Pages

______________________________________________________________________

______________________________________________________________________

piątek, 13 czerwca 2014

Unieważnianie Pisma Świętego. Rozmowa z o. Michałem Chaberkiem



"Christianitas": Jakie jest znaczenie Pisma Świętego w poznawaniu prawdy?

Michał Chaberek OP: Pismo Święte nie jest zwykłą książką, taką jak na przykład pomniki literatury starożytnej. Jest to Księga Życia, która powstała pod natchnieniem Bożym. Jest więc słowem samego Boga skierowanym do ludzi. Niby są to oczywiste prawdy dla każdego chrześcijanina, ale kiedy przyjrzymy się temu, jak używa się dzisiaj Biblii w kręgach akademickich, to trudno dopatrzyć się rzeczywistego uznania tych prawd. Można powiedzieć, że istnieje tylko jedna zasada interpretacji Biblii, którą nazwałbym „zasadą miłosierdzia słowa”. Chodzi o to, że Pan Bóg dał nam objawienie biblijne po to, aby nas wyciągnąć z niewiedzy, czyli jakoś ubogacić mądrością i prawdą. Po grzechu pierworodnym czegoś nam zabrakło, Bóg stał się odległy i nieznany. Dzięki Jego objawieniu mamy dostęp do tajemnic Jego istnienia i działania w świecie. Dzięki słowu zawartemu w Biblii stopniowo przechodzimy od niewiedzy i ciemności do światła poznania i zrozumienia. Zostajemy przekształceni, aby uczestniczyć w szczęściu Boga. Na tym polega Boże miłosierdzie. Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli zrozumieć Stary i Nowy Testament patrząc na nie jak na teksty „światopoglądowo” lub „religijnie neutralne”.

Jak to rozumieć?

Zanim otworzymy te księgi musimy wpierw uznać, że Słowo Boże ma nas udoskonalić. Tylko wtedy możemy dać się przez nie prowadzić, a nie próbować je udoskonalać naszym małym rozumkiem. Mam wrażenie, że wielu współczesnych badaczy w sposób niewiarygodnie naiwny nie docenia Pisma Świętego myśląc, że już zrozumieli i zmierzyli głębokości Boga samego. Tymczasem, to słowo jest dalece doskonalsze, niż może nam się wydawać. Ostatecznie (być może dopiero w przyszłym życiu) przekonamy się, że Bóg, posługując się mniej lub bardziej omylnymi ludźmi, przekazał nieomylnie i bezbłędnie swoją prawdę. To tylko nasza małość i grzeszność nie pozwala nam teraz tego dostrzec.

Kiedy otwieramy Pismo Święte znajdujemy tam opisy powstania świata, gatunków i człowieka. W pewnym sensie, opis utworzenia świata z Księgi Rodzaju jest fundamentem wiary chrześcijańskiej. Jeśli Bóg nie uczynił tego wszystkiego, to i dzieje zbawienia wiszą, jak gdyby w próżni - stają się humanistycznym mitem. Mimo to, gdy otwieramy książki współczesnych teologów dotyczące Księgi Rodzaju, bardzo często zaczynają się one od zastrzeżenia, że nie powinniśmy traktować dosłownie tego opisu; że to metafora. Metaforą są mity greckie i nikt ich nie bierze na serio. Jak więc rozumieć ten opis?

Przypomina mi się fragment z nowej książki George’a Weigela. Pozwól, że zacytuję go tutaj:

Współczesne badania biblijne nauczyły wielu katolików na Zachodzie głębokiego braku zaufania do Biblii. Na przykład: to się nie wydarzyło, to jest tylko metafora, to jest mit. Biblia, która miała być kochana, i która miała być środkiem spotkania żywego Boga i Jego Syna, zbyt często jest artefaktem, czyli wytworem człowieka, który należy poddać sekcji, pozostawiając niekochane, a nawet odrażające pozostałości na posadzce sali sekcyjnej.[1]

