Pages


______________________________________________________________________

czwartek, 8 września 2011

Judeochrześcijaństwo i konserwatyzm


Teksty portalu Fronda.pl przeciw profanowaniu przez antysemickie i faszystowskie napisy pomników pamięci wywołały ostrą polemikę w środowiskach konserwatywnych. Opiera się ona częściowo na niezrozumieniu naszego stanowiska, ale pokazuje również, w jakich sprawach się różnimy.

Ostro, momentami głupio, zaatakował nas profesor Adam Wielomski z portalu konserwatyzm.pl. Z nim w zasadzie polemika jest niemożliwa. I to nie dlatego, że czujemy się obrażeni, bo tak nie jest. Jesteśmy portalem poświęconym, tworzonym przez katolików, ale gdybyśmy byli żydowskim, to też bylibyśmy z tego dumni, i nie potrzebowalibyśmy śledztwa profesora, żeby o tym poinformować. Dlatego polemikę czy rozmowę z wielbiącym Jaruzelskiego czy Łukaszenkę profesorem ograniczę do dwóch zdań. Otóż – po pierwsze – po profanacji grobów żołnierzy rosyjskich też bym protestował. W naszej kulturze grobów się bowiem nie profanuje. I po drugie: tak, czekam - podobnie jak Łukasz Adamski, na przyjście Mesjasza. Powtórne!

Inaczej rzecz się ma z polemiką (a w zasadzie polemikami) profesora Jacka Bartyzela. One także są ostre, momentami ocierają się o formę paszkwilu, ale warto się nad nimi zatrzymać. Po pierwsze dlatego, że profesor zarzuca nam herezję, ale po drugie dlatego, że pozwala to lepiej wyjaśnić frondowe stanowisko. A może ostrożniej – pomaga to lepiej wyjaśnić moje stanowisko, bo w tej sprawie prezentuje opinie swoje, a nie całego środowiska, które w wielu kwestiach mówi różnymi głosami (widać to także w dwugłosie moim i Łukasza Adamskiego, ja bym się pod pewnymi jego sformułowaniami nie podpisał). Osobisty charakter tej odpowiedzi oznacza, że nie będę odnosił się do ogólnych zarzutów profesora, czy jego polemiki z Łukaszem Adamskim, a jedynie do tego, co wprost zarzuca On mnie.

Judeochrześcijaństwo i tradycja judeochrześcijańska

Głównym problemem jaki mam z tekstami profesora Bartyzela jest to, że wydaje się on nie rozumieć języka, jakim się posługuje. Jest oczywiste, że judeochrześcijaństwo nie istnieje. Może nie od czasów Soboru Jerozolimskiego (to akurat historyczny fałsz), ale gdzieś od IV wieku rzeczywiście nie ma wspólnot chrześcijańskich zachowujących tradycje żydowskie. Sam Sobór, wbrew temu, co napisał profesor nie wykluczył ich istnienia. Zwolnieni z zachowywania Prawa zostali nawróceni poganie, ale Żydzi nadal często je zachowywali. I tak aż do początków IV wieku. W II zaś, zdaniem części historyków, choćby Arthura Marmonsteina, uczestniczyli w pełni w życiu wspólnoty żydowskiej i posiadali akceptację części przedstawicieli rodzącego się judaizmu rabinicznego.

W sposób oczywisty termin tradycja judeochrześcijańska nie odnosi się jednak do tych wspólnot. Ale pewnej wspólnoty ideowej, przedteologicznej, którą łączy judaizm i chrześcijaństwo. Określić ją można odwołaniem się do tej samej matrycy antropologicznej pochodzącej z księgi Rodzaju. Jej istotą jest przekonanie, że to Bóg stworzył świat i nadał mu Prawo, któremu ów świat podlega, że człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boże, i wreszcie że źródłem zła na świecie jest grzech pierwszych rodziców (choć tu widać już wyraźne różnice teologiczne w rozumieniu tego terminu). Obie te religie przyjmują także, że wzorem wiary jest postawa Abrahama, czyli zaufanie, zawierzenie Bogu. I właśnie ta matryca stanowi fundament naszej cywilizacji, która jest judeochrześcijańska.

Takie postawienie sprawy nie oznacza rozmywania różnic. Judaizm i chrześcijaństwo różnią się. Inaczej interpretują wiele kluczowych tekstów, inaczej się rozwijały. Ten pierwszy jest bardziej religią prawa, to drugie raczej ontologii czy metafizyki. Ale wszystkie te różnice, wielowiekowa nienawiść (z obu stron, tego też nikt nie ukrywa) nie mogą przykryć nie tylko wspólnych korzeni, ale też wspomnianej matrycy antropologicznej, która sprawia, że ortodoksyjnie wierzący wyznawcy obu tych tradycji są na kontrze do dominującej obecnie postoświeceniowej cywilizacji, która za jedyne źródło Prawa uznaje naszą wolę, a Boga uznaje za stworzonego na obraz i podobieństwo Boże. Wśród twórców zaś tej wizji antropologicznej są oczywiście Żydzi (z pochodzenia), ale nie brak wśród nich także chrześcijan, także katolików (z pochodzenia). I jedni i drudzy tworząc oświeceniową ideologię odrzucili jednak własne tradycje religijne.

Co funduje konserwatyzm?

