych kwestiach kard. Sarah stwierdził:
Chciałbym jednak podkreślić, że ta konstytucja [Sacrosanctum concilium], podobnie jak wszystkie reformy soborowe, nie stoi w sprzeczności z tym, co Kościół celebrował przed soborem. Właśnie z tego powodu przy wielu okazjach wyjaśniałem, co powinniśmy rozumieć przez pojęcie „reforma reformy”. Sformułowanie to oznacza, że zwyczajna i nadzwyczajna forma tego samego rytu rzymskiego mogą się wzajemnie ubogacać. Sądzę, że byłoby wskazane rozpocząć bezzwłocznie poważne badania nad możliwością wzajemnego ubogacania się obu form.
W pewnych kręgach przyjęło się niestety mówienie o „liturgii soborowej” jako o czymś stanowiącym wyraz nowej eklezjologii, będącej rzekomo w sposób zamierzony różną od „starej” eklezjologii i życia liturgicznego Kościoła sprzed II Soboru Watykańskiego. Nie możemy pozwolić na to dalsze przeciwstawianie sobie „starego” i „nowego”! […] Liturgia nie jest tworzona na nowo za każdym razem, kiedy w eklezjologii następuje postęp. Kościół sprzed soboru i Kościół po soborze nie są dwoma odrębnymi i różnymi rzeczywistościami. Sobór nie starał się zerwać z przeszłością, ale dążył do rozwoju i ubogacenia, co staje się oczywiste, gdy czytamy spokojnie i bez emocji historię Kościoła. Widzimy wówczas, że wyznaje on i celebruje swoją wiarę zawsze w ciągłości z przeszłością, nigdy z przeszłością tą nie zrywając.
Język ten bardzo przypomina „hermeneutykę reformy w ciągłości” Benedykta XVI (przemowa do Kurii Rzymskiej na Boże Narodzenie 2005 r.), jednakże ani Benedykt, ani kard. Sarah nie wykazali jak dotąd rzekomej ciągłości dokumentów soborowych oraz późniejszych reform z Tradycją. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że sobór oraz jego reformy nie są kontynuacją Tradycji – przynajmniej nie w kwestiach kluczowych – i żadne wyjaśnienia nie są w stanie zmienić tego faktu. Właśnie dlatego zwracający się w 2011 r. do Benedykta XVI z prośbą o dogłębne przeanalizowanie nauczania soboru w świetle Tradycji teologowie pisali:
Jeśli okazałoby się, że naukowo ciągłości tej nie da się wykazać ani w całości, ani częściowo, wówczas wobec trwającego już niemal od pół wieku wyczekiwania na tego rodzaju wyjaśnienie należałoby powiedzieć to spokojnie i otwarcie.
Tym wszystkim, którzy podważają zasadność „hermeneutyki ciągłości” papieża Benedykta, kard. Sarah odpowiada: „Twierdzenie czegoś przeciwnego i zmienianie doktryny, czy też tworzenie innej liturgii, oznaczałoby zdradę II Soboru Watykańskiego i odłączanie wiernych od Chrystusa, niewzruszonej Skały i Źródła wody żywej”. Czy zgodnie z tą logiką nie należałoby uznać Pawła VI, msgr. Bugniniego oraz reszty Concilium za winnych zdrady soboru (nie wspominając już o wiernych), biorąc pod uwagę, że faktycznie stworzyli oni „inną liturgię”?
Z drugiej strony treść konstytucji Sacrosanctum concilium wydaje się sprzeczna z twierdzeniem kard. Saraha, że sobór nie wzywał do wprowadzania innowacji w sferze liturgii. Dokument ten stwierdza m.in.:
Obrzędy Mszy świętej należy tak opracować, aby wyraźniej uwidocznić właściwe znaczenie i wzajemny związek poszczególnych części, aby łatwiejszy stał się pobożny i czynny udział wiernych.
W tym celu, zachowując wiernie istotę obrzędów, należy je uprościć i opuścić to, co z biegiem czasu dodano jako powtórzenie lub co stało się zbędnym dodatkiem. Natomiast pewne elementy niesłusznie zatracone w ciągu wieków należy przywrócić, stosownie do pierwotnej tradycji Ojców Kościoła, o ile okaże się to pożyteczne lub konieczne (par. 50).
Należy ułożyć nowy obrzęd koncelebrowania i umieścić go w Pontyfikale oraz w Mszale Rzymskim (par. 58).
Czy wdrażanie tych w oczywisty sposób zalecanych zmian stanowi zdradę wobec soboru? Nie, jedyną zdradą, jaka się wydarzyła, była zdrada Tradycji (oraz wiernych, którzy mają do niej prawo) przez sam sobór.