Spostrzeżenie Weigela jest niestety trafne. Wystarczy otworzyć jakikolwiek współczesny komentarz do Księgi Rodzaju i już na początku dowiemy się z niego, że tekst ten należy traktować, jeśli nie jako zwykłą bajkę, to przynajmniej z dużą podejrzliwością. A na pewno, że nie opowiada on żadnej prawdziwej historii. Mówi się na przykład, że nie wolno sugerować się tym, co jest napisane, tylko trzeba odkryć to, co autor natchniony chciał powiedzieć. Za tym argumentem stoi przekonanie, że Biblia sama z siebie może nas tylko zwodzić, że bez naszego ludzkiego wysiłku naukowego oraz zaawansowanych narzędzi egzegetycznych Pismo nam nic nie przekazuje. Takie myślenie wydaje się jednak iść w poprzek podstawowej prawdzie, że Pan Bóg dał nam Pismo Święte nie po to, aby nas wpędzić w interpretacyjne kłopoty, lecz raczej, aby objawić prawdę, i to objawić ją wszystkim, nie tylko egzegetom, ale również ludziom prostym. Współcześni bibliści twierdzą na przykład, że opis stworzenia ma jedynie uzasadnić świętowanie szabatu, albo jest misternie utkanym tekstem poetyckim, albo stanowi jedynie reminiscencję pogańskich mitologii w kulturze hebrajskiej. Każda z tych interpretacji może zawierać jakąś prawdę, ale jednocześnie uznanie, że opis stworzenia nie zawiera żadnej innej prawdy, to głęboko redukcyjne podejście do świętego tekstu.

Z tego by wynikało, że teologowie jakby „uciekają” przed przekazem biblijnym?

Jedno z ulubionych sformułowań teologów „zatroskanych” o poprawne rozumienie Biblii jest twierdzenie, że Księga Rodzaju nie jest podręcznikiem do historii albo biologii. Ale tego nie twierdzą nawet najbardziej fundamentalistyczni protestanci. Zastanówmy się jednak, jak daleko ta teza może nas zaprowadzić. Czy to, że Pismo Święte nie jest podręcznikiem we współczesnym rozumieniu daje podstawy do unieważnienia jego treści? Jest wiele sytuacji, w których o prawdzie historycznej czy naukowej dowiadujemy się nie z podręczników, ale za pośrednictwem innych form przekazu. Kiedy na przykład babcia opowiada wnuczkowi o Powstaniu Warszawskim, to ani nie zmyśla, ani nie pisze podręcznika do historii. A jednak opowiada o prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w konkretnym czasie i miejscu. Podobnie z tego, że Pismo Święte nie jest podręcznikiem do historii nie wynika, że nie opowiada prawdziwej historii. Z tego, że nie jest podręcznikiem do przyrody, nie wynika, że nie mówi nic o przyrodzie, czy o sposobie powstania świata.

Czy to oznacza, że Księga Rodzaju nie jest podręcznikiem, ale jakby pełni rolę podręcznika do historii naturalnej?

Nie do końca. Po prostu pytanie o początki nie jest pytaniem naukowym.

Ale nauka wydaje się zajmować właśnie tym. Tak przynajmniej twierdzą liczni badacze.

Jedynie od czasów Darwina, i to nie wszyscy. Kopernik, Newton, Kepler, Galileusz, a nawet Lyell i Couvier, i wielu innych znakomitych naukowców dobrze znało granice nauki i nie przekraczało ich. Newton wprost twierdził, że układ planetarny funkcjonuje dzięki prawom fizyki, ale że te same prawa nie mogły doprowadzić do jego powstania. Podobnie można powiedzieć, że Darwin wyjaśnił, jak naturalna selekcja może wytworzyć pewne wariancje wśród organizmów, ale nie skąd wzięły się wszystkie gatunki i samo życie. Oczywiście łatwo się było przyzwyczaić naukowcom do zagarniętego pola, trudno będzie im je oddać. Ale tu nie działa prawo zasiedzenia. Jeżeli nauka ma granice, to one pozostają granicami nauki, niezależnie od tego, czy naukowcy je respektują czy nie.

Czy istnieje teologiczny argument za istnieniem granic nauk przyrodniczych?