Drugi zarzut, który formułuje profesor Bartyzel nie jest już tylko kwestią nieporozumienia terminologicznego, ale pytaniem o to, co funduje konserwatyzm. I tu niewątpliwie się różnimy. Profesor uznaje, że fundamentem postawy konserwatywnej jest przyjęcie tradycjonalistycznej interpretacji katolicyzmu. Ja się z taką tezą nie zgadzam. Dla mnie (ale mam świadomość, że można takiego widzenia konserwatyzmu nie podzielać, tak z pozycji bardziej integralnych, jak i liberalnych) bycie konserwatystą to właśnie przyjęcie – w wersji zlaicyzowanej czy wprost religijnej – owej matrycy antropologicznej księgi Rodzaju, czyli antropologicznej tradycji judeochrześcijańskiej.

Konserwatysta to zatem, dla mnie ktoś, kto uznaje, że to nie człowiek tworzy moralność, ale że on ją ma jedynie odczytywać, uznaje, że jest coś wyższego niż on sam, dostrzega też w człowieczeństwie obraz i podobieństwo Boga (czyli coś, co jest źródłem heroizmu), a także skłonność do upadku. Takie myślenie oczywiście zazwyczaj związane jest z religijnością, ale wcale tak być nie musi. Są przecież ludzie myślący podobnie, którzy nie wiążą się z żadną religią, choć niewątpliwie bliska im jest tradycja judeochrześcijańska. Przykładem człowieka, który niewątpliwie myśli w ten sposób jest Bronisław Wildstein.

To, co napisałem jednoznacznie pokazuje, że nie uważam, iż konserwatystą może być tylko tradycyjnie wierzący katolik. Wierzę, i mam na to dowody empiryczne, że w sprawach najważniejszych mogą współpracować ze sobą Żydzi i chrześcijanie, a wśród chrześcijan – protestanci z katolikami i prawosławnymi. Nie wszyscy ze wszystkimi, ale ci, którym bliska jest wspomniana już matryca. Współpraca nie oznacza lekceważenia istniejących realnie różnic, ale zakłada, że są także kwestie, w których możemy i powinniśmy mówić jednym głosem, który dzięki temu zostanie wzmocniony. Tak jest choćby ze współpracą w walce o życie ewangelikalnych chrześcijan i katolików, a nawet części Żydów w Stanach Zjednoczonych.

Jakie cele?

To, co już napisałem jednoznacznie pokazuje, że cele jakie przed sobą, a poniekąd na ile mogę je stawiać przed portalem to również przed nim są bardziej ograniczone, niż katolicka kontrrewolucja. Nie bawi mnie rozpamiętywanie przeszłości, nie sądzę, by można było cofnąć czas i nie zamierzam się skupiać na powolnym umieraniu. Nie jestem zachwycony obecną wizją liberalnej demokracji, ale nie zmienia to faktu, że jest ona ustrojem, w którym żyjemy, i nic nie wskazuje na to, by się to miało zmienić. Zamiast więc budować piękne teorie dotyczące wymarzonego ustroju dla prawdziwego konserwatysty, wolę zająć się walką o to, o co walczyć można. A jest to prawo do życia dla każdego, wolności sumienia, a także obrona małżeństwa i rodziny. I jest mi w gruncie rzeczy obojętne, czy cele owe zrealizowane zostaną w państwie demokratycznym czy w monarchii.

W walce o życie i rodzinę uznaję też potrzebę szukania sprzymierzeńców jak najszerzej. Są nimi zatem zarówno neokonserwatyści (do których w pewnych kwestiach jest mi blisko), jak i komunitarianie, jeśli tylko chcą walczyć o te same sprawy. Oświecenie też nie jest dla mnie tylko jednym wrogim obozem. Inaczej oceniam amerykańskie, inaczej francuskie, a jeszcze inaczej niemieckie. I nie chodzi o to, że któreś z nich jest mi szczególnie bliskie, ale o to, że w pewnych kwestiach można posługując się ich argumentami walczyć o rzeczy, które są mi bliskie. Wydaje mi się to bardziej owocne, niż wskrzeszanie nieżyjących już, choć niewątpliwie pięknych, doktryn sprzed wieków.

Wybranie Boże jest wieczne!

I na koniec jeszcze słów kilka o wybraństwie. Prof. Bartyzel jasno stwierdza, że „Kościół jest Nowym Izraelem, do którego przeszło wszystko, co dobre i prawe ze Starego Izraela, a co nie przeszło, jest uschniętym figowcem. Dopiero w czasach ostatecznych możemy spodziewać się masowych nawróceń krnąbrnych potomków plemienia, którego znakomita większość sprzeniewierzyła się swojemu wybraństwu”. I nie polemizując ze stwierdzeniem, że Kościół jest nowym Izraelem nie sposób zgodzić się z tezą, że w związku z tym judaizm jest już tylko uschniętym figowcem. „Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów, jako odrzuconych, ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma Świętego” - przypomina Sobór Watykański II (Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate, par. 4).

Izrael „pozostaje narodem wybranym, dobrą oliwką, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów” - można przeczytać w dokumencie Komisji Stolicy Apostolskiej do Spraw Stosunków Religijnych z Judaizmem. A Jan Paweł II uzupełnia już zupełnie wprost: „wiara i życie religijne narodu żydowskiego, tak jak są one przeżywane i wyznawane współcześnie, mogą pomóc w lepszym zrozumieniu niektórych aspektów życia Kościoła” (przemówienie z dnia 6 marca 1982 roku). Martwa oliwka nie może zaś wydawać z siebie dobrych owoców.

Tomasz P. Terlikowski

Źródło informacji: FRONDA.pl

0 komentarze:

Prześlij komentarz



______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________