Pages


______________________________________________________________________

wtorek, 13 grudnia 2011

JOSEPH RATZINGER I PRYMAT LITURGII

Poniższy artykuł ukazał się jako przedmowa do pierwszego tomu nowej serii książkowej poświęconej liturgii.

Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium. Teologia liturgii .

Gdy ponad sześć lat temu Joseph Ratzinger został wybrany na papieża, mówiono, że zaczyna się pontyfikat papieża-teologa. Co ciekawe i zastanawiające, niemal nikt nie zauważał już bardzo dobrze widocznego nurtu liturgicznej refleksji Kardynała, który stał się Papieżem. A przecież nurt ten jest obecny w większości książek Ratzingera, od Święta wiary (z 1981 r., lecz zbierającego teksty z końca lat 70.) aż do Ducha liturgii z 2000 lub wystąpień na Dniach Liturgicznych w Fontgombault w 2001, nie licząc znaczących fragmentów jego głośnych wywiadów-rzek czy wstępów do poświęconych liturgii prac innych autorów.

W sposobie, w jaki Ratzinger ujmuje kwestie liturgii, jest coś co być może tłumaczy nam ten fakt, że długo nie dostrzegano tego nurtu jego refleksji jako pierwszorzędnie ważnego: nie jest to refleksja zawodowego liturgisty, lecz liturgiczna analiza profesjonalnego teologa – a taka myśl w naszym świecie szufladkowanym „specjalnościami” może umknąć zarówno teologom, jak i liturgistom.

Organiczna więź lex credendi i lex orandi jest w pismach Ratzingera obserwowana przede wszystkim z perspektywy tej pierwszej. Nawet więc gdy od pryncypiów „istoty liturgii” przechodzi Ratzinger w pobliże „rubryk”, zawsze jest to punkt widzenia teologa. „Nie interesowały mnie problemy szczegółowe nauki liturgicznej – tłumaczył w 2008 już jako Benedykt XVI, we wstępie do Theologie der Liturgie, pierwszego tomu swych dzieł zebranych – ale zawsze problem zakotwiczenia liturgii w fundamentalnym akcie naszej wiary i, co za tym idzie, miejsce liturgii w całej naszej ludzkiej egzystencji”.

Trzeba jednak pamiętać, że Ratzinger jest daleki od patrzenia na liturgię jako na płaski ekran do wyświetlania pojęć teologicznych. Jest to raczej wielowymiarowe miejsce życia, w którym prawdy teologiczne rodzą się i są objawiane. Doświadczenie liturgii znajduje się w sercu doświadczenia religijnego tego chrześcijanina. „Liturgia Kościoła była dla mnie, od samego dzieciństwa, punktem centralnym mojego życia” – to jeszcze jedno zdanie Papieża z cytowanego wstępu.

O tym zakorzenieniu napędzającym jego myśl wiemy od samego Ratzingera, dzięki wspomnieniom opublikowanym w 1997 r.:
Fascynującą przygodą było zagłębianie się w tajemnicę świata liturgii, która rozgrywała się na ołtarzu przed nami i dla nas – czytamy w wyznaniu dotyczącym lat szkolnych na wsi. – Stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że spotykałem tam rzeczywistość, której nikt nie zmyślił, której nie stworzył ani jakiś urzędnik, ani wielka jednostka. Ta tajemnicza struktura tekstu i akcji wyrosła poprzez stulecia z wiary Kościoła. … Oczywiście jako dziecko nie rozumiałem szczegółów, ale moje obcowanie z liturgią było postępującym procesem dorastania do rzeczywistości, która przewyższała wszelkie indywidualności i pokolenia i dawała ciągle okazję do nowych przeżyć i odkryć[1].
Warto przypominać to wyznanie, gdyż co do swej wagi dla zrozumienia myśli teologicznej jego Autora jest podobne do tych znanych fragmentów autobiograficznych bł. Jana Pawła II, które rzucały światło na genezę personalistycznego nerwu jego pontyfikatu lub np. pozwalały uchwycić w jednym spojrzeniu źródła jego maryjności.