„Pojednanie liturgiczne” poprzez Mszę hybrydową

Mniej więcej miesiąc po swym wystąpieniu na konferencji Sacra Liturgia w Mediolanie kard. Sarah udzielił francuskiemu magazynowi „La Nef” (lipiec–sierpień 2017) wywiadu, który ukazał się pod tytułem Pour une réconciliation liturgique (O pojednanie liturgiczne). Wywiad ten, podobnie jak wspomniane wyżej wystąpienie podczas konferencji zorganizowanej w Mediolanie, stanowi zbiór mniej lub bardziej słusznych ocen i analiz. Zacznijmy od elementów pozytywnych. Wypowiadając się na temat novus ordo, kardynał powiedział:
Niech mi będzie wolno pokornie wyrazić obawę, że liturgia w formie zwyczajnej – ze względu na centralną i narzucającą się obecność księdza – mogłaby prowadzić do odwrócenia naszej uwagi od Boga. [W trakcie jej] kapłan stoi nieustannie przed swym mikrofonem i stale kieruje spojrzenie oraz uwagę na zgromadzonych. [W ten sposób] pomiędzy Bogiem a człowiekiem jest wznoszone coś na kształt nieprzezroczystej przesłony. Odprawiając Mszę pamiętajmy zawsze o umieszczeniu na ołtarzu dużego i dobrze widocznego krucyfiksu jako punktu odniesienia dla wszystkich – tak kapłana, jak i wiernych. W ten sposób będziemy mieli nasz wschód, ponieważ – jak mówi Benedykt XVI – ostatecznie to Ukrzyżowany jest chrześcijańskim wschodem.
Z całym należnym szacunkiem, ale to, o czym kardynał mówi jedynie jako o swej obawie, było rzeczywistością od co najmniej czterech dekad! Od czasu narzucenia wiernym novus ordo uczestnictwo we Mszy oraz wiara w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii wśród katolików spadła do tak katastrofalnego poziomu, że Jan Paweł II określił ten stan mianem „milczącej apostazji”9.
Choć kard. Sarah rzeczywiście apeluje o to, aby „forma zwyczajna” została „ubogacona” przez „gesty i postawy liturgiczne, które charakteryzują formę nadzwyczajną” (np. aby po konsekracji kapłan zachowywał złączone kciuki i palce wskazujące, o przyjmowanie Komunii św. do ust w postawie klęczącej, o większą liczbę przyklęknięć), większość swoich wysiłków skupia na obronie soboru, potwierdzaniu prawomocności novus ordo (opierając się przy tym na rzekomo „rozstrzygającym” nauczaniu Summorum Pontificum) oraz wzywaniu do zaprowadzenia „pokoju liturgicznego” poprzez kompromis. Oto kilka przykładów:
Liturgia stała się polem bitwy, miejscem starcia pomiędzy zwolennikami mszału przedsoborowego oraz mszału będącego owocem reformy z 1969 r. Sakrament miłości i jedności, sakrament, który pozwala Bogu stać się naszym pokarmem i naszym życiem, przebóstwić nas pozostając w nas i [umożliwiając] nam [trwanie] w Nim, stał się okazją do [okazywania] nienawiści i pogardy. Motu proprio definitywnie kładzie kres tej sytuacji. Benedykt XVI stwierdza w nim na mocy swego urzędu nauczycielskiego: „Nie jest czymś właściwym odnoszenie się do tych dwóch wersji Mszału Rzymskiego jako do «dwóch rytów». To raczej podwójne użycie jednego i tego samego rytu”. W ten sposób daje odpowiedź wszystkim zaangażowanym w wojnę liturgiczną. […]