Musimy zapytać, jaki byłby sens, aby Bóg oświecał autorów biblijnych i objawiał ludziom za ich pośrednictwem historię początków, gdyby to wszystko można było odkryć na drodze badań przyrodniczych? Jeżeli wierzymy, że Bóg jest pierwszym Autorem nie tylko Pisma, ale i przyrody, to wynikałoby z tego, że przekazał nam dwie sprzeczne historie, a teraz my, swoim ludzkim rozumem musimy to jakoś posklejać. Taka wizja Bożej pedagogii jakoś mi nie pasuje. Myślę, że raczej Pan Bóg przekazał nam za pośrednictwem Biblii te prawdy, których nie da się wyczytać w Księdze Przyrody – te, do których ludzie własnym wysiłkiem nigdy by nie doszli. Jedną z takich fundamentalnych prawd jest na przykład to, że człowiek został stworzony z prochu, a nie, że wyewoluował z populacji jakichś mitycznych hominidów. Księga natury i Księga Objawienia wzajemnie się uzupełniają, choć ważniejsze są prawdy objawione, właśnie dlatego, że znamy je na mocy autorytetu Boga. Rozum ludzki może się mylić, ale Bóg jest nieomylny. I dlatego warto ufać Biblii, po prostu wierzyć Słowu Bożemu, nawet, gdy w danym momencie przerasta to nasze możliwości pojmowania.

Czy są jeszcze inne sposoby „unieważniania” Pisma Świętego?

Inny ciekawy sposób unieważniania Biblii to twierdzenie, że Księga Rodzaju nie mówi nam nic o tym jak powstał świat, tylko, że świat powstał. Już w XIX wieku ujmowano to w formie chwytliwego porzekadła: „Biblia mówi jak iść do nieba, a nie jak niebo działa”[2]. Ponownie mamy tu do czynienia z redukcją, tym razem treści metafizycznej do treści moralnej. W tym ujęciu zadaniem Biblii nie jest tworzenie światopoglądu, tylko wyłącznie przekazanie norm moralnych. To jest bardzo niebezpieczny redukcjonizm. Faktycznie bowiem to jak należy postępować wynika z tego, czym lub kim się jest. Zresztą zwróć uwagę, że historyczne rozumienie Księgi Rodzaju wcale nie upoważnia nas do wnioskowania o tym, jak „działa niebo”, tylko raczej skąd niebo się wzięło. Ludzki wysiłek poznawczy, taki jak obserwujemy w naukach przyrodniczych, może nas doprowadzić do imponujących osiągnięć w kwestii odpowiedzi na pytanie jak działa świat, ale niestety ten sam wysiłek, bardzo niewiele nam powie o tym skąd się wziął świat. I dlatego jest to zupełnie zrozumiałe, że Biblia daje nam światopogląd, to znaczy wyjaśnia, w jaki sposób świat powstał i gdzie ostatecznie zmierza. Gdyby nie objawienie biblijne, ludzie mogliby na przykład myśleć, że cała różnorodność stworzeń powstała na drodze emanacji jednych bytów z innych. Tak myśleli poganie ery przedchrześcijańskiej i tak formułuje to współczesna kosmogonia ewolucyjna, na której opiera się cywilizacja post-chrześcijańska. Ale dzięki Biblii wiemy, że tak nie było; że to Bóg swoim nadprzyrodzonym i bezpośrednim działaniem ukształtował podstawowe elementy świata.

Wróćmy do głównego pytania. W takim razie jak należy rozumieć Księgę Rodzaju?

Opis stworzenia należy rozumieć tak, jak rozumiała go cała Tradycja Kościoła, to znaczy w sposób literalny i historyczny. Zresztą to właśnie różni Biblię od mitów – mity są zmyślone (tzn. nie opisują rzeczywistości), a Biblia nie jest zmyślona. Z takiego rozumienia wcale nie wynika to, że świat ma mniej niż 10 tysięcy lat, albo że nie było dinozaurów. Nad długością dnia z biblijnego opisu zastanawiali się i teologowie, i naukowcy od dawien dawna. Sam św. Augustyn już w piątym wieku twierdził, że dzień ten nie może być rozumiany jako naturalna doba. Idąc za różnicą zdań obecną w Tradycji, Kościół katolicki potwierdził w 1909 roku, że hebrajski wyraz yom, użyty w Rdz 1, może być rozumiany albo jako naturalny dzień, albo jakiś inny odcinek czasu. Nie ma więc sprzeczności między literalnym rozumieniem Biblii, a historią świata sięgającą miliardów lat. Jeżeli przyjrzymy się danym, których dostarcza nam paleontologia czy geologia, zobaczymy, że również one nie przeczą literalnie rozumianej Biblii. Natomiast teoria Darwina to jest ideologiczna nakładka na rzetelne dane, która ma wyrzucić nadprzyrodzone działanie Boga z historii kształtowania świata. Można więc powiedzieć, że Biblia zgadza się z danymi przyrodniczymi, choć nie zgadza się z teorią Darwina. Odróżniłbym jednak literalne czytanie Biblii od biblicyzmu, czy czegoś co nazywam „materializmem biblijnym”.