Czy jednak zarówno tego wyznania, jak i naświetlonego nim ciągu pasji i refleksji, nie powinniśmy potraktować jako doświadczenia jednego teologa, wyjaśniającego równocześnie jego skłonność do pewnego typu pobożności czy duchowości i kształt podejmowanej problematyki – doświadczenia, które ze względu na swój partykularyzm, osobistą prywatność musi pozostać poza obiektywizowanym przesłaniem Pasterza Powszechnego dla Kościoła katolickiego? Czy zatem, mówiąc krótko, teologiczna pasja Josepha Ratzingera nie jest po prostu tą ściśle prywatną stroną jego duchowości, której raczej nie powinno się oświetlać majestatem posługi Benedykta XVI?

Przeświadczenie, z którego wynika wątpliwość zawarta w tym pytaniu, zbudowane jest od początku na błędnym założeniu, że mocny akcent położony na liturgii jest jedynie opcją w uniwersum katolicyzmu. Że jest inaczej – przypomniał nam, w mocnych słowach, sam Sobór Watykański II:
Liturgia … jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc. Albowiem apostolskie prace zmierzają do tego, aby wszyscy, którzy przez wiarę i chrzest stali się dziećmi Boga, razem się gromadzili, pośród Kościoła chwalili Boga, uczestniczyli w ofierze i spożywali Wieczerzę Pańską. … Z liturgii więc, a zwłaszcza z Eucharystii, jako ze źródła, spływa na nas łaska i z największą skutecznością dokonuje się to uświęcenie ludzi w Chrystusie i uwielbienie Boga, do którego, jako do celu, zmierzają wszelkie inne działania Kościoła[2].
Źródło i szczyt – trudno podkreślić dobitniej centralne usytuowanie kultu w krwiobiegu chrześcijaństwa. Trudno również nazwać tę wizję Soboru Powszechnego partykularnym punktem widzenia – także dlatego, że punkt ten, być może trudny do pojęcia z perspektywy pewnych wrażliwości katolicyzmu nowożytnego, powtarza to, co w XX wieku powtarzali już wcześniej papieże, od św. Piusa X.

Korzystając z tego światła, uważny obserwator może dojść do twierdzenia, że wspomniane wyżej osobiste doświadczenie Ratzingera samo jest owocem duszpasterstwa wynikającego z tej teologicznej mądrości ruchu liturgicznego, która następnie – w obecności eksperta Vaticanum II ks. prof. Ratzingera – weszła do cytowanego sformułowania soborowego. Inaczej mówiąc, w życiu Ratzingera od młodości realizowało się coś, co ogół episkopatu katolickiego, zgromadzonego z Piotrem, oka niemal jednomyślnie uznał za linię właściwej odnowy katolicyzmu.

Prymat liturgiczny Josepha Ratzingera i Benedykta XVI jest dosłownie prymatem najoczywistszego dokumentu Vaticanum II. Nawiązuje do tego sam Papież, tłumacząc kluczem priorytetów soborowych wybór tematyki liturgicznej do pierwszego tomu swoich Dzieł zebranych:
To, że temat liturgii znalazł się na początku prac Soboru i że Konstytucja o Liturgii stała się jego pierwszym rezultatem, postrzegane było na pierwszy rzut oka raczej jako przypadek. … To, co na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać przypadkiem, objawiło się, patrząc na hierarchię tematów i zadań Kościoła, jako rzecz w istocie najsłuszniejsza. Rozpoczynając temat liturgia, wyciągnięto na światło dzienne bez wątpienia prymat Boga, priorytet tematu Bóg. Przede wszystkim właśnie Bóg: tak właśnie mówi nam początek Konstytucji o Liturgii. Kiedy spojrzenie na Boga nie jest na pierwszym miejscu, wszystkie inne rzeczy tracą swoją orientację. … Na miejscu z pewnością jest przypomnienie tu, że w słowie ortodoksja, druga część słowa: doxa nie oznacza poglądu, ale blask, uwielbienie. Nie chodzi więc o jakiś słuszny pogląd o Bogu, ale o słuszny sposób uwielbienia Go, dania Mu odpowiedzi. To właśnie jest fundamentalne pytanie człowieka, który zaczyna rozumieć samego siebie w słuszny sposób. A pytanie to brzmi: w jaki sposób mam spotkać Boga? Tak więc, nauczenie się właściwego sposobu uwielbienia – ortodoksji – jest tym, co przede wszystkim w wierze jest nam dane.
Paradoks polega zatem na tym, że pojęcie ortodoksji jest rzeczywiście jednym z najważniejszych w myśli Ratzingera – jednak nie w tym znaczeniu czy zasięgu, o jakim myślą ci, którzy prezentowali nam przez lata kardynała Ratzingera jako – uwaga, stopień! – „strażnika ortodoksji”. Przywykliśmy utożsamiać ortodoksję z prawowiernością jako przyjmowaniem „poprawnego stanowiska” – i taką przeciwstawiać ortopraksji, czyli właściwemu postępowaniu. Jednak Ratzinger ortodoksję sprowadzoną do poglądu teologicznego uważa za ciasny redukcjonizm, zaś bazujące na tym pierwszym przeciwstawienie ortodoksji ortopraksji – za szkodliwy dualizm.