Wszelka reforma w Kościele jest powrotem do korzeni, nigdy zaś zwycięstwem jednego klanu nad drugim. Podobnie ci, którzy twierdzą, że posługiwanie się nadzwyczajną formą rytu rzymskiego mogłoby podważać autorytet II Soboru Watykańskiego, są w poważnym błędzie. Jak stwierdza autorytatywnie Benedykt XVI, „lęk ten jest całkowicie nieuzasadniony”. Jak możemy przypuszczać, żeby sobór chciał wyprzeć się tego, co było czynione wcześniej? Taka hermeneutyka zerwania jest sprzeczna z duchem katolickim. Sobór nie pragnął zerwać z formami liturgicznymi odziedziczonymi od Tradycji, ale raczej je pogłębić. Konstytucja Sacrosanctum conciliumstwierdza: „nowe formy będą niejako organicznie wyrastać z form już istniejących” (par. 23). Byłoby więc błędem uważać, że dwie formy liturgiczne są wyrazem dwóch sprzecznych teologii. […]
Ponieważ pomiędzy dwiema formami rytu rzymskiego istnieje pełna ciągłość oraz jedność, te dwie formy muszą w konieczności wzajemnie się oświecać i ubogacać. […] Najważniejsze jest to, abyśmy z pomocą Ducha Świętego rozważali na modlitwie oraz badali, w jaki sposób powrócić do powszechnego zreformowanego rytu, mając zawsze przed oczyma cel, jakim jest pojednanie w Kościele, wciąż bowiem mamy do czynienia z zawziętością, pogardą oraz raniącym Kościół bolesnym podziałem, oddalającymi nas od jedności, o którą Jezus się modlił i dla której umarł na krzyżu.
10 lat po tym doniosłym akcie [ogłoszeniu Summorum Pontificum] naszym zadaniem jest doprowadzenie do tego wzajemnego ubogacenia, które papież Benedykt nazywał „wewnętrznym pojednaniem Kościoła”. Duszpasterska odwaga papieża Franciszka stanowi dla nas zachętę do nadania temu bardzo konkretnych kształtów. Uczyńmy to więc! […]
Z całego serca apeluję o urzeczywistnienie pojednania liturgicznego, o którym mówił papież Benedykt, w duchu duszpasterskim papieża Franciszka! Liturgia nigdy nie może stać się sztandarem jednej frakcji. Dla niektórych sformułowanie „reforma reformy” stało się równoznaczne ze „zwycięstwem jednego klanu nad drugim”. Tak więc istnieje ryzyko, iż będzie ono interpretowane w sposób niewłaściwy. [Ja sam] wolę mówić o pojednaniu liturgicznym. W Kościele chrześcijanin nie ma przeciwnika! […]
Bardziej niż „reforma reformy” jest to reforma serc! Jest to pojednanie pomiędzy dwiema formami tego samego rytu, wzajemne ubogacenie. Liturgia musi być zawsze pojednana z sobą samą, ze swą najgłębszą istotą!
Oświeceni przez nauczanie motu proprio Benedykta XVI, wzmocnieni przez odwagę papieża Franciszka, powinniśmy doprowadzić do końca ten proces pojednania liturgii z nią samą.