Czym on jest?

W tradycyjnym chrześcijańskim podejściu do Pisma zadaniem egzegety było ustalenie, jaki jest sens literalny, czyli dosłowny, poszczególnych fragmentów. To dlatego Św. Augustyn i inni Ojcowie Kościoła pisali literalne komentarze do Księgi Rodzaju. Natomiast biblicyzm z góry przyjmuje tylko jeden sens dosłowny, który zazwyczaj utożsamia się z potocznym rozumieniem słów. Na tej zasadzie materialiści biblijni wykluczają możliwość rozumienia dnia z opisu stworzenia jako innego czasu niż naturalna doba. Inny przykład stanowi rozumienie pierwszego zdania z opisu stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. Dla materialistów biblijnych niebo musi oznaczać ziemską atmosferę, a ziemia naszą planetę. Tymczasem w tradycji chrześcijańskiej dość mocno osadzona jest interpretacja, zgodnie z którą „niebo” oznacza tu świat duchowy, a „ziemia” świat materialny. I to jest nadal dosłowne podejście do tekstu.

Dlaczego teologowie pozbawiają Pismo Św. jego znaczenia?

Jak myślę, przyczyn należy szukać w nowożytnym rozdzieleniu Pisma Św. i świętej Tradycji. Wiadomo, że przez całe wieki Kościół katolicki uznawał Tradycję za normę interpretacji Biblii. Jeżeli pojawiały się wątpliwości jak należy rozumieć jakiś fragment, odpowiedzi szukano w pismach Ojców Kościoła i średniowiecznych doktorów. Jeżeli ci zasadniczo różnili się w jakiejś kwestii, to uznawano pluralizm możliwych rozwiązań. Ponadto uznawano, że teksty biblijne mają kilka sensów (klasycznie wyróżnia się cztery – dosłowny, alegoryczny, moralny, anagogiczny), ale sens literalny (dosłowny) jest sensem podstawowym, w świetle którego należy oceniać inne. Zatem patrystyczne i średniowieczne podejście do Biblii nie było jakoś zawężające, czy zamknięte na różnorakie poszukiwania. To raczej ono właśnie starało się odkryć pełne znaczenie świętych tekstów. Kiedy Luter zaproponował zasadę sola Scriptura (samo Pismo, bez Tradycji), Pismo Św. zostało odizolowane od tradycji interpretacyjnej. A ponieważ tekst Biblii nie jest łatwy i jakby z natury domaga się jakiejś interpretacji, konieczne było wprowadzenie innego rodzaju egzegezy niż ta, którą znajdujemy w Tradycji. Tak narodziła się „egzegeza krytyczna”, czyli ludzki wysiłek opierający się na różnych metodach badania tekstu, który miałby odkryć jego „prawdziwe” znaczenie. Aby być egzegetą w tym sensie, warunkiem nie jest wiara, tylko wykształcenie. Nie trzeba nawet znać nauczania Kościoła, czy dogmatów wiary, trzeba się natomiast orientować w metodach i teoriach, za pomocą których bada się teksty starożytne.

Czy egzegeza krytyczna stanowi jakiś problem?