Ortodoksja jako właściwy sposób oddawania czci Bogu – to węzeł, w którym właśnie oficjum teologa scala się Ratzingerowi z pasją liturga i myśliciela liturgicznego.

Widzimy ten fenomen – tak oczywisty w perspektywie długiej tradycji Kościoła, a tak „egzotyczny” dla naszej kościelnej codzienności – także w prezentowanym tu zbiorze pism, dopełniającym polskiemu czytelnikowi obraz tworzony przez lekturę udostępnionych już wcześniej przy różnych okazjach innych prac Josepha Ratzingera / Benedykta XVI, poświęconych liturgii – „dziełu Bożemu” i „rozumnej służbie Bożej”. Refleksja ma tu rozmaite kształty: wykład teologa de mysteriis fidei, konferencja naświetlająca zasady życia liturgicznego Kościoła, a także kazanie lub homilia liturgiczna. Jednak niezależnie od odmienności tych form wszędzie napotykamy tę samą powagę i dociekliwość – rejestrując przy tym pewne akcenty tworzące wewnętrzny charakter tej refleksji.

Uważny czytelnik z pewnością zauważy, jak Ratzingerowska teologia sakramentu pozostaje wierna najlepszym intuicjom niegdysiejszej „nowej teologii” – z jej nieustanną troską, aby to, co nadprzyrodzone, odkrywać jako przychodzące spoza człowieka, przekraczające go rozwiązanie fundamentalnego problemu człowieczeństwa. Nasz Autor, idąc zawsze blisko tradycji patrystycznej, wyraża przekonanie, że im bardziej nasze podstawowe czynności stają się ludzkie – tym bardziej okazują się przezroczyste, gotowe do bycia znakiem upodobnienia do Boga, mówiące nam o życzliwości Boga, naszym grzesznym zadłużeniu wobec Niego i o szansie zbawiającego pośrednictwa.

Unika jednak zarówno pułapki przekształcenia teologii w personalistyczną antropologię, jak i naturalistycznego utożsamienia sakramentalności z ładem kosmicznym. Mocno podkreśla historyczność, jako specyfikę chrześcijańskiego widzenia sakramentu: sakrament nie jest pokarmem dla wyizolowanych wolnych duchów – lecz dotyka człowieka „w ciele jego dziejowości”, a więc zawsze w uwarunkowaniu jego wiary przekazem od Kościoła wszystkich wieków i obecnością bliźnich. Ten drugi aspekt każe Ratzingerowi mówić bardzo zdecydowanie o społecznym charakterze każdej pobożności prawdziwie eucharystycznej – czyli o mocnym sprzężeniu karmienia się Eucharystią i gotowości karmienia bliźnich (prawdą, miłością, chlebem…).

Głębokie zrozumienie roli „dziejowości” w udzielaniu Łaski – łaski życia, rozumienia, umiłowania – czyni Ratzingera bardzo nieskwapliwym wobec pospiesznego dokonywania zerwań w tradycji. Ratzingerowskie umiłowanie ciągłości uwidacznia się szczególnie w sposobie, w jaki traktuje on zatrzymane w Tradycji słowa czy sformułowania, które wielu wydają się dzisiaj raczej balastem niż bogactwem, a w każdym razie budzą – także u samego Ratzingera – potrzebę szeregu zastrzeżeń bądź dopowiedzeń.