Jak miałaby wyglądać „Msza hybrydowa”?

A jaki ma być „koniec” czy też ostateczny cel „tego procesu pojednania”? Najwyraźniej jest nim „wspólny ryt zreformowany”, czyli jakaś forma połączenia novus ordo z tradycyjnym rytem rzymskim. Kard. Sarah apeluje o syntezę „dwóch form jednego rytu rzymskiego” zgodnie z głoszoną przez Benedykta ideą „wzajemnego ubogacania”. Według kardynała „zasadniczych wytycznych” dostarcza nam konstytucja Sacrosanctum concilium – postulująca m.in. czynne uczestnictwo wiernych (30), czytania w językach narodowych (36), odpowiadanie ogółu wiernych na wezwania kapłana (48), dzięki czemu nie byliby już „milczącymi widzami”, a także uproszczenia obrzędów, aby uniknąć „powtórzeń i zbędnych dodatków” (50). Powtarza również wezwanie Benedykta o stworzenie wspólnego kalendarza liturgicznego i „ujednolicenie lekcjonarzy” – jako koniecznych elementów „wspólnego rytu zreformowanego”.
Czyniąc ukłon w kierunku kompetentnego urzędu Kurii Rzymskiej, kard. Sarah powiedział: „Zadanie to leży w kompetencji Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, która powinna postępować w sposób ostrożny i organiczny”. Niezależnie jednak od tego, co Komisja ta miałaby postanowić,
nadzwyczajna forma rytu rzymskiego nie może być już dłużej nazywana „rytem przedsoborowym”. Jest to obecnie forma liturgii rzymskiej, która musi być oświecana, ożywiana i inspirowana przez nauczanie II Soboru Watykańskiego. Można by żartobliwie powiedzieć, że Benedykt XVI stworzył nadzwyczajną formę liturgii posoborowej!
Proszę mi wybaczyć, nie widzę jednak niczego zabawnego w niszczeniu tradycyjnego rytu Mszy. I nie łudźmy się, synteza starego oraz nowego rytu oznaczałaby zniszczenie tradycyjnego mszału rzymskiego skodyfikowanego i ogłoszonego przez św. Piusa V, który dołączył do swej bulli Quo primumuroczyste ostrzeżenie:
Nikomu nie wolno naruszyć lub nierozważnie zmienić tego tekstu Naszego zezwolenia, ustanowienia, nakazania, polecenia, skierowania, przyznania, indultu, deklaracji, woli, dekretu i zakazu. Ktokolwiek by ośmielił się tak uczynić, niech wie, iż naraża się na gniew Boga Wszechmogącego oraz błogosławionych Apostołów Piotra i Pawła.
Tłumaczył Tomasz Maszczyk.


PRZYPISY:

  1. Adrian Fortescue, The Mass: A Study of the Roman Liturgy, Loreto Publications 2003, ss. 172–173. 
  2. Różniące się od siebie w niewielkim stopniu wersje rytu rzymskiego, będące w użyciu w różnych regionach. 
  3. Fortescue, op. cit., ss. 205–206. 
  4.  Tłumaczenie polskie za wydaniem Dzieje Mszy świętej ks. Władysława Hozakowskiego, Poznań 1914, będącym rozszerzonym tłumaczeniem dzieła dr. Fortescue – przyp. red. WTK. 
  5. Por. Wprowadzenie do francuskiego wydania książki msgr. Mikołaja Gambera The Reform of the Roman Liturgy, Le Barroux 1992, ss. 7–8. 
  6. Hannibal Bugnini (1912–1983), włoski ksiądz ze zgromadzenia lazarystów, wyświęcony w 1936 r., był przez szereg lat zaangażowany w prace nad reformą liturgii katolickiej. Za pontyfikatu Piusa XII i na początku pontyfikatu Jana XXIII piastował stanowisko sekretarza Komisji ds. Reformy Liturgicznej (1948–1960), a następnie liturgicznej komisji przygotowawczej przed II Soborem Watykańskim (1960–1962). Choć w roku rozpoczęcia soboru Jan XXIII nie desygnował go powtórnie na to stanowisko, już na początku 1964 r. został mianowany przez Pawła VI sekretarzem Consilium (Komisji ds. Wdrażania Konstytucji o Liturgii) (1964–1969), które to stanowisko piastował aż do przekształcenia Consilium w Kongregację Kultu Bożego (1969–1975), zostając w międzyczasie konsekrowany na biskupa tytularnego Diocletiany. Następnie, bez żadnego oficjalnego wyjaśnienia, został nagle przydzielony do służby dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej (1976–1982), podobno wskutek odkrycia dowodów wskazujących na jego powiązania z masonerią (patrz Michał Davies, How the Liturgy Fell Apart: The Enigma of Archbishop Bugnini, „AD2000”, t. 2, nr 5 [czerwiec 1989 
  7. Por. Louis Tofari, What About those Six Protestants and the New Mass?, „The Remnant”, 30 sierpnia 2013. 
  8. List do Pawła VI z 25 września 1969 r. 
  9. Adhortacja apostolska Ecclesia in Europa, 28 czerwca 2003, par. 9.

Źródło informacji: https://news.fsspx.pl/

Printfriendly


POLITYKA PRYWATNOŚCI
https://rzymski-katolik.blogspot.com/p/polityka-prywatnosci.html
Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.
Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.