Posługując się egzegezą krytyczną bardzo łatwo można pozbawić święty tekst wszelkiego znaczenia. Przede wszystkim Biblia nie jest już normą naszego myślenia, a raczej metoda naukowa staje się normą interpretacji Biblii. Takie podejście doskonale pasowało do pozytywistycznej mentalności dziewiętnastego wieku. Z jednej strony egzegeza krytyczna była naukowa, z drugiej, pozwalała unieważnić „niewygodne” fragmenty Pisma, w taki sposób, aby nie przeszkadzały różnorakim dziewiętnastowiecznym „izmom”, wśród których poczesne miejsce zajmował darwinizm. W reakcji na liberalną egzegezę, co bardziej gorliwi protestanci nie mieli innego wyjścia jak ponownie chwycić się „litery”. W ten sposób narodził się tak zwany fundamentalizm biblijny. W kontekście pytań o początki, fundamentaliści biblijni przyjmują nie tylko osobne stworzenie gatunków, ale także krótką historię świata. Wydaje się im bowiem, że jeżeli dopuści się długi wiek świata, to trzeba odstąpić od tekstu, a wtedy już „wszystko wolno”. U protestantów nastąpił więc podział na badaczy unieważniających Pismo Św. metodami egzegezy krytycznej oraz fundamentalistów nie liczących się z odkryciami naukowymi.

Czy zmiany te wpłynęły jakoś na katolików?

Niestety badacze katoliccy bardzo szybko przyjęli metody egzegezy krytycznej. W pierwszej fazie wywołało to poważny konflikt w Kościele zwany „kryzysem modernistycznym”, który miał miejsce na początku dwudziestego wieku. Z czasem jednak metody te rozpowszechniły się również w katolicyzmie i zasadniczo wyparły Tradycję. Obecnie, mimo, że teologowie katoliccy formalnie są związani dekretami Soboru Trydenckiego, de facto kierują się w swoich badaniach zasadą sola Scriptura. Dość powiedzieć, że przeciętny seminarzysta może przejść całe studia podstawowe z teologii nie przeczytawszy żadnego komentarza patrystycznego czy scholastycznego do którejś z ksiąg Biblii. Jednocześnie ten sam seminarzysta spędzi dużo czasu na uczeniu się przeróżnych, sprzecznych, niedowiedzionych i często metodologicznie niepoprawnych teorii powstania ksiąg biblijnych, z których nie wynika nic jak tylko, na przykład, zaprzeczenie Mojżeszowemu autorstwu Pięcioksięgu.

W kontekście interesującego nas pytania o biblijny opis stworzenia, teologowie pozbawiają go historycznego znaczenia, ponieważ wydaje im się, że jeżeli uznają historię biblijną za prawdziwą, to muszą także uznać krótki wiek świata. To zaś jest niezgodne z danymi naukowymi. Aby więc uniknąć tak zwanego „konfliktu nauki i wiary”, wolą twierdzić, że Księga Rodzaju jest tylko misternie utkaną poezją religijną. Gdyby jednak znali Tradycję i trzymali się jej, wiedzieliby, że święci Ojcowie i Doktorzy nie mieli wspólnego stanowiska odnośnie do długości dni stworzenia, natomiast bezpośrednie i nadprzyrodzone ukształtowanie pierwszego ciała ludzkiego było zawsze uważane za prawdę wiary. Nie ma więc przeszkód ze strony Tradycji, aby uznać długi wiek świata, ale jednocześnie argument przeciwko ewolucyjnemu pochodzeniu człowieka jest przytłaczający. Myślę, że teologia katolicka nie odzyska chrześcijańskiego rozumienia Biblii, w tym odpowiedzi na pytanie o początki, tak długo, jak długo nie zostanie przywrócone właściwe miejsce Tradycji w studiach biblijnych.

Rozmawiał Tomasz Rowiński

[1] Evangelical Catholicism: Deep Reform in the 21st Century Church, Basic Books, 2013, s. 75.
[2] W angielskim sformułowaniu mamy tu do czynienia z grą słów: „How to go to Heaven, and not how the heavens go” (Biblia mówi jak iść do nieba, a nie jak niebo chodzi).

Wywiad stanowi fragment książki Stworzenie czy ewolucja. Dylemat katolika, Fronda. Warszawa 2014.

Źródło informacji: http://christianitas.org

0 komentarze:

Prześlij komentarz



______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________