Doskonale widać to na przykładzie używanego od średniowiecza pojęcia transsubstancjacji: nasz autor przyznaje, że kariera tego konceptu wynikła z nadreprezentacji arystotelizmu w ówczesnej teologii, i akceptuje pewną jego degradację; jednak z drugiej strony sam wkłada dużo starania, aby poprawny sens tego historycznego wyrazu katolickiej doktryny eucharystycznej został uratowany, a nawet pogłębiony (gdyż pogłębienie jest właśnie drogą uratowania od powierzchownych skojarzeń). Czyniąc to, odkrywa przed swoim czytelnikiem świat metafizyki, głębszy niż jego nowożytne, pokartezjańskie namiastki, które wniknęły do teologii. Po uwolnieniu pojęcia transsubstancjacji z niewoli filozofizmu arystotelików i od fizykalizmu, teolog może zachować je w swoim języku.

Jednak nie zawsze powodem trudności jest – jak w przypadku transsubstancjacji – powiązanie danego konceptu-klucza z uniwersum umysłowym, które stało się nam w międzyczasie obce z powodu np. dezaktualizacji jego racjonalności, sprzeczności z dzisiejszymi rozpoznaniami nauk. Czasami, wręcz przeciwnie, zagrożeniem dla poprawnego rozumienia staje się swoista mimikra języka teologicznego na tle języka naszej epoki – w ten sposób, że pewne słowa, robiące karierę w teologii, swoje powodzenie zawdzięczają nie tyle „nowości” analogicznej do wiecznej nowości Ewangelii, lecz utożsamieniu z modnymi sloganami współczesności. To np. działo się, jak widzimy z innego tekstu Ratzingera, z pojęciem communio: wydobyte z samego środka Dobrej Nowiny – nie bez istotnego wkładu naszego autora – miało potencjał, by stać się światłem wydobywającym dalsze głębie znanych zarysów – tymczasem niemal natychmiast zblakło do rozmiarów świeckiego banału, którym wymierzano „wspólnotowość”, usamodzielnioną względem swego teologalnego źródła. Także tym razem Ratzinger nie ogranicza się do wskazania zagrożenia tą dokonaną banalizacją – lecz odkrywa przed nami oryginalne, biblijne rozumienie słowa communio.

Faktycznie zatem i transsubstancjacja, i communio to pojęcia, które z różnych przyczyn przysparzają poprawnemu naświetleniu prawdy wiary tyleż pożytku, co obciążeń. Konsekwentny „purytanizm” powinien nas doprowadzić do eliminacji takich przypadków – sugerując, że ilekroć sformułowania użyte na jakimś etapie Tradycji (lub całe struktury, w których Tradycja się wyraziła dla pokoleń wierzących) okazują się kłopotliwe, można i należy je piętnować i porzucać, ryzykując nawet wrażenie zerwania wewnątrz Tradycji. Tymczasem podejście Ratzingera jest katolickie: zamiast nieustannej i cyklicznej ucieczki teologii od swojej historii, mamy tu konsekwentne konfrontowanie się z tą historią, odnalezienie się w swej „dziejowości”.

Co więcej, Autor jest gotów nie tylko do myślącej reasumpcji tradycyjnych sformułowań Kościoła – pracowicie odróżnianych od partykularnych interpretacji, wyrastających prosto lub krzywo na różnych etapach dziejów w różnych środowiskach – ale i do prób „ratowania zdania” najzagorzalszych krytyków Kościoła i jego dogmatu. W tym kontekście cierpliwa dyskusja Ratzingera z Kalwinem i Lutrem – i to w sprawach tak nabrzmiałych ostrymi sporami, jak teologia ofiary i doktryna przeistoczenia – jest budującym przykładem potraktowania pism wybitnych herezjarchów jako pobudki do głębszego naświetlenia prawd najwyraźniej nie dość naświetlonych, z szacunkiem dla niepokojów sumienia, choć bez kompulsywnego konkordyzmu, do którego zdążył nas przyzwyczaić ekumenizm.

Dotychczasowe spostrzeżenia, dotyczące jednego z podstawowych nerwów teologii Ratzingera, dobrze wprowadzają do także obecnego w niniejszym wyborze tekstów nurtu bezpośredniej i aktualnej debaty o liturgii. Udział w tej debacie – jak wiemy już z innych publikacji, chętny i nonkonformistyczny – jest sygnalizowany rozważaniem podjętym w czterdziestolecie soborowej konstytucji Sacrosanctum Concilium.

Pojęcia konstytucji soborowej nie są rzecz jasna wyjęte spod działania procesów, które obserwowaliśmy w związku z transsubstancjacją i communio. Wydarzenie Soboru Watykańskiego II od dawna nie jest news’em, a jego nowość-żywotność, na wzór innych wydarzeń Tradycji, oddziela się coraz mocniej od odchodzącej dziejowej „dzisiejszości” czy „niedawności”. W tej ostatniej perspektywie także soborowa konstytucja o Św. Liturgii okazałaby się jedynie starociem, „do którego nie warto wracać” – i tak chyba widziany jest ten dokument przez tych, którzy nauczanie Vaticanum II traktowali jako jedynie punkt odbicia, w próbie „oderwania” się od wcześniejszej Tradycji.

Tymczasem zarówno Joseph Ratzinger, jak i nasz Papież Benedykt „cofa się” do soborowego Sacrosanctum Concilium sprzed prawie pół wieku. Dlaczego właśnie tam – nie dalej, do encykliki Mediator Dei Piusa XII, lub nieco bliżej, do konstytucji Missale Romanum Pawła VI?

Nie tylko dlatego, że – rzecz nie do przeoczenia – jest to ostatni o takim rozmachu zapis świadomości i oczekiwań światowego episkopatu, zgromadzonego z Piotrem i pod Piotrem. Chyba przede wszystkim dlatego, że konkretny kształt konstytucji liturgicznej jest efektem dynamiki, w której każdy z działających czynników wniósł coś ze swojej natury – konserwatywnej lub nowatorskiej – lecz żaden z nich nie otrzymał, na tym etapie, carte blanche, wolnej ręki czy poczucia sekciarskiego sukcesu którejś „partii”. Jest zapisem tego wyjątkowego momentu, w którym wskaźnik determinacji pasterzy po oderwaniu się od obaw przed dotykaniem „nienaruszalnego rytu” zatrzymał się w punkcie zgody na jego umiarkowaną adaptację duszpasterską – na chwilę przed tym, zanim, w klimacie radykalizmu około 1968 roku, wahnięto go aż ku przyzwoleniu na liturgiczną „rewolucję październikową”.

„Cofając” się do konstytucji soborowej, Autor wgłębia się w Vaticanum II i upomina się o umiar reformy: staje w tym miejscu, z którego widać dobrze, że Mszał Pawła VI nie był jedynym możliwym sposobem zrealizowania życzeń Soboru – ale równocześnie że normy konstytucji są i dziś kryterium dla każdej celebracji, niezależnie od jej kształtu rytualnego. Wszystko to zgodnie z rozpatrywanym wyżej uchwyceniem rangi „dziejowości”. Dzisiaj pryncypium to odkrywamy jako kluczowe pojęcie pontyfikatu Benedykta XVI: „hermeneutykę reformy, odnowy zachowującego ciągłość jedynego podmiotu-Kościoła”[3].

W tym świetle – inaczej niż w „hermeneutyce zerwania” – konstytucja liturgiczna jest oglądana jako „trudna synteza wierności i dynamizmu”[4]. W tekście na czterdziestolecie konstytucji soborowej Ratzinger mówiąc o jej „wewnętrznej równowadze”, konstatował, że „mogła być ona bez trudu przechylona w jedną określoną stronę przy wprowadzaniu w życie soborowego przesłania”.

Jako remedium Autor poleca nieustanne zwracanie się do tekstu Konstytucji. Zaraz jednak podkreśla konieczność takiej lektury, która weźmie pod uwagę negatywne doświadczenia z banalizacją zasad reformy. Przyznaje, że w niektórych ważnych przypadkach „ojcowie Soboru nie docenili” poziomu możliwych nieporozumień. Chodzi więc o to, aby słowa-klucze, takie jak: zrozumiałość, uczestnictwo czy prostota, zostały na powrót zrozumiane wewnątrz myśli Kościoła, a nie przez skojarzenia tyleż od niej dalekie co zawsze bliskie człowiekowi światowemu. Trzeba więc ochronić zrozumiałość przed banałem, uczestnictwo – przed „krzątaniną”, prostotę – przed desakralizacją.

Sprawa ta ma podobny aspekt na poziomie wyższej teologii – gdzie Ratzinger diagnozuje zaniedbanie teologii Paschy, czyli „nierozdzielności krzyża i zmartwychwstania”. Tutaj widzi i podstawową trudność z „posoborową formą liturgii”, i powód zagubienia sensu orientacji liturgicznej, owego starożytnego „zwrócenia się ku Panu”.

Nawet w tym krótkim wstępie nie sposób nie zasygnalizować na koniec szczególnego zainteresowania naszego Autora muzycznością liturgii. Dla czytelnika innych prac Josepha Ratzingera nie jest to zaskoczeniem. Warto jednak może zdać sobie sprawę, że podobnie jak liturgiczna dominanta teologii Ratzingerowskiej, tak i szeroka obecność w niej teologii muzyki lub pastoralnej refleksji o potencjale muzyki liturgicznej – nie wynikają jedynie z gustów Autora. Odnosi się raczej wrażenie, że w kwestii muzyki liturgicznej unaocznia się może najwyraźniej jedno z podstawowych napięć w sporze o liturgię – i w sporze o chrześcijaństwo. Chodzi o spór między ortodoksją – i ikonoklazmem. „Wewnętrzny kryzys chrześcijaństwa polega na tym, że stracono z oczu prawowierność… – a ikonoklazm uznano za rdzennie chrześcijański”.

„Oddawanie chwały Bogu w formie nabożeństw jest istotowe dla chrześcijaństwa” – mówi Ratzinger. Co jednak mamy na myśli mówiąc o „nabożeństwie”? Żeby nam to naświetlić, Autor mówi interesująco o przyswojeniu przez Kościół dziedzictwa Świątyni, użytego dla ukształtowania modlitwy eucharystycznej – i o uniknięciu pułapki „ukształtowania Kościoła na wzór synagogi”, z redukcją nabożeństwa do liturgii słowa. Przyznajmy, że ta uwaga, podana jakby w tle dyskusji o znaczeniu muzyki w liturgii, zdecydowanie przekracza ten ważny aspekt.

Na końcu niniejszego tomu czytelnik znajdzie kilka przykładów Ratzingerowskiej homilii – wybrano oczywiście te, w których widać mądrą troskę o „rozumną służbę Bożą”. Obecny w tych tekstach silny nurt apologii adoracji eucharystycznej można oczywiście odbierać jako m.in. przejaw troski o „wiarę pokorną”, z jej przywiązaniem do tradycyjnych form pobożności – lecz trudno nie zauważyć w nim także przenikliwego ostrzeżenia przed utratą niezauważonych wartości (gdy np. Autor zwraca uwagę na fakt, że to adoracja eucharystyczna jest płaszczyzną zjednoczenia kapłaństwa powszechnego i służebnego, gdy „wszyscy jesteśmy przyjmującymi”).

W ten sposób otrzymujemy w przekroju niemal całą dynamikę Ratzingerowskiej refleksji o liturgii, jej najważniejsze akcenty. Zapoznanie się z tą refleksją to coś znacznie więcej niż pożyteczne poznanie źródeł myśli Ojca Świętego – to raczej poznawanie z nim razem prawdy, że „tym, co ma przekonywać, jest samo dzieło, a nie teoria” – a dziełem pierwszego rzędu jest liturgia, „źródło i szczyt” życia Kościoła.

Paweł Milcarek

[1] Kard. Joseph Ratzinger, Moje życie. Wspomnienia z lat 1927-1977, tłum. ks. W. Wiśniowski, Częstochowa 1998, 20n.
[2] Sobór Watykański II, konstytucja Sacrosanctum Concilium, 10.
[3] Benedykt VI, przemówienie do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005, „Osservatore Romano” wyd. pol., luty 2006.
[4] Por. tamże.

Źródło informacji: http://pismo.christianitas.pl

0 komentarze:

Prześlij komentarz



______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________